Hermiona
Magia
trzeszczała w lokach Hermiony, gdy pędziła korytarzem w stronę swojego biura,
mamrocząc pod nosem. Zatrzasnęła za sobą drzwi i rzuciła się na krzesło.
Walczyła
o ratowanie świata — tylko po to, by skończyć wypełniając papiery dla
instytucji odpowiedzialnej za narażenie go na niebezpieczeństwo.
Czasami
miała już dość DPPC i Wizengamotu — całego cholernego Ministerstwa. Najczęściej
nie potrafiła już nawet powiedzieć, o co walczyła: o prawa magicznych stworzeń
czy o własną zdolność do bycia wysłuchaną.
Nic
im nie szkodziło pozwalać przestępcom gnić w Azkabanie, o ile ci przestępcy
mieli znajomości. Nie przeszkadzało im, że zamykali ludzi, którzy mogliby
zostać objęci dozorem kuratora — albo, nie daj Boże, mogli być niewinni — bo to
była łatwiejsza droga w śledztwie lub procesie.
Ale
zawsze gdy Hermiona przedstawiała jakąś
sugestię na zebraniu, nagle rzucali standardami
i zasłaniali się moralnością.
Na
spotkaniu, które właśnie opuściła, członkowie DPPC i DKNMS zastanawiali się,
jak najlepiej poradzić sobie ze stadem centaurów w Walii, protestujących
przeciwko nielegalnemu wykorzystaniu ich ziemi pod budowę nowej wioski
czarodziejów. Przedstawiciele obu departamentów, wraz z Wizengamotem,
najwyraźniej nie mieli problemu z przejęciem ziemi. Według nich problemem były
pomysły Hermiony.
—
Szczerze mówiąc, wystarczy jedna, drobna sugestia, a wszyscy tracą rozum —
mruknęła do siebie.
Jej
pomysł wydawał jej się najbardziej oczywistym rozwiązaniem: rzucić Confundus na deweloperów, którzy ukradli
ziemię, aby przekonać ich do jej zwrotu, a następnie rzucić Zaklęcie
Zmieniające Wspomnienia, aby wymazać z ich umysłów spotkanie i wszczepić
fałszywe wspomnienia — takie, w których nigdy nie wybrali ziemi centaurów tylko
inną lokalizację.
W
końcu widziała, co się dzieje, gdy biurokracja się przedłuża — niewinni zostają
ukarani, ich życie zrujnowane, a rezultaty są zbyt marne i zbyt późne. Czymże
było jedno zmienione wspomnienie w porównaniu z dekadami niesprawiedliwości?
Sądząc
po okrzykach zdumienia, które rozległy się w sali konferencyjnej, można było
pomyśleć, że Hermiona zasugerowała rzucenie Crucio,
by zmusić deweloperów do uległości. Jej szef najwyraźniej był zaskoczony, że
Hermiona zaproponowała coś tak odbiegającego od normy.
—
Hermiono! Nie możemy tego zrobić — centaury będą musiały po prostu się
przenieść. Nie mogę uwierzyć, że Złota Dziewczyna w ogóle coś takiego
zasugerowała!
Zapamiętać, pomyślała wtedy. Najwyraźniej DPPC nie miał nic przeciwko kradzieży ziemi, ale stawiało
granicę w kwestii modyfikacji pamięci.
Hermiona
ugryzła się w język, aż do końca spotkania, żeby nie powiedzieć czegoś, czego
naprawdę by żałowała. Nienawidziła tego tytułu, niemal tak samo jak faktu, że
ludzie zakładali, iż ślepo przestrzega zasad.
Zasady
oczywiście miały swoje zastosowanie. Ale Hermiona przestrzegała ich, gdy były
przydatne, i ignorowała, kiedy nie były przydatne. Jej lata spędzone w
Hogwarcie powinny być tego wystarczającym przykładem.
Trzydzieści
minut później Hermiona wciąż narzekała, agresywnie porządkując bałagan w aktach
na biurku, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi.
—
Czego?! — warknęła, nawet nie podnosząc wzroku, gdy drzwi się otworzyły.
—
To tylko ja. — Zaśmiał się Harry, wchodząc z uniesionymi rękami w geście
poddania. — Przychodzę w pokoju. Ciężki dzień? — zapytał, opadając na jedno z
krzeseł przed biurkiem Hermiony.
—
Ciężkie spotkanie — przyznała, zaczynając przeglądać kolejny stos akt, jednym
ruchem nadgarstka zrzucając część z nich na regał po drugiej stronie gabinetu.
—
Przyszedłem zapytać, co o tym sądzisz — powiedział z grymasem na twarzy,
wymachując notatką z Ministerstwa i wskazując na bałagan na biurku Hermiony. —
Ale chyba jeszcze nie widziałaś.
Wyciągnął
rękę, chwytając jej ulubione wieczne pióro z Levengera z kubka na biurku i
zaczął nim wywijać między palcami, szukając jakiegoś zajęcia. Wyrwała mu je i
odłożyła na miejsce, unosząc brew, gdy on tłumił śmiech.
—
Co znowu? — jęknęła, przeglądając papiery na biurku, aż znalazła notatkę
pasującą do tej w dłoni Harry’ego.
Brwi
Hermiony uniosły się niemal do linii włosów, gdy czytała treść. Wydawało się to
niemożliwe. Jej palce drżały, czy czytała dalej, a myśli krążyły w zawrotnym
tempie. Ministerstwo chciało wpływać na małżeństwa? Łączyć ludzi w pary na
podstawie magicznego powinowactwa, temperamentu i długoterminowej zgodności?
Ledwo mogła oddychać, słowa rozmywały się jej pod oczami. Nie chodziło tylko o
małżeństwo — chodziło o kontrolę. O pozbawienie resztek autonomii.
Notatka
wewnętrzna
Data: 3 maja
2009 roku
Do: wszystkich
pracowników Ministerstwa
Od:
Minister Magii; Wizengamot
Temat:
Nadchodzące ogłoszenie — Prawo małżeńskie dotyczące magicznej zgodności
Szanowni Państwo,
Chcielibyśmy poinformować Państwa o
ważnej inicjatywie, która zostanie ogłoszona do wiadomości publicznej pod
koniec dnia. W świetle ostatnich obaw dotyczących spadku liczby małżeństw i
urodzeń w naszej magicznej społeczności, Minister Magii i Wizengamot podjęli
decyzję o wdrożeniu nowej polityki mającej na celu rozwiązanie tych problemów.
Ustawa
Ministerstwa o numerze 011315118 wprowadzi system, w którym
niezamężni obywatele w wieku od osiemnastu do czterdziestu lat będą parowani na
podstawie magicznej zgodności. Inicjatywa ta ma na celu wspieranie silnych
związków i zapewnienie ciągłości rozwoju świata czarodziejów. Pary będą
ustalane poprzez serię magicznych analiz, starannie opracowanych w celu
zapewnienia jak najlepszego dopasowania w oparciu o czynniki zgodności, takie
jak magiczne powinowactwo, temperament i długoterminowa zgodność.
Ministerstwo przekazuje Państwu
niniejszą informację z wyprzedzeniem, aby byli Państwo w pełni poinformowani
przed oficjalnym ogłoszeniem.
Listy zapowiadające pierwsze
dopasowania zostaną wysłane w ciągu czterdziestu pięciu dni od dziś. Po
otrzymaniu listu przez obie strony pary będą miały sześćdziesiąt dni na
zawarcie związku małżeńskiego. Pary, które są już w związku, mają trzydzieści
dni na zarejestrowanie małżeństwa w Ministerstwie lub zostaną dopasowane w
ramach programu.
Stan wskaźnika urodzeń po wdrożeniu
programu zostanie ogłoszony w późniejszym terminie.
Wierzymy, że wesprzecie tę
inicjatywę i liczymy na Waszą współpracę w osiągnięciu sukcesu programu.
Serdeczne pozdrowienia,
Kingsley
Shacklebolt
Minister Magii
W
końcu podniosła wzrok, Harry wciąż patrzył na nią z zamyślonym wyrazem twarzy.
Jej pierwszym odruchem była złość, ale stłumiła ją.
Kolejna sprawa, w której muszę
zachować zimną krew, pomyślała.
Pokręciła
głową, próbując odepchnąć tę myśl, ale nie dawała jej spokoju, niczym maleńka
iskra z pożaru, której nie potrafiła ugasić.
Kiedy
Hermiona otrząsnęła się z zamyślenia, zauważyła, że Harry patrzył na nią, jakby
czekał na odpowiedź na pytanie, którego nie usłyszała.
—
Przepraszam, co powiedziałeś? — zapytała.
—
Zastanawiałem się, czy to w ogóle legalne.
Westchnął
Harry.
—
Owszem — odpowiedziała, uśmiechając się pocieszająco. — Minister i Wizengamot
mają wszelkie uprawnienia do uchwalania przepisów nadzwyczajnych. Poza tym —
kontynuowała — Ministerstwo zawsze znajdzie sposób, byśmy robili to, co zechcą
i kiedy zechcą.
—
To prawda — zgodził się Harry, wstając i kierując się do drzwi. — Idziesz dziś
wieczorem do Dziurawego Kotła?
Hermiona
jęknęła na wspomnienie Wieczoru Picia Gryfonów w tym tygodniu.
—
Nie wiem, Harry. Naprawdę chciałabym…
Jej
wypowiedź przerwał błagalny wyraz twarzy Harry’ego z dużymi oczami szczeniaczka
i dłońmi złożonymi pod brodą.
—
Przyjdź, Hermiono, proszę? — błagał. — Wszyscy będą pytać, a ty najlepiej znasz
na nie odpowiedź.
Nie
było sensu się z nim kłócić. Zapomnij o
potrzebie czasu dla siebie, by przemyśleć notatkę, przemknęło jej przez
myśl. Wiedziała, jak to spotkanie się potoczy — wszyscy będą jej potrzebować.
—
Jasne, Harry, spotkamy się na miejscu.
—
Wspaniale! — krzyknął Harry z uśmiechem. — Wiedziałem, że mogę na ciebie
liczyć!
~*~*~*~*~*~*~*~
Kiedy
Hermiona weszła do Dziurawego Kotła później tego wieczoru, była ostatnią osobą
z ich grupy. Przeczesała palcami loki, bardziej po to, by się uspokoić niż je
poprawić, a następnie zmierzyła wzrokiem swoje odbicie w Listrze. Jej krwistoczerwona,
obcisła sukienka, skórzana kurtka i wysokie obcasy z pewnością nie pasowały do
tego, co większość ludzi nosi w Dziurawym Kotle, ale Hermiona dawno przestała
przejmować się tym, co myślą inni — o jej ubraniach czy czymkolwiek innym.
Znajomy
zapach piwa kremowego mieszał się z ostrym aromatem Ognistej Whisky w
powietrzu, a przyćmione światło rzucało ciepłe poświaty na wytarte drewno
stołów. Dziś wieczorem gwar wokół niej wydawał się głośniejszy, a rozmowa była
jedynym szumem w tle, który tylko potęgował jej chaotyczną energię. Kiedy
dotarła do stołu, zgodnie z oczekiwaniami, nowe Prawo Małżeńskie było już
tematem rozmowy.
Dekret
wpływał na mniej więcej połowę ich grupy przyjaciół. Neville i Luna byli
małżeństwem od prawie dekady — ich ślub odbył się niecałe dwa lata po wojnie.
Dean i Seamus pobrali się trzy lata temu po latach dobierania się do siebie.
Ron
i Ginny nie byli zamężni, ale oboje spotykali się odpowiednio z Lavender Brown
i Justinem Finch-Fletchleyem, więc być może uda im się uniknąć obowiązkowego
małżeństwa. Nie żeby Lavender i Justin kiedykolwiek towarzyszyli Ronowi i Ginny
na tych spotkaniach. Lavender planowała babskie wieczory z Parvati tak, aby
zbiegały się z wieczorami Rona w pubie, a Justin wolał swój elegancki,
mugolskie klub towarzyski od Dziurawego Kotła — Hermiona z pewnością nie miała
mu tego za złe.
Gdy
tylko Hermiona usadowiła się na swoim miejscu, natychmiast zasypano ją
pytaniami.
—
Hermiono! — krzyknęła Ginny, a jej oczy błyszczały ciekawością, choć w
zmarszczkach wokół oczu widać było napięcie. — Co sądzisz o nowym Prawie
Małżeńskim? To naprawdę się dzieje?
—
Oczywiście, że tak — mruknął Ron, podnosząc wzrok znad drinka. — Czego się
spodziewałaś? Ministerstwo zawsze słynęło z absurdalnych zasad.
Eteryczny
głos Luny dobiegł zza stołu z kąta, gdzie wtulała się w Neville’a.
—
Może to absurdalne, ale mam przeczucie, że pewne rzeczy ułożą się tak, jak
zawsze powinny.
Hermiona
uśmiechnęła się przelotnie do Luny, po czym odwróciła wzrok.
—
Ron ma rację — powiedział Seamus, przeszywając Lunę wzrokiem, po czym odchylił
się na krześle. — Ale to nie znaczy, że to nie będzie straszliwy ból głowy.
Myślisz, że trafisz na kogoś porządnego?
—
Nie bądź głupi, Seamus — dodał Dean, śmiejąc się. — Dobierają ludzi, jak chcą.
Jakie są szanse, że to w ogóle wypali?
Hermiona
wymusiła uśmiech, czując ciężar ich spojrzeń.
—
Cóż, to nie jest losowe dopasowywanie — powiedziała, starając się zachować
spokój. — Mają system pełen magicznych analiz i czynników zgodności…
—
Tak, ale co, jeśli nie spodoba ci się osoba, z którą zostaniesz sparowana? —
przerwała Ginny z poważną miną. — A co, jeśli Ministerstwo zmusi cię do
poślubienia kogoś, kogo ledwo znasz?
Pytanie
zaskoczyło Hermionę i przez chwilę zaczęła błądzić myślami, ale szybko skupiła
się na rozmowie toczącej się przed nią.
—
To wygląda inaczej — rzekła bardziej stanowczo, niż się wydaje. Złota Dziewczyna w końcu powinna ich
wspierać. — Jestem pewna, że w razie potrzeby będzie możliwość apelacji.
Ministerstwo może i ma dużą kontrolę, ale oni nie są… potworami.
—
Równie dobrze mogliby być — powiedział Ron, unosząc brwi, choć wciąż nie do
końca pojmował sens rozmowy.
Na
szczęście Harry’emu udało się skierować rozmowę na inny tor. Quidditch zawsze
się sprawdzał w tym towarzystwie.
Hermiona
wróciła do stolika po zamówieniu kolejnego kieliszka wina i obserwowała tę
zróżnicowaną grupę ludzi, nadrabiających zaległości z minionego tygodnia i
dyskutujących o najnowszych wiadomościach. Był czas, gdy myślała, że nie będą
tu wszyscy razem. Harry i Ginny nie pasowali do siebie jako para, ale nigdy nie
żywili do siebie urazy. Po prostu byli za młodzi i lepiej było pozostać na
stopie przyjaźni.
Ron
i Hermiona spotykali się przez kilka lat, często wbrew jej rozsądkowi. Zeszli
się latem po bezprecedensowym ósmym roku nauki w Hogwarcie, w czasie, gdy
Hermiona pragnęła stabilizacji i zażyłości. Choć po ukończeniu szkoły udało jej
się odnaleźć rodziców w Australii, nawet najlepsi uzdrowiciele nie byli w
stanie przywrócić im pamięci, więc otaczanie się czymś prostym — a przynajmniej
wtedy takie się wydawało — wydawało się lepsze niż jakakolwiek alternatywa,
jaką Hermiona mogłaby wymyślić.
W
końcu pragnienie zażyłości zniknęło i pozostała prawda: ona i Ron byli głęboko
i fundamentalnie niekompatybilni.
Tkwiła
w tym związku przez kilka lat, wiedząc, że jeśli nie rozstaną się w zgodzie,
zaryzykuje utratę całej grupy przyjaciół — jedynej rodziny, jaka jej pozostała.
Kiedy
Ron zaczął okazywać oznaki niepokoju, nie sprzeciwiała się. Poprowadziła go
powoli ku końcowi, pozwalając myśleć, że to jego decyzja. Nawet pomogła mu w to
uwierzyć. Bo jeśli to on zerwał, jej zostaną przyjaciele. A to liczyło się
bardziej niż osobiste potyczki.
Zadziałało.
Teraz Ron błogo płynął przez życie: pracował w sklepie z dowcipami, grał w
meczach Quidditcha z udziałem gwiazd i spotykał się z niekończącą się ilością
dziewczyn — Lavender była ostatnią z nich. Hermionie to odpowiadało; mogła
nadal mieć przyjaciół i skupić się na karierze, bez Rona i Molly, którzy mieli wyobrażenia
o tym, jak powinna zachowywać się kobieta. Tolerowała go jako członka ich
paczki. Nie zamierzała tracić z nimi kontaktu, by uniknąć byłego.
Hermiona
słuchała, jak Neville wyjaśniał zawiłość opieki nad Diabelskimi Sidłami, gdy
Ron do niej podszedł, niespodziewanie obejmując ją ramieniem. Ktoś ewidentnie jest pijany, westchnęła
w duchu.
—
Wiesz, Miona — powiedział Ron, czkając.
Przewróciła
oczami.
—
Prosiłam cię, żebyś tak mnie nie nazywał, Ron.
Rudy
kontynuował swoją wypowiedź, ignorując jej prośbę.
—
Myślałem o tym.
—
To z pewnością niebezpieczne.
Ron
albo zignorował jej zaczepkę, albo w stanie upojenia alkoholowego nie zwracał
na nią uwagi.
—
Nie powinnaś ryzykować utknięcia z kimś, kogo nie lubisz, przez to Prawo
Małżeńskie. Więc chętnie ci pomogę — ożenię się z tobą.
Rozmowa
urwała się, gdy Ron uśmiechnął się do niej, jakby właśnie wpadł na genialny
pomysł.
—
Ron! — krzyknął Harry.
Hermionie
zaparło dech w piersiach. Słowa Rona uderzyły ją niczym nagły szok i przez
chwilę była zaskoczona. Wspomnienia ich lat razem — tych po Hogwarcie, kiedy
kurczowo trzymali się czegoś znajomego pośród chaosu — brzmiały, jakby
wydarzyły się w innym życiu. Oświadczyny Rona, w całej swojej nonszalancji,
wydawały się kpiną z więzi, która kiedyś ich łączyła.
Jej
klatka piersiowa się zacisnęła i prawie rzuciła kąśliwą uwagą, ale powstrzymała
się. Co Ron sobie myślał? Czy naprawdę nie rozumiał, jak wiele się zmieniło?
Jak bardzo ona się zmieniła?
Ron
patrzył na nią przez chwilę, kiedy nie odpowiadała, marszcząc brwi, po czym
pokręcił głową, jakby sama myśl o zmuszeniu Hermiony do małżeństwa była
absurdalna.
—
Hermiono, nie możesz na serio myśleć, że to coś dobrego — powiedział, ale w
jego głosie słychać było nutę zaniepokojenia, a nie tylko frustracji. — W końcu
to tylko wymysł Ministerstwa, prawda? — Ton jego głosu brzmiał jak głos kogoś,
kto uważał, że to praktyczny pomysł i że próbował uchronić Hermionę przed
najgorszym. — Po prostu… nie chcę, żebyś utknęła z kimś, kogo nie chcesz.
I
w tym tkwił problem — Ron nigdy nie rozumiał, dlaczego im się nie udało i nigdy
nie uda. Prostota jego podejścia i niezdolność do zrozumienia głębi problemu,
sprawiały, że czuła się jeszcze bardziej osamotniona.
—
Nie wiem, ile wypiłeś — mruknęła Ginny, wskazując na jego kufel — ale spotykasz
się z Lavender, na wypadek gdybyś zapomniał.
—
Cii. — Ron zbył protesty wszystkich. — Z nią się tylko bawię. W końcu Hermiona
i ja byliśmy swoimi pierwszymi… czemu nie mielibyśmy się pobrać?
Ach,
tak. Kolejna rzecz, w którą pozwoliła mu uwierzyć.
Kiedy
zaczęli ze sobą chodzić po ósmym roku, Hermiona pozwoliła swojemu ówczesnemu
chłopakowi wierzyć w pewne rzeczy dotyczące ich związku. Był prawiczkiem i tak
bardzo zależało mu na tym, żeby byli swoimi pierwszymi partnerami seksualnymi,
że nigdy mu nie powiedziała, że nim nie był.
Poza
tym, to był tylko jeden raz i nie miała szans, by mu powiedzieć, kim był
tamten, więc wydawało się łatwiejsze, żeby pozwolić Ronowi wierzyć w to, co
chciał wierzyć.
Aż
do dzisiejszego wieczoru.
Coś
w jego nonszalanckiej, lekceważącej propozycji sprawiło, że Hermiona miała
ochotę zerwać plaster i ujawnić tę konkretną informację.
Z
irytacją strząsnęła rękę Rona ze swojego ramienia, po czym wstała i dopiła
resztę wina.
—
Nie, dziękuję, Ron. Chyba wolę zaryzykować.
Chwyciła
torebkę, przełożyła pasek przez ramię, zanim po raz ostatni spotkała się ze
zszokowanym spojrzeniem Rona.
—
A i Ron? — Odwróciła się, gotowa do werbalnej Bombardy. — Nie byłeś moim pierwszym.
Po
czym odeszła, stukając obcasami jak znakami interpunkcyjnymi.
Schowała
się w zaułku przed Dziurawym Kotłem, chłodny wiatr unosił loki wokół jej
twarzy. Palce drżały, gdy wyciągnęła różdżkę z rękawa, a jej oddech stał się
szybki i ciężki. Nie myślała o tamtej nocy sprzed lat — o ciepłym blasku
kominka i bezwzględnym pragnieniu. O jego gorącym spojrzeniu, obserwującym, jak
ona dochodzi.
Wzięła
głęboki oddech, uspokoiła dłonie, po czym zniknęła z trzaskiem. Pojawiła się
ponownie w salonie swojego mieszkania, rzuciła torebkę na stolik i poszła do
kuchni z zamiarem zaparzenia herbaty na ukojenie nerwów.
Machnęła
różdżką w kran, by napełnić czajnik. Eksplodował, woda tryskała na sufit.
Hermiona przez chwilę obserwowała strumień wody, ledwo oddychając, po czym
osunęła się na podłogę i pozwoliła, by wściekłość na wydarzenia dnia spaliła ją
niczym Szatańska Pożoga.
~*~*~*~*~*~*~*~
Draco
—
Fuj, Draco! — Theo się wzdrygnął. — Czy to naprawdę było konieczne?!
—
Oczywiście, Theo — przeciągnął Draco i rzucił zaklęcie czyszczące na swoje
ubrania. — Co, myślałeś, że pozwolę mu odejść w jednym kawałku?
Theo
znów się zakrztusił i aż zrobiło mu się niedobrze, gdy Draco patrzył na niego
kamienną twarzą.
—
Mówię tylko, że mogłeś rzucić Avadę
jak normalny człowiek.
Przerwał,
by oczyścić ubranie zaklęciem, po czym wskazał gestem na krwawy bałagan wokół
nich.
—
Chociażby dlatego, że po tym jest schludniej.
Draco
mruknął w zamyśleniu, zdejmując czarne, skórzane rękawiczki i chowając je do
kieszeni.
—
Może i schludniej, ale nie niesie tego samego przekazu.
—
Przekazu?! — wrzasnął oburzony Theo. — Jaki przekaz właściwie wysyłasz, strzelając komuś Reducto w pierś.
—
Myślę, że to dość oczywiste, Theo. — Westchnął Draco, czując wibrujący w
kieszeni telefon. — Niewielkie zniszczenia potrafią wiele znaczyć. Nie chodzi
tylko o sprzątanie — chodzi o to, żeby wiedzieli, co się stanie, gdy wejdą nam
w drogę. Użycie zaklęcia może i jest schludne, ale taki bałagan… cóż, zostanie
im w pamięci na dłużej.
Draco
nie działał tylko z frustracji; od lat rządził imperium rodziny Malfoyów. To,
co większość osób z zewnątrz nazywało działalnością przestępczą, w
rzeczywistości było skrupulatnie skonstruowaną siecią wpływów i władzy. To nie
tylko nielegalny handel — to kontrola, wpływy i niepisane prawo. Każda umowa,
którą zawierał, każda wiadomość, którą wysyłał, niosła za sobą jedno,
niezaprzeczalne przypomnienie: wejście Malfoyowi w drogę to nie błąd. To wyrok
śmierci.
Zatrzymał
się na chwilę, a jego wzrok błądził po otaczającym go bałaganie. Taka była jego
rzeczywistość.
Ministerstwo
może miało całą władzę na papierze, ale Draco miał wpływy w ukryciu. Zbudował
imperium na gruzach rodziny, która straciła łaskę sieć powiązań, zastraszania i skalkulowanego
ryzyka.
Ale
choć nauczył się dźwigać ciężar tego wszystkiego, nie oznaczało to, że czerpał
z tego przyjemność. Najmocniej odczuwał ciężar tego wszystkiego w chwilach
ciszy, kiedy był sam z tym całym bałaganem i jego konsekwencjami.
To
nie był tylko biznes — to przetrwanie. A Draco przetrwał lata.
Telefon
zadzwonił, wyrywając go z zamyślenia. Przewrócił oczami, czytając najnowszego
SMS-a, i schował telefon z powrotem do kieszeni, nie odpisując.
—
Jeśli masz dość dramatyzowania, chodźmy. Zacznę krzyczeć, jeśli moja matka
znowu do mnie napisze.
—
Wciąż nie mogę uwierzyć, że Narcyza Malfoy, o zgrozo, używa komórki —
powiedział Theo, śmiejąc się.
—
Cóż, z uwagi na to w jakich akcjach bierzemy udział, byłoby ciężko wyczarować
Patronusa — rzekł Draco znudzonym tonem. — Poza tym, nie jestem pewien, czy
moja matka w ogóle potrafiłaby go wyczarować.
—
A ty? — zapytał Theo, rzucając na buty Chłoszczyć
po raz ostatni, tak na wszelki wypadek.
—
Nie zawsze — przyznał Draco. — Ale odkąd mam Petrę, potrafię.
Zmarszczył
brwi, gdy jego telefon wibrował z powodu kolejnej wiadomości przychodzącej.
—
Czego ona chce? — dopytywał Theo, omijając bałagan i stając obok Draco.
—
Nie wiem. — Draco westchnął z irytacją, przeciągając dłonią po twarzy. — Ale
pisze do mnie przez przerwy całe popołudnie. Muszę jechać do Dworu i dowiedzieć
się, co się stało.
—
Skąd ten pośpiech?
—
Jest czwartek — powiedział Draco, jakby to była najbardziej oczywista odpowiedź
na świecie.
Theo
uniósł brew i patrzył na niego z niedowierzaniem.
—
To ma dla mnie coś znaczyć, bo…?
—
W czwartki chodzę z Petrą do jej ulubionego parku, Theo — wiesz o tym — warknął
Draco.
—
Przepraszam.
Theo
kajał się z udawaną szczerością, unosząc obie ręce w błagalnym geście.
Kiedy
aportowali się do Dworu, Draco natychmiast skierował się do solarium —
najbardziej prawdopodobnego miejsca, w którym o tej porze dnia mogłaby
przebywać jego matka.
Theo
podążył za nim, wciąż narzekając na popołudnie i jego konsekwencje.
—
Wiesz, że znów muszę zmienić liczby?
Draco
prychnął głośno, zerkając na Theo przez ramię.
—
Zdajesz sobie sprawę, że nikt cię nie prosił o bawienie się w ten idiotyzm?
Drzwi
do solarium otworzyły się ruchem nadgarstka Draco. Ku jego zaskoczeniu, jego
matki tam nie było — tylko Lucjusz siedział samotnie przy małym stoliku, robiąc
na drutach, słuchając przy tym muzyki klasycznej.
Solarium
stanowiło kontrast ciepła i chłodu. Szklane ściany skąpane były w świetle,
odsłaniając zadbane ogrody na zewnątrz — idealną równowagę natury i kontroli.
Powietrze wypełniał zapach świeżych kwiatów, których żywa barwa kontrastowała z
nieskazitelną formalnością pomieszczenia. Na stole stał nietknięty mały serwis
do herbaty. Pluszowe krzesła zdawały się zbyt sztywne, by zapewnić wygodę. To
było piękne i niedostępne dla postronnych miejsce — przypominające, że Draco
zawsze powinien być eksponowany, nawet w chwilach intymności.
—
Ach, Draco! — krzyknął Lucjusz, odkładając robótkę na bok. — Mam nadzieję, że
wszystko poszło dobrze?
Theo
wtrącił się, zanim Draco zdążył odpowiedzieć.
—
Mniej więcej tak samo dobrze, jak wysadzenie wroga w powietrze, Lucku.
—
Wszystko poszło dokładnie tak, jak chciałem, ojcze — zapewnił go Draco. —
Dołohow dwa razy się zastanowi, zanim znowu wyśle któregoś ze swoich ludzi na
terytorium Malfoyów.
Lucjusz
mruknął w zamyśleniu, ponownie podnosząc robótkę.
—
Tak, cóż, zostawiam to wszystko w twoich zdolnych rękach.
Oczywiście, że to, kurwa, zrobisz, pomyślał Draco z goryczą.
—
Gdzie jest matka? Pisała do mnie całe popołudnie.
—
Poszła spotkać się z Pansy na herbatę do Hogsmeade — westchnął Lucjusz, jak
zawsze promieniejąc na wzmiankę o Narcyzie. — Powiedziała, że nie zajmie jej to
dużo czasu.
Theo
wciągnął powietrze, słysząc jego słowa i obserwując Draco, by zobaczyć jego
reakcję.
Ten
poruszył ramionami i wyciągnął szyję. Wziął głęboki oddech, zanim odpowiedział.
To nie była wina ojca, że Narcyza znów angażowała się w te nieistotne gierki o
władzę.
—
No dobrze.
Ścisnął
nasadę nosa, próbując zebrać myśli.
—
Poczekam na nią w gabinecie. Chociaż jeśli niedługo nie przyjdzie, pójdę do
domu. Nie widziałem Perty cały dzień.
Lucjusz
cmoknął, wpuszczając oczko w robótkę.
—
Chciałbym, żebyś ją tu częściej przyprowadzał. Mogłaby spędzać ze mną czas,
kiedy ty byłbyś zajęty!
—
Zapamiętam to, ojcze — powiedział Draco, odwracając się i wychodząc z solarium.
Kiedy
Draco i Theo weszli do gabinetu, Theo demonstracyjnie podszedł do biurka w
kącie, celując różdżką w małą tabliczkę nad nim. Napis głosił: Minęło ___ dni, odkąd Theo musiał zajmować
się zwłokami. Z irytacją wymazał cyfrę 5
i zastąpił ją 0.
W
gabinecie panował półmrok, oświetlony kilkoma lampami, rzucającymi plamy
bursztynowego światła na całe pomieszczenie, którego cienie krążyły wokół bogatych,
mahoniowych mebli. Biurko stanowiło fortecę papierów, a ciężar lat
odpowiedzialności przytłaczał jego powierzchnię. W powietrzu unosił się
delikatny zapach tytoniu, wciąż przypominający o nieustannym towarzyszu Draco —
papierosach. Naprzeciwko biurka stały luksusowe krzesła, mniejsze niż to, na
którym siedział Draco.
W
przeciwieństwie do reszty Dworu, gabinet był pozbawiony portretów rodzinnych —
nie było potrzeby, by oczy dawno zmarłych Malfoyów śledziły każdy jego ruch.
Słaba poświata kominka migotała, a jej ciepło nie do końca docierało do
chłodnej powagi pomieszczenia. Atmosfera była ciężka, wręcz dusząca, i to
właśnie tutaj Draco podejmował decyzje, które kształtowały nie tylko przyszłość
jego rodziny, ale i półświatka świata czarodziejów.
Głos
Theo przeciął ciszę, ostrzejszy niż zwykle.
—
Pamiętasz, że jutro masz to spotkanie
z Zielarzem, prawda?
Otworzył
terminarz na biurku Draco z nieco większą siłą niż to konieczne — wciąż
dramatycznie, ale dosadnie.
—
Bo jeśli nie otrzymamy nowej dostawy ze szklarni, wejdziesz z pustymi rękami.
—
Tak, wiem — odpowiedział Draco, zanim znów zadrwił z przyjaciela. — A wiesz, że
bycie moim asystentem nie oznacza, że musisz siedzieć w moim gabinecie?
—
Och, błagam. — Theo zachichotał. — Nudziłbyś się beze mnie!
—
Z pewnością — dobiegł ich głos zza drzwi.
Blaise
Zabini był mężem Theo i prawą ręką Draco w organizacji. Jako porucznik
odpowiedzialny za większość innych osób pracujących dla rodziny, Blaise
nadzorował większość codziennych spraw, dając Draco swobodę zajmowania się
ważniejszymi sprawami — takimi jak niedawne wkroczenie Dołohowa na terytorium
Malfoyów.
—
Hej, Tatuśku — mruknął Theo, kierując się do drzwi, niemal wspinając się na
męża, gdy ten tylko wszedł.
Jak
zwykle, obaj nie mieli absolutnie żadnego poczucia przyzwoitości, robiąc
widowisko, gdy Theo przytulił Blaise’a, całując go, jakby jeden z nich był
wodą, a drugi właśnie przemierzył pustynię. Ich okazywanie uczuć z łatwością
mogłoby wprawić w zakłopotanie każdego postronnego człowieka, ale oni sami sprawiali
wrażenie, jakby nie zauważali otaczającego ich świata, zatopieni we własnej
bańce bezwstydnego uwielbienia.
Draco
nie podniósł wzroku — lata temu nauczył się ignorować ich teatralność. Nie
przeszkadzali mu — Merlin wiedział, iż cieszył się, że mają siebie nawzajem po
piekle, przez które przeszli jako dzieci — ale miał dziś inne zajęcia niż
obserwowanie, jak ci dwaj próbują się nawzajem pochłonąć.
Po
kilku minutach Theo i Blaise najwyraźniej znaleźli w sobie siłę, by się nieco
od siebie odsunąć, a ich rozmowa w końcu odciągnęła uwagę Draco od raportów.
—
Miałeś dobry dzień, kochanie? — zapytał Blaise, siadając na jednym z krzeseł
przed biurkiem Draco i pociągając Theo na kolana.
—
Nie, Tatuśku, to było okropne —
jęknął Theo. — Draco o mało nie rozsadził jednego z ludzi Dołohowa. Jestem
prawie pewien, że miałem jelito na bucie.
W
tym momencie obaj mężczyźni spojrzeli na Draco — Theo patrzył na niego z
samozadowoleniem, jakby Draco przejmował się opinią Blaise’a, który jedynie
uniósł brew.
—
Ups.
Draco
uśmiechnął się ironicznie, wzruszając nonszalancko jednym ramieniem.
—
W porządku, kochanie. Tatuś kupi ci więcej butów — Blaise gruchał do Theo,
całując go w skroń.
Draco
przewrócił oczami w odpowiedzi, ale zanim zdążył odpowiedzieć, drzwi do
gabinetu otworzyły się ponownie.
Tym
razem w progu pojawiła się posągowa postać jego matki. Nieskazitelna jak
zwykle, z włosami spiętymi w misterny kok i długimi do ziemi, czarnymi szatami,
prezentowała się imponująco.
—
O, patrzcie, Królowa Matka wróciła — powiedział Theo z udawaną uległością,
wstając z kolan Blaise’a.
—
Blaise, Theo… wyjdźcie — rozkazała Narcyza, przechodząc przez pokój i siadając
na drugim krześle naprzeciwko biurka Draco.
—
Absolutnie nie — warknął Draco, odchylając się na krześle i kładąc nogi na biurku.
Otworzył srebrne pudełko, wyciągnął kolejnego papierosa i zapalił go, nie
odrywając wzroku od matki. — Blaise był tu pierwszy i chciałbym byś wiedziała,
jak minął dzień.
Narcyza
otworzyła usta, żeby się sprzeciwić, ale Draco uniemożliwił jej to wymownym
spojrzeniem, wydmuchując przez nos dwa kłęby dymu i gestem dając znak
Blaise’owi znak, by zaczął.
—
Miałaś swoją szansę, matko, ale pobiegłaś na herbatę tuż przed moim przybyciem.
—
Wszystkie dostawy przebiegły zgodnie z planem — mnóstwo zadowolonych klientów —
powiedział Blaise, ignorując irytację Narcyzy. — Z drugiej strony, kolejna
partia importowanych składników powinna dotrzeć przed śniadaniem, więc będę
miał rośliny niezbędne na jutrzejsze spotkanie.
Draco
mruknął zamyślony, wypuszczając dym, zanim zgasił papierosa.
—
To już chyba koniec, ale nie dało się inaczej — nie z bułgarskim Ministerstwem
Magii depczącym Krumowi po piętach.
—
Powtórz to jutro — zasugerował Blaise. — Wszystko poszło zgodnie z planem, więc
kiedy skończymy, dokończę przygotowania na jutro.
Draco
kiwnął głową, po czym zwrócił swoją uwagę na Theo.
—
Zrób wszystko, czego potrzebuje.
—
Jak zawsze — zapewnił go Theo, choć w jego głosie było słychać nutę urazy.
Theo
był asystentem Draco i Blaise’a, dbając o to, by wszystko — a co za tym idzie,
cała organizacja — szło gładko. Pomimo częstych wybryków, trzymał wszystko w
ryzach i nie znosił żadnych sugestii, które mogłyby wprowadzić w błąd.
Draco
pstryknął palcami, zapalając kolejnego papierosa, zaciągając się głęboko i
spoglądając na matkę. Uniósł brew i machnął ręką w geście rozkazującym no dalej, kiedy milczała.
Narcyza
zerknęła na Blaise’a i Theo, ale nic nie powiedziała.
—
Wszystko, co musisz mi powiedzieć, matko, możesz powiedzieć przy nich —
westchnął Draco, wypuszczając dym kątem ust.
Przez
chwilę milczała, tocząc cichą walkę sama ze sobą. Draco i Blaise ignorowali jej
przenikliwe spojrzenia, podczas gdy Theo się krzywił.
—
Dobrze — zgodziła się w końcu Narcyza, jej głos był szorstki i lodowaty. —
Domyślam się, że nie czytałeś dziś Proroka?
—
Wiesz, że nigdy nie czytałem tego szmatławca, matko.
Draco
dopalił drugiego papierosa i zapalił trzeciego z taką szybkością, że równie
dobrze mógłby zapalić go ostatnim. Zwykle nie palił jednego papierosa za
drugim, ale jego matka potrafiła wydobyć z niego to, co najlepsze.
Narcyza
lekko się poruszyła na krześle zanim odpowiedziała — to był nietypowy dla niej
ruch, który natychmiast przykuł uwagę Draco. Jej palce wygładziły szatę raz,
potem drugi. To było coś, czego prawdopodobnie nikt poza Draco by nie zauważył.
Rozważała szanse czegoś — oczekiwań, przetrwania, wyglądu. Jak zawsze.
—
Dodali ogłoszenie o nowym ministerialnym prawie — takim, które będzie miało na
ciebie wpływ.
To
sprawiło, że Draco usiadł prosto. Pomimo całego swojego zaangażowania w
działalność przestępczą, bardzo uważał, żeby być przynajmniej o krok przed
Ministerstwem. Każde prawo, którego mogłoby go dotyczyć, jest czymś, o czym
musiał wiedzieć.
—
Co regulują tym razem?
Nie
wiedział, co go czeka, ale był przekonany, że nie ma wygranej, tylko
przetrwanie. A nawet to zaczynało przypominać próbę utrzymania go w szyku.
—
Najwyraźniej małżeństwa — prychnęła jego matka. — Powołują się na niepokojący brak małżeństw i urodzeń w
czarodziejskiej Anglii w ciągu ostatnich dziesięciu lat.
—
Więc co zamierzają zrobić? — wtrącił się Blaise, wciąż przeczesując dłonią loki
Theo.
—
Będą łączyć w pary niezamężne osoby magiczne w wieku od osiemnastu do
czterdziestu lat — powiedziała Narcyza, kręcąc głową. — Każdy z tej grupy
będzie musiał przyjść do Ministerstwa, poddać się analizie i złożyć magiczny
podpis. Niewymowni z Departamentu Tajemnic użyją następnie zaklęcia, by
dopasować pary na podstawie ich magicznej zgodności.
Na
jej słowa część duszy Draco się skurczyła. Kolejna
decyzja podjęta za mnie.
Właśnie
tego potrzebował — jakiegoś bezimiennego biurokraty, który będzie grzebał w
jego magii i decydował, z kim będzie kompatybilny, jakby miłość i moc można
było sprowadzić do liczb na pergaminie.
Którąkolwiek
mu dadzą, nie będzie łatwo. Tego był pewien.
Ale
niech im będzie. Niech go sprawdzą, dopasują. Żaden czar, jaki wymyślą, nie
zmierzy ciszy ani nie oceni jego zdolności do panowania nad światem. Niech
bogowie mają ich w opiece, jeśli nie zrozumieją, co to oznacza.
Podniósł
wzrok, gasząc ostatniego papierosa i zauważył, że trzy pary oczu kierowały się
na niego. Odchrząknął, pozwalając, by cień uśmieszku rozciągnął mu usta.
—
Jak zawsze z przyjemnością zrobię
wszystko, o co poprosi Ministerstwo — powiedział Draco głosem przepełnionym
sarkazmem — a jego mina była mieszanką suchego rozbawienia i obojętności. — W
końcu zawsze byłem uosobieniem uległości Ministerstwa — dodał, stukając palcami
w podłokietnik, pozwalając, by ironia zawisła w powietrzu.
Odchylił
się na krześle, a ciężar jego wyborów wirował wokół niego niczym dym, lecz na
razie nie pozwolił, by napięcie w jego ramionach opadło. Od lat kierował
rodzinnymi interesami, starannie wszystkim zarządzając. Ale nie miało
znaczenia, jak dużą kontrolę zyskiwał; Ministerstwo właśnie przechyliło szalę,
sprawiając, że zastanawiał się, czy wszystkie jego ostrożne manewry nie pójdą
na marne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)