[T] Związek na pokaz: Obejście
Witajcie :) w
czwartkowe popołudnie zapraszam na kolejny rozdział tłumaczenia. Dowiemy się
dziś trochę o rodzicach Hermiony. I będziemy świadkami pierwszej kłótni naszej ulubionej pary.
Na kolejny
rozdział zapraszam w poniedziałek. Miłej lektury!
___________
Rozdział 7: Obejście
Przez
ostatnie pięć lat Hermiona odwiedzała rodziców w każdą niedzielę w Domowym
Ośrodku Rehabilitacji Magicznej w Parkwood. Zbudowano go na miejscu dawnej,
okazałej posiadłości w Kornwalii, która popadła w ruinę po śmierci ostatniego
właściciela, który nie pozostawił po sobie spadkobierców. Długa, kręta droga
prowadząca do posiadłości była zamknięta dla mugoli, którzy uważali te tereny
za opustoszałe złomowisko, ale dla odwiedzających ją czarodziejów widok był
zupełnie inny. Obecny ośrodek mieścił się w odnowionym szesnastowiecznym
dworze, w którym było ponad sześćdziesiąt pokoi w głównym budynku, a trzy inne
pełniły funkcje administracyjne. Stał na klifie z widokiem na ocean. Przed nim
rozciągał się szeroki, piękny trawnik, a za nim wypielęgnowane ogrody. Za
głównym budynkiem znajdowały się schody wbudowane w ścianę klifu, po których
goście schodzili na małą, prywatną plażę.
—
Panno Granger — powitała Hermionę wiedźma z recepcji, gdy przybyła dzień po
przyjęciu Teddy’ego. — Oto pani przepustka — powiedziała, wręczając małą,
drewnianą odznakę doczepioną do smyczy. Na odznace widniało logo Parkwood, imię
Hermiony, pod nim napis GOŚĆ oraz
data — wszystko magicznie wypalone w drewnie. — Panny rodzice są dziś na plaży.
Hermiona
podziękowała czarownicy, wzięła odznakę i zawiesiła ją sobie na szyi. Była w
ośrodku tak wiele razy, że nie musiała pytać o drogę, tylko szybko przeszła na
tyły budynku, a następnie zeszła długimi i wąskimi schodami wzdłuż krawędzi
klifu na plażę.
Kilkoro
pensjonariuszy było na plaży, korzystając z pięknego popołudnia. Niektórzy
siedzieli na piasku, wygrzewając się na słońcu. Inni pluskali się w wodzie pod
czujnym okiem uzdrowicieli. Hermiona zastała rodziców siedzących na kocu pod
dużym parasolem. Jej tata zdawał się drzemać, a mama czytała powieść.
—
Dzień dobry — przywitała się.
Helen
Granger, która teraz myślała, że nazywa się Monica Wilkins, podniosła wzrok
znad książki, którą czytała i szeroko się uśmiechnęła.
—
Dzień dobry! Hermiona, prawda? — zapytała.
—
Tak — przyznała, odwzajemniając uśmiech.
Pamięć
następcza jej mamy zdawała się wracać. Po latach wielokrotnego przedstawiania
się, zanim mama przestała patrzeć na Hermionę jak na kogoś zupełnie obcego za
każdym razem, gdy ją odwiedzała. Teraz rozpoznawała Hermionę, choć uważała ją
za dziewczynę, która po prostu zatrzymała się w tym samym hotelu co
Grangerowie. Helen uważała, że ona i jej mąż nadal prowadzą gabinet
stomatologiczny w Melbourne, ale są na kilkutygodniowych wakacjach nad morzem w
Anglii.
—
Wendell!! — Helen szturchnęła śpiącego męża. — Patrz, kto wpadł do nas z
wizytą!
Wendell
Wilkins, dawniej Richard Granger, ocknął się, zamrugał i zobaczył Hermionę.
Zdezorientowany, zmarszczył na chwilę brwi.
—
To Hermiona — rzekła Helen. — Pamiętasz Hermionę? Tę miłą, młodą damę, która
zatrzymała się w naszym hotelu? Chodź, Hermiono, usiądź z nami. Pogadamy
trochę.
—
Ach, tak! — Richard usiadł i się uśmiechnął. — Oczywiście. Nie widywaliśmy się
ostatnio zbyt często. Jak się masz?
—
Bardzo dobrze — odparła, siadając na brzegu plażowego koca rodziców. — Właśnie
zaczęłam nową pracę.
—
Naprawdę? I dali ci wolne na wakacje? Co za hojny pracodawca — mruknęła Helen.
— Co to za praca?
—
W lab… w przemyśle farmaceutycznym — odpowiedziała Hermiona.
—
Fascynujące — rzekł Richard. — W jakiej firmie pracujesz? Pfizer? Novartis?
Astra Zeneca?
—
Nie, to mała firma — wyjaśniła. — Ale zajmuję się badaniami i wytwarzaniem.
—
Jakieś leki do użytku stomatologicznego? Środki znieczulające, antybiotyki czy
leki przeciwpróchnicze?
Hermiona
się uśmiechnęła. Jej rodzice uwielbiali rozmawiać o pracy.
—
Nic z tych rzeczy. Ale proszę, powiedzcie mi, co robiliście w tym tygodniu?
Hermiona
rozmawiała z rodzicami prawie godzinę. To był jeden z ich lepszych dni i
poczuła się podniesiona na duchu, zostawiając ich samych przed wieczorem.
Rozmawiała z uzdrowicielką opiekującą się ich oddziałem.
—
Wydają się być całkiem zadowoleni i pamięć mamy zdaje się poprawiać.
Uzdrowicielka
się uśmiechnęła.
—
Zalecamy ostrożny optymizm, ale Helen radzi sobie lepiej w niektórych
wskaźnikach poznawczych. Czasami jednak takie postępy wywołują pogorszenie,
więc będziemy ją obserwować i powiadomimy panią, jeśli się coś zmieni.
—
Dziękuję — powiedziała. — Do zobaczenia w przyszłym tygodniu.
~*~*~*~*~*~*~*~
Pogorszenie,
przed którym ostrzegali Hermionę uzdrowiciele, nastąpiło bardzo szybko.
W
następną sobotę po południu, gdy Hermiona stała przed szafą, zastanawiając się,
co na siebie włożyć tego wieczoru na swoją pierwszą, „oficjalną” randkę z Draco
o dziewiętnastej, nadszedł Patronus z wiadomością z Parkwood, oznajmiającą, że
jest problem z jej mamą i wymagają natychmiastowej obecności Hermiony.
Rzuciła
sukienki na podłogę, złapała swój ulubiony, niebieski kardigan z pobliskiego
krzesła i pobiegła do kominka. Chwilę później była w Parkwood, gdzie czekała na
nią uzdrowicielka.
—
Jak się czuje moja mama? — zapytała, gdy tylko dotarła na miejsce.
—
Ma jeden z tych dni — powiedziała
uzdrowicielka, wręczając Hermionie przepustkę.
Wsunęła
ją do kieszeni swetra i poszła korytarzem za uzdrowicielką. Poczuła, że serce
jej zamiera, bo wiedziała, co kobieta miała na myśli, mówiąc, że jej mama ma jeden z tych dni.
Przez
większość czasu jej matka uważała się za Monicę Wilkins, dentystkę posiadającą
gabinet w Melbourne, ale przebywającą w Anglii na wakacjach. Jednak czasem
przypominała sobie, że nazywa się Helen Granger. A kiedy to się działo, stawała
się zdezorientowana, niespokojna, a czasami bardzo agresywna. Personel od czasu
do czasu musiał używać eliksirów lub zaklęć, aby obezwładnić pacjentów, którzy
zachowywali się niewłaściwie, a Hermiona wydała surowe instrukcje, aby
powiadomić ją, jeśli jej matka kiedykolwiek znajdzie się w takim stanie.
Kiedy
dotarli do sali szpitalnej jej mamy, zastali Helen Granger, a nie Monicę
Wilkins.
—
Mam na imię Helen! — krzyknęła. — Przestańcie nazywać mnie Monica! Muszę
znaleźć moją córkę! Nie możecie mnie więzić!
—
Pani Wilkins, proszę — błagała uzdrowicielka, próbując ją unieruchomić.
—
Doktor Granger, jak już! Kim, u
licha, jest pani Wilkins? I gdzie jest moja córka? Muszę znaleźć moją córkę!
Gdzie jest Hermiona?
—
Mamo! — powiedziała Hermiona, biegnąc do matki. — Jestem tutaj!
Kobieta
umilkła i spojrzała na nią podejrzliwie.
—
Kim jesteś?
—
Mamo! To ja, Hermiona!
Próbowała
powstrzymać łzy. To nie był pierwszy raz, kiedy się to zdarzyło i zawsze
bolało.
—
Nie jesteś moją Hermioną! Moja córka ma jedenaście lat! Nie znam cię. Zabrałaś
moją córkę? Gdzie ona jest?
Do
sali weszła kolejna uzdrowicielka. Helen nieufnie rozejrzała się dookoła.
—
Czy możesz nam powiedzieć, kim jesteś i co pamiętasz? — zapytała spokojnie
uzdrowicielka.
Wciąż
z miną spłoszonego zwierzęcia, Helen powiedziała:
—
Nazywam się Helen Granger. Jestem dentystką. Mieszkam w Hampstead. Mam męża o
imieniu Richard. On też jest dentystą. Posiadamy córkę o imieniu Hermiona.
Gdzie jest mój mąż? Gdzie jest moja córka?
—
Gdzie jest mój tata? — zapytała Hermiona szeptem najbliżej strojąca
uzdrowicielkę.
—
Pani tata znajduje się w pokoju rekreacyjnym — szepnęła. — Uznaliśmy, że w
takich okolicznościach najlepiej będzie ich rozdzielić, ponieważ nie
chcieliśmy, aby epizod pani mamy wywołał podobny u pani taty.
Hermiona
skinęła głową. Epizody utraty świadomości i dezorientacji u jej taty zdarzały
się znacznie rzadziej niż u mamy, ale zazwyczaj były gorsze. Trudniej było go
uspokoić i uśpić, a czasami stawał się agresywny. Jeden z epizodów sprzed roku
wymagał użycia zaklęć ogłuszających przez trzech różnych uzdrowicieli, którzy
go uspokajali przez dwa dni. Hermiona nadal czasami miała koszmary po tym
incydencie.
—
Który mamy rok? — kontynuowała spokojnie uzdrowicielka. — Pamiętasz datę?
—
Jest pierwszy września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego roku —
powiedziała Helen. — Mamy odwieść córkę na dworzec King’s Cross, żeby zdążyła
na pociąg podczas jej pierwszego dnia w szkole i nie możemy się spóźnić. Nie
wiem, gdzie oni są i dlaczego jestem tu przetrzymywana wbrew mojej woli.
Pomimo
tego, że data była błędna, było to najbardziej spójne wspomnienie, jakie
Hermiona słyszała od mamy, odkąd próbowała odwrócić zaklęcie Obliviate rzucone na jej rodziców.
—
Mamo! — jęknęła rozpaczliwie. — To ja, Hermiona.
—
Przestań tak mówić! — warknęła Helen. — Moja córka ma jedenaście lat!
—
Mamo, nie jest już tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty pierwszy rok, tylko dwa
tysiące czwarty. To ja, Hermiona. Mogę to udowodnić! Na moje dziesiąte urodziny
kupiłaś mi lalkę Barbie i prenumeratę Encyklopedii Britannica. Na moje szóste
urodziny dostałam od ciebie małą, pluszową wydrę, którą nazwałam Ollie Ottie.
Moim… moim ulubionym deserem jest sernik. Ty… masz dwie obrączki ślubne, bo
pewnego dnia myślałaś, że w pracy zgubiłaś oryginalną, ale znalazłaś ją kilka
miesięcy później, krótko po tym jak tata kupił ci nową. Ty i tata tańczyliście
do Unforgettable na swoim ślubie!
Podczas
przepełnionej paniką wypowiedzi Hermiony, wyraz twarzy Helen zmienił się ze
sceptycznego na podejrzliwy, później na niedowierzający, a na końcu w gniew.
—
Przestań! Przestań! — krzyknęła Helen. — Kim jesteś? Skąd to wiesz?
—
Mamo, proszę!
Hermiona
była bliska płaczu.
Helen
uderzyła ją w twarz.
—
Nie jestem twoją mamą! Nie wiem, kim jesteś! Nie wiem… puśćcie mnie! —
krzyknęła, gdy dwie uzdrowicielki odciągnęły ją od Hermiony i zaczęły fizycznie
podtrzymywać przed ponownym uderzeniem.
Jedna
z czarownic zwróciła się do Hermiony:
—
Przykro mi, panno Granger, ale musi pani wyjść. Stan pani mamy się pogarsza i
musimy ją uspokoić, inaczej będzie jeszcze gorzej.
W
tym samym momencie, gdy uzdrowicielka wezwała fiolkę eliksiru uspokajającego,
przyszła czarownica, by zabrać Hermionę z pokoju. Jej mama wciąż wołała swoją
córkę i wyrywała się z magicznych kajdanek, gdy drzwi zamknęły się przed oczami
Hermiony.
~*~*~*~*~*~*~*~
Uspokojenie
mamy Hermiony i ułożenie jej do snu zajęło więcej czasu niż zwykle, a kiedy
Hermiona opuściła Parkwood, była już prawie dziewiętnasta. Aportując się z
powrotem do mieszkania, uświadomiła sobie, że nie zdążyła się przygotować do
kolacji z Draco. Myślała gorączkowo nad wysłaniem sowy z prośbą o odwołanie
spotkania, ale jakaś resztka wrodzonej dumy nie pozwoliła jej wycofać się ze
zobowiązania. Pogodziła się z kilkuminutowym spóźnieniem i szybko rzuciła na
siebie zaklęcie oczyszczające. Włożyła pierwszą sukienkę, jaką rozważała
założyć — czarną, satynową, lejącą z koronkowym dekoltem — i pomalowała usta
jaskrawoczerwoną szminką. Najbardziej frustrowały ją włosy. Planowała spędzić
popołudnie na prostowaniu i układaniu włosów, ale teraz mogła je tylko skręcić
i upiąć kok dodatkowymi spinkami. Efekt końcowy, który zobaczyła w lustrze, był
znośny, ale daleki od tego, co pierwotnie planowała. Spóźniała się już prawie
dwadzieścia minut. Draco podał jej adres Gwiezdnego Pyłu — nowej restauracji,
którą niedawno otworzono na Ulicy Pokątnej niedaleko banku. Wzięła głęboki
oddech i aportowała się pod wskazany adres.
~*~*~*~*~*~*~*~
Było
chwilę po dwudziestej pierwszej, kiedy Draco wrócił do mieszkania. Stało się to
znacznie wcześniej, niż planował, ale wieczór okazał się katastrofą i był w
fatalnym humorze. Na początek Hermiona spóźniła się dwadzieścia minut, bez
żadnego wyjaśnienia poza lakonicznym Przepraszam
za spóźnienie, Malfoy.
Brak
wyjaśnienia, w połączeniu z tym, że przez prawie cały wieczór unikała jego
wzroku, był frustrujący, ale starał się stłumić irytację i wciągnąć ją w
rozmowę, stworzyć odpowiedni nastrój, a nawet spróbować ją zrelaksować.
Lecz
Hermiona była spięta przez całą noc. Udzielała krótkich, mało wylewnych
odpowiedzi. Na powtarzające się pytania Draco odpowiadała Wszystko w porządku, nic mi nie jest. Wypiła o wiele więcej, niż
powinna, i prawie w ogóle nie jadła. Nawet się nie wystroiła. Draco zawsze
uważał Hermionę za atrakcyjną kobietę, ale widział ją w poprzednich latach na
świątecznych galach Ministerstwa i innych imprezach, gdzie się stroiła, i
wiedział, że potrafi włożyć w to o wiele więcej wysiłku.
I
pomimo ostrzeżeń Draco, że zamawiane przez nią koktajle mogą być mocniejsze,
niż myślała, zamawiała drinka za drinkiem, aż w końcu zaczęła bełkotać i
chichotać.
Draco
zaczynał żałować każdego wyboru życiowego, który kiedykolwiek doprowadził go do
tej sytuacji. Poprosił o rachunek i możliwość skorzystania z prywatnej Sieci
Fiuu restauracji, żeby zabrać Hermionę do jej mieszkania, zamiast wyprowadzać
ją frontowymi drzwiami, gdzie z pewnością stali reporterzy i fotografowie,
który relacjonowali, komu dzisiejszego wieczoru udało się zarezerwować stolik w
Gwiezdnym Pyle.
Udało
mu się ją obudzić na tyle, by zaciągnąć ją do kominka i podała mu swój adres.
Wyniósł ją z kominka do jej mieszkania, gdzie omal nie potknął się o
Krzywołapa, próbując zanieść ją do sypialni. Hermiona chrapała z głową wtuloną
w jego ramię i gdyby nie był na nią tak wściekły, mógłby uznać to za urocze.
Zaniósł ją krótkim korytarzem i położył na łóżku o wąskiej i bardzo nierównej
konstrukcji, która zajmowała większość jej bardzo ciasnej sypialni. Zdjął jej
buty i przykrył kołdrą. Przez chwilę zastanawiał się, czy powinien to robić,
ale w końcu wyciągnął z kieszeni małą fiolkę eliksiru na kaca i postawił ją na
szafce nocnej obok jej łóżka.
Rzucił
Hermionie ostatnie spojrzenie i skrzywił usta. Wyprostował się i po raz
pierwszy rozejrzał po otoczeniu. Mieszkanie było małe i zaniedbane,
rozpaczliwie wymagające malowania. W ścianach znajdowały się drobne pęknięcia,
przez które odpadał tynk i widać było cegły. W sypialni Hermiony panował
bałagan: sukienki walały się po podłodze, a na rozchwianej komodzie, nad którą
wisiało małe lusterko, stały krzywo opakowania i słoiki z kosmetykami.
Przechodząc przez mieszkanie w stronę kominka, zobaczył, że jej salon był
średniej wielkości, ale zdominowany przez trzy przepełnione regały na książki.
Stała tam mała, sfatygowana kanapa, stolik kawowy i wytarty, skórzany fotel,
tworzące kącik wypoczynkowy, oraz kominek z imitacji marmuru, będący podpiętym
do Sieciu Fiuu. Na kominku, w prostej, mosiężnej ramce stało pojedyncze zdjęcie
Hermiony z rodzicami, zrobione w okresie jej nastoletnich lat. W rogu pokoju,
między regałami a ścianą, stał drapak dla kota, pod którym leżało legowisko. W
przeciwieństwie do sypialni, salon wyglądał schludnie. Poza tym zdjęciem,
regałami i kocimi gadżetami całe mieszkanie wyglądało na bardzo niedopracowane
i bezosobowe, jakby było jedynie przystankiem. Draco uważał to miejsca za
wyjątkowo przygnębiające.
Gdy
wrócił do swojego mieszkania, nalał sobie szklankę Ognistej Whisky i udał się
na balkon. Cały wieczór był koszmarem. Czy
Hermionie sama myśl o byciu z nim, a nawet udawaniu, wydawała się tak
odrażająca, że wolała się upić? Że wolałaby mieszkać w obskurnym, nieprzyjaznym
mieszkaniu, niż wziąć od niego pieniądze i poprawić swoją sytuację? Myślał,
że ich znajomość, jaka by ona nie była, poprawiła się w ciągu ostatnich kilku
tygodni. Myślał, że mieli szansę, żeby wszystko się udało.
Ognista
Whisky paliła go w gardle, a Mroczny Znak pulsował. Rzadko mu dokuczał od czasu
śmierci Voldemorta, ale czasami, gdy jego tarcze słabły i nawet Oklumencja nie
mogła uchronić go przed natrętnymi myślami i nienawiścią do samego siebie, Znak
znów dawał o sobie znać.
Czasami
Draco czuł, jakby powoli odzyskiwał szacunek. Przywracał prestiż nazwisku
Malfoy. W końcu mógł kroczyć przez czarodziejską Wielką Brytanię z podniesioną
głową. Prowadził legalny biznes. Malfoy Holdings było jednym z największych
pracodawców zatrudniających czarodziejów i czarodziejki w Wielkiej Brytanii.
Dbał o to, by jego pracownicy byli dobrze traktowani. Jego matka przekazywała
ogromne sumy galeonów na wiele szczytnych celów: na rzecz Szpitala Świętego
Munga, organizacji pomagającym wdowom i sierotom wojennym oraz organizacjom,
które co miesiąc podawały tojad ofiarom Fenrira Greybacka.
Powoli,
ale nieubłagalnie, te czyny przynosiły efekty. Przez większość dni ludzie
traktowali go z szacunkiem, respektem, a przynajmniej tolerowali. Nawet
artykuły o nim w Proroku Codziennym
zdawały się być mniej irytujące w ciągu ostatnich kilku lat, choć
prawdopodobnie wpływ na to miał również fakt, że Tygodnik Czarownica zaczął umieszczać go na liście Najbardziej
Uprzywilejowanych Kawalerów Czarodziejskiej Wielkiej Brytanii, i te egzemplarza
sprzedawały się dobrze.
Ale
od czasu do czasu dochodziło do nieprzyjemnych incydentów, które dobitnie
przypominały mu, że ludzie wciąż pamiętają: czasem zaczepiano go na ulicy, a
nawet opluwano. Czasami do Dworu lub jego gabinetu wysyłano groźby i przeklęte
przedmioty. Do dziś nie wolno mu było wchodzić do Trzech Mioteł w Hogsmeade,
pomimo szczerych przeprosin, które wysłał Madame Rosmercie, zanim opuścił
Hogwart na ósmym roku.
I
najwyraźniej, mimo że Hermiona Granger zapewniała go, że wybaczyła mu jego
zachowanie wobec niej w dzieciństwie i to, co wydarzyło się w salonie Dworu
Malfoyów, nie potrafiła przezwyciężyć nieufności i niechęci wobec niego.
To
nie powinno go aż tak bardzo obchodzić. Granger była kimś, kogo zatrudnił do
wykonania zadania. Po prostu nie nadawała się do niego. Jak każdego, innego
pracownika, który się nie sprawdził, powinien móc zastąpić ją kimś innym. Po
prostu powie jej, że to się nie uda, a potem poszuka bardziej odpowiedniej
kandydatki na to stanowisko. Proste.
Tyle
że to nie było łatwe. Dręczyło go to do szpiku kości. Może dlatego, że byli
kolegami z pracy. Może dlatego, że z opóźnieniem zdał sobie sprawę z tego, że
jest naprawdę atrakcyjna. Może dlatego, że…
Może
dlatego, że przez ostatnie kilka razy, kiedy spędzał czas z Granger, czuł, że
mogą się dogadać. Może dlatego, że kiedy ją pocałował w Szmaragdowym Globie,
myślał, że coś do niego poczuła — z pewnością tak było. Może dlatego, że kiedy
uśmiechała się do niego na przyjęciu urodzinowym Teddy’ego, uwierzył, że była
szczera. Może był pieprzonym idiotą, szukając sensu gestów, które nic dla niej
nie znaczyły.
Z
całej siły wzmocnił tarcze w umyśle. Nic nie zyska, zanurzając się głęboko w te
makabryczne i niepokojące myśli. A jednak zastanawiał się, czy dzisiejszy
wieczór nie byłby dla niego mniej stresujący, gdyby od początku uważał ją za
całkowicie chłodną i obojętną?
Pociągnął
długi łyk Ognistej Whisky. Alkohol palił w gardle i skupił na tym całą swoją
uwagę, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w sznury samochodów przemykające
ulicami Londynu daleko w dole.
~*~*~*~*~*~*~*~
Mama
Hermiony spała, kiedy następnego dnia przyjechała do Parkwood na cotygodniową,
niedzielną wizytę. Połączenie środków uspokajających i fizycznego wyczerpania
po epizodzie sprawiło, że przespała większość dnia i pomimo poczucia winy,
Hermiona czuła ulgę, że tego dnia nie będzie już świadkiem kolejnego załamania
ani komplikacji. Spędziła prawie godzinę z uzdrowicielką, omawiając to, co
przydarzyło się jej mamie poprzedniego dnia, i rozważając dalsze opcje leczenia
oraz plany, zanim udała się do taty.
Richard
Granger/Wendell Wilkins znajdował się w ogrodzie, kiedy Hermiona przybyła.
Siedział na drewnianej ławce pod klonem, mogąc patrzeć na klify i ocean. W
dłoniach trzymał egzemplarz Dzieł Williama
Szekspira z komentarzem.
—
Ach, Hermiono, miło cię widzieć — powiedział. — Jak ci mijają wakacje?
Zdołała
się uśmiechnąć, siadając obok taty, który zdawał się nie zauważać, że jego
wakacje nad morzem trwają już kilka lat.
—
W porządku — odparła. Skinęła głową na książkę. — Którą sztukę czytasz?
—
Czytam Zimową opowieść — rzekł. — A
teraz fragment o królowej Hermionie. Niezły zbieg okoliczności, prawda?
—
Tak, całkiem — zgodziła się, dodając: — Czytaj dalej. Po prostu chciałam do
ciebie dołączyć.
Sięgnęła
do swojej torebki z koralikami i wyciągnęła powieść do czytania. Otwierając
książkę, spojrzała na tatę i nostalgia uderzyła ją z całej siły. Uwielbiali
siedzieć obok siebie i czytać. Niezliczone, szczęśliwe godziny spędzili na
kanapie w salonie ich londyńskiego domu, siedząc obok siebie, czytając w miłej
atmosferze i od czasu do czasu rozmawiając o książkach, które czytali. Kiedy przeniosła
wzrok na swoją książkę, po jej policzku spłynęła pojedyncza łza.
Tego
wieczoru, gdy wróciła do domu, wyciągnęła wszystkie książki o eliksirach, jakie
miała, i zaczęła je przeglądać. Uzdrowiciele w Parkwood robili, co mogli, ale
czuła, że kończą im się możliwości. Teraz zaufała eliksirowi przywracającemu
pamięć, który opracowywał Mistrz Bergen, i była bardziej niż kiedykolwiek
zdeterminowana, by pomóc mu dokończyć pracę. Zaznaczała strony, robiła
adnotacje, notatki i spisywała pomysły, pracując do późna, aż w końcu poddała
się zmęczeniu i poszła spać.
~*~*~*~*~*~*~*~
Wezwanie
dotarło w poniedziałek rano, gdy Hermiona była w trakcie testowania nowego
wariantu eliksiru. Notatka, zaczarowana w kształt smoka, wylądowała przed nią
na roboczym blacie.
Obawiała
się spotkania z Draco odkąd obudziła się poprzedniego dnia w swoim mieszkaniu,
nie mając pojęcia, jak się tu znalazła. Domyślała się, że ich kolacja nie
poszła dobrze, skoro zostawił fiolkę eliksiru na kaca na jej szafce nocnej. Ale
jej myśli tamtego dnia zdominował stan psychiczny rodziców i to, co mogłaby
zrobić, by przywrócić im pamięć. Myślała o tym tak intensywnie, że udało jej
się stłumić myśli o kolacji z Draco. Teraz jednak, w obliczu notatki wzywającej
ją do jego gabinetu, poczuła skurcz w żołądku, gdy starała się jak najlepiej
przypomnieć sobie, co dokładnie się wydarzyło podczas kolacji z nim, i
zastanawiała się, jakie będą tego konsekwencje.
Rzuciła
szybkie zaklęcie statyczne na eliksir, nad którym pracowała, i dotarła na
czterdzieste piąte piętro.
Weszła
do zewnętrznej recepcji, gdzie Desiree Avery przeglądała poranną sowią pocztę.
—
Mal… znaczy, pan Malfoy prosił, abym do niego przyszła — wyjaśniła Hermiona.
Desiree
skinęła głową w stronę drzwi.
—
Pan Malfoy na panią czeka.
—
Dziękuję — odparła.
—
Jest w złym humorze — ostrzegła jego asystentka.
Serce
Hermiony podskoczyło. Dziesięć kroków, które trzeba było zrobić, żeby przejść
przez recepcję do gabinetu Draco, wydawało się ciągnąć w nieskończoność.
Zatrzymała się przed drzwiami, zebrała w sobie, wzięła głęboki oddech i pchnęła
drzwi.
—
Panie Malfoy, chciał mnie pan widzieć? — zapytała.
—
Zamknij drzwi, Granger — powiedział, podnosząc wzrok znad dokumentów.
Hermiona
zamknęła za sobą drzwi i przeszła przez pokój w jego stronę. Wstał, a kiedy na
nią spojrzał, jego szare oczy wypaliły dziury w jej sumieniu. Omiótł ją
oceniającym wzrokiem od góry do dołu i zdała sobie sprawę, że nie jest ubrana w
strój zgodny z zasadami firmy. Ponieważ personel laboratorium eliksirów nosił
obszerne szaty laboratoryjne, zaczęła nosić pod spodem luźne, mugolskie
ubrania. Miała na sobie dżinsy i koszulkę, na którą narzuciła swój ulubiony,
niebieski kardigan — strój bardziej odpowiedni na kampus uniwersytecki niż do
pracy w wielomiliardowej korporacji. Pod przenikliwym spojrzeniem Draco czuła
się, jakby stała przed nim naga.
—
Zakładam, że wiesz, dlaczego poprosiłem cię o spotkanie — zaczął.
Jego
słowa i ton głosu ociekały jadem i wściekłością.
—
Przepraszam za tamten wieczór… — wymamrotała.
—
Myślałem, że to była zwykła prośba — kontynuował, jakby w ogóle się nie
odezwała. Nadal wpatrywał się w nią, a jego słowa raniły niczym bicz. — Zwykła,
nieformalna kolacja. Może nawet przyjacielska.
— Ostatnie słowo brzmiało w jego ustach jak przekleństwo. Hermiona się
skrzywiła, a on mówił dalej: — Chciałem, żeby ludzie przyzwyczaili się do
widoku nas razem. W końcu zgodziłaś się słownie i pisemnie, że możesz to
zrobić.
Przygryzła
wargę. Nie była pewna, co zrobiła ani co mogła zrobić poza przeproszeniem za
swoje zachowanie. Ale jak mogła go
porządnie przeprosić, skoro nie pamiętała, co zrobiła?
Jakby
słysząc pytanie w jej głowie, zapytał:
—
Czy ty w ogóle wiesz, co robiłaś tamtego wieczoru?
—
Proszę — wyszeptała. — Ja…
—
Po pierwsze, spóźniłaś się bez żadnego wyjaśnienia, wyglądając tak, jakbyś w
ostatniej chwili coś na siebie założyła. Potem nie chciałaś jeść, nie chciałaś
ze mną rozmawiać, nawet na mnie nie spojrzałaś. Wyglądałaś tak, jakbyś się
spodziewała, że rzucę na ciebie Crucio!
A potem się upiłaś na umór w niecałą godzinę!
—
Nie chciałam aż tyle pić. Przepraszam!
—
Nie wierzę w żadne z twoich słów, Granger oraz nie wierzę w to, że nie znasz swoich
granic w temacie alkoholu. To nie był przypadek. Wiesz, twoim jedynym zadaniem
tego wieczoru było zjedzenie kolacji, uśmiechając się przy tym. Tak podchodzisz
do swoich obowiązków? Myślałaś, że uda ci się przetrwać, gdy się upijesz? Wiem,
że jesteś cholerną Hermioną Granger, najmądrzejszą czarownicą swojego
pokolenia, ale czy myślałaś, że reszta z nas… myślisz, że jestem aż tak głupi?
—
Malfoy…
—
Nawet teraz nie potrafisz spełnić prostej prośby, żebyś zwracała się do mnie po
imieniu!
—
Przepraszam… Dr-Draco! Proszę…
—
Myślałem, że mogę z tobą zaryzykować, Granger. Myślałem, że jesteś ponad to. W
końcu i tak nigdy nie będę dla ciebie nikim więcej niż Śmierciożercą, prawda?
Hermiona
pokręciła głową.
—
Nie! To nie…
Podeszła
bliżej, mówiąc to, ale uderzyła biodrem o krawędź biurka i zatoczyła się do
przodu.
Instynktownie
wyciągnął rękę, żeby ją podtrzymać, i kiedy to zrobił, zobaczył, jak coś wypada
z kieszeni jej kardiganu. Sięgnął, żeby to podnieść i zobaczył, że to przepustka
gościa z Parkwood. Było na niej napisane imię Hermiony i data odwiedzin.
Zmarszczył
brwi.
—
To przepustka sprzed dwóch dni.
—
Tak — powiedziała, wyciągając po nią rękę. — Proszę, Draco, ja…
Ale
on wciąż wpatrywał się w datę.
—
Myślałem, że odwiedzasz rodziców w niedzielę.
—
Tak.
—
Więc… dlaczego byłaś tam w sobotę?
Wzięła
głęboki oddech.
—
Moja… moja mama miała tego dnia zły dzień i uzdrowiciele mnie o tym
poinformowali. Byłam z nią całe popołudnie.
Napięcie
i gniew zdawały się z niego ulatniać.
—
Dlatego spóźniłaś się na kolację?
Skinęła
głową.
—
Przepraszam. Przeszło mi przez myśl, żeby wysłać do ciebie sowę z prośbą o
odwołanie, ale nie chciałam, żebyś pomyślał, że chcę się wycofać… ale z drugiej
strony… nie chciałam tak spieprzyć…
—
Na Godryka, Granger! — jęknął, oddając jej przepustkę. — Dlaczego, na Salazara,
nie powiedziałaś mi o tym w sobotę?
—
Czy to by coś zmieniło?
Wyglądał
tak, jakby ktoś uderzył go w twarz.
—
Za jakiego potwora mnie masz?
Przygryzła
wargę.
—
To… to, co jest między nami, nie jest prawdziwe. Moi rodzice to moja prywatna
sprawa i nie chciałam cię w to mieszać. Oni nie są twoim problemem. Oni…
—
Granger — przerwał jej. — Co się stało twojej mamie?
Znów
przygryzła wargę, a potem westchnęła. Spojrzała na swoje dłonie, które bawiły
się brzegiem swetra. Po chwili znów podniosła wzrok.
—
Przez większość dni moi rodzice mają się dobrze i są szczęśliwi. Myślą, że
nazywają się Monica i Wendell Wilkins. Są przekonani, że nadal prowadzą klinikę
stomatologiczną w Melbourne, a po prostu wyjechali na wakacje do Kornwalii. Kiedy
ich odwiedzam, myślą, że jestem gościem, który zatrzymał się w tym samym
ośrodku co oni.
—
Przez większość dni?
Odwróciła
wzrok.
—
Od czasu do czasu wraca jakieś wspomnienie. Zdarza się to częściej mojej mamie
niż tacie. Kiedy ma epizod, pamięta, kim jest, ale myśli, że jest rok tysiąc
dziewięćset dziewięćdziesiąty pierwszy. Zaczyna panikować, że nie może znaleźć
córki.
—
Co się dzieje, gdy ciebie zobaczy?
Po
policzku Hermiony spłynęła łza.
—
Ona… ona mnie nie poznaje. Szuka mojej jedenastoletniej wersji. Nieważne, co
powiem, gdy jest w takim stanie, nigdy mi nie wierzy, że jestem jej córką. Ona…
się boi. Albo się wścieka.
—
Bywa agresywna?
Draco
podał Hermionie chusteczkę, którą przyjęła.
—
Dzięki. Cóż… zazwyczaj nie.
—
Zazwyczaj? Ale bywa?
Skrzywiła
się.
—
Myśli, że porwałam jej córkę albo że próbuję ją oszukać. Uspokojenie jej
zazwyczaj zajmuje sporo czasu. Nawet eliksiry słabo działają, ale starają się
nie używać zbyt wielu zaklęć na pacjentach w tym stanie, bo boją się, że to
wszystko pogorszy, ale od czasu do czasu, gdy jest zbyt pobudzona, muszą ją
ogłuszać, żeby… żeby jej umysł się wyciszył.
—
To zrobili w sobotę?
Skinęła
głową.
—
Kiedy… kiedy była ogłuszona, zdawało się… przez chwilę, że nagle zrozumiała, co
się dzieje. Wiedziała, że używają na niej magii. I patrzyła na nas. Patrzyła na
mnie… i na jej twarzy malowała się zdrada i zranienie, zanim straciła
przytomność. — Głos Hermiony się załamał. Draco zrobił krok ku niej, by ją
objąć. Zesztywniała na chwilę, nie spodziewając się, że zostanie przytulona,
ale potem uległa potrzebie pocieszenia i szlochała wtulona w jego pierś. —
Przepraszam, że tyle wypiłam w sobotę… Po prostu nie mogłam wyrzucić tego
spojrzenia z głowy przez cały wieczór.
—
Ciii…
Draco
ją uspokajał, powoli pocierając dłonią jej plecy.
—
Miała taki sam wyraz twarzy, kiedy rzucałam na nią Obliviate — wyznała Hermiona, a łzy spływały jej po twarzy,
wsiąkając w przód koszuli Draco. — Tuż przed tym, jak o mnie zapomniała,
wiedziała. Wiedziała…
Draco
trzymał ją jeszcze przez kilka minut, podczas których Hermiona próbowała się
uspokoić. W końcu udało jej się przestać myśleć o twarzy mamy i poczuła leśny,
cytrusowy zapach, który kojarzyła z Draco, połączony z ciepłem jego piersi
przez częściowo przemoczony przód koszuli i delikatny, kojący ruch dłoni,
przeciągającej się po jej plecach. Część niej chciała tak po prostu stać,
podczas gdy inna poczuła nagłą, desperacką potrzebę odsunięcia się.
Przełknęła
ślinę i puściła go.
—
Dziękuję — powiedziała, czując ulgę, że jej głos brzmi już normalniej. Spojrzała
ze smutkiem na jego koszulę. — Przepraszam, że zmoczyłam ci koszulę.
—
Nie przejmuj się tym, Granger — rzekł, wyciągając ręce i ujmując jej dłonie,
patrząc prosto w oczy. — Jesteś pewna, że wszystko w porządku?
Skinęła
głową. Spojrzenie w jego oczach było pełne troski, co jednocześnie ją rozgrzało
i zaniepokoiło. Wciąż spodziewała się po nim szyderczego uśmiechu albo typowego
uśmieszku, siłą nawyku z lat spędzonych razem w Hogwarcie. Ale Draco, którego
znała od pierwszego spotkania w tym gabinecie dwa miesiące temu, był miły i
pełen szacunku. A nawet droczył się z nią. Wytrącał ją z równowagi w sposób,
który w jakiś sposób przerażał ją bardziej niż kiedykolwiek, gdy był okrutnym i
wrednym nastolatkiem.
—
Więc jak się czuje twoja mama? Przypuszczam, że widziałaś się wczoraj z
rodzicami?
—
Odpoczywała. Jej… jej epizody bardzo ją wykańczają, więc zajrzałam do niej na
chwilę, kiedy spała. Spędziłam popołudnie z tatą. Rozmawialiśmy… rozmawialiśmy
o książkach, które czytaliśmy. — Uśmiechnęła się smutno. — A potem zapytał
mnie, czy moje imię pochodzi od Hermiony z Zimowej
opowieści.
—
Naprawdę? — dopytywał. — Zawsze myślałem, że otrzymałaś imię po córce Heleny
Trojańskiej.
—
Dlaczego tak myślisz?
—
Bo Helena była najpiękniejszą kobietą na świecie — odpowiedział, jakby to było
oczywiste.
Hermiona
zamrugała.
—
Draco… — wydusiła z siebie, ale on najwyraźniej chciał poruszyć inny wątek.
—
To, co mówiłaś wcześniej, że ten.. że ten związek nie jest… prawdziwy —
mruknął, a jego słowa wydawały się starannie dobrane. — To nie znaczy, że nie
jesteśmy prawdziwymi ludźmi. Nie chcę, żebyś myślała, że nie możesz mi
powiedzieć, że masz zły dzień lub problemy z rodzicami. Możesz i rób to.
Przygryzła
dolną wargę i skinęła głową.
—
Dziękuję.
Jego
usta wykrzywiły się w coś, co można było uznać za uśmiech.
—
Myślisz, że możemy wyrzucić z pamięci tamten wieczór i spróbować jeszcze raz w
najbliższą sobotę?
Zdołała
się uśmiechnąć.
— Tak, Draco. Jesteśmy umówieni.