Hermiona
stanęła przed lustrem, marszcząc brwi na widok dwóch loków, które najwyraźniej
podpisały pakt z diabłem. Spróbowała je wygładzić. Natychmiast się zbuntowały,
niczym maleńkie, kręcone anarchistki bez szacunku dla porządku.
—
Zdrajczynie — mruknęła, wpychając je w kucyk, jakby to miało magicznie naprawić
wszystko, co zepsuło dzisiejszy dzień.
Nie
naprawiło. Ale prawie.
Cofnęła
się o krok, przyglądając się swojemu odbiciu.
Nieźle.
Może trochę za dużo wysiłku, jak na oglądanie dorosłych ludzi rzucających w
siebie piłkami, siedzących na miotłach, ale mniejsza z tym. Nie robiła tego z konkretnego powodu.
Ani
dla konkretnej osoby.
Zdecydowanie
nie z jego powodu.
Nie
miało to absolutnie nic wspólnego — totalnie nic — z pewnym Szukającym, którego
twarz wyglądała tak, jakby wyrzeźbili ją mściwi rzeźbiarze z epoki renesansu.
Po
prostu chciała ładnie wyglądać. Zupełnie
normalne, całkowicie racjonalne pragnienie.
W
jej sypialni Padma leżała rozciągnięta na łóżku Hermiony niczym znudzona
rozgwiazda, trzymając nad głową mugolskie czasopismo o modzie.
—
Z jakiegoś konkretnego powodu poświęcasz tyle czasu na przygotowania? —
zapytała Padma, wciąż wpatrując się w stronę. — Hmm?
—
Wybacz, że chcę się dobrze prezentować przed połową Ministerstwa.
Padma
obrzuciła ją leniwym spojrzeniem i uśmiechnęła się złośliwie.
—
Mhm. Stroisz się… na mecz Quidditcha.
Możliwe, że dla konkretnego gracza,
prawda?
Hermiona
skrzyżowała ramiona.
—
Nie, Padmo. Nie bądź śmieszna. Po prostu chcę ładnie wyglądać, to wszystko.
Padma
mruknęła, otwierając pasek zapachowy i pocierając nim nadgarstek.
—
Racja. Po prostu ładnie wyglądać. Nie dla kogoś. Zdecydowanie nie dla takiego jednego wysokiego blondyna, który…
Hermiona
przewróciła oczami i uciekła do garderoby, zamykając za sobą drzwi, zanim Padma
zdążyła dokończyć teorię, którą tak wyraźnie pragnęła wypowiedzieć na głos.
Wnętrze
pomieszczenia było tak dopracowane, jak reszta jej życia — bluzki krzyczące mam ogarnięte życie, marynarki w
odcieniach szarości i granatu oraz robocze szaty od Ministerstwa. Wszystko
idealnie praktyczne. I kompletnie wyczerpujące.
Ominęła
je bez wahania.
Z
szuflady wyciągnęła swoje ulubione, mugolskiej dżinsy — miękkie, rozchodzone i
całkowicie pozbawione zawodowych ambicji — oraz koszulkę z długim rękawem,
która pachniała weekendem i komfortem. Włożyła je, ponownie przesunęła dłonią
po kucyku (jakimś cudem wciąż się trzymał) i sięgnęła po płaszcz.
Puk, puk.
Zatrzymała
się, jedną rękę w połowie wsuwając w rękaw. Zmarszczyła brwi.
—
Myślałam, że Pansy spotka się z nami na boisku.
Padma
wzruszyła ramionami, trzymając magazyn pionowo, i powąchała nadgarstek.
—
Może zmieniła zdanie. Wiemy, że jest nieprzewidywalna.
Hermiona
prychnęła.
—
No co ty nie powiesz…
Przeszła
boso przez mieszkanie, siłując się z rękawem, i szarpnięciem otworzyła drzwi
wejściowe, natychmiast zapominając, jak się oddycha.
Nikogo
tam nie było. Ani jednej duszy w zasięgu wzroku.
Tylko
największy i najpiękniejszy bukiet kwiatów, jaki Hermiona kiedykolwiek
widziała.
Poprawka: bukiet. Przez duże B.
Taki, w który ktoś włożył mnóstwo pracy.
Różowy,
maślany, lawendowy, blady błękit i miętowa zieleń — każdy kwiat delikatny i
idealnie ułożony, jakby sama wiosna zatrzymała się u jej progu.
Między
łodygami znajdowała się elegancka, czarna koperta.
Hermionie
opadła szczęka.
—
To była Pansy? — leniwy głos Padmy dobiegł gdzieś zza jej pleców.
Hermiona
nie odpowiedziała. Pokręciła tylko głową i niezgrabnie się pochyliła, jak ktoś,
kto od miesięcy nie podnosił niczego cięższego niż stos akt, i podniosła
bukiet. Był cięższy, niż się spodziewała, i o mało go nie przewróciła, żonglując
ogromnymi łodygami w obu rękach, gdy stopą zamknęła za sobą drzwi.
Zaniosła
go na kuchenny blat, uważając, by nie zgnieść płatków ocierających się o jej
ramiona, i postawiła go delikatnie, jakby mógł eksplodować, gdyby go
niewłaściwie potraktowano.
Padma
pojawiła się w drzwiach, spojrzała i zamarła.
—
Hermiono — powiedziała powoli, jakby
jej myśli się ładowały. — Kto… kto przysłał ci połowę kwiaciarni?
Hermiona
wysunęła kopertę spomiędzy łodyg, muskając palcami pieczęć. Jej imię było
napisane odręcznym charakterem pisma, który znała aż za dobrze.
Zawahała
się.
Potem
zerwała pieczęć.
W
środku znajdowała się gruba, czarna kartka. A na niej notatka. Krótka.
Schludna. Napisana tym samym charakterem pisma, który nawiedzał pewien bardzo
specyficzny — i głęboko kłopotliwy —
zakątek jej umysłu.
Skoro byłaś tak pewna, że nie
postawisz na moją drużynę, pomyślałem, że spróbuję przekonać Cię do lojalności
w staromodny sposób. Bez presji, ale słyszałem, że niektórzy zawodnicy grają
lepiej, gdy ich amulety są na trybunach.
Dla mojego amuletu.
- D.M.
Hermiona
wpatrywała się w notatkę.
Jej
żołądek wykonał pełne salto — trzepoczący, zdradliwy skurcz, który natychmiast
ją zdradził.
Jej
policzki się zarumieniły, bo oczywiście
powinny.
Sześć lat…
Sześć lat. Tyle to trwało — cokolwiek to było. Sześć lat
pisania długich listów, nocnych rozmów przez Sieć Fiuu i powoli rozwijającej
się przyjaźni, która prawdopodobnie miała jakąś etykietkę ostrzegawczą. Ciche
kolacje, gdy świat stawał się zbyt głośny. Żarty dla wtajemniczonych. Starannie
zapakowane prezenty urodzinowe. Prawie
tysiąc prezentów. I ani razu żadne z nich nie powiedziało tego, co tliło się
tuż pod powierzchnią.
Gdyby
coś do niej czuł, tak naprawdę, z
pewnością już by to wyznał.
Prawda?
Z
drugiej strony… ona też nic nie powiedziała.
Ta
myśl osiadła gdzieś głęboko w jej piersi, natarczywa i niemożliwa do
zignorowania. Przeczytała list ponownie, jakby miał się przekształcić w wyznanie.
Albo instrukcję obsługi. Lub dosłownie cokolwiek innego niż trzy irytująco
niejasne linijki uroczej dwuznaczności.
Dla mojego amuletu.
Czy
on był bezczelny? Szczery? Flirtował? Czy po prostu był… Draco?
—
Ziemia do Hermiony — powiedziała
Padma, machając teatralnie rękami. — Od kogo są te kwiaty?
Hermiona
zamrugała, zaskoczona. Nie odpowiedziała wystarczająco szybko.
Padma,
oczywiście, zrobiła to, co potrafiła najlepiej — wyrwała kartkę z oszołomionych
rąk Hermiony i przeczytała ją na głos z westchnieniem godnym przedstawienia
teatralnego.
—
Dla mojego amuletu?! Na obwisłe
bokserki Merlina! Wiedziałam! —
Obróciła się, machając kartką w powietrzu jak flagą zwycięstwa. — Ten facet nie
wierzy w subtelność.
Hermiona
roześmiała się wbrew sobie.
—
Mówiłam ci! Mówiłam ci! Nazwij mnie
jasnowidzem. Jestem praktycznie ludzką myślodsiewnią.
—
On po prostu… — Hermiona rzuciła się na kartkę i chybiła — próbuje być zabawny.
—
Na tyle zabawny, że aż zwala cię z nóg. — Padma cofnęła się, trzymając kartkę
poza zasięgiem. — Szczerze mówiąc, nie wiem, jak to możliwe, że nie podejmujesz
z nim wątpliwych decyzji życiowych. Czy to jakaś gryfońska odroczona
gratyfikacja?
Hermiona
machnęła ręką w powietrzu po raz ostatni, poddała się i odwróciła — z rękami na
biodrach, z płonącą ze wstydu twarzą.
—
Jesteś nie do zniesienia — mruknęła.
Ale
nie poprosiła ponownie o zwrot kartki. Głównie dlatego, że nie ufała swojemu
wyrazowi twarzy, że jej nie zdradzi.
Ale
nie mogła przestać myśleć o kartce. O jej treści.
Dla mojego amuletu.
Pamiętał.
Wciąż
nieco oszołomiona Hermiona wróciła do swojej sypialni. Uklękła przed komodą i
wysunęła dolną szufladę.
Była
tam. Złożona, wyblakła, idealnie zachowana czarna koszulka do Quidditcha.
Materiał miękki od starości. Napis wciąż nienaruszony.
MALFOY
7
Widok
tej koszulki uderzył ją jak wspomnienie, którego nie zdawała sobie sprawy, że
wciąż nosi w sercu.
Ósmy
rok. Późne wieczory w Wieży Astronomicznej. Ciche rozmowy na pustych
korytarzach. Wieczór przed jego pierwszym meczem jako kapitana drużyny — kiedy
wręczył jej koszulkę bez żadnego wyjaśnienia. Pomijając nabazgraną notatkę
wszytą od środka.
Wszystko zazwyczaj układa się
lepiej, kiedy tam jesteś.
Przyjdź na mecz. Bądź moim
amuletem.
Zatrzymała
ją. Założyła ją. Następnego dnia krzyczała tak głośno, że aż ochrypła na
trybunach, wmawiając sobie, że to nic nie znaczy.
A
teraz, lata później, pamiętał.
Hermiona
założyła koszulkę przez głowę, wygładzając ją na biuście. Była na nią
zdecydowanie za duża — sięgała jej aż za biodra, rękawy pochłaniały połowę jej
dłoni. I uwielbiała ją. Ciepłą i znajomą. Jak
on.
Serce
wciąż waliło, ale je zignorowała, skupiając się na ciężarze materiału, na tym,
jak ją otulał, jakby dokładnie wiedział, gdzie jest jego miejsce.
Kiedy
wróciła do głównego pomieszczenia, Padma otworzyła usta, gotowa do komentarza.
—
Nie — powiedziała Hermiona, chwytając różdżkę i płaszcz, nie zwalniając kroku.
Padma
uśmiechnęła się szeroko.
—
Chodźmy, Amulecie.
Razem
poszły do punktu aportacyjnego.
Z
cichym trzaskiem aportowały się na stadion Quidditcha Cromwella — rezerwowego
boiska Pustułek z Kenmare tuż pod Londynem.
Natychmiast
uderzyła w nie ściana dźwięku: śmiech, krzyki, pisk magicznych petard, które
rozbrzmiewały w nieskończonej pętli drużynowego skandowania. W powietrzu unosił
się zapach prażonych orzechów i kremowego piwa. Nad głowami, niczym komety po
wiosennym, błękitnym niebie, śmigały miotły, przygotowujące się do pierwszych
meczów.
Technicznie
rzecz biorąc, to był tylko mecz charytatywny Ministerstwa. Realistycznie rzecz
biorąc, panował chaos. Przyszli prawie wszyscy. Niektórzy mieli na twarzach
zaczarowane napisy z nazwami departamentów, inni nosili koszulki z wizerunkami
swoich ulubionych zawodników. Kilku bardzo entuzjastycznych kibiców machało
Wrzeszczącymi Zniczami, irytująco głośnymi, magicznymi, hałaśliwymi stworami,
które piszczały za każdym razem, gdy drużyna choćby westchnęła w pobliżu
bramki.
Padma
już się uśmiechała.
—
Tak to jest, kiedy daje się urzędnikom państwowym darmowy alkohol i okazję do
rywalizacji.
Hermiona
nie odpowiedziała. Jej wzrok utkwił się w grupce kobiet w pierwszym rzędzie —
śmiejących się głośno i durnie, ubranych w jednakowe koszulki.
Wszystkie
były takie same: MALFOY, w srebrze. Z
numerem 7 pod spodem.
Usztywniło
ją.
Astoria
Greengrass była wśród nich. Idealna postawa, idealne włosy i opanowanie, które
sprawiało, że Hermiona od razu czuła się niedostatecznie ubrana i przesadnie
zaangażowana. Była dziewczyna Draco. Oczywiście, że przyszła.
Hermiona
założyła ręce na piersi, zanim w ogóle zdała sobie sprawę z tego, co robi, a
płaszcz opinał jej klatkę piersiową, jakby jej podświadomość działała na
autopilocie. Jakby mógł ukryć dokładnie to samo nazwisko wydrukowane na jej koszulce.
Czuła
się idiotycznie. Jak fanka.
Jest dobrze. Wręcz idealnie.
Padma
natychmiast dostrzegła ruch i cicho prychnęła. Wyciągnęła rękę i chwyciła
Hermionę, ciągnąc ją ku trybunom.
—
Chodźmy poszukać Pansy, zanim wszystkie dobrze miejsca będą zajęte i zanim
wpadniesz w spiralę wstydu z powodu fanklubowych potyczek.
Hermiona
przewróciła oczami, ale poszła za nią, a hałas narastał z każdym krokiem.
Pansy
dostrzegły niemal natychmiast — drugi rząd, całkowicie rozłożona, z ogromną
torbą migdałów w czekoladzie balansującą na brzuchu wielkości piłki do koszykówki
i w starej, nieco za małej koszulce z napisem POTTER wyszytym na plecach.
Uniosła
brew, patrząc na koszulkę Hermiony, po czym skinęła głową w stronę przodu
trybun.
—
Hermiono, fanki Malfoya są tam.
Padma
uniosła rękę.
—
Przestań. To dla niej wrażliwy temat.
—
Wrażliwy? Pewnie napisała trzystronicowy esej w obronie prawa do noszenia
nazwiska Malfoya na piersi — powołując się na cztery przepisy i dla
bezpieczeństwa odsyłając do Regulaminu ds. Niewłaściwego Zachowania Seksualnego.
Padma
odwróciła się tak szybko, że o mało nie upuściła różdżki. Ramiona jej drżały,
gdy udawała, że przygląda się najbliższemu wózkowi z kremowym piwem.
Pansy
włożyła migdał do ust i uśmiechnęła się szeroko.
—
Jeśli ktokolwiek potrafi biurokratycznie uzasadnić zauroczenie, to tylko
cholerna Hermiona Granger.
Hermiona
się zarumieniła.
—
To nie… mam ją od dawna. Ze szkoły.
—
Mhm — mruknęła Pansy oschle. — Gdybym nie była mężatką, miałabym o wiele
mocniejsze argumenty. Draco rzeczywiście wygląda świetnie, latając na miotle. Obawiam się, że siedziałabym w
pierwszym rzędzie z resztą jego fanklubu.
Padma
zakrztusiła się śmiechem.
—
Pansy.
—
Co? — Pansy zamrugała, udając niewinność. — Buzują we mnie hormony, ale nie
jestem ślepa.
Hermiona
otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale przerwał jej ryk tłumu.
—
Drużyny na boisko! — ryknął spiker.
Hermiona
ledwo zdążyła usiąść, gdy Pansy objęła dziewczyny ramieniem. Potem powiedziała
zdecydowanie za głośno:
—
Merlinie, mam nadzieję, że jesteś gotowa na uda umięśnione po lataniu.
Całe
ciało Hermiony pokryło się rumieńcem. Skóra, uszy, dusza — wszystko. Patrzyła przed siebie, wiedząc, że gdyby się
wystarczająco skoncentrowała, jej mózg mógłby przestać wyczarowywać bardzo
konkretny obraz Draco Malfoya w ruchu.
Nie
widziała go na miotle od ósmej klasy. Wtedy, gdy siedziała na trybunach z
książką, której absolutnie nie czytała, udając, że nie widzi, jak przecina
powietrze, jakby się do tego urodził. A teraz, lata później, znowu zobaczy go w
locie — jako profesjonalnego zawodnika.
Poczuła
mrowienie na karku.
Założyła
nogę na nogę, starając się sobie tego nie wyobrażać.
Boisko
zadrżało, gdy magiczne wzmacniacze stadionu zawyły sygnały wejściowe. Kibice
natychmiast zaczęli wiwatować i odwrócili się, by spojrzeć na bramę, z której
mieli wylecieć zawodnicy.
—
No to zaczynamy! — rozległ się znajomy głos. — Witamy na corocznym Meczu
Quidditcha pracowników Ministerstwa! Dajcie znać, że tu jesteście!
Lee
Jordan. Oczywiście, że go zaprosili, by komentował. Pierś Hermiony nabrzmiała
czymś, co niebezpiecznie przypominało nostalgię. Nagle wszystko stało się takie
znajome — ryk tłumu, zapach trawy, magia i dreszczyk emocji towarzyszący
obserwowaniu, jak jej przyjaciele wzbijają się w powietrze.
Dziś
nie była tylko doradcą Ministerstwa. Znów była dziewiętnastolatką, kibicującą
chłopakowi, w którym zdecydowanie nie była zakochana.
Tłum
wiwatował, widząc wylatujących z tunelu graczy.
Pierwszy
był Harry, co nie powinno dziwić, powitany gromkimi brawami.
Pansy
złożyła dłonie wokół ust.
—
TAK, DAJESZ, SKARBIE!
Hermiona
skrzywiła się, zasłaniając jedno ucho.
—
Na pewno cię słyszy.
Za
Harrym ruszyła grupa graczy, których Hermiona mgliście kojarzyła z DPPC — Terry
Boot, Michael Corner, Callie Fenwick, a potem Ron, który uśmiechnął się
nieśmiało do tłumu i pomachał, gdy kibice wiwatowali.
Potem
pojawiła się Ginny, wyglądająca jak bogini wojny z mocno splecionym warkoczem i
skupieniem ostrzejszym niż jakikolwiek Auror. W połowie lotu zrobiła beczkę, a
tłum ryknął gromkim śmiechem.
Hermiona
gwizdnęła głośno.
Padma
szturchnęła ją łokciem.
—
Dziesięć galeonów, że strąci kogoś z miotły w ciągu pierwszych dziesięciu
minut.
Hermiona
uśmiechnęła się szeroko.
—
Stoi. Ja daję pięć.
Następnie
wyleciał George Weasley.
Odpalił
fajerwerk w momencie pojawienia się na boisku. Poszybował wysoko nad trybunami,
a potem eksplodował kaskadą złotych iskier tuż nad ich głowami.
A
potem pojawił się Draco.
Wyskoczył
z tunelu, jakby robił to już tysiąc razy — i rzeczywiście tak było. Leciał bez
wysiłku, sprawiając wrażenie, jakby to był instynkt, a nie umiejętności, jakby
magia spływała prosto z jego palców do miotły.
Jego
strój był cały czarny, tak jak pozostałych, ale na nim — w zestawieniu z jego
bladymi włosami, ostrą szczęką i niemożliwie zadowolonym wyrazem twarzy —
wyglądał… niesprawiedliwie.
Tłum
oszalał. Kilka czarownic w sektorze poniżej krzyczało jego imię, gdy
przelatywał obok, a on uprzejmie skinął głową, nie zwalniając.
Hermiona
wstała, zanim zdała sobie sprawę, że się porusza.
A
potem zatoczył koło. Raz. Tym razem wolniej. Odwrócił głowę, rozglądając się po
tłumie, jakby kogoś szukał.
I
wtedy ją zobaczył.
Hermiona
mogłaby przysiąc, że świat na pół sekundy zamilkł.
Jego
wzrok powędrował na jej klatkę piersiową — na koszulkę. Jego nazwisko. Jego
numer. Potem z powrotem na jej twarz.
Uśmiechnął
się. Tylko dla niej.
A
kiedy odwzajemniła uśmiech — jego poszerzył się. Szeroki, promienny i
idiotycznie piękny. Ten rodzaj uśmiechu, który trafiał prosto w klatkę
piersiową i pozostawiał w niej bezgraniczne ciepło.
Potem
puścił oko.
I
tak po prostu Hermiona zapomniała, jak się oddycha.
Potem
bez wysiłku odwrócił się do pozostałych, ustawiając się do wyboru, jakby nie
wylał jej z głowy każdej logicznej myśli.
Hermiona
usiadła zbyt szybko i nic nie powiedziała.
Jej
serce wciąż waliło.
Obrzydliwy, zdradziecki stwór.
Draco
przeleciał przez boisko, wyrównując lot do Olivera Wooda i kiwając głową z tym
swoim irytującym uśmieszkiem. Hermiona obserwowała z trybun, mrużąc oczy.
Zdecydowanie żartowali. Kapitanowie rywalizujących drużyn — oczywiście.
Głos
Lee rozbrzmiał nad głowami, niosąc się echem po stadionie:
—
No dobrze, czarownice, czarodzieje i stażyści, którzy musieliście tu być,
witajcie na corocznym, wiosennym meczu Quidditcha pomiędzy pracownikami
Ministerstwa! Zaczynamy! Kapitanowie drużyn — Potter i Malfoy — zapraszam na
środek pola!
Draco
i Harry rzucili się ku sobie, ściskając dłonie z miną zapowiadającą wojnę. Na
dole sędzia podrzucił monetę wysoko w powietrze. Zakręciła się i wylądowała
prosto na trawie z cichym brzdękiem.
Wskazał
na Draco.
—
Wybierasz.
Głos
Lee rozległ się nad głową:
—
I zaczęło się! Malfoy wybiera jako pierwszy!
Draco
nie wahał się.
—
Weasley. Ginny.
Ginny
zakręciła raz miotłą i podleciała, by do niego dołączyć, uśmiechając się
szeroko do Harry’ego.
—
Mądry wybór. Rozwaliłabym cię.
Potem
szybko dokonano wyborów: Dean, Blaise, Angelina, Theo i George dołączyli do
drużyny Departamentu Magicznych Gier i Sportów. Harry wybrał Rona, Olivera
Wooda, Terry’ego Boota, Michaela Cornera, Callie Fenwick i na końcu Susan
Bones.
Gdy
drużyny ustawiały się w szyku, ich czarne szaty zmieniały się w eleganckie
stroje meczowe — głęboki granat dla DPPC i ciemnozielony ze srebrnymi
wykończeniami dla DMGiS.
Oczywiście
drużyna Malfoya wybrała barwy Slytherinu. Subtelnie, jak zawsze.
Rozległ
się gwizdek i mecz się rozpoczął.
Hermiona
pochyliła się, śledząc wzrokiem miotły rozmywające się na niebie. W niczym nie
przypominało to szkolnych meczów, które pamiętała — szybsze i bardziej intensywne.
Prawie zabójcze. Ledwo nadążała.
Ginny
mknęła po boisku niczym kometa, posyłając kafla bez patrzenia do Angeliny,
która rzuciła go w kierunku bramki, tylko po to, by Oliver Wood zablokował ją w
ostatniej chwili z uśmiechem, krzyczącym ładne
przyłożenie. Ron przechwycił kafla i posłał go z powrotem w głąb boiska.
Michael Corner poszedł w jego ślady, unikając tłuczka Theo i wykonując salto w
powietrzu, popisując się.
Tłum
krzyczał. Padma wrzeszczała. Pansy trzymała obie ręce na brzuchu i krzyczała
coś niestosownego.
Draco
i Harry krążyli nad chaosem z czujnym wzrokiem, obaj wypatrując znicza — i
siebie nawzajem. Byli nieustępliwi. Ich style pięknie się ze sobą
kontrastowały: Harry — zwinny i techniczny; Draco — płynny i wyrachowany.
Wszystko opierało się na przepychaniu i przyciąganiu. Jeden rzucił się do
przodu. Drugi zablokował. Lecieli, jakby próbowali się nawzajem przechytrzyć, a
nie prześcignąć.
W
pewnym momencie Draco przechytrzył przeciwnika, uśmiechając się ironicznie do
Harry’rego i zanurkował, nie patrząc. Harry odpowiedział kilka minut później,
ruszając za nim, zmuszając do zawrócenia i utraty pozycji.
Na
dole George Weasley trafił Callie Fenwick tłuczkiem, który na chwilę wprawił
jej miotłę w ruch wirowy, zanim ta się otrząsnęła. Blaise podał z powrotem do
Ginny, która zdobyła bramkę.
Obie
drużyny kontynuowały zdobywanie goli, idąc łeb w łeb, żadna nie ustępując ani
na krok. Hermiona nie miała pojęcia, jakim cudem nie padali ze zmęczenia.
Wtedy
Draco ruszył.
Nagle
rzucił się do przodu, wpatrując się w coś błyszczącego w pobliżu dalekiego
słupka kosza. Bez wahania poleciał w dół — przyciskając ciało do miotły,
przecinając powietrze niczym rakieta, pędząc za zniczem.
Oliver
Wood również to zauważył i rzucił się do przodu, nie po to, by złapać znicza,
ale by przeciąć drogę Draco. Ruch, który miał go zatrzymać na tyle długo, by
Harry mógł go dogonić. Był mniejszy, skręcał ciszej, ale Draco dominował siłą.
Kiedy Oliver próbował zalecieć mu drogę, Draco zrobił unik i zepchnął
przeciwnika z drogi, zabierając mu potrzebną przestrzeń.
Wtedy
pojawił się Harry, nadlatując z przeciwnej strony.
Hermiona
wstała, zanim zdała sobie sprawę, że się porusza. Serce waliło jej tak głośno,
że niemal zagłuszyło tłum. Zupełnie jak na drugim roku. Harry i Draco, łeb w
łeb, zbliżający się do znicza, jakby to była kwestia życia i śmierci.
Wtedy
Draco przyspieszył, wyprostował ciało i zanurkował.
Hermiona
wstrzymała oddech, gdy chwycił znicz.
Stadion
wokół nich eksplodował. Wiwaty przetoczyły się przez trybuny niczym grzmot, gdy
Draco wzbił się w powietrze, trzymając znicz w wyciągniętej ręce, a złote
skrzydełka wciąż drżały między jego palcami.
A
potem poleciał w jej kierunku.
Nie
do jej sektora. Prosto do niej.
Przeleciał
przez boisko i zawisł przed trybunami, wpatrując się w nią, jakby nikogo innego
tam nie było. Podciągnął rąbek koszulki, by otrzeć twarz, mimowolnie przesuwając
nią po skórze i nieumyślnie odsłaniając bardziej umięśniony brzuch, niż to
dozwolone w miejscach publicznych.
Mózg
Hermiony wyłączył się na sekundę.
Potem
stanął przed nią, schodząc z miotły i wyciągając znicz w jej kierunku.
—
To dla ciebie — powiedział, a lekki uśmieszek błąkał się w kąciku jego ust.
Hermiona
wzięła znicz bez słowa, skrzydełka delikatnie zatrzepotały w jej dłoni. Metal
był ciepły. A może to tylko ona.
Była
prawie pewna, że jej serce wali szybciej niż znicz.
Draco
pochylił się, tylko odrobinę bliżej — na tyle, że widziała leciutką warstewkę
potu na jego skroni, cień uśmiechu na ustach, fakt, że jego wzrok ani razu nie
odrywał się od niej.
—
Po meczu cała drużyna idzie do Złotego Jelenia — mruknął. — Będziesz tam?
Zdołała
skinąć głową.
Spojrzał
w jej oczy jeszcze przez chwilę — wystarczająco długo, by wydawało mu się to
obietnicą — po czym odwrócił się, jednym nieprawdopodobnie płynnym ruchem wsiadł
na miotłę i pomknął z powrotem na boisko.
Hermiona
zapadła się na krześle, ze zniczem wciąż ciepłym w dłoni, i kompletnie nie
miała pojęcia, co zrobić z tym walącym jak dzwon sercem.
~*~*~*~*~*~*~*~
Złoty
Jeleń był wypełniony po brzegi, kipiał energią, jaką może wyczarować tylko
darmowy alkohol i adrenalina po meczu. Ministerstwo stawiało drinki, co
oznaczało, ze Hermiona wypiła już trzeciego. Może czwartego. Trudno powiedzieć.
Na jej obronę, to był właśnie taki tydzień.
Theo
i Blaise byli na scenie, krzycząc i mordując wersję karaoke Toxic Britney Spears. Blaise był kilka
sylab do tyłu. Ginny tańczyła, jakby właśnie wygrała mecz solo, a Hermiona —
wbrew rozsądkowi — dołączyła do niej.
—
Ze smakiem twoich ust, jestem na
przejażdżce. Jesteś toksyczny, zsuwam się…
Ginny
dołączyła do nich w połowie refreny, trzymając w dłoni butelkę kremowego piwa i
wykrzykując każde słowo, jakby od tego zależało jej życie.
Hermiona
śmiała się tak głośno, że o mało nie upuściła szklanki. Pozwoliła się wciągnąć
w rytm, tańcząc między stolikami, niemal wykrzykując słowa piosenki z Ginny, z
rękami nad głową i podskakującymi lokami.
Nigdy nie zrobiłaby tego na trzeźwo.
Za
nimi reszta chłopaków krzyczała o statystykach, markach mioteł i o tym, że
Harry zdecydowanie powinien był
polecieć po lewej podczas ostatniego lotu. Ale Hermiona — pomimo ciepłego
dreszczu w kończynach, muzyki, komfortu tego wszystkiego — wciąż zerkała w
stronę drzwi.
Draco
powiedział, ze tu będzie. Poprosił ją, żeby przyszła.
Więc gdzie on był?
Theo
zsunął się ze sceny i dramatycznym krokiem podszedł do Ginny, chwytając ją za
rękę i podciągając, by dołączyła do niego na kolejną zwrotkę.
Hermiona
roześmiała się bez tchu.
—
Wezmę kolejnego drinka — zawołała, przekrzykując muzykę, nie czekając na
odpowiedź.
Ginny
machnęła jej na pożegnanie bez wahania, wirując, gdy Theo śpiewał wysoki
dźwięk.
Poszła
do baru, lawirując między podchmielonymi stażystami Ministerstwa i bardzo
poważną grą w magiczne rzutki. Zatrzymała barmana, planując prosić o wodę, może
kilka głębokich oddechów i chwilę wytchnienia, by przestać tyle myśleć.
I
właśnie wtedy, niestety, pojawił się Cormac McLaggen.
Oderwał
się od ożywionej rozmowy z Oliverem Woodem i skierował się prosto do niej.
Uśmieszek pojawił się na jego twarzy, zanim jeszcze otworzył usta.
Odwróciła
się, już gotowa do ataku.
—
Hermiona Granger — przywitał się, przeciągając jej imię. Jego wzrok bez cienia
subtelności powędrował w dół, lądując prosto na jej koszulce. — Malfoy, co? Czy
wy… się spotykacie?
Hermiona
odruchowo spojrzała na swoją koszulkę.
—
Och. Nie, nie — mruknęła szybko. — Jesteśmy tylko przyjaciółmi.
Cormac
uniósł brew, wyraźnie nie dowierzając, ale jednocześnie zachwycony pomysłem picia.
Machnął
na barmana lekkim ruchem palców.
—
Dwa drinki, proszę!
Hermiona
otworzyła usta.
—
Właściwie, chciałam napić się wo…
Ale
barman już do nich podszedł, więc Cormac jej przerwał.
—
Poproszę Ognistą Whisky — rzekł z tym samym irytującym uśmieszkiem — a dla niej
Sweetheart Sparkler.
Barman
skinął głową i odszedł, a jego różdżka już rozbłysła, przygotowując brokatowy,
przesłodzony koktajl.
Hermiona
mrugnęła.
—
To… nie to, co ja…
Cormac
uśmiechnął się szeroko.
—
Jest słodki. Jaskraworóżowy, mieniący się, coś, co spodoba się takiej
dziewczynie jak ty.
Uśmiechnęła
się do niego z zaciśniętymi ustami, takim, jaki zazwyczaj rezerwowała dla
członków komisji ministerialnych, rzucających seksistowskimi komentarzami i
dających nieproszone rady.
Odwróciła
się lekko, ponownie wpatrując się w drzwi. Nadal
nie było Draco.
Nie
wiedziała, na co liczyła. Ale cokolwiek to było, na pewno nie na drinki z
cholernym Cormaciem McLaggenem.
Barman
przyniósł ich drinki — Ognistą Whisky Cormaca, i dla Hermiony coś agresywnie
różowego i lśniącego, musującego małymi, cukrowymi serduszkami przy brzegach.
—
Dziękuję — powiedziała uprzejmie, unosząc kieliszek do ust bardziej odruchowo
niż z pożądania.
Cormac
oparł łokieć o blat, zwracając się do niej z uśmiechem, który uruchomił
wszystkie jej wewnętrzne sygnały ostrzegawcze.
—
Więc, słyszałem, że pracujesz jako sekretarka Ministra.
Hermiona
oblizała wargi, a słodycz napoju niemal spowodowała ból zębów.
—
Jestem Starszym Doradcą ds. Polityki Magicznej i Reform — mruknęła szorstko, a
w uśmiechu tliła się irytacja.
Cormac
zdawał się nie zauważać korekty — ani się nią nie przejmować. Pochylił się
lekko.
—
Jasne, jasne. O to mi chodziło.
Zanim
zdążyła uniknąć rozmowy, on kontynuował:
—
Pamiętasz przyjęcie świąteczne u Slughorna?
Hermiona
uniosła brew.
—
Ledwo — wymamrotała sucho jak
pergamin.
Cormac
uśmiechnął się szerzej.
—
Muszę przyznać, że fantastycznie całujesz.
Jej
policzki natychmiast się zarumieniły. Nie z pochlebstwa. Raczej z ukrytego zażenowania.
Jej umysł krzyczał wyjdź, wyjdź, wyjdź,
gdy przybliżył się, najwyraźniej myląc jej milczenie z zachętą.
—
Wiesz — powiedział, a jego głos opadł w ton, który prawdopodobnie uznał za
uwodzicielski — chciałbym cię kiedyś gdzieś zabrać.
Jego
dłoń, która spoczywała na barze, przesunęła się po jego przedramieniu.
Hermiona
zamarła, a jej myśli gorączkowo szukały jakiegoś uprzejmego sposobu, by się
wyplątać. Ale gdy tylko otworzyła usta, by przemówić, tłum wiwatował. Wszystkie
głowy zwróciły się ku drzwiom, a serce Hermiony zabiło mocniej.
Draco
Malfoy stał w wejściu, a jego obecność dominowała w pomieszczeniu. Był ubrany
na czarno, jak zwykle, a długi płaszcz podkreślał jego wysoką, szczupłą
sylwetkę niczym boga Quidditcha. Jego włosy były lekko potargane, jakby
przejechał po nim ręką, ale wyglądały ułożone bez najmniejszego wysiłku.
Hermiona
odwróciła się do Cormaca, nagle zdając sobie sprawę, że długo nie
odpowiedziała. Wyglądał na lekko zirytowanego.
—
No więc? — podpowiedział, unosząc brwi.
—
Prze-przepraszam — wyjąkała. — Nie… jakie było pytanie?
Cormac
zwinął usta, wyraźnie zirytowany.
Wyczuła Draco, zanim go ponownie zobaczyła. Znajome
szarpnięcie za plecy, ruch powietrza, gdy przechodził przez pokój.
Nie
powiedział ani słowa. Po prostu stanął za nią, wyroki i postawny, muskając dłonią
jej szyję i zakładając niesforny loczek za ucho.
Hermiona
odwróciła się i zanim zdążyła się powstrzymać, wtuliła twarz w jego pierś.
Merlinie,
pachniał tak samo jak zawsze. Wiatrem, drogim szamponem, czymś leśnym i
uziemiającym. Jak wspomnienie, bezpieczeństwo i dom.
Jego
ramiona natychmiast ją objęły, kołysząc nimi delikatnie przez chwilę.
Kiedy
się odsunęła, już się do niej uśmiechał.
—
Grałeś dziś tak dobrze — powiedziała, a jej głos był cichszy, niż zamierzała.
Draco
uśmiechnął się ironicznie.
—
Cóż, nie mógłbym zagrać źle, gdy tam byłaś, prawda?
Za
sobą Hermiona niewyraźnie usłyszała dźwięk drinka stawianego na barze. Może
prychnięcie. Może ciche przekleństwo.
Była
zbyt zajęta patrzeniem na Draco.
A
spojrzenie, którym ją obdarzył?
Mówiło
moja, nie wypowiadając ani słowa.
—
Wiesz — zaczął, pochylając się tak, że jego usta niemal musnęły jej ucho —
wyglądasz niesamowicie w tej koszulce.
Potem,
bez pytania, chwycił dwie, nieotwarte butelki kremowego piwa zza lady i skinął
głową, dając znak, by poszła za nim.
—
Chodź.
Mrugnęła.
—
Gdzie idziemy?
Draco
nie odpowiedział. Po prostu splótł swoje palce z jej, odciągając od baru i bez
żadnych problemów poprowadził przez tłum.
Przepchnęli
się obok baru, grupy krzyczącej o wybuchającym steku w kącie i obok kogoś, kto
próbował żonglować trzema kuflami piwa i mu się nie udało. Szła za nim,
unikając łokci i spojrzeń, wciąż trzymając dłoń w jego dłoni, aż dotarli do wąskiego
korytarza ukrytego w głębi pubu.
—
Draco — krzyknęła, powstrzymując się od śmiechu. — Serio, gdzie ty mnie…
Dotarli
do klatki schodowej. Starej, wąskiej i zdecydowanie nieprzeznaczonej dla gości.
Zawahała
się na pierwszym stopniu.
—
Możemy tu być?
—
Nie — odpowiedział, nie puszczając jej, prowadząc po schodach.
Na
górze pchnął stare, drewniane drzwi, których zawiasy zaskrzypiały, jakby nie
były używane od lat.
Przytrzymał
je otwarte, a Hermiona wyszła i natychmiast zapomniała o oddychaniu.
Na
dachu panowała cisza, niczym zaklęta, otulona chłodem. Gwiazdy rozciągały się
bez końca, migocząc na niebie tak czystym, że wydawało się nierealne. W dole
Ulica Pokątna lśniła złotym blaskiem z witryn sklepowych i cichym, odległym
dźwiękiem muzyki z baru na bole.
Zbliżyła
się do krawędzi.
—
Pięknie — powiedziała ledwie słyszalnym szeptem.
Draco
podszedł do niej, oparł łokcie na poręczy i podał jej jedno piwo.
—
Pomyślałem, że ci się spodoba.
Hermiona
wzięła butelkę, jej palce musnęły jego na krótką chwilę, przeszywając ją
impulsem elektrycznym. Nie czuła już nawet zimnego powietrza — jego obecność
wystarczała, by ją rozgrzać. Zapach, który ją otulał: wiatru, lakieru do drewna
i drogiej wody kolońskiej, której używał i która zawsze przyprawiała ją o
głupie, trzepotliwe skurcze żołądka.
—
To niesamowite, Draco — mruknęła, wpatrując się w migoczące światła Ulicy
Pokątnej w dole. — Nie wiedziałam, że z góry widać to wszystko.
Draco
nie patrzył na widok.
Tylko
na nią, jego szare oczy spotkały się z jej miękkością, która sprawiła, że serce
zabiło jej mocniej. Wyciągnął rękę, odgarniając na ramię niesforny loczek,
który wymknął się z jej kucyka, a jego palce zatrzymały się na chwilę na jej
szyi. Zadrżała, nie z zimna, ale od delikatnego dotyku.
Jego
wzrok powędrował na jej koszulkę, a w kąciku ust pojawił się delikatny,
sugestywny uśmiech.
—
Zachowałaś ją — rzekł niskim, ciepłym głosem.
Hermiona
parsknęła cicho.
—
Oczywiście, że tak. Nigdy nie mogłabym się jej pozbyć.
—
Zawsze lepiej na tobie wyglądała — zażartował.
Uśmiechnęła
się, a jej policzki poczerwieniały pomimo lekkiego chłodu w powietrzu.
Spojrzała z powrotem na zaułek, wciąż czując na sobie ciężar jego spojrzenia.
Myśli krążyły, próbując zrozumieć kłębiące się w niej emocje.
Po
chwili zapytała:
—
Skąd w ogóle znasz to miejsce?
Draco
zawahał się, upijając łyk piwa, zanim odpowiedział.
—
Kiedyś tu przychodziłem. Po wojnie. Kiedy potrzebowałem uciec.
Ponownie
na niego zerknęła. Wpatrywał się w miasto, a cienie łagodnie rysowały się na
linii szczęki.
—
Nie byłem zbyt… lubiany — dodał
oschle, ale nie gorzko.
Hermiona
dramatycznie sapnęła.
—
Nie…
Zaśmiał
się z parsknięciem.
—
Ale z ciebie mądrala.
—
Staram się.
Uśmiechnął
się, a potem spoważniał.
—
Było tu cicho. Nikt o tym nie wiedział. Żadnych oczekiwań. Mogłem po prostu…
być sam. Nie miałem kogo bronić ani naprawiać. Nie miałem kogo nienawidzić.
Serce
Hermiony ścisnęło się na dźwięk jego słów. Wiedziała lepiej niż ktokolwiek
inny, jaki ciężar niósł ze sobą wybór, którego musiał dokonać podczas wojny — a
raczej wybór, którego dokonano za niego.
Rozumiała,
co miał na myśli. Co to znaczy urodzić się w niewłaściwej historii. Dostać
rolę, o którą się nigdy nie prosiło i od której i tak oczekiwało się, że się ją
odegra.
—
Przykro mi, Draco. Ja…
—
Nic nie szkodzi. — Pokręcił głową, odwracając się lekko ku niej. — Zachowałem się jak palant. Sam to
powiedziałeś.
Zaśmiała
się niechętnie.
—
Cóż. Nie wprost.
Odwrócił
się do niej twarzą, wpatrując się w nią.
—
Ale nawet wtedy, gdy wszyscy inni myśleli, że nie ma dla mnie ratunku… ty nie.
Dostrzegałaś we mnie coś. Kiedy naprawdę nie powinnaś.
Hermionie
zaparło dech w piersiach, serce waliło, gdy spojrzała mu w oczy. Stali teraz
tak blisko, że dostrzegła w nich szare i niebieskie plamki. Zrobił krok ku niej
i przełknęła ślinę.
Wzrok
Draco powędrował na jej usta i pochylił się, jego twarz była tak blisko, że
czuła oddech muskający skórę. Puls przyspieszył, a ciało wibrowało z
niecierpliwości. Pragnęła tego — pragnęła
jego.
Drzwi
na dach zaskrzypiały i otworzyły się za nimi.
—
Och — rozległ się gładki, słodki głos. — Wiedziałam, że cię tu znajdę, Draco.
Hermiona
zamrugała i natychmiast zesztywniała.
Astoria
Greengrass stała w drzwiach, opierając delikatnie jedną dłoń o framugę, jakby przypadkiem
na nie wpadła. Jej uśmiech przepełniał elegancki urok, a ton głosu był wystarczająco
ciepły, by uchodzić za przyjemny.
Draco
wyprostował się, zaciskając lekko szczękę. Hermiona ostrożnie cofnęła się o
krok, puls wciąż dudnił jej w uszach.
—
No cóż — powiedziała Astoria lekko, z lekko udawaną obojętnością. — Nie
wiedziałam, że zabierasz ze sobą osoby towarzyszące, Draco.
—
Chyba pójdę na dół — rzekła Hermiona, spokojnym głosem mimo gorąca bijącego w
twarz. — Robi się chłodno.
Draco
nie poruszył się, by ją zatrzymać. Patrzył tylko, jak przemyka obok niego i
wraca do drzwi, a jego dłoń wciąż była ciepła w miejscu, w którym ją trzymał.
______________
Witajcie :) w piątkowy wieczór zapraszam na kolejny rozdział tłumaczenia. W tym trochę się podziało i powoli nakreśla się akcja. Dajcie znać jak wrażenia.
Na dwa ostatnie rozdziały zapraszam w święta.
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Wesołych Świąt i dużo wypoczynku!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)