[T] Come To Claim: Rozdział 35

niedziela, 14 czerwca 2026

Theo i Blaise wpadli do pokoju, przeklinając i wzdychając. Traciłam i odzyskiwałam przytomność tak szybko, że ledwo nadążałam za ich rozmową.

— Do Świętego Munga… teraz!

— To niebezpieczne!

— Już!

Wzięłam głęboki wdech, gdy moim ciałem wstrząsnął kolejny dreszcz. Dean przytulił mnie mocniej, ale mimowolne ruchy wstrząsnęły mną tak gwałtownie, że chciałam zwymiotować.

Kłótnia trwała, ale nagle gwałtownie się poruszyliśmy. Potrzebowałam tylko poczuć Draco. Naciskałam sygnet, żeby dał mi jakiś znak życia, ale straciłam czucie w dłoniach. Czułam tylko przenikliwe kłucie w głowie i palący ból w każdym calu skóry.

Światła były teraz jaśniejsze.

Otaczały mnie nowe głosy.

Nie mogłam otworzyć oczu.

Było mi niedobrze.

Więcej drgawek.

A potem ciemność.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Wokół mnie panował chaos. Głośne głosy, natarczywe prośby. Nie mogłam ich zrozumieć. Ale światło było zbyt ostre. Nie mogłam otworzyć oczu. Nie, kiedy moja głowa dudniła krzykiem.

To jej głos usłyszałam ponad hałasem.

Otwórz!

Jej ostry, szyderczy śmiech. Jej szydzenie.

Mężczyzna.

Jego pięść waliła mnie w ciało, jakby było gliną.

Próbowałam krzyczeć.

Ale miałam wrażenie, że moje płuca są podziurawione.

— To już trzeci atak w ciągu godziny — krzyknął głos. — Zawołajcie Chuffingtona, natychmiast!

Kto to był?

Otwórz!

Nie!

— Granger, do cholery, trzymaj się — zagroził Theo. — Walcz!

Byłam tak bardzo zmęczona.

Tak słaba.

Nie mogłam przestać się trząść.

Ciemność.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Było mi tak zimno.

Tak zimno, że przysięgłabym, że znów jestem w pokoju w Scry.

Mój puls przyspieszył.

Nie, nie, nie!

Z trudem otworzyłam oczy.

Żadnego pokoju wyłożonego kafelkami z metalowymi meblami.

To na pewno był szpital Świętego Munga.

Blaise siedział na krześle obok łóżka. Jego wytatuowana postać skoczyła do przodu, gdy tylko złapałam go wzrokiem.

— Granger — wychrypiał.

Coś poruszyło się za mną. Theo stanął obok niego.

Pomyślałam o sygnecie na mojej prawej dłoni.

Wciąż nie czułam nic poza bólem.

— Czy on żyje?

— Tak — powiedzieli obaj.

I znowu odpłynęłam.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Znów ogarnęła mnie cisza.

Ale wciąż czułam przenikliwe zimno.

Potrzebowałam więcej nakryć.

Otworzyłam oczy.

Ktoś trzymał mnie za prawą dłoń.

Narcyza.

— Hermiono — westchnęła.

Nigdy nie widziałam jej tak swobodnie ubranej. Miała na sobie sweter i spodnie, a włosy spięte w kok.

Próbowałam przemówić, ale wyszły z tego tylko słabe pomruki.

Gardło miałam zdarte od krzyku.

Zdawała się czytać mi w myślach, bo Narcyza puściła moją dłoń i przytknęła mi słomkę do ust.

— Nie pij za szybko.

Próbowałam zwolnić, ale byłam tak spragniona chłodnego płynu.

Odsunęła kubek, zanim skończyłam pić.

— Czy on żyje? — zapytałam.

— Tak — odpowiedziała.

Zamknęłam oczy.

Żył.

— Jak długo to będzie mnie kłuć? — wyszeptałam. — Jak długo będę musiała słuchać jej głosu?

— Jakiś czas — wyszeptała.

Skowyt wyrwał się z moich ust, gdy ciemność wciągnęła mnie z powrotem.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Teraz było głośniej.

Wokół mnie wybuchł ryk konsternacji.

Otwórz!

Jej wrzask był ogłuszający.

Próbowałam zakryć uszy przed dźwiękiem.

Olbrzym pociągnął mnie w dół.

Chciał, żebym słuchała przeraźliwych krzyków.

Ale nie mogłam.

Głowa mi pękała.

Tęskniłam za zimnem.

Chłód był lepszy niż ogień.

Wszystko było lepsze od tego.

Raz po raz banshee dźgała mnie ostrym nożem.

Moja skóra pękała i krwawiła.

Szlochałam, walcząc, by wyrwać się z jej uścisku.

Nie mogłam tego słuchać.

Zrobiłabym wszystko, żeby przestać.

Wiłam się w jego uścisku.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

— A jakie są długoterminowe skutki?

— Trudno powiedzieć. Nie potwierdziliśmy, ile razy i jak długo rzucano zaklęcie. Długotrwałe stosowanie Cruciatusa może mieć setki negatywnych konsekwencji ze względu na uszkodzenia nerwów.

— A Imperius?

— Silne wstrząsy mózgu w połączeniu z zaklęciem Imperius sieją spustoszenie w pannie Granger. Jej ciało przechodzi w stan walki lub ucieczki, ponieważ nie potrafi odróżnić rzeczywistości od pamięci.

Ale banshee wróciła.

Jej uścisk na kostce.

Jej paznokcie wbijające się w skórę.

Ciągnęła mnie.

Walczyłam z całych sił.

Mam nadzieję, że o tym wiedział.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

— Gówno mnie obchodzi, za kogo się uważają. Nikt z rudymi włosami nie zbliży się do tego cholernego szpitala na odległość dziesięciu kilometrów.

Odezwały się kolejne głosy.

— Jeśli zechcą złożyć formalną skargę do Ministra, to proszę bardzo. Mam nakaz sądowy przeciwko nim wszystkim. Niech nikt się nie zbliża do tego cholernego skrzydła.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

W polu widzenia pojawiły się przebłyski Draco.

Krzyczał coś do mnie.

Ale kule…

Dławiłam się szlochem.

Jego ciało było nimi podziurawione.

Metal raz po raz rozrywał jego ciało. A ja byłam uwięziona.

Wrzeszcząca banshee trzymała mnie, rozdzierając moją skórę pazurami i zębami, gdy patrzyłam, jak Draco umiera.

Jego szare oczy były martwe.

Byłam sama.

Otwórz!

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Otworzyłam oczy.

W pokoju było ciemno, poza kilkoma delikatnymi lampami w rogu.

Theo pojawił się w moim polu widzenia.

Wyglądał na bardzo zmęczonego.

— Żyje? — zapytałam.

— Tak — powiedziała Narcyza, obejmując moją dłoń.

Mało brakowało, żebym się uśmiechnęła, zanim moje oczy same się zamknęły.

— Powinien tu być — warknął Theo. — Otworzyła oczy pierwszy raz od dwóch dni.

— Gdyby mógł, to by tu był — powiedziała Narcyza.

— Nic nie jest, kurwa, ważniejsze od niej.

Nigdy nie wyobrażałam sobie, że Theo będzie mówił do kogokolwiek w ten sposób, a tym bardziej do Narcyzy. Była dla niego jak matka.

— Musiał wyjechać.

Ciemność.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Znajomy, kobiecy głos przywrócił mi przytomność.

— Ha! — Pansy się zaśmiała. — A nie mówiłam, chłopaki? Oczywiście, Granger obudziła się na dźwięk mojego głosu.

Mrugnęłam do niej i posłałam jej zmęczony uśmiech.

— Cześć — powiedziała, przesuwając grzbietem dłoni po moim policzku.

Łaskotanie na skórze niemal zastąpiło upiorne ukłucia Cruciatusa.

Uniosła kubek z wodą i przycisnęła słomkę do moich ust.

Starałam się pamiętać, żeby pić powoli.

— Cześć, kochanie.

Wypuściłam powietrze z płuc.

Draco.

Stał przy oknie z Theo i Blaise’em. Okulary znajdowały się na jego idealnie kanciastym nosie, a w ręku trzymał kubek kawy.

— Dajmy im chwilę, dobrze?

Pansy spojrzała sugestywnie na Theo i Blaise’a.

Nie spuszczałam wzroku z Draco.

Łzy spływały mi po policzkach, gdy szedł w moją stronę.

— Próbowałaś skrócić lata mojego życia, Granger?

Usiadł na skraju mojego łóżka i postawił kawę na stole. Kciukiem delikatnie otarł łzy.

— Żyjesz.

Z jego ust wydobył się pusty śmiech.

— Moje życie nigdy nie było zagrożone — wyszeptał. — Ale twoje…

Spojrzał na mnie znacząco.

Próbowałam sobie przypomnieć szczegóły z przeszłości. Spojrzałam na lewą dłoń. Była mocno zabandażowana.

— Nie — błagał cicho Draco, odgarniając mi loki z twarzy. — Nie próbuj sobie teraz przypominać. Pozwól umysłowi się uleczyć.

Spotkałam się z jego wzrokiem.

Przez ułamek sekundy dostrzegłam matowy, przygaszony kolor jego oczu, gdy w śnie umierał na moich oczach.

Wiem, że wyraźnie się wzdrygnęłam, widząc jego reakcję.

— Wymuszanie wspomnień może wyrządzić więcej szkód. Jeśli się pojawią, porozmawiaj o nich i uwolnij je. Ale próba wyciągnięcia ich z głębin umysłu tylko utrudni twoje uzdrowienie.

— Wiesz coś o uzdrawianiu umysłu?

— Mam w tym osobisty interes.

Pocałował mnie w czoło.

— Jeszcze coś, doktorze Malfoy?

— Właściwie tak. Będziesz zamknięta w wieży przez następne sto lat, aż moje ciśnienie się w końcu unormuje.

— Tylko sto?

Ciche pukanie do drzwi sprawiło, że Draco mruknął coś pod nosem. Pocałował mnie w prawą dłoń i podszedł do drzwi.

Weszło trzech Aurorów, starając się mówić cicho. Draco się napiął. Zerknął na zegarek i wyszeptał do nich coś jeszcze.

Rozległo się kolejne pukanie do drzwi. Trzy uzdrowicielki zatrzymały się przy wejściu, gdzie Aurorzy sprawdzali je różdżkami.

Czy Draco sprawdzał każdego uzdrowiciela, który wchodził do tego pokoju?

Uzdrowicielki podeszły do mnie, a Draco poszedł za nimi.

— Dzień dobry, panno Granger. — Uśmiechnęła się jedna z uzdrowicielek. — Mam na imię Rory. To Gemma i Sabine.

Rory była młodsza od pozostałych, ale wydawała się dowodzić. Pozostałe dwie czarownice uśmiechały się, sprawdzając moje karty, a później jedna z nich przesunęła po mnie różdżką, rzucając zaklęcie diagnostyczne.

Zauważyłam, że Sabine i Gemma miały inne szaty niż Rory.

— Poziom Zee opadł od wczoraj — usłyszałam śpiewny, francuski akcent Sabine, podczas gdy Gemma robiła notatki.

Gemma odpowiedziała jej po francusku i prowadziły cichą rozmowę, aż dołączył do nich Draco. Jego francuski był równie nieskazitelny jak ich.

Wciągnęły go w rozmowę i, z mojej ograniczonej wiedzy, odpowiadały na jego pytania.

— Miałaś dziś rano mdłości, kochanie? — zapytała Rory.

Pokręciłam głową.

— Jadłaś coś albo piłaś?

Znów pokręciłam głową.

— Przyniesiemy ci coś, dobrze?

— Jaki mamy dzień? — zapytałam.

— Granger — przerwał mi Draco władczym tonem.

Ach, tak.

Nie próbuję odzyskiwać wspomnień.

— Jest czwartek — powiedział delikatnie, a ja jęknęłam.

Cztery dni, w których straciłam rachubę czasu.

Wciągnęłam powietrze przez nos.

Byłam bezpieczna.

Byłam tutaj.

Z Draco.

Byłam bezpieczna.

— Herbata miętowa — rzekł Draco do Rory. — Na razie unikamy kofeiny. Coś prostego. Tost z jajkami.

Spojrzał na mnie z aprobatą, a ja skinęłam głową.

— Cukier do herbaty, proszę — dodał.

— Śmietanka?

Pokręciłam głową w tym samym momencie, gdy Draco wypowiedział odmowę.

Znał mnie tak dobrze, że chciało mi się płakać. Każdy szczegół. Nawet to, jakie preferowałam rodzaje herbaty.

Rory zaczęła przesuwać się ku mojej lewej dłoni, a ja instynktownie się cofnęłam.

— Przepraszam.

— Nie przepraszaj, kochanie.

Unikałam wzroku Draco, obserwując jej pracę. Moja dłoń pojawiła się w polu widzenia i starałam się nie drgnąć ponownie.

Była tak czarna i sina od siniaków, że w kilku miejscach w ogóle nie widziałam koloru mojej skóry.

— Zamiast odrastać każdą kość z osobna, postanowiliśmy przeprowadzić pełny odrost od nadgarstka po palce — powiedziała Rory. — Próba ustawienia wszystkiego poprawnie za pierwszym razem byłaby zbyt skomplikowana. A zamiast narażać cię na długotrwały ból w przyszłości, postanowiliśmy pozbyć się większości bólu, kiedy byłaś nieprzytomna.

Przypomniałam sobie historię o tym, jak Harry radził sobie z odrostem ręki i skuliłam się, wdzięczna, że przez większość czasu byłam nieprzytomna.

— Powinnaś odzyskać pełną sprawność ruchową w ciągu kilku dni. Przeprowadzimy terapię, żebyś znów mogła się oswoić z ruchami.

Draco znów rozmawiał po francusku z pozostałą dwójką.

Gemma pokazała mu pergamin w dłoniach i oboje zaczęli mówić, wskazując na kilka wykresów i diagramów. Próba przypomnienia sobie podstawowego francuskiego, którego nauczyłam się lata temu, przyprawiała mnie o ból głowy, więc przestałam.

Patrzyłam, jak Sabine rzuca zaklęcie na moją głowę, i widziałam, jak cienka zasłona faluje nade mną. Studiowała ją, jakby czytała długi pergamin.

— Główny Aurorze Malfoy — powiedziała jedna z Aurorek. — Przyjaciele panny Granger wrócili.

Draco ledwo uniósł głowę, potrząsnął nią raz w jej stronę i kontynuował rozmowę z Gemmą.

— Mogę?

Sabine trzymała dłoń blisko mojej głowy, a ja przytaknęłam.

Jej delikatne palce dotknęły mojej skroni w trzech różnych miejscach. Mówiła przez ramię do Gemmy i Draco, podczas gdy Gemma robiła notatki.

Rory nacisnęła wrażliwy punkt na mojej dłoni, a ja sapnęłam.

Otwórz!

Wciągnęłam głęboko powietrze, gdy głos powrócił.

Zacisnęłam mocno powieki.

Otwórz!

Tym razem krzyknęła głośniej.

Zaczęłam hiperwentylować. Nie chciałam znowu zemdleć. Chciałam porozmawiać z Draco. Straciłam już tyle czasu.

Otwórz!

Przycisnęłam dłoń do piersi, nie dając jej dojść do słowa.

A potem wszystko ustało. Jak mgła opadająca na jezioro.

Zobaczyłam stos komiksów. Siedziałam na łóżku, a każdy z nich migał przede mną jak książka z obrazkami. Moje włosy próbowały zaatakować Draco we śnie. Stos niedokończonych książek, które trzymałam na stole w gabinecie, bo nie mogłam wybrać jednej, którą przeczytałabym do końca. Ja, ubrana w fartuch i stojąca przed Draco w eleganckim staniku. Uśmiechnęłam się do nich wszystkich. Tak bardzo mi się podobały.

Ciche pomruki po francusku przywróciły mnie do rzeczywistości.

Draco siedział teraz na brzegu mojego łóżka, muskając kciukami moje policzki. Ten intymny akt wprawił mnie w panikę, gdy spojrzałam w stronę drzwi.

— Nie ma ich.

— Przepraszam — wyszeptała, odsuwając dłoń od piersi.

— To będzie cię dręczyć przez jakiś czas — powiedziała Gemma do Rory po angielsku. — Będziemy wykonywać ćwiczenia ruchowe tylko pod nadzorem pana Malfoya, aby mógł interweniować.

— Oczywiście — rzekła Rory. — Powiadomię też innych. Dziękuję wam obu. Dostarczymy śniadanie.

— Dajcie mi kilka godzin — mruknął Draco do Gemmy i Sabine. — Poproszę matkę, by przy niej posiedziała i dołączę do was w biurze.

Sabine delikatnie ścisnęła moją stopę, zanim wyszła. Gemma skinęła głową.

Patrzyłam, jak odchodzą. Znów byliśmy sami.

— Bardzo przepraszam — powiedział. — Obiecywałem, że nigdy nie będę wnikał do twojego umysłu. Twoją traumą są koszmary i…

— Dziękuję — przerwałam mu, ściskając jego dłoń zdrową. — Tak się zaplątałam, że nic nie rozumiem.

— W takim razie będę tu, żeby cię rozplątać.

Łzy napłynęły mi do oczu.

— Żadnych łez — wyszeptał, ocierając je.

Znów spojrzałam w stronę drzwi, martwiąc się, że Aurorzy lada moment się pojawią.

— Nie pracują dla Świętego Munga, prawda? — zapytałam.

— Nie. — Draco pokręcił głową. — Poznałem Gemmę i Sabine lata temu. To wiodący, francuski zespół badawczy zajmujący się magicznymi urazami mózgu.

— I jak się domyślam, nie przybyły tu na letni staż?

— Są moimi bliskimi przyjaciółmi — odpowiedział. — Pracowaliśmy razem już kilka razy.

— Z powodu twoich umiejętności Legilimenta?

Skinął głową.

— Ty nie…

— Nie będę szczędził wydatków, jeśli chodzi o twoje bezpieczeństwo, dobre samopoczucie i szczęście — przerwał mi i delikatnie mnie pocałował. — Najlepiej, żebyś po prostu to zaakceptowała. To się nie zmieni.

_________________

Witajcie :) tak kończy się ta partia rozdziałów. Na szczęście Hermiona została uratowana, ale to nie koniec scen w szpitalu. Jeszcze trochę się podzieje w tej historii i wiele Was zaskoczy.

Kolejne rozdziały zapewne opublikuję w ciągu najbliższego tygodnia. Nie wiem dokładnie kiedy, zatem czekajcie.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia! Enjoy!

[T] Come To Claim: Rozdział 34

niedziela, 14 czerwca 2026

Pulsowało mi w głowie.

Brzęczenie świetlówek wydawało się wzmocnione tuż przy moim uchu.

Próbowałam unieść głowę i otworzyć oczy, ale syknęłam pod wpływem ostrego światła i poczułam kolejną falę mdłości.

Tym razem nie mogłam się powstrzymać.

Odwróciłam głowę i zwymiotowałam. Każdy dźwięk, który wydawałam, przypominał wbijanie gwoździ w tablicę w mojej głowie. Ogłuszające dudnienia rozbrzmiewały echem, dotrzymując kroku mojemu przyspieszonemu pulsowi.

Chciałam otrzeć ślinę kapiącą z ust, ale zauważyłam, że ręce mam skrępowane za plecami zimnymi, metalowymi kajdankami.

Jasna cholera.

Świstoklik.

Zaczęłam być bardziej świadoma reszty swojego ciała. Nawet otwieranie oczu sprawiało, że głowa pękała mi z bólu. Ale czułam, że siedzę na metalowym krześle, a ręce mam skute za plecami. Wciąż miałam na sobie srebrną suknię z kolacji, i trzęsłam się pod wpływem zimna pomieszczenia, w którym się znajdowałam. Czułam coś lepkiego na głowie, może krew? To by wyjaśniało ten potworny ból głowy.

Cholerny świstoklik na umywalce.

Mogłabym się kopnąć w tyłek.

Draco zapewne…

Przerwałam.

Kciuk mojej lewej ręki instynktownie sięgnął po nowy, srebrny sygnet. Wypuściłam drżący oddech. Nadal tam był. Mógł mnie znaleźć. Miałam sygnet.

Drzwi otworzyły się z hukiem, a dźwięk był tak ogłuszający dla moich wrażliwych uszu, że jęknęłam. Nadal nie mogłam otworzyć oczu bez kolejnych mdłości, więc oparłam brodę o klatkę piersiową i czekałam.

Silne dłonie chwyciły mnie za włosy i odrzuciły głowę do tyłu, kierując ją w stronę sufitu. Krzyknęłam, a moje oczy instynktownie się otworzyły.

Ogromny mężczyzna spojrzał na mnie z wściekłym grymasem niezadowolenia. Był łysy i bez zarostu. Mimo lodowatej temperatury w pomieszczeniu, na jego głowie i górnej wardze perlił się pot.

— Obudziła się — mruknął.

— Wreszcie.

Drugi głos należał do kobiety.

Łzy napłynęły mi do oczu, gdy z trudem udało mi się je otworzyć. Mdłości podeszły mi do gardła i miałam akurat tyle siły, żeby odwrócić się na bok i znowu zwymiotować. Mężczyzna trzymający moją głowę zaklął, odsuwając się, ale nadal mocno mnie trzymał.

Wciągnęłam powietrze do płuc, rozpaczliwie pragnąc wody i ciemności.

— Jeśli jesteś gotowa.

Nagle wyciągnięto moje ręce przede mnie i połączono je z metalowym stołem przede mną. Mała pętla przytrzymywała kajdanki na miejscu, a moje krzesło zgrzytnęło po kafelkach, aż mój brzuch uderzył o stół.

Ruch mojego krzesła na szczęście sprawił, że wielkolud za mną puścił moje włosy, ale pulsujący ból w czaszce pozostał. Ponownie zacisnęłam oczy i wbiłam bose stopy w płytki, żeby się uspokoić. Czułam się tak, jakbym znajdowała się na łodzi pośród rozbijających się fal.

Głośne trzaśnięcie w mój policzek sprawiło, że głowa odskoczyła mi na bok.

— Patrz na mnie, kiedy mówię.

Ścisnęło mnie w żołądku, ale nie miałam już nic do zwymiotowania.

Łzy spływały po mojej twarzy i skrzywiłam się przez blask światła.

Naprzeciwko mnie siedziała drobna kobieta. Jej rysy były ostre i surowe, jak u jastrzębia. Nigdy wcześniej jej nie widziałam. Krótkie, blond włosy miała przycięte pod brodą pod kątem. Jej cyniczny uśmiech wywołał u mnie niemal dziką reakcję. Suka.

Fizyczna tortura trzymania oczy otwartych była gorsza niż policzek czy ciągnięcie za włosy. Każda mijająca sekunda była walką.

Musiałam złapać oddech. Musiałam się skupić. Musiałam się stąd wydostać. Musiałam uciec.

Pozwoliłam, by moje oczy przeszukały kobietę za czymkolwiek, co mogłoby mi pomóc. Zauważyłam różdżkę w jej wolnej dłoni. Gdybym jej dosięgła, mogłabym ich ogłuszyć. Spojrzałam na swoje dłonie, teraz przykuje to stołu. Łańcuch miał zaledwie kilka sentymentów długości. Nie byłabym w stanie ich podnieść i po nią sięgnąć. Mogłabym ją tylko zdobyć, gdyby leżała na stole.

— Co my tu mamy?

Panika we mnie wzbierała, gdy sięgała po mój sygnet. Zacisnęłam pięści na stole, desperacko próbując zatrzymać dla siebie jedyny łącznik ze światem zewnętrznym.

Jej zimne palce owinęły się wokół mojej dłoni i próbowały ją rozchylić. Zacisnęłam zęby, gdy wbiła paznokcie w moją skórę. Rosły mężczyzna za mną zobaczył naszą walkę i uderzył swoją mięsistą pięścią w moją zaciśniętą dłoń. Krzyknęłam, słysząc trzask łamanych kości. Przygryzłam wargę, powstrzymując ból, nie chcąc rozluźnić dłoni. Uderzył pięścią jeszcze dwa razy. Za każdym razem czułam, jak kolejne, drobne kości mojej dłoni rozbijają się przez jego wielką pięść. Ale nie chciałam rozchylić palców.

— Dość — warknęła kobieta.

Uniosła różdżkę do mojej głowy.

Imperio — powiedziała.

Całe moje ciało płonęło. Mój krzyk omal nie rozdarł mojej głowy. Zadrżałam, walcząc z siłą, która otworzyła mój umysł. Ciemne, atramentowe macki wbijały się we mnie. Traciłam kontrolę. Czułam, jak ta siła mnie ogarnia.

Otwórz! Rozkazano mi.

Trzęsłam się, krzycząc z przerażenia. Nie chciałam otwierać dłoni. Nie mogłam się poddać. Nie mogłam ryzykować utraty sygnetu. Całe moje ciało się trzęsło, gdy walczyłam z przymusem. Łzy napływały mi do oczu. Czułam się, jakby ząbkowany nóż przebijał mi mózg. Dłonie mi drżały. Palce już puchły od połamanych kości, a niektóre z nich zaczęły powoli przebijać się przez skórę. Zaszlochałam, walcząc z tym.

Otwórz!

— Nie! — krzyknęłam. — Nie!

Pięść brutala ponownie uderzyła w moją dłoń, przygniatając ją do stołu. Jęknęłam przez miażdżącą siłę. Moje palce były tak słabe, że nie mogłam dłużej wytrzymać. Straciłam czucie w większości z nich.

Opierałam się tak długo, jak mogłam, skupiając się na tym, żeby o nich nie myśleć. Ale nie dałam rady.

Crucio!

Zesztywniałam, gdy całe moje ciało poraził prąd. Czułam, jakby tysiące noży wbijało się we mnie naraz. Palący ból rozdzierał każdy centymetr mojego ciała, kiedy szarpałam się w kajdankach przypiętych do stołu. Nie mogłam dłużej z tym walczyć. Ból, którego doświadczyłam podczas tortur Bellatrix kilka lat temu, był przerażający, ale to? Żadne słowa nie opisałyby tego poziomu bólu.

Z trudem pozostawałam przytomna. Ciemność wciągnęła mnie w głąb, a moja głowa opadła na stół. Ciało wciąż się kurczyło, a ja opadłam z sił.

Wstrzymano klątwę i osunęłam się na krzesło. Mimowolne drgawki wstrząsały moim ciałem. Wiedźma przede mną zsunęła pierścień z mojej zmasakrowanej dłoni. Ledwo zarejestrowałam ból, jaki poczułam, gdy prostowała moje połamane palce. W całym ciele czułam ból.

— To M pochodzi od Szlamy?*

Nawet nie drgnęłam na tę zniewagę.

Nie mogłam otworzyć oczu. Moje ciało wciąż drgało co kilka sekund. Ból nie ustał wraz z klątwą. Utrzymywał się jak oparzenie, nasilając się z każdym kolejnym ruchem.

Szorstka dłoń chwyciła mnie za tył głowy i zmusiła do jej uniesienia. Zabrakło mi słów. Mogłam tylko jęknąć przez ten mocny uścisk.

— Jesteśmy tu tylko po to, by uregulować długi — powiedziała kobieta.

Na stole zaszeleściły papiery, ale nie mogłam się skupić, żeby zrozumieć, co to jest. Miałam jednak dość dobre przypuszczenie.

Widziałam, jak kręci sygnetem po stole.

Moja nadzieja wisiała tuż przede mną.

Drażniąc mnie wolnością.

Mężczyzna za mną w końcu puścił moje włosy, widząc, że potrafię utrzymać głowę wysoko.

— Cieszę się, że będziemy mieli naszą Złotą Dziewczynę — chełpiła się, stukając sygnetem o metalowy stół. — Masz spory dług do spłacenia, młoda damo.

— Ta umowa to kłamstwo — warknęłam. — Nigdy go nie podpisałam. Został sfałszowany, a Ministerstwo to potwierdziło.

— Och, ty słodka, prostaczko. — Zaśmiała się. — Naszych dokumentów nie da się sfałszować. Należysz. Do. Mnie.

Nie, nie, nie.

Zacisnęłam powieki.

To nie miało się wydarzyć.

Musiałam się stąd wydostać.

— Milion galeonów — mruknęła. — Masz pojęcie, ile czasu zajmie ci spłacenie tego? To największy dług w historii.

Ciało mi drżało, gdy zimno i klątwy wciąż brutalnie mnie atakowały wstrząsami wtórnymi. Musiałam odzyskać sygnet. Musiałam sprowadzić Draco.

Nie przestawała kręcić sygnetem.

— Od czego twoim zdaniem powinniśmy zacząć? — zapytała kobieta mężczyznę za mną. — Seks grupowy?

Zmusiłam się do przełknięcia śliny.

— Albo od kilku naszych specjalnych klientów o bardziej wybrednych gustach.

Byłam chora ze strachu.

Nie mogłam tu zostać. Nie mogłam tego zrobić. Gdyby ktoś inny mnie dotknął…

Znów zwymiotowałam. Przeważnie były to gwałtowne, suche odruchy wymiotne. Nie mogłam przestać płakać. Łzy tak bardzo zamazały mi obraz, że myślałam, iż mam zwidy.

Ale nie miałam.

Jej różdżka leżała na stole.

Wypadła jej z rąk.

Walcz!

Usłyszałam krzyk Draco w mojej głowie. I miał rację. Musiałam spróbować.

Mężczyzna i kobieta śmiali się z mojego nieszczęścia, więc wykorzystałam ich rozproszenie. Zerwałam się z krzesła, uderzając nim łysego mężczyznę. Jednocześnie rzuciłam się do przodu, odpychając stół z całej siły, wbijając go w chichoczącą kobietę przede mną.

Sygnet i różdżka potoczyły się do tyłu, a ja musiałam podjąć decyzję. Miałam czas tylko na chwycenie jednego. Ruszyłam po różdżkę, krzycząc, gdy siłą woli rozwarłam zmasakrowaną dłoń, wyciągając ją do przodu.

Opuszki moich palców musnęły drewno różdżki. Wiedźma krzyknęła na mnie, ale ja już trzymałam różdżkę.

Drętwota!

Poleciała na plecy, uderzając głową o ścianę i osuwając się na podłogę. Mięsista pięść mężczyzny uderzyła mnie w plecy, pozbawiając tchu, gdy opadłam na blat stołu. Wycelowałam różdżką w kajdany i łańcuchy pękły. Osunęłam się na ziemię, unikając drugiego ciosu olbrzyma.

Wciąż próbowałam nabrać powietrza do płuc. Różdżka w moich palcach przypominała węgorza. Była pokryta czarną magią i czułam maleńkie ukłucia mroku pełzające po mojej skórze. Wciąż brakowało mi tchu, ale udało mi się magicznie posłać krzesło w stronę głowy mężczyzny. Chybiłam i trafiłam do w ramię, ale to dało mi czas, by się odczołgać i walczyć o tlen.

Najgorsze w zaklęciu Cruciatus było to, jak długo utrzymywały się jego efekty. Wciąż czułam uderzenia gorących noży rozrywających moje ciało, gdy czołgałam się po ziemi. Każdy ruch był potworny. Moja zmasakrowana ręka była krwawą miazgą, a sam widok sprawiał, że znowu chciało mi się wymiotować. Czołgałam się ku sygnetowi. Potrzebowałam obu, by się wydostać. Musiałam uciec. Musiałam się uwolnić od tych dwojga i wydostać z tego pomieszczenia.

— Suka!

Rzucił się na mnie, zamiast wyciągnąć własną różdżkę.

Czy on był… mugolem?

Sectumsempra!

Klątwa opuściła moje usta, zanim zdążyłam się dwa razy zastanowić. Syknął z wściekłości, upadając na kolana. Jego ciało zostało rozcięte dziesiątkami cięć. Ryknął, zakrywając rany dłońmi. Ale nie mógł zatamować krwawienia. Nie mógł walczyć z niewidzialną siłą. Przetoczyłam się z powrotem na brzuch i gorączkowo szukałam sygnetu.

Leżał tuż przy piecie wiedźmy. Szlochałam, sięgając po niego. Nie było mowy, żebym założyła go z powrotem na lewą rękę, ale wcisnęłam go na palcem wskazujący prawej i upadłam na plecy.

Musiałam się wydostać. Musiałam uciekać.

Nie miałam jednak pojęcia, co jest po drugiej stronie drzwi. Gdyby było tam więcej strażników, więcej takich kobiet jak ona, umarłabym. Byłam zbyt słaba. Wiedziałam, że proste zaklęcie uzdrawiające nie pomoże na żadne z moich obrażeń.

Z trudem podniosłam się na nogi. Próbowałam skupić wzrok na drzwiach, ale obraz co chwila się rozmywał. Pierwsze drzwi, potem drugie i trzecie. Potem znowu jedne. Znów poczułam mdłości. Nie mogłam tak walczyć.

Kolana mi się zatrzęsły i znów na nie upadłam, sięgając do klamki. Mocniej ścisnęłam różdżkę, próbując znaleźć w sobie siłę, by walczyć dalej.

Słyszałam w głowie warczenie Draco, który kazał mi iść dalej i walczyć. Ale byłam taka zmęczona. Wszystko mnie bolało.

Rozwaliłam zamek w drzwiach mroczną różdżką, ale wpadłam w jeszcze większy chaos.

Metalowe pomieszczenie, w którym przebywałam, było całkowicie dźwiękoszczelne. Bo na zewnątrz korytarz płonął masakrą. Klątwy odbijały się od ścian, gdy czarownice i czarodzieje walczyli ze sobą. Było tam kilku innych, rosłych mężczyzn, takich jak ten łysy mężczyzna w środku, którzy dzierżyli broń i strzelali we wszystkich kierunkach.

— Nie!

Rozpoznałam ten krzyk. Obróciłam głowę w lewo i zobaczyłam Draco biegnącego przez chaos. Całkowicie zmienił Potwora i Głównego Aurora w przerażającego wojownika. Miał na sobie czarny strój taktyczny, a jego oczy były beznamiętne i ciemne, pełne niewypowiedzianego gniewu.

Zdusiłam szloch.

Był tu.

Znalazł mnie.

Jego ciało w sekundę znalazło się na moim. Ogromna, niebieska tarcza chroniła nas przed gradem kul, które rozerwałyby moje i tak już zmasakrowane ciało. W mgnieniu oka podniosłam się i znalazłam się w jego ramionach. Draco utrzymywał tarczę i odwrócił się, by uciec. Mój łokieć uderzył w róg ściany, który był zbyt blisko, i krzyknęłam, gdy mroczna różdżka potoczyła się po podłodze.

Moja jedyna szansa na walkę przepadła.

— Zabierz ją stąd!

Rozkaz, który wyrwał się z gardła Draco, ociekał okrutną władzą.

— Teraz!

Próbowałam się opierać, ale Draco wepchnął mnie w ramiona Deana.

— Proszę! — błagałam.

Jeśli odejdę, nie zobaczę, czy przeżyje, czy umrze.

Jeśli odejdę, mogę go już nigdy nie zobaczyć.

— Nie!

Ale było za późno.

Dean wyrwał nas z chaosu i teleportował w ogłuszającą ciszę mieszkania Draco.

 

*wiem, że po polsku to w ogóle nie ma sensu, ale w oryginale chodziło o nawiązanie do Mudblood