[T] Twoje idealne dopasowanie: Zjednoczony front

wtorek, 8 września 2026

 

Witajcie :) we wtorkowy wieczór zapraszam na nowy rozdział tłumaczenia. Nasza dwójka połączy siły i będzie trochę… wybuchowo.

Następnego rozdziału spodziewajcie się w okolicy weekendu. Miłej lektury!

 

______________

 

Rozdział 8: Zjednoczony front

 

Hermiona

 

Hermiona siedziała w swoim ulubionym kąciku okiennym, obserwując deszcz padający w Mayfair, podczas gdy Krzywołap chrapał obok niej. Znalazła ten mały salonik na drugim piętrze, kiedy wprowadziła się do Draco i od razu uznała, że to będzie idealne miejsce do czytania.

Okazało się, że miała rację. Od powrotu z przedłużonego miesiąca miodowego w piątek rano, prawie nie opuszczała tego pokoju. Ruch w drzwiach przykuł jej uwagę i uśmiechnęła się, gdy wszedł Draco z Petrą posłusznie u jego boku, lewitując za sobą tacę z herbatą.

— Więc, teraz po prostu tu mieszkasz?

— Tak.

Zaśmiała się cicho, sięgając po filiżankę herbaty. Draco usiadł za nią, a ona westchnęła z zadowoleniem, wtulając się w jego pierś. Pocałował ją w czubek głowy, obserwując krople spływające po szybie.

— Duża zmiana w porównaniu z ostatnimi kilkoma tygodniami, prawda? — mruknął po kilku minutach.

Spędzili większą część dwóch miesięcy, włócząc się po Europie, spędzając resztę czasu na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Padało bez przerwy od ich powrotu do domu dwa dni temu.

— Tak — zgodziła się. Upiła łyk herbaty, wciąż zachwycona, ze została przygotowana dokładnie według jej upodobań. To był wyczyn, którego Ron nie pojął przez cztery lata ich związku, co było absurdalne, skoro Draco nauczył się tego na pamięć podczas ósmego roku i najwyraźniej nigdy nie zapomniał. — Chociaż pod koniec trochę mi tego brakowało.

Tu, w tym cichym pokoju ich mieszkania, w objęciach męża, prawdziwy świat wydawał się odległy — choć powrót do codzienności był nieunikniony. Siedzieli tak długo, otuleni delikatną ciszą deszczu, herbaty i leniwej niedzieli. To Hermiona w końcu przerwała, jej głos był zamyślony.

— Wiesz… myślałam o jutrze.

Draco nie odpowiedział od razu, tylko pocałował ją w skroń.

— Mhm — zamruczała. — Wrócę do pracy. A ty… będziesz sobą. Gdzieś tam. Robiąc rzeczy, o których się nie rozmawia.

To spowodowało cichy śmiech przy jej włosach.

— Bardzo dyplomatycznie, żono.

— Mówię poważnie, Draco. — Usiadła i odwróciła się, by na niego spojrzeć, lekko wtulając palce w jego koszulę. — Musimy ustalić plan działania. Z jednej strony nie chcę być trzymana w niewiedzy, nie chcę być okłamywana, ale z drugiej strony są rzeczy, o których nie mogę wiedzieć — wiarygodne zaprzeczenie i tak dalej.

— Rozumiem — odpowiedział spokojnie. — Już ci obiecałem, że nie będę kłamał. Jeśli zapytasz, odpowiem. Ale jeśli Ministerstwo by o cokolwiek pytało, niczego nie wiesz. Nie ma sposobu, by udowodnić, że działam niezgodnie z prawem. Nie można takich informacji uzyskać nawet pod wpływem Veritasetum czy podczas przesłuchania.

Zmarszczyła brwi.

— Naprawdę o tym myślałeś.

— Oczywiście, że tak. Nie zamierzam cię narażać, kotku. — Jego głos stał się mroczniejszy, opiekuńczy i stanowczy. — Co oznacza, że wiarygodne zaprzeczenie jest nie tylko wygodne — jest konieczne.

Przez chwilę przygryzła dolną wargę.

— Nie podoba mi się myśl, że będziesz sam. Świadomość, że nie wiem, gdzie jesteś ani w co się pakujesz. Wiem, że masz Blaise’a i w pewnym sensie Theo, ale mimo wszystko.

Przez chwilę przyglądał się jej twarzy, a potem pocałował ją w usta.

— Właśnie dlatego je zaczarowałem. — Uniósł ich splecione, lewe dłonie, pozwalając, by ich obrączki zabłysły w delikatnym, wieczornym świetle. — Są połączone. Jeśli jedno z nas będzie w niebezpieczeństwie — prawdziwym, magicznym, fizycznym — drugie to poczuje. Nie ból, wizja czy coś w tym stylu, po prostu… uczucie. Zmiana.

Hermiona zastygła w bezruchu.

— Nie mówiłeś mi.

— Nie chciałem cię martwić — planowałem wyjaśnić wszystko przed twoim pierwszym dniem po powrocie. — Lekko wzruszył ramionami. — Nazwij to ubezpieczeniem. Będziesz wiedziała, jeśli coś będzie nie tak. A ja będę wiedział, jeśli ktoś w tym cholernym, ministerialnym biurze tknie cię palcem.

Przyglądała mu się przez chwilę, wzrokiem łagodnym, ale poważnym.

— Tylko wiedz, że świadomość, że jesteś w tarapatach, sprawi, że nie będę w stanie myśleć o tym, w co jesteś uwikłany.

Uśmiechnął się ironicznie.

— Tak, proszę pani.

Siedzieli razem w milczeniu jeszcze przez chwilę, pozwalając, by ciężar rozmowy opadł i przybrał łagodniejszy ton. Deszcz wciąż uderzał o szyby, a Petra przekręcała się po podłodze z sennym westchnieniem, podczas gdy Krzywołap nadal chrapał. W końcu Hermiona bardziej wtuliła się w Draco, opierając głowę na jego sercu.

— Dobrze — wyszeptała. — Spróbujemy po twojemu.

Objął ją mocniej, utwierdzając cichą obietnicą. Długo potem nic nie mówili — bo nie musieli.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Jak to często bywa, poranek nadszedł zdecydowanie za wcześnie.

Hermiona cicho wyszła z łazienki i skierowała się do garderoby, zatrzymując się na chwilę, by podziwiać śpiącego męża. Poranne słońce sączyło się przez duże okna, obrysowując go złotą obwódką i rozświetlając skórę oraz włosy. Ich miękka, czarna pościel opadała nisko na jego biodra, odsłaniając ciało i tatuaże — widok, który prawdopodobnie nigdy jej się nie znudzi.

Pokręciła głową z cichym śmiechem, zapalając światło w szafie.

— Przestań myśleć o miesiącu miodowym; musisz dziś wrócić do pracy.

Ona i Draco spędzili swój wyznaczony przez Ministerstwo miesiąc miodowy, wędrując po Europie, co zaowocowało zakupowym szaleństwem na całym kontynencie — czego dowody wypełniały teraz jej szafę. Była prawie pewna, że Draco wydał mniej więcej łączne krajowe PKB kilku średniej wielkości krajów, plądrując wszystkie butiki znanych projektantów w mugolskiej i magicznej Europie.

Hermiona nie protestowała przeciwko tym zakupom… Draco był bardzo miły, mówiąc, że chce, by miała wszystko, czego zapragnie. Poza tym są gorsze rzeczy na świecie niż rozpieszczający mąż z grubym portfelem i fetyszem rozpieszczania.

Dziś był jej pierwszy dzień pracy po powrocie jako prawniczki w DKNMS i czuła potrzebę zrobienia wrażenia. Chciała, żeby wszyscy wiedzieli, że wciąż jest oddana swojej karierze. Choć jej sposób myślenia był różny od innych pracowników, wciąż głęboko jej zależało na walce o prawa magicznych stworzeń.

Po ubraniu się stanęła przed lustrem i cicho parsknęła. Jej mąż wpłynął na nią bardziej, niż przypuszczała. Czarna sukienka YSL, którą miała na sobie, była olśniewająca, zwłaszcza w połączeniu z wysokimi, czarnymi szpilkami od Christiana Louboutina i jedwabnymi szatami z paryskiego atelier Madame Camille.

Aby dodać odrobinę koloru, sięgnęła po wykwintny komplet biżuterii z rubinami, który Draco kupił jej w Wiedniu. Wisiorki na jej naszyjniku i kolczykach nawiązywały do większej łezki w pierścionku zaręczynowym „Toi et Moi”, która błyszczała olśniewająco, gdy zapinała pasującą wysadzaną rubinami bransoletkę. Po ostatecznym sprawdzeniu subtelnego makijażu i trudnych do okiełznania loków, uznała się za gotową do wyjścia.

Pocałowała Draco w policzek, zanim wyszła z pokoju, uśmiechając się, gdy westchnął z zadowoleniem przez sen. Docierając do przestronnego salonu, uśmiechnęła się na widok Petry i Krzywołapa, śpiących w porannym świetle. Wyjrzała przez okno, zatrzymując się, by podziwiać widok na cichą ulicę Mayfair, po czym wzięła swoją nową, skórzaną teczkę w kształcie smoka i weszła do kominka.

Chwilę później pojawiła się w Atrium Ministerstwa i subtelnie rzuciła zaklęcie oczyszczające, by się upewnić, że na jej ubraniu ani włosach nie osadza się sadza. Ludzie zauważyli ją w ciągu kilku sekund, a zwyczajne, poniedziałkowe rozmowy ustały. Prawie wszyscy byli w szoku, gdy Złota Dziewczyna z Gryffindoru z entuzjazmem poślubiła Księcia Slytherinu i najmłodszego w historii Śmierciożercę, który został Królem Kryminalnego Półświatka Czarodziejskiej Anglii.

Teraz wyglądało na to, że byli również zaskoczeni jej powrotem do pracy.

Luksusowy stukot jej obcasów rozbrzmiewał echem, gdy zmierzała do wind. Warte swojej ceny, pomyślała z satysfakcją.

Jej współpracownicy omijali ją szerokim łukiem, gdy weszła do DKNMS i skierowała się do swojego gabinetu — nie żeby jej to przeszkadzało. Jak zawsze, była tu po to, żeby pracować, a nie nawiązywać przyjaźnie. Pracowała w ciszy przez około godzinę, nie zwracając uwagi na szepty i spojrzenia dochodzące zza otwartych drzwi.

W końcu szepty i spojrzenia nasiliły się do tego stopnia, że nie mogła ich zignorować. Za każdym razem, gdy wychodziła na korytarz lub przechodziła przez departament, ktoś na nią patrzył. Trwało to cały ranek, choć wszyscy udawali, że tak naprawdę jej nie obserwują.

Zbliżała się pora lunchu, gdy Susan Bones weszła do jej gabinetu.

— Hermiono?

Podniosła wzrok, unosząc brew, gdy jej była koleżanka ze szkoły, a obecnie współpracowniczka, usiadła naprzeciwko niej, nie czekając na zaproszenie.

— W czym mogę ci pomóc, Susan?

Druga kobieta próbowała przybrać minę, która przypominała współczucie, ale efekt był chybiony — widać było, że to ona została wybrana do zebrania informacji.

— My — zaczęła. — Wszyscy twoi współpracownicy chcieliby się tylko upewnić, że wszystko u ciebie w porządku i dać ci znać, że jesteśmy tu dla ciebie.

Hermiona mrugnęła powoli, oszołomiona zuchwałością współpracowniczki.

— Jesteście tu dla mnie?

Susan kiwnęła głową, wyraźnie nie dostrzegając niedowierzania w głosie Hermiony.

— Po prostu… wiemy, że nie miałaś wyboru. Najwyraźniej Malfoy cię zmusił do małżeństwa, bo w przeciwnym razie wniosłabyś apelację. I wiem, że nikt nie wie tego na pewno, ale on ewidentnie jest jakimś… — urwała, wzruszając ramionami.

Wymagało to trochę wysiłku, ale Hermionie nie udało się roześmiać z absurdalności sytuacji.

— Przestępcą? — podpowiedziała pomocnie.

— Cóż, nie chciałam tak tego ująć — jęknęła Susan. — Ale tak. Wszystko wydarzyło się tak szybko i wszyscy wiemy, że Złota Dziewczyna nie podejmuje takich decyzji. Potem zniknęłaś na całe sześćdziesiąt dni, co też wydało się bardzo do ciebie niepodobne. I to po prostu… jeśli potrzebujesz pomocy — no wiesz, kryjówki czy czegoś takiego…

— Kryjówki — powtórzyła Hermiona z kamienną twarzą.

Susan zbladła.

— Wiem, że jest straszny, ale jeśli potrzebujesz pomocy w ucieczce…

Zapadła chwila ciszy, podczas której Hermiona obserwowała drugą kobietę. Po chwili odchyliła się na krześle, krzyżując ramiona na swojej designerskiej sukience — ostentacyjny pierścionek zaręczynowy migotał w świetle.

— Susan, nie jestem pewna, skąd wziął się ten nagły przypływ niepokoju, ale chyba go doceniam. Jednak zapewniam cię, że jestem ostatnią osobą, którą trzeba ratować. Wyszłam za Draco, bo chciałam… bo go kocham.

Nie mogła się powstrzymać — rozkoszowała się tym, jak Susan otwierała usta ze zdumienia. Jej wzrok błądził po DKNMS i odkryła, że kilkoro jej współpracowników obserwowało scenę rozgrywającą się w jej gabinecie.

— Wyjechałam na całe sześćdziesiąt dni, bo byłam niesamowicie zajęta rozpieszczaniem i pieprzeniem do nieprzytomności przez mojego męża w wielu krajach.

Susan zakrztusiła się powietrzem, a jej oczy rozszerzyły się na dźwięk oświadczenia Hermiony.

Ta uśmiechnęła się — słodko i zabójczo ostro.

— A teraz, wybacz, mam mnóstwo pracy do nadrobienia i jestem pewna, że jest wielu współpracowników, z którymi chciałabyś porozmawiać.

Druga kobieta powoli, z oszołomieniem kiwała głową, wstając.

— Dobrze. Tylko, eee, daj mi znać, jeśli coś się zmieni.

— Oczywiście, Susan — powiedziała Hermiona sarkastycznym tonem. — Jeśli będę potrzebowała kryjówki, dowiesz się pierwsza.

Okazało się, że Susan całkiem dobrze wywiązała się ze swojego zadania. Wiadomość, że Hermiona była zadowolona ze swojego dopasowania, błyskawicznie rozeszła się po Ministerstwie. W niecały dzień szepty przerodziły się w niedowierzające spojrzenia i ledwo skrywaną ciekawość.

Tydzień później sytuacja się uspokoiła, choć Hermiona wiedziała, że to dlatego, że większość ludzi bało się, że zruga ich tą samą, sarkastyczną reprymendą, jaką zgotowała Susan Bones.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Kiedy w następny piątek nadeszła pora na przerwę obiadową, z radością wyszła z gabinetu, by spotkać się z Harrym. Udała się do ich ulubionej kawiarni na Ulicy Pokątnej — małego lokalu z uroczymi stolikami na zewnątrz, w którym panowała idealna temperatura przez cały rok. Jej najlepszy przyjaciel już machał do niej z ich ulubionego miejsca na tyłach patio, uśmiechając się szeroko, jakby czekał cały tydzień, żeby ją zdenerwować.

Nie mogła powstrzymać ciepłego uśmiechu, który rozciągał się na jej ustach, gdy go przywitała.

— Cześć, Harry.

Pocałował ją w policzek, po czym odsunął jej krzesło.

— Hej, Hermiono. Ostatnio trudno jest się z tobą skontaktować.

Choć ewidentnie żartował, w jej piersi wciąż rezonowało lekkie poczucie winy.

— Wiem. — Westchnęła. — Przepraszam.

Harry mrugnął do niej figlarnie, podnosząc menu.

— Szczęście nowożeńców. Co można na to poradzić?

Hermiona uśmiechnęła się, wiecznie wdzięczna Harry’emu za jego zrozumienie.

Cicho rozmawiali przez cały lunch, nadrabiając zaległości, odkąd rzuciła wszystko i wyszła za mąż. Harry uniósł palec, przełykając kęs kanapki, dając do zrozumienia, że właśnie coś sobie przypomniał.

— Wiesz, że dostajesz tyle wyjców, że Seamus i ja musieliśmy zejść do pokoju pocztowego, żeby poprawić osłony, by ich nie przepuszczać?

— Nie — prychnęła. — Ale nie dziwi mnie to.

Przewróciła oczami, ale jej uśmieszek nie zniknął, gdy wzięła łyk wody.

— Trwają zakłady o to, kto wyśle najwięcej. Postawiłem pięćdziesiąt galeonów na Molly Weasley — dodał z chytrym uśmieszkiem.

— Ja na Ritę Skeeter — odpowiedziała, śmiejąc się, jednocześnie rzucając Tempus, by sprawdzić godzinę. — Ech, muszę wracać.

Harry wstał i przeciągnął się.

— Ja też. Pójdę z tobą.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

W następny poniedziałek Hermiona została uśpiona fałszywym poczuciem bezpieczeństwa. Teraz, mijał już drugi tydzień po powrocie, spojrzenia ucichły, nadrobiła zaległości w pracy spowodowane nieobecnością, jednocześnie zajmując się nowymi sprawami. Udało jej się nawet unikać Susan i Cormaca — dwójki jej najmniej lubianych współpracowników.

Ta iluzja normalności prysła, gdy papierowy samolocik wleciał przez otwarte drzwi jej gabinetu i wylądował na biurku, rozwijając się od razu.

 

Hermiono,

proszę, przyjdź na spotkanie o dziesiątej.

Kingsley

 

— Cóż, to wcale nie wydaje się podejrzane — westchnęła, ponownie czytając notatkę.

Minister Magii zazwyczaj był o wiele bardziej wylewny — nawet w swoich notatkach służbowych.

Kilka minut przed dziesiątą Hermiona skierowała się do wind. Drzwi rozsunęły się tuż po jej przybyciu, ukazując Harry’ego w środku.

— Miło cię tu spotkać.

Uśmiechnął się szeroko, przesuwając się w bok, by mogła wejść do windy.

— Mam spotkanie z Kingsleyem — powiedziała, patrząc mu w oczy. — Chociaż nie wiem czego dotyczy, bo jego wiadomość była bardzo ogólnikowa.

— Hmm. — Westchnął. — Ja też.

Skończyli przejażdżkę w przyjacielskiej ciszy, ale kiedy weszli do holu prowadzącego do gabinetu Ministra, przypomniało jej się coś, o co od dawna chciała zapytać.

— Kiedy masz dostać list z potwierdzeniem dopasowania?

— W przyszłym tygodniu — odpowiedział. — Ale niestety dla mnie, nie zanosi się na kogoś, z kim miałem burzliwy romans podczas ósmego roku, który mógłbym kontynuować.

Stęknął, gdy Hermiona szturchnęła go łokciem, unosząc dumnie brodę.

— No cóż, to przykre.

Prychnął, ale to było wszystko, co udało mu się zrobić, zanim dotarli do gabinetu Kingsleya. Drzwi otworzyły się bezszelestnie, zanim którekolwiek z nich zdążyło zapukać. Wymienili spojrzenie, po czym weszli do środka. Drzwi zamknęły się za nimi z cichym kliknięciem. Spojrzenie Hermiony szybko powędrowało po czterech urzędnikach w pomieszczeniu — żaden z nich nie wyglądał na zadowolonego z jej obecności. Kingsley nie tylko zaprosił Harry’ego i Hermionę, ale także Głównego Aurora Robardsa, szefową DPPC Charity Thistlewaite i szefową Hermiony Cecylię Bottlebrush.

To pułapka.

Czuła to po sposobie, w jaki jej szefowa unikała jej wzroku, w sposobie, w jaki Robards odsunął się jeszcze bardziej na krześle — dyskretnie dystansując się od niej. Szefowa Bottlebrush wyglądała tak, jakby przygotowywała się do negocjacji w sprawie zakładników. Kingsley z kolei wyglądał po prostu na zmęczonego — bardziej niż zwykle.

— Witajcie — powiedział głosem, który z pewnością miał ją uspokoić, ale w rzeczywistości podziałał wręcz przeciwnie. — Proszę, usiądźcie.

Wymieniła spojrzenia z Harrym, zanim to zrobili. Jej najlepszy przyjaciel wyglądał na równie zdezorientowanego, co ona, co zdecydowanie nie poprawiało sytuacji.

Kingsley pochylił się do przodu, splatając dłonie na biurku.

— Dziękuję wam obojgu za przybycie. Wiem, że to trochę niespodziewane.

— Delikatnie mówiąc — odpowiedziała spokojnie Hermiona. — O co chodzi, panie Ministrze?

— Właśnie wróciłaś z podróży poślubnej i wiemy, że to nietypowa prośba, ale… — przerwał, zaciskając i rozluźniając pięści na biurku. — Bylibyśmy niedbali, gdybyśmy nie porozmawiali z tobą bardzo bezpośrednio, Hermiono.

Nie mrugała.

— O moim mężu.

Kiwnął głową.

— Tak.

Robards się wtrącił.

— Nie owijamy w bawełnę. Twój mąż — powiedział to słowo w taki sposób, jakby to sprawiało mu fizyczny ból — jest szefem dużej i rozrastającej się siatki, której nie możemy zinfiltrować. Za każdym razem, gdy myślimy, że mamy trop, poszlaki zamieniają się w pył. Ty, Hermiono, jesteś teraz jedyną osobą, która może nam pomóc to rozgryźć.

— Więc — mówi Harry ostrożnie. — Jeśli dobrze rozumiem, prosicie Hermionę, żeby została informatorką w temacie własnego męża — któremu nie możecie udowodnić, że zrobił coś złego.

— Dokładnie.

Szefowa Thistlewait pociągnęła nosem.

Bottlebrush odchrząknęła, zwracając na siebie uwagę.

— Pomimo zapewnień Hermiony, mój departament nadal martwi się o jej bezpieczeństwo. To może być jakieś wyjście.

— Nie potrzebuję wyjścia — syknęła, a magia zaczęła iskrzyć w jej lokach. — Chciałabym, aby moi współpracownicy przestali zakładać, że wiedzą cokolwiek o mnie, moim mężu czy moim małżeństwie. Co więcej — kontynuowała, wstając. — Nie mogę uwierzyć, że zostałam odciągnięta od pracy z tego powodu. Nawet gdybym wiedziała cokolwiek o rzekomej siatce Draco — kłamstwo z łatwością wymknęło się z jej ust — z pewnością bym wam nic nie powiedziała.

Harry wstał i położył jej uspokajająco dłoń na ramieniu.

— Chyba sprowadziliście mnie tu z myślą, że ujarzmię Hermionę. To tylko pokazuje, jak mało mnie znasz, Kingsley. Ona jest niezależną kobietą i nie wtrącałbym się w jej życie, gdyby mnie o to nie poprosiła — nawet dla ciebie.

Po czym wyszli z gabinetu bez słowa, zostawiając za sobą swoich oniemiałych szefów.

Kiedy drzwi windy zamknęły się za nimi, Hermiona wypuściła drżący oddech, próbując rozładować napięcie w ramionach.

— Nie mogę uwierzyć, że to się właśnie stało — mruknęła.

Harry patrzył na nią z ukosa, z rękami w kieszeniach, kołysząc się na piętach.

— Nie jestem pewny, co oni sobie wyobrażali, że ta zasadzka miałaby zadziałać.

— Chyba niewiele osób stąd już ufa własnej ocenie sytuacji.

Winda zatrzymała się na piętrze Hermiony i Harry zapytał ją, gdy wyszła na korytarz:

— Dobrze się czujesz?

Zamknęła oczy, uspokajając się.

— Tak. Nie jestem zadowolona, ale wszystko w porządku. Naprawdę popełnili błąd, skoro myślą, że można mną manipulować.

Zanim zdążył odpowiedzieć, drzwi się zamknęły, a winda zjechała na piętro DPPC.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Następnego ranka Hermiona zrobiła wszystko, by wcześnie pojawić się w Ministerstwie, aby móc spokojnie rozpocząć pracę. Po wczorajszym incydencie chciała nie wracać do pracy, ale Draco przypomniał jej, że będzie żałować, że pozwoliła szefowej i innym manipulować nią w ten sposób… więc i tak przyszła.

Miała na sobie rzucającą się w oczy szmaragdową zieleń — jedwabną sukienkę o eleganckim kroju i jeszcze bardziej wyrazistym przesłaniu. Nie bez powodu wybrała ten kolor, charakterystyczny dla Slytherinu.

Za każdym razem, gdy w ciągu poranka musiała opuścić gabinet, Hermiona robiła to bez mrugnięcia okiem, wpatrując się w dal, mijając inne pomieszczenia — nie drgnąwszy przy rozmowach wokół niej.

Wróciła — i jest zła.

Wszyscy schodzili jej z drogi przez cały ranek, co jej bardzo odpowiadało. Właśnie wychodziła na lunch, gdy coś się zmieniło.

— Panno Granger, mogę prosić na słówko?

Jej szefowa, Cecylia Bottlebrush, stanęła na środku jej drogi do drzwi, otoczona sprzymierzeńcami: Cormaciem McLaggemen i Susan Bones.

— Malfoy — poprawiła ją beztrosko Hermiona.

Cecylia cmoknęła językiem, powstrzymując się przed przewróceniem oczami.

— Cóż, pani Malfoy, mogę prosić na słówko w moim gabinecie?

— Jak sobie pani życzy. — Hermiona wzruszyła obojętnie ramionami. — Muszę jednak wyjść na lunch. Czy to może poczekać?

— Nie, naprawdę nie może, Granger — wtrącił Cormac.

Hermiona, jak zwykle, całkowicie go zignorowała i gestem dała znać szefowej, żeby prowadziła.

— Proszę usiąść — poleciła Cecylia, gdy weszli do jej gabinetu, przechodząc za biurko, podczas gdy Cormac i Susan nadal ją osłaniali niczym dobrze wyszkolone psy stróżujące.

— Wolałabym stać, jeśli to pani nie robi różnicy — odpowiedziała chłodno Hermiona. — O co chodzi?

— Przejdę od razu do rzeczy, panno Granger.

— Malfoy — poprawiła ją Hermiona, oglądając swoje paznokcie.

Znalazła najlepszą manicurzystkę w Paryżu.

A teraz Draco będzie przyprowadzał ją co tydzień przez świstoklika, jeśli tylko zechcę, pomyślała, uśmiechając się do siebie.

— Coś panią rozbawiło, pani Malfoy? — zapytała gorączkowo szefowa Bottlebrush, zauważając delikatny uśmiech na ustach Hermiony.

— Ależ skąd, pani Bottlebrush.

— Tak, cóż, jak powiedziałam, przejdę do rzeczy.

Bardzo bym tego chciała, pomyślała Hermiona.

— W świetle ostatnich wydarzeń — jej szefowa przerwała, biorąc oddech — zdecydowano…

— Zakładam, że mówiąc o „ostatnich wydarzeniach”, ma pani na myśli moje małżeństwo z Draco? — wtrąciła Hermiona. — I moją odmowę szpiegowania własnego męża?

— Tak — odpowiedziała Cecylia ochrypłym głosem. — W świetle ostatnich wydarzeń postanowiono, że nie ma już dla ciebie miejsca w Departamencie Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami.

Hermiona wpadła w furię, a jej włosy iskrzyły magią.

— Dla jasności: skoro dobrowolnie poślubiłam mężczyznę, którego TO MINISTERSTWO nakazało mi poślubić, zostaję usunięta ze stanowiska?

— Cóż, nikt nie myślał, że będziesz tak entuzjastycznie nastawiona — zaszydziła Susan.

— I nie możemy mieć w zespole prawniczki, której mąż jest przestępcą — dodał Cormac z niezręcznym śmiechem.

— Masz godzinę na zebranie swoich rzeczy, a potem…

Cokolwiek Cecylia miała powiedzieć, zostało zagłoszone przez głośny hałas dochodzący z Atrium.

W powietrzu rozbrzmiał potężny trzask — przypominający strzał z pistoletu — wprowadzając ludzi w panikę. Smugi czarnego dymu wiły się za oknami gabinetu, a Hermiona zaśmiała się cicho, wyraźnie rozbawiona.

— Och, to będzie dobre.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Draco

 

Tego samego dnia Draco rozkoszował się leniwą drzemką, zanim wstał i zjadł lekkie śniadanie. Nie miał wielkich planów — chciał zabrać żonę na lunch. Zrobiłby to już wcześniej, ale nie chciał, żeby jego obecność przysporzyła jej dodatkowych kłopotów w Ministerstwie. Jednak po ich wczorajszych próbach przyciśnięcia jej do muru zmienił zdanie — w końcu nie zaszkodzi przypomnieć im, że zawsze będzie ją wspierał.

Idąc powoli do szafy, popijał resztkę kawy, przewracając oczami na dźwięk łap stąpających po podłodze za nim.

— Naprawdę potrzebujecie jakiegoś hobby — mruknął, gdy Krzywołap wskoczył na półkę i rozsiadł się wygodnie na zielonym, dzianinowym szaliku.

Draco pstryknął palcami, próbując zmusić go do ruchu.

— Absolutnie nie, bestio. — Podniósł wielkiego, pomarańczowego kota i przełożył go na czarny sweter, którego prawie nigdy nie nosił. — Tu możesz usiąść, ale nie na moim szaliku.

Petra siedziała u jego stóp, obserwując tę wymianę zdań z obojętnością, na jaką tylko ona potrafiła się zdobyć.

Odwrócił się, by przejrzeć mnóstwo opcji, omal nie potykając się o wielkiego psa.

— Wiesz, Petro. — Westchnął. — Hermiona martwi się, że wyjdę w blasku chwały… że ktoś powali mnie w jakimś brutalnym pojedynku, ale tak naprawdę, pewnego dnia potknę się o ciebie i złamię sobie kark.

Kichnęła na niego, jakby chciała dolać oliwy do ognia.

Draco westchnął głęboko.

— Są na świecie ludzie, którzy się mnie boją — uciekają na mój widok. Ale wy dwoje? Sępicie tylko smaczki.

Wrócił do przygotowań, wybierając trzyczęściowy garnitur od Armaniego, uzupełniony jedwabną koszulą i krawatem, który jak wiedział, Hermiona uwielbia — oczywiście wszystko czarne. Zazwyczaj zamawiał garnitury szyte na miarę na Saville Row, ale jego żona znalazła ten i się w nim zakochała… a on był bezsilny wobec jej kaprysów.

Godzinę później przeszedł przez kominek do saloniku przyjęć we Dworze. Chociaż wrócił do pracy dwa tygodnie temu, tak jak żona, unikał przychodzenia tutaj. Tak naprawdę leżało to w interesie wszystkich. Bo gdyby spotkał matkę i znowu powiedziałaby coś obraźliwego o Hermionie, spełniłby swoją groźbę, spalając doszczętnie Dwór.

Na szczęście to była pora tygodnia, kiedy rodzice wychodzili na lunch, a matka na zakupy, więc jego rodzinny dom był bezpieczny przez kolejny dzień.

Wszedł do swojego gabinetu i zastał wszystko w idealnym porządku. Blaise spotykał się z dystrybutorami i innymi członkami organizacji niższego szczebla, ale Theo pilnie pracował przy biurku, z cicho grającą muzyką, gdy wykonywał różne zadania.

Podniósł wzrok, słysząc otwieranie drzwi i wyłączył muzykę machnięciem różdżki.

— No proszę — powiedział Theo przeciągle. — Kogo moje oczy widzą.

— Pracowałem i wiesz o tym — odpowiedział Draco, siadając przy biurku. — Po prostu mnie tu nie było.

— To dobrze — zapewnił go Theo. — Królowej Matce nie przeszło, gdy cię nie było.

Draco prychnął na tę informację.

— Myślę, że łatwiej byłoby udomowić nundu niż zmusić Narcyzę Malfoy do zmiany frontu.

Kiedy Draco był dzieckiem, wszyscy bali się Lucjusza — chowającego się przed jego przysłowiowym tronem. Nie zdawali sobie sprawy, że to Narcyza go wykreowała.

Wściekało ją do granic możliwości, że nie potrafiła kontrolować syna tak, jak męża.

— Tak, cóż, to była prawdziwa przyjemność utknąć tu z nią. — Westchnął Theo ze smutkiem. — Ale tak czy inaczej… teraz wróciłeś i musimy nadrobić zaległości!

Machnięciem różdżki wielki stos pergaminów i teczek lewitował przez pokój i wylądował na biurku Draco.

— Umowy, układy, rachunki, potwierdzenia dostaw — wszystko czeka na twój podpis, szefie.

Draco jęknął, przeciągając dłonią po twarzy i sięgając do kieszeni po papierosa. Zapalił go pstryknięciem palców i zaciągnął się głęboko, sięgając po pióro.

— Cudnie.

Wypuścił powietrze wraz z długim kłębem dymu.

Byli dopiero w połowie stosu, gdy zatrzymał się, by odpalić kolejnego papierosa.

— Bogowie, Theo, ile cholernych podpisów potrzebujesz?

— Och, przepraszam — wydyszał drugi mężczyzna z udawanym szokiem. — Podczas gdy wy przez dwa miesiące włóczyliście się po kontynencie w ramach Bzykania po Europie, niektórzy z nas pracowali. Potrzeba czegoś więcej niż życzenia i modlitwy, żeby utrzymać to przestępcze przedsięwzięcie, wiesz?

Draco podniósł pióro i wrócił do stosu pergaminów, podczas gdy Theo narzekał na jego przedłużone wakacje.

Właśnie skończył składać ostatni podpis, gdy pierwsze oznaki emocjonalnego niepokoju Hermiony przebijały się przez magiczną więź związaną z ich obrączkami. Wstał szybko, krzesło z hukiem osunęło się na podłogę za nim, gdy Theo odskoczył mu z drogi.

— Co się dzieje? — zapytał, podążając wzrokiem za Draco, który patrzył na platynową obrączkę na jego palcu.

— Hermiona.

Nie chcąc tracić ani chwili, Draco skupił myśli na Atrium Ministerstwa i zniknął z głośnym trzaskiem w kłębie czarnego dymu.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Szczerze mówiąc, Draco całkiem się cieszył chaosem, jakie wywołało jego dramatyczne wejście. W końcu przełamanie zabezpieczeń Ministerstwa nie było subtelne.

— Hej! — krzyknął strażnik. — Nie możesz…

Reszta jego wypowiedzi ucichła, gdy Draco rzucił bezsłowne zaklęcie wyciszające, a następnie zamroził buty mężczyzny na podłodze.

— Zamknij się.

Kolejny strażnik próbował podkraść się z jego lewej strony. W niecałą sekundę został rozbrojony i związany na podłodze. Draco przez chwilę rozważał złamanie różdżki mężczyzny, ale postanowił być łaskawy i wrzucił ją do fontanny.

Czy zamrożenie fontanny, tak aby różdżka zamroziła się w półmetrowej warstwie lodu, było konieczne? Nie. Czy było fajne? Tak.

Pracownicy Ministerstwa i odwiedzający go cywile schodzili mu z drogi, gdy pędził ku windom. Po chwili znajdował się na czwartym piętrze, krocząc do DKNMS.

Chudy strażnik — wyglądający tak, jakby w zeszłym tygodniu ukończył Hogwart — drżał przed podwójnymi drzwiami.

— Stój!

— Na twoim miejscu bym się przesunął — wycedził Draco, leniwie obracając różdżkę w palcach. Kiedy chłopak przesunął się w prawo i schował za swoim, małym biurkiem, Draco posłał mu ostatnie, niemal życzliwe spojrzenie. — Ukryj się.

Chłopak posłusznie wykonał jego rozkaz, chowając się przed Bombardą, Draco, która wysadziła drzwi z zawiasów. Przemierzał departament, rzucając wyzwanie każdemu, kto chciałby go zatrzymać.

Sądząc po tym, jak spojrzenia pracowników przeskakiwały między nim a otwartymi drzwiami szefowej Bottlebrush, domyślił się, gdzie może się znajdować jego żona.

— Nie możesz tu być! — wrzasnęła Susan Bones z progu gabinetu szefowej, wyciągając ręce, jakby chciała go zablokować.

— Przesuń się! — warknął.

Temperatura w dziale spadła o dobre dziesięć stopni, podczas gdy on z trudem panował nad swoją magią.

Susan trwała w miejscu o chwile za długo.

— Drugi raz nie poprosi tak grzecznie — zauważyła Hermiona ze swojego miejsca w gabinecie.

Jego piękna, inteligentna żona doskonale go znała.

Uśmiechnął się groźnie do swojej byłej koleżanki z klasy.

— Ma rację.

To w końcu sprawiło, że Susan wybiegła z pomieszczenia.

Draco wszedł do gabinetu, rozbawiony tym, jak szefowa Hermiony przyciska się do ściany, jakby to miało ją chronić. Najpierw skierował swój wzrok na Hermionę, szybko skanując ją pod kątem wyrządzonej krzywdy.

— Co się stało, żono? — zapytał łagodnie, a w jego słowach słychać było troskę. — Pracowałem z Theo, próbując wszystko skończyć, żebyśmy mogli zjeść lunch, kiedy poczułem, że coś cię zdenerwowało.

— Wygląda na to, że…

Hermiona zrobiła krok w jego stronę, ale została szarpnięta.

Przez jebanego Cormaca McLaggena.

Draco poczerwieniał ze złości.

— Nie musisz z nim iść, Hermiono; mogę ci pomóc! — powiedział McLaggen, nieświadomy wyroku śmierci, który właśnie na siebie wystawił.

— Zabierz rękę z mojej żony, zanim ją stracisz — warknął Draco.

McLaggen ścisnął mocniej, a Hermiona się skrzywiła.

Tylko tyle wystarczyło.

Draco cisnął zaklęciem tnącym prosto w grzbiet dłoni McLaggena — wystarczająco płytko, by uniknąć poważnych obrażeń, ale wystarczająco głęboko, by dać mu nauczkę.

— Potraktuj to jako jedyne ostrzeżenie — warknął, robiąc krok naprzód, górując nad drugim mężczyzną. — Jeśli jeszcze raz dotkniesz mojej żony, zapragniesz Avady, bo bogowie wiedzą, że przeciągałbym twoją śmierć.

McLaggen szybko się wycofał, tuląc krwawiącą dłoń do piersi.

— Zwariowałeś!

Draco go zignorował, odwracając się do Hermiony, gdy ta wpadła mu w ramiona. Uniósł jej podbródek, wpatrując się w jej twarz i upewniając się, że nic jej się nie stało.

— Coś mówiłaś, kotku?

— Wygląda na to, że straciłam pracę — odpowiedziała jadowitym głosem, a jej wzrok powędrował w stronę kobiety, która ośmieliła się ją zwolnić.

— Dlaczego? — zapytał, odgarniając loczek z jej policzka.

— Przez ciebie! — prychnęła Cecylia.

Draco nawet na nią nie patrzył. Po prostu machnął różdżką i po raz drugi dziś rzucił zaklęcie wyciszające. Uniósł brew, a jego żona kiwnęła głową, milczeniem odpowiadając na jego niewypowiedziane pytanie.

Przyciągnął ją bliżej, całując w usta, po czym zniknęli z głośnym trzaskiem, pozostawiając po sobie jedynie kłąb gęstego, czarnego dymu.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Kilka sekund później pojawili się ponownie w jego gabinecie. Kiedy świat przestał wirować, Draco uświadomił sobie, że nie tylko Theo na nich czekał — Blaise także wrócił. Wyglądało na to, że obaj szykowali się do dołączenia do niego w Ministerstwie.

— O, dobrze, że wróciliście! — krzyknął Theo. Zastanowił się przez chwilę, a potem jego twarz zrzedła. — Chwila, czy to znaczy, że muszę zmienić liczbę na tablicy?

Wskazał na tą nad biurkiem. Widniał na niej napis, że Minęło osiemdziesiąt pięć dni, odkąd Theo musiał zajmować się zwłokami.

— Wiedziałem, że moja najlepsza passa nie potrwa długo, gdy wrócicie z Bzykania po Europie.

Hermiona parsknęła śmiechem, siadając na brzegu biurka Draco.

— Twoja tablica jest bezpieczna jeszcze przez jeden dzień. McLaggen prawdopodobnie będzie musiał pojechać do Świętego Munga po dyptam, ale Draco nikogo nie zabił.

— Powinienem był.

— Co się stało? — zapytał Blaise, siadając naprzeciwko biurka Draco.

— Zwolnili mnie — odpowiedziała Hermiona prosto z mostu. Spojrzała na Draco, który odsunął dla niej krzesło i usiadła na nim z uśmiechem. — Poza tym, że wszyscy zachowywali się tak, jakbym była zakładniczką w tym małżeństwie, wczoraj posunęli się o krok za daleko. Wezwano mnie na spotkanie z Ministrem Magii, szefami DPPC i DKNNMS oraz Głównym Aurorem.

Blaise i Theo wymienili zszokowane spojrzenia, po czym znów przenieśli na nią swoją uwagę.

— W jakim celu? — zapytał Theo, siadając na kolanach męża.

— Chcieli, żebym była informatorką. — Westchnęła. — Nie wiedzą, co robicie, ale mają swoje podejrzenia.

— Zawsze mieli — rzekł Draco, przeciągając samogłoski. — Ale nigdy nie udało im się niczego udowodnić.

— Nie jestem specjalnie przejęta zwolnieniem z pracy — odparła Hermiona po chwili. — To nie tak, że nie udaremniali wszystkich zmian, które od lat próbowałam wdrożyć. Ale jest coś nad czym bardzo mi zależy — chcę pomagać ludziom, wprowadzać pozytywne zmiany dla magicznych stworzeń — i niestety, Ministerstwo było na to najlepszym sposobem.

Trzej mężczyźni wymienili spojrzenia ponad jej głową, chłonąc jej słowa.

— Właściwie — zaczął Blaise. — Nie jest.

Theo uśmiechnął się do niej zachęcająco.

— Nie wszystko, co tu robimy, jest owiane tajemnicą, Hermiono.

Spojrzała na Draco, a w jej wyrazie twarzy widać było konsternację.

— Co macie na myśli?

— Robimy wiele rzeczy w szarej strefie, albo po prostu nielegalnych — przyznał. — Ale robimy też wiele, by pomagać ludziom.

Blaise uśmiechnął się sugestywnie, wtrącając się ponownie.

— Jeśli chcesz kontynuować swoją pracę, jesteśmy najlepszymi osobami, które mogą ci w tym pomóc. Wszystko, co chcesz, zostanie zrealizowane bez wahania.

Draco kiwnął głową z aprobatą.

— Jeśli chcesz założyć organizację charytatywną, uważaj to za załatwione. Jeśli chcesz osobiście kontaktować się z magicznymi stworzeniami z jednego końca Wielkiej Brytanii na drugi, pomożemy ci. Możesz mieć wszystko, czego potrzebujesz lub chcesz, aby rozwijać swoje inicjatywy — wystarczy, że poprosisz.

— A jeśli chcesz iść na całość, żono mafiosa. — Zaśmiał się Theo. — Też mogę ci w tym pomóc.

Wzruszył ramionami, gdy Draco przewrócił oczami, niepewny, czy to może być argument przemawiający do jego żony.

Kiedy spojrzał na Hermionę jej wyraz twarzy uległ zmianie. Determinacja wyprostowała kręgosłup, a w oczach płonął jasny ogień.

— Wprowadź mnie, trenerze. — Uśmiechnęła się sugestywnie. — Jestem gotowa.

— Tak, proszę pani — zamruczał, całując grzbiet jej dłoni.

Nie ważne, czy chciała podbić świat, czy go ocalić, zrobią to razem.

Brak komentarzy