piątek, 3 kwietnia 2026

[T] Promyk radości: Rozdział 2

Hermiona stanęła przed lustrem, marszcząc brwi na widok dwóch loków, które najwyraźniej podpisały pakt z diabłem. Spróbowała je wygładzić. Natychmiast się zbuntowały, niczym maleńkie, kręcone anarchistki bez szacunku dla porządku.

— Zdrajczynie — mruknęła, wpychając je w kucyk, jakby to miało magicznie naprawić wszystko, co zepsuło dzisiejszy dzień.

Nie naprawiło. Ale prawie.

Cofnęła się o krok, przyglądając się swojemu odbiciu.

Nieźle. Może trochę za dużo wysiłku, jak na oglądanie dorosłych ludzi rzucających w siebie piłkami, siedzących na miotłach, ale mniejsza z tym. Nie robiła tego z konkretnego powodu.

Ani dla konkretnej osoby.

Zdecydowanie nie z jego powodu.

Nie miało to absolutnie nic wspólnego — totalnie nic — z pewnym Szukającym, którego twarz wyglądała tak, jakby wyrzeźbili ją mściwi rzeźbiarze z epoki renesansu.

Po prostu chciała ładnie wyglądać. Zupełnie normalne, całkowicie racjonalne pragnienie.

W jej sypialni Padma leżała rozciągnięta na łóżku Hermiony niczym znudzona rozgwiazda, trzymając nad głową mugolskie czasopismo o modzie.

— Z jakiegoś konkretnego powodu poświęcasz tyle czasu na przygotowania? — zapytała Padma, wciąż wpatrując się w stronę. — Hmm?

— Wybacz, że chcę się dobrze prezentować przed połową Ministerstwa.

Padma obrzuciła ją leniwym spojrzeniem i uśmiechnęła się złośliwie.

— Mhm. Stroisz się… na mecz Quidditcha. Możliwe, że dla konkretnego gracza, prawda?

Hermiona skrzyżowała ramiona.

— Nie, Padmo. Nie bądź śmieszna. Po prostu chcę ładnie wyglądać, to wszystko.

Padma mruknęła, otwierając pasek zapachowy i pocierając nim nadgarstek.

— Racja. Po prostu ładnie wyglądać. Nie dla kogoś. Zdecydowanie nie dla takiego jednego wysokiego blondyna, który…

Hermiona przewróciła oczami i uciekła do garderoby, zamykając za sobą drzwi, zanim Padma zdążyła dokończyć teorię, którą tak wyraźnie pragnęła wypowiedzieć na głos.

Wnętrze pomieszczenia było tak dopracowane, jak reszta jej życia — bluzki krzyczące mam ogarnięte życie, marynarki w odcieniach szarości i granatu oraz robocze szaty od Ministerstwa. Wszystko idealnie praktyczne. I kompletnie wyczerpujące.

Ominęła je bez wahania.

Z szuflady wyciągnęła swoje ulubione, mugolskiej dżinsy — miękkie, rozchodzone i całkowicie pozbawione zawodowych ambicji — oraz koszulkę z długim rękawem, która pachniała weekendem i komfortem. Włożyła je, ponownie przesunęła dłonią po kucyku (jakimś cudem wciąż się trzymał) i sięgnęła po płaszcz.

Puk, puk.

Zatrzymała się, jedną rękę w połowie wsuwając w rękaw. Zmarszczyła brwi.

— Myślałam, że Pansy spotka się z nami na boisku.

Padma wzruszyła ramionami, trzymając magazyn pionowo, i powąchała nadgarstek.

— Może zmieniła zdanie. Wiemy, że jest nieprzewidywalna.

Hermiona prychnęła.

— No co ty nie powiesz…

Przeszła boso przez mieszkanie, siłując się z rękawem, i szarpnięciem otworzyła drzwi wejściowe, natychmiast zapominając, jak się oddycha.

Nikogo tam nie było. Ani jednej duszy w zasięgu wzroku.

Tylko największy i najpiękniejszy bukiet kwiatów, jaki Hermiona kiedykolwiek widziała.

Poprawka: bukiet. Przez duże B. Taki, w który ktoś włożył mnóstwo pracy.

Różowy, maślany, lawendowy, blady błękit i miętowa zieleń — każdy kwiat delikatny i idealnie ułożony, jakby sama wiosna zatrzymała się u jej progu.

Między łodygami znajdowała się elegancka, czarna koperta.

Hermionie opadła szczęka.

— To była Pansy? — leniwy głos Padmy dobiegł gdzieś zza jej pleców.

Hermiona nie odpowiedziała. Pokręciła tylko głową i niezgrabnie się pochyliła, jak ktoś, kto od miesięcy nie podnosił niczego cięższego niż stos akt, i podniosła bukiet. Był cięższy, niż się spodziewała, i o mało go nie przewróciła, żonglując ogromnymi łodygami w obu rękach, gdy stopą zamknęła za sobą drzwi.

Zaniosła go na kuchenny blat, uważając, by nie zgnieść płatków ocierających się o jej ramiona, i postawiła go delikatnie, jakby mógł eksplodować, gdyby go niewłaściwie potraktowano.

Padma pojawiła się w drzwiach, spojrzała i zamarła.

Hermiono — powiedziała powoli, jakby jej myśli się ładowały. — Kto… kto przysłał ci połowę kwiaciarni?

Hermiona wysunęła kopertę spomiędzy łodyg, muskając palcami pieczęć. Jej imię było napisane odręcznym charakterem pisma, który znała aż za dobrze.

Zawahała się.

Potem zerwała pieczęć.

W środku znajdowała się gruba, czarna kartka. A na niej notatka. Krótka. Schludna. Napisana tym samym charakterem pisma, który nawiedzał pewien bardzo specyficzny — i głęboko kłopotliwy — zakątek jej umysłu.

 

Skoro byłaś tak pewna, że nie postawisz na moją drużynę, pomyślałem, że spróbuję przekonać Cię do lojalności w staromodny sposób. Bez presji, ale słyszałem, że niektórzy zawodnicy grają lepiej, gdy ich amulety są na trybunach.

Dla mojego amuletu.

- D.M.

 

Hermiona wpatrywała się w notatkę.

Jej żołądek wykonał pełne salto — trzepoczący, zdradliwy skurcz, który natychmiast ją zdradził.

Jej policzki się zarumieniły, bo oczywiście powinny.

Sześć lat…

Sześć lat. Tyle to trwało — cokolwiek to było. Sześć lat pisania długich listów, nocnych rozmów przez Sieć Fiuu i powoli rozwijającej się przyjaźni, która prawdopodobnie miała jakąś etykietkę ostrzegawczą. Ciche kolacje, gdy świat stawał się zbyt głośny. Żarty dla wtajemniczonych. Starannie zapakowane prezenty urodzinowe. Prawie tysiąc prezentów. I ani razu żadne z nich nie powiedziało tego, co tliło się tuż pod powierzchnią.

Gdyby coś do niej czuł, tak naprawdę, z pewnością już by to wyznał.

Prawda?

Z drugiej strony… ona też nic nie powiedziała.

Ta myśl osiadła gdzieś głęboko w jej piersi, natarczywa i niemożliwa do zignorowania. Przeczytała list ponownie, jakby miał się przekształcić w wyznanie. Albo instrukcję obsługi. Lub dosłownie cokolwiek innego niż trzy irytująco niejasne linijki uroczej dwuznaczności.

Dla mojego amuletu.

Czy on był bezczelny? Szczery? Flirtował? Czy po prostu był… Draco?

Ziemia do Hermiony — powiedziała Padma, machając teatralnie rękami. — Od kogo są te kwiaty?

Hermiona zamrugała, zaskoczona. Nie odpowiedziała wystarczająco szybko.

Padma, oczywiście, zrobiła to, co potrafiła najlepiej — wyrwała kartkę z oszołomionych rąk Hermiony i przeczytała ją na głos z westchnieniem godnym przedstawienia teatralnego.

Dla mojego amuletu?! Na obwisłe bokserki Merlina! Wiedziałam! — Obróciła się, machając kartką w powietrzu jak flagą zwycięstwa. — Ten facet nie wierzy w subtelność.

Hermiona roześmiała się wbrew sobie.

— Mówiłam ci! Mówiłam ci! Nazwij mnie jasnowidzem. Jestem praktycznie ludzką myślodsiewnią.

— On po prostu… — Hermiona rzuciła się na kartkę i chybiła — próbuje być zabawny.

— Na tyle zabawny, że aż zwala cię z nóg. — Padma cofnęła się, trzymając kartkę poza zasięgiem. — Szczerze mówiąc, nie wiem, jak to możliwe, że nie podejmujesz z nim wątpliwych decyzji życiowych. Czy to jakaś gryfońska odroczona gratyfikacja?

Hermiona machnęła ręką w powietrzu po raz ostatni, poddała się i odwróciła — z rękami na biodrach, z płonącą ze wstydu twarzą.

— Jesteś nie do zniesienia — mruknęła.

Ale nie poprosiła ponownie o zwrot kartki. Głównie dlatego, że nie ufała swojemu wyrazowi twarzy, że jej nie zdradzi.

Ale nie mogła przestać myśleć o kartce. O jej treści.

Dla mojego amuletu.

Pamiętał.

Wciąż nieco oszołomiona Hermiona wróciła do swojej sypialni. Uklękła przed komodą i wysunęła dolną szufladę.

Była tam. Złożona, wyblakła, idealnie zachowana czarna koszulka do Quidditcha. Materiał miękki od starości. Napis wciąż nienaruszony.

 

MALFOY

7

 

Widok tej koszulki uderzył ją jak wspomnienie, którego nie zdawała sobie sprawy, że wciąż nosi w sercu.

Ósmy rok. Późne wieczory w Wieży Astronomicznej. Ciche rozmowy na pustych korytarzach. Wieczór przed jego pierwszym meczem jako kapitana drużyny — kiedy wręczył jej koszulkę bez żadnego wyjaśnienia. Pomijając nabazgraną notatkę wszytą od środka.

 

Wszystko zazwyczaj układa się lepiej, kiedy tam jesteś.

Przyjdź na mecz. Bądź moim amuletem.

 

Zatrzymała ją. Założyła ją. Następnego dnia krzyczała tak głośno, że aż ochrypła na trybunach, wmawiając sobie, że to nic nie znaczy.

A teraz, lata później, pamiętał.

Hermiona założyła koszulkę przez głowę, wygładzając ją na biuście. Była na nią zdecydowanie za duża — sięgała jej aż za biodra, rękawy pochłaniały połowę jej dłoni. I uwielbiała ją. Ciepłą i znajomą. Jak on.

Serce wciąż waliło, ale je zignorowała, skupiając się na ciężarze materiału, na tym, jak ją otulał, jakby dokładnie wiedział, gdzie jest jego miejsce.

Kiedy wróciła do głównego pomieszczenia, Padma otworzyła usta, gotowa do komentarza.

— Nie — powiedziała Hermiona, chwytając różdżkę i płaszcz, nie zwalniając kroku.

Padma uśmiechnęła się szeroko.

— Chodźmy, Amulecie.

Razem poszły do punktu aportacyjnego.

Z cichym trzaskiem aportowały się na stadion Quidditcha Cromwella — rezerwowego boiska Pustułek z Kenmare tuż pod Londynem.

Natychmiast uderzyła w nie ściana dźwięku: śmiech, krzyki, pisk magicznych petard, które rozbrzmiewały w nieskończonej pętli drużynowego skandowania. W powietrzu unosił się zapach prażonych orzechów i kremowego piwa. Nad głowami, niczym komety po wiosennym, błękitnym niebie, śmigały miotły, przygotowujące się do pierwszych meczów.

Technicznie rzecz biorąc, to był tylko mecz charytatywny Ministerstwa. Realistycznie rzecz biorąc, panował chaos. Przyszli prawie wszyscy. Niektórzy mieli na twarzach zaczarowane napisy z nazwami departamentów, inni nosili koszulki z wizerunkami swoich ulubionych zawodników. Kilku bardzo entuzjastycznych kibiców machało Wrzeszczącymi Zniczami, irytująco głośnymi, magicznymi, hałaśliwymi stworami, które piszczały za każdym razem, gdy drużyna choćby westchnęła w pobliżu bramki.

Padma już się uśmiechała.

— Tak to jest, kiedy daje się urzędnikom państwowym darmowy alkohol i okazję do rywalizacji.

Hermiona nie odpowiedziała. Jej wzrok utkwił się w grupce kobiet w pierwszym rzędzie — śmiejących się głośno i durnie, ubranych w jednakowe koszulki.

Wszystkie były takie same: MALFOY, w srebrze. Z numerem 7 pod spodem.

Usztywniło ją.

Astoria Greengrass była wśród nich. Idealna postawa, idealne włosy i opanowanie, które sprawiało, że Hermiona od razu czuła się niedostatecznie ubrana i przesadnie zaangażowana. Była dziewczyna Draco. Oczywiście, że przyszła.

Hermiona założyła ręce na piersi, zanim w ogóle zdała sobie sprawę z tego, co robi, a płaszcz opinał jej klatkę piersiową, jakby jej podświadomość działała na autopilocie. Jakby mógł ukryć dokładnie to samo nazwisko wydrukowane na jej koszulce.

Czuła się idiotycznie. Jak fanka.

Jest dobrze. Wręcz idealnie.

Padma natychmiast dostrzegła ruch i cicho prychnęła. Wyciągnęła rękę i chwyciła Hermionę, ciągnąc ją ku trybunom.

— Chodźmy poszukać Pansy, zanim wszystkie dobrze miejsca będą zajęte i zanim wpadniesz w spiralę wstydu z powodu fanklubowych potyczek.

Hermiona przewróciła oczami, ale poszła za nią, a hałas narastał z każdym krokiem.

Pansy dostrzegły niemal natychmiast — drugi rząd, całkowicie rozłożona, z ogromną torbą migdałów w czekoladzie balansującą na brzuchu wielkości piłki do koszykówki i w starej, nieco za małej koszulce z napisem POTTER wyszytym na plecach.

Uniosła brew, patrząc na koszulkę Hermiony, po czym skinęła głową w stronę przodu trybun.

— Hermiono, fanki Malfoya są tam.

Padma uniosła rękę.

— Przestań. To dla niej wrażliwy temat.

— Wrażliwy? Pewnie napisała trzystronicowy esej w obronie prawa do noszenia nazwiska Malfoya na piersi — powołując się na cztery przepisy i dla bezpieczeństwa odsyłając do Regulaminu ds. Niewłaściwego Zachowania Seksualnego.

Padma odwróciła się tak szybko, że o mało nie upuściła różdżki. Ramiona jej drżały, gdy udawała, że przygląda się najbliższemu wózkowi z kremowym piwem.

Pansy włożyła migdał do ust i uśmiechnęła się szeroko.

— Jeśli ktokolwiek potrafi biurokratycznie uzasadnić zauroczenie, to tylko cholerna Hermiona Granger.

Hermiona się zarumieniła.

— To nie… mam ją od dawna. Ze szkoły.

— Mhm — mruknęła Pansy oschle. — Gdybym nie była mężatką, miałabym o wiele mocniejsze argumenty. Draco rzeczywiście wygląda świetnie, latając na miotle. Obawiam się, że siedziałabym w pierwszym rzędzie z resztą jego fanklubu.

Padma zakrztusiła się śmiechem.

— Pansy.

— Co? — Pansy zamrugała, udając niewinność. — Buzują we mnie hormony, ale nie jestem ślepa.

Hermiona otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale przerwał jej ryk tłumu.

— Drużyny na boisko! — ryknął spiker.

Hermiona ledwo zdążyła usiąść, gdy Pansy objęła dziewczyny ramieniem. Potem powiedziała zdecydowanie za głośno:

— Merlinie, mam nadzieję, że jesteś gotowa na uda umięśnione po lataniu.

Całe ciało Hermiony pokryło się rumieńcem. Skóra, uszy, dusza — wszystko. Patrzyła przed siebie, wiedząc, że gdyby się wystarczająco skoncentrowała, jej mózg mógłby przestać wyczarowywać bardzo konkretny obraz Draco Malfoya w ruchu.

Nie widziała go na miotle od ósmej klasy. Wtedy, gdy siedziała na trybunach z książką, której absolutnie nie czytała, udając, że nie widzi, jak przecina powietrze, jakby się do tego urodził. A teraz, lata później, znowu zobaczy go w locie — jako profesjonalnego zawodnika.

Poczuła mrowienie na karku.

Założyła nogę na nogę, starając się sobie tego nie wyobrażać.

Boisko zadrżało, gdy magiczne wzmacniacze stadionu zawyły sygnały wejściowe. Kibice natychmiast zaczęli wiwatować i odwrócili się, by spojrzeć na bramę, z której mieli wylecieć zawodnicy.

— No to zaczynamy! — rozległ się znajomy głos. — Witamy na corocznym Meczu Quidditcha pracowników Ministerstwa! Dajcie znać, że tu jesteście!

Lee Jordan. Oczywiście, że go zaprosili, by komentował. Pierś Hermiony nabrzmiała czymś, co niebezpiecznie przypominało nostalgię. Nagle wszystko stało się takie znajome — ryk tłumu, zapach trawy, magia i dreszczyk emocji towarzyszący obserwowaniu, jak jej przyjaciele wzbijają się w powietrze.

Dziś nie była tylko doradcą Ministerstwa. Znów była dziewiętnastolatką, kibicującą chłopakowi, w którym zdecydowanie nie była zakochana.

Tłum wiwatował, widząc wylatujących z tunelu graczy.

Pierwszy był Harry, co nie powinno dziwić, powitany gromkimi brawami.

Pansy złożyła dłonie wokół ust.

— TAK, DAJESZ, SKARBIE!

Hermiona skrzywiła się, zasłaniając jedno ucho.

— Na pewno cię słyszy.

Za Harrym ruszyła grupa graczy, których Hermiona mgliście kojarzyła z DPPC — Terry Boot, Michael Corner, Callie Fenwick, a potem Ron, który uśmiechnął się nieśmiało do tłumu i pomachał, gdy kibice wiwatowali.

Potem pojawiła się Ginny, wyglądająca jak bogini wojny z mocno splecionym warkoczem i skupieniem ostrzejszym niż jakikolwiek Auror. W połowie lotu zrobiła beczkę, a tłum ryknął gromkim śmiechem.

Hermiona gwizdnęła głośno.

Padma szturchnęła ją łokciem.

— Dziesięć galeonów, że strąci kogoś z miotły w ciągu pierwszych dziesięciu minut.

Hermiona uśmiechnęła się szeroko.

— Stoi. Ja daję pięć.

Następnie wyleciał George Weasley.

Odpalił fajerwerk w momencie pojawienia się na boisku. Poszybował wysoko nad trybunami, a potem eksplodował kaskadą złotych iskier tuż nad ich głowami.

A potem pojawił się Draco.

Wyskoczył z tunelu, jakby robił to już tysiąc razy — i rzeczywiście tak było. Leciał bez wysiłku, sprawiając wrażenie, jakby to był instynkt, a nie umiejętności, jakby magia spływała prosto z jego palców do miotły.

Jego strój był cały czarny, tak jak pozostałych, ale na nim — w zestawieniu z jego bladymi włosami, ostrą szczęką i niemożliwie zadowolonym wyrazem twarzy — wyglądał… niesprawiedliwie.

Tłum oszalał. Kilka czarownic w sektorze poniżej krzyczało jego imię, gdy przelatywał obok, a on uprzejmie skinął głową, nie zwalniając.

Hermiona wstała, zanim zdała sobie sprawę, że się porusza.

A potem zatoczył koło. Raz. Tym razem wolniej. Odwrócił głowę, rozglądając się po tłumie, jakby kogoś szukał.

I wtedy ją zobaczył.

Hermiona mogłaby przysiąc, że świat na pół sekundy zamilkł.

Jego wzrok powędrował na jej klatkę piersiową — na koszulkę. Jego nazwisko. Jego numer. Potem z powrotem na jej twarz.

Uśmiechnął się. Tylko dla niej.

A kiedy odwzajemniła uśmiech — jego poszerzył się. Szeroki, promienny i idiotycznie piękny. Ten rodzaj uśmiechu, który trafiał prosto w klatkę piersiową i pozostawiał w niej bezgraniczne ciepło.

Potem puścił oko.

I tak po prostu Hermiona zapomniała, jak się oddycha.

Potem bez wysiłku odwrócił się do pozostałych, ustawiając się do wyboru, jakby nie wylał jej z głowy każdej logicznej myśli.

Hermiona usiadła zbyt szybko i nic nie powiedziała.

Jej serce wciąż waliło.

Obrzydliwy, zdradziecki stwór.

Draco przeleciał przez boisko, wyrównując lot do Olivera Wooda i kiwając głową z tym swoim irytującym uśmieszkiem. Hermiona obserwowała z trybun, mrużąc oczy. Zdecydowanie żartowali. Kapitanowie rywalizujących drużyn — oczywiście.

Głos Lee rozbrzmiał nad głowami, niosąc się echem po stadionie:

— No dobrze, czarownice, czarodzieje i stażyści, którzy musieliście tu być, witajcie na corocznym, wiosennym meczu Quidditcha pomiędzy pracownikami Ministerstwa! Zaczynamy! Kapitanowie drużyn — Potter i Malfoy — zapraszam na środek pola!

Draco i Harry rzucili się ku sobie, ściskając dłonie z miną zapowiadającą wojnę. Na dole sędzia podrzucił monetę wysoko w powietrze. Zakręciła się i wylądowała prosto na trawie z cichym brzdękiem.

Wskazał na Draco.

— Wybierasz.

Głos Lee rozległ się nad głową:

— I zaczęło się! Malfoy wybiera jako pierwszy!

Draco nie wahał się.

— Weasley. Ginny.

Ginny zakręciła raz miotłą i podleciała, by do niego dołączyć, uśmiechając się szeroko do Harry’ego.

— Mądry wybór. Rozwaliłabym cię.

Potem szybko dokonano wyborów: Dean, Blaise, Angelina, Theo i George dołączyli do drużyny Departamentu Magicznych Gier i Sportów. Harry wybrał Rona, Olivera Wooda, Terry’ego Boota, Michaela Cornera, Callie Fenwick i na końcu Susan Bones.

Gdy drużyny ustawiały się w szyku, ich czarne szaty zmieniały się w eleganckie stroje meczowe — głęboki granat dla DPPC i ciemnozielony ze srebrnymi wykończeniami dla DMGiS.

Oczywiście drużyna Malfoya wybrała barwy Slytherinu. Subtelnie, jak zawsze.

Rozległ się gwizdek i mecz się rozpoczął.

Hermiona pochyliła się, śledząc wzrokiem miotły rozmywające się na niebie. W niczym nie przypominało to szkolnych meczów, które pamiętała — szybsze i bardziej intensywne. Prawie zabójcze. Ledwo nadążała.

Ginny mknęła po boisku niczym kometa, posyłając kafla bez patrzenia do Angeliny, która rzuciła go w kierunku bramki, tylko po to, by Oliver Wood zablokował ją w ostatniej chwili z uśmiechem, krzyczącym ładne przyłożenie. Ron przechwycił kafla i posłał go z powrotem w głąb boiska. Michael Corner poszedł w jego ślady, unikając tłuczka Theo i wykonując salto w powietrzu, popisując się.

Tłum krzyczał. Padma wrzeszczała. Pansy trzymała obie ręce na brzuchu i krzyczała coś niestosownego.

Draco i Harry krążyli nad chaosem z czujnym wzrokiem, obaj wypatrując znicza — i siebie nawzajem. Byli nieustępliwi. Ich style pięknie się ze sobą kontrastowały: Harry — zwinny i techniczny; Draco — płynny i wyrachowany. Wszystko opierało się na przepychaniu i przyciąganiu. Jeden rzucił się do przodu. Drugi zablokował. Lecieli, jakby próbowali się nawzajem przechytrzyć, a nie prześcignąć.

W pewnym momencie Draco przechytrzył przeciwnika, uśmiechając się ironicznie do Harry’rego i zanurkował, nie patrząc. Harry odpowiedział kilka minut później, ruszając za nim, zmuszając do zawrócenia i utraty pozycji.

Na dole George Weasley trafił Callie Fenwick tłuczkiem, który na chwilę wprawił jej miotłę w ruch wirowy, zanim ta się otrząsnęła. Blaise podał z powrotem do Ginny, która zdobyła bramkę.

Obie drużyny kontynuowały zdobywanie goli, idąc łeb w łeb, żadna nie ustępując ani na krok. Hermiona nie miała pojęcia, jakim cudem nie padali ze zmęczenia.

Wtedy Draco ruszył.

Nagle rzucił się do przodu, wpatrując się w coś błyszczącego w pobliżu dalekiego słupka kosza. Bez wahania poleciał w dół — przyciskając ciało do miotły, przecinając powietrze niczym rakieta, pędząc za zniczem.

Oliver Wood również to zauważył i rzucił się do przodu, nie po to, by złapać znicza, ale by przeciąć drogę Draco. Ruch, który miał go zatrzymać na tyle długo, by Harry mógł go dogonić. Był mniejszy, skręcał ciszej, ale Draco dominował siłą. Kiedy Oliver próbował zalecieć mu drogę, Draco zrobił unik i zepchnął przeciwnika z drogi, zabierając mu potrzebną przestrzeń.

Wtedy pojawił się Harry, nadlatując z przeciwnej strony.

Hermiona wstała, zanim zdała sobie sprawę, że się porusza. Serce waliło jej tak głośno, że niemal zagłuszyło tłum. Zupełnie jak na drugim roku. Harry i Draco, łeb w łeb, zbliżający się do znicza, jakby to była kwestia życia i śmierci.

Wtedy Draco przyspieszył, wyprostował ciało i zanurkował.

Hermiona wstrzymała oddech, gdy chwycił znicz.

Stadion wokół nich eksplodował. Wiwaty przetoczyły się przez trybuny niczym grzmot, gdy Draco wzbił się w powietrze, trzymając znicz w wyciągniętej ręce, a złote skrzydełka wciąż drżały między jego palcami.

A potem poleciał w jej kierunku.

Nie do jej sektora. Prosto do niej.

Przeleciał przez boisko i zawisł przed trybunami, wpatrując się w nią, jakby nikogo innego tam nie było. Podciągnął rąbek koszulki, by otrzeć twarz, mimowolnie przesuwając nią po skórze i nieumyślnie odsłaniając bardziej umięśniony brzuch, niż to dozwolone w miejscach publicznych.

Mózg Hermiony wyłączył się na sekundę.

Potem stanął przed nią, schodząc z miotły i wyciągając znicz w jej kierunku.

— To dla ciebie — powiedział, a lekki uśmieszek błąkał się w kąciku jego ust.

Hermiona wzięła znicz bez słowa, skrzydełka delikatnie zatrzepotały w jej dłoni. Metal był ciepły. A może to tylko ona.

Była prawie pewna, że jej serce wali szybciej niż znicz.

Draco pochylił się, tylko odrobinę bliżej — na tyle, że widziała leciutką warstewkę potu na jego skroni, cień uśmiechu na ustach, fakt, że jego wzrok ani razu nie odrywał się od niej.

— Po meczu cała drużyna idzie do Złotego Jelenia — mruknął. — Będziesz tam?

Zdołała skinąć głową.

Spojrzał w jej oczy jeszcze przez chwilę — wystarczająco długo, by wydawało mu się to obietnicą — po czym odwrócił się, jednym nieprawdopodobnie płynnym ruchem wsiadł na miotłę i pomknął z powrotem na boisko.

Hermiona zapadła się na krześle, ze zniczem wciąż ciepłym w dłoni, i kompletnie nie miała pojęcia, co zrobić z tym walącym jak dzwon sercem.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Złoty Jeleń był wypełniony po brzegi, kipiał energią, jaką może wyczarować tylko darmowy alkohol i adrenalina po meczu. Ministerstwo stawiało drinki, co oznaczało, ze Hermiona wypiła już trzeciego. Może czwartego. Trudno powiedzieć. Na jej obronę, to był właśnie taki tydzień.

Theo i Blaise byli na scenie, krzycząc i mordując wersję karaoke Toxic Britney Spears. Blaise był kilka sylab do tyłu. Ginny tańczyła, jakby właśnie wygrała mecz solo, a Hermiona — wbrew rozsądkowi — dołączyła do niej.

Ze smakiem twoich ust, jestem na przejażdżce. Jesteś toksyczny, zsuwam się…

Ginny dołączyła do nich w połowie refreny, trzymając w dłoni butelkę kremowego piwa i wykrzykując każde słowo, jakby od tego zależało jej życie.

Hermiona śmiała się tak głośno, że o mało nie upuściła szklanki. Pozwoliła się wciągnąć w rytm, tańcząc między stolikami, niemal wykrzykując słowa piosenki z Ginny, z rękami nad głową i podskakującymi lokami.

Nigdy nie zrobiłaby tego na trzeźwo.

Za nimi reszta chłopaków krzyczała o statystykach, markach mioteł i o tym, że Harry zdecydowanie powinien był polecieć po lewej podczas ostatniego lotu. Ale Hermiona — pomimo ciepłego dreszczu w kończynach, muzyki, komfortu tego wszystkiego — wciąż zerkała w stronę drzwi.

Draco powiedział, ze tu będzie. Poprosił ją, żeby przyszła.

Więc gdzie on był?

Theo zsunął się ze sceny i dramatycznym krokiem podszedł do Ginny, chwytając ją za rękę i podciągając, by dołączyła do niego na kolejną zwrotkę.

Hermiona roześmiała się bez tchu.

— Wezmę kolejnego drinka — zawołała, przekrzykując muzykę, nie czekając na odpowiedź.

Ginny machnęła jej na pożegnanie bez wahania, wirując, gdy Theo śpiewał wysoki dźwięk.

Poszła do baru, lawirując między podchmielonymi stażystami Ministerstwa i bardzo poważną grą w magiczne rzutki. Zatrzymała barmana, planując prosić o wodę, może kilka głębokich oddechów i chwilę wytchnienia, by przestać tyle myśleć.

I właśnie wtedy, niestety, pojawił się Cormac McLaggen.

Oderwał się od ożywionej rozmowy z Oliverem Woodem i skierował się prosto do niej. Uśmieszek pojawił się na jego twarzy, zanim jeszcze otworzył usta.

Odwróciła się, już gotowa do ataku.

— Hermiona Granger — przywitał się, przeciągając jej imię. Jego wzrok bez cienia subtelności powędrował w dół, lądując prosto na jej koszulce. — Malfoy, co? Czy wy… się spotykacie?

Hermiona odruchowo spojrzała na swoją koszulkę.

— Och. Nie, nie — mruknęła szybko. — Jesteśmy tylko przyjaciółmi.

Cormac uniósł brew, wyraźnie nie dowierzając, ale jednocześnie zachwycony pomysłem picia.

Machnął na barmana lekkim ruchem palców.

— Dwa drinki, proszę!

Hermiona otworzyła usta.

— Właściwie, chciałam napić się wo…

Ale barman już do nich podszedł, więc Cormac jej przerwał.

— Poproszę Ognistą Whisky — rzekł z tym samym irytującym uśmieszkiem — a dla niej Sweetheart Sparkler.

Barman skinął głową i odszedł, a jego różdżka już rozbłysła, przygotowując brokatowy, przesłodzony koktajl.

Hermiona mrugnęła.

— To… nie to, co ja…

Cormac uśmiechnął się szeroko.

— Jest słodki. Jaskraworóżowy, mieniący się, coś, co spodoba się takiej dziewczynie jak ty.

Uśmiechnęła się do niego z zaciśniętymi ustami, takim, jaki zazwyczaj rezerwowała dla członków komisji ministerialnych, rzucających seksistowskimi komentarzami i dających nieproszone rady.

Odwróciła się lekko, ponownie wpatrując się w drzwi. Nadal nie było Draco.

Nie wiedziała, na co liczyła. Ale cokolwiek to było, na pewno nie na drinki z cholernym Cormaciem McLaggenem.

Barman przyniósł ich drinki — Ognistą Whisky Cormaca, i dla Hermiony coś agresywnie różowego i lśniącego, musującego małymi, cukrowymi serduszkami przy brzegach.

— Dziękuję — powiedziała uprzejmie, unosząc kieliszek do ust bardziej odruchowo niż z pożądania.

Cormac oparł łokieć o blat, zwracając się do niej z uśmiechem, który uruchomił wszystkie jej wewnętrzne sygnały ostrzegawcze.

— Więc, słyszałem, że pracujesz jako sekretarka Ministra.

Hermiona oblizała wargi, a słodycz napoju niemal spowodowała ból zębów.

— Jestem Starszym Doradcą ds. Polityki Magicznej i Reform — mruknęła szorstko, a w uśmiechu tliła się irytacja.

Cormac zdawał się nie zauważać korekty — ani się nią nie przejmować. Pochylił się lekko.

— Jasne, jasne. O to mi chodziło.

Zanim zdążyła uniknąć rozmowy, on kontynuował:

— Pamiętasz przyjęcie świąteczne u Slughorna?

Hermiona uniosła brew.

Ledwo — wymamrotała sucho jak pergamin.

Cormac uśmiechnął się szerzej.

— Muszę przyznać, że fantastycznie całujesz.

Jej policzki natychmiast się zarumieniły. Nie z pochlebstwa. Raczej z ukrytego zażenowania. Jej umysł krzyczał wyjdź, wyjdź, wyjdź, gdy przybliżył się, najwyraźniej myląc jej milczenie z zachętą.

— Wiesz — powiedział, a jego głos opadł w ton, który prawdopodobnie uznał za uwodzicielski — chciałbym cię kiedyś gdzieś zabrać.

Jego dłoń, która spoczywała na barze, przesunęła się po jego przedramieniu.

Hermiona zamarła, a jej myśli gorączkowo szukały jakiegoś uprzejmego sposobu, by się wyplątać. Ale gdy tylko otworzyła usta, by przemówić, tłum wiwatował. Wszystkie głowy zwróciły się ku drzwiom, a serce Hermiony zabiło mocniej.

Draco Malfoy stał w wejściu, a jego obecność dominowała w pomieszczeniu. Był ubrany na czarno, jak zwykle, a długi płaszcz podkreślał jego wysoką, szczupłą sylwetkę niczym boga Quidditcha. Jego włosy były lekko potargane, jakby przejechał po nim ręką, ale wyglądały ułożone bez najmniejszego wysiłku.

Hermiona odwróciła się do Cormaca, nagle zdając sobie sprawę, że długo nie odpowiedziała. Wyglądał na lekko zirytowanego.

— No więc? — podpowiedział, unosząc brwi.

— Prze-przepraszam — wyjąkała. — Nie… jakie było pytanie?

Cormac zwinął usta, wyraźnie zirytowany.

Wyczuła Draco, zanim go ponownie zobaczyła. Znajome szarpnięcie za plecy, ruch powietrza, gdy przechodził przez pokój.

Nie powiedział ani słowa. Po prostu stanął za nią, wyroki i postawny, muskając dłonią jej szyję i zakładając niesforny loczek za ucho.

Hermiona odwróciła się i zanim zdążyła się powstrzymać, wtuliła twarz w jego pierś.

Merlinie, pachniał tak samo jak zawsze. Wiatrem, drogim szamponem, czymś leśnym i uziemiającym. Jak wspomnienie, bezpieczeństwo i dom.

Jego ramiona natychmiast ją objęły, kołysząc nimi delikatnie przez chwilę.

Kiedy się odsunęła, już się do niej uśmiechał.

— Grałeś dziś tak dobrze — powiedziała, a jej głos był cichszy, niż zamierzała.

Draco uśmiechnął się ironicznie.

— Cóż, nie mógłbym zagrać źle, gdy tam byłaś, prawda?

Za sobą Hermiona niewyraźnie usłyszała dźwięk drinka stawianego na barze. Może prychnięcie. Może ciche przekleństwo.

Była zbyt zajęta patrzeniem na Draco.

A spojrzenie, którym ją obdarzył?

Mówiło moja, nie wypowiadając ani słowa.

— Wiesz — zaczął, pochylając się tak, że jego usta niemal musnęły jej ucho — wyglądasz niesamowicie w tej koszulce.

Potem, bez pytania, chwycił dwie, nieotwarte butelki kremowego piwa zza lady i skinął głową, dając znak, by poszła za nim.

— Chodź.

Mrugnęła.

— Gdzie idziemy?

Draco nie odpowiedział. Po prostu splótł swoje palce z jej, odciągając od baru i bez żadnych problemów poprowadził przez tłum.

Przepchnęli się obok baru, grupy krzyczącej o wybuchającym steku w kącie i obok kogoś, kto próbował żonglować trzema kuflami piwa i mu się nie udało. Szła za nim, unikając łokci i spojrzeń, wciąż trzymając dłoń w jego dłoni, aż dotarli do wąskiego korytarza ukrytego w głębi pubu.

— Draco — krzyknęła, powstrzymując się od śmiechu. — Serio, gdzie ty mnie…

Dotarli do klatki schodowej. Starej, wąskiej i zdecydowanie nieprzeznaczonej dla gości.

Zawahała się na pierwszym stopniu.

— Możemy tu być?

— Nie — odpowiedział, nie puszczając jej, prowadząc po schodach.

Na górze pchnął stare, drewniane drzwi, których zawiasy zaskrzypiały, jakby nie były używane od lat.

Przytrzymał je otwarte, a Hermiona wyszła i natychmiast zapomniała o oddychaniu.

Na dachu panowała cisza, niczym zaklęta, otulona chłodem. Gwiazdy rozciągały się bez końca, migocząc na niebie tak czystym, że wydawało się nierealne. W dole Ulica Pokątna lśniła złotym blaskiem z witryn sklepowych i cichym, odległym dźwiękiem muzyki z baru na bole.

Zbliżyła się do krawędzi.

— Pięknie — powiedziała ledwie słyszalnym szeptem.

Draco podszedł do niej, oparł łokcie na poręczy i podał jej jedno piwo.

— Pomyślałem, że ci się spodoba.

Hermiona wzięła butelkę, jej palce musnęły jego na krótką chwilę, przeszywając ją impulsem elektrycznym. Nie czuła już nawet zimnego powietrza — jego obecność wystarczała, by ją rozgrzać. Zapach, który ją otulał: wiatru, lakieru do drewna i drogiej wody kolońskiej, której używał i która zawsze przyprawiała ją o głupie, trzepotliwe skurcze żołądka.

— To niesamowite, Draco — mruknęła, wpatrując się w migoczące światła Ulicy Pokątnej w dole. — Nie wiedziałam, że z góry widać to wszystko.

Draco nie patrzył na widok.

Tylko na nią, jego szare oczy spotkały się z jej miękkością, która sprawiła, że serce zabiło jej mocniej. Wyciągnął rękę, odgarniając na ramię niesforny loczek, który wymknął się z jej kucyka, a jego palce zatrzymały się na chwilę na jej szyi. Zadrżała, nie z zimna, ale od delikatnego dotyku.

Jego wzrok powędrował na jej koszulkę, a w kąciku ust pojawił się delikatny, sugestywny uśmiech.

— Zachowałaś ją — rzekł niskim, ciepłym głosem.

Hermiona parsknęła cicho.

— Oczywiście, że tak. Nigdy nie mogłabym się jej pozbyć.

— Zawsze lepiej na tobie wyglądała — zażartował.

Uśmiechnęła się, a jej policzki poczerwieniały pomimo lekkiego chłodu w powietrzu. Spojrzała z powrotem na zaułek, wciąż czując na sobie ciężar jego spojrzenia. Myśli krążyły, próbując zrozumieć kłębiące się w niej emocje.

Po chwili zapytała:

— Skąd w ogóle znasz to miejsce?

Draco zawahał się, upijając łyk piwa, zanim odpowiedział.

— Kiedyś tu przychodziłem. Po wojnie. Kiedy potrzebowałem uciec.

Ponownie na niego zerknęła. Wpatrywał się w miasto, a cienie łagodnie rysowały się na linii szczęki.

— Nie byłem zbyt… lubiany — dodał oschle, ale nie gorzko.

Hermiona dramatycznie sapnęła.

Nie

Zaśmiał się z parsknięciem.

— Ale z ciebie mądrala.

— Staram się.

Uśmiechnął się, a potem spoważniał.

— Było tu cicho. Nikt o tym nie wiedział. Żadnych oczekiwań. Mogłem po prostu… być sam. Nie miałem kogo bronić ani naprawiać. Nie miałem kogo nienawidzić.

Serce Hermiony ścisnęło się na dźwięk jego słów. Wiedziała lepiej niż ktokolwiek inny, jaki ciężar niósł ze sobą wybór, którego musiał dokonać podczas wojny — a raczej wybór, którego dokonano za niego.

Rozumiała, co miał na myśli. Co to znaczy urodzić się w niewłaściwej historii. Dostać rolę, o którą się nigdy nie prosiło i od której i tak oczekiwało się, że się ją odegra.

— Przykro mi, Draco. Ja…

— Nic nie szkodzi. — Pokręcił głową, odwracając się lekko ku niej. — Zachowałem się jak palant. Sam to powiedziałeś.

Zaśmiała się niechętnie.

— Cóż. Nie wprost.

Odwrócił się do niej twarzą, wpatrując się w nią.

— Ale nawet wtedy, gdy wszyscy inni myśleli, że nie ma dla mnie ratunku… ty nie. Dostrzegałaś we mnie coś. Kiedy naprawdę nie powinnaś.

Hermionie zaparło dech w piersiach, serce waliło, gdy spojrzała mu w oczy. Stali teraz tak blisko, że dostrzegła w nich szare i niebieskie plamki. Zrobił krok ku niej i przełknęła ślinę.

Wzrok Draco powędrował na jej usta i pochylił się, jego twarz była tak blisko, że czuła oddech muskający skórę. Puls przyspieszył, a ciało wibrowało z niecierpliwości. Pragnęła tego — pragnęła jego.

Drzwi na dach zaskrzypiały i otworzyły się za nimi.

— Och — rozległ się gładki, słodki głos. — Wiedziałam, że cię tu znajdę, Draco.

Hermiona zamrugała i natychmiast zesztywniała.

Astoria Greengrass stała w drzwiach, opierając delikatnie jedną dłoń o framugę, jakby przypadkiem na nie wpadła. Jej uśmiech przepełniał elegancki urok, a ton głosu był wystarczająco ciepły, by uchodzić za przyjemny.

Draco wyprostował się, zaciskając lekko szczękę. Hermiona ostrożnie cofnęła się o krok, puls wciąż dudnił jej w uszach.

— No cóż — powiedziała Astoria lekko, z lekko udawaną obojętnością. — Nie wiedziałam, że zabierasz ze sobą osoby towarzyszące, Draco.

— Chyba pójdę na dół — rzekła Hermiona, spokojnym głosem mimo gorąca bijącego w twarz. — Robi się chłodno.

Draco nie poruszył się, by ją zatrzymać. Patrzył tylko, jak przemyka obok niego i wraca do drzwi, a jego dłoń wciąż była ciepła w miejscu, w którym ją trzymał.

______________

Witajcie :) w piątkowy wieczór zapraszam na kolejny rozdział tłumaczenia. W tym trochę się podziało i powoli nakreśla się akcja. Dajcie znać jak wrażenia.

Na dwa ostatnie rozdziały zapraszam w święta. 

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Wesołych Świąt i dużo wypoczynku!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)

Obserwatorzy