Hermiona
Granger czuła się jak pastelowa, brokatowa naklejka z króliczkiem, która była o
krok od całkowitego szaleństwa.
Do
corocznej zbiórki funduszy Ministerstwa Magii na rzecz potrzebujących
mugolaków, wydarzenia, w które włożyła sześć tygodni, dwadzieścia siedem
nadgodzin i całą swoją duszę, pozostały dokładnie cztery dni. To było jej oczko
w głowie. Pastelowe kolory, zaplanowane polowanie na jajka i monitorowanie
wpływających darowizn.
A
teraz okazało się, że nie mają lokalu.
—
Podwójna rezerwacja — mruknęła, krążąc przed biurkiem jak kobieta, która jest o
krok od załamania nerwowego. — Przeznaczą je na turniej gargulków. Gargulków, Padmo. Nie miałam pojęcia, że
ludzie jeszcze w to grają.
Padma
Patil, jej osobista asystentka i Starszy Łącznik Ministerstwa ds. Magicznej Integracji,
nie podniosła wzroku. Siedziała przy biurku, leniwie piłując paznokcie ze
spokojem osoby, która od dawna pogodziła się z tym, że Hermiona albo wszystko
naprawi, albo spontanicznie się wypali, próbując to zrobić.
—
Nie nakręcaj się, bo oszalejesz — powiedziała Padma, nonszalancko dmuchając w
kciuk. — I to nawet nie w zabawny sposób, tylko w taki, który sprawi, że
wylądujesz w Świętym Mungu.
Hermiona
odwróciła się i rzuciła list na biurko z dramatyzmem kogoś, kto koniecznie
potrzebuje croissanta i drzemki.
—
Odwołali rezerwację lokalu, Padmo.
Całą zbiórkę może trafić szlag.
—
Wiem — wymamrotała Padma. — Sowa Ministra przyniosła to, kiedy znowu narzekałaś
na ubogie zapasy barwników do jajek.
Hermiona
jęknęła i opadła na krzesło, jakby ją to osobiście uradziło. Przeczesała dłonią
loki opadające jej na plecy, które kręciły się w proteście przeciwko jej
stanowi emocjonalnemu.
—
Nie ma mowy, żebym znalazła nowy lokal w cztery dni. Już rozesłałyśmy
zaproszenia. Zaczarowałyśmy prezenty. Mamy zapewnioną relację prasową.
Padma
spojrzała znad okularów.
—
Jesteś dosłownie Starszym Doradcą ds. Polityki Magicznej i Reform. Praktycznie
jesteś prawą ręką Ministra Magii i rządzisz połową Ministerstwa dzięki kofeinie
i złośliwości. Pociągnij za sznurki. Pogroź komuś. Przekup kogoś. Nie wiem.
—
Czym? Moją kolekcją kolorowych harmonogramów i ledwo skrywaną złośliwością? —
Hermiona schowała twarz w dłoniach, jęcząc. — Szukałam już wszędzie. Nie znajdę
żadnego w tak krótkim czasie.
Padma
otworzyła usta, prawdopodobnie chcąc zasugerować szantaż, nielegalne zaklęcia,
a może jedno i drugie, ale przerwało jej ciche pukanie do drzwi.
Rozległo
się akurat w chwili, gdy Hermiona układała w myślach wyjce skierowane do
Departamentu Planowania Magicznych Wydarzeń.
—
Proszę… chyba że to kolejne odwołanie — zawołała, nie unosząc nawet głowy.
Drzwi
skrzypnęły, otwierając się, a Hermiona podniosła wzrok i natychmiast zapomniała
o każdej katastrofie logistycznej, która groziła zrujnowaniem jej tygodnia.
Bo
tam, jakby wcale nie zniknął na trzy miesiące, uczestnicząc w międzynarodowym
turnieju Quidditcha, stał Draco Malfoy oparty o framugę.
Wciąż
wysoki. Wciąż niesprawiedliwie przystojny. Wciąż z tym lekko zadowolonym
wyrazem twarzy, który sprawiał, że miała ochotę rzucić na niego urok i dobierać
się do niego na szafce na dokumenty.
—
Cześć — przywitał się z charakterystycznym dla siebie akcentem, który
prawdopodobnie sprzedawał tysiącom magazynów tygodniowo.
Był
opalony i irytująco zrelaksowany w znoszonych, skórzanych butach i szytym na
miarę płaszczu, który prawdopodobnie kosztował więcej niż jej mieszkanie.
Hermiona
zamrugała.
Po
czym pisnęła.
—
Draco!
Zerwała
się z krzesła, okrążyła biurko i bez wahania rzuciła mu się w ramiona. Złapał
ją z łatwością, obejmując w talii i obracając raz, cicho śmiejąc się jej do
ucha — co wyrządziło zupełnie
nieakceptowane szkody dla jej równowagi.
Minęły
trzy miesiące, odkąd go widziała.
Odkąd wyjechał na swój ostatni turniej Quidditcha z Jastrzębiami z Falmouth,
łapiąc znicze i unikając wrzeszczących kibiców. Pisał do niej, jasne, ale listy to nie to samo co jego obecność tutaj — pachnącego
wiatrem, lakierem do drewna i bardzo drogim szamponem.
—
Myślałam, że wrócisz dopiero za dwa miesiące — powiedziała bez tchu, wciąż trzymając
ręce na jego przedramionach, jakby nie do końca zdecydowała się je puścić.
—
Naprawdę myślałaś, że opuszczę twoją imprezę? — zapytał, odsuwając się na tyle,
by na nią spojrzeć, a jego usta wygięły się w uśmiechu, który na chwilę
sparaliżował jej mózg.
—
Przyjdziesz?
—
Czy kiedykolwiek jakieś przegapiłem?
Zmrużyła
oczy, ale po jej ustach już błąkał się uśmiech.
—
Chyba masz rację. Ale nie jestem pewna, czy w ogóle zorganizujemy jakąś w tym
roku. Nie mamy lokalu.
—
Przeznaczyli go na turniej w gargulki — dodała Padma, rzucając nonszalancko
zaklęcie na swoje paznokcie, obserwując, jak zmieniają kolor na delikatny,
pastelowy róż.
Brwi
Draco poszybowały ku linii włosów.
—
Ja… gargulki? Serio? Kto do cholery
gra w gargulki?
—
Właśnie! — rzuciła Hermiona, unosząc ręce. — Dokładnie to powiedziałam!
Zaśmiał
się tym cichym, soczystym śmiechem, który sprawił, że jej żołądek zawirował, po
czym przyjrzał się jej trochę uważniej.
—
Zobaczę, co da się zrobić.
—
Nie możesz — westchnęła. — To sprawa Ministerstwa, a nie zabawa w bogatego
chłopca i zbawcę. Nie jestem pewna, czy cokolwiek możesz zrobić.
—
Nie doceniasz mnie.
—
To prawda — mruknęła.
Padma
wydała z siebie zduszony dźwięk.
Zapadła
chwila ciszy, ciepła i znajoma.
Znów
się uśmiechnął, tym razem wolniej.
—
Obiad? Mam ochotę na te absurdalnie cytrynowe bułeczki, które tak uwielbiasz.
Hermiona
skrzyżowała ramiona, udając, że się zastanawia.
—
Tylko jeśli wstąpimy do…
—
Ksiąg i Drobiazgów.
Wypowiedzieli
tę nazwę jednocześnie.
Zmrużyła
oczy.
Mrugnął.
—
Do zobaczenia o pierwszej — powiedział, kierując się do wyjścia, zerkając przez
ramię i machając lekko ręką. — I cześć, Płatku.
Padma
przewróciła oczami i mruknęła pod nosem Malfoy,
jakby to było przekleństwo, a potem głośniej:
—
Na litość boską, błagam, zabierz ją z
biura na resztę dnia. Jej stres zaczyna się udzielać i mnie, ale nie wiem, czy
wytrzymam kolejną kłótnię o to, ile odcieni lawendy to za dużo.
Hermiona
powoli obróciła się na pięcie, kąciki jej ust wciąż unosiły się w zdradzieckim
uśmiechu. Zapadła się na krześle, pozwalając, by ciepło po wizycie Draco
rozlało się po jej piersi niczym słońce po długiej burzy.
Może mógłby pomóc. Może jednak ta
gala nie okaże się kompletną katastrofą.
Rozejrzała
się dookoła i zobaczyła Padmę obserwującą ją z porozumiewawczym uśmiechem
kogoś, kto już trzy lata temu napisał zakończenie tej historii.
—
Co? — zapytała Hermiona podejrzliwie.
—
Nic — odparła Padma, przeciągając
słowo jak toffi, siadając do biurka z najbardziej podejrzanie niewinnym
westchnięciem, jakie Hermiona kiedykolwiek słyszała.
Zmrużyła
oczy.
—
Padma.
Ta
wzruszyła ramionami.
—
Po prostu mówię. Dlaczego po prostu ze sobą nie chodzicie?
Hermiona
upuściła pióro.
—
Padmo, jesteśmy tylko przyjaciółmi.
Spojrzenie
Padmy można było określić jedynie jako nieskrywane
niedowierzanie, takie, jakie zazwyczaj zarezerwowane jest dla osób, które
twierdzą, że lubią kawę bezkofeinową albo uważają, że fasolki Bertiego Botta o
smaku wątróbki są karygodnie niedoceniane.
—
Jesteśmy — upierała się Hermiona. — Naprawdę.
I
to była prawda.
Po
wojnie, gdy dym opadł, a świat przestał wstrzymywać oddech, granice między
domami się zatarły. Pradawny, gorzki podział, który kiedyś definiował wszystko
w Hogwarcie, pękł. Nie do końca zniknął, ale na tyle, żeby można go było
pominąć.
Ona
i Draco byli dwojgiem z nielicznych uczniów, którzy wrócili na ósmy rok. Wielu
nie. Niektórzy stracili zbyt wiele. Inni nie chcieli ponownie przeżywać traumy
ani chodzić tymi samymi korytarzami, które wciąż rozbrzmiewały echem strachu i
ognia.
W
cichych ruinach minionego roku wydarzyło się coś dziwnego i nieoczekiwanego.
Zbliżyli się do siebie. Dwoje dawnych wrogów, wepchniętych we wspólną
odpowiedzialność — Prefekt Naczelna i Prefekt Naczelny. Była przygotowana na
codzienne potyczki. Zamiast tego otrzymała… życzliwość. Stałe, ciche wsparcie.
Od czasu do czasu śmiech. Rozejm, który przerodził się w partnerstwo. I
partnerstwo, które przerodziło się w przyjaźń.
A
Draco Malfoy, niegdyś ostry i arogancki, stał się teraz łagodniejszy.
Delikatniejszy. Nadal dramatyczny, nadal irytujący, nadal zdolny jednym
uśmiechem zmrozić cały jej system nerwowy. Ale nie był już chłopakiem ze
szkoły.
Był…
jej. W sposób całkowicie
nieromantyczny. Ale niezaprzeczalnie prawdziwy.
Hermiona
westchnęła, wzięła pióro i spróbowała powstrzymać uśmiech. Kolejna notatka
wleciała do biura, uderzając delikatnie w jej ramię, jakby sam wszechświat
przypominał jej, że ma pracę do wykonania.
~*~*~*~*~*~*~*~
Hermiona
radośnie pokręciła się na krześle, gdy kelner postawił przed nią cytrynowe
bułeczki — te cytrynowe bułeczki. Z
prawdziwą skórką cytrynową i o takim stosunku cukru do radości, że można to
było nazwać cudem medycyny.
Draco
tego nie skomentował, ale jego spojrzenie złagodniało, a kącik ust uniósł się,
jakby obserwowanie jej szczęścia było jego ulubioną, cichą przyjemnością.
—
Uwielbiam to miejsce — wyszeptała z szacunkiem, sięgając po wypiek. —
Wspomniałam już o tym?
Uśmiechnął
się do niej.
—
Wiele, wiele razy, kochanie.
To
było ich miejsce. Wystarczająco blisko Ministerstwa Magii na długi obiad, wystarczająco
ciche, by Draco nie został oblężony przez fanów, i wystarczająco spokojne, by
Hermiona mogła udawać — przynajmniej przez godzinę — że praca nie próbuje jej
wykończyć.
Kawiarnia
znajdowała się na ukrytym patio na samym końcu Ulicy Pokątnej. Ich stały stolik
na wpół w słońcu, na wpół w cieniu, otoczony był cichym brzękiem filiżanek i szmerem
rozmów.
Nad
ich głowami wznosiły się łukowate, poskręcane wierzby, z gałęziami ozdobionymi
złotymi lampkami choinkowymi, które nigdy do końca nie zgasły. W powietrzu
unosił się delikatny zapach cukru i wiosny, a bluszcz wijący się po
kratownicach sprawiał wrażenie, jakby wcale im się nie spieszyło do niczego
innego.
Zjedli
już to, co zwykle zamawiali — kanapki z pieczonym kurczakiem, frytki z solą
morską i lawendową lemoniadę. I przyszedł czas na deser. Jej ulubioną część.
Oderwała
kawałek bułeczki i włożyła ją do ust z rozmarzonym westchnieniem. Potem
uśmiechnęła się do niego w pełni szczęścia.
Draco
odchylił się na krześle, patrząc na nią z tym nieprzeniknionym wyrazem twarzy,
który przybierał za każdym razem, gdy była sobą.
—
Chyba mam rozwiązanie twojego dylematu z lokalem — powiedział, swobodnie
obracając lód w szklance.
Hermiona
zamrugała, pocierając usta.
—
Naprawdę?
Skinął
głową.
—
Możesz wyprawić galę we Dworze.
Kolejny
kęs bułeczki zamarł w połowie jej drogi do ust.
—
Och… Draco, nie musisz tego robić.
—
Ale chcę — rzekł tonem nie znoszącym sprzeciwu. — Proszę, pozwól mi. Ostatnio
jej tam zbyt cicho i jestem prawie pewien, że moja matka będzie płakać ze
szczęścia, jeśli ogrody w końcu zostaną wykorzystane do czegoś więcej niż
podwieczorków z dalekimi krewnymi.
Hermiona
zamilkła, marszcząc brwi. Wiedziała, że odziedziczył Dwór po wojnie. Jego
rodzice niedługo potem się z niego wyprowadzili i nigdy nie mówił o swoim domu
z prawdziwą sympatią. Zawsze brzmiało to jak formalność, spadek, o który nie
prosił.
—
Ale nie macie namiotów — mruknęła powoli — ani stołów, ani…
—
Zaufaj mi — przerwał, a kącik jego ust uniósł się w półuśmiechu. — Zajmę się
wszystkim.
Spojrzała
na niego, po czym westchnęła.
—
Dobrze, w porządku. Jeśli to się
przerodzi w katastrofę, obwinię cię…
—
Oczywiście.
—
I zmuszę cię do posprzątania bałaganu.
—
Oczywiście. — Jego uśmiech się pogłębił. — Nie wyobrażam sobie, żeby było
inaczej.
Znów
się jej przyglądał. Otwarcie. Bez cienia skruchy. Tak jak uśmiechała się,
jedząc cytrynowe bułeczki i w myślach przeorganizowywała logistykę gali. Powoli
upił łyk wody, a sygnet na małym palcu delikatnie uderzył w szkło.
Nie
podniosła wzroku, czując ciężar jego spojrzenia i to, jak sprawiało, że jej
skóra drżała jak drut pod napięciem.
Starała
się nie wiercić pod jego intensywnością.
W
końcu spojrzała na Draco znad krawędzi szklanki.
—
Grasz w ministerialnym meczu Quidditcha w piątek? Tym, który rozegra się
pomiędzy pracownikami Departamentu Magicznych Gier i Sportów a pracownikami Departamentu
Przestrzegania Prawa Czarodziejów?
Zanucił.
—
Potter wystosował zaproszenie. Powiedziałem mu, że wpierw muszę się dowiedzieć,
kto będzie.
Zmrużyła
oczy.
—
To nie brzmi jak tak.
Pociągnął
kolejny łyk wody i delikatnie odstawił szklankę.
—
Wezmę w tym udział, jeśli będę miał ku temu dobry powód. Chcesz żebym zagrał?
Odchrząknęła.
—
Nie miałabym nic przeciwko.
Draco
przechylił głowę, a jego oczy zabłysły.
—
Chciałabyś popatrzeć, jak gram, Hermiono?
Jej
imię wypowiedziane jego głosem spowodowało coś ciepłego i zdradzieckiego w jej
piersi.
—
Ja… oczywiście, to byłoby… fajne — powiedziała szybko, starając się, ale
bezskutecznie, brzmieć nonszalancko. — Przynajmniej będę wiedziała, na którą
drużynę postawić moje galeony.
Zaśmiał
się cicho i z zadowoleniem.
—
Miło wiedzieć, że tak we mnie wierzysz.
—
Hej — rzuciła, wskazując na niego palcem. — Kto powiedział, że obstawiłabym
twoją drużynę?
Uśmiechnął
się szeroko.
—
Błagam, nie śmiałabyś obstawiać
przeciwko mnie.
I
nie mylił się, ale nie zamierzała dać mu satysfakcji z usłyszenia, jak to
przyznaje.
Właśnie
wtedy wróciła kelnerka, blondynka z francuskim akcentem tak mocnym, że wydawał
się wyuczony, jakby brała udział w jakimś castingu. Była piękna, z rzęsami i
błyszczącymi ustami, i zdawała się patologicznie niezdolna do zaakceptowania
istnienia Hermiony.
—
Wszystko smakowało, panie Malfoy?
Draco
nawet na nią nie spojrzał.
—
Dopisz to do rachunku Malfoyów — poinstruował, podpisując paragon bez
spojrzenia.
Kelnerka
pochyliła się trochę za bardzo. Draco odsunął pergamin z miną, jaką przybiera
się, odrzucając zaproszenie na obowiązkowe zebranie personelu.
Zawahała
się chwilę za długo, po czym odeszła, teatralnie odrzucając włosy, co nie do
końca jej się udało.
I
to było… wręcz niesprawiedliwie atrakcyjne.
Hermiona
przygryzła wewnętrzną stronę policzka, starając się nie uśmiechnąć.
Draco
wstał, odsunął jej krzesło i uniósł jej płaszcz niczym cholerny dżentelmen, którym
zawsze udawał, że nie jest.
—
Gotowa? — zapytał, wkładając płaszcz. — Księgi i Drobiazgi?
Skinęła
głową, wciąż poprawiając rękawy.
—
Prowadź.
Podał
jej ramię. Przyjęła je, starając się nie myśleć o tym, jak ciepłe były jego
dłonie ani jak znajomy wydawał się ten ruch.
Wyszli
z kawiarni.
Jasne,
nagłe błyski światła eksplodowały im w twarze — klik, klik, klik zza krzaków i
z drugiej strony ulicy, a być może spod magicznie zamaskowanej rośliny
doniczkowej. Najwyraźniej ktoś w Proroku
Codziennym dostał wiadomość: Ulubiona
gwiazda Quidditcha wróciła do domu.
Hermiona
wzdrygnęła się, zaskoczona błyskiem fleszy.
Draco
ani na chwilę nie stracił przytomności umysłu. Jego dłoń powędrowała na jej
plecy, pewna i stabilizująca, przyciągając ją odrobinę bliżej, prowadząc
naprzód. Jakby osłanianie jej było instynktowne. Jakby to była
najnaturalniejsza rzecz na świecie.
~*~*~*~*~*~*~*~
Hermiona
i Ginny siedziały po turecku na podłodze jej mieszkania, otoczone miskami z
pastelowym barwnikiem, rozłożonymi gazetami i pół tuzinem jajek w różnym
stopniu zniszczenia.
Hermiona
uparła się, żeby zrobić dekoracje po mugolsku.
—
Autentyczność — powiedziała. — Nastrój.
Tak
naprawdę miała na myśli: Potrzebuję
mechanizmu radzenia sobie, który nie będzie obejmował arkuszy kalkulacyjnych
ani notatek ministerialnych.
Więc
oczywiście, wezwała posiłki. I tak „kilka pisanek” zamieniło się w nieoficjalny
babski wieczór z winem, przekąskami i kolorową katastrofą w tle.
Minęło
zaledwie piętnaście minut, a Ginny była już cała umazana farbą — miała
poplamione palce, ubrudzone łokcie i podejrzane lawendowe pasemko przy linii
włosów.
Zanurzyła
jajko w trzech kubeczkach pod rząd, jakby miała nadzieję, że jeden z nich je
naprawi.
Hermiona
upiła łyk wina i starała się nic nie mówić. Potem wzięła kolejny łyk, bo
milczenie stawiało się coraz trudniejsze.
—
Nie rozumiem tego — powiedziała Ginny, unosząc pomarszczone jajko w kolorze
bagna. — Po co właściwie je malujemy?
—
To mugolska tradycja — wyjaśniła Hermiona, śmiejąc się. — To urocze. I
relaksujące. I…
—
Oszukujesz samą siebie. Wiesz, ile istnieje magicznych rozwiązań, które mogłyby
skrócić pracę do kilku sekund?
—
Szanuję kulturę. Poza tym nie zamierzam zaczarowywać dekoracji na zbiórkę
funduszy na pomoc mugolakom. To
byłoby — jak to się mówi — chamskie
zagranie.
Ginny
wrzuciła jajko do zielonego barwnika, mrucząc pod nosem.
—
Więc mugole potrzebują lepszych tradycji.
Hermiona
uśmiechnęła się cierpliwie, bo już raz wygłosiła tę mowę. Dea razy. Może cztery
razy.
—
Nie mylisz się. Ale chodzi o zabawę. O bałagan. O nostalgię. To coś, na co
dzieciaki czekają z niecierpliwością.
Ginny
spojrzała na nią beznamiętnie, a potem wbiła wzrok w żółty barwnik, którym
jakimś cudem ochlapała bluzkę.
—
Więc ta trwała fuksjowa plama na moim naskórku jest dla dzieci.
—
Dokładnie. I masz się tym cieszyć.
—
Najwyraźniej — mruknęła Ginny. —
Przynajmniej Theo jest podekscytowany. Cały tydzień gada o polowaniu na jajka.
Hermiona
się uśmiechnęła.
—
Naprawdę ciekawią go mugolskiej sprawy, prawda?
—
Mam wrażenie, że wyszłam za mąż za
mojego ojca — odpowiedziała Ginny, ale pod sarkazmem kryła się czułość. —
Niepotrzebnie odważny. Przesadnie ambitny. Ani krzty chłodu w jego ciele.
To
była prawda.
Po
Bitwie o Hogwart Harry zaczął pracować w Biurze Aurorów. Ginny, podobnie jak
Hermiona, wróciła, żeby dokończyć edukację. I gdzieś pomiędzy treningami
Quidditcha a szlabanami, związała się z Theodore’em Nottem. Łącząc w sobie
chaos i urok, wpadli na siebie i nigdy nie oglądali się za siebie. Pobrali się
zaraz po ukończeniu szkoły i od tamtej pory byli sobą zafascynowani.
Byli
absurdalni. I w pewnym sensie idealni. W gorsze dni Hermiona trochę im
zazdrościła.
Z
przedpokoju dobiegł cichy, bolesny jęk.
Obie
kobiety podniosły wzrok, gdy Pansy Parkinson, będąca w zaawansowanej ciąży,
wtoczyła się do mieszkania, ściskając w jednej ręce torbę na ubrania i
zrzucając z siebie niepotrzebnie drogie szpilki z gracją kogoś, kto przestał
się tym przejmować mniej więcej w drugim trymestrze.
Cisnęła
torbę w stronę kanapy. Hermiona złapała ją z piskiem i rozlaniem wina.
Pansy
opadła na poduszki, jakby stoczyła bitwę.
—
Dobry wieczór, moje koordynatorki chaosu.
—
Hej, Pans — przywitała się Hermiona radośnie, sięgając po kieliszek wina. — Jak
się miewa Harry Junior?
Pansy
zakryła oczy ręką.
—
Strasznie. Szczerze mówiąc, gdybym wiedziała, że ciąża wiąże się z takim bólem
pleców, po prostu zatrzymałabym się jedynie na całowaniu się z Harrym w tym
cholernym gabinecie.
Hermiona
otworzyła usta ze zdumienia.
—
Pansy.
Ta
ani na chwilę nie straciła wątku.
—
Co? Myślisz, że Chłopiec, Który Przeżył, jest tylko dobry w ratowaniu życia?
Jest zaskakująco dobry w szybkich
numerkach. Świętowaliśmy jego nominację na szefa departamentu — no cóż… między
innymi.
Ginny
zakrztusiła się winem tak mocno, że musiała chwycić serwetkę.
Pansy
wyjrzała spod jej ramienia.
—
Co? Facet ma kompleks Wybrańca i genialną kondycję. Pozwij mnie.
Hermiona
uniosła brew.
—
Masz termin za dwa miesiące.
—
Dokładnie — warknęła Pansy. — Jeszcze sześćdziesiąt jeden dni z bolącymi
kostkami i obcymi ludźmi dotykającymi mojego brzucha jakby był cholernym
świstoklikiem.
Czasami
wydawało się to nieco surrealistyczne — Harry i Pansy. Spotykali się w
tajemnicy przez lata, zanim nagle ogłosili zaręczyny, jakby to nie była
całkowita zmiana rzeczywistości dla wszystkich, którzy przeżyli wojnę. Hermiona
podejrzewała, że Harry coś ukrywa,
ale nigdy w życiu nie zgadłaby, że to cholerna
Pansy Parkinson.
Mimo
wszystko, jakoś się udało. Gdzieś pomiędzy wspólnym planowaniem bociankowego a
terapią grupową dla ocalałych z wojny, Pansy wdarła się do życia Hermiony i po
prostu odmówiła odejścia. Teraz, wbrew wszelkim przeciwnościom i rozsądnym
przewidywaniom, była jedną z najlepszych przyjaciółek Hermiony.
—
Przyniosłam ci sukienkę — powiedziała Pansy, wskazując niejasno na torbę. — Jestem
za bardzo w ciąży, żeby na nią spojrzeć,
ale myślę, że będziesz w niej wyglądać świetnie na tej pastelowej, piekielnej
gali.
—
Och. — Hermiona zamrugała, zaskoczona. — Dziękuję. Nienawidzę kupować sukienek.
Pansy
obrzuciła ją powolnym, wymownym spojrzeniem.
—
Co ty nie powiesz?
Hermiona
spojrzała na swój pastelowo-fioletowy sweter i luźne dżinsy, nagle zakłopotana.
—
Co jest z tym nie tak?
—
Wyglądasz jak babeczka.
Ginny
zachichotała.
Hermiona
przewróciła oczami, ale uśmiechnęła się szeroko.
—
Chcesz z nami umalować jajka, Pans?
Ta
zmarszczyła nos.
—
To stąd ten zapach? Ha… nie, dziękuję.
Wyciągnęła
się z jękiem, poprawiając poduszkę pod plecami. Potem nonszalancko powiedziała:
—
Naprawdę nie mogę się doczekać, aż obie będziecie grube i rozregulowane
hormonalnie. Tylko żebyście zobaczyły, jak okropne to jest.
Hermiona
zamrugała.
—
Podziękuję. Nie sądzę, żeby to było w moich kartach w najbliższym czasie.
To
wywołało podejrzanie skoordynowane spojrzenia między Ginny i Pansy.
Hermiona
zmrużyła oczy.
—
Co?
—
Nic — odparła gładko Pansy. — Zachowujesz się jak… pustelnica. Z problemami z
kontrolą… Bez życia seksualnego.
Ginny
uniosła kieliszek w geście toastu.
—
Mówimy to z miłością.
Hermiona
otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale je zamknęła. Potem sięgnęła po wino.
—
Niech będzie. Później pomożesz mi z wstążkami do koszyków — zażartowała
Hermiona.
Pansy
ponownie jęknęła, dramatycznie spoglądając na swój brzuch, po czym z wysiłkiem
podniosła się na nogi.
—
Jestem w ciąży, powinno wystarczyć, że obdarowuję cię swoją promienną obecnością. Gdzie jest
łazienka? To dziecko używa mojego pęcherza jak trampoliny.
Odeszła,
mamrocząc pod nosem, podczas gdy Ginny i Hermiona wymieniły rozbawione
spojrzenia.
_________
Witajcie :) w środowy wieczór zapraszam na nowe, spontanicznie wybrane tłumaczenie z tematem Wielkanocy w tle. Będzie uroczo, pastelowo, słodko i gorąco. Czyli tak, jak lubimy najbardziej :)
Na kolejny rozdział zapraszam w piątek, a pozostałe dwa wlecą w święta. Miłej lektury!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)