niedziela, 22 lutego 2026

[T] To, co jest między nami: Błogie poczucie spełnienia

Październik 2004


Draco rzucił teczkę na biurko Shacklebolta, którego spiorunował wzrokiem.

Czarodziej spojrzał na stos papierów, a potem na młodego mężczyznę, po czym uniósł brwi.

— Co to jest?

— To raport Hermiony Granger na temat kryjówki wilkołaków — mruknął Draco, wskazując na teczkę.

Shacklebolt zmarszczył brwi.

— Hermiona Granger powinna być na zwolnieniu lekarskim.

Powinna to kluczowe słowo, Ministrze — podkreślił. — Dostałem to od Pottera dziś rano.

Kingsley westchnął głęboko i przekartkował zbiór.

— Dlaczego mi to przynosisz?

— Bo jest niebezpiecznie blisko połączenia wszystkich kropek. — Wzdychając, Draco usiadł na krześle przed biurkiem. — Wiem, że jesteśmy o krok od odkrycia sedna operacji, Shacklebolt, ale musisz przestać podsuwać anonimowe tropy. Jeśli nie, musisz usunąć Hermionę Granger z Biura Aurorów, bo prędzej czy później dowie się, że jestem w to zamieszany. Jest zbyt sprytna. Już coś podejrzewa. Zbadała moją różdżkę, profiluje mnie i w tym raporcie podsumowała swoje podejrzenia i wysunęła teorię, że kryjówka wilkołaków jest powiązana zarówno z Selwynem, jak i Crawleyem — poza tym wie, że obaj mają tego samego sprawcę.

Shacklebolt obserwował go poważnym wzrokiem.

— Jak to się stało, że sprawdziła twoją różdżkę?

— Nieistotne — powiedział Draco. — Nic nie znalazła, oczywiście, ale wiesz równie dobrze jak ja, że nie jest osobą, która porzuca takie tropy.

— I co niby miałbym zrobić? — prychnął Minister. — Wydawałoby się to dość dziwne z mojej strony, gdyby teraz usunął ją z Biura Aurorów, po tym, jak o mało co nie zwolniłem Robardsa i Montague za to, co stało się podczas operacji, nie sądzisz? Prawdopodobnie będą ją jeszcze bardziej wykorzystywać, a Montague jest w trakcie przenoszenia kogoś z Patrolu Czarodziejskiej Policji do pomocy. Po prostu musisz być ostrożniejszy. Poznaj jej metody, a będziesz wiedział, czego unikać.

Draco roześmiał się bez wesołości.

— Ostrożniejszy? Zawsze byłem ostrożny i wiesz o tym. Ci ludzie ukrywają się z jakiegoś powodu, a ja ich znajduję tylko dlatego, że wiem, jak ich szukać. Wszystko zaczęło się sypać, gdy postanowiłeś wyjawić sekrety w Biurze Aurorów.

Shacklebolt zacisnął szczękę i odchylił się na krześle.

— Śmierć Selwyna powinna była być rozgłoszona. Śmierciożercy musieli wiedzieć, że odcięto im wsparcie finansowe. To był skuteczny przekaz. Wybawił Rowle’a z ukrycia, prawda? A doniesienia o zniknięciu Crawleya… cóż, to było po prostu nieuniknione, prawda?

Draco zacisnął zęby. Rzeczywiście, nie mógł pozbyć się tego mężczyzny bez wiedzy Józefiny i wolałby uniknąć rzucania na nią Obliviate. Mógł sprawić wrażenie, że ją zostawił, ale zależało mu na czasie.

— Cóż, jego ciała nigdy nie znajdzie. Skoro nie ma ciała, nie ma morderstwa.

— Dobrze — odparł Shacklebolt. Stękając, wstał i zaczął chodzić po pokoju. — Kryjówka musiała zostać zniszczona i wiem, że jesteś wystarczająco bystry, żeby zrozumieć dlaczego. Wspomnienia Selwyna wywołały alarm, ale po twoim przesłuchaniu Rowle’a stało się jasne, że musimy działać szybko, a i tak nie byliśmy wystarczająco szybcy. Nie wiemy, ilu mugoli ugryzł Greyback, a jeśli buduje armię, musimy ją jak najszybciej unicestwić.

— Więc wyślij mnie za nim — warknął Malfoy. — Zleć mi zadanie.

Shacklebolt zatrzymał się i wpatrywał się w niego. Na chwilę opadła mu szczęka, po czym zebrał się w sobie i zmarszczył brwi.

— Jesteś bronią, Malfoy, nie przeczę, ale potrzeba czegoś więcej niż broni, żeby pokonać Greybacka. Potrzeba zespołu.

Draco prychnął i wstał.

— Wyeliminowałem każde nazwisko, które mi podsunąłeś. Zrobiłem to szybko i sprawnie, a teraz we mnie wątpisz?

— Nie wątpię w ciebie — powiedział cicho — ale nie zamierzam lekceważyć Greybacka. Poza tym, musimy zrobić wszystko, żeby informacja o jego schwytaniu i klęsce trafiła do wiadomości ogólnej. Nie sądzę, że musi zginąć. Chcę, żeby został osądzony i uwięziony.

Draco znów się roześmiał i uniósł ręce.

— Po co ten wysiłek? Byłby tylko stratą miejsca. Jest wart mniej niż ziemia.

— Kontaktowałeś się ze Scotland Yardem? — zapytał Shacklebolt.

Draco westchnął i skrzyżował ramiona na piersi.

— Potter się tym zajął.

— Dobrze. — Shacklebolt skinął głową. Widząc szyderczy uśmieszek Draco, uniósł uspokajająco dłoń. — Jestem pewien, że ty też być sobie z tym świetnie poradził.

— Jasne — wycedził.

— Ile osób zaginęło?

— Osiem w ciągu ostatnich czterech miesięcy, wszyscy w wieku od szesnastu do dwudziestu pięciu lat. Ale to tylko w Londynie. Scotland Yard pracuje nad stworzeniem ogólnokrajowej listy, którą będziemy mogli wykorzystać jako punkt odniesienia.

Shacklebolt podszedł do okna i westchnął głęboko.

— Jeśli będziemy mieli pecha, pojawi się co najmniej ośmiu kolejnych wilkołaków. Musimy dalej tropić tych, którzy mu pomagają.

Draco przeczesał włosy dłonią.

— Teraz poszukuję Matthewsa. Miałem… miałem w ostatnich dniach sporo czasu, żeby się tym zająć. — Naprawdę, tylko tyle mógł robić, żeby nie myśleć za dużo o tym, co powiedziała Granger. — Znalazłem jego kryjówkę w górach i muszę go dorwać, gdy będzie sam.

Shacklebolt splótł ręce za plecami.

— Uważaj, Malfoy. Matthews to śliski typ. Jest ekspertem w balansowaniu na granicy prawa.

— Dla ciebie śliski — powiedział Draco i uniósł brew, poprawiając mankiety. — Do końca tygodnia zniknie. — Rzucił Ministrowi mroczne spojrzenie, kierując się w stronę drzwi. — Trzymaj to z dala od gazet i Biura Aurorów.

— Nie martw się — odparł. — Nie ma sensu nagłaśniać jego śmierci.

Draco tylko spojrzał na niego, po czym opuścił gabinet.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Eliksir Wielosokowy był istną plagą. Draco o mało nie zwymiotował, pijąc go, ale jeszcze gorsza była sama transformacja. Czuł ją w kościach, gdy się kurczyły, obwód wokół brzucha powiększał się, a twarz okropnie swędziała.

Stęknął, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Rudy Szkot w średnim wieku był stereotypowy, ale wyglądał o wiele bardziej niepozornie niż w swoim zwykłym przebraniu. Wysoki, blady, czarnowłosy nieznajomy z pewnością przyciągałby spojrzenia, ale pulchny, brodaty farmer w czapce z daszkiem przechodził niezauważony.

Wioska była niewielka, ale mimo to mieściły się w niej trzy puby, wszystkie na tej samej ulicy. Richard Matthews wolał ten najmniejszy, bo młoda barmanka obdarzała go uśmiechem. Nie miało to większego znaczenia, bo uśmiechała się również do Draco, nawet w jego brodatej postaci, ale Matthews był oczarowany. Nie mógł oderwać od niej wzroku, co ułatwiało Draco obserwację.

Amerykanin był hałaśliwy, a awanturniczy Szkoci próbowali go przekrzyczeć. Niewątpliwie próbował zaimponować barmance, mimo że był od niej starszy o jakieś dwadzieścia lat. Szkoci nie daliby się na to nabrać. Wioska była mała, dziewczyna zapewne była czyjąś córką, a akurat tej nocy, mimo że był dopiero czwartek, pub był wypełniony po brzegi mężczyznami pragnącymi zwrócić na siebie uwagę barmanki.

Namierzenie go nie było trudne; Draco wystarczyło, że włamał się do jego londyńskiego domu, który porzucił (po wyczerpującym przełamaniu tarcz ochronnych) i przeszukał jego gabinet, by znaleźć akt własności małego domku w wiosce w szkockich górach. Na szczęście, to właśnie tam go odnalazł.

W poniedziałek rzucił na siebie Zaklęcie Kameleona, chcąc iść w ślady Matthewsa; we wtorek, robiąc to samo, natknął się na ogłoszenie o konkursie zaganiania owiec, który miał się odbyć we wiosce w ten weekend, począwszy od czwartku. Była to idealna okazja, by dotrzeć do Matthewsa; im więcej ludzi, tym mniej zauważalne było jego zniknięcie. W środę po południu Draco udał się do pobliskiej wioski, aby znaleźć odpowiednie przebranie. Mugol był łatwym celem i pod działaniem jego oszomiałającego zaklęcia padł niczym ścięte drzewo. W czwartek wdrożył swój plan w życie.

Nikt w małej wiosce nie zwracałby szczególnej uwagi na rolnika z innej części kraju i dopóki Draco nie musiał odpowiadać na pytania o owce, był zadowolony.

Nie wiedział o Richardzie Matthewsie wiele więcej niż to, co pisały gazety. Bogaty Amerykanin, pochodzący z zamożnej rodziny; zrobił karierę, warząc i podając alternatywne, nielegalne w USA eliksiry, co przyciągnęło uwagę Malfoya — ale ponieważ konkretne rodzaje eliksirów, które warzył, nie były w Europie całkowicie nielegalne i notorycznie trudne do wytropienia, był bezpieczny przed szponami Ministerstwa.

Draco pamiętał, jak Czarny Pan wspominał o sojusznikach za oceanem, choć było ich niewielu. Amerykanie rzadko przejmowali się Europą i jej konfliktami, ale niektórzy byli na tyle skuszeni ideami Czarnego Pana, że deklarowali swoje usługi. Richard Matthews był jednym z takich ludzi, prawdopodobnie kierując się oportunistycznymi pobudkami, a Draco widział go już we wspomnieniach Selwyna.

Harry Potter musi umrzeć.

Dokładna rola, jaką odgrywał w ruchu oporu, wciąż była nieznana, ale cokolwiek to było, wystarczyło, by Shacklebolt chciał się go pozbyć. To z kolei wystarczyło Draco.

Wraz z upływem nocy Draco obserwował, jak amerykański czarodziej niemal upija się do nieprzytomności. Wyszedł z pubu, po tym jak po raz trzeci został odrzucony przez barmankę, a następnie wyrzucony przez Szkotów, zygzakiem przemierzając brukowaną ulicę. Draco podążał za nim w cieniu. Eliksir Wielosokowy miał wystarczyć tylko na jakieś dwadzieścia minut; miał zapasową fiolkę w kieszeni, lecz nie zamierzał jej używać. Chciał, żeby Matthews patrzył mu w oczy, gdy będzie umierał.

Pijany mężczyzna opuścił wioskę i w ciemnościach przemierzył wrzosowiska. Draco trzymał się tuż za nim, a szybkie zaklęcie wyciszające na jego butach sprawiło, że nie wydawał najmniejszego dźwięku.

Na szczycie wzgórza stała samotna chata. Światła z okien lekko połyskiwały na ziemi, a wokół niej ciemność wznosiła się niczym mury. W dole migotały światła wioski, tworząc niemal malowniczy widok.

Draco szedł powoli. Zaczarował rodzinny sygnet tak, by wykrywać pobliskie osłony. Czuł, jak działanie eliksiru ustępuje; wyrósł, schudł, a broda zniknęła mu z twarzy. Ubranie było krótkie i workowate, ale za jednym ruchem nadgarstka jego przemieniony garnitur wrócił do normy.

Jego sygnet lekko się rozgrzał. Draco zmrużył oczy i rzucił ciche zaklęcie ujawniające tarczę. To była Czarna Magia, pulsująca pierścieniem wokół domku, zaledwie kilka stóp od Draco. Gdyby ruszył dalej, mógłby zostać odrzucony na kilka stóp w tył. Mógł nawet zginąć. Widział już kilka paskudnych zaklęć ochronnych rzucanych przez innych Śmierciożerców i nie wyglądało to zbyt zachęcająco. Matthews stał przy drzwiach chaty, szukając odpowiedniego klucza na swoim pęku, pozornie nieświadomy zbliżającego się zagrożenia.

Draco zacisnął szczękę i wyciągnął różdżkę z kieszeni. Powolnym, rozważnym ruchem spróbował na chwilę rozproszyć zaklęcie ochronne, na tyle, by pozostać niezauważonym. Zaklęcie nadawało powietrzu delikatny, purpurowy połysk, a Malfoy, niczym wytrych, próbował wykręcać dłoń pod różnymi kątami.

Nagle w blasku pojawiło się drgnięcie, które zniknęło. Wykorzystał ten moment, by wślizgnąć się do środka, uważnie wpatrując się w pijaka przy drzwiach. Nadal wydawał się nieświadomy. Za ich plecami fioletowa poświata zasklepiała się sama, jakby nigdy nikt w nią nie ingerował.

Draco podszedł bliżej. Serce waliło mu jak młotem, ale oddech był równy. Gdy stanął tuż przy krawędzi ciemności, głos Matthewsa rozbrzmiał echem w nocy.

— Wiem, że tam jesteś — powiedział. W ogóle nie brzmiał na pijanego. — Wiem, że mnie śledzisz. Wiem, że gapiłeś się na mnie cały wieczór. Wiesz mi, staruszku, nie chcesz ze mną zadzierać.

Odwrócił się i Draco zobaczył różdżkę w dłoni Amerykanina.

Draco tylko mocniej ją ścisnął i wyszedł z cienia, lekko poruszając ramionami.

— Panie Matthews.

Oczy mężczyzny rozszerzyły się.

— Nie jesteś tym, kogo się spodziewałem. Jak ci się udało ominąć zaklęcia?

A więc miały za zadanie powstrzymać czarodziejów.

— Wiesz, kim jestem?

Richard Matthews był dobrym aktorem. W ogóle nie był pijany. Miał bystry wzrok, pewnie trzymał różdżkę i wyglądał na czujnego. Był gotowy do walki.

— Spotkałem tylko jednego mężczyznę o tak odrażającym kolorze włosów.

Draco zignorował obelgę i przechylił głowę.

— Więc poznałeś mojego ojca.

— Owszem. — Matthews nie wydawał się zrelaksowany. Jego różdżka była wycelowana prosto w pierś w Draco. — I wiem, że jesteś marionetką Ministerstwa. Czego chcesz?

— Chciałbym porozmawiać — wycedził, unosząc brew. — Oczywiście, nie musisz. I tak mógłbym dostać od siebie to, czego chcę, ale rozmowa zawsze jest łatwiejsza.

— Czego potrzebujesz?

Amerykanin zacisnął mocniej dłoń na różdżce, a kostki jego palców zbielały. Robił się nerwowy.

Draco podszedł bliżej.

— Co wiesz o człowieku o imieniu Fenrir Greyback?

— Ten pieprzony wilkołak? — warknął Matthews. — Nic. Wiem, że to nieobliczalny wariat, i tyle.

Draco zamrugał powoli, zachowując kamienną twarz i spokojną postawę.

— Kłamstwa do niczego cię dziś nie doprowadzą, Matthews.

— Czego, kurwa, chcesz, Malfoy? — wycedził Amerykanin.

Draco prychnął. Podwinąwszy lewy rękaw, pokazał mu świeży Mroczny Znak. Szczęka Matthewsa opadła, a jego różdżka zadrżała. Draco się wyprostował. To zazwyczaj wystarczało, żeby uśpić ich czujność.

Harry Potter musi umrzeć — powiedział cicho i spiorunował go wzrokiem.

Matthews głośno przełknął ślinę.

— Słuchaj, poświęciłem wszystko tej sprawie, jasne? Obiecuję, że za kilka dni będę miał gotową kolejną próbną partię. I już im powiedziałem, nie wiem, kto tu biega i zabija naszych ludzi, ale na pewno nie ja! Więc, kurwa, nie próbujcie mnie więcej atakować!

Draco zmrużył oczy.

— Proszę, powiedz mi, kogo masz na myśli, mówiąc „im”?

— Co? Oni…

Matthews znów zmrużył oczy, powoli napinając się. Wziął głęboki oddech, jakby coś do niego dotarło. Wiedział.

Draco ledwo zdążył się odsunąć, gdy minął go śmiercionośny, zielony blask. W tej samej chwili odpowiedział zaklęciem wybuchowym. Matthews zrobił unik w bok, a zaklęcie uderzyło w ziemię niczym bomba, tworząc krater w ziemi. Draco zaklął pod nosem; nie mógł zabić Matthewsa, zanim ten nie zdążył odczytać jego myśli. Musiał być ostrożny.

Matthews jednak przeszedł do ofensywy. Rzucał jedno mroczne zaklęcie za drugim, ale Draco był skupiony i gotowy do ataku. Od miesięcy nie stoczył dobrego pojedynku, a uczucie zagrożenia, że Czarna Magia przepływa przez niego bez żadnej kontroli, było niebezpiecznie wyzwalające. Znak mrowił, wręcz palił, gdy go pobudził.

Było to niemal euforyczne.

Matthews był czarodziejem w średnim wieku, owszem, ale nie oznaczało to, że stanowił łatwy cel. Był gibki i zwinny, a natarczywość w jego oczach podpowiadała Draco, że czekał na schwytanie przez zabójcę. Jednocześnie czaił się w nim strach — znak, że nie przypuszczał, iż tym zabójcą okaże się właśnie Draco.

Niewiele osób zaangażowanych w ruch oporu wiedziało o zdolnościach Draco. Dla większości był prawdopodobnie tylko synem Lucjusza Malfoya — młodym, tchórzliwym chłopcem, który nie zdołał zabić Albusa Dumbledore’a. Ci, którzy kiedykolwiek dostrzegli przebłyski talentu Draco, już nie żyli.

Amerykanin pobiegł za chatę, a Draco poszedł w jego ślady. Zatrzymał się za rogiem, wziął głęboki oddech, zanim wyjrzał, ale szybko musiał się schylić przed Cruciatusem lecącym w jego kierunku. Stęknął przez zaciśnięte zęby i poprawił chwyt na różdżce. Naprawdę nie miał czasu na te wszystkie niepotrzebne rzeczy. Machnął nadgarstkiem, wychodząc na zewnątrz, i rzucił bezgłośnie zaklęcie paraliżujące, które Matthews odbił i osunął się na ziemię.

Draco zmarszczył brwi i zmrużył oczy, zatrzymując się. To było dziwne. Wiedział, że jego zaklęcia ogłuszające mają moc, a cel zazwyczaj przelatywał na co najmniej kilka stóp, ale on po prostu… osunął się na ziemię — i Draco był prawie pewien, że widział, jak je odbija. Być może nie był w tak dobrej kondycji fizycznej, jak mu się początkowo wydawało.

Z różdżką w pogotowiu, powoli zbliżał się do Amerykanina leżącego na ziemi. Nie ruszał się, a w słabym świetle ledwo widział, czy w ogóle oddycha. Szedł powoli, sucha trawa trzeszczała pod jego stopami, a wszystkie jego zmysły były w stanie najwyższej gotowości. Kiedy podszedł, Matthews leżał bez życia na ziemi.

Draco ostrożnie szturchnął go butem, obracając mężczyznę na plecy. Oczy miał zamknięte, usta otwarte, różdżkę wciąż w dłoni. Szczęka Draco drgnęła; coś było nie tak. Właśnie gdy miał rzucić zaklęcie ujawniające życie, Amerykanin otworzył oczy i uniósł różdżkę.

Crucio! — syknął, a czerwony promień uderzył Draco prosto w pierś.

Przeraźliwy ból przeszył jego ciało, napierając na mięśnie. Niczym ogień, pełzł wzdłuż żył, owijając się wokół mięśni i kości. Malfoy warknął, upadając na jedno kolano. Nie mógł panikować, nie mógł poddać się bólowi; musiał pamiętać o swoim treningu.

Był aż zanadto dobrze zaznajomiony z klątwą Cruciatus. Nie dość, że spędził ostatni rok w Hogwarcie, zmuszony do torturowania własnych kolegów z roku za coś tak błahego, jak spóźnienie o minutę po ciszy nocnej, to jeszcze nauczono go, jak znosić zaklęcie, dopóki nie pluł krwią. Jego ciotka równie mocno nalegała, żeby nauczyć się przyjmować Cruciatusa, co go rzucać. Wątpił, czy wielu szesnastolatków było szkolonych torturami, ale teraz z pewnością mu to służyło. Oddychał, przezwyciężając ból, zamiast z nim walczyć, pozwalając magii, która go powodowała, zmieszać się z jego własną, wzmagając ją.

Matthews wstał i kiedy klątwa została przerwana, rzucił ją ponownie, cofając się. Tym razem Draco był gotowy. Bolało, jakby tysiąc igieł przebijało skórę i kości, ale stał, wpatrując się w Amerykanina.

Oczy Matthewsa rozszerzyły się, gdy opuścił szczękę.

— Co do cholery?

Draco wziął głęboki oddech, otrząsając się z resztek drżenia po klątwie, i spiorunował wzrokiem czarodzieja. Poczuł, jak krew leci mu z nosa, ale nie przejmował się tym. Unosząc różdżkę, syknął:

— Chcesz wiedzieć, jak to się robi? Jak powinno się to odczuwać? Crucio!

Czerwone światło buchnęło z różdżki w dłoni Malfoya, naładowane jego magią, Mrocznym Znakiem i techniką odbijania, której nauczyła go Bellatrix lata temu. Krzyk Matthewsa był ogłuszający, gdy wił się na ziemi, a jego ciało wyginało się nienaturalnie. Żyły i ścięgna na jego szyi pękały — wkrótce nie mógł nawet krzyczeć. Jeśli Draco nie przestałby rzucać klątwy, napięcie mięśni Matthewsa w końcu połamałoby mu kości. A może nawet zatrzymałoby bicie serca.

Wykręcając szczękę, Draco przerwał klątwę. Matthews jęknął, leżąc i dysząc na ziemi, a krew sączyła mu się z uszu, nosa i ust.

Westchnąwszy, przykucnął obok Amerykanina i wyrwał mu różdżkę z ręki.

— Jeśli naprawdę chcesz się bawić z dużymi chłopcami, Matthews, to lepiej naucz się, kurwa, jak to robić.

Złapał mężczyznę za kołnierz i postawił go na nogi.

— J-jak to zrobiłeś? — wychrypiał Matthews i spojrzał na Draco zamglonymi oczami. — T-ty byłeś… wszędzie… panowała ciemność i… jak?

— Rodzinna tajemnica — mruknął i pociągnął mężczyznę do wejścia.

Proste zaklęcie otworzyło drzwi. Wrzucił mężczyznę do małego, wiejskiego pomieszczenia, połączonego z kuchnią i salonem.

— Proszę! — szlochał Matthews, unosząc ręce. — Proszę, nie zabijaj mnie! Powiem ci wszystko, co chcesz wiedzieć!

Draco schował różdżkę Matthewsa do kieszeni marynarki i przeczesał włosy dłonią, po czym otarł krew z nosa.

— Powiesz mi wszystko. — Usiadł na jednym z foteli i skrzyżował nogi. Celując różdżką w Matthewsa, mruknął: — Imperio. — Lekki błysk zmącił oczy Matthewsa i Draco odchylił się do tyłu. — Odpowiesz szczerze na moje pytania. Powiesz mi wszystko. O bazie operacyjnej, przywódcach, celach — wszystkim.

Matthew podniósł się do pozycji siedzącej i oparł o blat, zbladły na twarzy.

— Więc naprawdę pracujesz dla Ministerstwa?

— Nieważne dla kogo pracuję — powiedział Draco niecierpliwie. — To ja tu zadaję pytania.

Amerykanin westchnął głęboko i zamknął oczy.

— Nie wiem, czy jest jeden przywódca, ale wiem, że Alister Avery i Corban Yaxley są u steru. Może jednak ktoś inny wydaje rozkazy. Nie wiem. Są ostrożni. Chronieni.

Draco zacisnął szczękę. Ministerstwo ścigało Avery’ego i Yaxleya od czasów wojny. Avery zniknął po Bitwie o Hogwart, ale Yaxley był od jakiegoś czasu pod obserwacją. Jego proces został wyznaczony jeszcze przed rozprawą Draco, ale uciekł i od tamtej pory się ukrywał. Nie pamiętał, żeby widział Avery’ego i Yaxleya w którymkolwiek ze wspomnień, jakie zebrał od swoich ofiar. Albo byli wyjątkowo ostrożni, albo Draco popełnił jakieś poważne niedopatrzenia.

Zamyślony pogłaskał się po brodzie.

— Co jest ich celem?

Matthews spojrzał na niego wyczerpanym wzrokiem.

— Jaki był cel Czarnego Pana? Udowodnić naszą wyższość. Naprawić krzywdy na tym świecie i przywrócić porządek.

— A co z Harry Potter musi umrzeć?

— To symbol — wydusił. — Mantra. Reprezentuje porażkę Czarnego Pana, a my nie przegramy ponownie. Harry Potter zginie, słabeusze stracą bohatera, a my zwyciężymy.

Draco uniósł brew.

— Przegraliście już dwie wojny.

Przegraliśmy — warknął Matthews. — Ten ślad na twoim ramieniu dowodzi, że jesteś jednym z nas. Nie przychodź tu z tymi swoimi bzdurami o odkupieniu i nie udawaj szlachetnego i zreformowanego. — Uśmiechnął się szyderczo. — Wiesz, czytam gazety. Uprawiasz brudne interesy ze szlamą, co? A jeśli chodzi o Złotą Dziewczynę… Czy to desperacki sposób, żeby płaszczyć się przed arystokracją, czy ona też ma złoto między nogami?

Draco poczuł kipiącą w piersi wściekłość. Powoli poprawił mankiety, po czym wstał z fotela i zimnym ciosem dłoni uderzył mężczyznę w twarz. Policzek był ogłuszający. Matthews jęknął, a Draco cieszył się z jego reakcji. Amerykanin splunął krwią na podłogę i zakaszlał, a Malfoy ponownie poprawił marynarkę.

— Więc Avery i Yaxley organizują co, armię?

Matthews splunął krwią i wychrypiał:

— Armia to nieodpowiednie słowo. Nie chcą toczyć kolejnej Wojny Czarodziejów. — Jego wzrok się wyostrzył. Walczył z klątwą Imperius, ale nie był w stanie walczyć z czymkolwiek. Pokonany, opuścił ramiona. — Chcą zjednoczyć czarodziejów przeciwko wspólnemu wrogowi. Nie-magom.

Draco zmrużył oczy i z powrotem usiadł.

— Jak?

Matthews wzruszył ramionami.

— Spokojnie. Nie-magowie są kapryśni. Łatwo ich przestraszyć. Greyback robi swoje, atakując rodziny Nie-magów — buduje armię — ale Avery i Yaxley mają większe plany. Piękne plany. Prawie jakby sam Czarny Pan je wymyślił.

— Jakie plany? — dopytywał.

Matthews poruszył się na podłodze i skrzywił; ostry ból ustępował, ale ból mięśni po takich skurczach mógł się utrzymywać przez wiele dni. Gdyby pękły ścięgna — miesiącami, a nawet latami.

— Próbujemy stworzyć eliksir unoszący się w powietrzu, coś w rodzaju mgły, który uodporniłby osoby wystawione na jego działanie na zaklęcia odstraszające Nie-magów. Dodając odrobinę halucynogenów i odrobinę mojego Eliksiru Woli Umysłu, możemy poprowadzić hordy Nie-magów do zrobienia tego, czego od nich chcemy. Na przykład zaatakować rodzinę czarodziejów. Zabić…

Serce waliło w piersi Draco i zacisnął szczękę. Niepokój rozdzierał pustkę w jego umyśle i szybko wzmocnił ją grubymi drzwiami. Wiedział o Woli Umysłu — po prostu nie był świadomy, że to Matthews go stworzył. Nie powinno go to dziwić.

— Myślisz, że to sprawiłoby, że czarownice i czarodzieje złamią Status Tajności?

— Gdyby ich życie było zagrożone, tak — odparł Matthews. — Gdyby Nie-mag rzucił się na mnie z bronią, nie wahałbym się ani chwili. To byłaby samoobrona. Wybuchłby skandal, gdyby ktoś został ukarany za ochronę rodziny przed takim zagrożeniem. — Zmrużył oczy. — Dlaczego akurat mnie przesłuchujesz? Albo jesteś głupi, albo jesteś zabójcą.

Draco zamrugał beznamiętnie. Nie zaszczycił go odpowiedzią.

Matthews zmarszczył brwi.

— No cóż, skoro jesteś zabójcą, to dlaczego nie przesłuchałeś Selwyna za pomocą Imperiusa? To on za to wszystko zapłacił; z pewnością wiedział więcej niż ja.

— Selwyn nigdy tak naprawdę nie był kluczową postacią — powiedział Draco. — Owszem, miał fundusze, ale płacił, żeby nie pobrudzić sobie rąk i później zbierać owoce. Wszyscy tylko daliście mi jakieś drobiazgi, ale teraz zaczynam mieć pełny obraz. Twoje informacje były bardzo pouczające. Przypuszczam, że ta partia testowa to ten eliksir powietrzny, o którym mówicie? Gdzie on jest?

Matthews pokręcił szczęką. Było oczywiste, że nie chce mówić, ale klątwa go zmusiła.

— Mam go w mojej sali eliksirów na dole, w piwnicy. Jeszcze nie jest w pełni gotowy.

— Testowałeś go już wcześniej?

— Robiłem poprzednie patrie. — Odwrócił wzrok. — Testowaliśmy go na Nie-magach. Nie zadziałał. Niektórzy mieli okropne halucynacje i sami się zabijali.

— Czym to się różni?

— Więcej Woli Umysłu i mniej halucynogenów.

— A pojemność mgły?

— To nie leży w mojej kwestii. Pracuje nad tym specjalista.

— Kto?

— Nie wiem. Nigdy go nie spotkałem.

Draco zacisnął zęby. Wiedział, że zmiana lepkości eliksirów jest niezwykle trudna — i niebezpieczna! — i dlatego, na szczęście, tak trudno było stworzyć coś, co w zasadzie mogłoby być środkiem masowej zagłady. Pył istniał, ale stworzenie go w ilości wystarczającej do rozprzestrzenienia się na większą skalę wymagałoby ogromnych zasobów. Mgiełka — albo, co gorsza, gaz — byłaby o wiele bardziej wydajna.

Westchnąwszy, Draco wstał.

— Gdzie masz zrobić zrzut, jeśli zadziała?

— Nie wiem. To nie ja tu decyduję. — Matthews jęknął. — Słuchaj, jestem tylko twórcą eliksirów. Wiem, czego chcą i do czego tego użyją, ale nie wiem jak i kiedy. Nie jestem dla nich na tyle ważny, żeby wiedzieć. — Przełknął ślinę. — Proszę, Malfoy. Puść mnie. Będę twoim informatorem. Zbiorę tyle informacji, ile się da, przysięgam! Mówię prawdę.

— Wiem, że tak — powiedział Draco i podszedł bliżej. Gdy był już prawie przy nogach Matthewsa, wycelował w niego różdżką. — Ale muszę to sprawdzić. Legilimens.

Klątwa Imperius przygotowała jego umysł, otwierając go, gdy Malfoy wślizgnął się do środka. Szukał potwierdzenia, że Amerykanin mówi prawdę; niestety, mówił. Widział Matthewsa warzącego eliksiry, widział testowanie na mugolu, który oszalał i wbił sobie szpikulec w oko. Inny rozciął sobie brzuch scyzorykiem. Draco rozpoznał sceny ze spraw Pottera, mugolskich tortur i zadrżał.

Zobaczył, jak Amerykanin ściska dłoń Yaxleyowi, i Draco uświadomił sobie, że widział go we wspomnieniach pozostałych. Być może był tak przyzwyczajony do widoku tego człowieka wśród Śmierciożerców, że nie pomyślał o tym. Zirytowany, kontynuował.

Fundusze na składniki pochodziły od Selwyna, a zaledwie kilka dni przed aresztowaniem Rowle’a, blondwłosy ogr odwiedził Matthewsa, by nakłonić go do zakupu eliksiru. Poza tym Matthews był samotnym człowiekiem. Miał mnóstwo wspomnień o barmance i spędzał prawie każdą noc w tym barze, pożerając ją wzrokiem. To było smutne i żałosne, a jeszcze gorsze w połączeniu z jego opinią o mugolach jako o istotach niższego rzędu, głupich i bezwartościowych.

Najsmutniejsza część umysłu Matthewsa podpowiadała Draco, że będzie podwójnym agentem, jeśli to oznaczało, że przeżyje, ale Malfoy miał zadanie. Nazwisko zostało odczytane, umowa zawarta, a Matthews był zbyt niebezpieczny, by utrzymać go przy życiu.

Nie miał wyboru.

Upewniwszy się, że wspomnienia Matthewsa nie przyniosą mu żadnych korzyści, wycofał się. Mężczyzna szlochał, z trudem łapiąc oddech, ale Draco nie czuł współczucia. To nie była emocja, na którą pozwalał sobie w swojej pustce.

— Proszę — wyjąkał Matthews cichym głosem. — Proszę, zrobię wszystko.

Draco zacisnął szczękę i wycelował różdżką w płaczącego mężczyznę.

— Pokaż mi, jak dostać się do twojej warzelni.

Klątwa Imperius zmusiła mężczyznę do wstania, choć prawdopodobnie nie dałby rady bez niej — nie po tak brutalnym Cruciatusie i gruntownym przeszukaniu umysłu. Czarna Magia utrzymywała go w pionie, gdy słaniał się do regału z książkami, który okazał się ukrytymi drzwiami. Pojawiły się wąskie schody i zszedł po nich, a za nim Draco, który oświetlił niewielką przestrzeń, rzucając Lumos.

Na dole znajdowały się drzwi. Matthews odwrócił się do Draco i wychrypiał:

— Drzwi otwierają się tylko dla mnie.

Obok klamki znajdowała się ostra krawędź, a Amerykanin chwycił ją kciukiem. Skóra pękła i zaczęła kapać krew. Umieściwszy palec na klamce, powietrze zadrżało, gdy zabezpieczenia zostały dezaktywowane, a drzwi się otworzyły.

Draco to zauważył. Magia krwi.

Matthews wszedł do środka. Pomieszczenie było dość duże, z ogromnym kotłem na środku. Cuchnęło siarką i żelazem, a na stole stało kilka fiolek gotowych do rozlania.

— Zakładam, że masz tu wszystko — powiedział Draco i rozejrzał się. — Przepis, twoje notatki, wszystko. Zgadza się?

— Tak — westchnął Matthews. — Wszystko jest tam, na moim biurku.

— Jak długo minie, zanim eliksir będzie gotowy? — zapytał Draco, spoglądając na kocioł.

— Trzy dni — odparł Matthews.

— Kto po niego przyjdzie?

— Nikt. Mam go zawieść.

— Gdzie?

— Do… do kryjówki w Sheffield.

Draco zerknął na niego.

— A kto się tam z tobą spotka?

— Nie wiem.

Malfoy mruknął z irytacją, bo przegapił tę informację. Celując różdżką w skroń mężczyzny, ponownie przeniknął jego umysł. Był bardziej chaotyczny bez wypowiadania słów, ale równie skuteczny. Matthews krzyknął, ale Draco się tym nie przejął. Skupił się na wiedzy mężczyzny o kryjówce w Sheffield; znów niepozornym domu w mugolskiej dzielnicy, i znalazł adres oraz datę i godzinę zrzutu we wspomnieniu instrukcji, którą otrzymał Matthews.

Aby upewnić się, że naprawdę niczego nie przeoczył, ponownie przeszukał pomieszczenie, czując, że Matthews nie wytrzyma dłużej. Jego umysł się rozpadał.

Kiedy się cofnął, Amerykanin upadł na kolana z niemal szarą twarzą.

— D-dość — wyszeptał, a łzy spływały mu po twarzy. — Proszę, zmiłuj się.

— Bez obaw — powiedział Draco i wziął fiolkę ze stołu. — Wkrótce będzie po wszystkim. — Kucając obok czarodzieja, chwycił dłoń z rannym palcem i zebrał do fiolki tyle krwi, ile tylko zdołał. Rzuciwszy na nią zaklęcie statyzujące, schował fiolkę do kieszeni i wstał. Celując różdżką w mężczyznę, kontynuował:

— Dziękuję za współpracę, Matthews.

— Nie! — wychrypiał Amerykanin. — Nie, nie, nie… proszę, nie!

Avada Kedavra.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Ukrywanie zwłok było prawdopodobnie najmniej ulubioną czynnością Draco. Najprostszą metodą było oczywiście pozostawienie ich tam, gdzie upadły, i pozwolenie naturze działać. Nie wyglądało na to, żeby ktokolwiek przyszedł ich szukać, a nawet gdyby, widok martwego ciała nie byłby niczym nowym — ale w tym przypadku, gdy prawdopodobnie chciałby wrócić do warzelni, żeby zbadać sprawę, nie byłoby to zbyt przyjemne, gdyby w środku leżały rozkładające się zwłoki. Poza tym nie mógł ufać, że jego ciało nie trafi przypadkiem na biurko w DPPC do dalszej analizy.

Matthews otrzymał lepsze miejsce pochówku, niż prawdopodobnie na to zasługiwał. Ten człowiek był nieetycznym oportunistą, który stworzył jedną z największych plag w Europie; Eliksir Woli Umysłu był Klątwą Imperius w butelce. Ze względu na przepisy prawne i tajemnicę jego formuły, trudno było go całkowicie zdelegalizować i przez kilka lat był zmorą wszystkich — zwłaszcza kobiet — wychodzących na drinka.

Tak łatwo było wlać dawkę Woli Umysłu do czyjegoś kieliszka, jej smak i zapach były niewyczuwalne jak woda. Ofiara na wiele godzin ulegała woli innej osoby. Śmierciożercy czasami organizowali tak zwane „spotkania”, gdzie eliksir krążył dość swobodnie. Nigdy tak naprawdę nie zastanawiał się nad tym, skąd wzięli taki eliksir, Śmierciożercy tak chętnie witali Amerykanina.

Podczas tych spotkań młodych mugoli i mugolaków sprowadzano dla rozrywki, a następnie rzucano na nich Obliviate i wypuszczano. Mogło to być cokolwiek: taniec, śpiew, teatr, walka, seks. Wszystko odbywało się na oczach ludzi, którzy uważali się za lepszych. Okropna praktyka, którą Draco skrywał głęboko w umyśle, za grubymi, zaryglowanymi, stalowymi drzwiami.

Pamiętał pierwszy dreszcz emocji towarzyszący tym zgromadzeniom. Było to zaledwie kilka tygodni po szesnastych urodzinach, kilka dni po otrzymaniu Znaku, i został powitany jako pełnoprawny członek przez wuja Rudolfa. Jego ojciec trzymał się od nich z daleka i nie był zadowolony z udziału swojego syna. Po pierwszym razie Draco zrozumiał dlaczego. Myślał, że to będzie spotkanie, na którym będą dyskutować o nowej, lepszej przyszłości, ale okazało się to jedynie moralnie wyzutą z uczuć hulanką.

Eliksir pozbawił wszelkiej woli, zastępując ją życzeniami osoby, która go podarowała. Początkowo myśl o kobiecie spełniającej każdy jego kaprys Draco, podniecała go; w tamtym okresie życia czuł się pozbawiony kontroli, okrutnie okradziony przez los. Był chłopcem z wieloma pretensjami, któremu dorośli mężczyźni z urojeniami wmawiali, że jego kłopoty złagodzą się, jeśli tylko zanurzy kutasa w chętnej kobiecie, z którą będzie mógł zrobić, co zechce. Zobaczenie narkotyku w działaniu to jednak zupełnie inna spraw. Mógł sterować każdym jej ruchem, nawet do tego stopnia, że przestałaby oddychać, gdyby tylko tego zażądał.

Nie tego dreszczyku emocji szukał i po raz pierwszy uświadomił sobie, że nie chce przejmować kontroli siłą, lecz dobrowolnie. Ofiary na zgromadzeniach nie miały wolnej woli, a jaką władzę można było brać, skoro nie mocy, którą można było dawać?

Więc nie, Richard Matthews nie zasługiwał na pochówek w szkockich górach, z widokiem na bezkresne, ponadczasowe wrzosowiska. Widok był zbyt poetycki i spokojny dla takiego tchórza.

Gdy ciało zostało pochowane głębiej niż dwa metry pod ziemią i rozstawiono osłony, by zapewnić, że ani człowiek, ani zwierzę nie podejdzie, Draco wrócił do domku, by zebrać wszystkie notatki, splądrować swoją szafkę z eliksirami i zabutelkować próbkę niedokończonego napoju. Użył jednej z fiolek ze stołu, by uwięzić swoje wspomnienia dla Shacklebolta, a zanim wyszedł, rzucił własne osłony, które zmącą umysły mugoli i zmuszą ich do zawrócenia, oraz osłony, które miały go ostrzec, gdyby ktoś magiczny wszedł im w drogę, niezależnie od tego, gdzie w kraju się znajdował.

Była prawie trzecia nad ranem, kiedy aportował się do domu, w którym trzymał mężczyznę, którego twarz pożyczył na wieczór. Próbował zaatakować Draco, gdy ten wszedł, ale szybko został unieruchomiony.

— Kim jesteś? — krzyknął mężczyzna.

— Nikim, kogo będziesz pamiętał — odpowiedział Draco.

Rzucił na niego Obliviate, zanim odesłał go do domu.

Kiedy Draco w końcu dotarł do swojego mieszkania w Londynie, powlókł się prosto pod prysznic. Dwa ciosy Cruciatusa dały mu się we znaki, a stojąc pod strumieniem gorącej wody, czuł drżenie mięśni. Minęło dużo czasu, odkąd został przeklęty, i choć nigdy nie zapomni się bólu, jaki zadawało zaklęcie, nie był gotowy na ten pierwszy.

Stał pod strumieniem przez dłuższą chwilę, walcząc z drżeniem ciała i bliznami w umyśle. Słyszał chichot Bellatrix, widział szaleństwo płonące w jej oczach i czuł złośliwość w jej magii, gdy torturowała własnego siostrzeńca. Resztki bólu wciąż tliły się w nim niczym powoli gasnące węgle, a on skupił się na oddechu; głęboki wdech nosem i powolny wydech ustami. Raz za razem.

W końcu ból ustąpił. Draco był wyczerpany i poszedł do łóżka, wciąż lekko mokry, bez sił na porządne osuszanie ręcznikiem. Jego telefon komórkowy leżał na stoliku nocnym. Granger wysłała mu kilka SMS-ów, ale jeszcze nie odpisał. Nie mógł.

 

Czy możemy porozmawiać? — HG

 

Wiem, że Harry zostawił ci raport. Proszę, po prostu go przeczytaj. — HG

 

Jeśli nie jesteś dziś zajęty, może chciałbyś się spotkać i po prostu porozmawiać? — HG

 

Może twój telefon jest rozładowany i się wygłupiam. Jeśli nie, proszę, przestań mnie unikać. — HG

 

Po prostu nie zamierzasz już ze mną rozmawiać? — HG

 

Czytając jej liczne wiadomości jeszcze raz, usłyszał w myślach, jak wali w grube, stalowe drzwi, błagając, by ją wypuszczono. Ale nie mógł. Nie teraz. I tak wystarczająco dręczyła go w snach. Za każdym razem, gdy trafił czujność, przypominał sobie, co powiedziała tamtego ranka — że nigdy mu na niej nie zależało.

To brzmi absurdalnie! Jakbyś kiedykolwiek wcześniej się o mnie troszczył! Nie jestem skrzatką domową, którą możesz pomiatać — nie jestem nawet twoją dziewczyną!

Uczucia, jakie wywołały jej słowa, były skomplikowane; oczywiście, mogła myśleć, że nigdy mu na niej nie zależało, bo nigdy nie dał jej powodu, by myśleć inaczej. Nawet teraz, gdy pytała go, dlaczego chce się nią zaopiekować, nie potrafi powiedzieć jej całej prawdy. Nie, zdradził jej marną półprawdę, że robi to, żeby coś dostać w zamian. To nie była nieprawda; po prostu nie była to cała prawda — ale z pewnością nie stawiało go to w lepszym świetle. Ukazywało go jako drapieżnika, jako bezdusznego dewianta, któremu w sercu leżą tylko własne hedonistyczne potrzeby.

Ale nie wiedziała, jak bardzo się o nią martwił przez te wszystkie lata, ani jak bardzo się bał, gdy przyjęto ją do szpitala Świętego Munga. Nie wiedziała, że wpatrywał się w nią godzinami, kiedy ją odwiedzał, bojąc się odwrócić wzrok, bo mógłby przegapić moment, w którym otworzyła swoje piękne oczy. Nie wiedziała, że próbował powstrzymać ją przed dowiedzeniem się czegoś, co mogłoby wpędzić ją w kłopoty, i że jednocześnie dawał jej odpocząć, bo na to zasługiwała.

Nie wiedziała, jak bardzo mu na niej zależy, jak bardzo ją kocha i jak bardzo go to dręczyło. Nie chciał patrzeć, jak się wypala, jak wyczerpuje się dla ludzi, którzy nigdy nie docenią jej talentu, i nie chciał widzieć rozczarowania w jej oczach, gdy w końcu poskłada wszystko w całość i pozna jego prawdziwe sekrety.

Mógłby się poddać i przeprosić, choćby po to, by znów z nią być. Merlin wiedział, że wstydzi się tego, jakim był tchórzem, wybierając ucieczkę. I co ona o nim pomyśli, teraz, kiedy nie odzywał się od kilku dni? Nie mógł jej, do cholery, powiedzieć, że to poufne; po pierwsze, była już zbyt blisko prawdy, a po drugie, jeśli mu nie uwierzy, tylko okaże się nieszczery. Jak wygodne było mu mieć masę pracy, przez którą był zmuszony do niedostępności przez ponad tydzień po tym, jak się pokłócili! Zadrwił z absurdalności faktu, że to jednak prawda. Mógł spędzić tydzień, rozpieszczając ją, pieprząc i udowadniając, jak bardzo mu zależy, ale zamiast tego odwrócił się od największej cholernej okazji przez wszystkie lata, kiedy żywił uczucia do wiedźmy, bo został zlekceważony.

Mógł jej powiedzieć, że jest tchórzem i błagać o wybaczenie. Mógł jej powiedzieć, że jego dusza została zraniona i że w głębi duszy nadal jest tym rozpieszczonym bachorem. Co prawda, mógł się z nią skontaktować, mimo że pracował. Mógł odpisać na jej wiadomości, powiedzieć jej coś, żeby się upewnić, że nadal jest nią zainteresowany. Mógł ją uspokoić i pocieszyć. Mógł coś zrobić, ale nie zrobił absolutnie nic.

Myślał o tym jeszcze tego samego dnia, przepraszając, ale duża część jego osobowości odmawiała. Właściwie, żałował. Gdyby mógł cofnąć czas, złagodziłby sytuację, żeby nie skończyła się tak, jak się skończyła, ale nie mógł.

W końcu to nie on krzyczał i pluł jadem — to ona. Starał się zachować spokój i nie kłócić. Chciał tylko, żeby zrobiła to, co jej kazał i mu zaufała. Ale oczywiście nie mogła tego zrobić, bo była cholerną Hermioną Granger i nie potrzebowała niczyjej pomocy ani opieki.

Nie mógł jej powiedzieć, że chroni ją przed czymś nieznanym i niebezpiecznym, bo kiedy ta mała, lekkomyślna kujonka z Gryffindoru kiedykolwiek pominęła tajemnicę czy wyzwanie? Nigdy. To było niesłychane. To tylko pogorszyłoby sprawę. Czy chciał mieć ją przy sobie, wciąż dochodząc do siebie po dwóch bolesnych Cruciatusach? Cóż, najwyraźniej; bardziej niż czegokolwiek innego, pragnął utonąć w jej zapachu i cieple, i zniknąć ze świata, choćby na chwilę wytchnienia. Na chwilę błogości.

Mroczniejsza część jego osobowości, ta, która rozpalała się i rozkwitała, gdy doprowadzał ją do łez, chciała, żeby wyciągnęła wnioski. Była niecierpliwa, więc kazał jej czekać. Chciała być pyskata i uparta, żeby on był nieustępliwy. Może i była przyzwyczajona do stawiania na swoim z Potterem i Weasleyem, ale on nie był taki jak oni. W niczym ich nie przypominał i nie poddałby się jej wygłupom. Jeśli chciała kontynuować, cóż, cokolwiek ich łączyło, musiała to powiedzieć na głos, bo on nie zamierzał podejmować za nią tej decyzji.

Grał w szachy i wiedział, że to ryzykowne posunięcie. Pomyślał o jej ustach wokół swojego kutasa i jęknął. Czy naprawdę odważył się zaryzykować? Tak pięknie mu się oddała i całkowicie mu ufała. A teraz znowu wszystko spieprzył.

Wściekły na siebie, wyskoczył z łóżka. Potrzebował drinka przed snem, czegoś, co by uspokoiło nerwy. Zupełnie nagi wszedł do salonu i nalał sobie szklankę Ognistej Whisky. Pijąc, oparł się o kominek, a ognisty trunek spalał jego niepokój.

Westchnął i rozejrzał się po pokoju. Jego mieszkanie było zimne i bezosobowe w porównaniu z mieszkaniem Granger. Mogłaby bez wątpienia skorzystać z większego mieszkania, ale jego charakter — jej charakter — sprawił, że serce ścisnęło mu się z tęsknoty i uświadomił mu, jak smutne i samotne jest jego życie. Przez chwilę pozwolił sobie wyobrazić, jak urządzi ich mieszkanie, jak po prostu posypie je swoim ciepłem i pomysłowością, i uczyni z niego dom.

Bo była domem.

Wziął kolejny łyk z kieliszka, czując, jak alkohol rozkosznie pali, wypalając ckliwe myśli, które sprawiały, że serce krwawiło, ale gdy jego wzrok padł na ciemny, okrągły, dębowy stolik kawowy, krew w nim zamarzła.

Różdżka leżała na blacie, niewinnie i niepozornie — ale niczym więcej. Draco musiał być tak zmęczony po powrocie, że nie zastanawiał się dwa razy. Zawsze kładł swoją różdżkę na stoliku kawowym po powrocie do domu, ale nie różdżkę.

Opuszczając rękę, powoli zbliżył się do niej, jakby była dzikim zwierzęciem. Wykonana z cisu, jedenastocalowa z rdzeniem ze smoczego serca, lekko uginającym się. Kupiona od różdżkarza z Normandii, była dziełem sztuki, z ciemno bejcowanym drewnem i misternymi rzeźbieniami, runami ochrony i potencjału. Sięgnął po nią i w chwili, gdy jego skóra zetknęła się z drewnem, poczuł ucisk w żołądku, a ramię zaczęło mrowić na dobre, jakby ktoś przyszył mu brakującą część.

To była pierwsza przeszkoda, którą musiał pokonać po tym, jak Shacklebolt zaproponował mu tę umowę.

— Będą co roku sprawdzać moją różdżkę. Jak ja mam, kurwa… no wiesz?

— Tak, będą sprawdzać twoją różdżkę z głogu i ona musi być czysta, ale w historii wielu potężnych czarodziejów nosiło przy sobie więcej niż jedną różdżkę.

Przełknął ślinę. Kiedy został wysłany do Francji na szkolenie Aurorów, wytwórca różdżek był pierwszą osobą, której szukał. Nie musiał nawet rozmawiać z Draco, żeby zrozumieć, czego szuka — widział to w jego oczach.

Je le vois dans vos yeux.

Początkowo Draco czuł odrazę, trzymając różdżkę, która sprawiała, że jego krew wrzała. Odrzucało go to, że czuł się tak dobrze, tak swojsko. W Azkabanie Znak dręczył go, jakby umierał i zabierał go ze sobą. Potrzebował pożywienia, ożywienia, przypominając mu, że on również tego potrzebuje. Wyczuwał potencjał w różdżce, obietnicę czegoś niezwykłego. Czarny Pan również miał różdżkę z cisu, przypomniał sobie, i to go zaniepokoiło. Powiadano, że ilekroć ktoś odbiera komuś życie, dusza zostaje rozerwana na strzępy, ale kiedy Draco po raz pierwszy rzucił Zabójczą Klątwę, poczuł się spełniony. Różdżka była mu posłuszna, jakby była przedłużeniem jego samego, jego woli, w sposób, w jaki różdżka z głogu nigdy tego nie robiła. Pozwoliła jego magii płynąć jak prawdziwy dyrygent, wzmacniając ją i stabilizując, i nigdy wcześniej w życiu nie czuł się tak swobodnie ze swoją mocą. Mrok, który rozkwitł w nim odkąd Czarny Pan go napiętnował, napełnił go spokojem, zaspokoiła, i było to uczucie niepodobne do żadnego innego. Ulga. Spokój. Było równie piękne, co przerażające. Od tamtego dnia różdżka z cisu była jego równie nieodłączną częścią, co jego głogowa.

Jeśli nie bardziej.

Ale nie powinna była być na widoku.

Chwycił ją, ignorując błogie poczucie spełnienia w dotyku, gdy wszedł do gabinetu. Jego głogowa różdżka leżała na biurku, czekając. Wyciągnął górną szufladę i włożył cisową do pudełka, po czym zamknął je i sięgnął po głogową.

Inna część jego osobowości zareagowała na to. Znajoma i bezpieczna część jego osobowości, schludna i uprzejma, godna miłości i zaufania. Zgrzytając zębami, rzucił zaklęcia ochronne na szufladę i pomaszerował do łóżka.

_______________

Witajcie :) w niedzielne popołudnie zapraszam na kolejny rozdział tłumaczenia. Jest trochę przejściowy, ale wyjaśnia część misji Draco. Mam nadzieję, że mimo wszystko Wam się spodoba.

Na kolejny rozdział zapraszam za dwa tygodnie. Enjoy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)

Obserwatorzy