[T] Złączeni: Rozdział 8
Zasada Przyjaźni numer 30: Zakaz pornografii w miejscu pracy. Dział Kadr
nie pokrywa kosztów szkód emocjonalnych wyrządzonych stażystom.
(Propozycja: HG | Zatwierdzone: DM z formalnymi
przeprosinami dla Nory i obietnicą korzystania ze słuchawek)
W
ciągu weekendu do biura napływał nieprzerwany strumień przeklętych artefaktów —
małych, złośliwych przedmiotów zaczarowanych złością i starymi uprzedzeniami.
Podczas gdy Draco prowadził Norę przez kontrzaklęcia, Hermiona siedziała po
turecku na krześle przy biurku, splecione dłonie spoczywały na drewnianym
blacie i marszczyła brwi, przeglądając kontrakt małżeński pomiędzy
Greengrassami a Malfoyami.
Nie
minęło dużo czasu, zanim dostrzegła problem.
Właściwie
chodziło o całą sprawę.
Gdyby
Malfoyowie postanowili zerwać kontrakt przed ślubem, konsekwencje byłyby
zawrotne: każda firma należąca do Malfoyów, każda nieruchomość (poza Dworem) i
każdy galeon w ich skarbcach zostałyby przekazane rodzinie Greengrassów.
W
zamian Malfoyowie otrzymaliby kilka antycznych pamiątek, rodowy majątek i całą
dumę, którą zdołaliby później poskładać.
Potarła
skroń i czytała dalej.
Astoria,
po ślubie, miała dziesięć lat na spłodzenie dziedzica Malfoyów. Jeśli jej się
nie uda, małżeństwo może zostać rozwiązane, a ona odejdzie z niczym. Okrutne,
owszem, ale po spłodzeniu dziedzica, każda późniejsza separacja pociągnie za
sobą gigantyczną wypłatę odszkodowania. Liczba zer wymienionych pod klauzulą
ugody sprawiła, że Hermiona szeroko otworzyła oczy. Nic dziwnego, że Astoria
wydawała się zadowolona z siebie, w końcu wyszła za mąż za kogoś, kto zdobył
astronomiczny majątek.
Co
gorsza, umowa dawała rodzinie Greengrassów prawo do zmiany lub dodania ponad
trzydziestu klauzuli, aż do ostatecznego podpisania w dniu ślubu. Trzydziestu.
Każda
z nich była w stanie kontrolować inny fragment przyszłości Draco.
Hermiona
cicho zamknęła teczkę, kręcąc głową z niedowierzaniem. Arogancja, którą musiał
posiadać Lucjusz, by się na to zgodzić, była… zdumiewający. Nawet jak na
standardy Lucjusza. O czym on w ogóle
myślał?
Jej
wzrok co chwila powracał do nazwiska Malfoy
wydrukowanego na górze dokumentu.
Miała
pytania do Lucjusza. Właściwie kilka.
Zerknęła
w bok, obserwując Draco pracującego obok niej, ich złączone dłonie spoczywały
na krawędzi blatu biurka. Wolną ręką wskazał serię run wyrytych w paskudnym,
małym, srebrnym medalionie, którego powierzchnia pulsowała czarną magią.
—
Ten jest zaczarowany tak, by spalić mugolaków przy kontakcie — powiedział
klinicznym tonem. — Ale wzór przeciwzaklęcia jest niemal identyczny jak
poprzednio. Śmiało, Noro.
Nora
skinęła głową, skupiona, z różdżką w dłoni, rozpoczynając ostrożną pracę.
Hermiona
milczała, uspokajając myśli. Nie mogła dotknąć tego artefaktu, nie dlatego, że
nie wiedziała, jak się z nim obchodzić, ale dlatego, że jej krew czyniła z niej
cel. Były dziesiątki takich. Artefaktów tak odrażających, że reagowały
gwałtownie na dotyk kogoś urodzonego w niemagicznych rodzinach. Żadna biegłość
ani umiejętność nie były w stanie przełamać tego, co te zaklęcia uznawały za niegodne.
To
było irytujące. Ale nie nowe.
Jej
wzrok zatrzymał się na Norze, kompetentnej, ostrożnej Norze, a potem przeniósł
się na Draco, którego twarz wyrażała spokój i cierpliwość. Nie odezwał się,
jeszcze nie. Ale Hermiona miała niejasne przeczucie, że nagłe przeniesienie
Nory tutaj nie było przypadkowe. Moment był zbyt idealny.
Zapyta
go później, ale już wiedziała. Przygotowywał się.
~*~*~*~*~*~*~*~*~
Nocne
powietrze Londynu było rześkie, gdy Hermiona i Draco szli, trzymając się za
ręce w stronę kina, wtapiając się w tłum niczym para na randce.
Zanim
zaprzyjaźnił się z Hermioną, Draco ledwo stawiał stopę w mugolskim świecie. Nie
zdawał sobie sprawy, co tracił. Teraz naprawdę się nim cieszył — od spokojnych
korytarzy galerii sztuki, przez niepohamowaną miłość Theo do karaoke, po
tłuste, nocne curry po zbyt wielu kuflach piwa. Miał „mugolski portfel” z kartą
kredytową, a nawet wolał mugolskie banknoty od strunowych worków z monetami.
Szczerze
mówiąc, on i jego ojciec spędzali teraz w mugolskim Londynie więcej czasu, niż
kiedykolwiek uważał za możliwe. Lucjusz nadal odmawiał jazdy metrem, oczywiście
podróżując tylko samochodami z szoferem, ale Draco widział mężczyznę w kolejce
po kawę. Obserwował go, jak przymierzał marynarki w Harrodsie, wdając się w
wesołe pogawędki ze sprzedawcami, których kiedyś uznałby za niegodnych. To było
głęboko dziwaczne. Ale nie niemile widziane.
Zbliżając
się do kina, Draco dostrzegł znajome twarze zebrane przy wejściu. Seamus
podskakiwał z podniecenia obok Deana, który spojrzał na ich złączone dłonie,
ale nic nie powiedział.
—
Miona! — zawołał Ron, gdy wraz z Lavender pojawili się u jej boku.
Lavender
objęła Hermionę szybkim, ciepłym uściskiem, a Ron ramieniem w czymś, co można
by określić jedynie jako braterski uścisk, i pocałował ją czule w czubek głowy.
—
Fretko — powiedział Ron, skinieniem głowy wskazując na Draco.
—
Łasicu — odparł sucho Draco.
Wzrokiem
omiótł tłum.
—
Jak na Noc Filmową Mugolaków — mruknął do Hermiony — jest zaskakująco niewielu
mugolaków.
Hermiona
uśmiechnęła się szeroko.
—
Zaczęło się od Deana, Harry’ego i mnie. Potem dołączyli Padma i Seamus. Teraz
przychodzi każdy, kto lubi filmy.
—
Zwłaszcza te sprośne — dodał Seamus, poruszając brwiami i podskakując na
palcach.
—
Przepraszam za spóźnienie! — Harry podbiegł do nich, a jego włosy wyglądały na
jeszcze bardziej rozczochrane niż zwykle. — Straciłem poczucie czasu.
—
Doprawdy? — zapytała Hermiona, uśmiechając się znacząco.
Harry
zarumienił się i szturchnął ramieniem.
—
Zamknij się.
Gdy
weszli do holu, Dean z wojskową precyzją rozdawał bilety, podczas gdy Seamus
paplał o pościgach samochodowych, eksplozjach i czymś związanym ze skórzanymi
spodniami. Draco nie był do końca pewien, na co się pisze, ale ku jego
zaskoczeniu nie miał z tym problemu.
Draco
szczególnie dobrze poradził sobie z przekąskami.
On
i Hermiona udali się do baru, kupując absurdalną ilość jedzenia. Sprzedawca
komicznie spojrzał na ich złączone dłonie, gdy niezręcznie próbowali podnieść
napoje, popcorn i słodycze.
Draco
szybko doszedł do wniosku, że bardzo lubi mugolskie kino.
Główny
bohater, Bond, James Bond, był po prostu niesamowity. Pościgi samochodowe,
bójki, eleganckie garnitury i sypialnie z pięknymi kobietami najwyraźniej
stanowiły kluczową formułę. Draco doceniał styl tego mężczyzny i nie mógł
powstrzymać się od stwierdzenia, że choć Bond również był blondynem, pocieszał
się, że jego własne włosy i tak były
zdecydowanie ładniejsze niż kogokolwiek, kogo kiedykolwiek widział. (No, może poza Doktorem, mruknął jego
wewnętrzny głos… zdrajca).
Okrzyki
Seamusa z pierwszego rzędu sugerowały, że cała grupa podzielała to uczucie.
Nawet Hermiona wyglądała, jakby dobrze się bawiła, mimo że film był o wiele
bardziej brutalny niż zazwyczaj. Później wyjaśniła, że kiedyś oglądała z tatą
filmy o Bondzie w niedzielne wieczory.
—
Jest ich więcej? — zapytał Draco z zapałem.
Hermiona
skinęła głową.
—
Mam płyty DVD w domu. Możemy obejrzeć.
—
Granger — powiedział Draco, dołączając do reszty grupy rozmawiającej przez
kinem — czy oni naprawdę… no wiesz, robią to?
Hermiona
zamrugała.
—
Co robią?
—
No wiesz. — Zniżył głos. — To.
Hermiona
zmarszczyła na chwilę brwi, a potem wybuchła śmiechem.
—
Nie, oni tylko udają!
—
Wyglądało to całkiem realistycznie —
odpowiedział Draco, wciąż pełen wątpliwości.
Seamus,
kończąc zapierającą dech w piersiach inscenizację pościgu samochodowego, który
właśnie widzieli, podsłuchał ich rozmowę i wtrącił się.
—
Co jest takie śmieszne?
—
Malfoy myśli, że naprawdę uprawiają seks na ekranie — mruknęła Hermiona z
rozbawieniem.
Wszyscy
się zaśmiali.
—
Nie, Malfoy — rzekł Seamus z uśmiechem — jeśli chcesz naprawdę to zobaczyć,
potrzebujesz porno.
Hermiona
natychmiast zesztywniała u boku Draco, kręcąc głową z furią w stronę Seamusa.
Ale było za późno.
—
Porno? — powtórzył Draco. — Jak antologie Madam Boucher?
Miał
oczywiście na myśli skandaliczny magazyn czarodziejski, który każdy chłopiec
czystej krwi w pewnym momencie podkradał z szuflady ojca.
—
Nie. — Seamus zaśmiał się. — Nie dama w majtkach na leżance. Prawdziwe porno.
Brwi
Draco zmarszczyły się. Hermiona odgrywała teraz milczącą, lecz gorączkową
pantomimę, żeby Seamus natychmiast
przestał mówić.
Seamus,
nieświadomy niczego, wyciągnął swoją mugolską komórkę. Draco obserwował go
zaintrygowany. Nie miał telefonu, nie widział takiej potrzeby, choć wiedział,
że wielu w świecie czarodziejów z nich korzysta, teraz, gdy urządzenia były
odporne na zaklęcia. Nawet Lucjusz
miał telefon.
—
W każdym razie, jest późno — powiedziała szybko Hermiona, chwytając Draco za
ramię. — Powinniśmy iść…
Ale
Draco nie słuchał. Pochylił się bliżej Seamusa, obserwując, jak ten coś pisze
na ekranie.
Potem
Seamus przekręcił telefon ku niemu.
Draco
wpatrywał się.
Mrugnął
raz. Potem drugi. Lekko rozchylił usta.
—
Merlinie — wyszeptał. — To jest
prawdziwe? — zapytał Hermionę, nie odwracając wzroku.
Zerknęła
na ekran, jęknęła i mruknęła:
—
Tak.
—
Granger, daj mi swój telefon — powiedział, sięgając już po jej torebkę.
—
Nie, Malfoy, nie będziesz używał mojego telefonu do oglądania porno! —
warknęła, odtrącając jego dłoń i wpatrując się w Seamusa z wściekłością, która
stopiłaby stal.
Harry
i Ron stali kilka kroków dalej, obserwując całą wymianę zdań z cichym, radosnym
rozbawieniem.
Draco,
przeczuwając przegraną walkę, zmienił taktykę.
—
Seamus, dam ci tysiąc galeonów, jeśli załatwisz mi jeden z tych telefonów i
przyniesiesz go jutro do biura.
—
Proszę, nie — błagała Hermiona. — I
przestań próbować przekupywać ludzi tysiącem galeonów.
—
Załatwione. — Seamus uśmiechnął się szeroko. — Załaduję nawet fajne strony.
Hermiona
jęknęła. Jakby kolejne kilka tygodni nie miało być wystarczająco trudne.
Tej
nocy, gdy Hermiona była już bezpiecznie otoczona zmodyfikowanym Zaklęciem
Bąblogłowego, a Draco miał chwilę
prywatności, spróbował użyć Accio,
by przywołać jej telefon, ale jak zawsze wyprzedzała go o trzy kroki, a jej
telefonu nigdzie nie było.
~*~*~*~*~*~*~*~*~
—
Sanguis! Sanguis!
Lucjusz
podniósł wzrok znad planszy Scrabble z wyrazem całkowitej pogardy.
—
Panno Granger, czy nie zdaje sobie panna sprawy, co to znaczy martwy język? —
warknął.
Scrabble
z użyciem martwych języków stało się ich ulubioną rozrywką. Hermiona była
szczególnie zachwycona, gdy tydzień wcześniej przyłapała Lucjusza na
odświeżaniu starożytnego elamickiego.
Uśmiechnęła
się z wyższością i odchyliła na małej kanapie, w którą ona i Draco się
wcisnęli. Jej ruch przyniósł potrójne punkty za słowo, a Lucjusz był wyraźnie
wściekły, co było widoczne po powrocie do używania jej nazwiska.
—
Ostatnim razem, kiedy sprawdzałam, panie Malfoy, łacina była używana za martwy
język — odpowiedziała słodko.
Zawsze
lubiła nutę oburzenia, która pojawiała się, gdy zwracali się do siebie tak
formalnie. Używali nazwisk podczas kłótni, a szczerze mówiąc, zdarzało się to
przez większość czasu. Można by to nawet uznać za ich wersję języka miłości,
pomyślała z cichym rozbawieniem.
—
W świecie mugoli może, ale w naszym? Rzadko mija dzień, żeby nie używano łaciny
— odparł Lucjusz ostrym tonem.
Czując
chęć, by jeszcze bardziej go rozzłościć, Hermiona pochyliła się ku niemu.
—
Wciąż tkwimy w tym czarodziejskim kompleksie wyższości, co? Nieładnie.
Nozdrza
Lucjusza rozszerzyły się z irytacji, co tylko poszerzyło jej uśmiech.
—
Dobrze — powiedziała w końcu. — Przeprowadzimy głosowanie.
Odwróciła
się do Draco, zamierzając pozyskać jego poparcie, ale on był całkowicie
pochłonięty święcącym ekranem swojego nowego telefonu. Seamus zostawił go w
biurze z samego rana, ku uciesze Draco.
Już
wcześniej, podczas dyskusji z Norą o kontrzaklęciach, doszło do bolesnego,
niezręcznego momentu, gdy w tle zaczęła grać jakaś bardzo niestosowna treść.
Ten incydent doprowadził do tego, że Hermiona ustaliła pewne, sztywne granice w
miejscu pracy, między innymi lekcję korzystania ze słuchawek i wyciszania
telefonu. Oczywiście, zaraz po powrocie z pracy Draco poprosił o chwilę
prywatności i Hermiona spędziła ponad trzydzieści minut znudzona i głodna,
otulona Zaklęciem Bąblogłowego, podczas gdy Draco zajmował się swoimi sprawami.
Kilka razy…
Spojrzała
teraz na ekran i, sądząc po skupionym wyrazie twarzy Draco i jego lekkim
rumieńcu, wyglądało na to, że nadal jest całkowicie oczarowany swoim nowym hobby. Hermiona wyciągnęła rękę, żeby
odpiąć mu jedną ze słuchawek, ale zmieniła zdanie.
Zamiast
tego odwróciła się ku Narcyzie, która siedziała przy kominku z książką, na
szczęście nieświadoma zbereźności, która znajdowała się na ekranie Draco.
Zanim
Hermiona zdążyła zadać pytanie, drzwi salonu otworzyły się gwałtownie i w
przestrzeń wdarł się wir czarnych szat.
Jej
oczy rozszerzyły się z niedowierzania.
—
Profesor Snape?
—
Spostrzegawcza jak zwykle, panno Granger — powiedział gładko, a w jego głosie
słychać było ten sam znajomy akcent.
Lucjusz
i Narcyza natychmiast ruszyli w jego stronę. Mocny uścisk dłoni między dwoma
mężczyznami zakończył się, ku zaskoczeniu wszystkich, krótkim, ale szczerym
uściskiem. Narcyza powitała go pocałunkiem w oba policzki. Cała wymiana zdań
była… niepokojąca.
Nagłe
poruszenie w końcu wystarczyło, by odwrócić uwagę Draco od jego najnowszej
obsesji. Hermiona, która w myślach kalkulowała, kiedy nauczyć go zaklęcia
przeciw odparzeniom, patrzyła, jak pospiesznie chowa telefon do kieszeni,
zrywając się z kanapy i ciągnąc ją za sobą za ich złączone dłonie.
—
Ojcze chrzestny — przywitał się ciepło Draco, sięgając wolną dłonią do dłoni
Snape’a.
Hermiona
zamrugała.
—
Ojcze chrzestny?
Draco
spojrzał na nią, jakby pytała, czy różdżki wymagają baterii.
—
Tak, Hermiono. Severus był bliskim przyjacielem rodziny od lat. Przebywał tutaj,
we Dworze, żeby pomagać matce, kiedy ojciec był w Azkabanie.
Lucjusz
skinął głową i nalał Snape’owi hojnie Ognistej Whisky, klepiąc go po ramieniu.
—
Greengrassowie nalegali na jego wizytę, żeby sprawdzić, czy eliksir mógłby
zdjąć klątwę. To tylko formalność, nie ma się czym martwić.
Rozsiedli
się wokół kominka. Lucjusz zajął swój ulubiony fotel, Snape usiadł obok
Narcyzy, a Hermiona i Draco wrócili na kanapę naprzeciwko.
—
Zgadza się, Lucjuszu — powiedział Snape, upijając łyk drinka. — Nic poza czasem
nie zdejmie klątwy. Mimo to, możemy udawać, że spędziliśmy wieczór na
eksperymentach, jeśli to pozwoli zachować pozory.
—
Mogę ci podać późną kolację, Severusie? — zapytała Narcyza ciepłym i lekkim
głosem.
Hermiona
lekko się zakrztusiła, patrząc, jak dłoń Narcyzy spoczywa na udzie Snape’a.
Trąciła Draco łokciem, ale on zdawał się tego nie zauważać.
—
Nie, dziękuję, Cyziu. Nie zostanę długo.
—
Bzdura — odparł Lucjusz, wyraźnie zachwycony. — Zostaniesz na noc. Tak rzadko opuszczasz
Bulnes.
—
Wolę samotność — odparł Snape, choć pozwolił Lucjuszowi dodać sobie alkoholu, a
jego wzrok powędrował ku Narcyzie. — Ale przyjmuję twoją ofertę.
Jego
wzrok powędrował w stronę Draco i Hermiony; ostry i precyzyjny.
—
O waszej dwójce zawsze musi być głośno.
Hermiona
natychmiast poczuła się jak dwunastolatka, czekająca na reprymendę za użycie
niewłaściwej techniki mieszania.
—
Mam nadzieję, że w dobrym znaczeniu, Ojcze Chrzestny — powiedział Draco
radośnie, wyraźnie zadowolony z wizyty.
—
Głównie — odparł Snape ostrym tonem. — Poza tym incydentem. Kłopoty z runami,
panno Granger?
Zanim
Hermiona zdążyła się bronić, Lucjusz zaśmiał się.
—
O nie, Sev. Hermiona nigdy nie popełniłaby tak prostego błędu.
Hermiona
rozpromieniła się, a Draco westchnął z bólem.
—
Dziękuję, ojcze — mruknął pod nosem.
Hermiona
wiedziała, że Snape nigdy nie wrócił do Hogwartu po wojnie, co, biorąc wszystko
po uwagę, prawdopodobnie było najlepszym rozwiązaniem. To, że przeżył było
najwyraźniej cudem dalekowzroczności i uporu; wyzdrowienie po jadowitych ukąszeniach
Nagini zawdzięczał wyłącznie mikrodawkom surowicy, którą aplikował sobie od
lat. Mimo to, nawet gdy przeżył, dla wszystkich było jasne, że nauczanie nigdy
nie było jego prawdziwym powołaniem.
Ale
Bulnes? Znajdowało się bardzo daleko.
—
Dlaczego Bulnes, profesorze? — zapytała Hermiona, nie mogąc się powstrzymać.
—
Nie jestem już twoim profesorem, panno Granger — powiedział Snape, pociągając
nosem. Powoli wciągnął powietrze, jakby kolejne zdanie sprawiło mu prawdziwy
ból. — Możesz mówić do mnie Severus.
Dreszcz
przerażenia przebiegł Hermionie po kręgosłupie.
—
Wolałabym nie, dziękuję. Chyba zostanę przy proszę
pana — odpowiedziała szybko.
Snape
skinął krótko głową w geście podziękowania. Narcyza, siedząca nieopodal,
pozwoliła sobie na cień uśmiechu na ustach.
—
Odpowiadając na pytanie — kontynuował Snape. — Bulnes jest zdystansowane, ciche
i błogo wolne od wścibskich osób. Dotyczy to również twojego przyjaciela, pana
Pottera, i jego nieustannych prób… czynienia dobra.
Hermiona
skinęła głową ze zrozumieniem. Kiedy wszystko wyszło na jaw po wojnie, Harry
próbował skontaktować się ze Snape’em, licząc na rozmowę, być może na jakieś
ukojenie. Chciał porozmawiać o swoich rodzicach, zrozumieć człowieka, który go
chronił. Ale Snape, jak można było się spodziewać, unikał wszelkich,
przyjacielskich pogawędek, jak Harry optymistycznie je nazywał.
Przyglądała
się teraz Snape’owi, wciąż tak samo drażliwemu i uciążliwemu jak zawsze. A
jednak w pokoju panowała ciepła atmosfera. Niewątpliwa radość emanująca od
trójki Malfoyów na jego widok sprawiła, że czuła się, jakby zawędrowała do
równoległego wszechświata.
Draco
nachylił się i szepnął jej do ucha, naśladując zdyszany głos uczennicy.
—
Och, proszę pana. Wybierz mnie, proszę pana.
Szturchnęła
go łokciem w brzuch i odszepnęła:
—
Zazwyczaj mówię Panie tylko w
sypialni.
Draco
z trudem stłumił parsknięcie, maskując je przesadnym kaszlem.
Podczas
gdy Draco i Narcyza słuchali opowieści Snape’a o odkryciu rzadkiego składnika
eliksiru rosnącego w górach niedaleko jego domu, Hermiona odwróciła się do
Lucjusza i cicho zagadała:
—
W kontrakcie jest zapis, że wszystkie posiadłości Malfoyów zostaną utracone,
jeśli zaręczyny zostaną zerwane. Zakładam, że nie dotyczy to firm rodziny
Blacków?
Lucjusz
zastanowił się nad zmianą tematu i jej cichym tonem, zanim odpowiedział:
—
Mogłoby, gdyby jeszcze istniały. Ale wszystkie aktywa Blacków zostały przejęte
przez Malfoyów, kiedy Narcyza i ja się pobraliśmy. A żeby być zwolnionym z tego
obowiązku, firma musiałaby zostać założona przed naszym ślubem.
W
jego głosie słychać było żal i szybko, pocieszająco uścisnął jej dłoń.
Hermiona
skinęła głową, niezaskoczona. Była pewna, że prawnicy Malfoyów przejrzeli każdy
punkt kontraktu. Mimo to nie zamierzała tak łatwo się poddać.
~*~*~*~*~*~*~*~*~
Następnego
ranka, idąc w stronę jadalni, Hermiona zauważyła Snape’a wychodzącego z
korytarza prowadzącego do skrzydła rodziców.
—
Nie sądziłam, że w skrzydle twoich rodziców znajdują się pokoje gościnne? —
zapytała, zerkając ukradkiem na Draco, którego całkowicie rozproszyła nowa gra
na telefonie.
Polegała
ona na rzucaniu ptakami po ekranie za pomocą katapulty i obecnie był nią bardzo
pochłonięty.
Pokręcił
głową, wciąż wpatrując się w ekran.
—
Nie, wyremontowali go lata temu. Teraz to jeden duży apartament z osobną
garderobą.
Gdy
kolejny ptak dramatycznie przeleciał po jego ekranie, Hermiona pociągnęła ich
złączone dłonie, prowadząc go wokół majaczącej zbroi.
—
Kto w ogóle ozdabia korytarz przypadkowymi zbrojami? — wymamrotała.
Draco
nie odpowiedział, zbyt zajęty kolejnym wyrzutem.
Zerknęła
w głąb korytarza, a potem nachyliła się bliżej, zniżając głos.
—
Więc… dlaczego Snape stamtąd wychodził?
Draco
zamilkł, trzymając kciuk nad ekranem, i spojrzał na nią. Minęła chwila, zanim
dotarła to niego ta sugestia.
Kiedy
w końcu do niego dotarła, cofnął się gwałtownie.
—
Fuj, Granger. Wyrzuć to z głowy.
Wzdrygnął
się całym ciałem i pokręcił głową z udawanym przerażeniem.
Hermiona
uśmiechnęła się krzywo i uniosła brew.
—
Nic nie powiedziałam.
Brak komentarzy