[T] Come To Claim: Rozdział 12

niedziela, 24 maja 2026

Pierwszy dzień był bitwą i przeżyłam. Przetrwałam wyjca, zniosłam serię wyczerpujących interakcji społecznych i byłam świadkiem zniszczenia mojej niegdyś nieskazitelnej reputacji.

Następnego dnia zrobiłam to samo.

I następnego.

I kolejnego.

Jednak każdy dzień wydawał się mniej jak przetrwanie, a bardziej jak porażka. Powoli na moich barkach gromadził się coraz większy ciężar. Wkradał się coraz większy smutek. Emocje narastały. Coraz częściej słyszałam szepty. Zaczęły się przyklejać do mojej głowy niczym pułapka na muchy. Przypomniałam sobie słowa i zwroty wypowiadane na mój temat w toalecie czy windzie. Czułam, że wycofuję się jeszcze bardziej.

Przetrwałam piątek, ale byłam totalnie wykończona. Nie miałam pojęcia, że takie oszczerstwa na mój temat zrobią na mnie takie wrażenie. Moje mentalne mury waliły się w gruzy. Nie wróciłam do Nox, jak obiecałam. A przez ostatnie dwie noce szłam do swojego pokoju zaraz po pracy bez kolacji.

Draco nie naciskał, ale zauważyłam, że w ciągu ostatnich kilku dni jego lunche były o wiele bardziej sycące. Zaczął też zostawiać mi rano małe śniadanie do kawy. I z jakiegoś powodu to sprawiło, że poczułam się jeszcze gorzej. Jego życzliwość stanowiła kolejny problem, z którym nie potrafiłam sobie poradzić.

Bezlitośnie, dziś był piątek. I udało mi się przetrwać cały tydzień. Mój prawnik radził mi, żebym nie prostowała ani nie angażowała się w żadne z plotek na mój temat. Obiecał, że wszystko zostanie naprostowane, gdy brudy Rona ujrzą światło dzienne. Powiedział, że kiedy pogrążą Rona, przyniesie mi to o wiele więcej satysfakcji. Na razie musiałam po prostu to znosić.

Powiedział to tak, jakby to było proste, jak oddychanie czy mrugnięcie okiem.

Ostatnio mierzenie się ze wszystkim wcale nie było proste.

Theo musiał dziś wyjść wcześniej, ale obiecałam mu, że bez problemu dotrę do wind. Cały tydzień radziłam sobie bez żadnych katastrof, więc wiedziałam, że dziś też mogę. Zostałam w biurze, dopóki nie uznałam, że większość spragnionych weekendu ludzi wyjdzie. Był długi weekend i wiedziałam, że wielu wzięło dziś wolne, żeby przedłużyć sobie urlop. Rozważałam wzięcie urlopu, ale to tylko sprawiłoby, że wyglądałabym na winną.

Wytrwaj, przypomniałam sobie.

Wsiadłam do windy i zastałam ją błogo pustą. Odetchnęłam i oparłam się o ścianę. Zacisnęłam dłoń na uchwycie nade mną i zakołysałam się w rytm ruchu windy. Chciałam tylko spać. Nigdy wcześniej nie czułam takiego wyczerpania.

Przeszłam przez kominek i wylądowałam w pokoju Draco, gdzie panowała cisza.

Na blacie w kuchni leżała karteczka z kolejną animowaną kreskówką Draco.

 

Incydent z wilkołakami — wrócę późno w nocy. Proszę, zjedz do tego czasu całą zawartość tej lodówki.

 

Obok karteczki leżał rysunek nas dwojga na podłodze pod lodówką, objadających się wszystkim, co na nas spadło. Podczas jedzenia nasze twarze powoli zmieniały się w świńskie. Zachowałam obrazek, żeby dodać go do mojej rosnącej kolekcji kreskówek z Draco w roli głównej, ale poszłam spać bez kolacji. Ostatnią rzeczą, o której mogłam myśleć, było jedzenie.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Coś było nie tak. W mojej głowie rozległy się dzwonki ostrzegawcze, gdy przedzierałam się przez mgłę eliksiru nasennego. Z westchnieniem usiadłam na łóżku.

Było już ciemno i zamrugałam gwałtownie, żeby skupić wzrok na otoczeniu. Na Merlina, jak tu ciemno. W moim pokoju nigdy wcześniej nie było tak ciemno. Zazwyczaj zostawiałam odsłonięte zasłony, żeby widzieć światła miasta. Ale teraz było tak, jakby całe miasto pogrążyło się w ciemności. Sięgnęłam po różdżkę, ale nie poczułam nocnego stolika. Zamęt i strach pulsowały we mnie. Coś było nie tak.

Powoli moje zmysły zaczęły wracać. To była jedwabna pościel. Moja w mieszkaniu Draco była zupełnie inna. Poczułam krzyk bulgoczący mi w gardle.

— Witaj, kochanie.

Usłyszałam, gdy zamaskowany potwór pojawił się w polu widzenia.

— Wiesz, nienawidzę być wystawiany.

Jego głos brzmiał jak zmysłowe mruczenie, ale sprawił, że zadrżałam. Cholera. Co ja zrobiłam? Po co w ogóle wdałam się w rozmowę z tym mężczyzną? Ewidentnie był psychopatą.

Pochylił się, a ja stoczyłam się z łóżka. Nie mogłam pozwolić, żeby mnie skrzywdził.

Jego cichy chichot wypełnił przestrzeń. Wciąż niewiele widziałam, ale czułam, że wstałam na nogi i opierałam się o ścianę. Moje dłonie szukały czegoś, co mogłoby posłużyć do obrony lub ucieczki.

— Gdzie ja jestem?

— W Nox, oczywiście.

— Czy ty… — Przełknęłam ślinę, starając się uspokoić, gdy całe moje ciało drżało. — Czy ty mnie śledzisz?

Zaśmiał się cicho, podchodząc bliżej. Teraz widziałam za nim cienką smugę niebieskiego światła wydobywającą się spod drzwi. Musiałam tam dotrzeć.

— Nie powiedziałbym, że to śledzenie samo w sobie. Po prostu tak się składa, że jestem żywo zainteresowany tym, co należy do mnie.

— Nie jestem twoja — powiedziałam z największym przekonaniem, na jakie było mnie stać.

Zamruczał rozbawiony, a ja rzuciłam się do drzwi. Z łatwością złapał mnie w talii, a ja zamieniłam się w dzikiego kota. Rzuciłam się na niego, drapiąc i krzycząc. Lecz jego uścisk był jak żelazne imadło.

— Właśnie tak — powiedział, a jego usta były tak blisko, że musnęły moje ucho. — Pokaż, jak walczysz.

Próbowałam uderzyć głową w jego twarz, by złamać mu nos, ale zaśmiał się i szybko poruszył. Gdy próbował uchylić się przed moją głową, udało mi się uwolnić jedną rękę. Wyciągnęłam ją i trafiłam w miękką skórę jego ust. Próbowałam znów uciec, ale moje ciało było brutalnie dociskane do ściany, a dłonie unieruchomione nad głową. Napierał na mnie całym ciężarem i czułam rosnącą erekcję w jego ciemnych dżinsach. Nienawidziłam tego, że reszta mojego ciała reagowała tęsknotą.

— Nie — powiedziałam bardziej do mojego ciała niż jego. — Nie!

Przyłożył dłoń do ust, a kiedy się odsunął, zauważyłam krew na jego palcach.

— Kotek ma pazurki — zanucił.

A potem przeciągnął zakrwawionymi palcami po moich policzkach. Szarpałam się i walczyłam z tym cholernym draniem, ale wszystko na nic. Byłam całkowicie przygwożdżona. Praktycznie wbijał mnie w ścianę.

— Zagrajmy w grę, kotku. — Jego usta znów wróciły do mojego ucha, a moje włosy stanęły dęba, gdy jego niski ton głosu przeszył mnie na wskroś. — Jeśli cię złapię, będę mógł zrobić, co zechcę. Jeśli uciekniesz, wrócisz dziś wieczorem do domu.

Rozważałam wszystko dokładnie.

— Chcę mieć przewagę.

Zaśmiał się z mojego targowania się.

— Uciekaj.

Puścił mnie i poleciałam. Wyszłam za drzwi i ruszyłam długim korytarzem, którego nie rozpoznawałam. Pędziłam sprintem, starając się uzyskać jak największą odległość między sobą a potworem. Po obu stronach znajdowały się drzwi i słyszałam jego gromki śmiech za sobą. Próbowałam otworzyć kilka drzwi, ale wszystkie były zamknięte.

— No weź! — krzyknęłam do kolejnych zamkniętych drzwi.

Furia i strach walczyły ze sobą we mnie, gdy biegłam przez kolejny korytarz. Byłam taka głupia, że wzięłam eliksir nasenny. Draco nie było dziś w domu. Czy zauważy, że mnie nie ma? Czy i tak pomyśli, że tu jestem?

W końcu drzwi się otworzyły i wparowałam do środka. Ciężko dyszałam, opierając się o drzwi. Był to słabo oświetlony pokój z dużym łóżkiem pośrodku. Obok kolejnych drzwi prowadzących do łazienki stał mały stolik. Na którym piętrze byliśmy, skoro znajdowały się tu rzędu sypialni?

— Kici, kici.

W tym głupim pokoju nie było innego miejsca do ukrycia się niż pod łóżkiem. Rozejrzałam się, szukając czegokolwiek, co mogłoby posłużyć za broń. Ale drzwi za mną otworzyły się z hukiem. Krzyknęłam, wskakując na łóżko i próbując zrobić trochę miejsca między nami. Ale złapał mnie za kostkę. Pociągnął i znalazłam się blisko niego.

— Nawet nie sprawiłaś, że było ciężko — warknął.

— Puść mnie!

Kopnęłam go i trafiłam w ramię. Stęknął, a ja wykorzystałam to, żeby przetoczyć się na bok. Moje stopy dotknęły podłogi, ale jego ręka złapała mnie za włosy. Krzyknęłam i dziko zamachnęłam się rękami ku niemu. Odwrócił się ode mnie i sięgnął po moje ręce. Rzuciłam się więc do przodu, wymierzając mocny kopniak. Ale on bez problemu mnie uniósł i rzucił na łóżko. Krzyczałam i miotałam się pod nim, ale wisiał nade mną jak stalowa klatka. Szarpałam się, krzyczałam i płakałam.

— Uwielbiam twoją walkę, kotku — gruchnął, przeciągając dłonią po moim policzku. — Ale musimy ponosić karę za nasze czyny. To lekcja życia.

— Proszę — wychrypiałam. — Proszę, nie.

— Umowa to umowa.

Uwolniłam jeden nadgarstek i przycisnęłam go do szyi.

— Biały!

Ale nic się nie stało, a potwór się roześmiał.

— Och, jak sprytnie.

Jego palce objęły moją szyję i ścisnął. Nie było to mocne, ale wystarczyło, żeby mnie przerazić.

— Ten kolor powinnaś nosić, gdy jesteś ze mną.

Spojrzałam w dół i zobaczyłam czarną wstążkę wokół mojego nadgarstka.

— Nie! Nie, proszę. Proszę!

Nie byłam gotowa. Nie mogłam.

Wiłam się pod nim, ale jego biodra mnie przygwoździły, a kiedy pochylił się do przodu, poczułam pełną siłę jego erekcji na moich rozsuniętych nogach. Jęknęłam przy nim.

— Nowa umowa — błagałam. — Nie to. Nie mogę. Proszę.

— Już kilka umów ze mną zawarłaś — powiedział. — Skąd mam wiedzieć, że tym razem dotrzymasz słowa?

— Dotrzymam — obiecałam. — Proszę. Proszę, nie rób mi krzywdy.

Pochylił się i przesunął językiem po łzie, która spłynęła po moim policzku. Odepchnęłam go, ale ledwo zareagował.

Pocałował mnie w skroń.

Miałam ochotę znów przywalić mu w twarz.

— Nowa umowa — rzekł.

— Nowa umowa — błagałam.

— Myślę, że da się to załatwić — rozmyślał. — Szczerze mówiąc, w tym momencie pieprzenie cię byłoby nagrodą. Więc chyba i tak nie powinienem tego robić.

Prychnęłam, a on wysunął biodra do przodu i musiałam stłumić jęk przyjemności, jaki poczułam, gdy znów uderzył w ten wrażliwy punkt.

— Jak mówiłem — powiedział. — Nie mam nic przeciwko kontynuowaniu naszego planu. Muszę tylko dopilnować, żebyś była bardziej punktualna i rzetelna.

Przesunął nosem po moich policzkach i ustach. Był tak blisko, że myślałam, że mnie pocałuje, i spanikowałam. Gdybym go pocałowała, całkowicie by mnie posiadł. To mu obiecałam. A widząc, jak poważnie traktował moje nieprzyjście w środę, wiedziałam, że byłby jeszcze większym szaleńcem, gdybym dała mu taką władzę. Odwróciłam twarz na bok i zacisnęłam oczy. W końcu odsunął się od moich ust i powędrował wzdłuż mojej szyi. Przerwał mu kołnierzyk mojej za dużej koszuli nocnej z Hogwartu.

— Dlaczego to nosisz? — zapytał. — To twojego byłego kochanka?

— N-nie — wyjąkałam. — To moje. Tylko za duże.

Natychmiast ją usunął, a ja krzyknęłam. Zastąpił ją najdelikatniejszym i najbardziej skąpym kompletem bielizny. Majtki były tak małe, że ledwo co zakrywały. Były jasnoniebieskie, jak ostatnia jedwabna sukienka, którą miałam na sobie. Góra przypominała stanik, ale miała cienką warstwę szyfonu, która spływała na część mojego brzucha. Całkowicie prześwitywała. Część stanika również była prawie prześwitująca, ale miała kilka sprytnie umieszczonych, koronkowych kwiatków tuż nad moimi sutkami.

Potwór zamruczał z rozkoszy, wtulił twarz w przestrzeń między moimi piersiami i głęboko wciągnął powietrze. Walczyłam z intensywną przyjemnością, jaką we mnie ta czynność wywoływała. Moje przeklęte ciało, zdradzające mnie, walczyło, by poddać się jego dotykowi. Rozpalał mnie. Ale mój umysł się temu sprzeciwiał.

— Uwielbiam cię taką widzieć — wyszeptał, tuląc mnie do piersi.

Mrugnęłam, patrząc w sufit. To nie mogło się dziać. W co ja się, kurwa, wpakowałam? Powinnam powiedzieć Theo, że niechcący zwróciłam na siebie uwagę szaleńca? Powinnam powiedzieć Draco? Był Głównym Aurorem; na pewno mógł coś z tym zrobić.

— Rozumiem twoją sytuację, kotku — powiedział. — Oczywiście, wahałabyś się ze mną skontaktować. Prawdopodobnie bardziej cię wystraszyłem niż podnieciłem. Więc zawrę z tobą układ. Jeśli doprowadzę cię do orgazmu, wrócisz. I bądź posłusznym kociakiem, jaki wiem, że potrafisz być.

Zadrżałam pod nim.

— Nawet zagram uczciwie — kontynuował, a jego dłoń znów powędrowała w górę ku mojej szyi.

Czarna opaska na mojej szyi i nadgarstku zmieniła się w błękit pasujący do bielizny. Poczułam ulgę.

— Widzisz? Potrafię być dobry sam z siebie.

Jego dłoń ścisnęła mnie raz za szyję, zanim mnie puściła. Długie palce przesunęły się po moim sutku i w dół mojego boku, zostawiając za sobą falę gęsiej skórki.

— Nawet nie włożę w ciebie mojego kutasa.

Rozważałam jego słowa. Nie zamierzał mnie pieprzyć. Orgazm był tylko w umyśle kobiety. Miałam nad nim kontrolę. Nie było mowy, żeby ten potwór doprowadził mnie do orgazmu w stanie skrajnego strachu, w jakim się znajdowałam.

— A jeśli nie, zostawisz mnie w spokoju?

— Jasne, kotku. Uściśniemy dłonie.

Zawahałam się.

— Jeśli dojdziesz, przyjdziesz do Nox, kiedy ci powiem, ubrana tak, jak ci powiem. Będziesz miała prawo i przywilej wyboru dowolnego koloru oprócz białego, i będziesz przestrzegać warunków naszych pozostałych umów.

— A jeśli nie dojdę — powiedziałam — będę mogła wyjść i wszystkie inne umowy zostaną anulowane.

Usiadł i wyciągnął do mnie rękę.

Zrobiłam to samo, a on splótł nasze dłonie. Dwie cienkie nitki owinęły nasze nadgarstki. Nitka była opalonym sznurkiem z małym, czarnym koralikiem pośrodku.

— Za naszą umowę. Tym razem bez wycofywania się.

Skinęłam głową i stłumiłam strach, który poczułam, gdy uświadomiłam sobie tę rzeczywistość.

— A teraz — mruknął, zdejmując nogę z mojej i wstając. — Chyba czas na moją nagrodę.

Usiadłam. O czym on mówił?

Na środku pokoju pojawiło się krzesło i usiadł na nim. Wrócił do tej samej swobodnej postawy, którą miał w zeszły weekend. Jak ktoś może być tak atrakcyjny, skoro nie widać nawet jego twarzy?

— Chodź, usiądź na brzegu łóżka.

Byłam kompletnie zdezorientowana tym, co robił.

— Czołgaj się.

Przełknęłam ślinę.

Spojrzałam na niego i podniosłam się na czworaki. Zaczęłam pełzać po rozległym łóżku.

— Właśnie tak.

Jego głos był niski i ochrypły. Patrzyłam, jak dotyka swoją erekcję przez spodnie. Przełknęłam ślinę.

— Zatrzymaj się.

Zrobiłam to. Rozpiął dżinsy, a moje oczy się rozszerzyły.

— Ty… ty mówiłeś…

— Zostanę tutaj, kotku — powiedział.

Wyciągnął kutasa ze spodni, a ja aż jęknęłam. Cholera jasna. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Twardy, gruby i długi, a główka poczerwieniała szkarłatem. Krople preejakulatu spływały po nim, a ogromna dłoń poruszała się kilka razy w górę i w dół. Patrzyłam na niego, zahipnotyzowana pięknem i dziką siłą jego potwornego kutasa.

— Usiądź.

Nie spuszczał ze mnie wzroku. Jego oczy pociemniały pod maską.

Posłuchałam.

Moje oczy wciąż wędrowały w dół, patrząc na pulsującą erekcję, którą ściskał pięścią. Ściskał tak mocno, że widziałam napięcie w jego przedramieniu.

— Rozsuń kolana.

Nie byłam pewna, czy oddycham. Intymność tej pozycji była zbyt wielka. Nigdy wcześniej nie obnażałam się tak przed nikim. Krępowało mnie to.

— Teraz.

Autorytet w jego głosie pobudził mój ruch. Rozchyliłam kolana.

— Grzeczna dziewczynka.

Kurwa, nienawidziłam, kiedy tak do mnie mówił.

— Dotknij się.

Zmarszczyłam brwi.

— Nie.

Nie mogłam tego zrobić. To było zbyt intymne. Zbyt osobiste. Nie zamierzałam siedzieć tu i robić tego co on…

— Więc ja to zrobię — rzekł.

Poruszył się, by wstać, ale uniosłam ręce.

— Czekaj, czekaj! Dobra, czekaj.

— Ktoś musi dotknąć tej łechtaczki — mruknął. — Więc jeśli ty tego nie zrobisz, to ja to zrobię. Albo mogę przyprowadzić koleżankę, jeśli wolisz…

— Nie! Nie. Zrobię to.

Oparł się wygodnie na krześle, znów zaciskając pięści, patrząc na mnie gniewnie zza maski.

— Dotknij się.

Przełknęłam zażenowanie i wsunęłam dłoń pod miękki materiał majtek, które na mnie włożył. Bawił się moim umysłem. Wiedziałam, co zrobić, by dojść. Gdybym panowała nad sobą, mogłabym się powstrzymać. Ale myśl o jego interwencji mnie przerażała. Gdybym nie robiła tego wystarczająco dobrze, interweniowałby.

— Patrz na mnie.

Moje oczy uniosły się gwałtownie.

— Chcę, byś na mnie patrzyła, kiedy będziesz się dotykać.

Kurwa.

Przełknęłam ślinę, modląc się o odrobinę wilgoci dla mojego wysuszonego gardła.

Było coś tak kompletnie otępiającego i erotycznego w naszych ruchach. Nie chciałam się dotykać, ale robiłam to małymi, okrężnymi ruchami. I choć nie chciałam się do tego przyznać, byłam podniecona. Musiałam być jakaś pojebana, skoro podniecałam się takim szaleńcem jak on. Co, kurwa, było ze mną nie tak?

— Patrz na mojego kutasa — nakazał. — Patrz, co ze mną robisz.

Spuściłam wzrok. Jego dłoń była szorstka i opanowana, gdy sunęła po całej jego długości. Było w niej coś tak zakazanego, tak kuszącego. Kiedy widziałam Rona w takiej sytuacji, nie czułam tego samego. Nie było to seksowne ani kuszące. To było żałosne uczucie. Ron nie dorównywał rozmiarem potworowi. Ron był wystarczająco wysportowany. Bycie Aurorem wymagało jakiejś fizycznej formy. Ale potwór? Był bogiem. Sam Adonis nie był tak perfekcyjnie wyrzeźbiony jak on. Mięśnie na ramionach i brzuchu napinały się. Wyobrażałam sobie, że jego uda też będą muskularne i wyrzeźbione.

— Ale nie jestem jedynym, prawda?

Znów na niego spojrzałam, z pytającym wyrazem twarzy.

— Słyszałem o małym przedstawieniu Kruma.

Merlinie, poczułam, jak moje policzki płoną rumieńcem.

— Pieprzyłaś się z nim?

Chciałam skłamać.

Ale jakoś wiedziałam, że by się dowiedział, gdybym to zrobiła.

Skinęłam głową.

— Był moim pierwszym.

Zaskoczenie rozświetliło jego twarz pod maską.

— Podobało ci się, kiedy cię pożądał?

Znowu… powinnam skłamać? Przygryzłam dolną wargę.

— Tak — wyszeptałam.

— Grzeczna dziewczynka — powiedział. — Dlaczego?

— Chcę być pożądana.

Dlaczego się do tego przyznawałam?

— Nie widzisz, jaka jesteś czarująca, kotku? Jak czarownice i czarodzieje padliby ci do stóp, żeby mieć szansę być z tobą?

Z moich ust wydobyło się zdyszane prychnięcie.

— Wsuń palce głębiej. Dwa.

Zatrzymałam moje okrężne ruchy. Wsunęłam dwa palce głębiej i stłumiłam chęć jęknięcia. Byłam taka mokra. Tak bardzo nienawidziłam mojego zdradzieckiego ciała.

— A teraz nakłoń je do wsunięcia się głębiej, jakbym to był ja.

Niech go szlag. Uwielbiałam to uczucie.

Zrobiłam to, a moje oczy zamrugały.

Nie. Musiałam przejąć nad tym kontrolę. Nie zamierzałam się zmuszać do orgazmu. To szaleństwo. To ja panowałam nad sytuacją. Nie on.

— Grzeczna dziewczynka — powiedział, a jego głos stał się jeszcze bardziej ochrypły.

Napinał się, próbując zacisnąć swojego imponującego kutasa. Wyglądało to tak, jakby chciał przyspieszyć, ale się powstrzymywał.

— Pokażę ci, jak cholernie świat jest ciebie spragniony — rzekł. — Pokażę ci, jak ludzie całkowicie zatraciliby się dla szansy, że na nich spojrzysz.

Bogowie, nie mógł mówić poważnie, prawda? Wszystkich tych absurdalnych rzeczy.

— Dotknij swoich piersi — warknął.

Myśl chodziła mi po głowie. Byłam wciągana coraz głębiej pod wodę uwodzenia, więc zaczęłam podnosić rękę.

— Jeśli odsuniesz rękę, położę swoją.

Kurwa.

Wpatrywałam się w niego gniewnie, wolną ręką masując piersi.

Skinął głową. Zacisnął szczękę. Prawie słyszałam, jak zgrzyta zębami.

— Uszczypnij sutki.

Zrobiłam to. I kurwa, to było tak cholernie przyjemne. Potrzebowałam wyzwolenia. Potrzebowałam tej euforii po tym gównianym tygodniu, jaki miałam. To było takie rozpraszające, takie kuszące.

Potwór stęknął przede mną, jego ręka w końcu nabrała tempa. Niesamowite było obserwowanie, jak ten potężny psychopata się tym podnieca. Mną.

— Kurwa, właśnie tak — mruknął. Jego głos był teraz cichym warknięciem. — Daj swojej spragnionej cipce to, czego chce, kotku.

Cholera, chciałabym, żeby się zamknął. Moje rzęsy zatrzepotały.

— Oczy — zażądał.

Posłuchałam, znów patrząc na niego.

— Łechtaczka, teraz.

Kurwa. Nie mogłam. Dojdę. Wiedziałam o tym.

— Teraz.

Zadrżałam, gdy moje palce, teraz całkowicie mokre, wróciły do łechtaczki.

— Dotykaj mocniej — powiedział.

Posłuchałam.

— Szybciej.

Kurwa, to było tak jakby czytał moje ciało jak cholerną książkę.

— Nie mogę się doczekać, żeby posiąść tę słodką cipkę — wymamrotał. — Zamierzam wypełnić ją moją spermą. Sprawić, że będziesz krzyczeć z rozkoszy.

Mój oddech był krótki i urywany. Nie mogłam dojść. Musiałam się czymś rozproszyć.

— Błagaj mnie.

Ten cholerny potwór może iść do diabła.

— Błagaj o mojego kutasa, kotku.

Przygryzłam wargę, nie chcąc przyznać, że mnie podniecał.

— Błagaj mnie o orgazm.

Teraz trzęsły się moje ręce, podobnie jak nogi. Byłam tak blisko. Przełknęłam ślinę, błagając ciało, żeby mnie nie zdradziło. Ale nie mogłam się powstrzymać. To uczucie, pożądanie…

— Błagaj mnie!

— Proszę — ustąpiłam. — Proszę!

— Dojdź, Hermiono. Dojdź dla mnie.

I zrobiłam to. Głowa opadła do tyłu i rozkoszowałam się orgazmem, który rozrywał moje ciało. Nie przestawałam. Przeciągałam go tak długo, jak mogłam.

Po chwili mgła mojej rozkoszy zaczęła zanikać. Ryk potwora przyciągnął mój wzrok z powrotem na niego. Uniosłam się na łokciach i patrzyłam, jak strumienie spermy wypływają z niego. To była najbardziej podniecająca rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam. Gdybym sama nie doszła, patrzenie na to, byłoby moją zgubą. Cholera, tyle tego było.

W końcu osunął się na krzesło. Nasz nierówny oddech był jedynym dźwiękiem w pokoju. Ale umowa została zawarta. Właśnie przypieczętowałam swój los.

Łzy frustracji napłynęły mi do oczu. Byłam tak wściekła na swój brak kontroli. Miałam wszelkie możliwości, żeby się temu oprzeć, ale on mnie po prostu złamał. Moje ciało tęskniło za nim jak jakaś chora z miłości szekspirowska dziwka. Zacisnęłam oczy.

Poczułam, jak jego dłonie naciskają na obie strony mojej głowy, a łóżko lekko się zapadło. Nie otworzyłam oczu.

— No, no — chełpił się. — Czyż to nie było podniecające?

Miałam ochotę go zamordować.

— Otwórz oczy.

Wbiłam w niego gniewne spojrzenie. Jego zamaskowana twarz unosiła się tuż nad moją. Spojrzałam na niego i zauważyłam, że dowody jego podniecenia przylegają do jego brzucha i grożą wylaniem się na mnie.

— Chcesz spróbować?

— Ty potworze — prychnęłam i spróbowałam go odepchnąć.

Złapał mnie za prawy nadgarstek i przysunął do swojej twarzy.

— Nie spytałaś mnie, czy chcę spróbować.

Moje oczy się rozszerzyły. Nie mógłby…

Wsunął moje dwa palce głęboko do ust. Zakrztusiłam się, gdy jego język wirował wokół nich i pomiędzy. Wysyłał wstrząsające impulsy prosto do mojego wnętrza i chciałam się rozpłakać. Jego gardłowy jęk pogorszył sprawę. Nie mogłam jednak oderwać od niego wzroku. Moje palce zniknęły w poczerniałych ustach zamaskowanego uroku. Musiałam to powstrzymać.

Puścił moje palce z trzaskiem i złożył najdelikatniejszy i najczulszy pocałunek na wewnętrznej stronie mojego nadgarstka. Co do cholery? Jak mógł przejść od terroryzowania mnie w jednej chwili do czegoś takiego w następnej? Powinien być na obserwacji w szpitalu Świętego Munga. Był ewidentnie szalony i chory psychicznie.

Potem pocałował mały koralik mojej bransoletki.

— Do zobaczenia jutro wieczorem, piękna.

_____________

Witajcie :) oj podziało się tutaj i to dużo. Czy tylko mnie zrobiło się gorąco? Dajcie znać jak wrażenia po kolejnym spotkaniu z potworem. 

Kolejne rozdziały będę tłumaczyć w najbliższych dniach. Także jest szansa, że w weekend wpadnie kolejna partia. Chyba nie umiem odpoczywać bez dramione. No cóż, przypadłość tłumaczy. :)

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia! Enjoy!

[T] Come To Claim: Rozdział 11

niedziela, 24 maja 2026

Witajcie :) wiem, że miałam sobie zrobić przerwę od publikacji tłumaczeń, ale jak to zwykle bywa przetłumaczyłam dwa rozdziały i postanowiłam, że mogę je opublikować, tak na zachętę do dalszego czytania. Zatem miłej lektury! :)

______________

Niedziela była trudna.

Przez większość dnia siedziałam zamknięta w pokoju. Nie chciałam stawić czoła faktowi, że jutro jest poniedziałek. Nigdy nie odczuwałam czegoś takiego. Nigdy nie bałam się iść do pracy. Ale świadomość, że jutro zobaczę Rona po raz pierwszy od wyprowadzki, napawała mnie niepokojem. Co zrobi? Co powie? Niepokój związany z nadchodzącą konfrontacją wstrząsnął mną.

Do tego doszło dziwne poczucie winy, które odczuwałam z powodu moich wyborów w Nox. Wczorajszy wieczór był szalony i chaotyczny. Ledwo mogłam skupić się na tym, co działo się wokół mnie, bo wszystko było tak przesadnie stymulujące i przytłaczające. Czy to naturalne, że dziś coś poczułam?

Czy to było poczucie winy?

Nie dbałam o honor mojego małżeństwa. Już dawno było po nim. Ron paradował z kobietami po mieście, jakby od dawna był singlem. Najwyraźniej nie łączyła nas już żadna lojalność.

Czy żałowałam, że poszłam?

Westchnęłam.

Nie.

Właściwie, jakaś część mnie pragnęła być tam teraz, ukrywając się przed prawdą o zbliżającym się tygodniu pracy. Podobało mi się to rozproszenie uwagi. Lubiłam ucieczki.

Ale na ile to było realistyczne? Ten zamaskowany nieznajomy niemal trzymał mnie w garści. Ale co innego mogło się wydarzyć? Nawet nie wiedziałam, jak wygląda! Trochę zabawialiśmy się w lochach Nox, ale nic z tego nie powinno się wydarzyć. Jego mroczne szepty o opętaniu i tym podobne były po prostu ładnymi kłamstewkami. To nie było prawdziwe. Stanowiło część gry.

Ale po raz pierwszy od lat naprawdę coś czułam. Po wojnie robiłam wszystko, co mogłam, by stłumić lęk. Całkowicie wszystko uzewnętrzniałam. Jeśli czegoś nie czułam, to nie istniało. Niestety, nie czując złych rzeczy, wybrałam nieodczuwanie niczego. Zero radości, podniecenia, gniewu, samotności. Byłam pusta w środku. Unosiłam się, bezmyślnie przeżywając każdy dzień. Nic mnie nie ekscytowało. Nie miałam w sobie ani iskry życia. Myślałam, że przetrwanie wystarczy.

A ja chciałam o wiele więcej. Chciałam więcej dla siebie. Dla swojego życia. Dla swojej przyszłości. Chciałam czegoś nowego.

A teraz, nie miałam nawet trzydziestu lat i rozwodziłam się. Nie miałam pieniędzy. Miałam sekretną obsesję na punkcie Pana z podziemi w klubie erotycznym. Mieszkałam z mężczyzną, który jeszcze kilka miesięcy temu mogłabym przysiąc, że mnie nienawidzi. A prawdziwych przyjaciół mogłam policzyć na palcach jednej ręki.

Szkoła nie przygotowała mnie na nic. Ani na utratę rodziców czy przyjaciół, ani na rozpad małżeństwa, w którym tkwiłam, ani tym bardziej na finansową ruinę, z którą się mierzyłam. Szkoła nauczyła mnie, że nienawiść do Slytherinu jest ważniejsza niż oddychanie. Nauczyła mnie, że Quidditch należy wielbić, a status krwi ma znaczenie.

Może kiedyś wszystkie moje łzy w końcu znikną, a ja utonę pod ciężarem tłumionych emocji.

Ale dziś to nie był ten dzień.

Po raz pierwszy wyszłam z pokoju. Okoliczności, w których się znajdowałam, nie czyniły ze mnie darmozjada. Musiałam porozmawiać z Draco o pozostaniu tutaj. Chciałam się jakoś zaangażować. Tak jak on potrzebowałam gotowania i jakiegoś wsparcia. Czegoś, na czym mogłabym się skupić. Czegoś, co pozwoliłoby mi poczuć, że nie wykorzystuję i nie nadużywam jego dobroci.

Znalazłam go w bibliotece. Leżał rozciągnięty z książką. Okulary miał na czubku nosa. Był ubrany w bluzę z kapturem i spodnie dresowe, a ja uśmiechnęłam się ironicznie na widok tego swobodnego stroju. Nie przypominałam sobie, żebym kiedykolwiek widziała go w czymkolwiek innym niż markowe ciuchy albo strój do Quidditcha.

— Cześć — powiedziałam, siadając naprzeciwko niego na sofie. Położyłam poduszkę na kolanach. — Masz chwilę?

Uniósł brwi, ale skinął głową i odłożył książkę na stół.

Nie wiem, dlaczego wyglądał na zdenerwowanego. To ja wykorzystywałam jego przestrzeń i pieniądze. I życzliwość, oczywiście. Ale dzisiaj się to skończy.

— Naprawdę chciałabym pomóc — zaczęłam. — Czuję się niezręcznie, nie płacąc za nic i nie angażując się. To mnie… niepokoi.

— Nie potrzebuję twoich pieniędzy — mruknął. — I nie chcę ich.

— Ale mogę robić zakupy spożywcze, sprzątać czy coś w tym stylu.

Zastanowił się nad moimi słowami.

— Gotuj ze mną kolacje.

Źle go usłyszałam.

— Co?

— Gotuj ze mną. Tak jak ostatnio. W ten sposób możesz się zaangażować.

Mówił poważnie, prawda? Czemu, u licha, miałby chcieć, żebym pomagała mu przy kolacji? O wiele lepiej gotował niż ja kiedykolwiek.

— Nie będę kłamał i mówił, że wiem, jak to ogarnąć. — Wskazał między nami. — Nigdy z nikim nie mieszkałem. Nigdy nie dzieliłem domu. Ale ostatnio bardzo podobało mi się twoje towarzystwo. Miło było mieć kogoś, z kim mogłem porozmawiać podczas gotowania. Miło było mieć kogoś, dla kogo mógłbym gotować, pomijając siebie.

— Po prostu nie chcę, żebyś czuł, że musisz się mną ciągle opiekować jak…

Szukałam w pamięci przykładu.

— Jak ty opiekowałaś się Weasleyem?

Głębia ciszy, która zawisła między nami, była ogromna.

Mówił prawdę.

A ja nie miałam innego wyboru, jak tylko chłonąć intensywność tej szczerości.

Nienawidziłam Rona. Wiedziałam, że tak jest. Nienawidziłam tego, że to ja wszystko robię. Nienawidziłam tego, że oczekiwał, iż nasze życie będzie toczyć się dalej w ten sposób. Myślałam, że aby być szczęśliwą, muszę być jak Molly Weasley w małżeństwie. Myślałam, że jedynym sposobem, by być kochającą żoną i mieć kochającego męża, jest troska o niego. Ale z natury nie byłam opiekunką. Chciałam, żeby Ron sam sprzątał swoje cholerne skarpetki. Dlatego ciągle odkładałam posiadanie z nim dzieci. Potajemnie brałam w pracy eliksiry antykoncepcyjne, bo nie byłam gotowa, by mieć w domu drugie dziecko. On sam był wystarczająco roztrzepany. Nie wyobrażałam sobie też zatłoczonego mieszkania przypominającego Norę. Utonęłabym w tym.

— Masz rację — powiedziałam. — Nie chcę, żebyś miał mi za złe, że tu jestem. Jestem ci za to wszystko bardzo wdzięczna. Nie chcę niczego zepsuć.

— Nie będę miał ci tego za złe, Granger.

— Nie możesz tego wiedzieć.

— W każdym razie lepiej chodź do kuchni, żebym nie zaczął.

Uśmiechnęłam się szeroko. Żartobliwy ton jego głodu poprawiły sytuację.

— Tak, proszę pana.

Przewrócił oczami, ale poszłam za nim do kuchni.

— Chyba po prostu spróbujemy to wszystko ogarnąć.

— Tak — zgodził się. — Nie ma potrzeby dokładać sobie stresu, definicji i presji. Możemy po prostu… być.

— Tak, niech tak zostanie.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Niewiele spałam tej nocy. Chciałam tylko, żeby ta pierwsza interakcja dobiegła końca. Ron nie mógł powiedzieć, że tego nie przewidział. To było absurdalne. Mój prawnik dostarczył dokumenty wcześnie rano, zanim zaczął pracę. Miałam nadzieję, że otrzyma wezwanie do sądu i wyjdzie z pracy. Wiedziałam, że nie jestem aż taką szczęściarą.

— Sprawdź lodówkę — zawołał Draco przez ramię, gdy wchodziłam do kuchni.

Właśnie miał wejść do kominka.

— Napisz do mnie dzisiaj, jeśli będziesz mnie potrzebować — powiedział.

— Nie chcę, żebyś musiał się w to mieszać. — Westchnęłam. — Nigdy nie ryzykowałabym pracy, którą włożyłeś, by osiągnąć poziom, na którym jesteś teraz. Zbyt ciężko pracowałeś.

— W razie potrzeby zainterweniuję — mruknął.

Odbyliśmy rozmowę na ten temat wczoraj wieczorem. I sądząc po zaciśniętej szczęce, nie zmienił zdania. Powiedział mi bez ogródek, że z chęcią wywaliłby Weasleya za każde drobne przewinienie, biorąc pod uwagę jego złość. Powiedziałam mu, że nie potrzebujemy tego na dodatek do wszystkiego innego.

— Dam sobie radę — obiecałam. — I mam Theo.

Zacisnął szczękę. Skinął lekko głową, ale wyglądał na rozdrażnionego.

— Indyk czy łosoś dzisiaj wieczorem? — zapytał, zanim wyszedł.

Skrzywiłam się.

— Łosoś. Nienawidzę indyka.

— Zanotowane.

I zniknął.

Podeszłam do lodówki i zauważyłam na blacie kubek na kawę na wynos, już napełniony. Na nim było napisane moje imię i karteczka z prośbą o sprawdzenie lodówki. Otworzyłam lodówkę i znalazłam małą torebkę na lunch, podobną do tej, którą zazwyczaj noszę ze sobą. Zapomniałam swojej w pospiechu, gdy się wyprowadzałam, i to była miła niespodzianka. Wzięłam lunch i włożyłam go do mojej torebki.

Zadbałam dziś o elegancki ubiór. Chciałam czuć się pewnie w swoich wyborach. Założyłam spódnicę i jedwabną bluzkę, które miałam na sobie w Nox za pierwszym razem, ale do biura nałożyłam na nią marynarkę. Nie musiałam zakładać aż tak swobodnego stroju. Tym razem miałam pod spodem stanik. Choć był to jeden z moich ładniejszych czarnych. Do tego założyłam pasujące majtki z prezentu od Theo do Nox. Moje ulubione szpilki zmusiły mnie do chodzenia z determinacją i pewnością siebie, a dziś potrzebowałam wszelkiej możliwej pomocy.

Ministerstwo i tak roiło się od pracowników, mimo że zjawiłam się trzydzieści minut wcześniej niż zwykle. Nie miałam zamiaru iść do gabinetu Rona i się z nim konfrontować. Nie byłam na tyle odważna. Chciałam cały dzień chować się w swoim gabinecie pod opiekuńczym spojrzeniem Theo.

Kierując się w stronę wind, zauważyłam, że nikt na mnie nie wpadł. Nie wychylałam się. Miałam coś na twarzy?

Ostry szept rozległ się obok mnie. Nawet nie próbowali ściszyć głosu.

Słyszeliście, że go zostawiła?

Słyszałem, że szukał jej całą noc.

Opróżniono jego skarbce!

Ta suka zabrała mu wszystko.

Słyszałam, że okradła też jego rodzinę.

Szepty wypełniały moje uszy niczym grzmiące fale chaosu. Co się dzieje? Dlaczego tak mówią?

Płaciła za usługi towarzyskie.

Płaci facetom, żeby ją pieprzyli.

Jakie to żałosne.

Dobrze, że nigdy nie mieli dzieci.

Biedny Ron.

Wszystko zaczęło wirować.

Biedny Ron.

W kółko słyszałam to zdanie.

Weszłam do toalety i zwymiotowałam do sedesu. On to nakręcił. Całkowicie zrujnował moją reputację. Sprawił, że wyglądało to na moją winę. Moją winę. Moją winę.

Nie mogłam oddychać. Nie mogłam myśleć. Wszyscy w tym cholernym miejscu nas znali. I uwierzyli jemu? A nie mnie?

Oczywiście, że tak.

Byłam tą cichą.

Tą wycofaną.

Wszyscy myślą, że to ja wszystko zepsułam.

Nigdy nie byłam towarzyskim i ekstrawertycznym Ronem Weasleyem. Nie byłam bohaterem wojennym. Nie byłam najlepszym przyjacielem Harry’ego Pottera.

Znowu zwymiotowałam. Musiałam iść do swojego gabinetu. Musiałam unikać dalszych rozmów w tym temacie.

Gdybym wróciła do domu, wyglądałabym na winną. Wpadłabym w narrację, którą stworzył Ron. Musiałam wyglądać na niewzruszoną. Musiałam udawać, że nie słyszałam szeptów.

Ochlapałam twarz chłodną wodą i wzięłam głęboki oddech przed lustrem. Nie złamię się. Nie tutaj. Nie przez to. Prawda wyjdzie na jaw. Musi.

Wycofałam się w ten sam sposób, w jaki robiłam to od wojny. Odłączyłam się od czasu, który nie istniał i nie był prawdziwy. Otuliłam się tym, bo nie mogłam znieść konfrontacji z rzeczywistością. Odcięłam się od hałasu, zapomniałam słów. Wjechałam windą na swoje piętro. Moi współpracownicy niezręcznie kręcili się wokół mnie. Po raz pierwszy od lat ktoś w ogóle zauważył moją obecność. Zwykle przeszkadzałam, byłam odsunięta na bok. Dziś wszyscy mnie obserwowali. Ron najwyraźniej miał pracowity poranek.

Kiedy weszłam, Theo zerwał się z miejsca. Nic nie powiedział, tylko mocno mnie objął. Pozwoliłam mu się przytulić.

— Zajebię go, Granger — obiecał. — Przysięgam, że to zrobię.

Uścisnęłam go w odpowiedzi.

Wciąż nie mogłam płakać. Czy byłam aż tak uszkodzona?

Ron publicznie mnie upokorzył. Niszczył moją reputację w pracy.

— Co mam zrobić?

Nie miałam w tym żadnego doświadczenia. Nigdy nie byłam nielubiana. Nigdy nikt nie kwestionował mojej wiarygodności.

Ale chłonęli jego oskarżenia jak prawdę, kurczowo trzymając się wszelkich wymyślonych kłamstw, którymi zasypywał korytarze naszego miejsca pracy. A ja miałam zmierzyć się z tym bałaganem, jakby nie robiło to na mnie żadnego wrażenia. Jakby mnie nie przytłaczało. Jakbym nie była tak cholernie zawstydzona, żebym mogła krzyczeć.

Nienawidziłam tej całej uwagi, jaką na mnie zwracano. Nienawidziłam plotek i szeptów. Ale najbardziej nienawidziłam tego, że nagle znów stałam się widoczna. Uwielbiałam swoją niewidzialność. Ceniłam ją nawet. Ale teraz to minęło.

— Już wysłaliśmy wiadomość do adwokata — powiedział. — Opracowuje plan.

— Nie chcę o tym myśleć — wyszeptałam. — Chcę po prostu udawać, że nic się nie stało.

— Oczywiście.

Pocałował mnie w głowę i odsunął, trzymając na odległość wyciągniętej ręki.

— Przypadkowo źle oznaczyłem co najmniej kilkanaście fiolek z trucizną — rzekł. — Może wykorzystamy to jako dywersję?

Jęknęłam, ale zadziałało. Theo zbierał każdą korespondencję, która wpadała pod naszymi drzwiami. Większość z nich od razu spalał. Na inne odpowiadał albo odkładał na inny stos. Naprawdę nie wiedziałam, co bym dziś bez niego zrobiła.

Około południa rozległo się ciche pukanie. Theo wstał i ruszył, zanim mój umysł zdążył ogarnąć, co się dzieje. Wpatrywałam się w drzwi z przerażeniem. To od niego?

— Cześć — powiedział cichy głos.

Theo odsunął się na bok i Astoria stanęła w drzwiach. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się smutno.

— Chcę tylko, żebyś wiedziała — rzekła. — Że w zeszłym tygodniu złożyłam wszystkie dokumenty dotyczące twojego… Rona. — szybko się poprawiła.

Theo uśmiechnął się szeroko.

— Więc, jeśli chodzi o te plotki — wskazała głową na korytarz, przewracając oczami. — Kierownictwo i ludzie w biurze znają prawdę. A te zuchwałe oskarżenia są badane.

— Tak szybko?

Zbladłam.

W ogóle się tego nie spodziewałam.

— Tu, w Ministerstwie Magii, odnosimy się do społeczności czarodziejów, która dla nas pracuje, z szacunkiem i pobieżnie — powtórzyła z podręcznika. — Ponad wszystko trzeba pamiętać o dobrych manierach w miejscu pracy i wśród współpracowników. Naszym obowiązkiem jest podtrzymywanie tych standardów.

Theo zaśmiał się maniakalnie, słysząc jej słowa, i nawet ja się uśmiechnęłam. Może to wszystko rozpłynie się do jutra. Pocałował ją w oba policzki i nawet ja poczułam ulgę.

Gdy Astoria odwróciła się, by wyjść, przez szparę wsunął się mały list. Theo zaklął i sięgnął po niego, ale list był zbyt szybki.

Czerwona koperta zatrzymała się przede mną.

Zamarłam.

Wyjec.

Nikt z nas nie zareagował wystarczająco szybko.

List eksplodował kakofonią wściekłości i przekleństw. Głos Molly Weasley był równie piskliwy, jak go zapamiętałam z drugiego roku.

Jak ŚMIESZ zawstydzać mojego syna w ten sposób. Musisz mieć czelność paradować po Ministerstwie, rozkładając nogi przed każdym rozpustnikiem, podczas gdy twój biedny mąż haruje do SZPIKU KOŚCI! Byliśmy twoją rodziną! Przyjęliśmy cię, kiedy nie miałaś nikogo! I tak nas traktujesz? Okradłaś moich synów? Harry’ego? Ty kłamliwa dziwko. Powinnaś mieć mdłości z powodu tego, jak nas wszystkich wykorzystałaś i znęcałaś się nad nami. I po co? W jakim celu, Hermiono? Czujesz się potężna, sprawiając, że tacy słodcy mężczyźni jak mój Ronald czują się tak źle? Obrzydliwe. Absolutnie nikczemne. Dzięki Merlinowi, że twoi rodzice cię nie pamiętają. Nie wiem, jakby znieśli to wszystko.

List rozdarł się przede mną.

Zadrżałam, całkowicie wrośnięta w ziemię.

Wpatrywałam się w podłogę, gdzie leżały strzępki pergaminu. Nikt z nas się nie poruszył. Nikt się nie odezwał.

— Granger…

Uniosłam rękę, by uciszyć Theo. Nie chciałam pocieszenia. Nie chciałam współczucia.

— Chciałabym zjeść lunch w samotności — powiedziałam cicho, sięgając po torbę.

Podeszłam do wolnego stolika na tyłach gabinetu.

Słyszałam szepty Astorii i Theo, ale ich ignorowałam. Nie mogłam o tym myśleć. O niczym.

Gdybym mogła…

Gdybym poświęciła temu listowi chwilę uwagi…

Mrugnęłam kilka razy i wyciągnęłam torbę na lunch wraz z książką, którą spakowałam.

Zamierzałam czytać i jeść. To wszystko.

Zignorowałam drżenie moich rąk.

Zignorowałam to, że znów chciało mi się wymiotować.

Zmusiłam się, żeby pieczenie w oczach zniknęło.

Było dobrze.

Dam sobie radę.

Otworzyłam torbę i zobaczyłam w środku błyszczące jabłko. Był tam też kawałek tarty cytrynowej. Następnie wyciągnęłam kanapkę, a na przyklejonej karteczce widniał napis: Zdecydowanie NIE kanapka z indykiem. To byłoby obrzydliwe…. Uśmiechnęłam się do kanapki z szynką. Jego sprytna magia musiała przemycić to, po tym jak powiedziałam coś o kolacji. W końcu znalazłam pyszną sałatkę, taką jak ta, którą jedliśmy wczoraj wieczorem. A na dnie torby leżał widelec owinięty w serwetkę. Wyjęłam widelec i rozwijając serwetkę, zauważyłam, że w środku jest kolejna karteczka.

Na karteczce było napisane Postaraj się dziś nie uciekać do przemocy. Poniżej znajdował się animowany rysunek, na którym uderzam Draco w twarz w pobliżu chatki Hagrida na trzecim roku. W zapętleniu patrzyłam, jak uderzam go, a jego animowana postać kurczowo się trzyma za policzek i płacze.

I zaśmiałam się.

Śmiałam się tak głośno, że łzy lały mi się z oczu.

Przez resztę dnia za każdym razem, gdy narastały we mnie emocje, patrzyłam na tą małą karteczkę, którą przyczepiłam do ściany. To było jedyne przypomnienie, jakiego potrzebowałam, by przetrwać.