[T] To, co jest między nami: Trochę grzeczniej
Witajcie :) późnym wieczorem zapraszam także na nowy rozdział tego tłumaczenia. Będziemy świadkami rozmowy Draco z przyjaciółmi i Hermiony z kimś nieproszonym. Ale mimo wszystko rozdział jest fajny.
Na kolejny zapraszam za dwa tygodnie. Miłej lektury!
_____________
Rozdział 36: Trochę grzeczniej
Listopad 2004
Draco wpatrywał się w swoje karty. Miał dobre
rozdanie, kolor, ale wiedział, że Blaise prawdopodobnie ma karetę, a może nawet
pokera. Theo wyglądał na lekko zaniepokojonego, więc prawdopodobnie miał dwie
pary, a może tylko jedną, a Pansy dawno temu spasowała. Nigdy nie przepadała za
pokerem i dość głośno o tym mówiła. No, o
tym i o innych rzeczach.
— Naprawdę, Draco — powiedziała, przewracając
oczami — nie możesz jej po prostu podarować
domu!
— To cholernie hojny gest, przyznaję — mruknął
Blaise, unosząc brew — ale Pansy ma rację.
— Dlaczego? — warknął Draco. — Co w tym złego?
Wiecie, normalni ludzie byliby zachwyceni
i cholernie wdzięczni za taki
prezent. To piękny dom obok Hampstead Heath, na Salazara!
— Normalni
ludzie nie są przyzwyczajeni do takiego rodzaju podarunków, ale my nie
jesteśmy normalni! — odparowała
Pansy. — Nigdy nie myślałam, że to powiem, ale współczuję jej! Skoro jesteś tak
żenująco słaby w wyrażaniu swoich uczuć, to postaw się na chwilę w jej
sytuacji; jesteś obrzydliwie bogatym facetem, który pieprzył ją od czasu do
czasu przez kilka miesięcy. I nagle dajesz
jej dom? Wiesz, jak to się nazywa, Draco. To nagabywanie!
— Nagaby… Nie płacę za jej ciało, do cholery! —
wyrzucił z siebie. — Chcę mieć pewność, że jest bezpieczna, bo ściga ją
wściekły pies, a wszyscy wiemy, co Greyback jej zrobi, jeśli dorwie ją w swoje
brudne łapy.
— Tak, wiemy — powiedział Theo — ale po tym
wszystkim, co nam powiedziałeś o Granger, naprawdę dziwi cię, że czuje się
poniżana i ubezwłasnowolniona, traktowana tak, jakby nie potrafiła sobie
poradzić? Skoro to dzięki niej Potter, żywy, przetrwał Hogwart, myślę, że
dałaby sobie radę. Zaufaj jej!
Draco spasował, rzucając karty na stół. Lekkie
drgnięcie ust Blaise’a potwierdziło wcześniejsze podejrzenia.
— Po prostu nie widzę problemu. Powiedziałem, że
w międzyczasie będę płacił za jej cholerne mieszkanie, by nie musiała z niego
rezygnować. Jestem gotów wszystko jej ułatwić, a ona i tak widzi w tym
podtekst.
— Draco — zaczęła Pansy złowieszczo cicho — jeśli
to mieszkanie jest tylko tymczasowe, nie będzie mogła tam ułożyć sobie życia.
To nigdy nie będzie jej dom. Tylko
twoje mieszkanie, które na jakiś czas pożyczy.
Draco wykręcił szczękę, a jego klatka piersiowa
zacisnęła się.
— Nie planowałem, że to będzie tymczasowe. —
Poczuł trzy pary oczu intensywnie się w niego wpatrujące. Westchnął. — Chcę, by
została tam na stałe. Chcę, żeby tam mieszkała. To jej dom. Zawsze będzie jej.
Zapiszę to w moim cholernym testamencie, jeśli będę musiał. Drzwi są
czerwono-złote, na Merlina! W tym domu jest cholerna biblioteka! Moja babcia by
ją pokochała! To jej dom — fuknął z frustracją i spojrzał na Blaise’a. — Jak idą
sprawy?
Ten wyprostował się i stuknął kartami o stół.
— Idą, ale to delikatny proces. To bardzo
poszukiwany przedmiot, a sprzedawcy są niezwykle wybredni.
— Nie obchodzi mnie to.
— To będzie cię kosztować.
— Nie obchodzi mnie to.
— Mówię o jakiś trzydziestu tysiącach, by to
zabezpieczyć.
Pansy o mało się nie zakrztusiła.
— Galeonów?
Draco uniósł brew.
— Próbujesz mnie obrazić?
Blaise westchnął i odchylił się do tyłu.
— To kosztowne zagranie.
Draco oparł łokcie na kolanach, wpatrując się w
przyjaciela.
— Trzydzieści tysięcy to nic.
Blaise przyglądał mu się przez chwilę, po czym uniósł
brwi i skinął głową.
— W porządku. W takim razie pewnie będę mógł to
mieć w ciągu dwóch tygodni.
— A co, jeśli ona tego nie zechce? — zapytała
Pansy.
— To nie jest, kurwa, dom — mruknął Draco.
Odchylił się i pogłaskał po brodzie. — Będzie chciała.
Ale Pansy nie była przekonana.
— I prawdopodobnie będzie wiedziała, ile to jest
warte. Pieniądze mogą nie mieć znaczenia dla ludzi takich jak my, ale dla niej?
Założę się o tysiąc galeonów, że będzie jej niezręcznie przyjąć tak drogi
prezent.
— Nie obchodzą mnie pieniądze! — jęknął i
przetarł twarz dłońmi. — Obchodzi mnie tylko błysk w jej oczach, kiedy zda
sobie sprawę, co trzyma w dłoniach. Obchodzi mnie jej uśmiech, sposób, w jaki
spojrzy na tą cholerną rzecz z szacunkiem, i honorowe miejsce, jakie zajmie na
jednej z półek z książkami — w domu!
— Do diabła, Draco — mruknął Theo. — Dajesz się
ponieść zaborczości. Opanuj się, stary. Brzmisz, jakbyś chciał ją porwać, na
Salazara.
Draco tylko spiorunował go wzrokiem.
— Wiesz — wtrąciła Pansy — byłabym zachwycona
prezentem wartym trzydzieści tysięcy galeonów. Prawdę mówiąc, byłabym bardzo
rozczarowana, gdyby nie był tyle
wart. Ale Granger? Zgadzam się z Blaise’em, to kosztowne zagranie.
— Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana — rzekł
Draco, wzruszając ramionami.
— Słuchaj, nie narzekam, bo prowizja, jaką za to
dostanę, jest oszałamiająca — odchrząknął Blaise — ale po co ci to?
Draco przejechał językiem po zębach.
— Potrzebuję czegoś konkretnego. Ja… Nie mogę jej
po prostu powiedzieć, bo co, kurwa, usłyszy? Że ja, były Śmierciożerca i jej
prześladowca z dzieciństwa, chcę, żeby była moją dziewczyną? — prychnął. — Bardziej prawdopodobne, że usłyszy, że
chcę, by była moją własnością. Proszę, miej sobie cholerną rezydencję… i
tak przy okazji, dlaczego nie przywiążesz się do mnie na zawsze, żebym mógł cię
gnębić i twoją niezależność?
— Zdawało mi się, że nie rozumiesz, dlaczego
wściekła się o dom — powiedział Blaise, unosząc brew.
— Cóż, nie jestem idiotą. — Wziął głęboki łyk
Ognistej Whisky. — Oczywiście rozumiem, jak źle to wygląda, ale wkurza mnie to,
że ludzie, których nazywa przyjaciółmi,
tak ją skrzywdzili, że nie potrafi przyjąć żadnej
pomocy.
— Draco — wymamrotała Pansy. — Od ilu miesięcy
się spotykacie? Dwóch? Trzech?
— Dwóch — mruknął do szklanki.
Przynajmniej tak naprawdę, nie licząc rzadkich
spotkań od lipca. W jego umyśle była przez dziesięć cholernych lat.
— No dobrze — kontynuowała — daj jej trochę
czasu! Zabezpieczyłeś jej mieszkanie, pracuje w Biurze Aurorów, opiekujesz się
nią — co jeszcze mógłbyś zrobić?
— Byłaby bezpieczniejsza w domu — rzekł. — Magia
mojej rodziny jest o wiele silniejsza niż jakakolwiek osłona, jaką mógłbym
rzucić. Greyback nawet by jej tam nie wyczuł. — Westchnął. — Gdyby wiedziała,
jak bardzo mi na niej zależy, może by się zastanowiła.
— I myślisz, że danie jej czegoś takiego
cokolwiek zmieni?
Blaise zaśmiał się i wziął łyk drinka.
— To będzie dowód, że ją znam — mruknął. — Że to
coś więcej, coś głębszego, niż to, co teraz przeżywamy. Udowodnię, że myślę o
jej zainteresowaniach i hobby, i szanuję je. Że jej słucham, że ją dostrzegam.
— Albo — wtrącił Theo — możesz po prostu
powiedzieć jej, co czujesz. Od dłuższego czasu masz na jej punkcie obsesję…
cóż, może nie powinieneś tego tak formułować, ale przesłanie mogłoby być
całkiem romantyczne, wiesz.
— Nie! — warknęła Pansy. — Zdecydowanie nie
powinieneś tego robić.
Draco spojrzał na nią beznamiętnie.
— Naprawdę? Sugerujesz, że jestem żenująco słaby
w wyrażaniu swoich uczuć?
Policzki Pansy poczerwieniały, gdy się zjeżyła.
— Tak,
ale wyrażanie swoich uczuć niekoniecznie oznacza wylewanie przed nią duszy,
opowiadanie jej, jak śliniłeś się do niej jak jakiś prześladowca przez dziesięć
cholernych lat! Zostaw przeszłość taką, jaka jest i skup się na tu i teraz.
— Naprawdę? — Draco zmrużył oczy, obserwując ją.
— Więc, powiedzmy, że byłabyś w kimś zakochana przez wiele, wiele lat, nie
uważasz, że powinnaś tej osobie o tym powiedzieć?
— Absolutnie nie — prychnęła i dramatycznie
przewróciła oczami. — Nie chcę wyjść na wariatkę.
— Myślę, że to byłoby romantyczne — powiedział
Theo. — Pomyśl tylko! To takie logiczne! Byłeś dla niej okropny, bo nie wolno
ci było czuć tego, co czułeś, ponieważ jesteś czarodziejem czystej krwi, a ona
mugolaczką. To jak najstarsza historia miłosna na świecie! Jak Romeo i Julia,
jak Montecchi i Capuleti.
— Nie wiedziałem, że lubisz Szekspira — wycedził
Blaise.
— Theo jest całkiem oczytany — rzekła Pansy, a
Theo dumnie się wyprostował.
Blaise tylko uniósł brew, a Draco ze smutkiem
pokręcił głową.
~*~*~*~*~*~*~*~
Stosy papierów, które czekały na Hermionę w
poniedziałkowy poranek, sprawiły, że ścisnęło ją w żołądku. Wczoraj ledwo
wstała z łóżka i dziś nie czuła się lepiej.
Rozmyślała przez całą noc i niedzielę,
zastanawiając się, czy Draco chce ją upokorzyć. W jednej chwili wydawało jej
się to zupełnie naturalne — w końcu znała tę „nową” stronę jego charakteru
zaledwie od kilku miesięcy, w przeciwieństwie do lat, gdy znała jego małostkową
i podłą naturę — a w następnej nie mogła pogodzić się z faktem, że te ostatnie
kilka miesięcy było kłamstwem. Czasami przeklinała samą siebie, bo to wszystko
działo się w jej głowie — nie dawał jej żadnych oznak, że jest wobec niej
nieszczery, i dlaczego poświęcałby tyle czasu i energii na to, by ją
uszczęśliwić, a potem ją złamać?
To nie wydawało się logiczne ani słuszne, ale bez
względu na to, jak bardzo jej racjonalna strona próbowała wmówić to jej
emocjonalnej stronie, nie docierało to do niej. Wciąż myślała o jego geście, o
tym, jak niezwykłe było to, że Draco podarował jej dom niemal odzwierciedlający
dom jej marzeń, i to w okolicy, w której dorastała, a nawet rozważała myśl, że
mógł użyć na niej Legilimencji bez pytania. Skąd inaczej miałby wiedzieć?
Ale nie — nie!
Nie mogła tak myśleć. On taki nie był. Już nie.
Aby się rozproszyć, robiła to, co wychodziło jej
najlepiej — pogrążała się w pracy. Ledwo zarejestrowała, kiedy Cross zapukał do
jej drzwi i wszedł bez zaproszenia; usiadł na jej wolnym krześle i zaczął
przeglądać raporty ze Scotland Yardu. Razem pracowali w milczeniu aż do lunchu.
— Idziesz na przerwę? — zapytał, wstając i
przeciągając się.
Hermiona tylko westchnęła z rezygnacją i
pokręciła głową.
— Nie jestem głodna. Idź.
— Jesteś pewna, Granger?
— Zdecydowanie.
— Cóż — mruknął i położył rękę na drzwiach — nie
czekaj za długo. Twój mózg potrzebuje pożywienia, żeby pracować na tak wysokich
obrotach.
To sprawiło, że podniosła wzrok znad papierów.
— Tak, wiem.
Skinął tylko głową, zanim opuścił jej gabinet.
Hermiona westchnęła i odchyliła się na krześle.
Serce ciążyło jej, żołądek skręcał się z nerwów i przerażenia. Chciała, żeby
Draco wpadł do jej gabinetu z eleganckim uśmieszkiem i głodem w oczach, i
udowodnił jej, że nie musi się martwić, że okaże się złośliwym geniuszem.
Być może dlatego jej słuch się wyostrzył, gdy
usłyszała stukot eleganckich butów przed gabinetem, bo nikt na tym piętrze nie
nosił takich oprócz niego. Serce waliło jej jak młotem, krew szalała w żyłach,
a ona siedziała prosto, wpatrując się w drzwi. Za chwilę miał wejść do środka,
z celowo niedbale zaczesanymi do tyłu włosami i błyszczącymi, szarymi oczami.
Czekała z zapartym tchem, gdy pukanie dotarło do
jej drzwi.
— Tak, proszę.
Jej głos był ostrzejszy niż zwykle, a w gardle
zaschło. Och, pragnęła, jego rąk na swoim ciele, choć wiedziała, że to ostatnia
rzecz, jakiej teraz potrzebuje.
Drzwi się otworzyły i kiedy pierwsza stopa weszła
do środka, Hermiona straciła oddech. To nie był Draco, nie jego pewny krok. To
był ktoś inny, równie pewny siebie, ale o wiele za mało autorytarny.
To był Cormac McLaggen.
Hermiona skrzywiła się i opadła na krzesło.
— Cormac — powiedziała ostrożnie i posłała mu
wymuszony uśmiech. — W czym mogę pomóc?
— Ach, Granger! — Uśmiechnął się, wchodząc do
gabinetu. Jego brązowe loki były elegancko ułożone, ale wciąż wyglądały zbyt
wyraziście, jakby każdy z nich był otulony jakimś produktem. — Cieszę się, że
zastałem cię przed lunchem. Mogę usiąść? — Nie czekając na jej odpowiedź, opadł
na krzesło, które wcześniej zajmował Cross. Odchylił się, szeroko rozstawiając
nogi. Spojrzał na nią z błyskiem rozbawienia, a jego uśmiech był zdecydowanie
zbyt obleśny jak na jej gust. — Muszę przyznać — zanucił, a jego orzechowe oczy
powędrowały na jej dekolt — wyglądasz olśniewająco w tej bluzeczce, Granger. A
ten rumieniec — to dla mnie?
Hermiona szybko zasłoniła się dłonią.
— Czego chcesz, Cormac?
Czekając, spojrzał jej w oczy.
— Proszę, proszę, Granger — powiedział — trochę
grzeczniej.
— Jestem teraz trochę zajęta — warknęła przez
zaciśnięte zęby.
— Ale jest pora lunchu — kontynuował i wzruszył
ramionami. — Chciałbym pójść z tobą coś zjeść.
— Cóż, dziękuję, ale nie.
Zaśmiał się tylko.
— Och, Granger. Zawsze zgrywasz niedostępną.
Zarezerwowałem dla nas stolik w uroczej, małej restauracji na Pokątnej. Nie
ociągaj się.
— To bezczelne z twojej strony — prychnęła. — Nie
idę.
— Oczywiście, że idziesz — powiedział lekkim
tonem. Wstając z krzesła, wygładził spodnie i podszedł do jej biurka. W jego
krokach słychać było arogancję, pewność siebie, jakby wiedział coś, czego ona
nie wiedziała. Oparłszy dłonie po obu stronach biurka, nachylił się bliżej, a w
jego oczach zabłysło coś dziwnego. — Daj spokój, Granger. Jak długo będziemy
się bawić w kotka i myszkę?
— Co proszę?
— wykrztusiła i zmarszczyła brwi, odsuwając krzesło daleko od niego, aby
gwałtownie wstać.
Oblizał wargi i uśmiechnął się krzywo.
— Oboje wiemy, że prędzej czy później wylądujesz
w moim łóżku, więc to wszystko tak naprawdę tylko na pokaz, ale jestem
dżentelmenem. — Wyprostował się i powoli zmierzył ją wzrokiem. — Pozwolę ci
udawać, ale wiesz, gdzie twoje miejsce.
Hermionie opadła szczęka. Spoglądając na swoją
torebkę z koralikami leżącą na podłodze obok krzesła, na którym przed chwilą
siedział Cormac, przeklęła się w duchu za to, że nie ma przy sobie różdżki.
Zazwyczaj kiedy pracowała, spoczywała we włosach, ale dziś rano nawet nie
wyjęła jej z torebki. Nie była szczególnie utalentowana w magii werbalnej — w
sumie w ogóle — i choć umiała wyprowadzić cios, nie była pewna, czy ma szansę z
wieloletnim graczem Quidditcha. Dzieliło ich tylko biurko, ale nie miała dojścia
do drzwi.
— Cormac — zaczęła spokojnie. — Nie pójdę z tobą
na lunch, nie będę chodzić z tobą na randki i na pewno nie będę z tobą spała.
Uśmiechnął się szeroko.
— Kto mówił cokolwiek o spaniu?
Hermiona przewróciła oczami.
— Nie będę z tobą, w żadnym wypadku! Już przez to
przechodziliśmy, lata temu. Nie byłam zainteresowana wtedy i nie jestem
zainteresowana teraz.
Ale Cormac tylko prychnął i pokręcił głową.
— Jesteś zdezorientowana, Granger. Nie wiesz,
czego chcesz.
To rozbawiło Hermionę, aczkolwiek bez radości i
gniewu.
— Wiesz co? Może i nie wiem. Ale wiem, czego nie chcę. Nie chcę ciebie.
Zmiana w powietrzu dowodziła, że nie chciał, a
może nawet nie spodziewał się tego usłyszeć. Jego spojrzenie lekko się
zmieniło, a uśmieszek przekształcił w wąską kreskę. Ciało napięło się, mięśnie
pod koszulą poruszyły.
— Wiesz — zaczął z udawaną łagodnością — to dość
męczące, gdy kobiety udają, że nie chcą tego, czego ewidentnie chcą. Wiem to od
szkoły, Granger. Nie oszukasz mnie.
Miała ochotę się śmiać, płakać, krzyczeć i
wrzeszczeć jednocześnie. Przeczesując włosy dłońmi, cofnęła się do ściany.
— Co jest z tobą nie tak, Cormac? Zostaw mnie w
spokoju!
— Nie! — warknął i wyprostował się, a jego dotychczas
miła twarz spochmurniała. — Czas przestać zachowywać się jak nastolatka,
Granger. Trzeba dorosnąć! Oboje tego
chcemy, a ja mam dość czekania, aż się opamiętasz!
— Jesteś chory!
— warknęła Hermiona i spiorunowała go wzrokiem. — A teraz wypierdalaj z mojego gabinetu, zanim rzucę na ciebie urok i
przeniosę cię w następne stulecie!
Nie miała różdżki, nie, ale nie musiał o tym
wiedzieć.
Cormac westchnął tylko ze zmęczenia.
— Granger, uspokój się. Porozmawiajmy o tym przy
lunchu…
— Głupi jesteś, czy co? — prychnęła, krzyżując
ramiona na piersi. — Powiedziałam nie!
Ile razy mam to jeszcze powtarzać, zanim to dotrze do twojej tępej głowy?
— Wiem, że tak nie myślisz i ty też jesteś tego
świadoma — zadrwił i machnął ręką. — Po prostu bierz ten cholerny płaszcz i
chodźmy.
To znowu rozbawiło Hermionę.
— Naprawdę masz urojenia. Nigdzie z tobą nie
pójdę.
Zacisnął szczękę.
— Zaczyna mi brakować cierpliwości, Granger.
— Mi też — warknęła. — Wynoś się!
— Nie zmuszaj mnie, żebym cię ze sobą ciągnął! —
wycedził.
Nigdy nie widziała go tak wściekłego.
To było do niego niepodobne. Owszem widywała jego
wybuchy złości, gdy przegrywał mecz Quidditcha, jak wtedy, gdy roztrzaskał
miotłę, bo wpuścił kafla, ale nigdy nie widziała tego z takiego bliska. W jego
oczach malowała się dzikość.
— Zdaje się, że panna Granger powiedziała nie.
Jego przeciągły głos wydał się Hermionie lodowatą
ulgą i z trudem wypuściła powietrze. Draco Malfoy wszedł do gabinetu z gracją,
na jaką stać tylko Ślizgona. Eleganckimi dłońmi poprawiał spinki do mankietów,
a lodowaty wzrok utkwił w Cormacu.
— To nie twoja sprawa, Malfoy — warknął Cormac i
zerknął na niego z wściekłością w oczach.
Draco wzruszył ramionami, westchnął, a jego
szczęka zacisnęła się. Różdżkę miał schowaną w kaburze pod prawym ramieniem, a
wzrok śmiertelnie skupiony.
— Powinieneś stąd wyjść, McLaggen. Natychmiast.
Twarz Cormaca wykrzywiła się w zadowolonym
uśmiechu i zwrócił się do Draco.
— Naprawdę, Fretko?
Hermiona z trudem przełknęła ślinę, jej serce
zabiło mocniej, gdy zobaczyła zmianę w oczach Draco. W szkole Cormac był od
niego znacznie większy — silniejszy i szerszy — ale teraz niewiele fizycznie
ich dzieliło. Może Cormac był nieco masywniejszy, ale Draco był wyższy i miał w
spojrzeniu coś niebezpiecznego, coś bezlitosnego, czarnego, coś, czego Cormac
nigdy nie będzie mógł posiąść.
— Nie będę prosił drugi raz — rzekł Draco
spokojnie, ale jego słowa brzmiały cierpko, ostro i mrocznie. — Wyjdź teraz,
albo będę musiał cię wyprowadzić z budynku.
Cormac oparł ręce na biodrach.
— Jak ci się podoba wolność, Śmierciożerco?
Wiesz, mój wujek Tyberiusz mówi, że Wizengamot pracuje nad sposobem na
unieważnienie decyzji Ministra Magii. To nieodpowiedzialne wpuszczać
czarnoksiężnika do DPPC.
Draco nie wydawał się tym przejęty. Wskazał tylko
na drzwi.
— Dalej, McLaggen. Wynoś się.
— Wiesz, może po prostu się odczepisz? — Cormac
prychnął i oparł się o biurko Hermiony. — To sprawa między mną a Granger.
Ciebie to nie dotyczy.
W oczach Draco błysnął gniew, zanim, szybki jak
żmija, wyciągnął różdżkę i wycelował nią w Cormaca.
— Granger
powiedziała nie — rzekł, a jego głos
wciąż brzmiał spokojnie. — Wiele razy, zdaje się. Wielokrotnie. Wygląda na to,
że jesteś po prostu zbyt tępy, żeby zrozumieć znaczenie tego słowa.
Serce Hermiony zabiło mocniej, gdy Cormac
uśmiechnął się szyderczo i zapytał:
— Zazdrościsz mi czegoś, co Granger uważa za
ekscytujące, prawda, Malfoy?
Sama bezczelność tego stwierdzenia sprawiła, że
Hermionie opadła szczęka. Ten mężczyzna ewidentnie miał urojenia.
Coś mrocznego zamigotało w oczach Draco, gdy
podszedł bliżej.
— Próbowałem być miły. Próbowałem być uprzejmy. A
teraz, wypierdalaj stąd, zanim stracę panowanie nad sobą.
Cormac zesztywniał. Zrobił ruch, żeby wyciągnąć
różdżkę, ale Draco był jak cień i w jednej chwili stanął przed nim, wbijając mu
koniec różdżki w gardło.
— Nawet się, kurwa, nie waż, ty nieistotny gnoju
— warknął. — Jeśli jeszcze raz zbliżysz się do Hermiony Granger, jeśli jeszcze
raz okażesz jej brak szacunku, wykończę cię. Rozumiesz?
— To cholernie odważne z twojej strony, że
grozisz mi, kiedy twoja wolność wisi na włosku, Śmierciożerco — powiedział
Cormac, ale jego głos drżał.
Draco prychnął szyderczo i wbił czubek różdżki
głębiej w gardło Cormaca. Jeszcze głębiej, może by go zranić.
— Wiesz, jakie procedury obowiązują, gdy Auror
jest zagrożony w departamencie? Mamy więcej swobód, niż ci się wydaje, a twój
drogi wujek Tyberiusz na nic się nie przyda. Mógłbym cię oskalpować szybciej,
niż mrugniesz; mógłbym przeciąć ci tętnice i wykrwawić cię od środka, nawet nie
przebijając skóry; mógłbym wejść do twojego umysłu i dowiedzieć się o tobie
wszystkiego, zanim zdążyłbyś zaczerpnąć powietrza. Jeśli nie ciekawi cię, za
jakie inne okropne klątwy nie dostanę żadnej, cholernej reprymendy, powinieneś wyjść, zanim będzie za późno i
stracę cierpliwość. — Kiedy Cormac się nie poruszył, Draco wbił różdżkę w
miękkie miejsce pod jego brodą, wywołując zdławiony jęk. — Granger może i jest
miła, ale ja nie. Tik-tak, McLaggen.
Cormac przełknął ślinę, po czym, obrzuciwszy ją
ostatnim spojrzeniem, prychnął i ruszył w stronę drzwi, masując dłonią miejsce,
gdzie różdżka Draco miała zostawić paskudnego siniaka, a pod skórą już widać
było pęknięte naczynka krwionośne. Nie odwrócił się już, żeby na nich spojrzeć,
zanim trzasnął drzwiami, po czym wyszedł, zostawiając za sobą ogłuszającą
ciszę.
Hermiona poczuła falę dziwnego lęku i ulgi, gdy
chwyciła się za serce i oparła o biurko.
Draco zacisnął szczękę i schował różdżkę do
kabury.
— Nic ci nie jest?
Hermiona przełknęła ślinę i skinęła głową, a jej
serce biło szybko.
— Czego on chciał?
Draco wkrótce znalazł się przy niej, delikatnie
głaszcząc po plecach.
Zamknęła oczy i pozwoliła, by ciepło jego dotyku
w nią wniknęło. Nie upokorzy jej. Nie upokorzy. Pokręciła głową i wyprostowała
się.
— Chciał zabrać mnie na lunch, ale odmówiłam. Nie
żeby go to obchodziło.
Miał surową twarz, zimne oczy, zacisnął szczękę.
— Powinienem był rozwalić mu te cholerne zęby.
Hermiona westchnęła i ponownie pokręciła głową,
delikatnie muskając dłońmi jego klatkę piersiową.
— Proszę, nie marnuj na niego ani chwili.
Położył dłonie na jej biodrach.
— To rozpieszczony bachor. Ktoś powinien pokazać
mu, gdzie jego miejsce.
Hermiona uśmiechnęła się blado i spojrzała na
niego.
— Swój pozna swego.
Zmrużył oczy.
— Tak, ale mnie naprostowano. — Odgarnął kosmyk
włosów z jej twarzy, jego dotyk był jak impuls elektryczny. — Zapłaci za to
następnym razem, kiedy będzie cię dręczył. Obiecuję.
Przygryzła wargę i szukała w jego oczach prawdy,
czegoś, co przekona ją o jego dobroci.
— Draco — mruknęła ostrożnie, zerkając na drzwi.
— Mówisz serio?
Zmarszczył brwi i podszedł bliżej, blokując ją
między sobą a biurkiem.
— Że zrobię mu krzywdę, jeśli jeszcze raz na
ciebie spojrzy? Och, mówię serio, kochanie. Założę się na twój śliczny tyłek,
że tak.
Przełknęła ślinę, czując ucisk w żołądku, gdy
zapach cytrusów i cedru wdarł się do jej zmysłów.
— Dziękuję, że przyszedłeś na ratunek —
wyszeptała, powoli przesuwając dłońmi po jego klatce piersiowej. — Nie wiem,
dlaczego nie miałam przy sobie różdżki. To do mnie zupełnie niepodobne.
— Zawsze powinnaś nosić ją przy sobie — mruknął.
— Ja zawsze mam swoją. — Pochylił się i jego usta delikatnie musnęły jej usta.
— Jesteś pewna, że wszystko w porządku, kochanie?
Zacisnęła zęby i skinęła głową.
— Tak.
Zanucił i pocałował ją delikatnie, a Hermiona się
rozpłynęła. Jego usta były takie ciepłe, tak troskliwe, a ona pozwoliła dłoniom
delikatnie zacisnąć dłonie na jego koszuli. Muśnięcie jego języka o spojenie
jej ust było ostrożne, niepewne i powitała do lekkim rozchyleniem warg. Draco
przesunął dłoń po jej szyi, obejmując głowę, pogłębiając pocałunek. Smakował
świeżą miętą z nutą kawy i Hermiona cicho jęknęła.
Pocałunek był powolny, niespieszny, ale nie mniej
ujmujący niż jego inne pocałunki. Torował drogę wszystkim fantazjom o wspólnej
przyszłości, które kiełkowały w jej umyśle, nabierając rozpędu.
Było miło. Całowanie go w ten sposób było
przyjemne. Na tyle odurzające, by być ekscytujące, ale nie nieznośne. Mogła go
smakować bez końca i była pewna, że Draco był nie tylko najlepszym kochankiem
jakiego miała, ale także najlepiej całował.
— Chcesz, żebym został? — wymamrotał, gdy jego
usta w końcu oderwały się od jej; jego ciało było ciepłe, a dłoń masowała jej
kark.
— Nie — powiedziała i powoli się odsunęła. — Idź
na lunch.
— W takim razie zjedz ze mną.
Cofnął się, a na jego świeżo całowanych ustach
pojawił się krzywy, lecz pełen nadziei uśmiech.
Hermiona przełknęła ślinę.
— A co z resztą? — zapytała. — Czy oni… nie
domyślą się?
Draco uniósł brew.
— Jesteśmy kolegami z pracy, którzy zjedzą razem
lunch. Po za tym, dziś po południu mamy trening pojedynków. Czego mieliby się
domyślić?
Zacisnęła dłonie, czując, jak pieką ją policzki.
Wycofał się i westchnął.
— Nie musimy, kochanie.
— W porządku — powiedziała. — Właściwie… jestem
bardzo głodna.
Uśmiechnął się czarującym uśmiechem, który nadał
mu wygląd tak rozbrajająco przystojnego.
— No dalej, Granger. Chodźmy.
Próbowała nieco zniwelować rumieniec na
policzkach, poświęcając więcej czasu niż zwykle na układanie włosów różdżką,
zanim chwyciła płaszcz i poszła za Draco do windy. Zadawał jej pytania
dotyczące sprawy, śledztwa Scotland Yardu i Hermionę uderzył jego zupełnie
swobodny ton, jakby wcale nie całowali się w jej gabinecie chwilę temu.
Uświadomiła sobie wtedy, że prawdopodobnie przyzwyczaił się do tego, że po
takiej intymności nie traci rezonu, opanowania, pozorów normalności. Nie
powinno jej to dziwić, skoro potrafił w mgnieniu oka zmienić się z wściekłej
bestii w opanowanego dżentelmena, gdy uprawiali seks.
Może to po prostu jego talent.
Hermiona nie posiadała tego talentu, a stało się
to jeszcze bardziej oczywiste, gdy spotkali Harry’ego w kawiarni. Spojrzał na
nich, marszcząc czoło, a w jego zielonych oczach błyszczało coś, co wyglądało
na zawstydzenie i ciekawość; och, z pewnością wiedział, co robili, ale nic nie
powiedział. Zamiast tego, on i Draco omawiali razem jakąś sprawę. Ich rozmowa
pozwoliła jej się zrelaksować, odetchnąć, a jej puls powoli wrócił do
normalnego rytmu.
~*~*~*~*~*~*~*~
Sala treningowa była pusta, poza ich dwójką.
Hermiona zdjęła marynarkę, żeby zostać w bluzce, i celowo założyła spodnie z
powodu popołudniowych zajęć.
Pod jedną ze ścian stały manekiny treningowe,
niektóre przymocowane do szyn, co pozwalało im poruszać się za pomocą prostego
zaklęcia. Po drugiej stronie znajdowała się duża, przeszklona gablota
wypełniona różnego rodzaju bronią. Hermionę zawsze bawił widok
charakterystycznego, mugolskiego ekwipunku, ale cieszyła ją też świadomość, że
nawet czarodzieje byli na tyle sprytni, by wiedzieć, że magia nie zawsze jest
rozwiązaniem.
Draco zdjął marynarkę i poruszył ramionami, wyciągając
różdżkę z kabury.
— Chciałbym zacząć od tego, żebyś pokazała mi, co
potrafisz — powiedział i spojrzał na nią. — To pomoże mi zorientować się, co
wymaga poprawy.
Zacisnęła dłonie, zanim wyciągnęła różdżkę z koka
we włosach.
— W porządku.
— Nie martw się, kochanie — mruknął z
uśmieszkiem. — Nie zrobię ci krzywdy. No, chyba że zechcesz.
Na to Hermiona przewróciła oczami. Już raz
pojedynkowała się z Draco, a on nie był wtedy zbyt delikatny. Ale nie była
zupełną nowicjuszką; walczyła na wojnie, była w Gwardii Dumbledore’a —
wiedziała co nieco o pojedynkach.
Zajmując pozycję, uniosła różdżkę.
— Gotowa.
Draco tylko na nią spojrzał, nie unosząc różdżki.
Zamiast tego splótł ręce za plecami.
— Dobrze. Zaczynajmy. Spróbuj mnie trafić.
Zmarszczyła brwi, czując irytację na skórze. Czy
on ją prowokuje? Czy celowo próbuje z niej zadrwić? Czemu nie wyciągnął
różdżki? Prychnęła i rzuciła zaklęcie paraliżujące, ale po prostu usunął się z
drogi. To był tak bezwysiłkowy unik, że Hermiona myślała, że chybiła, ale nie.
Rzuciła go prosto w niego i trafiłaby, gdyby się nie zrobił kroku w bok.
— Jeszcze raz — zawołał, a Hermiona zacisnęła
zęby.
— Drętwota!
— warknęła i posłała kolejne zaklęcie, ale on ponownie się odsunął.
— Wzmocnij intencję, przyspiesz rzucanie —
polecił.
Zmarszczyła brwi i posłała w jego stronę kolejne
dwa zaklęcia, dodając im mocy. Draco uniknął ich obu.
— Nie chodzi o to, jak to wymawiasz — stwierdził
— ale o to, jak wymuszasz magię na swoim ciele.
— Co masz na myśli?
— prychnęła i spróbowała ponownie.
To zaklęcie zupełnie chybiło celu i zamiast tego
odepchnęło jednego z manekinów, a Draco się cicho zaśmiał. Boże, chciała tylko
zetrzeć ten uśmieszek z jego przystojnej, cholernej twarzy.
— Poczuj, jak magia przez ciebie przepływa —
poinstruował. — Magia płynie i musisz być w zgodzie z tym przepływem w sobie,
by zmusić ją do jeszcze szybszego działania.
Zirytowana Hermiona włożyła więcej siły w rękę, w
której trzymała różdżkę, ale bezskutecznie. Wręcz przeciwnie, robiła się coraz
bardziej niedbała, a jej dłoń coraz bardziej zmęczona.
— Nie chodzi o sylwetkę, Granger — powiedział. —
Chodzi o technikę.
Z tymi słowami wyciągnął lewą rękę, trzymając
różdżkę w luźnym uścisku. Obrócił ją szybkim i precyzyjnym ruchem, a Hermiona
upadła na tyłek, zanim zdążyła się zorientować, co się dzieje.
Jęknęła i zobaczyła, jak czarne pnącza powoli
znikają w podłodze, skąd wyrosły. Draco podszedł do niej, cmokając z
dezaprobatą.
— To błąd, że rzucasz zaklęcia siłą fizyczną —
mruknął i wyciągnął rękę, by pomóc jej wstać. Irytowało ją, z jaką łatwością
postawił ją na nogi. — Zmęczysz się tym. Znacznie lepiej skupić energię na
kierowaniu magią. Wyobraź sobie to jako bicz.
Zadowolenie na jego twarzy i błysk w oczach były
irytujące, ale Hermiona nie mogła powstrzymać uśmiechu. Nie mogła też
powstrzymać rumieńców na policzkach.
— Drażnisz się, czy naprawdę próbujesz coś
udowodnić? — zapytała i podwinęła rękawy.
Uniósł brew, obserwując ją, wyprostował mankiety
i zachichotał.
— Pomijając aluzję, mówię serio. Chcesz zachować jak najwięcej energii podczas rzucania
zaklęć, żeby mogła się kumulować w drodze do celu. Tam właśnie chcesz ją
wyrzucić. Czarodzieje eksplorujący marnują jej mnóstwo od samego początku i
szybko się męczą.
Hermiona zanuciła, unosząc brodę i obserwując go;
od dawna wiedziała, że jest dość biegły w magii, ale nigdy wcześniej nie
słyszała, żeby mówił w taki sposób. To była filozofia, a może nawet odrobina
nauki.
— Czy chciałby mnie pan czegoś jeszcze nauczyć,
profesorze?
Uśmiech Draco stał się groźny i opuścił brodę;
gdy patrzył na nią przenikliwym wzrokiem, była pewna, że żartuje.
— Wiele rzeczy, panno Granger, ale na razie
skupmy się na pojedynku.
Dreszcz przebiegł jej po plecach na dźwięk zmiany
tonu jego głosu i zadrżała. Nie mogła zaprzeczyć istnieniu w jej głowie
niezwykle silnej fantazji o uczennicy i profesorze. Przygryzła wargę i
spojrzała na niego spod rzęs.
— Proszę nie być dla mnie zbyt surowym, proszę
pana.
Jego źrenice się rozszerzyły.
— Uważaj, Granger. Nie chciałbym dać ci szlabanu.
Coś podniecającego poruszyło się w jej żołądku.
— Postaram się nie rozrabiać.
Jego uśmiech stał się wilczy.
— Och, postaraj się.
Teraz Hermiona uśmiechnęła się ironicznie.
~*~*~*~*~*~*~*~
— Więc, dom był ładny? — Ginny wyciągnęła kremowe szaty i przyłożyła je do twarzy w
lustrze. — Trochę się zlewa z moją twarzą, prawda?
— Nie, twoja cera jest nieskazitelna, ale czy nie
byłoby dziwnie założyć coś tak jasnego na ślub? — Hermiona przechyliła głowę i
zmarszczyła brwi. Wzdychając, wyciągnęła niebieską sukienkę. — Tak, dom był
bardzo ładny.
— I odmówiłaś, bo…? — Ginny odłożyła szaty i
wyciągnęła ohydny, zielony strój. — Mmm,
zimowe wymiociny, moje ulubione!
Hermiona zachichotała, a potem prychnęła.
— To po prostu… dziwne. Nie jesteśmy razem aż tak
długo… nie, wróć, nie jesteśmy razem! Nie
spotykamy się tak długo, a dlaczego miałabym chcieć być jego lokatorką,
skoro za jakiś czas to zakończy, by się ożenić i założyć rodzinę z jakąś
śliczną czarownicą czystej krwi?
— Cóż, gdyby to się kiedykolwiek zdarzyło,
mogłabyś się po prostu wyprowadzić.
Ginny wzruszyła ramionami i odwiesiła
pastelowo-zieloną sukienkę.
— Ale Ginny, ten dom… To dom moich marzeń! —
krzyknęła Hermiona. — Ma okiennice, piękny ogród, polerowane, drewniane podłogi
i przepiękny salon. Jest w Hampstead!
Dorastałam w Hampstead! I Gin, powiedział mi, że tam jest biblioteka! —
Przycisnęła niebieską sukienkę do piersi, mocno zamykając oczy. — Nie wiem, czy
zniosłabym wyprowadzkę z tego domu, więc równie dobrze mogę się do niego nie wprowadzać.
Ginny prychnęła i bezradnie spojrzała na wieszak.
— Dlaczego śluby muszą być takie sztywne i
formalne? Nienawidzę tych wielkich szat! — Westchnęła i spojrzała na Hermionę.
— Dobra, dobra, nie wprowadzaj się do tego domu. Zapomnij, że ci kiedykolwiek
to zaproponował. Mieszkaj dalej w tym obskurnym, starym mieszkaniu, gdzie
ciepła woda nie działa przez połowę czasu.
— W moim mieszkaniu jest wszystko w porządku z
ciepłą wodą! — zastrzegła Hermiona.
Ginny uniosła brew.
— Z wyjątkiem zeszłego kwietnia, kiedy przez dwa
tygodnie musiałaś korzystać z naszego prysznica, bo zepsuł się termostat w
budynku.
— To było raz.
— No tak, ale nie zapominaj o grudniu zeszłego
roku, kiedy kaloryfery przestały działać i musiałaś rzucać ciągłe zaklęcia
grzewcze, żeby nie zamarznąć.
— Kaloryfery były stare i właściciel je naprawił.
— Tak, trzy
tygodnie później, po tym, jak zagroziłaś, że doniesiesz na niego władzom o
zaniedbanie.
Hermiona przewróciła oczami.
— Potem nawet ten drań podniósł czynsz!
— Tak, cóż… — Hermiona szukała słów, powodów, dla
których miałaby zatrzymać swoje stare, zniszczone i skandalicznie drogie
mieszkanie, ale nie znalazła ich. — Nie chcę żyć na łasce cholernego Draco
Malfoya!
— Nie, nie — powiedziała Ginny i uniosła dłonie.
— Rozumiem. Nie chodzi o totalną wymianę władzy, rozumiem. Tylko o odrobinę
zwykłej dominacji.
Oczy Hermiony się rozszerzyły.
— Ginevro!
Ginny parsknęła śmiechem, a jej ramiona zatrzęsły
się ze śmiechu.
— Ciszej, do cholery! — syknęła.
— Nikogo tu nie ma — prychnęła Ginny. — Poza tym,
te stare nietoperzyce w korytarzu i tak nie wiedzą, o czym mówimy.
Hermiona zmarszczyła brwi i ze złością
przeglądała ubrania.
— Nie mam pojęcia, co na siebie włożyć na to
cholerstwo. Nie mogę założyć czerni, bieli, czerwieni — jedyne kolory, jakie mi
zostały, to odcienie niebieskiego, zieleni i żółci. Czemu postanowili brać ślub
w Boże Narodzenie?
— Fioletowa?
Ginny wyciągnęła fioletową suknię, która
wyglądała na pochodzącą z dziewiętnastego wieku.
Hermiona zmarszczyła brwi i pokręciła głową.
— Nie, dziękuję.
— Zawsze możesz założyć ślizgońską zieleń —
zażartowała, poruszając brwiami. — Ze srebrną biżuterią. Zrób z tego coś
wyjątkowego.
Hermiona przewróciła oczami.
— Czyż nie byłoby idealnie? — prychnęła. —
Przyprowadzę ze sobą samego Księcia Slytherinu jako osobę towarzyszącą, żeby to
jakoś wypomnieć. Tak, to byłoby absolutnie idealne. — Wzdychając, patrząc na
brzoskwiniową sukienkę, wzruszyła ramionami i kontynuowała: — Ale byłoby
satysfakcjonującego zobaczyć minę Vanessy, gdybym pojawiła się z Draco
Malfoyem.
— Wiesz — zaczęła Ginny — w głębi duszy naprawdę
ci współczuję. Jesteś nie tylko Hermioną
Granger, ale także byłą Rona i
spoufalasz się z najbogatszym mężczyzną w kraju. — Zachichotała z żalem. —
Kocham mojego brata, ale bądźmy szczerzy, ty złapałaś lepszą rybkę.
— Chodzi ci o to, że pieprze lepszą rybę —
mruknęła Hermiona. — Nie złapałam go, nigdy mi się nie uda, i muszę znaleźć w
sobie siłę oraz determinację, by walczyć z myślami. Co powiesz na tą?
— Lilowy to nie twój kolor. Wyglądasz w nim
blado. Czemu nie zdecydujesz się na barwinek, jak na Balu Bożonarodzeniowym? I
naprawdę myślę, że wykluczasz możliwy zwrot akcji, Miona. Przecież zaoferował
ci cholerny dom. Dlaczego miałby to robić, gdyby nie miał poważnych zamiarów?
Hermiona prychnęła.
— By zdobyć przewagę? Pragnie kontroli, która
przewyższa nawet moją? Genialny plan, by mnie pozbawić domu, kiedy już ze mną
skończy?
— Wow — Ginny prychnęła. — Skoro jesteś tak mu
oddana, to rzeczywiście przedstawiasz go w dość ponurym świetle. Nie zrozum
mnie źle, jestem jak najbardziej za krytykowaniem fretki, ale jeśli tak o nim
myślisz, zaczynam wątpić w twoją ocenę sytuacji, Hermiono.
— Cóż, sama zaczynam mieć wątpliwości — mruknęła.
— Skąd mam wiedzieć, że to nie jest jego misterny plan, by mnie upokorzyć? To
byłoby mega ślizgońskie z jego
strony, by mnie w sobie rozkochać, tylko po to, żeby złamać mi serce w najmniej
odpowiednim momencie. Może chce mnie złamać tak doszczętnie, że już nigdy nie
będę sobą.
Ginny zamrugała, zaciskając usta w cienką linię.
Wzdychając, odwiesiła sukienkę, którą oglądała.
— Hermiono. — Chwyciła ją za ramiona. — To nie
ty. To twoje demony. Rozmawialiśmy o tym, prawda? Świat nie zwraca się
przeciwko tobie. Nie ma żadnego spisku, który musisz obalić. — Westchnęła
głęboko i ją przytuliła. — Rozumiem, trudno ci mu zaufać, a kiedy już mu
zaufasz, kwestionujesz swoją decyzję. Ale nie ma planu wielkiej zemsty. Po co
Malfoy miałby się tym wszystkim przejmować, tylko po co, by cię złamać? Nie
zrobiliby tego. Jest na to zbyt leniwy i arogancki. Gdyby cię nie chciał, nie
poszedłby na ciebie; ma mnóstwo kobiet do wyboru, ale wiesz co? Wybrał ciebie.
Hermiona poczuła palenie w piersi niczym kwas.
Odwzajemniła uścisk Ginny i wyszeptała:
— Nawet jeśli tak, to nie na całe życie. A kiedy
odejdzie, znów zostanę sama. Nie wiem, czy sobie poradzę, Gin.
Ginny westchnęła głęboko i zacisnęła uścisk.
— Dasz radę.
Nie, pomyślała Hermiona, nie dam rady. Zatonę.
W tym właśnie momencie, zabrzmiał dźwięk jej
telefonu komórkowego w torebce. Wyciągając różdżkę z włosów, wymamrotała
zaklęcie przywołujące i urządzenie poleciało prosto w jej dłoń. Miała jedną
nieprzeczytaną wiadomość.
Jesteś
dostępna? — DM
Przygryzając wargę i starając się zignorować
gulę, która tworzyła się w jej żołądku, wrzuciła telefon z powrotem do torebki.
To był jej cholerny problem, prawda? Była za
bardzo dostępna, a on nie był wystarczająco dostępny.
~*~*~*~*~*~*~*~
Kiedy tego wieczoru, po lekkiej kolacji z Harrym
i Ginny, przeszła przez kominek, stanęła w pustym salonie. Od czasu krótkiej
wizyty w domu w Hampstead czuła nicość w sercu. Nicość, o której wiedziała, że
zawsze tam była, ale teraz czuła ją bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Rodzice zawsze powtarzali jej, że dom jest tam, gdzie serce, gdzie go sami
tworzymy, ale kiedy Hermiona weszła do środka posiadłości, poczuła się jak w domu. Przypomniał jej się dom z
dzieciństwa, niósł to samo poczucie bezpieczeństwa i komfortu, co nie miało
sensu, bo należał do Malfoyów. Ale
rzeczywiście czuła się jak u siebie, wypełniała tę pustkę i było aż nazbyt
oczywiste, że tej części boleśnie brakowało, stojąc w salonie swojego
zrujnowanego mieszkania.
Zrobiła wszystko, co w jej mocy, żeby poczuć tu
to samo ciepło. Ona i Ron mieli właśnie wprowadzić się razem do mieszkania na
Pokątnej, gdy z nią zerwał. Wprowadził się tam, podczas gdy ona znalazła sobie
coś innego. Teraz żył w ich
mieszkaniu z Vanessą. Hermiona kochała to mieszkanie, kochała wszystkie te
dziwne kąty i krzywe ściany; zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia — a
mimo to, wciąż miał potencjał, by stać się domem.
Wynajęła to mieszkanie, bo było pierwsze, jakie
udało jej się znaleźć po trzech miesiącach mieszkania z Harrym i Ginny.
Bardziej sensowne było, żeby Ron wprowadził się na Pokątną, skoro pracował w
Magicznych Dowcipach Weasleyów. Hermiona pracowała w Ministerstwie, więc wygodniej
byłoby jej mieszkać w mugolskim Londynie. Znała też mugolski świat w sposób, w
jaki Ron nigdy nie będzie go znał.
Rzeczywiście, istniały lepsze lokale do
wynajęcia, ale były zbyt drogie. Hermiona nie miała wysokiej pensji, za którą
mogłaby żyć, ani żadnych oszczędności; zrzekła się hojnego funduszu
powierniczego, który założyli dla niej rodzice, kiedy wyruszyła na wojnę, i
oddała go rodzicom, gdy wyjechali do Australii. Nie czuła się w porządku,
biorąc od nich cokolwiek więcej, skoro zabrała już wszystko.
Więc wzięła pierwsze mieszkanie, na jakie ją było
stać, i nie zdziwiła się, widząc, że jest w opłakanym stanie, w obskurnej
okolicy.
Opłakiwała stratę swojego poprzedniego kąta,
tego, którego tak naprawdę nigdy nie poznała, ale zrobiła wszystko, co w jej
mocy, by uczynić z tego miejsca swój nowy dom i udało jej się. Pomimo
podupadłego stanu całego budynku, podobała jej się nudna atmosfera, dziwni
sąsiedzi, niedoskonała aranżacja i poczucie nieustraszonej obietnicy; z drugiej
strony, to właśnie tych rzeczy w tym miejscu nienawidziła.
Pochodząc z mugolskiej rodziny, Hermiona zawsze
żyła pomiędzy światami. Nigdy nie czuła się jak w domu w świecie mugoli, ani
tak naprawdę w świecie czarodziejów. Ale dom w Hampstead był jak dom, tętniący
magią i potencjałem, witający ją z otwartymi ramionami, jakby to było jej
miejsce.
Westchnęła i podeszła do Krzywołapa siedzącego na
parapecie. Wpatrywał się w noc, wypatrując gołębi na dachu po drugiej stronie
ulicy. Podrapała go za uszami i oparła ramię o okno.
— Założę się, że chciałbyś mieć ogród, nad którym
mógłbyś panować mruknęła, a kot zamachał ogonem. — Mógłbyś wypatrywać
ptaków w krzakach, gonić myszy po trawniku, leżeć w trawie i wygrzewać się na
słońcu.
Krzywołap oblizał nos, wpatrując się w coś, czego
Hermiona nie mogła dostrzec.
Znów westchnęła.
— Chciałabyś usiąść obok mnie, kiedy będę
planować ogród? Może pobawiłbyś się ziemią. Albo, gdyby Draco tu był, mógłbyś
leżeć zwinięty na jego kolanach, podczas gdy on czytałby książkę.
Kot odwrócił głowę w jej stronę i powoli
zamrugał.
Uśmiechnęła się.
— Wiem. To byłoby idealne, prawda? Lubisz go,
prawda?
Zmieniając pozycję, Krzywołap ponownie oblizał
nos.
— Nie dziwię się, że jest kociarzem — powiedziała
i pogłaskała kota po grzbiecie. — A ty go lubisz, więc naprawdę nie powinien
być złym człowiekiem, prawda? Chroniłbyś mnie przed złymi ludźmi?
Krzywołap cicho miauknął.
Hermiona przełknęła ślinę i skinęła głową.
— Oczywiście, że tak. Nie powinnam była wątpić w
twoją ocenę sytuacji. Przepraszam.
Opuszczając ramiona, odwróciła się do torebki
rzuconej na fotel. Wyciągnęła różdżkę i ponownie przywołała telefon. Kiedy
wylądował w jej dłoni, wróciła do wiadomości, którą dostała od Draco.
Jesteś
dostępna? — DM
Zagryzając wargę, napisała odpowiedź.
Już
jestem. Przepraszam, że nie odpisałam wcześniej, byłam na kolacji u Harry’ego.
— HG
Skubiąc wewnętrzną stronę policzka, oparła się o
okno i wpatrywała w ciemność. Dlaczego akurat Draco Malfoy? Dlaczego to musiał
być on? Co takiego zrobiła, że zasłużyła na tak złą karmę?
Komórka zawibrowała, a ona była o wiele bardziej
niż powinna chętna do otwarcia nowej wiadomości.
Jesteś
sama w domu?
Tak.
Chciał do niej przyjść? Jej klatka piersiowa się
ścisnęła, żar buchnął w środku. Dłonie prawie drżały, gdy otrzymała kolejną
wiadomość.
Myślę o
tobie, o tym, co chcę ci zrobić. Posmakować cię. Wejść w ciebie.
Oddech Hermiony stał się nierówny, a jej policzki
pulsowały. Żar spływał z brzucha do lędźwi, pobudzając ją na dobre. Potem
przyszła kolejna wiadomość.
Chcę,
żebyś sięgnęła do majtek i dotknęła się.
Przygryzła wargę, sięgnęła do wnętrza dżinsów,
pod majtki i poczuła wilgoć między nogami. Powoli przeciągnęła palcami przez
delikatne wargi, wyobrażając sobie, że to jego ręka to robi.
Telefon znów zawibrował i przyszła następna
wiadomość.
Jesteś
mokra?
Jej palce drżały, gdy odpowiadała.
Tak,
panie.
Szybko odpisał.
Grzeczna
dziewczynka. Posmakuj siebie.
Przełknęła ślinę, czując zażenowanie palące ją w
twarz, gdy czytała jego polecenie. Zerkając na Krzywołapa, pospiesznie uciekła
spod jego badawczego wzroku do swojej sypialni, po czym rozpięła guzik i
rozporek dżinsów, i wsunęła rękę do środka. Boże, ociekała potem, i to dopiero
po kilku cholernych wiadomościach od niego! I dlaczego w ogóle wykonywała jego
polecenia? Przecież nie wiedziałby, gdyby tego nie rozbiła — ale chciała. Chciała wykonywać jego
polecenia, mimo że czuła się upokorzona.
Przyciągając wilgotne palce do ust, nabrała
powietrza, zanim powoli przesunęła nimi po ustach, a wilgoć otuliła jej skórę.
Jej język był niepewny, badawczy, muskając słony, cierpki połysk i westchnęła
głośno, wsuwając palce do ust. Robiła to dla niego i uwielbiała to.
Niemal zatracona w uczuci poddania się w
samotności, podskoczyła, gdy telefon znów zawibrował.
Smakuje
pysznie, prawda?
Tak, mój
panie.
A teraz
chcę, żebyś ułożyła się wygodnie i doprowadziła się do orgazmu.
Hermiona pozwoliła sobie tylko na chwilę
racjonalnej refleksji, zanim ściągnęła spodnie i położyła się na łóżku.
Rozsunęła nogi i powoli zaczęła się masturbować, trzymając dłoń w majtkach.
Zamknęła oczy i wyobraziła sobie Draco, który jest tam i patrzy na nią, gdy
wsuwa dłoń pod bawełnianą tkaninę. Wyobraziła sobie jego przenikliwe
spojrzenie, jego język powoli przesuwający się po jego ustach, gdy by ją obserwował.
Wyobraziła sobie jego złowrogi lecz czarujący
uśmieszek, gdyby obserwował, jak się wiła; wyglądał wyniośle w jej fantazji,
wysoki i pewny siebie, ubrany w elegancki, czarny garnitur. Patrzył na nią z
góry. Wyobraziła sobie, jak ją ocenia, uważając, że jest odrobinę zbyt
nieśmiała. Chciał, żeby szerzej rozstawiła nogi, pocierała się bardziej
agresywnie, więc tak zrobiła. Jego uśmieszek poszerzył się, gdy jęknęła, a
kiedy osiągnęła orgazm, był z niej dumny.
Opadła z żalem na materac, a serce waliło jej w
piersi. Była sama w pokoju, Draco tu nie było. Przełknęła ślinę i odwróciła się
do telefonu, który położyła na nocnej szafce. Nie wysłał jeszcze kolejnej
wiadomości i nie wiedziała, czy będzie oczekiwał, że mu powie, kiedy skończy.
Drżącymi rękami podniosła go i właśnie miała do niego napisać, gdy zawibrował,
a jej serce podskoczyło.
Doszłaś?
Tak,
panie. Myślałam o tobie.
Grzeczna
dziewczynka. Chcę, żebyś się zrelaksowała przez resztę wieczoru. Weź kąpiel,
zadbaj o siebie. Jeśli dowiem się, że pracowałaś, wiesz, co się stanie.
Zadrżała na samą myśl o groźbie, czując głuchy
łomot w głębi duszy, który nakazywał jej być nieposłuszną, choćby po to, by
obudzić jego zmysłowy gniew. Zanim jej umysł zdążył rozpłynąć się w fantazjach
o jego okrutnych karach, westchnęła i wstała. Wchodząc do łazienki,
przygotowała sobie gorącą kąpiel i starała się nie myśleć o niczym, leżąc tam,
pogrążona w porywającym pożądaniu. Kiepsko jej szło, bo jej umysł tonął w
obrazach dłoni Draco na jej gardle, warczenia w jej uchu, jego kutasa
wbijającego się w nią; cholera jasna, kiedy stała się tak seksualnie
zdesperowana? Kąpiel nie była relaksująca, nie ukoiła jej nerwów, więc wstała
sfrustrowana i osuszyła się, po czym włożyła piżamę. Och, oczywiście, że to
była jego cholerna koszulka do Quidditcha.
Zrobiła sobie herbatę i nakryła ramiona kocem,
zanim wróciła do okna. Krzywołap leżał na parapecie, na wpół śpiąc, i powoli
mrugał, patrząc na nią, gdy się zbliżała. Co jakiś czas wyglądał przez okno, a
Hermiona westchnęła głęboko i oparła się o szybę. Na Merlina, to było tak
niepodobne do niej i zastanawiała się, czy taki związek w ogóle jest dla niej
zdrowy. Czy traciła siebie? Pragnęła go tak bardzo, że było jej niedobrze;
jednocześnie była przekonana, że to nigdy nie będzie nic poważnego.
To było wręcz samookaleczające. Masochistyczne.
Nagle kot zesztywniał, przekręcił głowę, by
spojrzeć przez okno i przykucnął, ćwierkając. Coś zbliżało się w ich stronę,
coś dużego. Kot syknął i wzbił się w powietrze, po czym rzucił się na ziemię i
zniknął w pokoju, gdy na parapet podleciała wielka sowa.
Hermiona zmarszczyła brwi i szybko otworzyła
okno, by zaprosić ptaka. Był elegancki i lśniący, z listem starannie zwiniętym
u stóp. Duży ptak był nieruchomy i delikatny gdy wzięła zwój i go rozwinęła.
Szanowna
Panno Granger,
Jak
Panna wie, dowiedziałam się, że coś łączy Pannę i mojego syna Draco, choć nie
wiem w jakim stopniu. Proszę, niech Pannę nie niepokoi ten list; wysłałam go z
nadzieją, że przyjmie Panna moją gałązkę oliwną. Wiem, że musi Panna mieć
bardzo zdecydowane zdanie o naszej rodzinie i nie winię Panny za to. To, co się
Pannie przydarzyło, gdy była Panna pod naszą opieką, jest naganne i nie
odzwierciedla naszych obecnych wartości. Zdaję sobie sprawę, że te przeprosiny
są spóźnione o kilka lat, ale widząc więź, jaką udało się Pannie nawiązać z
moim synem, mam nadzieję, że będzie Panna podatna na moje najszczersze
przeprosiny.
Chciałabym
również zaprosić Pannę na herbatkę do Fortescue w tę sobotę o godzinie
piętnastej. Jest Panna godną podziwu, młodą czarownicą i z przyjemnością
nawiążę z Panną bliższą znajomość. Byłabym jednak niezmiernie wdzięczna, gdyby
mój syn nie został poinformowany o tym spotkaniu, ponieważ jeszcze nie
powiedziałam mu, że się z Panną kontaktuję.
Jeśli to
możliwe, proszę o wysłanie odpowiedzi przez Reginalda. Jest bardzo przyjazny,
ale nie lubi smakołyków. Lubi natomiast drapanie po karku.
Z
poważaniem,
Narcyza
Malfoy
Hermiona wpatrywała się w list, ledwo pamiętając
jak się oddycha. Herbatka z Narcyzą Malfoy? Czyżby świat stanął na głowie? Choć
nie mogła zaprzeczyć przytłaczającej perspektywie spotkania z Lady Malfoy, była
dość ciekawa. O czym, u licha, chciałaby rozmawiać z Hermioną? Może chce ją
zniechęcić? Może chce jej powiedzieć, żeby nie zabiegała o względy jej
ukochanego syna?
Zacisnęła zęby, delikatnie drapiąc sowę po karku.
Gruchał i mrugał, a jego pióra nastroszyły się, gdy rozkoszował się dotykiem.
Hermiona zastanawiała się, czy nie powinna go odesłać bez odpowiedzi. Napisała
jeśli to możliwe i mogła po prostu dać sygnał, że to niemożliwe.
Ale Hermiona nie mogła tak kłamać. Jeśli Narcyza
Malfoy była dla Hermiony tym, czym Lady Catherine de Bourgh dla Elizabeth
Bennet, będzie musiała stawić temu czoła. Wyciągnęła kartkę papieru spod stosu
książek na biurku i napisała długopisem:
Szanowna
Pani Malfoy,
Dziękuję
za zaproszenie, przyjmuję.
Z poważaniem,
Hermiona
Granger
Po czym zwinęła go, zawiązała sznurkiem i przymocowała do nogi ptaka. Ten zahuczał, zanim wyskoczył przez okno i zniknął w nocy, a Hermiona zastanawiała się, czy w poprzednim życiu nie była osobą godną pożałowania — bo inaczej dlaczego Wszechświat rozdawałby jej tak okropne karty?