niedziela, 12 kwietnia 2026

[T] Twoje idealne dopasowanie: Punkt zapalny

Draco

 

Draco siedział na czele dużego, drewnianego stołu w tylnym pomieszczeniu o nieujawnionej lokalizacji — jednego z wielu magazynów wykorzystywanych przez jego organizację. Jego palce lekko stukały w krawędź szklanki, a twarz pozostała pozbawiona emocji, podczas gdy mężczyźni wokół niego nerwowo się wiercili. W pomieszczeniu unosił się zapach stęchłego dymu, bogatego drewna i ostrej woni drogiej whisky. Ci mężczyźni byli częścią jego siatki — ludźmi, którzy od lat współpracowali z Malfoyami — ale żadnemu z nich nie ufał całkowicie. Dlatego tu był. Dlatego zawsze tu był. By kontrolować.

— Więc mówisz mi — zaczął Draco cicho, spokojnym tonem — że straciłeś całą dostawę smoczych jaj?

Jego głos był ostry, gdy pochylił się do przodu, a wzrok zimny i wyrachowany. Nie krzyczał. Nie musiał. Groźba w jego głosie wystarczyła, by pozostali zadrżeli.

Sięgnął po paczkę papierosów, wyrzucił jednego i włożył go do ust — zapalając pstryknięciem palców. Zaciągnął się głęboko, odchylając głowę do tyłu, wzrokiem wpatrując się w sufit, jakby mogła tam się kryć odpowiedź na cudzą niekompetencję.

— Masz pojęcie, ile warte są te jaja? — zapytał Draco, a jego głos wciąż brzmiał pozornie śmiertelnie spokojnie.

— Ja… eee...

Draco wydmuchał dym kątem ust, po czym parsknął suchym, cynicznym śmiechem.

— Więcej niż twoje życie.

Jeden z mężczyzn — Rosier? — nerwowo kiwnął głową, a na jego czole pojawiły się kropelki potu.

— Przepraszam…

Draco uniósł rękę, uciszając go.

— Popełniłeś błąd. Teraz go naprawisz.

Wiszące w powietrzu „albo” nie musiało być wypowiedziane. Było wiadome.

Kiedy mężczyzna — Rookwood? — nadal się nie poruszył, Draco machnął palcami we władczym geście odrzucenia.

Blaise normalnie zajmowałby się tą konkretną grupą ludzi, ale Draco wysłał go na jeden dzień w interesach do Walii — czego zaczynał żałować.

Minęła kolejna godzina, zanim otrzymał wszystkie, na szczęście bardziej pozytywne, informacje od reszty zgromadzonych mężczyzn. Godzina wlokła się w nieskończoność, jak zresztą wszystkie inne, a Draco co pięć minut zerkał na swój zegarek Patek Philippe. Gdy tylko ostatnia osoba skończyła mówić, wstał i skierował się na skraj osłony z zaklęć, by aportować się do Dworu.

Wylądował tuż przed drzwiami wejściowymi i szybko je otworzył, mając nadzieję, że uda mu się niepostrzeżenie dotrzeć do gabinetu. Nadzieje te prysły, gdy z bocznego korytarza prowadzącego do kuchni wyłonił się jego ojciec.

— Ach, Draco! — krzyknął Lucjusz, usuwając mąkę z przodu swojej koszuli. — Wróciłeś. Mam nadzieję, że wszystko poszło dobrze?

— Tak, ojcze.

Draco westchnął, zbierając resztki cierpliwości i ponownie spoglądając na zegarek.

— Wspaniale — powiedział starszy mężczyzna, klaszcząc szybko w dłonie. — Wiesz, nie mogę nie zauważyć, że znowu zostawiłeś Petrę w domu, zamiast pozwolić jej zostać ze mną.

Znów to samo, Draco jęknął w duchu.

— Lolli jest z nią, ojcze. Nic jej nie jest.

— Mimo to — kontynuował Lucjusz, patrząc na Draco z nadzieją. — Chciałbym ją częściej widywać.

— Z pewnością — rzucił Draco przez ramię, idąc do gabinetu.

Kiedy otworzył drzwi do miejsca, które powinno być jego sanktuarium, zauważył Theo siedzącego przy mniejszym biurku w kącie, podskakującego w rytm jakiejś irytującej, popowej piosenki, która akurat leciała na cały regulator.

Draco pomachał radośnie do Draco, po czym wrócił do sortowania papierów, które szybko przesuwał po pokoju za pomocą machnięć różdżką.

Draco z westchnieniem opadł na krzesło, chwycił kolejnego papierosa i szybko go zapalił. Kalendarz na biurku przypominał mu, że minęło dokładnie czterdzieści pięć dni od ogłoszenia przez Ministerstwo Prawa Małżeńskiego. Szybkie spojrzenie na zegarek powiedziało mu, że ma jeszcze około czterech godzin, zanim przyleci sowa z listem ogłaszającym jego dopasowanie.

Odepchnął tę myśl, zaciągając się ponownie i czytając najnowszą korespondencję od jednego ze swoich współpracowników z Irlandii, zanim przeszedł do listu od Kruma.

Choć starał się to ignorować, muzyka Theo — i jego nieustanny, fałszujący śpiew — doprowadzały go do szału.

— Theo!

— Co?

— Zamknij się — warknął Draco. — I ścisz muzykę.

Theo odwrócił się, rzucając mu wyniosłe, łobuzerskie spojrzenie.

— Nie.

— Mówię poważnie, Theo — ostrzegł, mrużąc oczy.

W odpowiedzi Theo odwrócił się do Draco plecami, machając różdżką, żeby pogłośnić muzykę i jednocześnie śpiewał jeszcze bardziej irytująco głośno.

— Theo — warknął Draco.

Drugi mężczyzna odwrócił się ponownie, przewracając przy tym oczami.

— Co?!

Draco uśmiechnął się krzywo, wiedząc, że zaraz wygra.

— Nie każ mi zadzwonić do twojego Tatuśka.

Theo westchnął z szoku, łapiąc oddech i trzymając dłoń na piersi.

— Nie zrobiłbyś tego!

— Och, oczywiście, że tak — zapewnił go Draco, sięgając po telefon.

Muzyka przestała grać wraz z ruchem nadgarstka Theo.

— Dobra, wygrałeś!

Draco przez chwilę obserwował, jak jeden z jego najlepszych przyjaciół pracował w sposób, który można było określić jedynie jako rozdrażniony. Z rozmachem podpisał dokumenty, po czym wrzucił je do teczek i trzasnął nimi z większą siłą, niż to konieczne.

Draco przewrócił oczami i odchylił się na krześle, opierając nogi na biurku, zanim powiedział:

— Wiesz, gdybyś skorzystał z biura, które ci przygotowałem — pamiętasz, tego, które znajduje się dosłownie tuż obok — mógłbyś słuchać muzyki tak głośno, jak tylko chcesz.

Theo zignorował go, jedynie pociągając wyniośle nosem.

— Ale serio… dlaczego?

Theo wciąż nie odpowiadał.

— Dobra, zgadnę — rzekł Draco, przeciągając samogłoski.

W końcu miał chwilę wolnego czasu, więc czemu nie miałby oddać się teatralnym sztuczkom Theo?

— Wiesz, że nie lubię być sam, Draco. Nie musisz się tym przejmować — mruknął Theo dziwnie spokojnym tonem. — Z tego samego powodu puszczam głośno muzykę, kiedy muszę być sam.

Cholera.

Draco doskonale wiedział, dlaczego Theo wolał towarzystwo… po prostu nie zastanowił się nad tym, co powiedział. Lucjusz z pewnością miewał swoje momenty (jeśli można tak nazwać naznaczenie nieletniego syna przez szaleńca), ale ogólnie starał się być dobrym ojcem.

Ojciec Theo był jednak w najlepszym razie zaniedbujący, a w najgorszym wręcz agresywny. Kiedy Theo przyjeżdżał do domu na wakacje i święta, ojciec często zamykał go przez najmniejszy pretekst — czasem w jego pokoju, czasem w szafie, a raz w dużym kufrze. To doprowadziło do bójki między Lucjuszem a ojcem Theo.

— Przepraszam — powiedział poważnie Draco.

Theo machnął ręką na przeprosiny, wracając do pracy.

— Przyznaj się, że denerwujesz się dzisiejszym wysyłaniem listów z Ministerstwa — zawsze jesteś dupkiem, gdy się denerwujesz.

— To prawda. — Draco westchnął. Z pewnością był winien Theo trochę szczerości. — Nie mogę powiedzieć, że nie jestem ciekaw, jak to się skończy.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Później tego popołudnia Draco podążał za Theo chodnikiem w mugolskim Londynie, prowadząc go do lodziarni, którą chciał odwiedzić. Ostatnie dwie godziny spędzili w jego domu w Mayfair, spędzając czas z Petrą i dając Lolli chwilę wytchnienia, żeby mogła wrócić na chwilę do Dworu.

Kiedy wróciła kilka minut temu, zapewnił ją, że przybędzie na czas, żeby zająć się kolacją. Starał się spędzać czas we Dworze, o ile to możliwe, choć czasami Lolli musiała wracać późnym wieczorem, żeby załatwić sprawy, które pojawiły się od czasu jego powrotu.

Draco wyrwał się z zamyślenia przez triumfalny okrzyk Theo.

— Aha! — krzyknął drugi mężczyzna. — Jest!

Stał pod markizą prawdopodobnie najbardziej kiczowatej lodziarni w całej Anglii, pozwalając Draco przewrócić oczami i gestem zaprosić Theo o wejścia. Draco, Theo i Blaise spędzali sporo czasu w świecie mugoli, ponieważ byli zdecydowanie niemile widziani w większości Ulicy Pokątnej, ale właściciele sklepów na Ulicy Śmiertelnego Nokturnu nie podzielali tych samych obaw.

Draco stał kilka kroków dalej, podczas gdy Theo delektował się różnorodnością smaków lodów. O tej porze dnia w sklepie nie było wielu klientów, ale Draco czuł na sobie spojrzenia ludzi. Kiedy przebywał w świecie czarodziejów, patrzyli na niego ze strachu. Rządzenie z cienia nie przyniosło mu żadnych korzyści u innych czarodziejów. Trzymało go jednak z dala od Proroka.

W świecie mugoli przyciągał spojrzenia swoim wyglądem — i kompletnie nie miał nic przeciwko temu. Jeśli jego zegarki warte sześciocyfrową kwotę, garnitury szyte na miarę z Savile Row i koszule od Luca Faloni (podobno on i książę William mieli tego samego krawca — kto by pomyślał?) nie przyciągały uwagi, to tatuaże pokrywające niemal każdy centymetr jego porcelanowej skóry z pewnością to robiły.

Kiedy opuścił Hogwart po ósmym roku nauki — obowiązkowym, by uniknąć roku w Azkabanie — zaczął pokrywać się tatuażami. Ku wielkiemu rozczarowaniu matki, pokrywały one nawet jego dłonie i ciągnęły się wzdłuż karku, aż do linii żuchwy. Tatuaże wystające spod kołnierzyka znajdowały się także na jego karku, daleko poza linią włosów, dlatego nosił tak krótkie.

Zerknął na zegarek — do pierwszej rundy dopasowań zostało mniej niż dwie godziny. Ciekawe, co moja przyszła żona pomyśli o tych wszystkich tatuażach.

— Draco — zawołał Theo, przeciągając jego imię, jakby nie wołał go pierwszy raz.

Uniósł dwa lody, machając jednym z nich w kierunku Draco.

— Co to za smak? — zapytał, chwytając rożek z lodem o podejrzanym, zielonym kolorze.

Theo wyszedł z lodziarni, radośnie pochłaniając swą podwójną gałkę lodów czekoladowych.

— Pistacje.

— Nie kupiłeś Blaise’owi? — dopytywał Draco, zanim w końcu zabrał się za własne lody.

— Tatusiek nigdy nie chciałby jeść lodów poza gelato — rzekł Theo wyniosłym głosem. — Ale z ciebie przyjaciel — powinieneś o tym wiedzieć.

Draco przewrócił oczami, gdy kończyli jeść lody, by móc aportować się do Dworu.

— Naprawdę podziwiam twoje zaangażowanie w relację z Blaise’em.

— Dziękuję! — Theo szczebiotał radośnie tuż przed aportacją, a potem lądując tuż przed Dworem.

Przechodząc przez frontowe drzwi, Draco poczuł, jak znajomy ciężar tego miejsca osiada wokół niego. Było cicho, wręcz za cicho, ale tak właśnie lubił. Cisza, która nigdy naprawdę nie była spokojna — wypełniona szumem nocy i sekretów kryjących się tuż pod powierzchnią.

Theo, paplając o jakichś bzdurach, podążał za nim korytarzami z właściwym sobie entuzjazmem. Draco ledwo słyszał jego słowa, bo myśli wciąż wracały do oczekiwanego listu. Szedł korytarzem w stronę gabinetu, spragniony chwili spokoju, gdy usłyszał znajomy głos.

— Patrzcie, kto postanowił się pojawić.

Blaise wylegiwał się w gabinecie Draco. Słabe światło rzucało cienie na jego ostre rysy twarzy, gdy odchylił się na skórzanym fotelu za biurkiem Theo, a na jego ustach błąkał się zadowolony uśmiech.

— Musiałem stąd wyjść na chwilę. — Draco westchnął, opadając na krzesło. — Poszliśmy sprawdzić, co u Petry, a potem zabrałem Theo na lody. Chociaż nie wiem, po co w ogóle ci to mówię... — kontynuował, urywając zdanie, gdy uświadomił sobie, że żaden z pozostałych dwóch mężczyzn nie zwraca na niego uwagi.

W końcu Theo był zbyt zajęty próbami wdrapania się na Blaise’a jak na drzewo, niż słuchaniem kogokolwiek.

Draco zaczął przeglądać akta na biurku, wiedząc, że w końcu zrobią sobie przerwę. Po kilku minutach Blaise’owi udało się uwolnić od męża i usiadł naprzeciwko Draco.

— Spotkałem się z centaurami w Walii — zaczął, wygładzając marynarkę i przybierając swój typowy, profesjonalny wygląd. — Sprawa zostanie załatwiona do wieczora. — Przerwał, przeczesując dłonią loki Theo, gdy ten opadł mu na kolana, po czym zapytał: — Co Rosier powiedział o brakujących jajach?

Draco stuknął się palcem w czoło, słysząc słowa przyjaciela.

— Wiedziałem, że to Rosier, a nie Rookwood.

Blaise parsknął śmiechem.

— Jesteś idiotą.

Odpowiedź Draco powstrzymało pukanie w okno.

— O mój Boże — wyszeptał Theo. — Już jest!

Blaise i Theo rzucili się do okna, niemal potykając się o siebie w pośpiechu. Draco zatrzymał ich obu szybkim zaklęciem — rzucając magiczne pole siłowe.

— Dość — warknął, patrząc, jak wracają na swoje miejsca z uniesionymi brwiami.

Wziął kopertę, szczelnie zamkniętą pieczęcią Ministerstwa, dał sowie smakołyk, po czym zamknął okno. Usiadł z powrotem na krześle, wpatrując się w nią, jakby miała eksplodować.

Theo i Blaise obserwowali go, w milczeniu wpatrując się w Draco i kopertę. Theo przerwał pierwszy, sięgając przez biurko — z zamiarem złapania koperty — aż Draco odtrącił jego dłoń.

— Wiedziałem, że powinienem był zostać w domu i pozwolić, by tam dostarczono list, żebym mógł to przeczytać w spokoju — warknął Draco.

— Tak, cóż, jesteś tutaj, więc otwieraj — powiedział Blaise, machając ręką.

Draco wziął głęboki oddech i podniósł kopertę, szybkim ruchem otwierając ją. Nie zauważył, że Blaise i Theo wstali i stanęli za nim, gdy czytał.

 

25 czerwca 2009 roku

Szanowny Panie Malfoy,

W imieniu Ministerstwa Magii i Wizengamotu pragniemy wyrazić naszą wdzięczność za przestrzeganie Ustawy Ministerstwa o numerze 01131518, uchwalonej w odpowiedzi na ciągły spadek liczby małżeństw i urodzeń w czarodziejskiej Anglii.

Zgodnie z postanowieniami tej ustawy, Pan i Pana wyznaczona partnerka będziecie mieli sześćdziesiąt (60) dni od daty niniejszego listu na formalną rejestrację małżeństwa w Ministerstwie Magii. Po tej rejestracji będą Państwo mieli dwa (2) lata na zarejestrowanie poczęcia pierwszego dziecka.

Jeśli któraś ze stron uzna dopasowanie za niezadowalające, może złożyć formalne odwołanie o ponowny przydział. Pamiętać należy, że zgodnie z obowiązującymi przepisami, każdy uczestnik może złożyć tylko jedno odwołanie.

Na podstawie analizy przesłanej próbki magicznego podpisu, Pana idealne dopasowanie to:

 

Draco wpatrywał się w imię i nazwisko przez jedno uderzenie serca, a potem drugie.

 

Hermiona Jean Granger

 

Słowa początkowo nie docierały do niego. Na pewno źle je odczytał. Atrament się zdeformował, zaklęcie poszło nie tak — cokolwiek.

Mrugnął raz. A potem znowu, serce podeszło mu do gardła.

Jej imię i nazwisko pozostało, atrament był wyraźny. Hermiona Granger.

Jego dopasowanie, jego przyszła żona.

Fala niedowierzania paliła go w piersi niczym dym z papierosów. To niemożliwe.

— HERMIONA GRANGER?!         

Głos Theo eksplodował za nim, a jego oczy otwierały się szeroko z niedowierzania.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Hermiona

 

Następnego ranka po otrzymaniu listu z Ministerstwa z informacją o dopasowaniu Hermiona zajmowała się swoimi zwykłymi sprawami. Ustawiła swoje radio na mugolską, poranną audycję polityczną — ważne było, żeby być na bieżąco również w tym temacie, niezależnie od tego, co myślą jej współpracownicy. Jej laptop stał na kuchennym blacie, żeby mogła śledzić aukcję na eBayu, którą próbowała wygrać.

Podczas ósmego roku rozwinęła w sobie uznanie dla designerskiej mody, które pielęgnowała do dziś. W końcu nie było zasady mówiącej, że nie można być mądrym i dobrze się ubierać. Jednak przy jej budżecie musiała ograniczać się do szukania torebek i ubrań, których pragnęła, z drugiej ręki.

Chanel to wciąż Chanel — nawet jeśli pochodziło od Lavinii z Manchesteru, która sprzątała szafę babci, pomyślała Hermiona, ponownie odświeżając stronę.

Krzywołap wszedł do kuchni, ocierając się o jej nogi, podczas gdy ona smażyła jajka do herbaty i tostów.

— Dzień dobry, kochanie — wyruchała do swojego chowańca. — Dobrze spałeś?

Pół-kuguar zamiauczał w odpowiedzi, po czym przeszedł przez kuchnię i usiadł przed pustą miską, wpatrując się w Hermionę przenikliwym wzrokiem.

— Wiem, mój mały, futrzany książę, pora na śniadanie.

Zanim zdążyła ruszyć po puszkę karmy dla kota, w mieszkaniu rozbrzmiał sygnał aktywowania kominka.

— Na słodką Kirke — jęknęła. — Kogo niesie o wpół do szóstej rano, Krzywołapie?

Hermiona rzuciła szybkie zaklęcie statyczne na jajka, które właśnie ułożyła na talerzu, po czym udała się do kominka.

— Zaraz wrócę ze śniadaniem — zapewniła kota, który w odpowiedzi zmarszczył brwi.

Stłumiła jęk, widząc głowę Ginny Weasley unoszącą się w kominku. Naprawdę nie mam teraz na to czasu.

— Hermiono! — krzyknęła Ginny, gdy Hermiona usiadła naprzeciwko kominka. — Dlaczego cię tak długo nie było?

— Dzień dobry, Ginny — powiedziała sarkastycznym tonem Hermiona. — U mnie wszystko dobrze, dzięki, że pytasz.

Uśmiechnęła się na widok lekko zawstydzonego spojrzenia przyjaciółki.

— Próbowałam ugotować sobie śniadanie, podczas gdy Krzywołap krzyczał na mnie, żebym przygotowała mu jego.

Ginny zignorowała wszelkie uprzejmości i odezwała się ponownie.

— Z kim cię sparowano?

Ach, tak, prawdziwy powód, dla którego zadzwoniła. Z czwórki osób uprawnionych do małżeństwa — Hermiony, Harry’ego, Ginny i Rona — tylko Hermiona została wybrana do pierwszej tury listów z dopasowaniami. Drugą turę zaplanowano na pięćdziesiąt dziewięć dni po zakończeniu pierwszej tury małżeństw.

Hermiona zerknęła na zegar wiszący na ścianie, gotowa zakończyć rozmowę, zanim straci torebkę, którą licytowała.

— Z Draco Malfoyem.

Sapnięcie Ginny rozbrzmiało echem w tym połączeniu.

— Ministerstwo dopasowało cię do tej pieprzonej fretki?!

— No cóż — Hermiona mruknęła nonszalancko, oglądając swoje paznokcie — nasza magia nas dopasowała, jeśli chcesz się w to zagłębiać.

— Zamierzasz się odwołać, prawda?! — Ginny niemal krzyknęła, gdy Hermiona zaczynała wstawać.

— Ginny, uwielbiam cię, ale nie mam teraz czasu o tym rozmawiać.

— Ale…

— Jestem głodna, Krzywołap także, staram się nie stracić torebki, na którą poluję i muszę się szykować do pracy — powiedziała Hermiona spokojnym głosem, starając się nie zaogniać sytuacji.

— Dobrze, ale porozmawiajmy wieczorem — zaproponowała Ginny. — Powinniśmy się spotkać w Dziurawym Kotle.

Hermiona westchnęła, przeciągając się.

— Zobaczymy, Gin.

Wiwatowała, wracając do laptopa i widząc, że wygrała pikowaną torebkę Chanel w stylu vintage.

— Za to, Krzywołap, dostaniesz swoje ulubione danie z łososia na specjalne okazje!

Po szybkim zjedzeniu śniadania i przygotowaniu się, Hermiona po raz ostatni spojrzała na swoje odbicie. Jej głęboko zielona, obcisła sukienka — śliczny model Toma Forda, który znalazła w ekskluzywnym sklepie charytatywnym po drugiej stronie Londynu — czynił cuda z jej figurą, podkreślając delikatne kształty. Czarne szpilki Manolo i złota biżuteria tylko ją uwydatniały. Niech Merlin błogosławi starsze panie za utrzymanie tych kolekcji w idealnym stanie i ich wnuki, które nie wiedzą, co sprzedają.

Zebrała loki dłońmi, zastanawiając się, jak je dziś upiąć. W końcu zdecydowała się na wysoki kucyk, pozwalając, by jej długie, dzikie loki spływały kaskadami na ramiona. Po skończeniu swojego zwykłego, lekkiego makijażu i upewnieniu się, że jej zaklęcie poprawiające wygląd jest na swoim miejscu, była gotowa do wyjścia.

Hermiona uśmiechnęła się, wchodząc do salonu i obserwując Krzywołapa rzucającego się na promyk słońca. Miała tego ukochanego kota od lata przed trzecim rokiem nauki — czyli już piętnaście lat — i nic nie wskazywało na to, żeby miał zwolnić tempo. Oczywiście, będąc pół-kuguarem, prawdopodobnie miał przed sobą jeszcze kilka dekad.

Kucnęła, żeby podrapać go pod brodą, gdy wyciągnął się, by zdrzemnąć się na słońcu.

— Miłego dnia, kochanie. Będę w domu dziś wieczorem i razem go spędzimy. Nie obchodzi mnie, co mówi Ginny — nie idę dziś do Dziurawego Kotła.

Po aprobującym polizaniu dłoni przez kota, Hermiona wstała i chwyciła torebkę — małą Lady Dior, którą znalazła na kolejnej wyprzedaży garażowej, na którą rzuciła niezbędne niewykrywalne zaklęcie zmniejszająco-zwiększające. Podeszła do kominka, chwyciła garść proszku Fiuu i rzuciła go do środka, po weszła, wykrzyknęła Ministerstwo Magii i zniknęła w wirze szmaragdowych płomieni.

Po wyjściu z jednego z kominków Ministerstwa, Hermiona przedzierała się przez zatłoczone Artium i skierowała się na trzecie piętro do swojego gabinetu w DPPC. Ledwo przeszła przez próg departamentu, zatrzymała ją szefowa, Cecylia Bottlebrush.

— Dostałaś list wczoraj wieczorem, Hermiono? — zapytała starsza kobieta, tupiąc nogą w oczekiwaniu na odpowiedź.

Hermiona z trudem powstrzymała się od przewrócenia oczami. Niesamowite, jak wielu ludzi nagle interesuje się moim życiem, pomyślała. Szczerze mówiąc, nie spotkała się jeszcze ze swoim przyszłym mężem, więc może wszyscy mogliby się uspokoić, dopóki to się nie stanie.

— Dostałam — odpowiedziała chłodno Hermiona, próbując ominąć szefową.

Cecylia stała niewzruszona, krzyżując ramiona i mówiąc rozkazującym tonem.

— No i kto to jest?

Hermiona niemal z utęsknieniem wyczekiwałaby reakcji, która oczywiście nadchodziła, gdyby nie fakt, że Cecylia blokowała jej dostęp do rzeczy, które musiała wykonać.

— Draco Malfoy.

Teatralne gesty Cecylii z pewnością nie zawiodły. Chwyciła się za pierś i z przerażeniem westchnęła, a jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki.

— Och, biedactwo! Dzięki Merlinowi, że możesz się odwołać!

Hermionie udało się zachować neutralny wyraz twarzy.

— Naprawdę muszę się brać do pracy, Cecylio. Mam dziś dużo do zrobienia.

Kiedy w końcu dotarła do swojego gabinetu, Hermiona z wdzięcznością zamknęła drzwi, po czym rzuciła swoje rzeczy na biurko i zapadła się w fotel. Oparła głowę o zagłówek i zamknęła oczy na sekundę, zanim pod drzwiami przeleciał papierowy samolocik, wlatując do środka i uderzając ją w czoło.

Złapała notatkę w powietrzu i położyła ją płasko na biurku, by ją przeczytać.

— Hmm — wyszeptała. Spotkanie, które miała zaplanowane na później, dotyczące bieżącej sytuacji z centaurami w Walii, zostało odwołane i nie wiadomo jeszcze, na kiedy zostanie przełożone. — Ciekawe, co się stało.

Odłożyła notatkę i wstała, by zrobić sobie herbatę. Przeszła w myślach przez listę rzeczy do zrobienia, zmieniając kolejność priorytetów, skoro jej najważniejsze spotkanie zostało odwołane.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Zbliżała się pora lunchu, a Hermiona była pogrążona w swoich dokumentach dotyczących kryzysu, z jakim zmagała się wioska trytonów u wybrzeży Irlandii. Ich źródła pożywienia były krytycznie wyczerpane, a DKMNS poprosił DPPC o pomoc w ustaleniu prawnych aspektów rozwiązania sytuacji. Jak zwykle, biurokracja Ministerstwa blokowała wszelkie sensowne działania.

Rozległo się ciche pukanie do drzwi, więc machnęła palcami w tamtym kierunku, otwierając je z rozmachem, nie odrywając wzroku od akt.

— Tak?

Głos Harry’ego dobiegł cicho zza otwartych drzwi.

— Masz chwilkę, Hermiono?

— Dla ciebie, Harry… zawsze — powiedziała rozbawionym tonem, w końcu podnosząc wzrok znad papierów.

Starała się zachować spokój, kiedy Ron wskoczył Harry’emu na ramię.

— A dla mnie, Miona?

— Cześć, Ron — przywitała się grzecznie Hermiona, ledwo powstrzymując grymas.

Dwaj mężczyźni usiedli na krzesłach naprzeciwko jej biurka, nerwowo rozglądając się, zanim zaczęli wpatrywać się w nią.

Odwzajemniła ich spojrzenie, unosząc brwi.

— Dlaczego tak na mnie patrzycie?

— Chcemy tylko, żebyś wiedziała, że jesteśmy tu po to, by cię wspierać — odpowiedział poważnie Harry.

Hermiona w końcu przewróciła oczami, co powstrzymywała przez cały ranek.

— Niech zgadnę, Ginny do was dzwoniła?

— Tak — przyznał Ron. — Jest dobrze, Miona, pomożemy ci przez to przejść. Harry powiedział, że można się odwołać, więc ci pomożemy.

Jakbym potrzebowała pomocy Rona Weasleya w wypełnianiu papierów, pomyślała z goryczą. Przynajmniej Harry byłby przydatny w takiej sytuacji.

— Nic mi nie jest — zapewniła ich Hermiona. — To nie jest temat, na który obecnie chcę rozmawiać.

— Nie mówisz poważnie, Miona! — krzyknął Ron, gdy Harry próbował go uciszyć.

— O nierozmawianiu z wami — ani z nikim innym — dopóki nie porozmawiam z Malfoyem? — zapytała łobuzersko Hermiona. — Mówię zupełnie poważnie.

— I to twój wybór, Hermiono — rzekł dyplomatycznie Harry, jednocześnie dając Ronowi znak, żeby nic nie mówił. — Chcieliśmy tylko, żebyś wiedziała, że cię wspieramy.

— Dzięki, Harry.

Hermiona się uśmiechnęła.

— Ale, Miona — jęknął Ron. — To Śmierciożerca… nie możesz go poślubić!

Odpowiedź Hermiony została wstrzymana przez przeciągły głos dochodzący z drzwi.

— Myślę, że przekonasz się, Weasley, że może.

Trzy głowy się odwróciły i zauważyły Draco Malfoya opierającego się o drzwi z bukietem różowych róż w dłoni.

— Malfoy?! — zapytał Harry, a w jego głosie słychać było szok.

Malfoy uśmiechał się łobuzersko, gdy mrugnął do Hermiony ponad ich głowami, po czym wszedł do środka, by oprzeć się o jedną z jej półek z książkami.

— Jak to się mówi? O wilku mowa i się zjawia?

Hermiona nie była w stanie przetworzyć tego, co się działo, gdy wstała. Wyglądał jak absolutny grzech.

Ron w końcu otrząsnął się z szoku i przewrócił krzesło, gwałtownie wstając, odwracając się do Malfoya i wyciągając różdżkę z kieszeni.

— Nie zbliżysz się do niej.

Harry zerknął na nią, podnosząc się, wyraźnie wykorzystując mowę jej ciała jako wskazówkę postępowania.

— Hermiono?

— Doceniam waszą troskę, Harry, ale czas, żebyście wyszli — powiedziała spokojnie.

Harry patrzył jej w oczy jeszcze przez sekundę, po czym kiwnął głową.

— Daj spokój, Ron. Hermiona wie, co robi.

— Nie! — krzyknął Ron, unosząc rękę, by wcisnąć Malfoyowi różdżkę w twarz. — Miona, nie możesz zostać z nim sam na sam.

— Będę ci wdzięczna, jeśli zostawisz mi decyzję o tym, co mogę, a czego nie mogę robić, Ronaldzie — powiedziała chłodno Hermiona.

Jej oczy spotkały się z oczami Malfoya i żołądek jej podskoczył na widok pochlebnego spojrzenia.

— Nie będę prosić ponownie, Ron — kontynuowała, unosząc wysoko głowę. — Chciałabym porozmawiać z Malfoyem… na osobności.

Ron nadal stał, niczym dziwaczny posąg z różdżką, aż Harry wyciągnął rękę i opuścił ją, po czym pociągnął go za rękaw, żeby poszedł za nim.

Harry zignorował Malfoya, wychodząc z gabinetu, ale Ron, jak zwykle, nie potrafił zachować się jak dorosły. Szykując się do minięcia Malfoya, napiął się, jakby szykował się do walki.

Hermiona musiała stłumić śmiech, gdy Ron się osunął i niemal krzyknął, kiedy Malfoy kłapnął zębami w jego kierunku z dzikim uśmiechem, niczym ostrzeżenie o żartobliwym tonie.

Mrugnęła, zaskoczona własnymi myślami. Ugryź mnie.

W gabinecie zapadła napięta cisza, gdy Ron i Harry w końcu wyszli. Hermiona machnięciem różdżki zamknęła drzwi i rzuciła na pomieszczenie zaklęcie wyciszające — wiedząc, że ta dwójka będzie próbowała zostać i podsłuchiwać.

Malfoy wytrzymał jej spojrzenie przez kilka chwil, po czym wskazał na krzesło przed biurkiem Hermiony, podnosząc to przewrócone przez Rona jednym ruchem nadgarstka.

— Mogę?

— Oczywiście — odpowiedziała, siadając ponownie.

Hermiona w milczeniu patrzyła, jak Malfoy rozsiadł się na krześle naprzeciwko niej. Jego twarz przypominała chłodną maskę, która nie zdradzała, o czym myślał. Odchylił się na krześle, emanując arogancją — jakby był właścicielem tego miejsca.

Przyłapała się na tym, że przechyliła głowę, obserwując go z ciekawością. Żadne z nich się nie odzywało, oboje czekali, aż drugie zrobi pierwszy krok. Jego obecność była uderzająca — władcza, a jednocześnie niepokojąco nieruchoma.

W końcu on pierwszy pękł — na jego ustach pojawił się charakterystyczny, malfoyowski uśmieszek.

Hermiona czuła, jak jej usta wykrzywiły się w podobnym uśmiechu, gdy wciąż na niego patrzyła.

— Cóż, ktoś z pewnością zainteresował się tatuażami, odkąd opuścił Hogwart — powiedziała z kamienną twarzą.

Malfoy prychnął na jej słowa.

— Można tak powiedzieć — przyznał.

Zainteresował się tatuażami to mało powiedziane. Hermiona starała się ignorować gorąco buzujące w jej żyłach, gdy patrzyła na mężczyznę siedzącego naprzeciwko niej.

Nie widziała go od dziesięciu lat — nawet w Proroku. Od czasu, gdy wraz z Blaise’em Zabinim i Theo Nottem opuścił Hogwart tuż po tym, jak ósmoklasiści otrzymali dyplomy od profesor McGonagall.

Nowa dyrektorka zorganizowała w Wielkiej Sali lunch po ukończeniu szkoły, ale ta trójka z niego zrezygnowała. Hermiona szła przez dziedziniec z przyjaciółmi, w drodze na lunch, gdy zobaczyła w oddali trzech chłopaków — idących przez most, który miał ich wyprowadzić z terenu Hogwartu, by mogli się aportować.

Był trochę wyższy niż wtedy — prawdopodobnie miał jakiś sto osiemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu, gdyby musiała zgadywać. Przybrał trochę więcej muskulatury, ale nadal zachował szczupłą sylwetkę szukającego. Czarny garnitur, który nosił, ewidentnie szyty na miarę, leżał na nim jak ulał, podkreślając alabastrową skórę i eksponując tatuaże.

I Bogowie, te tatuaże. Pokrywały niemal każdy centymetr skóry, który widziała. Ostre podcięcie okalało gładko zaczesane do tyłu włosy, boki głowy pokryte były różnymi wzorami, które spływały na szyję i znikały pod eleganckim kołnierzykiem koszuli. Więcej tatuaży zaczynało się od ostrej linii żuchwy i biegło wzdłuż szyi. Widziała też, że zdobią jego silne, eleganckie dłonie. Tatuaże ostro kontrastowały z wyrafinowanym strojem, ale w jakiś sposób dodawały mu uroku.

Jej puls przyspieszył, gdy jego żywe, szare oczy śledziły jej sylwetkę, zaczynając od czubka wysoko spiętego kucyka, przez twarz i szyję, aż po ciało… a raczej jego część, którą widać za biurkiem.

— Z pewnością dorosłaś, Granger — powiedział, przeciągając słowa.

Hermiona cicho się zaśmiała.

— Dzięki.

Znów zamilkli, patrząc na siebie z ciekawością. Napięcie w powietrzu było tak gęste, że można by je przeciąć Diffindo.

Tym razem Hermiona pękła pierwsza. Zanim zdała sobie sprawę z tego, co robi, wstała i obeszła biurko, by stanąć przed nim. Oparła się o polerowany dąb, zaciskając dłonie na jego krawędzi.

Burzliwe, szare oczy znów wędrowały po jej ciele, tym razem od wypukłości talii, przez rozchylone biodra, aż po nogi.

Na słodką Kirke, co się ze mną dzieje?! — pomyślała Hermiona.

Odkąd Harry i Ron wyszli, nie odezwał się do niej ani słowem — nie ruszył się — ale jego wpływ na nią był wyczuwalny. Puls i oddech były zbyt szybkie jak na kogoś, kto tylko przeszedł z jednej strony biurka na drugą. Nie wstydziła się przyznać przed samą sobą, że jej majtki były o krok od przemoczenia.

Kolejny zadowolony uśmiech pojawił się na jej ustach, kiedy uświadomiła sobie, że mimo pozornej nonszalancji, Malfoy też coś czuł. Przyglądała się wystarczająco uważnie, dostrzegając przyspieszony puls na jego szyi i chłodną szarość jego oczu stopniowo ustępującą czerni.

Nagle Malfoy wstał bez słowa — podszedł bliżej, aż stanął tuż przed nią, a jego czysty, męski zapach mieszał się z ostrymi nutami cytrusowej wody kolońskiej.

Znów się przybliżył, opierając dłonie po obu stronach jej dłoni na biurku, gdy pochylił się nad nią. Musnął nosem jej szyję tuż przed tym, jak jego usta dotknęły małżowinę jej ucha.

— Powiedz mi, czego potrzebujesz, maleńka?

Hermionie zaparło dech w piersiach na jego słowa i bliskość. Była już przemoczona — wszystkie zakończenia nerwowe w jej ciele reagowały na jego dotyk.

Nie ma już odwrotu.

W ułamek sekundy podjęła decyzję — weźmie to, czego pragnie, złapie przysłowiowego byka za rogi w sposób, w jaki rzadko to robiła. Wyciągnęła rękę, owinęła palce wokół klamry jego paska i przyciągnęła bliżej.

Nie planowała go dziś uwieść. A jednak stali tu — na krawędzi czegoś nieodwracalnego.

— Ciebie — szepnęła, a słowo było przepełnione pożądaniem.

Usta Draco wykrzywiły się w powolnym, sugestywnym uśmiechu, gdy pochylił się bliżej, a jego oddech był ciepły na jej ustach.

— Myślę, że przekonasz się, że z przyjemnością ci z tym pomogę.

Jego dłonie chwyciły ją za biodra, na tyle, by trzymać ją w napięciu — ton jego głosu był pobłażliwy, jakby oferował jej dokładnie to, o co prosiła. Podszedł bliżej, jego ciało przylegało do jej ciała, a erekcja wbijała się w jej udo, nie pozostawiając wątpliwości, że jest równie podniecony jak ona.

— Poświęcę ci tyle czasu, ile potrzebujesz, skarbie. Nigdzie się nie wybieram.

Hermiona owinęła jego krawat wokół swojej pięści, ściągając go w dół i łącząc ich usta w gorącym pocałunku. Czuła jego mroczny chichot wibrujący na jej ustach tuż przed tym, jak w pełni się na nią otworzył, a ich języki ocierały się o siebie w zmysłowym rytmie.

Malfoy odsunął się na tyle, by przenieść dłonie z jej bioder na pośladki, unosząc ją bez wysiłku i sadzając na krawędzi biurka. Jęczała z powodu utraty kontaktu, a on uśmiechnął się do niej ironicznie, po czym znów się pochylił i złożył gorące pocałunki na eleganckiej linii jej szyi.

— Wiem, kochanie — wymruczał. — Jestem tutaj.

Przyciągnął ją do kolejnego pocałunku, liżąc jej usta z dzikością, która przeczyła jego chłodnemu wyglądowi. Ich pocałunek nie był walką o dominację, tylko ciągłą wymianą władzy — jedno oddawało się drugiemu z łatwością, jak w oddychaniu.

Przesunęła dłońmi po jego napiętym brzuchu, palcami muskając twarde mięśnie, aż dotarła do jego ramion, zrzucając z nich marynarkę. Jęknęła z irytacją, gdy rękaw zaczepił się o jego biceps, ale on interweniował, szybko ją ściągając i rzucając za siebie, nie patrząc.

Hermiona wykorzystała moment, by zdjąć mu krawat, rzucając go na marynarkę, a następnie zręcznymi ruchami rozpięła mu koszulę. Zdjęcie zajęłoby zbyt dużo czasu, więc zostawiła ją rozpiętą — ukazując mięśnie na jego klatce piersiowej i brzuchu oraz odsłaniając kolejne tatuaże.

Wierciła się, próbując pomóc, gdy Malfoy zaczął podciągać dół sukienki w górę jej ud — niełatwe zadanie w obcisłej sukience.

Po chwili warknął z frustracji, unosząc dłoń w geście, który przykuł jej uwagę. Szybko cofnęła się od pocałunku, przygważdżając go ostrym spojrzeniem.

— Jeśli usuniesz moją sukienkę, Malfoy, będziemy mieli poważny problem.

Leniwy uśmiech błąkał się w kąciku jego ust, a błysk rozbawienia w oczach, gdy się pochylił, muskając wargami jej ucho.

— Nigdy bym o tym nie pomyślał, kotku — zamruczał, kuszącym głosem. — Ale twoje majtki?

Psotny uśmieszek wykrzywił jego usta, gdy pstryknął palcami. Hermiona westchnęła, natychmiast czując powiew chłodnego powietrza na skórze.

— Zwykle wolę się nie spieszyć — kontynuował, a jego głos stał się lekko mroczniejszy. — I nie jestem typem, który przyspiesza coś tak… przyjemnego. — Obrysował ustami linię wzdłuż jej szczęki, a jego dłoń zatrzymała się przy rąbku sukienki. — Ale — dodał żartobliwie — nie myśl nawet przez sekundę, że nie doprowadzę cię dokładnie tam, gdzie chcę.

Jej ciało ją zdradziło, reagując na jego słowa kolejnym przypływem gorąca — ale szybko odzyskała panowanie nad sobą. Z ostrym spojrzeniem spotkała jego wzrok, jej głos był spokojny, ale przesiąknięty wyzwaniem.

— To miało zrobić na mnie wrażenie, Malfoy? — mruknęła, a w kącikach jej ust błąkał się uśmieszek. Uniosła brew, przesuwając palcem po jego piersi, w dół do brzucha, a potem niżej, śledząc linię klamry paska — drażniąc go tak samo mocno, jak on drażnił ją. — Potrzebujesz czegoś więcej niż ślicznego uśmieszku i odrobiny magii werbalnej, żeby utrzymać mnie w napięciu.

Hermiona z łatwością odpięła klamrę paska, a ciche stuknięcie metalu o metal mieszało się z dźwiękiem ich ciężkich oddechów w cichym biurze. Guzik i zamek jego spodni puściły równie łatwo, a ona z uznaniem przyglądała się wybrzuszeniu napierającemu na jego czarne, jedwabne bokserki.

Jej wyraz twarzy zmienił się na przebiegły, zanim machnęła ręką za siebie, zrzucając wszystko z biurka na podłogę i półki za nim. Oparła się na łokciach i rozstawiła nogi szerzej, upewniając się, że nie pozostawiła wątpliwości co do tego, czego chce.

Jeśli miał ją drażnić, z pewnością zrozumiał przekaz. Jej ciało było już otwarte, gotowe i chętne.

— No dalej, Malfoy — mruknęła. — Zobaczymy, czy gesty idą w parze z gadaniem.

Wstrzymała oddech, gdy przesunął dwoma palcami po jej cipce, a następnie szybko je w nią wsunął — długie, grube, sięgające miejsc, o których nawet nie śniła. Dotknął miejsca, przez które widziała gwiazdy i głośno jęknęła.

Malfoy pochylił się i ponownie ją pocałował.

— To wszystko dla mnie, skarbie? — wymruczał w jej usta, podciągając sukienkę do bioder.

Kiwnęła głową, przygryzając wargę, która niemal krwawiła od tego uczucia — kompletnie niezdolna do wydobycia z siebie słów.

Poruszał się szybko, za każdym razem trafiając w cel, aż Hermiona zacisnęła się na jego palcach. Ponownie jęknęła, gdy gwałtownie wyciągnął palce z jej ciała i lekko się wycofał.

— Cierpliwości, kochanie — rozkazał miękkim, rozkazującym tonem, ściągając spodnie i bokserki na tyle, by jego kutas wyskoczył — twardy i lśniący, uderzając o jego podbrzusze.

Ślina ciekła z jej ust, gdy przesunął przemoczonymi palcami po swoim kutasie, zanim ustawił się przy jej cipce. Był długi, gruby i idealny — dokładnie taki, jakiego potrzebował.

— Proszę — jęknęła, obejmując go za szyję, by przyciągnąć go bliżej.

Malfoy pocałował ją głęboko, po czym odsunął się, by delikatnie ująć jej podbródek w dłoń.

— Gotowa, maleńka?

— Bardzo gotowa — jęknęła.

Jej własny głos brzmiał obco w jej uszach — gruby, zdyszany, niemal błagalny.

W końcu — w końcu — wbił się w nią, rozrywając jej ciało i zagłębiając się po sam koniec jednym, płynnym pchnięciem.

— O bogowie, Malf…

Urwała, gdy ponownie chwycił ją za podbródek, unosząc jej głowę, by spojrzeć mu w oczy — szarość niemal całkowicie pochłonęła czerń.

— Nie sądzę, kotku. — Cmoknęła z dezaprobatą. — To nie moje imię. Przynajmniej nie dla ciebie — nie, kiedy jestem w tobie.

Hermiona ponownie jęknęła, unosząc biodra, podczas gdy on nadal stał nieruchomo.

— Proszę, Draco…

— Właśnie tak, skarbie — mruknął, poruszając się — narzucając tempo, które sprawiło, że jej oczy wywróciły się do tyłu. — Idealna dla mnie.

Draco podciągnął jej nogi wyżej na swoje biodra i skrzyżowała kostki za jego plecami, głośno jęcząc przez zmianę kąta. Jedną rękę trzymał na jej biodrze, nadając rytm, gdy dopasowała się do jego tempa. Drugą ręką podtrzymywał jej nadgarstki, unieruchamiając je nad jej głową, całując ją namiętnie, a następnie obsypując szyję ssącymi pocałunkami.

— O mój Boże, Draco, ja… — wydyszała, a jej słowa ucichły, gdy znów głośno jęknęła. Paznokcie wbiły się w jej dłonie, zostawiając ślady w jej desperacji.

— Kurwa, Hermiono — warknął, przyspieszając. — Wykończysz mnie.

— Mocniej — powiedziała bez tchu, przyciągając go do kolejnego gorącego pocałunku. — Proszę, Draco — jestem tak blisko.

Puścił jej nadgarstki, przesuwając wolną rękę wzdłuż jej ciała, by zakręcić palcami wokół łechtaczki. Jej dłonie wędrowały na jego ramiona, wbijając paznokcie w jego klatkę piersiową.

Tempo pchnięć stało się karzące, a ona krzyknęła — widząc gwiazdy na niebie, gdy doszła tak mocno, że prawie straciła przytomność. Draco kontynuował płynne ruchy biodrami, prowadząc ją przez jeden orgazm i kolejny, który zaczął się niemal przed końcem pierwszego.

Kiedy osunęła się — niemal bez kości — na biurko, on zaczął się wycofywać, ale zacisnęła nogi wokół jego talii.

— Nawet o tym nie myśl — warknęła.

Draco uśmiechnął się krzywo, jego oczy pociemniały, gdy znów zaczął się poruszać — biodra drgnęły, kiedy zbliżał się do orgazmu. Jęknął głośno, gryząc miejsce między jej szyją a ramieniem, gdy wszedł w nią ostatnim, potężnym pchnięciem.

Opadł do przodu, podpierając się przedramionami, by nie upaść na nią. Przeczesała palcami jego krótkie, platynowe włosy, uziemiając ich oboje, gdy próbowali uspokoić emocje.

Kiedy odzyskał oddech, machnął dłonią między ich ciałami, rzucając na nich szybkie zaklęcie czyszczące, po czym zaczął się ubierać. Z wprawą zapiął koszulę i spodnie, po czym poprawił jej sukienkę i ponownie przyciągnął ją w swoje ramiona.

Hermiona wciąż była w błogiej ciszy, gdy on rozsiadł się wygodnie na krześle z nią na kolanach. Zanuciła pod nosem, kiedy przesuwał opuszkami palców po jej policzku i szyi, szepcząc jej do ucha ciche komplementy — jaka to jest piękna, słodka i idealna. Słowa unosiły się wokół niej, ledwo zrozumiałe, ale mimo wszystko pocieszające.

— Jesteś taka idealna, skarbie… stworzona dla mnie — szepnął, a jego usta muskały jej szyję.

Parsknęła cicho, odzyskując przytomność umysłu.

— Zdajesz sobie sprawę, że takie słowa wypowiada się, gdy jest się szaleńczo zakochanym albo lekko niezrównoważonym? — Jej uśmiech zbladł, zmieniając się w coś tajemniczego. — Ale… ale nie przeszkadza mi słyszenie tego.

— Dobrze — zamruczał, jego własny uśmiech wyglądał na zadowolony. — Bo zamierzam ci to mówić każdego dnia.

Jego słowa trafiły do Hermiony, dając poczucie ulgi, o której nie wiedziała, że potrzebuje.

Po raz pierwszy od kilku dni napięcie w jej ramionach ustąpiło. Widział ją — naprawdę ją widział — i nie bał się.

Objęła jego szczękę dłońmi, a kciukiem przesunęła po atramencie na jego szyi.

— Więc robimy to? Bez odwołania?

— Nie zamierzam się odwoływać — powiedział spokojnym, uspokajającym głosem. — Ale nigdy bym cię nie zmuszał do czegoś, czego nie chcesz.

— Złota Dziewczyna się nie odwołuje — odpowiedziała szybko.

Hermiona śmiała się lekko zdyszana, gdy przyciągnął ją do kolejnego pocałunku.

— Wygląda na to, że się pobieramy.

Draco uśmiechnął się promiennie — porażająco — i musnął kciukiem jej dolną wargę.

— Kiedy? Bo jeśli o mnie chodzi, to możemy nawet teraz.

Zamknęła oczy w krótkim zamyśleniu. Czemu nie?

Potem, jak zawsze zdecydowana, poderwała się i chwyciła różdżkę z biurka, poprawiając ich ubrania, włosy i swój makijaż kilkoma szybkimi ruchami.

— Chodźmy.

Uśmiechnęła się promiennie, ściągając go z krzesła.

Dotarła do drzwi, zdejmując zaklęcia, zanim sięgnęła po klamkę. Szybkie spojrzenie przez ramię ujawniło, że wciąż stał w miejscu.

— Jesteś pewna? — zapytał, po raz pierwszy wyglądając na lekko zdenerwowanego — palce drgały lekko po bokach, jakby szukały jakiegoś zajęcia.

— Zdecydowanie — odpowiedziała, ponownie chwytając go za rękę i pociągając do przodu, jednocześnie przywołując bukiet, który przyniósł, wolną ręką. — Wychodzę za ciebie za mąż, Draco Malfoyu — dzisiaj lub za pięćdziesiąt dziewięć dni.

Jego twarz rozjaśnił kolejny, powalający uśmiech.

— I nie ma lepszego momentu niż teraz.

Hermiona patrzyła mu w oczy, spokojnie i pewnie.

Nie chodziło już o kontrolę — chodziło o wybór.

____________

Witajcie :) w niedzielne popołudnie publikuję drugi rozdział tłumaczenia. Wiele się działo i pewnie jesteście zaskoczeni tak szybkim rozwojem wydarzeń, ale wszystko zostanie wytłumaczone w najbliższych dwóch rozdziałach. Chociaż jestem ciekawa Waszych teorii. :)

Kolejne dwa rozdziały prawdopodobnie zostaną opublikowane za trzy tygodnie. W przyszłym publikuję Złączonych, a w kolejnym Come To Claim. Zatem trzeba czekać. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia! Enjoy!

Obserwatorzy

Etykiety

Albus Dumbledore Albus Potter Angelina Weasley Apartament 9 i 3/4 Archibald Stokes Astoria Greengrass AU dramione Bellatrix Lestrage Bezwzględna gra Bibliotekarka Blaise Zabini blansy Cambridge Blue Charlie Weasley Ciemność i Światło Come To Claim Cormac McLaggen Czas cudów Draco Malfoy dramione Dziesięć na dziesięć efekt Pericuscia Facet z sąsiedztwa Fred Weasley Gemma George Weasley Ginny Weasley Harry Potter Hermiona Granger hinny Hogwart Hot for Teacher impreza James Potter Józefina Crawley Kamari Kingsley Shacklebolt klątwa klątwa Glacios Klub Nox Lavender Brown Lilie słonowodne Live Again [PL] Lord Voldemort Lucjusz Malfoy Luna Lovegood M.B. Malfoy Manor Malus Orbis Mark Collins marriage law Maxton Hall miłość Mine Minerva McGonagall miniaturka Mrużka Narcyza Malfoy Neville Longbottom Nora Jenkins Ocean między nami Odkupienie Ogień i Lód Padma Patil Pani Pince Pani Pomfrey Pansy Parkinson Percy Weasley Piękna i bestia plan Podróż z nieznajomym porwanie Promyk radości Przewodnik randka w ciemno Ron Weasley Rose Weasley Rozgrzeszenie Rzeczy których nie nauczysz się z książek Scorpius Malfoy Severus Snape Siedem dni w grudniu smutek sojusz Still Life Susan Weasley śmierciożercy Śpiewka Teodor Nott terapia Theodor Nott thuna To co jest między nami To co najlepsze Tracy Davis Travis Diggle Trylogia Odkupienia Twoje idealne dopasowanie Uchwalenie ucieczka Viktor Krum Voldemort walka Wiktor Krum Zakazani Zakochana fretka Zamaskowany mężczyzna Złączeni Złota Trójca