środa, 1 kwietnia 2026

[T] Promyk radości: Rozdział 1

Hermiona Granger czuła się jak pastelowa, brokatowa naklejka z króliczkiem, która była o krok od całkowitego szaleństwa.

Do corocznej zbiórki funduszy Ministerstwa Magii na rzecz potrzebujących mugolaków, wydarzenia, w które włożyła sześć tygodni, dwadzieścia siedem nadgodzin i całą swoją duszę, pozostały dokładnie cztery dni. To było jej oczko w głowie. Pastelowe kolory, zaplanowane polowanie na jajka i monitorowanie wpływających darowizn.

A teraz okazało się, że nie mają lokalu.

— Podwójna rezerwacja — mruknęła, krążąc przed biurkiem jak kobieta, która jest o krok od załamania nerwowego. — Przeznaczą je na turniej gargulków. Gargulków, Padmo. Nie miałam pojęcia, że ludzie jeszcze w to grają.

Padma Patil, jej osobista asystentka i Starszy Łącznik Ministerstwa ds. Magicznej Integracji, nie podniosła wzroku. Siedziała przy biurku, leniwie piłując paznokcie ze spokojem osoby, która od dawna pogodziła się z tym, że Hermiona albo wszystko naprawi, albo spontanicznie się wypali, próbując to zrobić.

— Nie nakręcaj się, bo oszalejesz — powiedziała Padma, nonszalancko dmuchając w kciuk. — I to nawet nie w zabawny sposób, tylko w taki, który sprawi, że wylądujesz w Świętym Mungu.

Hermiona odwróciła się i rzuciła list na biurko z dramatyzmem kogoś, kto koniecznie potrzebuje croissanta i drzemki.

Odwołali rezerwację lokalu, Padmo. Całą zbiórkę może trafić szlag.

— Wiem — wymamrotała Padma. — Sowa Ministra przyniosła to, kiedy znowu narzekałaś na ubogie zapasy barwników do jajek.

Hermiona jęknęła i opadła na krzesło, jakby ją to osobiście uradziło. Przeczesała dłonią loki opadające jej na plecy, które kręciły się w proteście przeciwko jej stanowi emocjonalnemu.

— Nie ma mowy, żebym znalazła nowy lokal w cztery dni. Już rozesłałyśmy zaproszenia. Zaczarowałyśmy prezenty. Mamy zapewnioną relację prasową.

Padma spojrzała znad okularów.

— Jesteś dosłownie Starszym Doradcą ds. Polityki Magicznej i Reform. Praktycznie jesteś prawą ręką Ministra Magii i rządzisz połową Ministerstwa dzięki kofeinie i złośliwości. Pociągnij za sznurki. Pogroź komuś. Przekup kogoś. Nie wiem.

— Czym? Moją kolekcją kolorowych harmonogramów i ledwo skrywaną złośliwością? — Hermiona schowała twarz w dłoniach, jęcząc. — Szukałam już wszędzie. Nie znajdę żadnego w tak krótkim czasie.

Padma otworzyła usta, prawdopodobnie chcąc zasugerować szantaż, nielegalne zaklęcia, a może jedno i drugie, ale przerwało jej ciche pukanie do drzwi.

Rozległo się akurat w chwili, gdy Hermiona układała w myślach wyjce skierowane do Departamentu Planowania Magicznych Wydarzeń.

— Proszę… chyba że to kolejne odwołanie — zawołała, nie unosząc nawet głowy.

Drzwi skrzypnęły, otwierając się, a Hermiona podniosła wzrok i natychmiast zapomniała o każdej katastrofie logistycznej, która groziła zrujnowaniem jej tygodnia.

Bo tam, jakby wcale nie zniknął na trzy miesiące, uczestnicząc w międzynarodowym turnieju Quidditcha, stał Draco Malfoy oparty o framugę.

Wciąż wysoki. Wciąż niesprawiedliwie przystojny. Wciąż z tym lekko zadowolonym wyrazem twarzy, który sprawiał, że miała ochotę rzucić na niego urok i dobierać się do niego na szafce na dokumenty.

— Cześć — przywitał się z charakterystycznym dla siebie akcentem, który prawdopodobnie sprzedawał tysiącom  magazynów tygodniowo.

Był opalony i irytująco zrelaksowany w znoszonych, skórzanych butach i szytym na miarę płaszczu, który prawdopodobnie kosztował więcej niż jej mieszkanie.

Hermiona zamrugała.

Po czym pisnęła.

— Draco!

Zerwała się z krzesła, okrążyła biurko i bez wahania rzuciła mu się w ramiona. Złapał ją z łatwością, obejmując w talii i obracając raz, cicho śmiejąc się jej do ucha — co wyrządziło zupełnie nieakceptowane szkody dla jej równowagi.

Minęły trzy miesiące, odkąd go widziała. Odkąd wyjechał na swój ostatni turniej Quidditcha z Jastrzębiami z Falmouth, łapiąc znicze i unikając wrzeszczących kibiców. Pisał do niej, jasne, ale listy to nie to samo co jego obecność tutaj — pachnącego wiatrem, lakierem do drewna i bardzo drogim szamponem.

— Myślałam, że wrócisz dopiero za dwa miesiące — powiedziała bez tchu, wciąż trzymając ręce na jego przedramionach, jakby nie do końca zdecydowała się je puścić.

— Naprawdę myślałaś, że opuszczę twoją imprezę? — zapytał, odsuwając się na tyle, by na nią spojrzeć, a jego usta wygięły się w uśmiechu, który na chwilę sparaliżował jej mózg.

— Przyjdziesz?

— Czy kiedykolwiek jakieś przegapiłem?

Zmrużyła oczy, ale po jej ustach już błąkał się uśmiech.

— Chyba masz rację. Ale nie jestem pewna, czy w ogóle zorganizujemy jakąś w tym roku. Nie mamy lokalu.

— Przeznaczyli go na turniej w gargulki — dodała Padma, rzucając nonszalancko zaklęcie na swoje paznokcie, obserwując, jak zmieniają kolor na delikatny, pastelowy róż.

Brwi Draco poszybowały ku linii włosów.

— Ja… gargulki? Serio? Kto do cholery gra w gargulki?

— Właśnie! — rzuciła Hermiona, unosząc ręce. — Dokładnie to powiedziałam!

Zaśmiał się tym cichym, soczystym śmiechem, który sprawił, że jej żołądek zawirował, po czym przyjrzał się jej trochę uważniej.

— Zobaczę, co da się zrobić.

— Nie możesz — westchnęła. — To sprawa Ministerstwa, a nie zabawa w bogatego chłopca i zbawcę. Nie jestem pewna, czy cokolwiek możesz zrobić.

— Nie doceniasz mnie.

— To prawda — mruknęła.

Padma wydała z siebie zduszony dźwięk.

Zapadła chwila ciszy, ciepła i znajoma.

Znów się uśmiechnął, tym razem wolniej.

— Obiad? Mam ochotę na te absurdalnie cytrynowe bułeczki, które tak uwielbiasz.

Hermiona skrzyżowała ramiona, udając, że się zastanawia.

— Tylko jeśli wstąpimy do…

— Ksiąg i Drobiazgów.

Wypowiedzieli tę nazwę jednocześnie.

Zmrużyła oczy.

Mrugnął.

— Do zobaczenia o pierwszej — powiedział, kierując się do wyjścia, zerkając przez ramię i machając lekko ręką. — I cześć, Płatku.

Padma przewróciła oczami i mruknęła pod nosem Malfoy, jakby to było przekleństwo, a potem głośniej:

— Na litość boską, błagam, zabierz ją z biura na resztę dnia. Jej stres zaczyna się udzielać i mnie, ale nie wiem, czy wytrzymam kolejną kłótnię o to, ile odcieni lawendy to za dużo.

Hermiona powoli obróciła się na pięcie, kąciki jej ust wciąż unosiły się w zdradzieckim uśmiechu. Zapadła się na krześle, pozwalając, by ciepło po wizycie Draco rozlało się po jej piersi niczym słońce po długiej burzy.

Może mógłby pomóc. Może jednak ta gala nie okaże się kompletną katastrofą.

Rozejrzała się dookoła i zobaczyła Padmę obserwującą ją z porozumiewawczym uśmiechem kogoś, kto już trzy lata temu napisał zakończenie tej historii.

Co? — zapytała Hermiona podejrzliwie.

Nic — odparła Padma, przeciągając słowo jak toffi, siadając do biurka z najbardziej podejrzanie niewinnym westchnięciem, jakie Hermiona kiedykolwiek słyszała.

Zmrużyła oczy.

— Padma.

Ta wzruszyła ramionami.

— Po prostu mówię. Dlaczego po prostu ze sobą nie chodzicie?

Hermiona upuściła pióro.

— Padmo, jesteśmy tylko przyjaciółmi.

Spojrzenie Padmy można było określić jedynie jako nieskrywane niedowierzanie, takie, jakie zazwyczaj zarezerwowane jest dla osób, które twierdzą, że lubią kawę bezkofeinową albo uważają, że fasolki Bertiego Botta o smaku wątróbki są karygodnie niedoceniane.

— Jesteśmy — upierała się Hermiona. — Naprawdę.

I to była prawda.

Po wojnie, gdy dym opadł, a świat przestał wstrzymywać oddech, granice między domami się zatarły. Pradawny, gorzki podział, który kiedyś definiował wszystko w Hogwarcie, pękł. Nie do końca zniknął, ale na tyle, żeby można go było pominąć.

Ona i Draco byli dwojgiem z nielicznych uczniów, którzy wrócili na ósmy rok. Wielu nie. Niektórzy stracili zbyt wiele. Inni nie chcieli ponownie przeżywać traumy ani chodzić tymi samymi korytarzami, które wciąż rozbrzmiewały echem strachu i ognia.

W cichych ruinach minionego roku wydarzyło się coś dziwnego i nieoczekiwanego. Zbliżyli się do siebie. Dwoje dawnych wrogów, wepchniętych we wspólną odpowiedzialność — Prefekt Naczelna i Prefekt Naczelny. Była przygotowana na codzienne potyczki. Zamiast tego otrzymała… życzliwość. Stałe, ciche wsparcie. Od czasu do czasu śmiech. Rozejm, który przerodził się w partnerstwo. I partnerstwo, które przerodziło się w przyjaźń.

A Draco Malfoy, niegdyś ostry i arogancki, stał się teraz łagodniejszy. Delikatniejszy. Nadal dramatyczny, nadal irytujący, nadal zdolny jednym uśmiechem zmrozić cały jej system nerwowy. Ale nie był już chłopakiem ze szkoły.

Był… jej. W sposób całkowicie nieromantyczny. Ale niezaprzeczalnie prawdziwy.

Hermiona westchnęła, wzięła pióro i spróbowała powstrzymać uśmiech. Kolejna notatka wleciała do biura, uderzając delikatnie w jej ramię, jakby sam wszechświat przypominał jej, że ma pracę do wykonania.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Hermiona radośnie pokręciła się na krześle, gdy kelner postawił przed nią cytrynowe bułeczki — te cytrynowe bułeczki. Z prawdziwą skórką cytrynową i o takim stosunku cukru do radości, że można to było nazwać cudem medycyny.

Draco tego nie skomentował, ale jego spojrzenie złagodniało, a kącik ust uniósł się, jakby obserwowanie jej szczęścia było jego ulubioną, cichą przyjemnością.

— Uwielbiam to miejsce — wyszeptała z szacunkiem, sięgając po wypiek. — Wspomniałam już o tym?

Uśmiechnął się do niej.

— Wiele, wiele razy, kochanie.

To było ich miejsce. Wystarczająco blisko Ministerstwa Magii na długi obiad, wystarczająco ciche, by Draco nie został oblężony przez fanów, i wystarczająco spokojne, by Hermiona mogła udawać — przynajmniej przez godzinę — że praca nie próbuje jej wykończyć.

Kawiarnia znajdowała się na ukrytym patio na samym końcu Ulicy Pokątnej. Ich stały stolik na wpół w słońcu, na wpół w cieniu, otoczony był cichym brzękiem filiżanek i szmerem rozmów.

Nad ich głowami wznosiły się łukowate, poskręcane wierzby, z gałęziami ozdobionymi złotymi lampkami choinkowymi, które nigdy do końca nie zgasły. W powietrzu unosił się delikatny zapach cukru i wiosny, a bluszcz wijący się po kratownicach sprawiał wrażenie, jakby wcale im się nie spieszyło do niczego innego.

Zjedli już to, co zwykle zamawiali — kanapki z pieczonym kurczakiem, frytki z solą morską i lawendową lemoniadę. I przyszedł czas na deser. Jej ulubioną część.

Oderwała kawałek bułeczki i włożyła ją do ust z rozmarzonym westchnieniem. Potem uśmiechnęła się do niego w pełni szczęścia.

Draco odchylił się na krześle, patrząc na nią z tym nieprzeniknionym wyrazem twarzy, który przybierał za każdym razem, gdy była sobą.

— Chyba mam rozwiązanie twojego dylematu z lokalem — powiedział, swobodnie obracając lód w szklance.

Hermiona zamrugała, pocierając usta.

— Naprawdę?

Skinął głową.

— Możesz wyprawić galę we Dworze.

Kolejny kęs bułeczki zamarł w połowie jej drogi do ust.

— Och… Draco, nie musisz tego robić.

— Ale chcę — rzekł tonem nie znoszącym sprzeciwu. — Proszę, pozwól mi. Ostatnio jej tam zbyt cicho i jestem prawie pewien, że moja matka będzie płakać ze szczęścia, jeśli ogrody w końcu zostaną wykorzystane do czegoś więcej niż podwieczorków z dalekimi krewnymi.

Hermiona zamilkła, marszcząc brwi. Wiedziała, że odziedziczył Dwór po wojnie. Jego rodzice niedługo potem się z niego wyprowadzili i nigdy nie mówił o swoim domu z prawdziwą sympatią. Zawsze brzmiało to jak formalność, spadek, o który nie prosił.

— Ale nie macie namiotów — mruknęła powoli — ani stołów, ani…

— Zaufaj mi — przerwał, a kącik jego ust uniósł się w półuśmiechu. — Zajmę się wszystkim.

Spojrzała na niego, po czym westchnęła.

— Dobrze, w porządku. Jeśli to się przerodzi w katastrofę, obwinię cię…

— Oczywiście.

— I zmuszę cię do posprzątania bałaganu.

— Oczywiście. — Jego uśmiech się pogłębił. — Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej.

Znów się jej przyglądał. Otwarcie. Bez cienia skruchy. Tak jak uśmiechała się, jedząc cytrynowe bułeczki i w myślach przeorganizowywała logistykę gali. Powoli upił łyk wody, a sygnet na małym palcu delikatnie uderzył w szkło.

Nie podniosła wzroku, czując ciężar jego spojrzenia i to, jak sprawiało, że jej skóra drżała jak drut pod napięciem.

Starała się nie wiercić pod jego intensywnością.

W końcu spojrzała na Draco znad krawędzi szklanki.

— Grasz w ministerialnym meczu Quidditcha w piątek? Tym, który rozegra się pomiędzy pracownikami Departamentu Magicznych Gier i Sportów a pracownikami Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów?

Zanucił.

— Potter wystosował zaproszenie. Powiedziałem mu, że wpierw muszę się dowiedzieć, kto będzie.

Zmrużyła oczy.

— To nie brzmi jak tak.

Pociągnął kolejny łyk wody i delikatnie odstawił szklankę.

— Wezmę w tym udział, jeśli będę miał ku temu dobry powód. Chcesz żebym zagrał?

Odchrząknęła.

— Nie miałabym nic przeciwko.

Draco przechylił głowę, a jego oczy zabłysły.

— Chciałabyś popatrzeć, jak gram, Hermiono?

Jej imię wypowiedziane jego głosem spowodowało coś ciepłego i zdradzieckiego w jej piersi.

— Ja… oczywiście, to byłoby… fajne — powiedziała szybko, starając się, ale bezskutecznie, brzmieć nonszalancko. — Przynajmniej będę wiedziała, na którą drużynę postawić moje galeony.

Zaśmiał się cicho i z zadowoleniem.

— Miło wiedzieć, że tak we mnie wierzysz.

— Hej — rzuciła, wskazując na niego palcem. — Kto powiedział, że obstawiłabym twoją drużynę?

Uśmiechnął się szeroko.

Błagam, nie śmiałabyś obstawiać przeciwko mnie.

I nie mylił się, ale nie zamierzała dać mu satysfakcji z usłyszenia, jak to przyznaje.

Właśnie wtedy wróciła kelnerka, blondynka z francuskim akcentem tak mocnym, że wydawał się wyuczony, jakby brała udział w jakimś castingu. Była piękna, z rzęsami i błyszczącymi ustami, i zdawała się patologicznie niezdolna do zaakceptowania istnienia Hermiony.

— Wszystko smakowało, panie Malfoy?

Draco nawet na nią nie spojrzał.

— Dopisz to do rachunku Malfoyów — poinstruował, podpisując paragon bez spojrzenia.

Kelnerka pochyliła się trochę za bardzo. Draco odsunął pergamin z miną, jaką przybiera się, odrzucając zaproszenie na obowiązkowe zebranie personelu.

Zawahała się chwilę za długo, po czym odeszła, teatralnie odrzucając włosy, co nie do końca jej się udało.

I to było… wręcz niesprawiedliwie atrakcyjne.

Hermiona przygryzła wewnętrzną stronę policzka, starając się nie uśmiechnąć.

Draco wstał, odsunął jej krzesło i uniósł jej płaszcz niczym cholerny dżentelmen, którym zawsze udawał, że nie jest.

— Gotowa? — zapytał, wkładając płaszcz. — Księgi i Drobiazgi?

Skinęła głową, wciąż poprawiając rękawy.

— Prowadź.

Podał jej ramię. Przyjęła je, starając się nie myśleć o tym, jak ciepłe były jego dłonie ani jak znajomy wydawał się ten ruch.

Wyszli z kawiarni.

Jasne, nagłe błyski światła eksplodowały im w twarze — klik, klik, klik zza krzaków i z drugiej strony ulicy, a być może spod magicznie zamaskowanej rośliny doniczkowej. Najwyraźniej ktoś w Proroku Codziennym dostał wiadomość: Ulubiona gwiazda Quidditcha wróciła do domu.

Hermiona wzdrygnęła się, zaskoczona błyskiem fleszy.

Draco ani na chwilę nie stracił przytomności umysłu. Jego dłoń powędrowała na jej plecy, pewna i stabilizująca, przyciągając ją odrobinę bliżej, prowadząc naprzód. Jakby osłanianie jej było instynktowne. Jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Hermiona i Ginny siedziały po turecku na podłodze jej mieszkania, otoczone miskami z pastelowym barwnikiem, rozłożonymi gazetami i pół tuzinem jajek w różnym stopniu zniszczenia.

Hermiona uparła się, żeby zrobić dekoracje po mugolsku.

— Autentyczność — powiedziała. — Nastrój.

Tak naprawdę miała na myśli: Potrzebuję mechanizmu radzenia sobie, który nie będzie obejmował arkuszy kalkulacyjnych ani notatek ministerialnych.

Więc oczywiście, wezwała posiłki. I tak „kilka pisanek” zamieniło się w nieoficjalny babski wieczór z winem, przekąskami i kolorową katastrofą w tle.

Minęło zaledwie piętnaście minut, a Ginny była już cała umazana farbą — miała poplamione palce, ubrudzone łokcie i podejrzane lawendowe pasemko przy linii włosów.

Zanurzyła jajko w trzech kubeczkach pod rząd, jakby miała nadzieję, że jeden z nich je naprawi.

Hermiona upiła łyk wina i starała się nic nie mówić. Potem wzięła kolejny łyk, bo milczenie stawiało się coraz trudniejsze.

— Nie rozumiem tego — powiedziała Ginny, unosząc pomarszczone jajko w kolorze bagna. — Po co właściwie je malujemy?

— To mugolska tradycja — wyjaśniła Hermiona, śmiejąc się. — To urocze. I relaksujące. I…

— Oszukujesz samą siebie. Wiesz, ile istnieje magicznych rozwiązań, które mogłyby skrócić pracę do kilku sekund?

— Szanuję kulturę. Poza tym nie zamierzam zaczarowywać dekoracji na zbiórkę funduszy na pomoc mugolakom. To byłoby — jak to się mówi — chamskie zagranie.

Ginny wrzuciła jajko do zielonego barwnika, mrucząc pod nosem.

— Więc mugole potrzebują lepszych tradycji.

Hermiona uśmiechnęła się cierpliwie, bo już raz wygłosiła tę mowę. Dea razy. Może cztery razy.

— Nie mylisz się. Ale chodzi o zabawę. O bałagan. O nostalgię. To coś, na co dzieciaki czekają z niecierpliwością.

Ginny spojrzała na nią beznamiętnie, a potem wbiła wzrok w żółty barwnik, którym jakimś cudem ochlapała bluzkę.

— Więc ta trwała fuksjowa plama na moim naskórku jest dla dzieci.

— Dokładnie. I masz się tym cieszyć.

Najwyraźniej — mruknęła Ginny. — Przynajmniej Theo jest podekscytowany. Cały tydzień gada o polowaniu na jajka.

Hermiona się uśmiechnęła.

— Naprawdę ciekawią go mugolskiej sprawy, prawda?

Mam wrażenie, że wyszłam za mąż za mojego ojca — odpowiedziała Ginny, ale pod sarkazmem kryła się czułość. — Niepotrzebnie odważny. Przesadnie ambitny. Ani krzty chłodu w jego ciele.

To była prawda.

Po Bitwie o Hogwart Harry zaczął pracować w Biurze Aurorów. Ginny, podobnie jak Hermiona, wróciła, żeby dokończyć edukację. I gdzieś pomiędzy treningami Quidditcha a szlabanami, związała się z Theodore’em Nottem. Łącząc w sobie chaos i urok, wpadli na siebie i nigdy nie oglądali się za siebie. Pobrali się zaraz po ukończeniu szkoły i od tamtej pory byli sobą zafascynowani.

Byli absurdalni. I w pewnym sensie idealni. W gorsze dni Hermiona trochę im zazdrościła.

Z przedpokoju dobiegł cichy, bolesny jęk.

Obie kobiety podniosły wzrok, gdy Pansy Parkinson, będąca w zaawansowanej ciąży, wtoczyła się do mieszkania, ściskając w jednej ręce torbę na ubrania i zrzucając z siebie niepotrzebnie drogie szpilki z gracją kogoś, kto przestał się tym przejmować mniej więcej w drugim trymestrze.

Cisnęła torbę w stronę kanapy. Hermiona złapała ją z piskiem i rozlaniem wina.

Pansy opadła na poduszki, jakby stoczyła bitwę.

— Dobry wieczór, moje koordynatorki chaosu.

— Hej, Pans — przywitała się Hermiona radośnie, sięgając po kieliszek wina. — Jak się miewa Harry Junior?

Pansy zakryła oczy ręką.

— Strasznie. Szczerze mówiąc, gdybym wiedziała, że ciąża wiąże się z takim bólem pleców, po prostu zatrzymałabym się jedynie na całowaniu się z Harrym w tym cholernym gabinecie.

Hermiona otworzyła usta ze zdumienia.

— Pansy.

Ta ani na chwilę nie straciła wątku.

— Co? Myślisz, że Chłopiec, Który Przeżył, jest tylko dobry w ratowaniu życia? Jest zaskakująco dobry w szybkich numerkach. Świętowaliśmy jego nominację na szefa departamentu — no cóż… między innymi.

Ginny zakrztusiła się winem tak mocno, że musiała chwycić serwetkę.

Pansy wyjrzała spod jej ramienia.

— Co? Facet ma kompleks Wybrańca i genialną kondycję. Pozwij mnie.

Hermiona uniosła brew.

— Masz termin za dwa miesiące.

— Dokładnie — warknęła Pansy. — Jeszcze sześćdziesiąt jeden dni z bolącymi kostkami i obcymi ludźmi dotykającymi mojego brzucha jakby był cholernym świstoklikiem.

Czasami wydawało się to nieco surrealistyczne — Harry i Pansy. Spotykali się w tajemnicy przez lata, zanim nagle ogłosili zaręczyny, jakby to nie była całkowita zmiana rzeczywistości dla wszystkich, którzy przeżyli wojnę. Hermiona podejrzewała, że Harry coś ukrywa, ale nigdy w życiu nie zgadłaby, że to cholerna Pansy Parkinson.

Mimo wszystko, jakoś się udało. Gdzieś pomiędzy wspólnym planowaniem bociankowego a terapią grupową dla ocalałych z wojny, Pansy wdarła się do życia Hermiony i po prostu odmówiła odejścia. Teraz, wbrew wszelkim przeciwnościom i rozsądnym przewidywaniom, była jedną z najlepszych przyjaciółek Hermiony.

— Przyniosłam ci sukienkę — powiedziała Pansy, wskazując niejasno na torbę. — Jestem za bardzo w ciąży, żeby na nią spojrzeć, ale myślę, że będziesz w niej wyglądać świetnie na tej pastelowej, piekielnej gali.

— Och. — Hermiona zamrugała, zaskoczona. — Dziękuję. Nienawidzę kupować sukienek.

Pansy obrzuciła ją powolnym, wymownym spojrzeniem.

— Co ty nie powiesz?

Hermiona spojrzała na swój pastelowo-fioletowy sweter i luźne dżinsy, nagle zakłopotana.

— Co jest z tym nie tak?

— Wyglądasz jak babeczka.

Ginny zachichotała.

Hermiona przewróciła oczami, ale uśmiechnęła się szeroko.

— Chcesz z nami umalować jajka, Pans?

Ta zmarszczyła nos.

— To stąd ten zapach? Ha… nie, dziękuję.

Wyciągnęła się z jękiem, poprawiając poduszkę pod plecami. Potem nonszalancko powiedziała:

— Naprawdę nie mogę się doczekać, aż obie będziecie grube i rozregulowane hormonalnie. Tylko żebyście zobaczyły, jak okropne to jest.

Hermiona zamrugała.

— Podziękuję. Nie sądzę, żeby to było w moich kartach w najbliższym czasie.

To wywołało podejrzanie skoordynowane spojrzenia między Ginny i Pansy.

Hermiona zmrużyła oczy.

Co?

— Nic — odparła gładko Pansy. — Zachowujesz się jak… pustelnica. Z problemami z kontrolą… Bez życia seksualnego.

Ginny uniosła kieliszek w geście toastu.

— Mówimy to z miłością.

Hermiona otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale je zamknęła. Potem sięgnęła po wino.

— Niech będzie. Później pomożesz mi z wstążkami do koszyków — zażartowała Hermiona.

Pansy ponownie jęknęła, dramatycznie spoglądając na swój brzuch, po czym z wysiłkiem podniosła się na nogi.

— Jestem w ciąży, powinno wystarczyć, że obdarowuję cię swoją promienną obecnością. Gdzie jest łazienka? To dziecko używa mojego pęcherza jak trampoliny.

Odeszła, mamrocząc pod nosem, podczas gdy Ginny i Hermiona wymieniły rozbawione spojrzenia.

_________

Witajcie :) w środowy wieczór zapraszam na nowe, spontanicznie wybrane tłumaczenie z tematem Wielkanocy w tle. Będzie uroczo, pastelowo, słodko i gorąco. Czyli tak, jak lubimy najbardziej :)

Na kolejny rozdział zapraszam w piątek, a pozostałe dwa wlecą w święta. Miłej lektury!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)

Obserwatorzy