[T] To, co jest między nami: Jesteśmy ocalałymi, nie idiotami

poniedziałek, 4 maja 2026

Witajcie :) w poniedziałkowe przedpołudnie zapraszam na nowy rozdział tłumaczenia. Będziemy świadkami dwóch poważnych rozmów, także miłej lektury!

Na kolejny rozdział zapraszam za dwa tygodnie. Enjoy!

______________


Październik 2004

 

Azkaban był surowym i bezlitosnym miejscem. Otoczona mrocznym Morzem Północnym forteca stała niewzruszenie przez burze i wieki. Bez chmury niezliczonych dementorów, które ją nawiedziały, wyglądała na samotną i niemal opuszczoną. Draco poczuł ucisk w piersi na jej widok.

Punkt aportacji dla gości znajdował się na molo, gdzie zaklęcia chroniły wąskie przejście przed wzburzonym morzem. Po dotarciu na miejsce Draco musiał podać swoje nazwisko, oddać różdżkę i podążać za strażnikami, którzy zaprowadzili go do mrocznej, strzelistej budowli na wyspie.

Pamiętał, jak po raz pierwszy zobaczył Azkaban z tej perspektywy, kiedy go wypuszczono. Gdy przywieziono go na wyspę jako więźnia, miał na głowie opaskę. Ale kiedy stanął w punkcie aportacyjnym, z rozczochranymi włosami i swędzącą brodą, obok Shacklebolta, patrząc w górę na mroczną fortecę, która była jego rezydencją przez dwa lata, przysiągł sobie, że nigdy więcej nie postawi tam stopy.

Od tamtej pory widział ojca tylko dwa razy. Dwa razy w ciągu ponad trzech lat. Świadomość, że matka odwiedzała to miejsce raz w miesiącu, przyprawiała go o dreszcze. Może, pomyślał, z czasem było łatwiej.

Poprowadzono go wąską ścieżką w stronę ponurej budowli. Zbliżając się, dostrzegł ciemne zsuwnie, którymi trumny zrzucano do morza. Jakże ponury pogrzeb za jeszcze bardziej ponury los. To z pewnością będzie mu się śniło po nocach. Idąc dalej, w końcu dotarł do drzwi, które z daleka wyglądały na maleńkie, ale z bliska okazały się ogromne. Stamtąd poprowadzono go ciemnymi i wąskimi korytarzami fortecy, a potem do celi odwiedzin. Strażnicy rzadko na niego patrzyli, a gdy już to robili, dostrzegał w ich oczach pogardę. Uważali, że jego wcześniejsze zwolnienie było niesprawiedliwe, nawet jeśli doszło do tego lata temu. Bez pomocy Shacklebolta Draco nadal gniłby w jednej z tych cel.

Ojciec siedział wychudzony na krześle przy stole; jego włosy straciły blask, policzki zapadły się, a cienie pod oczami były wręcz przerażające. Nawet szare tęczówki zmatowiały, ale uśmiech, choć słaby, rozświetlał jego twarz, gdy Draco wszedł do celi.

Westchnął głęboko, a w oczach pojawiły się łzy.

— Draco, mój chłopcze.

— Ojcze — przywitał się Draco i dwornie skinął głową.

Gdy siadał, Lucjusz sięgnął po jego dłonie swoimi kościstymi, cienkimi palcami. Były zimne i wilgotne.

— Jak dobrze, że przyszedłeś — powiedział ochrypłym, wyraźnie od dawna nieużywanym głosem.

Klatka piersiowa Draco ścisnęła się jeszcze bardziej i zacisnął ręce na zimnej dłoni ojca.

— Jak się miewasz? Nie wyglądasz najlepiej. Karmią cię? Dobrze śpisz?

Lucjusz prychnął i machnął lekceważąco ręką.

— Jestem utrzymywany przy życiu i chyba tylko to się liczy.

— Bzdura. — Draco zjeżył się i zacisnął szczękę. — To więzienie, a nie sala tortur.

— Draco, nie martw się o mnie — powiedział. — Dam sobie radę.

Zmrużywszy oczy, Draco zwrócił się do strażnika.

— Czy mój ojciec może dostać koc? Jest tu zimno.

— Nie — mruknął strażnik.

Zgrzytając zębami, Draco wstał, mimo sprzeciwu Lucjusza.

— Żądam koca albo płaszcza dla mojego ojca. Jest zimno i wilgotno, może się rozchorować. Zrób to, albo osobiście dopilnuję, żeby Minister Magii został poinformowany o złych warunkach panujących w tym więzieniu.

Strażnik westchnął ciężko, zawahał się przez chwilę, a potem warknął rozkaz, żeby jego współpracownik przyniósł wełniany koc. Odwracając głowę przez ramię, wycedził:

— Zadowolony?

— Tak — mruknął. — Dziękuję.

— Pieprzony Śmierciożerca.

Zaciskając szczękę, Draco usiadł, odchylił się do tyłu i skupił wzrok na ojcu.

— Chciałeś mnie widzieć.

Lucjusz zmarszczył brwi i westchnął.

— Nie widziałem cię od ponad roku, Draco. Dobrze wyglądasz. Silny i zdrowy.

Skinął głową.

— Tak.

Lucjusz uśmiechnął się blado.

— A jak się czuje twoja matka?

— Ma się dobrze — odparł. — Oczywiście tęskni za tobą. Oboje tęsknimy.

— Czyżby? — Oczy Lucjusza znów się zaszkliły i niemal popłynęły łzy. — Naprawdę za mną tęsknisz?

Draco westchnął głęboko.

— Ojcze, wiesz, że cię kocham. Nie chcę znowu o tym rozmawiać. Znak jest na swoim miejscu i żaden z nas nie ma na to wpływu.

Lucjusz zamrugał i skinął głową, a po jego zapadniętym policzku spłynęła samotna łza.

— Wiem, synu. Wiem.

— Ruszyłem dalej — powiedział Draco, poprawiając mankiety.

— Tak. — Lucjusz skinął głową. Wyprostował się, położył obie dłonie na stole i wziął oddech, jakby chciał coś powiedzieć, ale zmarszczył brwi w zamyśleniu, zanim zrobił to ponownie. — A jak w pracy?

Draco skinął głową.

— Dobrze. Aresztowaliśmy Rowle’a jakiś czas temu.

Lucjusz prychnął.

— Co za błazen. Dobrze by było się go pozbyć.

— A teraz ścigamy Greybacka — oświadczył, patrząc na ojca.

Lucjusz wydął górną wargę, marszcząc nos, jakby wyczuł coś niemiłego. Nigdy nie lubił Greybacka, a jeszcze mniej podobało mu się, że ten pies przebywał w jego domu.

— Świat byłby lepszy bez takich jak on.

Unosząc brew, Draco uśmiechnął się szyderczo.

— Takich jak on, czyli… wilkołaków?

Ojciec przewrócił oczami.

— Zawsze szybko oceniacie moje słowa jako najgorsze — nie, idioci.

Draco zaśmiał się i skinął głową.

— Zanotowałem.

Starszy czarodziej otrząsnął się z podartych szat i powiedział:

— Czytałem ostatnio opublikowane artykuły o tobie i pannie Granger.

Draco zacisnął szczękę i spojrzał obojętnie na ojca. Spodziewał się tego.

— I co w związku z tym?

— Więc to prawda? — zapytał Lucjusz. — Zabiegasz o nią?

Drzwi celi się otworzyły, a strażnik rzucił na podłogę szary, podarty, wełniany koc.

— Twój cholerny koc. — Drzwi celi zatrzasnęły się ponownie, ale dosłownie chwilę po tym dwaj Malfoyowie usłyszeli, jak strażnik mamrocze pod nosem: — Palant.

Draco wstał, aby rzucić bezsłowne i bezróżdżkowe Muffiato. Strażnicy nie musieli podsłuchiwać ich prywatnej rozmowy o jedynej i niepowtarzalnej Hermionie Granger. Podniósł koc, po czym delikatnie narzucił go na chude ramiona ojca. Wcześniej był tak majestatycznym mężczyzną; Draco odziedziczył po nim posturę i budowę, a widok go w takim stanie, wychudzonego i kruchego, rozdzierał serce.

— No więc? — zapytał ponownie.

— Nie — mruknął Draco i usiadł z powrotem. — Nie zabiegam o nią.

— Ale twoja matka była tego pewna, kiedy ostatni raz ją widziałem — powiedział Lucjusz. — Twierdziła, że jesteś nią całkowicie zauroczony.

Draco zamrugał powoli i potarł brodę.

— A co jeśli jestem? Co byś na to powiedział?

Lucjusz zacisnął usta w cienką linię, jego spojrzenie było stanowcze. Po chwili odchylił się na krześle i założył nogę na nogę, poprawiając materiał spodni.

— Cóż, przed nią podobały ci się o wiele głupsze dziewczyny. I nie jestem tym specjalnie zaskoczony. Zawsze zwracałeś na nią szczególną uwagę, choć próbowałeś to ukryć pod maską pogardy.

— To szlama — mruknął Draco i zmrużył oczy.

Ojciec uniósł brew.

— Naprawdę?

— Wiesz, że tak jest. Ciotka Bella nawet ją napiętnowała tym słowem.

— Nazywasz ją tak?

Draco nagle poczuł wstyd, jakby był chłopcem, którego przyłapano na robieniu czegoś zakazanego. Przełknął ślinę, a w piersi zacisnął mu się supeł.

— Nie.

Cóż, przynajmniej nie publicznie. Nie w prawdziwym tego słowa znaczeniu.

— Uważasz, że jej krew jest brudna? — dopytywał, oglądając swoje postrzępione paznokcie.

— A ty? — odparł Draco.

Lucjusz podniósł wzrok. Pomimo wychudzonej twarzy, wciąż był arystokratą. Wciąż Malfoyem.

— To, w co wierzę, nie ma znaczenia. To nie ja jestem zauroczony tą dziewczyną.

— Mimo wszystko chciałbym wiedzieć — wycedził Draco. — Jeśli chciałbym być z nią, muszę wiedzieć, czy moja rodzina ją zaakceptuje.

— Więc zalecasz się do niej?

Lucjusz skinął na niego głową.

— Nie. — Draco zmarszczył brwi, ale spojrzenie ojca sprawiło, że prędko odzyskał rezon. — Granger i ja jesteśmy sobie bardzo bliscy, to prawda, ale zaloty nie wchodzą w grę.

— Dlaczego nie? — zapytał niemal oskarżycielskim tonem.

Draco westchnął z frustracją i spiorunował ojca wzrokiem.

— Naprawdę myślisz, że chciałaby mieć cokolwiek wspólnego z naszą rodziną, z tym nazwiskiem? Naprawdę myślisz, że po tym wszystkim chciałaby się utożsamić z takimi jak my? Myślisz, że chce się wżenić w rodzinę, która ją torturowała i napiętnowała?

— Ale ty jesteś inny, mój chłopcze! — syknął Lucjusz i pochylił się nad stołem. — Jesteś porządny i dobry, zawsze taki byłeś! Zawsze byłeś najlepszym z nas.

Draco prychnął, myśląc o krwi, którą miał na rękach, o mroku, który krył w sercu. Odebrał życie tak wielu ludziom i torturował jeszcze więcej — celowo. Nie był dobrym człowiekiem, choć robił to z dobrych powodów. Był narzędziem, złowrogą bronią w obliczu dobroci Shacklebolta. Twierdzenie, że jest przyzwoity i dobry, było niczym więcej niż mirażem.

Wyciągając szyję, mruknął:

— Czemu mam wrażenie, że próbujesz mnie przekonać, żebym się do niej zalecał, zamiast żebym starał się o twoją aprobatę?

Lucjusz westchnął głęboko i machnął lekceważąco ręką.

— Bo mam dość słuchania narzekań twojej matki, że nie znalazłeś miłości. Przedstawiła ci tuzin potencjalnych żon, ale żadna nie przypadła ci do gustu. Wiem, że jesteś jeszcze młody i że chcesz żyć swobodnie jeszcze przez kilka lat, że masz mnóstwo czasu na znalezienie partnerki, ale nie możesz żyć jak beztroski kawaler zbyt długo. Nie wiem, jak długo tu wytrzymam, a kiedy umrę, twoja matka zostanie sama. Przynajmniej jeden z nas może coś dla niej zrobić, i mam na myśli ciebie oraz potencjalnego wnuka, którym Narcyza mogłaby się zająć, a jeśli chcesz by był mugolskiego pochodzenia, to ożeń się z nią i miejmy to z głowy.

Draco gapił się na ojca, nie wiedząc, czy czuć się obrażonym, czy zaskoczonym. Być może jedno i drugie. Marszcząc brwi w zamyśleniu, pogłaskał się po brodzie.

— Załóżmy więc, że się z nią ożenię i że da mi dziedzica. Czy nie uznałbyś wtedy rodu Malfoyów za splamionego?

Lucjusz westchnął i otrzepał z kolana niewidzialny pyłek.

— Przyznaję, że miałem nadzieję, iż poślubisz czarownicę czystej krwi, ale żebracy nie przebierają w środkach. Próbowaliśmy zaaranżować twoje małżeństwo, lecz udało ci się z tego wywinąć.

— To Astoria zerwała — odparł Draco.

Lucjusz spojrzał na niego surowo.

— Czy uważasz mnie za tak tępego, że uwierzę, iż dziewczyna Greengrassów dobrowolnie zerwałaby bardzo korzystny kontrakt małżeński z dziedzicem Malfoyów?

Draco przyjrzał się swoim paznokciom.

— Ona się mnie boi. Nic na to nie poradzę.

Ojciec prychnął.

— Tak, w to mogę uwierzyć. — Patrząc na niego znacząco, dodał: — Lepiej uważaj, synu. Zawsze wiedziałem, że twoja ciotka i wuj stanowią zły wpływ, ale chyba wszyscy byliśmy tak pochłonięci tym, co się działo, że nie zastanawialiśmy się nad konsekwencjami.

Błysk gniewu, tęsknota czy pogarda? Coś mignęło na twarzy Draco, który ze zniecierpliwieniem przesunął językiem po zębach.

— Bella i Rudolf nie mogli pielęgnować czegoś, co już nie istniało.

— Wiem — mruknął Lucjusz. — Dlatego musisz być ostrożny.

Kipiał gniewem. Znak pulsował; miał wrażenie, że rozmawiał z ojcem setki razy i zawsze kończyło się tak samo. Lucjusz mówił, że żałuje, iż wciągnął młodego syna w wewnętrzne kręgi, że pozwolił mu przyjąć Znak, a potem tłumaczył się, że tak naprawdę nie miał wyboru, że Czarny Pan go do tego zmusił. Draco odpowiadał, że rozumie, że wszyscy po prostu próbują jakoś przetrwać, że to, co się stało, się nie odstanie, ale chciał wiedzieć, dlaczego ojciec nie postarał się bardziej, aby go chronić. Miał przecież zaledwie piętnaście lat, kiedy ciotka zaczęła go uczyć Czarnej Magii. Wtedy Lucjusz płakał, pogrążając się w nienawiści do samego siebie i żalu, a Draco musiał w kółko powtarzać: Zawsze będę cię kochał, ojcze, aż mężczyzna się uspokoił. Nigdy jednak nie odpowiedział na to pytanie.

Słysząc go teraz, jak namawia Draco do ostrożności, jakby od zawsze wiedział, co może się stać, jeśli ktoś taki jak on przyjmie Znak, poczuł narastającą wściekłość. Nigdy nie otrzymał prawdziwej odpowiedzi i wiedział, że to pytanie będzie dręczyć go aż do śmierci. Dlaczego ojciec go nie chronił? Dlaczego nie zabraniał mu chodzić na zgromadzenia? Dlaczego pozwolił Bellatrix nauczyć go tak mrocznych mocy?

Draco wziął głęboki wdech, starając się zignorować palącą potrzebę odpowiedzi — bo i tak żadnej by nie otrzymał.

— Wracając do tematu — mruknął. — Gdybym poślubił Granger i gdybyśmy mieli dzieci, czy uznałbyś naszą rodzinę za splamioną?

Lucjusz przewrócił oczami i westchnął.

— Draco, ten tok rozumowania jest nudny, ale rozwieję twoje wątpliwości. Odpowiedź brzmi — ku twojemu wielkiemu zaskoczeniu, jak mniemam — nie. Nie, ród Malfoyów nie zostałby splamiony. I nie, nie obchodzi mnie to zbytnio. Każde dziecko urodzone w takim związku byłoby Malfoyem, a magia naszej rodziny pozostałaby nietknięta. — Westchnął ponownie. — Możesz być zaskoczony, słysząc to, ale nasza rodzina nie jest całkowicie czystej krwi. To wizerunek, fasada, postawa bardziej niż fakt.

Draco zmarszczył brwi.

— Co masz na myśli?

— To starożytny ród, Draco — wyjaśnił Lucjusz. — Starszy niż sama Anglia. Przetrwaliśmy i utrzymaliśmy się w sile przez ponad tysiąc lat dzięki czarodziejom półkrwi. Przed wprowadzeniem Statutu Tajności prosperowaliśmy wśród mugolskiej szlachty, nasz majątek opierał się na mugolskich przedsiębiorstwach, a dzięki magicznemu potomstwu półkrwi, mugolakom, a nawet mugolom, uniknęliśmy kazirodztwa. Gdybyś poślubił najbardziej wpływową czarownicę mugolskiego pochodzenia w całej Wielkiej Brytanii, nie zrobiłbyś niczego, co nie pasowałoby do rodu Malfoyów. Jesteśmy ocalałymi, nie idiotami.

Zaskoczony, a może nawet nieco zdezorientowany, Draco skrzyżował ramiona i odchylił się do tyłu.

— Więc powitałbyś ją jako synową?

— Z otwartymi ramionami — oświadczył. — Ale wątpię, żeby tego ode mnie chciała. Pytanie jednak brzmi, czy chce tego od ciebie. Nie czekaj zbyt długo, Draco. Trudno oczekiwać, że młoda kobieta taka jak ona pozostanie długo niezauważona.

Draco nie wiedział, co powiedzieć.

Lucjusz poruszył się na krześle.

— Wysłałem wiadomość do pana Ainswortha, żeby sporządził dla ciebie kontrakt małżeński. Chcę, żebyś z nim porozmawiał i szczegółowo wszystko omówił.

— Nie będzie kontraktu, ojcze — odpowiedział szybko Draco. — Nie wiem nawet, czy Granger chce ze mną być, a jeśli tak, to nie będę jej zmuszał do podpisywania czegokolwiek.

Lucjusz uniósł brew.

— Mogę zaakceptować, że poślubisz dziewczynę, którą sam wybierzesz, Draco, ale kontrakt małżeński nie podlega negocjacjom. Będzie panią Malfoy i będzie miała dostęp do wszystkich naszych funduszy, nieruchomości i magii — ale ostatecznie będzie Malfoyem tylko z nazwiska. Nie z krwi. Nie pozwolę, żebyś znalazł się w sytuacji, w której nieudane małżeństwo mogłoby doprowadzić do utraty połowy rodzinnego majątku w wyniku paskudnego rozwodu.

Draco chciał temu zaprzeczyć — dlaczego miałby się rozwodzić z Hermioną? — ale nie mógł. Jego ojciec miał rację. To były za duże pieniądze, zbyt duże ryzyko.

— Dobrze — mruknął w końcu — ale zmienię szczegóły, które uznam za niepotrzebne, uwłaczające lub po prostu błędne. Nie będę jej zmuszał do stawiania się, zabraniał jej robienia kariery ani narzucał terminu na urodzenie dzieci.

— Cóż, dziecko to konieczność! — wykrzyknął Lucjusz. — Jesteś spadkobiercą rodu Malfoyów! Jej niechęć do posiadania dzieci lub bezpłodność są o wiele gorsze niż status krwi! Jeśli nie urodzi dziecka przez rozsądny okres, będziesz musiał poszukać innej żony.

— Widzisz? — warknął Draco. — Właśnie dlatego nie chcę tego cholernego kontraktu małżeńskiego. Chodzi o ród, dziedziczenie, spadkobierców i wszystko co związane z pieniędzmi. Nie chcę na nią naciskać, żeby stała się jakąś klaczą rozpłodową dla naszej rodziny! A co, jeśli nie będzie chciała mieć dzieci, albo nie będzie mogła ich mieć? Mam ją porzucić, żeby poślubić kogoś, kto będzie mógł?

— Oczekuje się, że będziesz kontynuował nazwisko rodowe — zagrzmiał, a Draco był wdzięczny za Muffiato. — Ale mam gdzieś to, czy matka twojego dziecka będzie czystej krwi, półkrwi czy mugolaczką, byleby była czarownicą! Chyba widzisz w tym jakiś sens, Draco?

— Mówię tylko — wycedził Draco — że odmawiam podpisania kontraktu w takiej formie. Słyszysz? Odmawiam.

Lucjusz zacisnął mocno usta, wpatrując się w syna wzrokiem, który Draco widział już zbyt wiele razy. Był to wyraz rozczarowania, smutku i tego samego bólu, który Draco, dwudziestoczterolatka, rozpalał w piesi, tak jak wtedy, gdy miał cztery lata. Nie chciał zawieść ojca, ale nie zamierzał ustąpić.

Westchnął i powiedział:

— Kocham ją, ojcze. Kochałem ją od lat i jeśli jest choćby najmniejsza szansa, żebym spędził z nią życie, nie zmarnuję jej z powodu starych tradycji. Jeśli w tym cholernym kontrakcie są rzeczy, na które się nie zgodzi, o ile w ogóle zechce mnie poślubić — i mam na myśli wielkie w ogóle — to nie pobierzemy się. A ja nigdy się nie ożenię.

Lucjusz przełknął ślinę i gardło mu podskoczyło.

— No cóż — wycedził — miejmy nadzieję, że ta dziewczyna jest tak inteligentna, jak głosi jej reputacja, i przede wszystkim chce cię poślubić, a po drugie, że zaakceptuje warunki.

Draco próbował uspokoić oddech, dopiero teraz zauważając, jak mocno zacisnął pięści. Spojrzenie ojca było dziwnie współczujące, a Draco westchnął głęboko.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Hermiona właśnie skończyła pracę na ten dzień. W jej gabinecie panował chaos, a na ścianie wisiała mapa z czerwonymi sznurkami przywiązanymi do miejsc, w których ludzie zniknęli w podejrzanych okolicznościach. Nie było sposobu, aby stwierdzić, czy to zaginięcie związane było z wilkołakami, czy czymś innym, dopóki nie zbadano miejsca zbrodni. W tym celu musiała się skontaktować z Patrolem Czarodziejskiej Policji, a oni z mugolską policją, by uzyskać od niej pozwolenia. Był to bardzo żmudny proces.

Wpatrywała się przez chwilę w tablicę, zabierając swoje rzeczy. W tej samej okolicy, w której znajdowała się kryjówka wilkołaków, doszło do trzech zaginięć, a miejsce to pozostało pod obserwacją, na wypadek gdyby Śmierciożercy lub wilkołaki wrócili na jedno ze swoich cyklicznych spotkań.

Hermionę swędziały palce. Chciała coś zrobić, najchętniej wrócić tam i zbadać to miejsce, ale nie mogła. Draco wciąż prowadził sprawę, a Greyback był osobą priorytetowo poszukiwaną. Poza tym na miejscu zbrodni nie mógł przebywać nikt poza wyszkolonymi Aurorami. Nawet błagała Malfoya, żeby jej towarzyszył, ale nie miał czasu.

Nie żeby kiedykolwiek jej wyjaśnił, dlaczego nie miał czasu; przypuszczała, że ma to coś wspólnego z jego specjalnymi zadaniami. Tak, dobra, wzbudziło to jej zainteresowanie. Wiedziała, że dzięki Bogu nie używa Zaklęć Niewybaczalnych, ale wciąż od czasu do czasu znikał, robiąc rzeczy, o których nawet Robards nie miał pojęcia — a fakt, że Harry nie odważył się wtrącać w to nosa, jeszcze bardziej ją intrygował.

Może udałoby jej się znaleźć sprytny sposób, żeby to z niego wyciągnąć. Nieobce jej były seksualne taktyki w stosunku do Draco. Jednak panowanie nad sytuacją mogło nie był prostym zadaniem i musiałaby przechytrzyć przebiegłego Ślizgona.

Właśnie gdy o nim pomyślała, usłyszała odległy dźwięk powiadomienia z telefonu, ukrytego głęboko w torebce z koralikami. Wyciągnęła go i otworzyła, znajdując wiadomość, której zawartość sprawiła, że się zarumieniła.

 

Myślę o tym, jak smakujesz, Granger. Chcę cię związać i lizać przez całą noc. Nie mogę się doczekać następnego razu. — DM

 

Uśmiech, który rozciągnął się na jej ustach, z pewnością wzbudziłby podejrzenia, ale nie przejmowała się tym. Po prostu nie mogła powstrzymać motylków w brzuchu. Owszem, może Draco był nieco lepszy w manipulowaniu nią seksualnie niż ona nim, ale chyba mogłaby się nauczyć czegoś od samego mistrza.

Była bardzo zajęta wymyślaniem sprytnych rzeczy, które mogłaby powiedzieć lub zrobić, żeby go nakłonić do powiedzenia jej czegokolwiek o tym, gdzie spędza tyle czasu, i nie zauważyła, że ktoś podskakuje w tłumie w Atrium.

— Hermiono! Tutaj!

Uniosła wzrok i ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu zobaczyła Vanessę Clearwater machającą do niej. Jej złote włosy ruszały się niczym lśniące jedwabne wstążki, gdy podskakiwała. Promienny uśmiech sprawił, że niektórzy czarodzieje się odwrócili, ale miała wzrok utkwiony tylko w Hermionie.

Zdezorientowana, schowała telefon z powrotem do torebki i ruszyła ku niej.

— Vanesso? Co ty tutaj robisz?

— Tak myślałam, że cię tu spotkam — powiedziała. — Właściwie trochę się obawiałam, że się z tobą minęłam. Zastanawiałam się, czy nie chciałabyś czegoś ze mną przekąsić? Na Ulicy Pokątnej?

Hermiona poprawiła pasek torebki, marszcząc brwi.

— Mam mnóstwo rzeczy do zrobienia po powrocie do domu i…

— Słuchaj. — Vanessa westchnęła, a jej twarz wykrzywił grymas bólu. — Myślałam o tym, co powiedziałaś w zeszłą niedzielę, o tobie i tym mężczyźnie, i to sprawiło, że pomyślałam o Ronie i… Och, Merlinie, nie wiem, czy to genialny pomysł, czy szalony, ale naprawdę potrzebuję z kimś porozmawiać.

Hermiona zamarła.

— Chcesz… chcesz ze mną porozmawiać? O Ronie?

Niebieskie oczy Vanessy błagały. Okrutnie.

— Proszę? Nie mogę o tym rozmawiać z Ginny — to jej brat. I oczywiście nie mogę rozmawiać z Penny. Ja… — Westchnęła głęboko. — Po prostu czuję, że muszę porozmawiać z kimś, kto mnie rozumie.

Och. Och

Hermiona przełknęła ślinę i skinęła głową.

— Tak, dobrze.

Vanessa uśmiechnęła się z ulgą i czarownice skierowały się ku punktowi aportacyjnemu, po czym wylądowały na Pokątnej. Ulice były udekorowane jesiennymi wieńcami i girlandami, a piękne światła płonęły magicznie podczas ciemniejącego popołudnia. Ludzie zaczęli zakładać grubsze płaszcze, a Hermiona żałowała, że nie założyła szalika, zanim wyszła z domu tego ranka.

Vanessa miała oko na uroczą, małą restaurację na skrzyżowaniu Pokątnej i Nokturnu, serwującą, jak twierdziła, najlepsze francuskie jedzenie w całej czarodziejskiej Brytanii. Hermiona, nie chcąc się sprzeciwiać, weszła za nią do środka.

Restauracja wyglądała jak mały, kameralny, mugolski lokal: niski sufit, ciasno ściśnięte stoliki, białe obrusy i pojedyncza pomarańczowo-żółta girlanda. Z kuchni unosił się przepyszny zapach. Zaprowadzono je do stolika w głębi restauracji, blisko baru. Kilku panów siedziało na wysokich stołkach, popijając wino lub Ognistą Whisky i rozmawiając przyciszonymi głosami. Niektórzy zerkali na kobiety, gdy zajmowały miejsca.

Vanessa zamówiła dla nich butelkę wina i makaron dnia.

— No więc — zaczęła Vanessa, gdy kelner odszedł. Jej policzki lekko się zarumieniły, a w oczach malował się niepokój. — Wiem, że trochę wypiłyśmy w zeszłą niedzielę, ale… no cóż, sposób, w jaki mówiłaś o swoim tajemniczym kochanku… spowodował, że zrobiło mi się jakoś… — Prychnęła i pokręciła głową, jednym haustem opróżniając kieliszek, po czym napełniła do ponownie. — Walić to. Hermiono, byłaś z Ronem przez kilka lat, prawda?

Hermiona skinęła głową.

— Byliśmy razem przez trzy lata.

— No tak — mruknęła niemrawo. — Więc wiesz. Wiesz. Ron jest beznadziejny w łóżku! No i proszę, powiedziałam to. Merlinie, czuję się okropnie. — Wzięła kolejny łyk wina. Wpatrywała się w stół, gdy odstawiała kieliszek. Jej oczy były szeroko otwarte z przerażenia lub skupienia. — Myślałam, że to nie ma znaczenia, że moja miłość do niego jest silniejsza niż jakiekolwiek fizyczne potrzeby, ale… sama nie wiem. — Spojrzała na Hermionę. — Czy to dla ciebie zbyt dziwne? Czy przekraczam jakąś granicę?

Granger była oszołomiona tym pytaniem. Kilka miesięcy temu zarumieniłaby się i chciałaby, żeby ziemia ją pochłonęła, ale teraz — no cóż, teraz czuła się prawie swobodnie ze swoją seksualnością. Prawie.

Odchrząknęła i wzięła łyk wina.

— Słuchaj, rozumiem. Znam Rona. On jest… cóż, kiedy z nim byłam, był dość samolubny. Minęło trochę czasu od tamtej pory i jestem pewna, że wiele się nauczył i dojrzał, więc nie wiem.

Vanessa westchnęła, a jej ramiona opadły.

— On nie jest samolubny sam w sobie. Jest uważny i troskliwy. Po prostu nie jest w tym zbyt, no cóż, dobry. Albo… — zarumieniła się gwałtownie — myślę, że nie jest. Nie mam porównania.

Hermiona zmrużyła oczy.

— Ron jest twoim pierwszym?

Blondynka skinęła głową, jej policzki rozjaśniły się, i upiła kolejny łyk wina.

— Byłam nim absolutnie oczarowana w szkole, ale był ode mnie trzy lata starszy i nigdy nie spojrzał w moją stronę. Myślałam, że w końcu się pobierzecie, więc próbowałam odpuścić, ale nigdy mi się to nie udało. Kiedy spotkaliśmy się w zeszłym roku, czułam się tak, jakbym była w nim tak samo zakochana jak za starych czasów. — Uśmiechnęła się uroczo. — Chyba podświadomie szukałam kogoś takiego jak on i nie mogłam go znaleźć, bo wiesz, Ron jest tylko jeden.

Hermiona skinęła głową, przygryzając wargę. Dziwna to była myśl, że ktoś był tak rozpaczliwie zakochany w Ronie, że nikt inny nie mógł się z nim równać. Brzmiało to romantycznie. Tym bardziej, że w końcu się odnaleźli. A jednak gorycz narastała w jej żołądku. Nie była czyimś sekretnym zauroczeniem, kimś tak pięknym jak Vanessa Clearwater; nie była aż tak wyjątkowa, żeby nikt inny nie mógł się z nią równać. To sprawiało, że czuła do niego lekki uraz — dlaczego on na to zasługiwał, a ona nie?

— Ale seks — Vanessa westchnęła poważnie — jest nudny. Myślałam, że będę widzieć fajerwerki i spadające gwiazdy, ale nie. I nie chcę go winić, bo jestem niedoświadczona i nie do końca wiem, co robię, ale on się gubi i nie wie, co robić, i… — Jęknęła i rozejrzała się, upewniając, że nikt nie podsłuchuje. — Odmawia mi seksu oralnego. Mówi, że tego nie lubi i że żaden z jego kolegów tego nie robi, ale wszystkie moje koleżanki mają chłopaków, którzy to robią, a ja obciągałam mu mnóstwo razy, i…

Jej policzki były praktycznie bordowe, gdy kelner przerwał jej, by przynieść im jedzenie. Spojrzała na Hermionę wzrokiem, który mówił, że reszta rozmowy będzie musiała się odbyć po kolacji.

Myśli wirowały w głowie Granger, ale przede wszystkim współczuła Vanessie. Jeśli Ron był jej pierwszym i być może ostatnim, biedna dziewczyna mogła nigdy nie doznać błogiej przyjemności. Hermiona nie była jednak na tyle arogancka, by wierzyć, że wie, jak powinien wyglądać seks; miała zaledwie garstkę partnerów, a spośród nich Draco był jedynym, który budził w niej coś dzikiego, pożądliwego i uległego. Ale jego sposób robienia tego prawdopodobnie nie wszystkim przypadłby do gustu.

Draco natomiast był bardzo zdolny. Nie musiał jej wiązać, dawać klapsów, chwytać za włosy, ani być dla niej brutalnym, żeby sprawić jej przyjemność. Ale większość mężczyzn prawdopodobnie nie była taka jak on. Choć może wcześniej po prostu miała pecha, ale w głębi duszy czuła, że nigdy nie będzie miała tak utalentowanego kochanka jak on.

Makaron był pyszny i żadna z nich nie rozmawiała o niczym innym, jak tylko o błahostkach, kończąc posiłek. Gdy tylko talerze zostały opróżnione i kelner je zabrał, obie zaczęły cieszyć się swoim towarzystwem.

Vanessa nie była tak wyniosła, jak Hermiona uważała. Była mądra, rozważna, a nawet dość skromna. Wydawała się bardziej niepewna siebie. Miała zaledwie dwadzieścia jeden lat, a nawiązanie więzi ze Złotym Trio nie mogło być proste. Nie dość, że mogła zmagać się ze sławą i gronem fanek Rona, to jeszcze musiała zostać zaakceptowana przez Wybrańca i Złotą Dziewczynę.

Zupełnie jakby blondynka potrafiła czytać w myślach, powiedziała:

— Byłam onieśmielona, gdy spotkałyśmy się po raz pierwszy, wiesz?

— Naprawdę? — zapytała Hermiona, unosząc brew.

Rozumiała, że się denerwowała, ale onieśmielenie?

Vanessa wzruszyła ramionami i zakręciła winem w kieliszku.

— No tak. Jesteś Hermioną Granger. Walczyłaś z Sama-Wiesz-Kim na pierwszej linii frontu, jesteś Najbystrzejszą Czarownicą Swojego Pokolenia i byłą dziewczyną Rona. Jak mogłabym z tobą konkurować?

Hermiona uśmiechnęła się słabo i nie wiedziała, czy policzki zarumieniły jej się od wina, czy od pochwał.

— Ron i ja nie byliśmy kompatybilni — powiedziała. — Myślę, że wydobywamy z siebie to, co najlepsze jako przyjaciele, ale zdecydowanie to, co najgorsze jako para.

Vanessa powoli skinęła głową.

— Ron opowiedział mi trochę o waszym związku i dlaczego nie wypaliło.

Hermiona przełknęła ślinę.

— Naprawdę? I… co powiedział?

— Że wiele żałuje — oświadczyła Vanessa, patrząc jej prosto w oczy. — Że musi jeszcze sporo dorosnąć. — Uśmiechnęła się blado do szklanki. — Ale tak, on też powiedział, że nie byliście najlepszą parą.

Hermiona prychnęła.

— No cóż, lepiej, żeby się skończyło, jak się skończyło. Wyobraź sobie, jak nieszczęśliwi byśmy byli, gdybyśmy się pobrali i mieli dzieci.

— A jeśli o tym mowa — zaczęła ostrożnie. — Mam nadzieję, że nie jesteś na nas zła.

— O co?

— O zaręczyny. — Vanessa spojrzała na nią podejrzliwie. — Zawsze wydawałaś się trochę, nie wiem, markotna i nigdy tak naprawdę nie chciałaś rozmawiać o związkach, a Ron twierdzi, że to dlatego, bo byłaś zazdrosna i czułaś się trochę jak nieudacznik, bo jeszcze nikogo nie poznałaś, ale potem, w zeszłą niedzielę, kiedy powiedziałaś o….

— Chwila — przerwała Hermiona i spojrzała na nią. — On to powiedział?

— Tak, ale znasz Rona. — Przewróciła oczami i machnęła lekceważąco ręką. — Trochę dramatyzuje.

Szczęka Hermiony opadła i prychnęła. Jak śmiał przypuszczać, że jest zazdrosna? To on zawsze, za każdym razem, gdy przyprowadzał do domu nową dziewczynę, cieszył się faktem, że to on kogoś ma, a ona nie. Och, aż kipiała ze złości, bardzo pragnąc powiedzieć Ronowi o tym co…

— Granger? — W przyćmionym świetle restauracji obok nich stanęła jakaś postać. W powietrzu unosił się ciężki zapach piżma i przypraw, zagłuszając wszystko inne, aż z ust mężczyzny wydobył się głęboki, melodyjny śmiech. — Jak miło cię tu widzieć w czwartkowy wieczór.

Hermiona zmusiła się do uśmiechu, patrząc na mężczyznę. Piwne oczy w przystojnej twarzy — ostatnia osoba, jaką chciałaby zobaczyć.

— Cormac. Co za przyjemność.

— W rzeczy samej — mruknął z czarującym uśmiechem.

Patrzył na nią, otwarcie i niestosownie, i sprawił, że poruszyła się na krześle.

Odchrząknęła i wskazała na Vanessę.

— Eee, Cormac, to Vanessa Clearwater, narzeczona Rona. Vanesso, to Cormac McLaggen. Stary znajomy ze szkoły.

— Och, znam cię! — Vanessa rozpromieniła się i wyciągnęła rękę do Cormaca. — Twój ojciec jest właścicielem Rosier Laboratory, prawda?

— Tak, dokładnie. — Odwzajemnił gest i rozpiął marynarkę. Jego spojrzenie, gdy ujął rękę Vanessy nie było mniej niestosowne. Posyłając jej czarujący uśmiech, mruknął: — Jestem prezesem.

— Twój wujek to Tyberiusz McLaggen, o ile się nie mylę — kontynuowała Vanessa, pozornie nieświadoma jego zalotów. — Pracował z moim ojcem, Conradem Clearwaterem, w Ministerstwie.

— O tak! — Skinął głową. Rozejrzał się i przysunął krzesło do ich stolika. — Nie masz nic przeciwko, Hermiono? — Uśmiechnął się do niej ponętnie i usiadł obok. Miał nawet czelność położyć rękę na oparciu jej krzesła. Opierając łokieć na stole, powiedział: — Mój wujek jest członkiem rady Wizengamotu. Jeśli dobrze pamiętam, twój ojciec był notariuszem.

— Tak! — potwierdziła Vanessa, przytakując.

— Ach, dobre czasy. — Zaśmiał się Cormac i uniósł rękę, zwracając uwagę kelnera. — Czy mógłbym prosić Ognistą Whisky i… — Spojrzał na kobiety. — Czego się napijecie, drogie panie?

— Ja też poproszę Ognistą Whisky, dziękuję — odpowiedziała Vanessa.

Cormac spojrzał na Hermionę.

— A ty, piękna?

Zdaniem Hermiony siedział zdecydowanie za blisko, by mogła czuć się komfortowo, i próbowała się od niego odsunąć. Po drugiej stronie jednak znajdowała się ściana. Przeszłaby przez nią, gdyby mogła, i miała ochotę natychmiast się deportować.

— Nie — mruknęła. — Nie trzeba, dziękuję.

Kelner czmychnął, a Hermiona poczuła się tak, jakby została rzucona na pożarcie wilkom. Odkąd cholerna dłoń Cormaca spoczęła na jej cholernym krześle, musiała siedzieć prosto i nie odchylać się ku oparciu, a ponieważ ściana znajdowała się tuż obok. Skutecznie ją przygwoździł. Instynkt podpowiadał jej, żeby go odepchnąć, zagrozić, że go przeklnie, jeśli jej nie zostawi w spokoju, ale w restauracji było mnóstwo ludzi i wolała nie robić scen. Ostatnim razem brukowce przedstawiły ją jako histeryczkę, która przeżywa załamanie nerwowe i nie chciała tego powtarzać.

— Więc — zaczęła Vanessa, patrząc na nich. — Skąd się znacie? Jesteście kimś więcej niż „znajomymi ze szkoły”?

— Och. — Cormac uśmiechnął się i spojrzał na Hermionę. — Granger i ja mamy wspólną historię. Niezła z niej kokietka.

— Naprawdę?

Vanessa zachichotała.

— Tak — oświadczył. — Określiłbym to jako natychmiastową iskrę między nami i…

Hermiona zerwała się z krzesła, zaciskając pięści. Cormac i Vanessa wpatrywali się w nią, ale nie przejmowała się tym. Patrząc na mężczyznę, powiedziała:

— Cóż, było miło, ale musisz już iść, prawda, Cormac?

Zmarszczył brwi.

— Skąd ten pośpiech? Myślałem, że całkiem miło spędzamy czas. Prawda, Vanesso?

— Przestań! — warknęła. — To nie jest odpowiednia pora ani miejsce, Cormac. Proszę, idź już.

Przeciągnął językiem po zębach, wyraźnie napięty, po czym uśmiechnął się przepraszająco. Westchnął i wstał.

— Tak, oczywiście. Przepraszam za najście. — Odwrócił się do Vanessy i skinął głową, po czym spojrzał na Hermionę z bólem. — Naprawdę, przepraszam. — Ponownie zapiął marynarkę, ale tuż przed odejściem pochylił się i pocałował Hermionę w policzek. Był ciepły, wilgotny i zdecydowanie za długi, by to było na miejscu. — Znajdziemy inny termin. Życzę ci miłego wieczoru, Hermiono.

Tuż po tym jak odszedł, oparła się o oparcie krzesła, mocno obejmując się ramionami. Jej puls przyspieszył, gniew kipiał i zgrzytała zębami, patrząc na Vanessę.

— Przepraszam za to. — Marszcząc brwi, dodała: — Czy możemy dokończyć tę rozmowę innym razem? Ja… muszę iść do domu.

— Och — jęknęła Vanessa, zmieszana. — Oczywiście. Tak, poproszę o rachunek. — Machnęła ręką i kelner podszedł z dwiema Ognistymi Whisky. — Och, przepraszam, ale mężczyzna, który miał zapłacić za drinki, poszedł. Chciałybyśmy zapłacić jedynie za naszą kolację.

Kelner wyglądał na zdezorientowanego, ale skinął głową. Wkrótce wrócił z rachunkiem. Opłaciły po równo, nie rozmawiając prawie wcale, i wyszły w ciemną, październikową noc. Idąc szybko w kierunku najbliższego, bezpiecznego punktu aportacji, Vanessa zatrzymała Hermionę delikatnym gestem, kładąc jej dłoń na ramieniu.

— Przepraszam, jeśli poczułaś się nieswojo — powiedziała. — Niektórzy ludzie po prostu nie lubią publicznego okazywania uczuć i nie ma w tym nic złego.

Publicznego okazywania uczuć? Hermiona prychnęłaby, gdyby nie była tak wyczerpana.

— W porządku — rzuciła. — Cormac powinien wiedzieć, jak się zachować.

Wspominając, jak publicznie go odtrąciła, krzycząc na niego, że jest aroganckim, szowinistycznym palantem, zastanawiała się, co go opętało, żeby znowu spróbować tego samego.

— Naprawdę miło spędziłam wieczór, Hermiono — zapewniła ją Vanessa. — To pocieszające mieć świadomość, że jest przynajmniej jedna osoba, która mnie rozumie.

Hermiona zmarszczyła brwi i spojrzała na blondynkę.

— Słuchaj, myślę, że powinnaś porozmawiać o tym z Ronem. Jeśli macie wziąć ślub, powinniście wiedzieć, jak sobie nawzajem dogadzać. To jedyna droga do szczęścia. Wiem, że Ron nie przepada za krytyką, ale jeśli cię kocha, powinien znać twoje upodobania. — Przełknęła ślinę. — Twoje granice i twoje potrzeby.

Vanessa uśmiechnęła się i skinęła głową. Potem zmarszczyła brwi.

— Powiedz mi tylko, zanim się rozstaniemy. Jak to jest mieć orgazm?

Oczy Hermiony się rozszerzyły, gdy zamrugała.

— Nigdy… nie miałaś?

Blondynka pokręciła głową, a policzki poczerwieniały.

— Nie.

Zszokowana Hermiona zmarszczyła brwi.

— Nawet sama?

Vanessa przygryzła wargę.

— Nie sądzę. Nie wiem.

— Wierz mi, wiedziałabyś. — Hermiona skinęła głową. Westchnęła, zaciskając usta. Biedna dziewczyna! — Dobra, zrobisz tak: kupisz wibrator. Jestem pewna, że w jakimś mało znanych czarodziejskich sklepach je sprzedają, ale ułatw sobie życie i kup jeden w mugolskim sklepie. Potem idź do domu i wypróbuj. Dowiesz się, co lubisz. A potem porozmawiaj z Ronem.

Vanessa wyglądała na przerażoną, ale w jej oczach dostrzegła również nutkę ekscytacji.

— Bardzo dziękuję, że mnie nie oceniasz, Hermiono.

— Nie ma sprawy. Naprawdę, Ginny ma o wiele większe doświadczenie ode mnie i założę się, że mogłaby ci o wiele bardziej pomóc.

— Myślisz, że chciałaby?

— Będziecie rodziną. — Wzruszyła ramionami. — Pomoże ci.

Vanessa się uśmiechnęła.

— Dziękuję.

Po czym mocno przytuliła Hermionę, zanim się deportowała.

Granger wzięła głęboki oddech, zbierając siły, zanim również się aportowała się w boczną uliczkę za swoim budynkiem. Musiała sięgnąć głęboko do torebki, by znaleźć klucze, a kiedy weszła do mieszkania, zrzuciła buty i upadła twarzą na sofę, jęcząc.

Kurwa, to był wyczerpujący wieczór.