[T] Come To Claim: Rozdział 35
Theo i Blaise wpadli do pokoju, przeklinając i
wzdychając. Traciłam i odzyskiwałam przytomność tak szybko, że ledwo nadążałam
za ich rozmową.
— Do
Świętego Munga… teraz!
— To
niebezpieczne!
— Już!
Wzięłam głęboki wdech, gdy moim ciałem wstrząsnął
kolejny dreszcz. Dean przytulił mnie mocniej, ale mimowolne ruchy wstrząsnęły
mną tak gwałtownie, że chciałam zwymiotować.
Kłótnia trwała, ale nagle gwałtownie się
poruszyliśmy. Potrzebowałam tylko poczuć Draco. Naciskałam sygnet, żeby dał mi
jakiś znak życia, ale straciłam czucie w dłoniach. Czułam tylko przenikliwe
kłucie w głowie i palący ból w każdym calu skóry.
Światła były teraz jaśniejsze.
Otaczały mnie nowe głosy.
Nie mogłam otworzyć oczu.
Było mi niedobrze.
Więcej drgawek.
A potem ciemność.
~*~*~*~*~*~*~*~
Wokół mnie panował chaos. Głośne głosy,
natarczywe prośby. Nie mogłam ich zrozumieć. Ale światło było zbyt ostre. Nie
mogłam otworzyć oczu. Nie, kiedy moja głowa dudniła krzykiem.
To jej głos usłyszałam ponad hałasem.
Otwórz!
Jej ostry, szyderczy śmiech. Jej szydzenie.
Mężczyzna.
Jego pięść waliła mnie w ciało, jakby było gliną.
Próbowałam krzyczeć.
Ale miałam wrażenie, że moje płuca są podziurawione.
— To już trzeci atak w ciągu godziny — krzyknął
głos. — Zawołajcie Chuffingtona, natychmiast!
Kto to był?
Otwórz!
Nie!
— Granger, do cholery, trzymaj się — zagroził
Theo. — Walcz!
Byłam tak bardzo zmęczona.
Tak słaba.
Nie mogłam przestać się trząść.
Ciemność.
~*~*~*~*~*~*~*~
Było mi tak zimno.
Tak zimno, że przysięgłabym, że znów jestem w
pokoju w Scry.
Mój puls przyspieszył.
Nie,
nie, nie!
Z trudem otworzyłam oczy.
Żadnego pokoju wyłożonego kafelkami z metalowymi
meblami.
To na pewno był szpital Świętego Munga.
Blaise siedział na krześle obok łóżka. Jego
wytatuowana postać skoczyła do przodu, gdy tylko złapałam go wzrokiem.
— Granger — wychrypiał.
Coś poruszyło się za mną. Theo stanął obok niego.
Pomyślałam o sygnecie na mojej prawej dłoni.
Wciąż nie czułam nic poza bólem.
— Czy on żyje?
— Tak — powiedzieli obaj.
I znowu odpłynęłam.
~*~*~*~*~*~*~*~
Znów ogarnęła mnie cisza.
Ale wciąż czułam przenikliwe zimno.
Potrzebowałam więcej nakryć.
Otworzyłam oczy.
Ktoś trzymał mnie za prawą dłoń.
Narcyza.
— Hermiono — westchnęła.
Nigdy nie widziałam jej tak swobodnie ubranej.
Miała na sobie sweter i spodnie, a włosy spięte w kok.
Próbowałam przemówić, ale wyszły z tego tylko
słabe pomruki.
Gardło miałam zdarte od krzyku.
Zdawała się czytać mi w myślach, bo Narcyza
puściła moją dłoń i przytknęła mi słomkę do ust.
— Nie pij za szybko.
Próbowałam zwolnić, ale byłam tak spragniona chłodnego
płynu.
Odsunęła kubek, zanim skończyłam pić.
— Czy on żyje? — zapytałam.
— Tak — odpowiedziała.
Zamknęłam oczy.
Żył.
— Jak długo to będzie mnie kłuć? — wyszeptałam. —
Jak długo będę musiała słuchać jej głosu?
— Jakiś czas — wyszeptała.
Skowyt wyrwał się z moich ust, gdy ciemność
wciągnęła mnie z powrotem.
~*~*~*~*~*~*~*~
Teraz było głośniej.
Wokół mnie wybuchł ryk konsternacji.
Otwórz!
Jej wrzask był ogłuszający.
Próbowałam zakryć uszy przed dźwiękiem.
Olbrzym pociągnął mnie w dół.
Chciał, żebym słuchała przeraźliwych krzyków.
Ale nie mogłam.
Głowa mi pękała.
Tęskniłam za zimnem.
Chłód był lepszy niż ogień.
Wszystko było lepsze od tego.
Raz po raz banshee dźgała mnie ostrym nożem.
Moja skóra pękała i krwawiła.
Szlochałam, walcząc, by wyrwać się z jej uścisku.
Nie mogłam tego słuchać.
Zrobiłabym wszystko, żeby przestać.
Wiłam się w jego uścisku.
~*~*~*~*~*~*~*~
— A jakie są długoterminowe skutki?
— Trudno powiedzieć. Nie potwierdziliśmy, ile
razy i jak długo rzucano zaklęcie. Długotrwałe stosowanie Cruciatusa może mieć
setki negatywnych konsekwencji ze względu na uszkodzenia nerwów.
— A Imperius?
— Silne wstrząsy mózgu w połączeniu z zaklęciem Imperius
sieją spustoszenie w pannie Granger. Jej ciało przechodzi w stan walki lub
ucieczki, ponieważ nie potrafi odróżnić rzeczywistości od pamięci.
Ale banshee wróciła.
Jej uścisk na kostce.
Jej paznokcie wbijające się w skórę.
Ciągnęła mnie.
Walczyłam z całych sił.
Mam nadzieję, że o tym wiedział.
~*~*~*~*~*~*~*~
— Gówno mnie obchodzi, za kogo się uważają. Nikt
z rudymi włosami nie zbliży się do tego cholernego szpitala na odległość
dziesięciu kilometrów.
Odezwały się kolejne głosy.
— Jeśli zechcą złożyć formalną skargę do
Ministra, to proszę bardzo. Mam nakaz sądowy przeciwko nim wszystkim. Niech
nikt się nie zbliża do tego cholernego skrzydła.
~*~*~*~*~*~*~*~
W polu widzenia pojawiły się przebłyski Draco.
Krzyczał coś do mnie.
Ale kule…
Dławiłam się szlochem.
Jego ciało było nimi podziurawione.
Metal raz po raz rozrywał jego ciało. A ja byłam
uwięziona.
Wrzeszcząca banshee trzymała mnie, rozdzierając
moją skórę pazurami i zębami, gdy patrzyłam, jak Draco umiera.
Jego szare oczy były martwe.
Byłam sama.
Otwórz!
~*~*~*~*~*~*~*~
Otworzyłam oczy.
W pokoju było ciemno, poza kilkoma delikatnymi
lampami w rogu.
Theo pojawił się w moim polu widzenia.
Wyglądał na bardzo zmęczonego.
— Żyje? — zapytałam.
— Tak — powiedziała Narcyza, obejmując moją dłoń.
Mało brakowało, żebym się uśmiechnęła, zanim moje
oczy same się zamknęły.
— Powinien tu być — warknął Theo. — Otworzyła
oczy pierwszy raz od dwóch dni.
— Gdyby mógł, to by tu był — powiedziała Narcyza.
— Nic nie jest, kurwa, ważniejsze od niej.
Nigdy nie wyobrażałam sobie, że Theo będzie mówił
do kogokolwiek w ten sposób, a tym bardziej do Narcyzy. Była dla niego jak
matka.
— Musiał wyjechać.
Ciemność.
~*~*~*~*~*~*~*~
Znajomy, kobiecy głos przywrócił mi przytomność.
— Ha! — Pansy się zaśmiała. — A nie mówiłam,
chłopaki? Oczywiście, Granger obudziła się na dźwięk mojego głosu.
Mrugnęłam do niej i posłałam jej zmęczony
uśmiech.
— Cześć — powiedziała, przesuwając grzbietem
dłoni po moim policzku.
Łaskotanie na skórze niemal zastąpiło upiorne ukłucia
Cruciatusa.
Uniosła kubek z wodą i przycisnęła słomkę do
moich ust.
Starałam się pamiętać, żeby pić powoli.
— Cześć, kochanie.
Wypuściłam powietrze z płuc.
Draco.
Stał przy oknie z Theo i Blaise’em. Okulary
znajdowały się na jego idealnie kanciastym nosie, a w ręku trzymał kubek kawy.
— Dajmy im chwilę, dobrze?
Pansy spojrzała sugestywnie na Theo i Blaise’a.
Nie spuszczałam wzroku z Draco.
Łzy spływały mi po policzkach, gdy szedł w moją
stronę.
— Próbowałaś skrócić lata mojego życia, Granger?
Usiadł na skraju mojego łóżka i postawił kawę na
stole. Kciukiem delikatnie otarł łzy.
— Żyjesz.
Z jego ust wydobył się pusty śmiech.
— Moje życie nigdy nie było zagrożone —
wyszeptał. — Ale twoje…
Spojrzał na mnie znacząco.
Próbowałam sobie przypomnieć szczegóły z
przeszłości. Spojrzałam na lewą dłoń. Była mocno zabandażowana.
— Nie — błagał cicho Draco, odgarniając mi loki z
twarzy. — Nie próbuj sobie teraz przypominać. Pozwól umysłowi się uleczyć.
Spotkałam się z jego wzrokiem.
Przez ułamek sekundy dostrzegłam matowy,
przygaszony kolor jego oczu, gdy w śnie umierał na moich oczach.
Wiem, że wyraźnie się wzdrygnęłam, widząc jego reakcję.
— Wymuszanie wspomnień może wyrządzić więcej
szkód. Jeśli się pojawią, porozmawiaj o nich i uwolnij je. Ale próba
wyciągnięcia ich z głębin umysłu tylko utrudni twoje uzdrowienie.
— Wiesz coś o uzdrawianiu umysłu?
— Mam w tym osobisty interes.
Pocałował mnie w czoło.
— Jeszcze coś, doktorze Malfoy?
— Właściwie tak. Będziesz zamknięta w wieży przez
następne sto lat, aż moje ciśnienie się w końcu unormuje.
— Tylko sto?
Ciche pukanie do drzwi sprawiło, że Draco mruknął
coś pod nosem. Pocałował mnie w prawą dłoń i podszedł do drzwi.
Weszło trzech Aurorów, starając się mówić cicho.
Draco się napiął. Zerknął na zegarek i wyszeptał do nich coś jeszcze.
Rozległo się kolejne pukanie do drzwi. Trzy
uzdrowicielki zatrzymały się przy wejściu, gdzie Aurorzy sprawdzali je
różdżkami.
Czy
Draco sprawdzał każdego uzdrowiciela, który wchodził do tego pokoju?
Uzdrowicielki podeszły do mnie, a Draco poszedł
za nimi.
— Dzień dobry, panno Granger. — Uśmiechnęła się
jedna z uzdrowicielek. — Mam na imię Rory. To Gemma i Sabine.
Rory była młodsza od pozostałych, ale wydawała
się dowodzić. Pozostałe dwie czarownice uśmiechały się, sprawdzając moje karty,
a później jedna z nich przesunęła po mnie różdżką, rzucając zaklęcie
diagnostyczne.
Zauważyłam, że Sabine i Gemma miały inne szaty
niż Rory.
— Poziom Zee opadł od wczoraj — usłyszałam
śpiewny, francuski akcent Sabine, podczas gdy Gemma robiła notatki.
Gemma odpowiedziała jej po francusku i prowadziły
cichą rozmowę, aż dołączył do nich Draco. Jego francuski był równie
nieskazitelny jak ich.
Wciągnęły go w rozmowę i, z mojej ograniczonej
wiedzy, odpowiadały na jego pytania.
— Miałaś dziś rano mdłości, kochanie? — zapytała
Rory.
Pokręciłam głową.
— Jadłaś coś albo piłaś?
Znów pokręciłam głową.
— Przyniesiemy ci coś, dobrze?
— Jaki mamy dzień? — zapytałam.
— Granger — przerwał mi Draco władczym tonem.
Ach, tak.
Nie próbuję odzyskiwać wspomnień.
— Jest czwartek — powiedział delikatnie, a ja
jęknęłam.
Cztery dni, w których straciłam rachubę czasu.
Wciągnęłam powietrze przez nos.
Byłam bezpieczna.
Byłam tutaj.
Z Draco.
Byłam bezpieczna.
— Herbata miętowa — rzekł Draco do Rory. — Na
razie unikamy kofeiny. Coś prostego. Tost z jajkami.
Spojrzał na mnie z aprobatą, a ja skinęłam głową.
— Cukier do herbaty, proszę — dodał.
— Śmietanka?
Pokręciłam głową w tym samym momencie, gdy Draco
wypowiedział odmowę.
Znał mnie tak dobrze, że chciało mi się płakać.
Każdy szczegół. Nawet to, jakie preferowałam rodzaje herbaty.
Rory zaczęła przesuwać się ku mojej lewej dłoni,
a ja instynktownie się cofnęłam.
— Przepraszam.
— Nie przepraszaj, kochanie.
Unikałam wzroku Draco, obserwując jej pracę. Moja
dłoń pojawiła się w polu widzenia i starałam się nie drgnąć ponownie.
Była tak czarna i sina od siniaków, że w kilku
miejscach w ogóle nie widziałam koloru mojej skóry.
— Zamiast odrastać każdą kość z osobna,
postanowiliśmy przeprowadzić pełny odrost od nadgarstka po palce — powiedziała
Rory. — Próba ustawienia wszystkiego poprawnie za pierwszym razem byłaby zbyt
skomplikowana. A zamiast narażać cię na długotrwały ból w przyszłości,
postanowiliśmy pozbyć się większości bólu, kiedy byłaś nieprzytomna.
Przypomniałam sobie historię o tym, jak Harry
radził sobie z odrostem ręki i skuliłam się, wdzięczna, że przez większość
czasu byłam nieprzytomna.
— Powinnaś odzyskać pełną sprawność ruchową w
ciągu kilku dni. Przeprowadzimy terapię, żebyś znów mogła się oswoić z ruchami.
Draco znów rozmawiał po francusku z pozostałą
dwójką.
Gemma pokazała mu pergamin w dłoniach i oboje
zaczęli mówić, wskazując na kilka wykresów i diagramów. Próba przypomnienia
sobie podstawowego francuskiego, którego nauczyłam się lata temu, przyprawiała
mnie o ból głowy, więc przestałam.
Patrzyłam, jak Sabine rzuca zaklęcie na moją
głowę, i widziałam, jak cienka zasłona faluje nade mną. Studiowała ją, jakby
czytała długi pergamin.
— Główny Aurorze Malfoy — powiedziała jedna z Aurorek.
— Przyjaciele panny Granger wrócili.
Draco ledwo uniósł głowę, potrząsnął nią raz w
jej stronę i kontynuował rozmowę z Gemmą.
— Mogę?
Sabine trzymała dłoń blisko mojej głowy, a ja
przytaknęłam.
Jej delikatne palce dotknęły mojej skroni w
trzech różnych miejscach. Mówiła przez ramię do Gemmy i Draco, podczas gdy
Gemma robiła notatki.
Rory nacisnęła wrażliwy punkt na mojej dłoni, a
ja sapnęłam.
Otwórz!
Wciągnęłam głęboko powietrze, gdy głos powrócił.
Zacisnęłam mocno powieki.
Otwórz!
Tym razem krzyknęła głośniej.
Zaczęłam hiperwentylować. Nie chciałam znowu
zemdleć. Chciałam porozmawiać z Draco. Straciłam już tyle czasu.
Otwórz!
Przycisnęłam dłoń do piersi, nie dając jej dojść
do słowa.
A potem wszystko ustało. Jak mgła opadająca na
jezioro.
Zobaczyłam stos komiksów. Siedziałam na łóżku, a
każdy z nich migał przede mną jak książka z obrazkami. Moje włosy próbowały
zaatakować Draco we śnie. Stos niedokończonych książek, które trzymałam na
stole w gabinecie, bo nie mogłam wybrać jednej, którą przeczytałabym do końca.
Ja, ubrana w fartuch i stojąca przed Draco w eleganckim staniku. Uśmiechnęłam
się do nich wszystkich. Tak bardzo mi się podobały.
Ciche pomruki po francusku przywróciły mnie do
rzeczywistości.
Draco siedział teraz na brzegu mojego łóżka,
muskając kciukami moje policzki. Ten intymny akt wprawił mnie w panikę, gdy
spojrzałam w stronę drzwi.
— Nie ma ich.
— Przepraszam — wyszeptała, odsuwając dłoń od
piersi.
— To będzie cię dręczyć przez jakiś czas —
powiedziała Gemma do Rory po angielsku. — Będziemy wykonywać ćwiczenia ruchowe
tylko pod nadzorem pana Malfoya, aby mógł interweniować.
— Oczywiście — rzekła Rory. — Powiadomię też innych.
Dziękuję wam obu. Dostarczymy śniadanie.
— Dajcie mi kilka godzin — mruknął Draco do Gemmy
i Sabine. — Poproszę matkę, by przy niej posiedziała i dołączę do was w biurze.
Sabine delikatnie ścisnęła moją stopę, zanim
wyszła. Gemma skinęła głową.
Patrzyłam, jak odchodzą. Znów byliśmy sami.
— Bardzo przepraszam — powiedział. — Obiecywałem,
że nigdy nie będę wnikał do twojego umysłu. Twoją traumą są koszmary i…
— Dziękuję — przerwałam mu, ściskając jego dłoń
zdrową. — Tak się zaplątałam, że nic nie rozumiem.
— W takim razie będę tu, żeby cię rozplątać.
Łzy napłynęły mi do oczu.
— Żadnych łez — wyszeptał, ocierając je.
Znów spojrzałam w stronę drzwi, martwiąc się, że
Aurorzy lada moment się pojawią.
— Nie pracują dla Świętego Munga, prawda? —
zapytałam.
— Nie. — Draco pokręcił głową. — Poznałem Gemmę i
Sabine lata temu. To wiodący, francuski zespół badawczy zajmujący się
magicznymi urazami mózgu.
— I jak się domyślam, nie przybyły tu na letni
staż?
— Są moimi bliskimi przyjaciółmi — odpowiedział.
— Pracowaliśmy razem już kilka razy.
— Z powodu twoich umiejętności Legilimenta?
Skinął głową.
— Ty nie…
— Nie będę szczędził wydatków, jeśli chodzi o twoje bezpieczeństwo, dobre samopoczucie i szczęście — przerwał mi i delikatnie mnie pocałował. — Najlepiej, żebyś po prostu to zaakceptowała. To się nie zmieni.
_________________
Witajcie :) tak kończy się ta partia rozdziałów. Na szczęście Hermiona została uratowana, ale to nie koniec scen w szpitalu. Jeszcze trochę się podzieje w tej historii i wiele Was zaskoczy.
Kolejne rozdziały zapewne opublikuję w ciągu najbliższego tygodnia. Nie wiem dokładnie kiedy, zatem czekajcie.
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia! Enjoy!