[T] Związek na pokaz: Obejście

czwartek, 30 lipca 2026

  

Witajcie :) w czwartkowe popołudnie zapraszam na kolejny rozdział tłumaczenia. Dowiemy się dziś trochę o rodzicach Hermiony. I będziemy świadkami pierwszej kłótni naszej ulubionej pary.

Na kolejny rozdział zapraszam w poniedziałek. Miłej lektury!

 

___________

 

Rozdział 7: Obejście

 

Przez ostatnie pięć lat Hermiona odwiedzała rodziców w każdą niedzielę w Domowym Ośrodku Rehabilitacji Magicznej w Parkwood. Zbudowano go na miejscu dawnej, okazałej posiadłości w Kornwalii, która popadła w ruinę po śmierci ostatniego właściciela, który nie pozostawił po sobie spadkobierców. Długa, kręta droga prowadząca do posiadłości była zamknięta dla mugoli, którzy uważali te tereny za opustoszałe złomowisko, ale dla odwiedzających ją czarodziejów widok był zupełnie inny. Obecny ośrodek mieścił się w odnowionym szesnastowiecznym dworze, w którym było ponad sześćdziesiąt pokoi w głównym budynku, a trzy inne pełniły funkcje administracyjne. Stał na klifie z widokiem na ocean. Przed nim rozciągał się szeroki, piękny trawnik, a za nim wypielęgnowane ogrody. Za głównym budynkiem znajdowały się schody wbudowane w ścianę klifu, po których goście schodzili na małą, prywatną plażę.

— Panno Granger — powitała Hermionę wiedźma z recepcji, gdy przybyła dzień po przyjęciu Teddy’ego. — Oto pani przepustka — powiedziała, wręczając małą, drewnianą odznakę doczepioną do smyczy. Na odznace widniało logo Parkwood, imię Hermiony, pod nim napis GOŚĆ oraz data — wszystko magicznie wypalone w drewnie. — Panny rodzice są dziś na plaży.

Hermiona podziękowała czarownicy, wzięła odznakę i zawiesiła ją sobie na szyi. Była w ośrodku tak wiele razy, że nie musiała pytać o drogę, tylko szybko przeszła na tyły budynku, a następnie zeszła długimi i wąskimi schodami wzdłuż krawędzi klifu na plażę.

Kilkoro pensjonariuszy było na plaży, korzystając z pięknego popołudnia. Niektórzy siedzieli na piasku, wygrzewając się na słońcu. Inni pluskali się w wodzie pod czujnym okiem uzdrowicieli. Hermiona zastała rodziców siedzących na kocu pod dużym parasolem. Jej tata zdawał się drzemać, a mama czytała powieść.

— Dzień dobry — przywitała się.

Helen Granger, która teraz myślała, że nazywa się Monica Wilkins, podniosła wzrok znad książki, którą czytała i szeroko się uśmiechnęła.

— Dzień dobry! Hermiona, prawda? — zapytała.

— Tak — przyznała, odwzajemniając uśmiech.

Pamięć następcza jej mamy zdawała się wracać. Po latach wielokrotnego przedstawiania się, zanim mama przestała patrzeć na Hermionę jak na kogoś zupełnie obcego za każdym razem, gdy ją odwiedzała. Teraz rozpoznawała Hermionę, choć uważała ją za dziewczynę, która po prostu zatrzymała się w tym samym hotelu co Grangerowie. Helen uważała, że ona i jej mąż nadal prowadzą gabinet stomatologiczny w Melbourne, ale są na kilkutygodniowych wakacjach nad morzem w Anglii.

— Wendell!! — Helen szturchnęła śpiącego męża. — Patrz, kto wpadł do nas z wizytą!

Wendell Wilkins, dawniej Richard Granger, ocknął się, zamrugał i zobaczył Hermionę. Zdezorientowany, zmarszczył na chwilę brwi.

— To Hermiona — rzekła Helen. — Pamiętasz Hermionę? Tę miłą, młodą damę, która zatrzymała się w naszym hotelu? Chodź, Hermiono, usiądź z nami. Pogadamy trochę.

— Ach, tak! — Richard usiadł i się uśmiechnął. — Oczywiście. Nie widywaliśmy się ostatnio zbyt często. Jak się masz?

— Bardzo dobrze — odparła, siadając na brzegu plażowego koca rodziców. — Właśnie zaczęłam nową pracę.

— Naprawdę? I dali ci wolne na wakacje? Co za hojny pracodawca — mruknęła Helen. — Co to za praca?

— W lab… w przemyśle farmaceutycznym — odpowiedziała Hermiona.

— Fascynujące — rzekł Richard. — W jakiej firmie pracujesz? Pfizer? Novartis? Astra Zeneca?

— Nie, to mała firma — wyjaśniła. — Ale zajmuję się badaniami i wytwarzaniem.

— Jakieś leki do użytku stomatologicznego? Środki znieczulające, antybiotyki czy leki przeciwpróchnicze?

Hermiona się uśmiechnęła. Jej rodzice uwielbiali rozmawiać o pracy.

— Nic z tych rzeczy. Ale proszę, powiedzcie mi, co robiliście w tym tygodniu?

Hermiona rozmawiała z rodzicami prawie godzinę. To był jeden z ich lepszych dni i poczuła się podniesiona na duchu, zostawiając ich samych przed wieczorem. Rozmawiała z uzdrowicielką opiekującą się ich oddziałem.

— Wydają się być całkiem zadowoleni i pamięć mamy zdaje się poprawiać.

Uzdrowicielka się uśmiechnęła.

— Zalecamy ostrożny optymizm, ale Helen radzi sobie lepiej w niektórych wskaźnikach poznawczych. Czasami jednak takie postępy wywołują pogorszenie, więc będziemy ją obserwować i powiadomimy panią, jeśli się coś zmieni.

— Dziękuję — powiedziała. — Do zobaczenia w przyszłym tygodniu.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Pogorszenie, przed którym ostrzegali Hermionę uzdrowiciele, nastąpiło bardzo szybko.

W następną sobotę po południu, gdy Hermiona stała przed szafą, zastanawiając się, co na siebie włożyć tego wieczoru na swoją pierwszą, „oficjalną” randkę z Draco o dziewiętnastej, nadszedł Patronus z wiadomością z Parkwood, oznajmiającą, że jest problem z jej mamą i wymagają natychmiastowej obecności Hermiony.

Rzuciła sukienki na podłogę, złapała swój ulubiony, niebieski kardigan z pobliskiego krzesła i pobiegła do kominka. Chwilę później była w Parkwood, gdzie czekała na nią uzdrowicielka.

— Jak się czuje moja mama? — zapytała, gdy tylko dotarła na miejsce.

— Ma jeden z tych dni — powiedziała uzdrowicielka, wręczając Hermionie przepustkę.

Wsunęła ją do kieszeni swetra i poszła korytarzem za uzdrowicielką. Poczuła, że serce jej zamiera, bo wiedziała, co kobieta miała na myśli, mówiąc, że jej mama ma jeden z tych dni.

Przez większość czasu jej matka uważała się za Monicę Wilkins, dentystkę posiadającą gabinet w Melbourne, ale przebywającą w Anglii na wakacjach. Jednak czasem przypominała sobie, że nazywa się Helen Granger. A kiedy to się działo, stawała się zdezorientowana, niespokojna, a czasami bardzo agresywna. Personel od czasu do czasu musiał używać eliksirów lub zaklęć, aby obezwładnić pacjentów, którzy zachowywali się niewłaściwie, a Hermiona wydała surowe instrukcje, aby powiadomić ją, jeśli jej matka kiedykolwiek znajdzie się w takim stanie.

Kiedy dotarli do sali szpitalnej jej mamy, zastali Helen Granger, a nie Monicę Wilkins.

— Mam na imię Helen! — krzyknęła. — Przestańcie nazywać mnie Monica! Muszę znaleźć moją córkę! Nie możecie mnie więzić!

— Pani Wilkins, proszę — błagała uzdrowicielka, próbując ją unieruchomić.

Doktor Granger, jak już! Kim, u licha, jest pani Wilkins? I gdzie jest moja córka? Muszę znaleźć moją córkę! Gdzie jest Hermiona?

— Mamo! — powiedziała Hermiona, biegnąc do matki. — Jestem tutaj!

Kobieta umilkła i spojrzała na nią podejrzliwie.

— Kim jesteś?

— Mamo! To ja, Hermiona!

Próbowała powstrzymać łzy. To nie był pierwszy raz, kiedy się to zdarzyło i zawsze bolało.

— Nie jesteś moją Hermioną! Moja córka ma jedenaście lat! Nie znam cię. Zabrałaś moją córkę? Gdzie ona jest?

Do sali weszła kolejna uzdrowicielka. Helen nieufnie rozejrzała się dookoła.

— Czy możesz nam powiedzieć, kim jesteś i co pamiętasz? — zapytała spokojnie uzdrowicielka.

Wciąż z miną spłoszonego zwierzęcia, Helen powiedziała:

— Nazywam się Helen Granger. Jestem dentystką. Mieszkam w Hampstead. Mam męża o imieniu Richard. On też jest dentystą. Posiadamy córkę o imieniu Hermiona. Gdzie jest mój mąż? Gdzie jest moja córka?

— Gdzie jest mój tata? — zapytała Hermiona szeptem najbliżej strojąca uzdrowicielkę.

— Pani tata znajduje się w pokoju rekreacyjnym — szepnęła. — Uznaliśmy, że w takich okolicznościach najlepiej będzie ich rozdzielić, ponieważ nie chcieliśmy, aby epizod pani mamy wywołał podobny u pani taty.

Hermiona skinęła głową. Epizody utraty świadomości i dezorientacji u jej taty zdarzały się znacznie rzadziej niż u mamy, ale zazwyczaj były gorsze. Trudniej było go uspokoić i uśpić, a czasami stawał się agresywny. Jeden z epizodów sprzed roku wymagał użycia zaklęć ogłuszających przez trzech różnych uzdrowicieli, którzy go uspokajali przez dwa dni. Hermiona nadal czasami miała koszmary po tym incydencie.

— Który mamy rok? — kontynuowała spokojnie uzdrowicielka. — Pamiętasz datę?

— Jest pierwszy września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego roku — powiedziała Helen. — Mamy odwieść córkę na dworzec King’s Cross, żeby zdążyła na pociąg podczas jej pierwszego dnia w szkole i nie możemy się spóźnić. Nie wiem, gdzie oni są i dlaczego jestem tu przetrzymywana wbrew mojej woli.

Pomimo tego, że data była błędna, było to najbardziej spójne wspomnienie, jakie Hermiona słyszała od mamy, odkąd próbowała odwrócić zaklęcie Obliviate rzucone na jej rodziców.

— Mamo! — jęknęła rozpaczliwie. — To ja, Hermiona.

— Przestań tak mówić! — warknęła Helen. — Moja córka ma jedenaście lat!

— Mamo, nie jest już tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty pierwszy rok, tylko dwa tysiące czwarty. To ja, Hermiona. Mogę to udowodnić! Na moje dziesiąte urodziny kupiłaś mi lalkę Barbie i prenumeratę Encyklopedii Britannica. Na moje szóste urodziny dostałam od ciebie małą, pluszową wydrę, którą nazwałam Ollie Ottie. Moim… moim ulubionym deserem jest sernik. Ty… masz dwie obrączki ślubne, bo pewnego dnia myślałaś, że w pracy zgubiłaś oryginalną, ale znalazłaś ją kilka miesięcy później, krótko po tym jak tata kupił ci nową. Ty i tata tańczyliście do Unforgettable na swoim ślubie!

Podczas przepełnionej paniką wypowiedzi Hermiony, wyraz twarzy Helen zmienił się ze sceptycznego na podejrzliwy, później na niedowierzający, a na końcu w gniew.

— Przestań! Przestań! — krzyknęła Helen. — Kim jesteś? Skąd to wiesz?

— Mamo, proszę!

Hermiona była bliska płaczu.

Helen uderzyła ją w twarz.

— Nie jestem twoją mamą! Nie wiem, kim jesteś! Nie wiem… puśćcie mnie! — krzyknęła, gdy dwie uzdrowicielki odciągnęły ją od Hermiony i zaczęły fizycznie podtrzymywać przed ponownym uderzeniem.

Jedna z czarownic zwróciła się do Hermiony:

— Przykro mi, panno Granger, ale musi pani wyjść. Stan pani mamy się pogarsza i musimy ją uspokoić, inaczej będzie jeszcze gorzej.

W tym samym momencie, gdy uzdrowicielka wezwała fiolkę eliksiru uspokajającego, przyszła czarownica, by zabrać Hermionę z pokoju. Jej mama wciąż wołała swoją córkę i wyrywała się z magicznych kajdanek, gdy drzwi zamknęły się przed oczami Hermiony.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Uspokojenie mamy Hermiony i ułożenie jej do snu zajęło więcej czasu niż zwykle, a kiedy Hermiona opuściła Parkwood, była już prawie dziewiętnasta. Aportując się z powrotem do mieszkania, uświadomiła sobie, że nie zdążyła się przygotować do kolacji z Draco. Myślała gorączkowo nad wysłaniem sowy z prośbą o odwołanie spotkania, ale jakaś resztka wrodzonej dumy nie pozwoliła jej wycofać się ze zobowiązania. Pogodziła się z kilkuminutowym spóźnieniem i szybko rzuciła na siebie zaklęcie oczyszczające. Włożyła pierwszą sukienkę, jaką rozważała założyć — czarną, satynową, lejącą z koronkowym dekoltem — i pomalowała usta jaskrawoczerwoną szminką. Najbardziej frustrowały ją włosy. Planowała spędzić popołudnie na prostowaniu i układaniu włosów, ale teraz mogła je tylko skręcić i upiąć kok dodatkowymi spinkami. Efekt końcowy, który zobaczyła w lustrze, był znośny, ale daleki od tego, co pierwotnie planowała. Spóźniała się już prawie dwadzieścia minut. Draco podał jej adres Gwiezdnego Pyłu — nowej restauracji, którą niedawno otworzono na Ulicy Pokątnej niedaleko banku. Wzięła głęboki oddech i aportowała się pod wskazany adres.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Było chwilę po dwudziestej pierwszej, kiedy Draco wrócił do mieszkania. Stało się to znacznie wcześniej, niż planował, ale wieczór okazał się katastrofą i był w fatalnym humorze. Na początek Hermiona spóźniła się dwadzieścia minut, bez żadnego wyjaśnienia poza lakonicznym Przepraszam za spóźnienie, Malfoy.

Brak wyjaśnienia, w połączeniu z tym, że przez prawie cały wieczór unikała jego wzroku, był frustrujący, ale starał się stłumić irytację i wciągnąć ją w rozmowę, stworzyć odpowiedni nastrój, a nawet spróbować ją zrelaksować.

Lecz Hermiona była spięta przez całą noc. Udzielała krótkich, mało wylewnych odpowiedzi. Na powtarzające się pytania Draco odpowiadała Wszystko w porządku, nic mi nie jest. Wypiła o wiele więcej, niż powinna, i prawie w ogóle nie jadła. Nawet się nie wystroiła. Draco zawsze uważał Hermionę za atrakcyjną kobietę, ale widział ją w poprzednich latach na świątecznych galach Ministerstwa i innych imprezach, gdzie się stroiła, i wiedział, że potrafi włożyć w to o wiele więcej wysiłku.

I pomimo ostrzeżeń Draco, że zamawiane przez nią koktajle mogą być mocniejsze, niż myślała, zamawiała drinka za drinkiem, aż w końcu zaczęła bełkotać i chichotać.

Draco zaczynał żałować każdego wyboru życiowego, który kiedykolwiek doprowadził go do tej sytuacji. Poprosił o rachunek i możliwość skorzystania z prywatnej Sieci Fiuu restauracji, żeby zabrać Hermionę do jej mieszkania, zamiast wyprowadzać ją frontowymi drzwiami, gdzie z pewnością stali reporterzy i fotografowie, który relacjonowali, komu dzisiejszego wieczoru udało się zarezerwować stolik w Gwiezdnym Pyle.

Udało mu się ją obudzić na tyle, by zaciągnąć ją do kominka i podała mu swój adres. Wyniósł ją z kominka do jej mieszkania, gdzie omal nie potknął się o Krzywołapa, próbując zanieść ją do sypialni. Hermiona chrapała z głową wtuloną w jego ramię i gdyby nie był na nią tak wściekły, mógłby uznać to za urocze. Zaniósł ją krótkim korytarzem i położył na łóżku o wąskiej i bardzo nierównej konstrukcji, która zajmowała większość jej bardzo ciasnej sypialni. Zdjął jej buty i przykrył kołdrą. Przez chwilę zastanawiał się, czy powinien to robić, ale w końcu wyciągnął z kieszeni małą fiolkę eliksiru na kaca i postawił ją na szafce nocnej obok jej łóżka.

Rzucił Hermionie ostatnie spojrzenie i skrzywił usta. Wyprostował się i po raz pierwszy rozejrzał po otoczeniu. Mieszkanie było małe i zaniedbane, rozpaczliwie wymagające malowania. W ścianach znajdowały się drobne pęknięcia, przez które odpadał tynk i widać było cegły. W sypialni Hermiony panował bałagan: sukienki walały się po podłodze, a na rozchwianej komodzie, nad którą wisiało małe lusterko, stały krzywo opakowania i słoiki z kosmetykami. Przechodząc przez mieszkanie w stronę kominka, zobaczył, że jej salon był średniej wielkości, ale zdominowany przez trzy przepełnione regały na książki. Stała tam mała, sfatygowana kanapa, stolik kawowy i wytarty, skórzany fotel, tworzące kącik wypoczynkowy, oraz kominek z imitacji marmuru, będący podpiętym do Sieciu Fiuu. Na kominku, w prostej, mosiężnej ramce stało pojedyncze zdjęcie Hermiony z rodzicami, zrobione w okresie jej nastoletnich lat. W rogu pokoju, między regałami a ścianą, stał drapak dla kota, pod którym leżało legowisko. W przeciwieństwie do sypialni, salon wyglądał schludnie. Poza tym zdjęciem, regałami i kocimi gadżetami całe mieszkanie wyglądało na bardzo niedopracowane i bezosobowe, jakby było jedynie przystankiem. Draco uważał to miejsca za wyjątkowo przygnębiające.

Gdy wrócił do swojego mieszkania, nalał sobie szklankę Ognistej Whisky i udał się na balkon. Cały wieczór był koszmarem. Czy Hermionie sama myśl o byciu z nim, a nawet udawaniu, wydawała się tak odrażająca, że wolała się upić? Że wolałaby mieszkać w obskurnym, nieprzyjaznym mieszkaniu, niż wziąć od niego pieniądze i poprawić swoją sytuację? Myślał, że ich znajomość, jaka by ona nie była, poprawiła się w ciągu ostatnich kilku tygodni. Myślał, że mieli szansę, żeby wszystko się udało.

Ognista Whisky paliła go w gardle, a Mroczny Znak pulsował. Rzadko mu dokuczał od czasu śmierci Voldemorta, ale czasami, gdy jego tarcze słabły i nawet Oklumencja nie mogła uchronić go przed natrętnymi myślami i nienawiścią do samego siebie, Znak znów dawał o sobie znać.

Czasami Draco czuł, jakby powoli odzyskiwał szacunek. Przywracał prestiż nazwisku Malfoy. W końcu mógł kroczyć przez czarodziejską Wielką Brytanię z podniesioną głową. Prowadził legalny biznes. Malfoy Holdings było jednym z największych pracodawców zatrudniających czarodziejów i czarodziejki w Wielkiej Brytanii. Dbał o to, by jego pracownicy byli dobrze traktowani. Jego matka przekazywała ogromne sumy galeonów na wiele szczytnych celów: na rzecz Szpitala Świętego Munga, organizacji pomagającym wdowom i sierotom wojennym oraz organizacjom, które co miesiąc podawały tojad ofiarom Fenrira Greybacka.

Powoli, ale nieubłagalnie, te czyny przynosiły efekty. Przez większość dni ludzie traktowali go z szacunkiem, respektem, a przynajmniej tolerowali. Nawet artykuły o nim w Proroku Codziennym zdawały się być mniej irytujące w ciągu ostatnich kilku lat, choć prawdopodobnie wpływ na to miał również fakt, że Tygodnik Czarownica zaczął umieszczać go na liście Najbardziej Uprzywilejowanych Kawalerów Czarodziejskiej Wielkiej Brytanii, i te egzemplarza sprzedawały się dobrze.

Ale od czasu do czasu dochodziło do nieprzyjemnych incydentów, które dobitnie przypominały mu, że ludzie wciąż pamiętają: czasem zaczepiano go na ulicy, a nawet opluwano. Czasami do Dworu lub jego gabinetu wysyłano groźby i przeklęte przedmioty. Do dziś nie wolno mu było wchodzić do Trzech Mioteł w Hogsmeade, pomimo szczerych przeprosin, które wysłał Madame Rosmercie, zanim opuścił Hogwart na ósmym roku.

I najwyraźniej, mimo że Hermiona Granger zapewniała go, że wybaczyła mu jego zachowanie wobec niej w dzieciństwie i to, co wydarzyło się w salonie Dworu Malfoyów, nie potrafiła przezwyciężyć nieufności i niechęci wobec niego.

To nie powinno go aż tak bardzo obchodzić. Granger była kimś, kogo zatrudnił do wykonania zadania. Po prostu nie nadawała się do niego. Jak każdego, innego pracownika, który się nie sprawdził, powinien móc zastąpić ją kimś innym. Po prostu powie jej, że to się nie uda, a potem poszuka bardziej odpowiedniej kandydatki na to stanowisko. Proste.

Tyle że to nie było łatwe. Dręczyło go to do szpiku kości. Może dlatego, że byli kolegami z pracy. Może dlatego, że z opóźnieniem zdał sobie sprawę z tego, że jest naprawdę atrakcyjna. Może dlatego, że…

Może dlatego, że przez ostatnie kilka razy, kiedy spędzał czas z Granger, czuł, że mogą się dogadać. Może dlatego, że kiedy ją pocałował w Szmaragdowym Globie, myślał, że coś do niego poczuła — z pewnością tak było. Może dlatego, że kiedy uśmiechała się do niego na przyjęciu urodzinowym Teddy’ego, uwierzył, że była szczera. Może był pieprzonym idiotą, szukając sensu gestów, które nic dla niej nie znaczyły.

Z całej siły wzmocnił tarcze w umyśle. Nic nie zyska, zanurzając się głęboko w te makabryczne i niepokojące myśli. A jednak zastanawiał się, czy dzisiejszy wieczór nie byłby dla niego mniej stresujący, gdyby od początku uważał ją za całkowicie chłodną i obojętną?

Pociągnął długi łyk Ognistej Whisky. Alkohol palił w gardle i skupił na tym całą swoją uwagę, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w sznury samochodów przemykające ulicami Londynu daleko w dole.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Mama Hermiony spała, kiedy następnego dnia przyjechała do Parkwood na cotygodniową, niedzielną wizytę. Połączenie środków uspokajających i fizycznego wyczerpania po epizodzie sprawiło, że przespała większość dnia i pomimo poczucia winy, Hermiona czuła ulgę, że tego dnia nie będzie już świadkiem kolejnego załamania ani komplikacji. Spędziła prawie godzinę z uzdrowicielką, omawiając to, co przydarzyło się jej mamie poprzedniego dnia, i rozważając dalsze opcje leczenia oraz plany, zanim udała się do taty.

Richard Granger/Wendell Wilkins znajdował się w ogrodzie, kiedy Hermiona przybyła. Siedział na drewnianej ławce pod klonem, mogąc patrzeć na klify i ocean. W dłoniach trzymał egzemplarz Dzieł Williama Szekspira z komentarzem.

— Ach, Hermiono, miło cię widzieć — powiedział. — Jak ci mijają wakacje?

Zdołała się uśmiechnąć, siadając obok taty, który zdawał się nie zauważać, że jego wakacje nad morzem trwają już kilka lat.

— W porządku — odparła. Skinęła głową na książkę. — Którą sztukę czytasz?

— Czytam Zimową opowieść — rzekł. — A teraz fragment o królowej Hermionie. Niezły zbieg okoliczności, prawda?

— Tak, całkiem — zgodziła się, dodając: — Czytaj dalej. Po prostu chciałam do ciebie dołączyć.

Sięgnęła do swojej torebki z koralikami i wyciągnęła powieść do czytania. Otwierając książkę, spojrzała na tatę i nostalgia uderzyła ją z całej siły. Uwielbiali siedzieć obok siebie i czytać. Niezliczone, szczęśliwe godziny spędzili na kanapie w salonie ich londyńskiego domu, siedząc obok siebie, czytając w miłej atmosferze i od czasu do czasu rozmawiając o książkach, które czytali. Kiedy przeniosła wzrok na swoją książkę, po jej policzku spłynęła pojedyncza łza.

Tego wieczoru, gdy wróciła do domu, wyciągnęła wszystkie książki o eliksirach, jakie miała, i zaczęła je przeglądać. Uzdrowiciele w Parkwood robili, co mogli, ale czuła, że kończą im się możliwości. Teraz zaufała eliksirowi przywracającemu pamięć, który opracowywał Mistrz Bergen, i była bardziej niż kiedykolwiek zdeterminowana, by pomóc mu dokończyć pracę. Zaznaczała strony, robiła adnotacje, notatki i spisywała pomysły, pracując do późna, aż w końcu poddała się zmęczeniu i poszła spać.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Wezwanie dotarło w poniedziałek rano, gdy Hermiona była w trakcie testowania nowego wariantu eliksiru. Notatka, zaczarowana w kształt smoka, wylądowała przed nią na roboczym blacie.

Obawiała się spotkania z Draco odkąd obudziła się poprzedniego dnia w swoim mieszkaniu, nie mając pojęcia, jak się tu znalazła. Domyślała się, że ich kolacja nie poszła dobrze, skoro zostawił fiolkę eliksiru na kaca na jej szafce nocnej. Ale jej myśli tamtego dnia zdominował stan psychiczny rodziców i to, co mogłaby zrobić, by przywrócić im pamięć. Myślała o tym tak intensywnie, że udało jej się stłumić myśli o kolacji z Draco. Teraz jednak, w obliczu notatki wzywającej ją do jego gabinetu, poczuła skurcz w żołądku, gdy starała się jak najlepiej przypomnieć sobie, co dokładnie się wydarzyło podczas kolacji z nim, i zastanawiała się, jakie będą tego konsekwencje.

Rzuciła szybkie zaklęcie statyczne na eliksir, nad którym pracowała, i dotarła na czterdzieste piąte piętro.

Weszła do zewnętrznej recepcji, gdzie Desiree Avery przeglądała poranną sowią pocztę.

— Mal… znaczy, pan Malfoy prosił, abym do niego przyszła — wyjaśniła Hermiona.

Desiree skinęła głową w stronę drzwi.

— Pan Malfoy na panią czeka.

— Dziękuję — odparła.

— Jest w złym humorze — ostrzegła jego asystentka.

Serce Hermiony podskoczyło. Dziesięć kroków, które trzeba było zrobić, żeby przejść przez recepcję do gabinetu Draco, wydawało się ciągnąć w nieskończoność. Zatrzymała się przed drzwiami, zebrała w sobie, wzięła głęboki oddech i pchnęła drzwi.

— Panie Malfoy, chciał mnie pan widzieć? — zapytała.

— Zamknij drzwi, Granger — powiedział, podnosząc wzrok znad dokumentów.

Hermiona zamknęła za sobą drzwi i przeszła przez pokój w jego stronę. Wstał, a kiedy na nią spojrzał, jego szare oczy wypaliły dziury w jej sumieniu. Omiótł ją oceniającym wzrokiem od góry do dołu i zdała sobie sprawę, że nie jest ubrana w strój zgodny z zasadami firmy. Ponieważ personel laboratorium eliksirów nosił obszerne szaty laboratoryjne, zaczęła nosić pod spodem luźne, mugolskie ubrania. Miała na sobie dżinsy i koszulkę, na którą narzuciła swój ulubiony, niebieski kardigan — strój bardziej odpowiedni na kampus uniwersytecki niż do pracy w wielomiliardowej korporacji. Pod przenikliwym spojrzeniem Draco czuła się, jakby stała przed nim naga.

— Zakładam, że wiesz, dlaczego poprosiłem cię o spotkanie — zaczął.

Jego słowa i ton głosu ociekały jadem i wściekłością.

— Przepraszam za tamten wieczór… — wymamrotała.

— Myślałem, że to była zwykła prośba — kontynuował, jakby w ogóle się nie odezwała. Nadal wpatrywał się w nią, a jego słowa raniły niczym bicz. — Zwykła, nieformalna kolacja. Może nawet przyjacielska. — Ostatnie słowo brzmiało w jego ustach jak przekleństwo. Hermiona się skrzywiła, a on mówił dalej: — Chciałem, żeby ludzie przyzwyczaili się do widoku nas razem. W końcu zgodziłaś się słownie i pisemnie, że możesz to zrobić.

Przygryzła wargę. Nie była pewna, co zrobiła ani co mogła zrobić poza przeproszeniem za swoje zachowanie. Ale jak mogła go porządnie przeprosić, skoro nie pamiętała, co zrobiła?

Jakby słysząc pytanie w jej głowie, zapytał:

— Czy ty w ogóle wiesz, co robiłaś tamtego wieczoru?

— Proszę — wyszeptała. — Ja…

— Po pierwsze, spóźniłaś się bez żadnego wyjaśnienia, wyglądając tak, jakbyś w ostatniej chwili coś na siebie założyła. Potem nie chciałaś jeść, nie chciałaś ze mną rozmawiać, nawet na mnie nie spojrzałaś. Wyglądałaś tak, jakbyś się spodziewała, że rzucę na ciebie Crucio! A potem się upiłaś na umór w niecałą godzinę!

— Nie chciałam aż tyle pić. Przepraszam!

— Nie wierzę w żadne z twoich słów, Granger oraz nie wierzę w to, że nie znasz swoich granic w temacie alkoholu. To nie był przypadek. Wiesz, twoim jedynym zadaniem tego wieczoru było zjedzenie kolacji, uśmiechając się przy tym. Tak podchodzisz do swoich obowiązków? Myślałaś, że uda ci się przetrwać, gdy się upijesz? Wiem, że jesteś cholerną Hermioną Granger, najmądrzejszą czarownicą swojego pokolenia, ale czy myślałaś, że reszta z nas… myślisz, że jestem aż tak głupi?

— Malfoy…

— Nawet teraz nie potrafisz spełnić prostej prośby, żebyś zwracała się do mnie po imieniu!

— Przepraszam… Dr-Draco! Proszę…

— Myślałem, że mogę z tobą zaryzykować, Granger. Myślałem, że jesteś ponad to. W końcu i tak nigdy nie będę dla ciebie nikim więcej niż Śmierciożercą, prawda?

Hermiona pokręciła głową.

— Nie! To nie…

Podeszła bliżej, mówiąc to, ale uderzyła biodrem o krawędź biurka i zatoczyła się do przodu.

Instynktownie wyciągnął rękę, żeby ją podtrzymać, i kiedy to zrobił, zobaczył, jak coś wypada z kieszeni jej kardiganu. Sięgnął, żeby to podnieść i zobaczył, że to przepustka gościa z Parkwood. Było na niej napisane imię Hermiony i data odwiedzin.

Zmarszczył brwi.

— To przepustka sprzed dwóch dni.

— Tak — powiedziała, wyciągając po nią rękę. — Proszę, Draco, ja…

Ale on wciąż wpatrywał się w datę.

— Myślałem, że odwiedzasz rodziców w niedzielę.

— Tak.

— Więc… dlaczego byłaś tam w sobotę?

Wzięła głęboki oddech.

— Moja… moja mama miała tego dnia zły dzień i uzdrowiciele mnie o tym poinformowali. Byłam z nią całe popołudnie.

Napięcie i gniew zdawały się z niego ulatniać.

— Dlatego spóźniłaś się na kolację?

Skinęła głową.

— Przepraszam. Przeszło mi przez myśl, żeby wysłać do ciebie sowę z prośbą o odwołanie, ale nie chciałam, żebyś pomyślał, że chcę się wycofać… ale z drugiej strony… nie chciałam tak spieprzyć…

— Na Godryka, Granger! — jęknął, oddając jej przepustkę. — Dlaczego, na Salazara, nie powiedziałaś mi o tym w sobotę?

— Czy to by coś zmieniło?

Wyglądał tak, jakby ktoś uderzył go w twarz.

— Za jakiego potwora mnie masz?

Przygryzła wargę.

— To… to, co jest między nami, nie jest prawdziwe. Moi rodzice to moja prywatna sprawa i nie chciałam cię w to mieszać. Oni nie są twoim problemem. Oni…

— Granger — przerwał jej. — Co się stało twojej mamie?

Znów przygryzła wargę, a potem westchnęła. Spojrzała na swoje dłonie, które bawiły się brzegiem swetra. Po chwili znów podniosła wzrok.

— Przez większość dni moi rodzice mają się dobrze i są szczęśliwi. Myślą, że nazywają się Monica i Wendell Wilkins. Są przekonani, że nadal prowadzą klinikę stomatologiczną w Melbourne, a po prostu wyjechali na wakacje do Kornwalii. Kiedy ich odwiedzam, myślą, że jestem gościem, który zatrzymał się w tym samym ośrodku co oni.

— Przez większość dni?

Odwróciła wzrok.

— Od czasu do czasu wraca jakieś wspomnienie. Zdarza się to częściej mojej mamie niż tacie. Kiedy ma epizod, pamięta, kim jest, ale myśli, że jest rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty pierwszy. Zaczyna panikować, że nie może znaleźć córki.

— Co się dzieje, gdy ciebie zobaczy?

Po policzku Hermiony spłynęła łza.

— Ona… ona mnie nie poznaje. Szuka mojej jedenastoletniej wersji. Nieważne, co powiem, gdy jest w takim stanie, nigdy mi nie wierzy, że jestem jej córką. Ona… się boi. Albo się wścieka.

— Bywa agresywna?

Draco podał Hermionie chusteczkę, którą przyjęła.

— Dzięki. Cóż… zazwyczaj nie.

— Zazwyczaj? Ale bywa?

Skrzywiła się.

— Myśli, że porwałam jej córkę albo że próbuję ją oszukać. Uspokojenie jej zazwyczaj zajmuje sporo czasu. Nawet eliksiry słabo działają, ale starają się nie używać zbyt wielu zaklęć na pacjentach w tym stanie, bo boją się, że to wszystko pogorszy, ale od czasu do czasu, gdy jest zbyt pobudzona, muszą ją ogłuszać, żeby… żeby jej umysł się wyciszył.

— To zrobili w sobotę?

Skinęła głową.

— Kiedy… kiedy była ogłuszona, zdawało się… przez chwilę, że nagle zrozumiała, co się dzieje. Wiedziała, że używają na niej magii. I patrzyła na nas. Patrzyła na mnie… i na jej twarzy malowała się zdrada i zranienie, zanim straciła przytomność. — Głos Hermiony się załamał. Draco zrobił krok ku niej, by ją objąć. Zesztywniała na chwilę, nie spodziewając się, że zostanie przytulona, ale potem uległa potrzebie pocieszenia i szlochała wtulona w jego pierś. — Przepraszam, że tyle wypiłam w sobotę… Po prostu nie mogłam wyrzucić tego spojrzenia z głowy przez cały wieczór.

— Ciii…

Draco ją uspokajał, powoli pocierając dłonią jej plecy.

— Miała taki sam wyraz twarzy, kiedy rzucałam na nią Obliviate — wyznała Hermiona, a łzy spływały jej po twarzy, wsiąkając w przód koszuli Draco. — Tuż przed tym, jak o mnie zapomniała, wiedziała. Wiedziała…

Draco trzymał ją jeszcze przez kilka minut, podczas których Hermiona próbowała się uspokoić. W końcu udało jej się przestać myśleć o twarzy mamy i poczuła leśny, cytrusowy zapach, który kojarzyła z Draco, połączony z ciepłem jego piersi przez częściowo przemoczony przód koszuli i delikatny, kojący ruch dłoni, przeciągającej się po jej plecach. Część niej chciała tak po prostu stać, podczas gdy inna poczuła nagłą, desperacką potrzebę odsunięcia się.

Przełknęła ślinę i puściła go.

— Dziękuję — powiedziała, czując ulgę, że jej głos brzmi już normalniej. Spojrzała ze smutkiem na jego koszulę. — Przepraszam, że zmoczyłam ci koszulę.

— Nie przejmuj się tym, Granger — rzekł, wyciągając ręce i ujmując jej dłonie, patrząc prosto w oczy. — Jesteś pewna, że wszystko w porządku?

Skinęła głową. Spojrzenie w jego oczach było pełne troski, co jednocześnie ją rozgrzało i zaniepokoiło. Wciąż spodziewała się po nim szyderczego uśmiechu albo typowego uśmieszku, siłą nawyku z lat spędzonych razem w Hogwarcie. Ale Draco, którego znała od pierwszego spotkania w tym gabinecie dwa miesiące temu, był miły i pełen szacunku. A nawet droczył się z nią. Wytrącał ją z równowagi w sposób, który w jakiś sposób przerażał ją bardziej niż kiedykolwiek, gdy był okrutnym i wrednym nastolatkiem.

— Więc jak się czuje twoja mama? Przypuszczam, że widziałaś się wczoraj z rodzicami?

— Odpoczywała. Jej… jej epizody bardzo ją wykańczają, więc zajrzałam do niej na chwilę, kiedy spała. Spędziłam popołudnie z tatą. Rozmawialiśmy… rozmawialiśmy o książkach, które czytaliśmy. — Uśmiechnęła się smutno. — A potem zapytał mnie, czy moje imię pochodzi od Hermiony z Zimowej opowieści.

— Naprawdę? — dopytywał. — Zawsze myślałem, że otrzymałaś imię po córce Heleny Trojańskiej.

— Dlaczego tak myślisz?

— Bo Helena była najpiękniejszą kobietą na świecie — odpowiedział, jakby to było oczywiste.

Hermiona zamrugała.

— Draco… — wydusiła z siebie, ale on najwyraźniej chciał poruszyć inny wątek.

— To, co mówiłaś wcześniej, że ten.. że ten związek nie jest… prawdziwy — mruknął, a jego słowa wydawały się starannie dobrane. — To nie znaczy, że nie jesteśmy prawdziwymi ludźmi. Nie chcę, żebyś myślała, że nie możesz mi powiedzieć, że masz zły dzień lub problemy z rodzicami. Możesz i rób to.

Przygryzła dolną wargę i skinęła głową.

— Dziękuję.

Jego usta wykrzywiły się w coś, co można było uznać za uśmiech.

— Myślisz, że możemy wyrzucić z pamięci tamten wieczór i spróbować jeszcze raz w najbliższą sobotę?

Zdołała się uśmiechnąć.

— Tak, Draco. Jesteśmy umówieni.

Brak komentarzy