[T] Ciężar mojego uczucia: Nowy początek

niedziela, 3 maja 2026

Malfoy chwiejnie podążył za Hermioną przez małe drzwi oddzielające sklep od domku. Trzymał ręce płasko przy ciele, jakby nie wiedział już, jak ich używać, od czasu do czasu wyciągając je, gdy tracił równowagę. Ręka, która teraz ściskała oparcie sofy, miała zbielałe kostki, a on patrzył na nią, jakby była nieznanym przedmiotem. Jakby przestała być jego częścią. Głęboki grymas przesłonił mu twarz, tak bardzo przypominający Silvera, że Hermiona o mało się nie roześmiała.

Rozpaczliwie chciała wziąć go za rękę i zaprowadzić do krzesła, ale dumny i szorstki Silver, które go znała, prawdopodobnie odgryzłby jej palec. Logiczne było, że Draco Malfoy przed nią zrobiłby to samo. Zamiast tego poprowadziła go do kuchni i starała się nie patrzeć na to, jak chwieje się jak starzec.

Ku jej uldze opadł na krzesło przy kuchennym stole, podczas gdy ona krzątała się wokół niego. Choć Crème Brûlée nie było skomplikowanym daniem, było bardzo sycące i przygotowywanie go zajęło sporo czasu. Wydłużyła czas gotowania na patelni, podczas gdy mleko nasycało się wanilią, i przygotowała stosunkowo prosty obiad: stek z polędwicy wołowej ze smażonymi warzywami. Zanim skończyła, mleko nasyciło się na tyle, że mogła dodać resztę składników i wstawić Brûlée do piekarnika.

Talerze cicho zadźwięczały, gdy stawiała je na stole. Czuła, że śledzi wzrokiem każdy jej ruch podczas gotowania, mówił bardzo niewiele, zupełnie jak Silver, ale nie mogła powstrzymać ekscytacji na myśl o towarzystwie. Jego oczy rozszerzyły się komicznie na widok jedzenia przed nim, zanim pochylił się i wciągnął w płuca aromat.

W tym samym momencie usłyszała głośne miauknięcie Krzywołapa skierowane na krzesło Malfoya i ten podskoczył wysoko.

— Co to, u diabła, było? — syknął.

Hermiona się roześmiała.

— To Krzywołap.

Malfoy spiorunował wzrokiem gigantycznego, rudego kota. W kapryśnym akcie kociej czułości Krzywołap mruczał, owijając się wokół nogi Malfoya. Kiedy stało się jasne, że kot nie zamierza przestać, Malfoy spojrzał na Hermionę błagalnym wzrokiem.

— Możesz coś z tym zrobić?

Siedział prosto jak linijka, a jego ręce drżały, gdy leżały na stole.

— Krzywołap. Kici, kici — zawołała.

W akcie dobrej woli odcięła mały kawałek steka i przytrzymała go dla kota. Zwykle nie zachęcała Krzywołapa do jedzenia tego, co ludzie, ale wcześniej nie siedziała przy stole z osobą, która normalnie żyje jako ptak i może się nie dogadywać z kotem.

Krzywołap rzucił się na jej dłoń z przesadną figlarnością, po czym pobiegł, by samotnie pożreć swoją zdobycz.

Malfoy westchnął z ulgą, zanim się otrząsnął i zesztywniał.

— Dziękuję — powiedział szorstkim głosem.

Postanowiła udawać, że nie zauważyła jego chwili słabości i metodycznie, jak zawsze, kroiła stek na małe kwadraciki.

— Nie jesteś fanem kotów? — zapytała.

Draco przechylił głowę i rzucił jej spojrzenie pełne pogardy, tak bardzo podobne do spojrzenia Silvera, że parsknęła śmiechem.

— Nie — odpowiedział sztywno. — Są dość przerażające, kiedy nosi się pióra.

Zjadła kilka kęsów, chichocząc pod nosem. Malfoy jadł z królewską pewnością siebie, mimo że od ponad pięciu lat żył jak ptak. Plecy miał wyprostowane jak struna, ramiona zgięte pod kątem prostym, a nóż i widelec ledwo słyszalnie uderzały o porcelanę.

— Przez cały ten czas byłeś sową? — zapytała, zakrywając usta dłonią.

Zerknął na nią, te jasne, szare oczy lśniły w blasku wczesnego wieczoru. Bez pospiechu uniósł serwetkę i wytarł usta, po czym odłożył sztućce na talerz.

— Tyle ile mogłem — potwierdził, a jego wyraz twarzy był równie poważny, co ton głosu. — Nie lubię jeść w tamtej formie, ale przez resztę czasu byłem taki, jak widziałaś.

— Ale gdzie byłeś? — naciskała, a ciekawość płonęła w niej z całych sił. — Zauważyłabym to dużo wcześniej, gdybyś przebywał tylko tutaj.

Zacisnął szczękę, niechętnie odpowiadając:

— We Wrzeszczącej Chacie. Wbrew powszechnej opinii nie jest ani trochę nawiedzona.

— Ale od kiedy ty…

— Dlaczego nic nie powiedziałaś? — przerwał jej, jego ciało się napinało.

Zatrzymała się i oparła widelec z jedzeniem o talerz.

— Słucham?

— Dlaczego nic nie powiedziałaś? — powtórzył. Całe jego ciało było sztywne, a dłonie zaciśnięte w pięści. — Wiedziałaś od tygodni! Spodziewałem się, że pojawią się Aurorzy i wywloką mnie w kajdanach, ale nic takiego nie miało miejsca. Teraz jestem tu na twojej łasce, więc w co grasz?

Otworzyła usta ze zdumienia. To było trafne pytanie. Nie przyjaźnili się w szkole, ale dawno temu przestała uważać go za wroga. To było mniej więcej w tym samym czasie, gdy Harry przyszedł do nich i wyjawił, jak uwięziony i zdesperowany był Draco w noc śmierci Dumbledore’a.

Odwróciła od niego wzrok i przygryzła wargę.

 — Przez ostatni miesiąc polubiłam twoje towarzystwo. Więc kiedy zaczęłam podejrzewać, że możesz być Draco Malfoyem, przywiązałam się do ciebie i poczułam niemałą ciekawość.

— Ale! — Jego głos był eksplozją uczuć, a potem wyraźnie brakło mu słów, bo odwróciła się i zobaczyła go z dłońmi zaciśniętymi w oczach. Kiedy w końcu doszedł do siebie, opuścił je na stół i patrzył na nią błagalnym wzrokiem. — Ale ja byłem Śmierciożercą! Robiłem okropne, straszne rzeczy. Torturowałem ludzi. Ja… ja…

Hermiona wyciągnęła rękę, by chwycić jedną z jego drżących dłoni.

— Jeśli szczerze mi powiesz, że chciałeś zrobić którąś z tych rzeczy, natychmiast wezwę Aurorów.

Zamrugał, jego oczy były zaczerwienione, a źrenice rozszerzone. Czuła, jakby balansowała na krawędzi. Ich przyjaźń była niepewna, zbudowana na sieci kłamstw. Malfoy był duchem, który mógł zniknąć w każdej chwili i choć jego dłoń była zimna w jej dłoni, miała nadzieję, że jej dotyk stanowi pocieszenie, a nie niechciane najście.

— Nie chciałem. Niezupełnie — wyszeptał, a wyznanie wiele go kosztowało. — Powiedziałem, że chcę. Próbowałem wmówić sobie, że tego właśnie chcę, ale nienawidziłem tego wszystkiego.

— Dlatego zniknąłeś?

Delikatnie musnęła kciukiem jego kostki.

Był jak dzikie zwierzę. Draco Malfoy, którego znała, dramatyzował i był okrutny. Teraz posługiwał się najbardziej podstawowymi instynktami. Rzucał się na najlżejszą prowokację. Reakcja istoty kopanej, aż nie mogła już reagować. Człowieka stworzonego przez traumę.

— Spodziewali się, że wszystko wróci do normy. — W jego oczach malowało się szaleństwo, gdy wyjaśniał. — Miałem się ożenić i zacząć żyć jako dziedzic czystej krwi, którym zawsze byłem. Mimo że dręczyły mnie wspomnienia tego, co zrobiłem. Nie mogłem spać. Nie mogłem jeść. Kto chciałby poślubić kogoś takiego?

Jej głos brzmiał nienaturalnie cicho w porównaniu z jego wybuchem.

— Więc odleciałeś?

Skinął głową, swobodnie opierając ją o ramiona i wysunął język, by zwilżyć usta.

— Kiedy byłem w powietrzu, nie mogłem się zatrzymać. Latałem, aż bolały mnie skrzydła i oddychanie. Kiedy wylądowałem, nie wiedziałem, gdzie jestem. W oddali widziałem dziwny budynek w kształcie gawrona. — Spuścił wzrok podążając śladem, którym jej kciuk głaskał jego kciuka. — Luna stała na dachu, jej włosy powiewały za nią jak u postaci z bajki. Rozpoznałem ją od razu. Nie podaje się komuś jedzenia przez kraty każdego ranka i nie pamięta jego twarzy. Wiedziałem, że nie powinienem, ale musiałem wiedzieć, że nic jej nie jest, że udało jej się wyjść z tego cało, w lepszym stanie niż ja. Spojrzała prosto na mnie i powiedziała Cześć, Draco. — Zaśmiał się cicho, z niedowierzaniem. — Nawet się nie zawahała.

Hermiona jęknęła.

— Byłeś z Luną przez ten cały czas? To ty jesteś powodem, dlaczego to wszystko zrobiła?

Wskazała na dom i przylegający do niego sklep.

Spojrzał na nią, uśmiechając się krzywo, co sprawiło, że poczuła się lekko i rześko. Przypominał Draco, którego znała od dawna. Tego bezczelnego, a nie złośliwego.

— Powinnaś wiedzieć równie dobrze jak ja, że moja kuzynka jest kompletnie nieprzenikniona w swoich intencjach.

Potrzeba, by wyrzucić z siebie niekończący się strumień pytań, była silna. Byli kuzynami? Czy zawsze o tym wiedział? Dlaczego nie odleciał, gdy Luna wyjechała? Dlaczego miałby tu z nią zostać? Co o niej myślał?

Zamiast tego, odsunęła się, cierpiąc z powodu braku jego dotyku.

— Powinniśmy zjeść, zanim wystygnie. Przecież jest jeszcze Crème Brûlée na deser.

Kilka razy otworzył i zamknął dłoń, jakby niepewny, co z nią zrobić, zanim wrócił do jedzenia. Starała się go nie obserwować. Nie patrzeć na to, jak jego usta zaciskają się na jedzeniu. Jak zamykają się jego oczy i jak wzdycha, gdy coś szczególnie mu smakuje. Musiało to być spowodowane tym, że od dawna nie jadł prawdziwego, domowego posiłku, ale ona i tak skorzysta z każdej okazji, by mu to zapewnić.

Kiedy skończył, ponownie otarł usta i umieścił nóż z widelcem na środku talerza.

— Dziękuję — powiedział cicho. — To było niesamowite.

Hermiona zebrała naczynia i postawiła je w zlewie, żeby same się umyły, uprzednio rzuciwszy na nie zaklęcie czyszczące.

— Och, schlebiasz mi.

— Naprawdę. — Kiedy odwróciła się do niego, jego spojrzenie było intensywne. — Granger, dziękuję ci za wszystko.

— Cała przyjemność po mojej stronie, Malfoy.

Nie mogła powstrzymać uśmiechu, który rozlał się po jej twarzy.

— Nie, ja… — Wyciągnął rękę, żeby chwycić ją za dłoń. Jego gardło ściskało się z wściekłości, gdy z trudem wydobywał z siebie słowa. — Nie zasługuję na to. Na nic z tego. Po wszystkim, co ci zrobiłem i powiedziałem. Nie wiem jak mógłbym za to przeprosić, ale przepraszam, jeśli to cokolwiek znaczy. Gdybym mógł cofnąć czas i wszystko zmienić, zrobiłbym to.

Desperacja w jego oczach była piękna. Portret złamanego człowieka całkowicie zdanego na jej łaskę. Ale kiedy zajrzała w głąb siebie, już nie czuła urazy. Został ukarany przez o wiele potężniejsze i bardziej nikczemne siły niż jej gniew. Jej pragnienie zemsty umarło dawno, dawno temu. Był wrakiem człowieka i jedyne, czego pragnęła, to pomóc mu na nowo poskładać wszystko w całość.

Trzymała jego dłoń między swoimi.

— Malfoy, dziękuję za przeprosiny, ale wybaczyłam ci dawno temu. Czy to by cię uszczęśliwiło? Gdybyśmy zaczęli od nowa?

Skinął głową krótko i gwałtownie, jakby bał się to przyznać.

— Bardzo bym tego chciał. — Potem wstał, czując ciężar ciała. Odgarnął włosy i odkrząknął, po czym powoli wyciągnął dłoń w jej stronę. — Nazywam się Draco Malfoy — zawahał się, zanim kontynuował: — ale możesz mi mówić Draco, jeśli chcesz.

Hermiona poczuła, jak kolejny z tych uśmiechów wykrzywia jej twarz.

— Z przyjemnością. Nazywam się Hermiona Granger i możesz mi mówić Hermiona.

— Hermiona — wyszeptał jej imię jak modlitwę, jednocześnie nabożnie i z namaszczeniem, zanim jego twarz znów zbladła.

— Może zjemy Crème Brûlée? — zaproponowała, szturchając go.

Znów skinął głową i usiadł, ale dostrzegła cień uśmiechu. Jego radość była najsłodszymi przeprosinami, jakich mogła oczekiwać.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Zaproponowała mu miejsce do spania na kanapie, ale mimo że obiecała trzymać Krzywołapa z daleka, postanowił wrócić do sklepu na swoje miejsce. Nadal był skrytym i załamanym, młodym mężczyzną, który zachowywał się jak zrzędliwy i opryskliwy osiemdziesięciolatek, nawet jeśli obietnica nowego początku napawała ją mglistą nadzieją. Tak miło było patrzeć, jak mury, które wokół siebie budował, powoli się rozpadają. Jego sarkastyczne poczucie humoru kilka razy rozbawiło ją do łez, gdy opowiadał o klientach.

Po raz pierwszy od dawna z optymizmem patrzyła w przyszłość.

Ich poranna rutyna polegała na tym, że zakradała się do sklepu, żeby go obudzić po przygotowaniu śniadania dla nich obojga. Zawsze spał twardo, jego upierzona klatka piersiowa unosiła się i powoli opadała. Cichy świst oddechu ledwo był słyszalny pod skrzypieniem desek pod jej stopami.

To zawsze wywoływało uśmiech na jej twarzy.

— Draco — wyszeptała. — Śniadanie gotowe.

Jego oczy powoli się otworzyły w lakoniczny sposób, typowy dla kogoś, kto niedawno stracił przytomność. Zamrugał dwa razy, zanim jego wzrok się wyostrzył i skupił na niej. To było cudowne, za jak uroczego go uważała w ptasiej postaci. Obdarzyła go swoim najsłodszym uśmiechem i powtórzyła:

— Śniadanie gotowe.

Pokręcił głową, zanim zeskoczył z grzędy na ziemię. Z ciekawością obserwowała, jak wraca do ludzkiej postaci. Było to o wiele bardziej spektakularne niż te kilka razy, kiedy widziała to u Syriusza. Draco wyprostował się, stojąc, jakby wykonywał powitanie słońca, kończąc z rękami wyciągniętymi ku niebu, rozciągając ciało.

— Dzień dobry — mruknął, szczerze się uśmiechając.

— Dobrze spałeś? — zapytała, wracając do domku.

Kiedy obejrzała się przez ramię, wydawał się pewniejszy siebie i mniej przypominał nowonarodzonego źrebaka stąpającego po lodzie. Jego wyraz twarzy był zamyślony, gdy rozważał jej pytanie.

— O dziwo, tak — odpowiedział wyraźnie, wciąż ochrypłym od dnu głosem. — Nie śniłem.

Cisza, która zapadła po jego słowach, była dziwnie kojąca. Weszli do małego domku i wślizgnęli się do kuchni w serdecznej ciszy. Jedynymi dźwiękami było miauczenie Krzywołapa i brzęk sztućców. Hermiona uwielbiała spokój, jaki czuła w jego obecności. Nie czuła presji, by wypełniać każdą chwilę słowami.

— Chciałbyś spędzić z nami dzień? — zapytała, przerywając ciszę.

Zerknął na nią; w jego pięknych oczach malowało się zmieszanie.

— Zazwyczaj spędzam z tobą większość dni.

Lekki rumieniec zagościł na jego policzkach.

Hermiona przygryzła wargę. Przeszli długą drogę od wyzywania w szkole, ale to i tak wydawało się przesadą.

— Chodziło mi o ludzką formę. — Reszta jej słów wyrwała się z gardła. — Planowałam czytać, z Krzywołapem u moich stóp. Nie mamy zamiaru nigdzie wychodzić. Po prostu pomyślałam…

— Tylko czytać? — przerwał jej, marszcząc brwi.

— Tak — wymamrotała. — Myślałam, ze tak będzie wygodniej i szybciej.

Odwrócił głowę, by spojrzeć w kąt, gdzie Krzywołap postanowił się bawić pluszową myszką. Oboje patrzyli, jak kot gryzie zabawkę i z wściekłością potrząsa głową. Draco zadrżał.

— Z tym? — zapytał z niepokojem w głosie.

— Krzywołap da ci spokój — odparła. — On i tak zazwyczaj nie lubi ludzi.

Draco prychnął, wstając od stołu i kierując się na kanapę, która znajdowała się daleko od kota.

— To wierutne kłamstwo.

Hermiona uśmiechnęła się szeroko, siadając po drugiej stronie i sięgając po książkę. To było kłamstwo. Krzywołap niezaprzeczalnie go uwielbiał. Przy każdej nadarzającej się okazji kot wdzierał się do jego przestrzeni i domagał się uwagi. Hermionie wydawało się to najsłodszą rzeczą na świecie.

Ucieszyła się, że zgodził się do nich dołączyć. Lubiła Silvera, naprawdę, ale nie mogła zaprzeczyć, że wolała spędzać czas z tą wersją Draco. Był jakoś łagodniejszy, nie wspominając o tym, że znacznie przyjemniejszy dla oka. Narzekał i protestował, ale ostatecznie uległ jej prośbie, niczym dziadek rozpieszczający nadpobudliwą podopieczną. Zawsze nieuchronnie ustępował. To sprawiało, że czuła, jakby znaczyła coś dla niego, a nie była tylko kobietą mieszkającą w jego domu.

— Ale on cię uwielbia — zażartowała, podwijając nogi pod siebie i kładąc głowę na oparciu kanapy.

Draco spojrzał na nią z ukosa, po czym położył głowę obok niej.

— Tak, podejrzewam, że jest dość zdezorientowany, dlaczego wyglądam tak smakowicie.

Hermiona zachichotała na jego żart, gdy Draco walczył z uśmiechem. Jego zrzędliwa postawa powoli ustępowała. Ten uśmiech, który tak pokochała, pojawiał się coraz częściej. Miał dołeczki, które pojawiały się tylko wtedy, gdy był na tyle rozbawiony, by szeroko się uśmiechnąć. Postawiła sobie za cel widywanie ich jak najczęściej.

— Niestety, nigdy nie poznamy powodów jego uczuć — jęknęła dramatycznie, po czym nagle usiadła — chyba że użyjemy tego zaklęcia. Znasz je. To, które pozwala ci ze mną rozmawiać, kiedy jesteś w formie animaga.

Draco się roześmiał. Cudownie było na to patrzeć. Bolały go plecy i objął ramionami swoją talię. Hermiona nie miała pojęcia, co takiego powiedziała, że wywołało taką reakcję, ale zachwycała się efektem.

— Co? — zapytała. — Co jest takie śmieszne?

Znów odchylił głowę na kanapę, ciężko łapiąc oddech.

— Nie ma żadnego zaklęcia. Jestem urodzonym Legilimentą. To była Legilimencja

Hermiona zamarła. Niezliczone wspomnienia chwil, kiedy mówił prosto do jej mózgu, wypłynęły na powierzchnię i wyświetlały się w jej głowie, jak te, gdy tata kazał rodzinie oglądać kompromitujące zdjęcia na projektorze. Gorąco uderzyło ją w z karku i rozlało po twarzy.

Legilimencja!? Wkładała tyle wysiłku w to, co mówiła, kiedy przez cały czas plądrował jej myśli. PYTAŁA GO, CZY SWĘDZĄ GO PIÓRA!

Uderzyła go w ramię.

— Cały ten czas!? Cały ten czas byłeś w mojej głowie!?

Draco zmarszczył brwi, masując ramię.

— Nie cały czas. Tylko kiedy odpowiadałem na twoje pytania. I przypominam, że żądałaś tego ode mnie.

Hermiona wstała i odeszła od kanapy. Poczuła mdłości. Wszystkie te wątpliwości i niepokój o to, czy odejdzie, skoro od początku wiedział, że coś podejrzewała. Jęknęła, zakrywając oczy dłońmi. Jej wewnętrzny monolog był tak niewiarygodnie obciążający.

— Nie wiedziałam, że za każdym razem, gdy to robisz, czytasz mi w myślach!? — wykrzyknęła. — Nie sądzisz, że to dość ważna informacja?

Merlinie, była zawstydzona. Wiedział, co czuła. Ile razy zastanawiała się, czy ją lubi. Ile razy myślała, że wygląda trochę jak Legolas. Jak martwiła się, czy zniknie w mroku nocy.

— Hermiono.

Jego głos rozbrzmiał bardzo blisko, ale nie chciała patrzeć. Gdyby uniosła głowę, zobaczyłby rumieniec na jej twarzy, czerwonej jak burak, albo panikę w oczach. Czy wiedział o uczuciu, które narastało w jej piersi? Nie chodziło tylko o pociąg, jaki czuła, bo był bardzo atrakcyjny. Nawet przed sobą nie do końca przyznała, jak głęboko sięgały te uczucia.

Jego dłonie były zimne, gdy dotknął jej nadgarstków i delikatnie pociągnął w dół.

— Hermiono — powtórzył cicho. — W większości wyświetlam. Widzę tylko powierzchowne myśli o to, o czym myślisz w danej chwili.

Hermiona zerknęła na niego i zobaczyła jasne, intensywne oczy. Bogowie, był piękny. Mogła się zatracić w tych oczach. Spaść głęboko w przejrzyste otchłanie gwiazd i nigdy się nie wynurzyć.

— Więc niewiele widziałeś? — dopytywała.

Zawahał się.

— Nie.

— O mój Boże, co widziałeś!? — krzyknęła, ponownie go uderzając.

— Myślisz, że przypominam Legolasa — potwierdził z ironią w głosie.

Hermiona wydała z siebie bezsłowny dźwięk upokorzenia.

— Nie.

— Myślisz, że moje oczy błyszczą.

Kącik jego ust niemal uniósł się w uśmiechu.

— Jesteś bardzo ładnym ptakiem — odparła zdawkowo.

Dopiero gdy dotknęła plecami ściany, zdała sobie sprawę, że się cofała. Górował nad nią, opierając dłoń o ścianę, a ona nie mogła się powstrzymać od uniesienia głowy, by spojrzeć w te niesamowite oczy.

— Tylko wtedy, gdy jestem ptakiem? — zapytał cicho.

Zaparło jej dech w piersiach. Był śliczny przez cały czas. Wszystko, co robił, uważała za uroczo słodkie, od jego sarkastycznych odpowiedzi po zrzędliwe miny, które pojawiały się, gdy próbowała wyrwać go ze strefy komfortu. Kiedy budził się rano i był taki bezbronny, jego uśmiechy były niewinne i swobodne. To była teraz jej ulubiona część dnia.

— Ja…

Tylne drzwi domku otworzyły się z długim, głośnym skrzypnięciem. Draco wrzasnął, a potem jego pisk zmienił się w skrzeczenie, gdy przemienił się z powrotem w Silvera i poleciał na oparcie kanapy. Hermiona pobiegła do korytarza oddzielającego przód od tyłu domku, gdzie zastała Lunę lewitującą gigantyczną torbę podróżną.

— Hermiono — powitała ją drobna blondynka. — Twoja plaga wodorostów prawie całkowicie zniknęła.

— Luna — przywitała się Hermiona ochrypłym głosem. — Wróciłaś.

Luna westchnęła.

— Tak. Tata się przeziębił i nie polepszało mu się, więc postanowiliśmy wrócić. — Oparła ręce na biodrach i tęsknie spojrzała przez okno. — Zrobiliśmy duże postępy. Jestem pewna, że następnym razem, gdy spróbujemy, uda nam się.

— Kiedy planujecie wyruszyć? — zapytała Hermiona z nadzieją.

Luna odwróciła się do niej i wzruszyła ramionami.

— Nie jestem pewna. — Musiała dostrzec Draco na końcu korytarza, bo przebiegła obok i delikatnie go przytuliła. — Silver! Byłeś grzeczny?

Draco wydał z siebie kolejny pisk oburzenia, gdy Hermiona się roześmiała. Uroczo było patrzeć, jak ta dwójka się ze sobą komunikuje, ale jakaś mroczna część jej duszy tego nienawidziła. W końcu zaczęła czuć, że coś się rodzi między nią a Draco, tylko po to, by Luna wróciła do domu i… Frustracja ścisnęła jej żołądek niczym coś mrocznego i podstępnego.

Hermiona spróbowała zignorować zazdrość i odpowiedziała:

— Mniej więcej.

Draco spiorunował ją wzrokiem. Luna uklękła, by podrapać Krzywołapa za uszami, po czym odwróciła się do Hermiony.

— Wyobrażam sobie, że nie możesz się doczekać powrotu do domu. Nie wiem, jak ci dziękować za pomoc.

Hermionie zaparło dech w piersiach. Miała wrócić do domu. Luna nie potrzebowała jej pomocy w prowadzeniu sklepu. Działał idealnie, zanim pojawiła się Hermiona, i będzie działał po jej odejściu. Koniec wczesnych poranków z delikatnymi, nieostrożnymi uśmiechami. Koniec sarkastycznych przekomarzań na temat mieszkańców Hogsmeade. Jej życie tutaj, tak tymczasowe, jak zawsze, dobiegło końca.

— Daj mi pół godziny na spakowanie rzeczy, a zniknę ci z oczu — wychrypiała ledwo słyszalnym głosem.

Luna zaśmiała się z dźwiękiem, który brzmiał niemal jak dzwoneczki.

— Och, bez pospiechu. Nie spieszy nam się, prawda, Silver?

Hermiona spojrzała na Draco. Stał nieruchomo, jego wzrok był w nią wbity, a wyraz twarzy zupełnie pusty. Jego uczucia były tak nieodgadnione jak teksy w starożytnym sumeryjskim.

Hermiona uciekła do swojego pokoju, zanim łzy zdążyły się utworzyć w jej oczach i spłynąć po policzkach.

 ______________

Witajcie :) wszystko wyglądało na to, że się ułoży, prawda? No cóż, Luna to ma wyczucie czasu... Ale został jeszcze jeden rozdział, więc nie traćcie nadziei.

Na ostatni rozdział zapraszam we wtorek. Miłego tygodnia!

[T] Ciężar mojego uczucia: Zuchwałość Draco Lucjusza Malfoya

niedziela, 3 maja 2026

Witajcie :) w niedzielny wieczór zapraszam na dwa rozdziały tłumaczenia. Trochę się tu podzieje, więc miłej lektury! :)

________________

Następnego ranka, jedząc idealnie przyrządzone jajka w koszulkach, Hermiona rozmyślała o wydarzeniach poprzedniej nocy.

Draco Malfoy. Duch. Chłopak, który zniknął bez śladu ponad pięć lat temu.

Niecały miesiąc po Bitwie o Hogwart Draco Malfoy rozpłynął się w powietrzu. Hermiona pamiętała, jak czytała o tym w gazecie. Przez miesiące relacjonowali to wszyscy. Początkowo zamieszczali pełne dramaturgii prośby rodziców o powrót do domu. Z czasem przerodziły się w prośby o informacje o jego miejscu pobytu. Potem oferowano horrendalne nagrody za każdy ślad po nim. Skończyło się na krótkim artykule z Biura Aurorów, w którym poinformowano o umorzeniu sprawy z powodu braku dowodów i tropów.

Po prostu zniknął. Nikt nie wchodził na jego konto w Gringocie. Nie miał kontaktu z żadnym z przyjaciół. Dziwne, że jak na tak rozpoznawalną osobę, absolutnie nikt go nie widział.

Nikt przez cały ten czas.

Nikt oprócz niej.

Krzywołap krążył wokół jej stóp, gdy wpatrywała się w ścianę. Jak on mógł się tu znaleźć? Hermiona zawsze uważała, że Draco i Luna wyglądają na spokrewnionych. Ich blade rysy twarzy i błyszczące oczy były tak podobne. Oboje pochodzili z rodzin czystej krwi i było wysoce prawdopodobne, że ojciec Luny należał do tych, których w pewnym momencie wydziedziczono. Jego oddanie prawdzie stanowiło zapewne poważną przeszkodę w dążeniu do czystości krwi.

Ale Hermiona nie mogła tego pojąć, mając świadomość, że Luna była miesiącami przetrzymywana w lochach Malfoyów. Wydawało się niemożliwe, żeby ktokolwiek, kto znalazł się w takiej sytuacji, zaoferował amnestię swojemu porywaczowi. Zwłaszcza Draco Malfoyowi. Złośliwemu chłopakowi, który używał słów jako broni. Z drugiej strony, zwiędła skorupa nastolatka, którego znała z szóstego roku, doskonale odpowiadała potrzebie ratowania zbolałych dusz przez Lunę.

Wstała z westchnieniem i ruszyła do drzwi prowadzących do sklepu. Krzywołap syknął na jej zuchwałość. Kiedy ona wstawała, on też musiał. To była gehenna. Zatrzymała się z ręką na klamce i zignorowała miauknięcie pełne dezaprobaty swojego futrzanego towarzysza.

Czy on nadal tam będzie? Czy jej odkrycie sprawi, że ucieknie? Wczoraj wieczorem, gdy patrzył na nią swoim sowim wzrokiem, wyglądał tak, jakby nie miał zamiaru się ruszyć ani o cal, bezczelnie ignorując to, co właśnie zobaczyła. Rozpaczliwie miała nadzieję, że będzie tam, gdy w końcu zdobędzie się na odwagę.

Krzywołap szturchnął ją w piętę i jej stopy znów ożyły. Sklep wyglądał jak zawsze: zakurzony, ciemny i pełen krytycznych, pierzastych oczu. Silver siedział na swojej grzędzie po lewej stronie kasy, śpiąc spokojnie. Nie mogła powstrzymać się od pytania, czy długo mu zajęło nauczenie się spania w pozycji siedzącej, czy też przychodziło mu to naturalnie, gdy przybierał tę formę.

Ostrożnie dreptała po sklepie, starając się go nie obudzić. Właściwie naprawdę słodko wyglądał, gdy spał. Jego zazwyczaj surowa twarz była rozluźniona, a podbródek mocno wtulony w pierś. Cicho pohukiwał, gdy śnił, a ona zastanawiała się, co też może się dziać w jego opierzonej główce.

Potknęła się o stołek i gwałtownie się obudził.

— Przepraszam! — wyrzuciła z siebie, pocierając goleń. — Starałam się ciebie nie obudzić.

Na tę uwagę władczo uniósł brew.

Wyjąkała urywaną odpowiedź:

— W-wyglądałeś tak uroczo i ja…

Wypuścił powietrze i rozpostarł skrzydła, jakby miał odlecieć, ale ona rzuciła się przed niego, komicznie rozkładając ręce na boki.

— Proszę, zostań.

Z rozmysłem powoli opuścił skrzydła i przechylił głowę. Jej wzrok błądził po nim, szukając jakiegokolwiek znaku, że nie jest zwierzęciem, na które wyglądał. Nigdy wcześniej nie przyglądała mu się tak uważnie. Naprawdę był dostojnym stworzeniem. Wyprostowana postawa i idealnie wypielęgnowane pióra. Te jasne, szare oczy błyszczały, jakby coś kryło się głęboko w ich głębi.

Z kolejnym prychnięciem nastroszył pióra i Hermiona uświadomiła sobie, że wpatruje się w ptaka o wiele dłużej, niż to konieczne.

— Przyniosę ci herbatę — wymamrotała, odwracając się od niego.

Twarz płonęła jej ze wstydu. Nie była pewna, co wolałaby teraz: upokorzenie z powodu takiego zachowania w obecności zwierzęcia, czy przenikliwy wstyd z powodu takiego zachowania w obecności Draco Malfoya. Tak czy inaczej, równie dobrze mogła zwinąć się w kłębek i umrzeć.

Kiedy wróciła z herbatą, jej twarz ochłonęła, a Silver był zajęty swoją książką. Był to iluminowany manuskrypt o irlandzkim folklorze. Na marginesach tańczyły wróżki i makabryczne bestie, takie jak banshee i duchy. Hermiona nabyła go, bo myślała, że pomoże mu to poczuć obecność Luny, na wypadek gdyby za nią tęsknił. Ale teraz nie była tego taka pewna.

Gdy go obserwowała, wyciągnął dziób i obrócił stronę w książce.

Nie spojrzał na nią, kiedy postawiła obok niego filiżankę i zabrała się do przygotowywania sklepu do otwarcia. Jak miała to zrobić? Gdyby od razu go zapytała, czy jest Draco Malfoyem, prawie na pewno znowu by zniknął. Ale gdyby owijała w bawełnę, mogłaby w zasadzie kwestionować na wpół inteligentnego, magicznego ptaka przez całą wieczność.

Podjęcie decyzji zajęło jej kilka okrążeń po sklepie. Po niemal katastrofalnym, porannym powitaniu, prawdopodobnie najlepiej było starać się zachowywać jak najbardziej naturalnie. Zadanie to okazało się o wiele trudniejsze, niż się spodziewała. Natychmiast zapomniała, jak działają jej kończyny i zapadła w niemal całkowitą ciszę, bojąc się, że powie coś niewłaściwego i on zniknie.

Pod koniec dnia była wyczerpana, gdy mozolnie wdrapywała się po schodach do sowiarni na górze. Reszta ptaków witała ją radosnym pohukiwaniem i szelestem piór. Silver zazwyczaj nie jadał kolacji w sowiarni. Luna powiedziała, że to dlatego, że woli polować sam, ale teraz Hermiona miała wątpliwości. Podejrzewała, że nie podoba mu się pomysł jedzenia szczurów i myszy.

Karmiła ptaki, działając na autopilocie, a jej umysł był całkowicie pochłonięty tajemnicą Silvera. Nigdy nie jadł posiłku w jej obecności. Jej wcześniejsza koncepcja wydawała się rozsądna, ale jakie zwierzę wybrałoby polowanie zamiast darmowego jedzenia, które zazwyczaj mu dawała? Jej umysł odpowiedział beznamiętnie, zrzędliwie.

Przez cały dzień zachowywał się pozornie normalnie. Nie brakowało dzieci terroryzowanych jego surową i władczą obecnością. Musiała dolewać mu herbaty co najmniej trzy razy, co mieściło się w granicach normy. Książka zajęła go tylko przez część dnia. Resztę spędził na głośnym skrzeczeniu za każdym razem, gdy próbowała zamienić ją na jakąś inną.

Miała ochotę krzyczeć WIEM, ŻE POTRAFISZ MÓWIĆ. CZEGO, DO DIABŁA, CHCESZ?!

Ta świadomość zatruwała jej umysł. Do tej pory radziła sobie doskonale z ich niezręczną, niewerbalną komunikacją. Teraz wydawała się najgorszym z możliwych narzuceniem. Prawdopodobnie siedział tam, przewracając strony książek, dając jasno do zrozumienia, że nie chce czytać, nie przejmując się niczym, podczas gdy ona pozwoliła, by zamartwianie się zawładnęło całym jej umysłem.

Zamarła. Będzie na dole, prawda? Nie będzie — wykorzysta kolację jako pretekst do ucieczki, prawda?

Jej serce waliło jak szalone, nierówno, gdy wyrzuciła w powietrze trzy myszy i odwróciła się na pięcie, by zbiec z powrotem na dół. Będzie tam. Będzie. Kroki dudniły, gdy biegła. Nie minęło dużo czasu. Jeszcze tylko jeden zakręt i…

Spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami, gdy omal się nie potknęła i nie spadła z najniższego stopnia. Jedna z jego brwi uniosła się z ciekawości. Ciężko oddychała przez absurdalny wysiłek, który sama sobie zadała.

Co gorsza, olśniewające uczucie ulgi, które zalało ją w chwili, gdy go zobaczyła, wypełniło serce. To było szaleństwo. Nie mogła tego ciągnąć. Musiała coś powiedzieć, bo inaczej się załamie.

— Nie mogę tego zignorować — wyrzuciła z siebie, zataczając się do przodu. — Możesz mówić, a ja mam tyle pytań.

Zmarszczył brwi.

Wcześniej doskonale sobie radziliśmy.

Jego głos był lakoniczny i przeciągły, nieco przypominający Severusa Snape’a.

— Ale wtedy nie wiedziałam — argumentowała, mając krystalicznie jasne pojęcie, że to szaleństwo. — I muszę wiedzieć.

Sapnął, wpatrując się w nią z przerażeniem.

Na przykład co?

Jej myśli krążyły jak szalone. Czy jesteś Draco Malfoyem? Dlaczego tu jesteś? Co jadasz? Jak to jest być ptakiem? Czy wiedziałeś, że będziesz sową, gdy zostałeś animagiem? Czy jesteś Draco Malfoyem? Czy smakowało ci moje gotowanie? Wyglądało na to, że bardzo. Czy mogę znów dla ciebie gotować? Zjadłbyś ze mną w kuchni? CZY JESTEŚ DRACO MALFOYEM?

— C-czy pióra cię swędzą? — wyjąkała, czując się jak idiotka.

Nie miała szans zadać pytań, które naprawdę chciała. Bała się, że ucieknie i już nigdy go nie zobaczy.

Silver wydał z siebie dźwięk, który zabrzmiał jak śmiech.

To było twoje niecierpiące zwłoki pytanie?

Hermiona nadąsała się. To było głupie pytanie. Nienawidziła faktu, że to była jedyna niewinna rzecz, jaka przyszła jej do głowy w tamtym momencie. Unosząc szczękę, odpowiedziała:

— Byłam ciekawa.

Oddech drapał ją w gardle, gdy starała się uspokoić. Chciała wiedzieć o wiele więcej, niż powinna. To nie miało sensu. To nie była przyjazna przysługa. Nawet jeśli by odleciał, i tak nie miała tu zostać na długo. Luna wróci, a ona znów będzie próbowała rozgryźć, co zrobić ze swoim życiem.

Ale było coś w jej pobycie tutaj. Zanim przekroczyła próg sklepu, nie widziała sensu życia. Jej pracę w Ministerstwie Magii przepełniała korupcja i bezsensowna biurokracja. Żadna z jej prób poprawy magicznego świata nie powiodła się. Każdemu małemu zwycięstwu towarzyszyła przerażająca świadomość, że system został zaprojektowany tak, by działać odwrotnie. Po prawie pięciu latach czuła się jak potrzaskana na kawałki. Rezygnacja zabiła jakąś część jej jestestwa. Część, która pozostawiła ją wyrwaną z więzów i apatyczną.

Dom Luny i ten sklep stały się dla niej swego rodzaju azylem, a ona rozpaczliwie pragnęła uchwycić się go obiema rękami. Kapryśnego, prawdopodobnie przyjaciela-animaga i wszystkiego co z tym związane.

Silver nastroszył pióra. Słyszała ten delikatny dźwięk i zastanawiała się, czy on też jest miękki w dotyku.

Owszem. Czasami. Staram się o tym za dużo nie myśleć, bo tak naprawdę nic nie mogę na to poradzić.

— Swędzi cię teraz? — zapytała, wstrzymując oddech w oczekiwaniu.

Wyprostował się i przechylił głowę, patrząc jej prosto w oczy.

Tak.

Jego głos w jej głowie kipiał niechęcią, jakby nie chciał tego powiedzieć.

— Mogę pomóc? — wyszeptała, a jej dłonie drgnęły, gdy spoczywały wzdłuż ciała.

Te błyszczące, szare oczy zwęziły się i przestępował z nogi na nogę, patrząc na nią. Jeśli naprawdę był ptakiem, nie miał powodu, żeby odmawiać. Znali się wystarczająco długo, by taki kontakt był akceptowalny. Jasne, przerażał dzieci, ale nigdy ich nie skrzywdził.

Jeśli jednak był animagiem…

No dobrze.

Nie spodziewała się, że się zgodzi. Odwrócił się od niej, ale czy to z powodu zwierzęciej ciekawości, czy zażenowania, nie wiedziała. Jej dłoń zawisła w połowie drogi między nimi, rozpaczliwie próbując uwierzyć, że jest ptakiem, a nie człowiekiem.

— Gdzie cię swędzi?

Znów prychnął.

Na plecach. Między skrzydłami.

— Dobrze — mruknęła do siebie, pokonując dzielącą ich odległość.

Był miękki. Zanurzyła palce w jego piórach, delikatnie drapiąc skórę pod pachami. Całe jego ciało zadrżało, gdy się poruszyła. Jeśli naprawdę był animagiem, to było — cóż — bardzo intymne. Był szczuplejszy, niż się spodziewała, kości wystawały tuż pod powierzchnią piór.

Kiedy skończyła, obróciła się, by spojrzeć mu w twarz. Już się nie trząsł, ale wciąż unikał jej wzroku, co chyba było dobrą oznaką, zważywszy na rumieniec, który właśnie rozgrzewał jej policzki.

— M-muszę iść ugotować kolację — wyjąkała, cofając się ku drzwiom prowadzącym do małego domku. — Krzywołap na mnie czeka.

Gdy tylko jej plecy uderzyły o drzwi, ponownie uchwycił jej spojrzenie.

Dziękuję.

Z tymi słowami uniósł skrzydła i wleciał do sowiarni na górze. Patrzyła, jak odlatuje, czując się nieco mniej podejrzliwa, ze zaraz zniknie w mroku nocy. To była krótka chwila, ale przynajmniej dowodziła, że ufał jej na tyle, by pozwolić się dotknąć.

Może z czasem zaufa jej na tyle, by powiedzieć prawdę.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Po tym dniu, zaczął mówić więcej. Drobne, nieistotne rzeczy. Rozmowy, które pomagały zabić czas przytłoczony obsługą klientów.

— Jakie książki lubisz? — zapytała, zmieniając księgę o rebelii goblinów z tysiąc sześćset dwudziestego roku na Morganę Le Fay.

Silver spojrzał na nią tymi urzekającymi, szarymi oczami.

Wolę historie o wolności.

Zaparło jej dech w piersiach. Draco Malfoy był chłopakiem wychowanym w luksusie, a potem uwięzionym przez najgorszych ludzi, jakiś świat miał do zaoferowania. Kiedy Harry opowiedział jej o konfrontacji Draco z Dumbledore’em na Wieży Astronomicznej, pękło jej serce. A gdy widziała go następnym razem, był blady i wycofany, z oczami przepełnionymi udręką, gdy jego ciotka torturowała ją na podłodze w ich salonie. Nic dziwnego, że postanowił zniknąć.

— Która jest twoją ulubioną? — wyszeptała, przerażona, że jej ciekawość położy kres ich kruchej przyjaźni.

Spojrzał przez okno na mżawkę. Było przygnębiająco mokro. Deszcz niczym ponury śpiew uderzał o dach i okna. Choć zima miała się ku końcowi, nie ustępowała. W sowiarni na górze unosiła się przytłaczająca woń mokrych zwierząt.

Jego głos w jej głowie był niski i chrapliwy.

Jakieś trzy lata temu Luna kupiła mi książkę o mężczyźnie, którego podstępem zwabiono do szalonej przygody. Otworzyła ona go na świat i zmusiła do zrozumienia, że tak wiele rzeczy, w które wierzył, było kłamstwem.

Hermiona wciągnęła głęboko powietrze.

W końcu świat, który znał, okazał się zbyt mały, bo teraz wiedział, jak to jest uwolnić się od przeszłości.

Stała w milczeniu, trawiąc jego słowa.

— Jaki nosi tytuł?

Nie odpowiedział od razu, a kiedy to zrobił, w jego głosie słychać było melancholię.

Hobbit.

Wszystko miało jakiś dziwny sens. Bilbo był chroniony i wychowywany w luksusie. Został wyrzucony z domu i dzięki temu wyszedł na tym o wiele lepiej. Zastanawiała się, jak inaczej mogłoby wyglądać życie Draco Malfoya, gdyby go porwali i zabrali ze sobą na ostatnim roku. Zamiast rozszarpywać jego ciało w łazience, co by się stało, gdyby Harry go związał i zaciągnął ze sobą do lasu?

— Tolkien był mistrzem w pisaniu opowiadań. Napisał tę książkę dla swoich dzieci — wyjaśniła, starając się nie rozwodzić się nad jej znaczeniem. — Bardziej podobał mi się Władca Pierścieni.

Reakcja Silvera była natychmiastowa. Zadrżał, całe jego ciało się poruszyło. Odpowiedział tak cicho i z wymuszeniem, że prawie tego nie zarejestrowała.

Mnie się nie to nie podobało.

Od razu pożałowała swoich słów. Koncepcja wszechmocnego, mrocznego władcy i legionów zła prawdopodobnie nie była czymś, do czego chciał wracać.

— Po prostu uważałam Legolasa za uroczego w filmie! — wyrzuciła z siebie.

Silver uniósł jedną, bardzo krytyczną brew.

Hermiona tupnęła nogą.

— Nie patrz tak na mnie. Był gibkim blondynem. Każda dziewczyna na świecie miała słabość do Legolasa.

Rozumiem.

Skwitował to imitowanym chichotem.

Chciała się zapaść pod ziemię z zażenowania i poszła sprawdzić zapasy w magazynie. Dopiero gdy otoczył ją kurz i cisza, zdała sobie sprawę, że Draco Malfoy też był gibkim blondynem.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

— Masz jakieś hobby poza czytaniem? — zapytała w wyjątkowo leniwe popołudnie.

Silver oderwał wzrok od aktualnie czytanej książki Statku Magii Robina Hobba. Z zapartym tchem śledził przygody korsarzy. Hermiona próbowała znaleźć dla niego książki fantasy, które nie zawierałyby elementów mrocznej mocy, ale było to wyjątkowo trudne. Na szczęście ta zdawała mu się podobać.

Latanie — stwierdził bez wahania. — Nie ma nic lepszego niż uczucie unoszenia się w powietrzu i wiatr smagający pióra, gdy poruszasz się po niebie. To dziwna mieszanka ekscytacji i spokoju.

— Och.

Jej odpowiedź wydawała się niewystarczająca, ale tak naprawdę nie wiedziała, jak zareagować. Zawsze nienawidziła latania. Wszystkie zaklęcia lecznicze i eliksiry odbudowujące kości nigdy nie wydawały się wystarczające w zestawieniu z bólem uderzenia o ziemię z dużą prędkością.

Jego spojrzenie stwardniało.

Jakie masz hobby?

— Czytam — odpowiedziała i miała właśnie kontynuować, gdy przewrócił oczami.

Hobby inne niż czytanie.

— No cóż… — zamilkła.

Kiedyś miała hobby, naprawdę. W Hogwarcie, oprócz czytania, robiła na drutach. Ale przez wiele lat jej głównym hobby było rozwiązywanie zagadki, czy czegoś, co próbowało zabić Harry’ego Pottera. Potem z trudem wpasowywała się z powrotem w codzienne życie. Wszystko to wydawało się takie bezsensowne.

Próbowała. Naprawdę. Był rok, w którym zajęła się fotografią. Stary polaroid, który przypominał tego jej taty, stale wisiał na jej szyi. To przerodziło się w scrapbooking. Jej mieszkanie tonęło w stertach taśm ozdobnych i naklejek, starych polaroidach i brokacie. To z kolei zamieniło się w zgłębianie wiedzy na temat przemysłu papierniczego, bo przerażała ją ilość papieru marnowanego przez ludzi.

Ron narzekał na to wszystko. Nie rozumiał, dlaczego nie potrafiła po prostu usiedzieć w miejscu. Dlatego zajęła się gotowaniem. W jego oczach to nie było hobby, lecz konieczność.

Oczywiście wadą tego był fakt, że w ogóle tego nie doceniał. Jedzenie było potrzebne. Po prostu było. Nie miało znaczenia, że dusiła wołowinę przez cztery godziny, by odchodziła od kości.

Niedługo potem się rozstali, ale nie mogła zaprzeczyć, że przez chwilę była zadowolona.

— Lubię gotować.

Silver poruszył się na grzędzie, lekko machając skrzydłami, by utrzymać równowagę.

Danie przez ciebie ugotowane było pyszne.

Hermiona z brzękiem upuściła rozpakowywany właśnie rulon galeonów do kasy.

— Dziękuję — wymamrotała, czując piekące policzki. — Z przyjemnością dla ciebie gotowałam.

Z przyjemnością to zjadłem.

Przygryzła wargę. Silver nie zjadł zbyt dużo. Większość pochłonął tajemniczy mężczyzna, którego uporczywie nazywała Draco Malfoyem.

— Wybacz, że nie było tego za dużo.

Silver znieruchomiał, jego wzrok błądził między oknem a nią.

Wystarczyło.

Skinęła głową i wrzuciła monety do kasy.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Drzwi otworzyły się z hukiem, niesione wiatrem i furią mężczyzny, który właśnie przez nie wszedł. Marcus Flint nie postarzał się z godnością. Jego ciemne włosy znacznie się przerzedziły, a zaczesanie, którym próbował to ukryć, fatalnie się sprawdzało. Nadal jednak był ociężałym olbrzymem, mimo że w jego ciele było znacznie więcej tłuszczu niż mięśni.

— Gdzie on jest? — warknął.

Hermiona, która była w trakcie liczenia zapasów eliksirów zmniejszających, przerwała z uniesionym palcem wskazującym. Zmieszana spojrzała na Silvera i zobaczyła, że patrzy złowrogo na głośnego intruza. Choć cenił sobie rolę ochroniarza sklepu, nienawidzenie kogoś na wejściu, nie było normalnym zachowaniem.

Wróciła za ladę i odchrząknęła.

— Gdzie jest kto?

Flint podszedł do niej jak burza. Był bardzo wysoki i górował nad nią, zmuszając do odchylenia głowy do tyłu i naciągnięcia karku. Sycząc, kontynuował:

— Ten skurwiel, Malfoy. Wiem, że to był on.

Hermiona nie mogła powstrzymać spojrzenia, które rzuciła Silverowi, wciąż wpatrującemu się w intruza.

— Chyba coś się panu pomyliło. Lucjusz Malfoy w życiu nie pokazałby się w takim sklepie — zażartowała, próbując rozładować napięcie.

Silver gwałtownie odwrócił głowę, by na nią spojrzeć, ale starała się nie zwracać uwagi na jego reakcję.

Flint uderzył pięścią w ladę i warknął:

— Nie udawaj głupiej, dziewczyno. Mówię o Draco Malfoyu. Tydzień temu zapukał do moich drzwi, rzucił kosz prezentowy w moją głowę, a potem uderzył mnie w brzuch. Kiedy leżałem na podłodze w kompletnym szoku, przykleił mi do głowy papiery rozwodowe zaklęciem klejącym.

Hermiona próbowała powstrzymać śmiech, ale wydobył się z niej niczym eksplozja. Częściowo z ulgi. Nie oszalała! Silver był Malfoyem, a Malfoy Silverem. Nie było co do tego wątpliwości. W sumie to było bezczelne. Draco Malfoy zniknął ze świata czarodziejów, by pojawić się pięć lat później i uderzyć Marcusa Flinta w brzuch.

Nagle poczuła szarpnięcie w górę, gdy Flint złapał ją za przód bluzki i trzymał w powietrzu. Jej klatka piersiowa ścisnęła się ze strachu, gdy jej stopy oderwały się od ziemi. Serce zabiło z paniki, kiedy naparła na niego. Był jak mur, nie drgnął ani jednym mięśniem.

Silver wrzasnął tak głośno, że próbowała zakryć uszy dłońmi. Pióra musnęły jej twarz, gdy przeleciał obok niej z wyciągniętymi pazurami. Potem upadła, gdy przekleństwa Flinta wypełniły powietrze. Uderzyła o podłogę z donośnym hukiem.

— ZOSTAW MNIE, AŁA!  — krzyknął Flint.

Rozległ się kolejny głośny huk i usłyszała ciężkie kroki zmierzające w stronę drzwi. Zerwała się na równe nogi akurat w momencie, gdy Flint otwierał je z szarpnięciem, z twarzą pokrytą krwią, i zniknął w deszczu na zewnątrz. Silvera nigdzie nie było widać.

— Silver!? — krzyknęła.

Ptak wskoczył na blat z lekko nastroszonymi piórami i uniósł brew. Jego wyraz twarzy zdawał się pytać: Naprawdę myślałaś, że mnie pokona?

Patrzyli na siebie. Hermiona nie była pewna, czego oczekiwała od chwili, gdy potwierdziła swoje podejrzenia. Ze wszystkich scenariuszy, które odtwarzała w głowie, ta cisza i akceptacja nie były jednym z nich.

— Czy możesz się przemienić, proszę? — zapytała cicho, a jej serce biło głośniej niż wypowiadane słowa.

Dlaczego? Jego głos był cichy. Co by to dało?

Nie miała innej odpowiedzi, niż tylko ta, że chciała go zobaczyć. Ten przebłysk jego twarzy sprzed tak dawna nie wystarczał. Od tamtej pory myślała o nim każdej nocy i nie było już pewna, czy ufa swojemu wspomnieniu.

— Nie tęsknisz za tym?

Pisnął. Dźwięk ten brzmiał niemal jak szczekliwy śmiech.

Nie.

Za bardzo tego pragnęła. Mocno zacisnęła dłonie na blacie, próbując wymyślić sposób, by go przekonać. Czy wiedza byłaby gorsza? Obserwowanie go każdego dnia w tej postaci i wyobrażanie sobie, jakby to było zobaczyć go takim, jakim naprawdę jest?

— Mógłbyś jeść ze mną — zasugerowała. — Nie jesz przecież w swojej animagicznej postaci, prawda?

Przestąpił z nogi na nogę, zatrzepotał skrzydłami i odwrócił od niej wzrok. Widziała, że ta myśl go zdenerwowała, ale wiedziała też, że jedzenie było jedyną rzeczą, na którą kiedykolwiek reagował. Jego piętą achillesową.

— Mogłabym przyrządzić pasztet strasburski.

Rzucił jej przeciągłe spojrzenie, po czym znów odwrócił wzrok.

— Koguta w winie?

Zacisnął pazury i zadrapał nimi o blat.

— Crème Brûlée?

Na jego twarzy malował się prawdziwy ból, gdy zacisnął powieki. Przeszedł tam i z powrotem, krok, dwa kroki, zanim zeskoczył z blatu. Przez chwilę myślała, że zemdlał, ale zaraz potem przed nią pojawiła się wysoka, ponura sylwetka Draco Malfoya.

Nie przesadziła ze swoimi wspomnieniami. Był wysoki i gibki, z szerokimi ramionami, zanim jego ciało zwęziło się w kształt litery V. Choć wciąż bardzo szpiczasta, jego szczęka była teraz wyrzeźbiona, nawet jeśli kości policzkowe były teraz ostro uwydatnione. Jego blond włosy były długie i miękkie, nie były już zaczesane do tyłu przez wszelkiego rodzaju kosmetyki do włosów. Gdyby nie cienie pod oczami i blady odcień skóry, byłby oszałamiająco przystojnym mężczyzną. Drżąca dłoń wylądowała na blacie przed nią i patrzyła, jak zaciska się w pięść.

— Nikomu nie powiesz, że tu jestem, dobrze?

Jego głos był niski i melodyjny, podobny do tego, który przypisała w swojej głowie do Silvera.

— Nie powiem — obiecała, unosząc trzy palce. — Słowo harcerza.

Zmarszczył brwi.

— Nie wiem, co to znaczy.

Hermiona roześmiała się i zaczęła wyjaśniać czym jest harcerstwo i jego historię. Malfoy opadł na krzesło ukryte za ladą i obserwował swoimi błyszczącymi, szarymi oczami, jak zamyka sklep.