Draco
Draco
siedział na czele dużego, drewnianego stołu w tylnym pomieszczeniu o
nieujawnionej lokalizacji — jednego z wielu magazynów wykorzystywanych przez
jego organizację. Jego palce lekko stukały w krawędź szklanki, a twarz
pozostała pozbawiona emocji, podczas gdy mężczyźni wokół niego nerwowo się
wiercili. W pomieszczeniu unosił się zapach stęchłego dymu, bogatego drewna i
ostrej woni drogiej whisky. Ci mężczyźni byli częścią jego siatki — ludźmi,
którzy od lat współpracowali z Malfoyami — ale żadnemu z nich nie ufał
całkowicie. Dlatego tu był. Dlatego zawsze tu był. By kontrolować.
—
Więc mówisz mi — zaczął Draco cicho, spokojnym tonem — że straciłeś całą dostawę smoczych jaj?
Jego
głos był ostry, gdy pochylił się do przodu, a wzrok zimny i wyrachowany. Nie
krzyczał. Nie musiał. Groźba w jego głosie wystarczyła, by pozostali zadrżeli.
Sięgnął
po paczkę papierosów, wyrzucił jednego i włożył go do ust — zapalając
pstryknięciem palców. Zaciągnął się głęboko, odchylając głowę do tyłu, wzrokiem
wpatrując się w sufit, jakby mogła tam się kryć odpowiedź na cudzą
niekompetencję.
—
Masz pojęcie, ile warte są te jaja? — zapytał Draco, a jego głos wciąż brzmiał
pozornie śmiertelnie spokojnie.
—
Ja… eee...
Draco
wydmuchał dym kątem ust, po czym parsknął suchym, cynicznym śmiechem.
—
Więcej niż twoje życie.
Jeden
z mężczyzn — Rosier? — nerwowo kiwnął głową, a na jego czole pojawiły się
kropelki potu.
—
Przepraszam…
Draco
uniósł rękę, uciszając go.
—
Popełniłeś błąd. Teraz go naprawisz.
Wiszące
w powietrzu „albo” nie musiało być wypowiedziane. Było wiadome.
Kiedy
mężczyzna — Rookwood? — nadal się nie poruszył, Draco machnął palcami we
władczym geście odrzucenia.
Blaise
normalnie zajmowałby się tą konkretną grupą ludzi, ale Draco wysłał go na jeden
dzień w interesach do Walii — czego zaczynał żałować.
Minęła
kolejna godzina, zanim otrzymał wszystkie, na szczęście bardziej pozytywne,
informacje od reszty zgromadzonych mężczyzn. Godzina wlokła się w
nieskończoność, jak zresztą wszystkie inne, a Draco co pięć minut zerkał na
swój zegarek Patek Philippe. Gdy tylko ostatnia osoba skończyła mówić, wstał i
skierował się na skraj osłony z zaklęć, by aportować się do Dworu.
Wylądował
tuż przed drzwiami wejściowymi i szybko je otworzył, mając nadzieję, że uda mu
się niepostrzeżenie dotrzeć do gabinetu. Nadzieje te prysły, gdy z bocznego
korytarza prowadzącego do kuchni wyłonił się jego ojciec.
—
Ach, Draco! — krzyknął Lucjusz, usuwając mąkę z przodu swojej koszuli. —
Wróciłeś. Mam nadzieję, że wszystko poszło dobrze?
—
Tak, ojcze.
Draco
westchnął, zbierając resztki cierpliwości i ponownie spoglądając na zegarek.
—
Wspaniale — powiedział starszy mężczyzna, klaszcząc szybko w dłonie. — Wiesz,
nie mogę nie zauważyć, że znowu zostawiłeś Petrę w domu, zamiast pozwolić jej
zostać ze mną.
Znów to samo, Draco jęknął w duchu.
—
Lolli jest z nią, ojcze. Nic jej nie jest.
—
Mimo to — kontynuował Lucjusz, patrząc na Draco z nadzieją. — Chciałbym ją
częściej widywać.
—
Z pewnością — rzucił Draco przez ramię, idąc do gabinetu.
Kiedy
otworzył drzwi do miejsca, które powinno być jego sanktuarium, zauważył Theo
siedzącego przy mniejszym biurku w kącie, podskakującego w rytm jakiejś
irytującej, popowej piosenki, która akurat leciała na cały regulator.
Draco
pomachał radośnie do Draco, po czym wrócił do sortowania papierów, które szybko
przesuwał po pokoju za pomocą machnięć różdżką.
Draco
z westchnieniem opadł na krzesło, chwycił kolejnego papierosa i szybko go
zapalił. Kalendarz na biurku przypominał mu, że minęło dokładnie czterdzieści
pięć dni od ogłoszenia przez Ministerstwo Prawa Małżeńskiego. Szybkie
spojrzenie na zegarek powiedziało mu, że ma jeszcze około czterech godzin,
zanim przyleci sowa z listem ogłaszającym jego dopasowanie.
Odepchnął
tę myśl, zaciągając się ponownie i czytając najnowszą korespondencję od jednego
ze swoich współpracowników z Irlandii, zanim przeszedł do listu od Kruma.
Choć
starał się to ignorować, muzyka Theo — i jego nieustanny, fałszujący śpiew —
doprowadzały go do szału.
—
Theo!
—
Co?
—
Zamknij się — warknął Draco. — I ścisz muzykę.
Theo
odwrócił się, rzucając mu wyniosłe, łobuzerskie spojrzenie.
—
Nie.
—
Mówię poważnie, Theo — ostrzegł, mrużąc oczy.
W
odpowiedzi Theo odwrócił się do Draco plecami, machając różdżką, żeby pogłośnić
muzykę i jednocześnie śpiewał jeszcze bardziej irytująco głośno.
—
Theo — warknął Draco.
Drugi
mężczyzna odwrócił się ponownie, przewracając przy tym oczami.
—
Co?!
Draco
uśmiechnął się krzywo, wiedząc, że zaraz wygra.
—
Nie każ mi zadzwonić do twojego Tatuśka.
Theo
westchnął z szoku, łapiąc oddech i trzymając dłoń na piersi.
—
Nie zrobiłbyś tego!
—
Och, oczywiście, że tak — zapewnił go Draco, sięgając po telefon.
Muzyka
przestała grać wraz z ruchem nadgarstka Theo.
—
Dobra, wygrałeś!
Draco
przez chwilę obserwował, jak jeden z jego najlepszych przyjaciół pracował w
sposób, który można było określić jedynie jako rozdrażniony. Z rozmachem
podpisał dokumenty, po czym wrzucił je do teczek i trzasnął nimi z większą
siłą, niż to konieczne.
Draco
przewrócił oczami i odchylił się na krześle, opierając nogi na biurku, zanim
powiedział:
—
Wiesz, gdybyś skorzystał z biura, które ci przygotowałem — pamiętasz, tego,
które znajduje się dosłownie tuż obok
— mógłbyś słuchać muzyki tak głośno, jak tylko chcesz.
Theo
zignorował go, jedynie pociągając wyniośle nosem.
—
Ale serio… dlaczego?
Theo
wciąż nie odpowiadał.
—
Dobra, zgadnę — rzekł Draco, przeciągając samogłoski.
W
końcu miał chwilę wolnego czasu, więc czemu nie miałby oddać się teatralnym
sztuczkom Theo?
—
Wiesz, że nie lubię być sam, Draco. Nie musisz się tym przejmować — mruknął
Theo dziwnie spokojnym tonem. — Z tego samego powodu puszczam głośno muzykę,
kiedy muszę być sam.
Cholera.
Draco
doskonale wiedział, dlaczego Theo wolał towarzystwo… po prostu nie zastanowił się
nad tym, co powiedział. Lucjusz z pewnością miewał swoje momenty (jeśli można
tak nazwać naznaczenie nieletniego syna przez szaleńca), ale ogólnie starał się
być dobrym ojcem.
Ojciec
Theo był jednak w najlepszym razie zaniedbujący, a w najgorszym wręcz
agresywny. Kiedy Theo przyjeżdżał do domu na wakacje i święta, ojciec często
zamykał go przez najmniejszy pretekst — czasem w jego pokoju, czasem w szafie,
a raz w dużym kufrze. To doprowadziło do bójki między Lucjuszem a ojcem Theo.
—
Przepraszam — powiedział poważnie Draco.
Theo
machnął ręką na przeprosiny, wracając do pracy.
—
Przyznaj się, że denerwujesz się dzisiejszym wysyłaniem listów z Ministerstwa —
zawsze jesteś dupkiem, gdy się denerwujesz.
—
To prawda. — Draco westchnął. Z pewnością był winien Theo trochę szczerości. —
Nie mogę powiedzieć, że nie jestem ciekaw, jak to się skończy.
~*~*~*~*~*~*~*~
Później
tego popołudnia Draco podążał za Theo chodnikiem w mugolskim Londynie,
prowadząc go do lodziarni, którą chciał odwiedzić. Ostatnie dwie godziny
spędzili w jego domu w Mayfair, spędzając czas z Petrą i dając Lolli chwilę
wytchnienia, żeby mogła wrócić na chwilę do Dworu.
Kiedy
wróciła kilka minut temu, zapewnił ją, że przybędzie na czas, żeby zająć się
kolacją. Starał się spędzać czas we Dworze, o ile to możliwe, choć czasami
Lolli musiała wracać późnym wieczorem, żeby załatwić sprawy, które pojawiły się
od czasu jego powrotu.
Draco
wyrwał się z zamyślenia przez triumfalny okrzyk Theo.
—
Aha! — krzyknął drugi mężczyzna. — Jest!
Stał
pod markizą prawdopodobnie najbardziej kiczowatej lodziarni w całej Anglii,
pozwalając Draco przewrócić oczami i gestem zaprosić Theo o wejścia. Draco,
Theo i Blaise spędzali sporo czasu w świecie mugoli, ponieważ byli zdecydowanie
niemile widziani w większości Ulicy Pokątnej, ale właściciele sklepów na Ulicy
Śmiertelnego Nokturnu nie podzielali tych samych obaw.
Draco
stał kilka kroków dalej, podczas gdy Theo delektował się różnorodnością smaków
lodów. O tej porze dnia w sklepie nie było wielu klientów, ale Draco czuł na
sobie spojrzenia ludzi. Kiedy przebywał w świecie czarodziejów, patrzyli na
niego ze strachu. Rządzenie z cienia nie przyniosło mu żadnych korzyści u
innych czarodziejów. Trzymało go jednak z dala od Proroka.
W
świecie mugoli przyciągał spojrzenia swoim wyglądem — i kompletnie nie miał nic
przeciwko temu. Jeśli jego zegarki warte sześciocyfrową kwotę, garnitury szyte
na miarę z Savile Row i koszule od Luca Faloni (podobno on i książę William mieli
tego samego krawca — kto by pomyślał?) nie przyciągały uwagi, to tatuaże
pokrywające niemal każdy centymetr jego porcelanowej skóry z pewnością to
robiły.
Kiedy
opuścił Hogwart po ósmym roku nauki — obowiązkowym, by uniknąć roku w Azkabanie
— zaczął pokrywać się tatuażami. Ku wielkiemu rozczarowaniu matki, pokrywały
one nawet jego dłonie i ciągnęły się wzdłuż karku, aż do linii żuchwy. Tatuaże
wystające spod kołnierzyka znajdowały się także na jego karku, daleko poza
linią włosów, dlatego nosił tak krótkie.
Zerknął
na zegarek — do pierwszej rundy dopasowań zostało mniej niż dwie godziny. Ciekawe, co moja przyszła żona pomyśli o
tych wszystkich tatuażach.
—
Draco — zawołał Theo, przeciągając jego imię, jakby nie wołał go pierwszy raz.
Uniósł
dwa lody, machając jednym z nich w kierunku Draco.
—
Co to za smak? — zapytał, chwytając rożek z lodem o podejrzanym, zielonym
kolorze.
Theo
wyszedł z lodziarni, radośnie pochłaniając swą podwójną gałkę lodów
czekoladowych.
—
Pistacje.
—
Nie kupiłeś Blaise’owi? — dopytywał Draco, zanim w końcu zabrał się za własne
lody.
—
Tatusiek nigdy nie chciałby jeść lodów poza gelato — rzekł Theo wyniosłym
głosem. — Ale z ciebie przyjaciel — powinieneś o tym wiedzieć.
Draco
przewrócił oczami, gdy kończyli jeść lody, by móc aportować się do Dworu.
—
Naprawdę podziwiam twoje zaangażowanie w relację z Blaise’em.
—
Dziękuję! — Theo szczebiotał radośnie tuż przed aportacją, a potem lądując tuż
przed Dworem.
Przechodząc
przez frontowe drzwi, Draco poczuł, jak znajomy ciężar tego miejsca osiada
wokół niego. Było cicho, wręcz za cicho, ale tak właśnie lubił. Cisza, która
nigdy naprawdę nie była spokojna — wypełniona szumem nocy i sekretów kryjących
się tuż pod powierzchnią.
Theo,
paplając o jakichś bzdurach, podążał za nim korytarzami z właściwym sobie
entuzjazmem. Draco ledwo słyszał jego słowa, bo myśli wciąż wracały do
oczekiwanego listu. Szedł korytarzem w stronę gabinetu, spragniony chwili
spokoju, gdy usłyszał znajomy głos.
—
Patrzcie, kto postanowił się pojawić.
Blaise
wylegiwał się w gabinecie Draco. Słabe światło rzucało cienie na jego ostre
rysy twarzy, gdy odchylił się na skórzanym fotelu za biurkiem Theo, a na jego
ustach błąkał się zadowolony uśmiech.
—
Musiałem stąd wyjść na chwilę. — Draco westchnął, opadając na krzesło. —
Poszliśmy sprawdzić, co u Petry, a potem zabrałem Theo na lody. Chociaż nie
wiem, po co w ogóle ci to mówię... — kontynuował, urywając zdanie, gdy
uświadomił sobie, że żaden z pozostałych dwóch mężczyzn nie zwraca na niego
uwagi.
W
końcu Theo był zbyt zajęty próbami wdrapania się na Blaise’a jak na drzewo, niż
słuchaniem kogokolwiek.
Draco
zaczął przeglądać akta na biurku, wiedząc, że w końcu zrobią sobie przerwę. Po
kilku minutach Blaise’owi udało się uwolnić od męża i usiadł naprzeciwko Draco.
—
Spotkałem się z centaurami w Walii — zaczął, wygładzając marynarkę i
przybierając swój typowy, profesjonalny wygląd. — Sprawa zostanie załatwiona do
wieczora. — Przerwał, przeczesując dłonią loki Theo, gdy ten opadł mu na
kolana, po czym zapytał: — Co Rosier powiedział o brakujących jajach?
Draco
stuknął się palcem w czoło, słysząc słowa przyjaciela.
—
Wiedziałem, że to Rosier, a nie Rookwood.
Blaise
parsknął śmiechem.
—
Jesteś idiotą.
Odpowiedź
Draco powstrzymało pukanie w okno.
—
O mój Boże — wyszeptał Theo. — Już jest!
Blaise
i Theo rzucili się do okna, niemal potykając się o siebie w pośpiechu. Draco
zatrzymał ich obu szybkim zaklęciem — rzucając magiczne pole siłowe.
—
Dość — warknął, patrząc, jak wracają na swoje miejsca z uniesionymi brwiami.
Wziął
kopertę, szczelnie zamkniętą pieczęcią Ministerstwa, dał sowie smakołyk, po
czym zamknął okno. Usiadł z powrotem na krześle, wpatrując się w nią, jakby
miała eksplodować.
Theo
i Blaise obserwowali go, w milczeniu wpatrując się w Draco i kopertę. Theo
przerwał pierwszy, sięgając przez biurko — z zamiarem złapania koperty — aż
Draco odtrącił jego dłoń.
—
Wiedziałem, że powinienem był zostać w domu i pozwolić, by tam dostarczono
list, żebym mógł to przeczytać w spokoju — warknął Draco.
—
Tak, cóż, jesteś tutaj, więc otwieraj — powiedział Blaise, machając ręką.
Draco
wziął głęboki oddech i podniósł kopertę, szybkim ruchem otwierając ją. Nie
zauważył, że Blaise i Theo wstali i stanęli za nim, gdy czytał.
25
czerwca 2009 roku
Szanowny Panie Malfoy,
W imieniu Ministerstwa Magii i
Wizengamotu pragniemy wyrazić naszą wdzięczność za przestrzeganie Ustawy Ministerstwa o numerze 01131518,
uchwalonej w odpowiedzi na ciągły spadek liczby małżeństw i urodzeń w
czarodziejskiej Anglii.
Zgodnie z postanowieniami tej ustawy,
Pan i Pana wyznaczona partnerka będziecie mieli sześćdziesiąt (60) dni od daty niniejszego listu na formalną
rejestrację małżeństwa w Ministerstwie Magii. Po tej rejestracji będą Państwo
mieli dwa (2) lata na
zarejestrowanie poczęcia pierwszego dziecka.
Jeśli któraś ze stron uzna
dopasowanie za niezadowalające, może złożyć formalne odwołanie o ponowny
przydział. Pamiętać należy, że zgodnie z obowiązującymi przepisami, każdy
uczestnik może złożyć tylko jedno
odwołanie.
Na podstawie analizy przesłanej próbki
magicznego podpisu, Pana idealne dopasowanie to:
Draco
wpatrywał się w imię i nazwisko przez jedno uderzenie serca, a potem drugie.
Hermiona Jean Granger
Słowa
początkowo nie docierały do niego. Na pewno źle je odczytał. Atrament się
zdeformował, zaklęcie poszło nie tak — cokolwiek.
Mrugnął
raz. A potem znowu, serce podeszło mu do gardła.
Jej
imię i nazwisko pozostało, atrament był wyraźny. Hermiona Granger.
Jego
dopasowanie, jego przyszła żona.
Fala
niedowierzania paliła go w piersi niczym dym z papierosów. To niemożliwe.
—
HERMIONA GRANGER?!
Głos
Theo eksplodował za nim, a jego oczy otwierały się szeroko z niedowierzania.
~*~*~*~*~*~*~*~
Hermiona
Następnego
ranka po otrzymaniu listu z Ministerstwa z informacją o dopasowaniu Hermiona
zajmowała się swoimi zwykłymi sprawami. Ustawiła swoje radio na mugolską,
poranną audycję polityczną — ważne było, żeby być na bieżąco również w tym
temacie, niezależnie od tego, co myślą jej współpracownicy. Jej laptop stał na
kuchennym blacie, żeby mogła śledzić aukcję na eBayu, którą próbowała wygrać.
Podczas
ósmego roku rozwinęła w sobie uznanie dla designerskiej mody, które
pielęgnowała do dziś. W końcu nie było zasady mówiącej, że nie można być mądrym
i dobrze się ubierać. Jednak przy jej budżecie musiała ograniczać się do
szukania torebek i ubrań, których pragnęła, z drugiej ręki.
Chanel to wciąż Chanel — nawet
jeśli pochodziło od Lavinii z Manchesteru, która sprzątała szafę babci, pomyślała Hermiona, ponownie odświeżając
stronę.
Krzywołap
wszedł do kuchni, ocierając się o jej nogi, podczas gdy ona smażyła jajka do
herbaty i tostów.
—
Dzień dobry, kochanie — wyruchała do swojego chowańca. — Dobrze spałeś?
Pół-kuguar
zamiauczał w odpowiedzi, po czym przeszedł przez kuchnię i usiadł przed pustą
miską, wpatrując się w Hermionę przenikliwym wzrokiem.
—
Wiem, mój mały, futrzany książę, pora na śniadanie.
Zanim
zdążyła ruszyć po puszkę karmy dla kota, w mieszkaniu rozbrzmiał sygnał
aktywowania kominka.
—
Na słodką Kirke — jęknęła. — Kogo niesie o wpół do szóstej rano, Krzywołapie?
Hermiona
rzuciła szybkie zaklęcie statyczne na jajka, które właśnie ułożyła na talerzu,
po czym udała się do kominka.
—
Zaraz wrócę ze śniadaniem — zapewniła kota, który w odpowiedzi zmarszczył brwi.
Stłumiła
jęk, widząc głowę Ginny Weasley unoszącą się w kominku. Naprawdę nie mam teraz na to czasu.
—
Hermiono! — krzyknęła Ginny, gdy Hermiona usiadła naprzeciwko kominka. —
Dlaczego cię tak długo nie było?
—
Dzień dobry, Ginny — powiedziała sarkastycznym tonem Hermiona. — U mnie
wszystko dobrze, dzięki, że pytasz.
Uśmiechnęła
się na widok lekko zawstydzonego spojrzenia przyjaciółki.
—
Próbowałam ugotować sobie śniadanie, podczas gdy Krzywołap krzyczał na mnie,
żebym przygotowała mu jego.
Ginny
zignorowała wszelkie uprzejmości i odezwała się ponownie.
—
Z kim cię sparowano?
Ach,
tak, prawdziwy powód, dla którego zadzwoniła. Z czwórki osób uprawnionych do
małżeństwa — Hermiony, Harry’ego, Ginny i Rona — tylko Hermiona została wybrana
do pierwszej tury listów z dopasowaniami. Drugą turę zaplanowano na pięćdziesiąt
dziewięć dni po zakończeniu pierwszej tury małżeństw.
Hermiona
zerknęła na zegar wiszący na ścianie, gotowa zakończyć rozmowę, zanim straci
torebkę, którą licytowała.
—
Z Draco Malfoyem.
Sapnięcie
Ginny rozbrzmiało echem w tym połączeniu.
—
Ministerstwo dopasowało cię do tej pieprzonej fretki?!
—
No cóż — Hermiona mruknęła nonszalancko, oglądając swoje paznokcie — nasza
magia nas dopasowała, jeśli chcesz się w to zagłębiać.
—
Zamierzasz się odwołać, prawda?! — Ginny niemal krzyknęła, gdy Hermiona
zaczynała wstawać.
—
Ginny, uwielbiam cię, ale nie mam teraz czasu o tym rozmawiać.
—
Ale…
—
Jestem głodna, Krzywołap także, staram się nie stracić torebki, na którą poluję
i muszę się szykować do pracy — powiedziała Hermiona spokojnym głosem, starając
się nie zaogniać sytuacji.
—
Dobrze, ale porozmawiajmy wieczorem — zaproponowała Ginny. — Powinniśmy się
spotkać w Dziurawym Kotle.
Hermiona
westchnęła, przeciągając się.
—
Zobaczymy, Gin.
Wiwatowała,
wracając do laptopa i widząc, że wygrała pikowaną torebkę Chanel w stylu
vintage.
—
Za to, Krzywołap, dostaniesz swoje ulubione danie z łososia na specjalne
okazje!
Po
szybkim zjedzeniu śniadania i przygotowaniu się, Hermiona po raz ostatni
spojrzała na swoje odbicie. Jej głęboko zielona, obcisła sukienka — śliczny
model Toma Forda, który znalazła w ekskluzywnym sklepie charytatywnym po
drugiej stronie Londynu — czynił cuda z jej figurą, podkreślając delikatne
kształty. Czarne szpilki Manolo i złota biżuteria tylko ją uwydatniały. Niech Merlin błogosławi starsze panie za
utrzymanie tych kolekcji w idealnym stanie i ich wnuki, które nie wiedzą, co
sprzedają.
Zebrała
loki dłońmi, zastanawiając się, jak je dziś upiąć. W końcu zdecydowała się na
wysoki kucyk, pozwalając, by jej długie, dzikie loki spływały kaskadami na
ramiona. Po skończeniu swojego zwykłego, lekkiego makijażu i upewnieniu się, że
jej zaklęcie poprawiające wygląd jest na swoim miejscu, była gotowa do wyjścia.
Hermiona
uśmiechnęła się, wchodząc do salonu i obserwując Krzywołapa rzucającego się na
promyk słońca. Miała tego ukochanego kota od lata przed trzecim rokiem nauki —
czyli już piętnaście lat — i nic nie wskazywało na to, żeby miał zwolnić tempo.
Oczywiście, będąc pół-kuguarem, prawdopodobnie miał przed sobą jeszcze kilka
dekad.
Kucnęła,
żeby podrapać go pod brodą, gdy wyciągnął się, by zdrzemnąć się na słońcu.
—
Miłego dnia, kochanie. Będę w domu dziś wieczorem i razem go spędzimy. Nie
obchodzi mnie, co mówi Ginny — nie idę dziś do Dziurawego Kotła.
Po
aprobującym polizaniu dłoni przez kota, Hermiona wstała i chwyciła torebkę —
małą Lady Dior, którą znalazła na kolejnej wyprzedaży garażowej, na którą
rzuciła niezbędne niewykrywalne zaklęcie zmniejszająco-zwiększające. Podeszła
do kominka, chwyciła garść proszku Fiuu i rzuciła go do środka, po weszła,
wykrzyknęła Ministerstwo Magii i
zniknęła w wirze szmaragdowych płomieni.
Po
wyjściu z jednego z kominków Ministerstwa, Hermiona przedzierała się przez
zatłoczone Artium i skierowała się na trzecie piętro do swojego gabinetu w
DPPC. Ledwo przeszła przez próg departamentu, zatrzymała ją szefowa, Cecylia Bottlebrush.
—
Dostałaś list wczoraj wieczorem, Hermiono? — zapytała starsza kobieta, tupiąc
nogą w oczekiwaniu na odpowiedź.
Hermiona
z trudem powstrzymała się od przewrócenia oczami. Niesamowite, jak wielu ludzi nagle interesuje się moim życiem,
pomyślała. Szczerze mówiąc, nie spotkała się jeszcze ze swoim przyszłym mężem,
więc może wszyscy mogliby się uspokoić, dopóki to się nie stanie.
—
Dostałam — odpowiedziała chłodno Hermiona, próbując ominąć szefową.
Cecylia
stała niewzruszona, krzyżując ramiona i mówiąc rozkazującym tonem.
—
No i kto to jest?
Hermiona
niemal z utęsknieniem wyczekiwałaby reakcji, która oczywiście nadchodziła,
gdyby nie fakt, że Cecylia blokowała jej dostęp do rzeczy, które musiała
wykonać.
—
Draco Malfoy.
Teatralne
gesty Cecylii z pewnością nie zawiodły. Chwyciła się za pierś i z przerażeniem
westchnęła, a jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki.
—
Och, biedactwo! Dzięki Merlinowi, że możesz się odwołać!
Hermionie
udało się zachować neutralny wyraz twarzy.
—
Naprawdę muszę się brać do pracy, Cecylio. Mam dziś dużo do zrobienia.
Kiedy
w końcu dotarła do swojego gabinetu, Hermiona z wdzięcznością zamknęła drzwi,
po czym rzuciła swoje rzeczy na biurko i zapadła się w fotel. Oparła głowę o
zagłówek i zamknęła oczy na sekundę, zanim pod drzwiami przeleciał papierowy
samolocik, wlatując do środka i uderzając ją w czoło.
Złapała
notatkę w powietrzu i położyła ją płasko na biurku, by ją przeczytać.
—
Hmm — wyszeptała. Spotkanie, które miała zaplanowane na później, dotyczące
bieżącej sytuacji z centaurami w Walii, zostało odwołane i nie wiadomo jeszcze,
na kiedy zostanie przełożone. — Ciekawe, co się stało.
Odłożyła
notatkę i wstała, by zrobić sobie herbatę. Przeszła w myślach przez listę rzeczy
do zrobienia, zmieniając kolejność priorytetów, skoro jej najważniejsze
spotkanie zostało odwołane.
~*~*~*~*~*~*~*~
Zbliżała
się pora lunchu, a Hermiona była pogrążona w swoich dokumentach dotyczących
kryzysu, z jakim zmagała się wioska trytonów u wybrzeży Irlandii. Ich źródła
pożywienia były krytycznie wyczerpane, a DKMNS poprosił DPPC o pomoc w
ustaleniu prawnych aspektów rozwiązania sytuacji. Jak zwykle, biurokracja
Ministerstwa blokowała wszelkie sensowne działania.
Rozległo
się ciche pukanie do drzwi, więc machnęła palcami w tamtym kierunku, otwierając
je z rozmachem, nie odrywając wzroku od akt.
—
Tak?
Głos
Harry’ego dobiegł cicho zza otwartych drzwi.
—
Masz chwilkę, Hermiono?
—
Dla ciebie, Harry… zawsze — powiedziała rozbawionym tonem, w końcu podnosząc
wzrok znad papierów.
Starała
się zachować spokój, kiedy Ron wskoczył Harry’emu na ramię.
—
A dla mnie, Miona?
—
Cześć, Ron — przywitała się grzecznie Hermiona, ledwo powstrzymując grymas.
Dwaj
mężczyźni usiedli na krzesłach naprzeciwko jej biurka, nerwowo rozglądając się,
zanim zaczęli wpatrywać się w nią.
Odwzajemniła
ich spojrzenie, unosząc brwi.
—
Dlaczego tak na mnie patrzycie?
—
Chcemy tylko, żebyś wiedziała, że jesteśmy tu po to, by cię wspierać —
odpowiedział poważnie Harry.
Hermiona
w końcu przewróciła oczami, co powstrzymywała przez cały ranek.
—
Niech zgadnę, Ginny do was dzwoniła?
—
Tak — przyznał Ron. — Jest dobrze, Miona, pomożemy ci przez to przejść. Harry
powiedział, że można się odwołać, więc ci pomożemy.
Jakbym potrzebowała pomocy Rona
Weasleya w wypełnianiu papierów,
pomyślała z goryczą. Przynajmniej Harry
byłby przydatny w takiej sytuacji.
—
Nic mi nie jest — zapewniła ich Hermiona. — To nie jest temat, na który obecnie
chcę rozmawiać.
—
Nie mówisz poważnie, Miona! — krzyknął Ron, gdy Harry próbował go uciszyć.
—
O nierozmawianiu z wami — ani z nikim innym — dopóki nie porozmawiam z
Malfoyem? — zapytała łobuzersko Hermiona. — Mówię zupełnie poważnie.
—
I to twój wybór, Hermiono — rzekł dyplomatycznie Harry, jednocześnie dając
Ronowi znak, żeby nic nie mówił. — Chcieliśmy tylko, żebyś wiedziała, że cię
wspieramy.
—
Dzięki, Harry.
Hermiona
się uśmiechnęła.
—
Ale, Miona — jęknął Ron. — To Śmierciożerca… nie możesz go poślubić!
Odpowiedź
Hermiony została wstrzymana przez przeciągły głos dochodzący z drzwi.
—
Myślę, że przekonasz się, Weasley, że może.
Trzy
głowy się odwróciły i zauważyły Draco Malfoya opierającego się o drzwi z
bukietem różowych róż w dłoni.
—
Malfoy?! — zapytał Harry, a w jego głosie słychać było szok.
Malfoy
uśmiechał się łobuzersko, gdy mrugnął do Hermiony ponad ich głowami, po czym
wszedł do środka, by oprzeć się o jedną z jej półek z książkami.
—
Jak to się mówi? O wilku mowa i się zjawia?
Hermiona
nie była w stanie przetworzyć tego, co się działo, gdy wstała. Wyglądał jak absolutny grzech.
Ron
w końcu otrząsnął się z szoku i przewrócił krzesło, gwałtownie wstając,
odwracając się do Malfoya i wyciągając różdżkę z kieszeni.
—
Nie zbliżysz się do niej.
Harry
zerknął na nią, podnosząc się, wyraźnie wykorzystując mowę jej ciała jako wskazówkę
postępowania.
—
Hermiono?
—
Doceniam waszą troskę, Harry, ale czas, żebyście wyszli — powiedziała
spokojnie.
Harry
patrzył jej w oczy jeszcze przez sekundę, po czym kiwnął głową.
—
Daj spokój, Ron. Hermiona wie, co robi.
—
Nie! — krzyknął Ron, unosząc rękę, by wcisnąć Malfoyowi różdżkę w twarz. —
Miona, nie możesz zostać z nim sam na sam.
—
Będę ci wdzięczna, jeśli zostawisz mi decyzję o tym, co mogę, a czego nie mogę
robić, Ronaldzie — powiedziała chłodno Hermiona.
Jej
oczy spotkały się z oczami Malfoya i żołądek jej podskoczył na widok
pochlebnego spojrzenia.
—
Nie będę prosić ponownie, Ron — kontynuowała, unosząc wysoko głowę. —
Chciałabym porozmawiać z Malfoyem… na osobności.
Ron
nadal stał, niczym dziwaczny posąg z różdżką, aż Harry wyciągnął rękę i opuścił
ją, po czym pociągnął go za rękaw, żeby poszedł za nim.
Harry
zignorował Malfoya, wychodząc z gabinetu, ale Ron, jak zwykle, nie potrafił
zachować się jak dorosły. Szykując się do minięcia Malfoya, napiął się, jakby
szykował się do walki.
Hermiona
musiała stłumić śmiech, gdy Ron się osunął i niemal krzyknął, kiedy Malfoy
kłapnął zębami w jego kierunku z dzikim uśmiechem, niczym ostrzeżenie o
żartobliwym tonie.
Mrugnęła,
zaskoczona własnymi myślami. Ugryź mnie.
W
gabinecie zapadła napięta cisza, gdy Ron i Harry w końcu wyszli. Hermiona
machnięciem różdżki zamknęła drzwi i rzuciła na pomieszczenie zaklęcie
wyciszające — wiedząc, że ta dwójka będzie próbowała zostać i podsłuchiwać.
Malfoy
wytrzymał jej spojrzenie przez kilka chwil, po czym wskazał na krzesło przed
biurkiem Hermiony, podnosząc to przewrócone przez Rona jednym ruchem
nadgarstka.
—
Mogę?
—
Oczywiście — odpowiedziała, siadając ponownie.
Hermiona
w milczeniu patrzyła, jak Malfoy rozsiadł się na krześle naprzeciwko niej. Jego
twarz przypominała chłodną maskę, która nie zdradzała, o czym myślał. Odchylił
się na krześle, emanując arogancją — jakby był właścicielem tego miejsca.
Przyłapała
się na tym, że przechyliła głowę, obserwując go z ciekawością. Żadne z nich się
nie odzywało, oboje czekali, aż drugie zrobi pierwszy krok. Jego obecność była
uderzająca — władcza, a jednocześnie niepokojąco nieruchoma.
W
końcu on pierwszy pękł — na jego ustach pojawił się charakterystyczny,
malfoyowski uśmieszek.
Hermiona
czuła, jak jej usta wykrzywiły się w podobnym uśmiechu, gdy wciąż na niego
patrzyła.
—
Cóż, ktoś z pewnością zainteresował się tatuażami, odkąd opuścił Hogwart —
powiedziała z kamienną twarzą.
Malfoy
prychnął na jej słowa.
—
Można tak powiedzieć — przyznał.
Zainteresował się tatuażami to mało powiedziane. Hermiona starała się
ignorować gorąco buzujące w jej żyłach, gdy patrzyła na mężczyznę siedzącego
naprzeciwko niej.
Nie
widziała go od dziesięciu lat — nawet w Proroku.
Od czasu, gdy wraz z Blaise’em Zabinim i Theo Nottem opuścił Hogwart tuż po
tym, jak ósmoklasiści otrzymali dyplomy od profesor McGonagall.
Nowa
dyrektorka zorganizowała w Wielkiej Sali lunch po ukończeniu szkoły, ale ta
trójka z niego zrezygnowała. Hermiona szła przez dziedziniec z przyjaciółmi, w
drodze na lunch, gdy zobaczyła w oddali trzech chłopaków — idących przez most,
który miał ich wyprowadzić z terenu Hogwartu, by mogli się aportować.
Był
trochę wyższy niż wtedy — prawdopodobnie miał jakiś sto osiemdziesiąt osiem
centymetrów wzrostu, gdyby musiała zgadywać. Przybrał trochę więcej
muskulatury, ale nadal zachował szczupłą sylwetkę szukającego. Czarny garnitur,
który nosił, ewidentnie szyty na miarę, leżał na nim jak ulał, podkreślając alabastrową
skórę i eksponując tatuaże.
I
Bogowie, te tatuaże. Pokrywały niemal
każdy centymetr skóry, który widziała. Ostre podcięcie okalało gładko zaczesane
do tyłu włosy, boki głowy pokryte były różnymi wzorami, które spływały na szyję
i znikały pod eleganckim kołnierzykiem koszuli. Więcej tatuaży zaczynało się od
ostrej linii żuchwy i biegło wzdłuż szyi. Widziała też, że zdobią jego silne,
eleganckie dłonie. Tatuaże ostro kontrastowały z wyrafinowanym strojem, ale w
jakiś sposób dodawały mu uroku.
Jej
puls przyspieszył, gdy jego żywe, szare oczy śledziły jej sylwetkę, zaczynając
od czubka wysoko spiętego kucyka, przez twarz i szyję, aż po ciało… a raczej
jego część, którą widać za biurkiem.
—
Z pewnością dorosłaś, Granger — powiedział, przeciągając słowa.
Hermiona
cicho się zaśmiała.
—
Dzięki.
Znów
zamilkli, patrząc na siebie z ciekawością. Napięcie w powietrzu było tak gęste,
że można by je przeciąć Diffindo.
Tym
razem Hermiona pękła pierwsza. Zanim zdała sobie sprawę z tego, co robi, wstała
i obeszła biurko, by stanąć przed nim. Oparła się o polerowany dąb, zaciskając
dłonie na jego krawędzi.
Burzliwe,
szare oczy znów wędrowały po jej ciele, tym razem od wypukłości talii, przez
rozchylone biodra, aż po nogi.
Na słodką Kirke, co się ze mną
dzieje?! — pomyślała Hermiona.
Odkąd
Harry i Ron wyszli, nie odezwał się do niej ani słowem — nie ruszył się — ale
jego wpływ na nią był wyczuwalny. Puls i oddech były zbyt szybkie jak na kogoś,
kto tylko przeszedł z jednej strony biurka na drugą. Nie wstydziła się przyznać
przed samą sobą, że jej majtki były o krok od przemoczenia.
Kolejny
zadowolony uśmiech pojawił się na jej ustach, kiedy uświadomiła sobie, że mimo
pozornej nonszalancji, Malfoy też coś czuł. Przyglądała się wystarczająco
uważnie, dostrzegając przyspieszony puls na jego szyi i chłodną szarość jego
oczu stopniowo ustępującą czerni.
Nagle
Malfoy wstał bez słowa — podszedł bliżej, aż stanął tuż przed nią, a jego
czysty, męski zapach mieszał się z ostrymi nutami cytrusowej wody kolońskiej.
Znów
się przybliżył, opierając dłonie po obu stronach jej dłoni na biurku, gdy
pochylił się nad nią. Musnął nosem jej szyję tuż przed tym, jak jego usta
dotknęły małżowinę jej ucha.
—
Powiedz mi, czego potrzebujesz, maleńka?
Hermionie
zaparło dech w piersiach na jego słowa i bliskość. Była już przemoczona —
wszystkie zakończenia nerwowe w jej ciele reagowały na jego dotyk.
Nie ma już odwrotu.
W
ułamek sekundy podjęła decyzję — weźmie to, czego pragnie, złapie
przysłowiowego byka za rogi w sposób, w jaki rzadko to robiła. Wyciągnęła rękę,
owinęła palce wokół klamry jego paska i przyciągnęła bliżej.
Nie
planowała go dziś uwieść. A jednak stali tu — na krawędzi czegoś
nieodwracalnego.
—
Ciebie — szepnęła, a słowo było przepełnione pożądaniem.
Usta
Draco wykrzywiły się w powolnym, sugestywnym uśmiechu, gdy pochylił się bliżej,
a jego oddech był ciepły na jej ustach.
—
Myślę, że przekonasz się, że z przyjemnością ci z tym pomogę.
Jego
dłonie chwyciły ją za biodra, na tyle, by trzymać ją w napięciu — ton jego
głosu był pobłażliwy, jakby oferował jej dokładnie to, o co prosiła. Podszedł
bliżej, jego ciało przylegało do jej ciała, a erekcja wbijała się w jej udo,
nie pozostawiając wątpliwości, że jest równie podniecony jak ona.
—
Poświęcę ci tyle czasu, ile potrzebujesz, skarbie. Nigdzie się nie wybieram.
Hermiona
owinęła jego krawat wokół swojej pięści, ściągając go w dół i łącząc ich usta w
gorącym pocałunku. Czuła jego mroczny chichot wibrujący na jej ustach tuż przed
tym, jak w pełni się na nią otworzył, a ich języki ocierały się o siebie w
zmysłowym rytmie.
Malfoy
odsunął się na tyle, by przenieść dłonie z jej bioder na pośladki, unosząc ją
bez wysiłku i sadzając na krawędzi biurka. Jęczała z powodu utraty kontaktu, a
on uśmiechnął się do niej ironicznie, po czym znów się pochylił i złożył gorące
pocałunki na eleganckiej linii jej szyi.
—
Wiem, kochanie — wymruczał. — Jestem tutaj.
Przyciągnął
ją do kolejnego pocałunku, liżąc jej usta z dzikością, która przeczyła jego
chłodnemu wyglądowi. Ich pocałunek nie był walką o dominację, tylko ciągłą
wymianą władzy — jedno oddawało się drugiemu z łatwością, jak w oddychaniu.
Przesunęła
dłońmi po jego napiętym brzuchu, palcami muskając twarde mięśnie, aż dotarła do
jego ramion, zrzucając z nich marynarkę. Jęknęła z irytacją, gdy rękaw zaczepił
się o jego biceps, ale on interweniował, szybko ją ściągając i rzucając za
siebie, nie patrząc.
Hermiona
wykorzystała moment, by zdjąć mu krawat, rzucając go na marynarkę, a następnie
zręcznymi ruchami rozpięła mu koszulę. Zdjęcie zajęłoby zbyt dużo czasu, więc
zostawiła ją rozpiętą — ukazując mięśnie na jego klatce piersiowej i brzuchu
oraz odsłaniając kolejne tatuaże.
Wierciła
się, próbując pomóc, gdy Malfoy zaczął podciągać dół sukienki w górę jej ud —
niełatwe zadanie w obcisłej sukience.
Po
chwili warknął z frustracji, unosząc dłoń w geście, który przykuł jej uwagę.
Szybko cofnęła się od pocałunku, przygważdżając go ostrym spojrzeniem.
—
Jeśli usuniesz moją sukienkę, Malfoy, będziemy mieli poważny problem.
Leniwy
uśmiech błąkał się w kąciku jego ust, a błysk rozbawienia w oczach, gdy się
pochylił, muskając wargami jej ucho.
—
Nigdy bym o tym nie pomyślał, kotku — zamruczał, kuszącym głosem. — Ale twoje
majtki?
Psotny
uśmieszek wykrzywił jego usta, gdy pstryknął palcami. Hermiona westchnęła,
natychmiast czując powiew chłodnego powietrza na skórze.
—
Zwykle wolę się nie spieszyć — kontynuował, a jego głos stał się lekko
mroczniejszy. — I nie jestem typem, który przyspiesza coś tak… przyjemnego. —
Obrysował ustami linię wzdłuż jej szczęki, a jego dłoń zatrzymała się przy
rąbku sukienki. — Ale — dodał żartobliwie — nie myśl nawet przez sekundę, że
nie doprowadzę cię dokładnie tam, gdzie chcę.
Jej
ciało ją zdradziło, reagując na jego słowa kolejnym przypływem gorąca — ale
szybko odzyskała panowanie nad sobą. Z ostrym spojrzeniem spotkała jego wzrok,
jej głos był spokojny, ale przesiąknięty wyzwaniem.
—
To miało zrobić na mnie wrażenie, Malfoy? — mruknęła, a w kącikach jej ust
błąkał się uśmieszek. Uniosła brew, przesuwając palcem po jego piersi, w dół do
brzucha, a potem niżej, śledząc linię klamry paska — drażniąc go tak samo
mocno, jak on drażnił ją. — Potrzebujesz czegoś więcej niż ślicznego uśmieszku
i odrobiny magii werbalnej, żeby utrzymać mnie w napięciu.
Hermiona
z łatwością odpięła klamrę paska, a ciche stuknięcie metalu o metal mieszało
się z dźwiękiem ich ciężkich oddechów w cichym biurze. Guzik i zamek jego
spodni puściły równie łatwo, a ona z uznaniem przyglądała się wybrzuszeniu napierającemu
na jego czarne, jedwabne bokserki.
Jej
wyraz twarzy zmienił się na przebiegły, zanim machnęła ręką za siebie, zrzucając
wszystko z biurka na podłogę i półki za nim. Oparła się na łokciach i
rozstawiła nogi szerzej, upewniając się, że nie pozostawiła wątpliwości co do
tego, czego chce.
Jeśli
miał ją drażnić, z pewnością zrozumiał przekaz. Jej ciało było już otwarte,
gotowe i chętne.
—
No dalej, Malfoy — mruknęła. — Zobaczymy, czy gesty idą w parze z gadaniem.
Wstrzymała
oddech, gdy przesunął dwoma palcami po jej cipce, a następnie szybko je w nią
wsunął — długie, grube, sięgające miejsc, o których nawet nie śniła. Dotknął
miejsca, przez które widziała gwiazdy i głośno jęknęła.
Malfoy
pochylił się i ponownie ją pocałował.
—
To wszystko dla mnie, skarbie? — wymruczał w jej usta, podciągając sukienkę do
bioder.
Kiwnęła
głową, przygryzając wargę, która niemal krwawiła od tego uczucia — kompletnie
niezdolna do wydobycia z siebie słów.
Poruszał
się szybko, za każdym razem trafiając w cel, aż Hermiona zacisnęła się na jego
palcach. Ponownie jęknęła, gdy gwałtownie wyciągnął palce z jej ciała i lekko
się wycofał.
—
Cierpliwości, kochanie — rozkazał miękkim, rozkazującym tonem, ściągając
spodnie i bokserki na tyle, by jego kutas wyskoczył — twardy i lśniący, uderzając
o jego podbrzusze.
Ślina
ciekła z jej ust, gdy przesunął przemoczonymi palcami po swoim kutasie, zanim
ustawił się przy jej cipce. Był długi, gruby i idealny — dokładnie taki,
jakiego potrzebował.
—
Proszę — jęknęła, obejmując go za szyję, by przyciągnąć go bliżej.
Malfoy
pocałował ją głęboko, po czym odsunął się, by delikatnie ująć jej podbródek w
dłoń.
—
Gotowa, maleńka?
—
Bardzo gotowa — jęknęła.
Jej
własny głos brzmiał obco w jej uszach — gruby, zdyszany, niemal błagalny.
W
końcu — w końcu — wbił się w nią,
rozrywając jej ciało i zagłębiając się po sam koniec jednym, płynnym pchnięciem.
—
O bogowie, Malf…
Urwała,
gdy ponownie chwycił ją za podbródek, unosząc jej głowę, by spojrzeć mu w oczy
— szarość niemal całkowicie pochłonęła czerń.
—
Nie sądzę, kotku. — Cmoknęła z dezaprobatą. — To nie moje imię. Przynajmniej
nie dla ciebie — nie, kiedy jestem w tobie.
Hermiona
ponownie jęknęła, unosząc biodra, podczas gdy on nadal stał nieruchomo.
—
Proszę, Draco…
—
Właśnie tak, skarbie — mruknął, poruszając się — narzucając tempo, które
sprawiło, że jej oczy wywróciły się do tyłu. — Idealna dla mnie.
Draco
podciągnął jej nogi wyżej na swoje biodra i skrzyżowała kostki za jego plecami,
głośno jęcząc przez zmianę kąta. Jedną rękę trzymał na jej biodrze, nadając
rytm, gdy dopasowała się do jego tempa. Drugą ręką podtrzymywał jej nadgarstki,
unieruchamiając je nad jej głową, całując ją namiętnie, a następnie obsypując
szyję ssącymi pocałunkami.
—
O mój Boże, Draco, ja… — wydyszała, a jej słowa ucichły, gdy znów głośno
jęknęła. Paznokcie wbiły się w jej dłonie, zostawiając ślady w jej desperacji.
—
Kurwa, Hermiono — warknął, przyspieszając. — Wykończysz mnie.
—
Mocniej — powiedziała bez tchu, przyciągając go do kolejnego gorącego
pocałunku. — Proszę, Draco — jestem tak blisko.
Puścił
jej nadgarstki, przesuwając wolną rękę wzdłuż jej ciała, by zakręcić palcami
wokół łechtaczki. Jej dłonie wędrowały na jego ramiona, wbijając paznokcie w
jego klatkę piersiową.
Tempo
pchnięć stało się karzące, a ona krzyknęła — widząc gwiazdy na niebie, gdy
doszła tak mocno, że prawie straciła przytomność. Draco kontynuował płynne
ruchy biodrami, prowadząc ją przez jeden orgazm i kolejny, który zaczął się
niemal przed końcem pierwszego.
Kiedy
osunęła się — niemal bez kości — na biurko, on zaczął się wycofywać, ale
zacisnęła nogi wokół jego talii.
—
Nawet o tym nie myśl — warknęła.
Draco
uśmiechnął się krzywo, jego oczy pociemniały, gdy znów zaczął się poruszać —
biodra drgnęły, kiedy zbliżał się do orgazmu. Jęknął głośno, gryząc miejsce
między jej szyją a ramieniem, gdy wszedł w nią ostatnim, potężnym pchnięciem.
Opadł
do przodu, podpierając się przedramionami, by nie upaść na nią. Przeczesała palcami
jego krótkie, platynowe włosy, uziemiając ich oboje, gdy próbowali uspokoić
emocje.
Kiedy
odzyskał oddech, machnął dłonią między ich ciałami, rzucając na nich szybkie
zaklęcie czyszczące, po czym zaczął się ubierać. Z wprawą zapiął koszulę i
spodnie, po czym poprawił jej sukienkę i ponownie przyciągnął ją w swoje
ramiona.
Hermiona
wciąż była w błogiej ciszy, gdy on rozsiadł się wygodnie na krześle z nią na
kolanach. Zanuciła pod nosem, kiedy przesuwał opuszkami palców po jej policzku
i szyi, szepcząc jej do ucha ciche komplementy — jaka to jest piękna, słodka i
idealna. Słowa unosiły się wokół niej, ledwo zrozumiałe, ale mimo wszystko
pocieszające.
—
Jesteś taka idealna, skarbie… stworzona dla mnie — szepnął, a jego usta muskały
jej szyję.
Parsknęła
cicho, odzyskując przytomność umysłu.
—
Zdajesz sobie sprawę, że takie słowa wypowiada się, gdy jest się szaleńczo
zakochanym albo lekko niezrównoważonym? — Jej uśmiech zbladł, zmieniając się w
coś tajemniczego. — Ale… ale nie przeszkadza mi słyszenie tego.
—
Dobrze — zamruczał, jego własny uśmiech wyglądał na zadowolony. — Bo zamierzam
ci to mówić każdego dnia.
Jego
słowa trafiły do Hermiony, dając poczucie ulgi, o której nie wiedziała, że
potrzebuje.
Po
raz pierwszy od kilku dni napięcie w jej ramionach ustąpiło. Widział ją — naprawdę ją widział — i nie bał się.
Objęła
jego szczękę dłońmi, a kciukiem przesunęła po atramencie na jego szyi.
—
Więc robimy to? Bez odwołania?
—
Nie zamierzam się odwoływać — powiedział spokojnym, uspokajającym głosem. — Ale
nigdy bym cię nie zmuszał do czegoś, czego nie chcesz.
—
Złota Dziewczyna się nie odwołuje — odpowiedziała szybko.
Hermiona
śmiała się lekko zdyszana, gdy przyciągnął ją do kolejnego pocałunku.
—
Wygląda na to, że się pobieramy.
Draco
uśmiechnął się promiennie — porażająco — i musnął kciukiem jej dolną wargę.
—
Kiedy? Bo jeśli o mnie chodzi, to możemy nawet teraz.
Zamknęła
oczy w krótkim zamyśleniu. Czemu nie?
Potem,
jak zawsze zdecydowana, poderwała się i chwyciła różdżkę z biurka, poprawiając
ich ubrania, włosy i swój makijaż kilkoma szybkimi ruchami.
—
Chodźmy.
Uśmiechnęła
się promiennie, ściągając go z krzesła.
Dotarła
do drzwi, zdejmując zaklęcia, zanim sięgnęła po klamkę. Szybkie spojrzenie
przez ramię ujawniło, że wciąż stał w miejscu.
—
Jesteś pewna? — zapytał, po raz pierwszy wyglądając na lekko zdenerwowanego —
palce drgały lekko po bokach, jakby szukały jakiegoś zajęcia.
—
Zdecydowanie — odpowiedziała, ponownie chwytając go za rękę i pociągając do
przodu, jednocześnie przywołując bukiet, który przyniósł, wolną ręką. —
Wychodzę za ciebie za mąż, Draco Malfoyu — dzisiaj lub za pięćdziesiąt dziewięć
dni.
Jego
twarz rozjaśnił kolejny, powalający uśmiech.
—
I nie ma lepszego momentu niż teraz.
Hermiona
patrzyła mu w oczy, spokojnie i pewnie.
Nie chodziło już o kontrolę — chodziło o wybór.
____________
Witajcie :) w niedzielne popołudnie publikuję drugi rozdział tłumaczenia. Wiele się działo i pewnie jesteście zaskoczeni tak szybkim rozwojem wydarzeń, ale wszystko zostanie wytłumaczone w najbliższych dwóch rozdziałach. Chociaż jestem ciekawa Waszych teorii. :)
Kolejne dwa rozdziały prawdopodobnie zostaną opublikowane za trzy tygodnie. W przyszłym publikuję Złączonych, a w kolejnym Come To Claim. Zatem trzeba czekać. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie.
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia! Enjoy!