niedziela, 5 kwietnia 2026

[T] Promyk radości: Rozdział 3

Nadszedł ten dzień.

Dzień, który planowała od tygodni. Ten, na który poświęciła długie noce, niezliczone arkusze kalkulacyjne i niejedną strategiczną łapówkę. Wielkanocne wydarzenie — jej duma, jej pasjonujący projekt i jedyny moment w roku poświęcony świętowaniu i wspieraniu czarownic i czarodziejów mugolskiego pochodzenia w magicznym Londynie.

I nie zostało nic do zrobienia.

Żadnych przysług na ostatnią chwilę. Żadnych list rzeczy do trzykrotnego sprawdzenia. Żadnych palet kolorów, nad którymi trzeba by się męczyć (choć wciąż nie była pewna, czy lawenda i róż nie są zbyt podobne). Musiała tylko się pojawić.

Co, naturalnie, oznaczało, że była we Dworze Malfoyów trzy godziny wcześniej.

W jej myślach wciąż krążył poprzedni wieczór — dach, cisza, sposób, w jaki na nią patrzył, jakby była kimś wyjątkowym. Jak o mało się nie pocałowali. Jak spanikowała. Jak odeszła.

O czym on teraz myśli? Czy żałuje? Czy zamierza udawać, że nic się nie stało? A ona?

Wygładziła dłońmi przód zwiewnej, kwiecistej sukienki, którą Pansy nalegała, by założyła. Hermiona musiała przyznać, że pomimo śmiałego dekoltu, czuła się w niej piękna. Niemal nie do poznania. Jej loki swobodnie opadały na plecy, choć niełatwo było jej się zdecydować, a teraz stała u krawędzi kutej, żelaznej bramy Dworu Malfoyów, a serce waliło jej jak młotem, jakby nie zaplanowała każdej sekundy tego wydarzenia.

Bramy skrzypnęły i otworzyły się z elegancją, która sugerowała bogactwo, dziedzictwo i co najmniej cztery pokolenia onieśmielających przodków.

Hermiona wzięła głęboki oddech i weszła do środka.

Teren był jeszcze bardziej zachwycający, niż go zapamiętała.

Rozległe trawniki rozciągały się w idealnej symetrii, obramowane rzeźbionymi żywopłotami i starymi, dostojnymi drzewami, które wyglądały, jakby stały tam od wieków. Kamienne ścieżki wiły się przez starannie utrzymane ogrody, a krzewy róż kwitły w delikatnych kolorach. Każdy centymetr tego wszystkiego był cichy, powściągliwy i przejmująco piękny.

Dwór wznosił się przed nią, majestatyczny jak zawsze — wciąż niewiarygodnie wielki, wciąż niewiarygodnie malfoyowski. Ale teraz wyglądał inaczej. Mniej jak pomnik dziedzictwa, bardziej jak coś żywego. Ostatnim razem, gdy go widziała, ściany wydawały się zimne, nawiedzone. Teraz słońce muskało kamień, jakby należał do tego miejsca.

Gdy zbliżała się do końca ścieżki, drzwi wejściowe się otworzyły i Draco wyszedł na zewnątrz.

Uśmiechnął się, idąc w jej stronę, a jej żołądek podskoczył.

— Skąd wiedziałem, że wielka Hermiona Granger przybędzie tak wcześnie?

Otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, ale na chwilę zapomniała, jak działa aparat mowy.

Bo Draco Malfoy Draco Malfoy, nosiciel mroku i wszystkiego, co czarne — miał na sobie bladoniebieską marynarkę i pasujące do niej spodnie, a do tego elegancką, białą koszulę i granatowe mokasyny. Wyglądał, jakby wiosna uszyła go na miarę. Wyglądał naturalnie i absolutnie powalająco.

Obrzuciła go wzrokiem, starając się nie wyglądać na porażoną.

— Założyłeś… niebieski?

Uśmiechnął się ironicznie, przeczesując dłonią jasne blond włosy, wyraźnie świadom efektu.

— Jakaś dobrze ubrana, wścibska kobieta powiedziała, że pożałuję, jeśli nie dopasuję się do reszty.

Hermiona się zarumieniła, zerkając na swoją sukienkę, która, co dziwne, idealnie pasowała do jego stroju. Różowa w te same delikatne, niebieskie kwiaty.

Jej oczy się zwęziły.

— Pansy?

Zaśmiał się.

— Pansy.

Hermiona jęknęła.

— Zabiję ją.

— Skoro mowa o wścibskich przyjaciołach — powiedział, odsuwając się na bok i wskazując głową w stronę rezydencji — mam dla ciebie niespodziankę.

Wyciągnął rękę jak dżentelmen ze starej fotografii, po czym uśmiechnął się ironicznie.

— Chodź, Niebezpieczna Granger.

Hermiona zaśmiała się pod nosem, nieśmiała, ale niezaprzeczalnie oczarowana, i wsunęła dłoń w zgięcie jego łokcia.

— Za tobą, Panie Wytworny.

Draco zachichotał cicho i ciepło, a ona poczuła, jak drżenie rozchodzi się po jego ramieniu, gdy prowadził ją po schodach i przez wysokie, podwójne drzwi Dworu Malfoyów.

A raczej tego, co kiedyś było Dworem Malfoyów.

Wejście rozciągało się wokół niej miękkimi, szerokimi liniami — łukowate sufity wznosiły się nad jej głową, wysokie okna w kamiennych ramach wpuszczały promienie słońca na blade, marmurowe posadzki. Ściany, niegdyś ciężkie od cienia i ciszy, teraz emanowały ciepłem w każdym pociągnięciu pędzla w kolorze kości słoniowej, w każdej odrestaurowanej rzeźbie. Kolumny wznosiły się z niewymuszoną gracją wzdłuż krawędzi korytarza, prowadząc wzrok ku wypolerowanym poręczom i łagodnym łukom schodów. Nie było śladu dawnego wyglądu — żadnego chłodu w powietrzu, żadnego echa dawnych imion wypowiadanych z gniewem.

Tylko światło.

Miała wrażenie, jakby historia została na nowo zapisana w projekcie — mrok zamieniony na elegancję, pamięć złagodzona światłem słonecznym i troską.

Draco zerknął na nią.

— Kiedy już się tym zająłem, wprowadziłem kilka zmian. Starałem się przywrócić go do stanu, jaki zapamiętałem. Zanim to wszystko się stało.

Nie pytała, co ma na myśli, i nie musiała. Wojna kiedyś przesiąkła te ściany. Odzyskiwał je na nowo. Pokój po pokoju.

— Myślę, że stworzyłeś coś naprawdę pięknego — powiedziała cicho.

Poprowadził ją przez salon — teraz jasny i skąpany w słońcu, ze ścianami ozdobionymi nowymi dziełami sztuki — i przez francuskie drzwi na tylny portyk, długi, kamienny taras flankowany szerokimi, białymi kolumnami.

Wtedy Hermiona zapomniała jak się oddycha.

Puścił jej ramię, a ona powoli ruszyła naprzód, szeroko otwierając oczy i chłonąc to wszystko.

To było… zapierające dech w piersiach.

Trawnik na tyłach domu przeobraził się w istne marzenie. Pośrodku, na wiosennym wietrze, powiewał ogromny, unoszący się namiot, którego baldachim w kolorze rudawego i niebieskiego jajka drozda, obramowany był złotą obwódką, a pastelowe, jedwabne proporce falowały wzdłuż krawędzi. Powietrze było czarująco ciepłe, na tyle, by czuć było, że wiosna nadeszła wcześniej.

Pod namiotem, na trawniku, ustawiono dziesiątki okrągłych stołów, nakrytych delikatnymi obrusami — kremowymi, lawendowymi, różowymi, miętowymi — z pasującymi do nich złoconymi krzesłami. Wysokie wazony przepełnione były tulipanami, hiacyntami i lwimi paszczami w najróżniejszych pastelowych odcieniach, a maleńkie zaczarowane motyle leniwie fruwały między kwiatami.

Wielkanocne transparenty powiewały nad głowami, mieniąc się delikatnym, metalicznym napisem:

 

Doroczna Gala Dobroczynna dla Mugolaków

Niech Kwitnie Nadzieja

 

Hermiona wpatrywała się w niego z niedowierzaniem.

— Draco… jak ty to wszystko zrobiłeś?

Nie odpowiedział od razu, po prostu stał obok niej, rozglądając się.

— Mam znajomości — mruknął. — I możliwe, że miałem pomocników.

Spojrzała na niego bez słowa. Tysiące szczegółów — rzeczy, o które nie prosiła, których sobie nawet nie wyobrażała — rozkwitały na jej oczach.

— Nie musiałeś tego wszystkiego robić — powiedziała ochrypłym głosem przepełnionym emocjami.

W końcu na nią spojrzał.

— Oczywiście, że musiałem — rzekł cicho. — Zasługiwałaś na coś tak niezwykłego, jak praca, którą wykonujesz.

Przechylił głowę w stronę namiotu.

— Chodź.

Hermiona, znów nagle zdyszana, podążyła za nim.

Gdy szli obsadzoną kwiatami ścieżką w stronę namiotu, Hermiona dostrzegła stajnie na skraju posesji. Wyglądały jak wyjęte z obrazu, rozległe i eleganckie, schowane w cieniu powykręcanych drzew. Tuż za nimi, galopując przez szeroki, otwarty padok, biegała para potężnych, śnieżnobiałych, skrzydlatych koni.

— Czy to… abraksany? — wyszeptała, szeroko otwierając oczy.

Draco podążył za jej wzrokiem i skinął głową.

— Są w rodzinie od pokoleń. Wyhodował je mój pradziadek.

Hermiona obserwowała ruchy stworzeń. Ogromne i pełne gracji, ze skrzydłami starannie schowanymi po bokach, gdy z hukiem przemierzały trawę. Zapierały dech w piersiach.

— Są piękne — mruknęła.

Draco spojrzał na nią, a jego usta wygięły się w uśmiechu.

— Chyba kiedyś mógłbym cię zabrać na przejażdżkę.

Odwróciła głowę ku niemu.

Jeździsz na nich?

Zaśmiał się.

— Oczywiście. Są tresowane. Zaskakująco łagodne. O wiele przyjemniejsze niż hipogryfy, jeśli o mnie chodzi.

Hermiona zachichotała.

— Zastanawiam się, dlaczego.

Draco spojrzał na nią, ale ona tylko się uśmiechnęła.

— I są dwa razy większe od zwykłego konia.

— Właściwie to trzy razy. Kiedy już ci zaufają, jazda na nich jest niesamowicie przyjemna.

Hermiona spojrzała na niego sceptycznie.

— Ty i ja mamy zupełnie inne definicje przyjemności.

Zaśmiał się.

— Podobałoby ci się bardziej, niż myślisz.

— Właściwie wolałabym nie umrzeć.

— Mądrala.

Wciąż chichocząc, ponownie podał jej ramię, gdy zbliżali się do namiotu.

Pod strzelistym sufitem z jasnego jedwabiu trwały ostatnie przygotowania. Obsługa w dopasowanych, pastelowych szatach przechadzała się między stołami, poprawiając wizytówki i ustawiając półmiski. Na samym końcu czarownica od cateringu nakrywała do stołu z deserami, a półki obracały się powoli, prezentując miniaturowe eklerki i makaroniki marchewkowe.

Po prawej stronie, pod pergolą, znajdował się kącik wypoczynkowy, który wyglądał jak żywcem wyjęty z Ogrodowych Inspiracji Tygodnika Czarownica. Wyścielane, aksamitne fotele w delikatnych odcieniach różu i kremu stały na trawniku pod kępą unoszących się parasoli. Niski, szklany stolik zastawiony był tacami z drobnymi ciastkami, kieliszkami od szampana i talerzem pastelowych ciastek, który był już połowie pusty.

A pośród tego wszystkiego, wyglądając na niepokojąco zrelaksowanych, znajdowali się jej ludzie.

Harry odchylił się do tyłu, jedną ręką obejmując ciężarną Pansy, która oparła stopy na kolanach Ginny. Ginny, bosa i w połowie drugiego kieliszka szampana, śmiała się z czegoś, co właśnie powiedział Theo.

Z boku Blaise i Padma z identycznymi minami wyrażającymi lekką nieufność przyglądali się kwiatowemu łukowi.

— Co… co wy tu robicie tak wcześnie? — zapytała oszołomiona Hermiona.

Ginny wstała, strzepując okruszki ze spódnicy.

— Draco nas zaprosił. Powiedział, że pojawisz się trzy godziny wcześniej, żeby trochę pomajstrować.

Harry uniósł kieliszek.

— Pomyśleliśmy, że przyjdziemy „pomóc”.

Hermiona spojrzała szeroko otwartymi oczami na Draco, który już szedł w jej stronę z dwoma kieliszkami szampana.

— Co mogę powiedzieć? Znam cię — powiedział, podając jej jeden.

Pansy, siedząca na sofie, machnęła leniwie ręką.

— Przytuliłabym cię, ale ostatnim razem, kiedy wstałam bez pomocy, o mało nie pozbawiłam skrzata domowego i siebie godności. Wspieram emocjonalnie — fizycznie pozostaję nieruchoma.

Theo, ubrany w oślepiająco jaskrawe, wiosenne kolory, podniósł się z krzesła i wpadł na Hermionę z energią golden retrievera. Ledwo trzymała się na nogach, gdy ją objął i przytulił.

— Tak, więc nadal nie do końca rozumiemy tę mugolską tradycję — oświadczył radośnie, ściskając ją mocno — ale słyszeliśmy, że będzie jedzenie, więc jesteśmy.

Za nim Ginny zawołała:

— Nie daj mu się okłamać. Przyszedł tu tylko na polowanie na jajka. Robił dziś rano ćwiczenia rozciągające.

— I wygram! — odparł Theo z szerokim uśmiechem.

Hermiona się roześmiała, ściskając go, zanim ją puścił.

Blaise podszedł do nich, wyglądając na lekko zaniepokojonego wystrojem.

— Czuję się, że to jakiś gorączkowy sen — mruknął, obserwując pastelową eksplozję kolorów wokół nich.

Draco uniósł kieliszek i skinął głową. Wszyscy poszli w jego ślady.

— Za Hermionę. Za stworzenie czegoś, co ma znaczenie.

Wszyscy powtórzyli.

— Za Hermionę.

— Za pastelowy aktywizm! — krzyknął Theo.

Hermiona uniosła kieliszek, czując radość.

— Za was wszystkich. Dziękuję.

Przez chwilę po prostu tak stali — rozmawiając, śmiejąc się i spędzając czas. Ku zaskoczeniu Hermiony, jej przyjaciele zajęli się niemal wszystkim, co zostało, załatwiając ostatnie szczegóły bez proszenia. Po raz pierwszy nie czuła gorączkowej presji, by cokolwiek naprawić, sprawdzić czy przeorganizować. Mogła po prostu być.

To był rzadki i cenny rodzaj spokoju.

Później, gdy słońce wznosiło się coraz wyżej na niebie i zaczęli przybywać pierwsi goście, Hermiona stanęła przy głównym wejściu do namiotu, którego jedwabne połacie przewiązane były pastelowymi wstążkami, co pozwalało na delikatny, wiosenny powiew. Stanęła obok Draco, oboje witali gości serdecznymi uśmiechami i uściskami dłoni.

Hermiona instynktownie się wyprostowała, gdy pojawił się Kingsley.

— Ministrze Shacklebolt — powitała go, podając mu dłoń z autentycznym ciepłem.

— Hermiono — powiedział głosem przepełnionym dumą. — To… niezwykłe. Stworzyłaś tu coś, z czego całe Ministerstwo jest bardzo dumne. I taką przyszłość Ministerstwo powinno promować.

Hermiona się zarumieniła.

— Dziękuję, Ministrze. Twoje słowa bardzo wiele dla mnie znaczą.

Kingsley zwrócił się następnie do Draco. Obaj mężczyźni mieli długą i skomplikowaną historię, składającą się głównie z unikania i uprzejmego dystansu. Ale teraz Kingsley wyciągnął rękę.

Draco ją ujął.

— Ministrze. Witamy.

— Malfoy — przywitał się dosadnym tonem. — To hojne wykorzystanie majątku twojej rodziny. To wiele znaczy.

Draco skinął głową z szacunkiem.

— Dziękuję, Ministrze. To dla mnie zaszczyt.

To była krótka wymiana zdań. Hermiona dostrzegła jednak iskierkę szacunku między nimi.

Goście wciąż przybywali — więcej, niż się spodziewała. Rozpoznawała nazwiska z całej społeczności czarodziejów, znajome twarze mieszały się z nowymi.

Gdy większość się zebrała, Hermiona weszła na małą, podwyższoną platformę pośrodku namiotu, a kompozycje kwiatowe otaczały ją niczym obraz.

Rzuciła zaklęcie Sonorus, wzmacniając głos i uśmiechnęła się do zgromadzonego tłumu.

— Chciałabym zacząć od podziękowania wszystkim za przybycie. Sama wasza obecność tak wiele znaczy — nie tylko dla mnie, ale dla przyszłości, którą próbujemy budować. Jak wielu z was wie, dzisiejsze wydarzenie jest w całości finansowane dzięki hojności darczyńców — osób, które wierzą w inkluzyjność, edukację i łączenie społeczności czarodziejów z mugolakami. Chciałabym powitać tu dzisiaj kilka rodzin, które wspierały tę inicjatywę od samego początku — Patilów, Finchów, Montekich i rodzinę Abbottów. — Rozległ się delikatny, uprzejmy aplauz. — Jesteśmy tu dzisiaj, aby wprowadzić mugolskie tradycje do naszej magicznej społeczności  — nie tylko po to, by je celebrować, ale by promować świadomość, integrację i radość. Przez cały dzień zapraszamy do udziału w szeregu atrakcji, w tym: polowaniu na pisanki — zwycięzcy zostaną ogłoszeni podczas kolacji; tradycyjnym zdobieniu jajek barwnikami; warsztatach tworzenia kwiatowych amuletów oraz w grach ogrodowych organizowanych przez Departament Magicznych Gier i Sportów. Wszystkie dzisiejsze darowizny trafią bezpośrednio na zajęcia z mugoloznawstwa w Hogwarcie oraz na naszą nową inicjatywę Program Willowbridge — sieci wsparcia przejściowego, która pomaga mugolakom przystosować się do życia w magicznym świecie, zapewniając im dostęp do mentoringu, zakwaterowania i zasobów edukacyjnych.

To wywołało głośne brawa profesorów Hogwartu siedzących z przodu, w tym McGonagall, którzy z widoczną aprobatą wznieśli toast.

Hermiona się uśmiechnęła.

— A przede wszystkim — kontynuowała — pamiętajmy, po co tu jesteśmy: aby wspierać czarownice i czarodziejów mugolskiego pochodzenia i zadbać o to, by nasz świat stał się miejscem, w którym każdy będzie witany z otwartymi ramionami. Za nowe początki!

Jej wzrok na chwilę powędrował ku Draco. Stał na skraju tłumu, obserwując ją, jakby była cholernym słońcem.

Uniosła kieliszek w toaście.

— A teraz czas na rozpoczęcie polowania na pisanki!

W namiocie rozległy się brawa, gdy goście zaczęli kierować się w stronę ogrodowych ścieżek, w powietrzu unosił się zapach karmelizowanego bzu.

Hermiona zeskoczyła z podestu, z policzkami wciąż rozgrzanymi do oklasków i zdenerwowania, i ruszyła do stolika z datkami, stojącego z tyłu namiotu, gdzie Draco już składał datek.

Pochyliła się i stuknęła w tabliczkę obok stołu, na której widniał ozdobny, złoty napis: Wszyscy darczyńcy automatycznie biorą udział w polowaniu na pisanki. Udział jest gorąco zachęcany.

Uniosła brew.

— Wiesz, co to znaczy.

Draco przechylił głowę z rozbawieniem.

— Że każesz mi czołgać się po grządkach w poszukiwaniu jajek?

— Dokładnie — odparła radośnie.— Jesteś skazany na mnie.

Zerknął ponownie na tabliczkę, a potem znowu na nią.

Oczywiście… cóż, chyba nie mogłem pozwolić ci zrobić tego samej.

Uśmiechnęła się do niego słodko.

Był uważny i troskliwy w sposób tak naturalny, że prawie nie zauważyła, jak głęboko ją to poruszyło.

— No to, panie Malfoy… chodźmy wygrać to polowanie.

Pochylił się, wystarczająco blisko, by tylko ona mogła go usłyszeć.

— Wiesz, że zawsze gram, by wygrać, Hermiono.

I nagle jej twarz znów zapłonęła.

Kilka minut później, po rozdaniu koszy i lakonicznemu wyjaśnieniu zasad, Hermiona stanęła na skraju trawnika i musiała przyznać, że widok przed nią był obiektywnie zabawny.

Garstka w pełni dorosłych, byłych Ślizgonów — niesławnych, stoickich, wręcz przerażających w Hogwarcie — stała teraz w pastelowych marynarkach i magicznie dobranych, wiosennych strojach, każdy z nich niezgrabnie ściskając wiklinowy koszyk wielkanocny ozdobiony kokardą.

I jakimś cudem wciąż udawało im się wyglądać na rywalizujących.

— Kto znajdzie najwięcej jajek, wygra albo najnowszą miotłę Błyskawicę X, albo opłacony w całości magiczny seans spa w Bąbelkach i Puchu.

Wszystkich dobrano w pary. Co, oczywiście, pozostawiło Hermionę… w parze z Draco Malfoyem, trzymającego koszyk, który zaczarował na zielony ze srebrną wstążką.

Spojrzała na niego kątem oka.

Draco oglądał koszyk, jakby miał zaraz zapalić się samoistnie.

Blaise wpatrywał się w swój lawendowy koszyk z widoczną urazą.

— Co do cholery…

— Wyglądasz uroczo — wycedziła Pansy zza okularów przeciwsłonecznych.

— Naprawdę musimy to robić? — Blaise nie zapytał nikogo konkretnego.

Pansy, już siedząca na leżaku, który przywołała z tarasu, poprawiła okulary i zawołała:

— Jeśli nie chcesz, żeby Granger cię powaliła, to na twoim miejscu zamknęłabym się i zaczęła polować, kochanie.

Hermiona zmrużyła oczy. Blaise westchnął i uniósł koszyk niczym białą flagę.

Z boku Theo trzymał swój jaskraworóżowy koszyk niczym torebkę, pochylając się ku Ginny. Oboje najwyraźniej planowali jakąś absurdalną strategię.

Rozległ się gwizdek.

Pary rzuciły się w każdą chwilę. Harry i Theo natychmiast ruszyli jakby w pogoń za zniczem podczas Mistrzostw Świata, wyraźnie pogrążeni w niewypowiedzianej (ale jak najbardziej realnej) walce o miotłę.

Theo wyciągnął różdżkę i użył jej jak lassa, owijając je wokół kostki Harry’ego i szarpiąc go na ziemię.

Hermiona obróciła się, rozbroiła go w biegu i złapała różdżkę w jedną rękę.

— Odzyskasz ją, jak skończymy.

— To faworyzowanie! — krzyknął za nią Theo.

Z boku Pansy wciąż wylegiwała się na krześle, z twarzą zwróconą ku słońcu, w okularach przeciwsłonecznych mocno osadzonych na nosie. Na jej kolanach leżało jedno różowe jajko.

Draco, ku zaskoczeniu Hermiony, wcale nie próbował wygrać.

Zerknęła w jego stronę i zobaczyła go kucającego obok dwójki małych dzieci, chłopca i dziewczynki, nie starszych niż pięć lat, którzy z trudem szukali jajek. Bez słowa subtelnie podsunął im kilka pastelowych jajek bliżej stóp, pomagając napełnić koszyki. Uśmiechnął się do dziewczynki, gdy ta westchnęła z zachwytu, po czym potargał chłopcu włosy, zanim wstał.

Serce Hermiony zadrżało niespodziewanie i niechcianie.

Wyglądał tak dobrze. Niesamowicie dobrze. A teraz w jej głowie zakorzenił się natrętny obraz — Draco jako tata. Próbowała się go pozbyć. Nie ruszył się.

Zbierali jajka, śmiejąc się bez tchu. Draco złapał jeszcze kilka, zanim głośnym, magicznym dzwonkiem oznajmiono koniec czasu.

Wszyscy zebrali się w głównym namiocie.

Theo uniósł złote jajko, uśmiechając się szeroko.

— Czy to znaczy, że wygrałem?

Blaise prychnął.

— Dawaj. Otwórz je, mistrzu.

Theo przekręcił jajko. W środku znajdował się banknot dwudziestofuntowy.

Wpatrywał się w niego, a potem spojrzał na Hermionę.

— Co to jest?

— To mugolskie pieniądze, Theo — wyjaśniła, ledwo powstrzymując uśmiech. — Dwadzieścia funtów, precyzując.

Theo obracał banknot w dłoniach, jakby miał się sam zniszczyć.

— Och. Eee. Okej?

Od razu odwrócił się do Rona i podał mu banknot.

— Masz, stary.

Ron wziął ją.

— Dzięki?

Śmiech przetoczył się przez namiot i przez kilka cennych minut wszystko wydawało się proste.

Kolejne atrakcje przebiegły gładko. Ku zaskoczeniu Hermiony, Draco towarzyszył jej przez cały czas, bez trudu wtapiając się w rytm wydarzenia. Pomagał, gdzie tylko mógł, od organizowania spraw logistycznych na ostatnią chwilę po czarowanie uczestników charakterystyczną mieszanką ciętego dowcipu i eleganckiego uroku.

Zawsze wiedziała, że ma wpływy społeczne, ale obserwowanie go w akcji — w służbie czemuś, co miało znaczenie — to zupełnie inna sprawa.

To, że ktoś o statusie Draco Malfoya tak wyraźnie i bez cienia skruchy zaangażował się w wydarzenie, miało efekt domina. Ludzie, którzy mogli być ambiwalentni lub wręcz lekceważący, teraz włączyli się do zbiórki. Zadawali pytania. Rzucali galeonami. Sprawił, że jej cel stał się ważny w sposób, jaki na jaki ona nigdy nie mogłaby sobie pozwolić, i nie próbował przez to wydarzenie zwrócić uwagi na siebie.

Teraz Hermiona stała przy stanowisku do malowania jajek, z rękawami na biodrach, nadzorując chaos kolorów. Zaklęcia zapobiegały rozpryskiwaniu się barwnika zbyt daleko na stoły, choć sądząc po poplamionych palcach i rozmazanych policzkach połowy dzieci, zaklęcia miały swoje granice.

Draco uklęknął obok małej dziewczynki, której jajko przybrało naprawdę alarmujący odcień musztardy, cierpliwie pomagając jej dodać odrobinę różu. Hermiona uśmiechnęła się, zanim zdążyła się powstrzymać.

— Przyszłaś pomalować więcej jajek? — zapytała, gdy Ginny podeszła.

Ta zmarszczyła nos.

— Nie ma mowy. Wciąż próbuję się pozbyć zielonego z rąk. Wyglądam, jakbym przegrała walkę z krasnalem ogrodowym.

Hermiona się roześmiała, ale jej uwaga ponownie skupiła się na scenie przed nią.

Draco skulił się, podwinąwszy rękawy do łokci, śmiejąc się, gdy dziewczynka niechcący wylała farbę na jego marynarkę. Po prostu bez słowa posprzątał bałagan i pomógł jej spróbować jeszcze raz.

Serce Hermiony zrobiło coś zdradzieckiego. Bo najwyraźniej podwinięte rękawy, magia bez wysiłku i delikatne zachęty stanowiły specyficzny problem.

Ginny przyłapała ją na gapieniu się.

— Masz to spojrzenie — powiedziała, lekko szturchając Hermionę łokciem.

Odwróciła wzrok, rumieniąc się.

Jakie spojrzenie?

— To spojrzenie chcę mieć dwanaścioro dzieci.

Hermiona otworzyła szeroko oczy, jej policzki płonęły.

— Ginny!

Rudowłosa roześmiała się i nachyliła.

— Hermiono. Znam cię od dawna. Od czasów futrzanych skarpetek i dyktowania esejów na eliksiry. I kochanie, mówię tylko, że jeśli nie zrobisz pierwszego kroku, rzucę cię w niego.

Hermiona próbowała zaprotestować, ale otworzyła usta i nic nie powiedziała.

Nie było sensu dłużej zaprzeczać, prawda?

Tłumiła to tak długo. Jej uczucia wpełzły jak bluszcz — powoli, kręto i niemożliwie do usunięcia, gdy już się zakorzeniły.

W końcu wydusiła:

— Po prostu… nie wiem, czy on czuje to samo.

Ginny posłała jej najbardziej ironiczne spojrzenie, jakie kiedykolwiek widziała.

— Hermiono. On najwyraźniej cię lubi. — Gwałtownie gestykulowała. — A może nawet jest w tobie zakochany.

Oczy Hermiony się rozszerzyły.

Ginny wzruszyła ramionami i wzięła kolejny łyk szampana.

— Co? Tylko mówię. Musicie przestać bawić się w kotka i myszkę i po prostu wyznać uczucia.

Hermiona się zawahała, jej głos stał się cichszy.

— Ale co, jeśli zniszczę naszą przyjaźń?

Twarz Ginny złagodniała.

— A co, jeśli nie spróbujesz? — zapytała łagodnie. — A co, jeśli będzie cudownie? A co, jeśli to on będzie tym jedynym?

Hermiona nie odpowiedziała. Spojrzała tylko na Draco, kucającego obok małej dziewczynki z rozmazanym, różowym barwnikiem na nosie, zmarszczkami w kącikach oczu spowodowanymi śmiechem, i poczuła zaciskające się serce.

Bo co, jeśli jednak?

Ta myśl nie dawała jej spokoju, ciepła i bolesna, gdy dzień zaczął przechodzić w wieczór.

Słońce zachodziło, rozświetlając niebo poświatami lawendy i spalonej pomarańczy. Na terenie Dworu Malfoyów zaczęły migotać delikatne, złote światła. Unoszące się w powietrzu świece, zaczarowane latarnie i migoczące lampki choinkowe unosiły się delikatnie nad trawnikiem i pod namiotem udekorowanym kwiatami.

Hermiona siedziała mniej więcej pośrodku, otoczona najbliższymi przyjaciółmi. Harry i Pansy siedzieli naprzeciwko niej, Ginny i Theo po jej prawej stronie, Blaise i Padma debatowali nad wyborem pieczywa. Serce jej rosło, gdy rozejrzała się dookoła. Dzień minął… idealnie. I wciąż trwał.

Draco znów rozmawiał z Ministrem, kiwając grzecznie głową. Kingsley nie był sam; obok niego stali Charles Avery, Podsekretarz ds. Stosunków Magicznych, i Cassia Roswell, Kierownik ds. Prawa i Reformy Magii. Tytani polityki. Hermiona poczuła znajomy błysk podziwu, a potem dumy, gdy Kingsley skinął na nią w trakcie rozmowy, a wzrok Draco natychmiast powędrował w jej stronę.

Przeprosił, skinął głową pozostałym, po czym ruszył w stronę jej stolika.

Ale zanim zdążył do niego dotrzeć, stanęły przed nim dwie smukłe sylwetki.

Astoria była ubrana w oszałamiającą, elegancką suknie, która wyglądała, jakby została wycięta z księżycowego blasku — elegancką i wyrafinowaną w taki sposób, że wyglądała, jakby należała do tego Dworu. Jej ręka wślizgnęła się pod ramię Draco, jakby miała do tego pełne prawo.

Klatka piersiowa Hermiony zacisnęła się.

Astoria pochyliła się, mamrocząc coś, co wywołało uśmiech na twarzy Daphne. A potem, głośniej, gdy zbliżali się do stołów, Astoria powiedziała słodko:

— Usiądź z nami, Draco.

Draco mruknął coś zbyt cicho, by Hermiona mogła go usłyszeć, wciąż odwrócony do niej plecami. Sekundę później odsunął się i przeszedł przez trawnik w stronę stolika Hermiony.

Wzrok Astorii podążył za nim, wypatrując Hermiony z wymownym spojrzeniem.

Hermiona spuściła wzrok na swoje sztućce, aż poczuła, jak siada obok niej, a ciepło jego obecności rozluźniło jej serce.

A potem Kingsley wszedł na podium i odchrząknął, gdy tłum ucichł.

— Co za dzień — zaczął, wyciągając ręce. — W swojej karierze uczestniczyłem w wielu wydarzeniach Ministerstwa, ale na niewielu z takim zaangażowaniem — i z takim celem. Dzisiaj chodziło o jedność. O budowanie czegoś większego niż my sami. I o odzwierciedlenie tych, którzy to umożliwili.

Zerknął na zwój unoszący się obok niego.

— Zanim zakończymy tę niesamowitą uroczystość, chciałbym docenić naszych największych darczyńców tego wieczoru.

Czytał zwój.

— Po pierwsze, państwo Potterowie, z hojną darowizną dziesięciu tysięcy galeonów…

Harry gwizdał, unosząc kieliszek, a tłum wybuchnął gromkimi brawami.

— Następnie, państwo Nottowie, z oszałamiającą kwotą osiemnastu tysięcy galeonów…

Theo wstał, kłaniając się teatralnie.

— Nie mam pojęcia, na co przekazałem darowiznę, ale jestem dumny, że mogę w tym uczestniczyć!

Oklaski stały się głośniejsze, skomentowane przez Ginny przewróceniem oczami.

— I na koniec — powiedział Kingsley, rozglądając się po tłumie — osobisty wkład w wysokości pięćdziesięciu tysięcy galeonów… od pana Malfoya.

W namiocie rozległy się westchnienia, a po nich wybuchły pełne zachwytu brawa.

— I oczywiście — kontynuował Kingsley — najserdeczniejsze podziękowania dla pana Malfoya za udostępnienie tej pięknej posiadłości na dzisiejsze wydarzenie.

Draco skinął głową, nie ruszając się z miejsca, podczas gdy głowy odwracały się w jego stronę, a dłonią lekko musnął dłoń Hermiony pod stołem.

Kingsley zwrócił uwagę na Hermionę.

— Ale nic z tego nie byłoby możliwe bez geniuszu i poświęcenia jednej czarownicy.

Zamilkł.

— Hermiona Granger — naprawdę Najbystrzejsza Czarownica Swojego Pokolenia. Ale więcej niż to: kobieta, która postrzega problemy jako zagadki, a nie niemożliwe do pokonania przeszkody. Jej zaangażowanie w inkluzyjność, edukację i budowanie społeczności nie tylko sprawiło, że dzisiejszy dzień był sukcesem — wyznaczyło nowy standard tego, jak może wyglądać nasza przyszłość.

Rozległ się wiwat. Hermiona zarumieniła się, a jej oczy zaszły łzami, gdy Kingsley kontynuował.

— Właśnie dlatego chciałbym oficjalnie ogłosić, że za dwa lata ustąpię ze stanowiska Ministra Magii. Przyszłość naszego rządu będzie oczywiście zależeć od waszych głosów — ale mogę bez wahania powiedzieć, że wiem, na kogo oddam swój.

Tłum ryknął z radości. Wiwatami, oklaskami i brzękiem kieliszków.

Kingsley uniósł wysoko swój kieliszek.

— Za bardziej inkluzyjny czarodziejski Londyn!

— Za Londyn! — odbiło się echem w jego odpowiedzi.

Hermiona otarła oczy, oszołomiona. Ginny już się pochylała, by uścisnąć jej ramię. Harry sięgnął przez stół i stuknął się z nią kieliszkami.

Pansy, dramatycznie ocierając oczy lnianą serwetką, jakby była na pogrzebie, mruknęła na tyle głośno, by usłyszała ją połowa zgromadzonych przy stole:

— Och, wspaniale. Doprowadziła ciężarną kobietę do płaczu. Mam nadzieję, że jesteś z siebie dumna, Granger. Całkowite zagrożenie dla społeczeństwa.

Potem dodała nieco ciszej, by tylko Hermiona usłyszała:

— Ale szczerze… jesteś cholernie wspaniała.

— Za Hermionę — wzniósł toast Harry.

— Za Hermionę — powtórzyli pozostali, głośno i z dumą.

Draco odwrócił się do niej, obserwując ją pośród wiru pochwał, szampana i blasku świec.

— Byłaś genialna — mruknął.

I po raz pierwszy od bardzo dawna Hermiona to poczuła.

Nie tylko sukces. Ale przytłaczającą miłość.

Zabawa trwała przy głośnym śmiechu, brzęku kieliszków i serdecznych gratulacjach. Hermiona ledwo zdążyła odetchnąć, gdy pojawił się kolejny gość, wychwalający piękno i głębię wydarzenia.

Dopóki nie usłyszała tego śmiechu.

Głos Astorii Greengrass przebił się przez szum tła. Wysoki. Brzęczący. Celowo za głośny.

Hermiona lekko się odwróciła, dostrzegając Astorię siedzącą nieopodal, obracającą kieliszek szampana w palcach i uśmiechającą się ostro do małej grupki gości. Jej głos był na tyle głośny, że pod pozorem słodyczy niósł się do otaczających stolików.

— Cóż, to chyba godne podziwu — Astoria mówiła nonszalancko do grupki nienagannie ubranych gości — że próbuje coś zrobić. Ale szczerze mówiąc, co ona właściwie zmienia? Mugolaki mają swoje miejsce w naszym świecie. Organizowanie dla nich polowań na jajka i balów tematycznych nie zmieni więzów krwi.

Daphne Greengrass zachichotała.

— To urocze. Pozwalać mugolakom myśleć, że mają znaczenie przez jeden dzień. To nie zmieni tego, kim są.

Ktoś prychnął z aprobatą.

Astoria kontynuowała, jej głos był słodki i przenikliwy.

— To sprytna istotka, muszę przyznać. Ale spryt nie czyni cię równym. Na pewno nie czyni cię czystym. To wszystko… — leniwie wskazała na namiot, kwiaty, gości — to tylko przedstawienie. Miłe widowisko, które koi wyrzuty sumienia.

W uszach jej dzwoniło. A klatka piersiowa zacisnęła. Po raz pierwszy tego wieczoru ciepłe bezpieczeństwo, którym się otuliła, pękło na oścież.

Słowa uderzyły jak zimna woda. Hermiona odwróciła się z powrotem do talerza, a puls dudnił w uszach. Kruche ciepło roztrysnęło się na brzegach.

Po wszystkim — całej pracy, wysiłku, zmianie, którą, jak myślała, budowała, wciąż byli ludzie, którzy postrzegali ją jako gorszą.

Draco, który rozmawiał z Harrym o DPPC, kątem oka dostrzegł jej wyraz twarzy. Natychmiast pochylił się ku niej.

— O co chodzi? — zapytał cicho, na tyle cicho, że tylko ona mogła go usłyszeć.

Hermiona pokręciła głową, patrząc w dół, próbując przełknąć narastające pieczenie w gardle.

Ale potem Draco też usłyszał okrutne słowa Astorii.

— I nie wspominając o tym, że zostanie następczynią Ministra — wycedziła Astoria. — Naprawdę udajemy, że więzy krwi nic nie znaczą? To wszystko jest bardzo wzruszające — biedna sierota, która stała się ulubienicą Ministerstwa — ale niektórzy z nas naprawdę zasłużyli na swoje miejsce bez uciekania się do litości i polityki.

Rozległ się cichy śmiech.

Draco zacisnął szczękę.

Hermiona wpatrywała się w obrus, zaciskając palce na serwetce. Krew dudniła jej w uszach.

Astoria jeszcze nie skończyła. Leniwie wypiła kieliszek szampana, a jej głos brzmiał fałszywie słodko.

— Cóż, niech go Bóg błogosławi, Draco też dokłada swoją cegiełkę. Bawi się w organizowanie imprez charytatywnych, by wybielić nazwisko rodowe. Bardzo szlachetnie. — Uśmiechnęła się lekko. — W końcu ktoś musi oczyścić reputację Malfoyów.

Głos Astorii brzmiał monotonnie.

Pod stołem dłoń Draco odnalazła dłoń Hermiony. Palce splotły się, uziemiając ją. Kciuk zataczał stałe, kojące koła na grzbiecie jej dłoni.

— Wszystko w porządku?

Hermiona skinęła głową. Kłamstwo.

Bo zrobiła wszystko jak należy. Włożyła w to wydarzenie całe serce, pociągnęła za każdy sznurek, wywalczyła sobie przysługę, stworzyła coś dobrego. A mimo to ludzie tacy jak Astoria potrafili sprowadzić to wszystko do więzów krwi i teatralnego okrucieństwa.

Wciąż byli ludzie, którzy wierzyli, że krew definiuje wartość.

Mrugnęła szybko, pragnąc, by kłucie w oczach zniknęło.

— Chyba powinnam zrobić obchód — powiedziała, niechętnie go puszczając. — Podziękować wszystkim, zanim zaczną wychodzić.

Draco nie puścił jej dłoni od razu. Ścisnął ją lekko, po czym powiedział żartobliwie:

— Oczywiście, pani Minister.

Po czym puścił.

Lekki uśmieszek, którym ją obdarzył, miał wywołać uśmiech.

I jakimś cudem zadziałał. Hermiona parsknęła śmiechem, po czym odeszła.

Chodziła więc między grupkami gości, żegnając się i składając ostatnie podziękowania, a uśmiechanie się stało się coraz łatwiejsze z każdym uściskiem dłoni, każdym cichym słowem pochwały. Wieczór w pełni się uspokoił, gdy ostatnie ślady błękitu nad dworem rozpłynęły się w głębokim granacie, a pierwsze gwiazdy zaczęły kłuć niebo.

Znalazła Kingsleya blisko krawędzi patio, jego ramię wygodnie spoczywało na ramionach żony, gdy podziwiali jedną z kompozycji tulipanów pod lampami na patio.

— Hermiono — powiedział Kingsley, odwracając się, by powitać ją znajomym uśmiechem. — Chcieliśmy nacieszyć się pięknym widokiem, zanim będziemy musieli się pożegnać.

Hermiona się zaśmiała, zaczesując loki za ucho.

— Niezła próba. Gdybym tylko pozwoliła wam odejść bez pożegnania.

Zaśmiał się.

— Właśnie to w tobie podziwiam. Nieustępliwa.

Jego żona, Isadora Shacklebolt, wysoka, pełna wdzięku i zawsze otulona zapachem wody różanej, objęła Hermionę.

— Właśnie mówiliśmy, jak bardzo jesteśmy z ciebie dumni — mruknęła z uśmiechem. — I jakie to szczęście, że Ministerstwo cię ma i jak bardzo będzie cię potrzebować na stanowisku kierowniczym.

Hermiona zarumieniła się, lekko pochylając głowę.

— Jestem po prostu wdzięczna za hojność, jaką wszyscy okazali. To dla mnie tak wiele znaczy widzieć ludzi wspierających coś, co ma znaczenie.

Kingsley zachichotał, ton jego głosu był ciepły, ale stanowczy.

— Nie pojawili się tak po prostu, Hermiono. Zwrócili na ciebie uwagę. Sprawiłaś, że im zależało. Tego, co dzisiaj osiągnęłaś, większość nie osiąga w ciągu roku spotkań i propozycji politycznych. — Zrobił pauzę, po czym lekko się pochylił i zniżył głos. — I mówiłem poważnie. Kiedy nadejdzie czas, jeśli zdecydujesz się to zrobić, zyskasz moje pełne poparcie na stanowisko Ministra Magii.

Hermiona zamrugała, oszołomiona ciężarem tych słów.

— Ja… nie wiem, co powiedzieć.

— Nie musisz nic mówić — odpowiedział Kingsley. — Kiedy będziesz gotowa pomogę ci ze wszystkim. Szkoleniem, wskazówkami, cokolwiek będziesz potrzebować.

Isadora ponownie objęła ją serdecznie.

— Uczyniłaś nas dumnymi, kochanie. Co za piękny wieczór.

Hermiona uśmiechnęła się, wciąż z sercem przepełnionym tą chwilą.

— Dziękuję, Isadoro.

Gdy tylko się odsunęła, coś przykuło jej uwagę ponad ramieniem Isadory.

Tuż za przeciwległym krańcem różanego ogrodu, gdzie światła niknęły w ciemniejszych cieniach, Draco stał odwrócony do niej plecami, jak zawsze wysoki i opanowany. Astoria stała odrobinę za blisko, jej dłoń musnęła jego ramię, a głowa pochylona była ku niemu, jakby szeptała coś przeznaczonego tylko dla niego.

Rozmowa wydawała się intymna i znajoma w sposób, który sprawił, że Hermionie zacisnął się żołądek.

Kingsley wciąż mówił obok niej, może o przyszłych rundach finansowania albo zbliżającym się międzynarodowym szczycie, ale nie słyszała ani słowa. Miała wrażenie, jakby zatkały jej się uszy.

Skinęła szybko głową na jego słowa, zmuszając się do wyrażenia czegoś w rodzaju wdzięczności.

Kingsley uśmiechnął się, wciąż nieświadomy.

— I nie zawracaj sobie głowy przychodzeniem do pracy w poniedziałek — dodał. — Zasłużyłeś na kilka dni wolnego.

— Och… tak. Dziękuję — mruknęła, ledwo słysząc własny głos. — Tak zrobię. Miłego wieczoru.

Obdarzyła ich oboje kolejnym uprzejmym uśmiechem i odwróciła się, zanim wyraz twarzy zdążył ją zdradzić.

Jej kroki przyspieszyły, gdy przechodziła przez taras. Światła nagle wydały się ostrzejsze, a śmiech za nią — odległy i metaliczny. Cicho weszła po schodach, pragnąc uciec do ogrodu, imprezy i cienia upokorzenia, który zaczął palić ją w gardle.

Objęła się ramionami.

Jak mogłam być taka głupia? Oczywiście, że był po prostu miły. Oczywiście, że był czarujący.

W końcu to był cholerny Draco Malfoy. Nie należał do niej. Nigdy. Ktoś taki jak on pasował do kogoś takiego jak Astoria: elegancka, rasowa, idealna towarzysko. Wpasowywała się w to wszystko z łatwością. Dwór, nazwisko, dziedzictwo. Astoria już była wszystkim, czego Hermiona starała się nie chcieć. Nie tą przesadnie utalentowaną mugolaczką, która wciąż wzdrygała się na wspomnienie o swojej ogarniętej wojną przeszłości.

Pierwszy chłód wieczoru przedarł się przez szpary w starych szybach. Hermiona zadrżała.

Przekroczyła próg dworu, kierując się do wejścia, gdzie zostawiła płaszcz przerzucony przez leżankę w salonie. W oczach już czuła pieczenie i zamrugała mocno, zaciskając szczęki.

Jej dłonie nerwowo szukały płaszcza, ramiona lekko drżały.

To nie było prawdziwe, powtarzała sobie. To nic nie znaczyło. Nigdy…

Kroki rozbrzmiały za nią.

Przyspieszyła kroku, dudniąc po kamiennej, marmurowej posadzce, palce zaciskały się na brzegu płaszcza. Jeszcze tylko kilka kroków. Musiała po prostu opuścić posiadłość, oddalić się na tyle daleko, by móc w spokoju się rozpaść. Gdzie nikt by jej nie zobaczył. Nikt by się nie dowiedział.

— Hermiono…

Jego głos rozbrzmiał echem w długim korytarzu za nią.

Szła dalej. Nie odwróciła się. Nie mogła. Nie, gdy jej myśli krzyczały tak głośno, że go zagłuszały. Nie, gdy bolała ją pierś, a duma pękała w środku.

— Hermiono, zatrzymaj się!

Szybko ją dogonił, oczywiście, że tak, i mocno objął za ramię, odwracając ją twarzą do siebie.

Mrugnęła, rozchylając usta, próbując, lecz bezskutecznie, się opanować.

— Hermiono… dlaczego wychodzisz? — zapytał bez tchu.

Odwróciła wzrok.

— Po prostu… puść mnie, Malfoy.

— Nie zrobię tego. — Jego głos osłabł, przesycony nutą niebezpiecznie bliską panice. — Powiedz mi, co się stało.

Wyrwała rękę, a głos się załamał.

Co się stało? — Zaśmiała się gorzko, klatka piersiowa unosiła się i opadała zdecydowanie za szybko. — Po tym wszystkim, co o mnie mówiła, kim jestem, ty i tak z nią wyszedłeś? A teraz stoisz tu i zachowujesz się, jakby nic się nie stało.

Jego oczy się rozszerzyły.

Głos Hermiony zadrżał z wściekłości.

— Dzielicie te same ideały, prawda? Czystej krwi doskonałość. Teraz wszystko ma sens.

Draco cofnął się, jakby go uderzyła.

— Przecież właśnie o to dziś chodziło, prawda? — warknęła, kręcąc głową i mrugając, by stłumić piekący ból w oczach. — Niech zgadnę, wykorzystujesz mnie, żeby poprawić swój wizerunek? Wykorzystujesz mój status krwi, żeby oczyścić swoje nazwisko? Tańczysz ze mną, dotykasz mnie, udajesz, że ci zależy. Jakby to coś znaczyło. Jakbym ja coś znaczyła. To kolejny spektakl? Kolejny chwyt reklamowy, który Prorok rozdmucha?

Odwrócił się gwałtownie, przeczesując włosy z frustracją. Jego ramiona napięły się i przez chwilę milczał. Po prostu stał tam, odwrócony do niej plecami, jakby słowa uderzyły mocniej, niż powinny.

Hermiona stała tam, czekając, a serce waliło jej boleśnie w uszach.

— Powiedz mi — wyszeptała. — Powiedz mi, że się mylę, Malfoy.

Chodził tam i z powrotem, zaciskając szczeki.

— Po prostu tego nie rozumiesz!

Jej dolna warga zadrżała.

— To powiedz mi. Bo… mam dość zgadywanek.

Przez długą, nieznośną chwilę nic nie powiedział.

Potem odwrócił się, a w jego oczach pojawiło się coś pomiędzy gniewem a bólem.

— Nie szedłem z Astorią z żadnego innego powodu niż po to, by powiedzieć jej, by wyszła.

Hermiona zamrugała, krzyżując ramiona.

— Co?

— Powiedziałem jej, żeby wyszła. Powiedziałem jej, że nie chcę mieć z nią nic wspólnego. Nie jako przyjaciółką, nie jako wspomnieniem, nie jako jakiś fragment przeszłości, którego powinienem pragnąć. Poprosiłem ją, żeby wyszła.

Jego głos był teraz łagodniejszy, ale wciąż przesiąknięty żarem, wciąż drżący od czegoś, co brzmiało niebezpiecznie blisko złamanego serca.

Hermiona zmarszczyła brwi, dezorientacja i nadzieja walczyły w jej piersi.

Dlaczego? — zapytała cicho.

Draco spojrzał na nią — naprawdę spojrzał — i wszystko w nim drgnęło. Gniew, frustracja, powściągliwość zniknęły. Choć jego oczy wciąż płonęły.

— Bo… kocham cię… Hermiono. Jestem w tobie zakochany.

Rozchyliła usta, mocniej ściskając kurtkę.

— Co… co ty właśnie powiedziałeś?

Podszedł bliżej, tak blisko, że czuła jego żar, jego dzikie i niespokojne oczy, jakby słowa czekały lata, by się uwolnić.

Kocham cię, Hermiono. Od ósmego roku. Od kiedy kazałaś mi się uczyć z tobą w bibliotece co wieczór i narzekałem na to, ale to była najlepsza część mojego dnia. Nic nie zrobiłem, bo nie mogłem myśleć o niczym innym, gdy tam byłaś. — Jego głos stał się szorstki, a z jego ust wyrwał się półuśmieszek. — I naprawdę myślisz, że nie miałem partnera na egzaminie końcowym z eliksirów, bo wszyscy inni byli zajęci? Nie. Nie dobierałem się w pary, bo nie mogłem znieść myśli o siedzeniu obok kogoś innego. Siedziałbym tam godzinami, żeby być blisko ciebie. — Jego głos się zniżył. — Myślisz, że dlaczego ciągle chodziliśmy do tej kawiarni na Ulicy Pokątnej? Nie chodziło o herbatę. Chodziło o to, że pamiętałem, jak przemycałaś te głupie cytrynowe bułeczki na Wieżę Astronomiczną. Uwielbiałaś je. A ja… — Urwał na chwilę, uśmiechając się z bólem. — Chcę tylko widzieć cię szczęśliwą.

Hermiona patrzyła na niego bez słowa.

Przez długą chwilę po prostu stali. Oddychając. Obserwując się nawzajem. Pozwalając, by wszystko, co powiedział, zawisło między nimi.

A potem się poruszyła — chwyciła go za kołnierz marynarki i pociągnęła w dół, by go pocałować, desperacko i niezdarnie, jakby tylko to ją trzymało w ryzach.

To było chaotyczne i pospieszne Zbyt szybkie, a jednak niewystarczające.

Hermiona zatoczyła się do tyłu, jakby pocałunek wstrząsnął nią, uderzając kręgosłupem o krawędź stołu za sobą. Wpatrywała się w niego bez tchu, policzki płonęły, a serce waliło jej jak młotem.

Szybko uniosła płaszcz, zasłaniając twarz, jakby chciała jakoś ukryć się przed tym, co właśnie zrobiła.

Draco się nie poruszył. Zacisnął szczękę, jego oczy pociemniały i piekły.

Serce Hermiony biło tak głośno, że ledwo cokolwiek słyszała.

Potem powoli zrobił krok naprzód i jednym, płynnym ruchem wyrwał jej płaszcz z rąk i odrzucił go na bok.

Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, przeprosić, racjonalizować, może uciec, jego dłonie objęły jej twarz, silne i pewne, i szczerze ją pocałował.

Nie — pocałował ją tak, jakby od dawna tego pragnął.

To był ten rodzaj pocałunku, który zajmował przestrzeń. Był przepełniony sześcioma latami napięcia, czułości i tęsknoty. Jakby mówił, że tak właśnie powinno być. Jakby pokazywał jej, jak to jest, gdy ktoś całuje ją porządnie. Z szacunkiem.

Hermiona cicho sapnęła w jego usta, a dłonie powędrowały na jego ramiona, potem na szczękę, ściskając go, jakby nie była pewna, czy to prawda.

Przechylił głowę, pogłębiając pocałunek. Jego usta muskały jej raz po raz — wolniej, trochę mocniej, aż w końcu jęknęła, a on wypuścił powietrze, jakby wstrzymywał ten dźwięk od lat.

Całował ją, jakby była cenna i jakby chciał ją zniszczyć dla kogoś innego.

Czuła jego magię na swojej. Była kusząca, odurzająca, niczym osobna przyjemność. Otulała ją, przyciągając bliżej bez dotyku, wypełniając każdą pustą przestrzeń, jakby została stworzona dla niej. Połączenie było niezaprzeczalne, ciche, rozpaczliwe uczucie, od którego nie mogła uciec.

Dłonie Draco sunęły po jej ramionach, talii, biodrach — wszędzie. Jakby nie mógł się zdecydować, gdzie jej najpierw dotknąć. Uniósł ją na stół, nie odrywając się od niej, i stanął między jej udami. Ruch przewrócił wazon, a ostry odgłos rozbrzmiał na podłodze.

Jej dłonie wplątały się w jego włosy, palce zanurzyły się w miękkich blond pasmach, gdy jego usta powędrowały do jej szczęki, a potem na gardło. Całował ją po szyi, z otwartymi i ciepłymi ustami, a ona odchyliła głowę do tyłu, a powieki zamrugały.

— Draco… — wydyszała, niepewna nawet, co mówi.

Jego dłonie musnęły jej biodra i talię, powoli i z nabożnym szacunkiem, jakby zapamiętywał ją samym dotykiem.

Draco znieruchomiał na chwilę, przyciskając czoło do jej. Też nie mógł złapać oddechu, ale jego dłonie już sięgały w dół, by pomóc jej zejść ze stołu.

Wciąż mocno trzymając jej dłoń w swojej, odchylił się na tyle, by spojrzeć jej w oczy.

— Chodź ze mną. Chcę ci coś pokazać.

A Hermiona, wciąż zdyszana, skinęła głową.

Splótł swoje palce z jej palcami, delikatnie pociągnął w stronę korytarza i poprowadził przez łagodnie oświetlone korytarze Dworu.

__________

Witajcie :) w niedzielne popołudnie zapraszam na kolejny rozdział tłumaczenia. Wiele się działo w tej części, ale myślę, że jesteście zadowoleni z efektu. 

Na ostatni rozdział zapraszam jutro. :) Miłego odpoczynku!

Obserwatorzy