[T] To, co jest między nami: Jesteśmy ocalałymi, nie idiotami
Witajcie :) w poniedziałkowe przedpołudnie zapraszam na nowy rozdział tłumaczenia. Będziemy świadkami dwóch poważnych rozmów, także miłej lektury!
Na kolejny rozdział zapraszam za dwa tygodnie. Enjoy!
______________
Październik 2004
Azkaban był surowym i bezlitosnym miejscem.
Otoczona mrocznym Morzem Północnym forteca stała niewzruszenie przez burze i
wieki. Bez chmury niezliczonych dementorów, które ją nawiedziały, wyglądała na
samotną i niemal opuszczoną. Draco poczuł ucisk w piersi na jej widok.
Punkt aportacji dla gości znajdował się na molo,
gdzie zaklęcia chroniły wąskie przejście przed wzburzonym morzem. Po dotarciu
na miejsce Draco musiał podać swoje nazwisko, oddać różdżkę i podążać za
strażnikami, którzy zaprowadzili go do mrocznej, strzelistej budowli na wyspie.
Pamiętał, jak po raz pierwszy zobaczył Azkaban z
tej perspektywy, kiedy go wypuszczono. Gdy przywieziono go na wyspę jako więźnia,
miał na głowie opaskę. Ale kiedy stanął w punkcie aportacyjnym, z
rozczochranymi włosami i swędzącą brodą, obok Shacklebolta, patrząc w górę na
mroczną fortecę, która była jego rezydencją przez dwa lata, przysiągł sobie, że
nigdy więcej nie postawi tam stopy.
Od tamtej pory widział ojca tylko dwa razy. Dwa razy w ciągu ponad trzech lat.
Świadomość, że matka odwiedzała to miejsce raz w miesiącu, przyprawiała go o
dreszcze. Może, pomyślał, z czasem było łatwiej.
Poprowadzono go wąską ścieżką w stronę ponurej
budowli. Zbliżając się, dostrzegł ciemne zsuwnie, którymi trumny zrzucano do
morza. Jakże ponury pogrzeb za jeszcze bardziej ponury los. To z pewnością
będzie mu się śniło po nocach. Idąc dalej, w końcu dotarł do drzwi, które z
daleka wyglądały na maleńkie, ale z bliska okazały się ogromne. Stamtąd
poprowadzono go ciemnymi i wąskimi korytarzami fortecy, a potem do celi
odwiedzin. Strażnicy rzadko na niego patrzyli, a gdy już to robili, dostrzegał
w ich oczach pogardę. Uważali, że jego wcześniejsze zwolnienie było
niesprawiedliwe, nawet jeśli doszło do tego lata temu. Bez pomocy Shacklebolta
Draco nadal gniłby w jednej z tych cel.
Ojciec siedział wychudzony na krześle przy stole;
jego włosy straciły blask, policzki zapadły się, a cienie pod oczami były wręcz
przerażające. Nawet szare tęczówki zmatowiały, ale uśmiech, choć słaby,
rozświetlał jego twarz, gdy Draco wszedł do celi.
Westchnął głęboko, a w oczach pojawiły się łzy.
— Draco, mój chłopcze.
— Ojcze — przywitał się Draco i dwornie skinął
głową.
Gdy siadał, Lucjusz sięgnął po jego dłonie swoimi
kościstymi, cienkimi palcami. Były zimne i wilgotne.
— Jak dobrze, że przyszedłeś — powiedział
ochrypłym, wyraźnie od dawna nieużywanym głosem.
Klatka piersiowa Draco ścisnęła się jeszcze
bardziej i zacisnął ręce na zimnej dłoni ojca.
— Jak się miewasz? Nie wyglądasz najlepiej.
Karmią cię? Dobrze śpisz?
Lucjusz prychnął i machnął lekceważąco ręką.
— Jestem utrzymywany przy życiu i chyba tylko to
się liczy.
— Bzdura. — Draco zjeżył się i zacisnął szczękę.
— To więzienie, a nie sala tortur.
— Draco, nie martw się o mnie — powiedział. — Dam
sobie radę.
Zmrużywszy oczy, Draco zwrócił się do strażnika.
— Czy mój ojciec może dostać koc? Jest tu zimno.
— Nie — mruknął strażnik.
Zgrzytając zębami, Draco wstał, mimo sprzeciwu
Lucjusza.
— Żądam koca albo płaszcza dla mojego ojca. Jest
zimno i wilgotno, może się rozchorować. Zrób to, albo osobiście dopilnuję, żeby
Minister Magii został poinformowany o złych warunkach panujących w tym
więzieniu.
Strażnik westchnął ciężko, zawahał się przez
chwilę, a potem warknął rozkaz, żeby jego współpracownik przyniósł wełniany
koc. Odwracając głowę przez ramię, wycedził:
— Zadowolony?
— Tak — mruknął. — Dziękuję.
— Pieprzony Śmierciożerca.
Zaciskając szczękę, Draco usiadł, odchylił się do
tyłu i skupił wzrok na ojcu.
— Chciałeś mnie widzieć.
Lucjusz zmarszczył brwi i westchnął.
— Nie widziałem cię od ponad roku, Draco. Dobrze
wyglądasz. Silny i zdrowy.
Skinął głową.
— Tak.
Lucjusz uśmiechnął się blado.
— A jak się czuje twoja matka?
— Ma się dobrze — odparł. — Oczywiście tęskni za
tobą. Oboje tęsknimy.
— Czyżby? — Oczy Lucjusza znów się zaszkliły i
niemal popłynęły łzy. — Naprawdę za mną tęsknisz?
Draco westchnął głęboko.
— Ojcze, wiesz, że cię kocham. Nie chcę znowu o
tym rozmawiać. Znak jest na swoim miejscu i żaden z nas nie ma na to wpływu.
Lucjusz zamrugał i skinął głową, a po jego
zapadniętym policzku spłynęła samotna łza.
— Wiem, synu. Wiem.
— Ruszyłem dalej — powiedział Draco, poprawiając
mankiety.
— Tak. — Lucjusz skinął głową. Wyprostował się,
położył obie dłonie na stole i wziął oddech, jakby chciał coś powiedzieć, ale
zmarszczył brwi w zamyśleniu, zanim zrobił to ponownie. — A jak w pracy?
Draco skinął głową.
— Dobrze. Aresztowaliśmy Rowle’a jakiś czas temu.
Lucjusz prychnął.
— Co za błazen. Dobrze by było się go pozbyć.
— A teraz ścigamy Greybacka — oświadczył, patrząc
na ojca.
Lucjusz wydął górną wargę, marszcząc nos, jakby
wyczuł coś niemiłego. Nigdy nie lubił Greybacka, a jeszcze mniej podobało mu
się, że ten pies przebywał w jego domu.
— Świat byłby lepszy bez takich jak on.
Unosząc brew, Draco uśmiechnął się szyderczo.
— Takich jak on, czyli… wilkołaków?
Ojciec przewrócił oczami.
— Zawsze szybko oceniacie moje słowa jako
najgorsze — nie, idioci.
Draco zaśmiał się i skinął głową.
— Zanotowałem.
Starszy czarodziej otrząsnął się z podartych szat
i powiedział:
— Czytałem ostatnio opublikowane artykuły o tobie
i pannie Granger.
Draco zacisnął szczękę i spojrzał obojętnie na
ojca. Spodziewał się tego.
— I co w związku z tym?
— Więc to prawda? — zapytał Lucjusz. — Zabiegasz
o nią?
Drzwi celi się otworzyły, a strażnik rzucił na
podłogę szary, podarty, wełniany koc.
— Twój cholerny koc. — Drzwi celi zatrzasnęły się
ponownie, ale dosłownie chwilę po tym dwaj Malfoyowie usłyszeli, jak strażnik
mamrocze pod nosem: — Palant.
Draco wstał, aby rzucić bezsłowne i bezróżdżkowe Muffiato. Strażnicy nie musieli
podsłuchiwać ich prywatnej rozmowy o jedynej i niepowtarzalnej Hermionie
Granger. Podniósł koc, po czym delikatnie narzucił go na chude ramiona ojca.
Wcześniej był tak majestatycznym mężczyzną; Draco odziedziczył po nim posturę i
budowę, a widok go w takim stanie, wychudzonego i kruchego, rozdzierał serce.
— No więc? — zapytał ponownie.
— Nie — mruknął Draco i usiadł z powrotem. — Nie
zabiegam o nią.
— Ale twoja matka była tego pewna, kiedy ostatni
raz ją widziałem — powiedział Lucjusz. — Twierdziła, że jesteś nią całkowicie
zauroczony.
Draco zamrugał powoli i potarł brodę.
— A co jeśli jestem? Co byś na to powiedział?
Lucjusz zacisnął usta w cienką linię, jego
spojrzenie było stanowcze. Po chwili odchylił się na krześle i założył nogę na
nogę, poprawiając materiał spodni.
— Cóż, przed nią podobały ci się o wiele głupsze
dziewczyny. I nie jestem tym specjalnie zaskoczony. Zawsze zwracałeś na nią
szczególną uwagę, choć próbowałeś to ukryć pod maską pogardy.
— To szlama — mruknął Draco i zmrużył oczy.
Ojciec uniósł brew.
— Naprawdę?
— Wiesz, że tak jest. Ciotka Bella nawet ją
napiętnowała tym słowem.
— Nazywasz ją tak?
Draco nagle poczuł wstyd, jakby był chłopcem,
którego przyłapano na robieniu czegoś zakazanego. Przełknął ślinę, a w piersi
zacisnął mu się supeł.
— Nie.
Cóż, przynajmniej nie publicznie. Nie w
prawdziwym tego słowa znaczeniu.
— Uważasz, że jej krew jest brudna? — dopytywał,
oglądając swoje postrzępione paznokcie.
— A ty? — odparł Draco.
Lucjusz podniósł wzrok. Pomimo wychudzonej
twarzy, wciąż był arystokratą. Wciąż Malfoyem.
— To, w co wierzę, nie ma znaczenia. To nie ja
jestem zauroczony tą dziewczyną.
— Mimo wszystko chciałbym wiedzieć — wycedził
Draco. — Jeśli chciałbym być z nią, muszę wiedzieć, czy moja rodzina ją
zaakceptuje.
— Więc zalecasz się do niej?
Lucjusz skinął na niego głową.
— Nie. — Draco zmarszczył brwi, ale spojrzenie
ojca sprawiło, że prędko odzyskał rezon. — Granger i ja jesteśmy sobie bardzo
bliscy, to prawda, ale zaloty nie wchodzą w grę.
— Dlaczego nie? — zapytał niemal oskarżycielskim
tonem.
Draco westchnął z frustracją i spiorunował ojca
wzrokiem.
— Naprawdę myślisz, że chciałaby mieć cokolwiek
wspólnego z naszą rodziną, z tym nazwiskiem? Naprawdę myślisz, że po tym
wszystkim chciałaby się utożsamić z takimi jak my? Myślisz, że chce się wżenić
w rodzinę, która ją torturowała i napiętnowała?
— Ale ty jesteś inny, mój chłopcze! — syknął
Lucjusz i pochylił się nad stołem. — Jesteś porządny i dobry, zawsze taki
byłeś! Zawsze byłeś najlepszym z nas.
Draco prychnął, myśląc o krwi, którą miał na
rękach, o mroku, który krył w sercu. Odebrał życie tak wielu ludziom i
torturował jeszcze więcej — celowo. Nie był dobrym człowiekiem, choć robił to z
dobrych powodów. Był narzędziem, złowrogą bronią w obliczu dobroci
Shacklebolta. Twierdzenie, że jest przyzwoity i dobry, było niczym więcej niż
mirażem.
Wyciągając szyję, mruknął:
— Czemu mam wrażenie, że próbujesz mnie przekonać,
żebym się do niej zalecał, zamiast żebym starał się o twoją aprobatę?
Lucjusz westchnął głęboko i machnął lekceważąco
ręką.
— Bo mam dość słuchania narzekań twojej matki, że
nie znalazłeś miłości. Przedstawiła ci tuzin potencjalnych żon, ale żadna nie przypadła
ci do gustu. Wiem, że jesteś jeszcze młody i że chcesz żyć swobodnie jeszcze
przez kilka lat, że masz mnóstwo czasu na znalezienie partnerki, ale nie możesz
żyć jak beztroski kawaler zbyt długo. Nie wiem, jak długo tu wytrzymam, a kiedy
umrę, twoja matka zostanie sama. Przynajmniej jeden z nas może coś dla niej
zrobić, i mam na myśli ciebie oraz potencjalnego wnuka, którym Narcyza mogłaby
się zająć, a jeśli chcesz by był mugolskiego pochodzenia, to ożeń się z nią i
miejmy to z głowy.
Draco gapił się na ojca, nie wiedząc, czy czuć
się obrażonym, czy zaskoczonym. Być może jedno i drugie. Marszcząc brwi w
zamyśleniu, pogłaskał się po brodzie.
— Załóżmy więc, że się z nią ożenię i że da mi
dziedzica. Czy nie uznałbyś wtedy rodu Malfoyów za splamionego?
Lucjusz westchnął i otrzepał z kolana niewidzialny
pyłek.
— Przyznaję, że miałem nadzieję, iż poślubisz
czarownicę czystej krwi, ale żebracy nie przebierają w środkach. Próbowaliśmy
zaaranżować twoje małżeństwo, lecz udało ci się z tego wywinąć.
— To Astoria zerwała — odparł Draco.
Lucjusz spojrzał na niego surowo.
— Czy uważasz mnie za tak tępego, że uwierzę, iż
dziewczyna Greengrassów dobrowolnie zerwałaby bardzo korzystny kontrakt
małżeński z dziedzicem Malfoyów?
Draco przyjrzał się swoim paznokciom.
— Ona się mnie boi. Nic na to nie poradzę.
Ojciec prychnął.
— Tak, w to
mogę uwierzyć. — Patrząc na niego znacząco, dodał: — Lepiej uważaj, synu.
Zawsze wiedziałem, że twoja ciotka i wuj stanowią zły wpływ, ale chyba wszyscy
byliśmy tak pochłonięci tym, co się działo, że nie zastanawialiśmy się nad
konsekwencjami.
Błysk gniewu, tęsknota czy pogarda? Coś mignęło
na twarzy Draco, który ze zniecierpliwieniem przesunął językiem po zębach.
— Bella i Rudolf nie mogli pielęgnować czegoś, co
już nie istniało.
— Wiem — mruknął Lucjusz. — Dlatego musisz być
ostrożny.
Kipiał gniewem. Znak pulsował; miał wrażenie, że
rozmawiał z ojcem setki razy i zawsze kończyło się tak samo. Lucjusz mówił, że
żałuje, iż wciągnął młodego syna w wewnętrzne kręgi, że pozwolił mu przyjąć Znak,
a potem tłumaczył się, że tak naprawdę nie miał wyboru, że Czarny Pan go do
tego zmusił. Draco odpowiadał, że rozumie, że wszyscy po prostu próbują jakoś
przetrwać, że to, co się stało, się nie odstanie, ale chciał wiedzieć, dlaczego
ojciec nie postarał się bardziej, aby go chronić. Miał przecież zaledwie
piętnaście lat, kiedy ciotka zaczęła go uczyć Czarnej Magii. Wtedy Lucjusz
płakał, pogrążając się w nienawiści do samego siebie i żalu, a Draco musiał w
kółko powtarzać: Zawsze będę cię kochał,
ojcze, aż mężczyzna się uspokoił. Nigdy jednak nie odpowiedział na to
pytanie.
Słysząc go teraz, jak namawia Draco do ostrożności, jakby od zawsze wiedział, co może się
stać, jeśli ktoś taki jak on przyjmie Znak, poczuł narastającą wściekłość.
Nigdy nie otrzymał prawdziwej odpowiedzi i wiedział, że to pytanie będzie
dręczyć go aż do śmierci. Dlaczego ojciec go nie chronił? Dlaczego nie
zabraniał mu chodzić na zgromadzenia? Dlaczego pozwolił Bellatrix nauczyć go
tak mrocznych mocy?
Draco wziął głęboki wdech, starając się
zignorować palącą potrzebę odpowiedzi — bo i tak żadnej by nie otrzymał.
— Wracając do tematu — mruknął. — Gdybym poślubił Granger i gdybyśmy mieli dzieci, czy uznałbyś
naszą rodzinę za splamioną?
Lucjusz przewrócił oczami i westchnął.
— Draco, ten tok rozumowania jest nudny, ale
rozwieję twoje wątpliwości. Odpowiedź brzmi — ku twojemu wielkiemu zaskoczeniu,
jak mniemam — nie. Nie, ród Malfoyów nie zostałby splamiony. I nie, nie
obchodzi mnie to zbytnio. Każde dziecko urodzone w takim związku byłoby Malfoyem,
a magia naszej rodziny pozostałaby nietknięta. — Westchnął ponownie. — Możesz
być zaskoczony, słysząc to, ale nasza rodzina nie jest całkowicie czystej krwi.
To wizerunek, fasada, postawa bardziej niż fakt.
Draco zmarszczył brwi.
— Co masz na myśli?
— To starożytny ród, Draco — wyjaśnił Lucjusz. —
Starszy niż sama Anglia. Przetrwaliśmy i utrzymaliśmy się w sile przez ponad
tysiąc lat dzięki czarodziejom półkrwi. Przed wprowadzeniem Statutu Tajności
prosperowaliśmy wśród mugolskiej szlachty, nasz majątek opierał się na
mugolskich przedsiębiorstwach, a dzięki magicznemu potomstwu półkrwi,
mugolakom, a nawet mugolom, uniknęliśmy kazirodztwa. Gdybyś poślubił
najbardziej wpływową czarownicę mugolskiego pochodzenia w całej Wielkiej
Brytanii, nie zrobiłbyś niczego, co nie pasowałoby do rodu Malfoyów. Jesteśmy
ocalałymi, nie idiotami.
Zaskoczony, a może nawet nieco zdezorientowany,
Draco skrzyżował ramiona i odchylił się do tyłu.
— Więc powitałbyś ją jako synową?
— Z otwartymi ramionami — oświadczył. — Ale wątpię,
żeby tego ode mnie chciała. Pytanie jednak brzmi, czy chce tego od ciebie. Nie czekaj zbyt długo, Draco.
Trudno oczekiwać, że młoda kobieta taka jak ona pozostanie długo niezauważona.
Draco nie wiedział, co powiedzieć.
Lucjusz poruszył się na krześle.
— Wysłałem wiadomość do pana Ainswortha, żeby
sporządził dla ciebie kontrakt małżeński. Chcę, żebyś z nim porozmawiał i
szczegółowo wszystko omówił.
— Nie będzie kontraktu, ojcze — odpowiedział
szybko Draco. — Nie wiem nawet, czy Granger chce ze mną być, a jeśli tak, to nie będę jej zmuszał do
podpisywania czegokolwiek.
Lucjusz uniósł brew.
— Mogę zaakceptować, że poślubisz dziewczynę,
którą sam wybierzesz, Draco, ale kontrakt małżeński nie podlega negocjacjom.
Będzie panią Malfoy i będzie miała dostęp do wszystkich naszych funduszy,
nieruchomości i magii — ale ostatecznie będzie Malfoyem tylko z nazwiska. Nie z
krwi. Nie pozwolę, żebyś znalazł się w sytuacji, w której nieudane małżeństwo
mogłoby doprowadzić do utraty połowy rodzinnego majątku w wyniku paskudnego
rozwodu.
Draco chciał temu zaprzeczyć — dlaczego miałby
się rozwodzić z Hermioną? — ale nie mógł. Jego ojciec miał rację. To były za
duże pieniądze, zbyt duże ryzyko.
— Dobrze — mruknął w końcu — ale zmienię
szczegóły, które uznam za niepotrzebne, uwłaczające lub po prostu błędne. Nie
będę jej zmuszał do stawiania się, zabraniał jej robienia kariery ani narzucał
terminu na urodzenie dzieci.
— Cóż, dziecko to konieczność! — wykrzyknął
Lucjusz. — Jesteś spadkobiercą rodu Malfoyów! Jej niechęć do posiadania dzieci
lub bezpłodność są o wiele gorsze niż status krwi! Jeśli nie urodzi dziecka
przez rozsądny okres, będziesz musiał poszukać innej żony.
— Widzisz? — warknął Draco. — Właśnie dlatego nie
chcę tego cholernego kontraktu małżeńskiego. Chodzi o ród, dziedziczenie,
spadkobierców i wszystko co związane z pieniędzmi.
Nie chcę na nią naciskać, żeby stała się jakąś klaczą rozpłodową dla naszej
rodziny! A co, jeśli nie będzie chciała mieć dzieci, albo nie będzie mogła ich
mieć? Mam ją porzucić, żeby poślubić kogoś, kto będzie mógł?
— Oczekuje się, że będziesz kontynuował nazwisko
rodowe — zagrzmiał, a Draco był wdzięczny za Muffiato. — Ale mam gdzieś to, czy matka twojego dziecka będzie
czystej krwi, półkrwi czy mugolaczką, byleby była czarownicą! Chyba widzisz w
tym jakiś sens, Draco?
— Mówię tylko — wycedził Draco — że odmawiam
podpisania kontraktu w takiej formie. Słyszysz? Odmawiam.
Lucjusz zacisnął mocno usta, wpatrując się w syna
wzrokiem, który Draco widział już zbyt wiele razy. Był to wyraz rozczarowania,
smutku i tego samego bólu, który Draco, dwudziestoczterolatka, rozpalał w
piesi, tak jak wtedy, gdy miał cztery lata. Nie chciał zawieść ojca, ale nie
zamierzał ustąpić.
Westchnął i powiedział:
— Kocham ją, ojcze. Kochałem ją od lat i jeśli
jest choćby najmniejsza szansa, żebym spędził z nią życie, nie zmarnuję jej z
powodu starych tradycji. Jeśli w tym cholernym kontrakcie są rzeczy, na które
się nie zgodzi, o ile w ogóle zechce
mnie poślubić — i mam na myśli wielkie w
ogóle — to nie pobierzemy się. A ja nigdy się nie ożenię.
Lucjusz przełknął ślinę i gardło mu podskoczyło.
— No cóż — wycedził — miejmy nadzieję, że ta
dziewczyna jest tak inteligentna, jak głosi jej reputacja, i przede wszystkim
chce cię poślubić, a po drugie, że zaakceptuje warunki.
Draco próbował uspokoić oddech, dopiero teraz
zauważając, jak mocno zacisnął pięści. Spojrzenie ojca było dziwnie
współczujące, a Draco westchnął głęboko.
~*~*~*~*~*~*~*~
Hermiona właśnie skończyła pracę na ten dzień. W
jej gabinecie panował chaos, a na ścianie wisiała mapa z czerwonymi sznurkami
przywiązanymi do miejsc, w których ludzie zniknęli w podejrzanych
okolicznościach. Nie było sposobu, aby stwierdzić, czy to zaginięcie związane
było z wilkołakami, czy czymś innym, dopóki nie zbadano miejsca zbrodni. W tym
celu musiała się skontaktować z Patrolem Czarodziejskiej Policji, a oni z
mugolską policją, by uzyskać od niej pozwolenia. Był to bardzo żmudny proces.
Wpatrywała się przez chwilę w tablicę, zabierając
swoje rzeczy. W tej samej okolicy, w której znajdowała się kryjówka wilkołaków,
doszło do trzech zaginięć, a miejsce to pozostało pod obserwacją, na wypadek
gdyby Śmierciożercy lub wilkołaki wrócili na jedno ze swoich cyklicznych
spotkań.
Hermionę swędziały palce. Chciała coś zrobić,
najchętniej wrócić tam i zbadać to miejsce, ale nie mogła. Draco wciąż
prowadził sprawę, a Greyback był osobą priorytetowo poszukiwaną. Poza tym na
miejscu zbrodni nie mógł przebywać nikt poza wyszkolonymi Aurorami. Nawet
błagała Malfoya, żeby jej towarzyszył, ale nie miał czasu.
Nie żeby kiedykolwiek jej wyjaśnił, dlaczego nie
miał czasu; przypuszczała, że ma to coś wspólnego z jego specjalnymi zadaniami.
Tak, dobra, wzbudziło to jej zainteresowanie. Wiedziała, że dzięki Bogu nie
używa Zaklęć Niewybaczalnych, ale wciąż od czasu do czasu znikał, robiąc
rzeczy, o których nawet Robards nie miał pojęcia — a fakt, że Harry nie odważył się wtrącać w to nosa,
jeszcze bardziej ją intrygował.
Może udałoby jej się znaleźć sprytny sposób, żeby
to z niego wyciągnąć. Nieobce jej były seksualne taktyki w stosunku do Draco.
Jednak panowanie nad tą sytuacją
mogło nie był prostym zadaniem i musiałaby przechytrzyć przebiegłego Ślizgona.
Właśnie gdy o nim pomyślała, usłyszała odległy
dźwięk powiadomienia z telefonu, ukrytego głęboko w torebce z koralikami.
Wyciągnęła go i otworzyła, znajdując wiadomość, której zawartość sprawiła, że
się zarumieniła.
Myślę o
tym, jak smakujesz, Granger. Chcę cię związać i lizać przez całą noc. Nie mogę
się doczekać następnego razu. — DM
Uśmiech, który rozciągnął się na jej ustach, z
pewnością wzbudziłby podejrzenia, ale nie przejmowała się tym. Po prostu nie
mogła powstrzymać motylków w brzuchu. Owszem, może Draco był nieco lepszy w
manipulowaniu nią seksualnie niż ona nim, ale chyba mogłaby się nauczyć czegoś
od samego mistrza.
Była bardzo zajęta wymyślaniem sprytnych rzeczy,
które mogłaby powiedzieć lub zrobić, żeby go nakłonić do powiedzenia jej
czegokolwiek o tym, gdzie spędza tyle czasu, i nie zauważyła, że ktoś
podskakuje w tłumie w Atrium.
— Hermiono! Tutaj!
Uniosła wzrok i ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu
zobaczyła Vanessę Clearwater
machającą do niej. Jej złote włosy ruszały się niczym lśniące jedwabne wstążki,
gdy podskakiwała. Promienny uśmiech sprawił, że niektórzy czarodzieje się
odwrócili, ale miała wzrok utkwiony tylko w Hermionie.
Zdezorientowana, schowała telefon z powrotem do
torebki i ruszyła ku niej.
— Vanesso? Co ty tutaj robisz?
— Tak myślałam, że cię tu spotkam — powiedziała.
— Właściwie trochę się obawiałam, że się z tobą minęłam. Zastanawiałam się, czy
nie chciałabyś czegoś ze mną przekąsić? Na Ulicy Pokątnej?
Hermiona poprawiła pasek torebki, marszcząc brwi.
— Mam mnóstwo rzeczy do zrobienia po powrocie do
domu i…
— Słuchaj. — Vanessa westchnęła, a jej twarz
wykrzywił grymas bólu. — Myślałam o tym, co powiedziałaś w zeszłą niedzielę, o
tobie i tym mężczyźnie, i to sprawiło, że pomyślałam o Ronie i… Och, Merlinie,
nie wiem, czy to genialny pomysł, czy szalony, ale naprawdę potrzebuję z kimś
porozmawiać.
Hermiona zamarła.
— Chcesz… chcesz ze mną porozmawiać? O Ronie?
Niebieskie oczy Vanessy błagały. Okrutnie.
— Proszę? Nie mogę o tym rozmawiać z Ginny — to
jej brat. I oczywiście nie mogę rozmawiać z Penny. Ja… — Westchnęła głęboko. —
Po prostu czuję, że muszę porozmawiać z kimś, kto mnie rozumie.
Och. Och…
Hermiona przełknęła ślinę i skinęła głową.
— Tak, dobrze.
Vanessa uśmiechnęła się z ulgą i czarownice
skierowały się ku punktowi aportacyjnemu, po czym wylądowały na Pokątnej. Ulice
były udekorowane jesiennymi wieńcami i girlandami, a piękne światła płonęły
magicznie podczas ciemniejącego popołudnia. Ludzie zaczęli zakładać grubsze
płaszcze, a Hermiona żałowała, że nie założyła szalika, zanim wyszła z domu
tego ranka.
Vanessa miała oko na uroczą, małą restaurację na
skrzyżowaniu Pokątnej i Nokturnu, serwującą, jak twierdziła, najlepsze
francuskie jedzenie w całej czarodziejskiej Brytanii. Hermiona, nie chcąc się
sprzeciwiać, weszła za nią do środka.
Restauracja wyglądała jak mały, kameralny,
mugolski lokal: niski sufit, ciasno ściśnięte stoliki, białe obrusy i
pojedyncza pomarańczowo-żółta girlanda. Z kuchni unosił się przepyszny zapach.
Zaprowadzono je do stolika w głębi restauracji, blisko baru. Kilku panów
siedziało na wysokich stołkach, popijając wino lub Ognistą Whisky i rozmawiając
przyciszonymi głosami. Niektórzy zerkali na kobiety, gdy zajmowały miejsca.
Vanessa zamówiła dla nich butelkę wina i makaron
dnia.
— No więc — zaczęła Vanessa, gdy kelner odszedł.
Jej policzki lekko się zarumieniły, a w oczach malował się niepokój. — Wiem, że
trochę wypiłyśmy w zeszłą niedzielę, ale… no cóż, sposób, w jaki mówiłaś o
swoim tajemniczym kochanku… spowodował, że zrobiło mi się jakoś… — Prychnęła i
pokręciła głową, jednym haustem opróżniając kieliszek, po czym napełniła do
ponownie. — Walić to. Hermiono, byłaś z Ronem przez kilka lat, prawda?
Hermiona skinęła głową.
— Byliśmy razem przez trzy lata.
— No tak — mruknęła niemrawo. — Więc wiesz. Wiesz. Ron jest beznadziejny w łóżku! No i proszę, powiedziałam to. Merlinie, czuję
się okropnie. — Wzięła kolejny łyk wina. Wpatrywała się w stół, gdy odstawiała
kieliszek. Jej oczy były szeroko otwarte z przerażenia lub skupienia. —
Myślałam, że to nie ma znaczenia, że moja miłość do niego jest silniejsza niż
jakiekolwiek fizyczne potrzeby, ale… sama nie wiem. — Spojrzała na Hermionę. —
Czy to dla ciebie zbyt dziwne? Czy przekraczam jakąś granicę?
Granger była oszołomiona tym pytaniem. Kilka
miesięcy temu zarumieniłaby się i chciałaby, żeby ziemia ją pochłonęła, ale
teraz — no cóż, teraz czuła się prawie swobodnie ze swoją seksualnością. Prawie.
Odchrząknęła i wzięła łyk wina.
— Słuchaj, rozumiem. Znam Rona. On jest… cóż,
kiedy z nim byłam, był dość samolubny. Minęło trochę czasu od tamtej pory i
jestem pewna, że wiele się nauczył i dojrzał, więc nie wiem.
Vanessa westchnęła, a jej ramiona opadły.
— On nie jest samolubny
sam w sobie. Jest uważny i troskliwy. Po prostu nie jest w tym zbyt, no cóż,
dobry. Albo… — zarumieniła się gwałtownie — myślę,
że nie jest. Nie mam porównania.
Hermiona zmrużyła oczy.
— Ron jest twoim pierwszym?
Blondynka skinęła głową, jej policzki rozjaśniły
się, i upiła kolejny łyk wina.
— Byłam nim absolutnie oczarowana w szkole, ale
był ode mnie trzy lata starszy i nigdy nie spojrzał w moją stronę. Myślałam, że
w końcu się pobierzecie, więc próbowałam odpuścić, ale nigdy mi się to nie
udało. Kiedy spotkaliśmy się w zeszłym roku, czułam się tak, jakbym była w nim
tak samo zakochana jak za starych czasów. — Uśmiechnęła się uroczo. — Chyba
podświadomie szukałam kogoś takiego jak on i nie mogłam go znaleźć, bo wiesz,
Ron jest tylko jeden.
Hermiona skinęła głową, przygryzając wargę.
Dziwna to była myśl, że ktoś był tak rozpaczliwie zakochany w Ronie, że nikt
inny nie mógł się z nim równać. Brzmiało to romantycznie.
Tym bardziej, że w końcu się odnaleźli. A jednak gorycz narastała w jej
żołądku. Nie była czyimś sekretnym zauroczeniem, kimś tak pięknym jak Vanessa
Clearwater; nie była aż tak wyjątkowa, żeby nikt inny nie mógł się z nią
równać. To sprawiało, że czuła do niego lekki uraz — dlaczego on na to
zasługiwał, a ona nie?
— Ale seks — Vanessa westchnęła poważnie — jest
nudny. Myślałam, że będę widzieć fajerwerki i spadające gwiazdy, ale nie. I nie
chcę go winić, bo jestem niedoświadczona i nie do końca wiem, co robię, ale on
się gubi i nie wie, co robić, i… — Jęknęła i rozejrzała się, upewniając, że
nikt nie podsłuchuje. — Odmawia mi seksu oralnego. Mówi, że tego nie lubi i że
żaden z jego kolegów tego nie robi, ale wszystkie moje koleżanki mają chłopaków, którzy to robią, a ja obciągałam mu
mnóstwo razy, i…
Jej policzki były praktycznie bordowe, gdy kelner
przerwał jej, by przynieść im jedzenie. Spojrzała na Hermionę wzrokiem, który
mówił, że reszta rozmowy będzie musiała się odbyć po kolacji.
Myśli wirowały w głowie Granger, ale przede
wszystkim współczuła Vanessie. Jeśli Ron był jej pierwszym i być może ostatnim,
biedna dziewczyna mogła nigdy nie doznać błogiej przyjemności. Hermiona nie
była jednak na tyle arogancka, by wierzyć, że wie, jak powinien wyglądać seks; miała zaledwie garstkę partnerów, a spośród
nich Draco był jedynym, który budził w niej coś dzikiego, pożądliwego i
uległego. Ale jego sposób robienia tego prawdopodobnie nie wszystkim przypadłby
do gustu.
Draco natomiast był bardzo zdolny. Nie musiał jej
wiązać, dawać klapsów, chwytać za włosy, ani być dla niej brutalnym, żeby
sprawić jej przyjemność. Ale większość mężczyzn prawdopodobnie nie była taka
jak on. Choć może wcześniej po prostu miała pecha, ale w głębi duszy czuła, że
nigdy nie będzie miała tak utalentowanego kochanka jak on.
Makaron był pyszny i żadna z nich nie rozmawiała
o niczym innym, jak tylko o błahostkach, kończąc posiłek. Gdy tylko talerze
zostały opróżnione i kelner je zabrał, obie zaczęły cieszyć się swoim
towarzystwem.
Vanessa nie była tak wyniosła, jak Hermiona
uważała. Była mądra, rozważna, a nawet dość skromna. Wydawała się bardziej
niepewna siebie. Miała zaledwie dwadzieścia jeden lat, a nawiązanie więzi ze Złotym Trio nie mogło być proste. Nie
dość, że mogła zmagać się ze sławą i gronem fanek Rona, to jeszcze musiała
zostać zaakceptowana przez Wybrańca i Złotą Dziewczynę.
Zupełnie jakby blondynka potrafiła czytać w
myślach, powiedziała:
— Byłam onieśmielona, gdy spotkałyśmy się po raz
pierwszy, wiesz?
— Naprawdę? — zapytała Hermiona, unosząc brew.
Rozumiała, że się denerwowała, ale onieśmielenie?
Vanessa wzruszyła ramionami i zakręciła winem w
kieliszku.
— No tak. Jesteś Hermioną Granger. Walczyłaś z Sama-Wiesz-Kim na pierwszej linii
frontu, jesteś Najbystrzejszą Czarownicą Swojego Pokolenia i byłą dziewczyną
Rona. Jak mogłabym z tobą konkurować?
Hermiona uśmiechnęła się słabo i nie wiedziała,
czy policzki zarumieniły jej się od wina, czy od pochwał.
— Ron i ja nie byliśmy kompatybilni —
powiedziała. — Myślę, że wydobywamy z siebie to, co najlepsze jako przyjaciele,
ale zdecydowanie to, co najgorsze jako para.
Vanessa powoli skinęła głową.
— Ron opowiedział mi trochę o waszym związku i
dlaczego nie wypaliło.
Hermiona przełknęła ślinę.
— Naprawdę? I… co powiedział?
— Że wiele żałuje — oświadczyła Vanessa, patrząc
jej prosto w oczy. — Że musi jeszcze sporo dorosnąć. — Uśmiechnęła się blado do
szklanki. — Ale tak, on też powiedział, że nie byliście najlepszą parą.
Hermiona prychnęła.
— No cóż, lepiej, żeby się skończyło, jak się
skończyło. Wyobraź sobie, jak nieszczęśliwi byśmy byli, gdybyśmy się pobrali i
mieli dzieci.
— A jeśli o tym mowa — zaczęła ostrożnie. — Mam
nadzieję, że nie jesteś na nas zła.
— O co?
— O zaręczyny. — Vanessa spojrzała na nią
podejrzliwie. — Zawsze wydawałaś się trochę, nie wiem, markotna i nigdy tak
naprawdę nie chciałaś rozmawiać o związkach, a Ron twierdzi, że to dlatego, bo
byłaś zazdrosna i czułaś się trochę jak nieudacznik, bo jeszcze nikogo nie
poznałaś, ale potem, w zeszłą niedzielę, kiedy powiedziałaś o….
— Chwila — przerwała Hermiona i spojrzała na nią.
— On to powiedział?
— Tak, ale znasz Rona. — Przewróciła oczami i
machnęła lekceważąco ręką. — Trochę dramatyzuje.
Szczęka Hermiony opadła i prychnęła. Jak śmiał
przypuszczać, że jest zazdrosna? To on zawsze, za każdym razem, gdy przyprowadzał
do domu nową dziewczynę, cieszył się faktem, że to on kogoś ma, a ona nie. Och,
aż kipiała ze złości, bardzo pragnąc powiedzieć Ronowi o tym co…
— Granger? — W przyćmionym świetle restauracji
obok nich stanęła jakaś postać. W powietrzu unosił się ciężki zapach piżma i
przypraw, zagłuszając wszystko inne, aż z ust mężczyzny wydobył się głęboki,
melodyjny śmiech. — Jak miło cię tu widzieć w czwartkowy wieczór.
Hermiona zmusiła się do uśmiechu, patrząc na
mężczyznę. Piwne oczy w przystojnej twarzy — ostatnia osoba, jaką chciałaby
zobaczyć.
— Cormac. Co za przyjemność.
— W rzeczy samej — mruknął z czarującym
uśmiechem.
Patrzył na nią, otwarcie i niestosownie, i
sprawił, że poruszyła się na krześle.
Odchrząknęła i wskazała na Vanessę.
— Eee, Cormac, to Vanessa Clearwater, narzeczona
Rona. Vanesso, to Cormac McLaggen. Stary znajomy ze szkoły.
— Och, znam cię! — Vanessa rozpromieniła się i
wyciągnęła rękę do Cormaca. — Twój ojciec jest właścicielem Rosier Laboratory,
prawda?
— Tak, dokładnie. — Odwzajemnił gest i rozpiął
marynarkę. Jego spojrzenie, gdy ujął rękę Vanessy nie było mniej niestosowne.
Posyłając jej czarujący uśmiech, mruknął: — Jestem prezesem.
— Twój wujek to Tyberiusz McLaggen, o ile się nie
mylę — kontynuowała Vanessa, pozornie nieświadoma jego zalotów. — Pracował z
moim ojcem, Conradem Clearwaterem, w Ministerstwie.
— O tak! — Skinął głową. Rozejrzał się i
przysunął krzesło do ich stolika. — Nie masz nic przeciwko, Hermiono? —
Uśmiechnął się do niej ponętnie i usiadł obok. Miał nawet czelność położyć rękę
na oparciu jej krzesła. Opierając łokieć na stole, powiedział: — Mój wujek jest
członkiem rady Wizengamotu. Jeśli dobrze pamiętam, twój ojciec był notariuszem.
— Tak! — potwierdziła Vanessa, przytakując.
— Ach, dobre czasy. — Zaśmiał się Cormac i uniósł
rękę, zwracając uwagę kelnera. — Czy mógłbym prosić Ognistą Whisky i… —
Spojrzał na kobiety. — Czego się napijecie, drogie panie?
— Ja też poproszę Ognistą Whisky, dziękuję —
odpowiedziała Vanessa.
Cormac spojrzał na Hermionę.
— A ty, piękna?
Zdaniem Hermiony siedział zdecydowanie za blisko,
by mogła czuć się komfortowo, i próbowała się od niego odsunąć. Po drugiej
stronie jednak znajdowała się ściana. Przeszłaby przez nią, gdyby mogła, i
miała ochotę natychmiast się deportować.
— Nie — mruknęła. — Nie trzeba, dziękuję.
Kelner czmychnął, a Hermiona poczuła się tak,
jakby została rzucona na pożarcie wilkom. Odkąd cholerna dłoń Cormaca spoczęła
na jej cholernym krześle, musiała siedzieć prosto i nie odchylać się ku
oparciu, a ponieważ ściana znajdowała się tuż obok. Skutecznie ją przygwoździł.
Instynkt podpowiadał jej, żeby go odepchnąć, zagrozić, że go przeklnie, jeśli
jej nie zostawi w spokoju, ale w restauracji było mnóstwo ludzi i wolała nie
robić scen. Ostatnim razem brukowce przedstawiły ją jako histeryczkę, która
przeżywa załamanie nerwowe i nie chciała tego powtarzać.
— Więc — zaczęła Vanessa, patrząc na nich. — Skąd
się znacie? Jesteście kimś więcej niż „znajomymi ze szkoły”?
— Och. — Cormac uśmiechnął się i spojrzał na
Hermionę. — Granger i ja mamy wspólną historię. Niezła z niej kokietka.
— Naprawdę?
Vanessa zachichotała.
— Tak — oświadczył. — Określiłbym to jako
natychmiastową iskrę między nami i…
Hermiona zerwała się z krzesła, zaciskając
pięści. Cormac i Vanessa wpatrywali się w nią, ale nie przejmowała się tym.
Patrząc na mężczyznę, powiedziała:
— Cóż, było miło, ale musisz już iść, prawda, Cormac?
Zmarszczył brwi.
— Skąd ten pośpiech? Myślałem, że całkiem miło
spędzamy czas. Prawda, Vanesso?
— Przestań! — warknęła. — To nie jest odpowiednia
pora ani miejsce, Cormac. Proszę, idź już.
Przeciągnął językiem po zębach, wyraźnie napięty,
po czym uśmiechnął się przepraszająco. Westchnął i wstał.
— Tak, oczywiście. Przepraszam za najście. —
Odwrócił się do Vanessy i skinął głową, po czym spojrzał na Hermionę z bólem. —
Naprawdę, przepraszam. — Ponownie zapiął marynarkę, ale tuż przed odejściem
pochylił się i pocałował Hermionę w policzek. Był ciepły, wilgotny i
zdecydowanie za długi, by to było na miejscu. — Znajdziemy inny termin. Życzę
ci miłego wieczoru, Hermiono.
Tuż po tym jak odszedł, oparła się o oparcie
krzesła, mocno obejmując się ramionami. Jej puls przyspieszył, gniew kipiał i
zgrzytała zębami, patrząc na Vanessę.
— Przepraszam za to. — Marszcząc brwi, dodała: —
Czy możemy dokończyć tę rozmowę innym razem? Ja… muszę iść do domu.
— Och — jęknęła Vanessa, zmieszana. — Oczywiście.
Tak, poproszę o rachunek. — Machnęła ręką i kelner podszedł z dwiema Ognistymi
Whisky. — Och, przepraszam, ale mężczyzna, który miał zapłacić za drinki,
poszedł. Chciałybyśmy zapłacić jedynie za naszą kolację.
Kelner wyglądał na zdezorientowanego, ale skinął
głową. Wkrótce wrócił z rachunkiem. Opłaciły po równo, nie rozmawiając prawie
wcale, i wyszły w ciemną, październikową noc. Idąc szybko w kierunku najbliższego,
bezpiecznego punktu aportacji, Vanessa zatrzymała Hermionę delikatnym gestem,
kładąc jej dłoń na ramieniu.
— Przepraszam, jeśli poczułaś się nieswojo —
powiedziała. — Niektórzy ludzie po prostu nie lubią publicznego okazywania
uczuć i nie ma w tym nic złego.
Publicznego
okazywania uczuć? Hermiona
prychnęłaby, gdyby nie była tak wyczerpana.
— W porządku — rzuciła. — Cormac powinien
wiedzieć, jak się zachować.
Wspominając, jak publicznie go odtrąciła,
krzycząc na niego, że jest aroganckim, szowinistycznym palantem, zastanawiała
się, co go opętało, żeby znowu spróbować tego samego.
— Naprawdę miło spędziłam wieczór, Hermiono —
zapewniła ją Vanessa. — To pocieszające mieć świadomość, że jest przynajmniej
jedna osoba, która mnie rozumie.
Hermiona zmarszczyła brwi i spojrzała na
blondynkę.
— Słuchaj, myślę, że powinnaś porozmawiać o tym z
Ronem. Jeśli macie wziąć ślub, powinniście wiedzieć, jak sobie nawzajem
dogadzać. To jedyna droga do szczęścia. Wiem, że Ron nie przepada za krytyką,
ale jeśli cię kocha, powinien znać twoje upodobania. — Przełknęła ślinę. —
Twoje granice i twoje potrzeby.
Vanessa uśmiechnęła się i skinęła głową. Potem
zmarszczyła brwi.
— Powiedz mi tylko, zanim się rozstaniemy. Jak to
jest mieć orgazm?
Oczy Hermiony się rozszerzyły, gdy zamrugała.
— Nigdy… nie
miałaś?
Blondynka pokręciła głową, a policzki
poczerwieniały.
— Nie.
Zszokowana Hermiona zmarszczyła brwi.
— Nawet sama?
Vanessa przygryzła wargę.
— Nie sądzę. Nie wiem.
— Wierz mi, wiedziałabyś. — Hermiona skinęła
głową. Westchnęła, zaciskając usta. Biedna dziewczyna! — Dobra, zrobisz tak:
kupisz wibrator. Jestem pewna, że w jakimś mało znanych czarodziejskich
sklepach je sprzedają, ale ułatw sobie życie i kup jeden w mugolskim sklepie.
Potem idź do domu i wypróbuj. Dowiesz się, co lubisz. A potem porozmawiaj z
Ronem.
Vanessa wyglądała na przerażoną, ale w jej oczach
dostrzegła również nutkę ekscytacji.
— Bardzo dziękuję, że mnie nie oceniasz,
Hermiono.
— Nie ma sprawy. Naprawdę, Ginny ma o wiele
większe doświadczenie ode mnie i założę się, że mogłaby ci o wiele bardziej
pomóc.
— Myślisz, że chciałaby?
— Będziecie rodziną. — Wzruszyła ramionami. —
Pomoże ci.
Vanessa się uśmiechnęła.
— Dziękuję.
Po czym mocno przytuliła Hermionę, zanim się
deportowała.
Granger wzięła głęboki oddech, zbierając siły,
zanim również się aportowała się w boczną uliczkę za swoim budynkiem. Musiała
sięgnąć głęboko do torebki, by znaleźć klucze, a kiedy weszła do mieszkania,
zrzuciła buty i upadła twarzą na sofę, jęcząc.
Kurwa, to był wyczerpujący wieczór.
Brak komentarzy