Październik 2004
Draco rzucił teczkę na biurko Shacklebolta,
którego spiorunował wzrokiem.
Czarodziej spojrzał na stos papierów, a potem na
młodego mężczyznę, po czym uniósł brwi.
— Co to jest?
— To raport Hermiony Granger na temat kryjówki
wilkołaków — mruknął Draco, wskazując na teczkę.
Shacklebolt zmarszczył brwi.
— Hermiona Granger powinna być na zwolnieniu
lekarskim.
— Powinna
to kluczowe słowo, Ministrze — podkreślił. — Dostałem to od Pottera dziś rano.
Kingsley westchnął głęboko i przekartkował zbiór.
— Dlaczego mi to przynosisz?
— Bo jest niebezpiecznie blisko połączenia
wszystkich kropek. — Wzdychając, Draco usiadł na krześle przed biurkiem. —
Wiem, że jesteśmy o krok od odkrycia sedna operacji, Shacklebolt, ale musisz
przestać podsuwać anonimowe tropy. Jeśli nie, musisz usunąć Hermionę Granger z
Biura Aurorów, bo prędzej czy później dowie
się, że jestem w to zamieszany. Jest zbyt sprytna. Już coś podejrzewa.
Zbadała moją różdżkę, profiluje mnie i w tym raporcie podsumowała swoje
podejrzenia i wysunęła teorię, że kryjówka wilkołaków jest powiązana zarówno z
Selwynem, jak i Crawleyem — poza tym wie, że obaj mają tego samego sprawcę.
Shacklebolt obserwował go poważnym wzrokiem.
— Jak to się stało, że sprawdziła twoją różdżkę?
— Nieistotne — powiedział Draco. — Nic nie znalazła,
oczywiście, ale wiesz równie dobrze jak ja, że nie jest osobą, która porzuca
takie tropy.
— I co niby miałbym zrobić? — prychnął Minister.
— Wydawałoby się to dość dziwne z mojej strony, gdyby teraz usunął ją z Biura
Aurorów, po tym, jak o mało co nie zwolniłem Robardsa i Montague za to, co
stało się podczas operacji, nie sądzisz? Prawdopodobnie będą ją jeszcze
bardziej wykorzystywać, a Montague jest w trakcie przenoszenia kogoś z Patrolu
Czarodziejskiej Policji do pomocy. Po prostu musisz być ostrożniejszy. Poznaj
jej metody, a będziesz wiedział, czego unikać.
Draco roześmiał się bez wesołości.
— Ostrożniejszy? Zawsze byłem ostrożny i wiesz o
tym. Ci ludzie ukrywają się z jakiegoś powodu, a ja ich znajduję tylko dlatego,
że wiem, jak ich szukać. Wszystko
zaczęło się sypać, gdy postanowiłeś wyjawić sekrety w Biurze Aurorów.
Shacklebolt zacisnął szczękę i odchylił się na
krześle.
— Śmierć Selwyna powinna była być rozgłoszona.
Śmierciożercy musieli wiedzieć, że odcięto im wsparcie finansowe. To był skuteczny
przekaz. Wybawił Rowle’a z ukrycia, prawda? A doniesienia o zniknięciu
Crawleya… cóż, to było po prostu nieuniknione, prawda?
Draco zacisnął zęby. Rzeczywiście, nie mógł
pozbyć się tego mężczyzny bez wiedzy Józefiny i wolałby uniknąć rzucania na nią
Obliviate. Mógł sprawić wrażenie, że ją zostawił, ale zależało mu na czasie.
— Cóż, jego ciała nigdy nie znajdzie. Skoro nie
ma ciała, nie ma morderstwa.
— Dobrze — odparł Shacklebolt. Stękając, wstał i
zaczął chodzić po pokoju. — Kryjówka musiała zostać zniszczona i wiem, że
jesteś wystarczająco bystry, żeby zrozumieć dlaczego. Wspomnienia Selwyna
wywołały alarm, ale po twoim przesłuchaniu Rowle’a stało się jasne, że musimy
działać szybko, a i tak nie byliśmy wystarczająco szybcy. Nie wiemy, ilu mugoli
ugryzł Greyback, a jeśli buduje armię, musimy ją jak najszybciej unicestwić.
— Więc wyślij mnie za nim — warknął Malfoy. —
Zleć mi zadanie.
Shacklebolt zatrzymał się i wpatrywał się w
niego. Na chwilę opadła mu szczęka, po czym zebrał się w sobie i zmarszczył brwi.
— Jesteś bronią, Malfoy, nie przeczę, ale
potrzeba czegoś więcej niż broni, żeby pokonać Greybacka. Potrzeba zespołu.
Draco prychnął i wstał.
— Wyeliminowałem każde nazwisko, które mi
podsunąłeś. Zrobiłem to szybko i sprawnie, a teraz we mnie wątpisz?
— Nie wątpię w ciebie — powiedział cicho — ale
nie zamierzam lekceważyć Greybacka. Poza tym, musimy zrobić wszystko, żeby
informacja o jego schwytaniu i klęsce trafiła do wiadomości ogólnej. Nie sądzę,
że musi zginąć. Chcę, żeby został osądzony i uwięziony.
Draco znów się roześmiał i uniósł ręce.
— Po co ten wysiłek? Byłby tylko stratą miejsca.
Jest wart mniej niż ziemia.
— Kontaktowałeś się ze Scotland Yardem? — zapytał
Shacklebolt.
Draco westchnął i skrzyżował ramiona na piersi.
— Potter się tym zajął.
— Dobrze. — Shacklebolt skinął głową. Widząc
szyderczy uśmieszek Draco, uniósł uspokajająco dłoń. — Jestem pewien, że ty też
być sobie z tym świetnie poradził.
— Jasne — wycedził.
— Ile osób zaginęło?
— Osiem w ciągu ostatnich czterech miesięcy,
wszyscy w wieku od szesnastu do dwudziestu pięciu lat. Ale to tylko w Londynie.
Scotland Yard pracuje nad stworzeniem ogólnokrajowej listy, którą będziemy
mogli wykorzystać jako punkt odniesienia.
Shacklebolt podszedł do okna i westchnął głęboko.
— Jeśli będziemy mieli pecha, pojawi się co
najmniej ośmiu kolejnych wilkołaków. Musimy dalej tropić tych, którzy mu
pomagają.
Draco przeczesał włosy dłonią.
— Teraz poszukuję Matthewsa. Miałem… miałem w
ostatnich dniach sporo czasu, żeby się tym zająć. — Naprawdę, tylko tyle mógł
robić, żeby nie myśleć za dużo o tym, co powiedziała Granger. — Znalazłem jego
kryjówkę w górach i muszę go dorwać, gdy będzie sam.
Shacklebolt splótł ręce za plecami.
— Uważaj, Malfoy. Matthews to śliski typ. Jest
ekspertem w balansowaniu na granicy prawa.
— Dla ciebie śliski — powiedział Draco i uniósł
brew, poprawiając mankiety. — Do końca tygodnia zniknie. — Rzucił Ministrowi
mroczne spojrzenie, kierując się w stronę drzwi. — Trzymaj to z dala od gazet i Biura Aurorów.
— Nie martw się — odparł. — Nie ma sensu
nagłaśniać jego śmierci.
Draco tylko spojrzał na niego, po czym opuścił
gabinet.
~*~*~*~*~*~*~*~
Eliksir Wielosokowy był istną plagą. Draco o mało
nie zwymiotował, pijąc go, ale jeszcze gorsza była sama transformacja. Czuł ją
w kościach, gdy się kurczyły, obwód wokół brzucha powiększał się, a twarz
okropnie swędziała.
Stęknął, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Rudy
Szkot w średnim wieku był stereotypowy, ale wyglądał o wiele bardziej
niepozornie niż w swoim zwykłym przebraniu. Wysoki, blady, czarnowłosy
nieznajomy z pewnością przyciągałby spojrzenia, ale pulchny, brodaty farmer w
czapce z daszkiem przechodził niezauważony.
Wioska była niewielka, ale mimo to mieściły się w
niej trzy puby, wszystkie na tej samej ulicy. Richard Matthews wolał ten
najmniejszy, bo młoda barmanka obdarzała go uśmiechem. Nie miało to większego
znaczenia, bo uśmiechała się również do Draco, nawet w jego brodatej postaci,
ale Matthews był oczarowany. Nie mógł oderwać od niej wzroku, co ułatwiało
Draco obserwację.
Amerykanin był hałaśliwy, a awanturniczy Szkoci
próbowali go przekrzyczeć. Niewątpliwie próbował zaimponować barmance, mimo że
był od niej starszy o jakieś dwadzieścia lat. Szkoci nie daliby się na to
nabrać. Wioska była mała, dziewczyna zapewne była czyjąś córką, a akurat tej
nocy, mimo że był dopiero czwartek, pub był wypełniony po brzegi mężczyznami
pragnącymi zwrócić na siebie uwagę barmanki.
Namierzenie go nie było trudne; Draco
wystarczyło, że włamał się do jego londyńskiego domu, który porzucił (po wyczerpującym
przełamaniu tarcz ochronnych) i przeszukał jego gabinet, by znaleźć akt
własności małego domku w wiosce w szkockich górach. Na szczęście, to właśnie
tam go odnalazł.
W poniedziałek rzucił na siebie Zaklęcie
Kameleona, chcąc iść w ślady Matthewsa; we wtorek, robiąc to samo, natknął się
na ogłoszenie o konkursie zaganiania owiec, który miał się odbyć we wiosce w
ten weekend, począwszy od czwartku. Była to idealna okazja, by dotrzeć do
Matthewsa; im więcej ludzi, tym mniej zauważalne było jego zniknięcie. W środę
po południu Draco udał się do pobliskiej wioski, aby znaleźć odpowiednie
przebranie. Mugol był łatwym celem i pod działaniem jego oszomiałającego
zaklęcia padł niczym ścięte drzewo. W czwartek wdrożył swój plan w życie.
Nikt w małej wiosce nie zwracałby szczególnej
uwagi na rolnika z innej części kraju i dopóki Draco nie musiał odpowiadać na
pytania o owce, był zadowolony.
Nie wiedział o Richardzie Matthewsie wiele więcej
niż to, co pisały gazety. Bogaty Amerykanin, pochodzący z zamożnej rodziny;
zrobił karierę, warząc i podając alternatywne, nielegalne w USA eliksiry, co
przyciągnęło uwagę Malfoya — ale ponieważ konkretne rodzaje eliksirów, które
warzył, nie były w Europie całkowicie nielegalne i notorycznie trudne do
wytropienia, był bezpieczny przed szponami Ministerstwa.
Draco pamiętał, jak Czarny Pan wspominał o
sojusznikach za oceanem, choć było ich niewielu. Amerykanie rzadko przejmowali
się Europą i jej konfliktami, ale niektórzy byli na tyle skuszeni ideami
Czarnego Pana, że deklarowali swoje usługi. Richard Matthews był jednym z
takich ludzi, prawdopodobnie kierując się oportunistycznymi pobudkami, a Draco
widział go już we wspomnieniach Selwyna.
Harry
Potter musi umrzeć.
Dokładna rola, jaką odgrywał w ruchu oporu, wciąż
była nieznana, ale cokolwiek to było, wystarczyło, by Shacklebolt chciał się go
pozbyć. To z kolei wystarczyło Draco.
Wraz z upływem nocy Draco obserwował, jak
amerykański czarodziej niemal upija się do nieprzytomności. Wyszedł z pubu, po
tym jak po raz trzeci został odrzucony przez barmankę, a następnie wyrzucony
przez Szkotów, zygzakiem przemierzając brukowaną ulicę. Draco podążał za nim w
cieniu. Eliksir Wielosokowy miał wystarczyć tylko na jakieś dwadzieścia minut;
miał zapasową fiolkę w kieszeni, lecz nie zamierzał jej używać. Chciał, żeby
Matthews patrzył mu w oczy, gdy będzie umierał.
Pijany mężczyzna opuścił wioskę i w ciemnościach
przemierzył wrzosowiska. Draco trzymał się tuż za nim, a szybkie zaklęcie
wyciszające na jego butach sprawiło, że nie wydawał najmniejszego dźwięku.
Na szczycie wzgórza stała samotna chata. Światła
z okien lekko połyskiwały na ziemi, a wokół niej ciemność wznosiła się niczym
mury. W dole migotały światła wioski, tworząc niemal malowniczy widok.
Draco szedł powoli. Zaczarował rodzinny sygnet
tak, by wykrywać pobliskie osłony. Czuł, jak działanie eliksiru ustępuje;
wyrósł, schudł, a broda zniknęła mu z twarzy. Ubranie było krótkie i workowate,
ale za jednym ruchem nadgarstka jego przemieniony garnitur wrócił do normy.
Jego sygnet lekko się rozgrzał. Draco zmrużył
oczy i rzucił ciche zaklęcie ujawniające tarczę. To była Czarna Magia,
pulsująca pierścieniem wokół domku, zaledwie kilka stóp od Draco. Gdyby ruszył
dalej, mógłby zostać odrzucony na kilka stóp w tył. Mógł nawet zginąć. Widział
już kilka paskudnych zaklęć ochronnych rzucanych przez innych Śmierciożerców i
nie wyglądało to zbyt zachęcająco. Matthews stał przy drzwiach chaty, szukając
odpowiedniego klucza na swoim pęku, pozornie nieświadomy zbliżającego się
zagrożenia.
Draco zacisnął szczękę i wyciągnął różdżkę z
kieszeni. Powolnym, rozważnym ruchem spróbował na chwilę rozproszyć zaklęcie
ochronne, na tyle, by pozostać niezauważonym. Zaklęcie nadawało powietrzu
delikatny, purpurowy połysk, a Malfoy, niczym wytrych, próbował wykręcać dłoń
pod różnymi kątami.
Nagle w blasku pojawiło się drgnięcie, które
zniknęło. Wykorzystał ten moment, by wślizgnąć się do środka, uważnie wpatrując
się w pijaka przy drzwiach. Nadal wydawał się nieświadomy. Za ich plecami
fioletowa poświata zasklepiała się sama, jakby nigdy nikt w nią nie ingerował.
Draco podszedł bliżej. Serce waliło mu jak
młotem, ale oddech był równy. Gdy stanął tuż przy krawędzi ciemności, głos
Matthewsa rozbrzmiał echem w nocy.
— Wiem, że tam jesteś — powiedział. W ogóle nie
brzmiał na pijanego. — Wiem, że mnie śledzisz. Wiem, że gapiłeś się na mnie
cały wieczór. Wiesz mi, staruszku, nie chcesz ze mną zadzierać.
Odwrócił się i Draco zobaczył różdżkę w dłoni
Amerykanina.
Draco tylko mocniej ją ścisnął i wyszedł z
cienia, lekko poruszając ramionami.
— Panie Matthews.
Oczy mężczyzny rozszerzyły się.
— Nie jesteś tym, kogo się spodziewałem. Jak ci
się udało ominąć zaklęcia?
A więc miały za zadanie powstrzymać czarodziejów.
— Wiesz, kim jestem?
Richard Matthews był dobrym aktorem. W ogóle nie był
pijany. Miał bystry wzrok, pewnie trzymał różdżkę i wyglądał na czujnego. Był
gotowy do walki.
— Spotkałem tylko jednego mężczyznę o tak
odrażającym kolorze włosów.
Draco zignorował obelgę i przechylił głowę.
— Więc poznałeś mojego ojca.
— Owszem. — Matthews nie wydawał się
zrelaksowany. Jego różdżka była wycelowana prosto w pierś w Draco. — I wiem, że
jesteś marionetką Ministerstwa. Czego chcesz?
— Chciałbym porozmawiać — wycedził, unosząc brew.
— Oczywiście, nie musisz. I tak mógłbym dostać od siebie to, czego chcę, ale
rozmowa zawsze jest łatwiejsza.
— Czego potrzebujesz?
Amerykanin zacisnął mocniej dłoń na różdżce, a
kostki jego palców zbielały. Robił się nerwowy.
Draco podszedł bliżej.
— Co wiesz o człowieku o imieniu Fenrir Greyback?
— Ten pieprzony wilkołak? — warknął Matthews. —
Nic. Wiem, że to nieobliczalny wariat, i tyle.
Draco zamrugał powoli, zachowując kamienną twarz
i spokojną postawę.
— Kłamstwa do niczego cię dziś nie doprowadzą,
Matthews.
— Czego, kurwa, chcesz, Malfoy? — wycedził Amerykanin.
Draco prychnął. Podwinąwszy lewy rękaw, pokazał
mu świeży Mroczny Znak. Szczęka Matthewsa opadła, a jego różdżka zadrżała.
Draco się wyprostował. To zazwyczaj wystarczało, żeby uśpić ich czujność.
— Harry
Potter musi umrzeć — powiedział cicho i spiorunował go wzrokiem.
Matthews głośno przełknął ślinę.
— Słuchaj, poświęciłem wszystko tej sprawie,
jasne? Obiecuję, że za kilka dni będę miał gotową kolejną próbną partię. I już
im powiedziałem, nie wiem, kto tu biega i zabija naszych ludzi, ale na pewno nie
ja! Więc, kurwa, nie próbujcie mnie więcej atakować!
Draco zmrużył oczy.
— Proszę, powiedz mi, kogo masz na myśli, mówiąc
„im”?
— Co? Oni…
Matthews znów zmrużył oczy, powoli napinając się.
Wziął głęboki oddech, jakby coś do niego dotarło. Wiedział.
Draco ledwo zdążył się odsunąć, gdy minął go
śmiercionośny, zielony blask. W tej samej chwili odpowiedział zaklęciem
wybuchowym. Matthews zrobił unik w bok, a zaklęcie uderzyło w ziemię niczym
bomba, tworząc krater w ziemi. Draco zaklął pod nosem; nie mógł zabić
Matthewsa, zanim ten nie zdążył odczytać jego myśli. Musiał być ostrożny.
Matthews jednak przeszedł do ofensywy. Rzucał
jedno mroczne zaklęcie za drugim, ale Draco był skupiony i gotowy do ataku. Od
miesięcy nie stoczył dobrego pojedynku, a uczucie zagrożenia, że Czarna Magia
przepływa przez niego bez żadnej kontroli, było niebezpiecznie wyzwalające.
Znak mrowił, wręcz palił, gdy go pobudził.
Było to niemal euforyczne.
Matthews był czarodziejem w średnim wieku,
owszem, ale nie oznaczało to, że stanowił łatwy cel. Był gibki i zwinny, a
natarczywość w jego oczach podpowiadała Draco, że czekał na schwytanie przez
zabójcę. Jednocześnie czaił się w nim strach — znak, że nie przypuszczał, iż
tym zabójcą okaże się właśnie Draco.
Niewiele osób zaangażowanych w ruch oporu
wiedziało o zdolnościach Draco. Dla większości był prawdopodobnie tylko synem
Lucjusza Malfoya — młodym, tchórzliwym chłopcem, który nie zdołał zabić Albusa
Dumbledore’a. Ci, którzy kiedykolwiek dostrzegli przebłyski talentu Draco, już
nie żyli.
Amerykanin pobiegł za chatę, a Draco poszedł w
jego ślady. Zatrzymał się za rogiem, wziął głęboki oddech, zanim wyjrzał, ale
szybko musiał się schylić przed Cruciatusem lecącym w jego kierunku. Stęknął
przez zaciśnięte zęby i poprawił chwyt na różdżce. Naprawdę nie miał czasu na
te wszystkie niepotrzebne rzeczy. Machnął nadgarstkiem, wychodząc na zewnątrz,
i rzucił bezgłośnie zaklęcie paraliżujące, które Matthews odbił i osunął się na
ziemię.
Draco zmarszczył brwi i zmrużył oczy, zatrzymując
się. To było dziwne. Wiedział, że jego zaklęcia ogłuszające mają moc, a cel
zazwyczaj przelatywał na co najmniej kilka stóp, ale on po prostu… osunął się
na ziemię — i Draco był prawie pewien, że widział, jak je odbija. Być może nie
był w tak dobrej kondycji fizycznej, jak mu się początkowo wydawało.
Z różdżką w pogotowiu, powoli zbliżał się do
Amerykanina leżącego na ziemi. Nie ruszał się, a w słabym świetle ledwo
widział, czy w ogóle oddycha. Szedł powoli, sucha trawa trzeszczała pod jego
stopami, a wszystkie jego zmysły były w stanie najwyższej gotowości. Kiedy
podszedł, Matthews leżał bez życia na ziemi.
Draco ostrożnie szturchnął go butem, obracając
mężczyznę na plecy. Oczy miał zamknięte, usta otwarte, różdżkę wciąż w dłoni.
Szczęka Draco drgnęła; coś było nie tak. Właśnie gdy miał rzucić zaklęcie
ujawniające życie, Amerykanin otworzył oczy i uniósł różdżkę.
— Crucio!
— syknął, a czerwony promień uderzył Draco prosto w pierś.
Przeraźliwy ból przeszył jego ciało, napierając
na mięśnie. Niczym ogień, pełzł wzdłuż żył, owijając się wokół mięśni i kości.
Malfoy warknął, upadając na jedno kolano. Nie mógł panikować, nie mógł poddać
się bólowi; musiał pamiętać o swoim treningu.
Był aż zanadto dobrze zaznajomiony z klątwą
Cruciatus. Nie dość, że spędził ostatni rok w Hogwarcie, zmuszony do
torturowania własnych kolegów z roku za coś tak błahego, jak spóźnienie o
minutę po ciszy nocnej, to jeszcze nauczono go, jak znosić zaklęcie, dopóki nie
pluł krwią. Jego ciotka równie mocno nalegała, żeby nauczyć się przyjmować
Cruciatusa, co go rzucać. Wątpił, czy wielu szesnastolatków było szkolonych
torturami, ale teraz z pewnością mu to służyło. Oddychał, przezwyciężając ból,
zamiast z nim walczyć, pozwalając magii, która go powodowała, zmieszać się z
jego własną, wzmagając ją.
Matthews wstał i kiedy klątwa została przerwana,
rzucił ją ponownie, cofając się. Tym razem Draco był gotowy. Bolało, jakby
tysiąc igieł przebijało skórę i kości, ale stał, wpatrując się w Amerykanina.
Oczy Matthewsa rozszerzyły się, gdy opuścił
szczękę.
— Co do cholery?
Draco wziął głęboki oddech, otrząsając się z
resztek drżenia po klątwie, i spiorunował wzrokiem czarodzieja. Poczuł, jak
krew leci mu z nosa, ale nie przejmował się tym. Unosząc różdżkę, syknął:
— Chcesz wiedzieć, jak to się robi? Jak powinno
się to odczuwać? Crucio!
Czerwone światło buchnęło z różdżki w dłoni
Malfoya, naładowane jego magią, Mrocznym Znakiem i techniką odbijania, której
nauczyła go Bellatrix lata temu. Krzyk Matthewsa był ogłuszający, gdy wił się
na ziemi, a jego ciało wyginało się nienaturalnie. Żyły i ścięgna na jego szyi
pękały — wkrótce nie mógł nawet krzyczeć. Jeśli Draco nie przestałby rzucać
klątwy, napięcie mięśni Matthewsa w końcu połamałoby mu kości. A może nawet
zatrzymałoby bicie serca.
Wykręcając szczękę, Draco przerwał klątwę.
Matthews jęknął, leżąc i dysząc na ziemi, a krew sączyła mu się z uszu, nosa i
ust.
Westchnąwszy, przykucnął obok Amerykanina i
wyrwał mu różdżkę z ręki.
— Jeśli naprawdę chcesz się bawić z dużymi
chłopcami, Matthews, to lepiej naucz się, kurwa, jak to robić.
Złapał mężczyznę za kołnierz i postawił go na
nogi.
— J-jak to zrobiłeś? — wychrypiał Matthews i
spojrzał na Draco zamglonymi oczami. — T-ty byłeś… wszędzie… panowała ciemność
i… jak?
— Rodzinna tajemnica — mruknął i pociągnął
mężczyznę do wejścia.
Proste zaklęcie otworzyło drzwi. Wrzucił
mężczyznę do małego, wiejskiego pomieszczenia, połączonego z kuchnią i salonem.
— Proszę! — szlochał Matthews, unosząc ręce. —
Proszę, nie zabijaj mnie! Powiem ci wszystko, co chcesz wiedzieć!
Draco schował różdżkę Matthewsa do kieszeni
marynarki i przeczesał włosy dłonią, po czym otarł krew z nosa.
— Powiesz mi wszystko.
— Usiadł na jednym z foteli i skrzyżował nogi. Celując różdżką w Matthewsa,
mruknął: — Imperio. — Lekki błysk
zmącił oczy Matthewsa i Draco odchylił się do tyłu. — Odpowiesz szczerze na
moje pytania. Powiesz mi wszystko. O bazie operacyjnej, przywódcach, celach —
wszystkim.
Matthew podniósł się do pozycji siedzącej i oparł
o blat, zbladły na twarzy.
— Więc naprawdę pracujesz dla Ministerstwa?
— Nieważne dla kogo pracuję — powiedział Draco
niecierpliwie. — To ja tu zadaję
pytania.
Amerykanin westchnął głęboko i zamknął oczy.
— Nie wiem, czy jest jeden przywódca, ale wiem,
że Alister Avery i Corban Yaxley są u steru. Może jednak ktoś inny wydaje rozkazy.
Nie wiem. Są ostrożni. Chronieni.
Draco zacisnął szczękę. Ministerstwo ścigało
Avery’ego i Yaxleya od czasów wojny. Avery zniknął po Bitwie o Hogwart, ale
Yaxley był od jakiegoś czasu pod obserwacją. Jego proces został wyznaczony
jeszcze przed rozprawą Draco, ale uciekł i od tamtej pory się ukrywał. Nie
pamiętał, żeby widział Avery’ego i Yaxleya w którymkolwiek ze wspomnień, jakie
zebrał od swoich ofiar. Albo byli wyjątkowo ostrożni, albo Draco popełnił
jakieś poważne niedopatrzenia.
Zamyślony pogłaskał się po brodzie.
— Co jest ich celem?
Matthews spojrzał na niego wyczerpanym wzrokiem.
— Jaki był cel Czarnego Pana? Udowodnić naszą
wyższość. Naprawić krzywdy na tym świecie i przywrócić porządek.
— A co z Harry
Potter musi umrzeć?
— To symbol — wydusił. — Mantra. Reprezentuje
porażkę Czarnego Pana, a my nie przegramy ponownie. Harry Potter zginie, słabeusze stracą bohatera, a my
zwyciężymy.
Draco uniósł brew.
— Przegraliście już dwie wojny.
— Przegraliśmy
— warknął Matthews. — Ten ślad na twoim ramieniu dowodzi, że jesteś jednym z
nas. Nie przychodź tu z tymi swoimi bzdurami o odkupieniu i nie udawaj
szlachetnego i zreformowanego. — Uśmiechnął się szyderczo. — Wiesz, czytam
gazety. Uprawiasz brudne interesy ze szlamą, co? A jeśli chodzi o Złotą
Dziewczynę… Czy to desperacki sposób, żeby płaszczyć się przed arystokracją,
czy ona też ma złoto między nogami?
Draco poczuł kipiącą w piersi wściekłość. Powoli
poprawił mankiety, po czym wstał z fotela i zimnym ciosem dłoni uderzył
mężczyznę w twarz. Policzek był ogłuszający. Matthews jęknął, a Draco cieszył
się z jego reakcji. Amerykanin splunął krwią na podłogę i zakaszlał, a Malfoy
ponownie poprawił marynarkę.
— Więc Avery i Yaxley organizują co, armię?
Matthews splunął krwią i wychrypiał:
— Armia to nieodpowiednie słowo. Nie chcą toczyć
kolejnej Wojny Czarodziejów. — Jego
wzrok się wyostrzył. Walczył z klątwą Imperius,
ale nie był w stanie walczyć z czymkolwiek. Pokonany, opuścił ramiona. — Chcą
zjednoczyć czarodziejów przeciwko wspólnemu wrogowi. Nie-magom.
Draco zmrużył oczy i z powrotem usiadł.
— Jak?
Matthews wzruszył ramionami.
— Spokojnie. Nie-magowie są kapryśni. Łatwo ich
przestraszyć. Greyback robi swoje, atakując rodziny Nie-magów — buduje armię — ale Avery i Yaxley mają
większe plany. Piękne plany. Prawie jakby sam Czarny Pan je wymyślił.
— Jakie plany? — dopytywał.
Matthews poruszył się na podłodze i skrzywił;
ostry ból ustępował, ale ból mięśni po takich skurczach mógł się utrzymywać
przez wiele dni. Gdyby pękły ścięgna — miesiącami, a nawet latami.
— Próbujemy stworzyć eliksir unoszący się w
powietrzu, coś w rodzaju mgły, który uodporniłby osoby wystawione na jego
działanie na zaklęcia odstraszające Nie-magów. Dodając odrobinę halucynogenów i
odrobinę mojego Eliksiru Woli Umysłu, możemy poprowadzić hordy Nie-magów do
zrobienia tego, czego od nich chcemy. Na przykład zaatakować rodzinę
czarodziejów. Zabić…
Serce waliło w piersi Draco i zacisnął szczękę.
Niepokój rozdzierał pustkę w jego umyśle i szybko wzmocnił ją grubymi drzwiami.
Wiedział o Woli Umysłu — po prostu nie był świadomy, że to Matthews go
stworzył. Nie powinno go to dziwić.
— Myślisz, że to sprawiłoby, że czarownice i
czarodzieje złamią Status Tajności?
— Gdyby ich życie było zagrożone, tak — odparł
Matthews. — Gdyby Nie-mag rzucił się na mnie z bronią, nie wahałbym się ani
chwili. To byłaby samoobrona. Wybuchłby skandal, gdyby ktoś został ukarany za
ochronę rodziny przed takim zagrożeniem. — Zmrużył oczy. — Dlaczego akurat mnie
przesłuchujesz? Albo jesteś głupi, albo jesteś zabójcą.
Draco zamrugał beznamiętnie. Nie zaszczycił go
odpowiedzią.
Matthews zmarszczył brwi.
— No cóż, skoro jesteś zabójcą, to dlaczego nie
przesłuchałeś Selwyna za pomocą Imperiusa? To on za to wszystko zapłacił; z
pewnością wiedział więcej niż ja.
— Selwyn nigdy tak naprawdę nie był kluczową
postacią — powiedział Draco. — Owszem, miał fundusze, ale płacił, żeby nie
pobrudzić sobie rąk i później zbierać owoce. Wszyscy tylko daliście mi jakieś
drobiazgi, ale teraz zaczynam mieć pełny obraz. Twoje informacje były bardzo pouczające.
Przypuszczam, że ta partia testowa to ten eliksir powietrzny, o którym mówicie?
Gdzie on jest?
Matthews pokręcił szczęką. Było oczywiste, że nie
chce mówić, ale klątwa go zmusiła.
— Mam go w mojej sali eliksirów na dole, w
piwnicy. Jeszcze nie jest w pełni gotowy.
— Testowałeś go już wcześniej?
— Robiłem poprzednie patrie. — Odwrócił wzrok. —
Testowaliśmy go na Nie-magach. Nie zadziałał. Niektórzy mieli okropne
halucynacje i sami się zabijali.
— Czym to się różni?
— Więcej Woli Umysłu i mniej halucynogenów.
— A pojemność mgły?
— To nie leży w mojej kwestii. Pracuje nad tym
specjalista.
— Kto?
— Nie wiem. Nigdy go nie spotkałem.
Draco zacisnął zęby. Wiedział, że zmiana lepkości
eliksirów jest niezwykle trudna — i niebezpieczna! — i dlatego, na szczęście,
tak trudno było stworzyć coś, co w zasadzie mogłoby być środkiem masowej
zagłady. Pył istniał, ale stworzenie go w ilości wystarczającej do
rozprzestrzenienia się na większą skalę wymagałoby ogromnych zasobów. Mgiełka —
albo, co gorsza, gaz — byłaby o wiele bardziej wydajna.
Westchnąwszy, Draco wstał.
— Gdzie masz zrobić zrzut, jeśli zadziała?
— Nie wiem. To nie ja tu decyduję. — Matthews
jęknął. — Słuchaj, jestem tylko twórcą eliksirów. Wiem, czego chcą i do czego
tego użyją, ale nie wiem jak i kiedy. Nie jestem dla nich na tyle ważny, żeby
wiedzieć. — Przełknął ślinę. — Proszę, Malfoy. Puść mnie. Będę twoim
informatorem. Zbiorę tyle informacji, ile się da, przysięgam! Mówię prawdę.
— Wiem, że tak — powiedział Draco i podszedł
bliżej. Gdy był już prawie przy nogach Matthewsa, wycelował w niego różdżką. —
Ale muszę to sprawdzić. Legilimens.
Klątwa Imperius przygotowała jego umysł,
otwierając go, gdy Malfoy wślizgnął się do środka. Szukał potwierdzenia, że
Amerykanin mówi prawdę; niestety, mówił. Widział Matthewsa warzącego eliksiry,
widział testowanie na mugolu, który oszalał i wbił sobie szpikulec w oko. Inny
rozciął sobie brzuch scyzorykiem. Draco rozpoznał sceny ze spraw Pottera,
mugolskich tortur i zadrżał.
Zobaczył, jak Amerykanin ściska dłoń Yaxleyowi, i
Draco uświadomił sobie, że widział go
we wspomnieniach pozostałych. Być może był tak przyzwyczajony do widoku tego
człowieka wśród Śmierciożerców, że nie pomyślał o tym. Zirytowany, kontynuował.
Fundusze na składniki pochodziły od Selwyna, a
zaledwie kilka dni przed aresztowaniem Rowle’a, blondwłosy ogr odwiedził
Matthewsa, by nakłonić go do zakupu eliksiru. Poza tym Matthews był samotnym
człowiekiem. Miał mnóstwo wspomnień o barmance i spędzał prawie każdą noc w tym
barze, pożerając ją wzrokiem. To było smutne i żałosne, a jeszcze gorsze w
połączeniu z jego opinią o mugolach jako o istotach niższego rzędu, głupich i
bezwartościowych.
Najsmutniejsza część umysłu Matthewsa
podpowiadała Draco, że będzie
podwójnym agentem, jeśli to oznaczało, że przeżyje, ale Malfoy miał zadanie.
Nazwisko zostało odczytane, umowa zawarta, a Matthews był zbyt niebezpieczny,
by utrzymać go przy życiu.
Nie miał wyboru.
Upewniwszy się, że wspomnienia Matthewsa nie
przyniosą mu żadnych korzyści, wycofał się. Mężczyzna szlochał, z trudem łapiąc
oddech, ale Draco nie czuł współczucia. To nie była emocja, na którą pozwalał
sobie w swojej pustce.
— Proszę — wyjąkał Matthews cichym głosem. —
Proszę, zrobię wszystko.
Draco zacisnął szczękę i wycelował różdżką w
płaczącego mężczyznę.
— Pokaż mi, jak dostać się do twojej warzelni.
Klątwa Imperius zmusiła mężczyznę do wstania,
choć prawdopodobnie nie dałby rady bez niej — nie po tak brutalnym Cruciatusie i gruntownym przeszukaniu umysłu. Czarna
Magia utrzymywała go w pionie, gdy słaniał się do regału z książkami, który
okazał się ukrytymi drzwiami. Pojawiły się wąskie schody i zszedł po nich, a za
nim Draco, który oświetlił niewielką przestrzeń, rzucając Lumos.
Na dole znajdowały się drzwi. Matthews odwrócił
się do Draco i wychrypiał:
— Drzwi otwierają się tylko dla mnie.
Obok klamki znajdowała się ostra krawędź, a
Amerykanin chwycił ją kciukiem. Skóra pękła i zaczęła kapać krew. Umieściwszy
palec na klamce, powietrze zadrżało, gdy zabezpieczenia zostały dezaktywowane,
a drzwi się otworzyły.
Draco to zauważył. Magia krwi.
Matthews wszedł do środka. Pomieszczenie było
dość duże, z ogromnym kotłem na środku. Cuchnęło siarką i żelazem, a na stole
stało kilka fiolek gotowych do rozlania.
— Zakładam, że masz tu wszystko — powiedział
Draco i rozejrzał się. — Przepis, twoje notatki, wszystko. Zgadza się?
— Tak — westchnął Matthews. — Wszystko jest tam,
na moim biurku.
— Jak długo minie, zanim eliksir będzie gotowy? —
zapytał Draco, spoglądając na kocioł.
— Trzy dni — odparł Matthews.
— Kto po niego przyjdzie?
— Nikt. Mam go zawieść.
— Gdzie?
— Do… do kryjówki w Sheffield.
Draco zerknął na niego.
— A kto się tam z tobą spotka?
— Nie wiem.
Malfoy mruknął z irytacją, bo przegapił tę
informację. Celując różdżką w skroń mężczyzny, ponownie przeniknął jego umysł.
Był bardziej chaotyczny bez wypowiadania słów, ale równie skuteczny. Matthews
krzyknął, ale Draco się tym nie przejął. Skupił się na wiedzy mężczyzny o
kryjówce w Sheffield; znów niepozornym domu w mugolskiej dzielnicy, i znalazł
adres oraz datę i godzinę zrzutu we wspomnieniu instrukcji, którą otrzymał
Matthews.
Aby upewnić się, że naprawdę niczego nie
przeoczył, ponownie przeszukał pomieszczenie, czując, że Matthews nie wytrzyma
dłużej. Jego umysł się rozpadał.
Kiedy się cofnął, Amerykanin upadł na kolana z
niemal szarą twarzą.
— D-dość — wyszeptał, a łzy spływały mu po
twarzy. — Proszę, zmiłuj się.
— Bez obaw — powiedział Draco i wziął fiolkę ze
stołu. — Wkrótce będzie po wszystkim. — Kucając obok czarodzieja, chwycił dłoń
z rannym palcem i zebrał do fiolki tyle krwi, ile tylko zdołał. Rzuciwszy na
nią zaklęcie statyzujące, schował fiolkę do kieszeni i wstał. Celując różdżką w
mężczyznę, kontynuował:
— Dziękuję za współpracę, Matthews.
— Nie! — wychrypiał Amerykanin. — Nie, nie, nie…
proszę, nie!
— Avada
Kedavra.
~*~*~*~*~*~*~*~
Ukrywanie zwłok było prawdopodobnie najmniej
ulubioną czynnością Draco. Najprostszą metodą było oczywiście pozostawienie ich
tam, gdzie upadły, i pozwolenie naturze działać. Nie wyglądało na to, żeby
ktokolwiek przyszedł ich szukać, a nawet gdyby, widok martwego ciała nie byłby
niczym nowym — ale w tym przypadku, gdy prawdopodobnie chciałby wrócić do
warzelni, żeby zbadać sprawę, nie byłoby to zbyt przyjemne, gdyby w środku
leżały rozkładające się zwłoki. Poza tym nie mógł ufać, że jego ciało nie trafi
przypadkiem na biurko w DPPC do dalszej analizy.
Matthews otrzymał lepsze miejsce pochówku, niż
prawdopodobnie na to zasługiwał. Ten człowiek był nieetycznym oportunistą,
który stworzył jedną z największych plag w Europie; Eliksir Woli Umysłu był
Klątwą Imperius w butelce. Ze względu na przepisy prawne i tajemnicę jego
formuły, trudno było go całkowicie zdelegalizować i przez kilka lat był zmorą
wszystkich — zwłaszcza kobiet — wychodzących na drinka.
Tak łatwo było wlać dawkę Woli Umysłu do czyjegoś
kieliszka, jej smak i zapach były niewyczuwalne jak woda. Ofiara na wiele
godzin ulegała woli innej osoby. Śmierciożercy czasami organizowali tak zwane
„spotkania”, gdzie eliksir krążył dość swobodnie. Nigdy tak naprawdę nie zastanawiał
się nad tym, skąd wzięli taki eliksir, Śmierciożercy tak chętnie witali
Amerykanina.
Podczas tych spotkań młodych mugoli i mugolaków
sprowadzano dla rozrywki, a następnie rzucano na nich Obliviate i wypuszczano.
Mogło to być cokolwiek: taniec, śpiew, teatr, walka, seks. Wszystko odbywało
się na oczach ludzi, którzy uważali się za lepszych. Okropna praktyka, którą
Draco skrywał głęboko w umyśle, za grubymi, zaryglowanymi, stalowymi drzwiami.
Pamiętał pierwszy dreszcz emocji towarzyszący tym
zgromadzeniom. Było to zaledwie kilka tygodni po szesnastych urodzinach, kilka
dni po otrzymaniu Znaku, i został powitany jako pełnoprawny członek przez wuja
Rudolfa. Jego ojciec trzymał się od nich z daleka i nie był zadowolony z
udziału swojego syna. Po pierwszym razie Draco zrozumiał dlaczego. Myślał, że
to będzie spotkanie, na którym będą dyskutować o nowej, lepszej przyszłości,
ale okazało się to jedynie moralnie wyzutą z uczuć hulanką.
Eliksir pozbawił wszelkiej woli, zastępując ją
życzeniami osoby, która go podarowała. Początkowo myśl o kobiecie spełniającej
każdy jego kaprys Draco, podniecała go; w tamtym okresie życia czuł się
pozbawiony kontroli, okrutnie okradziony przez los. Był chłopcem z wieloma
pretensjami, któremu dorośli mężczyźni z urojeniami wmawiali, że jego kłopoty
złagodzą się, jeśli tylko zanurzy kutasa w chętnej kobiecie, z którą będzie
mógł zrobić, co zechce. Zobaczenie narkotyku w działaniu to jednak zupełnie
inna spraw. Mógł sterować każdym jej ruchem, nawet do tego stopnia, że
przestałaby oddychać, gdyby tylko tego zażądał.
Nie tego dreszczyku emocji szukał i po raz
pierwszy uświadomił sobie, że nie chce przejmować kontroli siłą, lecz
dobrowolnie. Ofiary na zgromadzeniach nie miały wolnej woli, a jaką władzę
można było brać, skoro nie mocy, którą można było dawać?
Więc nie, Richard Matthews nie zasługiwał na
pochówek w szkockich górach, z widokiem na bezkresne, ponadczasowe wrzosowiska.
Widok był zbyt poetycki i spokojny dla takiego tchórza.
Gdy ciało zostało pochowane głębiej niż dwa metry
pod ziemią i rozstawiono osłony, by zapewnić, że ani człowiek, ani zwierzę nie
podejdzie, Draco wrócił do domku, by zebrać wszystkie notatki, splądrować swoją
szafkę z eliksirami i zabutelkować próbkę niedokończonego napoju. Użył jednej z
fiolek ze stołu, by uwięzić swoje wspomnienia dla Shacklebolta, a zanim
wyszedł, rzucił własne osłony, które zmącą umysły mugoli i zmuszą ich do
zawrócenia, oraz osłony, które miały go ostrzec, gdyby ktoś magiczny wszedł im
w drogę, niezależnie od tego, gdzie w kraju się znajdował.
Była prawie trzecia nad ranem, kiedy aportował
się do domu, w którym trzymał mężczyznę, którego twarz pożyczył na wieczór.
Próbował zaatakować Draco, gdy ten wszedł, ale szybko został unieruchomiony.
— Kim jesteś? — krzyknął mężczyzna.
— Nikim, kogo będziesz pamiętał — odpowiedział
Draco.
Rzucił na niego Obliviate, zanim odesłał go do
domu.
Kiedy Draco w końcu dotarł do swojego mieszkania
w Londynie, powlókł się prosto pod prysznic. Dwa ciosy Cruciatusa dały mu się
we znaki, a stojąc pod strumieniem gorącej wody, czuł drżenie mięśni. Minęło
dużo czasu, odkąd został przeklęty, i choć nigdy nie zapomni się bólu, jaki
zadawało zaklęcie, nie był gotowy na ten pierwszy.
Stał pod strumieniem przez dłuższą chwilę,
walcząc z drżeniem ciała i bliznami w umyśle. Słyszał chichot Bellatrix,
widział szaleństwo płonące w jej oczach i czuł złośliwość w jej magii, gdy
torturowała własnego siostrzeńca. Resztki bólu wciąż tliły się w nim niczym
powoli gasnące węgle, a on skupił się na oddechu; głęboki wdech nosem i powolny
wydech ustami. Raz za razem.
W końcu ból ustąpił. Draco był wyczerpany i
poszedł do łóżka, wciąż lekko mokry, bez sił na porządne osuszanie ręcznikiem.
Jego telefon komórkowy leżał na stoliku nocnym. Granger wysłała mu kilka
SMS-ów, ale jeszcze nie odpisał. Nie mógł.
Czy
możemy porozmawiać? — HG
Wiem, że
Harry zostawił ci raport. Proszę, po prostu go przeczytaj. — HG
Jeśli
nie jesteś dziś zajęty, może chciałbyś się spotkać i po prostu porozmawiać? —
HG
Może
twój telefon jest rozładowany i się wygłupiam. Jeśli nie, proszę, przestań mnie
unikać. — HG
Po
prostu nie zamierzasz już ze mną rozmawiać? — HG
Czytając jej liczne wiadomości jeszcze raz,
usłyszał w myślach, jak wali w grube, stalowe drzwi, błagając, by ją
wypuszczono. Ale nie mógł. Nie teraz. I tak wystarczająco dręczyła go w snach.
Za każdym razem, gdy trafił czujność, przypominał sobie, co powiedziała tamtego
ranka — że nigdy mu na niej nie zależało.
To brzmi
absurdalnie! Jakbyś kiedykolwiek wcześniej się o mnie troszczył! Nie jestem skrzatką
domową, którą możesz pomiatać — nie jestem nawet twoją dziewczyną!
Uczucia, jakie wywołały jej słowa, były
skomplikowane; oczywiście, mogła myśleć, że nigdy mu na niej nie zależało, bo
nigdy nie dał jej powodu, by myśleć inaczej. Nawet teraz, gdy pytała go,
dlaczego chce się nią zaopiekować, nie potrafi powiedzieć jej całej prawdy.
Nie, zdradził jej marną półprawdę, że robi to, żeby coś dostać w zamian. To nie
była nieprawda; po prostu nie była to
cała prawda — ale z pewnością nie stawiało go to w lepszym świetle. Ukazywało
go jako drapieżnika, jako bezdusznego dewianta, któremu w sercu leżą tylko
własne hedonistyczne potrzeby.
Ale nie wiedziała, jak bardzo się o nią martwił
przez te wszystkie lata, ani jak bardzo się bał, gdy przyjęto ją do szpitala
Świętego Munga. Nie wiedziała, że wpatrywał się w nią godzinami, kiedy ją
odwiedzał, bojąc się odwrócić wzrok, bo mógłby przegapić moment, w którym
otworzyła swoje piękne oczy. Nie wiedziała, że próbował powstrzymać ją przed
dowiedzeniem się czegoś, co mogłoby wpędzić ją w kłopoty, i że jednocześnie
dawał jej odpocząć, bo na to zasługiwała.
Nie wiedziała, jak bardzo mu na niej zależy, jak
bardzo ją kocha i jak bardzo go to dręczyło. Nie chciał patrzeć, jak się
wypala, jak wyczerpuje się dla ludzi, którzy nigdy nie docenią jej talentu, i
nie chciał widzieć rozczarowania w jej oczach, gdy w końcu poskłada wszystko w
całość i pozna jego prawdziwe sekrety.
Mógłby się poddać i przeprosić, choćby po to, by
znów z nią być. Merlin wiedział, że wstydzi się tego, jakim był tchórzem,
wybierając ucieczkę. I co ona o nim pomyśli, teraz, kiedy nie odzywał się od
kilku dni? Nie mógł jej, do cholery, powiedzieć, że to poufne; po pierwsze,
była już zbyt blisko prawdy, a po drugie, jeśli mu nie uwierzy, tylko okaże się
nieszczery. Jak wygodne było mu mieć masę pracy, przez którą był zmuszony do
niedostępności przez ponad tydzień po tym, jak się pokłócili! Zadrwił z
absurdalności faktu, że to jednak prawda. Mógł spędzić tydzień, rozpieszczając
ją, pieprząc i udowadniając, jak bardzo mu zależy, ale zamiast tego odwrócił
się od największej cholernej okazji przez wszystkie lata, kiedy żywił uczucia
do wiedźmy, bo został zlekceważony.
Mógł jej powiedzieć, że jest tchórzem i błagać o
wybaczenie. Mógł jej powiedzieć, że jego dusza została zraniona i że w głębi
duszy nadal jest tym rozpieszczonym bachorem. Co prawda, mógł się z nią
skontaktować, mimo że pracował. Mógł odpisać na jej wiadomości, powiedzieć jej
coś, żeby się upewnić, że nadal jest nią zainteresowany. Mógł ją uspokoić i pocieszyć.
Mógł coś zrobić, ale nie zrobił
absolutnie nic.
Myślał o tym jeszcze tego samego dnia,
przepraszając, ale duża część jego osobowości odmawiała. Właściwie, żałował.
Gdyby mógł cofnąć czas, złagodziłby sytuację, żeby nie skończyła się tak, jak
się skończyła, ale nie mógł.
W końcu to nie on krzyczał i pluł jadem — to ona.
Starał się zachować spokój i nie kłócić. Chciał tylko, żeby zrobiła to, co jej
kazał i mu zaufała. Ale oczywiście
nie mogła tego zrobić, bo była cholerną Hermioną Granger i nie potrzebowała
niczyjej pomocy ani opieki.
Nie mógł jej powiedzieć, że chroni ją przed czymś
nieznanym i niebezpiecznym, bo kiedy ta mała, lekkomyślna kujonka z Gryffindoru
kiedykolwiek pominęła tajemnicę czy wyzwanie? Nigdy. To było niesłychane. To
tylko pogorszyłoby sprawę. Czy chciał mieć ją przy sobie, wciąż dochodząc do
siebie po dwóch bolesnych Cruciatusach? Cóż, najwyraźniej; bardziej niż
czegokolwiek innego, pragnął utonąć w jej zapachu i cieple, i zniknąć ze
świata, choćby na chwilę wytchnienia. Na chwilę błogości.
Mroczniejsza część jego osobowości, ta, która
rozpalała się i rozkwitała, gdy doprowadzał ją do łez, chciała, żeby wyciągnęła
wnioski. Była niecierpliwa, więc kazał jej czekać. Chciała być pyskata i
uparta, żeby on był nieustępliwy. Może i była przyzwyczajona do stawiania na
swoim z Potterem i Weasleyem, ale on nie był taki jak oni. W niczym ich nie przypominał i nie
poddałby się jej wygłupom. Jeśli chciała kontynuować, cóż, cokolwiek ich
łączyło, musiała to powiedzieć na głos, bo on nie zamierzał podejmować za nią
tej decyzji.
Grał w szachy i wiedział, że to ryzykowne
posunięcie. Pomyślał o jej ustach wokół swojego kutasa i jęknął. Czy naprawdę
odważył się zaryzykować? Tak pięknie mu się oddała i całkowicie mu ufała. A
teraz znowu wszystko spieprzył.
Wściekły na siebie, wyskoczył z łóżka.
Potrzebował drinka przed snem, czegoś, co by uspokoiło nerwy. Zupełnie nagi
wszedł do salonu i nalał sobie szklankę Ognistej Whisky. Pijąc, oparł się o
kominek, a ognisty trunek spalał jego niepokój.
Westchnął i rozejrzał się po pokoju. Jego
mieszkanie było zimne i bezosobowe w porównaniu z mieszkaniem Granger. Mogłaby
bez wątpienia skorzystać z większego mieszkania, ale jego charakter — jej
charakter — sprawił, że serce ścisnęło mu się z tęsknoty i uświadomił mu, jak
smutne i samotne jest jego życie. Przez chwilę pozwolił sobie wyobrazić, jak
urządzi ich mieszkanie, jak po prostu
posypie je swoim ciepłem i pomysłowością, i uczyni z niego dom.
Bo była
domem.
Wziął kolejny łyk z kieliszka, czując, jak
alkohol rozkosznie pali, wypalając ckliwe myśli, które sprawiały, że serce
krwawiło, ale gdy jego wzrok padł na ciemny, okrągły, dębowy stolik kawowy,
krew w nim zamarzła.
Różdżka leżała na blacie, niewinnie i niepozornie
— ale niczym więcej. Draco musiał być tak zmęczony po powrocie, że nie
zastanawiał się dwa razy. Zawsze kładł swoją różdżkę na stoliku kawowym po
powrocie do domu, ale nie tę różdżkę.
Opuszczając rękę, powoli zbliżył się do niej,
jakby była dzikim zwierzęciem. Wykonana z cisu, jedenastocalowa z rdzeniem ze
smoczego serca, lekko uginającym się. Kupiona od różdżkarza z Normandii, była
dziełem sztuki, z ciemno bejcowanym drewnem i misternymi rzeźbieniami, runami
ochrony i potencjału. Sięgnął po nią i w chwili, gdy jego skóra zetknęła się z
drewnem, poczuł ucisk w żołądku, a ramię zaczęło mrowić na dobre, jakby ktoś
przyszył mu brakującą część.
To była pierwsza przeszkoda, którą musiał pokonać
po tym, jak Shacklebolt zaproponował mu tę umowę.
— Będą
co roku sprawdzać moją różdżkę. Jak ja mam, kurwa… no wiesz?
— Tak,
będą sprawdzać twoją różdżkę z głogu i ona musi być czysta, ale w historii
wielu potężnych czarodziejów nosiło przy sobie więcej niż jedną różdżkę.
Przełknął ślinę. Kiedy został wysłany do Francji
na szkolenie Aurorów, wytwórca różdżek był pierwszą osobą, której szukał. Nie
musiał nawet rozmawiać z Draco, żeby zrozumieć, czego szuka — widział to w jego
oczach.
Je le
vois dans vos yeux.
Początkowo Draco czuł odrazę, trzymając różdżkę,
która sprawiała, że jego krew wrzała. Odrzucało go to, że czuł się tak dobrze,
tak swojsko. W Azkabanie Znak dręczył go, jakby umierał i zabierał go ze sobą.
Potrzebował pożywienia, ożywienia, przypominając mu, że on również tego
potrzebuje. Wyczuwał potencjał w różdżce, obietnicę czegoś niezwykłego. Czarny
Pan również miał różdżkę z cisu, przypomniał sobie, i to go zaniepokoiło.
Powiadano, że ilekroć ktoś odbiera komuś życie, dusza zostaje rozerwana na
strzępy, ale kiedy Draco po raz pierwszy rzucił Zabójczą Klątwę, poczuł się
spełniony. Różdżka była mu posłuszna, jakby była przedłużeniem jego samego,
jego woli, w sposób, w jaki różdżka z głogu nigdy tego nie robiła. Pozwoliła
jego magii płynąć jak prawdziwy dyrygent, wzmacniając ją i stabilizując, i
nigdy wcześniej w życiu nie czuł się tak swobodnie ze swoją mocą. Mrok, który
rozkwitł w nim odkąd Czarny Pan go napiętnował, napełnił go spokojem,
zaspokoiła, i było to uczucie niepodobne do żadnego innego. Ulga. Spokój. Było
równie piękne, co przerażające. Od tamtego dnia różdżka z cisu była jego równie
nieodłączną częścią, co jego głogowa.
Jeśli nie bardziej.
Ale nie powinna była być na widoku.
Chwycił ją, ignorując błogie poczucie spełnienia
w dotyku, gdy wszedł do gabinetu. Jego głogowa różdżka leżała na biurku,
czekając. Wyciągnął górną szufladę i włożył cisową do pudełka, po czym zamknął
je i sięgnął po głogową.
Inna część jego osobowości zareagowała na to.
Znajoma i bezpieczna część jego osobowości, schludna i uprzejma, godna miłości
i zaufania. Zgrzytając zębami, rzucił zaklęcia ochronne na szufladę i
pomaszerował do łóżka.
_______________
Witajcie :) w niedzielne popołudnie zapraszam na kolejny rozdział tłumaczenia. Jest trochę przejściowy, ale wyjaśnia część misji Draco. Mam nadzieję, że mimo wszystko Wam się spodoba.
Na kolejny rozdział zapraszam za dwa tygodnie. Enjoy!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)