[T] Ciężar mojego uczucia: Okopy Świętego Walentego
—
Nie wiem, jak ci dziękować, Hermiono.
Na
dźwięk głosu Luny, Hermiona gwałtownie uniosła głowę znad warstwy kurzu na
jednej z półek. Drobna blondynka wpatrywała się w nią z wyrazem twarzy, który
można by określić jedynie jako promienny. Jej niebieskie oczy były szeroko
otwarte i błyszczące, z lekko maniakalną nutą. Uśmiech, który rozciągał się na
twarzy, był zbyt szeroki.
—
C-cała przyjemność po mojej stronie — wyjąkała Hermiona.
Hermionie
w ogóle to nie sprawiało przyjemności. Po prostu była jedyną osobą w ich
szerszym gronie przyjaciół, która nie posiadała wystarczająco dobrego
pretekstu, by odmówić. Harry i Ginny pojechali na wakacje do Grecji. Gdyby
Hermiona nie podejrzewała, że Harry zamierza się oświadczyć, byłaby z tego
powodu naprawdę rozgoryczona, ale on był tak zdenerwowany i szczęśliwy, że nie
miała serca nawet uderzyć go w ramię. Ron nie mógł zostawić zdołowanego George’a.
Została
Hermiona i Neville, ale ostatni raz, gdy Neville opiekował się jakimś
stworzeniem, miał miejsce, gdy odciął głowę Nagini. Wszyscy zgodzili się, że
Hermiona prawdopodobnie lepiej nadaje się do tego zadania.
Co
było prawdą. Hermiona była wyjątkowo dobra w opiece nad zwierzętami. Z
powodzeniem wychowywała pół-kuguara — sarkastyczną katastrofę — przez prawie
dziesięć lat. Przeważnie wszystko szło całkiem dobrze. Teraz prawie nigdy nie
atakował Rona i tylko sporadycznie zostawiał Hermionie prezenty w postaci
martwych myszy.
Poczta
i Sowiarnia w Hogsmeade był małym sklepikiem na głównej ulicy miasteczka.
Hermiona nigdy tak naprawdę nie potrzebowała z niego korzystać, gdy uczyli się
w Hogwarcie. Zawsze pożyczała Hedwigę albo jedną ze szkolnych sów, gdy musiała
wysłać list do domu. Dlatego była zaskoczona, gdy Luna oznajmiła, że go kupiła.
Po
pierwsze, że istniał, a po drugie, że Luna w ogóle mogłaby być zainteresowana
komercyjnym przedsięwzięciem. Hermiona zawsze uważała, że Luna należała do
uczonych, którzy nieustannie podążają od jednego mistrzostwa do drugiego. Ale
wszystko zmieniło się po wojnie. Ezoteryka akademickiego świata wymarła, będąc
świadkiem godowych zwyczajów krótkowzrocznego rogacza.
Jeszcze
bardziej zaskakujący był sukces, jaki odniosło to miejsce. Luna nie prowadziła
go jak biznesu. Przypominał raczej schronisko dla zwierząt albo kociarnię,
równocześnie zajmującą się doręczaniem poczty. Sowy mogły swobodnie przylatywać
i odlatywać, kiedy chciały, i znane były z tego, że z każdego miejsca, w którym
siedziały, osądzały ludzi, marszcząc gęsto upierzone brwi. To oznaczało, że
Luna zbiła fortunę na sowich przysmakach. Do tego stopnia, że doręczanie poczty
stało się dla niej raczej zajęciem pobocznym.
Wnętrze
wypełniał szelest piór i stukot dziobów. Hermiona miała nieodparte wrażenie, że
ktoś ją obserwuje. I rzeczywiście tak było. W sklepie były dziś co najmniej
trzy sowy i wszystkie patrzyły na nią z czymś, co można by określić jedynie
jako ledwie skrywaną pogardę. Szczególnie ta, która siedziała za ladą,
wpatrywała się w nią z niepokojącą intensywnością.
Luna
sprzedawała też różne drobiazgi, które rzekomo miały wiele właściwości, na
przykład pozwalały odczytywać sygnały ciała chowańca lub wzmacniały więź
emocjonalną. Niektóre z bardziej osobliwych gadżetów były pokryte warstwą
kurzu, co świadczyło o ich popularności, ale stanowiły one mniejszość. Reszta
to były pożyteczne rzeczy, takie jak eliksiry zmniejszające, które sprawiały,
że przedmioty niesione przez ptaki były lżejsze, lub eliksiry przyspieszające
dostawę.
Luna
skinęła na Hermionę, żeby poszła za nią i wślizgnęła się do drzwi z tyłu sklepu.
—
Zaprowadzę cię do sowiarni.
Hermiona
poszła za nią i Luna prowadziła ją po chwiejnych, drewnianych schodach do
ogromnej przestrzeni nad nią, w której mieszkały sowy. Dach górował nad nimi, a
na ścianach znajdowały się grzędy. Zabawki dla ptaków i dzwonki chaotycznie
porzucano, ale w porównaniu z warstwą kurzu pokrywającą sklep poniżej, tu było
zaskakująco czysto. Duże, otwarte okno zajmowało większość tylnej ściany.
Przestrzeń między ramą migotała.
—
To pole siłowe? — zapytała Hermiona, idąc w jego kierunku.
Luna
spojrzała w górę.
—
Rama jest impregnowana, dzięki czemu może pozostać otwarta, a siedlisko
pozostaje suche. Mogą być zwierzętami, ale nawet one lubią te wygody.
Sowa
niedbale wylądowała na jej głowie i osiadła tam niczym dziwny, niezgrabny kapelusz.
Wpatrywała się w Hermionę, jakby prowokując ją do sprzeciwu. Ugryzła się w
język.
—
Żerują w nocy. — Luna wskazała na stojącą w kącie skrzynkę statyczną. — Uważam,
że najlepiej im się podoba, gdy mają iluzję ofiary. Dobry rzut w powietrze
załatwia sprawę.
Hermiona
zajrzała do skrzynki i zobaczyła, że jest pełna martwych myszy, szczurów i
małych, wychudzonych królików. Cofnęła się o krok i pokręciła głową. Naprawdę
powinna się tego spodziewać.
—
Tylko raz dziennie? — zapytała.
Luna
skinęła głową.
—
Tylko raz. Jeśli będą chciały więcej, upolują coś w drodze powrotnej z dostaw.
—
Na jak długo wyjeżdżasz?
Luna
uśmiechnęła się i spojrzała w dal, która najwyraźniej znajdowała się za lewym
uchem Hermiony.
—
Tata uważa, że tym razem mamy realną szansę na ich znalezienie.
—
Znalezienie Jasnonogich Jasnobłyskaczy?
Hermiona
nie mogła sobie przypomnieć, jakiego dokładnie stworzenia Luna szukała tym
razem.
—
O nie — zaprotestowała, skupiając się teraz na punkcie nieco nad głową
Hermiony. — Szukamy nimf. Jasnonogich. Z czerwonymi czapeczkami. Tuatha De’
Danann.
—
No tak.
Hermiona
z niepokojem uświadomiła sobie, że może utknąć tu na zawsze.
~*~*~*~*~*~*~*~*~*~
W
rzeczywistości czas spędzony w sowiarni w Hogsmeade upływał całkiem przyjemnie.
Ona i Krzywołap mieszkali w pokoju gościnnym, który wystawał z małego domku
przylegającego do sklepu. Krzywołap otrzymał surowy nakaz, by zachowywać się
jak najlepiej, by nie wywołać wojny futra z piórami. Miała nadzieję, że
dobitnie przedstawiła mu swój punkt widzenia. Kot uniósł brew i wydał z siebie
przeciągliwe miauknięcie, które zinterpretowała jako niechętną akceptację.
Dom
Luny był uroczy. Było w nim ciepło, tak jak w Norze; nie pod względem
temperatury, ale pod względem tego, jak przytulnie się tam czuła. Koc, który
leżał na oparciu kanapy, był tak miękki w dotyku, że Hermiona prawie nigdy nie
chciała spod niego wychodzić. W małej kuchni znajdowało się wszystko, czego
kiedykolwiek potrzebowała. Najwyraźniej Luna w pewnym momencie zafascynowała
się mugolskim sprzętami kuchennymi. Miała toster, blender, mikser, wolnowar i
kilka innych, których Hermiona nawet nie znała.
Dzięki
temu jej poranki nabierały przytulnego, dostojnego charakteru. Nie musiała
wstawać z łóżka przed wpół do ósmej, bo sklep otwierała o dziewiątej. Śniadanie
jadła szybko, bo dziwny gadżet do gotowania jajek w koszulkach sprawiał, że zaciskała
kciuki, patrząc przez szklane drzwiczki mikrofalówki, zamiast babrać się we
wrzącej wodzie w poszukiwaniu resztek jajka. Potem brała długi prysznic, po
czym otwierała drzwi do sklepu i wchodziła do środka.
Sam
sklep był dość łatwy w obsłudze. Klienci byli przeważnie mili. Od czasu do
czasu trafiał się jakiś uczeń Hogwartu, który chciał narobić zamieszania, ale
ptaki szybko sobie z nimi radziły. Był tam szczególnie groźny puchacz o imieniu
Silver, który emanował złowrogą aurą. Gdy tylko dzieci zaczynały się źle
zachowywać, zlatywał i je odstraszał.
Oznaczało
to jednak, że Hermiona musiała go uspokajać filiżanką herbaty. Luna wyjaśniła,
że Silver jest bardziej pupilem niż pracującą sową. Nie nosił paczek, chyba że
w najbardziej beznadziejnych okolicznościach. Luna kilkakrotnie poruszała ten
temat. Gdyby Hermiona znalazła się w sytuacji, w której musiałby pomóc, musiałaby
grzecznie poprosić i ewentualnie go przekupić. Najwyraźniej był koneserem
wykwintnych mięs, takich jak antrykot czy kurczak po myśliwsku.
Na
szczęście nie było to konieczne. Współistnieli w przestrzeni sklepu w błogiej
harmonii. Przerażał małe dzieci w wieku szkolnym i słuchał jej paplaniny, gdy
krzątała się po pomieszczeniu, z zainteresowaniem pochylając głowę, a ona
podawała mu filiżanki herbaty lub stawiała nową książkę na jego cokole. Dziwne,
że ptak zdawał się umieć czytać, ale z Luną wszystko było możliwe.
Tak
oto sobie żyli. Mieszkańcy miasteczka rzadko korzystali z poczty, a dostępne
ptaki z łatwością spełniały ich prośby. Rzadko się zdarzało, by więcej niż
pięćdziesiąt procent dostępnych tragarzy było używanych jednocześnie.
Potem
nadeszły Walentynki i błogie życie Hermiony w Hogsmeade zostało zakłócone przez
koszmar związany z naprawdę gigantyczną liczbą klientów. To był najgorszy sen
każdego sprzedawcy. Po pierwszej godzinie wyjrzała przez okno i zobaczyła, że
kolejka wciąż znika za przecznicą. Ptaki latały jeden za drugim, ale paczki z
kwiatami, ciasteczkami i koszami prezentowymi nie miały końca.
O
trzeciej Hermiona była wyczerpana. Nie zdążyła zjeść obiadu i nie miała już
żadnych ptaków. Kolejka w końcu się przerzedziła, a ona siedziała na małym
stołku za ladą, patrząc na nic konkretnego, z tym pustym spojrzeniem, typowym
dla ocalałych z wojny. Silver siedział na grzędzie obok niej, pohukując. Gdyby
była niespełna rozumu, pomyślałaby, że się z niej śmieje.
Nagle
drzwi się otworzyły i do środka wpadła kobieta z zaniepokojoną miną, niosąc
naprawdę ogromny kosz prezentowy. Postawiła go na blacie przed Hermioną i
uśmiechnęła się do niej.
—
Tak się cieszę, że jeszcze panią zastałam — wyszeptała. — Bałam się, że
przyszłam za późno.
Hermiona
spojrzała z powątpiewaniem na kosz.
—
Za późno?
—
Tak — kontynuowała kobieta. — Ten kosz musi zostać dostarczony dzisiaj. Myślę,
że to jedyna szansa, żeby go przyjął.
—
Obawiam się, że nie będę w stanie pomóc — przyznała niechętnie Hermiona. — Silver
to jedyny ptak, jaki mi został, a nie jest stałym dostawcą. Koszyk tej
wielkości to trochę za dużo.
Właściwie
Hermiona podejrzewała, że Silver da sobie radę, ale nie miała ochoty spędzać
wieczoru, przygotowując francuskie potrawy, którymi miała mu się odwdzięczyć za
usługę. Zwłaszcza że ostatnim razem, gdy próbowała, wyszła jej papka a nie sos.
Jak dotąd udawało jej się unikać gniewu Silvera i nie podobała jej się myśl o stracie
jego szacunku.
—
Nie! — krzyknęła kobieta, zaciskając dłonie. — Proszę, to musi być dzisiaj.
Hermiona
skrzywiła się. Praca w handlu detalicznym naprawdę nie była dla niej.
—
Jestem pewna, że jutro będzie mu się to podobać równie mocno.
—
Nie rozumie pani — upierała się kobieta. Grzebała w pudełkach czekoladek i
wyciągnęła nijaką kopertę. — To papiery rozwodowe. Unika mnie i nie mogłam mu
ich dać. Pomyślałam, że jeśli dziś dostanie ten koszyk, pomyśli, że chcę się z
nim pogodzić i otworzy kopertę.
—
Unika pani? — zapytała Hermiona, czując wściekłość.
Jej
zdaniem szczytem nieuprzejmości było zmuszanie kogokolwiek do trwania w
nieszczęśliwym małżeństwie.
Kobieta
skinęła głową.
—
Próbuję od prawie miesiąca. Wiem, że to głupi plan, ale myślę, że może się
udać.
Hermiona
przechyliła głowę, myśląc. W swoim krótkim życiu była uwikłana w wiele głupich
planów, i o dziwo, często wypalały.
—
Papiery rozwodowe są tak zaczarowane, by było wiadomo kiedy je dotknie?
Kobieta
ponownie skinęła głową.
Hermiona
zerknęła kątem oka na Silvera. Ptak wpatrywał się w nią z miną, którą można
było opisać tylko jako nie waż się, kurwa.
Kosz był dość duży, ale nie mógł ważyć więcej niż pięć funtów. Silver był dość
duży jak na puchacza, ale z pewnością dałby radę go udźwignąć.
—
No dobrze — zgodziła się Hermiona. Kobieta westchnęła z ulgą, a Silver
zaskrzeczał w bardzo niegodny sposób. — Będzie dwadzieścia galeonów z dostawą
ekspresową, bo zakładam, że chce pani, by dostarczono to dzisiaj.
—
Oczywiście — odpowiedziała kobieta z wyraźną ulgą na twarzy. — Dziękuję. Bardzo
dziękuję.
—
Nie ma za co — odparła Hermiona, myśląc, że to nic wielkiego.
Podwoiła
cenę dostawy, aby uwzględnić koszt posiłku Silvera, mając nadzieję, że kobieta
odrzuci ofertę, ale niestety, desperacja najwyraźniej jest warta dodatkowych knutów.
Kiedy
drzwi się zamknęły za nią, Hermiona rzuciła się naprzód i zmieniła napis na
drzwiach z „otwarte” na „zamknięte”. Czyn, który powinna była zrobić,
odbierając ostatnią dostawę, ale z perspektywy czasy zawsze można powiedzieć,
że mądry człowiek po szkodzie. Kiedy wróciła do lady, Silver sapał jak obrażony
szlachcic, którego właśnie poproszono o zjedzenie posiłku w kuchni.
Hermiona
w końcu na niego spojrzała.
—
To niedaleko.
Co proszę?
Hermiona
cofnęła się i spojrzała na ptaka zszokowana. Jego bardzo ludzki głos zabrzmiał
w jej głowie. Niski, męski, z akcentem, jakiego spodziewała się po ziemianinie.
Nigdy wcześniej się do niej nie odezwał, a Luna nie wspominała, że nauczyła
mówić swoją dziwną sowę.
Przełknęła
ślinę i wyprostowała się. Nie da się zastraszyć zwierzęciu.
—
Powiedziałam, że to niedaleko. — Podniosła kartkę. — Nazywa się Marcus Flint.
Hmm. Nie wiedziałam, że się ożenił. Chociaż nie dziwi mnie, że to się kończy
rozwodem. — Kiedy rzuciła spojrzenie na Silvera, jego wzrok nie złagodniał. —
Nieważne, mieszka w Inverness.
Silver
sugestywnie spojrzał na paczkę, a potem z powrotem na nią.
I oczekujesz, że zaniosę to do Inverness?
—
Waży tylko jakieś pięć funtów! — zaprotestowała Hermiona. — Puchacze są więcej
niż zdolne do uniesienia takiej ilości, a ty jesteś duży jak na swój gatunek.
To strasznie dużo pracy.
—
To dosłownie twoja praca! — odgryzła się Hermiona.
Część
niej nie mogła uwierzyć, że tak zmieniło się jej życie; praca w handlu i
kłótnia z sową.
Sowa
rozłożyła skrzydła, powiększając swój rozmiar. Działanie, które byłoby bardzo
groźne dla innej sowy i sprawiło, że Hermiona zamarła. Bogowie, ależ z niego palant. To był niesamowicie chujowy ruch, by
wygrać kłótnię.
Moim
zadaniem jest zapewniać towarzystwo. Nie jestem jucznym
zwierzęciem.
Hermiona
położyła ręce na biodrach i pochyliła się do przodu, demonstrując swoją
agresję.
—
Zajęłoby ci to niewiele ponad godzinę.
Ten
dramatyczny drań o mało nie spadł z grzędy z powodu przesadnego drgnięcia.
GODZINĘ?! Nawet z wiatrem w plecy musiałbym lecieć
aktywnie, ze średnią częstotliwością czterech uderzeń skrzydeł na sekundę, żeby dotrzeć tam w ciągu
dwóch godzin.
Hermiona
prychnęła zirytowana.
—
Przesadzasz.
Wykonuję podstawowe obliczenia w
pamięci, które najwyraźniej umknęły twojej kujonowatej, tępej głowie.
Teraz
pluł i syczał z wściekłości. Byłoby to śmieszne, gdyby nie było tak irytujące.
—
Słuchaj, wiem, że proszę o wiele, ale
nie mam innego wyjścia.
Uniósł
głowę, patrząc jej prosto w oczy.
Sama mogłabyś to doręczyć. W
miasteczku są całkiem niezłe kominki z Siecią Fiuu.
Hermiona
wyjrzała na wciąż przenikliwą, zimną, zimową aurę. Padało od jedenastej i nic
nie zapowiadało, żeby miało przestać. Teoretycznie mogła doręczyć paczkę. Sieć
Fiuu w Trzech Miotłach wciąż była otwarta. Gdyby zapytała o drogę w sowiarni w
Inverness, prawdopodobnie by jej podpowiedzieli, gdzie iść.
Ale
nie chciała tego robić.
Było
zimno i mokro, a istniało spore prawdopodobieństwo, że będzie musiała rozmawiać
z ludźmi. Miała już dość rozmów na dziś.
—
Nie wiem, gdzie on mieszka — upierała się Hermiona.
A ja wiem?
Prychnął.
To naprawdę niesamowite, że słyszała intonację i barwę jego głosu, mimo że było
to tylko wyobrażenie w jej głowie.
—
Jesteś sową?! — Wskazała gestem na sowiarnię wokół siebie. — Jak możesz nie
wiedzieć?
Kłapnął
dziobem dwa razy.
Nie wiem.
Tym
razem głos był ponury i zrzędliwy.
—
Słuchaj, przygotuję dla ciebie dziś dwa steki. Spróbuję nawet przyrządzić coś
wymyślnego. Mam ciasto i świeże grzyby. Może zrobię polędwicę wołową w cieście?
— zaproponowała, żałując każdego słowa.
Uniósł
brwi.
Z truflami?
—
Mogę to zorganizować — zgodziła się.
To
wiązało się z wyjściem na deszcz, ale przynajmniej nie z wyprawą do Inverness.
Dobra.
Przechylił
głowę w obie strony i rozpostarł skrzydła.
Czy jest jakiś powód, dla którego
nie moglibyśmy użyć eliksiru zmniejszającego rozmiar?
—
Prawdopodobnie zakłóciłoby to działanie zaklęcia na papierach rozwodowych —
wyjaśniła Hermiona, upewniając się, że niepozorna koperta jest bezpiecznie
schowana w stercie pudełek.
Starannie
rzuciła na koszyk zaklęcie chroniące przed warunkami atmosferycznymi.
Gdy
skończyła, bez słowa zeskoczył z grzędy w kierunku koszyka, machając
skrzydłami, gdy jego pazury zacisnęły się na rączce. Był tak szybki, że ledwo
zdążyła otworzyć okno, zanim wzbił się w mroźne, zimowe powietrze. Kiedy
zniknął w jednostajnym trzepocie skrzydeł i podmuchu wiatru, zamknęła je z
trzaskiem.
Zaczęło
mżyć, a miasteczko za oknem wyglądało wręcz ponuro, ale złożyła obietnicę.
Włożyła płaszcz, czapkę i szalik, rzuciła zaklęcia nieprzemakalne, zanim
otworzyła drzwi i wyszła na ulicę. Wokół panowało wyraźnie przygnębiająca aura.
Pospiesznymi krokami wyszła na zimno, mając nadzieję, że sklep spożywczy jest
jeszcze otwarty.
~*~*~*~*~*~*~*~*~*~
Przygotowanie
polędwicy wołowej w cieście zajęło jej dwie godziny. Z zaskoczeniem odkryła, że
dobrze się przy tym bawiła. Rzadko zdarzało jej się gotować coś bardziej
skomplikowanego niż kiełbaski z puree ziemniaczanym czy spaghetti, gdy gotowała
tylko dla siebie. Kiedy mieszkała z Ronem podczas ich związku, gotowali na
zmianę, ale po rozstaniu miała do tego mieszane uczucia.
Chociaż
Silver nie był człowiekiem, myśl o gotowaniu dla kogoś innego sprawiała, że
było to nieco bardziej znośne. Nie przeszkadzało jej poświęcanie czasu na
obsmażenie steku i podsmażenie grzybów. Wyładowanie frustracji dnia na cieście
było oczyszczające. Kiedy w końcu danie wylądowało na talerzu — ciasto było
złocistobrązowe, a stek pięknie różowy — poczuła ciepło.
Rzuciła
zaklęcie statyzujące na talerz z jedzeniem i poszła nakarmić pozostałe ptaki.
Wróciła tylko połowa, więc musiała wrócić tu za godzinę, ale te, które już
przyleciały, byłyby rozdrażnione, gdyby czekała. Burczało jej w brzuchu od
zapachu pieczonego steku, więc rozumiała ich nastrój.
Silver
jeszcze nie wrócił.
Po
kolejnej godzinie oczekiwania wróciła na górę, by sprawdzić zwierzęta.
Większość ptaków znów do niej pohukiwała ze swoich grzęd, ale Silvera wciąż nie
dostrzegła. Nie sądziła, że podróż tam i z powrotem zajmie więcej niż trzy
godziny. Nawet jeśli miał rację co do czasu dotarcia na miejsce, powrót z
pewnością nie powinien zająć tyle czasu.
Po
czwartej godzinie Hermiona zjadła kolację. Była przepyszna. Jedyne, co ją
psuło, to zamartwianie się tym, co się stało z Silverem. To było głupie. Był
dorosłym samcem puchacza. Zwierzęciem stworzonym do dalekich lotów i niewiele
drapieżników na niego polowało. Bez wątpienia nic mu się nie stanie, ale nie
mogła przestać się martwić.
Zaczęła
cieszyć się jego towarzystwem. Miło było nie musieć rozmawiać. Hermiona do dziś
nie wiedziała nawet, że Silver potrafi odpowiedzieć. Zadowalali się przebywaniem
w tej samej przestrzeni i życiem w harmonii. Kiedy miała ochotę porozmawiać,
słuchał, a jego wyraziste oczy wyrażały wszystko, czego potrzebowała.
Odpowiadało jej to. Prawie tak samo jak Krzywołapowi, choć poświęcała mniej
czasu na głaskanie go.
Nie
zdawała sobie sprawy, jak bardzo brakowało jej tego towarzystwa.
Gdy
kładła się spać, długo po tym, jak straciła nadzieję na jego powrót i postawiła
posiłek w sklepie obok jego grzędy, usłyszała stukot za drzwiami. Ciężkie kroki
mężczyzny przechadzały się po drugiej stronie i zamarła, nadsłuchując.
Intruzi
byli w Hogsmeade równie powszechni, jak w każdym innym mieście czarodziejskiej
Brytanii, ale myślała, że sowiarnia nie zainteresuje zwykłych złodziei. Po co
im sowie smakołyki i gadżety? Nagle usłyszała nieomylny dźwięk noża skrobiącego
o porcelanę i ogarnęła ją wściekłość.
Spędziła
dwie godziny, gotując ten posiłek dla
wściekłego i kłótliwego ptaka, a nie
dla jakiegoś przypadkowego bandyty, który wpadł z ulicy. Z różdżką w dłoni
otworzyła drzwi, zdecydowana wtargnąć do środka i stawić czoła złodziejowi.
Jednak natychmiast zamarła w miejscu, gdy dostrzegła gościa.
Skąpany
w blasku księżyca stał jeden z najprzystojniejszych mężczyzn, jakich
kiedykolwiek widziała. Jego blond włosy lśniły w słabym świetle, gdy dostojnie
pochylał się nad talerzem na blacie. Na jej oczach uniósł widelec do ust i
zacisnął na nim wargi. Zamknął oczy, delektując się posiłkiem, a jedynym
dźwiękiem było ciche pomrukiwanie przyjemności.
—
Co ty wyprawiasz?! — warknęła, otrząsając się ze zdumienia.
Błyszczące,
szare oczy spotkały się z jej, gdy z brzękiem upuścił sztućce. Zanim zdążyła
się ruszyć, zniknął zza lady i wyszedł przez drzwi. Dobiegła do nich, ale
nikogo nie zauważyła. Na zewnątrz, na ciemnej ulicy, nie było nic. Mężczyzna
rozpłynął się w powietrzu.
Zamknęła
drzwi różdżką i zobaczyła Silvera wlatującego z sowiarni na górze.
Spojrzał
jej prosto w oczy.
—
Przepraszam — wyszeptała. — Nie wiem, jak się tu dostał. Mam jeszcze trochę
jedzenia. Mogę ci przynieść…
Nie musisz tego robić. Nie jestem
aż tak głodny.
Zrobiła
krok w jego stronę. Szare oczy błyszczały.
—
Na pewno?
Tak.
Hermiona
przygryzła wargę, wahając się.
—
Chcesz towarzystwa?
Mrugnął
długo i powoli. Wydawało jej się, że w jego odpowiedzi słychać było niechęć.
Nie, dziękuję.
—
Dobrze — powiedziała, czując się głupio, że w ogóle zapytała.
Uciekła
z powrotem do domku. Kiedy drzwi zamknęły się za nią, usłyszała trzepot
skrzydeł, a potem skrobanie pazura o talerz. A może to był nóż? Nie. To
głupota. Luna wiedziałaby, gdyby jej pupil był animagiem. Powiedziałaby jej.
Ale
kiedy już położyła się do łóżka, nie mogła przestać myśleć o mężczyźnie,
którego zobaczyła. Pięknym mężczyźnie, który delektował się potrawą ugotowaną
przez nią. Mężczyźnie, który wyglądał samotnie w cichą noc.
Mężczyźnie, który był uderzająco podobny do Draco Malfoya.
_______________
Witajcie :) wiem, że wspominałam, że nie będę nic tłumaczyć przez majówkę. Cóż, jak zwykle wyszło zupełnie inaczej. Wczoraj przeczytałam tego fanfika, dostałam zgodę i lecę z tłumaczeniem. Jest krótki (4 rozdziały), ale uroczy i słodki.
Zgodnie z prośbą autorki będzie publikowany na blogu i ao3. Tam macie możliwość komentowania. Na blogu ona również jest dostępna, ale tylko w wersji na telefon. Niestety nie umiem tego rozpracować technicznie.
Dajcie znać, jak wrażenia po pierwszym rozdziale! Na kolejny zapraszam w niedzielę. Miłej majówki!
