—
Kim jesteście? Czego chcecie?
Hermiona
i Draco spojrzeli na siebie z identycznymi, skonsternowanymi minami. Hermiona
odezwała się pierwsza:
—
Jesteśmy tu, żeby dowiedzieć się więcej o Mechanizmie, by powstrzymać kogoś
przed próbą jego użycia.
—
Nie o to pytałem — oznajmił mężczyzna wprost. Widziała teraz, że jest starszy,
ma siwiejące włosy i ubranie wyraźnie pochodzące z innej epoki. — Kim jesteście? Czego chcecie?
Hermiona
była pewna, że to kolejny test i, podobnie jak w przypadku jaskini, w pytaniach
kryło się głębsze znaczenie.
—
Jesteś Leonardo Da Vinci? — zapytał Draco, a Hermiona miała ochotę się uderzyć
za to, że nie zauważyła czegoś tak oczywistego.
—
Nieważne, kim jestem ani kim byłem. Zapytałem, kim wy jesteście.
Da
Vinci, jak przypuszczała Hermiona, mówił wyłącznie zagadkami, co było dość
irytujące.
—
Jestem Hermiona Granger — odezwała się.
Mężczyzna
po prostu stał, jakby w ogóle nic nie powiedziała. Próbowała zrozumieć, co to
może znaczyć, ale powiedział niewiele poza zadaniem dwóch pytań.
—
No dobrze — mruknęła Hermiona — więc „kim jesteście” ma coś wspólnego z
tożsamością? Jesteśmy komplikacją każdej poprzedniej chwili. Sumą naszych
wspomnień i przekonań.
—
Kim. Wy. Jesteście — powtórzył,
wyraźnie akcentując słowo wy i wskazując
na nich oskarżycielsko laską.
—
Jestem czarodziejem — spróbował Draco z niepewną miną.
Łup! Da Vinci uderzył laską w bok Draco. Ten złapał
się za biodro, krzywiąc się z bólu.
Hermiona
podbiegła do niego.
—
Wszystko w porządku? — zapytała, marszcząc brwi ze zmieszania.
—
Tak — zapewnił ją, wpatrując się w starca.
—
Pytałem, kim jesteście! — ryknął na nich Da Vinci.
—
Przestań — błagała Hermiona, a mężczyzna uderzył ją w ramię. — Co do cholery? —
mruknęła na głos, masując obolałe miejsce.
—
Staracie się powstrzymać kogoś przed użyciem Mechanizmu, a nie potraficie
powiedzieć, kim jesteście i czego chcecie.
Da
Vinci wziął głęboki oddech.
—
Próbujemy! — krzyknęła Hermiona. — Ale to nie ma żadnego sensu!
Mężczyzna
ponownie uniósł laskę w jej stronę, ale tym razem Draco odepchnął ją, gotowy
przyjąć na siebie impet ciosu. Starzec zatrzymał się w pół ruchu i przechylił
głowę na bok.
—
Cierpiałbyś?
Draco
zamrugał, a Hermiona uważnie obserwowała grę słów, mając nadzieję, ze dostrzeże
coś z intencji Da Vinciego.
—
Cierpiałbym, ale to by oznaczało, że ona nie cierpi — powiedział do starszego
mężczyzny.
Da
Vinci skinął głową.
—
Więc kim jesteście?
—
O, Boże — mruknęła Hermiona, rozglądając się dookoła, próbując znaleźć jakąś
drogę ucieczki. Ale ściany były nieskazitelne, bez żadnej szczeliny ani
wgłębienia. — Czego chcesz? —
błagała.
—
Nie! Czego wy chcecie? — warknął,
ponownie kierując laskę w jej stronę, ale Draco znów stanął między nimi.
—
Przestań! — krzyknął. — Nie rób jej krzywdy.
Hermiona
poczuła, że lekko drgnęła; choć doceniała heroizm Draco, wydawał się on nieco
mizoginiczny.
—
Draco, nie musisz mnie chronić.
—
Wiem o tym — zmarszczył brwi — ale wolałbym nie patrzeć, jak cię rani.
Ogarnęło
ją niedowierzanie.
—
Myślisz, że mogę patrzeć, jak cię bije? — Zamarł, jakby nigdy się nad tym nie
zastanawiał. Hermiona kontynuowała: — Nie możemy po prostu powstrzymywać go
przed zrobieniem nam krzywdy, nie o to tu chodzi.
Wskazała
na nich gestem.
Zauważyła,
że Da Vinci im się przygląda, jego wzrok błądził między nimi, a usta miał
zaciśnięte w prostą linię.
—
Tym jesteście? — zapytał.
—
Nie — odpowiedziała Hermiona automatycznie. Nie należała do niego; sama myśl o
tym tkwiła u podstaw jej lęków, że się zatraci. — Jestem sobą. Nie jestem
przedmiotem ani niczym takim, nasza relacja to tylko jeden aspekt tego, kim
jestem.
—
A ty?
Da
Vinci zwrócił się teraz do Draco.
Twarz
Draco była nieprzenikniona.
—
Jestem nikim — wyszeptał cicho.
Hermiona
odwróciła się do niego.
—
Co?
Podszedł
do Da Vinciego, najwyraźniej ją ignorując.
—
Właśnie o to chodzi, prawda? Nie jestem wyjątkowy. Nie ma dosłownie żadnego
powodu, żebyś zdradzał mi swoje sekrety. Jestem nikim. Kiedy opuszczę ten
świat, zostanę zapomniany albo zapamiętany za najgorsze czyny, jakich
kiedykolwiek się dopuściłem. Jestem nikim, i tak powinno być. Ale to mi
odpowiada, choć być może kiedyś bym się zmienił. Teraz rozumiem, że nie liczy
się, jak historia nas ocenia, ale jacy naprawdę jesteśmy — powiedział, po czym
kontynuował: — Nie chcę korzystać z Mechanizmu; nigdy nie próbowałbym narzucać
komuś swojej woli. Pomimo wszystkich moich żalów, pomimo każdego popełnionego
błędu, nigdy nie chciałbym o nich zapomnieć, ponieważ są częścią mnie.
Gdy
skończył mówić, patrzył wyczekująco na Da Vinciego.
Starzec
skinął głową niemal niezauważalnie.
—
W rzeczy samej.
Hermiona
westchnęła z ulgą, na chwilę wierząc, że rozwiązali jego zagadkę, zanim się do
niej zwrócił:
—
A kim ty jesteś?
Jęknęła.
—
Jestem nikim? — spróbowała, ale znów została uderzona laską. Tym razem Draco
zachował dystans, wzdrygając się na dźwięk uderzenia laski o jej prawe biodro.
— Czemu ciągle mnie bijesz?
—
Bo nie słuchasz! Kim jesteś?
Głos
Da Vinci rozbrzmiał w małej przestrzeni.
—
Jestem. — Nagle ogarnęła ją panika, jakby oblała test. Co jeśli obleje i nie
uda im się zdobyć poszukiwanych informacji? Wszystko będzie jej winą. — Jestem
sobą.
—
Ale co to znaczy? — zapytał Da Vinci, a w jego oku pojawił się lekki błysk.
—
Kiedyś zmieniłam wspomnienia — wyznała, przełykając ślinę. — Zmieniłam
wspomnienia moich rodziców, żeby byli bezpieczni podczas wojny. Ale — poczuła
przyspieszający oddech — to było złe.
To, co zrobiłam, było czymś, czego nikt
nie powinien mieć prawa robić. Usunięcie czyjejś tożsamości to odebranie tej
osoby. Dlatego tak ważne jest, żebyśmy powstrzymali Omnia Scienti.
—
A co zrobicie, żeby powstrzymać Omnia Scienti? — dopytywał Da Vinci, splatając
ręce za plecami i trzymając w dłoniach straszliwą laskę.
—
Cokolwiek będziemy musieli — wyznała Hermiona.
—
Co poświęcicie? — napierał Da Vinci, krążąc wokół nich.
Oczy
Hermiony rozbłysły.
—
Właśnie dlatego nas uderzyłeś. Chciałeś wiedzieć, czy poświęcimy siebie
nawzajem? — Da Vinci uśmiechnął się lekko. — Ale poświęcenie nie jest
najważniejsze, prawda? To nie Draco musi mnie poświęcić, ani ja jego. To nasza
własna decyzja! W tym tkwi sedno sprawy — w wyborze. Jeśli zdecyduję się coś
zrobić, Draco będzie to szanował. I vice versa.
—
Więc powiedz mi — zaczął ponownie Da Vinci — czego właściwie chcecie?
Wyczuła
na sobie wzrok Draco, ale nie spuszczała oczu z Da Vinciego, próbując
wywnioskować sens pytania. Wiedział, że muszą powstrzymać Omnia Scienti i dążył
do głębszego zrozumienia Mechanizmu.
—
Chcemy — Hermiona przerwała, starannie dobierając słowa — uratować świat.
Dłonie
Da Vinciego poruszyły się i uderzył laską o ziemię, a dźwięk rozniósł się echem
po niewielkiej przestrzeni.
—
Dlaczego?
—
Bo Omnia Scienti nie ma prawa niczego zmieniać — odezwał się Draco, robiąc mały
krok do przodu.
Odwróciła
się do niego i skinęła krótko głową.
—
Więc powiedzcie mi — zaczął raz jeszcze Da Vinci.
—
Dlaczego?
—
Ponieważ wolna wola jest fundamentalna. — Hermiona uświadomiła to sobie,
wypowiadając te słowa na głos, szeroko otwierając oczy. — Nasze życie, nasze
czyny mają sens tylko wtedy, gdy są podejmowane z własnej woli. Zmieniając sposób myślenia ludzi, sposób
podejmowania decyzji, Omnia Scienti dąży do zniesienia wolnej woli, do nagięcia
nas wszystkich ku swojej woli. Niezależnie od tego, czy przyniesie to dobry czy
zły skutek, nie będzie miało znaczenia. Nie ma w tym sensu.
W
pomieszczeniu panowała cisza. Da Vinci stał nieruchomo, uważnie obserwując
Hermionę i Draco.
Pstryknął
palcami. W jakiś sposób znaleźli się w gabinecie. Ciemne, drewniane biurko
stało na widocznym miejscu, a jedynym oświetleniem była pojedyncza świeca. Przy
biurku siedział mężczyzna, pogrążony w myślach i mamroczący coś pod nosem.
Hermiona
próbowała zwrócić na siebie uwagę mężczyzny.
—
Dzień dobry? — zaczęła, ale zdała sobie sprawę, że jej nie słyszy. Odwróciła
się i zobaczyła, że Draco rozgląda się dookoła, a w jego oczach wyraźnie widać
było rozpoznanie. — O co tu chodzi? — zapytała.
Skinął
głową na mężczyznę przy biurku.
—
To Da Vinci, ale z młodości. Chyba jesteśmy we wspomnieniach.
Hermiona
zdała sobie sprawę, że ma rację i podeszła do mężczyzny, obserwując, jak
bazgroli w notatniku — Manuskrypcie,
jak sobie uświadomiła.
—
È troppo pericoloso — mruknął mężczyzna. — Non ci si può fidare dell'uomo —
dokończył po włosku.
—
Co on mówi? — zapytał Draco, marszcząc brwi.
Hermiona
pokręciła głową.
—
Mój włoski nie jest najlepszy, ale coś o niebezpieczeństwie… i zaufaniu?
Wyciągnęła
różdżkę i rzuciła zaklęcie tłumaczące.
—
Zostawiam to wspomnienie tylko tym, którzy rozumieją wartość Mechanizmu. Tylko
tym, którzy cenią wolność — wyjaśnił Da Vinci, patrząc w pustą przestrzeń
między Hermioną a Draco. — Mechanizm jest zasilany przez słońce i można go w
pełni wykorzystać o zachodzie słońca podczas przesilenia letniego.
Spuścił
wzrok z powrotem na notes, ponownie ich ignorując.
Pokój
znów się zmienił i wylądowali w Bibliotece Yale, wpatrując się w Manuskrypt,
który wyglądał zupełnie inaczej.
—
Draco. — Hermiona odwróciła się i zobaczyła w jego oczach odbicie własnej
paniki. — U nas jest już dwudziesty czerwca.
Skinął
głową.
—
Kończy nam się czas.
Przynajmniej
teraz rozumieli, dlaczego Omnia Scienti milczał.
~*~*~*~*~*~*~*~
Gdy
odłożyli szkło na miejsce, wymknęli się z biblioteki i wrócili do Anglii, był
już ranek. Oboje byli wyczerpani. Draco sprawdził, co u Rubena, którego
zostawili na razie w mieszkaniu Draco, na wypadek gdyby miał jakieś wieści.
Ruben
wzruszył ramionami, patrząc z niepokojem na kredową cerę Draco i głębokie
cienie pod oczami.
—
Niestety, znowu to samo. Ostrzeżenia, nie używać i tak dalej. Wszystko w
porządku?
Draco
zamrugał.
—
Eee, tak, jest dobrze. Po prostu… musimy iść. Wyślij sowę, jeśli coś
znajdziesz.
Po
czym aportował się do salonu Hermiony.
—
Co teraz zrobimy? — jęknęła, krążąc po tablicy i agresywnie żując gumę z
nikotyną.
—
Dobra. — Draco trzymał w dłoni kawę i usiadł na sofie, uważnie obserwując
Hermionę. — Przejrzyjmy wszystko jeszcze raz, od początku.
Skinęła
głową.
—
Więc Omnia Scienti chce coś zmienić; prawdopodobnie po to, by wykorzenić
uprzedzenia ze świata. Tylko że on chce to zrobić siłą. Planuje użyć do tego
Mechanizmu i potrzebuje energii z zachodu słońca w przesilenie letnie —
dokończyła, marszcząc brwi.
—
Co jeszcze? — drążył temat.
Nerwowo
przeżuwała językiem.
—
Wiemy, że musiał być w Grecji. Że musi znać starożytne runy, a także alchemię.
Istnieje realne prawdopodobieństwo, że ma powiązania z Ministerstwem i że w
jakiś sposób udało mu się przekonać lub podstępem nakłonić Percy’ego do
dołączenia do niego.
Zamarła,
patrząc w punkt daleko poza Draco.
—
O co chodzi? — zapytał ostrożnie.
—
Przykro mi — miała płytki oddech — ale chyba musimy jednak wziąć pod uwagę
Theo.
Draco
pokręcił głową.
—
Ale przesłuchałaś go pod wpływem Veritaserum!
—
Tak! — potwierdziła. — Ale to Mistrz
Eliksirów. Przesłuchiwałam go kilka minut po tym, jak zgodził się przyjąć eliksir, kiedy ciebie i mnie nie
było w pokoju. Mógł z łatwością przyjąć antidotum.
Draco
kipiał złością.
—
I tak nagle na to wpadłaś.
Zawahała
się.
—
Nie. Słuchaj… naprawdę chcę, by był niewinny. I myślałam, że znajdziemy kogoś
innego. Ale nie chcę, żebyśmy byli ślepi na jakąkolwiek możliwość.
—
Ale to nie ma sensu! Dlaczego miałby to robić? Dlaczego Theo miałby czuć
potrzebę powstrzymania fanatyków czystej krwi?
Draco
pokręcił głową.
Oczy
Hermiony się rozszerzyły.
—
A co, jeśli nie chodzi o to?
—
Co?
—
Znaczy — pokiwała głową na boki, próbując znaleźć odpowiednie słowa — co, jeśli
w ten sposób chciał zmusić Percy’ego do użycia magii mentalnej? Może tak
naprawdę chce zniweczyć inne uprzedzenia? Na przykład homofonię.
—
Ale i tak Percy nie poszedłby za Theo
Nottem.
Draco
zmrużył oczy.
—
Nie powiedziałam, że to bezbłędna
teoria. Ale musisz przyznać, że ma pewne plusy! Poza tym kompletnie nie mamy pomysłów! — przypomniała mu.
—
A co z Kingsleyem?
—
Co z nim?
Przewrócił
oczami.
—
Dlaczego Kingsley miałby usuwać akta, skoro dotyczyły Theo?
—
Nie wiem! — prychnęła Hermiona.
—
Widzisz? To nie ma sensu!
—
Nic z tego nie ma sensu. — Opadła na kanapę obok niego, opierając się o jego
ramię. Westchnął ciężko, przyciągając ją do siebie. — Przepraszam. Przysięgam,
że nie chcę, żeby to był Theo… po
prostu… To przez nadmiar emocji dzisiejszego dnia.
—
W porządku. — Ziewnął i zaczął masować jej łopatki. — Co nam umyka?
—
Kingsley. — Skinęła głową, przymykając oczy na jego pieszczoty. — Musi to być
powiązane z tymi trzema mężczyznami, którzy zginęli w Azkabanie, jakiś związek,
którego nie dostrzegamy.
—
Dobra, więc jak się dowiemy, co się stało bez Kingsleya i akt z Czarnym Kodem?
Pokręciła
głową, a potem zamarła.
—
O, cholera.
—
Co?
Znieruchomiał
i spojrzał na nią wyczekująco.
—
Tego ranka, kiedy konfrontowaliśmy się z Percym, dostałam paczkę. Była od
Kingsleya — zerwała się na równe nogi i pobiegła do sypialni, żeby ją złapać —
był tam liścik, w którym zaznaczono, że jeśli umrze, chce, bym poznała jego
sekret. — Pokazała Draco klucz; duży i ozdobny. — Założyłam, że to świstoklik
albo coś innego, ale… nie. Próbowałam przez tydzień po całej tej historii z
Percym wydobyć z niego sekrety, ale nic się nie stało.
Zmarszczył
brwi, odsuwając rękę.
—
Dlaczego nic nie powiedziałaś?
Pokręciła
głową.
—
Szczerze? Początkowo nie połączyłam tego ze sprawą. Znałam Kingsleya od czasów
Zakonu. Domyśliłam się, że to może zupełnie inna tajemnica. Ale skoro akta
zostały całkowicie zniszczone… — urwała.
Draco
chwycił klucz, delikatnie go obracając i sprawdzając pod każdym kątem. Przyłożył
do niego różdżkę, mamrocząc kilka zaklęć. Zaśmiał się cicho i przyciągnął
Hermionę do siebie.
—
Co? — zapytała nerwowo.
—
To tylko klucz, Granger — zażartował, całując ją w czoło.
—
Wiem.
Jej
powieka drgnęła.
Pokręcił
głową, a z jego ust wyrwał się kolejny cichy śmiech.
—
Za długo jesteś w świecie czarodziejów. Chodzi mi o to, że nie jest
zaczarowany. Otwiera zamek.
Hermiona
poczerwieniała.
—
Ale jest ogromny! To jak… klucz do miasta albo jakiś inny przedmiot
dekoracyjny! Po co ktoś miałby tworzyć zamek albo coś w tym stylu?
Draco
wzruszył ramionami.
—
Kto wie? Ale zgaduję, że właśnie o to chodzi.
—
Do jakich drzwi twoim zdaniem on pasuje?
Zatrzymał
się.
—
Gdybym miał obstawiać, powiedziałbym, że do jego domu. Skoro wysłał go do
ciebie, to celowo wybrał miejsce poza Ministerstwem.
—
Dobra — skinęła głową, biorąc głęboki oddech — chodźmy.
~*~*~*~*~*~*~*~
Dom
Kingsleya na szczęście wciąż był niezamieszkały, bo toczyła się wyjątkowo
brutalna walka o majątek między dwoma, dalekimi krewnymi mężczyzny. Z łatwością
przebili się przez zaklęcia i weszli do upiornie cichego domu.
—
Cóż, to było proste — zauważył Draco, wchodząc do salonu posiadłości
Shacklebolta.
Hermiona
uderzyła go w ramię.
—
Nie możesz tak mówić!
—
Dlaczego?
—
Przyniesiesz nam pecha.
Pokręciła
głową, a on się zaśmiał.
—
Naprawdę? Nie wierzysz we wróżbiarstwo, ale boisz się, że powiem to było proste?
Prychnęła.
—
To logiczny wniosek. Jak dotąd, za każdym razem, gdy mamy trop, wpadamy w jakąś
pułapkę lub labirynt. Weźmy na przykład jaskinię. Albo, jeśli o tym
zapomniałeś, przypomnij sobie, jak kilka godzin temu okładał nas laską dawno
zmarły człowiek z renesansu.
Uśmiech
Draco nie zgasł nawet na chwilę.
—
Ale przecież takie rzeczy działy się dlatego, że starzy czarodzieje zastawiali
pułapki, a nie dlatego, że któreś z nas zauważyło, jak łatwo je znajdujemy.
—
Mimo to wolałabym nie wystawiać losu na próbę.
Uniosła
wysoko brodę.
Uścisnął
jej dłoń, pochylając się, by złożyć delikatny pocałunek na jej ustach.
—
Więc cofam to.
Odwróciła
się do niego, a kącik jej ust drgnął niechętnie.
—
Dziękuję.
—
Wszystko dla ciebie, wiedźmo.
Ścisnął
jej dłoń jeszcze raz i rozdzielili się, rozglądają się po regałach i szufladach
w pokoju. Przeszukiwali każde pomieszczenie w nadziei na znalezienie jakiejś
szafki lub czegoś, do czego pasowałby klucz.
—
Coś nowego? — zawołał do niej.
Wyszła
z gabinetu Kingsleya, trzymając jakieś papiery i kręcąc głową.
—
Nie, ale wszystko jest na swoim miejscu.
Draco
zmarszczył brwi.
—
Przepraszam… co?
Przechyliła
głowę na bok.
—
Po prostu… wszystko. Draco, on nie
miał pojęcia.
—
Musiał mieć jakiś powód, by wysłać ci ten klucz — zauważył.
Wzruszyła
ramionami.
—
Może. Nadal nie wiemy, jak dawno to zaplanował. Ale był w połowie tak wielu
spraw. To po prostu… dość przygnębiające.
—
Jakieś oznaki, że kontaktował się z Theo? — zapytał Draco z neutralnym wyrazem
twarzy.
Hermiona
pokręciła głową.
—
Nie… nic.
Draco
poczuł się nieco winny, czując ulgę na te słowa. Był przekonany o niewinności
Theo, ale z trudem potrafił komukolwiek zaufać. Ta dręcząca wątpliwość po
prostu wisiała w powietrzu…
Draco
wszedł na górę, coraz bardziej sfrustrowany, im bliżej było zachodu słońca.
—
Draco! — krzyknęła Hermiona, a on zszedł po schodach, widząc, jak marszczy brwi
i uderza dłonią w ścianę.
—
O co chodzi? — zapytał Draco.
—
Chodź tutaj. — Skinęła na niego, by podszedł bliżej, ponownie uderzając w
ścianę. — Słyszysz? Jest pusta.
—
I co z tego?
Przechylił
głowę na bok.
Przewróciła
oczami, po czym zapukała w inną część ściany.
—
Słyszysz różnicę?
Naśladował
jej gesty.
—
Masz rację, ale co to znaczy?
Uśmiechnęła
się.
—
Gdybym miała zgadywać, to coś tam jest. Problem w tym, jak się do tego dostać.
Przygryzła
wargę, wpatrując się w ścianę.
—
Magia? — zasugerował Draco.
—
No cóż, tak, ale nie chcę uszkodzić tego, co jest po drugiej stronie.
Zamyśliła
się na chwilę.
—
Może po prostu… brutalna siła? — Wzruszył ramionami. — W ten sposób nie musisz
się martwić wpływem magii.
Uniosła
brwi, jakby się zastanawiała.
—
Nie sądzisz, że zostaniemy rzuceni na głęboką wodę, kiedy to otworzymy, prawda?
—
Jeśli tak, to jakoś sobie poradzimy. Jak zawsze.
—
Nie bądź taki sentymentalny, Malfoy. Przyprawiasz mnie o rumieniec — odparła
beznamiętnie.
—
Ha ha. Dobra, znajdźmy jakiś młot kowalski albo coś w tym stylu. — Wzruszył
ramionami, obserwując, jak szybko go wyczaruje. — Nie martwisz się o magię,
jeśli użyjesz wyczarowanego przedmiotu?
—
Ach… ale to nie jest wyczarowane. Po prostu teleportowane z mojego mieszkania.
Uśmiechnęła
się ironicznie.
—
Miałaś młot kowalski w swoim mieszkaniu?
Opadła
mu szczęka.
Uniosła
jedną brew.
—
Tak. A teraz jest tutaj.
—
Po co ci młot kowalski?
Wzruszyła
ramionami i wbiła prawe biodro w bok Draco.
—
Jestem skomplikowaną kobietą, Draco. Nie mogę ci po prostu zdradzić wszystkich
moich sekretów.
—
Powinienem się martwić?
Uśmiechnęła
się ironicznie, ignorując go i uderzając młotem w ścianę. Uderzyła osiem razy,
zanim zdyszana upuściła narzędzie.
—
Pomóc ci? — zapytał z rozbawieniem.
Wzruszyła
ramionami.
—
Ja, eee — wzięła kilka głębokich wdechów — znaczy, jeśli chcesz.
Machnęła
ręką.
—
Tak, Hermiono, zdecydowanie chcę wybić dziury w tej ścianie — odparł
beznamiętnie, ale chwycił młot i zaczął uderzać w cel, sapiąc z zadowolenia,
gdy po około dziesięciu uderzeniach pojawiła się dziura o rozsądnych
rozmiarach.
Oboje
podeszli bliżej, zaglądając przez dziurę i uśmiechając się do siebie, gdy
zobaczyli stary sejf ze znajomą dziurką od klucza.
Wyglądało
na to, że w końcu dostaną jakieś odpowiedzi.
_____________
Witajcie :) w tym rozdziale mieliśmy bliskie spotkanie z Leonardo Da Vinci i kolejne puzzle do układanki. Nie wiem jak Wam, ale mnie ta historia bardzo się podoba i z wypiekami na twarzy tłumaczę kolejne rozdziały. Dajcie znać jak wrażenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)