Późnym rankiem można znaleźć Draco, Tracy i mnie w
salonie, gdzie rozciągnęliśmy zasłony chroniące nas przed lipcowym upałem. Byli
Ślizgoni grają w szachy czarodziejów, które są ciekawsze niż książka, którą
czytam. Obelgi wypływające z ust przyjaciół, sprawiają, że ta gra staje się
jeszcze bardziej interesująca.
— Nie jestem pewna, czy to dobry ruch dla twojego
konia — sugeruje Tracy. — Chociaż prawdopodobnie byłby to ruch, który
pochwaliłby Weasley — dodaje z zamyśleniem.
— O dziwo, Weasley przyzwoicie gra w szachy — mówi
Draco tym samym tonem. — Jego strategie mogą poprawić twoją grę.
Chowam się za książką, próbując ukryć chichot.
— Chcesz coś powiedzieć, Granger? — pyta Tracy,
przesuwając gońca, aby zbić konia, żeby królowa mogła przejść na wolne miejsce.
— Nic a nic — śmieję się.
Tracy wpatruje się w miejsce, gdzie stała królowa, po
czym rozgląda się po planszy.
— Więc tak spędzacie dni? — pyta.
— Jak na razie — odpowiadam.
— Ustaliliście już coś? — naciska, przesuwając kolejny
pionek, by ochronić swojego króla.
— Emm… wkrótce,
po prostu potrzebujemy…
Spoglądam na Draco, ale on tylko prycha pod nosem,
nawet nie odwracając wzroku od gry.
— Wszystko się zacznie, gdy dostaniemy zielone światło
od naszego jasnowidza Luny — wyjaśnia chłopak. — I szach.
— Co?
— Jasnowidz czy szach? — pyta Draco z zadowoleniem.
— Ty mały draniu — mamrocze.
Chichoczę, gdy dziewczyna ponownie skupia się na grze,
w pełni zachowując koncentrację. Prorok może poczekać, szachy nie. Kilka chwil
później, wzdycha z frustracji i przewraca swojego króla. Na twarzy Draco
pojawia się szeroki uśmiech.
— O co chodzi z tym prorokiem? — pyta Tracy, zerkając
na mnie.
— To ja — mówi Luna, wchodząc do pokoju, a za nią
podążają Harry i Ron.
— Idealne wyczucie czasu — szydzi Draco, unosząc jedną
brew.
Luna uśmiecha się, mrugając do niego.
— Czym właściwie jest „jasnowidz” — Tracy patrzy
ostrożnie na Lunę.
— Wrzodem na tyłku, tak naprawdę — odpowiada
blondynka. — A dokładniej, tym, który jej pomoże — wskazuje na mnie — przeżyć
kolejną wojnę i pogodzić się z przeszłością. On — teraz zerka na Rona — musi
dać sobie spokój z uprzedzeniami i trochę się uspokoić. On — Harry — wygrać
wojnę i nauczyć się lepiej o siebie zadbać, a on — Draco — powinien pozostać
wierny temu, kim chce być, a nie tylko temu, kogo mu polecono. A tobie —
przenosi wzrok na Tracy — pomogę zemścić się za mamę.
Dziewczyna otwiera szeroko oczy, zanim ponownie je
zwęża.
— Jak?
— Wiesz w ogóle kim oni byli? — pyta Luna. Tracy kręci
głową, nie odrywając oczu od blondynki. — Ja tak i mogę ci także powiedzieć,
gdzie będą i kiedy, a także wskazać najlepszą okazję do zemsty.
— Ponownie, jak?
Luna uśmiecha się do dziewczyny.
— Możliwa przyszłość, widzę ich wszystkich —
odpowiada.
— Więc nie jesteś dziwna?
— Och nie, zdecydowanie jestem dziwna — śmieje się. —
Po prostu mam jeszcze coś na głowie. — Tracy wzrusza ramionami, a Luna zerka na
mnie. — Czas zacząć planowanie.
— W końcu — wzdycham.
Draco siedzi koło mnie na kanapie, a Tracy na krześle
po drugiej stronie. Harry i Luna zajmują fotel ustawiony w kierunku sofy, a
koło nich siedzi Ron na dość wysokim siedzisku.
— Więc najpierw musimy zaplanować bitwę — mówi Luna. —
Kiedy i jak chcemy dopaść wszystkich?
— Czarny Pan nie pojawi się na bitwie — mów Draco. —
Nie zrobi tego, chyba że będzie tam coś, czego naprawdę chce i wierzy, że ma
duże szanse to posiadać.
— Wiedziałbyś, prawda? — mruczy pod nosem Ron. — Ała —
podskakuje, patrząc na mnie ze złością. Odpowiadam zdezorientowanym
spojrzeniem. Ron rozgląda się po pokoju — wszyscy wyglądają na nieco
zaniepokojonych, niektórzy tylko ze względu na jego zdrowie psychiczne, ale jak
na komendę uspokajają się. Kątem oka dostrzegam mały uśmieszek Tracy.
— Co jeśli dam mu szansę zabicia mnie? — pyta Harry,
ale kręcę głową.
— Będzie wiedział, że to pułapka — odpowiadam.
— A co z wężem? — zastanawia się Ron. Wspomnienie
ataku na jego ojca, wciąż nie zanika. — Czy nie przyszedłby po niego?
— Dwa problemy — zaczyna Draco — po pierwsze, byłaby
to misja samobójcza, aby dopaść węża, a po drugie, nie ryzykowałby, mając
świadomość, że wiemy o horkruksach i że pięć zostało zniszczonych. Nie
ryzykowałby zniszczenia ostatniego i wystawienia się na śmierć. Jest arogancki,
ale wystarczająco ostrożny.
— Więc co sugerujesz — warczy Ron, a Draco zastanawia
się przez chwilę.
— Śmierciożercy dzielą się na cztery kategorie:
sadystów, żądnych władzy, naśladowców i szantażystów, którzy brzmią jak
nierozsądni, szarżując, by przeżyć, czyż nie? — wyjaśnia. Milczenie, które
zapada, zostaje przerwane przez jego własną odpowiedź. — Żaden ze zwolenników
Czarnego Pana nie pojawi się ot tak na bitwie. Ukazują się tylko wtedy, gdy
szanse są przechylone na nich korzyść.
— Więc jak mamy dopaść Voldemorta? — pytam, a Draco
się uśmiecha.
— Tabu — odpowiada.
— Kiedy zostało wprowadzone w życie?
— Około dwóch miesięcy temu, jakoś tak — odpowiada.
— Na 86% wprowadzono w niedzielę, 11% w sobotę i 3% w
poniedziałek — mówi jak gdyby nic Luna.
Harry zerka za siebie, a potem na Lunę, Draco i mnie.
— Czym jest tabu? — pyta.
— Tabu to zaklęcie stworzone z myślą o konkretnym
słowie lub frazie, po którego wypowiedzeniu niektórzy mogą się aportować w
miejsce, skąd je wypowiedziano. Voldemort użył go, aby znaleźć ludzi, którzy są
przerażeni, mówiąc jego imię. W mojej teraźniejszości używał szmalcowników, aby
łapać takie osoby — wyjaśniam.
— Voldemort i Tom?
— Voldemort
i Tom Riddle.
Harry
przytakuje.
— Więc jaki mamy pomysł? — pyta.
Spoglądam na Draco, który gestem prosi mnie, abym
przemówiła.
— Jeśli uruchomisz tabu, szmalcownicy cię dopadną —
mówię. — Możesz wystawić się kilka razy, a potem uciec, ale oni z pewnością
poznają twoją lokalizację. Jeśli pomyślą, że się popisujesz, on ujawni się, aby
ciebie pokonać, nie wiedząc, że to bitwa.
— Jednakże — dodaje Draco — to musiałoby być miejsce,
w którym można się teleportować, ponieważ inaczej nie uwierzą, że on tam jest.
Prawdopodobnie musieliby w jakiś sposób się komunikować, bo jeśli wszystko
idzie idealnie, a nagle coś się spieprzy, to od razu pomyślą, że to podstęp.
— Hogwart? — proponuje Tracy. — Szmalcownicy będą
wiedzieć, że on tam przebywa, ale nie będą w stanie dotrzeć do niego, bez
usunięcia osłon. Nie mógłby odejść, gdyby byli w pobliżu, myśląc, że jest
bezpieczny.
— Naprawdę nie chciałabym znowu robić tego w Hogwarcie
— wzdycham.
Draco kładzie dłoń na moim kolanie i ściska lekko.
— Możemy ukryć nasze zabezpieczenie w zamku —
oświadcza Ron. — Ale mogliby zacząć coś podejrzewać, widząc tylu czarodziei. —
Marszczy brwi, zastanawiając się nad swoją odpowiedzią.
— Czy istnieje jakiś sposób, żeby ich ukryć? — Pytanie
Harry’ego zwraca wszystkie oczy w moją stronę.
— Możliwe — zaczynam powoli. — Ale nie jestem pewna.
Musimy sprawdzić, co znajdziemy.
Ron wzdycha.
— Zaczynałabyś w bibliotece Blacków? — pyta Luna,
przymykając oczy.
— Tak — odpowiadam.
— Zaczynając w północno-wschodnim rogu… i… — Oczy
dziewczyny otwierają się szeroko. — Tam to znajdziesz.
— Czy możesz być bardziej konkretna? — mamrocze Tracy.
— Nie.
— W porządku. — Ślizgonka przewraca oczami.
— Kiedy to zrobimy? — pyta Luna.
— Jak daleko możesz sięgnąć? — wcina się Draco, a
dziewczyna uśmiecha się w odpowiedzi.
— Jak najdalej potrzebujemy, ale im dalej, tym mniej
pewne są moje informacje — wyjaśnia swoim spokojnym głosem. — Oczywiście muszę
pomedytować, aby dowiedzieć się szczegółów, ale powinnam wiedzieć, w którym
miesiącu planujecie działać.
— Uczniowie wrócą pierwszego września i zostały tylko
cztery tygodnie — mówi Harry.
— Za mało czasu — wzdycha Draco.
— Dlaczego? A może chcesz dać więcej czasu twojemu
panu, żeby to rozgryzł? — szydzi Ron, a blondyn przewraca oczami w odpowiedzi.
— Wystarczy — mówię ostrzegawczym tonem.
Ron chce coś powiedzieć, ale zamyka usta, widząc mój
wzrok.
— Minie niemal rok, zanim zamek będzie świecił
pustkami. — Tracy wraca do tematu rozmowy.
— Za długo — mówię.
— Zgadzam się — dodaje Harry.
— Ale nie możemy walczyć, gdy będą tam uczniowie —
oświadcza Tracy.
Zerkam na Draco, a on kiwa głową.
— Będziemy musieli się ewakuować — szeptam.
— To może dać nam przewagę.
— Być może moglibyśmy połączyć to z tabu — zaczyna
Draco, a kiedy wszyscy zwracają się w jego stronę, kontynuuje: — Jeśli Harry
miałby wywołać tabu poza zaklęciami ochronnymi, a następnie szybko uciekł przed
szmalcownikami, mogliby uważać, że uciekł w bezpieczne miejsce, ale został
uwięziony w pułapce. Ewakuacja w szkole będzie kolejnym impulsem do podjęcia
decyzji o zachowaniu bezpieczeństwa.
Moje oczy spotykają się z Draco, rozumiejąc jego
podejście. Tak stało się wcześniej, ale nie mieliśmy szans oszukać Voldemorta,
a raczej potykaliśmy się, starając pozostać przy życiu. To nie wystarczyło.
Tracy odchrząkuje, zwracając moją uwagę na grupę.
— Więc musimy mieć jeszcze trochę czasu — oświadczam.
— Jak myślisz, ile go potrzebujemy? — Tracy pyta
Draco, który patrzy w dal, gdy trybiki w jego głowie pracują.
— Trzy do pięciu miesięcy — odpowiada. — To
wystarczająco, ponieważ później ciemna strona zyska więcej siły, by
przeciwdziałać naszym podstępkom, na które nie mogą sobie pozwolić.
— To oznacza listopad i grudzień — przelicza Tracy.
— Walki w śniegu? To będzie fajne — mamroczę.
— Są pewne runy, które przed nim zabezpieczają — dodaje
Draco.
— Ostatni tydzień listopada — mówi Harry do Luny.
— W porządku, dam wam znać — odpowiada blondynka,
wstając i wychodząc. Harry uśmiecha się, a potem idzie za nią, lekko
potrząsając głową.
— Rewanż? — proponuje Tracy, wskazując na planszę.
Draco się uśmiecha, a Ron wstaje z krzesła i podchodzi do drzwi.
— Zaraz wrócę — mówię szybko, podążając za nim.
Chwytam chłopaka za łokieć i zatrzymuję. — Możemy porozmawiać?
Wzrusza ramionami, ale pozwala mi poprowadzić się do
gabinetu. Gdy już tam jesteśmy, opiera się o ścianę, krzyżując ręce na piersi.
Siedzę na krawędzi biurka, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami.
— Umarłeś — oświadczam nagle, nie wiedząc dlaczego.
Chcę nim potrząsnąć, aby zrozumiał. Wygląda na zszokowanego. — Twoja mama
umarła, tata, Bill, Fleur, Charlie, Percy, Fred, George…
— Łapię — szydzi. — Wszyscy umarli.
— Ale teraz tu stoisz — szeptam, nie mając pewności,
czy mnie słyszy. — Wszyscy znów żyją, ale… jakoś… czuję się tak pusta, jak
wtedy gdy straciłam wszystkich, których kochałam.
— Miona…
— Być może powinnam być wdzięczna, że nie mieli zbyt
wiele czasu, gdy po mnie przyszli — kontynuuję. — Wiedzieli, że ktoś może
pojawić się w każdej chwili i że mogło być pewne, iż w jakiś sposób się
ochronię, ale Tracy nie miała tyle szczęścia… — Ron przełyka ślinę, blednąc. —
Nie spieszyli się, sprawili, że jej rodzice cierpieli, a ona na to patrzyła.
To, co im zrobili… — Głos niknie mi w gardle.
— Powiedziała im nie — dodaję, gdy odzyskuję
sprawność. — Uciekła, wiedząc, co ją czeka, gdy zostanie złapana, mając
świadomość, że nie będzie miała lepszego życia od tego jej matki. I w momencie
gdy wreszcie jest bezpieczna, ty oskarżasz ją o bycie Śmierciożercą.
— Nie wiedziałem — broni się Ron.
— Wiem, Ron, ale to musi się skończyć. Tracy nie jest
wrogiem, tak samo jak Draco. Wróg jest na zewnątrz. — Wskazuję szybko
zewnętrzną ścianę. — To Vol- Sam-Wiesz-Kto i Śmierciożercy. Nie mam pojęcia,
czy to zadziała. Nie wiem także, czy wygramy. Ale jeśli będziemy walczyć między
sobą, nie mamy szans na cokolwiek. I ja nie mogę ponownie tego zrobić, Ron, po
prostu nie mogę. — Ostatnie zdanie wypowiadam, szlochając, a on odsuwa się od
ściany, by otoczyć mnie ramionami.
— Cii — szepta, klepiąc mnie po plecach. — Już dobrze.
Gdy całkowicie się uspokajam, odsuwa się ode mnie.
— Hermiono — mówi cicho. — Nie wiem, jak było podczas
tych trzech lat wojny, nie widziałem, jak wszystko się zmienia i rozpada. Nie
widziałem Śmierciożerców z wygłodniałym wzrokiem. Dla mnie to trwało tylko
jeden dzień. Ślizgoni byli wrogami.
— Ron — zaczynam, a on kręci głową.
— Jak wielu z nich dołączyło do Śmierciożerców? —
pyta.
— Nie wiem.
— Ślizgoni byli wrogami, a teraz chcesz, żebym o tym
zapomniał? Nie mam do nich pewności. Może za jakiś czas, ale teraz…
— Chociaż mogę zostać potępiony, nadal myślę, że to
niewłaściwe. Mimo to muszę spełnić swój obowiązek, dzieląc rok na części i
zastanawiając się, czy przydział przyniesie kiedyś jakiś skutek — cytuję.
— Miona?
— Tak śpiewała Tiara Przydziału — mówię. — Kiedy
wszystko zaczęło się dzielić na nich i nas? Mieliśmy jedenaście lat, a magiczny
kapelusz był kładziony na nasze głowy i wyznaczał naszą przyszłość w
odpowiednim domu, który potem stał się naszą rodziną. — Siadam na krześle obok
biurka, całkowicie wyczerpana. — Na początku to wydaje się właściwe, ale potem
wymusza rywalizację… Merlinie, nawet jeśli nie byłoby wojny, jak wyglądałby
Hogwart, gdybyśmy nie byli wtedy rozdzieleni? Czy ludzie kiedykolwiek zapomną?
Ron opiera się ciężko na biurku i potrząsa głową.
— Krukon: mądry i sprytny, Puchon: dobry i lojalny.
Ale Ślizgon? Są znani jako źli, manipulanci, tchórze i wrogowie. Kiedy to się
skończy? Gdybyśmy wygrali wojnę… i w końcu uwolnilibyśmy się od tego jednego
człowieka… czy nadal będziemy opowiadać się tylko za swoim hogwarckim domem?
Czy gdy w przyszłości tak będzie, mamy szansę wygrać cokolwiek?
— Myślałem, że to wojna przeciwko Sama-Wiesz-Komu. —
Uśmiecha się Ron, a moje usta unoszą się w odpowiedzi, ale serce nadal
pozostaje na swoim miejscu.
— To wojna o wolność — szeptam. — Dla ludzi, którzy
przez całe życie byli osądzani przez to, kim są, a nie przez rodziców, aby wreszcie
nie musieli chować się za maskami, pieniędzmi czy czystością krwi, robić
okropnych rzeczy i za to odpowiadać. Ale jak to powiedział Lucjusz Malfoy, jestem
gorsza, ponieważ moi rodzice byli mugolami i to było gorsze od tego, że tiara w
wieku jedenastu lat zobaczyła w Draco ambicję.
— Skąd możesz wiedzieć, że jego ambicja nie obróci się
przeciwko nam? — naciska Ron.
— Ambicja nie jest zła, Ron. Można nawet powiedzieć o
tym Krukonom i oni z pewnością pomyślą, że przejście na stronę Czarnego Pana
jest dobrym pomysłem, ponieważ oni wygrywają. Nasze wybory nas definiują, Ron,
nie nasze domy, dlatego Draco i Tracy zdecydowali się tutaj zamieszkać.
— Nie mogę obiecać, że polubię tego gościa — mówi.
— Jeśli przestaniesz go podjudzać, mówiąc, że działa
po stronie Sam-Wiesz-Kogo i nie będziesz taki zły, bardzo mnie uszczęśliwisz —
proponuję.
Ron wzrusza ramionami, uśmiechając się.
— Zobaczę, co da się zrobić.
Kręcę głową, przytulając rudzielca.
_____________
Witajcie :) w sobotnie popołudnie publikuję kolejną część tłumaczenia. Wiem, że już dawno obiecywałam Wam rozwój akcji i wygląda na to, że Wasze prośby zostały wysłuchane. Akcja rozkręca się i nareszcie Ron zaczyna coś rozumieć. Chociaż w jego przypadku to brzmi jak misja awykonalna. Więc co myślicie o rozdziale? Zadowoleni, czy wręcz przeciwnie? Piszcie!
Zapewne macie już wakacje. Bardzo wam zazdroszczę, ponieważ ja wybieram się na urlop dopiero w sierpniu. Dorosłość ssie, ale cóż poradzić, takie życie. Życzę Wam wielu słonecznych dni i uśmiechu! Nie zapomnijcie złożyć życzeń Waszym tatom, bo przecież dzisiaj ich święto.
Tyle ode mnie. Kolejna część za tydzień. Komentujcie i oceniajcie. Enjoy!
Tyle ode mnie. Kolejna część za tydzień. Komentujcie i oceniajcie. Enjoy!
Już nie mogę się doczekać następnego rozdziału :)
OdpowiedzUsuńForma "szeptam" nie jest poprawna, powinno być "szepcę". Poza tym blog ciekawy, a historia wciągająca. Pozdrawiam i życzę weny.
OdpowiedzUsuńSuper 👌🏼
OdpowiedzUsuńZ niecierpliwością czekam na kolejny !
Pozdrawiam! 💕