[T] Ciężar mojego uczucia: Zuchwałość Draco Lucjusza Malfoya

niedziela, 3 maja 2026

Witajcie :) w niedzielny wieczór zapraszam na dwa rozdziały tłumaczenia. Trochę się tu podzieje, więc miłej lektury! :)

________________

Następnego ranka, jedząc idealnie przyrządzone jajka w koszulkach, Hermiona rozmyślała o wydarzeniach poprzedniej nocy.

Draco Malfoy. Duch. Chłopak, który zniknął bez śladu ponad pięć lat temu.

Niecały miesiąc po Bitwie o Hogwart Draco Malfoy rozpłynął się w powietrzu. Hermiona pamiętała, jak czytała o tym w gazecie. Przez miesiące relacjonowali to wszyscy. Początkowo zamieszczali pełne dramaturgii prośby rodziców o powrót do domu. Z czasem przerodziły się w prośby o informacje o jego miejscu pobytu. Potem oferowano horrendalne nagrody za każdy ślad po nim. Skończyło się na krótkim artykule z Biura Aurorów, w którym poinformowano o umorzeniu sprawy z powodu braku dowodów i tropów.

Po prostu zniknął. Nikt nie wchodził na jego konto w Gringocie. Nie miał kontaktu z żadnym z przyjaciół. Dziwne, że jak na tak rozpoznawalną osobę, absolutnie nikt go nie widział.

Nikt przez cały ten czas.

Nikt oprócz niej.

Krzywołap krążył wokół jej stóp, gdy wpatrywała się w ścianę. Jak on mógł się tu znaleźć? Hermiona zawsze uważała, że Draco i Luna wyglądają na spokrewnionych. Ich blade rysy twarzy i błyszczące oczy były tak podobne. Oboje pochodzili z rodzin czystej krwi i było wysoce prawdopodobne, że ojciec Luny należał do tych, których w pewnym momencie wydziedziczono. Jego oddanie prawdzie stanowiło zapewne poważną przeszkodę w dążeniu do czystości krwi.

Ale Hermiona nie mogła tego pojąć, mając świadomość, że Luna była miesiącami przetrzymywana w lochach Malfoyów. Wydawało się niemożliwe, żeby ktokolwiek, kto znalazł się w takiej sytuacji, zaoferował amnestię swojemu porywaczowi. Zwłaszcza Draco Malfoyowi. Złośliwemu chłopakowi, który używał słów jako broni. Z drugiej strony, zwiędła skorupa nastolatka, którego znała z szóstego roku, doskonale odpowiadała potrzebie ratowania zbolałych dusz przez Lunę.

Wstała z westchnieniem i ruszyła do drzwi prowadzących do sklepu. Krzywołap syknął na jej zuchwałość. Kiedy ona wstawała, on też musiał. To była gehenna. Zatrzymała się z ręką na klamce i zignorowała miauknięcie pełne dezaprobaty swojego futrzanego towarzysza.

Czy on nadal tam będzie? Czy jej odkrycie sprawi, że ucieknie? Wczoraj wieczorem, gdy patrzył na nią swoim sowim wzrokiem, wyglądał tak, jakby nie miał zamiaru się ruszyć ani o cal, bezczelnie ignorując to, co właśnie zobaczyła. Rozpaczliwie miała nadzieję, że będzie tam, gdy w końcu zdobędzie się na odwagę.

Krzywołap szturchnął ją w piętę i jej stopy znów ożyły. Sklep wyglądał jak zawsze: zakurzony, ciemny i pełen krytycznych, pierzastych oczu. Silver siedział na swojej grzędzie po lewej stronie kasy, śpiąc spokojnie. Nie mogła powstrzymać się od pytania, czy długo mu zajęło nauczenie się spania w pozycji siedzącej, czy też przychodziło mu to naturalnie, gdy przybierał tę formę.

Ostrożnie dreptała po sklepie, starając się go nie obudzić. Właściwie naprawdę słodko wyglądał, gdy spał. Jego zazwyczaj surowa twarz była rozluźniona, a podbródek mocno wtulony w pierś. Cicho pohukiwał, gdy śnił, a ona zastanawiała się, co też może się dziać w jego opierzonej główce.

Potknęła się o stołek i gwałtownie się obudził.

— Przepraszam! — wyrzuciła z siebie, pocierając goleń. — Starałam się ciebie nie obudzić.

Na tę uwagę władczo uniósł brew.

Wyjąkała urywaną odpowiedź:

— W-wyglądałeś tak uroczo i ja…

Wypuścił powietrze i rozpostarł skrzydła, jakby miał odlecieć, ale ona rzuciła się przed niego, komicznie rozkładając ręce na boki.

— Proszę, zostań.

Z rozmysłem powoli opuścił skrzydła i przechylił głowę. Jej wzrok błądził po nim, szukając jakiegokolwiek znaku, że nie jest zwierzęciem, na które wyglądał. Nigdy wcześniej nie przyglądała mu się tak uważnie. Naprawdę był dostojnym stworzeniem. Wyprostowana postawa i idealnie wypielęgnowane pióra. Te jasne, szare oczy błyszczały, jakby coś kryło się głęboko w ich głębi.

Z kolejnym prychnięciem nastroszył pióra i Hermiona uświadomiła sobie, że wpatruje się w ptaka o wiele dłużej, niż to konieczne.

— Przyniosę ci herbatę — wymamrotała, odwracając się od niego.

Twarz płonęła jej ze wstydu. Nie była pewna, co wolałaby teraz: upokorzenie z powodu takiego zachowania w obecności zwierzęcia, czy przenikliwy wstyd z powodu takiego zachowania w obecności Draco Malfoya. Tak czy inaczej, równie dobrze mogła zwinąć się w kłębek i umrzeć.

Kiedy wróciła z herbatą, jej twarz ochłonęła, a Silver był zajęty swoją książką. Był to iluminowany manuskrypt o irlandzkim folklorze. Na marginesach tańczyły wróżki i makabryczne bestie, takie jak banshee i duchy. Hermiona nabyła go, bo myślała, że pomoże mu to poczuć obecność Luny, na wypadek gdyby za nią tęsknił. Ale teraz nie była tego taka pewna.

Gdy go obserwowała, wyciągnął dziób i obrócił stronę w książce.

Nie spojrzał na nią, kiedy postawiła obok niego filiżankę i zabrała się do przygotowywania sklepu do otwarcia. Jak miała to zrobić? Gdyby od razu go zapytała, czy jest Draco Malfoyem, prawie na pewno znowu by zniknął. Ale gdyby owijała w bawełnę, mogłaby w zasadzie kwestionować na wpół inteligentnego, magicznego ptaka przez całą wieczność.

Podjęcie decyzji zajęło jej kilka okrążeń po sklepie. Po niemal katastrofalnym, porannym powitaniu, prawdopodobnie najlepiej było starać się zachowywać jak najbardziej naturalnie. Zadanie to okazało się o wiele trudniejsze, niż się spodziewała. Natychmiast zapomniała, jak działają jej kończyny i zapadła w niemal całkowitą ciszę, bojąc się, że powie coś niewłaściwego i on zniknie.

Pod koniec dnia była wyczerpana, gdy mozolnie wdrapywała się po schodach do sowiarni na górze. Reszta ptaków witała ją radosnym pohukiwaniem i szelestem piór. Silver zazwyczaj nie jadał kolacji w sowiarni. Luna powiedziała, że to dlatego, że woli polować sam, ale teraz Hermiona miała wątpliwości. Podejrzewała, że nie podoba mu się pomysł jedzenia szczurów i myszy.

Karmiła ptaki, działając na autopilocie, a jej umysł był całkowicie pochłonięty tajemnicą Silvera. Nigdy nie jadł posiłku w jej obecności. Jej wcześniejsza koncepcja wydawała się rozsądna, ale jakie zwierzę wybrałoby polowanie zamiast darmowego jedzenia, które zazwyczaj mu dawała? Jej umysł odpowiedział beznamiętnie, zrzędliwie.

Przez cały dzień zachowywał się pozornie normalnie. Nie brakowało dzieci terroryzowanych jego surową i władczą obecnością. Musiała dolewać mu herbaty co najmniej trzy razy, co mieściło się w granicach normy. Książka zajęła go tylko przez część dnia. Resztę spędził na głośnym skrzeczeniu za każdym razem, gdy próbowała zamienić ją na jakąś inną.

Miała ochotę krzyczeć WIEM, ŻE POTRAFISZ MÓWIĆ. CZEGO, DO DIABŁA, CHCESZ?!

Ta świadomość zatruwała jej umysł. Do tej pory radziła sobie doskonale z ich niezręczną, niewerbalną komunikacją. Teraz wydawała się najgorszym z możliwych narzuceniem. Prawdopodobnie siedział tam, przewracając strony książek, dając jasno do zrozumienia, że nie chce czytać, nie przejmując się niczym, podczas gdy ona pozwoliła, by zamartwianie się zawładnęło całym jej umysłem.

Zamarła. Będzie na dole, prawda? Nie będzie — wykorzysta kolację jako pretekst do ucieczki, prawda?

Jej serce waliło jak szalone, nierówno, gdy wyrzuciła w powietrze trzy myszy i odwróciła się na pięcie, by zbiec z powrotem na dół. Będzie tam. Będzie. Kroki dudniły, gdy biegła. Nie minęło dużo czasu. Jeszcze tylko jeden zakręt i…

Spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami, gdy omal się nie potknęła i nie spadła z najniższego stopnia. Jedna z jego brwi uniosła się z ciekawości. Ciężko oddychała przez absurdalny wysiłek, który sama sobie zadała.

Co gorsza, olśniewające uczucie ulgi, które zalało ją w chwili, gdy go zobaczyła, wypełniło serce. To było szaleństwo. Nie mogła tego ciągnąć. Musiała coś powiedzieć, bo inaczej się załamie.

— Nie mogę tego zignorować — wyrzuciła z siebie, zataczając się do przodu. — Możesz mówić, a ja mam tyle pytań.

Zmarszczył brwi.

Wcześniej doskonale sobie radziliśmy.

Jego głos był lakoniczny i przeciągły, nieco przypominający Severusa Snape’a.

— Ale wtedy nie wiedziałam — argumentowała, mając krystalicznie jasne pojęcie, że to szaleństwo. — I muszę wiedzieć.

Sapnął, wpatrując się w nią z przerażeniem.

Na przykład co?

Jej myśli krążyły jak szalone. Czy jesteś Draco Malfoyem? Dlaczego tu jesteś? Co jadasz? Jak to jest być ptakiem? Czy wiedziałeś, że będziesz sową, gdy zostałeś animagiem? Czy jesteś Draco Malfoyem? Czy smakowało ci moje gotowanie? Wyglądało na to, że bardzo. Czy mogę znów dla ciebie gotować? Zjadłbyś ze mną w kuchni? CZY JESTEŚ DRACO MALFOYEM?

— C-czy pióra cię swędzą? — wyjąkała, czując się jak idiotka.

Nie miała szans zadać pytań, które naprawdę chciała. Bała się, że ucieknie i już nigdy go nie zobaczy.

Silver wydał z siebie dźwięk, który zabrzmiał jak śmiech.

To było twoje niecierpiące zwłoki pytanie?

Hermiona nadąsała się. To było głupie pytanie. Nienawidziła faktu, że to była jedyna niewinna rzecz, jaka przyszła jej do głowy w tamtym momencie. Unosząc szczękę, odpowiedziała:

— Byłam ciekawa.

Oddech drapał ją w gardle, gdy starała się uspokoić. Chciała wiedzieć o wiele więcej, niż powinna. To nie miało sensu. To nie była przyjazna przysługa. Nawet jeśli by odleciał, i tak nie miała tu zostać na długo. Luna wróci, a ona znów będzie próbowała rozgryźć, co zrobić ze swoim życiem.

Ale było coś w jej pobycie tutaj. Zanim przekroczyła próg sklepu, nie widziała sensu życia. Jej pracę w Ministerstwie Magii przepełniała korupcja i bezsensowna biurokracja. Żadna z jej prób poprawy magicznego świata nie powiodła się. Każdemu małemu zwycięstwu towarzyszyła przerażająca świadomość, że system został zaprojektowany tak, by działać odwrotnie. Po prawie pięciu latach czuła się jak potrzaskana na kawałki. Rezygnacja zabiła jakąś część jej jestestwa. Część, która pozostawiła ją wyrwaną z więzów i apatyczną.

Dom Luny i ten sklep stały się dla niej swego rodzaju azylem, a ona rozpaczliwie pragnęła uchwycić się go obiema rękami. Kapryśnego, prawdopodobnie przyjaciela-animaga i wszystkiego co z tym związane.

Silver nastroszył pióra. Słyszała ten delikatny dźwięk i zastanawiała się, czy on też jest miękki w dotyku.

Owszem. Czasami. Staram się o tym za dużo nie myśleć, bo tak naprawdę nic nie mogę na to poradzić.

— Swędzi cię teraz? — zapytała, wstrzymując oddech w oczekiwaniu.

Wyprostował się i przechylił głowę, patrząc jej prosto w oczy.

Tak.

Jego głos w jej głowie kipiał niechęcią, jakby nie chciał tego powiedzieć.

— Mogę pomóc? — wyszeptała, a jej dłonie drgnęły, gdy spoczywały wzdłuż ciała.

Te błyszczące, szare oczy zwęziły się i przestępował z nogi na nogę, patrząc na nią. Jeśli naprawdę był ptakiem, nie miał powodu, żeby odmawiać. Znali się wystarczająco długo, by taki kontakt był akceptowalny. Jasne, przerażał dzieci, ale nigdy ich nie skrzywdził.

Jeśli jednak był animagiem…

No dobrze.

Nie spodziewała się, że się zgodzi. Odwrócił się od niej, ale czy to z powodu zwierzęciej ciekawości, czy zażenowania, nie wiedziała. Jej dłoń zawisła w połowie drogi między nimi, rozpaczliwie próbując uwierzyć, że jest ptakiem, a nie człowiekiem.

— Gdzie cię swędzi?

Znów prychnął.

Na plecach. Między skrzydłami.

— Dobrze — mruknęła do siebie, pokonując dzielącą ich odległość.

Był miękki. Zanurzyła palce w jego piórach, delikatnie drapiąc skórę pod pachami. Całe jego ciało zadrżało, gdy się poruszyła. Jeśli naprawdę był animagiem, to było — cóż — bardzo intymne. Był szczuplejszy, niż się spodziewała, kości wystawały tuż pod powierzchnią piór.

Kiedy skończyła, obróciła się, by spojrzeć mu w twarz. Już się nie trząsł, ale wciąż unikał jej wzroku, co chyba było dobrą oznaką, zważywszy na rumieniec, który właśnie rozgrzewał jej policzki.

— M-muszę iść ugotować kolację — wyjąkała, cofając się ku drzwiom prowadzącym do małego domku. — Krzywołap na mnie czeka.

Gdy tylko jej plecy uderzyły o drzwi, ponownie uchwycił jej spojrzenie.

Dziękuję.

Z tymi słowami uniósł skrzydła i wleciał do sowiarni na górze. Patrzyła, jak odlatuje, czując się nieco mniej podejrzliwa, ze zaraz zniknie w mroku nocy. To była krótka chwila, ale przynajmniej dowodziła, że ufał jej na tyle, by pozwolić się dotknąć.

Może z czasem zaufa jej na tyle, by powiedzieć prawdę.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Po tym dniu, zaczął mówić więcej. Drobne, nieistotne rzeczy. Rozmowy, które pomagały zabić czas przytłoczony obsługą klientów.

— Jakie książki lubisz? — zapytała, zmieniając księgę o rebelii goblinów z tysiąc sześćset dwudziestego roku na Morganę Le Fay.

Silver spojrzał na nią tymi urzekającymi, szarymi oczami.

Wolę historie o wolności.

Zaparło jej dech w piersiach. Draco Malfoy był chłopakiem wychowanym w luksusie, a potem uwięzionym przez najgorszych ludzi, jakiś świat miał do zaoferowania. Kiedy Harry opowiedział jej o konfrontacji Draco z Dumbledore’em na Wieży Astronomicznej, pękło jej serce. A gdy widziała go następnym razem, był blady i wycofany, z oczami przepełnionymi udręką, gdy jego ciotka torturowała ją na podłodze w ich salonie. Nic dziwnego, że postanowił zniknąć.

— Która jest twoją ulubioną? — wyszeptała, przerażona, że jej ciekawość położy kres ich kruchej przyjaźni.

Spojrzał przez okno na mżawkę. Było przygnębiająco mokro. Deszcz niczym ponury śpiew uderzał o dach i okna. Choć zima miała się ku końcowi, nie ustępowała. W sowiarni na górze unosiła się przytłaczająca woń mokrych zwierząt.

Jego głos w jej głowie był niski i chrapliwy.

Jakieś trzy lata temu Luna kupiła mi książkę o mężczyźnie, którego podstępem zwabiono do szalonej przygody. Otworzyła ona go na świat i zmusiła do zrozumienia, że tak wiele rzeczy, w które wierzył, było kłamstwem.

Hermiona wciągnęła głęboko powietrze.

W końcu świat, który znał, okazał się zbyt mały, bo teraz wiedział, jak to jest uwolnić się od przeszłości.

Stała w milczeniu, trawiąc jego słowa.

— Jaki nosi tytuł?

Nie odpowiedział od razu, a kiedy to zrobił, w jego głosie słychać było melancholię.

Hobbit.

Wszystko miało jakiś dziwny sens. Bilbo był chroniony i wychowywany w luksusie. Został wyrzucony z domu i dzięki temu wyszedł na tym o wiele lepiej. Zastanawiała się, jak inaczej mogłoby wyglądać życie Draco Malfoya, gdyby go porwali i zabrali ze sobą na ostatnim roku. Zamiast rozszarpywać jego ciało w łazience, co by się stało, gdyby Harry go związał i zaciągnął ze sobą do lasu?

— Tolkien był mistrzem w pisaniu opowiadań. Napisał tę książkę dla swoich dzieci — wyjaśniła, starając się nie rozwodzić się nad jej znaczeniem. — Bardziej podobał mi się Władca Pierścieni.

Reakcja Silvera była natychmiastowa. Zadrżał, całe jego ciało się poruszyło. Odpowiedział tak cicho i z wymuszeniem, że prawie tego nie zarejestrowała.

Mnie się nie to nie podobało.

Od razu pożałowała swoich słów. Koncepcja wszechmocnego, mrocznego władcy i legionów zła prawdopodobnie nie była czymś, do czego chciał wracać.

— Po prostu uważałam Legolasa za uroczego w filmie! — wyrzuciła z siebie.

Silver uniósł jedną, bardzo krytyczną brew.

Hermiona tupnęła nogą.

— Nie patrz tak na mnie. Był gibkim blondynem. Każda dziewczyna na świecie miała słabość do Legolasa.

Rozumiem.

Skwitował to imitowanym chichotem.

Chciała się zapaść pod ziemię z zażenowania i poszła sprawdzić zapasy w magazynie. Dopiero gdy otoczył ją kurz i cisza, zdała sobie sprawę, że Draco Malfoy też był gibkim blondynem.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

— Masz jakieś hobby poza czytaniem? — zapytała w wyjątkowo leniwe popołudnie.

Silver oderwał wzrok od aktualnie czytanej książki Statku Magii Robina Hobba. Z zapartym tchem śledził przygody korsarzy. Hermiona próbowała znaleźć dla niego książki fantasy, które nie zawierałyby elementów mrocznej mocy, ale było to wyjątkowo trudne. Na szczęście ta zdawała mu się podobać.

Latanie — stwierdził bez wahania. — Nie ma nic lepszego niż uczucie unoszenia się w powietrzu i wiatr smagający pióra, gdy poruszasz się po niebie. To dziwna mieszanka ekscytacji i spokoju.

— Och.

Jej odpowiedź wydawała się niewystarczająca, ale tak naprawdę nie wiedziała, jak zareagować. Zawsze nienawidziła latania. Wszystkie zaklęcia lecznicze i eliksiry odbudowujące kości nigdy nie wydawały się wystarczające w zestawieniu z bólem uderzenia o ziemię z dużą prędkością.

Jego spojrzenie stwardniało.

Jakie masz hobby?

— Czytam — odpowiedziała i miała właśnie kontynuować, gdy przewrócił oczami.

Hobby inne niż czytanie.

— No cóż… — zamilkła.

Kiedyś miała hobby, naprawdę. W Hogwarcie, oprócz czytania, robiła na drutach. Ale przez wiele lat jej głównym hobby było rozwiązywanie zagadki, czy czegoś, co próbowało zabić Harry’ego Pottera. Potem z trudem wpasowywała się z powrotem w codzienne życie. Wszystko to wydawało się takie bezsensowne.

Próbowała. Naprawdę. Był rok, w którym zajęła się fotografią. Stary polaroid, który przypominał tego jej taty, stale wisiał na jej szyi. To przerodziło się w scrapbooking. Jej mieszkanie tonęło w stertach taśm ozdobnych i naklejek, starych polaroidach i brokacie. To z kolei zamieniło się w zgłębianie wiedzy na temat przemysłu papierniczego, bo przerażała ją ilość papieru marnowanego przez ludzi.

Ron narzekał na to wszystko. Nie rozumiał, dlaczego nie potrafiła po prostu usiedzieć w miejscu. Dlatego zajęła się gotowaniem. W jego oczach to nie było hobby, lecz konieczność.

Oczywiście wadą tego był fakt, że w ogóle tego nie doceniał. Jedzenie było potrzebne. Po prostu było. Nie miało znaczenia, że dusiła wołowinę przez cztery godziny, by odchodziła od kości.

Niedługo potem się rozstali, ale nie mogła zaprzeczyć, że przez chwilę była zadowolona.

— Lubię gotować.

Silver poruszył się na grzędzie, lekko machając skrzydłami, by utrzymać równowagę.

Danie przez ciebie ugotowane było pyszne.

Hermiona z brzękiem upuściła rozpakowywany właśnie rulon galeonów do kasy.

— Dziękuję — wymamrotała, czując piekące policzki. — Z przyjemnością dla ciebie gotowałam.

Z przyjemnością to zjadłem.

Przygryzła wargę. Silver nie zjadł zbyt dużo. Większość pochłonął tajemniczy mężczyzna, którego uporczywie nazywała Draco Malfoyem.

— Wybacz, że nie było tego za dużo.

Silver znieruchomiał, jego wzrok błądził między oknem a nią.

Wystarczyło.

Skinęła głową i wrzuciła monety do kasy.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Drzwi otworzyły się z hukiem, niesione wiatrem i furią mężczyzny, który właśnie przez nie wszedł. Marcus Flint nie postarzał się z godnością. Jego ciemne włosy znacznie się przerzedziły, a zaczesanie, którym próbował to ukryć, fatalnie się sprawdzało. Nadal jednak był ociężałym olbrzymem, mimo że w jego ciele było znacznie więcej tłuszczu niż mięśni.

— Gdzie on jest? — warknął.

Hermiona, która była w trakcie liczenia zapasów eliksirów zmniejszających, przerwała z uniesionym palcem wskazującym. Zmieszana spojrzała na Silvera i zobaczyła, że patrzy złowrogo na głośnego intruza. Choć cenił sobie rolę ochroniarza sklepu, nienawidzenie kogoś na wejściu, nie było normalnym zachowaniem.

Wróciła za ladę i odchrząknęła.

— Gdzie jest kto?

Flint podszedł do niej jak burza. Był bardzo wysoki i górował nad nią, zmuszając do odchylenia głowy do tyłu i naciągnięcia karku. Sycząc, kontynuował:

— Ten skurwiel, Malfoy. Wiem, że to był on.

Hermiona nie mogła powstrzymać spojrzenia, które rzuciła Silverowi, wciąż wpatrującemu się w intruza.

— Chyba coś się panu pomyliło. Lucjusz Malfoy w życiu nie pokazałby się w takim sklepie — zażartowała, próbując rozładować napięcie.

Silver gwałtownie odwrócił głowę, by na nią spojrzeć, ale starała się nie zwracać uwagi na jego reakcję.

Flint uderzył pięścią w ladę i warknął:

— Nie udawaj głupiej, dziewczyno. Mówię o Draco Malfoyu. Tydzień temu zapukał do moich drzwi, rzucił kosz prezentowy w moją głowę, a potem uderzył mnie w brzuch. Kiedy leżałem na podłodze w kompletnym szoku, przykleił mi do głowy papiery rozwodowe zaklęciem klejącym.

Hermiona próbowała powstrzymać śmiech, ale wydobył się z niej niczym eksplozja. Częściowo z ulgi. Nie oszalała! Silver był Malfoyem, a Malfoy Silverem. Nie było co do tego wątpliwości. W sumie to było bezczelne. Draco Malfoy zniknął ze świata czarodziejów, by pojawić się pięć lat później i uderzyć Marcusa Flinta w brzuch.

Nagle poczuła szarpnięcie w górę, gdy Flint złapał ją za przód bluzki i trzymał w powietrzu. Jej klatka piersiowa ścisnęła się ze strachu, gdy jej stopy oderwały się od ziemi. Serce zabiło z paniki, kiedy naparła na niego. Był jak mur, nie drgnął ani jednym mięśniem.

Silver wrzasnął tak głośno, że próbowała zakryć uszy dłońmi. Pióra musnęły jej twarz, gdy przeleciał obok niej z wyciągniętymi pazurami. Potem upadła, gdy przekleństwa Flinta wypełniły powietrze. Uderzyła o podłogę z donośnym hukiem.

— ZOSTAW MNIE, AŁA!  — krzyknął Flint.

Rozległ się kolejny głośny huk i usłyszała ciężkie kroki zmierzające w stronę drzwi. Zerwała się na równe nogi akurat w momencie, gdy Flint otwierał je z szarpnięciem, z twarzą pokrytą krwią, i zniknął w deszczu na zewnątrz. Silvera nigdzie nie było widać.

— Silver!? — krzyknęła.

Ptak wskoczył na blat z lekko nastroszonymi piórami i uniósł brew. Jego wyraz twarzy zdawał się pytać: Naprawdę myślałaś, że mnie pokona?

Patrzyli na siebie. Hermiona nie była pewna, czego oczekiwała od chwili, gdy potwierdziła swoje podejrzenia. Ze wszystkich scenariuszy, które odtwarzała w głowie, ta cisza i akceptacja nie były jednym z nich.

— Czy możesz się przemienić, proszę? — zapytała cicho, a jej serce biło głośniej niż wypowiadane słowa.

Dlaczego? Jego głos był cichy. Co by to dało?

Nie miała innej odpowiedzi, niż tylko ta, że chciała go zobaczyć. Ten przebłysk jego twarzy sprzed tak dawna nie wystarczał. Od tamtej pory myślała o nim każdej nocy i nie było już pewna, czy ufa swojemu wspomnieniu.

— Nie tęsknisz za tym?

Pisnął. Dźwięk ten brzmiał niemal jak szczekliwy śmiech.

Nie.

Za bardzo tego pragnęła. Mocno zacisnęła dłonie na blacie, próbując wymyślić sposób, by go przekonać. Czy wiedza byłaby gorsza? Obserwowanie go każdego dnia w tej postaci i wyobrażanie sobie, jakby to było zobaczyć go takim, jakim naprawdę jest?

— Mógłbyś jeść ze mną — zasugerowała. — Nie jesz przecież w swojej animagicznej postaci, prawda?

Przestąpił z nogi na nogę, zatrzepotał skrzydłami i odwrócił od niej wzrok. Widziała, że ta myśl go zdenerwowała, ale wiedziała też, że jedzenie było jedyną rzeczą, na którą kiedykolwiek reagował. Jego piętą achillesową.

— Mogłabym przyrządzić pasztet strasburski.

Rzucił jej przeciągłe spojrzenie, po czym znów odwrócił wzrok.

— Koguta w winie?

Zacisnął pazury i zadrapał nimi o blat.

— Crème Brûlée?

Na jego twarzy malował się prawdziwy ból, gdy zacisnął powieki. Przeszedł tam i z powrotem, krok, dwa kroki, zanim zeskoczył z blatu. Przez chwilę myślała, że zemdlał, ale zaraz potem przed nią pojawiła się wysoka, ponura sylwetka Draco Malfoya.

Nie przesadziła ze swoimi wspomnieniami. Był wysoki i gibki, z szerokimi ramionami, zanim jego ciało zwęziło się w kształt litery V. Choć wciąż bardzo szpiczasta, jego szczęka była teraz wyrzeźbiona, nawet jeśli kości policzkowe były teraz ostro uwydatnione. Jego blond włosy były długie i miękkie, nie były już zaczesane do tyłu przez wszelkiego rodzaju kosmetyki do włosów. Gdyby nie cienie pod oczami i blady odcień skóry, byłby oszałamiająco przystojnym mężczyzną. Drżąca dłoń wylądowała na blacie przed nią i patrzyła, jak zaciska się w pięść.

— Nikomu nie powiesz, że tu jestem, dobrze?

Jego głos był niski i melodyjny, podobny do tego, który przypisała w swojej głowie do Silvera.

— Nie powiem — obiecała, unosząc trzy palce. — Słowo harcerza.

Zmarszczył brwi.

— Nie wiem, co to znaczy.

Hermiona roześmiała się i zaczęła wyjaśniać czym jest harcerstwo i jego historię. Malfoy opadł na krzesło ukryte za ladą i obserwował swoimi błyszczącymi, szarymi oczami, jak zamyka sklep.

Brak komentarzy