[T] Twoje idealne dopasowanie: Niespodziewani sojusznicy

niedziela, 13 września 2026

 

Witajcie :) w niedzielne popołudnie zapraszam na kolejny rozdział tłumaczenia. Hermiona dowie się coraz więcej o działalności Draco, ale to nie on będzie głównym bohaterem tego rozdziału. Dajcie znać jak wrażenia!

Jeśli chodzi o kolejne rozdziały, to prawdopodobnie zostaną opublikowane w okolicach weekendu. Muszę trochę nadrobić tłumaczenie, a niezbyt mam na to czas, publikując tak często jak ostatnio. Także proszę o cierpliwość i z góry dziękuję za zrozumienie.

 

______________

 

Rozdział 10: Niespodziewani sojusznicy

 

Świat przestał wirować, a Hermiona wciąż kurczowo trzymała się męża; stali pośrodku wielkiej drogi. Ptaki wzbiły się w powietrze na odgłos ich przybycia — była zaskoczona tym, jak głośno się aportowali, gdy usłyszała to po raz pierwszy.

Gdy aportowała się z nim po raz pierwszy, myślała, że to jakiś rodzaj efektownego wejścia. Później dowiedziała się, że była to taktyka przetrwania, którą wymyślił jako nastolatek, zmuszony do wcześniejszej nauki teleportacji. W końcu nie można było brać udziału w tajnych misjach Śmierciożerców, jeśli anonsowało się swoje przybycie w tak ostentacyjny sposób.

Odrzucając te myśli na bok, Hermiona obróciła się w miejscu, podziwiając sielski krajobraz.

— Gdzie jesteśmy?

— W Yorkshire — odpowiedział Draco, ujmując jej dłoń, gdy ruszyli przed siebie.

Na końcu ścieżki Hermiona wstrzymała oddech na widok porośniętego bluszczem domku. Zbudowany z białej cegły, skąpany w słońcu i skryty strzechą, tonął w feerii barw dzięki bujnej, niemal dzikiej roślinności.

— Jest przepiękny! — zawołała, śmiejąc się, gdy na ramieniu jej męża usiadł motyl.

Draco mruknął coś w zamyśleniu, prowadząc ją obok domku w stronę ogromnej szklarni znajdującej się na tyłach posesji.

— To prawda, ale poczekaj, aż zobaczysz szklarnię.

Budynek był olbrzymi, nawet jak na mugolskie standardy.

Wyobrażam sobie zaklęcia rozszerzające przestrzeń wewnątrz, pomyślała.

Draco i Hermiona weszli do środka; gdy przekroczyli próg, zamigotały wokół nich magiczne bariery odchodne. Złożone zaklęcia utrzymywały temperaturę idealną dla roślin, nie czyniąc jej jednak nieznośną dla odwiedzających.

Zrobili zaledwie kilka kroków, gdy z głębi pomieszczenia dobiegł ich głos.

To ty, Malfoy? Udało ci się znaleźć tę roślinę, o którą pytałem?

Odgłos kroków niósł się echem po ceglanej ścieżce, aż w końcu zza zakrętu wyłonił się dostawca, trzymając w dłoni niewielką roślinę doniczkową.

Hermiona wydała z siebie zduszony okrzyk, a jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki.

NEVILLE?!

Ku swojemu ogromnemu zdziwieniu widziała przed sobą jednego ze swoich przyjaciół; wyglądał jak rasowy zielarz — z ziemią za paznokciami i nieśmiałym uśmiechem błąkającym się po ustach.

— Och… eee, cześć, Hermiono — powiedział Neville, niezręcznie przerzucając w dłoniach doniczkę. — Nie wiedziałem, że tu dzisiaj będziesz.

Hermiona jąkała się z oburzeniem, przenosząc wzrok z Neville’a na Draco.

— Jak… dlaczego… ty…

Draco uśmiechnął się do niej, podczas gdy wciąż próbowała poukładać sobie wszystko w głowie.

— Zwróciłem się do niego lata temu. Zależało mi na najlepszych składnikach do eliksirów, które rozprowadzamy, a Longbottom jest w tym najlepszy.

— Twardo negocjuje — rzekł Neville, wzruszając ramionami, gdy patrzyła na niego z uniesioną brwią. Podniósł dłoń, jakby wskazywał na tysiące otaczających ich roślin. — Dobrze mi płacą za robienie tego, co kocham, a dzięki znajomościom Malfoya jestem na dobrej drodze, by zgromadzić każdą roślinę, o jakiej tylko mogę zamarzyć. A skoro o tym mowa… nigdy nie powiedziałeś, czy udało ci się znaleźć Morsmordia Plantis

— Co to takiego? — zapytała Hermiona, nie potrafiąc ukryć ciekawości w głosie.

Twarz Neville’a się rozpromieniła na wieść o możliwości podzielenia się wiedzą ogrodniczą z przyjaciółką.

— To magiczna kuzynka muchołówki, powszechnie znana jako paproć mięsożerna. Wydaje z siebie dźwięk przypominający syreni śpiew, by zwabić ofiarę.

— Krum już nad tym pracuje — zapewnił go Draco.

Hermiona patrzyła na Neville’a, jakby widziała go po raz pierwszy.

— Wciąż nie mogę uwierzyć, że trafiłeś do tego świata wcześniej niż ja.

— Trzeba przyznać — wtrącił jej mąż — że Longbottom działa wyłącznie w granicach prawa. Wszelkie naprawdę nielegalne składniki zdobywam ja, Blaise albo Krum.

Neville nie spuszczał z niej wzroku.

— Hermiono, wiesz lepiej niż ktokolwiek inny, jak uciążliwe są ograniczenia Ministerstwa wprowadzone po wojnie. Malfoy dał mi wolną rękę. Mogę krzyżować, hodować i eksperymentować — a wszystko to bez zaglądania mi przez ramię i domagania się pozwoleń czy zgody komisji. Myślisz, że miałbym na to szansę, pracując dla profesor Sprout?

Draco uśmiechnął się lekko.

— Co więcej, ludzie i tak zawsze znajdą sposób, by zdobyć eliksiry, na których im zależy. Według mnie, skoro ja kontroluję dystrybucję, a Longbottom składniki, to przynajmniej każdy otrzymuje bezpieczny i pewny produkt końcowy.

Otworzyła usta, po czym znów je zamknęła. Nie mogła się z tym nie zgodzić.

Neville zachichotał, przesuwając palcami po liściach pobliskiej rośliny. Wskazał na bujną zieleń wylewającą się z zaklętych klatek, a jego głos ucichł.

— To miejsce jest moje w sposób, jakiego nigdy nie zaznałbym w Hogwarcie czy Ministerstwie. Oprócz hodowania składników dla Malfoya mogę tu wykonywać prawdziwą pracę — ważną pracę — bo on dostrzegł w tym wartość.

Przez chwilę słyszała jedynie cichu szum zaklęć utrzymujących odpowiednią jakość powietrza i delikatny szelest liści. Czuła dłoń Draco na swoich plecach — pewną i dającą poczucie oparcia.

— Wciąż nie mogę uwierzyć, że jesteś w to zaangażowany.

— Cóż mogę powiedzieć? — Neville wzruszył ramionami. — Dla dobra moich roślin jestem w stanie przymknąć oko na wiele nielegalnych wybryków.

Hermiona pokręciła głową — po części z irytacją, a po części z podziwem.

— Teraz jestem zaintrygowana i chcę zobaczyć, co hodujesz.

Neville szeroko się uśmiechnął i wskazał drogę wzdłuż najbliższej grządki.

— Chodźcie, pokażę wam. Niektóre z tych hybryd w ogóle nie powinny istnieć, ale udało mi się je ustabilizować.

Draco cicho parsknął śmiechem.

— Zawsze bawi mnie to, że ludzie się mnie boją, a to Longbottom hoduje ogród pełen trucizn.

Neville rzucił mu wymowne spojrzenie, ale prowadził ich dalej w głąb szklarni. Mijali kwiaty delikatnie połyskujące własnym światłem, pnącza wyginające się w stronę ich kroków oraz grządkę czarnych róż, które zdawały się szeptać, gdy poruszało się powietrze. Hermiona zwalniała przy każdym nowym odkryciu, szeroko otwierając oczy i zasypując Neville’a pytaniami, podczas gdy Draco obserwował to z rozbawieniem.

Zgodnie z zapewnieniami męża, Neville rzeczywiście posiadał ogród pełen trujących roślin. Hermiona ostrożnie pozostała za dodatkowymi zaklęciami ochronnymi otaczającymi grządkę, podczas gdy przyjaciel wskazał jej wilczą jagodę, oleandra, lulka czarnego, tojad oraz wiele innych okazów.

— Ich zła sława jest niesprawiedliwa — prychnął Neville, odwracając się od niebezpiecznych roślin. — To nie ich wina, że ludzie wykorzystują je w niewłaściwych celach, zamiast po prostu podziwiać ich piękno.

— Bardzo filozoficzne podejście, Nev — mruknęła Hermiona. — Jestem pewna, że kryje się w tym jakaś życiowa lekcja.

Uśmiechnął się do niej, prowadząc w stronę dużego stołu ustawionego w głębi ogrodu.

— To jest coś, z czego jestem najbardziej dumny.

Hermiona z zaciekawieniem przechyliła głowę, spoglądając w dół. Okazał się podwyższoną grządką; gdy Neville machnął różdżką nad jedną z sekcji, ziemia delikatnie się uniosła, odsłaniając najmniejsze warzywa, jakie kiedykolwiek widziała. Maleńkie marchewki, cebule, cukinie i brokuły ustępowały miejsca równie drobnym ziemniakom, rzepom, pasternakom i dyniom.

— Neville — szepnęła. — To jest…

— Niesamowity sposób, by wyżywić mnóstwo ludzi na niewielkiej przestrzeni? — wtrącił Draco, przenosząc wzrok na Neville’a. — Dlaczego wcześniej mi tego nie pokazałeś?

Neville położył dłoń na karku i zarumienił się.

— Chciałem mieć pewność, że wszystko zrobiłem jak należy i że to naprawdę zadziałało, zanim pokażę to komukolwiek poza Luną. W końcu nie słynę z tego, że magia przychodzi mi z łatwością.

Hermiona pokręciła głową, podchodząc bliżej miniaturowego ogrodu.

— Neville, jesteś absolutnie genialny. Jak wielu z nas, potrzebowałeś tylko czasu, wiary w siebie i odpowiednich ludzi, którzy by cię wspierali.

— To prawda — przyznał. — No i zdobycie własnej różdżki też pomogło.

Zanim zdążyła dodać coś jeszcze, bariery ochronne znów zamigotały, sygnalizując czyjeś przybycie.

Z głębi alejki dobiegł głośny głos — brzmiący znajomo dla Hermiony, choć nie potrafiła przypisać go do konkretnej osoby.

Ej, Nev? Jesteś tu? Muszę wziąć trochę bylicy; mam kilka młodych smoków, które się wzajemnie podrapały.

Odgłos kroków się przybliżał, a Hermiona doznała kolejnego tego dnia szoku, gdy zza rogu wyłonił się Charlie Weasley. Wydawał się zupełnie niezdziwiony obecnością Draco; posłał mu swobodny gest powitania, opierając się o pobliski blat do przesadzania roślin.

— Cześć, szefie — powiedział wesoło. — Nie wiedziałem, że tu dziś będziesz… a tym bardziej, że przyprowadzisz małżonkę.

— Musiałem się skonsultować z Longbottomem — przeciągnął Draco. — A to wydawało się dobrym momentem, by zacząć wtajemniczać w to wszystko Hermionę.

Kobieta zerknęła na szkarłatną, markową torbę zwisającą mu z ramienia, po czym przeniosła wzrok na męża.

— Nie żartowałeś, mówiąc, że dzisiaj wszędzie będę widzieć ten kolor.

Charlie prychnął, odbierając od Neville’a pęk ziół.

— Dzięki, stary. — Zwrócił się do Hermiony, puszczając do niej wesoło oko, zanim ruszył z powrotem wzdłuż grządki. — Chętnie bym tu został i z wami pogadał, ale jak mówiłem… podrapane smoczęta. Poza tym nie chcę zostawiać Luny samej na zbyt długo. Obawiam się, że mogłaby nauczyć je tańczyć i śpiewać.

Zanim Hermiona zdążyła przetrawić jego mimochodem rzuconą wzmiankę o Lunie, Charlie zatrzymał się i spojrzał na nią przez ramię.

— A, i jeszcze jedno, Hermiono? Jeśli chodzi o moją rodzinę — nigdy mnie nie widziałaś.

Gdy odszedł, ona powoli się odwróciła i wbiła w Draco niedowierzające spojrzenie.

— Czyli chcesz mi powiedzieć, że Neville, Charlie i Luna pracują dla ciebie?

Kiwnął głową.

— Powtarzam: wyłącznie legalnie, ale tak.

— Chciałabym poznać szczegóły. — Westchnęła, masując nasadę nosa. — Ale szczerze mówiąc, dziś nie jestem w stanie przyjąć już więcej informacji.

Draco ścisnął jej dłoń i złożył pocałunek na jej lokach.

— W takim razie później.

Zanim zdążyli wyjść, Neville odkasłał i wcisnął Hermionie w dłonie płócienny woreczek. Był zaskakująco ciężki jak na swój rozmiar, a z jego wnętrza unosił się delikatny zapach świeżej ziemi.

— Weź to — powiedział niemal nieśmiało. — To tylko drobne zbiory z miniaturowego ogródka. Wytrzymują wiele tygodni, zanim się zepsują.

Hermiona zerknęła na woreczek, a potem na Neville’a.

— Dajesz mi… miniaturowe ziemniaki?

— I cukinie — dodał pomocnie. — Świetnie smakują pieczone.

Otworzyła usta, po czym zaśmiała się z niedowierzaniem.

— Jasne. Oczywiście. Neville ma miniaturową farmę i szklarnię pełną trujących roślin, dla Draco pracują ludzie, których — jak myślałam — znałam, a ja trzymam teraz worek magicznych, miniaturowych warzyw. Całkowicie normalne.

Draco uśmiechnął się półgębkiem i odebrał od niej worek, zanim ta zdążyła go upuścić.

— Zrobimy z nich dobry użytek, Longbottom. Dziękujemy.

Hermionie udało się otrząsnąć z oszołomienia na tyle, by pomachać przyjacielowi.

— Tak, dziękuję, Neville.

Draco objął ją ramieniem talii; gdy wyprowadził ją ze szklarni, bariery ochronne zamigotały, a miniaturowe warzywa lekko uderzały go w bok, podczas gdy oboje zniknęli.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Później tego samego wieczoru Hermiona siedziała przy kuchennym blacie, popijając wino i obserwując, jak Draco przygotowuje kolację. Przeglądał warzywa, które wcześniej dał im Neville, i wybrał kilka, by przywrócić im normalny rozmiar, podczas gdy reszta pozostała pomniejszona i objęta zaklęciem statyzującym.

Pomijając inne wydarzenia dnia, wciąż wydawało się nierealne, że patrzyła na gotującego Draco Malfoya — wytatuowanego niczym szef mafii. A jednak był tu, świeżo po prysznicu, i siekał warzywa, ubrany w nisko opuszczone spodnie dresowe, na których widok aż ciekła jej ślinka.

Podniósł wzrok i posłał jej leniwy półuśmiech, gdy zauważył, że mu się przygląda.

— Czy to już to „później”, kotku?

— Co? — zapytała, lekko zdezorientowana, dopóki nie przypomniała sobie swoich wcześniejszych słów. — Och! Tak, proszę.

Wstała, by uzupełnić kieliszek wina, po czym podeszła do niego.

— Jestem bardzo ciekawa, jak to wszystko działa.

Zanim zdążył odpowiedzieć, korytarz wypełnił dźwięk aktywowania się Sieci Fiuu.

Hermiono? Jesteś w domu?

Głos Harry’ego brzmiał na zmęczony i nieco napięty.

— W kuchni!

Draco uniósł brwi w niemym pytaniu, a ona odpowiedziała wzruszeniem ramion. Przywołał jeszcze kilka składników, podczas gdy czekali, aż Harry przejdzie korytarzem.

Wszedł do kuchni; wyglądał, jakby właśnie stoczył wojnę z papierkową robotą — włosy miał bardziej rozczochrane niż zwykle, okulary zabrudzone, a szczękę zaciśniętą. Wypuścił gwałtownie powietrze, gdy ich dostrzegł, i poluzował kołnierzyk, jakby Ministerstwo go dusiło.

— Ładnie tu pachnie — mruknął, opadając na jeden ze stołków barowych.

Krzywołap wkroczył do pomieszczenia i wskoczył Harry’emu na kolana, a Petra podążyła za nim i ułożyła się u jego stóp, jakby wyczuwała, że mężczyzna potrzebuje pocieszenia.

— Już przygotowuję dodatkową porcję — rzekł Draco. — Śmiało, dołącz do nas.

— Dzięki, stary. — Westchnął Harry. — Choć to cholernie dziwne, że dla mnie gotujesz… bez koszulki. Na Merlina, ty nigdy się nie ograniczasz. Wiesz w ogóle, ile masz tatuaży?

Draco parsknął śmiechem.

— W tej chwili? Nie.

Hermiona zmarszczyła brwi, widząc napięcie malujące się na twarzy przyjaciela.

— Ciężki dzień?

Harry przetarł twarz dłonią.

— Raczej ciężka dekada. Mam wrażenie, że choćbyśmy nie wiem ile naprawili, Ministerstwo wciąż znajduje nowe sposoby, by gnić od środka. A po tym, jak ciebie potraktowali… już wcześniej myślałem o odejściu. — Przeniósł wzrok na Draco, a potem z powrotem na Hermionę. — Ale po dzisiejszym dniu naprawdę nie sądzę, bym mógł to dalej ciągnąć.

Hermiona położyła dłoń na jego ramieniu i lekko je ścisnęła, próbując dodać mu otuchy.

— Co się stało?

Zdjął okulary i westchnął, przecierając oczy.

— Zajmuję się sprawą dotyczącą mrocznych przedmiotów trafiających do mugolskich antykwariatów i szkodliwych eliksirów wprowadzonych do obiegu, przez które ludzie chorują… i tak dalej.

Hermiona podniosła wzrok i wymieniła spojrzenia z Draco. Nie wiedziała jeszcze zbyt wiele o tym, jak funkcjonowała ta część jego świata, ale rozumiała, że najwyraźniej był ktoś, z kim musiał się zmierzyć.

Z powrotem zwróciła się do swojego najlepszego przyjaciela.

— Co się dzisiaj stało?

W oczach Harry’ego płonął gniew, gdy odwrócił się w jej stronę.

— Robards odsunął mnie od sprawy — takiej, w której jestem naprawdę potrzebny — bo chcą, żebym wykorzystał naszą przyjaźń i dowiedział się, co knuje Malfoy.

Draco prychnął, wrzucając składniki na rozgrzaną patelnię.

— Życzę powodzenia.

— Nie martwisz się? — zapytała Hermiona, wstając, by podać przyjacielowi szklankę Ognistej Whisky.

— Nie — odpowiedział, przywołując zaklęciem łopatkę. — Nigdy wcześniej nie udało im się do mnie zbliżyć.

Harry wziął od Hermiony alkohol i jednym haustem wypił połowę, po czym z głośnym stukotem odstawił szklankę na blat.

— Oni tego nie rozumieją — mruknął, kręcąc głowę. — Myślą, że mogą mną pomiatać i wykorzystywać mnie, by zmusić do robienia tego, czego oni chcą. — Zacisnął pięść na blacie tak mocno, że kostki mu zbielały. — Mam dość bycia ich bronią.

Hermiona z trudem przełknęła ślinę.

— Harry, nawet nie wiesz, co…

Przerwał jej jednak, pochylając się ku niej; jego głos był cichy, lecz pełen gniewu.

— Wiem, że Malfoy działa na granicy prawa, wiem, że nie wszystko, co robi, jest całkowicie legalne… ale to samo dotyczy Ministerstwa. Wiem, że w każdej działalności jest szara strefa. Ale przede wszystkim znam ciebie, Hermiono. Wiem, że on nie jest bez winy, ale kto jest? Wiem, że gdyby krzywdził ludzi — a przynajmniej takich, którzy na to nie zasłużyli — nie byłabyś tu. A prawda jest taka, że nie obchodzi mnie, czy Malfoy, do cholery, rządzi przestępczym półświatkiem. Przynajmniej coś robi.

Draco rzucił mu ostre i wymowne spojrzenie, choć nie przestawał mieszać zawartości patelni.

Harry wypuścił powietrze, teraz już spokojniej; wyglądało na to, że wypowiedzenie tego na głos pozwoliło mu sformułować myśl, wokół której krążył od dłuższego czasu.

— Widzę to tak… Mogę rzucić pracę i pomóc ci w tym, co zaczynasz, Hermiono. Albo mogę złożyć propozycję tobie, Malfoy. Jeśli potrzebujesz wtyki, zrobię to. Będę nadal pojawiał się w Ministerstwie, trzymał rękę na pulsie i przekazywał ci informacje.

Łopatka w dłoni Draco zamarła na ułamek sekundy, po czym mężczyzna wrócił do mieszania. Na jego twarzy błąkał się lekki uśmieszek, ale w oczach widać było błysk zainteresowania.

— Cóż, nigdy bym nie pomyślał, że usłyszę taką propozycję z ust Wybrańca.

— Harry — szepnęła Hermiona. — Jesteś pewien? Zdajesz sobie sprawę z tego, co proponujesz?

— Tak — odpowiedział szczerze, nie spuszczając z niej wzroku. — Mogę nawet złożyć Wieczystą Przysięgę, jeśli chcecie. Mam dość Ministerstwa, które marnuje czas na ściganie ludzi bez żadnych dowodów, podczas, gdy inne przestępstwa pozostają niewyjaśnione.

— To nie będzie konieczne — powiedział Draco, wyłączając kuchenkę i przywołując talerze z pobliskiej szafki.

— Dlaczego nie?

— Bo… — Wzruszył nonszalancko ramionami. — Jeśli obrócisz się przeciwko mnie, jestem pewien, że będziesz mieć gorsze powody do strachu niż śmierć… a mianowicie moją żonę.

Hermiona czuła, jak jej policzki się zaczerwieniły, choć nie potrafiła stwierdzić, czy to przez wino, czy przez swobodną pewność, jaką jej mąż w niej pokładał. Harry zaśmiał się krótko, przeczesując dłonią włosy.

— Słuszna uwaga. To mogłoby zadziałać… w końcu ona była jedyną osobą, której kiedykolwiek się bałem.

Draco lekko się uśmiechnął, odstawiając patelnię na bok, jakby sprawa była już przesądzona.

— Wygląda więc na to, że mamy umowę.

Harry kiwnął głową — raz, zdecydowanie i pewnie — po czym w końcu pozwolił sobie na rozluźnienie i oparł się o blat. Krzywołap mruczał mu na kolanach, Petra przeciągnęła się u jego stóp, a napięcie w pomieszczeniu po raz pierwszy tego wieczoru ustąpiło miejsca atmosferze, która wydawał się niemal normalna.

Draco przesunął talerz w stronę Hermiony, puszczając do niej oko.

— Kto by pomyślał, że skończę z większą liczną Gryfonów niż Ślizgonów pracujących dla mnie?

Hermiona się zaśmiała, sięgając po widelec i wskazując na niego.

— Nie zapominaj o Krukonce.

— Okej — powiedział Harry, wyraźnie zdezorientowany, odbierając swój talerz. Hermiona nie była pewna, czy to przez wątek rozmowy, czy dlatego, że właśnie podał mu kolację jego dawny wróg. — O czym wy dwoje rozmawiacie?

Wzięła kęs jedzenia, unosząc palec w geście proszącym o chwilę cierpliwości, póki nie przeżuła.

— Dowiedziałam się dzisiaj, że nie tylko Neville jest zielarzem pracującym dla Draco… — Przerwała w pół słowa i pokręciła głową, przypominając sobie wszystko, czego się dowiedziała. — Charlie i Luna też dla niego pracują.

Harry niemal zakrztusił się kawałkiem pieczonych warzyw.

— Przepraszam, co?!

— Dokładnie tak zareagowała Hermiona — prychnął Draco. — Owszem, oni dla mnie pracują, ale wyłącznie legalnie.

— Czym się zajmują? — zapytali jednocześnie Harry i Hermiona.

— Wiem już, co robi Neville — ciągnęła Hermiona. — Ale nie zdążyłeś mi opowiedzieć o Charliem i Lunie, zanim Harry tu dotarł.

— Dawno temu postanowiłem, że zamiast kupować potrzebne mi rzeczy, zajmę się wszystkim we własnym zakresie. Tak naprawdę chodzi o kontrolę jakości. Potrzebuję najlepszych składników do eliksirów i rdzeni różdżek…

— Zajmujesz się też różdżkami? — zapytała.

Kiwnął głową, dolewając sobie alkoholu.

— Nie każdy chce, żeby Ministerstwo śledziło jego magię — z różnych powodów, zarówno tych słusznych, jak i wątpliwych — i tu wkraczam ja.

Harry pokręcił głową, najwyraźniej wciąć próbując to wszystko sobie poukładać.

Hermiona obserwowała jedzącego męża; milczała, czekając, aż będzie kontynuował.

— Więc, tak jak mówiłem — dodał po chwili. — Kontrola jakości. Mógłbym zdobywać te składniki na czarnym rynku — bo nawet tych legalnych nikt by mi nie sprzedał — albo mogę sam nadzorować ich pozyskiwanie.

— Rozumiem, jaką rolę odgrywa w tym Neville — rzekł Harry. — Zakładam, że chodzi o składniki do eliksirów i drewno na różdżki. Ale co z Charliem i Luną?

— Magiczne stworzenia — powiedział krótko Draco. — Ja znajduję pary smoków, których potrzebuję dla jaj i innych składników, a Charlie prowadzi własny rezerwat, gdzie się nimi opiekuje i w humanitarny sposób pozyskuje to, czego mi trzeba. Luna robi to samo, tyle że z innymi magicznymi stworzeniami: dodo, świergotnikami, pufkami… mamy nawet małe stado jednorożców.

Hermiona z westchnieniem odłożyła widelec i pomasowała się po skroni.

— Zdajesz sobie sprawę, że to.. sporo informacji do przyswojenia, prawda?

Draco lekko się uśmiechnął.

— Wiem, kotku.

— Czuję się, jakbym trafiła do zupełnie nowego, magicznego świata, a mimo to oczekuje się ode mnie, że nie dostanę palpitacji serca.

Mruknęła coś o tym, że przydałby jej się schemat postępowania, co sprawiło, że Harry prychnął do swojej szklanki.

— Cieszę się, że cię to bawi — wycedziła, mrużąc na niego oczy.

Harry uniósł obie dłonie w geście poddania, choć kąciki jego ust lekko drgnęły.

— Przepraszam, przepraszam. Po prostu… mieliśmy dzisiaj szalony dzień, Hermiono. Najpierw Neville, potem Charlie i Luna, a teraz smoki i jednorożce — zaraz powiesz, że McGonagall potajemnie pracuje dla Malfoya.

Draco uniósł brew.

— Jeszcze nie, ale założę się, że świetnie by sobie poradziła.

Hermiona jęknęła, chowając twarz w dłoniach.

— Na słodką Kirke.

Wyprostowała się, gdy przyszła jej do głowy kolejna myśl.

— Harry, nie masz nic przeciwko ukrywaniu tego wszystkiego przed Ronem?

— Oczywiście, że nie — prychnął. — To mój przyjaciel, ale niewiele wie o moim życiu. Dawno temu wziąłem z ciebie przykład i nauczyłem się, że najlepiej nie mówić mu wszystkiego.

— Masz całkowitą rację.

Harry zaśmiał się, ale zaraz potem jego wyraz twarzy złagodniał i przez chwilę panowała cisza, przerywana jedynie brzękiem sztućców. Atmosfera wydawała się niemal normalna. Niemal.

Zerknęła na przyjaciela znad kieliszka wina.

— Skoro mowa o niespodziankach zmieniających życie… kiedy dostaniesz list z dopasowaniem, Harry?

Westchnął głęboko, po czym rzucił jej wymowne spojrzenie.

— Jutro. Spodziewaj się więc, że pojawię się tu za jakieś dwadzieścia cztery godziny.

Kolacja mijała na spokojnej rozmowie, podczas której Harry i Hermiona oswajali się ze swoją nową codziennością. Później, gdy zwierzęta zostały nakarmione, kuchnia posprzątana, a Harry wrócił do domu, Hermiona zwinęła się w kłębek na kanapie w salonie na piętrze, opierając głowę na ramieniu męża.

— Draco?

Mężczyzna mruknął coś w zamyśleniu, ale nie odpowiedział; jego palce wciąż bawiło się jej lokami.

— Co sprawiło, że postanowiłeś to tak rozwiązać? — zapytała. — Chodzi mi o kwestię składników i ich pozyskania.

Odsunęła się nieco i w samą porę dostrzegła delikatny uśmiech błąkający się po jego wargach.

— Cóż, widzisz — zamruczał, splatając ich palce i unosząc jej dłoń, by pocałować ją w wierzch. — Na ósmym roku zostałem sparowany do projektów z pewną kujonką o kręconych włosach i to ona mocno zmieniła moje spojrzenie na wiele spraw.

Hermiona się zaśmiała, a w jej piersi rozlało się ciepło.

— Powinnam była wiedzieć, że zawsze będziesz mi to wypominał.

— Zawsze — powiedział z udawaną powagą, choć kącik jego ust drgał w uśmiechu.

Pochylił się i musnął jej wargi pocałunkiem, który trwał nieco dłużej, niż można by się spodziewać.

Gdy się odsunął, w jego oczach błyszczały figlarne iskierki.

— Poza tym wciąż kipisz słuszną furią. Nauczyłem się, że lepiej po prostu przyznać ci rację.

Uderzyła go lekko w ramię, znów się śmiejąc, po czym mocniej się w niego wtuliła.

— Dobry wybór, mężu.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Następnego wieczoru Hermiona była sama w domu; Draco nie wrócił jeszcze z Dworu ani ze spotkań, w których tego dnia uczestniczył. Wciąż oszołomiona wydarzeniami z poprzedniego dnia, nie próbowała nawet sprawdzać, czym się zajmował.

Człowiek jest w stanie przyswoić tylko określoną ilość informacji naraz, pomyślała z lekką ironią.

Właśnie kończyła wieloetapowe przygotowywanie kolacji dla Petry i Krzywołapa, gdy nagle w kominku aktywowała się Sieć Fiuu.

Hermiono?

Głos Harry’ego niosła się echem po korytarzu.

Sprawdziła godzinę, rzucając bezróżdżkowo Tempus, i zobaczyła, że — zgodnie z obietnicą — Harry pojawił się niemal dokładnie dwadzieścia cztery godziny po ostatnim kontakcie. Weszła do przedpokoju, by zobaczyć jak wychodził z saloniku z kominkiem; jego włosy niemal stały dęba, a okulary były krzywo osadzone na nosie.

— Wstawię wodę na herbatę. — Westchnęła. — Wyglądasz na kogoś, kto potrzebuje czegoś ciepłego.

— Herbata, Ognista… nie będę wybrzydzał.

Zajął miejsce przy blacie śniadaniowym, podczas gdy ona nastawiła czajnik; milczała, wyczarowując filiżanki i ciastka. Czekała, aż herbata się zaparzy i wszystko będzie gotowe, zanim znów się odezwała:

— Z kim cię dopasowano?

Poprawił okulary na nosie i spojrzał na nią; na jego twarzy malowało się zaniepokojenie.

— Z Pansy Parkinson.

Hermiona zamrugała, gdy do jej świadomości dotarło to nazwisko. Jakie były szanse, że ona i Harry zwiążą się akurat z dwojgiem Ślizgonów? Była niezwykle wdzięczna za to, jak ułożyło się jej życie, ale Harry i Pansy nie mieli ze sobą takiej historii jak ona i Draco.

— Jestem pewna, że wszystko się ułoży — powiedziała z większym przekonaniem, niż faktycznie czuła.

Sama nie wiedziała, co o tym myśleć. Mimo że wiedziała o bliskiej przyjaźni łączącej Draco, Theo, Blaise’a i Pansy, dotąd nie miała okazji spotkać się z tą dziewczyną.

— Może zróbmy tak — zaoferowała. — Chodźmy do Dworu, żebyś mógł porozmawiać z Draco, Blaise’em i Theo. Oni z pewnością wiedzą o niej więcej niż my.

Obserwowała, jak jej najlepszy przyjaciel dopija resztę herbaty i zjada ostatnie ciastka, po czym odsuwa się od blatu. Wstał i kiwnął do niej głową, prostując ramiona, by stawić czoła kolejnej niewiadomej.

— No to chodźmy.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Kilka minut później wyszli z kominka do saloniku przyjęć we Dworze Malfoyów; Petra kroczyła między nimi. Żadne zapewnienia kierowane do psa, że jedynie idą zobaczyć się z Draco, nie zdołały jej przekonać, by została w domu. Krzywołap oczywiście pożegnał ich władczym machnięciem ogona, po czym odszedł, by ułożyć się na kanapie, którą teraz dzielił z Petrą.

— Czujesz się tu komfortowo? — zapytał Harry.

Hermiona parsknęła śmiechem.

— Daj spokój, mierzyłam się z gorszymi rzeczami niż to miejsce. Zresztą, to nie tak, że ten dwór zrobił mi coś złego.

Szli korytarzem, mijając portrety, które w jej obecności zamilkły i znieruchomiały.

— To dziwne — mruknął. — Nigdy nie widziałem, żeby magiczne obrazy tak nagle milkły.

Wskazała wypalone miejsce pozostawione tam jako przestroga dla innych.

— Jeden z nich zaczął nazywać mnie szlamą, kiedy przyszłam tu po raz pierwszy z Draco… jak widzisz, zdmuchnął go ze ściany. Od tamtej pory są w mojej obecności wyjątkowo cicho.

— Słuszna decyzja.

Zaśmiał się.

Gdy dotarli do zamkniętych drzwi gabinetu Draco, Petra znów stanęła na straży za plecami Hermiony, obserwując korytarz.

Hermiona uniosła dłoń, by zapukać, ale zawahała się; ciężar ostatnich dwóch dni osiadł w jej piersi. Biorąc pod uwagę wszystko, czego się dowiedziała wczoraj, wieści od Harry’ego oraz to, ile jeszcze musi poznać ze świata swojego męża, nie mogła oprzeć się myśli, jak bardzo zmieni się ich życie.

Wzięła głęboki oddech i zapukała w wypolerowane drewno. Cokolwiek czekało ich po drugiej stronie, zmierzą się z tym wspólnie.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Draco

 

Draco siedział za biurkiem; jego pióro miarowo drapało po pergaminie, podczas gdy Blaise i Theo zajęli kanapę po drugiej stronie gabinetu. Oczywiście w niczym nie pomagali — byli zbyt zajęci sobą, siedząc ramię w ramię i szepcząc coś, co wywołało cichy śmiech Theo oraz pewny siebie uśmiech Blaise’a.

To powinno go irytować, ale tak nie było. Draco nigdy nie miał nic przeciwko tej kojącej atmosferze ich bliskości — Merlin wie, że zasługiwali na szczęście tak samo jak każdy — a zwłaszcza nie przeszkadzało mu to od czasu jego własnego małżeństwa.

Odłożył pióro i rozprostował palce, jakby strzepywał z nich zarówno atrament, jak i niepokój. Zastanawiał się, czy zapytać ich, czy zamierzają dziś pracować, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi.

Wiedział dokładnie, kto przyszedł, nawet ich nie otwierając. Im więcej czasu spędzał z żoną, tym silniejsza i szczęśliwsza stała się łącząca ich więź dusz. Stała się też bardziej wyczulona, potrafiąc wykryć obecność drugiej połowy, zanim Draco w ogóle ją widział.

Drzwi się otworzyły i w progu ukazała się głowa jego żony.

— Nie masz nic przeciwko, że wejdę?

Draco natychmiast wstał; na myśl, że mogło się coś stać, w jego oczach pojawiła się troska.

— Oczywiście, kotku. Wszystko w porządku?

Otworzyła szerzej drzwi, ukazując stojących za nią Pottera i Petrę.

— Nic mi nie jest — zapewniła go, gdy weszli do pomieszczenia — ale Harry musi z wami porozmawiać.

Theo i Blaise wyprostowali się, wymieniając spojrzenia z Draco. Wspomniał im już o propozycji Pottera i jego nowej roli; bez wątpienia zastanawiali się, czy zmienił zdanie.

Hermiona obeszła biurko, a Draco przyciągnął ją do siebie i złożył pocałunek na jej skroni, po czym wskazał jej, by zajęła jego fotel. Dopiero gdy usiadła, spojrzał na najlepszego przyjaciela swojej żony.

— Co się stało, Potter? — zapytał. — Masz już jakieś wieści z Ministerstwa?

— Nie — powiedział Harry, kręcąc głową. — Dostałem dzisiaj list z informacją o dopasowaniu… Mam poślubić Pansy Parkinson.

Przez chwilę w pokoju panowała cisza. Nawet Blaise i Theo — zazwyczaj skorzy do komentarzy — milczeli; obaj mrugali ze zdziwieniem, aż w końcu Theo cicho zagwizdał.

— Pansy? — Blaise pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach. — Cóż. To… niespodziewane.

— Prawie tak niespodziewane, jak Draco i Hermiona — mruknął Theo.

W jego głosie nie było złośliwości, jedynie ostrożna ciekawość.

Draco stał za swoim fotelem, opierając ramiona o oparcie i czekając. Gdy Harry nic więcej nie powiedział, Hermiona spojrzała na męża.

— Powiedziałam Harry’emu, że jestem pewna, że wy trzej znacie ją lepiej niż ktokolwiek inny i prawdopodobnie moglibyście go uspokoić.

Draco kiwnął głową, po czym przeniósł wzrok na mężczyznę.

— W jakiej kwestii uspokoić?

— Cóż — zaczął Harry, odchrząkując — podejrzewam, że ona mnie nienawidzi… albo myśli, że ja będę ją nienawidził. Wiecie, przez to całe próbowanie wydania mnie Voldemortowi. Swoją drogą, wcale jej nienawidzę. Szczerze mówiąc powinienem był przystać na jej propozycję… wszystko skończyłoby się szybciej.

Zanim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej, Draco rzucił spojrzenie w stronę Blaise’a — wydając niemy rozkaz przekazany przez dzielącą ich przestrzeń.

Blaise wstał, doskonale rozumiejąc przekaz.

— Pójdę sprawdzić, jak ona się miewa.

Pochylił się, by pocałować Theo, po czym cicho wymknął się z gabinetu.

Theo przysiadł na krawędzi biurka Draco, dokładnie naprzeciwko Harry’ego.

— Zakładam, że pierwsze pytanie brzmi: zamierzasz wnieść apelację?

— Nie — odpowiedział. — Ale nie będę niczego utrudniał, jeśli ona zechce to zrobić.

Biedak wygląda na cholernie przerażonego, pomyślał Draco, obserwując, jak mężczyzna nerwowo wierci się na krześle. Harry nieco się uspokoił, gdy Hermiona usiadła obok niego i położyła dłoń na jego ramieniu w uspokajającym geście.

Draco zajął swój fotel, skoro Hermiona się przesiadła; wyciągnął papierosa z papierośnicy leżącej na biurku i odpalił go pstryknięciem palców. Zaciągnął się, przetrzymując dym w płucach na krótką chwilę, po czym odchylił głowę do tyłu i wypuścił go w stronę sufitu.

— Więc po co tu przyszedłeś, Potter?

Harry zaśmiał się nerwowo, poprawiając okulary.

— Szczerze mówiąc, sam nie jestem pewien. Nie wiem o niej nic poza tym, co pamiętam ze szkoły… a to pewnie nie oddaje wiernie tego, jaka jest naprawdę.

— Masz rację — wtrącił Theo, przyglądając się swoim paznokciom. — Nie oddaje.

Hermiona uśmiechnęła się do Draco, po czym ponownie ścisnęła ramię Harry’ego.

— Wiem już, że wy, Ślizgoni, potraficie świetnie pokazywać światu jedną twarz, zachowując jednocześnie swoje prawdziwe myśli i uczucia dla siebie. Nie w fałszywy bądź dwulicowy sposób! — wyjaśniła szybko, widząc zdziwienie na twarzy Harry’ego. — Ale jako mechanizm obronny… albo formę instynktu samozachowawczego.

— Bardzo bystre spostrzeżenie, żono — powiedział przeciągle Draco, gasząc papierosa.

— Jeśli chodzi o Pansy, trzeba wiedzieć jedno — odezwał się Theo. — Jest mistrzynią w stosowaniu mechanizmów obronnych.

— To prawda — zgodził się Draco. — Trochę przypomina grzechotnika.

Hermiona z zaciekawieniem przechyliła głowę.

— Co masz na myśli?

Draco wziął do ręki pióro, którego używał wcześniej, i obrócił je w palcach, by zająć czymś dłonie.

— Chce, żeby zostawić ją w spokoju, i zrobi wszystko, by tak właśnie było. A jeśli ktoś podejdzie zbyt blisko… — Zrobił pauzę, dobierając słowa. — Zaczyna grzechotać — jeśli można to tak nazwać. Jeśli to ostrzeżenie zostanie zignorowane, atakuje.

Theo kiwnął głową.

— Tak naprawdę jest znacznie cichsza i bardziej urocza, niż ludzie sądzą. Trzeba by tego doświadczyć, żeby zrozumieć, ale jeśli myślicie, że na dziedzicach Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki ciąży ogromna presja, spróbujcie postawić się na miejscu jedynej dziewczyny w rodzinie takiej jak Parkinsonowie. Pansy od najmłodszych lat musiała się mierzyć z atakami i złośliwościami.

— Theo ma rację — mruknął Draco. — Obaj — Blaise w nieco mniejszym stopniu — musieliśmy sprostać mnóstwu oczekiwań, ale nie potrafię sobie nawet wyobrazić ciężaru, jaki ona dźwigała.

Hermiona wydała z siebie dźwięk pełen współczucia; w jej oczach rozpaliła się dobrze znana słuszna furia.

— Miała czelność urodzić się dziewczyną, podczas gdy oni chcieli męskiego dziedzica.

Draco przez chwilę milczał, kończąc pisać SMS-a.

— Dokładnie. Od małego wiedziała, że jej rolą jest korzystne małżeństwo… a do tego miała zawsze wyglądać i zachowywać się w określony sposób.

Przejrzał wzrokiem odpowiedź, która właśnie przyszła na jego telefon, podczas gdy Theo podjął wątek.

— Kiedy Lucjusz zerwał kontrakt małżeński między dwoma rodzinami, sytuacja w domu stała się dla niej koszmarem — mimo że nie była temu winna. Do tego, skoro ja i Blaise nie wchodziliśmy w grę, a Draco też odpadał… — Urwał, biorąc głęboki oddech. — Powiedzmy, że nie miała zbyt wielu bezpiecznych opcji — a już na pewno żadnej, którą zaakceptowaliby jej rodzice. W końcu wymyśliliśmy z Blaise’em plan, że ożenię się z nią platonicznie; w końcu miałem ten atut, że byłem dziedzicem z rodu z listy Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki. Ale nie zgodziła się — powiedziała, że nigdy nie mogłaby nas o coś takiego poprosić.

Harry pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach.

— Co masz na myśli, mówiąc o bezpiecznych opcjach?

Hermiona zesztywniała na krześle, jakby już wiedziała, co zaraz usłyszy. Draco stukał klawiszami telefonu; ten drobny ruch przyciągnął wzrok Harry’ego.

— Musicie wiedzieć, że mam zgodę na wyjawienie tego, co zaraz powiem. — Wypuścił powoli powietrze, na chwilę odwracając wzrok, po czym znów spojrzał na Harry’ego. — Kiedy mój ojciec zerwał zawarty między nami kontrakt małżeński, rodzice Pansy wyładowali na niej swoją złość — tak jakby zrobiła coś, co skłoniło go do zmiany zdania. Choć próbowała im tłumaczyć, że ona nie miała z tym nic wspólnego, nie chcieli słuchać. W końcu sparowali ją z Adrianem Puceyem. Początkowo odczuła pewną ulgę. Nie ufała mu tak jak nam, ale wszyscy uważaliśmy, że to lepszy wybór niż Marcus Flint czy starszy brat Grega Goyle’a.

Theo odchrząknął, włączając się do opowieści.

— Przez pewien czas o tym nie wiedzieliśmy, ale okazało się, że Pucey jest chorobliwie zaborczy i lubi kontrolować każdy aspekt jej życia. To, co nosiła, co i jak często jadła, z kim mogła rozmawiać… tego typu rzeczy. Z tego, co mówiła Pansy, wynikało, że początkowo nie zdawała sobie sprawy, jak poważna staje się sytuacja, bo była przyzwyczajona do takich zachowań w swojej rodzinie.

Draco kiwnął głową na znak zgody.

— Przestała się często odzywać, mimo że ciągle próbowaliśmy nawiązać kontakt. Aż pewnego dnia, mniej więcej trzy miesiące przed ich ślubem, pojawiła się tutaj, cała w skaleczeniach i siniakach. Bełkotała nieskładnie, ale w końcu udało nam się dowiedzieć, że się pokłócili, bo chciała wyjść i nas odwiedzić — i sytuacja wymknęła się spod kontroli. Pobił ją do krwi, a potem… — zawiesił głos, zamykając oczy i biorąc głęboki oddech — zgwałcił ją.

Hermiona głośno wciągnęła powietrze, przykładając dłoń do ust, podczas gdy Harry wstał, przewracając przy tym krzesło.

— Musimy go znaleźć! Nikt nie widział Puceya od lat i nie może mu to ujść na sucho!

— Już się tym zajęliśmy — powiedział Draco mrocznym tonem.

Obserwował, jak na twarzy jego żony malowało się zrozumienie, po czym krótko i stanowczo pokiwała głową.

Theo milczał; nawiązał kontakt wzrokowy z Harrym, a następnie wymownie skierował wzrok na tablicę nad swoim biurkiem, która dumnie głosiła, że Minęło siedem dni, odkąd Theo musiał zajmować się zwłokami.

Tamtego dnia Theo zrobił jednak znacznie więcej niż tylko posprzątał bałagan. Ludzie często sądzili, że zachowuje się tak, a nie inaczej, ponieważ był niemal zbyt łagodny jak na ten świat. Wręcz przeciwnie — potrafił być najbardziej bezwzględny z nich wszystkich, gdy zagrożeni byli jego bliscy.

— Och. — Westchnął Harry, siadając na krześle, które Hermiona ustawiła we właściwej pozycji jednym ruchem ręki. — Rozumiem.

Draco czekał chwilę, zanim znów się odezwał.

— Czy to będzie stanowiło problem, Aurorze Potter? Mam na myśli to, czego się dziś dowiedziałeś.

— Nie mam pojęcia, co masz na myśli, Malfoy — powiedział gładko Harry. — Po prostu rozmawiam z moją najlepszą przyjaciółką, jej mężem i jego najlepszym przyjacielem.

Theo kiwnął głową, wstał i podszedł do swojego biurka.

— Myślę, że świetnie się dogadamy, Potter.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Późnym wieczorem w mieszkaniu w Mayfair panowała cisza; Draco i Hermiona w końcu wrócili po długim dniu. Hermiona zwinęła się w kłębek na kanapie z książką na kolanach, choć od dłuższego czasu nie przewróciła strony. Draco siedział po drugiej stronie pokoju ze szklanką Ognistej Whisky, wpatrując się w bursztynowy płyn, jakby kryły się w nim wszystkie odpowiedzi, których szukał.

Jego żona zamknęła książkę, odłożyła ją na bok i podeszła do niego. Bez słowa odebrała mu szklankę, odstawiła ją i wdrapała się na jego kolana. Jego ramiona opadły, jakby sama jej obecność zdjęła z niego część ciężaru, który dźwigał. Pozwolił jej wtulić się w niego i oparł głowę na jej ramieniu.

Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu; palcami bezwiednie gładziła jego włosy, a on dostosował rytm swojego oddechu do jej oddechu. Cisza między nimi była ciężka, ale nie niespokojna.

— Zrobiliście, co musieliście — wyszeptała w końcu Hermiona. — Nikt nie uznałby waszego czynu za niewłaściwy… zwłaszcza że prawdopodobnie uratowaliście Pansy życie.

Draco przywarł mocniej do Hermiony; gdy się odezwał, jego głos był cichy:

— Wiem. Chciałbym tylko, żeby nigdy nie musiała przez to przechodzić.

— Wiem, kochanie — wyszeptała. — Ale już jest bezpieczna. Wszystko dzięki tobie, Theo i Blaise’owi. Nigdy nie wątp w to, że zrobiłeś wszystko, co w twojej mocy, dobrze?

— Tak, proszę pani — mruknął, składając pocałunek na jej ustach.

Trwali tak, dopóki ogień w kominku nie przygasł, a w pokoju zrobiło się ciepło i cicho. Kiedy Draco w końcu wstał, wziął w ramiona śpiącą już Hermionę i ruszył na piętro. Jego serce nie było już przepełnione mrocznym ciężarem; wypełniała je teraz spokojna pewność.

Z jakimkolwiek mrokiem pozostawiła go przeszłość, teraz miał kogoś, kto pomoże mu go nieść.

[T] Twoje idealne dopasowanie: Spotkania i niespodzianki

czwartek, 10 września 2026

 

Witajcie :) wiem, że rozdział miał być publikowany w weekend, ale oczywiście nie mogłam się powstrzymać. Dziś będzie kilka niespodziewanych spotkań i mam przeczucie, że nawet Wy będziecie zaskoczeni rozwojem wydarzeń.

Kolejny rozdział zostanie opublikowany pod koniec tygodnia. Miłej lektury!

 

_________________

 

Rozdział 9: Spotkania i niespodzianki

 

Hermiona

 

Hermiona nigdy nie potrafiła usiedzieć bezczynnie. A jednak przez ostatni tydzień właśnie to robiła — snuła się z pokoju do pokoju w ich rezydencji w Mayfair niczym zjawa, podczas gdy Krzywołap i Petra wiernie podążali za nią krok w krok.

Nie była zła z powodu zwolnienia — kipiała wściekłością.

Nie tylko na Cecylię Bottlebrush, swoją szefową w DKNMS, ale na cały system. Czarodziejska społeczność — a zwłaszcza Ministerstwo Magii — nigdy nie postrzegali jej inaczej niż jako Złotą Dziewczynę: idealną postać, którą można było wystawić na pokaz, bo było to wygodne, a poza tym uciszać i grzebać pod stertą biurokratycznych procedur.

Była zbyt rozgniewana, by pokazać się na Ulicy Pokątnej czy w Hogsmeade — zbyt bała się, że wybuchnie gniewem na jakiegoś dziennikarza albo przypadkowego przechodnia, który zada niewłaściwe pytanie w niewłaściwym momencie. Raz czy dwa wybrała się z Draco na kolację do mugolskiego Londynu, ale na tym się skończyło.

Przed południem Hermiona wróciła do saloniku, który przekształciła w prywatną bibliotekę i gabinet. Odstawiła herbatę i książkę, po czym podeszła do dużego biurka, które kupił jej mąż. Przyciągnęła do siebie stos pergaminów i sięgnęła po wieczne pióro, które przed laty podarował jej Draco; stukając nim lekko w wargi przeglądała swoje wcześniejsze notatki.

Od wielu dni rozważała różne ścieżki działań na rzecz polepszenia sytuacji magicznych stworzeń. Możliwości — podobnie jak fundusze na ich realizację — miała nieograniczone. Teraz musiała tylko zdecydować, od czego zacząć.

Krzywołap wylegiwał się na oparciu kanapy, podczas gdy Petra siedziała sztywno przy drzwiach, obserwując Hermionę, jakby czekała na rozkaz.

Skoro Ministerstwo jej nie chciało — trudno. Były inne miejsca i inni ludzie, którzy chętnie ją przyjmą. A w tej chwili potrzebowała towarzystwa kogoś, kto nie będzie patrzył na nią jak na skandal owinięty w jedwab.

Draco bywał w swoim gabinecie we Dworze w ciągu dnia, ale nie postawiła tam stopy od czasu ich podróży poślubnej. Odpowiadał na każde jej pytanie w minionym tygodniu, dzięki czemu powoli zaczynała rozumieć, jak funkcjonowała ta część jego życia. Mimo to wiedziała, że istniały zakamarki, których jeszcze nie był gotów jej pokazać — a przynajmniej nie teraz.

Hermiona wypuściła powietrze powoli i świadomie. Dość tego. Obróciła pióro w palcach, po czym odłożyła je z wyraźnym kliknięciem.

Jeśli chciała ruszyć naprzód, musiała przestać krążyć na obrzeżach świata Draco i wkroczyć prosto w jego centrum. Dwór nie był obcym terytorium — jakąś twierdzą, do której bała się wtargnąć — lecz domeną jej męża, a co za tym idzie, również jej własną.

Nie była naiwna; wiedziała, że w chwili, gdy przekroczy próg, będzie pod ostrzałem spojrzeń oceniających każdy jej ruch — zwłaszcza teściowej. Nie unikała Dworu z obawy przez Narcyzą.

Unikała go, bo Draco był wystarczająco niezrównoważony, by spełnić groźbę spalenia Dworu — a ona była wystarczająco niezrównoważona, by stać i się temu przyglądać.

Podjąwszy decyzję, udała się do garderoby przy sypialni; wskoczyła z dopasowaną sukienkę i szpilki, po czym ujarzmiła swoje loki, nadając im nieco bardziej posłuszną formę.

Gdy wróciła do sypialni, Krzywołap wylegiwał się na środku łóżka, lustrując otoczenie niczym futrzany król na tronie.

— Wkrótce wrócę, kochanie — powiedziała czule, drapiąc go pod brodą. — Popilnuj tu wszystkiego.

Petra cierpliwie czekała w pomieszczeniu z kominkiem. Od czasu ich powrotu do Anglii, suczka — w dość niewytłumaczalny sposób — sama mianowała siebie osobistym ochroniarzem Hermiony, ale ta nie miała nic przeciwko temu.

— No to chodźmy — powiedziała, wskazując na palenisko.

Petra szła tuż obok niej, będąc cichym uosobieniem siły i lojalności. Razem weszły w szmaragdowe płomienie i zniknęły, przenosząc się do Dworu Malfoyów.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Korytarze Dworu były ciche i słabo oświetlone, gdy Hermiona zmierzała w stronę gabinetu Draco, a Petra wciąż szła tuż przy nodze, idealnie dotrzymując jej kroku. Uszy dobermana reagowały na każde ciche skrzypnięcie wiekowego domostwa, lecz suka nie zmieniła tempa, poruszając się w pełnej synchronizacji z Hermioną.

Po drodze nie spotkała nikogo. Nawet portrety — bez wątpienia pamiętające ramę zniszczoną przez Draco — milczały, a ich namalowane oczy śledziły każdy jej ruch w całkowitej ciszy. Miała wrażenie, jakby Dwór ją obserwował… jakby wstrzymywał oddech, czekając na to, co zrobi.

Petra spojrzała na nią — jej bursztynowe oczy były bystre i badawcze, jakby upewniały się, że Hermiona rzeczywiście chce kontynuować misję. Usatysfakcjonowana, dostosowała tempo marszu do kroku swojej pani z wojskową precyzją; jedynie delikatne machanie kikutem ogona zdradzało, że była zadowolona z towarzyszenia Hermionie.

Hermiona zatrzymała się przed drzwiami do gabinetu Draco i lekko się uśmiechnęła, widząc, jak Petra zajęła pozycję za jej plecami, by pełnić wartę.

— Draco może mi wmawiać, ile tylko zechce, że nie wydał ci żadnego tajnego rozkazu, byś została moim psem stróżującym. — Zaśmiała się. — Ale i tak nigdy mu w to nie uwierzę.

Drzwi się otworzyły i z zaskoczeniem stwierdziła, że gabinet jej całkowicie pusty — nie było nawet Theo. Zerknęła na tablicę nad jego biurkiem, która teraz informowała, że Minęło dziewięćdziesiąt dni, odkąd Theo musiał zajmować się zwłokami.

— Skoro obu nie ma, nie wróży to dobrze tej tablicy — mruknęła pod nosem.

Przez chwilę siedziała przy biurku Draco, przeglądając swoje notatki z pomysłami. Zaczynała skłaniać się ku założeniu w Wielkiej Brytanii rezerwatu dla smoków, zwłaszcza że od zawsze pasjonowała się tymi magicznymi stworzeniami.

Po upływie pół godziny Hermiona wstała i pstryknęła palcami, dając znak Petrze, by poszła za nią.

— Chodź, kochana, przejdziemy się po ogrodzie. Jeśli Draco nie wróci do naszego powrotu, po prostu pójdziemy do domu.

Prowadziła psa przez ogrody posiadłości, zatrzymując się co jakiś czas, by podziwiać rozmaite róże, fontanny i krzewy formowane w wymyślne kształty. W pewnym momencie Petra wybiegła do przodu — co było nietypowym zachowaniem u tak czujnego psa. Gdy Hermiona wyszła zza zakrętu, zrozumiała dlaczego.

Lucjusz Malfoy siedział na ławce w ogrodowej altanie, cicho przemawiając do Petry i drapiąc ją za uszami.

— Nie wiedziałem, że Draco zabrał cię dzisiaj ze sobą. To u niego raczej nietypowe.

— To dlatego, że to nie on ją przyprowadził — odezwała się Hermiona, podchodząc bliżej. — Ja to zrobiłam.

Jego szare oczy — tak bardzo przypominające oczy jej męża — błyskawicznie skierowały się na nią. Lucjusz natychmiast wstał, lekko pochylając głowę z wyuczonym, arystokratycznym wdziękiem.

— To prawdziwa przyjemność, panią widzieć, panno Granger — powitał ją. — Wybacz, chodziło mi o panią Malfoy.

— Hermiona wystarczy.

— Jak sobie życzysz, Hermiono.

Kiwnął głową, gestem zapraszając ją, by zajęła miejsce, które właśnie zwolnił. Petra przez chwilę pozostała u boku Hermiony, powoli i z aprobatą machając kikutem ogona, po czym położyła się na trawie między nimi, jakby uznała, że taki układ jej odpowiada.

Wzrok Lucjusza na moment przeniósł się na psa, a na jego ustach błąkał się cień uśmiechu, zanim znów w pełni skupił uwagę na Hermionie.

— Wygląda na to, że przeszedłem jakiś test.

Hermiona usiadła, przysiadając na skraju ławki.

— Jest dość opiekuńcza.

— I słusznie — rzekł spokojnie, choć lekko zmrużył oczy, przyglądając się jej jak ktoś, kto zastanawia się, czy odsłonić karty. Po chwili dodał, jakby od niechcenia: — Słyszałem, że rozważasz dość… ambitną serię charytatywnych przedsięwzięć.

Na te słowa wydała z siebie ciche, zamyślone mruknięcie.

— Nie wiedziałam, że ty i Draco rozmawiacie na takie tematy.

Jej teść parsknął krótko i sucho.

— Nie rozmawiamy. Ale Draco i Theo nie zachowują się zbyt cicho, przechadzając się po Dworze.

— Oczywiście, że nie. — Zaśmiała się mimowolnie. — Zawężam właśnie listę pomysłów, więc mam nadzieję, że wkrótce będę mogła coś rozpocząć.

Dziwił ją absurd tej sytuacji — Hermiona Granger prowadziła kulturalną rozmowę z Lucjuszem Malfoyem. To wydawało się wręcz nierealne.

Lucjusz odchrząknął, a jego wzrok powędrował ku rozciągającym się za oknem ogrodom.

— Tak, cóż… kiedy już podejmiesz decyzję, wiedz, że jeden ze skarbców Malfoyów został zapisany na twoje imię i nazwisko. Należy wyłącznie do ciebie — bez pytań i bez żadnych warunków. Wykorzystaj galeony na cel, który uznasz za słuszny.

Hermiona zamrugała, na chwilę zbita z tropu zarówno rozmiarem tej propozycji, jak i cichą stanowczością w jego głosie.

— To… niezwykle hojne — odparła w końcu; jej głos był niepewny, choć łagodniejszy niż wcześniej. — Dopilnuję, by te środki zostały dobrze wykorzystane.

Starała się — naprawdę się starała — nie pozwolić, by pytanie kłębiące się w jej myślach wymknęło się z jej ust, a jednak to zrobiło.

— Nie mogę oprzeć się ciekawości: dlaczego akurat ty chcesz pomóc swojej synowej — mugolaczce — finansować działania charytatywne na rzecz magicznych stworzeń i innych marginalizowanych grup?

Cisza między nimi stała się ciężka i przeciągała się przez długie minuty — przerywał ją jedynie ciepły powiem wiatru szumiący w liściach oraz cichy odgłos układającej się u jej stóp Petry.

— Nie będę szukał wymówek ani próbował zmienić historii — rzekł powoli Lucjusz, zachowując opanowany ton. — Powiedziałem to, co powiedziałem, i zrobiłem to, co zrobiłem. Jednak… nawet wtedy byłem zszokowany tym, jak nisko mogłem upaść dla dobra nazwiska. Bez względu na to, w co wierzyłem — i jak żarliwie w to wówczas wierzyłem — żadne dziecko, moje czy cudze, nie powinno było zostać w to wciągnięte.

Hermiona milczała, wstrzymując oddech i czekając, aż mężczyzna będzie kontynuował.

— Jeśli chodzi o powody mojej decyzji — kontynuował — mógłbym sypać kwiecistymi przeprosinami, w które słusznie być wątpiła… albo mogę dać ci środki, byś wcieliła w życie swoje przekonania, wolna od więzów, którymi Ministerstwo próbowało cię skrępować.

Napotkała jego wzrok, szukając choćby cienia nieszczerości, lecz niczego takiego nie dostrzegła.

— Naprawdę cenię czyny bardziej niż słowa.

— Spodziewałem się tego. — Jego wargi musnął cień uśmiechu. — Twój mąż jest bardzo podobny. Pisałem do niego, gdy przebywałem w Azkabanie, podczas waszego ósmego roku nauki — traktując to jako próbę przeprosin. Wiedziałem, że nic, co powiem, nie zmieni tego, co się stało, więc najmniejszym gestem, na jaki mogłem się zdobyć, było przywrócenie mu choć części wolności poprzez rozwiązanie kontraktu małżeńskiego, na którego zawarcie nie miał żadnego wpływu. Choć czasem chciałbym, by świat, w którym się urodził, wyglądał inaczej — wskazał nieokreślonym gestem przestrzeń wokół nich — mogę przynajmniej dać mu swobodę kierowania nim według własnego uznania, nie wchodząc mu przy tym w drogę.

Hermiona pozwoliła, by jego niespodziewane słowa wybrzmiały w ciszy między nimi. Mimo wszelkich wątpliwości i zastrzeżeń nie mogła zaprzeczyć, że wydawał się szczery.

— Dziękuję za propozycję, Lucjuszu — rzekła dyplomatycznie. — Z pewnością będę pamiętać o wszystkim, co omówiliśmy, planując dalsze kroki.

Lucjusz kiwnął głową, jakby spodziewał się takiej odpowiedzi.

— Dobrze. W takim razie pozwolę ci wrócić do zajęć, którym się oddawałaś, zanim Petra cię do mnie przyprowadziła.

Wstała i delikatnie poklepała psa, po czym odwróciła się do głównej ścieżki.

— To była… dość niespodziewana rozmowa — przyznała, a kąciki jej ust lekko uniosły się w uśmiechu.

— Przypuszczam, że większość naszych taka właśnie będzie — odpowiedział, po czym zostawiła go samego pośród róż.

Petra znów szła równym krokiem u jej boku; stukot obcasów i pazurów cicho odbijał się echem, gdy wrócili do pogrążonych w półmroku korytarzy Dworu. Droga powrotna do gabinetu Draco wydawała się teraz nieco inna — wciąż panowała cisza, lecz przesycona była ciężarem wypowiedzianych przed chwilą słów.

Gdy dotarła do gabinetu, zamknęła za sobą drzwi i ponownie opadła na jego fotel, bębniąc palcami po blacie w zamyśleniu. W jej głowie wciąż brzmiał głos teścia — wyważony, pozbawiony skruchy, a jednak… oferujący coś, czego nie potrafiła tak po prostu zignorować.

Wciąż to rozważała, gdy z korytarza dobiegły odgłosy kroków — pewne, zdecydowane, pozbawione swobodnego rytmu zwykłego spaceru. Instynktownie się wyprostowała.

Drzwi się otworzyły i do środka wszedł Draco, a tuż za nim Theo. Jej mąż wyglądał na zrezygnowanego, podczas gdy jego najlepszy przyjaciel wydawał się podenerwowany. Wzrok Draco najpierw padł na nią, potem na Petrę, a następnie wrócił do niej — oceniając, jakby próbował zrozumieć, dlaczego tu była.

— Wszystko w porządku?

Hermiona kiwnęła głową i uniosła twarz do pocałunku, gdy stanął obok niej. Napięcie w jego ramionach nieco opadło, gdy mężczyzna się pochylił i złożył pocałunek na jej ustach.

— Wszystko gra — zapewniła go. — Po prostu musiałam na chwilę wyjść z domu i pomyślałam, że wpadnę tu, by omówić z tobą i Theo listę opcji, ale was nie było.

Draco otworzył usta, by odpowiedzieć, ale nie zdążył, bo Theo zrobił krok do przodu, wzdychając z rezygnacją, i opadając na krzesło przy swoim biurku.

— Dobrze, przynajmniej pomyślę o czymś innym — mruknął, wyciągając już różdżkę z kieszeni. — Tylko najpierw zresetuję ten cholerny licznik.

Hermiona zamrugała zaskoczona.

— Co się stało?

Theo wskazał niedbale na Draco.

— Twój mąż się stał. Powiedzmy, że nasze spokojne, poranne spotkanie przerodziło się w spontaniczną lekcję o tym, dlaczego warto myśleć błyskawicznie.

Draco rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie, ale Theo już machał różdżką, zmieniając starannie wypisaną liczbę na tablicy wiszącej nad nim z dziewięćdziesięciu z powrotem na zero.

— Tak czy inaczej — powiedział Theo śpiewnym tonem — jakie opcje chciałaś omówić? Mam już dość myślenia o wypływających wnętrznościach Rosiera.

Draco przewrócił oczami i usiadł na krawędzi biurka. Sięgnął do kieszeni, wyciągnął papierośnicę i odpalił papierosa, zanim kontynuował:

— Nie zwracaj na niego uwagi. O czym chciałaś porozmawiać?

Wygładziła przyniesiony plik notatek, zerkając przy tym na Theo.

— Czy któryś z was jest w stanie się teraz na tym skupić, czy może powinnam poczekać, aż ochłoniecie?

Theo odchylił się do tyłu i westchnął.

— Słucham cię. Przydałoby mi się jakieś zajęcie, żeby oderwać myśli od widoku, który właśnie wypalił się w mojej siatkówce.

— No dobrze. — Przewróciła stronę, obserwując, jak Petra wstała i oparła się o Draco, a ten błyskawicznie ją pogłaskał. — Miałam już pewne, konkretne plany, ale po rozmowie z Lucjuszem chyba zdecyduję się na założenie w Wielkiej Brytanii rezerwatu dla smoków.

Uniosła brew, gdy Theo wyprostował się z zaskoczenia, a Draco zakrztusił powietrzem; z jego ust buchał dym, gdy próbował dojść do siebie.

— Czy ty właśnie powiedziałaś rezerwat dla smoków?!

— Rozmawiałaś z moim ojcem?

Theo posłał jej szelmowski uśmiech, a w jego oczach błyszczały wesołe iskierki.

— Cóż, nie wiedziałem, że interesujesz się smokami. — Zrobił pauzę, zerkając na Draco. — Znaczy, poza tym jednym.

Pożałował tego uszczypliwego komentarza, gdy Hermiona zaczęła wygłaszać ten sam wykład o dobrostanie smoków, jaki zaserwowała Draco podczas ósmego roku — tyle że tym razem był dłuższy, bardziej emocjonalny i poparty latami badań.

Petra z zadowoleniem opierała się o nogę Draco — bez wątpienia wyczuwając, że miał trudny poranek — podczas gdy on gładził jej futro, patrząc nieobecnym wzrokiem. Jego spojrzenie wędrowało między Theo a Hermioną, a na twarzy malował się wyraz obojętności — maska, którą przybierał, gdy zastanawiał się, czy powinien interweniować.

Gdy skończyła swoją tyradę, Theo siedział wygodnie oparty o oparcie fotela, wyraźnie żałując, że w ogóle się odezwał. Draco powoli zaciągnął się papierosem, posyłając Theo spojrzenie, które zdało się mówić Sam sobie zgotowałeś ten los. Petra zmieniła pozycję i znów się ułożyła, podczas gdy głos Hermiony wypełniał pomieszczenie.

Nagle zadzwonił telefon Theo. Mężczyzna wstał, by odebrać, a Draco odwrócił się do niej.

— A więc — przeciągnął słowa — czy muszę dopisać mojego ojca do listy spraw, które Theo musi dzisiaj posprzątać?

Hermiona przewróciła oczami.

— Właściwie to nie — powiedziała, zerkając na przyniesioną ze sobą listę notatek. — Był całkiem miły. Co więcej, otrzymałam przeprosiny w stylu Lucjusza Malfoya — w postaci skarbca w Banku Gringotta, przekazanego na potrzeby mojej działalności.

Draco mruknął coś w zamyśleniu, wydmuchując dym w stronę przeciwną do niej, po czym jednym ruchem ręki sprawił, że papieros zniknął.

— Wiesz, że nie ma ograniczeń co do tego, ile możesz wydać — na to czy na cokolwiek innego.

— Wiem — przyznała. — Ale to, że to zrobił, wiele o nim mówi.

— Słuszna uwaga.

Hermiona przez kilka minut obserwowała męża, który kończył rozmowę z Theo. To, co wydarzyło się tego ranka, wyraźnie dało mu się we znaki. Jego oczy były podkrążone i zmęczone, na szczęce uwydatniał się mięsień, gdy zaciskał zęby, a ramionami wykonywał ruchy, jakby próbował z siebie coś zrzucić.

— Draco? — zapytała cicho. — Wracajmy do domu.

Wyprostował się, podając jej rękę, by pomóc wstać z fotela przy biurku.

— Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, żono.

Gdy przechodzili przez kominek do domu, szmaragdowe płomienie przygasły, a znajoma cisza domowego zacisza otuliła ich niczym koc. Petra biegła przodem — słychać było stukot jej pazurów o wypolerowaną podłogę, zanim zniknęła w kuchni w poszukiwaniu wody.

Draco milczał, kiedy wchodzili na piętro; Hermiona również. Obserwowała, jak zdejmował marynarkę, poluzował krawat i zniknął w łazience. Chwilę później powietrze wypełnił odgłos wody uderzającej o marmur. Draco pojawił się w drzwiach — z rozpiętą koszulą, która luźno zwisała mu z ramion.

— Dołączysz do mnie?

Hermiona wypuściła cicho powietrze, a przez jej pierś przepłynęła fala ulgi. Nawet tak prosta prośba była wyrazem jego otwartości — sposobem na dopuszczenie jej do siebie w chwilach, gdy przychodziło mu to z trudem.

Kilka minut później po rzuceniu na swoje loki zaklęć Impervious i Statis oraz upięciu ich w kok na czubku głowy, weszła do przestronnej kabiny prysznicowej.

W powietrzu kłębiła się para, łagodząc ostre linie marmuru i szkła, aż świat wydawał się mniejszy i cichszy. Ciepła woda spływała po jej ramionach, rozluźniając mięśnie, których napięcia wcześniej nie była świadoma. Draco stał pod strumieniem wody z odchyloną do tyłu głową; woda spływała po jego włosach i klatce piersiowej.

Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Hermiona pozwoliła trwać ciszy, odczytując z jego postawy rodzaj wyczerpania, którego nie mógł uleczyć sam sen. Kiedy jego dłoń spoczęła na jej biodrze, nie było to żądaniem, a raczej punktem oparcia, czymś, co dawało stabilność i poczucie bezpieczeństwa.

Podeszła bliżej, przykładając dłonie do gładkiej i mokrej powierzchni jego klatki piersiowej. Nie potrafiła powstrzymać delikatnego uśmiechu, gdy róże — te, które wytatuował dla niej na sercu — zdawały się otwierać i zamykać pod wpływem dotyku jej palców.

— Ciężki dzień?

Kąciki jego ust drgnęły w geście, który nie do końca można było uznać za uśmiech.

— Można tak powiedzieć.

Hermiona milczała, cierpliwie czekając, aż Draco zbierze myśli.

— Wbrew temu, co pewnie myśli większość ludzi — szepnął cicho — nie chcę, żeby dochodziło do takich sytuacji jak ta z dzisiejszego ranka, ale czasem nie ma innego wyjścia.

Wydała z siebie cichy, zamyślony pomruk, sięgając po myjkę i jego żel pod prysznic. Powoli i ostrożnie przesunęła miękkim materiałem po jego ciele, wodząc wzdłuż linii tatuaży i zarysów mięśni. Wciąż nic nie mówiła, dając mu przestrzeń, by mógł kontynuować.

— Nie chcę, żebyś uważała mnie za potwora — przyznał w końcu. — Z pewnością nie jestem bez winy, ale nie robię takich rzeczy dla zabawy.

Hermiona przerwała swoje zabiegi; w jej oczach płonęło wewnętrzne przekonanie, gdy chwyciła go za podbródek i zmusiła, by spojrzał jej prosto w oczy.

— Nigdy nie będę cię tak postrzegać. Wierzę, że masz swoje powody i że kiedy będziesz gotowy, by mi o wszystkim opowiedzieć, po prostu to zrobisz. Zauważyłeś, że nie pytałam o dzisiejsze wydarzenia? Bo nie muszę o nich wiedzieć. Coś się stało — coś niespodziewanego — a ty zareagowałeś tak, jak tylko mogłeś.

Draco kiwnął głową, podczas gdy ona wróciła do swoich spokojnych czynności, zmywając z jego skóry ślady minionego dnia.

— Rosier od pewnego czasu sprawiał kłopoty. Dzisiaj posunął się za daleko… próbował zaatakować mnie i Theo, gdy jasno dałem mu do zrozumienia, że nie pozwolę mu sfinansować transakcji, w której ludzie mieliby być traktowani jak towar.

Jej dłoń znieruchomiała na jego piersi; ciepło wody kontrastowało z nagłym dreszczem, który przebiegał jej po plecach.

— Zrobiłeś więc dokładnie to, co musiałeś — rzekła stanowczo. — I cieszę się, ze tam byłeś i do tego nie dopuściłeś.

— Chcę, żeby jedna rzeczy była całkowicie jasna — dodała, niemal prześwietlając go wzrokiem. — Nigdy nie uznam cię za potwora — nie wtedy, gdy chronisz niewinnych ludzi, a już na pewno nie wtedy, gdy się bronisz.

— Ale…

— Ani słowa więcej, Draco. — Hermiona ujęła jego twarz w dłonie; jej głos był cichy, lecz stanowczy. — Nie obchodzi mnie, kogo zgładzisz ani jak to zrobisz, bylebyś tylko do mnie wrócił. Rozumiesz?

Kąciki jego ust uniosły się w lekkim uśmiechu, rozładowując napięcie.

— Tak, proszę pani.

Gdy te słowa wciąż wisiały w powietrzu, Draco pochylił głowę i chwycił jej wargi w namiętnym pocałunku. Język wniknął do jej ust, badając każdy ich zakamarek z zaborczą pasją, od której aż podwinęły jej się palce u stóp.

Przerywając pocałunek, odsunął się na tyle, by szepnąć prosto w jej usta:

— Potrzebuję cię.

— Jestem tutaj.

Uśmiechnęła się łagodnie, zamykając powieki, gdy wtuliła się w niego.

Woda spływała po nich kaskadami — ciepła i kojąca, zmywając resztki minionego dnia. Wokół nich unosiła się para, tworząc aurę intymności, która dawała poczucie bezpieczeństwa i ukojenia.

Dłonie Draco powoli przesunęły się po jej plecach, a palce delikatnie śledziły linię kręgosłupa. Dotyk był świadomy i celowy; każde muśnięcie stanowiło obietnicę niezachwianego oddania. Lekko zadrżała — nie z zimna, lecz pod wpływem głębokiej więzi, którą budził każdym swoim ruchem.

— To takie przyjemne — wyszeptała ledwo słyszalnie. — Tak prawdziwie.

Kiwnął głową, rozumiejąc wagę jej słów. Więź między nimi była namacalna — była liną ratunkową, której trzymali się z całych sił.

Usta Draco odnalazły wrażliwe miejsce tuż pod jej uchem; lekko je przygryzł, po czym szepnął:

— Zawsze będę robił wszystko, by do ciebie wrócić.

Na te słowa zaparło jej dech w piersiach; szczerość i odsłonięcie emocji w jego głosie głęboko w niej rezonowały. Odwróciła lekko głowę i chwyciła jego usta w miękkim, długim pocałunku. Był przepełniony uczuciami, których nie potrafili w pełni wyrazić słowami — niemym potwierdzeniem ich miłości.

Gdy stał się głębszy, dłonie Draco zsunęły się niżej, by objąć jej pośladki i unieść ją tak, by mogła owinąć nogi wokół jego bioder. Dotyk ich wilgotnych, śliskich ciał wywołał w niej dreszcz elektryzującego napięcia. Czuła jego erekcję napierającą na swój brzuch — przypominając o pożądaniu kryjącym się pod jego spokojną powierzchownością.

Przerywając pocałunek, spojrzała na niego, w jej miodowo-brązowych oczach lśniło pragnienie.

— Dotknij mnie — wyszeptała, a jej głos drżał z oczekiwania. — Proszę.

Jego oczy pociemniały z pożądania, a dłoń zręcznie przesunęła się między nimi, by pieścić jej najbardziej wrażliwe miejsce. Znalazł wejście i z łatwością wsunął się do środka. Westchnęła gwałtownie i wygięła plecy, gdy fale rozkoszy zalewały jej zmysły. Jego dotyk był mistrzowski; każdy ruch obliczony był tak, by wywołać w niej dreszcze ekstazy.

— Jesteś taka mokra, maleńka — zamruczał głosem przesyconym pożądaniem. — Tak bardzo na mnie gotowa.

Przytaknęła, niezdolna do wypowiedzenia słowa, podczas gdy on kontynuował pieszczoty, kreśląc palcami powolne, celowe kręgi wokół jej łechtaczki. Strumień wody bębnił o ich ciała, mieszając się z jękami rozkoszy. Czuła się lekka, jakby unosiła się na morzu doznań, a jedynym punktem oparcia pozostawał jego nieustępliwy dotyk.

— Piękna — mruknął, a jego kciuk starł kroplę wody, która pozostała na jej skórze. — Absolutnie piękna.

— Kocham cię — wyszeptała.

— Ja ciebie też — odpowiedział stanowczo. — Ponad wszystko.

Podtrzymywał ją pewnie w swoich ramionach, a świat poza ich wypełnionym parą azylem tracił na znaczeniu. W tej chwili liczyli się tylko oni — dwie dusze szukające ukojenia i bliskości w najbardziej pierwotny sposób.

Draco lekko zmienił pozycję; jego dłoń przesunęła się niżej, kierując się ku jej wnętrzu. Hermiona uśmiechnęła się łagodnie, czując całkowite rozluźnienie, gdy on zbierał się do wejścia w nią.

— Wciąż nie mogę uwierzyć, że tu jesteś — powiedział, opierając czoło o jej czoło.

Powolnym, zdecydowanym ruchem wniknął w nią, cal po calu, w tempie, które niemal odbierało zmysły. Westchnęła gwałtownie; to uczucie było obezwładniające — rozkosz tak cudowna, że zaparło jej dech w piersiach.

— Draco… — jęknęła, a jej głos dławił się od emocji.

— Cii… — uspokoił ją, muskając wargami jej policzek. — Wiem, kotku.

Zatrzymał się na chwilę, dając jej czas na przyzwyczajenie się; dłonie wędrowały po jej plecach i biodrach, wykonując rytmiczne ruchy, które pomagały jej odzyskać równowagę.

— Dobrze? — zapytał głosem napiętym od wysiłku, gdy się zatrzymał.

Przytaknęła i zamknęła oczy, chłonąc uczucie wypełniania.

— Tak — szepnęła, a jej głos brzmiał pewniej. — Nie przestawaj.

Z cichym warknięciem Draco zaczął się poruszać; jego pchnięcia były powolne i przemyślane. Każdy ruch był dowodem jego cierpliwości i umiejętności panowania nad sobą, mimo nagłego pożądania pulsującego w jego żyłach. Narzucił jednostajne tempo, wykonując głębokie, celowe ruchy i z niezwykłą starannością celebrując każdą chwilę rozkoszy.

Dostosowała się do jego rytmu, unosząc biodra na każde pchnięcie. Dźwięk wody chlupoczącej o marmur i ich zmieszane oddechy wypełniały niewielką przestrzeń, tworząc swoistą symfonię. Przesuwała dłonie po jego klatce piersiowej, wyczuwając napięcie mięśni — będącego dowodem wysiłku, jaki wkładał w zachowanie kontroli.

— Szybciej — jęknęła, a jej głos drżał z pożądania. — Proszę, Draco, szybciej.

Spełnił jej prośbę, nieznacznie przyspieszając tempo ruchów. Zmiana rytmu wywołała w niej nową falę doznań; łapała gwałtownie powietrze i mocniej się go chwyciła. Zacisnął dłonie na jej biodrach, prowadząc jej ciało i dbając o to, by każde pchnięcie precyzyjnie trafiało w jej najbardziej czuły punkt.

— Bogowie, jesteś cudowna — mruknął, a jego głos był szorstki od wysiłku.

Odpowiedziała zduszonym jękiem; jej ciało wygięło się w łuk i napierało na niego, gdy narastała kolejna fala rozkoszy. Całkowicie skupiony Draco wpatrywał się prosto w jej oczy. Koncentrował się wyłącznie na jej przyjemności — tak intensywnie, że aż zaparło jej dech w piersiach.

— Dojdź dla mnie, skarbie — ponaglił, a jego głos brzmiał jak chrapliwy rozkaz. — Po prostu puść.

Zrobiła to z ostatnim, rozpaczliwym okrzykiem. Jej ciało oderwało się od ściany, gdy osiągnęła orgazm. Intensywność tego doznania sprawiła, że zadrżała, a obraz przed oczami rozmywał się w łzach szczęścia i ulgi.

Draco podążył za nią w otchłań rozkoszy; jego władny orgazm uderzył w niego z siłą pędzącego pociągu. Wtulił twarz w jej szyję, lekko ją kąsając, gdy się w nią spuścił. To uczucie było obezwładniające — fala endorfin i miłości sprawiła, że nogi odmówiły jej posłuszeństwa.

Przez dłuższą chwilę pozostali złączeni, drążąc pod wpływem wciąż falującej rozkoszy. Woda nieustannie na nich spływała, oczyszczając ich i przynosząc poczucie odnowy.

W końcu Draco się odsunął, a jego dłonie natychmiast chwyciły ją za biodra, by zapewnić jej oparcie. Hermiona opadła na niego, jej nogi nadal drżały, więc nie wahał się ani chwili — objął ją ramieniem w talii, druga ręką podtrzymał pod kolanami i bez trudu podniósł, wynosząc ją spod prysznica.

Milczeli, wciąż otuleni aurą minionych chwil, podczas gdy on ją osuszał i nakładał jej przez głowę jeden ze swoich T-shirtów. Gdy leżeli przytuleni do siebie, Hermiona oparła głowę na jego piersi, pozwalając, by miarowe bicie serca ją uspokoiło.

Gdy poczuła senność, w jej umyśle pozostała tylko jedna, niezwykle silna i niezachwiana myśl; spaliłaby świat, nim pozwoliłaby komukolwiek jej to odebrać.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Draco

 

— Wiesz, Petro — mruknął Draco, zapinając koszulę — spośród wszystkich rzeczy, które planowałem robić w piątkowy wieczór, szykowanie się na Wieczór Picia Dla Gryfonów do nich nie należało.

Jeśli suka miała na to jakąś odpowiedź, zachowała ją dla siebie; jedynie cicho parsknęła, po czym odeszła, by dołączyć do Hermiony.

Mimo nieco surrealistycznego wieczoru, który go czekał, stał tu i zastanawiał się, czy przypięcie do koszuli herbu Slytherinu byłoby małostkowe, czy prowokacyjne.

Pewnie jedno i drugie.

Z sąsiedniego pokoju dobiegły go odgłosy Hermiony grzebiącej w szafie i mamroczącej coś pod nosem, gdy rozważała, co założyć. Sądząc po piskach i miauczeniu Krzywołapa, kot miał na ten temat znacznie więcej do powiedzenia niż Petra.

Draco wygładził rękaw, usuwając nieistniejące zagniecenia, i zerknął na swoje odbicie w lustrze. To nie pub go niepokoił — lecz pole minowe w postaci przyjaciół jego żony, na które miał się natknąć.

Minął nieco ponad tydzień, odkąd Ministerstwo odprawiło Hermionę, traktując ją jak jakąś niewygodną stażystkę, a nie jak najbystrzejszy umysł, jaki kiedykolwiek stąpał po tamtejszych korytarzach. Była wściekła, ale tę złość przekuła w tworzenie — w niemal niepokojącej liczbie — list zadań do wykonania. Jednak dziś wieczorem chodziło o jej wizerunek — o pokazanie, że nie miała powodu się ukrywać, a już na pewno nie było powodu przepraszać za to, że kocha Draco.

I nie było mowy, żeby to on okazał się słabym ogniwem tego przekazu.

Usłyszał głośny stukot jej obcasów o drewnianą podłogę i odwrócił się w samą porę, by zobaczyć, jak pojawia się w drzwiach. I — niech Merlin ma go w opiece — jeśli nadal będzie tak na niego patrzyła, zepsuje ten wieczór, zanim ten w ogóle się zacznie.

Jego wzrok wędrował po niej — od kaskady loków aż po zabójcze szpilki, w których jej nogi wyglądały zdecydowanie zbyt kusząco jak na wyjście do pubu. Sukienka w odcieniu głębokiego różu opinała jej ciało we właściwych miejscach, a jedwab lśnił w świetle, gdy przeniosła ciężar ciała.

— Kotku — ostrzegł niskim tonem — jeśli zamierzasz iść w tym do pubu, cały wieczór spędzę na obmyślaniu, jak najszybciej zabrać cię do domu.

Na jej twarzy pojawił się powolny, figlarny uśmiech.

— Zachowuj się, Draco.

Podszedł bliżej i musnął dłonią jej biodro, tylko po to, by zobaczyć, jak przechodzi ją dreszcz.

— Nic nie obiecuję, żono.

Uśmiechnęła się sugestywnie, chwyciła kopertówkę i minęła go pewnym krokiem, kierując się ku schodom; wokół niego unosiła się delikatna woń jej perfum, gdy Petra podążała tuż za nią.

Gdy spotkał się z Hermioną przy kominku podpiętym do Sieci Fiuu, akurat wymieniała obrożę Petry na najbardziej ostentacyjną, jaką posiadała; z wielkimi, platynowymi kolcami osadzonymi między podwójnymi rzędami równie wielkich diamentów.

— Chwila… zabierasz Petrę? — Mrugnął zaskoczony. — Czy w ogóle wolno wprowadzać psy do Dziurawego Kotła?

Wzruszyła ramionami, nie czując się wcale winną.

— A dlaczego miałabym jej nie zabrać? Zresztą, w ich oczach ona jest tak samo moim Chowańcem jak Krzywołap.

— Cóż, chyba masz rację — powiedział z rozbawieniem. — Ale w takim razie nasuwa się pytanie: dlaczego jego nie zabierasz?

— Bo nienawidzi wychodzić z domu… i ludzi — odpowiedziała, drapiąc Petrę za uszami. — Za to Petra lubi puby i świetnie odstrasza niepożądane towarzystwo.

Draco przechylił głowę.

— To był twój dyplomatyczny sposób na powiedzenie, że będzie trzymać z dala wszelką hołotę?

— Oczywiście — zadrwiła jego żona.

Kikut ogona Petry poruszył się raz, jakby przyznawał jej rację.

Draco tylko się zaśmiał i wszedł pierwszy w płomienie.

— Niech bogowie mają nas w opiece, jeśli postanowi pogonić któregoś z twoich przyjaciół.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Gdy weszli do Dziurawego Kotła, powitał ich ciepły gwar rozmów i odgłos stukających o siebie szklanek. Petra wyszła z zielonych płomieni z pewnością siebie jak właścicielki lokalu; była wyprostowana, omiatała wzrokiem pomieszczenie, jakby szukała zagrożeń. Siedząca najbliżej grupa czarodziejów nagle zamilkła i obracała się na krzesłach, gdy przechodziła obok.

Hermiona lekko się uśmiechnęła.

— Widzisz? Odstrasza.

Draco przewrócił oczami, ale nie potrafił ukryć rozbawienia.

— Zaczynam myśleć, że po prostu lubisz robić dramatyczne wejścia.

— Dlaczego miałabym się ograniczać? — mruknęła, splatając z nim palce, podczas gdy Petra torowała im drogę do sali na tyłach, zarezerwowanej na Wieczór Picia Dla Gryfonów.

Gdy weszli do środka, pomieszczenie było już pełne ludzi, a rozmowy ucichły na widok męża Hermiony. Harry radośnie do niej pomachał, podczas gdy twarz Rona oblała się czerwienią i kipiał wściekłością. Dean z Seamusem wymienili sugestywne spojrzenia, szeroko otwierając oczy, ale milczeli.

Neville zakrztusił się piwem na widok Draco i zaczął kaszleć, a Luna poklepała go po plecach.

— Cześć, Hermiono — powitała ciepło Luna, po czym przeniosła swój łagodny wzrok na Draco. — I Draco… miło was widzieć. Choć mam wrażenie, że nie minęło wiele czasu, odkąd ostatnio na siebie wpadliśmy.

Neville znów się zakrztusił i żona ponownie delikatnie poklepała go po plecach. Draco powstrzymał się przed uśmiechem. Mimo że ludzie uważali Lunę za osobę trudną do zrozumienia, była jedną z najbardziej rozbrajająco szczerych osób, jakie kiedykolwiek spotkał.

Hermiona się uśmiechnęła i pomachała do nich, zdając się nie zwracać uwagi na sugestie Luny.

Neville kasłał do swojego kufla, wciąż dochodząc do siebie, podczas gdy Petra podeszła bliżej z cichą pewnością siebie stworzenia, które dokładnie wie, gdzie jest jej miejsce. Ułożyła się zgrabnie u stóp Hermiony, a jej wzrok omiatał pomieszczenie, jakby wyszukiwał potencjalnych zagrożeń. Gdy jej oczy trafiły na Weasleya, przechyliła głowę — na tyle, by zmusić go do niespokojnego wiercenia się na stołku.

— Co on tu robi? — wypalił, a jego głos złamał się w połowie, gdy zerwał się na równe nogi.

Petra ani drgnęła, ale jej uszy lekko strzeliły, jakby rozważała kolejny ruch.

— Ron — ostrzegł Harry półgłosem, zaciskając dłoń na ramieniu przyjaciela. — Nie zaczynaj.

— Nie będę tu siedział ze Śmierciożercą — warknął, jednocześnie robiąc krok w stronę Hermiony.

Zanim Draco zdążył zareagować, Petra zerwała się na równe nogi — szczerzyła kły, a w jej piersi dudniło niskie warknięcie, gdy ustawiła się między jego żoną a jej byłym chłopakiem.

Szare oczy Draco stały się lodowate, a dłoń zacisnęła się na różdżce.

— Jeśli jeszcze raz zbliżysz się do mojej żony, Weasley, będzie to ostatnia rzeczy, jaką zrobisz.

— Petra — powiedziała cicho Hermiona, muskając palcami łopatkę psa.

Dobermanka nie ustąpiła od razu; warczała nisko i miarowo, nie spuszczając wzroku z Rona. Dopiero gdy Hermiona wyszeptała Wystarczy, Petra usiadła — choć wciąż pozostawała w gotowości, by bronić swojej pani.

Hermiona się wyprostowała, jej głos był opanowany, lecz brzmiała w nim stalowa nuta.

— Jeśli nie potrafisz zachować się kulturalnie, Ron, możesz wyjść. Ale nie będziesz w ten sposób mówił o moim mężu.

Ron otworzył usta, ale uścisk Harry’ego na jego ramieniu stężał.

— Nie rób tego — ostrzegł niskim tonem, mrużąc oczy w sposób, który nie znosił sprzeciwu.

Nie spuszczając wzroku z Rona, Draco lekko się uśmiechnął, po czym podążył za Hermioną w głąb sali; Petra deptała im po piętach, niczym uosobienie cichego wyzwania.

Z drinkami w dłoniach zajęli miejsce przy stoliku w kącie, obok Harry’ego. Draco usiadł tyłem do ściany, a Hermiona przysunęła się do niego.

— Cóż — mruknął Harry, krótko się śmiejąc, gdy już wszyscy usiedli. — Nieźle poszło.

Hermiona przewróciła oczami, biorąc łyk wina.

— Tak, cóż, Ron nadal ma emocjonalny lont długości łyżeczki do herbaty. Gdzie jest Ginny? — zapytała, wyciągając szyję, by rozejrzeć się po sali.

Harry przetarł okulary o koszulę i założył je z powrotem, zanim odpowiedział.

— Na meczu wyjazdowym.

Podczas gdy jego żona kontynuowała rozmowę ze swoim najlepszym przyjacielem, Draco dzielił uwagę między nich a resztę osób. Dean i Seamus nie próbowali nawet przywitać się z Hermioną — prawdopodobnie dlatego, że obok niej siedział on i pies, który prędzej odgryzłby im ręce, niż pozwolił skrzywić swoją nową panią — ale poza tym zdawali się zadowoleni, mogąc ignorować jego obecność.

Co oczywiście bardzo mu odpowiadało.

Weasley wciąż kipiał ze złości, ale reszcie grupy udało się go powstrzymać. Neville natomiast nie mógł uwierzyć własnym oczom — sądząc po tym, jak często zerkał na Draco — podczas gdy Luna uśmiechała się łagodnie.

— Więc… — zaczęła Hermiona, przyciągając uwagę Draco z powrotem do swojej rozmowy z Harrym, gdy oparła się o niego. — Jak tam w pracy?

— Kompletny koszmar — zapewnił ją Harry. — Mnóstwo ludzi było oburzonych tym, jak cię potraktowano. — Zrobił pauzę, biorąc kolejny łyk piwa. — Nawet ci, którzy nie byli twoimi przyjaciółmi, byli wściekli, że cię zwolnili, mimo że zrobiłaś dokładnie to, o co prosiło Ministerstwo.

Draco uniósł brew, mieszając bursztynowy płyn w szklance.

— Zabawne, że wcześniej nikogo nie oburzało, iż Ministerstwo przekracza swoje uprawnienia.

— Dokładnie — wtrąciła Hermiona, opierając głowę na ramieniu Draco. — Przejmują się dopiero teraz, gdy to samo może spotkać ich.

Harry przyznał im rację.

— W Ministerstwie panuje bałagan. Oboje o tym wiecie.

— Właśnie dlatego — ucięła stanowczo Hermiona — nie wróciłabym tam, nawet gdyby błagali.

Harry pochylił się ku nim, opierając przedramiona na stole.

— To co dalej?

Hermiona odwróciła głowę i napotkała wzrok Draco, jednocześnie zwracając się do drugiego mężczyzny.

— Wkrótce się dowiesz.

Draco czuł ciężar jej dłoni spoczywającej lekko na jego udzie pod stołem — pewnie i kojąco. Splótł ich palce i złożył pocałunek na jej skroni, ignorując to, jak mocno zacisnęła się szczęka Weasleya po drugiej stronie pomieszczenia.

Zostali jeszcze chwilę, sącząc drinki i wymieniając się wieściami, choć emocje wieczoru już nieco opadły. Wokół nich znów rozbrzmiewały rozmowy — początkowo ostrożnie, lecz atmosfera szybko się rozluźniła; jedynie Weasley wciąż pozostał nieco na uboczu.

W końcu Petra cicho westchnęła i oparła głowę na bucie Draco. Hermiona stłumiła ziewnięcie za kieliszkiem wina.

Draco pochylił się w jej stronę.

— Gotowa, by się zbierać do domu, kotku?

— O tak — mruknęła. — Zasłużyliśmy na noc bez żadnych dramatów.

Harry wstał razem z nimi.

— Cieszę się, że przyszłaś — rzekł do Hermiony, przyciągając ją do uścisku, po czym rzucił ukradkowe spojrzenie Draco. — Nawet jeśli przyprowadziłaś ze sobą dwa psy obronne.

Draco uśmiechnął się ironicznie.

— Najgorsze jest to, że nigdy nie wiadomo, który z nas ugryzie.

Petra raz uderzyła kikutem ogona o podłogę, jakby na znak zgody, i płynnie wstała, podczas gdy Hermiona chwyciła swoją torebkę i ruszyła, by się pożegnać z resztą towarzystwa.

Tym razem wyszli z Dziurawego Kotła bez większego rozgłosu; tłum rozstąpił się przed nimi, a atmosfera była znacznie mniej napięta niż wcześniej. Mimo to Draco nie czuł się w pełni swobodnie, dopóki nie otoczyły ich szmaragdowe płomienie, przenosząc ich do domu.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Później, gdy Draco był już niemal pogrążony we śnie, Hermiona odwróciła się w jego ramionach i złożyła pocałunek na jego szczęce.

— Wiesz co? — ziewnęła. — Mówiłam poważnie o tym, żebyś mnie w to wciągnął. Chcę zacząć poznawać zasady tego świata… przynajmniej w takim zakresie, w jakim czujesz się komfortowo, by mi go pokazać.

Draco przez chwilę rozważał różne opcje, zastanawiając się, jak najlepiej wprowadzić ją w swoją rzeczywistość.

— Właściwie jutro mam spotkanie z zielarzem, który dostarcza nam większość składników do eliksirów. Jeśli chcesz, możesz pójść ze mną.

— Brzmi idealnie — mruknęła, a jej powieki opadły, gdy ogarnęła ją senność.

Przyciągnął ją bliżej, tuląc w ramionach i całując w czoło. Zasypiał teraz łatwiej niż przez ostatnie lata — ale nigdy nie robił tego, zanim nie nacieszył się widokiem śpiącej ukochanej.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Następnego ranka Draco i Hermiona pozwolili sobie na dłuższy sen i niespieszne śniadanie, zanim zaczęli się szykować do wyjścia na spotkanie. Czekając, aż ona się pojawi, Draco oparł się o kuchenny blat, popijając kawę i obserwując, jak Petra i Krzywołap pożerając resztę swojego jedzenia.

Gdy weszła Hermiona, Draco nie mógł powstrzymać uśmiechu. Wyglądało na to, że szykując się na swoje pierwsze prawdziwe wejście do jego świata, żona zainspirowała się jego własnym, typowym strojem w kolorze czerni. Czarną sukienkę znalazła w butiku w Kopenhadze; tak bardzo jej się spodobała, że kupił ją we wszystkich dostępnych kolorach. W połączeniu z peleryną i butami na obcasie wyglądała dokładnie tak, jak trzeba.

Obróciła się przed nim, prezentując kreację, po czym jej wyraz twarzy spoważniał.

— Co sądzisz? Czy to będzie odpowiedni strój? Mogę się przebrać, jeśli…

Stuknął palcem w krwistoczerwoną torebkę Diora, zwisającą z jej ramienia.

— Poza tym możesz się zdziwić, jak dużo tego koloru dzisiaj zobaczysz.

Przechyliła głowę z ciekawością, ale nie zdążyła o nic zapytać, bo ją objął i teleportował ich oboje.

Kilka sekund później wylądowali na cichej, wiejskiej drodze; ptaki wzbiły się w powietrze na odgłos głośnego trzasku towarzyszącego aportacji.

Hermiona obróciła się wokół własnej osi, podziwiając sielski krajobraz.

— Gdzie jesteśmy?

— W Yorkshire — odpowiedział, chwytając ją za rękę, gdy ruszyli przed siebie.

Na końcu ścieżki wstrzymała oddech na widok porośniętego bluszczem domku.

— Jest przepiękny! — zawołała, śmiejąc się, gdy na jego ramieniu usiadł motyl.

Zamruczał w zamyśleniu, prowadząc ją obok domku w stronę ogromnej szklarni znajdującej się na tyłach.

— To prawda, ale poczekaj, aż zobaczysz szklarnię.

Budynek był ogromny, nawet jak na standardy mugoli. Dzięki zaklęciom powiększającym przestrzeń wystarczyło, by dostawca mógł uprawiać niemal każdą roślinę na świecie.

Draco i Hermiona weszli do środka; gdy przekroczyli próg, powietrze wokół nich zamigotało od magii ochronnej. Złożone zaklęcia utrzymywały temperaturę idealną dla roślin, nie czyniąc jej jednak nieznośnej dla odwiedzających.

Zdążyli zrobić zaledwie kilka kroków, gdy z głębi pomieszczenia dobiegł ich czyjś głos.

To ty, Malfoy? Udało ci się znaleźć tę roślinę, o którą pytałem?

Odgłos kroków niósł się echem po ceglanej ścieżce, aż w końcu zza zakrętu wyłonił się dostawca, trzymając w dłoni niewielką roślinę doniczkową.

Hermiona wydała z siebie zduszony okrzyk, a jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki.

NEVILLE?!