Zdeterminowana kucam na obrzeżach miasta. Przybyliśmy
godzinę przed atakiem. Słońce niknie za horyzontem i na ulicę napływa mugoli.
Po omówieniu naszego planu, osiedliliśmy się tutaj i czekamy na cele.
Nagle pięć postaci aportuje się na obszarze
znajdującym się przede mną, przyciągając moją uwagę. Śmierciożercy rozglądają
się, nie widząc czekających na nich dwóch czarodziejów i dwie czarownice, po
czym wybuchają śmiechem. Ten dźwięk rani moje uszy.
Biorę głęboki oddech i liczę po cichu.
Raz, dwa…
Machając różdżką skomplikowany wzór i szepcząc, rzucam
zaklęcia ochraniające.
Łomot. Magia aktywuje się w tym samym momencie, gdy
Śmierciożerca uderza o ziemię. Czarna strzała utknęła w głowie mężczyzny i padł
martwy. Strumień krwi rozlewa się po niebiesko-szarej twarzy z zapadniętymi
policzkami i niepełnej szczęce. Travers.
— Finite
Incantatem — krzyczy jeden Śmierciożerca, wymachując różdżką.
Zaklęcia antyaportacyjne nikną. Zielone światło tryska
z jego różdżki i kieruje się na Harry’ego, Rona i Tracy. Jednak dość szybko
robią unik.
— Deprimo —
mówię wyraźnie, wskazując na tego, który wystrzelił zaklęcie niewybaczalne.
Przeskakuje na bok, w ostatniej chwili unikając
klątwy. Ziemia, na której stał, pęka.
— Łapcie, Pottera — warczy Śmierciożerca.
Trzej mężczyzn zbliża się do nich. Ten, który stoi
naprzeciwko mnie, rzuca zaklęcie cięcia. Zrzuca moją tarczę. Kieruję w niego
gruz, który powstał przez mój poprzedni atak, ale skały znikają za pomocą
jednego machnięcia różdżką.
Śmierciożerca macha głową w bok, rzucając mi wyzwanie.
Moje oczy zwężają się.
— Conjunctivitis
— mówię.
Mój przeciwnik dostaje skurcz w nodze, zanim upada,
ale potem odsuwa się, pozwalając, aby całe zaklęcie przyjął na siebie mugol
stojący za nim. Mężczyzna natychmiast pada na kolana, krzycząc i zasłaniając
oczy. Zbyt wielu ludzi wybiegło na zewnątrz, choć większość z nich panikuje,
nadal są na celowniku. Anuluję klątwę i za pomocą różdżki, teleportuję go za
jeden z budynków.
W międzyczasie walczący ze mną Śmierciożerca rzuca
klątwy o względnie niskim zagrożeniu. Z wyjątkiem jednego zaklęcia, kiedy
próbował zakończyć walkę i pomóc innym schwytać Harry’ego, żadne z jego klątw
nie miały wiele mocy. Najwyraźniej nie ma zbyt wiele władzy.
Rzucam okiem na bitwy, w których biorą udział moi
przyjaciele. Radzą sobie bardzo dobrze. Tracy przeniosła się na druga stronę
ulicy, a chłopcy rozsunęli się, aby zapewnić sobie większą mobilność, jednak
żadne z nich nie zostało ranne lub odsunięte.
Wściekła, czarna klątwa podąża w moją stronę i robię
unik. Nie wszystkie zaklęcia można powstrzymać za pomocą Protego i lepiej nie
ryzykować, gdy nie wiesz, co zostało rzucone. W miejscu, gdzie stałam, znajduje
się teraz czarna, bulgocząca plama.
Śmierciożerca robi krok naprzód. Delikatnie utyka, a
jego oddech przypomina dyszenie. Być może przeszedł tortury i zabija mugoli,
ale nie ma umiejętności władania różdżką.
— Impedimenta
— mówię, w ostatniej sekundzie wskazując na jego nogi. Tarcza nie obejmuje
stóp. Upada na ziemię, warcząc. — Deprimo
— dodaję cicho. Jego kości pękają niemal bezgłośnie. Śmierciożerca leży w
bezruchu. Nie podniesie się ponownie.
Zerkam na moich przyjaciół. Ognisty bicz wystrzelony z
różdżki Tracy leci w kierunku Śmierciożercy. Jego kiepsko wycelowane zaklęcie
wodne mija klątwę, zraszając nieco ziemię. Wciąż dobrze trzyma się na nogach,
jakby chciał uniknąć wyczerpującej walki.
Ron, który wciąż znajduje się po lewej stronie ulicy,
rzuca potężne i dokładne zaklęcia. Jego przeciwnik porusza się z łatwością,
zręcznie unikając przekleństw, zapewniając sobie niewielką obronę.
Śmierciożerca walczący z Harrym wydaje się być bardziej
dopasowany, jeśli chodzi o władanie różdżką. Ale Potter jest w swoim żywiole i
mężczyzna ma marne szanse na triumf.
Odgłos kolejnego umierającego z trzaskiem kości,
odbija się echem w powietrzu, przyciągając uwagę Tracy, Rona i jego
przeciwnika. Dziewczyna wzdycha ciężko, jednak ulga trwa krótko, ponieważ nagle
Tracy krzyczy głośno.
Śmierciożerca walczący z nią, rzucił zaklęcie cięcia,
gdy odwróciła wzrok. Na jej ramieniu widać długą ranę. Dziewczyna automatycznie
zaciska rękę, próbując powstrzymać krwotok. Rzucam się do przodu, aby zająć się
jej przeciwnikiem, ale kiedy unosi swoją różdżkę, wiem, że nie zdążę.
— Nie — krzyczę, ale jestem w cieniu innego.
— REDUCTO —
ryczy Ron, wskazując mężczyznę zmierzającego w kierunku Tracy.
Czar uderza z całą siłą, odbijając się echem od
przeciwnika. Śmierciożerca opada na ziemię z szeroko otwartymi oczami.
Śmierciożerca, który wcześniej walczył z rudzielcem,
rzuca okiem na swojego martwego towarzysza i momentalnie ucieka. Jedyny stojący
za nim robi to samo. Gdy mijają zaklęcia na końcu ulicy, znikają.
Na chwilę zapada cisza, przełamana płaczem i
gorączkowymi wrzaskami mugoli.
— Nie mamy zbyt wiele czasu — mamroczę.
Harry kiwa głową i lewituje ciała poza miasto. Biegnę
za budynek, gdzie znajduje się ranny mugol. Zwija się na ziemi, kwiląc.
— Nie widzę — powtarza bez końca. Klękam przed nim.
Jego głowa kręci się w obie strony.
— Kto tam? — woła. — Nie widzę — krzyczy, gdy nie
uzyskuje odpowiedzi.
— Drętwota —
szepczę, czerwone światło uderza w niego. Później wyleczymy go zaklęciami
uzdrawiającymi, teraz musi tutaj zostać.
Ron przylgnął do Tracy, której ramię krwawi coraz
mniej. Dziewczyna coś do niego szepta.
— Chodźcie — mówię cicho, przechodząc obok nich z
opuszczoną głową. Tracy ciągnie chłopaka za sobą. Kiedy mijamy zaklęcia, rzucam
kolejne, które mam nadzieję, zapewnią bezpieczeństwo mieszkańcom, jeśli
Śmierciożercy tu wrócą.
Spotykamy Harry’ego trochę poza miastem. Trzej
zwolennicy Voldemorta są pochowani w małych grobowcach z krzyżykami. To
przypomni, że mimo iż przyszliśmy z zamiarem zabicia, różnimy się od tych
potworów. Bez słowa odwracamy się i odchodzimy.
~*~*~*~*~*~
Draco otwiera drzwi z różdżką wycelowaną w nas.
— Granger, po kim nadano ci drugie imię? — pyta.
— Po babci Jean — mówię, a on każe mi przejść na bok.
— Tracy, twój ulubiony profesor? — kontynuuje.
— Flitwick.
Ona również wchodzi i od razu prowadzę ją do kuchni.
— Potter, imię twojego kuzyna?
— Dudley.
Harry wchodzi.
— Weasley, który jest starszy Fred czy George?
— Tak naprawdę nikt tego nie wie — odpowiada Ron
zmęczonym głosem, po czym przechodzi obok blondyna.
Draco kiwa głową, zmierzając za nami do kuchni.
— Gdzie jest dyptam? — pytam Draco, sekundę po tym,
jak wchodzi przez próg.
Przeszukuję szafki z Tracy siedzącą na krześle, które
wysunęłam na środek pomieszczenia.
— Co się stało? — pyta chłopak, otwierając drzwi
spiżarni i wyciągając butelkę.
Wyrywam mu ją z rąk.
— Zaklęcie cięcia — wyjaśniam, odkorkowując butelkę.
Ostrożnie biorę jej prawe ramię w lewą rękę i odsuwam od ciała. — Może zapiec —
szepczę, a następnie polewam ranę płynem. Tracy syczy, jednak nie odsuwa się.
Nadal jest blada.
— Będzie potrzebowała eliksiru uzupełniającego krew —
oznajmia Draco, wracając do spiżarni.
— Ja… spowolniłem krwawienie, ale… to… — Ron wzdryga
się, patrząc na świeżą skórę na obrzeżach rany.
— Dobrze się spisałeś, Ron — mówię, upewniając się, że
skóra się zlepiła, zanim ją puściłam. Oczy rudzielca ciągle zerkają na Tracy,
kiedy ten zaczyna się trząść. Gdy Draco pojawia się z potrzebnym eliksirem,
pozwalam mu przejąć opiekę nad dziewczyną i idę do mojego przyjaciela.
Przeprowadzając go na krzesło, dobrze mu się przyglądam.
Jest blady, a na policzkach dostrzegam pot. Szeroko
otwarte niebieskie oczy wydają się nie rejestrować tego, co dzieje się wokół
niego. Całe ciało chłopaka drży, a oddech opuszczający jego usta szybki i
płytki.
— Ron — mówię cicho, obracając jego podbródek, tak by
mógł na mnie spojrzeć.
— Ja… zabiłem go — szepcze w odpowiedzi.
Uśmiecham się smutno.
— Wiem.
— Chciał zabić Tracy — kontynuuje, jakby mnie nie
słyszał.
— Wiem.
— Ale ja… ja… co ja zrobiłem?
Przywołuję fiolki z kredensu. Przyciskam jedną do jego
ust, rozkazując:
— Pij.
Pozwala, aby płyn wlewał mu się do gardła.
— Hermiono? — pyta cicho, gdy czar zaczyna działać i
ogarnia go spokój. Przytakuję, pozostawiając smutny uśmiech na ustach.
Stworek pojawia się z gorącymi miskami zupy i świeżym
chlebem. Upewniam się, że Tracy i Ron biorą swoje porcje.
— Stworku, upewnij się, że Harry też dostanie jedzenie
— proszę, a skrzat kiwa głową, znikając z kolejną miską.
— Jedz — mówi Draco, popychając mnie na krzesło.
Zajmuję je i jem zupę. Jestem pewna, że jest pyszna, ale nie rozróżniam smaku.
Nikt nic nie mówi.
Kiedy Tracy wstaje, pociągając za sobą Rona, podaje
jej fiolkę.
— Eliksir słodkiego snu — wyjaśniam. — Trzy krople dla
każdego. Musicie się dzisiaj wyspać.
— Dzięki. — Tracy kiwa głową i wychodzi z kuchni, a
Draco łapie mnie za rękę.
— Aż tak źle? — pyta. Wzruszam jednym ramieniem. —
Hermiono? — Unosi mój podbródek.
— Widzieliśmy gorsze rzeczy — odpowiadam ostrożnie. —
Ale najgorsze jest to, że będą pamiętać. To wszystko jest nowe i tak samo
trudne.
— Travers?
— Martwy. Harry zajął się tym, zanim jeszcze
dowiedzieli się o naszej obecności.
— Reszta?
— Jeszcze dwóch martwych, a pozostali wycofali się —
odpowiadam automatycznie, bez żadnych emocji. Wewnątrz czuję zimno, niezbędne
uczucie. Konieczne zabijanie, przypominam sobie.
— Musiałaś — mówi Draco.
— Wiem. Ale to nadal trudne. — Patrzę na drzwi. —
Zwłaszcza dla tych, którzy nigdy tego nie robili.
— To powinno być trudne — odpowiada.
— Wiem — szepczę. — Nie będzie łatwiej i nie powinno,
ale mając tak dużą wiedzę….
Draco otacza mnie ramionami.
— Przejdziemy przez to — obiecuje. — Wszyscy.
— Widziałeś Rona? — pytam, a on przytakuje. —
Merlinie, pomóż nam — mamroczę, wstając.
Draco przywołuje kolejną fiolkę.
— Powinnaś też wziąć trochę — mówi, podając mi
eliksir. Widząc moje smutne spojrzenie, dodaje: — Nie walcz ze mną Granger, nie
dzisiaj.
Przytakuję.
Ręka w rękę, Draco i ja, wchodzimy po schodach do jego
pokoju. Biorę trzy krople eliksiru słodkiego snu, przed oddaniem fiolki Draco. Zasypiam,
otoczona jego ramionami.
____________
Witajcie :) mamy niedzielę, więc pora na kolejny rozdział opowiadania. Pewnie odetchnęliście z ulgą, ponieważ wreszcie doczekaliśmy się wojennych rozdziałów. Mogę zapewnić, że w końcówce będzie o wiele więcej akcji. A jak można się zorientować, zbliża się ona wielkimi krokami.
Nie wiem jak Wam, ale mnie było bardzo szkoda Rona w tej części. Jego przerażenie było takie rzeczywiste, realne... takie jego. Biedny chłopak. Piszcie, jak Wasze wrażenia!
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia! Enjoy!
Juz nie moge się doczekac nastepnego rozdzialu :)
OdpowiedzUsuń