wtorek, 1 kwietnia 2025

[T] Ocean między nami: Rozdział 3

 

Następnego ranka zeszła po rozległych, marmurowych schodach, prawą ręką zsuwając się po poręczy, a lewą trzymając otwartą przed sobą książkę. Zatrzymała się na półpiętrze, by przewrócić stronę, po czym wznowiła podróż w dół w kierunku Wielkiej Sali.

Plotki nie były niczym niezwykłym w Hogwarcie i na początku nie dostrzegła szeptów ani chichotów, które za nią podążały. Fraza „szlama Malfoya” przykuła jej uwagę i potknęła się, a książka wypadła jej z ręki, gdy spadała po schodach. Jej torba listonoszka rozdarła się, pergamin i pióra rozsypały, kałamarz rozbił, a atrament powoli rozlał po podłodze. Zarumieniła się, zawstydzona i rzuciła się, żeby to wszystko pozbierać. Jej upokorzenie jeszcze bardziej się nasiliło, gdy spojrzała w górę i zobaczyła duży banner, na którym ona i Malfoy kręcili się w kółko nad wejściem do Wielkiej Sali. Mniejsze plakaty z tym samym wizerunkiem przyklejono do ścian, kolumn i drzwi na każdym piętrze zamku. Pomieszczenie wirowało wokół niej i poczuła, że jest jej słabo.

Słyszała, jak o niej rozmawiają, choć nie wyróżniały się żadne kluczowe słowa ani frazy. Uciekła, wybiegając na tereny wokół szkoły, z dala od wszystkiego. Malfoy szybko ją dogonił, obejmując za łokieć i obracając.

— Hermiono, co się dzieje…

Przerwała mu, patrząc na niego wściekle:

— Czy ty oszalałeś?

Cofnął się, marszcząc brwi w konsternacji.

— Co?

— Czy scena w Gringocie nie była wystarczająco upokarzająca?

— Nie rozumiem, wyglądasz wspaniale na portrecie — uspokoił ją, wyciągając rękę ku niej.

Odsunęła się poza zasięg.

— Mówiłam ci, że wolę pozostać niewidzialna. Co sprawiło, że myślałeś, że kiedykolwiek mogłabym chcieć powiększyć swój portret i rozwieszać go w całej szkole?

Jej twarz płonęła, a łzy groziły wylaniem się.

— Potrzebowałaś plakatów na Galę, więc pomyślałem…

Podniosła rękę, zatrzymując go. Wpatrywał się w nią, milczący i czekający, z niespokojną twarzą.

— Myślę, że powinniśmy po prostu wrócić do tego, co było wcześniej — powiedziała powoli.

Zmarszczył brwi.

— Wcześniej? — powtórzył.

— Kiedy nie wiedziałeś, że istnieję — wyjaśniła — i byłam szczęśliwsza.

Zignorowała ból, który na krótko przemknął przez jego twarz, odwracając się i odchodząc od niego i zamku. Nie obejrzała się, żeby sprawdzić, czy ją obserwuje.

Okrążyła zamek, wślizgując się tylnym wejściem, które pokazała jej Ginny dzięki uprzejmości starszych braci. Weszła do toalety dziewcząt, ochlapując twarz zimną wodą. Była taka głupia, ufając mu. Jego ojciec się nie mylił: nic dla niego nie znaczyła i byłą głupia, myśląc, że spacer po Ulicy Pokątnej i kręcenie się w wymyślnej sukience nagle wymazały lata jego wyższości krwi.

Ginny weszła, rzucając się do Hermiony, gdy ją zauważyła.

— Hermiono, wszystko w porządku?

— To nic.

— Nie wygląda na to. Też byłaś zdenerwowana, kiedy wczoraj wróciłaś z Gringotta. Coś się stało między tobą a Malfoyem?

Twarz Hermiony się skrzywiła, wstyd i łzy popłynęły.

— Jego ojciec mnie wyrzucił. Nazwał brudną szlamą i tak dalej, a Malfoy po prostu tam stał i patrzył. Nie wiem, dlaczego udajesz, że cię to obchodzi. Przecież ty też być mnie nie broniła, gdyby twoja rodzina była akceptowalna jako pełnoprawni członkowie społeczności, a nie sympatycy.

Pożałowała tych słów, gdy tylko je wypowiedziała. Napaść Ginny z powodu zażenowania i zawstydzenia, była błędem. Wyciągnęła rękę ku niej, ale spojrzała na nią wrogo.

— Miło wiedzieć, że masz o mnie niskie mniemanie, Granger — wyrzuciła z siebie zjadliwie z czerwonymi uszami.

Po czym obróciła się na pięcie i wyszła z pomieszczenia, trzaskając za sobą drzwiami. Hermiona opadła z powrotem na zlew. Dlaczego wszystko szło źle?

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Pobiegła na zajęcia, przepraszająco pochylając głowę przed Pippą, gdy ta siadała. Miejsce Malfoya było puste. Pansy rzuciła jej gniewne spojrzenie. Blaise i Dominick śmiali się z czegoś, a jej policzki zapłonęły.

— Dzisiaj będziemy ćwiczyć rozmowy kwalifikacyjne. Nie każdy czuje się komfortowo przed tłumem, ale to umiejętność, której można się nauczyć. Panno Granger, mogłabyś? — zapytała Pippa, gestem pokazując jej, żeby dołączyła go niej przy biurku.

Hermiona wstała, jej kolana drżały. Oczywiście, że Pippa ją wybrała, skoro już była bardzo zdenerwowana. Odwróciła się, żeby spojrzeć na resztę klasy. Blaise prychnął, a Pansy uśmiechnęła się krzywo. Wzrok Hermiony skupił się na pustym krześle Malfoya.

— Panno Granger, dlaczego uważasz, że byłabyś idealną kandydatką na Oksford?

Hermiona poruszyła się niespokojnie. Wiedziała, że powinna się wiercić, ale nie mogła się powstrzymać. Jej mundurek stał się obcy i niewygodny. Kok ciągnął ją za skórę głowy. Szew skarpetek nieprzyjemnie ocierał się o miejsce, w którym buty uciskały jej palce. Puste miejsce Malfoya doprowadzało ją do szału.

— Oksford przyjmuje zarówno magicznych, jak i mugolskich uczniów, nawet jeśli nie są świadomi swojego istnienia. Idee inkluzyjności i równości…

— Nuda! — powiedział Blaise, jego słowa były ukryte pod przesadnie udawanym kaszlem. — Może zamiast tego opowiesz nam, co się wydarzyło z Draco?

Uniósł brwi sugestywnie.

— Możesz się zachowywać albo wyjść, panie Zabini — zrugała Pippa, po czym zwróciła się do Hermiony. — Zapytałam cię, panno Granger, dlaczego byłabyś idealną kandydatką, a nie o to, co podziwiasz w uczelni.

— Oksford różni się od starych elitarnych uczelni — zaczęła Hermiona, ale rozproszyło ją wspomnienie Malfoya całującego jej knykcie i nazywającego ją piękną, jakby naprawdę tak myślał.

Głos Lucjusza Malfoya, nazywającego ją brudną szlamą, rozbrzmiał w jej głowie, a po nim szyderczy uśmieszek Malfoya „nie masz żadnego domu, tytułów, znajomości”, który brzmiał, jakby potwierdzał słowa swojego ojca. Wyobraziła sobie siebie z nim wcześniej tego ranka, mówiącą mu, że chce wrócić do tego, co było wcześniej. Łza spłynęła po jej policzku. Pippa zrobiła krok do przodu z zaniepokojoną twarzą. Hermiona przepchnęła się obok niej, idąc wzdłuż przejścia, zapominając o swoich rzeczach, gdy wślizgnęła się na korytarz i pobiegła.

Zamarła, zauważając Draco Malfoya siedzącego przed drzwiami jej dormitorium, z jedną ręką opartą na kolanie, a drugą wyciągniętą w poprzek korytarza. Oparł głowę o framugę drzwi. Słysząc, jak się zbliża, otworzył oczy, podniósł głowę i spojrzał w jej stronę. Zatrzymała się przed nim, patrząc na niego.

— Hej — westchnął przepraszającym głosem. — Wczoraj byłem… kompletnym dupkiem, wiem o tym. Proszę, uwierz mi, kiedy mówię, że to nie przez ciebie. Mój ojciec i ja…

Pokręciła głową.

— Byłeś zawstydzony — oskarżyła.

— Swoim zachowaniem — wyjaśnił. — Zrobiłem te banery i plakaty, żeby ci udowodnić, że nie jestem taki.

— Jaki?

— Nie traktuję ludzi, których lubię jak śmieci.

Zmarszczyła brwi.

— Jestem pośmiewiskiem.

Wstał, podszedł do niej, niepewnie opierając dłoń na jej ramieniu.

— Oni się z ciebie nie śmieją. Po prostu chcą cię poznać i myślę, że powinnaś im na to pozwolić.

Cofnęła się, mocniej obejmując się ramionami.

— Czy to nie powinna być moja decyzja?

Podszedł bliżej, nie dając jej przestrzeni, której tak rozpaczliwie pragnęła.

— Nie chcę wracać do tego, co było wcześniej — przyznał. Jej warga zadrżała i lekko pokręciła głową. Otworzyła usta, ale przerwał jej: — Dominick urządza dziś wieczorem imprezę. Są mili, gdy się ich pozna.

— Draco — westchnęła zrezygnowanym głosem. — Londyn, Hogwart, impreza u Dominicka – to wszystko twój świat. Nigdy nie będę pasować, nigdy się nie wpasuję. Nigdy mnie nie zaakceptują i nie jestem pewna, czy tego chcę. — Jego twarz posmutniała, a ręka opadła z powrotem na bok. — Mam swój własny świat, swoje życie. Proszę nie próbuj wciągać mnie do swojego, to nie zadziała.

Westchnął, skinął głową i odsunął się od niej.

Przeszła obok niego, trzymając rękę na klamce. Słyszała, jak odchodzi. Oparła głowę o framugę drzwi i zamarła. Część niej miała nadzieję, że będzie szedł dalej, a inna, że się odwróci i spróbuje jeszcze raz ją przekonać. Otworzyła drzwi, gdy jego kroki stały się zbyt odległe, by je usłyszeć.

Później Ginny weszła do pokoju, rzucając dużą paczkę na łóżko Hermiony.

— To było przy drzwiach do ciebie.

Hermiona otworzyła usta, by przeprosić za wcześniej, ale Ginny wdrapała się na łóżko i zasunęła zasłony, całkowicie ignorując Hermionę. Usłyszała, jak przyjaciółka wymruczała Silencio dla pewności, ruch zarówno biernie agresywny, jak i niepotrzebny. Hermiona prychnęła, przewracając oczami dla własnej korzyści i otworzyła paczkę, by znaleźć w niej wiktoriańską suknię ze skarbca Malfoya. Była tam też koperta wciśnięta w opakowanie z herbem Malfyów wciśniętym w woskową pieczęć. Jego eleganckie pismo widniało na pergaminie.

 

Ta sukienka była zrobiona dla ciebie, tylko kilka stuleci za wcześnie. Załóż ją na Galę. Wyglądasz w niej przepięknie.

D.L.M.

 

Hermiona nie mogła powstrzymać uśmiechu, który rozlał się na jej twarzy.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Następnego dnia Hermiona usiadła obok Ginny na eliksirach.

— Przepraszam za to, co wczoraj powiedziałam — wymamrotała, zanim Ginny zdążyła odejść od stołu i olać ją, przeszukując szafkę za składnikami do eliksirów. — Miałam gówniany dzień i wyładowałam się na tobie. Przepraszam.

— W porządku — westchnęła Ginny. — Może nie rozmawiałabym z tobą, gdyby moja rodzina nie została odrzucona, ale obecna sytuacja mnie cieszy. Mogłabym być suką jak Pansy czy Lavender, gdybyśmy należeli do elity.

Zachichotały, zapominając o swojej kłótni.

— Draco zaprosił mnie na imprezę — powiedziała Hermiona pod nosem, gdy Snape rozpoczął lekcję.

— Draco Malfoy?

Hermiona skinęła głową.

— Przeprosił za to, co się wydarzyło w Gringotcie. Powiedział, że nie chce wracać do tego, co wcześniej było między nami.

Draco? — dopytywała Ginny nieco głośniejszym tonem. Kilku uczniów zwróciło się ku nim, a Hermiona się zarumieniła. — Merlinie — mruknęła pod nosem Ginny. — Powiedz, że idziesz!

Hermiona pokręciła głową, a Ginny jęknęła z irytacji.

— Najseksowniejszy facet w szkole, najbardziej pożądany kawaler w czarodziejskiej społeczności chce ciebie. Idź! Pokaż reszcie tych czystokrwistych idiotów, kim do cholery jest Hermiona Granger. Bądź wszystkowiedzącą, zakochaną w sobie kujonką. Draco z pewnością nie ma nic przeciwko.

Po wielu nagabywaniach i poradach modowych od Ginny Hermiona zdecydowała się pójść. Ubrana w mugolską, modelującą sylwetkę, mini sukienkę, która była lekko skandaliczna w porównaniu z sukniami, które nosiłyby bardziej purytańskie czarownice czystej krwi, Hermiona przybyła na imprezę.

Szła nerwowo przez rozległą posiadłość, potrącana i popychana przez tłum. Pansy stanęła jej na drodze, jej słowa były lekko nieskładne.

— Hermiona Granger. Nie mów, że Dominick cię zaprosił?

— Właściwie to był twój brat.

Pansy spojrzała na nią, skanując wzrokiem Hermionę od góry do dołu. Wyglądała, jakby uważała ją za niedoskonałą.

— Proszę, proszę, z pewnością teraz czujesz się bardzo potężna. Owinęłaś sobie Draco wokół palca i wiesz o moim małym… dylemacie. Wiesz, co jest zabawne? — Pansy prychnęła, jakby wcale takie nie było. — Możesz sobie mówić, co chcesz — wycedziła przez zęby. — Nie ma o czym. Zostawił mnie, dlatego, że nas widziałaś.

— Przepraszam — powiedziała Hermiona, niepewna, czy to właściwe słowo do powiedzenia.

Czuła, że tym razem nie ma dobrej odpowiedzi.

Pansy przewróciła oczami.

— Nie potrzebuję ani nie chcę twojego współczucia. Zrozum jedno, Granger. Draco i ja zawsze będziemy się o siebie troszczyć i stać za sobą murem. Więc jeśli złamiesz mu serce, wykończę cię.

Spojrzała gniewnie na Hermionę, po czym ją odepchnęła i zniknęła w tłumie. Hermiona patrzyła za nią, a potem odwróciła się, by uderzyć w szeroką klatkę piersiową. Dłonie Draco wyciągnęły się, by ją podtrzymać, a ona się zarumieniła. Spojrzał na nią z uśmieszkiem igrającym w kąciku ust.

— Przyszłaś — powiedział, brzmiąc, jakby nie do końca w to wierzył.

Popatrzyła na niego, chłonąc go. Miał luźno rozpiętą koszulę i odsłoniętą klatkę piersiową. Rękawy podwinięte do łokci, odsłonięte przedramiona. Był oszałamiająco piękny, w równym stopniu surowy i wyrafinowany. Jego maniery ciężko było się nauczyć. To ją oszołomiło. Podeszła bliżej, patrząc mu w oczy. Zerknął na nią z góry z ostrożnym rozbawieniem.

— Tak sobie pomyślałam — wyszeptała, opierając palce na jego piersi — że przeszłość jest przereklamowana.

Uśmiechnął się w swoim stylu i podał jej rękę, jego sygnety zalśniły pod migoczącymi światełkami, rzucając na nie dziwne kolory. Przyjęła ją, podążając za nim na parkiet. Był pewny siebie w sposób, który wymazał jej obawy. Nie obchodziło go, czy potrafiła tańczyć. Miał gdzieś czy jest odpowiednio ubrana. Nie obchodziło go, gdzie dorastała, ani kto ją wychował. Patrzył na nią w sposób, w który nie patrzyli inni. Odpuściła, muzyka i jego ręce ją prowadziły, a serce biło nieregularnie. Piosenka zwolniła, a on przyciągnął ją bliżej, prowadząc jej ręce w górę i wokół swoich ramion. Ich ciała stykały się, a jej palce zaplątały w jego włosy u nasady szyi. Obrócił ją tak, jak poprzedniego dnia, plecami do siebie, przyciskając usta do jej szyi.

Astoria przeszła obok, wylewając swój drink na sukienkę Hermiony.

— Ups. — Zachichotała, jej głos był przesadnie słodki. — Trochę tu tłoczno — powiedziała, co brzmiało jak fałszywe przeprosiny.

— Nic się nie stało — odpowiedziała Hermiona, splatając palce z Draco. — Trochę tu gorąco, właśnie mieliśmy wychodzić.

Draco uśmiechnął się z zadowoleniem na widok szoku malującego się na twarzy Astorii. Wyprowadził Hermionę do ogrodu, staw błyszczał w świetle księżyca.

Grupa chłopaków grała w Quiddtcha nieopodal, ścigając się i przelatując nisko. Ręce Dominicka objęły ją w talii, a potem poleciała razem z nimi, jej nogi zwisały nad otwartą przestrzenią. Zamknęła oczy z szoku i krzyknęła:

— Proszę, postaw mnie!

Łzy spływały po jej twarzy, gdy go ściskała. On śmiał się kpiąco.

— Skoro nalegasz.

Puścił ją, a ona przez chwilę była oszołomiona swobodnym spadaniem, a potem bez ostrzeżenia wpadła do stawu, pozbawiona tchu. Machała rękami, kopiąc w stronę powierzchni. Jej kostka zaplątała się w chwasty i była zbyt przerażona lataniem i spadaniem, by móc się udowodnić. Draco skoczył do wody za nią, obejmując ją ramionami i ciągnąc na powierzchnię. Przylgnęła do niego, spanikowana. Kaszlała, a woda tryskała jej z ust.

— Już dobrze, nic ci nie jest, mam cię — szeptał jej do ucha raz po raz.

Aportował się i nagle znaleźli się w nieznanym pokoju. Było ciepło i pachniało nim, a ona zakopała twarz w jego szyi, szlochając. Wymamrotał zaklęcie i jej ubrania momentalnie wyschły. Owinął ją kocem.

— Nic ci nie jest, nic ci nie jest, nic ci nie jest — powtarzał, szeptają w jej włosy i delikatnie kołysząc, dłońmi ściskając jej talię i udo.

W końcu się uspokoiła, jego palce kreśliły powolne okręgi na jej plecach.

— Wiesz, czym jest narciarstwo? — zapytała cicho, jej słowa opadły na jego obojczyk.

— Tak — szepnął delikatnie.

— Kiedy byłam małą dziewczynką, rodzice zabrali mnie na narty w Alpy. Byłam tak podekscytowana, że w końcu byłam wystarczająco duża, żeby jeździć wyciągiem narciarskim. Mój tata trzymał mnie za rękę, a ja patrzyłam na góry, śnieg i innych narciarzy daleko pod nami. Miałam ze sobą książkę, którą dostałam w prezencie świątecznym.

Wypuścił powietrze przez nos, cichy dźwięk, prawie jak początek śmiechu. Nie mogła się zmusić, by się śmiać razem z nim.

— Książka się wyślizgnęła, sięgnęłam po nią automatycznie, po czym sama zaczęłam spadać. Mój tata krzyknął ostrzegawczo i zobaczyłam, jak sięga po mnie. To pierwszy magiczny epizod, jaki pamiętam: jakoś wróciłam na wyciąg i patrzyłam, jak mój tata spada na ziemię. Złamał kręgosłup. Medycyna mugoli nie jest w stanie sobie z tym poradzić, tak jak mógłby to zrobić uzdrowiciel. Od tamtej pory porusza się na wózku inwalidzkim. To moja wina — wyznała, łamiącym się głosem, po jej twarzy spływały łzy. — Uraz jest już za stary. Prawdopodobnie nawet uzdrowień ze Św. Munga nie byłby w stanie nic poradzić, ale… dlatego muszę iść na Oksford. Potrzebuję zaawansowanych kursów z uzdrawiania, żebym przynajmniej mogła spróbować.

Wpatrywał się w nią, jego wyraz twarzy był smutny i zamyślony, gdy spojrzała na niego.

— Myliłem się wcześniej — przyznał cicho. — Słyszałem plotkę o tobie – tylko jedną. Że nienawidzisz latać. Nie chcesz nawet oglądać meczów Quidditcha; dlatego tamtego dnia odwróciłaś się plecami, prawda?

Skinęła głową.

— Przypomina mi to moment, kiedy spadałam. Bezradność, którą czułam, kiedy nagle poczułam się bezpieczna i patrzyłam, jak on spada.

Draco przyciągnął ją bliżej, ściskając jej włosy i całując w czoło.

— To nie była twoja wina — próbował ją uspokoić.

Wiedziała, że mówi serio, ale nie potrafiła w to uwierzyć. Wtuliła się w niego, jego ciepło wsiąknęło w nią, bezpieczne, pocieszające uczucie. Przytulił ją, składając ostatni, delikatny pocałunek na jej czole, po czym zasnęła.

_______________

Witajcie :) Tak, jak obiecywałam, pojawiam się z nowym rozdziałem tłumaczenia. W tej historii wszystko dzieje się bardzo szybko, no ale mimo wszystko dynamika jest fajna. Dajcie znać jak wrażenia.

Kolejny rozdział pojawi się w weekend. Ten tydzień chcę poświęcić na tłumaczenie "To, co jest między nami". Te rozdziały są długie i wymagają szczególnej staranności. Także czekajcie cierpliwie.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia. Enjoy!

Obserwatorzy