[T] Złączeni: Rozdział 10

sobota, 25 kwietnia 2026

 

Zasada Przyjaźni numer 31: Przyjaciele nie pozwalają, by ich przyjaciele zamarli z przerażenia z powodu planów zemsty.

(Propozycja: DM | Zatwierdzone: HG)

 

Hermiona nalegała, by spędzili sobotę na sprzątaniu jej mieszkania. Draco oczywiście zasugerował, żeby zamiast tego posłali tam skrzaty i poszli polatać. Ale po szybkim zaklęciu kłującym rzuconym na dość delikatne miejsce w jego ciele, trzymał w dłoni miotełkę do kurzu, różdżkę schowaną mocno w kieszeni, a godność lekko nadszarpniętą.

— Tym razem posunęłaś się za daleko — mruknął z udawaną wściekłością. — Praca fizyczna? Naprawdę, Granger.

Wymachiwał miotełką, jakby go brzydziła. Był pewien, że jego dziadek tarzał się ze śmiechu w krypcie.

— Och, biedactwo — powiedziała Hermiona, nie podnosząc wzroku znad listem przypodłogowych. — Możesz mieć odciski. Tragedia.

Draco prychnął, zajmując się górnymi półkami, gdy Hermiona skupiła się na niższych. Po dokładnie sześciu minutach znudził się i zaczął delikatnie odkurzać jej czubek głowy.

Zamarła.

— Malfoy…

A potem wepchnął jej miotełkę prosto w twarz.

— Fuj! Fuj! — krzyknęła z ustami pełnymi piór. — W tym są pajęczyny!

Uderzyła go mocno w pierś swoją miotełką, a Draco roześmiał się, odskakując, jakby to był pojedynek.

— Tak jak w twoich majtkach — zadrwił, a jej oczy zabłysły.

Sapnęła z udawanym przerażeniem.

— Odszczekaj to!

Ale było za późno. Już przemykali przez salon z miotełkami, śmiejąc się niekontrolowanie i przewracając przy tym lampę.

Dzwonek do drzwi przerwał ich napędzany piórami pojedynek, a Draco, pragnąc uciec od koszmarów domowych porządków, dramatycznie rzucił miotełkę na najbliższy stół. Ruszyli razem do drzwi, Hermiona nieznacznie z przodu. Ponieważ zaklęcia ochronne nie zadziałały, wiedzieli, że to ktoś znajomy, ktoś zaufany.

Draco uchylił drzwi, żeby Hermiona mogła wyjrzeć. Ale zanim którekolwiek z nich zdążyło się odezwać, wielka dłoń objęła głowę Hermiony i szarpnęła ją do przodu. Draco potknął się, gdy ich złączone dłonie zostały pociągnięte za nią, a przez jego ciało przebiegł dreszcz paniki, aż w końcu udało mu się otworzyć drzwi i zobaczyć, kto przyszedł.

Cóż. Tak jakby zobaczył. Bo twarz, o której mowa, była bardzo zajęta uderzaniem o twarz Hermiony w pocałunku, który zdecydowanie nie był platoniczny.

— Blaise? — zapytał Draco wyższym niż zwykle głosem, gdy jego mózg próbował nadążyć.

Dlaczego Blaise całował Hermionę?

Chwila.

Och.

Och.

Blaise.

To był Blaise.

Jego Blaise. Jego kumpel od ponad dwudziestu lat. Wygadany, szykowny, wiecznie uśmiechnięty Blaise. To on był tym tajemniczym mężczyzną?

Blaise wciąż na niego nie patrzył, zbyt zajęty muskaniem kciukiem dolnej wargi Hermiony i mamrotaniem:

— Tęskniłem za tobą, Loczku.

Hermiona uśmiechnęła się do niego, zupełnie nie przejmując się przerażeniem Draco, który znieruchomiał.

W końcu Blaise przeniósł wzrok na Draco. Potem powędrował w dół, na ich złączone dłonie, po czym westchnął ze zrozumieniem.

— Ach. Wiadomość Theo teraz nabiera sensu. — A potem, z irytującym spokojem, uniósł różdżkę i powiedział: — Petrificus Totalus.

Draco nie zdążył nawet zaprotestować, zanim jego kończyny zamarły w pół ruchu. Gdy zatoczył się sztywno, opadając na plecy Hermiony, Blaise pochylił się i wyszeptał z samozadowoleniem:

— Zemsta to suka, Malfoy.

Cholera.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Powszechnie akceptowalną prawdą było, że Draco Malfoy w czasach Hogwartu był pretensjonalnym, dramatycznym, nieznośnym, małym gnojkiem. Nikt nie wiedział tego lepiej niż on sam. Właściwie, często bez problemu się do tego przyznawał.

Ale wojna, a zwłaszcza bycie po przegranej stronie, potrafiła ogołocić z arogancji nawet najbardziej zadufanego w sobie dziedzica czystej krwi. Obserwowanie cierpienia bliskich i lata spędzone na terapii zmusiły Draco do zmierzenia się z niewygodną prawdą: świat tak naprawdę nie kręci się wokół płaczliwego nastolatka z rodu Malfoyów.

Podjął decyzję o zmianie. Aby stać się lepszym. Aby zrobić coś znaczącego ze swoim życiem. Może nawet pozostawić świat nieco mniej okropnym niż wtedy, gdy do niego wszedł. Ale rozwój osobisty nie zmazał dawnych grzechów. I niestety, Draco doskonale wiedział, za co Blaise właśnie go przeklął.

Szósty rok.

Prawdopodobnie najgorszy rozdział w życiu Draco. Wyrok śmierci ukryty pod maską zadania. Nieproszony gość. Znak wbijający się w ramię niczym odliczanie. Szafa. Każdy dzień był koszmarem na jawie, a Draco, uginając się pod presją, atakował wszystko dookoła.

Odtrącał przyjaciół, traktował Pansy i połowę dziewczyn ze szkoły jak zabawki erotyczne, biorąc to, czego chciał, i nie dając nic w zamian. Był okrutny. Wściekły. Pusty. A pośród tego wszystkiego Blaise się zakochał.

Nazywała się Victoria Valentine i była Krukonką z siódmego roku, którą pomimo przynależności do jej domu, często można było spotkać w Pokoju Wspólnym Slytherinu w ścisłym gronie przyjaciół. Była olśniewająca. Burgundowe włosy zawsze idealnie komponowały się z jej szminką. Oczy miała tak ciemne, że wyglądały niemal na czarne. Miała krągłości, pewność siebie i ten rodzaj śmiechu, który sprawiał, że ludzie odwracali się za nią. Nie chichotała, zasłaniając usta dłonią jak większość idealnych czarownic czystej krwi; odrzucała głowę do tyłu i śmiała się, jakby świat jeszcze nie złamał jej ducha.

Nawet pogrążony we własnym nieszczęściu, Draco to zauważył. Widział, że Blaise zawsze był w Pokoju Wspólnym, gdy ona tam przebywała. Jak jego sesje nauki w bibliotece w jakiś sposób zbiegały się z jej. Jak kiedyś, idąc korytarzem, Draco przyłapał ich na rozmowie. Zazwyczaj nieprzenikniona twarz Blaise’a lekko się zaróżowiła, gdy powiedział coś, co rozbawiło Victorię w ten niepohamowany, wspaniały sposób.

Draco wiedział, że Blaise jest zauroczony.

I z jakiegoś okropnego powodu postanowił to zepsuć.

Jako świeżo upieczony Śmierciożerca, pomysł uwiedzenia czarownicy półkrwi powinien być odrażający. Co zabawne, nigdy nawet nie przeszło mu to przez myśl. Nie dlatego to zrobił. Nigdy nie chodziło o krew.

Zaczęło się niewinnie. Od przelotnego spojrzenia, gdy ich oczy się spotkały po drugiej stronie Pokoju Wspólnego. Ot tak podarował jej czekoladową żabę, gdy czekała na przyjaciół. Znał kroki, to był taniec, który dawno opanował. Mechaniczny. Zimny. Robił to, żeby dostać to, czego chciał, a nie dlatego, że sprawiało mu to radość. I wiedział, że jest atrakcyjny. Dziewczyny rzucały się na niebezpieczeństwo, a Draco wcześnie nauczył się, jak wykorzystywać urok do walki.

Wkrótce Victoria Valentine zaczęła o niego wypytywać, szukając pretekstów, by z nim rozmawiać na korytarzach, ustawiając się w jego polu widzenia w bibliotece. Uważała, by nie robić tego, gdy Blaise był w pobliżu. Ale Draco zawsze to zauważał.

Wciągnął ją do schowka na miotły na trzecim piętrze i pocałował bez tchu, przez co spóźniła się na zajęcia. Była niecierpliwa, niedoświadczona i przez chwilę, tylko przez chwilę, coś poczuł. Winę? Żal? To nie miało znaczenia. Jak wszystko inne w tym roku, stłumił to w sobie, zakopał głęboko pod odrętwieniem.

Nad Czarnym Jeziorem szeptał jej do ucha wszystkie właściwe słowa. Te, które miały sprawić, że się zarumieni, skłonić ją do pocałunku z większą żarliwością niż wahaniem. Błagał ją, delikatnie, słodko, by spotkała się z nim w Pokoju Wspólnym o północy. Jako prefekt miała więcej swobody niż większość. Zgodziła się, a jej oczy błyszczały nerwowym podnieceniem.

A Draco się uśmiechnął, bo tylko tego potrzebował.

Blaise, nieświadomy tego, co się dzieje, wciąż był zauroczony. Draco obserwował, jak śledzi każdy ruch Victorii, jak jego twarz rozjaśnia się, gdy się śmieje, jak zmienia się w papkę, gdy do niego mówi. Draco uważał, żeby się do niej nie odzywać, gdy Blaise znajdował się w pobliżu. Trzymał się na dystans. Budował iluzję. Grał na dłuższą metę.

Tej nocy, gdy zamek ucichł, Draco sprawił, że Blaise nadal przebywał w Pokoju Wspólnym. Rozmawiali o najnowszym mężu jego matki, numerze pięć. Pięć minut przed północą Draco wstał, poprawił rękawy, wyciągnął różdżkę i bez wahania rzucił na Blaise’a Petrificus Totalus.

Klątwa powaliła go jak kamień.

Draco spokojnie uniósł go na fotel naprzeciwko kanapy, który stał w głębokim cieniu i rzucił zaklęcie Kameleona, a dla lepszego efektu zaklęcie z serii tych nie zwracaj na mnie uwagi. Następnie podszedł do drzwi i otworzył je, by zastać Victorię czekającą, zarumienioną i podekscytowaną.

Wprowadził ją do środka, posadził na kapanie naprzeciwko niewidzialnej, unieruchomionej postaci Blaise’a i zaczął robić wszystko, o czym wiedział, że Blaise kiedykolwiek marzył. Powoli. Rozważnie. Ostrożnie. Był o wiele bardziej uważny niż kiedykolwiek z jakąkolwiek inną dziewczyną, bo nie chodziło o Victorię. Chodziło o Blaise’a.

Upewnił się, że Blaise usłyszy każdy jęk, widzi każdy centymetr skóry odsłonięty w słabym świetle ognia. A kiedy skończył, odprowadził ją do drzwi z uroczym uśmiechem, mając zamiar nigdy więcej z nią nie rozmawiać.

W drodze powrotnej do łóżka minął Blaise’a, wciąż spetryfikowanego, i uśmiechnął się ironicznie.

Następnego ranka obudził go cios pięścią w twarz.

Blaise spuścił mu łomot.

Draco nie bronił się. Pozwolił, by to się stało. Leżał zwinięty na podłodze w dormitorium, podczas gdy Blaise kopał, bił i krzyczał, domagając się wyjaśnień. Draco nie miał odpowiedzi. Po prostu to znosił. Każdy cios. Każde bolące uderzenie. I pośród tego wszystkiego, zdał sobie sprawę, że dobrze było coś poczuć.

Tego dnia Blaise opuścił Hogwart i wrócił dopiero w następnym semestrze.

Victoria uderzyła Draco w twarz na oczach wszystkich w Wielkiej Sali, kiedy się o tym dowiedziała. Ledwo drgnął.

Nie obchodziło go to.

Po wojnie i niezliczonych sesjach z terapeutą na temat tego incydentu, Draco w końcu przeprosił Blaise’a.

Od tamtej nocy nie mieli ze sobą zbyt wiele kontaktu, mimo że obracali się w tym samym kręgu towarzyskim. Kiedy się spotkali, Blaise ponownie zapytał:

— Dlaczego?

Draco udzielił szczerej odpowiedzi.

— Wciąż nie wiem na pewno, myślę, że chciałem, żeby wszyscy cierpieli tak samo mocno jak ja — powiedział. — Bardzo tego żałuję.

I rzeczywiście tak było. Wiedział, że odepchnął wszystkich tamtego roku, dręczony poczuciem winy, strachem i nieznośnym ciężarem oczekiwań. Może, na jakimś etapie, odepchnął też Blaise’a, przecinając ostatnie nici, które łączyły go z czymkolwiek dobrym.

Blaise przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, zanim zapytał:

— Nadal jesteś tamtym chłopakiem, Draco?

Draco nie wahał się.

— Każdego dnia staram się być jego lepszą wersją. Czasem mi się to udaje. Czasem nie.

Blaise skinął głową i od tego momentu zaczął się formować niepewny rozejm, kruchy, ale prawdziwy. Powoli, ostrożnie, rozejm ten przerodził się w przyjaźń. Blaise zaczął ponownie pojawiać się w jego życiu, odpowiadając na zaproszenia, wysyłając od czasu do czasu sowę. A kiedy czyny Draco konsekwentnie pokrywały się z jego słowami, kiedy jego oddanie przyjaciołom, rodzinie i pracy stało się jasne, coś zaskoczyło. Ten ostateczny mur między nimi runął.

Draco wiedział, że nic nie zrekompensuje tego, co zrobił.

Ale i tak spróbował.

Posłuchał rady terapeuty i odnalazł Victorię. Jej rodzina uciekła do Kanady podczas wojny, a on, dzięki starannym metodom, znalazł adres. Napisał do niej list — nie po to, by się usprawiedliwić, nie po to, by prosić o wybaczenie, ale po prostu, by przeprosić. Naprawdę przeprosić. Zabrał jej coś, co nigdy nie należało do niego. Jego list był długi i szczery.

Jej odpowiedź była krótka.

Nie pisała o przebaczeniu. Napisała jednak, że cieszy się, że Draco otrzymuje pomoc i chciała mieć pewność, że nigdy, przenigdy nie wróci do starych nawyków.

Draco czytał ten wers więcej razy, niż mógł zliczyć.

I za każdym razem przypominało mu to, dlaczego nigdy więcej nie będzie tamtym chłopakiem.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Blaise lewitował Draco na kanapę, anulując zaklęcie unieruchamiające na tyle długo, by przywrócić go do pozycji siedzącej, po czym natychmiast ponownie go spetryfikował. Draco, sztywny i zrezygnowany, w głębi duszy czuł, co się wydarzy.

Blaise zwrócił uwagę na Hermionę, delikatnie prowadząc ją, by usiadła obok Draco. Ich złączone dłonie wylądowały niezgrabnie w wąskiej przestrzeni między nimi na poduszce, namacalnie przypominając Draco o tym, że nie może uciec. Blaise uklęknął między jej kolanami i pocałował ją ponownie; namiętnie, zaborczo.

Hermiona zaśmiała się cicho i spojrzała na Draco z ukosa.

— Zemsta? Naprawdę, Blaise? — zapytała, unosząc brew.

Ten skinął głową z zadowoleniem.

Wtedy Draco wszystko zrozumiał.

Hermiona wiedziała.

Blaise musiał jej powiedzieć. O Victorii. O wszystkim. O jednym z największych wstydów w jego życiu, a nie powiedział jej o tym ani słowa. A jednak była tam, wiedziała i wciąż siedziała obok niego, z palcami luźno splecionymi w jego dłoni.

— Wiesz, to nie to samo — powiedziała delikatnie Hermiona. — On nie kocha mnie tak, jak ty ją.

Blaise pocałował ją ponownie, tym razem wolniej, po czym odwrócił się do Draco, krzyżując spojrzenia i wytrzymując je jako wyzwanie.

Hermiona miała oczywiście rację. Draco nie kochał jej w ten sposób.

Kochał ją jak najlepszą przyjaciółkę. Jak swoją ulubioną osobę. Jak kogoś, kto wiedział, jaką herbatę lubi i kiedy ma się zamknąć i po prostu z nim posiedzieć. Jak siostrę, cóż, nie siostrę, to wydawało się bardzo nie na miejscu, biorąc pod uwagę niemal codzienne sny, do których absolutnie nigdy się nie przyznawał.

Ale nie tak, jak myślał Blaise.

Był zaręczony, na Merlina.

Dlaczego więc jego żołądek ścisnął się, jakby połknął tłuczka?

I dlaczego czuł się tak, jakby Blaise właśnie wygrał grę, o której istnieniu Draco nawet nie wiedział?

Z pozycji wyprostowanej i naładowanej złością, ze wzrokiem skierowanym przed siebie, Draco był niezwykle wdzięczny, że nie widział Hermiony. Dzięki Merlinowi. Niestety, widział Blaise’a klęczącego między jej kolanami tuż za krawędzią pola widzenia, co oznaczało, że musiał skupić się na jednym ratunku w pokoju: mugolskiej telewizji.

Film dokumentalny o dinozaurach, wciąż cicho wyświetlany na ekranie, był jedyną rzeczą, która dzieliła go od całkowitego załamania psychicznego.

Skupił się intensywnie na stadzie stegozaurów pasących się spokojnie na bujnej, prehistorycznej łące, zupełnie nieświadomych, że w pobliskich drzewach czai się stado drapieżników.

Z boku dobiegł do charakterystyczny szelest przesuwających się ciał i cichy chichot. Draco wzdrygnął się.

Rozpaczliwie próbował rzucić werbalne zaklęcie Bąblogłowego. Niestety, jak to w życiu bywa, wciąż nie był w tym tak dobry jak Hermiona.

Kątem oka zobaczył, jak Blaise porusza nogami Hermiony, przysuwając bliżej siebie. Słyszał kolejne pocałunki.

Fuj.

Obrzydliwe.

No, nie obrzydliwe, po prostu obrzydliwe, bo był to Blaise, a nie…

Czekaj, nie.

Nie podążam tym tokiem myślenia.

Jego wzrok znów powędrował na telewizor, jakby to była kwestia życia i śmierci. Dinozaury, przypomniał sobie stanowczo. Uwielbiasz dinozaury.

Wczepił się w obraz ociężałego ankylozaura wymachującego potężnym ogonem w stronę drapieżnika. Dobry okaz. Ten miał kręgosłup. W przeciwieństwie do Draco, który właśnie zamarł niczym dekoracyjny wieszak na ubrania.

Nikt go nie uczył o dinozaurach, kiedy dorastał, nie było one częścią zatwierdzonego programu edukacji domowej dla czarodziejów czystej krwi, ale i tak się w to wkręcił. Planował z Hermioną obejrzeć w przyszłym tygodniu mugolską produkcję o parku rozrywki z dinozaurami. Pożyczyła DVD od Pottera i Draco był bardzo podekscytowany. Miał nadzieję, że będzie równie ekscytujący, jak ten o Jamesie Bondzie. Najlepiej z mniejszą liczbą scen seksu, chociaż w sumie bardzo mu się podobały, więc może tyle samo? Czy wszystkie mugolskie filmy mają sceny seksu?

Nie, przestań myśleć o seksie. Draco zganił się w duchu.

Przemknęła mu przed oczami smuga materiału. Czy to… czy to były legginsy Hermiony?

O, Merlinie.

DINOZAURY, krzyknął w duchu.

DINOZAURY.

STEGOZAUR.

TRICERATOPS.

T-REX.

COKOLWIEK TYLKO NIE TO.

A potem zdyszany i rozbawiony głos Hermiony.

— Czy mogę rzucić na niego zaklęcie Bąblogłowego?

— Nie — mruknął Blaise. — On cię nie widzi, Loczku, ale cię słyszy.

Oczywiście, że słyszał. I czuł jej emocje przez ich złączone dłonie, wciąż spoczywające na poduszce między nimi. Najwyraźniej dobrze się bawiła, lekkie zaciśnięcie jej palców i sporadyczne drżenie na jego dłoni, fala przyjemności spływała przez nią do niego. Co robił Blaise?

Nie, czekaj, skup się.

Draco mocniej wbił wzrok w ekran.

DINOZAURY. DINOZAURY. DINOZAURY. To T-Rex. Doskonale. Pomyśl o jego maleńkich ramionach. Pomyśl o tym, że nigdy nie byłby w stanie odpiąć stanika, w przeciwieństwie do Blaise’a, który najwyraźniej potrafił to zrobić jedną ręką, podczas gdy druga była… zajęta.

Coś miękkiego przeleciało mu przed oczami. Czy to… czy to majtki Hermiony?

Próbował krzyczeć, ale niestety, sparaliżowało go przerażenie.

To miał być bardzo, bardzo długi dokument.

Po tym, co wydawało się wiecznością w bardzo sztywnym, bardzo straumatyzowanym ciele Draco, w końcu się ubrali. Blaise usiadł na kanapie z Hermioną na jego kolanach, a dłonie Draco i Hermiony, wciąż złączone, niezgrabnie spoczywały na poduszce między nimi. Hermiona wyciągnęła nogi na kolana Draco, na szczęście znów w pełni ubrana, co wydawało się jednocześnie niezwykle normalne i zupełnie niestosowne w tych okolicznościach.

Film dokumentalny o dinozaurach wciąż leciał, ale Draco przestał udawać, że interesują go prehistoryczni roślinożercy. Zamiast tego był skupiony na ich rozmowie, nie żeby miał wielki wybór.

— Chciałbym, żebyś to przemyślała — mruknął Blaise.

Hermiona westchnęła, jej głos był miękki i ciężki, niczym żal owinięty w przeprosiny. Draco poczuł, jak coś ściska go w piersi.

— Blaise… — zaczęła. — Nie mogę dać ci tego, czego chcesz. Tego, na co zasługujesz. Przepraszam.

Jej głos został stłumiony, prawdopodobnie wtuliła się w pierś Blaise’a.

— Wiem. Nie można winić faceta za to, że próbuje — odpowiedział delikatnie.

O czym oni, do cholery, mówili?

— Rozmawiałeś z Giulią? Byłaby dobrym dopasowaniem — powiedziała Hermiona.

— Tak — odpowiedział Blaise. — Z chęcią przystąpi do zaręczyn. Pasujemy do siebie. Dobrze się dogadujemy. Moje nazwisko pomoże jej w pracy we Włoskim Ministerstwie Magii, a rodzinne interesy dobrze się układają.

Zaręczyny? Draco zamrugał. Blaise się zaręczał?

— Chociaż chciałem, żebyś to była ty — dodał cicho Blaise.

— Przepraszam — wyszeptała Hermiona, a Draco usłyszał, jak pociąga nosem. Odchrząknęła i dodała: — Kiedy podpisujecie?

— Matka chce, żeby wszystko było sfinalizowane przed moimi urodzinami. Więc w przyszłym tygodniu. Przyjście tutaj było moją ostatnią szansą. Giulia wie, poprosiła nawet o dodanie klauzuli, która pozwoli na wejście trzeciej osoby do małżeństwa, gdybyś… zmieniła zdanie.

Hermiona zaśmiała się łzawo.

— Cóż, jak Giulia coś sobie wmówi…

Zaśmiali się cicho, z taką intymnością, jakiej Draco nigdy wcześniej między nimi nie dostrzegał.

— Tak jak wtedy w winnicy — mruknął Blaise. — Uparła się, by zaciągnąć cię do naszego łóżka.

Hermiona zanuciła.

— To była świetna zabawa.

— Najlepszy tydzień w moim życiu — powiedział Blaise bez wahania.

— To dobry wybór — rzekła Hermiona po chwili. — Ty i Giulia. Będziecie szczęśliwi. Rozumiecie się. Oczekujecie tego samego od zaaranżowanego małżeństwa.

— Byłbym szczęśliwszy z tobą.

Draco usłyszał łamiący się głos, gdy odpowiedziała:

— Bardzo przepraszam, Blaise. Chyba coś jest ze mną nie tak… bo nie czuję tego samego.

— Nie jesteś zepsuta, Loczku — powiedział delikatnie. — Po prostu nie możesz dać mi czegoś, co jest zarezerwowane dla innego.

— Nie jestem w nikim zakochana — odparła szybko Hermiona, broniąc się.

— Aha — wymamrotał bez przekonania.

— Nie możemy już się tak spotykać — dodała cicho. — Ale… nadal jesteśmy przyjaciółmi, prawda?

— Oczywiście — rzekł. — I nie żartuję z tą klauzulą. Więc jeśli… coś nie wypali, Giulia i ja z radością cię przyjmiemy.

Hermiona nie odpowiedziała. Draco dostrzegł kątem oka, jak przykłada dłoń Blaise’a do swoich ust i całuje ciepłą skórę.

— Umówiłem się z Theo na lunch, lepiej już pójdę — powiedział Blaise. Zawahał się jednak na chwilę i dodał cichym szeptem, którego Draco ledwo dosłyszał: — Powinnaś coś powiedzieć, zanim będzie za późno.

Nie usłyszał cichej, stłumionej odpowiedzi Hermiony.

Blaise wyplątał się z jej uścisku i wstał, po czym pochylił się, by złożyć czuły pocałunek na czubku jej głowy. Zamknął na chwilę oczy, wziął głęboki oddech i podszedł do drzwi.

— Pa, Loczku.

Drzwi zamknęły się cicho za nim.

Hermiona uniosła różdżkę i zdjęła z Draco zaklęcie. Bez słowa osunęła się na niego, opierając głowę na ramieniu.

Chociaż technicznie rzecz biorąc, Draco wciąż nie mógł się ruszyć.

Blaise poprosił Hermionę o rękę?

Kochał ją?

Sposób, w jaki do niej mówił, trzymał ją, patrzył na nią — oczywiście, że tak. Jak to możliwe, że Draco tego nie zauważył?

I dlaczego nie powiedziała „tak”?

Nie rozumiał. Blaise był wszystkim, czego kobieta może pragnąć. Był czarujący, odnoszący sukcesy, przystojny, oddany. Dlaczego ona go nie kochała?

Opuścił głowę, by delikatnie oprzeć się o głowę Hermiony, wciąż spoczywającą na jego ramieniu, i lekko ścisnął jej dłoń.

Siedzieli tak w milczeniu, obserwując dinozaury wędrujące po ekranie, oboje pogrążeni we własnych, wirujących, niewypowiedzianych myślach.

______________

Witajcie :) zapewne nikt z Was się nie spodziewał, że Hermiona romansuje z Blaise'em? Dla mnie to był mega szok, a ten rozdział to istna komedia i walka Draco z samym sobą. Idealny na weekend. Dajcie znać jak wrażenia!

Jeśli chodzi o kolejne rozdziały to intensywnie nad nimi pracuję. Chciałabym w najbliższym czasie opublikować wszystkie, ale prawdopodnie będę dodawać po dwa lub trzy. Także oczekujcie, bo jeszcze wiele komicznych scen przed nami.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego weekendu! Enjoy!

[T] Złączeni: Rozdział 9

sobota, 25 kwietnia 2026

Zasada Przyjaźni numer 31: Specjalność Mipsy to firmowy napój w przyjaźni Granger-Malfoy

(Propozycja: HG | Zatwierdzone: DM)

 

Draco zazwyczaj rezerwował czwartkowe popołudnia na cotygodniowy masaż; rozpustę, którą Astoria zaaranżowała tuż po zaręczynach. Był to absolutnie jeden z jego ulubionych momentów tygodnia. W tym jednak nie był zadowolony, gdy okazało się, że masaż odwołano z powodu, jak twierdziła, bardzo ważnego i po prostu nie dającego się przełożyć spotkania dotyczącego organizacji ślubu. To jej słowa, nie jego.

I tak oto znalazł się w oranżerii Malfoyów, obok Hermiony, wciąż niewygodnie związany, otoczony przez matkę, Helenę Greengrass, Astorię i jej dwie druhny: Cecylię McLaggen i Violę Goyle. Cecylia, wierna rodzinnym zwyczajom, była równie krzykliwa i pewna siebie jak jej brat. Viola, na szczęście, była znacznie atrakcyjniejsza i inteligentniejsza od swojej prostackiego brata, co stanowiło spory plus.

Hermiona i Draco przybyli ostatni, zajmując miejsce między Heleną a Astorią.

— Witaj, Melanie — powitała ją bez wahania pani Greengrass, wodząc wzrokiem po Hermionie, jakby była zabłąkanym pyłkiem kurzu.

Jej głos nabrał znacznie cieplejszego tonu, gdy zwróciła się do Draco.

Hermiona westchnęła, myśląc o zainwestowaniu w identyfikator, i zajęła miejsce, kładąc na stole grubą książkę. Odkąd Nora dołączyła do ich zespołu, Draco zasugerował przejrzenie programu szkolenia w zakresie łamania klątw, aby upewnić się, że przypadkowo nie uczą jej przestarzałej i sprzecznej teorii. Hermiona, naturalnie, zrozumiała to jako konieczność powtórzenia całego programu, od podstaw pierwszego roku do zasad na poziomie mistrzowskim. Była teraz w połowie materiałów z drugiego roku i uznała, że będzie to o wiele bardziej produktywne niż słuchanie dyskusji o kolorach serwetek. Draco chciał przynieść swój egzemplarz, ale stanowczo i wielokrotnie przypominano mu, że dzisiaj ma uważać.

Astoria zerknęła w stronę drzwi.

— Blaise i Theo przyjdą?

Draco zamrugał, zaskoczony. To była dla niego nowość. Spojrzał na matkę, która odpowiedziała, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.

— Nie, Astorio — odpowiedziała cierpliwie Narcyza. — Pamiętasz, jak wspominałam, że Theo ma obchód w szpitalu w czwartki? A Blaise nie jest w orszaku weselnym.

Astoria wyglądała na niezadowoloną.

— To spotkanie jest dość ważne. Jestem pewna, że w szpitalu poradzą sobie bez Theo przez kilka godzin.

Draco złapał wzrok Narcyzy po drugiej stronie stołu. Żadnemu z nich nie przyszłoby do głowy, żeby odciągać Theo od pracy dla czegoś tak błahego, jak wybór między różową piwonią a białą lilią.

— Blaise jest w orszaku weselnym — kontynuowała Astoria, jakby to było oczywiste. — Potrzebujesz dwóch drużbów, Drakusiu.

Draco wpatrywał się w nią. Już to ustalili.

— Tori — powiedział spokojnym głosem. — Theo i Hermiona są moimi drużbami… To moi najlepsi przyjaciele.

Astoria otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale Narcyza płynnie jest to uniemożliwiła.

— Kochanie — rzekła spokojnym, ale stanowczym tonem — choć może to nie jest tradycyjne, obecnie pary często wybierając sobie najbliższych przyjaciół, bez względu na płeć. Ty wybrałaś Cecylię i Violę, a Draco wybiera Theo i Hermionę.

Mroźna cisza, która nastąpiła, mówiła sama za siebie. Astoria i Helena, miały identycznie ściągnięte usta, Cecylia wyglądała na zgorszoną, a Viola starała się wyglądać na wspierającą, ale w większości wyglądała na zdenerwowaną.

Hermiona z kolei cicho przerzuciła stronę podręcznika i podkreśliła fragment z większą zawziętością, niż to konieczne. Zapowiadało się długie popołudnie.

Astoria spojrzała na matkę, która skinęła porozumiewawczo głową, dodając otuchy.

— Nie — powiedziała, odwracając się z powrotem do Draco i patrząc mu w oczy. Potem spojrzała na Narcyzę. — Nie, mama i ja już zdecydowałyśmy. Hermiony nie będzie na ślubie i weselu.

Narcyza wzięła uspokajający oddech.

— Astorio, kochanie, to nie twoja decyzja.

Ta pokręciła głową.

— Oczywiście, że moja. To mój… — przerwała, poprawiając się — nasz ślub. A Draco powiedział, że mogę wszystko zorganizować.

Draco się skrzywił. Powiedział to. Mógł też, w przypływie instynktu przetrwania, całkowicie oddać stery Astorii i Helenie Greengrass. To zaczynało przypominać błąd taktyczny.

Astoria nie dawała za wygraną, najwyraźniej podążając według przygotowanego scenariusza. Zerknęła ponownie na matkę, zanim dodała:

— Ona nie pasuje do orszaku weselnego.

Draco poczuł, jak krew w żyłach zamienia mu się w lód. Jego głos był cichy i oschły, niebezpiecznie zimny.

— Wyjaśnij.

Siedząca obok niego Hermiona mocno ścisnęła jego dłoń. Spojrzał w dół i zobaczył, że lekko potrząsa głową w geście ostrzegawczym, ale już przygotowywał się na to, co miało nastąpić.

Astoria uniosła brodę.

— Cóż, Theo i Blaise o wiele lepiej pasują do Cecylii i Violi, na zdjęciach i do tańca. — Jej pewność siebie rosła. — A poza tym… co ona by w ogóle założyła?

Draco odpowiedział:

— Założyłem, że Hermiona będzie miała na sobie te same suknie co druhny. Albo, jeśli woli, garnitur, jak Theo. Nie obchodzi mnie, co założy, byleby była tam ze mną.

Astoria się roześmiała. Roześmiała się.

— Och, Drakusiu — rzekła z politowaniem w głosie. — Hermiona nie zmieści się w suknie druhen. Są szyte na miarę u Madame Charlotte, a ona ubiera tylko osoby z, cóż, drobnymi figurami.

Cecylia i Viola skinęły głowami, a ich miny odpowiadały słodkiemu uśmiechowi Astorii. Uosabiały idealny wizerunek szlachetnych córek czystej krwi: wysokie, szczupłe, lśniące, z idealnie ułożonymi włosami i najwyraźniej od urodzenia uczone, by zachowywać się zgodnie z etykietą i mrugać na zawołanie.

Draco spojrzał na Hermionę. Nie odpowiedziała, tylko przewróciła kolejną stronę książki, ale jej policzki poczerwieniały, a ramiona lekko opadły. Wyglądała na mniejszą. Znał to spojrzenie. To nie był wstyd, tylko cicha próba ogarnięcia się.

To nie był pierwszy raz, kiedy Astoria ją zawstydziła.

Draco uważał Hermionę za piękną. Silną. Genialną. Krągłą w sposób, który sprawiał, że większość samotnych mężczyzn w Ministerstwie szeptała o niej z nadzieją. Dbała o formę. Była silna. Była cholerną Hermioną Granger.

Odwrócił się do matki i dostrzegł błysk czystej wściekłości na jej spokojnej twarzy. Wściekłość, którą tylko lata arystokratycznego wychowania mogły ukryć za uprzejmym uśmiechem.

Zanim Draco lub Narcyza zdążyli odpowiedzieć, odezwała się Hermiona.

— W porządku, Astorio. Z chęcią przyjdę jako gość — powiedziała, odwracając się do Draco. — Mogę dotrzymać towarzystwa Harry’emu.

— Och, bez obaw — wtrąciła się Cecylia. — Mój brat zaoferował, że może ci towarzyszyć, Hermiono. Wszystko załatwione.

Draco zerknął z ukosa na Hermionę, która przewróciła oczami i dyskretnie ukryła twarz za dłonią, tuż poza zasięgiem wzroku Cecylii.

Cormac McLaggen. Oczywiście. Próbował umawiać się z Hermioną od szóstego roku, od czasu tej feralnej imprezy w Klubie Ślimaka. Hermiona przyznała się do jednego, żałosnego pocałunku pod jemiołą tego wieczoru i od tamtej pory za wszelką cenę go unikała.

— I nie zaprosimy Harry’ego Pottera na nasz ślub, Drakusiu — dodała Astoria z radosnym śmiechem. — To twój śmiertelny wróg.

Narcyza, Draco i Hermiona spojrzeli na nią tak, jakby właśnie wyrosła jej druga głowa.

Tak, ich szkolna rywalizacja była zacięta, i tak, Draco mógł próbować połamać jego każdą kość na boisku do Quidditcha, ale to było ponad dekadę temu. Dawno temu z wrogów przeszli do niechętnie utrzymujących kontakt kolegów, a potem do półfunkcjonalnej przyjaźni. Obecnie większość ich rozmów składała się z suchych obelg, statystyk Quiddtcha i plotek z pracy.

Właściwie, zaledwie rok temu Draco jakimś cudem wylądował na obozie podczas Mistrzostw Świata w Quidditchu z Harrym, Ronem, Ginny i bliźniakami. Wciąż budził się zlany zimnym potem, wspominając łazienkę w namiocie. Musiał jednak przyznać, że pomimo braku odpowiedniej pościeli, towarzystwo było znakomite.

— Astorio — odparła Narcyza łagodnie, ale stanowczo — na pewno rozumiesz, że zachowanie dzieci pod presją w szkole nie odzwierciedla tego, kim w dorosłym życiu stali się Draco i Harry. Pan Potter, pan Weasley i oczywiście Hermiona są mile widzianymi gośćmi po stronie Malfoyów. Co, muszę ci przypomnieć, leży w naszej gestii.

Jej ton nie pozostawiał miejsca na dyskusję, ale Astoria mimo wszystko nie poddawała się.

— Ale za każdym razem, gdy gdziekolwiek się pojawiają, w centrum uwagi. Wszyscy dziennikarze i fotografowie będą się na nich skupiać, a nie na mnie — na nas — poprawiła się pospiesznie.

Hermiona płynnie się wtrąciła.

— Nie martw się, Astorio. Harry, Ron i ja unikamy uwagi mediów, kiedy tylko to możliwe. Pozujemy do zdjęć tylko podczas corocznych imprez Ministerstwa lub gal charytatywnych.

Uśmiechnęła się do Narcyzy, która odwzajemniła uśmiech z rzadko spotykanym ciepłem. Złote Trio uczestniczące w jej zbiórkach funduszy zawsze gwarantowało pojawienie się na pierwszych stronach gazet i z wielką przyjemnością wspierało ważne sprawy.

— Nie będzie tam żadnych dziennikarzy, Tori — dodał Draco. — Tylko oficjalni fotografowie ceremonii.

Twarz Astorii rozjaśniła się.

— O nie, Drakusiu. Właściwie… Chciałam ci zrobić niespodziankę, ale Rita Skeeter będzie obecna, by napisać specjalny artykuł do Proroka. A Tygodnik Czarownica wyda specjalne wydanie dotyczące naszego ślubu!

Cecylia i Viola pisnęły z zachwytu. Nawet Helena wyglądała na zadowoloną.

Draco zbladł. Hermiona cicho jęknęła z przerażenia. Narcyza zamrugała, co mogło być czystym upokorzeniem, zanim zdołała ujarzmić emocje do neutralnej elegancji.

Astoria promieniała, zupełnie nieświadoma.

— Będziemy na okładce, oczywiście. A artykuły mają dotyczyć każdej części tego dnia!

Viola podskoczyła na krześle.

— I będzie rozkładówka na całą stronę dla każdego z orszaku weselnego! Każde z nas dostanie własną sesję zdjęciową!

Rozległa się kolejna fala pisków. Draco czuł się tak, jakby ktoś wepchnął mu wyjca do żołądka.

— Pierwsze słyszę o zaproszeniach dla pracy — powiedziała ostrożnie Narcyza. — To się zazwyczaj nie zdarza.

Draco podziwiał jej powściągliwość. Był prawie pewien, że jego matka uważała cały ten pomysł za szczyt wulgarności, i to zanim wspomniano o Tygodniku Czarownica.

Astoria machnęła ręką, a właściwie ją zbyła. Draco gwałtownie wciągnął powietrze. Nikt nie zbywa Narcyzy Malfoy. Nigdy.

— Och, daj spokój, Narcyzo. Możesz nawet opowiedzieć o swoich organizacjach charytatywnych w wywiadach.

— Malfoyowie nie kontaktują się z prasą, Astorio — odparła chłodno Narcyza.

Astoria pokręciła głową, zupełnie niewzruszona. Draco ledwo mógł w to uwierzyć.

— A tak w ogóle — dodała z przesłodzonym uśmiechem — umowy są już podpisane.

Kolejny kontrakt. Kolejna wiążąca umowa, na którą Draco nie miał wpływu.

Widząc zaciśniętą szczękę i bladą twarz syna, Narcyza szybko się wtrąciła.

— Porozmawiamy o tym później, Heleno. Przejdźmy do sedna dzisiejszego spotkania.

Cichy trzask obok Narcyzy zasygnalizował przybycie Mipsy, a za nią lewitowały trzy, wysokie szklanki z musującym, przezroczystym płynem, każdej udekorowanej ćwiartką cytryny. Specjalność Mipsy zatrzymała się przed Draco, Hermioną i Narcyzą.

Hermiona odetchnęła z ulgą. Draco wypił swój jak człowiek uwięziony na pustyni, a nawet Narcyza upiła nietypowo duży, niekobiecy łyk, zanim cicho podziękowała Mipsy i poklepała ją po ramieniu z autentyczną czułością.

Hermiona, znaczniej mniej subtelna, ułożyła dłonie w kształt serca i posłała przesadne pocałunki w stronę skrzatki. Kolejny trzask i taca z przekąskami z camembertem i żurawiną pojawiła się na kolanach Hermiony, ukryta przed wścibskimi oczami.

Mogłaby rozpłakać się z wdzięczności.

Zamiast tego wepchnęła sobie dwa kawałki do ust naraz. Draco oczywiście to zauważył i sięgnął po jeden. Uderzyła go w dłoń, nawet nie patrząc, dopiero później zdając sobie sprawę z tego, że wszyscy patrzyli na nich jak na dzieci pozostawione bez opieki. Podczas gdy ona była rozproszona, Draco pospiesznie zjadł połowę przekąsek.

Hermiona nie przejmowała się tym. Już układała plan.

Zamierzała zaprosić Mipsy na ślub jako osobę towarzyszącą. Mipsy byłaby zdecydowanie lepsza niż McLaggen, a skoro Narcyza zorganizowała obsługę cateringową na wesele, skrzaty miały dzień wolny, by cieszyć się uroczystością. Było idealnie.

Mogłyby nawet dobrać pasujące stroje. Mipsy by się to spodobało. A gdyby Hermionie udało się zorganizować sesję zdjęciową z nią i Mipsy w artykule, cóż… Mipsy na pewno by się to spodobało. A Astoria na pewno byłaby wściekła.

Hermiona uśmiechnęła się do swojego drinka i dopiła ostatni łyk. Natychmiast napełnił się sam. Dziękuję, Mipsy.

Draco, widząc, jak jej szklanka magicznie się napełnia, szybko opróżnił swój i uniósł go z oczekiwaniem. Jego drink również się napełnił. Wziął kolejny, duży łyk, kiwając głową z zadowoleniem.

Tak… alkohol zdecydowanie się przyda, sądząc po dzisiejszym planie spotkania.

Bez słowa Draco i Hermiona uzgodnili między sobą nową pijacką grę: za każdym razem, gdy Astoria lub jej druhny wygłoszą jakieś dziwaczne oświadczenie lub zażądają czegoś, będą pić.

Szło… niebezpiecznie dobrze.

Chciała, by Minister Magii poprowadził ceremonię? Drink.

Żądała, by ona i Draco przybyli na ceremonię na grzbietach jednorożców? Drink. A potem chichotali i Hermiona prawie się udławiła.

Astoria uparcie i głośno powtarzała, że jednorożce to po prostu lśniące kucyki z rogami? Kolejny drink.

Zaproponowała srebrne kieliszki z wyrytymi twarzami Draco i Astorii, które miały być wręczane jako upominki ślubne? Drink. Nawet Narcyza wzięła długi, głębszy łyk.

W końcu przeszli do praktycznych decyzji. Biel czy kość słoniowa? Wysokie czy niskie kwiatowe ozdoby na stół? Przy każdym pytaniu Draco zwracał się do Hermiony, pytając ją o zdanie i natychmiast zgadzając się z tym, co mówiła.

Za każdym razem uśmiech Astorii stawał się coraz bardziej wymuszony. A głos coraz bardziej ochrypły. Nozdrza rozszerzały się niebezpiecznie.

Po szóstym pytaniu Hermiona nie mogła już tego znieść.

Pod pretekstem, że musi skorzystać z toalety, co po trzech Specjalnościach Mipsy za dużo nie było kłamstwem, Hermiona wyciągnęła Draco z pokoju i poprowadziła go korytarzem.

Kiedy zostali sami, zwróciła się do niego.

— Draco, musisz przestać pytać mnie, co wybrać.

— Dlaczego? — zapytał, marszcząc brwi. — Masz dobry gust.

— Cóż, wiadomo — powiedziała Hermiona, wskazując na siebie. — Ale to wkurza Astorię.

Draco spojrzał na nią beznamiętnie.

— I co z tego?

— Draco — rzekła cicho i stanowczo — lepiej złapiesz muchy miodem niż octem.

Spojrzał na nią, jakby mówiła po chińsku.

Westchnęła.

— Przepraszam. Mugolskie powiedzenie. Chodzi mi o to, że jeśli będziesz się zgadzał na drobne rzeczy, może być bardziej skłonna pójść na kompromis w tych ważniejszych. Na przykład na to, że nie przeprowadzisz się do Zurychu. Albo pozwoli ci zachować pracę.

Wyraz twarzy Draco się zmienił. Zamrugał powoli, a zrozumienie napływało do niego niczym słońce wschodzące nad Alpami.

Jego oczy rozbłysły.

— Och. Och. To naprawdę… genialne.

Hermiona spojrzała na niego znacząco.

— Oczywiście.

Po wizycie w toalecie i szybkim wypiciu eliksiru na trzeźwość, Hermiona i Draco przygotowali się do drugiej rundy.

Kiedy rozpoczęto zaciętą debatę dotyczącą wyboru między Domaine de la Romanée-Conti a Penfolds Grange na wino powitalne, Draco, grając teraz na dłuższą metę, zwrócił się do Astorii ze zwycięskim uśmiechem.

— Co byś wybrała, kochanie?

Astoria rozpromieniła się niczym żyrandol.

— Och zdecydowanie Grange — powiedziała z lekką pewnością siebie.

Draco powoli skinął głową, czując, jak dusza opuszcza jej ciało. Choć cenił dobre, australijskie wino, żaden szanujący się Malfoy nie wybrałby go zamiast Romanée-Conti. Spojrzał bezradnie na Hermionę. Zdecydowanie wybrałaby Romanée-Conti, bo miała gust. Właściwie to zasugerowałaby porównanie win z deską serów, zanim zapadłaby tak ważna decyzja. Niestety strategia wymagała poświęceń.

Przełknął dumę wraz z wyimaginowanym rocznikiem i zgodził się.

A potem nastąpiło ustępstwo, które zabolało bardziej niż jakakolwiek wymiana win.

Draco niechętnie się zgodził, zgrzytając zębami przez całą dyskusję o Hermionie jako gościu weselnym a nie druhną. Bardziej niż sama decyzja rozwścieczył go sposób, w jaki Helena i Astoria mówiły o Hermionie, jakby nie siedziała tuż obok niego, jakby była niewidzialna albo, co gorsza, nieważna.

Mimo to wynegocjował jeden warunek: Hermionie pozwolono wybrać osobę towarzyszącą.

Mimo to wynegocjował jedno małe zwycięstwo: jeśli Hermiona ma być gościem, sam wybierze sobie drużbów.

To oznaczało, że Theo zostaje. A co z drugim drużbą?

Zapyta Blaise’a, który miał być w mieście w ten weekend. Blaise miał nienaganny styl, emocjonalne zaangażowanie mandragory i umiejętność unikania społecznych dramatów niczym doświadczony prawnik, którym był.

A jeśli Blaise nie da rady?

Zapyta Pottera.

Bo skoro Astoria miała dyktować mu, jak ma żyć, to przynajmniej będzie mogła doświadczyć poetyckiej sprawiedliwości, widząc Harry’ego Pottera, byłego wroga, a teraz kumpla, stojącego obok niego przy ołtarzu. Szczerze mówiąc, Draco uważał, że to jej się należało.

____________

Witajcie :) w sobotnie popołudnie zapraszam na dwa nowe rozdziały tłumaczenia. To dotyczyło planów ślubnych Draco i Astorii. Jestem ciekawa Waszych reakcji na pomysły Astorii. Ja momentami przewracałam oczami z zażenowania. Zapraszam od razu na kolejny rozdział. :)