sobota, 11 kwietnia 2026

[T] Twoje idealne dopasowanie: Ciężka jest głowa niosąca koronę

Hermiona

 

Magia trzeszczała w lokach Hermiony, gdy pędziła korytarzem w stronę swojego biura, mamrocząc pod nosem. Zatrzasnęła za sobą drzwi i rzuciła się na krzesło.

Walczyła o ratowanie świata — tylko po to, by skończyć wypełniając papiery dla instytucji odpowiedzialnej za narażenie go na niebezpieczeństwo.

Czasami miała już dość DPPC i Wizengamotu — całego cholernego Ministerstwa. Najczęściej nie potrafiła już nawet powiedzieć, o co walczyła: o prawa magicznych stworzeń czy o własną zdolność do bycia wysłuchaną.

Nic im nie szkodziło pozwalać przestępcom gnić w Azkabanie, o ile ci przestępcy mieli znajomości. Nie przeszkadzało im, że zamykali ludzi, którzy mogliby zostać objęci dozorem kuratora — albo, nie daj Boże, mogli być niewinni — bo to była łatwiejsza droga w śledztwie lub procesie.

Ale zawsze gdy Hermiona przedstawiała jakąś sugestię na zebraniu, nagle rzucali standardami i zasłaniali się moralnością.

Na spotkaniu, które właśnie opuściła, członkowie DPPC i DKNMS zastanawiali się, jak najlepiej poradzić sobie ze stadem centaurów w Walii, protestujących przeciwko nielegalnemu wykorzystaniu ich ziemi pod budowę nowej wioski czarodziejów. Przedstawiciele obu departamentów, wraz z Wizengamotem, najwyraźniej nie mieli problemu z przejęciem ziemi. Według nich problemem były pomysły Hermiony.

— Szczerze mówiąc, wystarczy jedna, drobna sugestia, a wszyscy tracą rozum — mruknęła do siebie.

Jej pomysł wydawał jej się najbardziej oczywistym rozwiązaniem: rzucić Confundus na deweloperów, którzy ukradli ziemię, aby przekonać ich do jej zwrotu, a następnie rzucić Zaklęcie Zmieniające Wspomnienia, aby wymazać z ich umysłów spotkanie i wszczepić fałszywe wspomnienia — takie, w których nigdy nie wybrali ziemi centaurów tylko inną lokalizację.

W końcu widziała, co się dzieje, gdy biurokracja się przedłuża — niewinni zostają ukarani, ich życie zrujnowane, a rezultaty są zbyt marne i zbyt późne. Czymże było jedno zmienione wspomnienie w porównaniu z dekadami niesprawiedliwości?

Sądząc po okrzykach zdumienia, które rozległy się w sali konferencyjnej, można było pomyśleć, że Hermiona zasugerowała rzucenie Crucio, by zmusić deweloperów do uległości. Jej szef najwyraźniej był zaskoczony, że Hermiona zaproponowała coś tak odbiegającego od normy.

— Hermiono! Nie możemy tego zrobić — centaury będą musiały po prostu się przenieść. Nie mogę uwierzyć, że Złota Dziewczyna w ogóle coś takiego zasugerowała!

Zapamiętać, pomyślała wtedy. Najwyraźniej DPPC nie miał nic przeciwko kradzieży ziemi, ale stawiało granicę w kwestii modyfikacji pamięci.

Hermiona ugryzła się w język, aż do końca spotkania, żeby nie powiedzieć czegoś, czego naprawdę by żałowała. Nienawidziła tego tytułu, niemal tak samo jak faktu, że ludzie zakładali, iż ślepo przestrzega zasad.

Zasady oczywiście miały swoje zastosowanie. Ale Hermiona przestrzegała ich, gdy były przydatne, i ignorowała, kiedy nie były przydatne. Jej lata spędzone w Hogwarcie powinny być tego wystarczającym przykładem.

Trzydzieści minut później Hermiona wciąż narzekała, agresywnie porządkując bałagan w aktach na biurku, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi.

— Czego?! — warknęła, nawet nie podnosząc wzroku, gdy drzwi się otworzyły.

— To tylko ja. — Zaśmiał się Harry, wchodząc z uniesionymi rękami w geście poddania. — Przychodzę w pokoju. Ciężki dzień? — zapytał, opadając na jedno z krzeseł przed biurkiem Hermiony.

— Ciężkie spotkanie — przyznała, zaczynając przeglądać kolejny stos akt, jednym ruchem nadgarstka zrzucając część z nich na regał po drugiej stronie gabinetu.

— Przyszedłem zapytać, co o tym sądzisz — powiedział z grymasem na twarzy, wymachując notatką z Ministerstwa i wskazując na bałagan na biurku Hermiony. — Ale chyba jeszcze nie widziałaś.

Wyciągnął rękę, chwytając jej ulubione wieczne pióro z Levengera z kubka na biurku i zaczął nim wywijać między palcami, szukając jakiegoś zajęcia. Wyrwała mu je i odłożyła na miejsce, unosząc brew, gdy on tłumił śmiech.

— Co znowu? — jęknęła, przeglądając papiery na biurku, aż znalazła notatkę pasującą do tej w dłoni Harry’ego.

Brwi Hermiony uniosły się niemal do linii włosów, gdy czytała treść. Wydawało się to niemożliwe. Jej palce drżały, czy czytała dalej, a myśli krążyły w zawrotnym tempie. Ministerstwo chciało wpływać na małżeństwa? Łączyć ludzi w pary na podstawie magicznego powinowactwa, temperamentu i długoterminowej zgodności? Ledwo mogła oddychać, słowa rozmywały się jej pod oczami. Nie chodziło tylko o małżeństwo — chodziło o kontrolę. O pozbawienie resztek autonomii.

 

Notatka wewnętrzna

Data: 3 maja 2009 roku

Do: wszystkich pracowników Ministerstwa

Od: Minister Magii; Wizengamot

Temat: Nadchodzące ogłoszenie — Prawo małżeńskie dotyczące magicznej zgodności

 

Szanowni Państwo,

Chcielibyśmy poinformować Państwa o ważnej inicjatywie, która zostanie ogłoszona do wiadomości publicznej pod koniec dnia. W świetle ostatnich obaw dotyczących spadku liczby małżeństw i urodzeń w naszej magicznej społeczności, Minister Magii i Wizengamot podjęli decyzję o wdrożeniu nowej polityki mającej na celu rozwiązanie tych problemów.

Ustawa Ministerstwa o numerze 011315118 wprowadzi system, w którym niezamężni obywatele w wieku od osiemnastu do czterdziestu lat będą parowani na podstawie magicznej zgodności. Inicjatywa ta ma na celu wspieranie silnych związków i zapewnienie ciągłości rozwoju świata czarodziejów. Pary będą ustalane poprzez serię magicznych analiz, starannie opracowanych w celu zapewnienia jak najlepszego dopasowania w oparciu o czynniki zgodności, takie jak magiczne powinowactwo, temperament i długoterminowa zgodność.

Ministerstwo przekazuje Państwu niniejszą informację z wyprzedzeniem, aby byli Państwo w pełni poinformowani przed oficjalnym ogłoszeniem.

Listy zapowiadające pierwsze dopasowania zostaną wysłane w ciągu czterdziestu pięciu dni od dziś. Po otrzymaniu listu przez obie strony pary będą miały sześćdziesiąt dni na zawarcie związku małżeńskiego. Pary, które są już w związku, mają trzydzieści dni na zarejestrowanie małżeństwa w Ministerstwie lub zostaną dopasowane w ramach programu.

Stan wskaźnika urodzeń po wdrożeniu programu zostanie ogłoszony w późniejszym terminie.

Wierzymy, że wesprzecie tę inicjatywę i liczymy na Waszą współpracę w osiągnięciu sukcesu programu.

 

Serdeczne pozdrowienia,

Kingsley Shacklebolt

Minister Magii

 

W końcu podniosła wzrok, Harry wciąż patrzył na nią z zamyślonym wyrazem twarzy. Jej pierwszym odruchem była złość, ale stłumiła ją.

Kolejna sprawa, w której muszę zachować zimną krew, pomyślała.

Pokręciła głową, próbując odepchnąć tę myśl, ale nie dawała jej spokoju, niczym maleńka iskra z pożaru, której nie potrafiła ugasić.

Kiedy Hermiona otrząsnęła się z zamyślenia, zauważyła, że Harry patrzył na nią, jakby czekał na odpowiedź na pytanie, którego nie usłyszała.

— Przepraszam, co powiedziałeś? — zapytała.

— Zastanawiałem się, czy to w ogóle legalne.

Westchnął Harry.

— Owszem — odpowiedziała, uśmiechając się pocieszająco. — Minister i Wizengamot mają wszelkie uprawnienia do uchwalania przepisów nadzwyczajnych. Poza tym — kontynuowała — Ministerstwo zawsze znajdzie sposób, byśmy robili to, co zechcą i kiedy zechcą.

— To prawda — zgodził się Harry, wstając i kierując się do drzwi. — Idziesz dziś wieczorem do Dziurawego Kotła?

Hermiona jęknęła na wspomnienie Wieczoru Picia Gryfonów w tym tygodniu.

— Nie wiem, Harry. Naprawdę chciałabym…

Jej wypowiedź przerwał błagalny wyraz twarzy Harry’ego z dużymi oczami szczeniaczka i dłońmi złożonymi pod brodą.

— Przyjdź, Hermiono, proszę? — błagał. — Wszyscy będą pytać, a ty najlepiej znasz na nie odpowiedź.

Nie było sensu się z nim kłócić. Zapomnij o potrzebie czasu dla siebie, by przemyśleć notatkę, przemknęło jej przez myśl. Wiedziała, jak to spotkanie się potoczy — wszyscy będą jej potrzebować.

— Jasne, Harry, spotkamy się na miejscu.

— Wspaniale! — krzyknął Harry z uśmiechem. — Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć!

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Kiedy Hermiona weszła do Dziurawego Kotła później tego wieczoru, była ostatnią osobą z ich grupy. Przeczesała palcami loki, bardziej po to, by się uspokoić niż je poprawić, a następnie zmierzyła wzrokiem swoje odbicie w Listrze. Jej krwistoczerwona, obcisła sukienka, skórzana kurtka i wysokie obcasy z pewnością nie pasowały do tego, co większość ludzi nosi w Dziurawym Kotle, ale Hermiona dawno przestała przejmować się tym, co myślą inni — o jej ubraniach czy czymkolwiek innym.

Znajomy zapach piwa kremowego mieszał się z ostrym aromatem Ognistej Whisky w powietrzu, a przyćmione światło rzucało ciepłe poświaty na wytarte drewno stołów. Dziś wieczorem gwar wokół niej wydawał się głośniejszy, a rozmowa była jedynym szumem w tle, który tylko potęgował jej chaotyczną energię. Kiedy dotarła do stołu, zgodnie z oczekiwaniami, nowe Prawo Małżeńskie było już tematem rozmowy.

Dekret wpływał na mniej więcej połowę ich grupy przyjaciół. Neville i Luna byli małżeństwem od prawie dekady — ich ślub odbył się niecałe dwa lata po wojnie. Dean i Seamus pobrali się trzy lata temu po latach dobierania się do siebie.

Ron i Ginny nie byli zamężni, ale oboje spotykali się odpowiednio z Lavender Brown i Justinem Finch-Fletchleyem, więc być może uda im się uniknąć obowiązkowego małżeństwa. Nie żeby Lavender i Justin kiedykolwiek towarzyszyli Ronowi i Ginny na tych spotkaniach. Lavender planowała babskie wieczory z Parvati tak, aby zbiegały się z wieczorami Rona w pubie, a Justin wolał swój elegancki, mugolskie klub towarzyski od Dziurawego Kotła — Hermiona z pewnością nie miała mu tego za złe.

Gdy tylko Hermiona usadowiła się na swoim miejscu, natychmiast zasypano ją pytaniami.

— Hermiono! — krzyknęła Ginny, a jej oczy błyszczały ciekawością, choć w zmarszczkach wokół oczu widać było napięcie. — Co sądzisz o nowym Prawie Małżeńskim? To naprawdę się dzieje?

— Oczywiście, że tak — mruknął Ron, podnosząc wzrok znad drinka. — Czego się spodziewałaś? Ministerstwo zawsze słynęło z absurdalnych zasad.

Eteryczny głos Luny dobiegł zza stołu z kąta, gdzie wtulała się w Neville’a.

— Może to absurdalne, ale mam przeczucie, że pewne rzeczy ułożą się tak, jak zawsze powinny.

Hermiona uśmiechnęła się przelotnie do Luny, po czym odwróciła wzrok.

— Ron ma rację — powiedział Seamus, przeszywając Lunę wzrokiem, po czym odchylił się na krześle. — Ale to nie znaczy, że to nie będzie straszliwy ból głowy. Myślisz, że trafisz na kogoś porządnego?

— Nie bądź głupi, Seamus — dodał Dean, śmiejąc się. — Dobierają ludzi, jak chcą. Jakie są szanse, że to w ogóle wypali?

Hermiona wymusiła uśmiech, czując ciężar ich spojrzeń.

— Cóż, to nie jest losowe dopasowywanie — powiedziała, starając się zachować spokój. — Mają system pełen magicznych analiz i czynników zgodności…

— Tak, ale co, jeśli nie spodoba ci się osoba, z którą zostaniesz sparowana? — przerwała Ginny z poważną miną. — A co, jeśli Ministerstwo zmusi cię do poślubienia kogoś, kogo ledwo znasz?

Pytanie zaskoczyło Hermionę i przez chwilę zaczęła błądzić myślami, ale szybko skupiła się na rozmowie toczącej się przed nią.

— To wygląda inaczej — rzekła bardziej stanowczo, niż się wydaje. Złota Dziewczyna w końcu powinna ich wspierać. — Jestem pewna, że w razie potrzeby będzie możliwość apelacji. Ministerstwo może i ma dużą kontrolę, ale oni nie są… potworami.

— Równie dobrze mogliby być — powiedział Ron, unosząc brwi, choć wciąż nie do końca pojmował sens rozmowy.

Na szczęście Harry’emu udało się skierować rozmowę na inny tor. Quidditch zawsze się sprawdzał w tym towarzystwie.

Hermiona wróciła do stolika po zamówieniu kolejnego kieliszka wina i obserwowała tę zróżnicowaną grupę ludzi, nadrabiających zaległości z minionego tygodnia i dyskutujących o najnowszych wiadomościach. Był czas, gdy myślała, że nie będą tu wszyscy razem. Harry i Ginny nie pasowali do siebie jako para, ale nigdy nie żywili do siebie urazy. Po prostu byli za młodzi i lepiej było pozostać na stopie przyjaźni.

Ron i Hermiona spotykali się przez kilka lat, często wbrew jej rozsądkowi. Zeszli się latem po bezprecedensowym ósmym roku nauki w Hogwarcie, w czasie, gdy Hermiona pragnęła stabilizacji i zażyłości. Choć po ukończeniu szkoły udało jej się odnaleźć rodziców w Australii, nawet najlepsi uzdrowiciele nie byli w stanie przywrócić im pamięci, więc otaczanie się czymś prostym — a przynajmniej wtedy takie się wydawało — wydawało się lepsze niż jakakolwiek alternatywa, jaką Hermiona mogłaby wymyślić.

W końcu pragnienie zażyłości zniknęło i pozostała prawda: ona i Ron byli głęboko i fundamentalnie niekompatybilni.

Tkwiła w tym związku przez kilka lat, wiedząc, że jeśli nie rozstaną się w zgodzie, zaryzykuje utratę całej grupy przyjaciół — jedynej rodziny, jaka jej pozostała.

Kiedy Ron zaczął okazywać oznaki niepokoju, nie sprzeciwiała się. Poprowadziła go powoli ku końcowi, pozwalając myśleć, że to jego decyzja. Nawet pomogła mu w to uwierzyć. Bo jeśli to on zerwał, jej zostaną przyjaciele. A to liczyło się bardziej niż osobiste potyczki.

Zadziałało. Teraz Ron błogo płynął przez życie: pracował w sklepie z dowcipami, grał w meczach Quidditcha z udziałem gwiazd i spotykał się z niekończącą się ilością dziewczyn — Lavender była ostatnią z nich. Hermionie to odpowiadało; mogła nadal mieć przyjaciół i skupić się na karierze, bez Rona i Molly, którzy mieli wyobrażenia o tym, jak powinna zachowywać się kobieta. Tolerowała go jako członka ich paczki. Nie zamierzała tracić z nimi kontaktu, by uniknąć byłego.

Hermiona słuchała, jak Neville wyjaśniał zawiłość opieki nad Diabelskimi Sidłami, gdy Ron do niej podszedł, niespodziewanie obejmując ją ramieniem. Ktoś ewidentnie jest pijany, westchnęła w duchu.

— Wiesz, Miona — powiedział Ron, czkając.

Przewróciła oczami.

— Prosiłam cię, żebyś tak mnie nie nazywał, Ron.

Rudy kontynuował swoją wypowiedź, ignorując jej prośbę.

— Myślałem o tym.

— To z pewnością niebezpieczne.

Ron albo zignorował jej zaczepkę, albo w stanie upojenia alkoholowego nie zwracał na nią uwagi.

— Nie powinnaś ryzykować utknięcia z kimś, kogo nie lubisz, przez to Prawo Małżeńskie. Więc chętnie ci pomogę — ożenię się z tobą.

Rozmowa urwała się, gdy Ron uśmiechnął się do niej, jakby właśnie wpadł na genialny pomysł.

— Ron! — krzyknął Harry.

Hermionie zaparło dech w piersiach. Słowa Rona uderzyły ją niczym nagły szok i przez chwilę była zaskoczona. Wspomnienia ich lat razem — tych po Hogwarcie, kiedy kurczowo trzymali się czegoś znajomego pośród chaosu — brzmiały, jakby wydarzyły się w innym życiu. Oświadczyny Rona, w całej swojej nonszalancji, wydawały się kpiną z więzi, która kiedyś ich łączyła.

Jej klatka piersiowa się zacisnęła i prawie rzuciła kąśliwą uwagą, ale powstrzymała się. Co Ron sobie myślał? Czy naprawdę nie rozumiał, jak wiele się zmieniło? Jak bardzo ona się zmieniła?

Ron patrzył na nią przez chwilę, kiedy nie odpowiadała, marszcząc brwi, po czym pokręcił głową, jakby sama myśl o zmuszeniu Hermiony do małżeństwa była absurdalna.

— Hermiono, nie możesz na serio myśleć, że to coś dobrego — powiedział, ale w jego głosie słychać było nutę zaniepokojenia, a nie tylko frustracji. — W końcu to tylko wymysł Ministerstwa, prawda? — Ton jego głosu brzmiał jak głos kogoś, kto uważał, że to praktyczny pomysł i że próbował uchronić Hermionę przed najgorszym. — Po prostu… nie chcę, żebyś utknęła z kimś, kogo nie chcesz.

I w tym tkwił problem — Ron nigdy nie rozumiał, dlaczego im się nie udało i nigdy nie uda. Prostota jego podejścia i niezdolność do zrozumienia głębi problemu, sprawiały, że czuła się jeszcze bardziej osamotniona.

— Nie wiem, ile wypiłeś — mruknęła Ginny, wskazując na jego kufel — ale spotykasz się z Lavender, na wypadek gdybyś zapomniał.

— Cii. — Ron zbył protesty wszystkich. — Z nią się tylko bawię. W końcu Hermiona i ja byliśmy swoimi pierwszymi… czemu nie mielibyśmy się pobrać?

Ach, tak. Kolejna rzecz, w którą pozwoliła mu uwierzyć.

Kiedy zaczęli ze sobą chodzić po ósmym roku, Hermiona pozwoliła swojemu ówczesnemu chłopakowi wierzyć w pewne rzeczy dotyczące ich związku. Był prawiczkiem i tak bardzo zależało mu na tym, żeby byli swoimi pierwszymi partnerami seksualnymi, że nigdy mu nie powiedziała, że nim nie był.

Poza tym, to był tylko jeden raz i nie miała szans, by mu powiedzieć, kim był tamten, więc wydawało się łatwiejsze, żeby pozwolić Ronowi wierzyć w to, co chciał wierzyć.

Aż do dzisiejszego wieczoru.

Coś w jego nonszalanckiej, lekceważącej propozycji sprawiło, że Hermiona miała ochotę zerwać plaster i ujawnić tę konkretną informację.

Z irytacją strząsnęła rękę Rona ze swojego ramienia, po czym wstała i dopiła resztę wina.

— Nie, dziękuję, Ron. Chyba wolę zaryzykować.

Chwyciła torebkę, przełożyła pasek przez ramię, zanim po raz ostatni spotkała się ze zszokowanym spojrzeniem Rona.

— A i Ron? — Odwróciła się, gotowa do werbalnej Bombardy. — Nie byłeś moim pierwszym.

Po czym odeszła, stukając obcasami jak znakami interpunkcyjnymi.

Schowała się w zaułku przed Dziurawym Kotłem, chłodny wiatr unosił loki wokół jej twarzy. Palce drżały, gdy wyciągnęła różdżkę z rękawa, a jej oddech stał się szybki i ciężki. Nie myślała o tamtej nocy sprzed lat — o ciepłym blasku kominka i bezwzględnym pragnieniu. O jego gorącym spojrzeniu, obserwującym, jak ona dochodzi.

Wzięła głęboki oddech, uspokoiła dłonie, po czym zniknęła z trzaskiem. Pojawiła się ponownie w salonie swojego mieszkania, rzuciła torebkę na stolik i poszła do kuchni z zamiarem zaparzenia herbaty na ukojenie nerwów.

Machnęła różdżką w kran, by napełnić czajnik. Eksplodował, woda tryskała na sufit. Hermiona przez chwilę obserwowała strumień wody, ledwo oddychając, po czym osunęła się na podłogę i pozwoliła, by wściekłość na wydarzenia dnia spaliła ją niczym Szatańska Pożoga.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Draco

 

— Fuj, Draco! — Theo się wzdrygnął. — Czy to naprawdę było konieczne?!

— Oczywiście, Theo — przeciągnął Draco i rzucił zaklęcie czyszczące na swoje ubrania. — Co, myślałeś, że pozwolę mu odejść w jednym kawałku?

Theo znów się zakrztusił i aż zrobiło mu się niedobrze, gdy Draco patrzył na niego kamienną twarzą.

— Mówię tylko, że mogłeś rzucić Avadę jak normalny człowiek.

Przerwał, by oczyścić ubranie zaklęciem, po czym wskazał gestem na krwawy bałagan wokół nich.

— Chociażby dlatego, że po tym jest schludniej.

Draco mruknął w zamyśleniu, zdejmując czarne, skórzane rękawiczki i chowając je do kieszeni.

— Może i schludniej, ale nie niesie tego samego przekazu.

— Przekazu?! — wrzasnął oburzony Theo. — Jaki przekaz  właściwie wysyłasz, strzelając komuś Reducto w pierś.

— Myślę, że to dość oczywiste, Theo. — Westchnął Draco, czując wibrujący w kieszeni telefon. — Niewielkie zniszczenia potrafią wiele znaczyć. Nie chodzi tylko o sprzątanie — chodzi o to, żeby wiedzieli, co się stanie, gdy wejdą nam w drogę. Użycie zaklęcia może i jest schludne, ale taki bałagan… cóż, zostanie im w pamięci na dłużej.

Draco nie działał tylko z frustracji; od lat rządził imperium rodziny Malfoyów. To, co większość osób z zewnątrz nazywało działalnością przestępczą, w rzeczywistości było skrupulatnie skonstruowaną siecią wpływów i władzy. To nie tylko nielegalny handel — to kontrola, wpływy i niepisane prawo. Każda umowa, którą zawierał, każda wiadomość, którą wysyłał, niosła za sobą jedno, niezaprzeczalne przypomnienie: wejście Malfoyowi w drogę to nie błąd. To wyrok śmierci.

Zatrzymał się na chwilę, a jego wzrok błądził po otaczającym go bałaganie. Taka była jego rzeczywistość.

Ministerstwo może miało całą władzę na papierze, ale Draco miał wpływy w ukryciu. Zbudował imperium na gruzach rodziny, która straciła łaskę  sieć powiązań, zastraszania i skalkulowanego ryzyka.

Ale choć nauczył się dźwigać ciężar tego wszystkiego, nie oznaczało to, że czerpał z tego przyjemność. Najmocniej odczuwał ciężar tego wszystkiego w chwilach ciszy, kiedy był sam z tym całym bałaganem i jego konsekwencjami.

To nie był tylko biznes — to przetrwanie. A Draco przetrwał lata.

Telefon zadzwonił, wyrywając go z zamyślenia. Przewrócił oczami, czytając najnowszego SMS-a, i schował telefon z powrotem do kieszeni, nie odpisując.

— Jeśli masz dość dramatyzowania, chodźmy. Zacznę krzyczeć, jeśli moja matka znowu do mnie napisze.

— Wciąż nie mogę uwierzyć, że Narcyza Malfoy, o zgrozo, używa komórki — powiedział Theo, śmiejąc się.

— Cóż, z uwagi na to w jakich akcjach bierzemy udział, byłoby ciężko wyczarować Patronusa — rzekł Draco znudzonym tonem. — Poza tym, nie jestem pewien, czy moja matka w ogóle potrafiłaby go wyczarować.

— A ty? — zapytał Theo, rzucając na buty Chłoszczyć po raz ostatni, tak na wszelki wypadek.

— Nie zawsze — przyznał Draco. — Ale odkąd mam Petrę, potrafię.

Zmarszczył brwi, gdy jego telefon wibrował z powodu kolejnej wiadomości przychodzącej.

— Czego ona chce? — dopytywał Theo, omijając bałagan i stając obok Draco.

— Nie wiem. — Draco westchnął z irytacją, przeciągając dłonią po twarzy. — Ale pisze do mnie przez przerwy całe popołudnie. Muszę jechać do Dworu i dowiedzieć się, co się stało.

— Skąd ten pośpiech?

— Jest czwartek — powiedział Draco, jakby to była najbardziej oczywista odpowiedź na świecie.

Theo uniósł brew i patrzył na niego z niedowierzaniem.

— To ma dla mnie coś znaczyć, bo…?

— W czwartki chodzę z Petrą do jej ulubionego parku, Theo — wiesz o tym — warknął Draco.

— Przepraszam.

Theo kajał się z udawaną szczerością, unosząc obie ręce w błagalnym geście.

Kiedy aportowali się do Dworu, Draco natychmiast skierował się do solarium — najbardziej prawdopodobnego miejsca, w którym o tej porze dnia mogłaby przebywać jego matka.

Theo podążył za nim, wciąż narzekając na popołudnie i jego konsekwencje.

— Wiesz, że znów muszę zmienić liczby?

Draco prychnął głośno, zerkając na Theo przez ramię.

— Zdajesz sobie sprawę, że nikt cię nie prosił o bawienie się w ten idiotyzm?

Drzwi do solarium otworzyły się ruchem nadgarstka Draco. Ku jego zaskoczeniu, jego matki tam nie było — tylko Lucjusz siedział samotnie przy małym stoliku, robiąc na drutach, słuchając przy tym muzyki klasycznej.

Solarium stanowiło kontrast ciepła i chłodu. Szklane ściany skąpane były w świetle, odsłaniając zadbane ogrody na zewnątrz — idealną równowagę natury i kontroli. Powietrze wypełniał zapach świeżych kwiatów, których żywa barwa kontrastowała z nieskazitelną formalnością pomieszczenia. Na stole stał nietknięty mały serwis do herbaty. Pluszowe krzesła zdawały się zbyt sztywne, by zapewnić wygodę. To było piękne i niedostępne dla postronnych miejsce — przypominające, że Draco zawsze powinien być eksponowany, nawet w chwilach intymności.

— Ach, Draco! — krzyknął Lucjusz, odkładając robótkę na bok. — Mam nadzieję, że wszystko poszło dobrze?

Theo wtrącił się, zanim Draco zdążył odpowiedzieć.

— Mniej więcej tak samo dobrze, jak wysadzenie wroga w powietrze, Lucku.

— Wszystko poszło dokładnie tak, jak chciałem, ojcze — zapewnił go Draco. — Dołohow dwa razy się zastanowi, zanim znowu wyśle któregoś ze swoich ludzi na terytorium Malfoyów.

Lucjusz mruknął w zamyśleniu, ponownie podnosząc robótkę.

— Tak, cóż, zostawiam to wszystko w twoich zdolnych rękach.

Oczywiście, że to, kurwa, zrobisz, pomyślał Draco z goryczą.

— Gdzie jest matka? Pisała do mnie całe popołudnie.

— Poszła spotkać się z Pansy na herbatę do Hogsmeade — westchnął Lucjusz, jak zawsze promieniejąc na wzmiankę o Narcyzie. — Powiedziała, że nie zajmie jej to dużo czasu.

Theo wciągnął powietrze, słysząc jego słowa i obserwując Draco, by zobaczyć jego reakcję.

Ten poruszył ramionami i wyciągnął szyję. Wziął głęboki oddech, zanim odpowiedział. To nie była wina ojca, że Narcyza znów angażowała się w te nieistotne gierki o władzę.

— No dobrze.

Ścisnął nasadę nosa, próbując zebrać myśli.

— Poczekam na nią w gabinecie. Chociaż jeśli niedługo nie przyjdzie, pójdę do domu. Nie widziałem Perty cały dzień.

Lucjusz cmoknął, wpuszczając oczko w robótkę.

— Chciałbym, żebyś ją tu częściej przyprowadzał. Mogłaby spędzać ze mną czas, kiedy ty byłbyś zajęty!

— Zapamiętam to, ojcze — powiedział Draco, odwracając się i wychodząc z solarium.

Kiedy Draco i Theo weszli do gabinetu, Theo demonstracyjnie podszedł do biurka w kącie, celując różdżką w małą tabliczkę nad nim. Napis głosił: Minęło ___ dni, odkąd Theo musiał zajmować się zwłokami. Z irytacją wymazał cyfrę 5 i zastąpił ją 0.

W gabinecie panował półmrok, oświetlony kilkoma lampami, rzucającymi plamy bursztynowego światła na całe pomieszczenie, którego cienie krążyły wokół bogatych, mahoniowych mebli. Biurko stanowiło fortecę papierów, a ciężar lat odpowiedzialności przytłaczał jego powierzchnię. W powietrzu unosił się delikatny zapach tytoniu, wciąż przypominający o nieustannym towarzyszu Draco — papierosach. Naprzeciwko biurka stały luksusowe krzesła, mniejsze niż to, na którym siedział Draco.

W przeciwieństwie do reszty Dworu, gabinet był pozbawiony portretów rodzinnych — nie było potrzeby, by oczy dawno zmarłych Malfoyów śledziły każdy jego ruch. Słaba poświata kominka migotała, a jej ciepło nie do końca docierało do chłodnej powagi pomieszczenia. Atmosfera była ciężka, wręcz dusząca, i to właśnie tutaj Draco podejmował decyzje, które kształtowały nie tylko przyszłość jego rodziny, ale i półświatka świata czarodziejów.

Głos Theo przeciął ciszę, ostrzejszy niż zwykle.

Pamiętasz, że jutro masz to spotkanie z Zielarzem, prawda?

Otworzył terminarz na biurku Draco z nieco większą siłą niż to konieczne — wciąż dramatycznie, ale dosadnie.

— Bo jeśli nie otrzymamy nowej dostawy ze szklarni, wejdziesz z pustymi rękami.

— Tak, wiem — odpowiedział Draco, zanim znów zadrwił z przyjaciela. — A wiesz, że bycie moim asystentem nie oznacza, że musisz siedzieć w moim gabinecie?

— Och, błagam. — Theo zachichotał. — Nudziłbyś się beze mnie!

— Z pewnością — dobiegł ich głos zza drzwi.

Blaise Zabini był mężem Theo i prawą ręką Draco w organizacji. Jako porucznik odpowiedzialny za większość innych osób pracujących dla rodziny, Blaise nadzorował większość codziennych spraw, dając Draco swobodę zajmowania się ważniejszymi sprawami — takimi jak niedawne wkroczenie Dołohowa na terytorium Malfoyów.

— Hej, Tatuśku — mruknął Theo, kierując się do drzwi, niemal wspinając się na męża, gdy ten tylko wszedł.

Jak zwykle, obaj nie mieli absolutnie żadnego poczucia przyzwoitości, robiąc widowisko, gdy Theo przytulił Blaise’a, całując go, jakby jeden z nich był wodą, a drugi właśnie przemierzył pustynię. Ich okazywanie uczuć z łatwością mogłoby wprawić w zakłopotanie każdego postronnego człowieka, ale oni sami sprawiali wrażenie, jakby nie zauważali otaczającego ich świata, zatopieni we własnej bańce bezwstydnego uwielbienia.

Draco nie podniósł wzroku — lata temu nauczył się ignorować ich teatralność. Nie przeszkadzali mu — Merlin wiedział, iż cieszył się, że mają siebie nawzajem po piekle, przez które przeszli jako dzieci — ale miał dziś inne zajęcia niż obserwowanie, jak ci dwaj próbują się nawzajem pochłonąć.

Po kilku minutach Theo i Blaise najwyraźniej znaleźli w sobie siłę, by się nieco od siebie odsunąć, a ich rozmowa w końcu odciągnęła uwagę Draco od raportów.

— Miałeś dobry dzień, kochanie? — zapytał Blaise, siadając na jednym z krzeseł przed biurkiem Draco i pociągając Theo na kolana.

— Nie, Tatuśku, to było okropne — jęknął Theo. — Draco o mało nie rozsadził jednego z ludzi Dołohowa. Jestem prawie pewien, że miałem jelito na bucie.

W tym momencie obaj mężczyźni spojrzeli na Draco — Theo patrzył na niego z samozadowoleniem, jakby Draco przejmował się opinią Blaise’a, który jedynie uniósł brew.

— Ups.

Draco uśmiechnął się ironicznie, wzruszając nonszalancko jednym ramieniem.

— W porządku, kochanie. Tatuś kupi ci więcej butów — Blaise gruchał do Theo, całując go w skroń.

Draco przewrócił oczami w odpowiedzi, ale zanim zdążył odpowiedzieć, drzwi do gabinetu otworzyły się ponownie.

Tym razem w progu pojawiła się posągowa postać jego matki. Nieskazitelna jak zwykle, z włosami spiętymi w misterny kok i długimi do ziemi, czarnymi szatami, prezentowała się imponująco.

— O, patrzcie, Królowa Matka wróciła — powiedział Theo z udawaną uległością, wstając z kolan Blaise’a.

— Blaise, Theo… wyjdźcie — rozkazała Narcyza, przechodząc przez pokój i siadając na drugim krześle naprzeciwko biurka Draco.

— Absolutnie nie — warknął Draco, odchylając się na krześle i kładąc nogi na biurku. Otworzył srebrne pudełko, wyciągnął kolejnego papierosa i zapalił go, nie odrywając wzroku od matki. — Blaise był tu pierwszy i chciałbym byś wiedziała, jak minął dzień.

Narcyza otworzyła usta, żeby się sprzeciwić, ale Draco uniemożliwił jej to wymownym spojrzeniem, wydmuchując przez nos dwa kłęby dymu i gestem dając znak Blaise’owi znak, by zaczął.

— Miałaś swoją szansę, matko, ale pobiegłaś na herbatę tuż przed moim przybyciem.

— Wszystkie dostawy przebiegły zgodnie z planem — mnóstwo zadowolonych klientów — powiedział Blaise, ignorując irytację Narcyzy. — Z drugiej strony, kolejna partia importowanych składników powinna dotrzeć przed śniadaniem, więc będę miał rośliny niezbędne na jutrzejsze spotkanie.

Draco mruknął zamyślony, wypuszczając dym, zanim zgasił papierosa.

— To już chyba koniec, ale nie dało się inaczej — nie z bułgarskim Ministerstwem Magii depczącym Krumowi po piętach.

— Powtórz to jutro — zasugerował Blaise. — Wszystko poszło zgodnie z planem, więc kiedy skończymy, dokończę przygotowania na jutro.

Draco kiwnął głową, po czym zwrócił swoją uwagę na Theo.

— Zrób wszystko, czego potrzebuje.

— Jak zawsze — zapewnił go Theo, choć w jego głosie było słychać nutę urazy.

Theo był asystentem Draco i Blaise’a, dbając o to, by wszystko — a co za tym idzie, cała organizacja — szło gładko. Pomimo częstych wybryków, trzymał wszystko w ryzach i nie znosił żadnych sugestii, które mogłyby wprowadzić w błąd.

Draco pstryknął palcami, zapalając kolejnego papierosa, zaciągając się głęboko i spoglądając na matkę. Uniósł brew i machnął ręką w geście rozkazującym no dalej, kiedy milczała.

Narcyza zerknęła na Blaise’a i Theo, ale nic nie powiedziała.

— Wszystko, co musisz mi powiedzieć, matko, możesz powiedzieć przy nich — westchnął Draco, wypuszczając dym kątem ust.

Przez chwilę milczała, tocząc cichą walkę sama ze sobą. Draco i Blaise ignorowali jej przenikliwe spojrzenia, podczas gdy Theo się krzywił.

— Dobrze — zgodziła się w końcu Narcyza, jej głos był szorstki i lodowaty. — Domyślam się, że nie czytałeś dziś Proroka?

— Wiesz, że nigdy nie czytałem tego szmatławca, matko.

Draco dopalił drugiego papierosa i zapalił trzeciego z taką szybkością, że równie dobrze mógłby zapalić go ostatnim. Zwykle nie palił jednego papierosa za drugim, ale jego matka potrafiła wydobyć z niego to, co najlepsze.

Narcyza lekko się poruszyła na krześle zanim odpowiedziała — to był nietypowy dla niej ruch, który natychmiast przykuł uwagę Draco. Jej palce wygładziły szatę raz, potem drugi. To było coś, czego prawdopodobnie nikt poza Draco by nie zauważył. Rozważała szanse czegoś — oczekiwań, przetrwania, wyglądu. Jak zawsze.

— Dodali ogłoszenie o nowym ministerialnym prawie — takim, które będzie miało na ciebie wpływ.

To sprawiło, że Draco usiadł prosto. Pomimo całego swojego zaangażowania w działalność przestępczą, bardzo uważał, żeby być przynajmniej o krok przed Ministerstwem. Każde prawo, którego mogłoby go dotyczyć, jest czymś, o czym musiał wiedzieć.

— Co regulują tym razem?

Nie wiedział, co go czeka, ale był przekonany, że nie ma wygranej, tylko przetrwanie. A nawet to zaczynało przypominać próbę utrzymania go w szyku.

— Najwyraźniej małżeństwa — prychnęła jego matka. — Powołują się na niepokojący brak małżeństw i urodzeń w czarodziejskiej Anglii w ciągu ostatnich dziesięciu lat.

— Więc co zamierzają zrobić? — wtrącił się Blaise, wciąż przeczesując dłonią loki Theo.

— Będą łączyć w pary niezamężne osoby magiczne w wieku od osiemnastu do czterdziestu lat — powiedziała Narcyza, kręcąc głową. — Każdy z tej grupy będzie musiał przyjść do Ministerstwa, poddać się analizie i złożyć magiczny podpis. Niewymowni z Departamentu Tajemnic użyją następnie zaklęcia, by dopasować pary na podstawie ich magicznej zgodności.

Na jej słowa część duszy Draco się skurczyła. Kolejna decyzja podjęta za mnie.

Właśnie tego potrzebował — jakiegoś bezimiennego biurokraty, który będzie grzebał w jego magii i decydował, z kim będzie kompatybilny, jakby miłość i moc można było sprowadzić do liczb na pergaminie.

Którąkolwiek mu dadzą, nie będzie łatwo. Tego był pewien.

Ale niech im będzie. Niech go sprawdzą, dopasują. Żaden czar, jaki wymyślą, nie zmierzy ciszy ani nie oceni jego zdolności do panowania nad światem. Niech bogowie mają ich w opiece, jeśli nie zrozumieją, co to oznacza.

Podniósł wzrok, gasząc ostatniego papierosa i zauważył, że trzy pary oczu kierowały się na niego. Odchrząknął, pozwalając, by cień uśmieszku rozciągnął mu usta.

— Jak zawsze z przyjemnością zrobię wszystko, o co poprosi Ministerstwo — powiedział Draco głosem przepełnionym sarkazmem — a jego mina była mieszanką suchego rozbawienia i obojętności. — W końcu zawsze byłem uosobieniem uległości Ministerstwa — dodał, stukając palcami w podłokietnik, pozwalając, by ironia zawisła w powietrzu.

Odchylił się na krześle, a ciężar jego wyborów wirował wokół niego niczym dym, lecz na razie nie pozwolił, by napięcie w jego ramionach opadło. Od lat kierował rodzinnymi interesami, starannie wszystkim zarządzając. Ale nie miało znaczenia, jak dużą kontrolę zyskiwał; Ministerstwo właśnie przechyliło szalę, sprawiając, że zastanawiał się, czy wszystkie jego ostrożne manewry nie pójdą na marne.

 ______________

Witajcie :) w sobotnie popołudnie zapraszam na nowe tłumaczenie w mafijnym stylu. Będzie dużo zaskoczeń, śmiechu, tajemnic ale i mega elektryzujących scen, czyli wszystko to, co lubimy w Dramione. :) Dajcie znać jak wrażenia po pierwszym rozdziale.

Na kolejny zapraszam jutro. Te dwa pierwsze rozdziały łączą się ze sobą, dlatego wychodzą po sobie, ale pozostałe będą publikowane pojedynczo. Zatem miłej lektury! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)

Obserwatorzy

Etykiety

Albus Dumbledore Albus Potter Angelina Weasley Apartament 9 i 3/4 Archibald Stokes Astoria Greengrass AU dramione Bellatrix Lestrage Bezwzględna gra Bibliotekarka Blaise Zabini blansy Cambridge Blue Charlie Weasley Ciemność i Światło Come To Claim Cormac McLaggen Czas cudów Draco Malfoy dramione Dziesięć na dziesięć efekt Pericuscia Facet z sąsiedztwa Fred Weasley Gemma George Weasley Ginny Weasley Harry Potter Hermiona Granger hinny Hogwart Hot for Teacher impreza James Potter Józefina Crawley Kamari Kingsley Shacklebolt klątwa klątwa Glacios Klub Nox Lavender Brown Lilie słonowodne Live Again [PL] Lord Voldemort Lucjusz Malfoy Luna Lovegood M.B. Malfoy Manor Malus Orbis Mark Collins marriage law Maxton Hall miłość Mine Minerva McGonagall miniaturka Mrużka Narcyza Malfoy Neville Longbottom Nora Jenkins Ocean między nami Odkupienie Ogień i Lód Padma Patil Pani Pince Pani Pomfrey Pansy Parkinson Percy Weasley Piękna i bestia plan Podróż z nieznajomym porwanie Promyk radości Przewodnik randka w ciemno Ron Weasley Rose Weasley Rozgrzeszenie Rzeczy których nie nauczysz się z książek Scorpius Malfoy Severus Snape Siedem dni w grudniu smutek sojusz Still Life Susan Weasley śmierciożercy Śpiewka Teodor Nott terapia Theodor Nott thuna To co jest między nami To co najlepsze Tracy Davis Travis Diggle Trylogia Odkupienia Twoje idealne dopasowanie Uchwalenie ucieczka Viktor Krum Voldemort walka Wiktor Krum Zakazani Zakochana fretka Zamaskowany mężczyzna Złączeni Złota Trójca