Hermiona
wyczuła bariery, gdy zbliżali się do wejścia Jaskini.
—
Są starożytne — powiedziała na głos, marszcząc brwi na odczyty z różdżki.
—
Co one robią? — zapytał Malfoy nieufnym tonem.
Wypuściła
powietrze.
—
Wygląda na to, że bariery zostały zaprojektowane tak, by trzymać ludzi
wewnątrz, a nie na zewnątrz — wyjaśniła, idąc wzdłuż progu, by sprawdzić, czy
nie ma żadnych luk lub rozbieżności.
—
Więc… jeśli wejdziemy, to jesteśmy uwięzieni?
Zmarszczył
brwi.
Hermiona
wzruszyła ramionami.
—
Mogłabym zasugerować, żebyśmy spróbowali je zniszczyć, ale są starożytne i
przetrwały tysiące lat. Przypuszczam, że jeśli nam się uda, pojawi się
alternatywne wyjście.
Oko
Malfoya drgnęło.
—
Dobra, sprecyzujmy. Wchodzimy, jeśli się nie uda, prawdopodobnie po prostu
zginiemy, a jeśli się uda, liczymy na inne wyjście?
Uśmiechnęła
się do niego protekcjonalnie.
—
Świetne podsumowanie, Malfoy.
Przewrócił
oczami.
—
Tak, taki był mój cel.
—
Więc tchórzysz? — dopytywała, unosząc jedną brew.
Westchnął.
—
Nie mogę pozwolić, żebyś weszła tam sama, prawda?
—
Och, Malfoy, nie wiedziałam, że tak się mną przejmujesz.
Zmarszczyła
nos i chwyciła go za rękę. Wzięli głęboki oddech, jakby szykowali się do
pływania pod wodą, i przeszli przez barierę, ściskając różdżki po bokach.
Natychmiast
zostali przeniesieni do jakiejś dużej, pustej jaskini. Hermiona puściła dłoń
Malfoya, rzuciła Lumos i zaczęli
rozglądać się… cóż, za czymś. Gdyby
miała zgadywać, powiedziałaby, że znajdowali się gdzieś pod Jaskinią; ściany i
podłoże wyglądały na mieszaninę ziemi i kamienia.
—
Granger! — krzyk Malfoya rozbrzmiał echem po komnacie. Znalazła go zwróconego
twarzą do jednej ze ścian. — Tam coś jest.
Zmarszczył
brwi, widząc coś, co wyglądało na wyrwę w kamiennej ścianie.
—
Powinniśmy to pchnąć, prawda? — zastanawiała się.
—
Chyba tak? — odpowiedział niepewnie.
Hermiona
przewróciła oczami, wpatrując się w mężczyznę.
—Dobra,
zrobię to… raz, dwa…
—
Czekaj! — Złapał ją za rękę. — Jesteśmy pewni, że to dobry pomysł?
—
Nie, Malfoy — mruknęła. — Ale w tym momencie naprawdę nie mamy wyboru.
—
Może to ja powinienem to zrobić? — zasugerował.
Hermiona
zmarszczyła brwi.
—
Dlaczego?
Malfoy
wzruszył ramionami.
—
Cóż, jestem Aurorem.
Może
zrobiła to, żeby skomentować jego nagłą protekcjonalność, a może po prostu po
to, by mieć to za sobą, ale bez zastanowienia nacisnęła szparę, zasłaniając
oczy, gdy pomieszczenie nagle się rozświetliło i pojawił się stół.
Oboje
zamarli, jakby czekali na coś jeszcze.
—
To dobrze, prawda? — upewniała się Hermiona.
Malfoy
po prostu wzruszył ramionami i podeszli do stołu, na którym leżała kamienna
tablica.
—
Cóż, to dziwne — zauważyła Hermiona.
—
Hmm?
—
Tekst jest napisany po angielsku. Założyłam, że skoro to jaskinia w Grecji, to
tekst będzie napisany po grecku — wyjaśniła, wskazując na napis na tablicy.
—
Nie mam nic przeciwko.
Draco
wzruszył ramionami, pochylając się nad stołem, by odczytać tekst.
Sekrety Mechanizmu
Są ukryte w tych murach.
Tylko ci, którzy szukając prawości,
Okażą się inteligentni, odważni i
prawdomówni,
Mogą je znaleźć.
Wszyscy inni zginą.
Na początek włóż do koszyka po
mojej lewej stronie
To, co wiesz, że jest prawdą.
Hermiona
ponownie zmarszczyła brwi i prychnęła.
—
Dobra, o co chodzi tym razem?
Malfoy
zmrużył oczy, patrząc na nią.
—
Więc, to jest w miarę zgodne z legendą, tak? Sugerowano, że Alchemik, który to
tu zostawił, chciał mieć pewność, że ktokolwiek zdoła się przedostać, będzie w
stanie poradzić sobie z Mechanizmem, zarówno dosłownie, czyli dysponując
znaczną inteligencją, jak i etycznie — wyjaśniła.
Zmarszczył
brwi.
—
Więc jak Omnia Scienti sobie z tym poradził?
Hermiona
rozpromieniła się z przejęcia.
—
Dokładnie! Tego właśnie nie mogę pojąć! Teoretycznie, cokolwiek to są za próby,
powinny zapewnić, że tylko „dobrzy”
ludzie będą w stanie przez nie przejść… — zmarszczyła brwi — chyba jest kilka
sensownych alternatyw: być może informacje od Theo były błędne, albo
czarodziej, który wszedł do Jaskini, to nie
Omnia Scienti. — Westchnęła, po czym kontynuowała: — Inną możliwością jest to,
że Omnia Scienti być może wierzy w słuszność swojej sprawy i ta wiara wystarczyła, by pokonać przeszkody
— jakiekolwiek by one były. A ostatnia możliwość… — przygryzła policzek i
wzięła oddech — to, że ktokolwiek to zorganizował, prawdopodobnie miał inną
moralność niż my w obecnych czasach. Oczywiście nie ma nic przeciwno temu, by
pozwolić ludziom umierać, więc są powody, by sądzić, że nie podzielamy tych
samych wartości — dokończyła.
Spojrzał
na nią wyczekująco.
—
I co w związku z tym?
—
To, że musimy ostrożnie stąpać.
—
Naprawdę? Myślałem, że po prostu tu pochodzimy. Miałem zamiar zacząć wrzucać
rzeczy do kosza, bo dlaczego by nie — odparł beznamiętnie.
—
A może warto rozważyć sytuację w której się znajdujemy?
Przewróciła
oczami.
—
Jestem ostrożny i rozważny, Granger, po prostu myślę, że powinniśmy rozważyć wykonanie pierwszego zadania, zamiast tu
stać i filozofować — argumentował.
Otworzyła
usta, żeby odpyskować, ale zamknęła je z furią.
—
Nieważne, Malfoy.
Pokazała
mu język i podeszła do kosza, skupiając się na zadaniu.
—
Dobrze, musimy włożyć do kosza to, co wiemy, że jest prawdą — mruknęła, rozglądając się.
W
mgnieniu oka na stole pojawiło się kilka przedmiotów: pióro, książka, kość,
małe liczydło i kawałek papirusu.
Hermiona
poczuła, jak Malfoy podchodzi do niej i mówi:
—
Więc przypuszczalnie to wszystko jest metaforą, tak? — Zatrzymał się, omiatając
wzrokiem przedmioty. — Pióro odnosiłoby się do pisma, książka prawdopodobnie do
wiedzy, kość do człowieka, liczydło do matematyki, a papirus do słowa pisanego?
Zmarszczył
brwi.
—
Więc myślisz, że książka to coś, co wiemy, że istnieje? — zapytała.
Wzruszył
ramionami.
—
Szczerze mówiąc, wydaje mi się to najlepszym wyborem.
Pokiwała
głową z lewa na prawo.
—
Jednak nie sądzę, żeby to był słuszny wybór. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w
starożytnej Grecji; wiele dzieł literackich nie opierało się na faktach, lecz
na mitach. Więc raczej nie uznaliby tego za prawdę. Ale może liczydło… —
urwała, zwisając ręką nad liczydłem.
—
To, co wiemy, że jest prawdą —
mruknął Malfoy, a jego wzrok błądził po przedmiotach.
—
Nie wiem. — Hermiona zmarszczyła brwi. — Nawet matematyka — to, co pamiętam z geometrii euklidesowej, to same
założenia i twierdzenia — niekoniecznie przyjmowane jako fakt czy coś znanego.
Zmarszczył
brwi.
—
Jaka jest różnica?
Zawahała
się, nie chcąc znów zostać zruganą za filozofowanie.
—
Istnieją trzy „poziomy” wiedzy, że tak powiem: Wiara, Wiedza i Pewność. Chodzi
o to, że aby coś wiedzieć, trzeba najpierw w to uwierzyć, a żeby mieć pewność,
trzeba to wiedzieć. Nasze rozumienie liczb opiera się na założeniach
dotyczących świata fizycznego, które mogą być prawdziwe lub nie, zatem można by
argumentować, że ich nie znamy, a jedynie wierzymy, że są prawdziwe.
—
Więc… co teraz?
—
Och! — wykrzyknęła. — Sokrates! To może być to.
—
Co?!
—
Nic! Sokrates twierdził, że jedyną prawdą, jaką możemy poznać, jest to, że nic
nie wiemy! — krzyknęła, a w jamie zapadła całkowita ciemność.
Chwyciła
Malfoya za rękę i oboje bezskutecznie krzyknęli:
—
Lumos!
Ziemia
zadrżała, a Hermiona objęła Malfoya ramionami, mając szeroko otwarte oczy. Ich
serca biły w tym samym rytmie.
—
Granger? — zapytał cicho, jego oddech musnął jej szyję. — Co twoim zdaniem się
dzieje?
—
Ja, eee. — Pokręciła głową, czekając na jakiś
znak światła, czegokolwiek. — Zakładam, że to dobrze, prawda? Reaguje na to, że
rozwiązałam zagadkę.
Drżenie
ustało, ale miała wrażenie, jakby się poruszali.
Nadal nic nie widziała, ale miała wyraźną świadomość, że powoli opadają.
Nagle
znaleźli się w zupełnie innej przestrzeni i było tam coś więcej niż tylko
światło. Według niej to wyglądało jak… restauracja na Pokątnej? Poczuła urywany
oddech Malfoya i mocno go objęła, czując, jak jego dłonie zaciskają się wokół
niej.
Siedzieli
tam klienci, mamrocząc coś pod nosem i zajadając się różnymi potrawami. Ściany
były pokryte gustownymi obrazami, kelnerzy ubrani nienagannie i nagle,
niespodziewanie, podeszła do nich drobna brunetka.
—
Draco, chodź — mruknęła pod nosem, przywołując Malfoya.
—
Co do cholery? — wyszeptała Hermiona, próbując zrozumieć, jak to się stało, że
z jaskini wylądowali tutaj.
—
To niemożliwe — wydyszał Malfoy, szeroko otwierając oczy.
—
O co chodzi?
Zmarszczyła
brwi, patrząc na jego spanikowaną twarz.
—
To jest… — zaczął, a jego szyja poczerwieniała, gdy oddech stawał się coraz
cięższy i Hermiona martwiła się, że jest na skraju ataku paniki.
Stanęła
do niego twarzą.
—
Malfoy, MALFOY. Po prostu oddychaj ze mną, dobrze. Nie jesteś sam. Nie zostawię
cię. — Skinął głową i poszedł za jej przykładem, próbując uregulować oddech.
Trzymała go za ręce, nie spuszczając z niego wzroku. — Świetnie ci idzie,
Malfoy.
Nigdy
nie widziała go w takim stanie; tak przyzwyczaiła się do jego stoicyzmu i
opanowania, że widok nagłego ataku paniki był niepokojący.
W
końcu zaczął się uspokajać.
—
To wieczór, podczas którego Astoria — skinął głową na brunetkę — ze mną
zerwała.
To
wcale nie brzmiało tak strasznie, a Hermiona starała się zignorować dziwny ucisk,
narastający w jej brzuchu.
—
Dobrze. Domyślasz się, dlaczego tu jesteśmy?
Jego
wzrok co chwila przeskakiwał na kobietę — Astorię.
—
To było pięć lat temu. Po jej odejściu wpadłem w ciąg, który trwał dwa
miesiące. Straciłbym pracę, gdyby nie Angelina.
Hermiona
zmarszczyła brwi, próbując poskładać wszystko w całość.
—
Dobrze. Więc jesteśmy testowani pod kątem inteligencji, odwagi i
prawdomówności. Zakładam, że właśnie zdaliśmy test na inteligencję. Może to
odwaga? — zasugerowała.
Zmarszczył
brwi.
—
Jak to?
Wzruszyła
ramionami.
—
Nie jestem pewna. Może musisz wykazać się odwagą, żeby przejść przez to jeszcze
raz — stawić temu czoła?
Przyłożył
kciuki do skroni; Hermiona wiedziała, że to znak, iż rozpaczliwie potrzebuje
kawy.
—
To był jeden z najgorszych momentów w moim życiu, Granger. Nie chcę znów przez
to przechodzić.
Uśmiechnęła
się smutno.
—
Obawiam się, że o to właśnie chodzi.
—
Draco.
Astoria
wróciła ponownie, ubrana w sukienkę koktajlową w kolorze leśnej zieleni i
spiorunowała go wzrokiem. Tym razem pozwolił jej wziąć się za rękę i podszedł
do stolika, ale nie spuszczał wzroku z Hermiony.
Poszła
za nimi, siadając przy jednym z pustych stolików w pobliżu i obserwując
zachodzące między nimi interakcje.
—
Poproszę lampkę czerwonego wina — powiedziała Astoria do kelnera z delikatnym
uśmiechem.
Malfoy
zamrugał.
—
Dla mnie kawa.
Poruszył
się, wyglądając na dość zakłopotanego.
Astoria
prychnęła, a na jej twarzy malowało się rozczarowanie.
—
Wolałabym, żebyś tego nie robił.
Malfoy
pokręcił głową.
—
Co?
Astoria
spojrzała w sufit z niedowierzaniem.
—
Żebyś nie zamawiał kawy do kolacji. Kto tak robi? Weź whisky albo coś.
—
Mówiłem ci, Astoria, że nie piję — wycedził Malfoy, obserwując, jak kelner
stawia przed nimi zamówienie.
—
To absurdalne. Jeśli będziesz miał kaca, możesz po prostu wziąć eliksir.
Wszyscy piją alkohol.
Jakby
na dowód, Astoria wzięła długi łyk wina.
—
To nie takie proste, Tori.
Malfoy
pokręcił głową.
—
Mam wrażenie, że nigdy nie możemy się dobrze bawić, Draco. Wszyscy nasi znajomi
wychodzą, a ty po prostu chcesz posiedzieć i napić się kawy — wyznała,
delikatnie ocierając usta serwetką.
—
Nie chodzi o zabawę. Chodzi o to, żebym potrafił panować nad sobą. Nie jestem sobą, kiedy piję — zauważył, upijając
łyk kawy.
—
Zawsze tak będzie? — zapytała Astoria, wpatrując się w nią.
—
Co masz na myśli? — wyjaśnił.
—
Zawsze będziesz tak siedzieć z kawą i rozmyślać? — prychnęła.
—
Tak — odpowiedział cicho Malfoy.
—
Nie mogę — zaczęła Astoria, kręcąc głową. — Nie dam rady. Jestem za młoda.
Przepraszam, Draco.
Po
czym wstała i wyszła, znikając całkowicie z pola widzenia. Hermiona zmarszczyła
brwi, wątpiąc, czy to właśnie tak doszło do rozstania, ale być może tak
zapamiętał to Malfoy.
Scena
nagle się zmieniła, a może minął jakiś nieokreślony czas. Malfoy wciąż siedział
przy stole, przerzucając makaron na talerzu, gdy podszedł do niego kelner ze
szklanką Ognistej Whisky.
—
Proszę pana — powiedział mężczyzna do Malfoya — pani z baru przesyła
pozdrowienia.
Malfoy
i Hermiona w jednym momencie spojrzeli w bok i zobaczyli śliczną blondynkę
trzymająca w ręku kieliszek.
—
Nie, Malfoy — mruknęła Hermiona.
Próbowała
do niego dotrzeć, podejść do stolika, krzyknąć, ale utknęła.
Wyglądało
na to, że będzie musiał stoczyć tę walkę sam.
Widziała,
jak jego klatka piersiowa unosi się i blednie, ale pokręcił głową.
—
Nie — powiedział kelnerowi, który skłonił się i odszedł.
Hermiona
założyła, i sądząc po minie Malfoya, on myślał tak samo, że to koniec
symulacji.
Ale
tak się nie stało. Blondynka zeszła z krzesła przy barze, wzięła dwa szoty i
bez słowa zajęła miejsce Astorii. Malfoy otworzył oczy, rozglądając się po
restauracji. Wpadł w panikę.
—
Draco Malfoy — powiedziała blondynka, krzyżując nogi i odrzucając włosy do
tyłu.
—
Znamy się? — zapytał.
Zaśmiała
się.
—
Nie. Po prostu zauważyłam, że siedzisz tu sam i pomyślałam, że przyda ci się
towarzystwo.
Podsunęła
mu drinka.
Zmarszczył
brwi, kręcąc głową.
—
Nie piję.
Naburmuszyła
się.
—
Wszyscy piją, kochanie.
—
Zaufaj mi — mruknął z lekką drwiną — nie spodobałbym ci się, gdybym pił.
Blondynka
zacisnęła usta, po czym wygięła je w uśmiechu.
—
Skarbie, mam coś, co zapewni ci dobrą zabawę.
Wyciągnęła
dwie tabletki.
Hermiona
patrzyła, jak Malfoy przełyka ślinę, a jego pierś znów unosi się i opada.
—
Co to jest? — dopytywał.
—
Jakie to ma znaczenie?
Wzruszyła
ramionami, oblizując wargi i kładąc jedną z tabletek na języku.
Hermiona
krzyczała do niego ale bez skutku; Draco zdawał się być uwięziony we
wspomnieniach tego, kim był pięć lat temu, uwięziony w uczuciach, z tamtego
momentu.
—
Proszę — błagała, obserwując go uważnie.
Uniósł
dłoń nad tabletkę, wpatrując się w nią jak zahipnotyzowany, z zamglonymi
oczami. Kobieta uśmiechnęła się zwycięsko, szepcząc mu do ucha czułe słówka:
—
To nic złego — to tylko na dzisiejszy wieczór. Zapomnisz o wszystkim.
Skinął
głową, a Hermiona była pewna, że to już koniec, ale wtedy chwycił kubek z kawą
i rzucił go na tabletkę, roztrzaskując ją w pył i rozlewając kawę na stolik.
Hermiona
westchnęła z ulgą, obserwując, jak scena przed nią ciemnieje. Malfoy wstał i
zdała sobie sprawę, że już nie jest uwięziona. Podbiegła do niego, wtulając się
w jego pierś i trzymając go kurczowo.
—
Zrobiłeś to — mruknęła, ściskając jego koszulę.
—
To było cholernie okropne — odpowiedział.
Czuła,
że się trzęsie, jakby stał na szpilkach.
—
Już po wszystkim — powiedziała, obejmując go i masując plecy.
Światło
znów zgasło, a iluzja restauracji zniknęła. Hermiona nie bała się już
ciemności, lecz była przerażona czekającą ją próbą.
—
Więc to była odwaga — mruknął Malfoy.
Skinęła
głową, choć nie mógł dostrzec gestu.
—
Zmierzyliśmy się z wiedzą i odwagą… została tylko…
—
Prawda.
Podskoczyli
na dźwięk głębokiego głosu. Padł na nich reflektor, nagły blask był tak jasny,
że Hermiona musiała zasłonić oczy ramieniem. Kiedy w końcu jej wzrok oswoił się
z rzeczywistością, mrugnęła i ujrzała starca w klasycznym, czarodziejskim
stroju.
—
Wykazaliście się wiedzą i odwagą — ryknął mężczyzna.
—
To pewnie kolejna iluzja — mruknęła go Malfoya, ściskając jego dłoń i czując się
pewniej, gdy musnął kciukiem wnętrze jej dłoni.
—
Teraz musicie udowodnić swoją prawdziwość — dokończył, znikając.
Nic
się nie stało; pozostali nieruchomo, trzymając się za ręce pod reflektorem,
czekając.
—
Co robimy? — zapytał Malfoy, przełykając ślinę.
Hermiona
nie widziała niczego poza małym obszarem, który oświetlało światło. Zaczęła się
oddalać od światła, ale natrafiła na jakąś niewidzialną granicę.
—
Dobra, musimy tu zostać — powiedziała głupio.
—
Hmm.
—
Więc… prawda. Mamy udowodnić naszą prawdziwość — zaczęła Hermiona, łamiąc sobie
głowę. — Może powinniśmy wyjaśnić, po co tu jesteśmy?
—
Nie zaszkodziłoby.
Malfoy
wzruszył ramionami.
—
Dobra, więc przybyliśmy tu, bo ktoś zabija czarodziejów w Londynie. Szukamy
sposobu, by ustalić tożsamość sprawcy i zapobiec kolejnym zabójstwom —
krzyknęła Hermiona, mając nadzieję, że podobnie jak wcześniej, magia rządząca
tym miejscem uzna ich odpowiedź za prawidłową i pozwoli kontynuować.
Jednak
nic się nie stało.
—
Może to nie jest prawda, o którą mu chodzi? — zasugerował cicho Malfoy.
Parsknęła.
—
Więc mówiłam prawdę o intencjach, ale może szuka prawdy o duszy? Udowodnić
swoją prawdziwość, nie przyczynę naszej podróży, ale samych siebie?
Poczuła
ucisk w żołądku na samą myśl.
—
Co to dokładnie znaczy? — zapytał, marszcząc brwi.
—
Myślę, że musimy mówić wyznać naszą
prawdę, że tak powiem.
Przygryzła
wargę.
—
W porządku — Malfoy wzruszył ramionami — nazywam się Draco Malfoy i jestem
alkoholikiem.
Zatrzymał
się, czekając.
—
Myślę, że chodzi o coś głębszego — rzuciła pomysłem.
—
Dobrze.
Skinął
głową, puszczając jej dłoń. Rozprostowała palce, marszcząc brwi z powodu
dziwnego chłodu, jaki poczuła, nie dotykając jego skóry. Draco odchrząknął, wyprostował
się i rozejrzał dookoła, jakby próbował znaleźć swojego sędziego.
—
Boję się — przyznał.
Przed
nimi pojawił się mały promień światła. Draco wpełzł w nową przestrzeń, a
Hermiona odetchnęła z ulgą, że najwyraźniej są na dobrej drodze.
Jej
umysł wirował, gdy próbowała odnaleźć jakąś podstawową prawdę.
—
Jestem samotna — rzekła cicho Hermiona i pojawił się kolejny promyk światła.
Były
to jednak drobne punkciki w porównaniu z otaczająca ich bezkresną pustką i
zdała sobie sprawę, że jeśli chcą się stąd wydostać, będą musieli wyznać o
wiele więcej niż tylko swoje podstawowe lęki.
Wypuściła
powietrze i kontynuowała:
—
Wciąż dręczy mnie poczucie winy z powodu rodziców. Każdego dnia. Wiem, że to
nie to samo, ale jakaś część mnie czuje, jakbym ich zabiła. Zabrałam coś, czego
nie miałam prawa brać. Wiem, że miałam dobry powód — ale czy to ma znaczenie? Zrozumiałam,
że cel nigdy nie uświęca środków. Nie ma większego dobra, bo liczy się nie cel,
a podróż. To, jak działamy, a nie dokąd nad to zaprowadzi, decyduje o naszej
wartości, naszej użyteczności.
Zatrzymała
się i patrzyła, jak rozświetla się kilkumetrowy, kwadratowy obszar.
Malfoy
podszedł do nowo oświetlonej powierzchni, zerkając na Hermionę, zanim ponownie
skupił wzrok na otchłani przed sobą.
—
Tak bardzo boję się pozwolić sobie na szczęście, poczuć coś ważnego… — wziął
kilka głębokich oddechów — boję się być szczęśliwym… pozwolić sobie poczuć
cokolwiek, co mogłoby być… uzależniające. Ale jednocześnie przeraża mnie myśl,
że nigdy nie będę szczęśliwy.
Pojawiło
się kolejne kilka metrów światła. Hermiona weszła w nie, przysuwając się do
Malfoya.
—
Straciłam swoją tożsamość w Hogwarcie. Stałam się mózgiem Harry’ego i najlepszą
przyjaciółką Rona, ale przestałam być Hermioną. Po sytuacji z rodzicami, po
prostu potrzebowałam odnaleźć siebie. I boję się przestać. Boję się, że jeśli
zwiążę się z czymś lub kimś, znowu się zatracę. Poza tym odkryłam, że całkiem
lubię siebie.
Nie
była pewna, nie było żadnej wskazówki, gdzie skończy się światło, ale wydawało
się, że są już blisko.
—
Byłem Śmierciożercą. — Malfoy przełknął ślinę. — Byłem okropny dla wszystkich.
Wierzyłem całym sercem we wszystko, co mówiłem i robiłem. Po wojnie, kiedy moi
rodzice zginęli, byłem bardzo zagubiony — bardzo samotny. Jedyne, co sprawiało,
że czułem cokolwiek, to alkohol. Nie raz o mało nie umarłem. Pansy musiała mnie
zawieść do szpitala na płukanie żołądka. Raz potrąciło mnie mugolskie auto.
Byłem… byłem z tym pogodzony. Z myślą o byciu ciężarem dla przyjaciół albo o
śmierci w samotności w mugolskim szpitalu. Ale już nie jestem. Chcę żyć,
próbować nowych rzeczy, może nawet podróżować. I nie chcę tego robić sam.
Hermiona
spojrzała pytająco na Malfoya, ale on nie odwrócił wzroku.
Przełknęła
ślinę i powiedziała:
—
Ja też się boję. — Malfoy spojrzał na nią, gdy mówiła. — Uciekam od dziesięciu
lat, ale już nie chcę tego robić. Znalazłam coś — kogoś — co sprawia, że chcę
siedzieć w miejscu. Chcę zaryzykować, zrezygnować z mojej upartej
niezależności.
Oddech
jej się skrócił i chwyciła go za rękę. Nie miała już wiele do powiedzenia.
—
Ty — zwróciła się do niego bezpośrednio — pokazałeś mi, co to znaczy mieć
partnera i nie być zawsze samą. Nie wiem, czy dałabym radę bez ciebie.
Światło
sięgało jeszcze głębiej.
To
było przerażające i miała wrażenie, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi. Mogła
mówić o swoich problemach całymi dniami, ale o uczuciach? Do niego? To właśnie
ukrywała nawet przed sobą. I zdała sobie sprawę, że będą mogli przejść dalej
tylko wtedy, gdy będą wierni sobie.
Malfoy
zamrugał, a jego twarz przybrała nieprzenikniony wyraz. Nie spuszczał z niej
oczu.
—
Ja — zmarszczył brwi, chwytając ją za rękę — od pięciu lat nie pozwalam sobie
na nic. Byłem tak zraniony. Myślałem, że ból nigdy nie będzie tego wart, ale…
Hermiono. Jesteś tego warta. Wszystko jest tego warte.
Nagle
cała jaskinia rozbłysła. Odetchnęli z ulgą, rozglądając się po nowym otoczeniu.
—
Ściany — zauważył Malfoy. — Są pokryte napisami.
Hermiona
mrugała szybko, starając się uchwycić każdą literę.
—
To starogrecki. Chyba Jaskinia już nic nam nie tłumaczy.
Powoli
obeszła krawędź jaskini, mając nadzieję sfotografować każdy jej centymetr.
—
Tam jest piedestał.
Malfoy
wskazał na podium kilka metrów od niej.
Poczuła
zacisk żołądka, gdy tylko do niego dotarli. Tam, gdzie spodziewała się zobaczyć
sekret Mechanizmu, a może nawet sam Mechanizm, leżał tylko kawałek pergaminu.
Z
Runami Omnia Scienti namalowanymi krwią.
___________
Witajcie :) oj podziało się w tym rozdziale. Powiem szczerze, że jestem pod wielkim wrażeniem wyobraźni autorki tej historii. Wszystko jest spójne i ciągle zaskakuje, ale chyba takie lubimy najbardziej, prawda? Dajcie znać jak wrażenia.
Tak jak pisałam pod poprzednim rozdziałem, jutro wieczorem pojawią się dwa ostatnie rozdziały tego tomu. Później czeka nas mała przerwa, myślę, że około dwutygodniowa. Muszę mieć trochę czasu na nadrobienie tłumaczenia. Także mam nadzieję, że zrozumiecie. :)
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego weekendu! Enjoy!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)