[T] Ciężar mojego uczucia: Zuchwałość Draco Lucjusza Malfoya
Witajcie :) w niedzielny wieczór zapraszam na dwa rozdziały tłumaczenia. Trochę się tu podzieje, więc miłej lektury! :)
________________
Następnego
ranka, jedząc idealnie przyrządzone jajka w koszulkach, Hermiona rozmyślała o
wydarzeniach poprzedniej nocy.
Draco
Malfoy. Duch. Chłopak, który zniknął bez śladu ponad pięć lat temu.
Niecały
miesiąc po Bitwie o Hogwart Draco Malfoy rozpłynął się w powietrzu. Hermiona
pamiętała, jak czytała o tym w gazecie. Przez miesiące relacjonowali to
wszyscy. Początkowo zamieszczali pełne dramaturgii prośby rodziców o powrót do
domu. Z czasem przerodziły się w prośby o informacje o jego miejscu pobytu.
Potem oferowano horrendalne nagrody za każdy ślad po nim. Skończyło się na
krótkim artykule z Biura Aurorów, w którym poinformowano o umorzeniu sprawy z
powodu braku dowodów i tropów.
Po
prostu zniknął. Nikt nie wchodził na jego konto w Gringocie. Nie miał kontaktu
z żadnym z przyjaciół. Dziwne, że jak na tak rozpoznawalną osobę, absolutnie
nikt go nie widział.
Nikt
przez cały ten czas.
Nikt
oprócz niej.
Krzywołap
krążył wokół jej stóp, gdy wpatrywała się w ścianę. Jak on mógł się tu znaleźć? Hermiona zawsze uważała, że Draco i
Luna wyglądają na spokrewnionych. Ich blade rysy twarzy i błyszczące oczy były
tak podobne. Oboje pochodzili z rodzin czystej krwi i było wysoce
prawdopodobne, że ojciec Luny należał do tych, których w pewnym momencie wydziedziczono.
Jego oddanie prawdzie stanowiło zapewne poważną przeszkodę w dążeniu do
czystości krwi.
Ale
Hermiona nie mogła tego pojąć, mając świadomość, że Luna była miesiącami przetrzymywana w lochach
Malfoyów. Wydawało się niemożliwe, żeby ktokolwiek, kto znalazł się w takiej
sytuacji, zaoferował amnestię swojemu porywaczowi. Zwłaszcza Draco Malfoyowi.
Złośliwemu chłopakowi, który używał słów jako broni. Z drugiej strony, zwiędła
skorupa nastolatka, którego znała z szóstego roku, doskonale odpowiadała potrzebie
ratowania zbolałych dusz przez Lunę.
Wstała
z westchnieniem i ruszyła do drzwi prowadzących do sklepu. Krzywołap syknął na
jej zuchwałość. Kiedy ona wstawała, on też musiał. To była gehenna. Zatrzymała się z ręką na klamce i zignorowała miauknięcie
pełne dezaprobaty swojego futrzanego towarzysza.
Czy on nadal tam będzie? Czy jej
odkrycie sprawi, że ucieknie? Wczoraj
wieczorem, gdy patrzył na nią swoim sowim wzrokiem, wyglądał tak, jakby nie
miał zamiaru się ruszyć ani o cal, bezczelnie ignorując to, co właśnie zobaczyła.
Rozpaczliwie miała nadzieję, że będzie tam, gdy w końcu zdobędzie się na
odwagę.
Krzywołap
szturchnął ją w piętę i jej stopy znów ożyły. Sklep wyglądał jak zawsze:
zakurzony, ciemny i pełen krytycznych, pierzastych oczu. Silver siedział na
swojej grzędzie po lewej stronie kasy, śpiąc spokojnie. Nie mogła powstrzymać
się od pytania, czy długo mu zajęło nauczenie się spania w pozycji siedzącej,
czy też przychodziło mu to naturalnie, gdy przybierał tę formę.
Ostrożnie
dreptała po sklepie, starając się go nie obudzić. Właściwie naprawdę słodko
wyglądał, gdy spał. Jego zazwyczaj surowa twarz była rozluźniona, a podbródek
mocno wtulony w pierś. Cicho pohukiwał, gdy śnił, a ona zastanawiała się, co
też może się dziać w jego opierzonej główce.
Potknęła
się o stołek i gwałtownie się obudził.
—
Przepraszam! — wyrzuciła z siebie, pocierając goleń. — Starałam się ciebie nie
obudzić.
Na
tę uwagę władczo uniósł brew.
Wyjąkała
urywaną odpowiedź:
—
W-wyglądałeś tak uroczo i ja…
Wypuścił
powietrze i rozpostarł skrzydła, jakby miał odlecieć, ale ona rzuciła się przed
niego, komicznie rozkładając ręce na boki.
—
Proszę, zostań.
Z
rozmysłem powoli opuścił skrzydła i przechylił głowę. Jej wzrok błądził po nim,
szukając jakiegokolwiek znaku, że nie jest zwierzęciem, na które wyglądał.
Nigdy wcześniej nie przyglądała mu się tak uważnie. Naprawdę był dostojnym
stworzeniem. Wyprostowana postawa i idealnie wypielęgnowane pióra. Te jasne,
szare oczy błyszczały, jakby coś kryło się głęboko w ich głębi.
Z
kolejnym prychnięciem nastroszył pióra i Hermiona uświadomiła sobie, że
wpatruje się w ptaka o wiele dłużej, niż to konieczne.
—
Przyniosę ci herbatę — wymamrotała, odwracając się od niego.
Twarz
płonęła jej ze wstydu. Nie była pewna, co wolałaby teraz: upokorzenie z powodu
takiego zachowania w obecności zwierzęcia, czy przenikliwy wstyd z powodu
takiego zachowania w obecności Draco
Malfoya. Tak czy inaczej, równie dobrze mogła zwinąć się w kłębek i umrzeć.
Kiedy
wróciła z herbatą, jej twarz ochłonęła, a Silver był zajęty swoją książką. Był
to iluminowany manuskrypt o irlandzkim folklorze. Na marginesach tańczyły
wróżki i makabryczne bestie, takie jak banshee i duchy. Hermiona nabyła go, bo
myślała, że pomoże mu to poczuć obecność Luny, na wypadek gdyby za nią tęsknił.
Ale teraz nie była tego taka pewna.
Gdy
go obserwowała, wyciągnął dziób i obrócił stronę w książce.
Nie
spojrzał na nią, kiedy postawiła obok niego filiżankę i zabrała się do
przygotowywania sklepu do otwarcia. Jak miała to zrobić? Gdyby od razu go zapytała, czy jest Draco Malfoyem,
prawie na pewno znowu by zniknął. Ale gdyby owijała w bawełnę, mogłaby w
zasadzie kwestionować na wpół inteligentnego, magicznego ptaka przez całą
wieczność.
Podjęcie
decyzji zajęło jej kilka okrążeń po sklepie. Po niemal katastrofalnym, porannym
powitaniu, prawdopodobnie najlepiej było starać się zachowywać jak najbardziej
naturalnie. Zadanie to okazało się o wiele trudniejsze, niż się spodziewała.
Natychmiast zapomniała, jak działają jej kończyny i zapadła w niemal całkowitą
ciszę, bojąc się, że powie coś niewłaściwego i on zniknie.
Pod
koniec dnia była wyczerpana, gdy mozolnie wdrapywała się po schodach do
sowiarni na górze. Reszta ptaków witała ją radosnym pohukiwaniem i szelestem
piór. Silver zazwyczaj nie jadał kolacji w sowiarni. Luna powiedziała, że to
dlatego, że woli polować sam, ale teraz Hermiona miała wątpliwości.
Podejrzewała, że nie podoba mu się pomysł jedzenia szczurów i myszy.
Karmiła
ptaki, działając na autopilocie, a jej umysł był całkowicie pochłonięty
tajemnicą Silvera. Nigdy nie jadł posiłku w jej obecności. Jej wcześniejsza
koncepcja wydawała się rozsądna, ale jakie zwierzę wybrałoby polowanie zamiast
darmowego jedzenia, które zazwyczaj mu dawała? Jej umysł odpowiedział
beznamiętnie, zrzędliwie.
Przez
cały dzień zachowywał się pozornie normalnie. Nie brakowało dzieci
terroryzowanych jego surową i władczą obecnością. Musiała dolewać mu herbaty co
najmniej trzy razy, co mieściło się w granicach normy. Książka zajęła go tylko
przez część dnia. Resztę spędził na głośnym skrzeczeniu za każdym razem, gdy
próbowała zamienić ją na jakąś inną.
Miała
ochotę krzyczeć WIEM, ŻE POTRAFISZ MÓWIĆ.
CZEGO, DO DIABŁA, CHCESZ?!
Ta
świadomość zatruwała jej umysł. Do tej pory radziła sobie doskonale z ich
niezręczną, niewerbalną komunikacją. Teraz wydawała się najgorszym z możliwych
narzuceniem. Prawdopodobnie siedział tam, przewracając strony książek, dając
jasno do zrozumienia, że nie chce czytać, nie przejmując się niczym, podczas
gdy ona pozwoliła, by zamartwianie się zawładnęło całym jej umysłem.
Zamarła.
Będzie na dole, prawda? Nie będzie —
wykorzysta kolację jako pretekst do ucieczki, prawda?
Jej
serce waliło jak szalone, nierówno, gdy wyrzuciła w powietrze trzy myszy i
odwróciła się na pięcie, by zbiec z powrotem na dół. Będzie tam. Będzie. Kroki dudniły, gdy biegła. Nie minęło dużo
czasu. Jeszcze tylko jeden zakręt i…
Spojrzał
na nią szeroko otwartymi oczami, gdy omal się nie potknęła i nie spadła z
najniższego stopnia. Jedna z jego brwi uniosła się z ciekawości. Ciężko
oddychała przez absurdalny wysiłek, który sama sobie zadała.
Co
gorsza, olśniewające uczucie ulgi, które zalało ją w chwili, gdy go zobaczyła,
wypełniło serce. To było szaleństwo. Nie mogła tego ciągnąć. Musiała coś
powiedzieć, bo inaczej się załamie.
—
Nie mogę tego zignorować — wyrzuciła z siebie, zataczając się do przodu. —
Możesz mówić, a ja mam tyle pytań.
Zmarszczył
brwi.
Wcześniej doskonale sobie
radziliśmy.
Jego
głos był lakoniczny i przeciągły, nieco przypominający Severusa Snape’a.
—
Ale wtedy nie wiedziałam — argumentowała, mając krystalicznie jasne pojęcie, że
to szaleństwo. — I muszę wiedzieć.
Sapnął,
wpatrując się w nią z przerażeniem.
Na przykład co?
Jej
myśli krążyły jak szalone. Czy jesteś
Draco Malfoyem? Dlaczego tu jesteś? Co jadasz? Jak to jest być ptakiem? Czy
wiedziałeś, że będziesz sową, gdy zostałeś animagiem? Czy jesteś Draco
Malfoyem? Czy smakowało ci moje gotowanie? Wyglądało na to, że bardzo. Czy mogę
znów dla ciebie gotować? Zjadłbyś ze mną w kuchni? CZY JESTEŚ DRACO MALFOYEM?
—
C-czy pióra cię swędzą? — wyjąkała, czując się jak idiotka.
Nie
miała szans zadać pytań, które naprawdę chciała. Bała się, że ucieknie i już
nigdy go nie zobaczy.
Silver
wydał z siebie dźwięk, który zabrzmiał jak śmiech.
To było twoje niecierpiące zwłoki
pytanie?
Hermiona
nadąsała się. To było głupie pytanie. Nienawidziła faktu, że to była jedyna
niewinna rzecz, jaka przyszła jej do głowy w tamtym momencie. Unosząc szczękę,
odpowiedziała:
—
Byłam ciekawa.
Oddech
drapał ją w gardle, gdy starała się uspokoić. Chciała wiedzieć o wiele więcej,
niż powinna. To nie miało sensu. To nie była przyjazna przysługa. Nawet jeśli
by odleciał, i tak nie miała tu zostać na długo. Luna wróci, a ona znów będzie
próbowała rozgryźć, co zrobić ze swoim życiem.
Ale
było coś w jej pobycie tutaj. Zanim przekroczyła próg sklepu, nie widziała
sensu życia. Jej pracę w Ministerstwie Magii przepełniała korupcja i
bezsensowna biurokracja. Żadna z jej prób poprawy magicznego świata nie
powiodła się. Każdemu małemu zwycięstwu towarzyszyła przerażająca świadomość,
że system został zaprojektowany tak, by działać odwrotnie. Po prawie pięciu
latach czuła się jak potrzaskana na kawałki. Rezygnacja zabiła jakąś część jej
jestestwa. Część, która pozostawiła ją wyrwaną z więzów i apatyczną.
Dom
Luny i ten sklep stały się dla niej swego rodzaju azylem, a ona rozpaczliwie
pragnęła uchwycić się go obiema rękami. Kapryśnego, prawdopodobnie
przyjaciela-animaga i wszystkiego co z tym związane.
Silver
nastroszył pióra. Słyszała ten delikatny dźwięk i zastanawiała się, czy on też
jest miękki w dotyku.
Owszem. Czasami. Staram się o tym
za dużo nie myśleć, bo tak naprawdę nic nie mogę na to poradzić.
—
Swędzi cię teraz? — zapytała, wstrzymując oddech w oczekiwaniu.
Wyprostował
się i przechylił głowę, patrząc jej prosto w oczy.
Tak.
Jego
głos w jej głowie kipiał niechęcią, jakby nie chciał tego powiedzieć.
—
Mogę pomóc? — wyszeptała, a jej dłonie drgnęły, gdy spoczywały wzdłuż ciała.
Te
błyszczące, szare oczy zwęziły się i przestępował z nogi na nogę, patrząc na
nią. Jeśli naprawdę był ptakiem, nie miał powodu, żeby odmawiać. Znali się
wystarczająco długo, by taki kontakt był akceptowalny. Jasne, przerażał dzieci,
ale nigdy ich nie skrzywdził.
Jeśli
jednak był animagiem…
No dobrze.
Nie
spodziewała się, że się zgodzi. Odwrócił się od niej, ale czy to z powodu
zwierzęciej ciekawości, czy zażenowania, nie wiedziała. Jej dłoń zawisła w
połowie drogi między nimi, rozpaczliwie próbując uwierzyć, że jest ptakiem, a
nie człowiekiem.
—
Gdzie cię swędzi?
Znów
prychnął.
Na plecach. Między skrzydłami.
—
Dobrze — mruknęła do siebie, pokonując dzielącą ich odległość.
Był
miękki. Zanurzyła palce w jego piórach, delikatnie drapiąc skórę pod pachami.
Całe jego ciało zadrżało, gdy się poruszyła. Jeśli naprawdę był animagiem, to
było — cóż — bardzo intymne. Był szczuplejszy, niż się spodziewała, kości
wystawały tuż pod powierzchnią piór.
Kiedy
skończyła, obróciła się, by spojrzeć mu w twarz. Już się nie trząsł, ale wciąż
unikał jej wzroku, co chyba było dobrą oznaką, zważywszy na rumieniec, który
właśnie rozgrzewał jej policzki.
—
M-muszę iść ugotować kolację — wyjąkała, cofając się ku drzwiom prowadzącym do
małego domku. — Krzywołap na mnie czeka.
Gdy
tylko jej plecy uderzyły o drzwi, ponownie uchwycił jej spojrzenie.
Dziękuję.
Z
tymi słowami uniósł skrzydła i wleciał do sowiarni na górze. Patrzyła, jak
odlatuje, czując się nieco mniej podejrzliwa, ze zaraz zniknie w mroku nocy. To
była krótka chwila, ale przynajmniej dowodziła, że ufał jej na tyle, by
pozwolić się dotknąć.
Może
z czasem zaufa jej na tyle, by powiedzieć prawdę.
~*~*~*~*~*~*~*~*~*~
Po
tym dniu, zaczął mówić więcej. Drobne, nieistotne rzeczy. Rozmowy, które
pomagały zabić czas przytłoczony obsługą klientów.
—
Jakie książki lubisz? — zapytała, zmieniając księgę o rebelii goblinów z tysiąc
sześćset dwudziestego roku na Morganę Le Fay.
Silver
spojrzał na nią tymi urzekającymi, szarymi oczami.
Wolę historie o wolności.
Zaparło
jej dech w piersiach. Draco Malfoy był chłopakiem wychowanym w luksusie, a
potem uwięzionym przez najgorszych ludzi, jakiś świat miał do zaoferowania.
Kiedy Harry opowiedział jej o konfrontacji Draco z Dumbledore’em na Wieży
Astronomicznej, pękło jej serce. A gdy widziała go następnym razem, był blady i
wycofany, z oczami przepełnionymi udręką, gdy jego ciotka torturowała ją na
podłodze w ich salonie. Nic dziwnego, że postanowił zniknąć.
—
Która jest twoją ulubioną? — wyszeptała, przerażona, że jej ciekawość położy
kres ich kruchej przyjaźni.
Spojrzał
przez okno na mżawkę. Było przygnębiająco mokro. Deszcz niczym ponury śpiew uderzał
o dach i okna. Choć zima miała się ku końcowi, nie ustępowała. W sowiarni na
górze unosiła się przytłaczająca woń mokrych zwierząt.
Jego
głos w jej głowie był niski i chrapliwy.
Jakieś trzy lata temu Luna kupiła
mi książkę o mężczyźnie, którego podstępem zwabiono do szalonej przygody.
Otworzyła ona go na świat i zmusiła do zrozumienia, że tak wiele rzeczy, w
które wierzył, było kłamstwem.
Hermiona
wciągnęła głęboko powietrze.
W końcu świat, który znał, okazał
się zbyt mały, bo teraz wiedział, jak to jest uwolnić się od przeszłości.
Stała
w milczeniu, trawiąc jego słowa.
—
Jaki nosi tytuł?
Nie
odpowiedział od razu, a kiedy to zrobił, w jego głosie słychać było
melancholię.
Hobbit.
Wszystko
miało jakiś dziwny sens. Bilbo był chroniony i wychowywany w luksusie. Został
wyrzucony z domu i dzięki temu wyszedł na tym o wiele lepiej. Zastanawiała się,
jak inaczej mogłoby wyglądać życie Draco Malfoya, gdyby go porwali i zabrali ze
sobą na ostatnim roku. Zamiast rozszarpywać jego ciało w łazience, co by się stało,
gdyby Harry go związał i zaciągnął ze sobą do lasu?
—
Tolkien był mistrzem w pisaniu opowiadań. Napisał tę książkę dla swoich dzieci
— wyjaśniła, starając się nie rozwodzić się nad jej znaczeniem. — Bardziej
podobał mi się Władca Pierścieni.
Reakcja
Silvera była natychmiastowa. Zadrżał, całe jego ciało się poruszyło.
Odpowiedział tak cicho i z wymuszeniem, że prawie tego nie zarejestrowała.
Mnie się nie to nie podobało.
Od
razu pożałowała swoich słów. Koncepcja wszechmocnego, mrocznego władcy i
legionów zła prawdopodobnie nie była czymś, do czego chciał wracać.
—
Po prostu uważałam Legolasa za uroczego w filmie! — wyrzuciła z siebie.
Silver
uniósł jedną, bardzo krytyczną brew.
Hermiona
tupnęła nogą.
—
Nie patrz tak na mnie. Był gibkim blondynem. Każda dziewczyna na świecie miała
słabość do Legolasa.
Rozumiem.
Skwitował
to imitowanym chichotem.
Chciała
się zapaść pod ziemię z zażenowania i poszła sprawdzić zapasy w magazynie.
Dopiero gdy otoczył ją kurz i cisza, zdała sobie sprawę, że Draco Malfoy też
był gibkim blondynem.
~*~*~*~*~*~*~*~*~*~
—
Masz jakieś hobby poza czytaniem? — zapytała w wyjątkowo leniwe popołudnie.
Silver
oderwał wzrok od aktualnie czytanej książki Statku
Magii Robina Hobba. Z zapartym tchem śledził przygody korsarzy. Hermiona
próbowała znaleźć dla niego książki fantasy, które nie zawierałyby elementów
mrocznej mocy, ale było to wyjątkowo trudne. Na szczęście ta zdawała mu się
podobać.
Latanie — stwierdził bez wahania. — Nie ma nic lepszego niż uczucie unoszenia się w powietrzu i wiatr
smagający pióra, gdy poruszasz się po niebie. To dziwna mieszanka ekscytacji i
spokoju.
—
Och.
Jej
odpowiedź wydawała się niewystarczająca, ale tak naprawdę nie wiedziała, jak
zareagować. Zawsze nienawidziła latania. Wszystkie zaklęcia lecznicze i
eliksiry odbudowujące kości nigdy nie wydawały się wystarczające w zestawieniu
z bólem uderzenia o ziemię z dużą prędkością.
Jego
spojrzenie stwardniało.
Jakie masz hobby?
—
Czytam — odpowiedziała i miała właśnie kontynuować, gdy przewrócił oczami.
Hobby inne niż czytanie.
—
No cóż… — zamilkła.
Kiedyś
miała hobby, naprawdę. W Hogwarcie, oprócz czytania, robiła na drutach. Ale
przez wiele lat jej głównym hobby było rozwiązywanie zagadki, czy czegoś, co
próbowało zabić Harry’ego Pottera. Potem z trudem wpasowywała się z powrotem w
codzienne życie. Wszystko to wydawało się takie bezsensowne.
Próbowała.
Naprawdę. Był rok, w którym zajęła się fotografią. Stary polaroid, który
przypominał tego jej taty, stale wisiał na jej szyi. To przerodziło się w scrapbooking.
Jej mieszkanie tonęło w stertach taśm ozdobnych i naklejek, starych polaroidach
i brokacie. To z kolei zamieniło się w zgłębianie wiedzy na temat przemysłu
papierniczego, bo przerażała ją ilość papieru marnowanego przez ludzi.
Ron
narzekał na to wszystko. Nie rozumiał, dlaczego nie potrafiła po prostu
usiedzieć w miejscu. Dlatego zajęła się gotowaniem. W jego oczach to nie było
hobby, lecz konieczność.
Oczywiście
wadą tego był fakt, że w ogóle tego nie doceniał. Jedzenie było potrzebne. Po
prostu było. Nie miało znaczenia, że dusiła wołowinę przez cztery godziny, by
odchodziła od kości.
Niedługo
potem się rozstali, ale nie mogła zaprzeczyć, że przez chwilę była zadowolona.
—
Lubię gotować.
Silver
poruszył się na grzędzie, lekko machając skrzydłami, by utrzymać równowagę.
Danie przez ciebie ugotowane było
pyszne.
Hermiona
z brzękiem upuściła rozpakowywany właśnie rulon galeonów do kasy.
—
Dziękuję — wymamrotała, czując piekące policzki. — Z przyjemnością dla ciebie
gotowałam.
Z przyjemnością to zjadłem.
Przygryzła
wargę. Silver nie zjadł zbyt dużo.
Większość pochłonął tajemniczy mężczyzna, którego uporczywie nazywała Draco
Malfoyem.
—
Wybacz, że nie było tego za dużo.
Silver
znieruchomiał, jego wzrok błądził między oknem a nią.
Wystarczyło.
Skinęła
głową i wrzuciła monety do kasy.
~*~*~*~*~*~*~*~*~*~
Drzwi
otworzyły się z hukiem, niesione wiatrem i furią mężczyzny, który właśnie przez
nie wszedł. Marcus Flint nie postarzał się z godnością. Jego ciemne włosy
znacznie się przerzedziły, a zaczesanie, którym próbował to ukryć, fatalnie się
sprawdzało. Nadal jednak był ociężałym olbrzymem, mimo że w jego ciele było
znacznie więcej tłuszczu niż mięśni.
—
Gdzie on jest? — warknął.
Hermiona,
która była w trakcie liczenia zapasów eliksirów zmniejszających, przerwała z
uniesionym palcem wskazującym. Zmieszana spojrzała na Silvera i zobaczyła, że
patrzy złowrogo na głośnego intruza. Choć cenił sobie rolę ochroniarza sklepu,
nienawidzenie kogoś na wejściu, nie było normalnym zachowaniem.
Wróciła
za ladę i odchrząknęła.
—
Gdzie jest kto?
Flint
podszedł do niej jak burza. Był bardzo wysoki i górował nad nią, zmuszając do
odchylenia głowy do tyłu i naciągnięcia karku. Sycząc, kontynuował:
—
Ten skurwiel, Malfoy. Wiem, że to był
on.
Hermiona
nie mogła powstrzymać spojrzenia, które rzuciła Silverowi, wciąż wpatrującemu
się w intruza.
—
Chyba coś się panu pomyliło. Lucjusz Malfoy w życiu nie pokazałby się w takim
sklepie — zażartowała, próbując rozładować napięcie.
Silver
gwałtownie odwrócił głowę, by na nią spojrzeć, ale starała się nie zwracać
uwagi na jego reakcję.
Flint
uderzył pięścią w ladę i warknął:
—
Nie udawaj głupiej, dziewczyno. Mówię
o Draco Malfoyu. Tydzień temu zapukał
do moich drzwi, rzucił kosz prezentowy w moją głowę, a potem uderzył mnie w
brzuch. Kiedy leżałem na podłodze w kompletnym szoku, przykleił mi do głowy
papiery rozwodowe zaklęciem klejącym.
Hermiona
próbowała powstrzymać śmiech, ale wydobył się z niej niczym eksplozja.
Częściowo z ulgi. Nie oszalała! Silver był Malfoyem, a Malfoy Silverem. Nie
było co do tego wątpliwości. W sumie to było bezczelne. Draco Malfoy zniknął ze
świata czarodziejów, by pojawić się pięć lat później i uderzyć Marcusa Flinta w
brzuch.
Nagle
poczuła szarpnięcie w górę, gdy Flint złapał ją za przód bluzki i trzymał w
powietrzu. Jej klatka piersiowa ścisnęła się ze strachu, gdy jej stopy oderwały
się od ziemi. Serce zabiło z paniki, kiedy naparła na niego. Był jak mur, nie
drgnął ani jednym mięśniem.
Silver
wrzasnął tak głośno, że próbowała zakryć uszy dłońmi. Pióra musnęły jej twarz,
gdy przeleciał obok niej z wyciągniętymi pazurami. Potem upadła, gdy
przekleństwa Flinta wypełniły powietrze. Uderzyła o podłogę z donośnym hukiem.
—
ZOSTAW MNIE, AŁA! — krzyknął Flint.
Rozległ
się kolejny głośny huk i usłyszała ciężkie kroki zmierzające w stronę drzwi.
Zerwała się na równe nogi akurat w momencie, gdy Flint otwierał je z
szarpnięciem, z twarzą pokrytą krwią, i zniknął w deszczu na zewnątrz. Silvera
nigdzie nie było widać.
—
Silver!? — krzyknęła.
Ptak
wskoczył na blat z lekko nastroszonymi piórami i uniósł brew. Jego wyraz twarzy
zdawał się pytać: Naprawdę myślałaś, że
mnie pokona?
Patrzyli
na siebie. Hermiona nie była pewna, czego oczekiwała od chwili, gdy
potwierdziła swoje podejrzenia. Ze wszystkich scenariuszy, które odtwarzała w
głowie, ta cisza i akceptacja nie były jednym z nich.
—
Czy możesz się przemienić, proszę? — zapytała cicho, a jej serce biło głośniej
niż wypowiadane słowa.
Dlaczego? Jego głos był cichy. Co by to dało?
Nie
miała innej odpowiedzi, niż tylko ta, że chciała go zobaczyć. Ten przebłysk
jego twarzy sprzed tak dawna nie wystarczał. Od tamtej pory myślała o nim
każdej nocy i nie było już pewna, czy ufa swojemu wspomnieniu.
—
Nie tęsknisz za tym?
Pisnął.
Dźwięk ten brzmiał niemal jak szczekliwy śmiech.
Nie.
Za
bardzo tego pragnęła. Mocno zacisnęła dłonie na blacie, próbując wymyślić
sposób, by go przekonać. Czy wiedza byłaby gorsza? Obserwowanie go każdego dnia
w tej postaci i wyobrażanie sobie, jakby to było zobaczyć go takim, jakim naprawdę
jest?
—
Mógłbyś jeść ze mną — zasugerowała. — Nie jesz przecież w swojej animagicznej
postaci, prawda?
Przestąpił
z nogi na nogę, zatrzepotał skrzydłami i odwrócił od niej wzrok. Widziała, że
ta myśl go zdenerwowała, ale wiedziała też, że jedzenie było jedyną rzeczą, na
którą kiedykolwiek reagował. Jego piętą achillesową.
—
Mogłabym przyrządzić pasztet strasburski.
Rzucił
jej przeciągłe spojrzenie, po czym znów odwrócił wzrok.
—
Koguta w winie?
Zacisnął
pazury i zadrapał nimi o blat.
—
Crème Brûlée?
Na
jego twarzy malował się prawdziwy ból, gdy zacisnął powieki. Przeszedł tam i z
powrotem, krok, dwa kroki, zanim zeskoczył z blatu. Przez chwilę myślała, że
zemdlał, ale zaraz potem przed nią pojawiła się wysoka, ponura sylwetka Draco
Malfoya.
Nie
przesadziła ze swoimi wspomnieniami. Był wysoki i gibki, z szerokimi ramionami,
zanim jego ciało zwęziło się w kształt litery V. Choć wciąż bardzo szpiczasta,
jego szczęka była teraz wyrzeźbiona, nawet jeśli kości policzkowe były teraz
ostro uwydatnione. Jego blond włosy były długie i miękkie, nie były już
zaczesane do tyłu przez wszelkiego rodzaju kosmetyki do włosów. Gdyby nie
cienie pod oczami i blady odcień skóry, byłby oszałamiająco przystojnym
mężczyzną. Drżąca dłoń wylądowała na blacie przed nią i patrzyła, jak zaciska
się w pięść.
—
Nikomu nie powiesz, że tu jestem, dobrze?
Jego
głos był niski i melodyjny, podobny do tego, który przypisała w swojej głowie
do Silvera.
—
Nie powiem — obiecała, unosząc trzy palce. — Słowo harcerza.
Zmarszczył
brwi.
—
Nie wiem, co to znaczy.
Hermiona roześmiała się i zaczęła wyjaśniać czym jest harcerstwo i jego historię. Malfoy opadł na krzesło ukryte za ladą i obserwował swoimi błyszczącymi, szarymi oczami, jak zamyka sklep.
Brak komentarzy