[T] Come To Claim: Rozdział 37

czwartek, 18 czerwca 2026

Musiałam zostać w szpitalu Świętego Munga jeszcze trzy dni — trzy dni intensywnej rehabilitacji dłoni, uzdrawiania umysłu i badań. Większość wolnego czasu spędzałam na spaniu. Draco nigdy nie wychodził z mojej sali na dłużej niż godzinę lub dwie. Zazwyczaj spędzał czas z francuskimi uzdrowicielkami, które zatrudnił; Sabine i Gemmą. Czasami musiał wpadać do Ministerstwa, ale przez większość czasu Dean zajmował się tam wszystkimi sprawami.

Najtrudniejszą rzeczą w pobycie w szpitalu było ciągłe nadzorowanie przez Aurorów Draco. Brakowało mi jego dotyku. Rzadko mieliśmy chwile samotności. Nawet gdy Draco spał na kanapie, w sali znajdowało się trzech Aurorów na wypadek, gdyby coś się stało.

— Nie będą z nami w domu? — zapytałam, szykując się do wyjścia. — Prawda?

— Staną za drzwiami — obiecał.

Odetchnęłam z ulgą.

Fizycznie czułam się znacznie lepiej. Drżenie prawie ustało i nie słyszałam już głosów na jawie. Spanie to zupełnie inna kwestia. Nadal było zbyt niebezpieczne, żeby przyjmować eliksiry nasenne, więc musiałam się mierzyć z koszmarami i liczyć na Draco, że mnie wyciągnie.

Moja dłoń była trochę sztywna, ale i tak czułam się milion razy lepiej. Uzdrowicielki wykonały wspaniałą robotę z odrostem. Nie było dużego obrzęku ani długotrwałych efektów zmiażdżenia. Kilka siniaków wciąż znikało, ale było o wiele lepiej — tak dobrze, że przełożyłam sygnet z powrotem na lewy palec serdeczny.

Reakcja Draco na ten ruch była niewidoczna z powodu bliskości jego pracowników, ale widziałam, że mocno przełknął ślinę.

Eskortował mnie do korytarza, gdzie kilku kolejnych Aurorów otoczyło nas w drodze do kominka podpiętego do Sieci Fiuu. Trzymał rękę na moich plecach, kiedy szliśmy; to był najmocniejszy kontakt fizyczny, jaki miałam z nim od kilku dni.

— Dziękuję wam wszystkim — powiedziałam do Aurorów, kiedy weszliśmy do kominka.

Skinęli głowami i zniknęli, gdy Draco dał im znak. Wstrząs z kominka sprawił, że poczułam lekkie zawroty głowy, ale nieduże. Poczułam, jak całe moje ciało się rozluźnia, wchodząc do mieszkania Draco. Dobrze było być w domu. Być otoczoną znajomym komfortem i nie musieć polegać na szpitalnych uzdrowicielach i Aurorach czających się w pobliżu. W końcu byliśmy sami.

Zbyt długo byłam zamknięta, pozbawiona możliwości okazywania uczuć i spragniona ich. Zarzuciłam mu ręce na szyję i przyciągnęłam jego twarz do mojej.

— Spokojnie — mruknął mi prosto w usta.

Odsunęłam się z grymasem.

— Nic mi nie jest.

Uniósł brew.

— Nie rób tego — rzekłam. — Nie traktuj mnie tak, jakbym była ze szkła. Nie jestem zepsuta.

— Nie sądzę, żebyś była — powiedział, wyciągając rękę i przeciągając kciukiem po moim policzku. — Chcę tylko, żebyś się uspokoiła.

Starałam się nie czuć w jego słowach goryczy odrzucenia. Potrzebowałam go.

— Przygotuję ci kąpiel — mruknął, całując mnie w czoło.

Spojrzałam na niego gniewnie, a frustracja aż wylewała się ze mnie.

Zostawił mnie samą, żebym się wykąpała, i to jeszcze bardziej mnie zirytowało. Nie byłam inwalidką. Byłam przeklęta i lekko zdruzgotana. Nie umrę. Nie będę miała ataku. Nie miałam ataków od prawie tygodnia. Moje wyniki były dobre. Koszmary pojawiały się tylko podczas snu, a nawet z nimi radziłam sobie bez problemu. Nic mi nie było.

Wpatrywałam się w mydlaną wodę w wannie i nie zwracałam uwagi na to, jak lekko drżała mi lewa ręka. Czułam się w miarę dobrze. Wystarczająco dobrze, żeby mnie przeleciał. Wystarczająco dobrze, żeby pozwolić mu rozerwać moją duszę orgazmem. Potrzebowałam tylko dotyku. Przytulenia. Czegokolwiek. Potrzebowałam fizycznego dotyku jak tlenu.

Wyszłam z wanny. Skoro nie chciał robić przyjemnych rzeczy, to musieliśmy zająć się tymi trudnymi.

A ja potrzebowałam odpowiedzi.

Zanurkowałam w dużej szafie i wyjęłam parę szortów i jedną z jego koszulek do Quidditcha. Włosy miałam związane na czubku głowy, lekko wilgotne po kąpieli. Kiedy wróciłam do kuchni, zobaczyłam, że gotuje obiad. I moja irytacja nieco opadła. Nie musiał być ciągle tak cholernie współczujący. Jego opiekuńcze skłonności sprawiały, że gniewanie się na niego było znacznie trudniejsze.

— Chciałabym porozmawiać — zaczęłam.

— Oczywiście — odparł, krojąc ostatnie składniki sałatki, którą przygotowywał. — Twój adwokat będzie tu dziś o piątej. Sprawa sądowa ma się rozpocząć w poniedziałek.

Przygotowywałam się na potencjalną reakcję. Usiadłam przy blacie.

— Chcę o tym porozmawiać — wyjaśniłam, starając się, by mój głos był jak najmocniejszy.

— Hermiono — skarcił mnie, ale mu przerwałam.

— Obiecałeś, że mnie nie odtrącisz. Obiecałeś, że będziesz ze mną szczery.

Obserwowałam, jak na jego twarzy maluje się żal z powodu tej obietnicy. Mówiłam więc dalej, zanim znów zdążył mi odmówić.

— Zabiłam go, prawda?

Spokój Draco był wystarczającą odpowiedzią.

Zrobiłam to.

Szukałam w swojej świadomości skruchy. Ale wyrzuty sumienia nigdy nie nadeszły.

— Ją też zabiłam?

— Nie — powiedział. — Astrid została aresztowana i czeka na proces.

Astrid.

Pozwoliłam, by twarz kobiety pojawiła się w mojej głowie. Widziałam ją. Słyszałam ją. Ale zachowałam spokój w teraźniejszości.

Potem pomyślałam o łysym mężczyźnie.

Przypomniałam sobie krew.

Było tam tyle krwi.

A potem pomyślałam o Draco.

O nim w takiej samej sytuacji na naszym szóstym roku.

Wykrwawiał się.

Gdyby Snape go nie uratował…

— Bolało? — zapytałam.

— To było potworne.

Dobrze.

— Crucio bolało bardziej — poprawił się.

Uwierzyłam mu. Przynajmniej gdy rany się zagoiły, Draco nie czuł skutków klątwy. Ale Crucio nie powodowało fizycznych ran do wyleczenia — tylko bolesne wspomnienia bólów fantomowych.

— Będę wnosił o pocałunek dementora dla Astrid.

Szybko na niego spojrzałam.

Oczy mu pociemniały. Widziałam, jak napięte ramiona podtrzymywały szyję i jak mocno zacisnął szczękę.

Zasłużyła na to.

— Ile kobiet uratowaliście? — zapytałam.

Musiało być tam więcej takich jak ja. Kobiet zobowiązanych jakimś absurdalnym kontraktem do pracy dla nich, żeby spłacić niespłacalne długi.

— Czterdzieści osiem.

— Ile z nich to mugolki?

— Siedem.

Moje podejrzenia były słuszne. Skoro zatrudniała mugoli, to na pewno były w to wszystko uwikłane mugolskie kobiety.

— I osiemnastu mężczyzn.

Gwałtownie podniosłam głowę.

— Sześciu z nich było mugolami.

— Co się stanie z tymi trzynastoma mugolami?

Zaklęcia wymazujące pamięć to jedno, ale wymazanie takiej traumy? Wydawało się niemożliwe. Rekonwalescencja, jakiej potrzebowali, byłaby bardzo zaawansowana.

— Przewieźli ich do specjalnego ośrodka w Holandii — powiedział. — Specjalizują się w rekonwalescencji mugoli w skrajnych przypadkach przemocy i traumy.

Przygotowałam się na kolejne pytanie, gdy podał mu lunch i szklankę wody.

— Ile osób zabiłeś?

Nasza milcząca konwersacja zdawała się trwać wieki. Wpatrywaliśmy się w siebie, próbując się nawzajem zmusić do poddania. Ale nie zamierzałam odpuścić. Skoro byłam zabójczynią, a on mógł patrzeć mi w oczy, to mogłam zrobić to samo. To moja wina, że został zmuszony do zabijania. Więc chciałam wiedzieć.

— Czternastu mugoli. Trzech czarodziejów. Jedną czarownicę.

Skinęłam głową. Liczby mnie nie szokowały. Pamiętałam chaos panujący w korytarzu. Kule. Rzucane klątwy. Byłam zaskoczona, tylko tyle.

— Ilu Aurorów zginęło?

— Zero.

Odetchnęłam z ulgą.

— Mam świetnie wyszkolony zespół taktyczny — rzekł, a cała jego wyniosła arogancja powróciła. — Mugolska broń w ogóle nas nie odstraszyła.

— Czy grożą ci sankcje dyscyplinarne w pracy?

Pokręcił głową.

— Nic z tych rzeczy. Ministerstwo od lat szukało pretekstów, by zamknąć Scry. Tego rodzaju nalot był dokładnie tym, czego chcieli i potrzebowali.

Cień uśmiechu przemknął po moich ustach.

— Więc wam pomogłam.

Na jego twarzy nie ujrzałam rozbawienia.

— Nie.

— Cóż, jestem pewna, że rozbicie tak potężnej szajki przestępczej jak Scry, obsypie cię licznymi pochwałami.

— Nie było warto.

— Nic mi nie jest.

Wydał z siebie niejednoznaczny dźwięk, grzebiąc w sałatce.

— Co jeszcze? — naciskałam. — Ron kazał mnie porwać?

Draco zacisnął szczękę.

— Nie.

Skinęłam głową. Nie sądziłam, że będzie na tyle sprytny, żeby to wszystko zorganizować, ale chciałam mieć pewność.

— Scry próbowało przejąć kontrolę nad umową.

— Próbowałam jej powiedzieć, że jest sfałszowana — rzekłam. — W pokoju. Wyjaśniłam, że Ministerstwo zamierza ją unieważnić.

— Domyślam się, że nie posłuchała.

— Nie.

— Dean mnie powstrzymał — powiedział. — Zamierzałem ją zabić. Miałem kontrolę nad jej umysłem. Dzieliły mnie od tego sekundy, ale Dean wkroczył i mnie powstrzymał.

Pomyślałam o samokontroli, jakiej Draco musiał się nauczyć, żeby odmówić sobie zabójstwa.

— Myślę, że pocałunek dementora będzie gorszą karą niż to, co ty byś zrobił.

Na jego twarzy pojawił się złowieszczy błysk.

— Nie powiedziałbym.

Spojrzałam na niego.

— Chciałem to zrobić.

Wiedziałam, że jego żądza zemsty była głęboka. Nie ukrywał tego. Problem w tym, że chciał być sędzią, ławą przysięgłych i katem.

Część mnie jednak pragnęła jej śmierci. Myśl, że znów będę musiała ją zobaczyć, przyprawiała mnie o dreszcze. Była uosobieniem zła.

— Walczyłaś — powiedział, wyciągając rękę i przyciągając mój podbródek do siebie. — Walczyłaś tak ciężko. Widziałem to w jej umyśle. Widziałem, jaka byłaś silna.

Duma wezbrała się w mojej piersi.

— Jestem z ciebie taki dumny. — Pocałował mnie delikatnie w usta. — Cholernie dumny.

Przełknęłam emocje.

Tak daleko zaszłam w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Z biernej uczestniczki życia stałam się kimś, kto żyje każdym dniem. Znów walczyłam. Walczyłam z wrogami, wyznaczałam granice i każdego dnia wybierałam siebie. Robiłam to. Angażowałam się w to. Odzyskiwałam kontrolę. I to było cholernie przyjemne uczucie. Nie byłam już pustą skorupą. Żyłam.

— Dziękuję — mruknęłam, opierając czoło o jego czoło. — Dziękuję, że kochasz mnie na tyle, by walczyć.

— Każdego dnia, Granger — wyszeptał. — Nigdy nie przestanę.

_______________

Witajcie :) tak kończy się ten rozdział. Hermiona uzyskała trochę odpowiedzi, ale nie dziwię się, że jest zła z powodu pewnego rodzaju wycofania Draco. Kolejne rozdziały będą dotyczyły sprawy rozwodowej i procesu karnego. Jeszcze wiele się wydarzy w tej historii.

Zostało osiem rozdziałów do końca. Prawdopodobnie nie skończę tego tłumaczenia w tym tygodniu. Nie będę nic robić na siłę. To tłumaczenie ma być dobre, a nie robione ot tak. Bardzo chciałabym skończyć tę historię w czerwcu. Czy się uda? Cóż, mam wielką nadzieję, że tak. Także czekajcie cierpliwie, bo jest na co. 

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego końca tygodnia! Enjoy!

[T] Come To Claim: Rozdział 36

czwartek, 18 czerwca 2026

Witajcie :) w czwartkowy wieczór zapraszam na dwa nowe rozdziały tego tłumaczenia. To ostatnie sceny w szpitalu i kilka odpowiedzi na ważne pytania Hermiony. Miłej lektury!

 

__________


— Nie obchodzi mnie, że śpi na korytarzu. Malfoy powiedział nie — szepnął szorstko jeden z Aurorów do drugiego.

Draco wyszedł jakąś godzinę temu, żeby spotkać się z zatrudnionymi przez siebie uzdrowicielkami. Starałam się nie przewracać oczami na apodyktyczne i opiekuńcze szaleństwo tego mężczyzny.

Dołączyły do mnie Narcyza i Pansy. Rozmawiałyśmy we trzy o najnowszym problemie Narcyzy z jej mandragorami w ogrodzie. Ale mnie bardziej zainteresowała rozmowa przy drzwiach.

— Kto śpi na korytarzu? — zapytałam dwie kobiety przede mną.

Wymieniły spojrzenia, najwyraźniej wiedząc, o kogo chodzi.

— Ginny Weasley — powiedziała Narcyza. — Przybyła wczoraj.

Nic nie mogło zamaskować mojego ogromnego szoku, jaki wywołała u mnie obecność Ginny Weasley. Nie wiedziałam jej ani nie miałam żadnych wieści od niej od prawie trzech lat. Początkowo po prostu założyłam, że potrzebuje przestrzeni z powodu rozstania z Harrym. Ale ponieważ wciąż się nie pojawiała, stwierdziłam, że chodzi o mnie. Nie odpisywała na sowy, nie wracała do domu między meczami i nie próbowała już mnie namawiać, żebym dopingowała ją na meczach wyjazdowych. Wymyślała nawet wymówki, by nie wracać do domu na święta.

Miałam wrażenie, że już nie znam Ginny. Była obcą osobą. Duchem.

I teraz tu była?

Ciekawość wzięła górę.

— Wpuśćcie ją — powiedziałam do Aurorów.

Wszyscy w pokoju zamarli.

— Chcę usłyszeć, co ma do powiedzenia.

Chciałam wiedzieć, dlaczego mnie zostawiła. Dlaczego przestała być moją przyjaciółką.

— Hermiono — rzekła cicho Narcyza. — Może kiedy Draco wróci…

Odmówi lub będzie cały czas drążył temat, denerwując mnie tym.

— Może do nas dołączyć. Aurorzy mogą zabrać jej różdżkę i ją przeszukać — mruknęłam. — Ale chcę z nią porozmawiać.

Aurorzy wpatrywali się we mnie.

— No dalej — nakazałam. — Przeszukajcie ją.

— Z całym szacunkiem, panno Granger — odparł jeden z nich. — Nie podejmiemy żadnych działań, dopóki Główny Auror Malfoy nie wyda nam polecenia. Będziemy czekać, aż wróci i pozwoli jej wejść.

Wpatrywaliśmy się w siebie. Na mojej twarzy malował się bunt. Spojrzałam na Narcyzę i Pansy, szukając wsparcia, ale one również nie chciały sprzeciwiać się Draco. Zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach.

Westchnęłam i spojrzałam na swoje dłonie.

Sygnet.

— Hermiono — ostrzegła Narcyza, ale było już za późno.

Zdjęłam sygnet z palca prawej dłoni.

Ciało Draco zmaterializowało się w szpitalnej sali z morderczą furią wypisaną na twarzy. Pokój i wszyscy w nim obecni drgnęli pod wpływem jego obecności.

Włożyłam sygnet z powrotem, gdy jego oczy dziko wpatrywały się w moje.

— Chciałabym porozmawiać z Ginny — wyjaśniłam spokojnie. — Jest na korytarzu.

Zacisnął szczękę w geście odmowy. Wiem, że chciał mi powiedzieć nie. Wiedziałam, że to wręcz emanuje z niego.

— Proszę — błagałam. — Minęły prawie trzy lata. Chcę wiedzieć, co ona wie.

Wpatrywał się we mnie.

— Proszę.

Jego szczęka zacisnęła się tak mocno, że aż widziałam napięcie. Ale lekko skinął głową, a ja chciałam wiwatować na widok tego zwycięstwa.

Po tym, jak mnie uściskały, odprowadził matkę i Pansy, a następnie zabrał pozostałych Aurorów na korytarz, zostawiając mnie zupełnie samą po raz pierwszy od kilku dni.

Kilka minut później wszedł Draco z Ginny Weasley. Jej ręce były związane z przodu magicznymi kajdankami. Wyglądała na zirytowaną, dopóki mnie nie zobaczyła. Jej twarz natychmiast posmutniała.

Draco postawił krzesło na końcu mojego łóżka i stanął z boku. Różdżka znajdowała się u jego boku. Wiedziałam, że szkody, jakie mógł wyrządzić umysłem, były o wiele gorsze niż te, które mógł spowodować różdżką. Widziałam to w sytuacji z Ronem kilka dni temu na korytarzu.

— Nie zrobię jej krzywdy.

Ginny spiorunowała Draco wzrokiem.

— Już to zrobiłaś.

Ginny zacisnęła usta w wąską kreskę, a ja spojrzałam z irytacją na Draco. Nie uchwycił mojego spojrzenia; był zbyt zajęty wpatrywaniem się w Ginny.

Obróciła się ku mnie.

— Chciałam tylko porozmawiać.

— Słucham — mruknęłam cicho.

Ginny nie była łagodną kobietą. Rzadko okazywała emocje takie jak smutek czy wrażliwość. Ale jej mina sprawiła, że poczułam ukłucie w żołądku. Cierpiała.

— Nie czuję się komfortowo, mówiąc wszystko przy twoim psie stróżującym — powiedziała, nie patrząc na niego.

— On nie odejdzie, Ginny.

Jej nozdrza się rozszerzyły, ale zachowała spokój.

— Dlaczego tu jesteś? — zapytałam w końcu. — Wyjechałaś lata temu. Od tamtej pory nie dostałam od ciebie nic poza życzeniami urodzinowymi.

— Musiałam wyjechać. — Przełknęłam ślinę. — Wszystko… wszystko było…

Uniosłam brwi.

— Moja rodzina uwielbia Harry’ego. Widywanie go…

Zaczęłam żałować, że pozwoliłam jej tu wejść. Nie doszłyśmy do niczego. Przejmowała się ciężkim rozstaniem, a nie tym że przestała być moją przyjaciółką?

— Zostawiłaś mnie — argumentowałam. — Wciąż potrzebowałam swojej najlepszej przyjaciółki. — Poczucie winy zabarwiło jej policzki. — Mogłaś powiedzieć, że przebywanie z Harrym jest dla ciebie zbyt trudne — ciągnęłam. — Zrozumiałabym. Pojechałabym do ciebie. Spotkałabym się z tobą gdzieś indziej. Moja relacja z tobą nigdy nie była zależna od chłopaków.

Nie potrafiłam tego zrozumieć. Wiedziałam, że ich związek źle się zakończył, ale nigdy nie namawiałam Harry’ego, żeby o tym rozmawiał. Wiedząc to, co wiem teraz, mogłam się domyślić, że ich związek był skazany na porażkę od samego początku.

— To się tak źle skończyło, Hermiono — wyszeptała.

Zamilkłam.

— Nie mogę ich zobaczyć…

Do oczu Ginny napłynęły łzy. To było niewiarygodne. Nawet nie widziałam, żeby płakała na pogrzebie Freda. Miała tylko ten świadomy, uparty wyraz twarzy. Ale to?

— Zniszczyłam tyle istnień.

Jej szept był ledwo słyszalny.

Zerknęłam ukradkiem na Draco, gdy Ginny patrzyła na swoje dłonie. Jego twarz była równie nieufna jak moja. Co takiego złego mogła zrobić? Sądząc po minie Draco, wiedziałam, że lepiej ją pospieszyć, bo sam odzyska jej wspomnienia.

— Ginny…

— Ron przyszedł do mnie z prośbą o pieniądze — przerwała. — Byłam taka zła przez Harry’ego.

Uniosła wzrok, a jej oczy zaszły łzami.

— Byłam zła na Harry’ego — kontynuowała. — Bardzo zła. Chętna zemsty. Powiedziałam Ronowi…

Jęknęła i zaszlochała.

A moje ciało zamarło.

— Zdradziłam Ronowi sekrety dotyczące Harry’ego. Sekrety dotyczące George’a. Powiedziałam mu, żeby prosił ich o pieniądze. Nie mnie. Że mają o wiele więcej ode mnie.

Ginny zdradziła Ronowi tajemnicę dotycząca Harry’ego i George’a. To przez nią byli szantażowani.

Próbowałam ukryć przerażenie na twarzy, ale nie szło mi to i wiedziałam o tym.

Ukryła twarz w dłoniach i płakała.

— Byłam taka wściekła. Tak zraniona. Chciałam tylko, żeby Harry i George to poczuli. Dlaczego zwodził mnie przez tyle lat?

Milczałam. Nie wiedziałam, dlaczego Harry postanowił tak się zachować. Ale reakcja Ginny? Poczułam szczypanie w gardle, gdy walczyłam, żeby przełknąć obrzydzenie.

— Czy Harry się dowiedział?

Pokręciła głową.

— Ron nigdy nie wyjawił, kto mu o tym powiedział.

Przygryzłam dolną wargę, żeby nie przekląć. To wszystko było takie obrzydliwe.

— Wiedziałaś o romansach swojego brata? — zapytał Draco.

Czerwona twarz Ginny pasowała teraz do jej włosów. Przytaknęła.

Spojrzałam na swoje dłonie, chcąc uniknąć jej wzroku.

— Dlaczego nie powiedziałaś Hermionie?

Merlinie, naprawdę nie chciałam znać odpowiedzi na to pytanie.

Sądząc po coraz głośniejszym płaczu Ginny, nie był to zbyt miły powód.

— Byłam zła na wszystkich. Myślałam, że wiesz o Harrym. Myślałam, że ukrywasz to przede mną. Więc chciałam się odwdzięczyć tym samym.

— A on w zamian wciąż nie miał pieniędzy, sfałszował dokumenty podatkowe, okradł ją, zdradzał, próbował sprzedać ją do agencji towarzyskiej, a potem obiecał, że jeśli jego były znajomy pracujący w Proroku wystarczająco zniszczy jej reputację, pozwoli mu przelecieć swoją żonę.

Draco miał rację. Wyjawienie tego wszystkiego było okropne, ale to była prawda. Ginny wzięła kilka głębokich, urywanych oddechów.

— I dopiero kiedy została porwana, pobita i omal sprzedana do prostytucji, poczułaś cień skrupułów, by przyjść i ponieść choćby ułamek konsekwencji.

— Wiedziałaś o tym od lat?

Mój głos brzmiał słabiej, niż bym chciała. Ale byłam tak zraniona.

Ginny skinęła głową.

— Zaczął po wojnie. Zanim się pobraliście. Tylko kilka razy w roku. Mówił, że to pomagało mu radzić sobie z wojną… obiecał, że przestanie, jak tylko weźmie ślub.

Wezbrała się we mnie odrażająca wściekłość.

— I nie uważałaś, że zasługuję na to, żeby wiedzieć?

— Zajmowałam się swoimi sprawami — broniła się nieudolnie. — Po prostu chciałam o tym zapomnieć. Próbowałam naprawić stosunki z Harrym, ciągle podróżowałam i po prostu…

Pokręciłam głową. Nie potrzebowałam wymówek. Nie chciałam ich słyszeć.

— Twój brat zagraża mojemu życiu — powiedziałam. — Był okropny. A ty… jesteś współwinna tego wszystkiego. Milczałaś. Przez trzy lata.

Pokręciłam głową. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje. Kiedy usłyszałam, że Ginny tu jest, nie przyszło mi do głowy, że to był powód.

Napotkałam współczujące spojrzenie Draco. Czekał, aż ją wyrzucę, i aż go korciło, żeby to zrobić.

— Myślę, że powinnaś iść — wyszeptałam.

— Hermiono — jęknęła. — Jesteś dla mnie jak siostra.

Z moich ust wyrwał się pusty śmiech.

— Ginny, ostatnim, czym chcę być dla ciebie, to rodziną. Widziałam, co robisz tym, których kochasz.

Skinęłam głową ku Draco.

Ginny wyglądała na pokonaną. Nie miałam siły słuchać jej wymówek, a ona nie podjęła kolejnych prób przekonania mnie.

Nic dziwnego, że unikała domu. Zdradziła połowę rodziny. To cud, że Ron mógł spojrzeć na siebie w lustrze. Ale teraz widziałam, że jego siostra poszła w jego ślady.

Nie zwróciłam uwagi na Ginny, kiedy się ze mną żegnała, ani kiedy wychodziła.

Gdy Draco wrócił sam, objął mnie i pocałował w policzek.

— Czy teraz mogę zakazać wstępu całej rodzinie Łasic?

— Tak — ustąpiłam. — Chyba w końcu z nimi skończyłam.

Przesunął kciukiem po mojej dolnej wardze. Potem chwycił moją prawą dłoń i ją również pocałował.

— I Granger?

Spojrzałam na niego. Stuknął w sygnet na moim palcu.

— To pierwszy.

[T] Come To Claim: Rozdział 35

niedziela, 14 czerwca 2026

Theo i Blaise wpadli do pokoju, przeklinając i wzdychając. Traciłam i odzyskiwałam przytomność tak szybko, że ledwo nadążałam za ich rozmową.

— Do Świętego Munga… teraz!

— To niebezpieczne!

— Już!

Wzięłam głęboki wdech, gdy moim ciałem wstrząsnął kolejny dreszcz. Dean przytulił mnie mocniej, ale mimowolne ruchy wstrząsnęły mną tak gwałtownie, że chciałam zwymiotować.

Kłótnia trwała, ale nagle gwałtownie się poruszyliśmy. Potrzebowałam tylko poczuć Draco. Naciskałam sygnet, żeby dał mi jakiś znak życia, ale straciłam czucie w dłoniach. Czułam tylko przenikliwe kłucie w głowie i palący ból w każdym calu skóry.

Światła były teraz jaśniejsze.

Otaczały mnie nowe głosy.

Nie mogłam otworzyć oczu.

Było mi niedobrze.

Więcej drgawek.

A potem ciemność.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Wokół mnie panował chaos. Głośne głosy, natarczywe prośby. Nie mogłam ich zrozumieć. Ale światło było zbyt ostre. Nie mogłam otworzyć oczu. Nie, kiedy moja głowa dudniła krzykiem.

To jej głos usłyszałam ponad hałasem.

Otwórz!

Jej ostry, szyderczy śmiech. Jej szydzenie.

Mężczyzna.

Jego pięść waliła mnie w ciało, jakby było gliną.

Próbowałam krzyczeć.

Ale miałam wrażenie, że moje płuca są podziurawione.

— To już trzeci atak w ciągu godziny — krzyknął głos. — Zawołajcie Chuffingtona, natychmiast!

Kto to był?

Otwórz!

Nie!

— Granger, do cholery, trzymaj się — zagroził Theo. — Walcz!

Byłam tak bardzo zmęczona.

Tak słaba.

Nie mogłam przestać się trząść.

Ciemność.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Było mi tak zimno.

Tak zimno, że przysięgłabym, że znów jestem w pokoju w Scry.

Mój puls przyspieszył.

Nie, nie, nie!

Z trudem otworzyłam oczy.

Żadnego pokoju wyłożonego kafelkami z metalowymi meblami.

To na pewno był szpital Świętego Munga.

Blaise siedział na krześle obok łóżka. Jego wytatuowana postać skoczyła do przodu, gdy tylko złapałam go wzrokiem.

— Granger — wychrypiał.

Coś poruszyło się za mną. Theo stanął obok niego.

Pomyślałam o sygnecie na mojej prawej dłoni.

Wciąż nie czułam nic poza bólem.

— Czy on żyje?

— Tak — powiedzieli obaj.

I znowu odpłynęłam.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Znów ogarnęła mnie cisza.

Ale wciąż czułam przenikliwe zimno.

Potrzebowałam więcej nakryć.

Otworzyłam oczy.

Ktoś trzymał mnie za prawą dłoń.

Narcyza.

— Hermiono — westchnęła.

Nigdy nie widziałam jej tak swobodnie ubranej. Miała na sobie sweter i spodnie, a włosy spięte w kok.

Próbowałam przemówić, ale wyszły z tego tylko słabe pomruki.

Gardło miałam zdarte od krzyku.

Zdawała się czytać mi w myślach, bo Narcyza puściła moją dłoń i przytknęła mi słomkę do ust.

— Nie pij za szybko.

Próbowałam zwolnić, ale byłam tak spragniona chłodnego płynu.

Odsunęła kubek, zanim skończyłam pić.

— Czy on żyje? — zapytałam.

— Tak — odpowiedziała.

Zamknęłam oczy.

Żył.

— Jak długo to będzie mnie kłuć? — wyszeptałam. — Jak długo będę musiała słuchać jej głosu?

— Jakiś czas — wyszeptała.

Skowyt wyrwał się z moich ust, gdy ciemność wciągnęła mnie z powrotem.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Teraz było głośniej.

Wokół mnie wybuchł ryk konsternacji.

Otwórz!

Jej wrzask był ogłuszający.

Próbowałam zakryć uszy przed dźwiękiem.

Olbrzym pociągnął mnie w dół.

Chciał, żebym słuchała przeraźliwych krzyków.

Ale nie mogłam.

Głowa mi pękała.

Tęskniłam za zimnem.

Chłód był lepszy niż ogień.

Wszystko było lepsze od tego.

Raz po raz banshee dźgała mnie ostrym nożem.

Moja skóra pękała i krwawiła.

Szlochałam, walcząc, by wyrwać się z jej uścisku.

Nie mogłam tego słuchać.

Zrobiłabym wszystko, żeby przestać.

Wiłam się w jego uścisku.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

— A jakie są długoterminowe skutki?

— Trudno powiedzieć. Nie potwierdziliśmy, ile razy i jak długo rzucano zaklęcie. Długotrwałe stosowanie Cruciatusa może mieć setki negatywnych konsekwencji ze względu na uszkodzenia nerwów.

— A Imperius?

— Silne wstrząsy mózgu w połączeniu z zaklęciem Imperius sieją spustoszenie w pannie Granger. Jej ciało przechodzi w stan walki lub ucieczki, ponieważ nie potrafi odróżnić rzeczywistości od pamięci.

Ale banshee wróciła.

Jej uścisk na kostce.

Jej paznokcie wbijające się w skórę.

Ciągnęła mnie.

Walczyłam z całych sił.

Mam nadzieję, że o tym wiedział.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

— Gówno mnie obchodzi, za kogo się uważają. Nikt z rudymi włosami nie zbliży się do tego cholernego szpitala na odległość dziesięciu kilometrów.

Odezwały się kolejne głosy.

— Jeśli zechcą złożyć formalną skargę do Ministra, to proszę bardzo. Mam nakaz sądowy przeciwko nim wszystkim. Niech nikt się nie zbliża do tego cholernego skrzydła.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

W polu widzenia pojawiły się przebłyski Draco.

Krzyczał coś do mnie.

Ale kule…

Dławiłam się szlochem.

Jego ciało było nimi podziurawione.

Metal raz po raz rozrywał jego ciało. A ja byłam uwięziona.

Wrzeszcząca banshee trzymała mnie, rozdzierając moją skórę pazurami i zębami, gdy patrzyłam, jak Draco umiera.

Jego szare oczy były martwe.

Byłam sama.

Otwórz!

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Otworzyłam oczy.

W pokoju było ciemno, poza kilkoma delikatnymi lampami w rogu.

Theo pojawił się w moim polu widzenia.

Wyglądał na bardzo zmęczonego.

— Żyje? — zapytałam.

— Tak — powiedziała Narcyza, obejmując moją dłoń.

Mało brakowało, żebym się uśmiechnęła, zanim moje oczy same się zamknęły.

— Powinien tu być — warknął Theo. — Otworzyła oczy pierwszy raz od dwóch dni.

— Gdyby mógł, to by tu był — powiedziała Narcyza.

— Nic nie jest, kurwa, ważniejsze od niej.

Nigdy nie wyobrażałam sobie, że Theo będzie mówił do kogokolwiek w ten sposób, a tym bardziej do Narcyzy. Była dla niego jak matka.

— Musiał wyjechać.

Ciemność.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Znajomy, kobiecy głos przywrócił mi przytomność.

— Ha! — Pansy się zaśmiała. — A nie mówiłam, chłopaki? Oczywiście, Granger obudziła się na dźwięk mojego głosu.

Mrugnęłam do niej i posłałam jej zmęczony uśmiech.

— Cześć — powiedziała, przesuwając grzbietem dłoni po moim policzku.

Łaskotanie na skórze niemal zastąpiło upiorne ukłucia Cruciatusa.

Uniosła kubek z wodą i przycisnęła słomkę do moich ust.

Starałam się pamiętać, żeby pić powoli.

— Cześć, kochanie.

Wypuściłam powietrze z płuc.

Draco.

Stał przy oknie z Theo i Blaise’em. Okulary znajdowały się na jego idealnie kanciastym nosie, a w ręku trzymał kubek kawy.

— Dajmy im chwilę, dobrze?

Pansy spojrzała sugestywnie na Theo i Blaise’a.

Nie spuszczałam wzroku z Draco.

Łzy spływały mi po policzkach, gdy szedł w moją stronę.

— Próbowałaś skrócić lata mojego życia, Granger?

Usiadł na skraju mojego łóżka i postawił kawę na stole. Kciukiem delikatnie otarł łzy.

— Żyjesz.

Z jego ust wydobył się pusty śmiech.

— Moje życie nigdy nie było zagrożone — wyszeptał. — Ale twoje…

Spojrzał na mnie znacząco.

Próbowałam sobie przypomnieć szczegóły z przeszłości. Spojrzałam na lewą dłoń. Była mocno zabandażowana.

— Nie — błagał cicho Draco, odgarniając mi loki z twarzy. — Nie próbuj sobie teraz przypominać. Pozwól umysłowi się uleczyć.

Spotkałam się z jego wzrokiem.

Przez ułamek sekundy dostrzegłam matowy, przygaszony kolor jego oczu, gdy w śnie umierał na moich oczach.

Wiem, że wyraźnie się wzdrygnęłam, widząc jego reakcję.

— Wymuszanie wspomnień może wyrządzić więcej szkód. Jeśli się pojawią, porozmawiaj o nich i uwolnij je. Ale próba wyciągnięcia ich z głębin umysłu tylko utrudni twoje uzdrowienie.

— Wiesz coś o uzdrawianiu umysłu?

— Mam w tym osobisty interes.

Pocałował mnie w czoło.

— Jeszcze coś, doktorze Malfoy?

— Właściwie tak. Będziesz zamknięta w wieży przez następne sto lat, aż moje ciśnienie się w końcu unormuje.

— Tylko sto?

Ciche pukanie do drzwi sprawiło, że Draco mruknął coś pod nosem. Pocałował mnie w prawą dłoń i podszedł do drzwi.

Weszło trzech Aurorów, starając się mówić cicho. Draco się napiął. Zerknął na zegarek i wyszeptał do nich coś jeszcze.

Rozległo się kolejne pukanie do drzwi. Trzy uzdrowicielki zatrzymały się przy wejściu, gdzie Aurorzy sprawdzali je różdżkami.

Czy Draco sprawdzał każdego uzdrowiciela, który wchodził do tego pokoju?

Uzdrowicielki podeszły do mnie, a Draco poszedł za nimi.

— Dzień dobry, panno Granger. — Uśmiechnęła się jedna z uzdrowicielek. — Mam na imię Rory. To Gemma i Sabine.

Rory była młodsza od pozostałych, ale wydawała się dowodzić. Pozostałe dwie czarownice uśmiechały się, sprawdzając moje karty, a później jedna z nich przesunęła po mnie różdżką, rzucając zaklęcie diagnostyczne.

Zauważyłam, że Sabine i Gemma miały inne szaty niż Rory.

— Poziom Zee opadł od wczoraj — usłyszałam śpiewny, francuski akcent Sabine, podczas gdy Gemma robiła notatki.

Gemma odpowiedziała jej po francusku i prowadziły cichą rozmowę, aż dołączył do nich Draco. Jego francuski był równie nieskazitelny jak ich.

Wciągnęły go w rozmowę i, z mojej ograniczonej wiedzy, odpowiadały na jego pytania.

— Miałaś dziś rano mdłości, kochanie? — zapytała Rory.

Pokręciłam głową.

— Jadłaś coś albo piłaś?

Znów pokręciłam głową.

— Przyniesiemy ci coś, dobrze?

— Jaki mamy dzień? — zapytałam.

— Granger — przerwał mi Draco władczym tonem.

Ach, tak.

Nie próbuję odzyskiwać wspomnień.

— Jest czwartek — powiedział delikatnie, a ja jęknęłam.

Cztery dni, w których straciłam rachubę czasu.

Wciągnęłam powietrze przez nos.

Byłam bezpieczna.

Byłam tutaj.

Z Draco.

Byłam bezpieczna.

— Herbata miętowa — rzekł Draco do Rory. — Na razie unikamy kofeiny. Coś prostego. Tost z jajkami.

Spojrzał na mnie z aprobatą, a ja skinęłam głową.

— Cukier do herbaty, proszę — dodał.

— Śmietanka?

Pokręciłam głową w tym samym momencie, gdy Draco wypowiedział odmowę.

Znał mnie tak dobrze, że chciało mi się płakać. Każdy szczegół. Nawet to, jakie preferowałam rodzaje herbaty.

Rory zaczęła przesuwać się ku mojej lewej dłoni, a ja instynktownie się cofnęłam.

— Przepraszam.

— Nie przepraszaj, kochanie.

Unikałam wzroku Draco, obserwując jej pracę. Moja dłoń pojawiła się w polu widzenia i starałam się nie drgnąć ponownie.

Była tak czarna i sina od siniaków, że w kilku miejscach w ogóle nie widziałam koloru mojej skóry.

— Zamiast odrastać każdą kość z osobna, postanowiliśmy przeprowadzić pełny odrost od nadgarstka po palce — powiedziała Rory. — Próba ustawienia wszystkiego poprawnie za pierwszym razem byłaby zbyt skomplikowana. A zamiast narażać cię na długotrwały ból w przyszłości, postanowiliśmy pozbyć się większości bólu, kiedy byłaś nieprzytomna.

Przypomniałam sobie historię o tym, jak Harry radził sobie z odrostem ręki i skuliłam się, wdzięczna, że przez większość czasu byłam nieprzytomna.

— Powinnaś odzyskać pełną sprawność ruchową w ciągu kilku dni. Przeprowadzimy terapię, żebyś znów mogła się oswoić z ruchami.

Draco znów rozmawiał po francusku z pozostałą dwójką.

Gemma pokazała mu pergamin w dłoniach i oboje zaczęli mówić, wskazując na kilka wykresów i diagramów. Próba przypomnienia sobie podstawowego francuskiego, którego nauczyłam się lata temu, przyprawiała mnie o ból głowy, więc przestałam.

Patrzyłam, jak Sabine rzuca zaklęcie na moją głowę, i widziałam, jak cienka zasłona faluje nade mną. Studiowała ją, jakby czytała długi pergamin.

— Główny Aurorze Malfoy — powiedziała jedna z Aurorek. — Przyjaciele panny Granger wrócili.

Draco ledwo uniósł głowę, potrząsnął nią raz w jej stronę i kontynuował rozmowę z Gemmą.

— Mogę?

Sabine trzymała dłoń blisko mojej głowy, a ja przytaknęłam.

Jej delikatne palce dotknęły mojej skroni w trzech różnych miejscach. Mówiła przez ramię do Gemmy i Draco, podczas gdy Gemma robiła notatki.

Rory nacisnęła wrażliwy punkt na mojej dłoni, a ja sapnęłam.

Otwórz!

Wciągnęłam głęboko powietrze, gdy głos powrócił.

Zacisnęłam mocno powieki.

Otwórz!

Tym razem krzyknęła głośniej.

Zaczęłam hiperwentylować. Nie chciałam znowu zemdleć. Chciałam porozmawiać z Draco. Straciłam już tyle czasu.

Otwórz!

Przycisnęłam dłoń do piersi, nie dając jej dojść do słowa.

A potem wszystko ustało. Jak mgła opadająca na jezioro.

Zobaczyłam stos komiksów. Siedziałam na łóżku, a każdy z nich migał przede mną jak książka z obrazkami. Moje włosy próbowały zaatakować Draco we śnie. Stos niedokończonych książek, które trzymałam na stole w gabinecie, bo nie mogłam wybrać jednej, którą przeczytałabym do końca. Ja, ubrana w fartuch i stojąca przed Draco w eleganckim staniku. Uśmiechnęłam się do nich wszystkich. Tak bardzo mi się podobały.

Ciche pomruki po francusku przywróciły mnie do rzeczywistości.

Draco siedział teraz na brzegu mojego łóżka, muskając kciukami moje policzki. Ten intymny akt wprawił mnie w panikę, gdy spojrzałam w stronę drzwi.

— Nie ma ich.

— Przepraszam — wyszeptała, odsuwając dłoń od piersi.

— To będzie cię dręczyć przez jakiś czas — powiedziała Gemma do Rory po angielsku. — Będziemy wykonywać ćwiczenia ruchowe tylko pod nadzorem pana Malfoya, aby mógł interweniować.

— Oczywiście — rzekła Rory. — Powiadomię też innych. Dziękuję wam obu. Dostarczymy śniadanie.

— Dajcie mi kilka godzin — mruknął Draco do Gemmy i Sabine. — Poproszę matkę, by przy niej posiedziała i dołączę do was w biurze.

Sabine delikatnie ścisnęła moją stopę, zanim wyszła. Gemma skinęła głową.

Patrzyłam, jak odchodzą. Znów byliśmy sami.

— Bardzo przepraszam — powiedział. — Obiecywałem, że nigdy nie będę wnikał do twojego umysłu. Twoją traumą są koszmary i…

— Dziękuję — przerwałam mu, ściskając jego dłoń zdrową. — Tak się zaplątałam, że nic nie rozumiem.

— W takim razie będę tu, żeby cię rozplątać.

Łzy napłynęły mi do oczu.

— Żadnych łez — wyszeptał, ocierając je.

Znów spojrzałam w stronę drzwi, martwiąc się, że Aurorzy lada moment się pojawią.

— Nie pracują dla Świętego Munga, prawda? — zapytałam.

— Nie. — Draco pokręcił głową. — Poznałem Gemmę i Sabine lata temu. To wiodący, francuski zespół badawczy zajmujący się magicznymi urazami mózgu.

— I jak się domyślam, nie przybyły tu na letni staż?

— Są moimi bliskimi przyjaciółmi — odpowiedział. — Pracowaliśmy razem już kilka razy.

— Z powodu twoich umiejętności Legilimenta?

Skinął głową.

— Ty nie…

— Nie będę szczędził wydatków, jeśli chodzi o twoje bezpieczeństwo, dobre samopoczucie i szczęście — przerwał mi i delikatnie mnie pocałował. — Najlepiej, żebyś po prostu to zaakceptowała. To się nie zmieni.

_________________

Witajcie :) tak kończy się ta partia rozdziałów. Na szczęście Hermiona została uratowana, ale to nie koniec scen w szpitalu. Jeszcze trochę się podzieje w tej historii i wiele Was zaskoczy.

Kolejne rozdziały zapewne opublikuję w ciągu najbliższego tygodnia. Nie wiem dokładnie kiedy, zatem czekajcie.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia! Enjoy!