[T] Złączeni: Rozdział 12

środa, 29 kwietnia 2026

 Zasada Przyjaźni numer 32: Płyny ustrojowe należy trzymać przy sobie.

(Propozycja: HG | Przyjęta z hańbą: DM)

 

Rocznica zaczęła się… nie do końca dobrze, ale zaczęła.

Najpierw Draco i Hermiona próbowali aportować się do pokoju przyjęć u Greengrassów, ale odrzucały ich osłony. Po trzeciej próbie i raczej niegodnym lądowaniu, które o mało co nie skończyło się tym, że Draco zjadł trochę bruku, zdali sobie sprawę, że Hermionie nie wolno przekraczać barier aportacyjnych.

Dlatego wybrali Sieć Fiuu, najmniej ulubiony środek transportu Draco. Popiół Fiuu zawsze przywierał do jego bardzo drogiego, belgijskiego olejku do włosów, który nadawał jego falom naturalny połysk (i kosztował więcej niż tygodniowy czynsz niektórych osób). Mimo to próbował. I znowu ich nie wpuszczono.

Draco ostatecznie zadzwonił przez Sieć Fiuu do dworu Greengrassów, tylko po to, by usłyszeć, że osłony są „bardzo szczelne”, by trzymać z dala nieproszonych gości.

— Milutko — mruknęła Hermiona.

Astoria, rzecz jasna, nadąsała się, gdy Draco odmówił podwiezienia jej, zręcznie ignorując fakt, że dosłownie nie mógł. W końcu umówili się na spotkanie przed restauracją.

Astoria pojawiła się w wizji bieli, niczym w sukni ślubnej, gdyby Hermiona kiedykolwiek taką widziała. Powiewające białe szaty z delikatnym, srebrnym haftem u dołu i kołnierza, srebrne szpilki i ten rodzaj idealnego poślizgu, który sugerował albo lewitację, albo lata bezlitosnych lekcji. Jej wzrok przesunął się po Hermionie, i Draco stwierdził, że jego przyjaciółka czuje się niedostatecznie ubrana (jak zwykle) i poprowadził ją dalej. Hermiona uznała za zwycięstwo to, że nie padły żadne słowne uszczypliwości.

Restauracja była piękna: małe, romantyczne stoliki wciśnięte w przytulne kąty, nad głowami migotały magiczne światła, a cichy szum zadowolonych gości mieszał się z dźwiękami grającego na żywo zespołu jazzowego. Piosenkarka prezentowała się w pełnej krasie w złotej satynie i retro blasku, w komplecie z futrzaną etolą, krwistoczerwonymi ustami i papierosem zwisającym z jej palców niczym wcielony grzech.

Hermiona musiała stłumić śmiech, gdy gospodarz zaprowadził ich do stolika. Był on ewidentnie przeznaczony dla dwojga — wycięta w kamiennej ścianie loża, zapewniająca prywatność. Obok, pod nieco nienaturalnym kątem, stał mały, samotny stolik z jednym krzesłem. Wystarczająco blisko, by mogła pozostać przy Draco przez magicznie związane dłonie, ale ustawiony w taki sposób, że nie zaburzała ich prywatności. Niczym niegrzeczne dziecko, które musi usiąść przy stole dla dzieci podczas kolacji dorosłych.

Gdy już zajęli miejsca, Hermiona rzuciła zaklęcie prywatności między siebie a Draco, by on i Astoria mogli rozmawiać bez podsłuchiwania, bo Merlin wiedział, że nie chce słyszeć żadnych słodkich słów, które dziś wieczorem wygłaszał. Była w pełni zadowolona z obserwowania ludzi, tupania nogą w rytm jazzu i wyciągnięcia powieści, którą schowała w torbie niczym odpowiedzialna introwertyczka.

Studiowała menu z wnikliwą uwagą wybrednej osoby na misji, przewracając strony, aż… tak, to było to. Technicznie rzecz biorąc, miało bardzo elegancką, francuską nazwę. Ale rozpoznała deskę serów, gdy ją zobaczyła. Ser, chleb, wino. Czego więcej może chcieć dziewczyna?

Kiedy sommelier podszedł i zaproponował wino, skinęła głową, jakby miała pojęcie, o czym mówi. Zakręciła kieliszkiem, dramatycznie powąchała i wzięła łyk z powagą kogoś, kto doskonale wie, co to znaczy „mocne podniebienie”. Nie pytała o cenę, w końcu Draco stawiał, więc po prostu się uśmiechnęła i powiedziała:

— Zostaw butelkę.

Po kilku minutach sommelier nachylił się, a jego głos był niski i przesycony lekkim, australijskim akcentem, który Hermiona uznała za zbyt uroczy jak na mężczyznę z korkociągiem do wina.

— Dobra, wiem, że to nieprofesjonalne pytać — powiedział, zerkając na Draco i ich niezręcznie złączone dłonie — ale… co to za układ?

— Och — rzuciła Hermiona beztrosko — jesteśmy współpracownikami. Magiczny wypadek. Utknęliśmy na trzydzieści dni. Pisali o tym w Proroku Codziennym.

Uniósł brwi, a kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu, gdy dolał jej kieliszek, bo tak, opróżniła już pierwszy niepokojąco szybko.

Prorok Codzienny? Jesteś sławna czy co?

Hermiona zamrugała. Oczywiście, że nie wiedział, kim była. Pewnie pracuje tu dorywczo podczas wakacji. Mimo to, to było… dziwnie orzeźwiające.

— Coś w tym stylu — odpowiedziała, uśmiechając się i biorąc kolejny, hojny łyk wina.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Draco nie lubił sommeliera.

Nie chodziło o uroczy akcent, ani o niewątpliwie dobrą fryzurę, ani nawet o to, że wino, które polecił, było wyśmienite. Nie. Chodziło o kompletny brak profesjonalizmu. Śmiech i pogaduszki z Hermioną, jakby byli na pierwszej randce.

I zdecydowanie nie o to, że Hermiona się śmiała i odpowiadała.

Z zamyślenia wyrwało go szarpnięcie za ramię. Astoria siedziała spokojnie, wyraźnie zirytowana, że nie jest w centrum uwagi. Uśmiechnął się do niej i sięgnął do kieszeni marynarki, wyciągając aksamitne pudełko na biżuterię, zaczarowane, by zmieścić się w kieszeni. Machnięciem różdżki powróciło do normalnych rozmiarów. Oczy Astorii rozbłysły, niemal wibrowała na krześle.

— Och, Drakusiu, nie musiałeś — jęknęła.

Tak, jasne, pomyślał. Mówisz tak, ale wiem, że byś się załamała, gdybym pojawił się z pustymi rękami, albo, co gorsza, z niebieskim welonem.

Zerknął na Hermionę. Trzymała łokcie w koszyku z chlebem, żując z zadowoleniem i wystukując rytm stopą. Niech ją Merlin błogosławi, naprawdę.

Nagły wstrząs przywrócił jego uwagę. Astoria przyciągnęła go do siebie w dramatycznym uścisku, a w jej oczach błyszczały, jak przypuszczał, łzy radości.

— Jest taka piękna, kochanie. Taka idealna. Skąd wiedziałeś?

Jej oczy były teraz tak wielkie jak ogromne klejnoty zdobiące tiarę.

Serdeczne szarpnięcie miało jednak niefortunny skutek uboczny — szarpnęło złączone dłonie, a tym samym ramię Hermiony w połowie łyku. Przechyliła się na bok, wino rozlało się po jej szyi, omal nie spadła z krzesła. Draco zaczął ją podnosić, ale oczywiście sommelier go wyprzedził, będąc już u jej boku, z wyciągniętą różdżką, z profesjonalną łatwością usuwając rozlany płyn i napełniając jej kieliszek niczym rycerz niosący wino.

Hermiona spojrzała na niego z wdzięcznością.

Draco oficjalnie nienawidził sommeliera.

Draco nie musiał specjalnie się wysilać podczas kolacji, jedynie od czasu do czasu kiwał głową, podczas gdy Astoria zachwycała się swoim prezentem. Jaki był troskliwy, jak doskonale znający jej pragnienia. Ich umysły musiały być połączone, powiedziała rozmarzonym głosem. Może byli bratnimi duszami. Czy powinni połączyć dusze na ślubie?

Draco natychmiast zakrztusił się swoim znienawidzonym, choć jak przyznał wcześniej, pysznym winem.

Był w stu procentach pewien, że Astoria Greengrass nie była jego bratnią duszą.

Kiedy odeszła od stołu, zerknął na Hermionę. Książka lewitowała przed nią, strony przewracały się same za pomocą rzuconego zaklęcia, podczas gdy ona wolną ręką nasypywała obsceniczną ilość sera na najmniejszy na świecie krakers znany czarodziejom. Machnięciem różdżki zdjął zaklęcie prywatności i ruszył z miejsca, wyrywając jej z ręki serowe monstrum i wkładając je sobie do ust.

Spojrzenie, którym go obdarzyła, było pełne rozpaczy. Jakby porwał i sprzedał Krzywołapa na czarnym rynku. Jej oczy były żądne mordu.

Uśmiechnął się słodko i wyciągnął rękę, by ukraść kolejne, starannie wyselekcjonowane arcydzieło z serowych krakersów, tylko po to, by zatrzymać się w połowie drogi, gdy wyszeptała:

— Usunę wszystkie strony pornograficzne z twojego telefonu, Malfoy.

Zatrzymał się. Potem delikatnie odłożył krakersa z powrotem na jej talerz.

Astoria wróciła w samą porę, by Hermiona z zadowoleniem rzuciła zaklęcie prywatności.

Podano kolację. Draco z rozkoszą zajadał się swoim Gigot d’Agneau i obserwował Astorię kątem oka. Hermiona kiedyś zapytała, czy zauważył, że Astoria zjada tylko cztery kęsy czegokolwiek. Nie zauważył. Ale teraz…

Pierwszy kęs. Sztućce w ustach. Łyk wina.

Drugi kęs. Więcej wina. Pogawędki o ślubie.

Minęło całe dziesięć minut od trzeciego kęsa ryby.

A potem, jak na zawołanie, czwarty kęs, a po nim delikatne pchnięcie talerza, sygnalizujące, że „skończyła”. Danie było ledwo tknięte.

Hermiona miała rację.

Jak mógł tego nie zauważyć?

Zaciekawiony, nałożył na widelec jagnięcinę z ziemniakami i podał jej.

— Proszę, spróbuj tego — powiedział, przybierając swój najlepszy, uwodzicielski, malfoyowski ton.

Uśmiechnęła się, ale odmówiła.

— Nie Drakusiu, jestem najedzona.

— Dla mnie? — namawiał.

Zawahała się, po czym przyjęła kęs, żując i kiwając głową z wyraźną przyjemnością.

Ale kiedy upił łyk wina, dostrzegł subtelny ruch serwetki unoszącej się do jej ust. Kiedy ją opuściła, jagnięcina zniknęła.

Wypluła ją.

Dziwne. Naprawdę dziwne. Zanotował sobie w myślach, by później zapytać o to matkę. Nie ma mowy, żeby wychowywał córkę w świecie, gdzie cztery kęsy to maksimum.

Hmm. Jego córka.

Wyobraził sobie dziewczynkę o kręconych, blond włosach z ciepłymi, miodowo-brązowymi oczami, zwiniętą w kłębek na fotelu w bibliotece Dworu, z Krzywołapem mruczącym na jej kolanach, z nosem w książce. Ale potem pokręcił głową. Nie, jego córka miałaby idealnie proste, blond włosy, szare albo niebieskie oczy. Nie byłaby zwinięta z książką, tylko siedziałaby ze skrzyżowanymi kostkami, w idealnej pozie.

Z jakiegoś powodu ta myśl wywołała niespodziewaną falę smutku.

Znowu spojrzał na Hermionę, która właśnie pałaszowała swój drugi koszyk pieczywa. Jej nóż był zaczarowany tak, by idealnie smarować każdy kawałek masłem, zanim włożyła go do ust, a oczy zamykały się z rozkoszy po każdym kęsie.

Nigdy nie zostawiała jedzenia.

No chyba że były to owoce morza.

Albo gdyby różne potrawy na jej talerzu się stykały.

Albo gdyby mięso miało kość.

Ale poza tym Hermiona Granger nie zostawiała jedzenia.

Draco właśnie skończył wiśniowe ciasto, a Astoria, jak zwykle, odgryzła cztery, delikatne kęsy ciasta Charlotte, po czym odsunęła miskę. Po drugiej stronie restauracji zauważył nicponia sommeliera przy stoliku Hermiony, który właśnie nalewał jej kieliszek wina deserowego do naleśników z brzoskwiniami. Grymas na twarzy Draco pogłębił się, kiedy mężczyzna wręczył Hermionie małą karteczkę z jego numerem niechlujnie nabazgranym na odwrocie.

Astoria też to zauważyła.

— Pasują do siebie — powiedziała, skinąwszy głową w ich stronę.

Draco zmarszczył brwi.

— Niby dlaczego?

— Cóż, on najwyraźniej jest mugolakiem — odpowiedziała, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.

Draco zamrugał.

— Nie da się tego poznać po samym wyglądzie.

Astoria spojrzała na niego ze współczuciem.

— To kelner, kochanie. Oczywiście, że nie jest czarodziejem czystej krwi. A słyszałeś ten akcent? Australia to kolonia karna. To zaskakujące, że w ogóle są tam jacyś czarodzieje.

Draco wpatrywał się w nią, niepewny, od czego zacząć. Po pierwsze, mężczyzna był sommelierem, a nie kelnerem. Po drugie, Australia i okoliczne kraje Pacyfiku miały najszybciej rosnącą populację czarodziejów na mieszkańca. Niektórzy z najlepszych graczy w Quidditcha na świecie pochodzili z Australii. Nie wspominając o bogatych i starożytnych tradycjach magicznych rdzennych społeczności, niedawno przeczytał fascynującą książkę na ten temat, którą poleciła mu Hermiona.

Czy światopogląd Astorii był naprawdę tak ograniczony?

Westchnął w duchu i pokręcił głową, już wyczerpany rozmową. Jeśli tak miało wyglądać życie — jawny rasizm i ignorancja przy każdym posiłku — potrzebował mocnego drinka.

Ale Astoria odebrała jego milczenie jako zgodę i kontynuowała:

— Wygląda młodziej od niej, ale szczerze mówiąc, powinna brać, co dają. Przecież nikt inny nie jest nią zainteresowany. Kiedy ostatnio była na prawdziwej randce?

Draco tylko wzruszył ramionami, gotowy skończyć dyskusję. Prawdę mówiąc, nie pamiętał. Wyjechała na kilka weekendów, teraz zdał sobie sprawę, że musiała wtedy spotykać się z Blaise’em, i miał nadzieję, że Blaise zabrał ją gdzieś, dobrze traktował, sprawił, że poczuła się wyjątkowa. Zasługiwała na to. Nie żeby kiedykolwiek powiedział to Astorii.

Czując zbliżający się koniec rozmowy, Astoria pochyliła się, przytuliła się do niego i szepnęła mu do ucha:

— Jestem gotowa, Draco. Wracajmy do Dworu.

Och.

Okej.

To się działo.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Hermiona leżała nieprzytomna na swojej stronie łóżka, zbudowawszy między nimi małą barykadę z poduszek. Jej ramię wciąż przywiązane go niego, przez ich złączone dłonie, wystawało przez szparę. Podczas gdy Astoria odświeżała się w łazience, Hermiona spokojnie odkorkowała eliksir na sen bez snów i odrzuciła ją, dając Draco senne przypomnienie, by zachował płyny ustrojowe dla siebie, nawiązując do jednego incydentu z jego czasu dla siebie.

Jego sperma.

W jej włosach.

Słusznie rzuciła na niego szalenie piekący urok. Nadal miał blizny.

Teraz uśmiechnął się czule, słysząc jej ciche chrapanie, rzucił między nich zaklęcie wyciszające i skupił uwagę na nadchodzącej… randce.

Astoria podczas tygodni, gdy zostawała u niego na noc, trzymała się swojej rutyny: absurdalnie długa sesja w łazience, urocza, ale niezbyt seksowana piżama, zgaszone światła, per formatywny, ale nudny seks, a potem sen. Początkowo Draco nie miał nic przeciwko. Astoria wydawała się chętna, by zadowolić go w łóżku, ciągle pytając, czego chce.

Próbował odkryć, co lubiła, całując każdy centymetr jej ciała, próbując znaleźć miejsca, które sprawiały, że wiła się i jęczała z rozkoszy. Spędzał tyle czasu, ile pozwalała, liżąc ją, ale po chwili go odpychała, nigdy nie osiągając orgazmu przez dotyk jego palców czy języka. Dochodziła cicho z cichym westchnieniem, gdy był głęboko w niej, ale to było lekkie, łagodne, nigdy nie czuł, by zaciskała się wokół niego.

Nie udawała…

Prawda?

— Moim zadaniem jest cię zadowolić — powiedziała kiedyś, gdy ją o to zapytał z idealnym, typowym dla Greengrassów opanowaniem.

Nie tego chciał, seks to nie praca i próbował poruszyć ten temat… ale jak ze wszystkimi innymi z Astorią, łatwiej było po prostu poddać się nurtowi.

Kiedy więc wyszła dziś wieczorem w jedwabnej, bladoniebieskiej piżamie, krótszej, bardziej obcisłej i o wiele odważniejszej niż zwykle, wyprostował się nieco. Potem, zamiast zgasić światło i wpełznąć prosto pod kołdrę, podeszła do barku i zaczęła przygotowywać drinki.

Draco zamrugał. Dwa razy.

Nie pamiętał, kiedy ostatni raz Astoria nalała sobie drinka, nie mówiąc już o Ognistej Whisky.

Kiedy wróciła do łóżka i usiadła mu okrakiem na kolanach, podając jedną ze szklanek, wpatrywał się w nią z wielkim zdziwieniem.

— Zdrówko — szepnęła, wnosząc toast.

Wzięła nieśmiały łyk, a Draco obserwował, jak z trudem go przełknęła, nie krzywiąc się. Wypił zawartość swojej jednym haustem, stawiając szklankę na stoliku nocnym.

Pochyliła się, by go pocałować, jej usta były miękkie i powolne, i właśnie zaczął się zastanawiać, czy dzisiejszy wieczór w cudowny sposób przełamie schemat, gdy się odsunęła i wyszeptała:

— Lubisz mojego ojca, Draco?

Mrugnął.

— Nie, raczej nie.

Czekaj.

Co?

Astoria uśmiechnęła się lekko i kiwnęła głową, jakby się tego spodziewała. Odstawiła szklankę, udając, że wypiła.

Oczy Draco się rozszerzyły, gdy dotarło do niego, o co chodzi.

Czy ona właśnie… podała mu Veritaserum?

Zanim zdążył się odezwać, Astoria mu to uniemożliwiła.

— W porządku, Drakusiu. Prowadziliśmy… rozmowy. I ojciec potrzebuje kilku odpowiedzi.

Oczywiście, że rozmawiali. Zaplanowali to. Przećwiczyli.

Uśmiechnęła się słodko, gdy zaczęła, a każde pytanie lądowało jak starannie ustawiony pionek na szachownicy.

— Krążą plotki… czy twoja rodzina chce zerwać kontrakt małżeński?

Draco wziął oddech. Tylko prawda. Bez rozwinięć. To był jedyny sposób, by to przetrwać.

Technicznie rzecz biorąc, szukali luki prawnej, która pozwoliłaby im odejść, zachowując majątek i aktywa, a to nie oznaczało zerwania kontraktu.

Dlatego po prostu powiedział:

— Nie.

Astoria uśmiechnęła się i go pocałowała.

— Dobrze — mruknęła, zadowolona z odpowiedzi.

— Ojciec też chce wiedzieć… ile warte są posiadłości Malfoyów?

Odpowiedź napłynęła natychmiast, zbyt szybko.

— Dziewięćset pięćdziesiąt miliardów galeonów w złocie, jeden milion dwieście tysięcy galeonów w firmach, nieruchomościach i inwestycjach.

Zdołał się powstrzymać, zanim wspomniał o pamiątkach rodzinnych, klejnotach, artefaktach zamkniętych w głębszych skarbcach. Ta kwota naprawdę by ją zszokowała.

Oczy Astorii rozszerzyły się ze zdumienia. Malfoyowie byli bez wątpienia najbogatszą rodziną czarodziejów w Wielkiej Brytanii.

Pochyliła się, by ponownie go pocałować. Ledwo powstrzymał się od odruchu obronnego.

— A twój ojciec… naprawdę się zmienił? — zapytała, ściszając głos i bacznie obserwując. — Czy on wierzy, że ten szlam… czarodzieje urodzeni w mugoskich rodzinach są… nam równi?

Jej głos się załamał w pół słowa, ale Draco to usłyszał.

Ale odpowiedź, która wypłynęła z jej ust, jasna, prosta i niepodważalna.

— Tak.

Bo to była prawda. Draco to widział.

W sposobie, w jaki Lucjusz zachowywał się w mugolskim Londynie — uprzejmie i skromnie. W sposobie, w jaki traktował Hermionę z szacunkiem i wyraźną sympatią. W swojej pracy, w tym, jak cicho witał na Ulicy Pokątnej nowe rodziny mugolaków, z których każda w tajemniczy sposób otrzymywała skarbiec w Banku Gringotta. Skarbiec z wystarczającą ilością złota, by pokryć koszt wszystkich podręczników, mundurku i wydatków na całą edukację w Hogwarcie.

Za każdym razem.

Wszystko szło ze skarbca Malfoyów. Po cichu. Bez rozgłosu.

Jako członek rady szkoły, Lucjusz również zabiegał o stypendia dla borykających się z problemami rodzin czarodziejów. Draco wiedział, że wynikało to z poczucia winy i wstydu. Ale tak jak Draco, Lucjusz każdego dnia starał się być lepszym człowiekiem.

Odpokutować mogli w jedyny znany im sposób: rzucając złoto w ruinę, którą sami pomogli zbudować.

Astoria wyglądała na lekko zaskoczoną prostą i szybką odpowiedzią Draco.

— A twoja matka? — zapytała, a w jej głosie słychać było ciekawość, wręcz podejrzliwość.

Draco pokręcił głową.

— Matka nigdy nie wierzyła w ideały czystej krwi.

To była prawda. Dała mu jasno do zrozumienia, co myśli na ten temat, jeszcze przed wojną.

Pamiętał przerwę świąteczną na czwartym roku, kiedy prawie całe święta spędził, narzekając na Hermionę. Jej gigantyczne włosy. Jej lepsze oceny. Jak ukradła najlepsze miejsce w bibliotece. Lucjusz szybko się znudził tą tyradą i wyszedł z pokoju. Ale Narcyza słuchała w milczeniu, uśmiechając się do niego porozumiewawczo. A kiedy w końcu zabrakło mu sił, powiedziała niemal mimochodem, że jej pierwszy chłopak był mugolakiem z Ravenclawu.

Draco zamilkł.

Powiedziała mu, że naprawdę byli w sobie zakochani, nawet jeśli robili to po cichu i w ukryciu. Chłopak przeprowadził się do Ameryki pod koniec piątego roku, ale nadal pisali do siebie kilka razy w roku. Po prostu, by podtrzymać kontakt.

Nigdy już nie patrzył na matkę tak samo. Nie z obrzydzeniem, nie o to chodziło, zdał sobie sprawę, że była kimś więcej niż tylko matką, żoną, kimś, kto sam podejmuje decyzje w życiu.

Astoria skinęła lekko głową, nie wyglądając na do końca zadowoloną z kierunku, w jakim zmierzała sytuacja.

— A ty, Draco? — zapytała cicho. — Uważasz, że są nam równi?

— Tak.

Powiedział to stanowczo. Bez zawahania. Prawda była głęboko zakorzeniona w jego kościach.

— Ojciec chce, żebym przekazała wiadomość — wymamrotała Astoria gładkim głosem. — Chce, żebyś wiedział, że jeśli zerwiecie kontrakt, odbierze wam każdy galeon, majątek i interesy, które mu się należą.

Draco skinął głową. Nic dziwnego.

— I — kontynuowała — zamknie każdą organizację charytatywną dla mugoli i mugolaków, którą obecnie prowadzicie lub której jesteście głównym darczyńcą. — Upewniła się, że na nią patrzy. — Każdą, Drakusiu. Więc niczego nie próbuj, dobrze?

Draco zamilkł zszokowany. To było dzieło życia jego matki — skrucha jego ojca.

I wraz z tymi słowami ostatnia nadzieja na ucieczkę prysła. Nie mogli już tak po prostu się wycofać. Nie bez poświęcenia wszystkiego, co miało znaczenie.

Astoria, wciąż siedząca mu na kolanach, zerknęła na Hermionę. Jej włosy splątały się dziko na poduszkowym forcie, noga bezwładnie wylądowała na niej. Pościel była pognieciona, a ślina ciekła w kąciku jej ust.

Chociaż ich rozmowa była odrażająca, Draco nie mógł powstrzymać uśmiechu, patrząc na swoją najlepszą przyjaciółkę.

Wyglądało na to, że zaplanowane pytania dobiegły końca.

Widząc jego spojrzenie, Astoria zwróciła się do niego.

— Kochasz ją? — zapytała.

W jej głosie dało się wyczuć ostrość. Nutę goryczy, której jeszcze przed chwilą nie było.

— Tak — odpowiedział, zanim zdążył się powstrzymać. Po czym dodał szybko: — Oczywiście, że ją kocham. Jest moją najlepszą przyjaciółką.

Chciał powiedzieć, że kocha ją tak, jak wszystkich swoich przyjaciół. Ale Veritaserum nie pozwoliło mu skłamać. Nie pozwoliło mu tego umniejszyć.

Więc po chwili dodał:

— Kocham wszystkich swoich przyjaciół.

Astoria nie wyglądała na uspokojoną. Zacisnęła szczękę, a jej oczy były zimne.

— Kochasz mnie, Drakusiu? — spytała intensywnym, niewzruszonym głosem.

Słowo „nie” drapało go po gardle, pragnąc się uwolnić.

Ale zamiast tego odpowiedział:

— Bardzo trudno kochać kogoś, kto zmusza mnie do rzucenia pracy i przeprowadzki do innego kraju wbrew mojej woli.

Zapadła długa cisza.

Potem dodał ciszej:

— Ale się staram.

To była prawda. Starał się.

Jednak z każdym dniem coraz trudniej było mu sobie przypomnieć, dlaczego.

— Pocałowałeś ją?

Głos Astorii przyciągnął jego wzrok z powrotem do niej.

— Nie tak, jak myślisz — odpowiedział. — Tylko całus w policzek lub w czoło.

Jej oczy się zwęziły.

— Pieprzyłeś się z nią?

Pytanie zabrzmiało piskliwie, narastając z taką maniakalną nutą, że włosy na ramionach stanęły jej dęba.

— Nie — odparł po prostu.

Chcesz?

Odpowiedź wypłynęła z jego ust, zanim zdążył ją powstrzymać.

— Tak.

Astoria jęknęła gwałtownie, jakby ktoś ją uderzył.

— Właśnie dlatego — syknęła. Potem głośniej, co przeraziło się w pisk: — Draco, to jest powód!

Spojrzał na nią podejrzliwie, a serce podeszło mu do gardła.

Rozpadała się.

— Dlatego masz rzucić pracę. Dlatego przeprowadzamy się do Zurychu. Przez nią.

Powiedziała to tak, jakby Hermiona była źródłem wszelkiego zła na świecie.

Głos Draco był cichy, ale stanowczy.

— Nigdy bym cię nie zdradził, Astorio.

Prychnęła, a niedowierzanie głęboko odbiło się na jej twarzy.

— Nie mogę teraz kłamać. Pamiętasz?

Wtedy zaczęło się szaleństwo.

Jak mogłeś? — Astoria zaszlochała.

— Jak mogłem co, Astorio? — Jego głos był wyższy i emanował gniewem. — Siedzieć tu i odpowiadać na twoje pytania, będąc odurzonym wbrew mojej woli?

Nacisnął na jej biodra, zrzucając ją z kolan.

— Zostać zmuszony do przyznania się do osobistych przekonań, prywatnych spraw, których nigdy bym nikomu nie wyjawił?

Wciąż płakała, udając ofiarę.

— Chcesz prawdy, Astorio? — krzyknął. — Więc może tak: nienawidzę tego, że jestem uwięziony kontraktem, na którego treść nie mam wpływu. Nienawidzę tego, że muszę poślubić kogoś, czyje poglądy i opinie są tak dalekie od moich. Nienawidzę tego, że traktujesz moich przyjaciół jak coś, co zeskrobujesz z buta. — Pochylił się, a jego oczy płonęły. — I nienawidzę tego, że choć przez sekundę pomyślałaś, że użycie na mnie Veritaserum jest w porządku. — Przerwał. A potem dodał ciszej, ale zimniej: — Nienawidzę tego, że jestem uwięziony, bez wyjścia.

Wyciągnęła do niego rękę, jakby za późno zdała sobie sprawę, że posunęła się za daleko.

— Robię to, bo cię kocham, Draco — szlochała.

— Czyżby? — wycedził. — A może kochasz nazwisko Malfoy i nasze pieniądze?

Zanim zdążyła odpowiedzieć, chwycił różdżkę i przywołał jej torbę oraz ubrania.

— Proszę, wyjdź — powiedział po prostu. — Nie mam już nastroju.

Wiedział, że później będzie musiał za to zapłacić.

Ale teraz było mu wszystko jedno. Miał dość.

____________

Witajcie :) w przeddzień moich urodzin publikuję mój prezent dla Was, czyli kolejny rozdział tłumaczenia. W tym poznaliśmy prawdziwe oblicze Astorii, ale to raczej nie powinno być zaskoczenie dla nikogo. No i mieliśmy trochę wyznań Draco. Dajcie znać jak wrażenia.

Jeśli chodzi o kolejne rozdziały, to prawdopodobnie zostaną opublikowane po majówce. Jutro wyjeżdżam i zapewne nie będę tam miała możliwości na tłumaczenie, ale na początku tygodnia mam dwa wolne dni i postaram się coś ogarnąć.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłej majówki! Enjoy!

[T] Złączeni: Rozdział 11

niedziela, 26 kwietnia 2026

Zasada Przyjaźni numer 19: W chwilach zwątpienia ser zawsze jest rozwiązaniem

(Propozycja: HG | Zatwierdzone: DM)

 

W końcu, po zjedzeniu całej tacy serów, dzięki dostawie Mipsy, którą Hermiona przyjęła z podejrzanie załzawionymi oczami, zaczęła się ożywiać. Pokręciła głową, gdy Draco zapytał, czy chce rozmawiać, machając mu ręką przed oczami i szybko zmieniając temat.

— Więc jutro macie rocznicę — zaczęła, wyciągając się na kanapie. — Co zaplanowaliście?

Draco uniósł rękę i zaczął odliczać na palcach.

— Dzień w spa dla Astorii zarezerwowany na rano — powiedział, opuszczając jeden palec. — Rezerwacja na kolację w Le Papillon. — Dodał kolejny. Zawahał się przy trzecim palcu, zerkając na nią z ukosa. — Myślisz, że mogę podarować jej coś ze skarbca? Może naszyjnik? — zapytał, jakby to było pytanie na niezapowiedzianym sprawdzianie, do którego  się nie uczył.

Hermiona jęknęła, zrywając się z kanapy i ciągnąc Draco za sobą. Ich złączone dłonie pociągnęły do go przodu. Za nią rozsypały się okruchy sera.

— O nie, nie waż się — mruknęła, usuwając różdżką okruchy.

Potem, rozglądając się krytycznie po mieszkaniu, machnęła różdżką szeroko. Pajęczyny zniknęły, pranie poskładało się w powietrzu, a całe mieszkanie zostało posprzątane w niecałe dziesięć sekund.

Draco zamrugał.

— To niesprawiedliwe — mruknął, ściskając pierś niczym weteran wojenny, który na nowo przeżywa traumę sześciu minut pracy fizycznej z sprzed kilku godzin.

— Chodź, Romeo — powiedziała Hermiona, kierując się już do drzwi. — Musimy cię porządnie przygotować na jutro. Nie odbębnisz byle czego na rocznicę, tylko dlatego, że przeżyłeś sprzątanie.

Pierwszym przystankiem była kwiaciarnia, wciśnięta między herbaciarnię a zabytkową introligatornię. W chwili, gdy dzwoneczek nad drzwiami zadźwięczał radośnie, ogarnęła ich feeria barw i zapachów. Każdą powierzchnię zdobiły wiaderka pełne kwiatów — róż, jaskrów, lwich paszczy i od czasu do czasu kłębki pary wodnej niczym maleńkie obłoczki.

Hermiona zatrzymała się, by zanurzyć twarz w bujnym bukiecie róż ogrodowych przy wejściu i głęboko wciągnąć powietrze. Draco rozejrzał się dookoła, nieco przytłoczony całym tym botanicznym chaosem.

Sprzedawczyni pomachała zza lady, w połowie pochłonięta przez ogromny bukiet jaskrawej czerwieni i różu, który usiłowała poskromić.

— Jestem pewien, że któryś z nich by się nadał — powiedział Draco, już żałując tego zadania.

Hermiona powoli się wyprostowała i odwróciła do niego z uniesioną brwią.

— W sumie to nie — odparła beznamiętnie.

Draco rozejrzał się ponownie, marszcząc brwi w geście, który, jak miał nadzieję, wyglądał na głębokie zamyślenie.

— Jaki jest jej ulubiony kwiat? — zapytała.

— Eee… groszek pachnący?

Poczuł ostry ból w przedramieniu.

— Ała!

— To mój ulubiony kwiat, idioto — wycedziła, ściszając głos i rzucając mu spojrzenie.

Wpatrywał się w nią pustym wzrokiem.

— Nie wiesz jaki jest jej ulubiony kwiat? — wyszeptała, a jej głos balansował gdzieś pomiędzy przerażeniem a podziwem.

Draco pokręcił głową bez cienia skruchy.

— Dobra — mruknęła Hermiona sama do siebie. Potem jej oczy rozbłysły. — Dobra, już wiem! Zamówmy bukiet z tego, co wybrała na kwiaty ślubne.

— To… właściwie dobry pomysł — mruknął Draco, kiwając głową. — Gdybyśmy tylko wiedzieli, co wybrała.

Hermiona powoli odwróciła się do niego, otwierając szeroko usta.

— Siedziałeś obok niej, kiedy je wybierała.

Skrzywił się.

— Pamiętam, że się upiłem… a potem dużo przytakiwałem.

Hermiona jęknęła i zaciągnęła go do lady, gdzie ekspedientka właśnie zdołała okiełznać swój kwiatowy gigant i jednym machnięciem różdżki wysłać go do adresata.

— Dzień dobry — powitała ją radośnie Hermiona. — Ma pani może różowe piwonie z dostawą na jutro?

Draco ożywił się. Różowe piwonie! Brzmiało znajomo.

Nie żeby miał jakiekolwiek pojęcie, jak wygląda piwonia. Był prawie pewien, że jego matka nie hodowała ich w ogrodzie.

Sprzedawczyni zaprowadziła ich do wystawy i Draco natychmiast wybrał największy, najbardziej rozłożysty i najbardziej efektowny bukiet, jaki był dostępny. Bukiet wręcz upominał się o komplementy, co oznaczało, że Astoria będzie nim zachwycona.

Po wykonaniu pierwszego zadania wyszli z powrotem na alejkę i skierowali do Banku Gringotta.

Gobliny z Gringotta nie przepadały za Hermioną Granger.

Hermiona Granger nie przepadała za goblinami z Gringotta.

Wzajemna pogarda miała swoje źródło w tym konkretnym incydencie, włamaniu, rabunku i ucieczce na smoku. Wiecie, typowym, wtorkowym chaosie. Prawdę mówiąc, nie tylko Hermiona spotykała się z chłodnym powitaniem goblinów. Harry i Ron byli traktowani z równą pogardą za każdym razem, gdy musieli wejść do banku, i żaden z nich nie winił goblinów za chowanie urazy.

Mimo chłodnych spojrzeń, Hermiona zawsze była pod wielkim wrażeniem skarbców Malfoyów. Kiedy zaczynała jako stażystka na łamacza klątw, jej zespół spędził prawie dziesięć miesięcy na ich przeszukiwaniu, skrupulatnie katalogując i neutralizując zaklęte i mroczne przedmioty. Skala fortuny Malfoyów i ogrom historycznych oraz magicznych artefaktów były niemal niepojęte.

Ponury goblin odprowadził ich do rodzinnego skarbca z biżuterią. Kinkiety rozbłysły z cichym sykiem, gdy przeszli przez grube, żelazne drzwi. Kamienne ściany, wysokie łuki i lśniące gabloty nadawały całemu pomieszczeniu wygląd muzeum, a może bardzo eleganckiego grobowca.

— No dobra — powiedział Draco, zmierzając do rzędu wysokich, szklanych gablot. — Jakieś pomysły?

Hermiona podążyła za nim, a jej wzrok padł na coś, co podejrzanie przypominało królewskie szaty koronacyjne — fioletowy aksamit obszyty futrem i złotym haftem.

— Ostatnio rzuciła kilka dość mocnych sugestii — mruknęła rozkojarzona Hermiona.

— Dotyczących czego? — dopytywał Draco, unosząc brwi.

Westchnęła.

— Mówiła, że wciąż nie zdecydowała, co włożyć na głowę… i że nadal potrzebuje czegoś niebieskiego.

Draco zamrugał.

— Niebieski welon?

Ciężkie przewrócenie oczami, a następnie ostre, piekące zaklęcie w ramię.

— Ała! Mogłabyś przestać?

— Szafirowa tiara, idioto — mruknęła Hermiona, ciągnąc go w stronę stojącej pionowo gabloty wyłożonej czarnym aksamitem, w której znajdowały się dziesiątki lśniących tiar.

Oświetlenie w skarbcu rozbłysło znikąd i zewsząd, rzucając na każdą mocne światło.

Pół godziny później Hermiona miała złotą tiarę z delikatnych, szmaragdowych liści i rubinowych kwiatów w lokach. Draco założył diamentowo-onyksową ozdobę, zawadiacko zakończoną w rozczochranych, blond włosach. W międzyczasie wybrali tiarę; platynową, wysadzaną diamentami i szafirami wielkości gargulców, która obecnie wisiała na przedramieniu Draco niczym wyjątkowo przesadnie ozdobna bransoletka, mniej więcej tak krzykliwa, jak tylko mogła być pamiątka rodowa Malfoyów.

Hermiona była przekonana, że można ją zobaczyć z orbity, miała praktycznie własną grawitację, więc musiała się spodobać Astorii. Prawdopodobnie będzie ją bolał kark przez tydzień, ale Hermiona była pewna, że przyszła panna młoda z radością się poświęci.

Przeszli do innej gabloty, mniejszej i bardziej stonowanej. Wewnątrz znajdowała się kolekcja prostych, eleganckich pierścionków, gładkich obrączek, bez klejnotów, bez ozdób.

— Do czego one służą? — zapytała Hermiona, pochylając się.

Były oddzielone od bardziej ozdobnych obrączek zaręczynowych i ślubnych, które minęli wcześniej.

Zaciekawiony Draco zajrzał do środka.

— To pierścienie obietnicy — powiedział, otwierając górną, szklaną gablotę.

— Jak pierścionki zaręczynowe? — zapytała Hermiona.

Draco pokręcił głową, a tiara na jego głowie przechyliła się pod coraz bardziej niebezpiecznym kątem.

— Nie, to pierścień, który daje się komuś, z kim się spotykasz… no wiesz, przed tym jak kontrakt zaręczynowy podpisany przez rodziców wejdzie w życie. Moja matka miała kilka od swoich kochanków w Hogwarcie.

Wskazał na rząd cienkich, srebrnych obrączek mniej więcej pośrodku.

— Och — jęknęła zamyślona Hermiona. — Pansy nosi na małym palcu złoty pierścień podobny do tej obrączki.

Draco skinął głową.

— Dokładnie.

Hermiona lekko zmarszczyła brwi.

— Ale po co nazywać to pierścieniem obietnicy, skoro zazwyczaj jest się zaręczonym z kimś innym?

Draco leniwie wzruszył ramionami.

— Złożyliśmy sobie obietnice. Po prostu… niekoniecznie szlachetne.

Oczy Hermiony błyszczały z ciekawości.

— Więc co obiecałeś Pansy?

Uśmiech wykrzywił usta Draco.

— Ach, piąty rok. Bardzo elegancko obiecałem jej, że będę ją zaspokajał tak często, jak to możliwe… w schowku na miotły na trzecim piętrze, kiedy tylko zechce.

Hermiona parsknęła śmiechem.

— I ktoś tu mówił, że romanse to bujda…

Draco uśmiechnął się szeroko, rozkoszując się dźwiękiem jej śmiechu.

— Ale ty i Pansy spotykaliście się tylko przez kilka miesięcy, prawda? Co się stało? — zapytała, wycierając oczy.

— Cóż… — zaczął. — Dałem też Tracey Davis pierścień obietnicy. Ta sama obietnica, o tej samej porze, w schowku na miotły na drugim piętrze.

Hermiona wybuchła głośnym śmiechem, charcząc, gdy oparła się o gablotę.

— Nastoletni Draco był najgorszy — wydyszała.

Posępnie skinął głową.

— Absolutnie najgorszy.

Wzrok Draco zatrzymał się na pierścieniu z przodu gabloty, z delikatnym, filigranowym wzorem w kształcie splecionych liści bluszczu. Podniósł go, a następnie uniósł ich złączone dłonie, delikatnie unosząc palec wskazujący Hermiony.

Najpierw spojrzała na pierścień, a potem na niego, unosząc jedną brew.

— Jeśli to się skończy dla mnie w schowku na miotły, Malfoy…

Uśmiechnął się krzywo.

— Wyrzuć to z głowy, Granger. Nie każda obietnica musi być skandaliczna. — Wsunął pierścień na jej palec. — Obiecuję, że zawsze będziemy najlepszymi przyjaciółmi. Bez względu na wszystko.

Jej wyraz twarzy złagodniał, gdy spojrzała na lśniący na jej palcu pierścień z bluszczem, który magicznie dopasował się do idealnego rozmiaru. Następnie, odwracając się do gabloty, rozejrzała się po rzędach i wyjęła srebrną obrączkę z wyrytym bluszczem, niemal idealnie pasującą.

— Więc obiecuję to samo — powiedziała, wsuwając obrączkę na jego palec wskazujący w złączonych dłoniach. — Że zawsze będziemy najlepszymi przyjaciółmi. Bez względu na wszystko.

Stali w delikatnym blasku kinkietów, otoczeni wiekami historii Malfoyów, ze splecionymi dłońmi i lśniącymi na nich pierścieniami, oboje uśmiechnięci, choć pod uśmiechami kryło się coś niewypowiedzianego. Nawet najmocniejszych obietnic trudno było dotrzymać, gdy świat wciąż ciągnął ich w przeciwnych kierunkach.

___________

Witajcie :) w niedzielny wieczór zapraszam na kolejny rozdział tłumaczenia. Jest on kontynuacją poprzedniego rozdziału, dlatego tak szybko go opublikowałam. Ale ogólnie był uroczy, prawda? Ta historia ma w sobie coś fajnego i oczywiście zabawnego.

Kolejne rozdziały być może dodam w środku tygodnia, zobaczę, jak będzie szło tłumaczenie. Trzymajcie kciuki. :)

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia!

[T] Złączeni: Rozdział 10

sobota, 25 kwietnia 2026

 

Zasada Przyjaźni numer 31: Przyjaciele nie pozwalają, by ich przyjaciele zamarli z przerażenia z powodu planów zemsty.

(Propozycja: DM | Zatwierdzone: HG)

 

Hermiona nalegała, by spędzili sobotę na sprzątaniu jej mieszkania. Draco oczywiście zasugerował, żeby zamiast tego posłali tam skrzaty i poszli polatać. Ale po szybkim zaklęciu kłującym rzuconym na dość delikatne miejsce w jego ciele, trzymał w dłoni miotełkę do kurzu, różdżkę schowaną mocno w kieszeni, a godność lekko nadszarpniętą.

— Tym razem posunęłaś się za daleko — mruknął z udawaną wściekłością. — Praca fizyczna? Naprawdę, Granger.

Wymachiwał miotełką, jakby go brzydziła. Był pewien, że jego dziadek tarzał się ze śmiechu w krypcie.

— Och, biedactwo — powiedziała Hermiona, nie podnosząc wzroku znad listem przypodłogowych. — Możesz mieć odciski. Tragedia.

Draco prychnął, zajmując się górnymi półkami, gdy Hermiona skupiła się na niższych. Po dokładnie sześciu minutach znudził się i zaczął delikatnie odkurzać jej czubek głowy.

Zamarła.

— Malfoy…

A potem wepchnął jej miotełkę prosto w twarz.

— Fuj! Fuj! — krzyknęła z ustami pełnymi piór. — W tym są pajęczyny!

Uderzyła go mocno w pierś swoją miotełką, a Draco roześmiał się, odskakując, jakby to był pojedynek.

— Tak jak w twoich majtkach — zadrwił, a jej oczy zabłysły.

Sapnęła z udawanym przerażeniem.

— Odszczekaj to!

Ale było za późno. Już przemykali przez salon z miotełkami, śmiejąc się niekontrolowanie i przewracając przy tym lampę.

Dzwonek do drzwi przerwał ich napędzany piórami pojedynek, a Draco, pragnąc uciec od koszmarów domowych porządków, dramatycznie rzucił miotełkę na najbliższy stół. Ruszyli razem do drzwi, Hermiona nieznacznie z przodu. Ponieważ zaklęcia ochronne nie zadziałały, wiedzieli, że to ktoś znajomy, ktoś zaufany.

Draco uchylił drzwi, żeby Hermiona mogła wyjrzeć. Ale zanim którekolwiek z nich zdążyło się odezwać, wielka dłoń objęła głowę Hermiony i szarpnęła ją do przodu. Draco potknął się, gdy ich złączone dłonie zostały pociągnięte za nią, a przez jego ciało przebiegł dreszcz paniki, aż w końcu udało mu się otworzyć drzwi i zobaczyć, kto przyszedł.

Cóż. Tak jakby zobaczył. Bo twarz, o której mowa, była bardzo zajęta uderzaniem o twarz Hermiony w pocałunku, który zdecydowanie nie był platoniczny.

— Blaise? — zapytał Draco wyższym niż zwykle głosem, gdy jego mózg próbował nadążyć.

Dlaczego Blaise całował Hermionę?

Chwila.

Och.

Och.

Blaise.

To był Blaise.

Jego Blaise. Jego kumpel od ponad dwudziestu lat. Wygadany, szykowny, wiecznie uśmiechnięty Blaise. To on był tym tajemniczym mężczyzną?

Blaise wciąż na niego nie patrzył, zbyt zajęty muskaniem kciukiem dolnej wargi Hermiony i mamrotaniem:

— Tęskniłem za tobą, Loczku.

Hermiona uśmiechnęła się do niego, zupełnie nie przejmując się przerażeniem Draco, który znieruchomiał.

W końcu Blaise przeniósł wzrok na Draco. Potem powędrował w dół, na ich złączone dłonie, po czym westchnął ze zrozumieniem.

— Ach. Wiadomość Theo teraz nabiera sensu. — A potem, z irytującym spokojem, uniósł różdżkę i powiedział: — Petrificus Totalus.

Draco nie zdążył nawet zaprotestować, zanim jego kończyny zamarły w pół ruchu. Gdy zatoczył się sztywno, opadając na plecy Hermiony, Blaise pochylił się i wyszeptał z samozadowoleniem:

— Zemsta to suka, Malfoy.

Cholera.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Powszechnie akceptowalną prawdą było, że Draco Malfoy w czasach Hogwartu był pretensjonalnym, dramatycznym, nieznośnym, małym gnojkiem. Nikt nie wiedział tego lepiej niż on sam. Właściwie, często bez problemu się do tego przyznawał.

Ale wojna, a zwłaszcza bycie po przegranej stronie, potrafiła ogołocić z arogancji nawet najbardziej zadufanego w sobie dziedzica czystej krwi. Obserwowanie cierpienia bliskich i lata spędzone na terapii zmusiły Draco do zmierzenia się z niewygodną prawdą: świat tak naprawdę nie kręci się wokół płaczliwego nastolatka z rodu Malfoyów.

Podjął decyzję o zmianie. Aby stać się lepszym. Aby zrobić coś znaczącego ze swoim życiem. Może nawet pozostawić świat nieco mniej okropnym niż wtedy, gdy do niego wszedł. Ale rozwój osobisty nie zmazał dawnych grzechów. I niestety, Draco doskonale wiedział, za co Blaise właśnie go przeklął.

Szósty rok.

Prawdopodobnie najgorszy rozdział w życiu Draco. Wyrok śmierci ukryty pod maską zadania. Nieproszony gość. Znak wbijający się w ramię niczym odliczanie. Szafa. Każdy dzień był koszmarem na jawie, a Draco, uginając się pod presją, atakował wszystko dookoła.

Odtrącał przyjaciół, traktował Pansy i połowę dziewczyn ze szkoły jak zabawki erotyczne, biorąc to, czego chciał, i nie dając nic w zamian. Był okrutny. Wściekły. Pusty. A pośród tego wszystkiego Blaise się zakochał.

Nazywała się Victoria Valentine i była Krukonką z siódmego roku, którą pomimo przynależności do jej domu, często można było spotkać w Pokoju Wspólnym Slytherinu w ścisłym gronie przyjaciół. Była olśniewająca. Burgundowe włosy zawsze idealnie komponowały się z jej szminką. Oczy miała tak ciemne, że wyglądały niemal na czarne. Miała krągłości, pewność siebie i ten rodzaj śmiechu, który sprawiał, że ludzie odwracali się za nią. Nie chichotała, zasłaniając usta dłonią jak większość idealnych czarownic czystej krwi; odrzucała głowę do tyłu i śmiała się, jakby świat jeszcze nie złamał jej ducha.

Nawet pogrążony we własnym nieszczęściu, Draco to zauważył. Widział, że Blaise zawsze był w Pokoju Wspólnym, gdy ona tam przebywała. Jak jego sesje nauki w bibliotece w jakiś sposób zbiegały się z jej. Jak kiedyś, idąc korytarzem, Draco przyłapał ich na rozmowie. Zazwyczaj nieprzenikniona twarz Blaise’a lekko się zaróżowiła, gdy powiedział coś, co rozbawiło Victorię w ten niepohamowany, wspaniały sposób.

Draco wiedział, że Blaise jest zauroczony.

I z jakiegoś okropnego powodu postanowił to zepsuć.

Jako świeżo upieczony Śmierciożerca, pomysł uwiedzenia czarownicy półkrwi powinien być odrażający. Co zabawne, nigdy nawet nie przeszło mu to przez myśl. Nie dlatego to zrobił. Nigdy nie chodziło o krew.

Zaczęło się niewinnie. Od przelotnego spojrzenia, gdy ich oczy się spotkały po drugiej stronie Pokoju Wspólnego. Ot tak podarował jej czekoladową żabę, gdy czekała na przyjaciół. Znał kroki, to był taniec, który dawno opanował. Mechaniczny. Zimny. Robił to, żeby dostać to, czego chciał, a nie dlatego, że sprawiało mu to radość. I wiedział, że jest atrakcyjny. Dziewczyny rzucały się na niebezpieczeństwo, a Draco wcześnie nauczył się, jak wykorzystywać urok do walki.

Wkrótce Victoria Valentine zaczęła o niego wypytywać, szukając pretekstów, by z nim rozmawiać na korytarzach, ustawiając się w jego polu widzenia w bibliotece. Uważała, by nie robić tego, gdy Blaise był w pobliżu. Ale Draco zawsze to zauważał.

Wciągnął ją do schowka na miotły na trzecim piętrze i pocałował bez tchu, przez co spóźniła się na zajęcia. Była niecierpliwa, niedoświadczona i przez chwilę, tylko przez chwilę, coś poczuł. Winę? Żal? To nie miało znaczenia. Jak wszystko inne w tym roku, stłumił to w sobie, zakopał głęboko pod odrętwieniem.

Nad Czarnym Jeziorem szeptał jej do ucha wszystkie właściwe słowa. Te, które miały sprawić, że się zarumieni, skłonić ją do pocałunku z większą żarliwością niż wahaniem. Błagał ją, delikatnie, słodko, by spotkała się z nim w Pokoju Wspólnym o północy. Jako prefekt miała więcej swobody niż większość. Zgodziła się, a jej oczy błyszczały nerwowym podnieceniem.

A Draco się uśmiechnął, bo tylko tego potrzebował.

Blaise, nieświadomy tego, co się dzieje, wciąż był zauroczony. Draco obserwował, jak śledzi każdy ruch Victorii, jak jego twarz rozjaśnia się, gdy się śmieje, jak zmienia się w papkę, gdy do niego mówi. Draco uważał, żeby się do niej nie odzywać, gdy Blaise znajdował się w pobliżu. Trzymał się na dystans. Budował iluzję. Grał na dłuższą metę.

Tej nocy, gdy zamek ucichł, Draco sprawił, że Blaise nadal przebywał w Pokoju Wspólnym. Rozmawiali o najnowszym mężu jego matki, numerze pięć. Pięć minut przed północą Draco wstał, poprawił rękawy, wyciągnął różdżkę i bez wahania rzucił na Blaise’a Petrificus Totalus.

Klątwa powaliła go jak kamień.

Draco spokojnie uniósł go na fotel naprzeciwko kanapy, który stał w głębokim cieniu i rzucił zaklęcie Kameleona, a dla lepszego efektu zaklęcie z serii tych nie zwracaj na mnie uwagi. Następnie podszedł do drzwi i otworzył je, by zastać Victorię czekającą, zarumienioną i podekscytowaną.

Wprowadził ją do środka, posadził na kapanie naprzeciwko niewidzialnej, unieruchomionej postaci Blaise’a i zaczął robić wszystko, o czym wiedział, że Blaise kiedykolwiek marzył. Powoli. Rozważnie. Ostrożnie. Był o wiele bardziej uważny niż kiedykolwiek z jakąkolwiek inną dziewczyną, bo nie chodziło o Victorię. Chodziło o Blaise’a.

Upewnił się, że Blaise usłyszy każdy jęk, widzi każdy centymetr skóry odsłonięty w słabym świetle ognia. A kiedy skończył, odprowadził ją do drzwi z uroczym uśmiechem, mając zamiar nigdy więcej z nią nie rozmawiać.

W drodze powrotnej do łóżka minął Blaise’a, wciąż spetryfikowanego, i uśmiechnął się ironicznie.

Następnego ranka obudził go cios pięścią w twarz.

Blaise spuścił mu łomot.

Draco nie bronił się. Pozwolił, by to się stało. Leżał zwinięty na podłodze w dormitorium, podczas gdy Blaise kopał, bił i krzyczał, domagając się wyjaśnień. Draco nie miał odpowiedzi. Po prostu to znosił. Każdy cios. Każde bolące uderzenie. I pośród tego wszystkiego, zdał sobie sprawę, że dobrze było coś poczuć.

Tego dnia Blaise opuścił Hogwart i wrócił dopiero w następnym semestrze.

Victoria uderzyła Draco w twarz na oczach wszystkich w Wielkiej Sali, kiedy się o tym dowiedziała. Ledwo drgnął.

Nie obchodziło go to.

Po wojnie i niezliczonych sesjach z terapeutą na temat tego incydentu, Draco w końcu przeprosił Blaise’a.

Od tamtej nocy nie mieli ze sobą zbyt wiele kontaktu, mimo że obracali się w tym samym kręgu towarzyskim. Kiedy się spotkali, Blaise ponownie zapytał:

— Dlaczego?

Draco udzielił szczerej odpowiedzi.

— Wciąż nie wiem na pewno, myślę, że chciałem, żeby wszyscy cierpieli tak samo mocno jak ja — powiedział. — Bardzo tego żałuję.

I rzeczywiście tak było. Wiedział, że odepchnął wszystkich tamtego roku, dręczony poczuciem winy, strachem i nieznośnym ciężarem oczekiwań. Może, na jakimś etapie, odepchnął też Blaise’a, przecinając ostatnie nici, które łączyły go z czymkolwiek dobrym.

Blaise przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, zanim zapytał:

— Nadal jesteś tamtym chłopakiem, Draco?

Draco nie wahał się.

— Każdego dnia staram się być jego lepszą wersją. Czasem mi się to udaje. Czasem nie.

Blaise skinął głową i od tego momentu zaczął się formować niepewny rozejm, kruchy, ale prawdziwy. Powoli, ostrożnie, rozejm ten przerodził się w przyjaźń. Blaise zaczął ponownie pojawiać się w jego życiu, odpowiadając na zaproszenia, wysyłając od czasu do czasu sowę. A kiedy czyny Draco konsekwentnie pokrywały się z jego słowami, kiedy jego oddanie przyjaciołom, rodzinie i pracy stało się jasne, coś zaskoczyło. Ten ostateczny mur między nimi runął.

Draco wiedział, że nic nie zrekompensuje tego, co zrobił.

Ale i tak spróbował.

Posłuchał rady terapeuty i odnalazł Victorię. Jej rodzina uciekła do Kanady podczas wojny, a on, dzięki starannym metodom, znalazł adres. Napisał do niej list — nie po to, by się usprawiedliwić, nie po to, by prosić o wybaczenie, ale po prostu, by przeprosić. Naprawdę przeprosić. Zabrał jej coś, co nigdy nie należało do niego. Jego list był długi i szczery.

Jej odpowiedź była krótka.

Nie pisała o przebaczeniu. Napisała jednak, że cieszy się, że Draco otrzymuje pomoc i chciała mieć pewność, że nigdy, przenigdy nie wróci do starych nawyków.

Draco czytał ten wers więcej razy, niż mógł zliczyć.

I za każdym razem przypominało mu to, dlaczego nigdy więcej nie będzie tamtym chłopakiem.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Blaise lewitował Draco na kanapę, anulując zaklęcie unieruchamiające na tyle długo, by przywrócić go do pozycji siedzącej, po czym natychmiast ponownie go spetryfikował. Draco, sztywny i zrezygnowany, w głębi duszy czuł, co się wydarzy.

Blaise zwrócił uwagę na Hermionę, delikatnie prowadząc ją, by usiadła obok Draco. Ich złączone dłonie wylądowały niezgrabnie w wąskiej przestrzeni między nimi na poduszce, namacalnie przypominając Draco o tym, że nie może uciec. Blaise uklęknął między jej kolanami i pocałował ją ponownie; namiętnie, zaborczo.

Hermiona zaśmiała się cicho i spojrzała na Draco z ukosa.

— Zemsta? Naprawdę, Blaise? — zapytała, unosząc brew.

Ten skinął głową z zadowoleniem.

Wtedy Draco wszystko zrozumiał.

Hermiona wiedziała.

Blaise musiał jej powiedzieć. O Victorii. O wszystkim. O jednym z największych wstydów w jego życiu, a nie powiedział jej o tym ani słowa. A jednak była tam, wiedziała i wciąż siedziała obok niego, z palcami luźno splecionymi w jego dłoni.

— Wiesz, to nie to samo — powiedziała delikatnie Hermiona. — On nie kocha mnie tak, jak ty ją.

Blaise pocałował ją ponownie, tym razem wolniej, po czym odwrócił się do Draco, krzyżując spojrzenia i wytrzymując je jako wyzwanie.

Hermiona miała oczywiście rację. Draco nie kochał jej w ten sposób.

Kochał ją jak najlepszą przyjaciółkę. Jak swoją ulubioną osobę. Jak kogoś, kto wiedział, jaką herbatę lubi i kiedy ma się zamknąć i po prostu z nim posiedzieć. Jak siostrę, cóż, nie siostrę, to wydawało się bardzo nie na miejscu, biorąc pod uwagę niemal codzienne sny, do których absolutnie nigdy się nie przyznawał.

Ale nie tak, jak myślał Blaise.

Był zaręczony, na Merlina.

Dlaczego więc jego żołądek ścisnął się, jakby połknął tłuczka?

I dlaczego czuł się tak, jakby Blaise właśnie wygrał grę, o której istnieniu Draco nawet nie wiedział?

Z pozycji wyprostowanej i naładowanej złością, ze wzrokiem skierowanym przed siebie, Draco był niezwykle wdzięczny, że nie widział Hermiony. Dzięki Merlinowi. Niestety, widział Blaise’a klęczącego między jej kolanami tuż za krawędzią pola widzenia, co oznaczało, że musiał skupić się na jednym ratunku w pokoju: mugolskiej telewizji.

Film dokumentalny o dinozaurach, wciąż cicho wyświetlany na ekranie, był jedyną rzeczą, która dzieliła go od całkowitego załamania psychicznego.

Skupił się intensywnie na stadzie stegozaurów pasących się spokojnie na bujnej, prehistorycznej łące, zupełnie nieświadomych, że w pobliskich drzewach czai się stado drapieżników.

Z boku dobiegł do charakterystyczny szelest przesuwających się ciał i cichy chichot. Draco wzdrygnął się.

Rozpaczliwie próbował rzucić werbalne zaklęcie Bąblogłowego. Niestety, jak to w życiu bywa, wciąż nie był w tym tak dobry jak Hermiona.

Kątem oka zobaczył, jak Blaise porusza nogami Hermiony, przysuwając bliżej siebie. Słyszał kolejne pocałunki.

Fuj.

Obrzydliwe.

No, nie obrzydliwe, po prostu obrzydliwe, bo był to Blaise, a nie…

Czekaj, nie.

Nie podążam tym tokiem myślenia.

Jego wzrok znów powędrował na telewizor, jakby to była kwestia życia i śmierci. Dinozaury, przypomniał sobie stanowczo. Uwielbiasz dinozaury.

Wczepił się w obraz ociężałego ankylozaura wymachującego potężnym ogonem w stronę drapieżnika. Dobry okaz. Ten miał kręgosłup. W przeciwieństwie do Draco, który właśnie zamarł niczym dekoracyjny wieszak na ubrania.

Nikt go nie uczył o dinozaurach, kiedy dorastał, nie było one częścią zatwierdzonego programu edukacji domowej dla czarodziejów czystej krwi, ale i tak się w to wkręcił. Planował z Hermioną obejrzeć w przyszłym tygodniu mugolską produkcję o parku rozrywki z dinozaurami. Pożyczyła DVD od Pottera i Draco był bardzo podekscytowany. Miał nadzieję, że będzie równie ekscytujący, jak ten o Jamesie Bondzie. Najlepiej z mniejszą liczbą scen seksu, chociaż w sumie bardzo mu się podobały, więc może tyle samo? Czy wszystkie mugolskie filmy mają sceny seksu?

Nie, przestań myśleć o seksie. Draco zganił się w duchu.

Przemknęła mu przed oczami smuga materiału. Czy to… czy to były legginsy Hermiony?

O, Merlinie.

DINOZAURY, krzyknął w duchu.

DINOZAURY.

STEGOZAUR.

TRICERATOPS.

T-REX.

COKOLWIEK TYLKO NIE TO.

A potem zdyszany i rozbawiony głos Hermiony.

— Czy mogę rzucić na niego zaklęcie Bąblogłowego?

— Nie — mruknął Blaise. — On cię nie widzi, Loczku, ale cię słyszy.

Oczywiście, że słyszał. I czuł jej emocje przez ich złączone dłonie, wciąż spoczywające na poduszce między nimi. Najwyraźniej dobrze się bawiła, lekkie zaciśnięcie jej palców i sporadyczne drżenie na jego dłoni, fala przyjemności spływała przez nią do niego. Co robił Blaise?

Nie, czekaj, skup się.

Draco mocniej wbił wzrok w ekran.

DINOZAURY. DINOZAURY. DINOZAURY. To T-Rex. Doskonale. Pomyśl o jego maleńkich ramionach. Pomyśl o tym, że nigdy nie byłby w stanie odpiąć stanika, w przeciwieństwie do Blaise’a, który najwyraźniej potrafił to zrobić jedną ręką, podczas gdy druga była… zajęta.

Coś miękkiego przeleciało mu przed oczami. Czy to… czy to majtki Hermiony?

Próbował krzyczeć, ale niestety, sparaliżowało go przerażenie.

To miał być bardzo, bardzo długi dokument.

Po tym, co wydawało się wiecznością w bardzo sztywnym, bardzo straumatyzowanym ciele Draco, w końcu się ubrali. Blaise usiadł na kanapie z Hermioną na jego kolanach, a dłonie Draco i Hermiony, wciąż złączone, niezgrabnie spoczywały na poduszce między nimi. Hermiona wyciągnęła nogi na kolana Draco, na szczęście znów w pełni ubrana, co wydawało się jednocześnie niezwykle normalne i zupełnie niestosowne w tych okolicznościach.

Film dokumentalny o dinozaurach wciąż leciał, ale Draco przestał udawać, że interesują go prehistoryczni roślinożercy. Zamiast tego był skupiony na ich rozmowie, nie żeby miał wielki wybór.

— Chciałbym, żebyś to przemyślała — mruknął Blaise.

Hermiona westchnęła, jej głos był miękki i ciężki, niczym żal owinięty w przeprosiny. Draco poczuł, jak coś ściska go w piersi.

— Blaise… — zaczęła. — Nie mogę dać ci tego, czego chcesz. Tego, na co zasługujesz. Przepraszam.

Jej głos został stłumiony, prawdopodobnie wtuliła się w pierś Blaise’a.

— Wiem. Nie można winić faceta za to, że próbuje — odpowiedział delikatnie.

O czym oni, do cholery, mówili?

— Rozmawiałeś z Giulią? Byłaby dobrym dopasowaniem — powiedziała Hermiona.

— Tak — odpowiedział Blaise. — Z chęcią przystąpi do zaręczyn. Pasujemy do siebie. Dobrze się dogadujemy. Moje nazwisko pomoże jej w pracy we Włoskim Ministerstwie Magii, a rodzinne interesy dobrze się układają.

Zaręczyny? Draco zamrugał. Blaise się zaręczał?

— Chociaż chciałem, żebyś to była ty — dodał cicho Blaise.

— Przepraszam — wyszeptała Hermiona, a Draco usłyszał, jak pociąga nosem. Odchrząknęła i dodała: — Kiedy podpisujecie?

— Matka chce, żeby wszystko było sfinalizowane przed moimi urodzinami. Więc w przyszłym tygodniu. Przyjście tutaj było moją ostatnią szansą. Giulia wie, poprosiła nawet o dodanie klauzuli, która pozwoli na wejście trzeciej osoby do małżeństwa, gdybyś… zmieniła zdanie.

Hermiona zaśmiała się łzawo.

— Cóż, jak Giulia coś sobie wmówi…

Zaśmiali się cicho, z taką intymnością, jakiej Draco nigdy wcześniej między nimi nie dostrzegał.

— Tak jak wtedy w winnicy — mruknął Blaise. — Uparła się, by zaciągnąć cię do naszego łóżka.

Hermiona zanuciła.

— To była świetna zabawa.

— Najlepszy tydzień w moim życiu — powiedział Blaise bez wahania.

— To dobry wybór — rzekła Hermiona po chwili. — Ty i Giulia. Będziecie szczęśliwi. Rozumiecie się. Oczekujecie tego samego od zaaranżowanego małżeństwa.

— Byłbym szczęśliwszy z tobą.

Draco usłyszał łamiący się głos, gdy odpowiedziała:

— Bardzo przepraszam, Blaise. Chyba coś jest ze mną nie tak… bo nie czuję tego samego.

— Nie jesteś zepsuta, Loczku — powiedział delikatnie. — Po prostu nie możesz dać mi czegoś, co jest zarezerwowane dla innego.

— Nie jestem w nikim zakochana — odparła szybko Hermiona, broniąc się.

— Aha — wymamrotał bez przekonania.

— Nie możemy już się tak spotykać — dodała cicho. — Ale… nadal jesteśmy przyjaciółmi, prawda?

— Oczywiście — rzekł. — I nie żartuję z tą klauzulą. Więc jeśli… coś nie wypali, Giulia i ja z radością cię przyjmiemy.

Hermiona nie odpowiedziała. Draco dostrzegł kątem oka, jak przykłada dłoń Blaise’a do swoich ust i całuje ciepłą skórę.

— Umówiłem się z Theo na lunch, lepiej już pójdę — powiedział Blaise. Zawahał się jednak na chwilę i dodał cichym szeptem, którego Draco ledwo dosłyszał: — Powinnaś coś powiedzieć, zanim będzie za późno.

Nie usłyszał cichej, stłumionej odpowiedzi Hermiony.

Blaise wyplątał się z jej uścisku i wstał, po czym pochylił się, by złożyć czuły pocałunek na czubku jej głowy. Zamknął na chwilę oczy, wziął głęboki oddech i podszedł do drzwi.

— Pa, Loczku.

Drzwi zamknęły się cicho za nim.

Hermiona uniosła różdżkę i zdjęła z Draco zaklęcie. Bez słowa osunęła się na niego, opierając głowę na ramieniu.

Chociaż technicznie rzecz biorąc, Draco wciąż nie mógł się ruszyć.

Blaise poprosił Hermionę o rękę?

Kochał ją?

Sposób, w jaki do niej mówił, trzymał ją, patrzył na nią — oczywiście, że tak. Jak to możliwe, że Draco tego nie zauważył?

I dlaczego nie powiedziała „tak”?

Nie rozumiał. Blaise był wszystkim, czego kobieta może pragnąć. Był czarujący, odnoszący sukcesy, przystojny, oddany. Dlaczego ona go nie kochała?

Opuścił głowę, by delikatnie oprzeć się o głowę Hermiony, wciąż spoczywającą na jego ramieniu, i lekko ścisnął jej dłoń.

Siedzieli tak w milczeniu, obserwując dinozaury wędrujące po ekranie, oboje pogrążeni we własnych, wirujących, niewypowiedzianych myślach.

______________

Witajcie :) zapewne nikt z Was się nie spodziewał, że Hermiona romansuje z Blaise'em? Dla mnie to był mega szok, a ten rozdział to istna komedia i walka Draco z samym sobą. Idealny na weekend. Dajcie znać jak wrażenia!

Jeśli chodzi o kolejne rozdziały to intensywnie nad nimi pracuję. Chciałabym w najbliższym czasie opublikować wszystkie, ale prawdopodnie będę dodawać po dwa lub trzy. Także oczekujcie, bo jeszcze wiele komicznych scen przed nami.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego weekendu! Enjoy!