niedziela, 30 kwietnia 2017

[T] [M] Światło gwiazd

Tytuł oryginału i link: Starlight
Autor oryginału: MrBenzedrine
Autor tłumaczenia: Arcanum Felis
Zgoda na tłumaczenie: jest
Bety: Katja, Rzan.
Fandom: Harry Potter
Para: Dramione
Status: miniaturka (liczba słów: 11 867)
Gatunek: romance, drama
Klasyfikacja: M
Opis: Płynąca prosto z serca miniaturka Dramione. Draco i Hermiona mają tylko światło gwiazd. To ich jedyne połączenie, dzięki któremu wszystko staje się lepsze. A przede wszystkim oni stają się lepsi. Czy światło gwiazd pomoże im odnaleźć drogę do siebie nawzajem?

A&T/N: Autorka napisała tę miniaturkę dla swojej przyjaciółki, która zachęciła ją do tego takimi słowami: „Zawsze w tym samym miejscu i w tym samym czasie, ale to zawsze za sobą tęsknimy. Rozpalamy na nowo stary płomień. Mamy swoje światło gwiazd”.
Ponadto inspiracją do napisania tej historii był krótki film z serwisu Youtube pt. „Strangers, again” wyprodukowany przez Wong Fu. Jeżeli chcecie, możecie go obejrzeć.
Autorka informuje, że tej miniaturki nie powinny czytać osoby poniżej 16 r. ż., ale tłumaczka uważa, że w sumie nic złego się nie stanie, jeśli na nią zerkniecie. :)
Oczywiście Harry Potter nie należy do autorki i dlatego nie ma zamiaru zarabiać na tej historii.

Przyciągamy się do siebie jak krople wody, jak planety.
Odpychamy się nawzajem jak magnesy, jak kolor naszej skóry.
Tite Kubo

And I’m digging down holes without you
Can’t be on my own without you
I’m a little bit lost without you
Without you
„Without You” – Oh Wonder

Czas leczy rany. Tak mówiła jej mama, gdy była małą dziewczynką i nie rozumiała otaczającego ją świata. Czas był jak ukojenie, nigdy nie stawał w miejscu, zawsze szedł do przodu, niszcząc wszystko na swojej drodze. Zwłaszcza miłość.
Ból.
Cierpienie.
Wspomnienia.
— Wszystko przemija.
Nigdy nie przesuwał się wystarczająco szybko. Nigdy – pomyślała Hermiona Granger, wsiadając do pociągu do centrum Londynu. Jej palce lekko opierały się na przycisku otwierania drzwi, na wypadek, gdyby jakiś spóźniony pasażer chciał wskoczyć do środka.
Ile czasu minęło, odkąd ostatni raz rozmawiali? Dwa lata? Próbowała sobie przypomnieć, ale wspomnienia mieszały się w jej głowie. Żałowała, że tego nie zapisała. Wtedy nie rozmawiali zbyt wiele; krótkie „Witaj” i kontakt wzrokowy. Za bardzo się bała, żeby powiedzieć coś innego, ale on także nie był zbyt wylewny. Mruknął suche „Cześć” i sekundę później znikał. Byli jak fale na wodzie, które przypadkiem się dotykały. Kiedyś zachowywali jak bałwany morskie, które zderzają się ze sobą. Teraz przypominali  dwa pływające nocą po jeziorze jachty. Tylko kiedy nadejdzie ta chwila, że będą płynęli w tym samym kierunku?

~*~*~*~

Budzi się, sprawdza czas, jęczy. Jeszcze pięć minut. Nie chce się budzić. Budzenie się oznaczało pustkę. Budzenie się oznaczało…
Minęło pięć minut. Pustka? Jest. Pusta butelka po rumie? Jest. Jego serce było gdzieś na podłodze… Och, leżało obok rumu.
Wstać, umyć zęby, ubrać się. Aktówka? Zabrana. Nie mógł spojrzeć sobie w oczy. Nie. Nigdy nie patrzył ludziom w oczy, a zwłaszcza sobie. Jeśli ona nie mogła, on tym bardziej nie mógł tego zrobić. Naprawdę nie był w stanie tego zrobić, odkąd…
Różdżka? Jest. Portfel? Też go miał. To ten sam, który dała mu na jego urodziny trzy lata temu. Był wyblakły, zużyty i prawdopodobnie powinien go wyrzucić, ale nie chciał tego robić. Gdyby to zrobił, przepadłoby ostatnie wspomnienie o niej, nie dałby rady tego znieść. Wystarczyło to, że musiał się zmagać z wielkim murem, który urósł między nimi przez ten długi okres czasu. Nie mógł pogodzić się z faktem, że znowu są dla siebie obcymi.
Uśmiech? Jest. Draco Malfoy nie mógłby wyjść z domu bez swojego firmowego uśmiechu. Często rzucał go w jej stronę.
Śniadanie? Nie. W nocy wypił za dużo alkoholu i obawiał się, że gdyby cokolwiek zjadł, poczułby się jeszcze gorzej. Pocieszające jednak było to, że dzisiaj nastał piątek. Draco zawsze liczył na piątki. Zaznaczył kolejny „X” w kalendarzu.
Nawet gdyby zerwała się burza i deszcz uderzałby w jego duże okno z sypialni, zawsze mógł liczyć na piątek.
Chciał, żeby zobaczyła pęknięcie w tym wielkim murze, który wyrósł między nimi. Żeby chociaż na chwilę się z nim spotkała. Cholerny mur. Cholerna pustka. Cholera.

~*~*~*~

Mogła dostać się do pracy, używając sieci Fiuu. Większość pracowników Ministerstwa tak robiła, ale Hermiona lubiła szum pociągów, odgłos stukających szyn kolejowych i moment, w którym mogła nałożyć słuchawki na uszy, by posłuchać swojej ulubionej muzyki odtwarzanej z walkmana. Wiedziała, że to staromodne, ale przypominało jej przeszłość i lubiła tę nostalgię. Większość czarodziejów szydziło z mugolskich przedmiotów, ale nie Hermiona. Stanowiły część jej samej, tak samo jak magia krążąca w jej żyłach: dwie połówki kompletnego świata.
Padający deszcz rytmicznie uderzał w okna podmiejskiego pociągu, ale był jedynie szeptem pośród melancholijnej piosenki granej na gitarze klasycznej. Ich piosenki. Nie wiedziała, dlaczego narażała się na te tortury co kilka miesięcy, albo i częściej, ale kiedy było jej smutno, wyciągała z szuflady w kredensie starą kasetę, którą trzymała pod skarpetkami, i zabierała ją ze sobą do pracy.
Padało także wtedy, kiedy odnaleźli się ponownie.
Nie chodziło o to, że za nim tęskniła. Gdziekolwiek się udał, wielka chmura burzowa szalała nad jego głową, niszcząc wszystko na swojej drodze.

Scena pierwsza: Spotkanie

I was fine, just a guy living on my own,
Waiting for the sky to fall.
Then you called and changed it all, doll
Sarah Smiles – Panic! At The Disco

— Melinie, cholera jasna! Uważaj, jak chodzisz, ty cholerny idioto!
Jego głos usłyszała bardzo wyraźnie pośród tętniącej życiem ulicy Pokątnej, grzmotów na niebie i powolnego szumu przejeżdżającego w oddali pociągu. Draco Malfoy był swoim własnym, osobistym niszczycielem.
Zauważyła go po drugiej stronie ulicy, kiedy szła, trzymając w rękach książki, które chciała oddać do miejscowego sklepu, usytuowanego tuż za rogiem. Rzuciła zaklęcie, dzięki któremu krople deszczu odbijały się od grubych tomów, i była skupiona na tym, żeby ich nie upuścić, ale gdy go usłyszała, zatrzymała się, zapominając o tym, że może zablokować ruch na chodniku. Jej brwi uniosły się nieznacznie, gdy zobaczyła znajome blond włosy. Choć nie widzieli się pięć lat, trudno było zapomnieć jego jasne, charakterystyczne pukle. Jakby jego szyderczy, mocny głos nie wystarczył. Nie zobaczył jej, gdy obserwowała go, jak podchodził do krawędzi chodnika i podniósł przemoczoną, oprawioną w skórę książkę z kałuży.
Hermiona nie mogła go usłyszeć, ale odczytała to, co powiedział pod nosem, z ruchu jego warg. „Pieprzyć to wszystko”.
— Miona?
Miękki, ciepły głos przemówił do niej, zwracając jej uwagę i zmuszając do odwrócenia głowy w bok. Tuż obok niej na chodniku, pod parasolem, stali skuleni Harry z Ronem. Zielone i niebieskie oczy patrzyły w jej kierunku. To Ron ją zawołał.
— Idziesz? — zapytał.
Właśnie wtedy Hermiona zorientowała się, że wyszła spod dużego parasola. Jej książki były całkowicie bezpieczne, ale z kręconych włosów kapała woda i niektóre z kosmyków przykleiły się do jej twarzy. Odwróciła głowę w drugim kierunku i zobaczyła, że mężczyzna rzuca zaklęcia, dzięki którym mógłby osuszyć swoją książkę. Strony posklejały się ze sobą i nawet z dala widziała, że atrament się rozmazał. Ta księga wyglądała na starą. Starą i kosztowną. Dlaczego deszcz zniszczył ten skarb, który posiadał? Wątpiła, żeby magia w jakikolwiek sposób mu pomogła.
— Chłopaki, idźcie przodem — powiedziała, uśmiechając się do nich. — Ja… przypomniałam sobie o czymś.
— Przypomniałaś? — zapytał Harry, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia ze swoim rudowłosym przyjacielem. Nie widzieli arystokraty, ponieważ stali w zatłoczonej części ulicy. Starali się trzymać blisko siebie, żeby przypadkiem nie zgubić się pośród ludzi pędzących w sobie wiadomych kierunkach. Zbliżało się Halloween i w sklepach było ciaśniej niż w różowej garsonce Dolores Umbridge.
— Co sobie przypomniałaś?
Hermiona nie odpowiedziała, tylko pomachała do nich i przeszła w poprzek chodnika, mieszając się z tłumem. Nie była pewna, dlaczego to zrobiła — możliwe, że z ciekawości, dlaczego był tak oburzony zniszczeniem książki, i to wystarczyło, aby przyciągnąć jej uwagę. Nie zauważając jej, zaczął wycierać boki księgi, przeklinając pod nosem, jak w ogóle ktokolwiek śmiał go dotykać. Jego blade loki, zazwyczaj zaczesane do tyłu, a teraz przemoczone od wody, otulały jego twarz niczym aureola — ale Draco Malfoy nie był anielski. Możliwe, że eteryczny, ale nigdy anielski. Gniewne spojrzenie rysujące się pomiędzy jego brwiami ustąpiło miejsca niesmakowi, kiedy zacisnął usta i wyciągnął różdżkę.
— Masz zamiar spróbować ją wysuszyć? Na deszczu?
Jego szare oczy uniosły się znad książki, lekko uchylone usta miały wypowiedzieć zaklęcie, ale nie zrobiły tego, ponieważ ją zauważył. Moment, kiedy ich oczy się spotkały, zapisał się w gwiazdach. Żadne z nich o tym nie wiedziało, ale to była ta chwila: tkanina ich rzeczywistości zszywała się ze sobą, ścieg za ściegiem. Wszystko zaczęło się w tym momencie.
Krople deszczu spływały po nosie Draco, kiedy uniósł krytycznie brew trzy odcienie ciemniejszą od swoich włosów i powiedział:
— Och, cudownie. — Sposób,  w jaki cedził wypowiadane słowa, był tylko przykrywką; tak naprawdę cieszył się, że ją widzi. — Hermiona Granger. Czemu zawdzięczam to… oburzenie?
Jego brwi uniosły się lekko, niczym orzeł gotowy do odlotu na każdy sygnał strachu od czarownicy stojącej przed nim. Próbował być arogancki jak ojciec, ale także pełen gracji i opanowania jak matka. Idealny reprezentant czystej krwi, skażony cieniem wyblakłego znaku na lewym ramieniu, dobrze ukrytego w rękawie jego zimowej kurtki.
— Upuściłeś swoją książkę — powiedziała, wskazując zamoczony skrawek w jego dłoni.
— Nie upuściłem jej — mruknął. — Jakiś idiota wpadł na mnie i wybił ją z mojej ręki.
— Tak czy inaczej — odpowiedziała, wyciągając się w jego stronę i wkładając mu w ręce swoje wysuszone książki i przy okazji zabierając jego przemoczoną.
Nie miał wyboru, ponieważ ona po prostu wyszarpnęła ją z jego dłoni, zanim wytarła tytuł swoimi palcami — Baśnie Barda Beedle’a. Och, to jedna z jej ulubionych książek! Wyglądała na starszą od kopii, którą posiada i ma schowaną bezpiecznie w mieszkaniu po drugiej stronie miasta.
— Wydaje się zniszczona.
— Wspaniała dedukcja — zadrwił Draco. — Cud. Naprawdę jesteś najmądrzejszą czarownicą naszego pokolenia.
Hermiona skrzywiła się.
— Myślałam, że będziesz bardziej milszy niż kilka lat temu. Ale... — Udała westchnienie. — Masz szansę udowodnić, że się myliłam. Przypuszczam, że nie mam racji we wszystkim, prawda?
Zmieszanie  na jego ostrych rysach spowodowało, że kąciki jej ust uniosły się nieco.
— Nie wiedziałam, że lubisz książki dla dzieci.
— Phi.
— To takie… ludzkie.
— Należała do mojej matki… — powiedział cicho, wciąż ściskając jej książki na całej długości przedramion.
— Należała?
— Ona…
Och. Tak, to prawda. Hermiona niemal zapomniała. Jak dawno to było? Chyba sześć miesięcy temu?
— Przepraszam — powiedziała szybko, spuszczając wzrok z zawstydzenia. — Ja… teraz pamiętam. Pisali o tym we wszystkich gazetach…
— Tak. Między innymi — mruknął, przechylając głowę na bok.
Zapadła długa cisza, ale nagle usłyszała jego głos.
— Granger?
— Hmm?
— Czy… zrobiłaś coś z włosami?
Gniewne spojrzenie, które zwykle było jego znakiem rozpoznawczym, zostało zastąpione czymś innym: poczuciem… spokoju. Chociaż krople deszczu spadały na głowy obojga, a przechodzący obok ludzie co chwila uderzali ich w ramiona albo w torby pełne zakupów, żadne z nich nie zamierzało się ruszyć chociaż o cal; wyglądali, jakby byli wryci w kałużę, która ich otaczała. Po prostu odpoczywali, stojąc naprzeciwko siebie, jak dwie fale łączące się ponownie. Życie, status społeczny, przyjaciele, wojna — to wszystko sprawiło, że podążali innymi rzekami życia. Być może przeznaczenie spowodowało, że wpłynęli do tego samego basenu. Czas często robił to ludziom, najczęściej wtedy, gdy zupełnie się tego nie spodziewali.
— Eee… nie. — Pokręciła głową, uśmiechając się nieśmiało. — Nie licząc deszczówki. A jeśli to o niej mówisz, to chciałabym zwrócić uwagę, że i twój wygląd zmieniła.
Zaśmiał się. Stojąc na środku ulicy Pokątnej, przemoczony deszczem, ze zniszczoną książką jego matki, nie mógł się powstrzymać od chichotu, słysząc jej żart. To spowodowało, że włosy na jego karku uniosły się, ale nie przeszkadzało mu to. Szok nie zawsze musiał być negatywny. Odważyła się na niego spojrzeć i zauważyła, że spogląda na stos jej książek, od którego krople deszczu odbijały się jak piłki. Rozbawiony uśmieszek pojawił się na jego ustach, kiedy przeczytał głośno:
Historia Hogwartu, aktualizacja druga?
— Tak.
Odchrząknęła, gdy chłodny podmuch wiatru przeleciał przez ulicę i pogłaskał jej odkrytą skórę. Wzdrygnęła się, po czym kontynuowała:
— Trzecia aktualizacja ukazała się we wtorek i chciałabym kupić kopię. Te... — Położyła książkę Draco na stosie, po czym wzięła wszystkie od mężczyzny. — Chciałam dzisiaj oddać.
— Oddajesz swoje książki? Tak po prostu?
— Tak, Malfoy — odparła, mając ochotę przewrócić oczami. — Niektórzy z nas nie mają wielkich rezydencji, w którym mogą przechowywać swoje książki na wieki. Niektórzy z nas muszą zrobić miejsce na coś nowego. — Jej twarz złagodniała, kiedy zerknęła na jego zniszczoną książkę. — Możesz iść ze mną — zaoferowała. — Jeśli chcesz. To antykwariat, oczywiście wiem, że nienawidzisz takich miejsc, ale mam przeczucie, że będziesz zaskoczony tym, co tam znajdziesz. Może trafisz na wydanie z tego roku, aby zastąpić tę? N-nie chodzi o to, że myślę, że można zastąpić książkę twojej matki.
Ugryzła się w język. Głupia. Po prostu głupia. Nie można tak po prostu zastąpić rodzinnego spadku czymś innym, tylko dlatego, że pochodzi z tego samego roku.
Kolejny podmuch wiatru spowodował, że dziewczyna zamknęła oczy, gdy lodowaty deszcz uderzył ją w twarz. Była zła na siebie, że zostawiła Ronowi i Harry’emu swój parasol. Uniosła jednak powieki, gdy poczuła na swojej głowie i ramionach ciepły, mimo że przemoczony, płaszcz zimowy. W tym samym czasie zabrano od niej książki.
A potem ich oczy ponownie się spotkały, powodując, że nawet deszczowe chmury nie stanowiły zagrożenia. Draco uśmiechnął się jak podły książę z książek Hermiony, trzymając stos pod pachą.
— W którą stronę?
— Co?
Przewrócił oczami.
— Do antykwariatu, Granger. Nadążaj.
— Chcesz iść? Ze mną? Być widzianym publicznie ze mną?
Jego uśmieszek złagodniał.
— Jesteś pierwszą osobą, która nie składa mi kondolencji po odejściu matki i nie wydaje opinii o moim… — Jego oczy podążyły w kierunku lewego ramienia trzymającego książki. — W każdym razie. — Odchrząknął. — Jeśli myślisz, że mogą mieć kopię…
Właśnie wtedy Hermiona uświadomiła sobie, że nie miał na sobie płaszcza, ponieważ ten, który został przerzucony przez na jej ramionach należał do niego. Oliwkowy szmaragdowy sweter, który miał na sobie, przylgnął do jego piersi i był bardzo przemoczony. W jakiś sposób to go uczłowieczyło. Być może dlatego, że zrezygnował z ciepła dla niej. Dlaczego właściwie to zrobił?
— Czy masz zamiar tak stać i się gapić, czy może już pójdziemy? — warknął, dając wyraźny sygnał, który przyciągnął jej uwagę.
— Racja.
Wyprostowała ramiona i owinęła kurtkę mocniej wokół twarzy. Pachniała liśćmi herbaty, mięty pieprzowej i nutą pergaminu. Och, dlaczego wyczuwała zapach pergaminu?
— Um… tędy.
Skinęła głową w kierunku przeciwnej strony ulicy. Tam, skąd przyszła. Ale tym razem jej stopy zeszły z chodnika na bruk i nie była sama. Inna para nóg szła tuż obok, dotrzymując kroku, spiralnie w dół, po raz kolejny razem weszli do tej samej rzeki.

~*~*~*~

— Panie Malfoy?
Słowa. Ktoś mówił. Nie będzie zawracał sobie tym głowy. Jego palce przejechały po okładce, po wypukłej skórze i głęboko wyrytym tytule Baśnie Barda Beedle’a, zanim włożył książkę do torby.
— Panie Malfoy. Wzory. Czy zgadza się pan na to?
Pieprzyć wzory. Pieprzyć je wszystkie. Dlaczego kilka dni musi być gorsze od innych? Dlaczego dzisiaj to jeden z tych dni? Kurwa.
Noszenie tej cholernej książki przy sobie nie przyniosło niczego dobrego. Ale to jego nawyk. Zawsze miał przy sobie kopię należącą do jego matki, nawet gdy był dzieckiem. Kiedy poszedł do Hogwartu. I nawet tego dnia, gdy ją zniszczył. Gdyby nie był taki nieostrożny… głupotą było nosić ją ze sobą. Być może nigdy nie będzie siedział, słuchając rzeczy, o które nie dbał, tęskniąc za kimś, kto nim się nie przejmował. Nigdy więcej.
— Panie Malfoy?
— Tak — mruknął z goryczą, chowając książkę do torby i prostując się. — Wygląda świetnie, Jameson. Wspaniała robota. — Okropna robota. Jak ktoś mógł zrobić coś takiego? Jak świat może się kręcić, kiedy wszystko rozpada się pod jego stopami? — Niech Bolt wyśle mi ostateczny prototyp. Muszę iść.
— Oczywiście, panie Malfoy.

~*~*~*~

Praca wydawała się uciążliwa, nie na miejscu. Normalnie rzuciłaby się na nią, ale dzisiaj złapała się na tym, że czytała na jedno zdanie kilka razy. Czy osiągnęła coś, biorąc tę pracę? Czuła się tak, jakby zmierzała do nikąd. Mówiła sobie, że robi postępy, ale… czas upływał, a ona nadal była w swoim ciasnym biurze. Minuty wydawały się godzinami, a godziny dniami. Dusiła się, skupiając na zachowaniu się tak, jak na bohaterkę wojenną przystało. Ale to W.E.S.Z. było dla niej najważniejsze. Nie mogła z niego zrezygnować. Nie teraz. Nie po tych wszystkich latach, które poświęciła na uzyskanie zgody przez Ministerstwo na utworzenie odrębnego oddziału zajmującego się jej działalnością.
To ją pasjonowało. Mogła wstawać każdego poranka i wcześnie przychodzić do pracy. Teraz liczyła minuty do szóstej, kiedy to wreszcie stąd wyjdzie.
Nigdy nikomu nie powiedziała o swoim zamiłowaniu do tej inicjatywy. Harry najprawdopodobniej by zrozumiał, ale był bardzo zajęty Biurem Aurorów, Ron swoim sklepem, a Ginny quidditch… wszyscy zajmowali się tym, co kochali. Spełniali się w swoich pasjach. Ale co było pasją Hermiony? Tak naprawdę nie była pewna. Myślała, że to W.E.S.Z., ale… dlaczego czuła taką pustkę?
Dni zawsze mieszały się w jeden podczas tygodnia pracy, ale w piątek wiedziała, że w tym zaciemnionym świecie pojawia się światełko nadziei. Właśnie dlatego, gdy na zegarku zobaczyła siedemnastą pięćdziesiąt dziewięć, zaczęła się pakować. O osiemnastej była już za drzwiami i zmierzała w stronę windy.
Poślizgnęła się na piętach, kiedy wyszła z windy i przeszła w kierunku kominka. Serce podeszło jej do gardła. Wszystko, co musiała zrobić, to wrócić do domu, zjeść obiad, a potem… potem będzie mogła popatrzeć na gwiazdy. To wszystko, co kiedykolwiek chciała zrobić.
Dom. Zjeść coś. Planetarium. Gwiazdy. Musiała zobaczyć gwiazdy tej nocy.

~*~*~*~

Bardzo dzisiaj pada. Dlaczego tu zawsze pada? Czy pogoda nie ma nic lepszego do roboty? Albo to podły nastrój Draco sprowadził go na ziemię, jakby był nordyckim Bogiem Gromu? Nie był świadomy, dokąd nogi go poniosły, dopóki nie stanął przed szeroką, zaokrągloną ścieżką.
Rozprostować nogi i ramiona. Rozluźnić mięśnie. Biec.
To wszystko Draco robił każdego wieczoru. Słońce czy deszcz, zawsze biegał szlakiem w lesie za Malfoy Manor, który przebiegał wzdłuż ogrodu. Był przeznaczony do spacerów zakochanych par, co wydawało się dość powszechnym zjawiskiem, ale teraz te same ścieżki stały się osobistą trasą Draco. Bieganie było lekcją bólu. Bieg pomagał zachować jego adrenalinę w ryzach. Bieganie. Dobry sposób na stres, prawda? Biegał, by uciec od swoich problemów. Biegał, aby utrzymać wszystkich na wyciągnięcie ręki. Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz odezwał się do ojca. Albo do jakiegoś człowieka spoza firmy. No dobra, pewnego dnia zamówił mugolskie żarcie na wynos, ale nigdy do tego się nie przyzna.
Jego stopy dotknęły podłoża i zaczął wdychać powietrze przez usta i nos. Z każdym wdechem jego żołądek się rozluźniał, a z każdym wydechem, zaciskał. Z każdym oddechem uspokajał się, od pulsu na szyi, poprzez powolne ciepło rozprzestrzeniające się w jego nogach, do szelestu wiatru w uszach. Krople deszczu powoli spadły na jego głowę. Wiedział, że mógł użyć jakiegoś zaklęcia, aby nie zmoknąć, ale on wolał rozkoszować się lodowatymi kropelkami wody, które uderzały go mocno w twarz, spadając w rytmie bicia jego serca. Każdy podmuch zimnego wiatru wstrząsał jego ciałem, ale uwielbiał to. Uwielbiał cały ten wstrząs. Zasłużył na to. Merlinie, tak bardzo zasłużył.
Ile czasu minęło od ich ostatniego pocałunku? Trzymania się za ręce? Nawiązywania kontaktu wzrokowego w tym samym momencie?
Jego biały T-shirt przykleił się do piersi, a sportowe spodenki wydawały się takie ciężkie.
Biegnij. Biegnij szybciej. Zapomnij o niej. Zapomnij o niej. Zapomnij o niej. Ona o tobie zapomniała.
Draco nie zauważył kamienia, który w ułamku sekundy brutalnie go zatrzymał — potknął się o niego, zajęczał i upadł.
Ból. Kurwa, tak bardzo boli. Czy to krew? Tak. To krew. Po prostu kapie z jego kolana. Potłuczony łokieć. Nic mu nie będzie. Wstań. I robi to. Deszcz zmył krew z dłoni, a po upadku wrócił do biegu, nie pozwalając, żeby ból nim zawładnął. Właśnie to prawdziwy Malfoy robił w sytuacjach kryzysowych. Ignoruj ból. Ukryj go głęboko. Nowa butelka rumu czekała na niego w jego pokoju.
I jego serce. Kurwa, jeśli jego serca nie było tutaj, to w jaki sposób biegał? Co tak dudniło w jego piersi, utrzymując tempo razem z nogami?
Żal. Tak, to właśnie to.

Scena druga: Pogoń

You're the one I wanna chase
You're the one I wanna hold
I won't let another minute go to waste
I want you and your beautiful soul
Your beautiful soul, yeah
Beautiful Soul — Jesse McCartney

— I wtedy mu powiedziałem: Śmiało! Wyzywam cię. Zrób mi dzień, ty pokryty szlamem palancie! — opowiadał Blaise, podnosząc butelkę piwa kremowego ze stołu, wywijając nią jak mieczem albo pałeczką.
Draco nie był pewien, jednak miał świadomość tego, że zbliżała się ósma i powinien być gdzieś indziej.
— Och, hahaha, Blaise, jesteś niemożliwy! — Pansy zachichotała w dłonie, jednocześnie uderzając mężczyznę w ramię.
Ta dwójka non-stop ze sobą flirtowała i to doprowadzało Draco do szału. Nie tylko on był tym zirytowany; Goyle spojrzał na swój kufel, próbując ukryć czerwoną twarz. Wszyscy wiedzieli, że podkochuje się w Pansy, która w tym momencie łamała mu serce. Draco sięgnął po zimowy płaszcz, wiszący na krześle, ale gdy jego palce dotknęły materiału, usłyszał odgłos stawianego na stole piwa i odwrócił się do przyjaciół.
— Wybierasz się gdzieś? — zapytał Blaise, wpatrując się w przyjaciela sceptycznym wzrokiem.
— Chyba nie spodziewałeś się, że spędzę z wami cały wieczór, prawda? Powinienem być gdzie indziej.
Draco uśmiechnął się, sięgając za siebie po płaszcz. Ułożył go na kolanach i zaczął przeszukiwać kieszenie. Oczywiście znalazł to, czego szukał — portfel. Rzucił na stół dziesięć galeonów i spakował resztę do kieszeni.
— Wypijcie za mnie, panowie.
— Przepraszam, Draco. Jestem kobietą — powiedziała Pansy, marszcząc nos.
— Jeżeli tak uważasz — zażartował, schylając głowę, kiedy widelec prawie uderzył go między oczy.
Wszyscy przy stole ryknęli śmiechem. Nawet Goyle lekko się uśmiechnął.
— Gdzie idziesz? — zapytał znowu Blaise.
Draco nie chciał z nim dyskutować. Wstał od stołu, włożył ręce do kieszeni, a chwili zapiął płaszcz z przodu.
— Hej! — Przyjaciel zawołał go, kiedy odszedł. — Draco, mówię do ciebie, kumplu!
— Tak, jak mówiłem! — krzyknął Draco przez ramię, posyłając w kierunku przyjaciół swój firmowy uśmieszek. — Gdzieś.
Pomachał do nich ręką, popychając drzwi wejściowe do Trzech Mioteł i znalazł się pod gołym niebem. Dzisiaj nie padało, za co był bardzo wdzięczny. Wystartował szybko i ruszył sprężystym krokiem ulicami Hogsmeade’a. To nie był przypadek, że jego przyjaciele zabrali go do baru, znajdującego się blisko ulicy, na której powinien dziś być. Jako Ślizgon potrafił sugerować innym, co powinni robić i dzisiaj jego ofiarą padł Blaise. Miał nadzieję, że późnym wieczorem będzie nią Granger.
Nie podobał mu się pomysł pójścia do Herbaciarni u pani Puddifoot, jednakże Hermiona zaproponowała, żeby to właśnie tam się spotkali na kilka dzbanków przed pójściem do Tomów i Zwojów na poszukiwanie Baśni Barda Beedle’a. Wydanie z siedemnastego wieku miało zastąpić to, które od cholernego miesiąca było osuszane. Draco wiedział, że mógłby poprosić skrzata o sprowadzenie książki, ale… ten czas spędzony z Granger… był po prostu zabawny. Nigdy nie wykorzystywała jego Mrocznego Znaku przeciwko niemu, tak jak mógłby się tego spodziewać. W rzeczywistości w ogóle o nim nie wspominała. Granger nie traktowała go jako byłego Śmierciożercę, ale jak człowieka. Śmiała się z jego żartów, nawet jeśli dotyczyły jej samej i często sama żartowała z taką zaciekłością, że Draco zwykle przegrywał te słowne pojedynki. Nigdy nie przestała próbować znaleźć nowej książki w miejsce tej zniszczonej. Jej determinacja nie ustąpiła nawet wtedy, gdy po przeszukaniu pięciu księgarni ich wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Nie oczekiwała po nim tego samego co inni. W jej towarzystwie nie musiał manifestować swojej wyższości i udawać kogoś innego.
Nie musiał, ale chciał. Wpadnięcie tego dnia na nią przypominało trochę dla Draco zapalającą się w głowie żarówkę. Było tak ciemno i ponuro, zanim pojawiła się w jego życiu, ale teraz z dnia na dzień świat stawał się coraz bardziej kolorowy. Ona widziała świat inaczej — jako miejsce pełne doświadczeń i opowieści, podczas gdy Draco widział budynki, ludzi i przestrzeń między nimi.
Była tam, siedziała na zewnątrz, ubrana w czerwony wełniany płaszcz z guzikami wielkości pięści dziecka, które były zbyt obrzydliwe i zbyt duże do tego stroju. Wyglądał na ręcznie robionego i zapewne tak było. Często mówiła o Molly Weasley, która robiła na drutach i szyła dla przyjaciół i rodziny ubrania, później będące prezentami świątecznymi. W ubiegłym tygodniu nosiła asymetryczny, cytrynowy beret, który powodował, że końcówki jej włosów miały słoneczny odcień, a kiedy jej o tym powiedział, odpowiedziała mu szkarłatnym rumieńcem. To był bardzo dobry dzień.
Gdy podszedł bliżej, zauważył, że po drugiej stronie stołu stoi kubek gorącej herbaty. Popatrzył na unoszącą się parę, zanim odsunął krzesło i usiadł naprzeciwko kobiety, mamrocząc pod nosem „Witaj”.
— Cześć.
Uśmiechnęła się do niego, prostując się na krześle i przysuwając do stołu. Jej palce, ubrane w rękawiczki, owinęła wokół filiżanki, kiedy podniosła ją i upiła niewielki łyk.
— Mmm… mówiłeś, że lubisz miód, prawda?
— Tak — odpowiedział, pozwalając, żeby jego kąciki ust uniosły się do góry, tworząc lekki uśmiech, a potem sam napił się gorącego napoju.
Herbata była słodka, jak cukrowe pióra, ale jednocześnie delikatna, jak rozwodniona lemoniada. Znacznie lepsza od Ognistej Whisky, którą pił wcześniej. Próbował stłumić jęk zadowolenia, ale on i tak wydobył się z jego ust w postaci mgiełki powietrza. Towarzyszył temu dźwięk, który brzmiał, jakby mężczyzna odchrząknął, i zaszydził:
— Kto ubierał ciebie dzisiejszego wieczora? Królowa?
Hermiona pokazała mu język, zanim odparowała:
— Jesteś po prostu zazdrosny, że nie ty tego dokonałeś.
— Myślę, że zarumieniłabyś się, gdybym to zrobił — odpowiedział z przymrużeniem oka.
Och, i znowu na jej twarzy pojawił się rumieniec, wspinając się na skórę od szyi aż do całkiem małych policzków. Tak, widok zawstydzonej Hermiony Granger był tym, do czego dążył każdego tygodnia. Na początku robił to, żeby się nad nią pastwić. Ale teraz… teraz to było coś innego. Coś bardziej… osobistego.
Słuchał, jak chrząknęła, i śledził wzrokiem drgające palce, kiedy poruszona odstawiła filiżankę na spodek.
— Więc… jakieś postępy w tym tygodniu? Ze znalezieniem książki?
Radosny uśmieszek Draco się poszerzył.
— Nie.
Nie dlatego, że chciał ją odszukać na własną rękę, bez pomocy kobiety. Jakaś jego część obawiała się znalezienia baśni. Co zrobi, jeśli ona nie będzie chciała kolejny raz z nim rozmawiać? Co jeśli ona kierowała się po prostu litością? Oprócz dwóch kumpli ze Slytherinu, którzy znali go przed wojną, tylko ona okazała mu coś w rodzaju dobroci. Nawet kiedy jego matka umarła. Tak, usłyszał wiele dziwnych kondolencji. „Przykro mi z powodu twojej straty. To wszystko, co mogliśmy zrobić. Ona jest teraz w lepszym miejscu”. Zawsze słyszał takie teksty. Lepsze miejsce? Pochowanie w rodzinnym grobowcu ma być „lepszym miejscem”? Draco nigdy nie myślał zbyt wiele o zaświatach. Wszystko, co wiedział, działo się tu i teraz. I właśnie teraz, co brzmiało bardzo tajemniczo, zauważył Gryfonkę, która uśmiechała się do niego z takim uporem, że aż uniósł brwi i zapytał:
— Co? Mam coś na zębach?
Hermiona pokręciła głową.
— Nie. Twoje zęby są bardzo czyste. I białe. Jak to możliwe, że są tak białe? Używasz jakichś zaklęć czy…? — Pochyliła głowę. — Przepraszam. Moi rodzice są dentystami. Zawsze jestem pod wrażeniem dobrej higieny jamy ustnej.
— Gdybym nie znał cię lepiej, wziąłbym to za komplement — zażartował, a jego uśmieszek zmienił się w uśmiech.
Znowu odchrząknęła i odparła:
— Nauczono mnie, żeby mówić komplement lub dwa w ciągu dnia.
— Tak, ale mnie? — zapytał. — Czy to nie jest wbrew kodeksowi moralnemu, którego trzymają się Gryfoni?
Posłała mu smirk godny jego własnego.
— Jesteś jedynym, który mówi o moralności. Powiedz mi, gdzie zostawiłeś swoją?
— W Biblii, w mojej szufladzie. — Pochylił się nad stołem. — To nikomu nie przyniosło zbyt wiele dobrego.
Przewróciła oczami.
— Typowi Ślizgoni; patrzycie na korzyści, jakie można odnieść, zamiast wziąć życie za rogi i nim pokierować.
— Typowi Gryfoni; myślą, że mogą kontrolować sposób, w jaki działa świat. Czy naprawdę myślicie, że macie cokolwiek do powiedzenia w życiu?
— O tak.
— Dlaczego?
— Siedzę tu, pijąc z tobą herbatę, prawda? I nawet, gdy wszyscy mówią…
Zatrzymała się, uświadamiając sobie swój błąd. Draco napiął się, odstawiając herbatę na stół, nagle poczuł gorycz w ustach.
— No dalej — sprowokował. — Co wszyscy mówią?
— To nie ma znaczenia.
— Oczywiście, że ma. — Pochylił się do przodu. — No dalej, Granger. Masz szansę. Powiedz mi bardzo szczegółowo o tym, jak to jestem zdemoralizowany. Jestem pewien, że od początku chciałaś to zrobić. Dziwię się, że jeszcze nie zaczęłaś tego tematu. Założę się, że to strasznie irytuję twoją świętoszkowatą stronę.
— Draco, to nie fair.
Poczuł skurcz żołądka. Nigdy nie mówiła do niego po imieniu. Nawet wtedy, gdy zaczęli się ze sobą spotykać. Jeśli używała go podczas dawania mu bury, zawsze miał wrażenie, że „Draco" w jej ustach brzmi tak, jakby szeptała modlitwę. To podrażniło jego uszy, dotarło do jego płuc. Język nagle zrobił się bardzo ciężki, a nogi miał jak z waty. Gdyby chciał odejść od stołu, nie mógł.
— Dlaczego to nie jest fair? — zapytał powoli.
— Ponieważ — odpowiedziała, wdychając wieczorne powietrze. — Ja nie przejmuję się tym, co myślą inni. I bardzo mnie cieszy twoje towarzystwo.
Draco zamrugał.
— Naprawdę?
— O tak. — Uśmiechnęła się. Hermiona sięgnęła na dół po swoją torebkę, którą trzymała blisko stóp, i nagle położyła ją na stole. W środku znajdowała się oprawiona w skórę książka ze zużytymi i żółtymi stronami, jednak dalej łatwo ją rozpoznał.
Zamrugał ponownie.
— To samo wydanie — powiedziała, kładąc wolumin naprzeciwko mężczyzny. — Możliwe, że użyłam swojego statusu w Ministerstwie i pociągnęłam za kilka sznurków…
Serce Draco zamarło w piersi, a gardło ścisnęło. Brakowało mu tchu. Wszystko, co mógł zrobić, to patrzeć na nią i księgę z mieszaniną adoracji i zmartwienia rysującą się na jego twarzy.
— Nie podoba ci się? — spytała, marszcząc brwi, kiedy ponownie wzięła tom do ręki i zaczęła go oglądać. — Myślę, że jest w idealnym stanie, biorąc pod uwagę fakt, że jest bardzo stary. Poprzedni właściciel miał go w swoim zbiorze przez prawie wiek…
— Jest znakomity — mruknął, przerywając jej. Jego wzrok spoczął na książce, którą trzymała w dłoniach. — To… to najmilsza rzecz, jaką ktoś kiedykolwiek dla mnie zrobił. Naprawdę. Ja… — Przełknął formującą się w gardle gulę i przygryzł wnętrze policzka. — Ty… dziękuję ci. — Wyciągnął rękę. — Mogę?
Jej grymas zastąpiła ulga.
— Oczywiście. To twoja książka. Rób z nią, co chcesz.
Podała mu wolumin, a gdy go od niej odbierał, ich kciuki zetknęły się ze sobą. Nieznacznie. Niewinnie.
Całkowicie niezamierzone, ale to spowodowało ciepłe mrowienie wzdłuż kręgosłupa Draco. Spojrzał na oprawę, rozwiązał skórzane zapięcie i otworzył księgę, czując zapach starego pergaminu i atramentu. I nagle to do niego dotarło.
— Cholera, Granger. To musiało kosztować fortunę. Ile mam… przecież ty nie masz środków, żeby sobie na to pozwolić.
Machnęła ręką, jakby odrzucała jego słowa.
— Ministerstwo płaci bohaterom wojennym wiele pieniędzy za to, że po prostu kręcą się w pobliżu i wykonują dobrze swoje obowiązki. Miałam trochę pieniędzy przeznaczonych na czarną godzinę — powiedziała, wskazując głową książkę.
— Nie. — Draco potrząsnął głową. — Nie będziesz za to płacić. Ile jestem ci winien?
Położył wolumin na stole i sięgnął do kieszeni po saszetkę na monety. Kiedy ją wyjął, usłyszał cichy chichot.
Zmrużył oczy.
— Z czego się śmiejesz?
— Saszetka? — Teraz na dobre się roześmiała. — To trochę staroświeckie, nie sądzisz?
— Phi — szydził z niej. — Nie wszyscy czują potrzebę porzucenia swojego dziedzictwa.
— Cóż, chociaż trochę — zauważyła. — W końcu… nie byłbyś tutaj ze mną, gdybyś chociaż trochę go nie odpuścił. — Urwała i popatrzyła ponad księgą, zaciskając wargi. — Przypuszczam, że skoro masz, co chciałeś, nie będziesz chciał więcej mnie widzieć.
Klatka piersiowa Draco napięła się mocno.
— Dlaczego tak myślisz? — szepnął spokojnie.
— Myślę, że odpowiedź jest oczywista.
Draco spojrzał na książkę pośrodku stołu, na swoje drżące dłonie, a potem na Hermionę.
— Nie dla mnie.
Spojrzała w górę i ich oczy się spotkały.
— Co to znaczy?
— To znaczy… — Przełknął ponownie ślinę i pokręcił się na krześle. — To znaczy… — Spojrzał na swoją saszetkę. — Jeśli nie chcesz, żebym ci oddał pieniądze…
— Nigdy tego nie powiedziałam.
— Wtedy — zignorował ją. — Pozwolisz mi zapłacić w inny sposób.
Kolejny rumieniec w kolorze jej płaszcza pojawił się na twarzy Hermiony i sięgnął aż do uszu, które także przybrały kolor tego ohydnego płaszcza.
— O-och? — Teraz to ona poruszyła się na krześle. — A… hmm… jak… co masz na myśli?
— Na początek coś do picia. — Pozwolił sobie na uśmieszek. — I nie mam na myśli większości tych słabych drinków. Nie dlatego, że nie jestem fanem, bo oczywiście jestem. — Wyciągnął się w kierunku kobiety i objął jej dłoń swoją. — A potem, może obiad? Nie wiem jak ty, ale ja umieram z głodu. A ty, oczywiście nie bierz tego do siebie, wyglądasz na trochę głodną.
Hermiona spojrzała na swoją dłoń, zamrugała, a potem uśmiechnęła się do niego.
— O tak.

~*~*~*~

Stopy Draco odbijały się od żwiru, gdy biegł czwartą milę. Pot błyszczał na jego skórze, pomimo marznącego deszczu. Płuca go paliły. Kolana zdrętwiały. Wszystko, co chciał zrobić, to wrócić do domu i upić się nową butelką rumu, dopóki burza w jego umyśle nie ustąpi.
Nie, powiedział sobie. Przebiegnie kolejną milę. Wypoci to. Umyje się. Ubierze. Popatrzy na gwiazdy. Rum może poczekać.

~*~*~*~

Planetarium Longbottoma mieszczące się na skraju Hogsmeade zostało otwarte dwa lata temu. Jego fundatorami byli Neville, Harry i kilka innych osób, których rodziny zostały dotknięte wojną. Właśnie zbierano pieniądze na oddział zamknięty Janusa Thickeya i na wycieczki szkolne (bezpłatne) dla uczniów Hogwartu, którzy odwiedzali Hogsmeade. Hermiona chciała, żeby to wypadło wiarygodnie, ale zajęła się tym, gdy jej stowarzyszenie WESZ stało się departamentem.
Wciąż jednak wracała, gdy zostało ukończone. I wtedy to się stało.
Witaj.
Cześć.
Nie rozmawiali od dnia otwarcia. Nie odkąd pierwsza gwiazda zamigotała na suficie Wielkiej Sali w Hogwarcie.
Czasami myślała, że widziała go tutaj. Kilka razy miała pewność, że tak było. Nie w tym samym miejscu. Nie w tym samym czasie. Przychodziła wtedy albo odchodziła, ale nigdy nie mogła przeoczyć platynowych blond włosów i szarych oczu, które na nią nie patrzyły. Zawsze gdzieś indziej. Albo na kogoś innego. Ale nigdy na nią.
W tym miesiącu zidentyfikowali wiele gwiazdozbiorów widocznych na nocnym niebie. Piękno tego miejsca polegało na tym, że nie trzeba było siedzieć na krześle, tylko na trawie, owijając się kocem, za rzędami krzeseł, i obejrzeć prezentację, jakby naprawdę byli pod rozgwieżdżonym niebem. Właśnie tak zawsze Hermiona robiła. Pomijając koc. Kładła się na trawie, chowając ręce za głowę, i po prostu patrzyła. Czuła, że mogłaby tak spędzać wszystkie dni. Nikt nie obserwował każdego jej ruchu. Nie musiała tonąć w pracy. Nie… bolało jej serce.
Tutaj czas zdawał się biec inaczej. Podobnie jak różnice czasu w całym wszechświecie. To, co w biurze wydawało się godzinami, tutaj było minutami. Przyjemna dla ucha muzyka towarzyszyła prezentacji, tworząc przyjemny nastrój. Czasami zasypiała i budziła się przykryta ciepłym kocem. Zakładała, że to ktoś z personelu stara się, aby wszystkim było wygodnie. Czasem jednak koc pachniał liśćmi herbaty, miętą pieprzową i… pergaminem. Zastanawiała się…
Tej nocy nie chciała zasnąć. Na dzisiejszy wieczór zaplanowano dwie prezentacje i bardzo jej zależało, żeby nie przysnąć na pierwszej dotyczącej Gwiazdozbioru Smoka. Znała wszystkie fakty, nawet te spektakularne, ale przyjemny głos lektora sprawiał, że gwiazdy tańczyły nad głowami oglądających i wprowadzały ich do nowej rzeczywistości.
— Gwiazdozbiór Smoka jest ósmą co do wielkości konstelacją na nocnym niebie, zawierającą dziewięć gwiazd ze znanymi planetami i bardzo dobrze znanym katalogiem Messiera w galaktyce soczewkowatej.
Soczewkowata, tak jak jego postura. Przestań. Nie jesteś tutaj, aby o nim myśleć.
— Konstelacja Draco w mitologii wiąże się z greckim mitologicznym smokiem, Ladonem, który strzegł złotych jabłek w ogrodzie Hesperyd. Złota jabłoń była prezentem dla Hery, kiedy poślubiła Zeusa.  Zasadziła drzewo w ogrodzie na górze Atlasa i kazała córce Atlasa, Hesperydzie, pilnować go. Umieściła tam także smoka Ladona, po to, aby Hesperyda nie mogła zerwać żadnego jabłka z drzewa.
Cóż, to brzmiało bardzo prawdziwie. Strzegący. Tak jak on.
— W niektórych wersjach mitu Ladon miał sto głów i był dzieckiem potwora Tyfona i Echidny, pół-kobiety, pół-węża.
Powiedział: wąż? Jak trafnie.
— Herakles został poproszony, żeby ukraść kilka złotych jabłek z drzewa. Zabił Ladona zatrutymi strzałami i wziął jabłka. Zasmucona śmiercią smoka Hera umieściła jego wizerunek na niebie pośród konstelacji. Smok jest zazwyczaj owinięty wokół Bieguna Północnego z jedną stopą Heraklesa na swojej głowie.
Hermiona słuchała uważnie o świetle gwiazd w tym pięknym wszechświecie. On był tak samo gorący jak światło gwiazd, oświetlał jej duszę. Jego serce było zakazanym owocem, strzeżonym i poszukiwanym. Ale nie było ze złota. Może… pozłacane. Ładne na zewnątrz, ale w środku… nawet bardziej. Bardziej realistyczne. Trudne do pokochania, ale możliwe, prawda?

Scena trzecia: Miesiąc miodowy

Baby, tonight's the night I let you know
Baby, tonight's the night we lose control
Baby, tonight you need that, tonight believe that
Tonight I'll be the best you ever had
Tonight — John Legend

You know better babe, you know better babe,
Than to look at it, look at it like that.

Jego ręce zsunęły się na krągłości jej bioder, a wargi przysunęły się do ucha, kiedy wyszeptał jak modlitwę:
— Powiedz to jeszcze raz.
Palce wokół jej bioder zacisnęły się mocniej, gdy chwycił materiał spódnicy i podciągnął w górę.
— Ja… pragnę cię.
Ręce owinięte wokół jego szyi przesunęły się do blond włosów, podziwiając ich jedwabistość. Był mieszanką delikatności i siły, kiedy kołysał nimi w rytm cichej muzyki. Ci, którzy go widzieli, opowiadali, że jest zimny, jak śnieżyca. Lodowaty. Ostry. Bardzo zimny. Ale nie dla niej. Był jak błyskawica uderzająca w piasek. Piękna, gorąca w dotyku, idealna. Był ogniem i zniszczeniem, i tlącym się kawałkiem jej determinacji. Momentalnie mógłby ją spalić, gdyby nie była ostrożna.

You know better babe, you know better babe,
Than to talk to it, talk to it like that.

— Chodź ze mną do domu.
— Ja…
Jego wargi opadły na jej szyję, co spowodowało, że cicho zamruczała.
— Nie powinnam.

Don't give it a hand, offer it a soul
Honey, make this easy.
Leave it to the land, this is what it knows
Honey, that's how it sleeps.

—  Według ciebie — zakpił. Zawsze tak robił. — Proszę… Hermiono.
Jej imię wypływające  z jego ust było jak kwas niszczący duszę i jednocześnie robiący miejsce dla niego, aby skorodować serce.
— Sprawię, że nie będziesz tego żałowała.

Don't let it in with no intention to keep it

Och, nie miała żadnych wątpliwości. Nie chodziło o to, że spędziła trzy ostatnie noce zwinięta na jego kolanach, całując go w jej salonie, dopóki obojgu nie brakło tchu. Jasne, może jej koszula leżała wczoraj na podłodze. Tak, więc miał wczorajszą noc. Ale to, o co prosił, było czymś… więcej.

Jesus Christ! Don't be kind to it.

Czy to nie za wcześnie? Wydawało się, że dopiero wczoraj siedzieli na zewnątrz herbaciarni, ale czas tak szybko przeniósł się do teraźniejszości. Spalił drogę w tunelu czasoprzestrzennym. Minęło już sześć miesięcy. Sześć miesięcy randek, rozmów i spotkań z przyjaciółmi. Sześć miesięcy na księżycu czasu, który połączył ich jak dwie uderzające w siebie fale, mogące się mieszać i łączyć. Ale czy to już czas? Czy była gotowa na następny krok?

Honey don't feed it - it will come back.

Hermiona rozejrzała się po swoim salonie, poczynając od gramofonu, który podarował jej ojciec na dwudzieste pierwsze urodziny, poprzez talerze starannie ułożone w zlewie, do Draco, który patrzył na nią swoimi srebrnymi tęczówkami. Dlaczego zgodziła się z nim tańczyć? Wiedziała, że to zawsze rozpala w nich ogień. Ciała łączyły się w jedno. Skóra dotykała skóry. Niewinność została zastąpiona napięciem seksualnym.

You know better babe, you know better babe,
Than to smile at me, smile at me like that

— Proszę? — zapytał ponownie, a jego usta uniosły się ku górze w uwodzicielskim uśmiechu.
— Słuchaj, ty — szepnęła, uśmiechając się lekko. — Panie grzeczny.

You know better babe, you know better babe!
Than to hold me just, hold me just like that.

Powoli dotknął nosem jej nosa. Drwiąco.
— Chciałbym ci pokazać, jak niegrzeczny mogę być. — Przygryzł jej dolną wargę. — Chcę pokazać — musnął językiem jej górną wargę — jak bardzo — kolejne uszczypnięcie — mi na tobie zależy.
Jej oczy zatrzepotały, kiedy złapała oddech.
— Zależy ci na mnie?

I know who I am when I'm alone
I'm something else when I see you
You don't understand, you should never know
How easy you are to need

Uśmiech pojawił się na jego ustach.
— Hermiono… — Palce błądziły po jej bokach, ramionach, wzdłuż szyi i zatrzymały się na policzkach. Jego oczy odnalazły jej. — Jesteś moim całym światem.
Czas się przesunął. Chciała pozostać tutaj, zagubiona w tej chwili na zawsze. Być tak prawdziwie adorowaną, czuć to i widzieć to w jego oczach. Jej palce splecione na jasnych włosach przesunęły się na szyję, a następnie na policzki.
— Tak. — Skinęła głową. — Pójdę z tobą do domu.

Don't let me in with no intention to keep me
Jesus Christ! Don't be kind to me.
Honey don't feed me - I will come back.

Tej nocy ich ciała były jak fale, tańczące i zderzające się ze sobą, zagubione w nurcie tej chwili. Gdy Draco położył ją na plecach na jedwabnej narzucie na łóżku, nie miała pojęcia, jak potężne emocje w niej powodował — był jak sztorm szalejący przy brzegu. Odkrywali, śmiali się, jęczeli i dotykali.

It can't be unlearned
I've known the warmth of your doorways
Through the cold, I'll find my way back to you

Zęby Draco opadły na jej szyję, co spowodowało, że krzyknęła.

Oh please, give me mercy no more!
It's a kindness you can't afford!
I want you baby tonight, as sure as you're born

Jej ręce podrapały go po plecach, powodując lekki dreszcz.

You'll hear me howling outside your door.

Nie chciał, żeby go oswajała. Był dziki i z każdą chwilą coraz bardziej jej się to podobało. Owijając nogi wokół niego i błądząc palcami w jego włosach, usłyszała jego ledwie słyszalny szept:
— Kocham cię.

Don't you hear me howling babe?

Miłość. Miała być wyborem — czymś, o czym będzie mogła zdecydować, kiedy będzie gotowa. Ale słysząc słowa, które padły z jego ust… nie miała wyboru. To było jak przekręcenie klucza w zamku. I nagle… było.

Won't you hear me howling babe?

Chciała chwilę nacieszyć się jego słowami, ale kilka sekund później odsunęła twarz od jego ramienia, nakreśliła zarys jego szczęki swoją dłonią I szepnęła:
— Ja też cię kocham.

Don't you hear me howling babe?
Once you hear me howling, once you hear me howling, once you hear me howling babe…*

~*~*~*~

Dzisiaj było trochę łatwiej. Obudził się. Pół butelki rumu opróżnione. Dłoń miał wsuniętą za pas swoich luźnych spodni. Co robił, kiedy spał?
Myślał o niej. Właśnie to.
Cholera. Był tak blisko, rozmawiając z nią ostatniej nocy. Tak blisko… Ale, po raz kolejny, to nie był dobry moment. Kiedy tam przybył, drzemała, oglądając konstelację nazwaną jego imieniem. To takie poetyckie. Takie piękne. Takie całkowicie przygnębiające.
Sobota. Wstaje. Pokój wiruje. Serce wciąż na podłodze? Czy w ogóle tu jest?
Kolejny tydzień. Może spróbować w następny piątek. Po prostu chce spędzić tydzień w samotności.

~*~*~*~

W następnym tygodniu koncentracja Hermiony była praktycznie zerowa. Obudziła się na ostatnie dziesięć minut prezentacji i zauważyła, że Draco leży odwrócony do niej plecami, wpatrując się w światło gwiazd nad ich głowami. Nie wstała, nie zbliżyła się do niego w najmniejszym stopniu. Nawet gdyby rozpaczliwie tego chciała. Kiedy się obudziła, nie miała na sobie koca. To ją przygnębiło. Być może to rzeczywiście byli pracownicy, którzy litowali się nad kobietą, zasypiającą pod gwiazdami w piątkowe wieczory. Patrzyła, jak odchodził, co spowodowało, że szlochała następnego dnia. Została w domu. Zjadła lody. Obejrzała maraton w telewizji. Ukryła walkmana, żeby znowu nie słuchać ich piosenek.
Musiała być silna. Dlaczego po tak długim czasie to wciąż boli? Czy nie powinno być jakiegoś momentu w przeszłości, kiedy ta egoistyczna miłość do niego się skończy? Nadziei w sercu, że to wszystko skończy się w ciągu jednego dnia? Pewnie nie zauważył jej w nocy. Albo jakiejkolwiek nocy, jeśli o to chodzi. Przypomniała sobie, że kochał astronomię tak jak ona. Zapewne to był powód jego wizyty w planetarium. Powinien być, mówiła sobie.
Dlaczego wszystkie rzeczy zmieniają się na gorsze? Kiedy to się zaczęło?
Byli tacy szczęśliwi… Czy to była rozdarta tkanina ich rzeczywistości? Czy to odpruło ich serca?

Scena czwarta: Wygoda

So maybe you should learn to love her
Like, like the way...
Maybe you should learn to love her
Like, like the way...
Maybe you should learn to love her
Like, like the way...
And maybe you should learn to love her
Like, like the way
You wanna be loved.
Gold Rush — Ed Sheeran

— Draco, jesteś gotowy? — zapytała Hermiona, układając kołnierzyk koszuli tak, żeby nie było widać malinki, którą zrobił jej poprzedniej nocy.
Harry ledwo tolerował Draco i nie chciała dawać mu powodów do mrużenia oczu. I nawet nie chciała myśleć o reakcji Rona na widok miłosnego ugryzienia na jej szyi. Nałożyła trochę błyszczyka na usta, po czym sprawdziła, czy z niechlujnego koka nie wystają żadne pasma włosów. Zwykle wysuwały się, zanim zdążyła nawet użyć sieci Fiuu.
Z korytarza usłyszała stukanie odświętnych butów i ciężkie westchnienie, kiedy Draco oparł się o drzwi, spoglądając na krawat.
— Tu jest plama.
— Co? — Odwróciła twarz ku niemu. — Gdzie?
Podał jej zielono-biały krawat, na którym w centrum jednego z pasków znajdowała się mała plama po kawie.
— Tutaj.
— Trochę magii z łatwością sobie z nią poradzi.
— Myślę, że powinienem iść do domu i znaleźć inny.
— Co? — Zmarszczyła brwi. — Dlaczego? Możemy to naprawić tutaj.
— On nawet nie pasuje do koszuli — powiedział. — Śpieszyłem się rano, żeby tu przyjechać ze śniadania z Blaise’em.
— Przepraszam, nie zdążyłam — mruknęła szczerze. — Miałam spotkanie z klientem i…
Przerwał jej niewinnym pocałunkiem w usta. A potem uwodzicielskim.
— Nie przepraszaj. Możesz zrobić to później… może powtórzymy ostatnią noc?
Uniósł sugestywnie brwi, a ona pacnęła go w ramię, rumieniąc się. Uśmiechnął się.
— Będę tam, Hermiono. Nadal nie mogę uwierzyć, że chcesz, abym uczestniczył w takich spotkaniach towarzyskich.
Przewróciła oczami.
— To urodziny Harry’ego.
— Tsa, Potter i ja jakoś się sobą nie przejmujemy, jakbyś nie zdążyła zauważyć.
— Harry cię lubi.
— On mnie toleruje, a ja toleruję jego. — Draco uważnie spojrzał na swój krawat. — Tak, na pewno muszę znaleźć inny.
— Mógłbyś pójść bez niego.
Uniósł obie brwi w tym samym czasie.
— Chcesz, żebym wyglądał na zaniedbanego?
— Nie każdy uważa, że krawat jest potrzebny na wszystkich spotkaniach towarzyskich.
— Pff, barbarzyńcy. Większość z was. — Puścił do niej oczko. — Wrócę za dwie sekundy.
— Musimy wyjść za dziesięć minut.
— W porządku. Kocham cię.
Pocałował ją namiętnie i wyszedł na korytarz. Hermiona usłyszała trzask ognia i wiedziała, że znajdował się już w drodze do dworu. Westchnęła, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Naprawdę nie rozumiała, dlaczego nie mógł przetransmutować tego krawata tutaj…

~*~*~*~

Draco wyszedł z kominka, rzucając krawat jak najdalej w bok. Był zniszczony, w każdym przypadku. Szedł do swojego pokoju, kiedy zauważył, że ktoś siedzi na sofie. Ktoś z czarnymi włosami pociągający nosem w ozdobną poduszkę.
— Pansy?
Jej głowa uniosła się w górę i Pansy Parkinson spojrzała na niego, z ustami na wpół otwartymi i łzami spływającymi po policzkach. Grubymi, brzydkimi łzami.
— Draco!
Natychmiast zerwała się z kanapy, potykając się na wysokich obcasach i wpadając prosto w jego ramiona. Draco uśmiechnął się szyderczo, ale pomógł jej ustać.
— Och, Draco. Ja-ja przepraszam… Nie wiedziałam… kto inny… Blaise. Jest zajęty, no wiesz. Nigdy nie ma czasu… — Zaszlochała w jego rękaw, brudząc koszulę tuszem do rzęs.
— Pansy, co robisz w moim domu? — zapytał powoli, pełen irytacji. — To nie jest najlepszy moment. Powinienem…
— Chodzi o twojego ojca — powiedziała. — I moją matkę.
Draco zesztywniał.
— Co?
Pansy zaszlochała mocniej.
— Ja… ja myślę… Ja myślę, że moja matka ma romans… z…
Nie zajęło mu zbyt dużo czasu poskładanie tego w całość. Odsunął ją od siebie i trzymał na dystans, opuszczając głowę na wysokości jej wzroku.
— Nie. — Potrząsnął głową. — Jesteś… mój ojciec… twoja matka jest zamężna, Pans. Nie mogłaby… — Jego głos się załamał. — Jesteś tego pewna?
— Widziałam go, jak wczoraj się skradał… i kiedy powiedziałam o tym mamie dzisiaj, ona…
Pansy uniosła rękę na wysokości policzka i potarła go bezmyślnie, wpatrując się w ogień.
Uderzyła cię?
— Ja… — Zakryła rękami twarz. — Przepraszam, że ciebie dręczę. Ja po prostu… nie wiem, kogo innego bym mogła… Blaise zawsze jest zajęty, zresztą dobrze o tym wiesz.
Złość zagotowała się w piersi Draco i wybuchła z jego ust w postaci słów:
— Dlaczego tracisz czas na Blaise’a? Najwyraźniej jemu na tobie nie zależy.
Zmrużyła oczy.
— Och. Będziesz mi dawał miłosne porady, Draco? Odezwał się znawca. Przymilający się do szla…
— Uważaj — ostrzegł ją. — Mówisz o mojej dziewczynie.
Głos Pansy momentalnie się ściszył.
— Przepraszam. Ja… ona jest naprawdę miłą dziewczyną, tak myślę. — Odsunęła się, podeszła do kanapy i wzięła z niej przemoczoną ozdobną poduszkę. — Po prostu nie wiem, gdzie mogłabym pójść. Matka powiedziała mi, że nie mogę wrócić, dopóki jej nie przeproszę, ale… ale wiem, co widziałam. Nie chcę teraz wracać do domu, nawet gdybym mogła. — Pociągnęła nosem. — Myślisz, że byłoby w porządku, gdybym przespała się dzisiaj na twojej kanapie? Tylko dzisiaj. Blaise powinien jutro wrócić do miasta. Potem będę mogła zatrzymać się u niego.
— Do miasta?
Przecież widział Blaise’a na śniadaniu. Dziwne… nic nie wspominał o wyjeździe z miasta.
Draco potarł tył głowy z frustracją. Spojrzał na zegar na nadgarstku. Która jest godzina?
— Jasne, Pans. W porządku. — Ruszył w stronę schodów. — Muszę się przebrać…
Biegł po dwa stopnie w górę. Biegł, nie oglądając się za siebie. Hermiona zrozumie. Nie chodziło o to, że wcześniej się spóźniał. Przebrał się szybko, znalazł odpowiednią koszulę oraz krawat i zbiegł z powrotem po schodach. Nie przystało się spieszyć. Malfoyowie nigdy się nie śpieszą.
Gdy dotarł do końca schodów i wszedł do salonu, zauważył śpiącą na kanapie swoją ukochaną z dzieciństwa, pociągającą nosem przez sen. Jak długo czekała tu na jego przybycie?
Poczuł się rozdarty. Troszczył się o sprawy Hermiony, ale urodzinowy obiad z Potterem nie był czymś na czym tak właściwie mu zależało. I chociaż nie żywił żadnych romantycznych uczuć do Pansy, czuł się okropnie, zostawiając ją samą płaczącą przez sen.
Cholera. Czy jego ojciec naprawdę ma romans z matką Pansy? Zrobiło mu się niedobrze, kiedy o tym pomyślał. W końcu jego matka dopiero została pochowana… Merlinie, czy naprawdę minęły już dwa lata?
Nie wiedząc, co robić, Draco usiadł, a czas biegł, czekając na jego decyzję.
Ruszył w kierunku kominka.
— Poczekaj. — Pansy uniosła głowę, najwyraźniej nie tak senna, jak się wydawało. — Zostaniesz ze mną? Na… na pięć minut, proszę? — Pociągnęła nosem. — Nie chcę być sama.
Draco westchnął.
— Naprawdę powinienem…
Spojrzał w kierunku kominka, myśląc. Hermiona zrozumie. Przyjaźń jest ważna. Nauczyła go tego. Co by zrobiła, gdyby chodziło o Weasleya? Albo Pottera? Albo często Łasicę?
— Dobrze, Pans. Pięć minut.
Przeszedł przez pokój, usiadł obok niej i pozwolił szlochać na swoich kolanach, aż zasnęła ponownie. Zegar zbliżał się do szóstej. Cholera. Był spóźniony. Ostrożnie odsunął od siebie Pansy, rzucił trochę proszku Fiuu do kominka i udał się do Hermiony. Nie było jej, kiedy dotarł na miejsce. Zamiast tego na stoliku do kawy czekała na niego mała, złożona na pół kartka.

Draco,
Nie mogłam dłużej na Ciebie czekać. Mam nadzieję, że wszystko w porządku. Zobaczymy się na imprezie?
Hermiona

Gdy dotarł do Pottera, Hermiona była, oczywiście, zaniepokojona.
— Gdzie byłeś? Wszystko w porządku? Och, popatrz. Znalazłeś nowy krawat. I nowy strój?
— Długa historia — powiedział, machając ręką.
— Dlaczego się spóźniłeś? — Odgarnęła kosmyk włosów z czoła.
To był moment. Zawsze był jeden — dość duży, aby zasiać ziarno wątpliwości, nawet jeśli nie był zaplanowany. Draco nie chciał myśleć o ojcu albo o mamie Pansy, albo o ich romansie, albo o Pansy. Wszystkim, na czym w tym momencie mu zależało, była Hermiona. Czystokrwiści nigdy nie dzielili się swoimi problemami z ważnymi dla nich ludźmi. Po prostu nie. Został tak wychowany, więc udawał, że problem nie istnieje.
— To nieważne. — Uśmiechnął się do niej. — Teraz tutaj jestem i przepraszam, że się spóźniłem. — Schował niesforny kosmyk za jej ucho. — Kocham cię.
Popatrzyła na niego, zamyślona. Zmarszczyła brwi, ale nie zdawał sobie sprawy z tego, że zwątpiła w niego na chwilę.
— Ja ciebie też kocham.

~*~*~*~

Poczuł kolejną przebiegniętą milę w swoim pasie. Dziś za dużo nie padało, ale wilgotność sprawiała, że czuł się jak w saunie, kiedy truchtał. Jego kolano prawie się wyleczyło, ale siniak na łokciu był jeszcze żółty. To ostatnie etapy leczenia. Chciał, żeby serce uzdrowiło się tak szybko jak skaleczenie czy krwiak. Może wtedy nie chciałby tak szybko kończyć biegać i iść wieczorem do planetarium.
Biegnie. Pozbywa się wszystkich myśli. Nie musi o tym myśleć. Nie musiał się zastanawiać, czy ona kiedykolwiek z nim porozmawia.
Czas, jak ten szlak, wyciągnął się przed nim i zdawał się nigdy się nie kończyć. Oczywiście, wyglądało to tak, jakby mógł przebiec pętlę dookoła, a gdyby chciał zejść, również mógł to uczynić. Mógł także wspominać szczęśliwe czasy. I trudniejsze. Merlinie, nie mógł się skupić. Chciał wziąć miotłę i latać tam i z powrotem, żeby jego umysł chociaż przez chwilę mógł się znaleźć z dala od tego wszystkiego. Ale kiedy to, co mieli między nimi się skończyło, złamał swoją miotłę wpół. Nie mógł się zebrać, żeby kupić nową. Więc biegał. Aby powstrzymać ból w zarodku. Aby zapomnieć o problemach. Aby zrozumieć, że nieważne, jak bardzo się starał, różnice między nimi wynikały z ich obojga.
Było jej lepiej bez niego.
Myślał, że może żyć bez niej.
To kłamstwo. Nie mógł. Nie chciał.
Biegnie kolejną milę. Zapomnij o niej. Zapomnij o niej. Zapomnij.

~*~*~*~

Widziała go ponownie. W piątkowy wieczór. Przybyła później niż zwykle. To był dzień urodzin Harry’ego. Zabawne, jak czas szybko minął. Oczekiwano, że się pojawi i mało brakowało, żeby nie zdążyła do planetarium przed zamknięciem. Przybyła dwadzieścia minut temu i zauważyła go. Zasnął na trawie z ramionami schowanymi za głowę. Zapomniała, jak nieziemsko wyglądał, kiedy spał.
Czas nie był dla nich łaskawy. Byli zawsze w tym samym miejscu, na równoległych ścieżkach, które nigdy się nie przecinały.
Rozległo się pukanie i Hermiona uniosła głowę, aby zobaczyć Harry’ego wchodzącego do jej biura.
— Hej, Miona.
— Cześć, Harry. — Uśmiechnęła się, spychając w dół rozczarowanie spowodowane przez ubiegły piątek w spiralę przeszłości. — W czym mogę ci pomóc?
— Chciałem tylko zapytać, czy chciałabyś iść na lunch z aurorem Diggle’em i ze mną?
Uniosła brew.
— Diggle? O Boże, Harry. Proszę, nie mów mi, że znowu próbujesz umówić mnie z nim na randkę.
— Co z nim nie tak? — zapytał, przechylając głowę w bok. — To w porządku gość, Herm. Jego kariera się rozwija. Dogaduje się ze wszystkimi naszymi przyjaciółmi.
— Przestań.
— Niech ci będzie! — Wyrzucił ręce w górę. — Przepraszam, ja tylko chciałem…
— Wiem, co chciałeś, Harry Potterze. Nie jesteś taki niewinny, jak myślisz.
— Cholera. — Uśmiechnął się nieśmiało. Cóż, rozważ to, dobrze? Nie spotykałaś się z nikim, odkąd… Cóż, od Malfoya. Nie sądzisz, że nadszedł czas, aby pójść dalej?
— Nic mi nie jest, Harry. Poza tym nie mam czasu myśleć o randkach. Jestem bardzo zajęta W.E.S.Z.
Wskazała biurko, na którym leżało wiele dokumentów. Harry uniósł brew.
— Tak… Wesz wydaje się najważniejsze w tej chwili…
— W.E.S.Z. — poprawiła go. — I tak, jest.
— Taa, w porządku, Hermiono. Cokolwiek powiesz. Więc nie idziesz ze mną i Diggs’em na lunch, tak?
— Przepraszam. — Pokręciła głową. — Innym razem?
— Nie ma problemu. — Przytaknął. — Innym razem.
Kiedy drzwi się za nim zamknęły, Hermiona podniosła przycisk do papieru w kształcie znicza i rzuciła nim w drzwi, uderzając o drewno.
— Odważne posunięcie, Harry Potterze… — mruknęła, chowając twarz w dłonie. — Myślisz, że nie wiem, iż trzeba iść dalej? Myślisz, że nie próbowałam?

Scena piąta: Tolerancja

Oh, oh, I never felt this way
How do you give me so much pleasure
And cause me so much pain
Just when I think
I've taken more than would a fool
I start fallin' back in love with you
Fallin — Alicia Keys

— Spóźniłeś się.
— Przepraszam.
Zdjął marynarkę i rozluźnił krawat na szyi.
— Obiad jest zimny. Gdzie byłeś?
Wpatrywała się w niego z zaniepokojeniem w oczach. Zawsze się spóźniał. Nigdy nie odpowiadał, odwracając twarz.
— Draco.
— To nic, dobrze?
— Dlaczego mówisz, że to nic?
— Dlaczego jesteś taka nachalna?
— Po prostu chcę wiedzieć, co w ciebie wstąpiło! Trzymasz mnie na dystans.
— Nic, Hermiono.

~*~*~*~

— Zaczynam myśleć, że nie wiesz, czym jest prywatność. — Draco popatrzył obojętnie z miejsca, gdzie siedział na kanapie, stukając przy tym nogą. — Nie możesz tu przychodzić, kiedy chcesz, Pansy. Mam dziewczynę. I ona nie byłaby zachwycona z faktu, że tu śpisz.
— Nie, nie o to… — zaczęła kobieta, ale przerwał jej wybuch zielonych płomieni w kominku i Blaise Zabini stanął tuż za nią.
— Hej, Draco! — krzyknął, kiedy wyszedł z kominka. — Dobrze słyszałem, że Pansy śpi w twoim domu, stary?
Draco zmusił się do uśmiechu na swojej wzburzonej twarzy i zamknął książkę z trzaśnięciem.
— Blaise, kolego. — Wstał. — Pansy ma pewne problemy. Wszyscy je mamy. Może gdybyś przestał umawiać się z innymi kobietami i po prostu jej wysłuchał…
Zabini uniósł różdżkę.
— Draco, będziesz dawał mi rady?
— Blaise! — Pansy rzuciła się w jego stronę. — Przestań. Ty i Draco jesteście przyjaciółmi!
— Jeden z nich — Blaise parsknął — sypia z moją dziewczyną.
Sypia z… nie sypiam z nią! — Draco sięgnął do kieszeni po różdżkę. — Mam dziewczynę!
— Więc co do cholery Pansy robi w twoim domu przez ten cały czas?
W ogóle nie słuchałeś, prawda? — Pansy tupnęła nogą, zaskakując obu mężczyzn. — Blaise, ojciec Draco ma romans z moją mamą! Oboje przechodzimy przez gówno, więc jeśli chcesz nas jeszcze dobijać, to…
— To dobre, zważywszy, że utknęłaś w tym z Draco.
— Przestań. — Draco spojrzał na nich. — Oboje przestańcie. — Westchnął. — Blaise, siadaj. Powinniśmy porozmawiać, zanim zrobicie coś, co może wylądować w Proroku Codziennym. — Wzdrygnął się na samą myśl. — Cholera jasna… dlaczego wy w ogóle ze sobą jesteście, skoro nigdy siebie nie słuchacie?

~*~*~*~

— Hej.
Spojrzała znad książki.
— Cześć.
Po czym opuściła wzrok.
— Wszystko w porządku?
— Tak, w porządku.
— Od kiedy traktowanie mnie ozięble jest w porządku?
— Och, nie wiem. — Zatrzasnęła książkę. — Może odkąd zacząłeś mnie odpychać.
— Odpychać ciebie? Byłem z moimi przyjaciółmi.
— Och, i to wszystko?
Zmrużyła oczy, a on zrobił to samo.
— Nie mogę spędzać czasu z przyjaciółmi?
— Nie zaprosiłeś mnie.
— To nie było tego rodzaju spotkanie.
— Więc na jakiego rodzaju spotkania mógłbyś mnie wziąć ze sobą?
— Hermiono, nie możesz po prostu… odpuścić?
Westchnęła.
— Wstydzisz się mnie.
— Co? — przerwał jej.
— To prawda, czyż nie? — Jej głos drżał. Przełknęła ślinę. — Wstydzisz się mnie? Czy o to chodzi? Dlaczego nigdzie mnie nie zabierasz?
— Wstydzić się ciebie? — Spojrzał zdezorientowany. — Merlinie, Hermiono. Dlaczego u licha miałbym się ciebie wstydzić? Kocham cię. Jak nawet możesz tak myśleć?
— A co innego mam myśleć, skoro nie rozmawiasz ze mną o tym, co dzieje się w twoim życiu?
— Rozmawiamy!
Trudno jest nam rozmawiać, a kiedy to robimy, nie słuchamy siebie nawzajem.
— Ja słucham.
— Dobrze. Powiedz mi, co wydarzyło się w tamtym tygodniu u mnie w pracy.
— W zeszłym tygodniu…?
Serio, Draco? Ja… ja nawet nie wiem, co mogę powiedzieć. — Wstała. — Muszę iść.
— Ale to jest twój dom.
— Dobrze, więc ty wyjdź.
— Nie chcę.
— Nie obchodzi mnie to, co chcesz. Jestem… jestem na ciebie wściekła… proszę, po prostu… wyjdź.
— Hermiono.
— Nie Hermionuj mi tu. Pamiętasz, co było w ubiegłym tygodniu?
Skrzywił się.
— Otwarcie mojego własnego departamentu w Ministerstwie. W.E.S.Z. I zgadnij, kogo tam nie było?
Momentalnie spoważniał.
— Hermiono…
— Nie, przestań. Gdzie byłeś? Czy… czy jest ktoś inny?
Ktoś inny? — szydził, parskając sarkastycznym śmiechem. — Nie mogę uwierzyć, że podejrzewasz mnie o coś takiego.
— Więc powiedz mi, o co chodzi! Dlaczego trzymasz mnie na dystans? Dlaczego nie chcesz ze mną rozmawiać?
— Nie wszystko musi być poruszane i nie wszystko wymaga rozmowy, Hermiono. Zdarza się, że ludzie po prostu chcą sobie z czymś poradzić samodzielnie. Czy to nie w porządku?
— Chcę, żebyś się otworzył przede mną! Chcę, żebyśmy mogli ze sobą rozmawiać.
— Hermiono. Daj. Spokój.
Spiorunował ją wzrokiem.
— Chcesz, żebym dała spokój? Dobrze. Wynoś się. — Odwróciła się do kominka. — Teraz.
— Nie. Nie wyjdę, dopóki oboje się nie uspokoimy.
— Nie chcę być spokojna! Chcę rzucić w ciebie książką! Czy to zdrowie? Powiedz mi, co? Podejmuję racjonalną decyzję. Powinieneś wyjść.
Zdenerwowany Draco wziął garść proszku Fiuu i rzucił go w płomienie.
— Dobrze, Hermiono. Niech ci będzie.

~*~*~*~

— Przepraszam.
— Ja też.
— Byłem dupkiem.
— Więcej niż dupkiem.
— Czy możemy…
— Przytul mnie.
— W porządku.

~*~*~*~

Portfel? Jest. Ładny krawat? Jest. Odwaga? Grzechocze gdzieś w okolicach klatki piersiowej. Dlaczego dzisiaj zdecydował, że po tych wszystkich nocach nadszedł czas, aby spróbować uwolnić się od straszliwej klątwy złamanego serca i iść na randkę z kimś innym?
Nie chciał iść dzisiaj do planetarium. Nie. Chciał zabrać Astorię Greengrass na randkę. Mógł to zrobić. Mógł…
— Astoria?
— Tak, Draco?
— Przepraszam. Muszę iść.
— Co? Gdzie?
Draco odwrócił się w stronę kominka. Gdyby miał na tyle odwagi, żeby zabrać kogoś na obiad, mógłby z nią porozmawiać.
— Muszę być gdzie indziej.
Zaprosiłeś mnie, pamiętasz?
Zastukał nogą, kładąc ręce na biodrach.
— Jesteś miłą dziewczyną, Astorio. Zasługujesz na kogoś… kompletnego.
— Więc kim ty jesteś?
Uśmiechnął się smutno.
— Połówką. To czyni mnie połówką. A połowa kogoś... To naprawdę nie jest ktoś kompletny.
Po chwili zniknął w zielonych płomieniach.

~*~*~*~

Nie miała pojęcia, że dzisiejszy wieczór spędzi z Diggle’em, wpatrując się w gwiazdy i rozmawiając o minionym dniu. Był miłym mężczyzną. Ładne zęby. Zielone oczy, w których mogłaby utonąć na kilka dni. Silna postawa. Wszystko, co powinien posiadać prawdziwy mężczyzna.
Ale to nie wystarczyło.
On nie był nim. Bez względu na to, jak bardzo błyszczały jego zielone oczy, nie zdołały spalić aury Draco. Greg był zbyt grzeczny. Zbyt miły. Tak, miły znaczy… miły. Ale to nie było autentyczne. Przynajmniej ona tak tego nie odczuwała.
Chciała uwolnić swoją rękę z dłoni Diggle’a i powiedzieć, że nie jest na to gotowa. Że potrzebuje więcej czasu, ale wtedy nawiązała więź z tlącymi się, grzechocącymi, zazdrosnymi oczami po drugiej stronie widowni. Pierwszy raz, specjalnie, od lat. Jego uśmieszek zapadał w pamięć.
A potem odwrócił się i zniknął.
— Draco…
Diggle spojrzał na nią.
— Mówiłaś coś, Hermiono?
Kobieta walczyła z łzami cisnącymi się do oczu, a potem odwróciła się do niego, zmuszając się do uśmiechu.
— Nie… Nic.

Scena szósta: Zjazd

You smell just like vanilla
You taste like buttercream
You're filling up my senses
With empty calories
I feel like I'm just missing
Something whenever you leave
We've got all the ingredients
Except you needing me
Cake — Melanie Martinez

Wszystko było dobrze. Przynajmniej tak wyglądało. Czas płynął dalej. Ale nic się nie naprawiło. Komunikacja między nimi stopniała do „Cześć”, „Co chcesz na obiad?”, a potem „Nie czuję się na siłach” i „Może jutro”. Draco trzymał się na dystans, co powodowało, że Hermiona dusiła się od zmartwień. I wtedy…
Hermiona rzuciła poranną gazetą na środek stołu w jadalni, patrząc ze złością na Draco.
— Kiedy chciałeś mi o tym powiedzieć?
— Powiedzieć ci? — Uniósł brwi. — Powiedzieć ci o czym?
— O tym. — Wskazała artykuł na pierwszej stronie Proroka Codziennego. — Twój ojciec ma romans z Rosemary Parkinson? To dlatego byłeś taki zdystansowany, prawda? — Draco wzruszył ramionami. — Rozmawiałam z Pansy.
To przykuło jego uwagę. Podniósł głowę i zmrużył oczy.
Dlaczego?
— Co dlaczego”? — zaszczebiotała zirytowanym śmiechem. — Ponieważ w ciągu ostatnich kilku miesięcy myślałam, że spotykasz się z kimś za moimi plecami. — Usiadła obok niego, sięgając po jego dłoń. Wycofał się, zamyślony, patrząc z pogardą na gazetę. — Czy ty mnie słyszysz, Draco? — Pomachała ręką przed jego twarzą. — Draco. Powiedz coś.
Popatrzył na nią.
— Co chcesz, żebym powiedział? — zapytał, całkowicie skołowany.
— Cokolwiek.
— Dobrze. — Od dłuższego czasu nie widziała błyskawic w jego oczach — zwłaszcza skierowanych na nią. — Nie powinnaś rozmawiać z Pansy.
— Dlaczego nie?
— Bo, szczerze mówiąc, Hermiono, to nie twoja sprawa.
Właśnie w tym momencie przysłowiowy piorun wysłał falę uderzeniową od jej kręgosłupa aż do włosów, które stanęły dęba. Naelektryzował ją, jakby była baterią.
— Nie moja sprawa? — Zerknęła. — Żaden z moich… Draco, jesteśmy partnerami. Jesteśmy w związku. Partnerskim. Gdybym wiedziała, że będziesz ze mną walczył i ranił, nigdy bym…
— O to chodzi, Hermiono — przerwał jej, pochylając się do przodu. — Nie czuję potrzeby, żeby obciążać ciebie moimi problemami.
Zacisnęła wargi, patrząc na swoje ręce, złożone razem na stole przed nią.
— Czy to znaczy, że nie powinnam dzielić się z tobą swoimi problemami?
Nie. — Sięgnął na drugą stronę blatu i próbował uścisnąć jej dłonie, ale wycofała je na kolana. Jego głos zaczął być lakoniczny. — Tylko dlatego, że ja ciebie nie chcę obciążać swoimi ciężarami, nie znaczy, że ty powinnaś robić to samo. Z natury nie lubię się dzielić. Moje problemy… moje uczucia… — Spojrzał w bok, jego twarz była pozbawiona emocji. — To nie działa.
— Nie działa? Jaki kodeks moralny cię powstrzymuje, Draco? Nie raz pokazałeś, że nie jesteśmy sobie równi. Nie wiem, jak z tobą rozmawiać. — Wstała. — Muszę iść do pracy.
Nie odezwał się ani słowem, tylko wpatrywał się na ścianę i przestrzeń pomiędzy, dopóki nie wzięła w garść trochę proszku Fiuu.
— Kocham cię.
Spojrzała na proszek w swojej ręce, zastanawiając się, jaka jest jego definicja miłości. Bo z pewnością nie oznacza tego.
— Jeśli to prawda… udowodnisz mi to.
Wciąż na nią nie patrzył. Nawet kiedy rzuciła proszek i powiedziała „Ministerstwo Magii!”, a potem zniknęła w szmaragdowych płomieniach.

~*~*~*~

Biegać. Draco musiał pobiegać. Uciec od swoich problemów. Uciec od obrazu, że ktoś trzyma ją za rękę. Pod ich gwiazdami. To był jedyny raz — jedyny raz, kiedy mógł ją zobaczyć. Aby dowiedzieć się, że nadal żyje, że jej serce bije w tym świecie. Jak mogła?
Zatrzymał się, unieruchomiony wiatrem i frustracją. Położył ręce na kolanach, pochylając się do przodu, próbując odzyskać oddech.
Jak mogła?
Rum. Potrzebował rumu. I Ognistej. I wódki. Musiał uciekać. Wypocić ją z siebie. Merlinie, dlaczego przylgnął do niej, jakby była jego bezpieczną przystanią? Dlaczego myślał, że mogłaby być jego zbawieniem? Nie była cholerną zaciszną przystanią. Była burzliwą falą, przyciągającą go do morza. Z dala od rzeczywistości. Kurwa. Dlaczego myślał, że wciąż coś do niego czuje? Dlaczego uważał, że to cholerne planetarium było ich sanktuarium?
Było jego trumną.
Miłość była trucizną. Słodka jak odrobina cukru, lekka jak rozcieńczona wodą lemoniada.
Kurwa…
Po raz pierwszy od czasu odejścia matki Draco poczuł gorące łzy zdrady spływające po jego policzkach. Starł je kciukami, czując się, jakby miał dwie stopy wzrostu i tak samo bezwartościowo jak dwulatek.
Kurwa…
Wyprostował się, potrząsnął dłońmi i wystartował szlakiem, prowadzącym w dół. Musiał przestać oglądać się za siebie. Naprzód. Z dala od bólu. Z dala od niej.
Tej nocy Draco Malfoy stracił kawałek swojej duszy. Jego horkruks spoczął w sercu Hermiony Granger. Nigdy nie będzie kompletny. Zawsze połowiczny… zawsze.

Scena siódma: Rozstanie

Cause loving you, loving you is too hard
All I do, all I do's not enough
Loving you, loving you
I cannot be loving you, loving you
Loving you, loving you leaves me hurt
All I do, all I do is get burnt
Loving you, loving you
I cannot be loving you, loving you
Drive — Oh Wonder

Chodził po korytarzu przed biurem Hermiony w Ministerstwie, z rękami schowanymi za plecami. Nie rozmawiali od prawie trzech dni. Próbował dostać się do jej domu przez sieć Fiuu, ale zablokowała kominek. Panika uderzyła w niego, kiedy uświadomił sobie, że go unika. Spojrzał na zegar w korytarzu. Dochodziła dziewiąta, a jej wciąż nie było.
O dziewiątej dwadzieścia zrezygnował i poszedł do domu. Spędził lepszą część popołudnia, pijąc i gadając o głupotach z Blaise’em oraz Goyle’em. Stworzyli boisko do quidditcha, zgodnie z sugestią Blaise’a, i rzucali kaflem na placu za Malfoy Manor. Pomogło. Nawet jeśli Blaise był dupkiem. Nawet jeśli Goyle posyłał mordercze spojrzenia w stronę Zabiniego za złamanie serca Pansy trzy tygodnie temu. Będąc wśród kolegów Ślizgonów, czuł się lepiej.
Był już bardzo mocno pijany, kiedy zobaczył ją aportującą się naprzeciwko ogrodzenia Malfoy Manor, i ignorując szydercze spojrzenia swoich przyjaciół, odleciał od nich, aby być przy niej. Potknął się, gdy wylądował. Świat zaczął się kręcić. Ona zaczęła się kręcić. Ale Merlinie, czyż nie wirowała tak pięknie? Rozłożył ręce i uśmiechnął się.
— Hermiono…
Owinęła się ramionami, marszcząc brwi.
— Moja sekretarka powiedziała, że widziała ciebie rano, czekającego koło drzwi do mojego gabinetu.
— Bo czekałem. — Skinął energicznie głową. Och, nie. To spowodowało, że świat zawirował jeszcze bardziej. Oparł się na miotle jak na lasce i zachichotał. — Szukałem cię.
— Cóż, gdybyś wcześniej bardziej mnie słuchał, wiedziałbyś, że we wtorki z rana mam spotkania.
— Och. — Jego brwi ściągnęły się w jedną. — Taa… Teraz pamiętam. — Ruszył do przodu i otoczył ją ramieniem. — Cieszę się, że cię widzę.
— Piłeś.
— Taa? I co z tego?
— Boże, Draco. Serio? Czy w taki sposób chciałeś mi coś udowodnić?
Spojrzała za niego na miejsce, gdzie Blaise i Goyle rzucali do siebie kafla, nie było wątpliwości, że wyglądali, jak banda pijanych głupków.
— Może powinnam już pójść.
Odwróciła się do wyjścia, ale Draco wyciągnął rękę i chwycił ją za ramię.
— Hermiono. — Pochylił się, zamykając oczy na chwilę. Świat się kręcił. Tak bardzo… Oparł swój nos o jej, spoglądając na nią przez szparę. — Kocham cię.
— To nazywasz miłością? — Zaśmiała się gorzko. — Nie, Draco. To… to nie jest miłość.
— Oczywiście, że jest. — Jego pierś się napięła. Potknął się, kiedy się wyprostował, wyciągając wolną rękę, by nie podnieść swojej miotły, tylko założyć luźny kosmyk włosów za jej ucho. Poważnie dodał: — Nigdy nie kwestionuj mojej miłości do ciebie.
— Hej! Zakochany chłopcze! Utknąłeś tam z nią czy wracasz do gry? — krzyknął Blaise.
Gdyby spojrzenie mogło zabijać, Blaise zostałby strącony z miotły szybciej niż po Avadzie. Draco odwrócił się, pokazał przyjacielowi środkowy palec, a potem ponownie skupił całą swoją uwagę na Hermionie. Dlaczego jest tak daleko? Dlaczego zrobiła krok do tyłu?
— Powiedz mi coś — spytała, krzyżując ramiona. — Kim dla ciebie jestem?
Zamrugał, jego brwi uniosły się ze zmieszania.
— Co to za pytanie, Hermiono? Jesteś moją dziewczyną.
— A co to znaczy? Nocne bzykanie? Przygotowanie śniadań? Otwieranie się przed tobą, podczas gdy ty nigdy nie otworzyłeś się przede mną?
Chytry, pijacki uśmieszek pojawił się na jego wargach.
— Codzienne bzykanie też. — Przeklął siebie. — Nie. — Potrząsnął głową. — Czekaj. — Merlinie, dlaczego nie mógł się powstrzymać przed dowcipnymi uwagami? — Nie o to mi chodziło.
— Więc co miałeś na myśli, Draco?
— Zachowujesz się tak, jakby to było takie proste to otwarcie się. Sposób, w jaki mówisz, sprawia, że moje emocje są jak krwawiąca książka i wszystko, co muszę zrobić, to po prostu ją otworzyć i zatamować moje serce dla ciebie. To nie jest aż tak proste.
— To jest proste — powiedziała. — A jeśli tego nie potrafisz… — Przełknęła ślinę i nabrała powietrza. Na wydechu napisała ich przyszłość na popołudniowym powietrzu. — Wtedy… z nami koniec.
Draco Malfoy nigdy nie wytrzeźwiał szybciej niż w tej chwili.
— Koniec? Jaki koniec?
— To znaczy… — Jej głos się załamał. Cofnęła się, gdy próbował ją dotknąć. — Skończyliśmy. Nasz związek. To… koniec.
Nie uderzyło go wszystko na raz — to pękło na jego głowie jak jajko, sącząc się w dół jego ciała jak lepki bałagan. On go zrobił. On rozbił to jajko. On wszystko zniszczył. Merlinie, czy mógł znaleźć sposób, żeby to cofnąć?
— Hermiono…
Ale ona już się odwróciła i przeszła przez bramę. Deportowała się, kiedy tylko wyszła poza ochronę Manor.
I tak po prostu, ostatni ścieg w tkaninie ich czasu rozpruł się. Draco nie mógł się ruszyć. Nie mógł myśleć. Świat wirował, ale nie z powodu alkoholu płonącego w jego organizmie. Został wyrwany ze swojego centrum, w momencie gdy serce o mało nie wyskoczyło mu z piersi. Wrócił myślami do dnia, kiedy znowu pojawiła się w jego życiu. Jego świat już nigdy nie będzie kolorowy. Będzie czarny, ponury z zimnem, ciemnością i bólem. To było gorsze niż wojna. To było gorsze niż nakaz zabicia Dumbledore’a. To było gorsze niż cokolwiek, co Draco Malfoy czuł przedtem.
Wziął miotłę do ręki i złamał ją na kolanie na dwie części.
Pieprzyć świat. Pieprzyć to wszystko.
Nie było nic warte bycie jego częścią, jeśli jej nie było przy nim.

~*~*~*~

Nie widziała go kolejny piątek albo w któryś kolejny. Wypatrywała go, mając nadzieję, że pojawi się chociaż raz, aby mogła z nim porozmawiać. To nie uderzyło w nią, dopóki nie spojrzał w jej oczy pierwszy raz od dawna — ból w klatce piersiowej był nie do zniesienia, chyba że próbowała to zatrzymać.
Tygodnie krwawiły jak atrament w jego książce na Pokątnej. Gwiazdy nie świeciły tak jasno w planetarium. Jedzenie było mdłe. Kolory stępione. Świadomość, że Draco Malfoy nigdy więcej nie przyjdzie do planetarium, odcisnęła się na duszy Hermiony. To roztrzaskało ją.
Co jeśli już nigdy go nie zobaczy?
Byłoby łatwiej, gdyby istniała możliwość… tylko możliwość jednego spojrzenia. Ale teraz… Co jeśli zniknął z jej życia na zawsze? Myślała, że tego chciała, ale tak naprawdę się myliła.
Potem to uderzyło w nią, jak piorun prosto z nieba, trzy miesiące po tym, jak ich oczy się spotkały. Zauważyła pocztówkę w sklepiku i uśmiechnęła się. Mogła to zrobić. Musiała i… coś podpowiadało jej, że on też.
Napisała trzy słowa i wysłała pocztówkę następnego dnia.
Miała nadzieję, że to wystarczy.

~*~*~*~

Ósma w piątek

Draco spojrzał na pocztówkę ze zdjęciem konstelacji nazwanej jego imieniem. Uśmieszek pojawił się na jego wargach, jak ogień palący się na papierze.
Zamknął oczy w niedzielę. Po raz pierwszy spał przez całą noc bez kropli alkoholu jako towarzysza.

~*~*~*~

Czas leczy rany, ale nie może wykonać swojej pracy, jeśli ktoś chowa swoje, pozwalając im krwawić. Następnie, powstają blizny. Podobnie jak blizny w sercach Draco i Hermiony.
Przybyła o dziewiętnastej czterdzieści pięć w piątek, nie wiedząc, czy się pojawi. Nie otrzymała odpowiedzi, ale… część niej miała nadzieję. To była ta sama nadzieja, która utrzymywała żar ich miłości spalający się głęboko w jej sercu.
Nie było dzisiaj prezentacji. Po prostu niebo oświetlały fałszywe gwiazdy. Ich światło gwiazd.
Biorąc głęboki oddech i mając wielką nadzieję, która niebezpiecznie balansowała na krawędzi, Hermiona zajęła swoje miejsce na trawie w planetarium, chowając ręce za głowę i uśmiechając się do świecących gwiazd. To było takie piękne. Takie spokojne. Takie… stałe.
Ktoś chrząknął obok niej.
Usiadła.
On także usiadł.
Ich oczy się połączyły.
Nie mogła się powstrzymać przed nerwowym uśmiechem.
On zrobił to samo.
Witaj.
Cześć.
Czas wyleczy rany. Czasami z rozłąką, ale zazwyczaj… ze wzmocnieniem. Jak gwiazdy, które rozświetlały nocne niebo, a czas nigdy nie zwalniał. To podróż do stale powiększającego się wszechświata, plecącego tkaninę rzeczywistości.
— Byłem… byłem dupkiem.
— O tak.
Przepraszam, Hermiono, nie chciałem cię zranić. Miałaś rację. Merlinie, od początku miałaś rację, a ja… już nigdy nie chcę taki być. To było egoistyczne i lekkomyślne. Musisz uwierzyć…
Pocałowała go. Niewinnie, ale skutecznie. To uciszyło go natychmiast.
Palce splotły się z niego, jak szwy złamanych serc zaszyte z powrotem. Z każdym wymówionym słowem czuli, że łączą się ze sobą jak rzeki wpływające do oceanu. Jak gwiazdy we wszechświecie. Jak miłość. Jak życie. Jak czas. Wszystko czego potrzebowali, to trochę czasu. Aby uświadomić sobie, co utracili, i zacząć od nowa.
Czas. Tylko tego potrzebowali.

* W scenie „Miesiąc miodowy” użyto tekstu piosenki It Will Come Back — Hozier
______________

Witajcie :) W ten wyjątkowy dla mnie dzień publikuję obiecaną niespodziankę. Mam wielką nadzieję, że treść tej miniaturki ujęła Was tak samo jak mnie. Wielkie podziękowania należą się moim betom, dzięki którym całość na ręce i nogi. Dziękuję dziewczyny <3 
Jestem ciekawa jakie macie wrażenia po tej miniaturce. Podobało się czy wręcz przeciwnie? Będę wdzięczna za każdy nawet najmniejszy komentarz dotyczący treści tego tekstu.
Jeśli chodzi o Zakochaną fretkę, to prawdopodobnie kolejny rozdział będzie około połowy maja, ponieważ teraz wyjeżdżam na tydzień, a należy także przeznaczyć trochę czasu na sprawdzanie, więc po prostu cierpliwie czekajcie.
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego długiego weekendu!




9 komentarzy:

  1. Hejo hejooo :D
    Na początek powiem, a raczej napiszę, że jest to Twoja najlepsza miniaturka! Uwielbiam takie teksty - pisane z perspektywy czasu, pełne melancholii i takie romantico!
    Nie wiem czemu, bo przecież temat do tego nie nawiązywał (no może jedynie fragmenty z gwiazdami się do tego przyczyniły) ale baaardzo przypominało mi to klimat filmu Gwiazd naszych wina, czy choćby Keith. Cały czas miałam takie przeświadczenie, jakbym oglądała film a to wielki, wielki pluuus (jestem ogromnym kinomaniakiem :P )
    Dlatego też biję brawa i pozdrawiam, Iva Nerda
    kiedyjestesprzymniedramione.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie dlatego zdecydowałam się ją tłumaczyć. Jest taka idealna pod każdym względem <3
      Też mam wrażenie, że odnosi się do tych filmów (oglądałam i uwielbiam <3)
      Dziękuję i pozdrawiam

      Usuń
  2. Miniaturka świetna, raz: kawał naprawdę dobrej roboty jeśli chodzi o tłumaczenia, dwa: niesamowita fabuła! Dawno, naprawdę dawno, nie czytałam czegoś tak głębokiego, ujmującego i wywołującego ucisk w piersi... Historia Draco i Hermiony została tutaj przedstawiona w sposób nietuzinkowy, nadzwyczajny. Rozpływam się wręcz na myśl o ich historii.
    Chyba nie zaskoczę nikogo, gdy powiem, że te gwiazdy doskonale wkomponowały się w całość i dodały tekstowi smaczku i klimatu. Końcowa scena już w ogóle zabija we mnie wszystko i sprawia, że uśmiecham się jak głupia do sera i oddycham z ulgą... Prawdę mówiąc do końca nie byłam pewna, czy oni się zejdą, czy jednak nie.
    Sam sposób przedstawienia rozwoju relacji Hermiony i Draco, przy jednoczesnym ukazywaniu ich obecnej sytuacji jak najbardziej przypadł mi do gustu i nawet zainspirował -- aż sama mam ochotę napisać coś w podobny sposób... ;D
    Jeszce raz: miniaturka jak najbardziej mnie urzekła! Więcej takich, proszę ;D!
    Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie i życzę dużo weny, czasu i chęci na pisanie i tłumaczenie ;)
    Charlotte Petrova

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za te komplementy! Bardzo miło jest je czytać. Ta miniaturka to taka perełka. Mnie urzekł opis relacji Draco i Hermiony.
      Gwiazdy nadały wszystkiemu odpowiedni klimat, ja też się cieszyłam z tego zakończenia ;)
      O super, że Ciebie w jakimś stopniu zainspirowała. Chętnie przeczytam tekst, który napiszesz (zresztą jak zwykle)
      Dziękuję i pozdrawiam

      Usuń
  3. Wow. Po prostu wow. Czytałam jak zaczarowana. Ta miniaturka po prostu była... magiczna. I nie chodzi mi tutaj o magię potterowskiego uniwersum. Relacja Draco i Hermiony - poprzeplatana ze sobą przeszłość i teraźniejszość - cudo. Naprawdę czuję się, jakbyś tym tekstem dotknęła mojej duszy. Wczułam się w nią niesamowicie. Świetna robota z tłumaczeniem!
    Pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że się podobało. Magia to coś, co uwielbiam i dlatego ją wybrałam ;) Dziękuję za taki cudowny komentarz <3
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. OCH. To jest to, co tygryski lubią najbardziej. :D Fabularnie zdecydowanie bardziej wolę tę miniaturkę niż tę wojenną. Pod względem stylu też, ale to później będzie o tym cały akapit. :d Historia mnie totalnie ujęła, poczułam te emocje, rozpływałam się nad metaforami. Bałam się, że koniec będzie smutny, ale na szczęście było światełko na końcu tunelu. No śliczna ta opowieść z wplecionymi w nią gwiazdami.

    Ale pewnie bardziej niż o samej fabule, chciałabyś poczytać coś o samym stylu? Bo on mi się zdecydowanie bardziej podobał niż ten w Zjednoczeniu. Pewnie sporo w tym samego oryginału, ale to tłumacz musi się wczuć i przerzucić to na polski, żeby dobrze brzmiało, a to się generalnie udało. Styl dużo mniej spod linijki niż ten poprzedni, który czytałam. Bardziej wolny i to mi się totalnie spodobało. Były jedynie takie drobne momenty, które rzuciły mi się w oczy zbyt mocno przy tak dobrym tekście. Np.:
    „— Należała do mojej matki… — powiedział cicho, wciąż ściskając jej książki na całej długości przedramion.
    — Była?” – Bez zaglądania do oryginału wiedziałam, co w nim było. Mnie się wydaje, że po polsku odpowiedź Hermiony nie ma za bardzo sensu. Ona powtarzała słowo Dracona, bo było w czasie przeszłym, więc przekładając to na polsku, ja bym napisała: „Należała?”. Wg mnie ma to wtedy więcej sensu. ;) A zaraz później jest dziwaczny przecinek po „chyba”. Czemuż on tam? ;)
    Z tym zapraszaniem mugola przez Dracona to pojawił mi się nad głową wielki znak zapytania, o co w ogóle chodzi. Draco i mugol? I nikt nie może się dowiedzieć? xD Więc zerknęłam do oryginału, czy dobrze rozumuję. Tam jest coś o tym, że Draco ordered muggle take out. Jak na moje to znaczy, że Draco zamówił mugolskie żarcie na wynos, tak mi się wydaje? ;)

    W ogóle podobały mi się te fragmenty, gdy Draco biegał, te krótkie zdania, bardzo, bardzo dobrze to wyszło, super oddałaś jego emocje.

    Zastanawia mnie jeszcze tekst piosenek pomiędzy fragmentami. To Twój pomysł? :)

    Na koniec już tak: serio, świetna robota. I dobrze, że napisałaś we wstępniaku liczbę słów. Wiedziałam, czego się spodziewać. Kawał dobrego tekstu. Mnie taki długi zajmuje już ho ho szmat czasu, więc wielkie gratulacje. :)
    Życzę weny na kolejne! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A, no i zapomniałam wspomnieć. We wstępniaku jest błąd w nicku autorki. Akurat ją dość dobrze kojarzę i zauważyłam. ;)

      Usuń
    2. Jak ja kocham takie komentarze <3 Aż się chce więcej tłumaczyć.
      Nie dziwi mnie fakt, że ta miniaturka bardzo Ci się spodobała. Ja odkąd ją przeczytałam w oryginale, po prostu się zakochałam.
      Tę miniaturkę tłumaczyłam bardzo długo. Chciałam dorzucić tutaj coś od siebie i tak jak autorka bawić się metaforami. Błędy, które wskazałaś, właśnie poprawiłam. Dziękuję za to, widocznie podczas tłumaczenia i betowania to przeoczyłyśmy. Nick autorki też poprawiłam ;)
      Te fragmenty z teraźniejszości (o ile w ogóle mogę tak je nazwać) wydały mi się bardziej dynamiczne i nawet krótkie zdania nie przeszkadzały moim betom :D
      Tekst piosenek między częściami to pomysł autorki oryginału, ale w sumie bardzo mi się to podoba.
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń

✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)

Obserwatorzy