niedziela, 1 lutego 2026

[T] Rozgrzeszenie: Rozdział 6

Mugolska ulica przed wejściem dla gości Ministerstwa tętniła życiem. Rozstawiono szereg osłon, by trzymać mugoli z daleka, a technicy pracowali na najwyższych obrotach. Sztuczne oświetlenie sprawiało, że wieczór na odgrodzonym obszarze dziesięciu metrów kwadratowych był nienaturalnie jasny.

Draco przykucnął nad ciałem, czekając na ujawnienie się jakiejś nieścisłości.

— Oczy mu krwawią — zauważył.

— Wygląda tak samo jak Blishwick.

Granger zmarszczyła brwi z drugiej strony zwłok, mrugając szybko i rzucając na nie własne zaklęcia.

Skinął głową, magicznie unosząc koszulę ofiary i wzdychając na widok znajomych Run.

— Czy wiemy, kim on jest? — zapytał Draco, nie podnosząc wzroku.

Wstał i okrążył ciało, szukając jakichkolwiek widocznych blizn lub innych rysów.

— Peter Carrow — mruknął Potter, przestępując z lewej na prawą.

— Czarodziej czystej krwi, prawda? — dopytywała Granger, wstając i otrzepując spodnie z nieistniejącego kurzu.

— Większość Carrowów jest.

Draco wzruszył ramionami. Zauważył zwichniętą rękę i zanotował, że ciało zwrócone jest w kierunku północno-wschodnim. Przeszedł kilka metrów do mugolskiego budynku, szukając nieuporządkowanych śmieci ani śladów obecności. Ale, jak na wszystkich miejscach zbrodni, nie dostrzegł nic niezwykłego.

— Czy wiemy, co tu robił? — zapytała Granger. — I jak zabójca wyrył Runy na jego piersi, tak żeby nikt go nie widział?

Angelina odpowiedziała:

— Próbujemy ustalić, dlaczego był w Ministerstwie, ale jest tam wiele departamentów i problem z komunikacją.

— Nie rozumiem — wtrącił Draco — czyż nie wzmocniliśmy właśnie zabezpieczeń w odpowiedzi na te zabójstwa? Czy rejestry nie powinny wykazać, co tu robił? — Poczuł narastający ból głowy i zapobiegawczo wbił palce w skronie. — Potrzebuję kawy — mruknął sam do siebie, na co Granger rzuciła mu karcące spojrzenie.

— Nasze wzmocnienia bezpieczeństwa skupiały się bardziej na zabezpieczeniu samego Ministerstwa i śledzeniu osób, a niekoniecznie na tym, dlaczego w ogóle tam poszli — odparł Potter obronnym tonem. — Przynajmniej nie stało się to w Ministerstwie — wymamrotał ostatnie słowa.

— Tak, Potter, bo magiczne zabójstwo w zatłoczonej mugolskiej, londyńskiej ulicy brzmi o wiele lepiej — wycedził Draco z kamienną twarzą.

— No cóż, dobra wiadomość jest taka, że powinniśmy zdobyć trochę mugolskich nagrań z monitoringu.

Granger wskazała na sklepik na rogu ulicy.

— Chodźmy tam, dobrze? — zasugerował Draco.

Potter zmarszczył brwi.

— Może powinniście zostawić to technikom?

Draco powstrzymał się od przewrócenia oczami.

— Nie ufam im, dopóki mamy same poszlaki. Dam im znać, jak skończymy.

Zanim drugi mężczyzna zdążył zaprotestować, Draco odszedł i skierował się do sklepiku na rogu.

— Nie musiałeś być dla niego niegrzeczny — skarciła go Granger, biegnąc, by go dogonić.

— Po prostu nie lubię, jak ktoś mi mówi, jak mam wykonywać swoją pracę — zauważył.

Sklep był pusty, z wyjątkiem jednego kasjera czytającego coś, co wyglądało na magazyn porno. Draco dostrzegł około cztery kamery — jedną na zewnątrz, skierowaną na wejście, i trzy w sklepie. Odwrócił się do Granger, skinąwszy głową, dając jej do zrozumienia, żeby przejęła inicjatywę.

— Przepraszam? — Podeszła do kasjera, który spojrzał na nią nieufnie. — Zastanawiałam się, czy widział pan dzisiaj coś podejrzanego?

Kasjer wzruszył ramionami.

— Nic nie widziałem, nic nie powiem — mruknął, wracając do magazynu.

Granger wymamrotała zaklęcie Confundus.

— Czy dałoby radę uzyskać dostęp do nagrań z monitoringu?

Kasjer uśmiechnął się do nich przelotnie i wskazał na zaplecze sklepu. Granger podziękowała mężczyźnie i weszli do obskurnego biura, starając się niczego nie dotykać.

Podeszła do małego ekranu strojącego na biurku, nacisnęła kilka przycisków, po czym uderzyła dłonią w blat.

— Cholera.

Zacisnęła oczy.

Draco zmarszczył brwi.

— Co się stało?

— Nie ma taśmy. Nie nagrywali.

Jej ręka wciąż spoczywała na telewizorze i wyglądała na irracjonalnie zaniepokojoną.

— Wszystko w porządku?

— Tak.

Zebrała się w sobie, minęła go i wyszła ze sklepu na ulicę. Pobiegł za nią, chwytając ją za ramię, żeby ją zatrzymać.

— Granger. — Zmusił ją, żeby spojrzała mu w oczy. — O co chodzi?

Rozejrzała się ba boki i wzięła głęboki oddech.

— Zabójca się nasila. To po prostu… — Spojrzała w dół, gdzie Draco wciąż trzymał ją za ramię, a jej szyja lekko poczerwieniała. Puścił ją, co spowodowało nagłe uczucie chłodu z powodu braku kontaktu. — Czuję, że totalnie zawodzę. To szósta ofiara i trzecia śmierć. Mamy do czynienia z prawdziwym, seryjnym mordercą, Malfoy.

Skinął głową, pocierając czoło.

— Wiem. — To było dalekie od tego, co było na początku ich znajomości, i wtedy nie pozwolił jej wypowiedzieć tych słów. Nie mogli już dłużej zaprzeczać, ktokolwiek to był, nie miał zamiaru przestać. — Chcesz kontynuować poszukiwania nagrań? Może w którymś z tych sklepów są kamery albo coś, co mogłoby się przydać?

Skinęła głową, a Draco powstrzymał się przed założeniem niesfornego loka za jej ucho, czując się dość pewnie, ale to nie był dobry moment. W miarę jak noc mijała, a ich śledztwo nie przyniosło żadnych rezultatów, zauważył, że Granger staje się coraz bardziej wycofana, wręczając wizytówki właścicielom sklepów z nieobecnym grymasem na twarzy. Zapaliła papierosa, frustrując się, że zapalniczka działała dopiero po kilku próbach, aż w końcu sam Draco rzucił dla niej subtelne zaklęcie ognia.

— Granger — zaczął, gdy w końcu dotarli do sali konferencyjnej w Ministerstwie, zdejmując szaliki i płaszcze — nie możesz się obwiniać.

— Wiem — prychnęła. — Chyba właśnie nabrałam nadziei, że ten czarodziej albo Omnia Scienti w końcu popełni błąd.

— Może i tak. Dowiemy się więcej, gdy analitycy DPPC skończą.

Draco wzruszył ramionami.

— Jasne. — Granger zabrzmiała niepewnie, trzaskając karkiem, zanim podeszła do tablicy. Wyciągnęła kilka nowych zdjęć z notesu i dodała je. — Więc wszystko wygląda praktycznie identycznie jak w przypadku Blishwicka…

— Z wyjątkiem tego, że zabito ich w Ministerstwie, a nie przed Puraclavą — przerwał Draco, marszcząc brwi. Spojrzał na zdjęcia, próbując znaleźć jakąś zauważalną różnicę między tymi dwoma morderstwami. — Po co miałby ryzykować? — mruknął, przygryzając dolną wargę i wpatrując się w tablicę.

— Słucham? — dopytywała Granger, przysuwając się do niego.

Pokręcił głową.

— To po prostu wydaje się dość ryzykowne. Musiał w pewnym momencie otruć Carrowa, a potem za nim podążać, a kiedy umarł, albo wyryć Runy na ulicy, albo przenieść ciało. Wydaje się to… przesadne.

— Czy Puraclava nie była równie ryzykowna? — zauważyła Granger.

Draco rozważył to, marszcząc nos.

— Te ofiary zazwyczaj znajdowano później w nocy, a biorąc pod uwagę przeznaczenie Puraclavy, ludzie naturalnie odwracali wzrok.

— Więc nasz zabójca działa coraz śmielej?

— Może nie jest zadowolony z poziomu uwagi, jaki otrzymuje? To mogłoby wyjaśniać, dlaczego postanowił zabić Ministra — zasugerował Draco.

Granger założyła okulary i podeszła bliżej do tablicy, po czym pokręciła głową i wróciła do stołu.

— A co, jeśli to przez nas?

— Hmm?

Draco zmarszczył brwi.

— Wybacz, mam na myśli zmianę miejsca. Znaczy, pracowałam tam pod przykrywką, a ty byłeś tam dwa razy w ciągu ostatnich kilku tygodni — zauważyła Granger. — Zakładam, że moja przykrywka została zdemaskowana.

Draco zastanowił się, zanim westchnął.

— Chyba masz rację. Albo się boją, albo eskalują, skoro ostatnie dwa morderstwa miały miejsce w Ministerstwie. I na wszelki wypadek, nadal masz kamery w Puraclavie, tak?

— Owszem — potwierdziła i gwałtownie wypuściła powietrze. — Chyba moja kariera barmanki dobiegła końca.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Dwie godziny później, kiedy Potter się zameldował, mieli bardzo mało informacji o postępach.

— Znowu trucizna — potwierdził Draco, wpatrując się w szczątkowe raporty z analizy. — Z dzienników wynika, że Carrow był dziś po południu w Ministerstwie, więc prawdopodobnie wychodził i został otruty. Oczywiście, oznacza to, że najprawdopodobniej stało się to w Ministerstwie…

— Chociaż nadal nie mamy szczegółów co się działo między połknięciem trucizny a śmiercią ofiary — przerwała Granger.

Draco zmrużył oczy.

— No dobrze, więc teoretycznie jest możliwe, że został otruty przed wejściem, ale dla dobra dyskusji załóżmy, że został otruty w Ministerstwie. To by oznaczało, że moglibyśmy zawęzić listę podejrzanych do osób z Ministerstwa przebywających tam tego popołudnia…

— Co i tak daje ponad trzysta pięćdziesiąt osób — zauważyła Granger.

Draco spiorunował ją wzrokiem.

— Tak, ale to lepsze niż lista podejrzanych obejmująca cały czarodziejski Londyn.

— Dobrze — przerwał mu Potter, unosząc ręce i przenosząc wzrok z Draco na Hermionę — czy jest coś konkretnego do zgłoszenia?

Oczy Draco błysnęły irytacją, zanim odpowiedział:

— Nie, ale mamy nadzieję, że gdy zdobędziemy jakieś informacje i zespół Angeliny dokładnie zidentyfikuje, dlaczego Carrow był w Ministerstwie, będziemy mogli to zawęzić. Złożyliśmy również wniosek o ustalenie, którzy szefowie departamentów lub inni pracownicy Ministerstwa z uprawnieniami bezpieczeństwa byli obecni w czasie morderstwa Shacklebolta; to jednak proces ręczny, który trochę potrwa.

Potter skinął głową.

— Dobrze. Informuj mnie na bieżąco.

Draco nie mógł powstrzymać się od dramatycznego przewrócenia oczami, gdy Potter się odwrócił.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Dwa dni później mieli pierwszy przełom.

— Malfoy! — krzyknęła z niepotrzebną ekscytacją Granger, potrząsając przed nim plikiem papierów.

— Co?

— Azkaban!

Uśmiechała się maniakalnie i rozkładała przed nim dokumenty.

Spojrzał na nie, ale nie od razu zauważył w nich coś niezwykłego.

— To znaczy?

Zmrużyła oczy.

— Trzy z naszych ofiar miały rodziny w Azkabanie.

Draco zamrugał.

— Jakie były na to szanse?

Wiele z ich ofiar było krewnymi Śmierciożerców, więc założył, że to logiczne, iż mieli krewnych w więzieniu.

— Na początku myślałam, że to całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę nazwiska. Ale — zaczęła chodzić tam i z powrotem, a Draco nie mógł powstrzymać się od uśmieszku — trafili do Azkabanu po wojnie.

— Dobra, mów dalej.

Draco uśmiechnął się, obserwując, jak jej oczy błyszczą, gdy przerzucała materiały i artykuły prasowe.

— Trzy ofiary — Avery, Blishwick i Fawley — są blisko spokrewnione z mężczyznami, którzy trafili do Azkabanu co najmniej trzy lata po zakończeniu wojny, na podstawie publicznych relacji o nich — zakończyła triumfalnie. — Złożyłam wniosek o wyciągnięcie ich akt, ale jakie jest prawdopodobieństwo, że trzech mężczyzn osadzonych w Azkabanie jest blisko spokrewnionych z trzema naszymi ofiarami?

Draco zmarszczył brwi, próbując dokładnie określić, jakie jest prawdopodobieństwo.

— W sumie tylko za najbrutalniejsze zbrodnie ląduje się w Azkabanie, więc zakładam, że prawdopodobieństwo jest dość niskie. Jak to rozgryzłaś?

Jej uśmiech się poszerzył, oczy jakby rozbłysły, a Draco nieświadomie oblizał wargi, obserwując, jak opiera dłonie na stole i pochyla się do przodu, a jej twarz znajduje się zaledwie kilka centymetrów od jego własnej.

— Dzięki nekrologom! Dla żartu przeszukałam nekrologii po nazwiskach naszych ofiar i znalazłam trzy osoby, które zmarły w Azkabanie w ciągu ostatnich dwóch lat.

— Kurwa, Granger. — Zamrugał, jego wzrok błądził po papierach, a na ustach pojawił się autentyczny uśmiech. — Jeśli uda nam się ustalić, dlaczego trafili do więzienia albo co się stało…

— Może uda nam się znaleźć powiązanie! — zakończyła z entuzjazmem.

Draco podszedł do tablicy, czując się bardziej czujnym niż kilka dni temu. Przesuwając zdjęcia ofiar po wirtualnej tablicy, by podkreślić związek, poczuł obok siebie Granger, która niemal wibrowała.

Naprawdę chciał usiąść, a może przeczytać któryś z artykułów w gazecie, ale kiedy się odwrócił, jego dłoń musnęła biodro Hermiony. Zamarł, a dłoń pozostała nieruchoma. Przyglądał się jej uważnie, lekko się rumieniąc, gdy oblizała wargi i przełknęła ślinę.

— Granger — mruknął, jego palce musnęły materiał jej koszuli.

Niewypowiedziane pytanie wisiało w powietrzu.

Uśmiechnęła się lekko, po czym przycisnęła usta do jego, jedną ręką chwytając go w talii, a drugą za krawat. Odpowiedział natychmiast, wzdychając w jej usta i podchodząc do niej. Objął ją, przyciągając jej krągłości do siebie i rozkoszując się jej dotykiem.

Pachniała niemożliwym połączeniem wanilii i tytoniu. Lekko musnął językiem jej dolną wargę, rozkoszując się cichymi dźwiękami, które podświadomie wymykały się z jej ust. Pogłębiła pocałunek, przyciskając go do stołu i biodra do niego.

Wsunęła dłonie pod jego koszulę, jakby i ona pragnęła więcej. Przywarła do niego, a on wsunął palce pod jej koszulę, drażniąc jej boki. Byli przyciśnięci do siebie, dłonie błądziły, a usta się stykały, tył jego ud boleśnie wbijał się w blat stołu.

Zamarła na chwilę, jej twarz unosiła się centymetry od jego, oczy biegały z lewa na prawo, a policzki płonęły rumieńcem. Chciał ją pożreć tu i teraz, wziąć na podłodze, nie przejmując się, że ktoś może wejść do środka. Owinął dłonie wokół jej talii, przyciągając ją do siebie i muskając ustami jej szyję.

— Granger — wyszeptał, wodząc ustami wzdłuż jej szyi.

Miała ciepłą skórę od wysiłku, od niego, a jej oddech stał się płytki.

— Co my robimy? — wyszeptała, jej dłonie wciąż wędrowały po jej bokach, a oddech zawisł tuż przy uchu.

Pukanie do drzwi przyspieszyło ich działania; Granger odskoczyła o krok, poprawiając loki i ubranie. Był rozproszony każdym jej ruchem, nie mogąc przestać myśleć o tym, jak jej dłonie delikatnie przyciskały się do jego spodni, ani o tym, jak jej włosy coraz bardziej się puszyły, jakby kontrolowane przez jej nastrój.

Draco otrząsnął się, przeczesując dłonią własne włosy i prostując się. Chwycił drzwi, skinął krótko głową w stronę młodszego Aurora i odebrał dokumenty z rąk mężczyzny.

— Co to jest? — zapytała Granger, mrugając kilkakrotnie.

Przez chwilę zastanawiał się, czy on sam ma na nią tak duży wpływ, czy może lata nieświadomego celibatu uczyniły go szczególnie chętnym.

— To są… — Draco zamilkł, a jego wzrok błądził po raportach zmarłych więźniów powiązanych z ich ofiarami — kurwa.

Podał jej dokumenty, krążąc po pomieszczeniu.

— To dobrze, prawda?

Zmarszczyła brwi.

— Każde akta są oznaczone czarnym kodem jako tajne przestępstwo, Granger — syknął.

— I co w związku z tym?

Gwałtownie wypuścił powietrze.

— Tylko Minister Magii może odtajnić takie akta.

Uniósł brwi, czekając, aż zrozumie.

— O cholera. — Rzuciła papiery na stół i złapała się za głowę. — Nie ma innego sposobu? Czy Wizengamot może zrobić wyjątek?

Draco pokręcił głową.

— To magiczna klasyfikacja. Kiedy ktoś zostaje wybrany i mianowany ministrem, przeprowadzane są określone obrzędy i rytuały. To one dają dostęp do określonych miejsc i akt.

Zaczęła chodzić w kółko, gdy nagle się zatrzymała z wyrachowanym wyrazem twarzy.

— A co, jeśli właśnie dlatego zabili Kingsleya?

Draco jęknął.

— Żeby uniemożliwić nam otwarcie akt?

Nie uważał, żeby to do końca pasowało; to były tylko poszlaki.

— Nie — jej oczy były szeroko otwarte — bo sam Kingsley to powiązał. Może wiedział, kim jest sprawca i dlaczego to zrobił.

— Dobrze — skinął głową — i co w związku z tym?

— No cóż — spuściła nieco powietrza — nie daje nam to konkretnych informacji o sprawcy, ale jeśli nasza hipoteza jest słuszna, to znaczy, że mamy do czynienia z jednym zabójcą, a nie naśladowcą.

— To kolejny dobitny dowód, że musi istnieć jakiś związek z Ministerstwem — powiedział cicho Draco.

Granger skinęła głową, marszcząc brwi.

— Tak, myślałam o tym. Może powinniśmy dokończyć naszą… bardziej skomplikowaną część śledztwa poza Ministerstwem. Może powinniśmy raportować tylko o elementach szczególnie oczywistych lub istotnych.

Draco to się nie podobało, ale musiał przyznać, że miała rację. Nie chodziło o to, że nie ufał Potterowi i Weasleyowi, ale o to, że cały łańcuch dowodzenia był podejrzany. I czuli, jakby sprawca zawsze był o krok przed nimi.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

— Hermiono?

Ron pstryknął jej palcami przed twarzą.

Wzdrygnęła się, zamyślona.

— Przepraszam, odleciałam, co mówiłeś?

Zaśmiał się i pokręcił głową.

— Nic, chciałem się tylko upewnić, że nadal jesteś z nami.

Hermiona skrzywiła się przepraszająco i starała się skupić na rozmowie. Była rozproszona, zarówno przez sprawę, która z każdym dniem wydawała się coraz bardziej skomplikowana i niemożliwa do zniesienia, jak i przez Draco Malfoya, którego dotyk ust wciąż czuła na sobie. Była pewna, że w śledztwie umyka im coś oczywistego, a może to tylko pobożne życzenia. Nawet te drobne odstępstwa, jak choćby uświadomienie sobie pośredniego związku między ofiarami dzień wcześniej, zdawały się jedynie rodzić kolejne pytania.

Pokręciła głową, wypuszczając krótki oddech. Była w mieszkaniu Rona i Hanny nad Dziurawym Kotłem, delektując się ich obowiązkową, comiesięczną kolacją. Tę tradycję zaczęli po śmierci Ginny, gdy Harry był szczególnie przygnębiony, a Hermiona zazwyczaj „była nieobecna”, więc Ron stworzył i egzekwował ten rytuał. Wszyscy dorośli i w pewnym sensie oddalili się od siebie, ale mieli ten jeden moment, kiedy przedkładali przyjaźń nad karierę czy drugą połówkę.

— Naprawdę?

Ron zmarszczył brwi, patrząc na Harry’ego, zanim wbił widelec z powrotem w lasagne.

Harry wzruszył ramionami, lekko się garbiąc.

— Znaczy, zapytali, ale nie mam obowiązku się zgodzić.

— Przepraszam. Co? — wtrąciła Hermiona, próbując poskładać rozmowę do kupy.

Ron przewrócił oczami.

— Wizengamot zapytał Harry’ego, czy byłby zainteresowany stanowiskiem Ministra Magii.

O mało nie wypluła wina.

— Harry… to… ja nie.

Zmarszczyła nos, próbując znaleźć odpowiednie słowa. Harry był zdecydowanie za młody, żeby zostać Ministrem i szczerze mówiąc, nie miał szczególnego doświadczenia poza czasem spędzonym w DPPC.

— Absurdalne — dokończył Harry z pobłażliwym uśmiechem.

Westchnęła z ulgą.

— Tak, dziękuję. Co oni sobie myślą? Musi być ktoś inny. Nie mówię, że nie byłbyś świetnym Ministrem, bo jestem pewna, że kiedyś nim zostaniesz, ale jesteś taki młody!

Wtrąciła się Hanna:

— Wiesz, komu jeszcze to zaproponowali?

Harry pokręcił głową.

— Wielu szefów departamentów Ministerstwa rwie się do tej roli. Myślę, że problem polega na tym, że ludzie się boją i próbują wybrać kogoś, kto udobrucha masy.

Hermiona pokręciła głową.

— To nie wydaje się najlepszym sposobem na wybór następnego Ministra.

Harry spuścił głowę i uniósł brwi.

— Wiem i właśnie to im powiedziałem. Ale poprosili mnie, żebym się nad tym zastanowił.

— Powiedziałeś im o… no wiesz? — zapytał Ron między kęsami, dając Harry’emu jakiś dziwny znak wzrokiem.

— O czym?

Harry zmrużył oczy ze zdumienia.

— No wiesz.

Ron zakaszlał w sposób, który dziwnie przypominał Theo.

Harry przewrócił oczami i zachichotał.

— Ona wie.

Hermiona zmarszczyła brwi, domyślając się, o czym mówią.

— Chwila. Ron wiedział o Theo przede mną?

Ron uśmiechnął się do niej, wyglądając na wyjątkowo zadowolonego z siebie.

Harry z kolei miał dość odwagi, żeby wyglądać na winnego.

— Miałem ci powiedzieć. Po prostu, no wiesz, nigdy nie było okazji.

Uśmiechnęła się, ale uśmiech nie sięgał jej oczu. Chociaż byli najlepszymi przyjaciółmi, rzadko widywali się poza comiesięczną kolacją, z wyjątkiem ostatnich kilku tygodni.

— Czy Wizengamot wie o Theo? — Hermiona powtórzyła wcześniejsze pytanie Rona, lekko marszcząc brwi, gdy je rozważała.

Wzruszył ramionami.

— Szczerze? Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby cokolwiek powiedzieć. Nie zamierzam o tym wspominać.

— Jak poważny jest wasz związek? — zapytała Hermiona, uświadamiając sobie, że nigdy tak naprawdę nie zadała sobie trudu, żeby porozmawiać z nim o jego związku.

Wyglądało na to, że za każdym razem, gdy widziała Harry’ego w DPPC, pojawiał się jakiś trup albo konieczność omówienia sprawy. Nie była pewna, czy może była złą przyjaciółką, czy to po prostu jeden z symptomów dorosłości.

Harry drgnął.

— Znaczy, to nic poważnego?

Wiercił się na krześle, ewidentnie czując się nieswojo przez to pytanie.

Ron się roześmiał.

— Jesteś do niczego, stary.

— Więc, Hermiono — zaczęła Hanna z podejrzanym błyskiem w oku — widziałam ciebie i Malfoya ostatnio w Dziurawym Kotle. Coś się dzieje między wami?

Tym razem wypluła wino.

— Eee, po prostu… pracujemy razem.

Wzruszyła ramionami, próbując udawać nonszalancję, ale rumieniec na policzkach ją zdradził.

— Co? — zapytał oszołomiony Ron.

— To nic takiego! — upierała się Hermiona. — Ale Hanna… jeśli nie zaczniesz traktować poważnie poufności między klientem a barmanem, to może będę musiała rozważyć chodzenie do innego pubu — zganiła przyjaciółkę.

Hanna nie wyglądała na ani trochę zaniepokojoną.

— Przeżyję.

Wzruszyła ramionami.

— Co? — powtórzył Ron, marszcząc brwi.

— Wiecie, po prostu spędzam z nim dużo czasu, przez śledztwo.

Uniosła ręce w geście no i co na to poradzić?.

Harry zmrużył oczy.

— Wiesz, jesteście dość zaprzyjaźnieni.

— Co masz na myśli? — dopytywała Hermiona.

Harry zamrugał i uśmiechnął się do niej niepewnie.

— Znaczy, spędzacie ze sobą dużo czasu…

— Próbujemy złapać seryjnego mordercę!

— Tak, ja też, ale nie siedzę z tobą w sali konferencyjnej…

— Bo jesteś szefem!

— Znaczy, ja nie mam nic przeciwko — dokończył Harry, unosząc ręce w geście udawanej kapitulacji.

Prychnęła.

— Dobra. Jest szansa, że pocałowaliśmy się parę razy.

— Co? — krzyknął tym razem Ron.

Hermiona przewróciła oczami.

— Nie jest już takim tyranem jak kiedyś. Teraz jest bardziej subtelny.

Zmarszczyła brwi, słysząc swoją własną wypowiedź.

— Jest… subtelny?

Harry uśmiechnął się do niej żartobliwie, najwyraźniej powstrzymując się od śmiechu.

— Nienawidzę was wszystkich.

____________

Witajcie :) wiele się dzieje w tej historii, ale to jeszcze nie koniec emocji, a dopiero początek. Jestem ciekawa Waszych teorii, czy domyślacie się, kim może być sprawca? Dajcie znać jak ogólne wrażenia.

Do końca tego tomu zostały cztery rozdziały, także pewnie w przyszłym tygodniu zostaną opublikowane. Prawdopodobnie w okolicach weekendu.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia. Enjoy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)

Obserwatorzy