Mugolska
ulica przed wejściem dla gości Ministerstwa tętniła życiem. Rozstawiono szereg
osłon, by trzymać mugoli z daleka, a technicy pracowali na najwyższych
obrotach. Sztuczne oświetlenie sprawiało, że wieczór na odgrodzonym obszarze
dziesięciu metrów kwadratowych był nienaturalnie jasny.
Draco
przykucnął nad ciałem, czekając na ujawnienie się jakiejś nieścisłości.
—
Oczy mu krwawią — zauważył.
—
Wygląda tak samo jak Blishwick.
Granger
zmarszczyła brwi z drugiej strony zwłok, mrugając szybko i rzucając na nie
własne zaklęcia.
Skinął
głową, magicznie unosząc koszulę ofiary i wzdychając na widok znajomych Run.
—
Czy wiemy, kim on jest? — zapytał Draco, nie podnosząc wzroku.
Wstał
i okrążył ciało, szukając jakichkolwiek widocznych blizn lub innych rysów.
—
Peter Carrow — mruknął Potter, przestępując z lewej na prawą.
—
Czarodziej czystej krwi, prawda? — dopytywała Granger, wstając i otrzepując
spodnie z nieistniejącego kurzu.
—
Większość Carrowów jest.
Draco
wzruszył ramionami. Zauważył zwichniętą rękę i zanotował, że ciało zwrócone
jest w kierunku północno-wschodnim. Przeszedł kilka metrów do mugolskiego
budynku, szukając nieuporządkowanych śmieci ani śladów obecności. Ale, jak na
wszystkich miejscach zbrodni, nie dostrzegł nic niezwykłego.
—
Czy wiemy, co tu robił? — zapytała Granger. — I jak zabójca wyrył Runy na jego
piersi, tak żeby nikt go nie widział?
Angelina
odpowiedziała:
—
Próbujemy ustalić, dlaczego był w Ministerstwie, ale jest tam wiele
departamentów i problem z komunikacją.
—
Nie rozumiem — wtrącił Draco — czyż nie wzmocniliśmy
właśnie zabezpieczeń w odpowiedzi na te zabójstwa? Czy rejestry nie powinny wykazać,
co tu robił? — Poczuł narastający ból głowy i zapobiegawczo wbił palce w
skronie. — Potrzebuję kawy — mruknął sam do siebie, na co Granger rzuciła mu
karcące spojrzenie.
—
Nasze wzmocnienia bezpieczeństwa skupiały się bardziej na zabezpieczeniu samego
Ministerstwa i śledzeniu osób, a niekoniecznie na tym, dlaczego w ogóle tam
poszli — odparł Potter obronnym tonem. — Przynajmniej nie stało się to w Ministerstwie — wymamrotał ostatnie
słowa.
—
Tak, Potter, bo magiczne zabójstwo w zatłoczonej mugolskiej, londyńskiej ulicy brzmi
o wiele lepiej — wycedził Draco z kamienną twarzą.
—
No cóż, dobra wiadomość jest taka, że powinniśmy zdobyć trochę mugolskich
nagrań z monitoringu.
Granger
wskazała na sklepik na rogu ulicy.
—
Chodźmy tam, dobrze? — zasugerował Draco.
Potter
zmarszczył brwi.
—
Może powinniście zostawić to technikom?
Draco
powstrzymał się od przewrócenia oczami.
—
Nie ufam im, dopóki mamy same poszlaki. Dam im znać, jak skończymy.
Zanim
drugi mężczyzna zdążył zaprotestować, Draco odszedł i skierował się do sklepiku
na rogu.
—
Nie musiałeś być dla niego niegrzeczny — skarciła go Granger, biegnąc, by go
dogonić.
—
Po prostu nie lubię, jak ktoś mi mówi, jak mam wykonywać swoją pracę —
zauważył.
Sklep
był pusty, z wyjątkiem jednego kasjera czytającego coś, co wyglądało na magazyn
porno. Draco dostrzegł około cztery kamery — jedną na zewnątrz, skierowaną na
wejście, i trzy w sklepie. Odwrócił się do Granger, skinąwszy głową, dając jej do
zrozumienia, żeby przejęła inicjatywę.
—
Przepraszam? — Podeszła do kasjera, który spojrzał na nią nieufnie. —
Zastanawiałam się, czy widział pan dzisiaj coś podejrzanego?
Kasjer
wzruszył ramionami.
—
Nic nie widziałem, nic nie powiem — mruknął, wracając do magazynu.
Granger
wymamrotała zaklęcie Confundus.
—
Czy dałoby radę uzyskać dostęp do nagrań z monitoringu?
Kasjer
uśmiechnął się do nich przelotnie i wskazał na zaplecze sklepu. Granger
podziękowała mężczyźnie i weszli do obskurnego biura, starając się niczego nie
dotykać.
Podeszła
do małego ekranu strojącego na biurku, nacisnęła kilka przycisków, po czym
uderzyła dłonią w blat.
—
Cholera.
Zacisnęła
oczy.
Draco
zmarszczył brwi.
—
Co się stało?
—
Nie ma taśmy. Nie nagrywali.
Jej
ręka wciąż spoczywała na telewizorze i wyglądała na irracjonalnie zaniepokojoną.
—
Wszystko w porządku?
—
Tak.
Zebrała
się w sobie, minęła go i wyszła ze sklepu na ulicę. Pobiegł za nią, chwytając
ją za ramię, żeby ją zatrzymać.
—
Granger. — Zmusił ją, żeby spojrzała mu w oczy. — O co chodzi?
Rozejrzała
się ba boki i wzięła głęboki oddech.
—
Zabójca się nasila. To po prostu… — Spojrzała w dół, gdzie Draco wciąż trzymał
ją za ramię, a jej szyja lekko poczerwieniała. Puścił ją, co spowodowało nagłe
uczucie chłodu z powodu braku kontaktu. — Czuję, że totalnie zawodzę. To szósta
ofiara i trzecia śmierć. Mamy do czynienia z prawdziwym, seryjnym mordercą,
Malfoy.
Skinął
głową, pocierając czoło.
—
Wiem. — To było dalekie od tego, co było na początku ich znajomości, i wtedy nie
pozwolił jej wypowiedzieć tych słów. Nie mogli już dłużej zaprzeczać,
ktokolwiek to był, nie miał zamiaru przestać. — Chcesz kontynuować poszukiwania
nagrań? Może w którymś z tych sklepów są kamery albo coś, co mogłoby się
przydać?
Skinęła
głową, a Draco powstrzymał się przed założeniem niesfornego loka za jej ucho,
czując się dość pewnie, ale to nie był dobry moment. W miarę jak noc mijała, a
ich śledztwo nie przyniosło żadnych rezultatów, zauważył, że Granger staje się
coraz bardziej wycofana, wręczając wizytówki właścicielom sklepów z nieobecnym
grymasem na twarzy. Zapaliła papierosa, frustrując się, że zapalniczka działała
dopiero po kilku próbach, aż w końcu sam Draco rzucił dla niej subtelne
zaklęcie ognia.
—
Granger — zaczął, gdy w końcu dotarli do sali konferencyjnej w Ministerstwie,
zdejmując szaliki i płaszcze — nie możesz się obwiniać.
—
Wiem — prychnęła. — Chyba właśnie nabrałam nadziei, że ten czarodziej albo
Omnia Scienti w końcu popełni błąd.
—
Może i tak. Dowiemy się więcej, gdy analitycy DPPC skończą.
Draco
wzruszył ramionami.
—
Jasne. — Granger zabrzmiała niepewnie, trzaskając karkiem, zanim podeszła do
tablicy. Wyciągnęła kilka nowych zdjęć z notesu i dodała je. — Więc wszystko
wygląda praktycznie identycznie jak w przypadku Blishwicka…
—
Z wyjątkiem tego, że zabito ich w Ministerstwie, a nie przed Puraclavą —
przerwał Draco, marszcząc brwi. Spojrzał na zdjęcia, próbując znaleźć jakąś
zauważalną różnicę między tymi dwoma morderstwami. — Po co miałby ryzykować? —
mruknął, przygryzając dolną wargę i wpatrując się w tablicę.
—
Słucham? — dopytywała Granger, przysuwając się do niego.
Pokręcił
głową.
—
To po prostu wydaje się dość ryzykowne. Musiał w pewnym momencie otruć Carrowa,
a potem za nim podążać, a kiedy umarł, albo wyryć Runy na ulicy, albo przenieść
ciało. Wydaje się to… przesadne.
—
Czy Puraclava nie była równie ryzykowna? — zauważyła Granger.
Draco
rozważył to, marszcząc nos.
—
Te ofiary zazwyczaj znajdowano później w nocy, a biorąc pod uwagę przeznaczenie
Puraclavy, ludzie naturalnie odwracali
wzrok.
—
Więc nasz zabójca działa coraz śmielej?
—
Może nie jest zadowolony z poziomu uwagi, jaki otrzymuje? To mogłoby wyjaśniać,
dlaczego postanowił zabić Ministra — zasugerował Draco.
Granger
założyła okulary i podeszła bliżej do tablicy, po czym pokręciła głową i
wróciła do stołu.
—
A co, jeśli to przez nas?
—
Hmm?
Draco
zmarszczył brwi.
—
Wybacz, mam na myśli zmianę miejsca. Znaczy, pracowałam tam pod przykrywką, a
ty byłeś tam dwa razy w ciągu ostatnich kilku tygodni — zauważyła Granger. —
Zakładam, że moja przykrywka została zdemaskowana.
Draco
zastanowił się, zanim westchnął.
—
Chyba masz rację. Albo się boją, albo eskalują, skoro ostatnie dwa morderstwa
miały miejsce w Ministerstwie. I na wszelki wypadek, nadal masz kamery w
Puraclavie, tak?
—
Owszem — potwierdziła i gwałtownie wypuściła powietrze. — Chyba moja kariera barmanki
dobiegła końca.
~*~*~*~*~*~*~*~
Dwie
godziny później, kiedy Potter się zameldował, mieli bardzo mało informacji o
postępach.
—
Znowu trucizna — potwierdził Draco, wpatrując się w szczątkowe raporty z
analizy. — Z dzienników wynika, że Carrow był dziś po południu w Ministerstwie,
więc prawdopodobnie wychodził i został otruty. Oczywiście, oznacza to, że
najprawdopodobniej stało się to w
Ministerstwie…
—
Chociaż nadal nie mamy szczegółów co się działo między połknięciem trucizny a
śmiercią ofiary — przerwała Granger.
Draco
zmrużył oczy.
—
No dobrze, więc teoretycznie jest możliwe, że został otruty przed wejściem, ale
dla dobra dyskusji załóżmy, że został otruty w Ministerstwie. To by oznaczało,
że moglibyśmy zawęzić listę podejrzanych do osób z Ministerstwa przebywających
tam tego popołudnia…
—
Co i tak daje ponad trzysta pięćdziesiąt osób — zauważyła Granger.
Draco
spiorunował ją wzrokiem.
—
Tak, ale to lepsze niż lista podejrzanych obejmująca cały czarodziejski Londyn.
—
Dobrze — przerwał mu Potter, unosząc ręce i przenosząc wzrok z Draco na
Hermionę — czy jest coś konkretnego
do zgłoszenia?
Oczy
Draco błysnęły irytacją, zanim odpowiedział:
—
Nie, ale mamy nadzieję, że gdy zdobędziemy jakieś informacje i zespół Angeliny
dokładnie zidentyfikuje, dlaczego Carrow był w Ministerstwie, będziemy mogli to
zawęzić. Złożyliśmy również wniosek o ustalenie, którzy szefowie departamentów
lub inni pracownicy Ministerstwa z uprawnieniami bezpieczeństwa byli obecni w
czasie morderstwa Shacklebolta; to jednak proces ręczny, który trochę potrwa.
Potter
skinął głową.
—
Dobrze. Informuj mnie na bieżąco.
Draco
nie mógł powstrzymać się od dramatycznego przewrócenia oczami, gdy Potter się
odwrócił.
~*~*~*~*~*~*~*~
Dwa
dni później mieli pierwszy przełom.
—
Malfoy! — krzyknęła z niepotrzebną ekscytacją Granger, potrząsając przed nim
plikiem papierów.
—
Co?
—
Azkaban!
Uśmiechała
się maniakalnie i rozkładała przed nim dokumenty.
Spojrzał
na nie, ale nie od razu zauważył w nich coś niezwykłego.
—
To znaczy?
Zmrużyła
oczy.
—
Trzy z naszych ofiar miały rodziny w Azkabanie.
Draco
zamrugał.
—
Jakie były na to szanse?
Wiele
z ich ofiar było krewnymi Śmierciożerców, więc założył, że to logiczne, iż
mieli krewnych w więzieniu.
—
Na początku myślałam, że to całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę nazwiska.
Ale — zaczęła chodzić tam i z powrotem, a Draco nie mógł powstrzymać się od
uśmieszku — trafili do Azkabanu po
wojnie.
—
Dobra, mów dalej.
Draco
uśmiechnął się, obserwując, jak jej oczy błyszczą, gdy przerzucała materiały i
artykuły prasowe.
—
Trzy ofiary — Avery, Blishwick i Fawley — są blisko spokrewnione z mężczyznami,
którzy trafili do Azkabanu co najmniej trzy lata po zakończeniu wojny, na
podstawie publicznych relacji o nich — zakończyła triumfalnie. — Złożyłam
wniosek o wyciągnięcie ich akt, ale jakie jest prawdopodobieństwo, że trzech
mężczyzn osadzonych w Azkabanie jest blisko spokrewnionych z trzema naszymi
ofiarami?
Draco
zmarszczył brwi, próbując dokładnie określić, jakie jest prawdopodobieństwo.
—
W sumie tylko za najbrutalniejsze zbrodnie ląduje się w Azkabanie, więc
zakładam, że prawdopodobieństwo jest dość niskie. Jak to rozgryzłaś?
Jej
uśmiech się poszerzył, oczy jakby rozbłysły, a Draco nieświadomie oblizał
wargi, obserwując, jak opiera dłonie na stole i pochyla się do przodu, a jej
twarz znajduje się zaledwie kilka centymetrów od jego własnej.
—
Dzięki nekrologom! Dla żartu przeszukałam nekrologii po nazwiskach naszych
ofiar i znalazłam trzy osoby, które zmarły w Azkabanie w ciągu ostatnich dwóch
lat.
—
Kurwa, Granger. — Zamrugał, jego wzrok błądził po papierach, a na ustach
pojawił się autentyczny uśmiech. — Jeśli uda nam się ustalić, dlaczego trafili
do więzienia albo co się stało…
—
Może uda nam się znaleźć powiązanie! — zakończyła z entuzjazmem.
Draco
podszedł do tablicy, czując się bardziej czujnym niż kilka dni temu.
Przesuwając zdjęcia ofiar po wirtualnej tablicy, by podkreślić związek, poczuł
obok siebie Granger, która niemal wibrowała.
Naprawdę
chciał usiąść, a może przeczytać któryś z artykułów w gazecie, ale kiedy się
odwrócił, jego dłoń musnęła biodro Hermiony. Zamarł, a dłoń pozostała
nieruchoma. Przyglądał się jej uważnie, lekko się rumieniąc, gdy oblizała wargi
i przełknęła ślinę.
—
Granger — mruknął, jego palce musnęły materiał jej koszuli.
Niewypowiedziane
pytanie wisiało w powietrzu.
Uśmiechnęła
się lekko, po czym przycisnęła usta do jego, jedną ręką chwytając go w talii, a
drugą za krawat. Odpowiedział natychmiast, wzdychając w jej usta i podchodząc
do niej. Objął ją, przyciągając jej krągłości do siebie i rozkoszując się jej
dotykiem.
Pachniała
niemożliwym połączeniem wanilii i tytoniu. Lekko musnął językiem jej dolną
wargę, rozkoszując się cichymi dźwiękami, które podświadomie wymykały się z jej
ust. Pogłębiła pocałunek, przyciskając go do stołu i biodra do niego.
Wsunęła
dłonie pod jego koszulę, jakby i ona pragnęła więcej. Przywarła do niego, a on
wsunął palce pod jej koszulę, drażniąc jej boki. Byli przyciśnięci do siebie,
dłonie błądziły, a usta się stykały, tył jego ud boleśnie wbijał się w blat
stołu.
Zamarła
na chwilę, jej twarz unosiła się centymetry od jego, oczy biegały z lewa na
prawo, a policzki płonęły rumieńcem. Chciał ją pożreć tu i teraz, wziąć na
podłodze, nie przejmując się, że ktoś może wejść do środka. Owinął dłonie wokół
jej talii, przyciągając ją do siebie i muskając ustami jej szyję.
—
Granger — wyszeptał, wodząc ustami wzdłuż jej szyi.
Miała
ciepłą skórę od wysiłku, od niego, a
jej oddech stał się płytki.
—
Co my robimy? — wyszeptała, jej dłonie wciąż wędrowały po jej bokach, a oddech
zawisł tuż przy uchu.
Pukanie
do drzwi przyspieszyło ich działania; Granger odskoczyła o krok, poprawiając
loki i ubranie. Był rozproszony każdym jej ruchem, nie mogąc przestać myśleć o
tym, jak jej dłonie delikatnie przyciskały się do jego spodni, ani o tym, jak
jej włosy coraz bardziej się puszyły, jakby kontrolowane przez jej nastrój.
Draco
otrząsnął się, przeczesując dłonią własne włosy i prostując się. Chwycił drzwi,
skinął krótko głową w stronę młodszego Aurora i odebrał dokumenty z rąk
mężczyzny.
—
Co to jest? — zapytała Granger, mrugając kilkakrotnie.
Przez
chwilę zastanawiał się, czy on sam ma na nią tak duży wpływ, czy może lata
nieświadomego celibatu uczyniły go szczególnie chętnym.
—
To są… — Draco zamilkł, a jego wzrok błądził po raportach zmarłych więźniów
powiązanych z ich ofiarami — kurwa.
Podał
jej dokumenty, krążąc po pomieszczeniu.
—
To dobrze, prawda?
Zmarszczyła
brwi.
—
Każde akta są oznaczone czarnym kodem jako tajne przestępstwo, Granger —
syknął.
—
I co w związku z tym?
Gwałtownie
wypuścił powietrze.
—
Tylko Minister Magii może odtajnić takie akta.
Uniósł
brwi, czekając, aż zrozumie.
—
O cholera. — Rzuciła papiery na stół i złapała się za głowę. — Nie ma innego
sposobu? Czy Wizengamot może zrobić wyjątek?
Draco
pokręcił głową.
—
To magiczna klasyfikacja. Kiedy ktoś
zostaje wybrany i mianowany ministrem, przeprowadzane są określone obrzędy i
rytuały. To one dają dostęp do określonych miejsc i akt.
Zaczęła
chodzić w kółko, gdy nagle się zatrzymała z wyrachowanym wyrazem twarzy.
—
A co, jeśli właśnie dlatego zabili Kingsleya?
Draco
jęknął.
—
Żeby uniemożliwić nam otwarcie akt?
Nie
uważał, żeby to do końca pasowało; to były tylko poszlaki.
—
Nie — jej oczy były szeroko otwarte — bo sam Kingsley to powiązał. Może
wiedział, kim jest sprawca i dlaczego to zrobił.
—
Dobrze — skinął głową — i co w związku z tym?
—
No cóż — spuściła nieco powietrza — nie daje nam to konkretnych informacji o sprawcy, ale jeśli nasza hipoteza jest
słuszna, to znaczy, że mamy do czynienia z jednym zabójcą, a nie naśladowcą.
—
To kolejny dobitny dowód, że musi istnieć jakiś związek z Ministerstwem —
powiedział cicho Draco.
Granger
skinęła głową, marszcząc brwi.
—
Tak, myślałam o tym. Może powinniśmy dokończyć naszą… bardziej skomplikowaną
część śledztwa poza Ministerstwem. Może powinniśmy raportować tylko o
elementach szczególnie oczywistych lub istotnych.
Draco
to się nie podobało, ale musiał przyznać, że miała rację. Nie chodziło o to, że
nie ufał Potterowi i Weasleyowi, ale o to, że cały łańcuch dowodzenia był
podejrzany. I czuli, jakby sprawca zawsze był o krok przed nimi.
~*~*~*~*~*~*~*~
—
Hermiono?
Ron
pstryknął jej palcami przed twarzą.
Wzdrygnęła
się, zamyślona.
—
Przepraszam, odleciałam, co mówiłeś?
Zaśmiał
się i pokręcił głową.
—
Nic, chciałem się tylko upewnić, że nadal jesteś z nami.
Hermiona
skrzywiła się przepraszająco i starała się skupić na rozmowie. Była
rozproszona, zarówno przez sprawę, która z każdym dniem wydawała się coraz
bardziej skomplikowana i niemożliwa do zniesienia, jak i przez Draco Malfoya,
którego dotyk ust wciąż czuła na sobie. Była pewna, że w śledztwie umyka im coś
oczywistego, a może to tylko pobożne życzenia. Nawet te drobne odstępstwa, jak
choćby uświadomienie sobie pośredniego związku między ofiarami dzień wcześniej,
zdawały się jedynie rodzić kolejne pytania.
Pokręciła
głową, wypuszczając krótki oddech. Była w mieszkaniu Rona i Hanny nad Dziurawym
Kotłem, delektując się ich obowiązkową, comiesięczną kolacją. Tę tradycję
zaczęli po śmierci Ginny, gdy Harry był szczególnie przygnębiony, a Hermiona
zazwyczaj „była nieobecna”, więc Ron stworzył i egzekwował ten rytuał. Wszyscy
dorośli i w pewnym sensie oddalili się od siebie, ale mieli ten jeden moment,
kiedy przedkładali przyjaźń nad karierę czy drugą połówkę.
—
Naprawdę?
Ron
zmarszczył brwi, patrząc na Harry’ego, zanim wbił widelec z powrotem w lasagne.
Harry
wzruszył ramionami, lekko się garbiąc.
—
Znaczy, zapytali, ale nie mam obowiązku się zgodzić.
—
Przepraszam. Co? — wtrąciła Hermiona, próbując poskładać rozmowę do kupy.
Ron
przewrócił oczami.
—
Wizengamot zapytał Harry’ego, czy byłby zainteresowany stanowiskiem Ministra
Magii.
O
mało nie wypluła wina.
—
Harry… to… ja nie.
Zmarszczyła
nos, próbując znaleźć odpowiednie słowa. Harry był zdecydowanie za młody, żeby zostać Ministrem i szczerze mówiąc, nie
miał szczególnego doświadczenia poza czasem spędzonym w DPPC.
—
Absurdalne — dokończył Harry z pobłażliwym uśmiechem.
Westchnęła
z ulgą.
—
Tak, dziękuję. Co oni sobie myślą? Musi być ktoś inny. Nie mówię, że nie byłbyś
świetnym Ministrem, bo jestem pewna, że kiedyś nim zostaniesz, ale jesteś taki
młody!
Wtrąciła
się Hanna:
—
Wiesz, komu jeszcze to zaproponowali?
Harry
pokręcił głową.
—
Wielu szefów departamentów Ministerstwa rwie się do tej roli. Myślę, że problem
polega na tym, że ludzie się boją i próbują wybrać kogoś, kto udobrucha masy.
Hermiona
pokręciła głową.
—
To nie wydaje się najlepszym sposobem na wybór następnego Ministra.
Harry
spuścił głowę i uniósł brwi.
—
Wiem i właśnie to im powiedziałem. Ale poprosili mnie, żebym się nad tym
zastanowił.
—
Powiedziałeś im o… no wiesz? — zapytał Ron między kęsami, dając Harry’emu jakiś
dziwny znak wzrokiem.
—
O czym?
Harry
zmrużył oczy ze zdumienia.
—
No wiesz.
Ron
zakaszlał w sposób, który dziwnie przypominał Theo.
Harry
przewrócił oczami i zachichotał.
—
Ona wie.
Hermiona
zmarszczyła brwi, domyślając się, o czym mówią.
—
Chwila. Ron wiedział o Theo przede mną?
Ron
uśmiechnął się do niej, wyglądając na wyjątkowo zadowolonego z siebie.
Harry
z kolei miał dość odwagi, żeby wyglądać na winnego.
—
Miałem ci powiedzieć. Po prostu, no wiesz, nigdy nie było okazji.
Uśmiechnęła
się, ale uśmiech nie sięgał jej oczu. Chociaż byli najlepszymi przyjaciółmi,
rzadko widywali się poza comiesięczną kolacją, z wyjątkiem ostatnich kilku
tygodni.
—
Czy Wizengamot wie o Theo? — Hermiona powtórzyła wcześniejsze pytanie Rona,
lekko marszcząc brwi, gdy je rozważała.
Wzruszył
ramionami.
—
Szczerze? Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby cokolwiek powiedzieć. Nie
zamierzam o tym wspominać.
—
Jak poważny jest wasz związek? — zapytała Hermiona, uświadamiając sobie, że
nigdy tak naprawdę nie zadała sobie trudu, żeby porozmawiać z nim o jego związku.
Wyglądało
na to, że za każdym razem, gdy widziała Harry’ego w DPPC, pojawiał się jakiś
trup albo konieczność omówienia sprawy. Nie była pewna, czy może była złą
przyjaciółką, czy to po prostu jeden z symptomów dorosłości.
Harry
drgnął.
—
Znaczy, to nic poważnego?
Wiercił
się na krześle, ewidentnie czując się nieswojo przez to pytanie.
Ron
się roześmiał.
—
Jesteś do niczego, stary.
—
Więc, Hermiono — zaczęła Hanna z podejrzanym błyskiem w oku — widziałam ciebie
i Malfoya ostatnio w Dziurawym Kotle. Coś się dzieje między wami?
Tym
razem wypluła wino.
—
Eee, po prostu… pracujemy razem.
Wzruszyła
ramionami, próbując udawać nonszalancję, ale rumieniec na policzkach ją
zdradził.
—
Co? — zapytał oszołomiony Ron.
—
To nic takiego! — upierała się Hermiona. — Ale Hanna… jeśli nie zaczniesz
traktować poważnie poufności między klientem a barmanem, to może będę musiała
rozważyć chodzenie do innego pubu — zganiła przyjaciółkę.
Hanna
nie wyglądała na ani trochę zaniepokojoną.
—
Przeżyję.
Wzruszyła
ramionami.
—
Co? — powtórzył Ron, marszcząc brwi.
—
Wiecie, po prostu spędzam z nim dużo czasu, przez śledztwo.
Uniosła
ręce w geście no i co na to poradzić?.
Harry
zmrużył oczy.
—
Wiesz, jesteście dość zaprzyjaźnieni.
—
Co masz na myśli? — dopytywała Hermiona.
Harry
zamrugał i uśmiechnął się do niej niepewnie.
—
Znaczy, spędzacie ze sobą dużo czasu…
—
Próbujemy złapać seryjnego mordercę!
—
Tak, ja też, ale nie siedzę z tobą w sali
konferencyjnej…
—
Bo jesteś szefem!
—
Znaczy, ja nie mam nic przeciwko — dokończył Harry, unosząc ręce w geście
udawanej kapitulacji.
Prychnęła.
—
Dobra. Jest szansa, że pocałowaliśmy
się parę razy.
—
Co? — krzyknął tym razem Ron.
Hermiona
przewróciła oczami.
—
Nie jest już takim tyranem jak kiedyś. Teraz jest bardziej subtelny.
Zmarszczyła
brwi, słysząc swoją własną wypowiedź.
—
Jest… subtelny?
Harry
uśmiechnął się do niej żartobliwie, najwyraźniej powstrzymując się od śmiechu.
—
Nienawidzę was wszystkich.
____________
Witajcie :) wiele się dzieje w tej historii, ale to jeszcze nie koniec emocji, a dopiero początek. Jestem ciekawa Waszych teorii, czy domyślacie się, kim może być sprawca? Dajcie znać jak ogólne wrażenia.
Do końca tego tomu zostały cztery rozdziały, także pewnie w przyszłym tygodniu zostaną opublikowane. Prawdopodobnie w okolicach weekendu.
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia. Enjoy!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)