[T] Twoje idealne dopasowanie: Zjednoczony front
Witajcie :) we wtorkowy wieczór zapraszam na nowy rozdział tłumaczenia. Nasza dwójka połączy siły i będzie trochę… wybuchowo.
Następnego
rozdziału spodziewajcie się w okolicy weekendu. Miłej lektury!
______________
Rozdział 8: Zjednoczony front
Hermiona
Hermiona
siedziała w swoim ulubionym kąciku okiennym, obserwując deszcz padający w
Mayfair, podczas gdy Krzywołap chrapał obok niej. Znalazła ten mały salonik na
drugim piętrze, kiedy wprowadziła się do Draco i od razu uznała, że to będzie
idealne miejsce do czytania.
Okazało
się, że miała rację. Od powrotu z przedłużonego miesiąca miodowego w piątek
rano, prawie nie opuszczała tego pokoju. Ruch w drzwiach przykuł jej uwagę i
uśmiechnęła się, gdy wszedł Draco z Petrą posłusznie u jego boku, lewitując za
sobą tacę z herbatą.
—
Więc, teraz po prostu tu mieszkasz?
—
Tak.
Zaśmiała
się cicho, sięgając po filiżankę herbaty. Draco usiadł za nią, a ona westchnęła
z zadowoleniem, wtulając się w jego pierś. Pocałował ją w czubek głowy,
obserwując krople spływające po szybie.
—
Duża zmiana w porównaniu z ostatnimi kilkoma tygodniami, prawda? — mruknął po
kilku minutach.
Spędzili
większą część dwóch miesięcy, włócząc się po Europie, spędzając resztę czasu na
wybrzeżu Morza Śródziemnego. Padało bez przerwy od ich powrotu do domu dwa dni
temu.
—
Tak — zgodziła się. Upiła łyk herbaty, wciąż zachwycona, ze została
przygotowana dokładnie według jej upodobań. To był wyczyn, którego Ron nie
pojął przez cztery lata ich związku, co było absurdalne, skoro Draco nauczył
się tego na pamięć podczas ósmego roku i najwyraźniej nigdy nie zapomniał. —
Chociaż pod koniec trochę mi tego brakowało.
Tu,
w tym cichym pokoju ich mieszkania, w objęciach męża, prawdziwy świat wydawał
się odległy — choć powrót do codzienności był nieunikniony. Siedzieli tak
długo, otuleni delikatną ciszą deszczu, herbaty i leniwej niedzieli. To
Hermiona w końcu przerwała, jej głos był zamyślony.
—
Wiesz… myślałam o jutrze.
Draco
nie odpowiedział od razu, tylko pocałował ją w skroń.
—
Mhm — zamruczała. — Wrócę do pracy. A ty… będziesz sobą. Gdzieś tam. Robiąc
rzeczy, o których się nie rozmawia.
To
spowodowało cichy śmiech przy jej włosach.
—
Bardzo dyplomatycznie, żono.
—
Mówię poważnie, Draco. — Usiadła i odwróciła się, by na niego spojrzeć, lekko
wtulając palce w jego koszulę. — Musimy ustalić plan działania. Z jednej strony
nie chcę być trzymana w niewiedzy, nie chcę być okłamywana, ale z drugiej
strony są rzeczy, o których nie mogę wiedzieć — wiarygodne zaprzeczenie i tak
dalej.
—
Rozumiem — odpowiedział spokojnie. — Już ci obiecałem, że nie będę kłamał.
Jeśli zapytasz, odpowiem. Ale jeśli Ministerstwo by o cokolwiek pytało, niczego
nie wiesz. Nie ma sposobu, by udowodnić, że działam niezgodnie z prawem. Nie
można takich informacji uzyskać nawet pod wpływem Veritasetum czy podczas
przesłuchania.
Zmarszczyła
brwi.
—
Naprawdę o tym myślałeś.
—
Oczywiście, że tak. Nie zamierzam cię narażać, kotku. — Jego głos stał się
mroczniejszy, opiekuńczy i stanowczy. — Co oznacza, że wiarygodne zaprzeczenie
jest nie tylko wygodne — jest konieczne.
Przez
chwilę przygryzła dolną wargę.
—
Nie podoba mi się myśl, że będziesz sam. Świadomość, że nie wiem, gdzie jesteś
ani w co się pakujesz. Wiem, że masz Blaise’a i w pewnym sensie Theo, ale mimo
wszystko.
Przez
chwilę przyglądał się jej twarzy, a potem pocałował ją w usta.
—
Właśnie dlatego je zaczarowałem. — Uniósł ich splecione, lewe dłonie,
pozwalając, by ich obrączki zabłysły w delikatnym, wieczornym świetle. — Są
połączone. Jeśli jedno z nas będzie w niebezpieczeństwie — prawdziwym,
magicznym, fizycznym — drugie to poczuje. Nie ból, wizja czy coś w tym stylu,
po prostu… uczucie. Zmiana.
Hermiona
zastygła w bezruchu.
—
Nie mówiłeś mi.
—
Nie chciałem cię martwić — planowałem wyjaśnić wszystko przed twoim pierwszym
dniem po powrocie. — Lekko wzruszył ramionami. — Nazwij to ubezpieczeniem.
Będziesz wiedziała, jeśli coś będzie nie tak. A ja będę wiedział, jeśli ktoś w
tym cholernym, ministerialnym biurze tknie cię palcem.
Przyglądała
mu się przez chwilę, wzrokiem łagodnym, ale poważnym.
—
Tylko wiedz, że świadomość, że jesteś w tarapatach, sprawi, że nie będę w
stanie myśleć o tym, w co jesteś uwikłany.
Uśmiechnął
się ironicznie.
—
Tak, proszę pani.
Siedzieli
razem w milczeniu jeszcze przez chwilę, pozwalając, by ciężar rozmowy opadł i
przybrał łagodniejszy ton. Deszcz wciąż uderzał o szyby, a Petra przekręcała
się po podłodze z sennym westchnieniem, podczas gdy Krzywołap nadal chrapał. W
końcu Hermiona bardziej wtuliła się w Draco, opierając głowę na jego sercu.
—
Dobrze — wyszeptała. — Spróbujemy po twojemu.
Objął
ją mocniej, utwierdzając cichą obietnicą. Długo potem nic nie mówili — bo nie
musieli.
~*~*~*~*~*~*~*~
Jak
to często bywa, poranek nadszedł zdecydowanie za wcześnie.
Hermiona
cicho wyszła z łazienki i skierowała się do garderoby, zatrzymując się na
chwilę, by podziwiać śpiącego męża. Poranne słońce sączyło się przez duże okna,
obrysowując go złotą obwódką i rozświetlając skórę oraz włosy. Ich miękka,
czarna pościel opadała nisko na jego biodra, odsłaniając ciało i tatuaże — widok,
który prawdopodobnie nigdy jej się nie znudzi.
Pokręciła
głową z cichym śmiechem, zapalając światło w szafie.
—
Przestań myśleć o miesiącu miodowym; musisz dziś wrócić do pracy.
Ona
i Draco spędzili swój wyznaczony przez Ministerstwo miesiąc miodowy, wędrując
po Europie, co zaowocowało zakupowym szaleństwem na całym kontynencie — czego
dowody wypełniały teraz jej szafę. Była prawie pewna, że Draco wydał mniej
więcej łączne krajowe PKB kilku średniej wielkości krajów, plądrując wszystkie
butiki znanych projektantów w mugolskiej i magicznej Europie.
Hermiona
nie protestowała przeciwko tym zakupom… Draco był bardzo miły, mówiąc, że chce,
by miała wszystko, czego zapragnie. Poza tym są gorsze rzeczy na świecie niż
rozpieszczający mąż z grubym portfelem i fetyszem rozpieszczania.
Dziś
był jej pierwszy dzień pracy po powrocie jako prawniczki w DKNMS i czuła
potrzebę zrobienia wrażenia. Chciała, żeby wszyscy wiedzieli, że wciąż jest
oddana swojej karierze. Choć jej sposób myślenia był różny od innych
pracowników, wciąż głęboko jej zależało na walce o prawa magicznych stworzeń.
Po
ubraniu się stanęła przed lustrem i cicho parsknęła. Jej mąż wpłynął na nią
bardziej, niż przypuszczała. Czarna sukienka YSL, którą miała na sobie, była
olśniewająca, zwłaszcza w połączeniu z wysokimi, czarnymi szpilkami od
Christiana Louboutina i jedwabnymi szatami z paryskiego atelier Madame Camille.
Aby
dodać odrobinę koloru, sięgnęła po wykwintny komplet biżuterii z rubinami,
który Draco kupił jej w Wiedniu. Wisiorki na jej naszyjniku i kolczykach
nawiązywały do większej łezki w pierścionku zaręczynowym „Toi et Moi”, która
błyszczała olśniewająco, gdy zapinała pasującą wysadzaną rubinami bransoletkę.
Po ostatecznym sprawdzeniu subtelnego makijażu i trudnych do okiełznania loków,
uznała się za gotową do wyjścia.
Pocałowała
Draco w policzek, zanim wyszła z pokoju, uśmiechając się, gdy westchnął z
zadowoleniem przez sen. Docierając do przestronnego salonu, uśmiechnęła się na
widok Petry i Krzywołapa, śpiących w porannym świetle. Wyjrzała przez okno,
zatrzymując się, by podziwiać widok na cichą ulicę Mayfair, po czym wzięła
swoją nową, skórzaną teczkę w kształcie smoka i weszła do kominka.
Chwilę
później pojawiła się w Atrium Ministerstwa i subtelnie rzuciła zaklęcie
oczyszczające, by się upewnić, że na jej ubraniu ani włosach nie osadza się
sadza. Ludzie zauważyli ją w ciągu kilku sekund, a zwyczajne, poniedziałkowe
rozmowy ustały. Prawie wszyscy byli w szoku, gdy Złota Dziewczyna z Gryffindoru
z entuzjazmem poślubiła Księcia Slytherinu i najmłodszego w historii
Śmierciożercę, który został Królem Kryminalnego Półświatka Czarodziejskiej
Anglii.
Teraz
wyglądało na to, że byli również zaskoczeni jej powrotem do pracy.
Luksusowy
stukot jej obcasów rozbrzmiewał echem, gdy zmierzała do wind. Warte swojej ceny, pomyślała z
satysfakcją.
Jej
współpracownicy omijali ją szerokim łukiem, gdy weszła do DKNMS i skierowała
się do swojego gabinetu — nie żeby jej to przeszkadzało. Jak zawsze, była tu po
to, żeby pracować, a nie nawiązywać przyjaźnie. Pracowała w ciszy przez około
godzinę, nie zwracając uwagi na szepty i spojrzenia dochodzące zza otwartych
drzwi.
W
końcu szepty i spojrzenia nasiliły się do tego stopnia, że nie mogła ich
zignorować. Za każdym razem, gdy wychodziła na korytarz lub przechodziła przez departament,
ktoś na nią patrzył. Trwało to cały ranek, choć wszyscy udawali, że tak
naprawdę jej nie obserwują.
Zbliżała
się pora lunchu, gdy Susan Bones weszła do jej gabinetu.
—
Hermiono?
Podniosła
wzrok, unosząc brew, gdy jej była koleżanka ze szkoły, a obecnie współpracowniczka,
usiadła naprzeciwko niej, nie czekając na zaproszenie.
—
W czym mogę ci pomóc, Susan?
Druga
kobieta próbowała przybrać minę, która przypominała współczucie, ale efekt był
chybiony — widać było, że to ona została wybrana do zebrania informacji.
—
My — zaczęła. — Wszyscy twoi współpracownicy chcieliby się tylko upewnić, że
wszystko u ciebie w porządku i dać ci znać, że jesteśmy tu dla ciebie.
Hermiona
mrugnęła powoli, oszołomiona zuchwałością współpracowniczki.
—
Jesteście tu dla mnie?
Susan
kiwnęła głową, wyraźnie nie dostrzegając niedowierzania w głosie Hermiony.
—
Po prostu… wiemy, że nie miałaś wyboru. Najwyraźniej Malfoy cię zmusił do
małżeństwa, bo w przeciwnym razie wniosłabyś apelację. I wiem, że nikt nie wie
tego na pewno, ale on ewidentnie jest jakimś… — urwała, wzruszając ramionami.
Wymagało
to trochę wysiłku, ale Hermionie nie udało się roześmiać z absurdalności
sytuacji.
—
Przestępcą? — podpowiedziała pomocnie.
—
Cóż, nie chciałam tak tego ująć — jęknęła Susan. — Ale tak. Wszystko wydarzyło
się tak szybko i wszyscy wiemy, że Złota Dziewczyna nie podejmuje takich
decyzji. Potem zniknęłaś na całe sześćdziesiąt dni, co też wydało się bardzo do
ciebie niepodobne. I to po prostu… jeśli potrzebujesz pomocy — no wiesz,
kryjówki czy czegoś takiego…
—
Kryjówki — powtórzyła Hermiona z kamienną twarzą.
Susan
zbladła.
—
Wiem, że jest straszny, ale jeśli potrzebujesz pomocy w ucieczce…
Zapadła
chwila ciszy, podczas której Hermiona obserwowała drugą kobietę. Po chwili
odchyliła się na krześle, krzyżując ramiona na swojej designerskiej sukience —
ostentacyjny pierścionek zaręczynowy migotał w świetle.
—
Susan, nie jestem pewna, skąd wziął się ten nagły przypływ niepokoju, ale chyba
go doceniam. Jednak zapewniam cię, że jestem ostatnią osobą, którą trzeba
ratować. Wyszłam za Draco, bo chciałam… bo go kocham.
Nie
mogła się powstrzymać — rozkoszowała się tym, jak Susan otwierała usta ze
zdumienia. Jej wzrok błądził po DKNMS i odkryła, że kilkoro jej
współpracowników obserwowało scenę rozgrywającą się w jej gabinecie.
—
Wyjechałam na całe sześćdziesiąt dni, bo byłam niesamowicie zajęta
rozpieszczaniem i pieprzeniem do nieprzytomności przez mojego męża w wielu
krajach.
Susan
zakrztusiła się powietrzem, a jej oczy rozszerzyły się na dźwięk oświadczenia
Hermiony.
Ta
uśmiechnęła się — słodko i zabójczo ostro.
—
A teraz, wybacz, mam mnóstwo pracy do nadrobienia i jestem pewna, że jest wielu
współpracowników, z którymi chciałabyś porozmawiać.
Druga
kobieta powoli, z oszołomieniem kiwała głową, wstając.
—
Dobrze. Tylko, eee, daj mi znać, jeśli coś się zmieni.
—
Oczywiście, Susan — powiedziała Hermiona sarkastycznym tonem. — Jeśli będę
potrzebowała kryjówki, dowiesz się
pierwsza.
Okazało
się, że Susan całkiem dobrze wywiązała się ze swojego zadania. Wiadomość, że
Hermiona była zadowolona ze swojego dopasowania, błyskawicznie rozeszła się po
Ministerstwie. W niecały dzień szepty przerodziły się w niedowierzające
spojrzenia i ledwo skrywaną ciekawość.
Tydzień
później sytuacja się uspokoiła, choć Hermiona wiedziała, że to dlatego, że
większość ludzi bało się, że zruga ich tą samą, sarkastyczną reprymendą, jaką
zgotowała Susan Bones.
~*~*~*~*~*~*~*~
Kiedy
w następny piątek nadeszła pora na przerwę obiadową, z radością wyszła z
gabinetu, by spotkać się z Harrym. Udała się do ich ulubionej kawiarni na Ulicy
Pokątnej — małego lokalu z uroczymi stolikami na zewnątrz, w którym panowała
idealna temperatura przez cały rok. Jej najlepszy przyjaciel już machał do niej
z ich ulubionego miejsca na tyłach patio, uśmiechając się szeroko, jakby czekał
cały tydzień, żeby ją zdenerwować.
Nie
mogła powstrzymać ciepłego uśmiechu, który rozciągał się na jej ustach, gdy go
przywitała.
—
Cześć, Harry.
Pocałował
ją w policzek, po czym odsunął jej krzesło.
—
Hej, Hermiono. Ostatnio trudno jest się z tobą skontaktować.
Choć
ewidentnie żartował, w jej piersi wciąż rezonowało lekkie poczucie winy.
—
Wiem. — Westchnęła. — Przepraszam.
Harry
mrugnął do niej figlarnie, podnosząc menu.
—
Szczęście nowożeńców. Co można na to poradzić?
Hermiona
uśmiechnęła się, wiecznie wdzięczna Harry’emu za jego zrozumienie.
Cicho
rozmawiali przez cały lunch, nadrabiając zaległości, odkąd rzuciła wszystko i
wyszła za mąż. Harry uniósł palec, przełykając kęs kanapki, dając do
zrozumienia, że właśnie coś sobie przypomniał.
—
Wiesz, że dostajesz tyle wyjców, że Seamus i ja musieliśmy zejść do pokoju
pocztowego, żeby poprawić osłony, by ich nie przepuszczać?
—
Nie — prychnęła. — Ale nie dziwi mnie to.
Przewróciła
oczami, ale jej uśmieszek nie zniknął, gdy wzięła łyk wody.
—
Trwają zakłady o to, kto wyśle najwięcej. Postawiłem pięćdziesiąt galeonów na
Molly Weasley — dodał z chytrym uśmieszkiem.
—
Ja na Ritę Skeeter — odpowiedziała, śmiejąc się, jednocześnie rzucając Tempus, by sprawdzić godzinę. — Ech,
muszę wracać.
Harry
wstał i przeciągnął się.
—
Ja też. Pójdę z tobą.
~*~*~*~*~*~*~*~
W
następny poniedziałek Hermiona została uśpiona fałszywym poczuciem
bezpieczeństwa. Teraz, mijał już drugi tydzień po powrocie, spojrzenia ucichły,
nadrobiła zaległości w pracy spowodowane nieobecnością, jednocześnie zajmując
się nowymi sprawami. Udało jej się nawet unikać Susan i Cormaca — dwójki jej
najmniej lubianych współpracowników.
Ta
iluzja normalności prysła, gdy papierowy samolocik wleciał przez otwarte drzwi
jej gabinetu i wylądował na biurku, rozwijając się od razu.
Hermiono,
proszę, przyjdź na spotkanie o
dziesiątej.
Kingsley
—
Cóż, to wcale nie wydaje się podejrzane — westchnęła, ponownie czytając
notatkę.
Minister
Magii zazwyczaj był o wiele bardziej wylewny — nawet w swoich notatkach
służbowych.
Kilka
minut przed dziesiątą Hermiona skierowała się do wind. Drzwi rozsunęły się tuż
po jej przybyciu, ukazując Harry’ego w środku.
—
Miło cię tu spotkać.
Uśmiechnął
się szeroko, przesuwając się w bok, by mogła wejść do windy.
—
Mam spotkanie z Kingsleyem — powiedziała, patrząc mu w oczy. — Chociaż nie wiem
czego dotyczy, bo jego wiadomość była bardzo ogólnikowa.
—
Hmm. — Westchnął. — Ja też.
Skończyli
przejażdżkę w przyjacielskiej ciszy, ale kiedy weszli do holu prowadzącego do
gabinetu Ministra, przypomniało jej się coś, o co od dawna chciała zapytać.
—
Kiedy masz dostać list z potwierdzeniem dopasowania?
—
W przyszłym tygodniu — odpowiedział. — Ale niestety dla mnie, nie zanosi się na
kogoś, z kim miałem burzliwy romans podczas ósmego roku, który mógłbym
kontynuować.
Stęknął,
gdy Hermiona szturchnęła go łokciem, unosząc dumnie brodę.
—
No cóż, to przykre.
Prychnął,
ale to było wszystko, co udało mu się zrobić, zanim dotarli do gabinetu
Kingsleya. Drzwi otworzyły się bezszelestnie, zanim którekolwiek z nich zdążyło
zapukać. Wymienili spojrzenie, po czym weszli do środka. Drzwi zamknęły się za
nimi z cichym kliknięciem. Spojrzenie
Hermiony szybko powędrowało po czterech urzędnikach w pomieszczeniu — żaden z
nich nie wyglądał na zadowolonego z jej obecności. Kingsley nie tylko zaprosił
Harry’ego i Hermionę, ale także Głównego Aurora Robardsa, szefową DPPC Charity Thistlewaite
i szefową Hermiony Cecylię Bottlebrush.
To pułapka.
Czuła
to po sposobie, w jaki jej szefowa unikała jej wzroku, w sposobie, w jaki
Robards odsunął się jeszcze bardziej na krześle — dyskretnie dystansując się od
niej. Szefowa Bottlebrush wyglądała tak, jakby przygotowywała się do negocjacji
w sprawie zakładników. Kingsley z kolei wyglądał po prostu na zmęczonego —
bardziej niż zwykle.
—
Witajcie — powiedział głosem, który z pewnością miał ją uspokoić, ale w
rzeczywistości podziałał wręcz przeciwnie. — Proszę, usiądźcie.
Wymieniła
spojrzenia z Harrym, zanim to zrobili. Jej najlepszy przyjaciel wyglądał na
równie zdezorientowanego, co ona, co zdecydowanie nie poprawiało sytuacji.
Kingsley
pochylił się do przodu, splatając dłonie na biurku.
—
Dziękuję wam obojgu za przybycie. Wiem, że to trochę niespodziewane.
—
Delikatnie mówiąc — odpowiedziała spokojnie Hermiona. — O co chodzi, panie Ministrze?
—
Właśnie wróciłaś z podróży poślubnej i wiemy, że to nietypowa prośba, ale… —
przerwał, zaciskając i rozluźniając pięści na biurku. — Bylibyśmy niedbali,
gdybyśmy nie porozmawiali z tobą bardzo bezpośrednio, Hermiono.
Nie
mrugała.
—
O moim mężu.
Kiwnął
głową.
—
Tak.
Robards
się wtrącił.
—
Nie owijamy w bawełnę. Twój mąż —
powiedział to słowo w taki sposób, jakby to sprawiało mu fizyczny ból — jest
szefem dużej i rozrastającej się siatki, której nie możemy zinfiltrować. Za
każdym razem, gdy myślimy, że mamy trop, poszlaki zamieniają się w pył. Ty,
Hermiono, jesteś teraz jedyną osobą, która może nam pomóc to rozgryźć.
—
Więc — mówi Harry ostrożnie. — Jeśli dobrze rozumiem, prosicie Hermionę, żeby
została informatorką w temacie własnego męża — któremu nie możecie udowodnić,
że zrobił coś złego.
—
Dokładnie.
Szefowa
Thistlewait pociągnęła nosem.
Bottlebrush
odchrząknęła, zwracając na siebie uwagę.
—
Pomimo zapewnień Hermiony, mój departament nadal martwi się o jej
bezpieczeństwo. To może być jakieś wyjście.
—
Nie potrzebuję wyjścia — syknęła, a magia zaczęła iskrzyć w jej lokach. —
Chciałabym, aby moi współpracownicy przestali zakładać, że wiedzą cokolwiek o
mnie, moim mężu czy moim małżeństwie. Co więcej — kontynuowała, wstając. — Nie
mogę uwierzyć, że zostałam
odciągnięta od pracy z tego powodu. Nawet gdybym wiedziała cokolwiek o rzekomej
siatce Draco — kłamstwo z łatwością wymknęło się z jej ust — z pewnością bym
wam nic nie powiedziała.
Harry
wstał i położył jej uspokajająco dłoń na ramieniu.
—
Chyba sprowadziliście mnie tu z myślą, że ujarzmię Hermionę. To tylko pokazuje,
jak mało mnie znasz, Kingsley. Ona jest niezależną kobietą i nie wtrącałbym się
w jej życie, gdyby mnie o to nie poprosiła — nawet dla ciebie.
Po
czym wyszli z gabinetu bez słowa, zostawiając za sobą swoich oniemiałych
szefów.
Kiedy
drzwi windy zamknęły się za nimi, Hermiona wypuściła drżący oddech, próbując
rozładować napięcie w ramionach.
—
Nie mogę uwierzyć, że to się właśnie stało — mruknęła.
Harry
patrzył na nią z ukosa, z rękami w kieszeniach, kołysząc się na piętach.
—
Nie jestem pewny, co oni sobie wyobrażali, że ta zasadzka miałaby zadziałać.
—
Chyba niewiele osób stąd już ufa własnej ocenie sytuacji.
Winda
zatrzymała się na piętrze Hermiony i Harry zapytał ją, gdy wyszła na korytarz:
—
Dobrze się czujesz?
Zamknęła
oczy, uspokajając się.
—
Tak. Nie jestem zadowolona, ale wszystko w porządku. Naprawdę popełnili błąd,
skoro myślą, że można mną manipulować.
Zanim
zdążył odpowiedzieć, drzwi się zamknęły, a winda zjechała na piętro DPPC.
~*~*~*~*~*~*~*~
Następnego
ranka Hermiona zrobiła wszystko, by wcześnie pojawić się w Ministerstwie, aby
móc spokojnie rozpocząć pracę. Po wczorajszym incydencie chciała nie wracać do
pracy, ale Draco przypomniał jej, że będzie żałować, że pozwoliła szefowej i
innym manipulować nią w ten sposób… więc i tak przyszła.
Miała
na sobie rzucającą się w oczy szmaragdową zieleń — jedwabną sukienkę o
eleganckim kroju i jeszcze bardziej wyrazistym przesłaniu. Nie bez powodu
wybrała ten kolor, charakterystyczny dla Slytherinu.
Za
każdym razem, gdy w ciągu poranka musiała opuścić gabinet, Hermiona robiła to
bez mrugnięcia okiem, wpatrując się w dal, mijając inne pomieszczenia — nie
drgnąwszy przy rozmowach wokół niej.
Wróciła
— i jest zła.
Wszyscy
schodzili jej z drogi przez cały ranek, co jej bardzo odpowiadało. Właśnie
wychodziła na lunch, gdy coś się zmieniło.
—
Panno Granger, mogę prosić na słówko?
Jej
szefowa, Cecylia Bottlebrush, stanęła na środku jej drogi do drzwi, otoczona
sprzymierzeńcami: Cormaciem McLaggemen i Susan Bones.
—
Malfoy — poprawiła ją beztrosko Hermiona.
Cecylia
cmoknęła językiem, powstrzymując się przed przewróceniem oczami.
—
Cóż, pani Malfoy, mogę prosić na słówko w moim gabinecie?
—
Jak sobie pani życzy. — Hermiona wzruszyła obojętnie ramionami. — Muszę jednak
wyjść na lunch. Czy to może poczekać?
—
Nie, naprawdę nie może, Granger — wtrącił Cormac.
Hermiona,
jak zwykle, całkowicie go zignorowała i gestem dała znać szefowej, żeby
prowadziła.
—
Proszę usiąść — poleciła Cecylia, gdy weszli do jej gabinetu, przechodząc za
biurko, podczas gdy Cormac i Susan nadal ją osłaniali niczym dobrze wyszkolone
psy stróżujące.
—
Wolałabym stać, jeśli to pani nie robi różnicy — odpowiedziała chłodno
Hermiona. — O co chodzi?
—
Przejdę od razu do rzeczy, panno Granger.
—
Malfoy — poprawiła ją Hermiona, oglądając swoje paznokcie.
Znalazła
najlepszą manicurzystkę w Paryżu.
A teraz Draco będzie przyprowadzał
ją co tydzień przez świstoklika, jeśli tylko zechcę, pomyślała, uśmiechając się do siebie.
—
Coś panią rozbawiło, pani Malfoy? — zapytała gorączkowo szefowa Bottlebrush,
zauważając delikatny uśmiech na ustach Hermiony.
—
Ależ skąd, pani Bottlebrush.
—
Tak, cóż, jak powiedziałam, przejdę do rzeczy.
Bardzo bym tego chciała, pomyślała Hermiona.
—
W świetle ostatnich wydarzeń — jej szefowa przerwała, biorąc oddech —
zdecydowano…
—
Zakładam, że mówiąc o „ostatnich wydarzeniach”, ma pani na myśli moje
małżeństwo z Draco? — wtrąciła Hermiona. — I moją odmowę szpiegowania własnego
męża?
—
Tak — odpowiedziała Cecylia ochrypłym głosem. — W świetle ostatnich wydarzeń
postanowiono, że nie ma już dla ciebie miejsca w Departamencie Kontroli Nad
Magicznymi Stworzeniami.
Hermiona
wpadła w furię, a jej włosy iskrzyły magią.
—
Dla jasności: skoro dobrowolnie poślubiłam mężczyznę, którego TO MINISTERSTWO
nakazało mi poślubić, zostaję usunięta ze stanowiska?
—
Cóż, nikt nie myślał, że będziesz tak entuzjastycznie nastawiona — zaszydziła
Susan.
—
I nie możemy mieć w zespole prawniczki, której mąż jest przestępcą — dodał
Cormac z niezręcznym śmiechem.
—
Masz godzinę na zebranie swoich rzeczy, a potem…
Cokolwiek
Cecylia miała powiedzieć, zostało zagłoszone przez głośny hałas dochodzący z
Atrium.
W
powietrzu rozbrzmiał potężny trzask —
przypominający strzał z pistoletu — wprowadzając ludzi w panikę. Smugi czarnego
dymu wiły się za oknami gabinetu, a Hermiona zaśmiała się cicho, wyraźnie
rozbawiona.
—
Och, to będzie dobre.
~*~*~*~*~*~*~*~
Draco
Tego
samego dnia Draco rozkoszował się leniwą drzemką, zanim wstał i zjadł lekkie
śniadanie. Nie miał wielkich planów — chciał zabrać żonę na lunch. Zrobiłby to
już wcześniej, ale nie chciał, żeby jego obecność przysporzyła jej dodatkowych
kłopotów w Ministerstwie. Jednak po ich wczorajszych próbach przyciśnięcia jej
do muru zmienił zdanie — w końcu nie zaszkodzi przypomnieć im, że zawsze będzie
ją wspierał.
Idąc
powoli do szafy, popijał resztkę kawy, przewracając oczami na dźwięk łap
stąpających po podłodze za nim.
—
Naprawdę potrzebujecie jakiegoś hobby — mruknął, gdy Krzywołap wskoczył na półkę
i rozsiadł się wygodnie na zielonym, dzianinowym szaliku.
Draco
pstryknął palcami, próbując zmusić go do ruchu.
—
Absolutnie nie, bestio. — Podniósł wielkiego, pomarańczowego kota i przełożył
go na czarny sweter, którego prawie nigdy nie nosił. — Tu możesz usiąść, ale
nie na moim szaliku.
Petra
siedziała u jego stóp, obserwując tę wymianę zdań z obojętnością, na jaką tylko
ona potrafiła się zdobyć.
Odwrócił
się, by przejrzeć mnóstwo opcji, omal nie potykając się o wielkiego psa.
—
Wiesz, Petro. — Westchnął. — Hermiona martwi się, że wyjdę w blasku chwały… że
ktoś powali mnie w jakimś brutalnym pojedynku, ale tak naprawdę, pewnego dnia
potknę się o ciebie i złamię sobie kark.
Kichnęła
na niego, jakby chciała dolać oliwy do ognia.
Draco
westchnął głęboko.
—
Są na świecie ludzie, którzy się mnie boją
— uciekają na mój widok. Ale wy dwoje? Sępicie tylko smaczki.
Wrócił
do przygotowań, wybierając trzyczęściowy garnitur od Armaniego, uzupełniony
jedwabną koszulą i krawatem, który jak wiedział, Hermiona uwielbia — oczywiście
wszystko czarne. Zazwyczaj zamawiał garnitury szyte na miarę na Saville Row,
ale jego żona znalazła ten i się w nim zakochała… a on był bezsilny wobec jej
kaprysów.
Godzinę
później przeszedł przez kominek do saloniku przyjęć we Dworze. Chociaż wrócił
do pracy dwa tygodnie temu, tak jak żona, unikał przychodzenia tutaj. Tak
naprawdę leżało to w interesie wszystkich. Bo gdyby spotkał matkę i znowu
powiedziałaby coś obraźliwego o Hermionie, spełniłby swoją groźbę, spalając
doszczętnie Dwór.
Na
szczęście to była pora tygodnia, kiedy rodzice wychodzili na lunch, a matka na
zakupy, więc jego rodzinny dom był bezpieczny przez kolejny dzień.
Wszedł
do swojego gabinetu i zastał wszystko w idealnym porządku. Blaise spotykał się
z dystrybutorami i innymi członkami organizacji niższego szczebla, ale Theo
pilnie pracował przy biurku, z cicho grającą muzyką, gdy wykonywał różne
zadania.
Podniósł
wzrok, słysząc otwieranie drzwi i wyłączył muzykę machnięciem różdżki.
—
No proszę — powiedział Theo przeciągle. — Kogo moje oczy widzą.
—
Pracowałem i wiesz o tym — odpowiedział Draco, siadając przy biurku. — Po
prostu mnie tu nie było.
—
To dobrze — zapewnił go Theo. — Królowej Matce nie przeszło, gdy cię nie było.
Draco
prychnął na tę informację.
—
Myślę, że łatwiej byłoby udomowić nundu niż zmusić Narcyzę Malfoy do zmiany
frontu.
Kiedy
Draco był dzieckiem, wszyscy bali się Lucjusza — chowającego się przed jego
przysłowiowym tronem. Nie zdawali sobie sprawy, że to Narcyza go wykreowała.
Wściekało
ją do granic możliwości, że nie potrafiła kontrolować syna tak, jak męża.
—
Tak, cóż, to była prawdziwa przyjemność utknąć tu z nią. — Westchnął Theo ze
smutkiem. — Ale tak czy inaczej… teraz wróciłeś i musimy nadrobić zaległości!
Machnięciem
różdżki wielki stos pergaminów i teczek lewitował przez pokój i wylądował na
biurku Draco.
—
Umowy, układy, rachunki, potwierdzenia dostaw — wszystko czeka na twój podpis,
szefie.
Draco
jęknął, przeciągając dłonią po twarzy i sięgając do kieszeni po papierosa.
Zapalił go pstryknięciem palców i zaciągnął się głęboko, sięgając po pióro.
—
Cudnie.
Wypuścił
powietrze wraz z długim kłębem dymu.
Byli
dopiero w połowie stosu, gdy zatrzymał się, by odpalić kolejnego papierosa.
—
Bogowie, Theo, ile cholernych podpisów potrzebujesz?
—
Och, przepraszam — wydyszał drugi mężczyzna z udawanym szokiem. — Podczas gdy
wy przez dwa miesiące włóczyliście się po kontynencie w ramach Bzykania po
Europie, niektórzy z nas pracowali. Potrzeba czegoś więcej niż życzenia i
modlitwy, żeby utrzymać to przestępcze przedsięwzięcie, wiesz?
Draco
podniósł pióro i wrócił do stosu pergaminów, podczas gdy Theo narzekał na jego
przedłużone wakacje.
Właśnie
skończył składać ostatni podpis, gdy pierwsze oznaki emocjonalnego niepokoju
Hermiony przebijały się przez magiczną więź związaną z ich obrączkami. Wstał
szybko, krzesło z hukiem osunęło się na podłogę za nim, gdy Theo odskoczył mu z
drogi.
—
Co się dzieje? — zapytał, podążając wzrokiem za Draco, który patrzył na
platynową obrączkę na jego palcu.
—
Hermiona.
Nie
chcąc tracić ani chwili, Draco skupił myśli na Atrium Ministerstwa i zniknął z
głośnym trzaskiem w kłębie czarnego dymu.
~*~*~*~*~*~*~*~
Szczerze
mówiąc, Draco całkiem się cieszył chaosem, jakie wywołało jego dramatyczne
wejście. W końcu przełamanie zabezpieczeń Ministerstwa nie było subtelne.
—
Hej! — krzyknął strażnik. — Nie możesz…
Reszta
jego wypowiedzi ucichła, gdy Draco rzucił bezsłowne zaklęcie wyciszające, a
następnie zamroził buty mężczyzny na podłodze.
—
Zamknij się.
Kolejny
strażnik próbował podkraść się z jego lewej strony. W niecałą sekundę został
rozbrojony i związany na podłodze. Draco przez chwilę rozważał złamanie różdżki
mężczyzny, ale postanowił być łaskawy i wrzucił ją do fontanny.
Czy zamrożenie fontanny, tak aby
różdżka zamroziła się w półmetrowej warstwie lodu, było konieczne? Nie. Czy
było fajne? Tak.
Pracownicy
Ministerstwa i odwiedzający go cywile schodzili mu z drogi, gdy pędził ku
windom. Po chwili znajdował się na czwartym piętrze, krocząc do DKNMS.
Chudy
strażnik — wyglądający tak, jakby w zeszłym tygodniu ukończył Hogwart — drżał
przed podwójnymi drzwiami.
—
Stój!
—
Na twoim miejscu bym się przesunął — wycedził Draco, leniwie obracając różdżkę
w palcach. Kiedy chłopak przesunął się w prawo i schował za swoim, małym
biurkiem, Draco posłał mu ostatnie, niemal życzliwe spojrzenie. — Ukryj się.
Chłopak
posłusznie wykonał jego rozkaz, chowając się przed Bombardą, Draco, która wysadziła drzwi z zawiasów. Przemierzał
departament, rzucając wyzwanie każdemu, kto chciałby go zatrzymać.
Sądząc
po tym, jak spojrzenia pracowników przeskakiwały między nim a otwartymi
drzwiami szefowej Bottlebrush, domyślił się, gdzie może się znajdować jego
żona.
—
Nie możesz tu być! — wrzasnęła Susan Bones z progu gabinetu szefowej,
wyciągając ręce, jakby chciała go zablokować.
—
Przesuń się! — warknął.
Temperatura
w dziale spadła o dobre dziesięć stopni, podczas gdy on z trudem panował nad
swoją magią.
Susan
trwała w miejscu o chwile za długo.
—
Drugi raz nie poprosi tak grzecznie — zauważyła Hermiona ze swojego miejsca w
gabinecie.
Jego
piękna, inteligentna żona doskonale go znała.
Uśmiechnął
się groźnie do swojej byłej koleżanki z klasy.
—
Ma rację.
To
w końcu sprawiło, że Susan wybiegła z pomieszczenia.
Draco
wszedł do gabinetu, rozbawiony tym, jak szefowa Hermiony przyciska się do
ściany, jakby to miało ją chronić. Najpierw skierował swój wzrok na Hermionę,
szybko skanując ją pod kątem wyrządzonej krzywdy.
—
Co się stało, żono? — zapytał łagodnie, a w jego słowach słychać było troskę. —
Pracowałem z Theo, próbując wszystko skończyć, żebyśmy mogli zjeść lunch, kiedy
poczułem, że coś cię zdenerwowało.
—
Wygląda na to, że…
Hermiona
zrobiła krok w jego stronę, ale została szarpnięta.
Przez
jebanego Cormaca McLaggena.
Draco
poczerwieniał ze złości.
—
Nie musisz z nim iść, Hermiono; mogę ci pomóc! — powiedział McLaggen,
nieświadomy wyroku śmierci, który właśnie na siebie wystawił.
—
Zabierz rękę z mojej żony, zanim ją stracisz — warknął Draco.
McLaggen
ścisnął mocniej, a Hermiona się skrzywiła.
Tylko
tyle wystarczyło.
Draco
cisnął zaklęciem tnącym prosto w grzbiet dłoni McLaggena — wystarczająco
płytko, by uniknąć poważnych obrażeń, ale wystarczająco głęboko, by dać mu
nauczkę.
—
Potraktuj to jako jedyne ostrzeżenie — warknął, robiąc krok naprzód, górując
nad drugim mężczyzną. — Jeśli jeszcze raz dotkniesz mojej żony, zapragniesz Avady, bo bogowie wiedzą, że
przeciągałbym twoją śmierć.
McLaggen
szybko się wycofał, tuląc krwawiącą dłoń do piersi.
—
Zwariowałeś!
Draco
go zignorował, odwracając się do Hermiony, gdy ta wpadła mu w ramiona. Uniósł
jej podbródek, wpatrując się w jej twarz i upewniając się, że nic jej się nie
stało.
—
Coś mówiłaś, kotku?
—
Wygląda na to, że straciłam pracę — odpowiedziała jadowitym głosem, a jej wzrok
powędrował w stronę kobiety, która ośmieliła się ją zwolnić.
—
Dlaczego? — zapytał, odgarniając loczek z jej policzka.
—
Przez ciebie! — prychnęła Cecylia.
Draco
nawet na nią nie patrzył. Po prostu machnął różdżką i po raz drugi dziś rzucił
zaklęcie wyciszające. Uniósł brew, a jego żona kiwnęła głową, milczeniem
odpowiadając na jego niewypowiedziane pytanie.
Przyciągnął
ją bliżej, całując w usta, po czym zniknęli z głośnym trzaskiem, pozostawiając
po sobie jedynie kłąb gęstego, czarnego dymu.
~*~*~*~*~*~*~*~
Kilka
sekund później pojawili się ponownie w jego gabinecie. Kiedy świat przestał
wirować, Draco uświadomił sobie, że nie tylko Theo na nich czekał — Blaise
także wrócił. Wyglądało na to, że obaj szykowali się do dołączenia do niego w
Ministerstwie.
—
O, dobrze, że wróciliście! — krzyknął Theo. Zastanowił się przez chwilę, a
potem jego twarz zrzedła. — Chwila, czy to znaczy, że muszę zmienić liczbę na
tablicy?
Wskazał
na tą nad biurkiem. Widniał na niej napis, że Minęło osiemdziesiąt pięć dni, odkąd Theo musiał zajmować się zwłokami.
—
Wiedziałem, że moja najlepsza passa nie potrwa długo, gdy wrócicie z Bzykania
po Europie.
Hermiona
parsknęła śmiechem, siadając na brzegu biurka Draco.
—
Twoja tablica jest bezpieczna jeszcze przez jeden dzień. McLaggen
prawdopodobnie będzie musiał pojechać do Świętego Munga po dyptam, ale Draco
nikogo nie zabił.
—
Powinienem był.
—
Co się stało? — zapytał Blaise, siadając naprzeciwko biurka Draco.
—
Zwolnili mnie — odpowiedziała Hermiona prosto z mostu. Spojrzała na Draco,
który odsunął dla niej krzesło i usiadła na nim z uśmiechem. — Poza tym, że
wszyscy zachowywali się tak, jakbym była zakładniczką w tym małżeństwie,
wczoraj posunęli się o krok za daleko. Wezwano mnie na spotkanie z Ministrem
Magii, szefami DPPC i DKNNMS oraz Głównym Aurorem.
Blaise
i Theo wymienili zszokowane spojrzenia, po czym znów przenieśli na nią swoją
uwagę.
—
W jakim celu? — zapytał Theo, siadając na kolanach męża.
—
Chcieli, żebym była informatorką. — Westchnęła. — Nie wiedzą, co robicie, ale
mają swoje podejrzenia.
—
Zawsze mieli — rzekł Draco, przeciągając samogłoski. — Ale nigdy nie udało im
się niczego udowodnić.
—
Nie jestem specjalnie przejęta zwolnieniem z pracy — odparła Hermiona po
chwili. — To nie tak, że nie udaremniali wszystkich zmian, które od lat
próbowałam wdrożyć. Ale jest coś nad czym bardzo mi zależy — chcę pomagać ludziom,
wprowadzać pozytywne zmiany dla magicznych stworzeń — i niestety, Ministerstwo było
na to najlepszym sposobem.
Trzej
mężczyźni wymienili spojrzenia ponad jej głową, chłonąc jej słowa.
—
Właściwie — zaczął Blaise. — Nie jest.
Theo
uśmiechnął się do niej zachęcająco.
—
Nie wszystko, co tu robimy, jest owiane tajemnicą, Hermiono.
Spojrzała
na Draco, a w jej wyrazie twarzy widać było konsternację.
—
Co macie na myśli?
—
Robimy wiele rzeczy w szarej strefie, albo po prostu nielegalnych — przyznał. —
Ale robimy też wiele, by pomagać ludziom.
Blaise
uśmiechnął się sugestywnie, wtrącając się ponownie.
—
Jeśli chcesz kontynuować swoją pracę, jesteśmy najlepszymi osobami, które mogą
ci w tym pomóc. Wszystko, co chcesz, zostanie zrealizowane bez wahania.
Draco
kiwnął głową z aprobatą.
—
Jeśli chcesz założyć organizację charytatywną, uważaj to za załatwione. Jeśli
chcesz osobiście kontaktować się z magicznymi stworzeniami z jednego końca
Wielkiej Brytanii na drugi, pomożemy ci. Możesz mieć wszystko, czego
potrzebujesz lub chcesz, aby rozwijać swoje inicjatywy — wystarczy, że
poprosisz.
—
A jeśli chcesz iść na całość, żono mafiosa. — Zaśmiał się Theo. — Też mogę ci w
tym pomóc.
Wzruszył
ramionami, gdy Draco przewrócił oczami, niepewny, czy to może być argument
przemawiający do jego żony.
Kiedy
spojrzał na Hermionę jej wyraz twarzy uległ zmianie. Determinacja wyprostowała
kręgosłup, a w oczach płonął jasny ogień.
—
Wprowadź mnie, trenerze. — Uśmiechnęła się sugestywnie. — Jestem gotowa.
—
Tak, proszę pani — zamruczał, całując grzbiet jej dłoni.
Nie ważne, czy chciała podbić świat, czy go ocalić, zrobią to razem.
Brak komentarzy