[T] Ciężar mojego uczucia: Okopy Świętego Walentego

piątek, 1 maja 2026


— Nie wiem, jak ci dziękować, Hermiono.

Na dźwięk głosu Luny, Hermiona gwałtownie uniosła głowę znad warstwy kurzu na jednej z półek. Drobna blondynka wpatrywała się w nią z wyrazem twarzy, który można by określić jedynie jako promienny. Jej niebieskie oczy były szeroko otwarte i błyszczące, z lekko maniakalną nutą. Uśmiech, który rozciągał się na twarzy, był zbyt szeroki.

— C-cała przyjemność po mojej stronie — wyjąkała Hermiona.

Hermionie w ogóle to nie sprawiało przyjemności. Po prostu była jedyną osobą w ich szerszym gronie przyjaciół, która nie posiadała wystarczająco dobrego pretekstu, by odmówić. Harry i Ginny pojechali na wakacje do Grecji. Gdyby Hermiona nie podejrzewała, że Harry zamierza się oświadczyć, byłaby z tego powodu naprawdę rozgoryczona, ale on był tak zdenerwowany i szczęśliwy, że nie miała serca nawet uderzyć go w ramię. Ron nie mógł zostawić zdołowanego George’a.

Została Hermiona i Neville, ale ostatni raz, gdy Neville opiekował się jakimś stworzeniem, miał miejsce, gdy odciął głowę Nagini. Wszyscy zgodzili się, że Hermiona prawdopodobnie lepiej nadaje się do tego zadania.

Co było prawdą. Hermiona była wyjątkowo dobra w opiece nad zwierzętami. Z powodzeniem wychowywała pół-kuguara — sarkastyczną katastrofę — przez prawie dziesięć lat. Przeważnie wszystko szło całkiem dobrze. Teraz prawie nigdy nie atakował Rona i tylko sporadycznie zostawiał Hermionie prezenty w postaci martwych myszy.

Poczta i Sowiarnia w Hogsmeade był małym sklepikiem na głównej ulicy miasteczka. Hermiona nigdy tak naprawdę nie potrzebowała z niego korzystać, gdy uczyli się w Hogwarcie. Zawsze pożyczała Hedwigę albo jedną ze szkolnych sów, gdy musiała wysłać list do domu. Dlatego była zaskoczona, gdy Luna oznajmiła, że go kupiła.

Po pierwsze, że istniał, a po drugie, że Luna w ogóle mogłaby być zainteresowana komercyjnym przedsięwzięciem. Hermiona zawsze uważała, że Luna należała do uczonych, którzy nieustannie podążają od jednego mistrzostwa do drugiego. Ale wszystko zmieniło się po wojnie. Ezoteryka akademickiego świata wymarła, będąc świadkiem godowych zwyczajów krótkowzrocznego rogacza.

Jeszcze bardziej zaskakujący był sukces, jaki odniosło to miejsce. Luna nie prowadziła go jak biznesu. Przypominał raczej schronisko dla zwierząt albo kociarnię, równocześnie zajmującą się doręczaniem poczty. Sowy mogły swobodnie przylatywać i odlatywać, kiedy chciały, i znane były z tego, że z każdego miejsca, w którym siedziały, osądzały ludzi, marszcząc gęsto upierzone brwi. To oznaczało, że Luna zbiła fortunę na sowich przysmakach. Do tego stopnia, że doręczanie poczty stało się dla niej raczej zajęciem pobocznym.

Wnętrze wypełniał szelest piór i stukot dziobów. Hermiona miała nieodparte wrażenie, że ktoś ją obserwuje. I rzeczywiście tak było. W sklepie były dziś co najmniej trzy sowy i wszystkie patrzyły na nią z czymś, co można by określić jedynie jako ledwie skrywaną pogardę. Szczególnie ta, która siedziała za ladą, wpatrywała się w nią z niepokojącą intensywnością.

Luna sprzedawała też różne drobiazgi, które rzekomo miały wiele właściwości, na przykład pozwalały odczytywać sygnały ciała chowańca lub wzmacniały więź emocjonalną. Niektóre z bardziej osobliwych gadżetów były pokryte warstwą kurzu, co świadczyło o ich popularności, ale stanowiły one mniejszość. Reszta to były pożyteczne rzeczy, takie jak eliksiry zmniejszające, które sprawiały, że przedmioty niesione przez ptaki były lżejsze, lub eliksiry przyspieszające dostawę.

Luna skinęła na Hermionę, żeby poszła za nią i wślizgnęła się do drzwi z tyłu sklepu.

— Zaprowadzę cię do sowiarni.

Hermiona poszła za nią i Luna prowadziła ją po chwiejnych, drewnianych schodach do ogromnej przestrzeni nad nią, w której mieszkały sowy. Dach górował nad nimi, a na ścianach znajdowały się grzędy. Zabawki dla ptaków i dzwonki chaotycznie porzucano, ale w porównaniu z warstwą kurzu pokrywającą sklep poniżej, tu było zaskakująco czysto. Duże, otwarte okno zajmowało większość tylnej ściany. Przestrzeń między ramą migotała.

— To pole siłowe? — zapytała Hermiona, idąc w jego kierunku.

Luna spojrzała w górę.

— Rama jest impregnowana, dzięki czemu może pozostać otwarta, a siedlisko pozostaje suche. Mogą być zwierzętami, ale nawet one lubią te wygody.

Sowa niedbale wylądowała na jej głowie i osiadła tam niczym dziwny, niezgrabny kapelusz. Wpatrywała się w Hermionę, jakby prowokując ją do sprzeciwu. Ugryzła się w język.

— Żerują w nocy. — Luna wskazała na stojącą w kącie skrzynkę statyczną. — Uważam, że najlepiej im się podoba, gdy mają iluzję ofiary. Dobry rzut w powietrze załatwia sprawę.

Hermiona zajrzała do skrzynki i zobaczyła, że jest pełna martwych myszy, szczurów i małych, wychudzonych królików. Cofnęła się o krok i pokręciła głową. Naprawdę powinna się tego spodziewać.

— Tylko raz dziennie? — zapytała.

Luna skinęła głową.

— Tylko raz. Jeśli będą chciały więcej, upolują coś w drodze powrotnej z dostaw.

— Na jak długo wyjeżdżasz?

Luna uśmiechnęła się i spojrzała w dal, która najwyraźniej znajdowała się za lewym uchem Hermiony.

— Tata uważa, że tym razem mamy realną szansę na ich znalezienie.

— Znalezienie Jasnonogich Jasnobłyskaczy?

Hermiona nie mogła sobie przypomnieć, jakiego dokładnie stworzenia Luna szukała tym razem.

— O nie — zaprotestowała, skupiając się teraz na punkcie nieco nad głową Hermiony. — Szukamy nimf. Jasnonogich. Z czerwonymi czapeczkami. Tuatha De’ Danann.

— No tak.

Hermiona z niepokojem uświadomiła sobie, że może utknąć tu na zawsze.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

W rzeczywistości czas spędzony w sowiarni w Hogsmeade upływał całkiem przyjemnie. Ona i Krzywołap mieszkali w pokoju gościnnym, który wystawał z małego domku przylegającego do sklepu. Krzywołap otrzymał surowy nakaz, by zachowywać się jak najlepiej, by nie wywołać wojny futra z piórami. Miała nadzieję, że dobitnie przedstawiła mu swój punkt widzenia. Kot uniósł brew i wydał z siebie przeciągliwe miauknięcie, które zinterpretowała jako niechętną akceptację.

Dom Luny był uroczy. Było w nim ciepło, tak jak w Norze; nie pod względem temperatury, ale pod względem tego, jak przytulnie się tam czuła. Koc, który leżał na oparciu kanapy, był tak miękki w dotyku, że Hermiona prawie nigdy nie chciała spod niego wychodzić. W małej kuchni znajdowało się wszystko, czego kiedykolwiek potrzebowała. Najwyraźniej Luna w pewnym momencie zafascynowała się mugolskim sprzętami kuchennymi. Miała toster, blender, mikser, wolnowar i kilka innych, których Hermiona nawet nie znała.

Dzięki temu jej poranki nabierały przytulnego, dostojnego charakteru. Nie musiała wstawać z łóżka przed wpół do ósmej, bo sklep otwierała o dziewiątej. Śniadanie jadła szybko, bo dziwny gadżet do gotowania jajek w koszulkach sprawiał, że zaciskała kciuki, patrząc przez szklane drzwiczki mikrofalówki, zamiast babrać się we wrzącej wodzie w poszukiwaniu resztek jajka. Potem brała długi prysznic, po czym otwierała drzwi do sklepu i wchodziła do środka.

Sam sklep był dość łatwy w obsłudze. Klienci byli przeważnie mili. Od czasu do czasu trafiał się jakiś uczeń Hogwartu, który chciał narobić zamieszania, ale ptaki szybko sobie z nimi radziły. Był tam szczególnie groźny puchacz o imieniu Silver, który emanował złowrogą aurą. Gdy tylko dzieci zaczynały się źle zachowywać, zlatywał i je odstraszał.

Oznaczało to jednak, że Hermiona musiała go uspokajać filiżanką herbaty. Luna wyjaśniła, że Silver jest bardziej pupilem niż pracującą sową. Nie nosił paczek, chyba że w najbardziej beznadziejnych okolicznościach. Luna kilkakrotnie poruszała ten temat. Gdyby Hermiona znalazła się w sytuacji, w której musiałby pomóc, musiałaby grzecznie poprosić i ewentualnie go przekupić. Najwyraźniej był koneserem wykwintnych mięs, takich jak antrykot czy kurczak po myśliwsku.

Na szczęście nie było to konieczne. Współistnieli w przestrzeni sklepu w błogiej harmonii. Przerażał małe dzieci w wieku szkolnym i słuchał jej paplaniny, gdy krzątała się po pomieszczeniu, z zainteresowaniem pochylając głowę, a ona podawała mu filiżanki herbaty lub stawiała nową książkę na jego cokole. Dziwne, że ptak zdawał się umieć czytać, ale z Luną wszystko było możliwe.

Tak oto sobie żyli. Mieszkańcy miasteczka rzadko korzystali z poczty, a dostępne ptaki z łatwością spełniały ich prośby. Rzadko się zdarzało, by więcej niż pięćdziesiąt procent dostępnych tragarzy było używanych jednocześnie.

Potem nadeszły Walentynki i błogie życie Hermiony w Hogsmeade zostało zakłócone przez koszmar związany z naprawdę gigantyczną liczbą klientów. To był najgorszy sen każdego sprzedawcy. Po pierwszej godzinie wyjrzała przez okno i zobaczyła, że kolejka wciąż znika za przecznicą. Ptaki latały jeden za drugim, ale paczki z kwiatami, ciasteczkami i koszami prezentowymi nie miały końca.

O trzeciej Hermiona była wyczerpana. Nie zdążyła zjeść obiadu i nie miała już żadnych ptaków. Kolejka w końcu się przerzedziła, a ona siedziała na małym stołku za ladą, patrząc na nic konkretnego, z tym pustym spojrzeniem, typowym dla ocalałych z wojny. Silver siedział na grzędzie obok niej, pohukując. Gdyby była niespełna rozumu, pomyślałaby, że się z niej śmieje.

Nagle drzwi się otworzyły i do środka wpadła kobieta z zaniepokojoną miną, niosąc naprawdę ogromny kosz prezentowy. Postawiła go na blacie przed Hermioną i uśmiechnęła się do niej.

— Tak się cieszę, że jeszcze panią zastałam — wyszeptała. — Bałam się, że przyszłam za późno.

Hermiona spojrzała z powątpiewaniem na kosz.

— Za późno?

— Tak — kontynuowała kobieta. — Ten kosz musi zostać dostarczony dzisiaj. Myślę, że to jedyna szansa, żeby go przyjął.

— Obawiam się, że nie będę w stanie pomóc — przyznała niechętnie Hermiona. — Silver to jedyny ptak, jaki mi został, a nie jest stałym dostawcą. Koszyk tej wielkości to trochę za dużo.

Właściwie Hermiona podejrzewała, że Silver da sobie radę, ale nie miała ochoty spędzać wieczoru, przygotowując francuskie potrawy, którymi miała mu się odwdzięczyć za usługę. Zwłaszcza że ostatnim razem, gdy próbowała, wyszła jej papka a nie sos. Jak dotąd udawało jej się unikać gniewu Silvera i nie podobała jej się myśl o stracie jego szacunku.

— Nie! — krzyknęła kobieta, zaciskając dłonie. — Proszę, to musi być dzisiaj.

Hermiona skrzywiła się. Praca w handlu detalicznym naprawdę nie była dla niej.

— Jestem pewna, że jutro będzie mu się to podobać równie mocno.

— Nie rozumie pani — upierała się kobieta. Grzebała w pudełkach czekoladek i wyciągnęła nijaką kopertę. — To papiery rozwodowe. Unika mnie i nie mogłam mu ich dać. Pomyślałam, że jeśli dziś dostanie ten koszyk, pomyśli, że chcę się z nim pogodzić i otworzy kopertę.

— Unika pani? — zapytała Hermiona, czując wściekłość.

Jej zdaniem szczytem nieuprzejmości było zmuszanie kogokolwiek do trwania w nieszczęśliwym małżeństwie.

Kobieta skinęła głową.

— Próbuję od prawie miesiąca. Wiem, że to głupi plan, ale myślę, że może się udać.

Hermiona przechyliła głowę, myśląc. W swoim krótkim życiu była uwikłana w wiele głupich planów, i o dziwo, często wypalały.

— Papiery rozwodowe są tak zaczarowane, by było wiadomo kiedy je dotknie?

Kobieta ponownie skinęła głową.

Hermiona zerknęła kątem oka na Silvera. Ptak wpatrywał się w nią z miną, którą można było opisać tylko jako nie waż się, kurwa. Kosz był dość duży, ale nie mógł ważyć więcej niż pięć funtów. Silver był dość duży jak na puchacza, ale z pewnością dałby radę go udźwignąć.

— No dobrze — zgodziła się Hermiona. Kobieta westchnęła z ulgą, a Silver zaskrzeczał w bardzo niegodny sposób. — Będzie dwadzieścia galeonów z dostawą ekspresową, bo zakładam, że chce pani, by dostarczono to dzisiaj.

— Oczywiście — odpowiedziała kobieta z wyraźną ulgą na twarzy. — Dziękuję. Bardzo dziękuję.

— Nie ma za co — odparła Hermiona, myśląc, że to nic wielkiego.

Podwoiła cenę dostawy, aby uwzględnić koszt posiłku Silvera, mając nadzieję, że kobieta odrzuci ofertę, ale niestety, desperacja najwyraźniej jest warta dodatkowych knutów.

Kiedy drzwi się zamknęły za nią, Hermiona rzuciła się naprzód i zmieniła napis na drzwiach z „otwarte” na „zamknięte”. Czyn, który powinna była zrobić, odbierając ostatnią dostawę, ale z perspektywy czasy zawsze można powiedzieć, że mądry człowiek po szkodzie. Kiedy wróciła do lady, Silver sapał jak obrażony szlachcic, którego właśnie poproszono o zjedzenie posiłku w kuchni.

Hermiona w końcu na niego spojrzała.

— To niedaleko.

Co proszę?

Hermiona cofnęła się i spojrzała na ptaka zszokowana. Jego bardzo ludzki głos zabrzmiał w jej głowie. Niski, męski, z akcentem, jakiego spodziewała się po ziemianinie. Nigdy wcześniej się do niej nie odezwał, a Luna nie wspominała, że nauczyła mówić swoją dziwną sowę.

Przełknęła ślinę i wyprostowała się. Nie da się zastraszyć zwierzęciu.

— Powiedziałam, że to niedaleko. — Podniosła kartkę. — Nazywa się Marcus Flint. Hmm. Nie wiedziałam, że się ożenił. Chociaż nie dziwi mnie, że to się kończy rozwodem. — Kiedy rzuciła spojrzenie na Silvera, jego wzrok nie złagodniał. — Nieważne, mieszka w Inverness.

Silver sugestywnie spojrzał na paczkę, a potem z powrotem na nią.

I oczekujesz, że zaniosę to do Inverness?

— Waży tylko jakieś pięć funtów! — zaprotestowała Hermiona. — Puchacze są więcej niż zdolne do uniesienia takiej ilości, a ty jesteś duży jak na swój gatunek.

To strasznie dużo pracy.

— To dosłownie twoja praca! — odgryzła się Hermiona.

Część niej nie mogła uwierzyć, że tak zmieniło się jej życie; praca w handlu i kłótnia z sową.

Sowa rozłożyła skrzydła, powiększając swój rozmiar. Działanie, które byłoby bardzo groźne dla innej sowy i sprawiło, że Hermiona zamarła. Bogowie, ależ z niego palant. To był niesamowicie chujowy ruch, by wygrać kłótnię.

Moim zadaniem jest zapewniać towarzystwo. Nie jestem jucznym zwierzęciem.

Hermiona położyła ręce na biodrach i pochyliła się do przodu, demonstrując swoją agresję.

— Zajęłoby ci to niewiele ponad godzinę.

Ten dramatyczny drań o mało nie spadł z grzędy z powodu przesadnego drgnięcia.

GODZINĘ?! Nawet z wiatrem w plecy musiałbym lecieć aktywnie, ze średnią częstotliwością czterech uderzeń skrzydeł na sekundę, żeby dotrzeć tam w ciągu dwóch godzin.

Hermiona prychnęła zirytowana.

— Przesadzasz.

Wykonuję podstawowe obliczenia w pamięci, które najwyraźniej umknęły twojej kujonowatej, tępej głowie.

Teraz pluł i syczał z wściekłości. Byłoby to śmieszne, gdyby nie było tak irytujące.

— Słuchaj, wiem, że proszę o wiele, ale nie mam innego wyjścia.

Uniósł głowę, patrząc jej prosto w oczy.

Sama mogłabyś to doręczyć. W miasteczku są całkiem niezłe kominki z Siecią Fiuu.

Hermiona wyjrzała na wciąż przenikliwą, zimną, zimową aurę. Padało od jedenastej i nic nie zapowiadało, żeby miało przestać. Teoretycznie mogła doręczyć paczkę. Sieć Fiuu w Trzech Miotłach wciąż była otwarta. Gdyby zapytała o drogę w sowiarni w Inverness, prawdopodobnie by jej podpowiedzieli, gdzie iść.

Ale nie chciała tego robić.

Było zimno i mokro, a istniało spore prawdopodobieństwo, że będzie musiała rozmawiać z ludźmi. Miała już dość rozmów na dziś.

— Nie wiem, gdzie on mieszka — upierała się Hermiona.

A ja wiem?

Prychnął. To naprawdę niesamowite, że słyszała intonację i barwę jego głosu, mimo że było to tylko wyobrażenie w jej głowie.

— Jesteś sową?! — Wskazała gestem na sowiarnię wokół siebie. — Jak możesz nie wiedzieć?

Kłapnął dziobem dwa razy.

Nie wiem.

Tym razem głos był ponury i zrzędliwy.

— Słuchaj, przygotuję dla ciebie dziś dwa steki. Spróbuję nawet przyrządzić coś wymyślnego. Mam ciasto i świeże grzyby. Może zrobię polędwicę wołową w cieście? — zaproponowała, żałując każdego słowa.

Uniósł brwi.

Z truflami?

— Mogę to zorganizować — zgodziła się.

To wiązało się z wyjściem na deszcz, ale przynajmniej nie z wyprawą do Inverness.

Dobra.

Przechylił głowę w obie strony i rozpostarł skrzydła.

Czy jest jakiś powód, dla którego nie moglibyśmy użyć eliksiru zmniejszającego rozmiar?

— Prawdopodobnie zakłóciłoby to działanie zaklęcia na papierach rozwodowych — wyjaśniła Hermiona, upewniając się, że niepozorna koperta jest bezpiecznie schowana w stercie pudełek.

Starannie rzuciła na koszyk zaklęcie chroniące przed warunkami atmosferycznymi.

Gdy skończyła, bez słowa zeskoczył z grzędy w kierunku koszyka, machając skrzydłami, gdy jego pazury zacisnęły się na rączce. Był tak szybki, że ledwo zdążyła otworzyć okno, zanim wzbił się w mroźne, zimowe powietrze. Kiedy zniknął w jednostajnym trzepocie skrzydeł i podmuchu wiatru, zamknęła je z trzaskiem.

Zaczęło mżyć, a miasteczko za oknem wyglądało wręcz ponuro, ale złożyła obietnicę. Włożyła płaszcz, czapkę i szalik, rzuciła zaklęcia nieprzemakalne, zanim otworzyła drzwi i wyszła na ulicę. Wokół panowało wyraźnie przygnębiająca aura. Pospiesznymi krokami wyszła na zimno, mając nadzieję, że sklep spożywczy jest jeszcze otwarty.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Przygotowanie polędwicy wołowej w cieście zajęło jej dwie godziny. Z zaskoczeniem odkryła, że dobrze się przy tym bawiła. Rzadko zdarzało jej się gotować coś bardziej skomplikowanego niż kiełbaski z puree ziemniaczanym czy spaghetti, gdy gotowała tylko dla siebie. Kiedy mieszkała z Ronem podczas ich związku, gotowali na zmianę, ale po rozstaniu miała do tego mieszane uczucia.

Chociaż Silver nie był człowiekiem, myśl o gotowaniu dla kogoś innego sprawiała, że było to nieco bardziej znośne. Nie przeszkadzało jej poświęcanie czasu na obsmażenie steku i podsmażenie grzybów. Wyładowanie frustracji dnia na cieście było oczyszczające. Kiedy w końcu danie wylądowało na talerzu — ciasto było złocistobrązowe, a stek pięknie różowy — poczuła ciepło.

Rzuciła zaklęcie statyzujące na talerz z jedzeniem i poszła nakarmić pozostałe ptaki. Wróciła tylko połowa, więc musiała wrócić tu za godzinę, ale te, które już przyleciały, byłyby rozdrażnione, gdyby czekała. Burczało jej w brzuchu od zapachu pieczonego steku, więc rozumiała ich nastrój.

Silver jeszcze nie wrócił.

Po kolejnej godzinie oczekiwania wróciła na górę, by sprawdzić zwierzęta. Większość ptaków znów do niej pohukiwała ze swoich grzęd, ale Silvera wciąż nie dostrzegła. Nie sądziła, że podróż tam i z powrotem zajmie więcej niż trzy godziny. Nawet jeśli miał rację co do czasu dotarcia na miejsce, powrót z pewnością nie powinien zająć tyle czasu.

Po czwartej godzinie Hermiona zjadła kolację. Była przepyszna. Jedyne, co ją psuło, to zamartwianie się tym, co się stało z Silverem. To było głupie. Był dorosłym samcem puchacza. Zwierzęciem stworzonym do dalekich lotów i niewiele drapieżników na niego polowało. Bez wątpienia nic mu się nie stanie, ale nie mogła przestać się martwić.

Zaczęła cieszyć się jego towarzystwem. Miło było nie musieć rozmawiać. Hermiona do dziś nie wiedziała nawet, że Silver potrafi odpowiedzieć. Zadowalali się przebywaniem w tej samej przestrzeni i życiem w harmonii. Kiedy miała ochotę porozmawiać, słuchał, a jego wyraziste oczy wyrażały wszystko, czego potrzebowała. Odpowiadało jej to. Prawie tak samo jak Krzywołapowi, choć poświęcała mniej czasu na głaskanie go.

Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo brakowało jej tego towarzystwa.

Gdy kładła się spać, długo po tym, jak straciła nadzieję na jego powrót i postawiła posiłek w sklepie obok jego grzędy, usłyszała stukot za drzwiami. Ciężkie kroki mężczyzny przechadzały się po drugiej stronie i zamarła, nadsłuchując.

Intruzi byli w Hogsmeade równie powszechni, jak w każdym innym mieście czarodziejskiej Brytanii, ale myślała, że sowiarnia nie zainteresuje zwykłych złodziei. Po co im sowie smakołyki i gadżety? Nagle usłyszała nieomylny dźwięk noża skrobiącego o porcelanę i ogarnęła ją wściekłość.

Spędziła dwie godziny, gotując ten posiłek dla wściekłego i kłótliwego ptaka, a nie dla jakiegoś przypadkowego bandyty, który wpadł z ulicy. Z różdżką w dłoni otworzyła drzwi, zdecydowana wtargnąć do środka i stawić czoła złodziejowi. Jednak natychmiast zamarła w miejscu, gdy dostrzegła gościa.

Skąpany w blasku księżyca stał jeden z najprzystojniejszych mężczyzn, jakich kiedykolwiek widziała. Jego blond włosy lśniły w słabym świetle, gdy dostojnie pochylał się nad talerzem na blacie. Na jej oczach uniósł widelec do ust i zacisnął na nim wargi. Zamknął oczy, delektując się posiłkiem, a jedynym dźwiękiem było ciche pomrukiwanie przyjemności.

— Co ty wyprawiasz?! — warknęła, otrząsając się ze zdumienia.

Błyszczące, szare oczy spotkały się z jej, gdy z brzękiem upuścił sztućce. Zanim zdążyła się ruszyć, zniknął zza lady i wyszedł przez drzwi. Dobiegła do nich, ale nikogo nie zauważyła. Na zewnątrz, na ciemnej ulicy, nie było nic. Mężczyzna rozpłynął się w powietrzu.

Zamknęła drzwi różdżką i zobaczyła Silvera wlatującego z sowiarni na górze.

Spojrzał jej prosto w oczy.

— Przepraszam — wyszeptała. — Nie wiem, jak się tu dostał. Mam jeszcze trochę jedzenia. Mogę ci przynieść…

Nie musisz tego robić. Nie jestem aż tak głodny.

Zrobiła krok w jego stronę. Szare oczy błyszczały.

— Na pewno?

Tak.

Hermiona przygryzła wargę, wahając się.

— Chcesz towarzystwa?

Mrugnął długo i powoli. Wydawało jej się, że w jego odpowiedzi słychać było niechęć.

Nie, dziękuję.

— Dobrze — powiedziała, czując się głupio, że w ogóle zapytała.

Uciekła z powrotem do domku. Kiedy drzwi zamknęły się za nią, usłyszała trzepot skrzydeł, a potem skrobanie pazura o talerz. A może to był nóż? Nie. To głupota. Luna wiedziałaby, gdyby jej pupil był amimagiem. Powiedziałaby jej.

Ale kiedy już położyła się do łóżka, nie mogła przestać myśleć o mężczyźnie, którego zobaczyła. Pięknym mężczyźnie, który delektował się potrawą ugotowaną przez nią. Mężczyźnie, który wyglądał samotnie w cichą noc.

Mężczyźnie, który był uderzająco podobny do Draco Malfoya.

_______________

Witajcie :) wiem, że wspominałam, że nie będę nic tłumaczyć przez majówkę. Cóż, jak zwykle wyszło zupełnie inaczej. Wczoraj przeczytałam tego fanfika, dostałam zgodę i lecę z tłumaczeniem. Jest krótki (4 rozdziały), ale uroczy i słodki. 

Zgodnie z prośbą autorki będzie publikowany na blogu i ao3. Tam macie możliwość komentowania. Na blogu ona również jest dostępna, ale tylko w wersji na telefon. Niestety nie umiem tego rozpracować technicznie.

Dajcie znać, jak wrażenia po pierwszym rozdziale! Na kolejny zapraszam w niedzielę. Miłej majówki!

[T] Złączeni: Rozdział 12

środa, 29 kwietnia 2026

 Zasada Przyjaźni numer 32: Płyny ustrojowe należy trzymać przy sobie.

(Propozycja: HG | Przyjęta z hańbą: DM)

 

Rocznica zaczęła się… nie do końca dobrze, ale zaczęła.

Najpierw Draco i Hermiona próbowali aportować się do pokoju przyjęć u Greengrassów, ale odrzucały ich osłony. Po trzeciej próbie i raczej niegodnym lądowaniu, które o mało co nie skończyło się tym, że Draco zjadł trochę bruku, zdali sobie sprawę, że Hermionie nie wolno przekraczać barier aportacyjnych.

Dlatego wybrali Sieć Fiuu, najmniej ulubiony środek transportu Draco. Popiół Fiuu zawsze przywierał do jego bardzo drogiego, belgijskiego olejku do włosów, który nadawał jego falom naturalny połysk (i kosztował więcej niż tygodniowy czynsz niektórych osób). Mimo to próbował. I znowu ich nie wpuszczono.

Draco ostatecznie zadzwonił przez Sieć Fiuu do dworu Greengrassów, tylko po to, by usłyszeć, że osłony są „bardzo szczelne”, by trzymać z dala nieproszonych gości.

— Milutko — mruknęła Hermiona.

Astoria, rzecz jasna, nadąsała się, gdy Draco odmówił podwiezienia jej, zręcznie ignorując fakt, że dosłownie nie mógł. W końcu umówili się na spotkanie przed restauracją.

Astoria pojawiła się w wizji bieli, niczym w sukni ślubnej, gdyby Hermiona kiedykolwiek taką widziała. Powiewające białe szaty z delikatnym, srebrnym haftem u dołu i kołnierza, srebrne szpilki i ten rodzaj idealnego poślizgu, który sugerował albo lewitację, albo lata bezlitosnych lekcji. Jej wzrok przesunął się po Hermionie, i Draco stwierdził, że jego przyjaciółka czuje się niedostatecznie ubrana (jak zwykle) i poprowadził ją dalej. Hermiona uznała za zwycięstwo to, że nie padły żadne słowne uszczypliwości.

Restauracja była piękna: małe, romantyczne stoliki wciśnięte w przytulne kąty, nad głowami migotały magiczne światła, a cichy szum zadowolonych gości mieszał się z dźwiękami grającego na żywo zespołu jazzowego. Piosenkarka prezentowała się w pełnej krasie w złotej satynie i retro blasku, w komplecie z futrzaną etolą, krwistoczerwonymi ustami i papierosem zwisającym z jej palców niczym wcielony grzech.

Hermiona musiała stłumić śmiech, gdy gospodarz zaprowadził ich do stolika. Był on ewidentnie przeznaczony dla dwojga — wycięta w kamiennej ścianie loża, zapewniająca prywatność. Obok, pod nieco nienaturalnym kątem, stał mały, samotny stolik z jednym krzesłem. Wystarczająco blisko, by mogła pozostać przy Draco przez magicznie związane dłonie, ale ustawiony w taki sposób, że nie zaburzała ich prywatności. Niczym niegrzeczne dziecko, które musi usiąść przy stole dla dzieci podczas kolacji dorosłych.

Gdy już zajęli miejsca, Hermiona rzuciła zaklęcie prywatności między siebie a Draco, by on i Astoria mogli rozmawiać bez podsłuchiwania, bo Merlin wiedział, że nie chce słyszeć żadnych słodkich słów, które dziś wieczorem wygłaszał. Była w pełni zadowolona z obserwowania ludzi, tupania nogą w rytm jazzu i wyciągnięcia powieści, którą schowała w torbie niczym odpowiedzialna introwertyczka.

Studiowała menu z wnikliwą uwagą wybrednej osoby na misji, przewracając strony, aż… tak, to było to. Technicznie rzecz biorąc, miało bardzo elegancką, francuską nazwę. Ale rozpoznała deskę serów, gdy ją zobaczyła. Ser, chleb, wino. Czego więcej może chcieć dziewczyna?

Kiedy sommelier podszedł i zaproponował wino, skinęła głową, jakby miała pojęcie, o czym mówi. Zakręciła kieliszkiem, dramatycznie powąchała i wzięła łyk z powagą kogoś, kto doskonale wie, co to znaczy „mocne podniebienie”. Nie pytała o cenę, w końcu Draco stawiał, więc po prostu się uśmiechnęła i powiedziała:

— Zostaw butelkę.

Po kilku minutach sommelier nachylił się, a jego głos był niski i przesycony lekkim, australijskim akcentem, który Hermiona uznała za zbyt uroczy jak na mężczyznę z korkociągiem do wina.

— Dobra, wiem, że to nieprofesjonalne pytać — powiedział, zerkając na Draco i ich niezręcznie złączone dłonie — ale… co to za układ?

— Och — rzuciła Hermiona beztrosko — jesteśmy współpracownikami. Magiczny wypadek. Utknęliśmy na trzydzieści dni. Pisali o tym w Proroku Codziennym.

Uniósł brwi, a kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu, gdy dolał jej kieliszek, bo tak, opróżniła już pierwszy niepokojąco szybko.

Prorok Codzienny? Jesteś sławna czy co?

Hermiona zamrugała. Oczywiście, że nie wiedział, kim była. Pewnie pracuje tu dorywczo podczas wakacji. Mimo to, to było… dziwnie orzeźwiające.

— Coś w tym stylu — odpowiedziała, uśmiechając się i biorąc kolejny, hojny łyk wina.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Draco nie lubił sommeliera.

Nie chodziło o uroczy akcent, ani o niewątpliwie dobrą fryzurę, ani nawet o to, że wino, które polecił, było wyśmienite. Nie. Chodziło o kompletny brak profesjonalizmu. Śmiech i pogaduszki z Hermioną, jakby byli na pierwszej randce.

I zdecydowanie nie o to, że Hermiona się śmiała i odpowiadała.

Z zamyślenia wyrwało go szarpnięcie za ramię. Astoria siedziała spokojnie, wyraźnie zirytowana, że nie jest w centrum uwagi. Uśmiechnął się do niej i sięgnął do kieszeni marynarki, wyciągając aksamitne pudełko na biżuterię, zaczarowane, by zmieścić się w kieszeni. Machnięciem różdżki powróciło do normalnych rozmiarów. Oczy Astorii rozbłysły, niemal wibrowała na krześle.

— Och, Drakusiu, nie musiałeś — jęknęła.

Tak, jasne, pomyślał. Mówisz tak, ale wiem, że byś się załamała, gdybym pojawił się z pustymi rękami, albo, co gorsza, z niebieskim welonem.

Zerknął na Hermionę. Trzymała łokcie w koszyku z chlebem, żując z zadowoleniem i wystukując rytm stopą. Niech ją Merlin błogosławi, naprawdę.

Nagły wstrząs przywrócił jego uwagę. Astoria przyciągnęła go do siebie w dramatycznym uścisku, a w jej oczach błyszczały, jak przypuszczał, łzy radości.

— Jest taka piękna, kochanie. Taka idealna. Skąd wiedziałeś?

Jej oczy były teraz tak wielkie jak ogromne klejnoty zdobiące tiarę.

Serdeczne szarpnięcie miało jednak niefortunny skutek uboczny — szarpnęło złączone dłonie, a tym samym ramię Hermiony w połowie łyku. Przechyliła się na bok, wino rozlało się po jej szyi, omal nie spadła z krzesła. Draco zaczął ją podnosić, ale oczywiście sommelier go wyprzedził, będąc już u jej boku, z wyciągniętą różdżką, z profesjonalną łatwością usuwając rozlany płyn i napełniając jej kieliszek niczym rycerz niosący wino.

Hermiona spojrzała na niego z wdzięcznością.

Draco oficjalnie nienawidził sommeliera.

Draco nie musiał specjalnie się wysilać podczas kolacji, jedynie od czasu do czasu kiwał głową, podczas gdy Astoria zachwycała się swoim prezentem. Jaki był troskliwy, jak doskonale znający jej pragnienia. Ich umysły musiały być połączone, powiedziała rozmarzonym głosem. Może byli bratnimi duszami. Czy powinni połączyć dusze na ślubie?

Draco natychmiast zakrztusił się swoim znienawidzonym, choć jak przyznał wcześniej, pysznym winem.

Był w stu procentach pewien, że Astoria Greengrass nie była jego bratnią duszą.

Kiedy odeszła od stołu, zerknął na Hermionę. Książka lewitowała przed nią, strony przewracały się same za pomocą rzuconego zaklęcia, podczas gdy ona wolną ręką nasypywała obsceniczną ilość sera na najmniejszy na świecie krakers znany czarodziejom. Machnięciem różdżki zdjął zaklęcie prywatności i ruszył z miejsca, wyrywając jej z ręki serowe monstrum i wkładając je sobie do ust.

Spojrzenie, którym go obdarzyła, było pełne rozpaczy. Jakby porwał i sprzedał Krzywołapa na czarnym rynku. Jej oczy były żądne mordu.

Uśmiechnął się słodko i wyciągnął rękę, by ukraść kolejne, starannie wyselekcjonowane arcydzieło z serowych krakersów, tylko po to, by zatrzymać się w połowie drogi, gdy wyszeptała:

— Usunę wszystkie strony pornograficzne z twojego telefonu, Malfoy.

Zatrzymał się. Potem delikatnie odłożył krakersa z powrotem na jej talerz.

Astoria wróciła w samą porę, by Hermiona z zadowoleniem rzuciła zaklęcie prywatności.

Podano kolację. Draco z rozkoszą zajadał się swoim Gigot d’Agneau i obserwował Astorię kątem oka. Hermiona kiedyś zapytała, czy zauważył, że Astoria zjada tylko cztery kęsy czegokolwiek. Nie zauważył. Ale teraz…

Pierwszy kęs. Sztućce w ustach. Łyk wina.

Drugi kęs. Więcej wina. Pogawędki o ślubie.

Minęło całe dziesięć minut od trzeciego kęsa ryby.

A potem, jak na zawołanie, czwarty kęs, a po nim delikatne pchnięcie talerza, sygnalizujące, że „skończyła”. Danie było ledwo tknięte.

Hermiona miała rację.

Jak mógł tego nie zauważyć?

Zaciekawiony, nałożył na widelec jagnięcinę z ziemniakami i podał jej.

— Proszę, spróbuj tego — powiedział, przybierając swój najlepszy, uwodzicielski, malfoyowski ton.

Uśmiechnęła się, ale odmówiła.

— Nie Drakusiu, jestem najedzona.

— Dla mnie? — namawiał.

Zawahała się, po czym przyjęła kęs, żując i kiwając głową z wyraźną przyjemnością.

Ale kiedy upił łyk wina, dostrzegł subtelny ruch serwetki unoszącej się do jej ust. Kiedy ją opuściła, jagnięcina zniknęła.

Wypluła ją.

Dziwne. Naprawdę dziwne. Zanotował sobie w myślach, by później zapytać o to matkę. Nie ma mowy, żeby wychowywał córkę w świecie, gdzie cztery kęsy to maksimum.

Hmm. Jego córka.

Wyobraził sobie dziewczynkę o kręconych, blond włosach z ciepłymi, miodowo-brązowymi oczami, zwiniętą w kłębek na fotelu w bibliotece Dworu, z Krzywołapem mruczącym na jej kolanach, z nosem w książce. Ale potem pokręcił głową. Nie, jego córka miałaby idealnie proste, blond włosy, szare albo niebieskie oczy. Nie byłaby zwinięta z książką, tylko siedziałaby ze skrzyżowanymi kostkami, w idealnej pozie.

Z jakiegoś powodu ta myśl wywołała niespodziewaną falę smutku.

Znowu spojrzał na Hermionę, która właśnie pałaszowała swój drugi koszyk pieczywa. Jej nóż był zaczarowany tak, by idealnie smarować każdy kawałek masłem, zanim włożyła go do ust, a oczy zamykały się z rozkoszy po każdym kęsie.

Nigdy nie zostawiała jedzenia.

No chyba że były to owoce morza.

Albo gdyby różne potrawy na jej talerzu się stykały.

Albo gdyby mięso miało kość.

Ale poza tym Hermiona Granger nie zostawiała jedzenia.

Draco właśnie skończył wiśniowe ciasto, a Astoria, jak zwykle, odgryzła cztery, delikatne kęsy ciasta Charlotte, po czym odsunęła miskę. Po drugiej stronie restauracji zauważył nicponia sommeliera przy stoliku Hermiony, który właśnie nalewał jej kieliszek wina deserowego do naleśników z brzoskwiniami. Grymas na twarzy Draco pogłębił się, kiedy mężczyzna wręczył Hermionie małą karteczkę z jego numerem niechlujnie nabazgranym na odwrocie.

Astoria też to zauważyła.

— Pasują do siebie — powiedziała, skinąwszy głową w ich stronę.

Draco zmarszczył brwi.

— Niby dlaczego?

— Cóż, on najwyraźniej jest mugolakiem — odpowiedziała, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.

Draco zamrugał.

— Nie da się tego poznać po samym wyglądzie.

Astoria spojrzała na niego ze współczuciem.

— To kelner, kochanie. Oczywiście, że nie jest czarodziejem czystej krwi. A słyszałeś ten akcent? Australia to kolonia karna. To zaskakujące, że w ogóle są tam jacyś czarodzieje.

Draco wpatrywał się w nią, niepewny, od czego zacząć. Po pierwsze, mężczyzna był sommelierem, a nie kelnerem. Po drugie, Australia i okoliczne kraje Pacyfiku miały najszybciej rosnącą populację czarodziejów na mieszkańca. Niektórzy z najlepszych graczy w Quidditcha na świecie pochodzili z Australii. Nie wspominając o bogatych i starożytnych tradycjach magicznych rdzennych społeczności, niedawno przeczytał fascynującą książkę na ten temat, którą poleciła mu Hermiona.

Czy światopogląd Astorii był naprawdę tak ograniczony?

Westchnął w duchu i pokręcił głową, już wyczerpany rozmową. Jeśli tak miało wyglądać życie — jawny rasizm i ignorancja przy każdym posiłku — potrzebował mocnego drinka.

Ale Astoria odebrała jego milczenie jako zgodę i kontynuowała:

— Wygląda młodziej od niej, ale szczerze mówiąc, powinna brać, co dają. Przecież nikt inny nie jest nią zainteresowany. Kiedy ostatnio była na prawdziwej randce?

Draco tylko wzruszył ramionami, gotowy skończyć dyskusję. Prawdę mówiąc, nie pamiętał. Wyjechała na kilka weekendów, teraz zdał sobie sprawę, że musiała wtedy spotykać się z Blaise’em, i miał nadzieję, że Blaise zabrał ją gdzieś, dobrze traktował, sprawił, że poczuła się wyjątkowa. Zasługiwała na to. Nie żeby kiedykolwiek powiedział to Astorii.

Czując zbliżający się koniec rozmowy, Astoria pochyliła się, przytuliła się do niego i szepnęła mu do ucha:

— Jestem gotowa, Draco. Wracajmy do Dworu.

Och.

Okej.

To się działo.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Hermiona leżała nieprzytomna na swojej stronie łóżka, zbudowawszy między nimi małą barykadę z poduszek. Jej ramię wciąż przywiązane go niego, przez ich złączone dłonie, wystawało przez szparę. Podczas gdy Astoria odświeżała się w łazience, Hermiona spokojnie odkorkowała eliksir na sen bez snów i odrzuciła ją, dając Draco senne przypomnienie, by zachował płyny ustrojowe dla siebie, nawiązując do jednego incydentu z jego czasu dla siebie.

Jego sperma.

W jej włosach.

Słusznie rzuciła na niego szalenie piekący urok. Nadal miał blizny.

Teraz uśmiechnął się czule, słysząc jej ciche chrapanie, rzucił między nich zaklęcie wyciszające i skupił uwagę na nadchodzącej… randce.

Astoria podczas tygodni, gdy zostawała u niego na noc, trzymała się swojej rutyny: absurdalnie długa sesja w łazience, urocza, ale niezbyt seksowana piżama, zgaszone światła, per formatywny, ale nudny seks, a potem sen. Początkowo Draco nie miał nic przeciwko. Astoria wydawała się chętna, by zadowolić go w łóżku, ciągle pytając, czego chce.

Próbował odkryć, co lubiła, całując każdy centymetr jej ciała, próbując znaleźć miejsca, które sprawiały, że wiła się i jęczała z rozkoszy. Spędzał tyle czasu, ile pozwalała, liżąc ją, ale po chwili go odpychała, nigdy nie osiągając orgazmu przez dotyk jego palców czy języka. Dochodziła cicho z cichym westchnieniem, gdy był głęboko w niej, ale to było lekkie, łagodne, nigdy nie czuł, by zaciskała się wokół niego.

Nie udawała…

Prawda?

— Moim zadaniem jest cię zadowolić — powiedziała kiedyś, gdy ją o to zapytał z idealnym, typowym dla Greengrassów opanowaniem.

Nie tego chciał, seks to nie praca i próbował poruszyć ten temat… ale jak ze wszystkimi innymi z Astorią, łatwiej było po prostu poddać się nurtowi.

Kiedy więc wyszła dziś wieczorem w jedwabnej, bladoniebieskiej piżamie, krótszej, bardziej obcisłej i o wiele odważniejszej niż zwykle, wyprostował się nieco. Potem, zamiast zgasić światło i wpełznąć prosto pod kołdrę, podeszła do barku i zaczęła przygotowywać drinki.

Draco zamrugał. Dwa razy.

Nie pamiętał, kiedy ostatni raz Astoria nalała sobie drinka, nie mówiąc już o Ognistej Whisky.

Kiedy wróciła do łóżka i usiadła mu okrakiem na kolanach, podając jedną ze szklanek, wpatrywał się w nią z wielkim zdziwieniem.

— Zdrówko — szepnęła, wnosząc toast.

Wzięła nieśmiały łyk, a Draco obserwował, jak z trudem go przełknęła, nie krzywiąc się. Wypił zawartość swojej jednym haustem, stawiając szklankę na stoliku nocnym.

Pochyliła się, by go pocałować, jej usta były miękkie i powolne, i właśnie zaczął się zastanawiać, czy dzisiejszy wieczór w cudowny sposób przełamie schemat, gdy się odsunęła i wyszeptała:

— Lubisz mojego ojca, Draco?

Mrugnął.

— Nie, raczej nie.

Czekaj.

Co?

Astoria uśmiechnęła się lekko i kiwnęła głową, jakby się tego spodziewała. Odstawiła szklankę, udając, że wypiła.

Oczy Draco się rozszerzyły, gdy dotarło do niego, o co chodzi.

Czy ona właśnie… podała mu Veritaserum?

Zanim zdążył się odezwać, Astoria mu to uniemożliwiła.

— W porządku, Drakusiu. Prowadziliśmy… rozmowy. I ojciec potrzebuje kilku odpowiedzi.

Oczywiście, że rozmawiali. Zaplanowali to. Przećwiczyli.

Uśmiechnęła się słodko, gdy zaczęła, a każde pytanie lądowało jak starannie ustawiony pionek na szachownicy.

— Krążą plotki… czy twoja rodzina chce zerwać kontrakt małżeński?

Draco wziął oddech. Tylko prawda. Bez rozwinięć. To był jedyny sposób, by to przetrwać.

Technicznie rzecz biorąc, szukali luki prawnej, która pozwoliłaby im odejść, zachowując majątek i aktywa, a to nie oznaczało zerwania kontraktu.

Dlatego po prostu powiedział:

— Nie.

Astoria uśmiechnęła się i go pocałowała.

— Dobrze — mruknęła, zadowolona z odpowiedzi.

— Ojciec też chce wiedzieć… ile warte są posiadłości Malfoyów?

Odpowiedź napłynęła natychmiast, zbyt szybko.

— Dziewięćset pięćdziesiąt miliardów galeonów w złocie, jeden milion dwieście tysięcy galeonów w firmach, nieruchomościach i inwestycjach.

Zdołał się powstrzymać, zanim wspomniał o pamiątkach rodzinnych, klejnotach, artefaktach zamkniętych w głębszych skarbcach. Ta kwota naprawdę by ją zszokowała.

Oczy Astorii rozszerzyły się ze zdumienia. Malfoyowie byli bez wątpienia najbogatszą rodziną czarodziejów w Wielkiej Brytanii.

Pochyliła się, by ponownie go pocałować. Ledwo powstrzymał się od odruchu obronnego.

— A twój ojciec… naprawdę się zmienił? — zapytała, ściszając głos i bacznie obserwując. — Czy on wierzy, że ten szlam… czarodzieje urodzeni w mugoskich rodzinach są… nam równi?

Jej głos się załamał w pół słowa, ale Draco to usłyszał.

Ale odpowiedź, która wypłynęła z jej ust, jasna, prosta i niepodważalna.

— Tak.

Bo to była prawda. Draco to widział.

W sposobie, w jaki Lucjusz zachowywał się w mugolskim Londynie — uprzejmie i skromnie. W sposobie, w jaki traktował Hermionę z szacunkiem i wyraźną sympatią. W swojej pracy, w tym, jak cicho witał na Ulicy Pokątnej nowe rodziny mugolaków, z których każda w tajemniczy sposób otrzymywała skarbiec w Banku Gringotta. Skarbiec z wystarczającą ilością złota, by pokryć koszt wszystkich podręczników, mundurku i wydatków na całą edukację w Hogwarcie.

Za każdym razem.

Wszystko szło ze skarbca Malfoyów. Po cichu. Bez rozgłosu.

Jako członek rady szkoły, Lucjusz również zabiegał o stypendia dla borykających się z problemami rodzin czarodziejów. Draco wiedział, że wynikało to z poczucia winy i wstydu. Ale tak jak Draco, Lucjusz każdego dnia starał się być lepszym człowiekiem.

Odpokutować mogli w jedyny znany im sposób: rzucając złoto w ruinę, którą sami pomogli zbudować.

Astoria wyglądała na lekko zaskoczoną prostą i szybką odpowiedzią Draco.

— A twoja matka? — zapytała, a w jej głosie słychać było ciekawość, wręcz podejrzliwość.

Draco pokręcił głową.

— Matka nigdy nie wierzyła w ideały czystej krwi.

To była prawda. Dała mu jasno do zrozumienia, co myśli na ten temat, jeszcze przed wojną.

Pamiętał przerwę świąteczną na czwartym roku, kiedy prawie całe święta spędził, narzekając na Hermionę. Jej gigantyczne włosy. Jej lepsze oceny. Jak ukradła najlepsze miejsce w bibliotece. Lucjusz szybko się znudził tą tyradą i wyszedł z pokoju. Ale Narcyza słuchała w milczeniu, uśmiechając się do niego porozumiewawczo. A kiedy w końcu zabrakło mu sił, powiedziała niemal mimochodem, że jej pierwszy chłopak był mugolakiem z Ravenclawu.

Draco zamilkł.

Powiedziała mu, że naprawdę byli w sobie zakochani, nawet jeśli robili to po cichu i w ukryciu. Chłopak przeprowadził się do Ameryki pod koniec piątego roku, ale nadal pisali do siebie kilka razy w roku. Po prostu, by podtrzymać kontakt.

Nigdy już nie patrzył na matkę tak samo. Nie z obrzydzeniem, nie o to chodziło, zdał sobie sprawę, że była kimś więcej niż tylko matką, żoną, kimś, kto sam podejmuje decyzje w życiu.

Astoria skinęła lekko głową, nie wyglądając na do końca zadowoloną z kierunku, w jakim zmierzała sytuacja.

— A ty, Draco? — zapytała cicho. — Uważasz, że są nam równi?

— Tak.

Powiedział to stanowczo. Bez zawahania. Prawda była głęboko zakorzeniona w jego kościach.

— Ojciec chce, żebym przekazała wiadomość — wymamrotała Astoria gładkim głosem. — Chce, żebyś wiedział, że jeśli zerwiecie kontrakt, odbierze wam każdy galeon, majątek i interesy, które mu się należą.

Draco skinął głową. Nic dziwnego.

— I — kontynuowała — zamknie każdą organizację charytatywną dla mugoli i mugolaków, którą obecnie prowadzicie lub której jesteście głównym darczyńcą. — Upewniła się, że na nią patrzy. — Każdą, Drakusiu. Więc niczego nie próbuj, dobrze?

Draco zamilkł zszokowany. To było dzieło życia jego matki — skrucha jego ojca.

I wraz z tymi słowami ostatnia nadzieja na ucieczkę prysła. Nie mogli już tak po prostu się wycofać. Nie bez poświęcenia wszystkiego, co miało znaczenie.

Astoria, wciąż siedząca mu na kolanach, zerknęła na Hermionę. Jej włosy splątały się dziko na poduszkowym forcie, noga bezwładnie wylądowała na niej. Pościel była pognieciona, a ślina ciekła w kąciku jej ust.

Chociaż ich rozmowa była odrażająca, Draco nie mógł powstrzymać uśmiechu, patrząc na swoją najlepszą przyjaciółkę.

Wyglądało na to, że zaplanowane pytania dobiegły końca.

Widząc jego spojrzenie, Astoria zwróciła się do niego.

— Kochasz ją? — zapytała.

W jej głosie dało się wyczuć ostrość. Nutę goryczy, której jeszcze przed chwilą nie było.

— Tak — odpowiedział, zanim zdążył się powstrzymać. Po czym dodał szybko: — Oczywiście, że ją kocham. Jest moją najlepszą przyjaciółką.

Chciał powiedzieć, że kocha ją tak, jak wszystkich swoich przyjaciół. Ale Veritaserum nie pozwoliło mu skłamać. Nie pozwoliło mu tego umniejszyć.

Więc po chwili dodał:

— Kocham wszystkich swoich przyjaciół.

Astoria nie wyglądała na uspokojoną. Zacisnęła szczękę, a jej oczy były zimne.

— Kochasz mnie, Drakusiu? — spytała intensywnym, niewzruszonym głosem.

Słowo „nie” drapało go po gardle, pragnąc się uwolnić.

Ale zamiast tego odpowiedział:

— Bardzo trudno kochać kogoś, kto zmusza mnie do rzucenia pracy i przeprowadzki do innego kraju wbrew mojej woli.

Zapadła długa cisza.

Potem dodał ciszej:

— Ale się staram.

To była prawda. Starał się.

Jednak z każdym dniem coraz trudniej było mu sobie przypomnieć, dlaczego.

— Pocałowałeś ją?

Głos Astorii przyciągnął jego wzrok z powrotem do niej.

— Nie tak, jak myślisz — odpowiedział. — Tylko całus w policzek lub w czoło.

Jej oczy się zwęziły.

— Pieprzyłeś się z nią?

Pytanie zabrzmiało piskliwie, narastając z taką maniakalną nutą, że włosy na ramionach stanęły jej dęba.

— Nie — odparł po prostu.

Chcesz?

Odpowiedź wypłynęła z jego ust, zanim zdążył ją powstrzymać.

— Tak.

Astoria jęknęła gwałtownie, jakby ktoś ją uderzył.

— Właśnie dlatego — syknęła. Potem głośniej, co przeraziło się w pisk: — Draco, to jest powód!

Spojrzał na nią podejrzliwie, a serce podeszło mu do gardła.

Rozpadała się.

— Dlatego masz rzucić pracę. Dlatego przeprowadzamy się do Zurychu. Przez nią.

Powiedziała to tak, jakby Hermiona była źródłem wszelkiego zła na świecie.

Głos Draco był cichy, ale stanowczy.

— Nigdy bym cię nie zdradził, Astorio.

Prychnęła, a niedowierzanie głęboko odbiło się na jej twarzy.

— Nie mogę teraz kłamać. Pamiętasz?

Wtedy zaczęło się szaleństwo.

Jak mogłeś? — Astoria zaszlochała.

— Jak mogłem co, Astorio? — Jego głos był wyższy i emanował gniewem. — Siedzieć tu i odpowiadać na twoje pytania, będąc odurzonym wbrew mojej woli?

Nacisnął na jej biodra, zrzucając ją z kolan.

— Zostać zmuszony do przyznania się do osobistych przekonań, prywatnych spraw, których nigdy bym nikomu nie wyjawił?

Wciąż płakała, udając ofiarę.

— Chcesz prawdy, Astorio? — krzyknął. — Więc może tak: nienawidzę tego, że jestem uwięziony kontraktem, na którego treść nie mam wpływu. Nienawidzę tego, że muszę poślubić kogoś, czyje poglądy i opinie są tak dalekie od moich. Nienawidzę tego, że traktujesz moich przyjaciół jak coś, co zeskrobujesz z buta. — Pochylił się, a jego oczy płonęły. — I nienawidzę tego, że choć przez sekundę pomyślałaś, że użycie na mnie Veritaserum jest w porządku. — Przerwał. A potem dodał ciszej, ale zimniej: — Nienawidzę tego, że jestem uwięziony, bez wyjścia.

Wyciągnęła do niego rękę, jakby za późno zdała sobie sprawę, że posunęła się za daleko.

— Robię to, bo cię kocham, Draco — szlochała.

— Czyżby? — wycedził. — A może kochasz nazwisko Malfoy i nasze pieniądze?

Zanim zdążyła odpowiedzieć, chwycił różdżkę i przywołał jej torbę oraz ubrania.

— Proszę, wyjdź — powiedział po prostu. — Nie mam już nastroju.

Wiedział, że później będzie musiał za to zapłacić.

Ale teraz było mu wszystko jedno. Miał dość.

____________

Witajcie :) w przeddzień moich urodzin publikuję mój prezent dla Was, czyli kolejny rozdział tłumaczenia. W tym poznaliśmy prawdziwe oblicze Astorii, ale to raczej nie powinno być zaskoczenie dla nikogo. No i mieliśmy trochę wyznań Draco. Dajcie znać jak wrażenia.

Jeśli chodzi o kolejne rozdziały, to prawdopodobnie zostaną opublikowane po majówce. Jutro wyjeżdżam i zapewne nie będę tam miała możliwości na tłumaczenie, ale na początku tygodnia mam dwa wolne dni i postaram się coś ogarnąć.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłej majówki! Enjoy!