[T] Cena przebaczenia: Rozdział 5

niedziela, 4 października 2026

  

Witajcie :) w niedzielne popołudnie zapraszam na dwa nowe rozdziały tłumaczenia. Dramatu ciąg dalszy, a przy tym wiele ważnych rozmów i wyznań. Także miłej lektury!

Na kolejne rozdziały zapraszam w środę.

 

________________

 

Rozdział 5

 

Pierwszy oddech, jaki Hermiona wzięła, gdy Draco ją puścił, przypominał połykanie potłuczonego szkła.

Osunęła się na ziemię, zanim w ogóle zdała sobie sprawę, że upada; jedną ręką chwyciła się za gardło, a drugą uderzyła w marmurową posadzkę z taką siłą, że ból przeszył jej nadgarstek. Korytarz wokół niej pogrążył się w chaosie. Z obu końców oddziału nabiegli Uzdrowiciele. Jedna z nich krzyknęła, wzywając ochronę. Gdzieś za plecami Hermiony rozległ się krzyk Ginny, wymawiającej imię Draco.

Kosztowna cisza piątego piętra pękła po naporem gwałtownego, jawnego bólu.

Blaise i dwóch Uzdrowicieli odciągali Draco. Walczył z nimi siłą, która wydawała się niemożliwa u człowieka już całkowicie załamanego; wszelkie hamulce puściły, nie pozostawiając nic poza wściekłością, męką i czymś tak surowym, że Hermiona ledwo mogła na to patrzeć. Jego dłonie wciąż wyciągały się w jej stronę, gdy Blaise objął go mocno w pasie i odciągnął od tyłu z desperacką siłą człowieka próbującego powstrzymać przyjaciela przed staniem się kimś, z kim ten nie zdołałby dalej żyć.

— Puść mnie!

Jego głos był ochrypły. Niemal nie do poznania.

— DRACO! — Blaise zacisnął uścisk. — PRZESTAŃ!

— Zabiła ich!

Oskarżenie uderzyło w korytarz niczym klątwa. Kilkoro członków personelu znieruchomiało w miejscu, jakby same te słowa wywołały kolejny stan zagrożenia, z którym nikt nie był przeszkolony, by sobie poradzić.

Oddech uwiązł Hermionie w gardle, sprawiając jej ból. Draco gwałtownie szarpnął się, niemal uwalniając z uścisku, a przez jedną przerażającą chwilę wydawało jej się, że znów do niej doskoczy. Jego twarz nie przypominała już oblicza mężczyzny, który poprzedniego ranka stał przy łóżku Astorii, rzucając oschłe uwagi na temat zupy i tajemnicy lekarskiej. Ten człowiek był obnażony do żywego, pozbawiony wszelkich osłon; pozostał w nim żal tak surowy, że aż potworny.

— Moja żona — powiedział, a słowa łamały się pod własnym ciężarem. — Mój syn.

A potem wściekłość zapadła się do wewnątrz.

I nie schodziła z niego. Nic w jego postawie nie łagodniało. Jednak siła, która pchała go w stronę Hermiony, zdawała się nagle załamać; Draco przestał walczyć tak gwałtownie, że trzymający go mężczyźni niemal stracili równowagę. Wyrwał się częściowo — nie po to, by znów zaatakować, lecz by zrobić dwa niepewne kroki do przodu, po czym ciężko opaść na kolana.

Jego pięści uderzyły w marmur raz. Dwa razy. Znowu. Skóra na dłoni popękała.

— DRACO! — Blaise padł obok niego i chwycił go za nadgarstki. — DOŚĆ! Wystarczy!

Draco zdawał się go nie słyszeć. Dźwięk, który się z niego wydobył, nie był krzykiem ani nawet szlochem, lecz czymś niższym i bardziej przerażającym. Odgłosem człowieka, z którego wnętrza wyrywano życie, podczas gdy on wciąż pozostawał świadomy. Cały korytarz zamarł; nawet personel zdawał się rozumieć, że są chwile, w których nie należy przerywać żałobie.

Hermiona wciąż siedziała na podłodze.

Jedną rękę przyciskała do gardła. Drugą oparła płasko na zimnym marmurze. Nie potrafiła wstać. Nie była nawet pewna, czy tego chce. Patrzyła na klęczącego Draco, a łzy spływały jej po twarzy — nie dlatego, że zdecydowała się płakać, lecz cicho i nieustannie, niczym krew sącząca się z rany, której ból jeszcze nie dotarł do świadomości.

Ginny znalazła się tuz obok niej. Nie wiedziała, kiedy to się stało. Czuła jej bliskość i ciepło; słyszała też, że Ginny również płacze — nie głośno, lecz wydając z siebie ten charakterystyczny, urywany oddech kogoś, kto próbuje zachować panowanie nad sobą, ale po cichu ponosi w tym klęskę.

Blaise obejmował teraz Draco obiema rękami, mocno go przytrzymując; na krótką chwilę przycisnął twarz do tyłu jego głowy. Nawet Blaise — ten opanowany, błyskotliwy i zawsze panujący nad sobą Blaise — miał na policzkach łzy, których wcale nie próbował ukrywać.

— DRACO. — Głos Blaise’a załamał się na imieniu przyjaciela. — Trzymam cię. Trzymam cię. Jestem tu.

Draco wypowiedział imię Astorii. Tylko raz.

Ledwo słyszalny szept. Hermiona zamknęła oczy.

Otworzyła je ponownie, bo z zamkniętymi było jeszcze gorzej.

— Hermiono.

Głos Karla dobiegł z góry.

Nie drgnęła.

— Hermiono, spójrz na mnie.

Nie potrafiła. Patrzyła na trzęsące się ramiona, jak żałoba odciska na nim swoje piętno, i nie potrafiła się zmusić, by spojrzeć gdziekolwiek indziej.

— HERMIONO!

Dłonie Karla zacisnęły się na jej ramionach i pomogły jej wstać; pozwoliła mu na to, bo sama nie utrzymałaby się na nogach. Lecz nawet gdy już stała, podtrzymywana przez Karla, nie spuszczała wzroku z Draco.

— Hej. — Karl objął jej szczękę dłonią, odwracając jej twarz w jego stronę. — Spójrz na mnie. Oddychasz?

Oddychała.

Technicznie rzecz biorąc.

— Hermiono. CZY TY ODDYCHASZ?

— Tak — odparła.

Jej głos brzmiał zupełnie inaczej. Jakby dobiegał z oddali — jakby należał do kogoś stojącego na końcu bardzo długiego korytarza.

Wzrok Karla szybko przesunął się po jej szyi, twarzy i dłoniach. Był kliniczny, rzeczowy. Oceniał obrażenia, zanim ona sama w pełni uświadomiła sobie, że została ranna.

— Musisz zostać zbadana — powiedział.

— Nic mi nie jest.

— Nieprawda. Twoja szyja…

— Karl.

Wypowiedziała cicho jego imię i umilkł.

Jej uwaga znów skupiła się na Draco. Blaise wciąż go przytrzymywał, mówiąc cicho i pilnym tonem. Draco przestał się szarpać, ale nie przestał się załamywać. Robił to teraz po prostu inaczej — ciszej, bardziej wewnątrz siebie — a to było jakoś gorsze.

— On myśli, że ich zabiłam — rzekła, a Karl milczał. — Myśli, że ich zabiłam, i wcale się nie myli.

— Hermiono…

— Ona była MOJĄ pacjentką, Karl! Była moją pacjentką, a teraz nie żyje, on klęczy na podłodze, a ja…

— Przestań. — Karl mocniej zacisnął dłonie na jej ramionach. — Nie tutaj. Nie teraz.

Spojrzała na niego, a on na nią.

To Hawks przerwał tę chwilę.

Pojawił się na końcu korytarza w towarzystwie dwóch starszych rangą Uzdrowicieli i wyrazem twarzy dyrektora, który pozwolił sytuacji trwać dokładnie tak długo, jak było to konieczne — i ani sekundy dłużej.

— Panno Granger. — Jego głos nie był nieuprzejmy, ale brzmiał stanowczo. — Panie Rosewood. Do mojego gabinetu. Natychmiast.

Dłoń Karla powędrowała do jej pleców, w okolicę lędźwi.

Hermiona pozwoliła sobie na ostatnie spojrzenie w stronę Draco.

Blaise wciąż go przytrzymywał. Ginny podeszła do Blaise’a i położyła dłoń na jego ramieniu; po jej policzkach wciąż bezgłośnie spływały łzy. Draco się nie poruszył. Nadal klęczał na marmurowej posadzce korytarza na piątym piętrze — z krwawiącymi dłońmi i światem, który właśnie legł w gruzach. Hermiona stała tam jeszcze przez chwilę, po czym odwróciła się i odeszła.

Karl szedł tuż obok niej.

Żadne z nich się nie odzywało.

Gabinet Hawksa znajdował się na końcu korytarza czwartego piętra — ciemne drewno, lewitujące zegary i ten szczególny, urzędowy ciężar pomieszczenia, w którym zapadały decyzje rzutujące na całe późne życie ludzi.

Hawks zamknął za nimi drzwi.

Korytarz, Draco i krew na marmurze zniknęły za nimi, jakby należały do zupełnie innego świata. W pomieszczeniu unosił się zapach starego pergaminu i autorytetu, który gromadził się tam przez dziesięciolecia.

Hermiona usiadła na krześle naprzeciwko jego biurka, bo jej nogi podjęły decyzję, zanim zdążył to zrobić umysł. Karl stał nieco za nią i po jej lewej stronie — wystarczająco blisko, by czuła jego obecność bez konieczności patrzenia na niego.

Hawks powoli zajął miejsce.

Najpierw spojrzał na jej szyję. Siniaki zaczynały już ciemnieć; głęboki fiolet rozlewał się w stronę szczęki. Przez chwilę przyglądał się im z wyrazem twarzy człowieka oceniającego skalę obrażeń, po czym się odezwał:

— Czy odczuwasz ból?

— Nic mi nie jest.

— Nie o to pytałem.

Hermiona na niego spojrzała.

— Tak — powiedziała. — Trochę.

Hawks skinął głową i sięgnął po różdżkę. Ciche pukanie do drzwi poprzedziło wejście młodego Uzdrowiciela, którego Hermiona mgliście kojarzyła z nocnego dyżuru; mężczyzna szybko przeszedł przez pokój i zaczął nakładać na jej gardło zaklęcie chłodzące z tą ostrożną profesjonalnością, jaką wykazuje się ktoś, kto bardzo stara się na nic nie gapić.

Zaklęcie przyniosło ulgę.

Nie wystarczającą, ale jednak jakąś.

Gdy młody Uzdrowiciel się cofnął, Hawks cicho go odprawił; drzwi zamknęły się za nim, a w gabinecie zapadła głęboka cisza.

Hawks przyglądał się jej w milczeniu.

— Panno Granger. Czy na pewno wszystko z panią w porządku?

— To nie o mnie powinni się państwo martwić — odparła natychmiast. — Chodzi o Malfoya. Ktoś musi przy nim być. Ktoś musi dopilnować, żeby nie…

— Pan Malfoy jest pod opieką — powiedział cicho Hawks. — W tej chwili muszę wiedzieć, że z panią wszystko dobrze.

Hermiona na krótką chwilę spojrzała mu w oczy, po czym odwróciła wzrok.

— Nic mi nie jest — powtórzyła.

Hawks jeszcze przez moment utrzymywał z nią kontakt wzrokowy, po czym najwyraźniej uznał, że to wszystko, czego może się od niej dowiedzieć. Splótł dłonie na biurku.

— Panno Granger. Muszę omówić z panią wstępne wyniki badań. — Hermiona milczała. — Wyniki pilnych badań przeprowadzonych u pani Malfoy są… — Zawahał się. Ostrożnie dobierał słowa. — Niespójne z obrazem rzucawki. — W gabinecie panowała cisza. — Wyniki wskazują na ciężki wstrząs anafilaktyczny. — Kolejna pauza. — Wywołany kontaktem ze skoncentrowanym wyciągiem z dyptamu.

Hermiona usłyszała to słowo.

Wiedziała, że to się stanie, od chwili, gdy zrozumiała, co zrobił Karl. Minęły od tego czasu godziny. Żadna z nich nie wystarczyła, by się z tym oswoić.

A jednak wiadomość ta uderzyła ją z ogromną siłą.

Poczuła, jak stojący za nią Karl nagle zastyga w bezruchu.

Hawks obserwował jej twarz.

— Panno Granger. Czy jest pani świadoma uczulenia pani Malfoy na wyciąg z dyptamu?

Hermiona wzięła głęboki, powolny oddech.

Wdech.

Wydech.

— Tak — powiedziała w końcu. — Było to odnotowane w jej karcie. Wielkimi, czerwonymi literami.

Jej głos brzmiał pewnie. Sama nie wiedziała, jak to możliwe. Słowo dyptam wciąż odbijało się echem w jej wnętrzu, zderzając się ze wszystkim, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku godzin. Czuła się całkowicie wypalona od środka. Wpatrywała się w punkt gdzieś za lewym ramieniem Hawksa — w miejsce, które nie było tym gabinetem, tym krzesłem ani niczym z tego, co ją otaczało.

— I była pani ostatnią Uzdrowicielką, która oficjalnie podała pani Malfoy eliksir.

Zdanie to zawisło między nimi.

Nie było oskarżeniem.

Jeszcze nie.

Tylko faktem, ostrożnie położonym na biurku niczym przedmiot wymagający oględzin. Hermiona poczuła, jak dłoń Karla odnajduje jej rękę pod krawędzią biurka. Ciepła. Pewna. Jego palce zacisnęły się na jej dłoni; poczuła ten ucisk i spojrzała w dół, na ich splecione ręce.

Pomyślała o pięciu latach, o filiżance herbaty zostawionej obok śpiącej osoby i o mężczyźnie, który w nią uwierzył, zanim ona sama w siebie uwierzyła. Pomyślała o Astorii na łóżku i o Draco klęczącym na podłodze.

Wszystko to istniało jednocześnie — w tej samej chwili, w tym samym niewielkim gabinecie — i nie potrafiła tego rozdzielić.

Hawks czekał.

Zegar na ścianie drgnął.

— Panno Granger — powiedział cicho Hawks. — Muszę zapytać wprost. Czy podałaś pani Malfoy skoncentrowany wyciąg z dyptamu?

Zapadła długa cisza.

Karl mocniej ścisnął jej dłoń.

Przez chwilę utrzymywała kontakt wzrokowy z Hawksem, po czym spuściła wzrok.

Wciąż była myślami gdzie indziej. Wciąż tkwiła na tamtym korytarzu, wciąż widziała, jak pięści Draco uderzają w marmur, i słyszała dźwięk, który się z niego wydobył. Odpowiedziała, będąc w tym stanie — gdzieś daleko od tego gabinetu, od tego pytania i od badawczego spojrzenia Hawksa.

— Jestem Uzdrowicielką odpowiedzialną za panią Malfoy — rzekła. — Cokolwiek wydarzyło się w tamtej sali, stało się pod moją opieką.

Hawks przyglądał się jej przez dłuższą chwilę.

Potem coś zapisał.

I to wystarczyło.

Następnie Hawks zadał jeszcze kilka pytań. Hermiona odpowiadała ostrożnie i precyzyjnie, mówiąc tylko prawdę i nic poza nią. Tego dnia dwukrotnie badała Astorię. Podała jej eliksir wzmacniający. Zostawiła ją w stabilnym stanie. Wezwano ją z powrotem amuletem alarmowym w środku nocy.

Nie powiedziała nic więcej.

Karl przez cały ten czas milczał.

Kiedy Hawks w końcu odłożył pióro i powiedział, że mogą wyjść, poranne światło wpadające przez okno jego gabinetu zmieniło barwę z szarej na bladozłotą. Minęło kilka godzin, a Hermiona nawet tego nie zauważyła.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Wyszli na korytarz. Drzwi zamknęły się za nimi.

Przez chwilę żadne z nich się nie poruszyło.

Poranne światło wpadało przez okna, tworząc blade smugi. Gdzieś w dole w Londynie toczyło się codzienne życie — obojętne i nieustanne, takie jak zawsze, bez względu na to, co działo się na piętrach powyżej. Szpital tętnił życiem wokół nich: odgłosy kroków w oddali, cichy pomruk zaklęć monitorujących, dźwięk drzwi otwieranych i zamykanych gdzieś na końcu innego korytarza. Zwyczajne odgłosy. Dźwięki miejsca, które nie wiedziało, co przed chwilą wydarzyło się w tamtym gabinecie, i któremu byłoby to obojętne, gdyby nawet wiedziało.

Karl odwrócił się w jej stronę.

— Hermiono. — Jego głos był bardzo cichy. — To, co przed chwilą tam powiedziałaś…

— Już po wszystkim — odparła.

— Powiedziałaś, że ponosisz odpowiedzialność. Hawks zrozumiał, co to oznacza.

— Powiedziałam, że jestem Uzdrowicielką odpowiedzialną za ten przypadek. To prawda.

— To nie cała prawda.

— Nie — przyznała. — Niecała.

Spojrzał na nią.

I rzecz w tym, że ona wiedziała. Stojąc tam, na korytarzu, w bladym i obojętnym świetle poranka, wiedziała. Nie wszystko — jeszcze nie; nie znała pełnego obrazu tego, co zrobił Karl, ani ceny, jaką za to zapłacił i jaką wciąż przyjdzie mu płacić. Ale wiedziała wystarczająco dużo. Wystarczająco, by zrozumieć, że to, co przed chwilą powiedziała w tamtym gabinecie, nie było całą prawdą — a Karl bardzo uważnie czekał, by zobaczyć, czy tę prawdę wyjawi.

Cisza między nimi trwała kilka sekund.

Słyszała własny oddech.

Czuła ból w miejscu siniaka na szyi — tam, gdzie przestało działać zaklęcie chłodzące. Był to tępy, jednostajny ból, towarzyszący jej od momentu, gdy znajdowała się na korytarzu piątego piętra; ignorowała go z determinacją kogoś, kto nie mógł sobie pozwolić na zatrzymanie się. Teraz go czuła. Czuła go w pełnej krasie. Wycieńczenie, które niczym fizyczny ciężar przygniatało jej ciało. Ciężar powiek wynikający ze zbyt wielu godzin bez snu, nadmiaru płaczu i wszystkiego, co ją przytłoczyło. Drżenie dłoni — ledwie zauważalne, gdyby tylko na nie spojrzała, czego jednak nie robiła.

Zrobił pół kroku w stronę drzwi.

— Powinienem tam wrócić — rzekł. — Powinienem mu powiedzieć…

I wtedy coś się stało.

Nie była to właściwie myśl. Ani decyzja — nie w tym sensie, w jakim decyzje zazwyczaj zapadają; nie było to nic, co by rozważała czy analizowała, do czego doszłaby w drodze jakiegokolwiek procesu, który potrafiłaby później wyjaśnić. Po prostu — jej ciało. Jej głos. Słowo, które wydobyło się z niej, zanim jeszcze ostatecznie postanowiła je wypowiedzieć.

— Nie.

Karl się zatrzymał.

Ten półkrok dobiegł końca.

Spojrzała na niego, próbując zrozumieć, co właściwie robi, i zdała sobie sprawę, że nie potrafi — a przynajmniej nie do końca — bo nie chodziło o jedną rzecz. Nigdy nie chodziło o jedną rzecz. To było pięć lat kochania kogoś i ten szczególny sposób, w jaki taka miłość czyniła cię swoim narzędziem, zanim  ogóle zdążyła to zauważyć. To było poczucie winy, które tkwiło w jej piersi od chwili, gdy weszła do tamtej sali, zobaczyła Astorię i zrozumiała, że jest już za późno. To było wszystko, co odebrały jej ostatnie godziny, przytłaczając ją tak mocno, że myślenie trzeźwo przypominało próbę patrzenia przez taflę wody.

To był fakt, że nie wiedziała, kim jest, jeśli nie jest osobą stojącą między kimś, kogo kocha, a tym, co na niego czyha.

Była taką osobą przez całe swoje życie.

Nie potrafiła być nikim innym.

— Sprawa jest załatwiona — powiedziała. — Powrót do środka tego nie cofnie.

Karl znieruchomiał.

Obserwowała jego twarz.

Znała ją od lat. Nauczyła się odczytywać precyzyjny język jego mimiki; drobne zmiany świadczące o tym, że myśli; napięcie szczęki zdradzające, iż podjął już decyzję i zastanawia się, jak ją przedstawić. Zawsze potrafiła go odczytać. Uważała, że to zasługa ich bliskości, tego, że się znali — że tak właśnie buduje się wspólne życie.

Teraz zrozumiała — w sposób, którego nie potrafiła jeszcze ubrać w słowa — że od początku właściwie go odczytywała.

Myliła się jedynie w interpretacji tego, co widziała.

Jego udręka była prawdziwa. Prawdziwe było wyczerpanie. Prawdziwy był też ten szczególny wyraz twarzy człowieka stojącego na krawędzi czegoś i świadomego ciężaru tej chwili. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Ale pod tym wszystkim — cicho, pod pełną kontrolą — kryło się coś jeszcze.

Ten szczególny wyraz twarzy kogoś, kto przygotowywał się na coś trudnego, by nagle odkryć, że może jednak nie będzie musiał przez to przechodzić.

Dostrzegła to.

Odwróciła wzrok.

— Karl — mruknęła bardzo cicho.

Nie odpowiedział.

W głębi duszy — w tej jej części, w którą nie była gotowa się zagłębiać — wiedziała, że tego nie zrobi. Że ten półkrok w stronę drzwi pozostanie tylko tym: półkrokiem i niczym więcej. Że gdy powie Nie, on się zatrzyma. Że coś w nim nieco opadnie, w sposób, którego nie wolała nie dostrzegać.

Patrzył na nią przez dłuższą chwilę.

Nie z poczuciem winy — nie do końca. Nie z ulgą — nie do końca. Coś, co tkwiło w wąskiej przestrzeni pomiędzy nimi; w miejscu, gdzie człowiek rozumiał, co mu oferowano, i podejmował — całkiem po cichu — decyzję, by to przyjąć.

Nie powiedział nic.

Co stanowiło odpowiedź.

Co od początku miało być odpowiedzią.

Hermiona odwróciła się i ruszyła korytarzem.

Nie obejrzała się.

Decyzja zapadła. Miała z nią żyć. Przynajmniej na razie. Przynajmniej dopóki znów nie będzie mogła swobodnie oddychać. Przynajmniej dopóki poranek przestanie przypominać wnętrze czegoś, co już pękło, a ona zdoła myśleć na tyle trzeźwo, by zrozumieć, co właśnie zrobiła, dlaczego to zrobiła i jaką przyjdzie jej za to zapłacić cenę.

Przed nią rozciągał się korytarz — pusty, blady i bardzo długi.

Szła dalej.

Jeden krok.

Potem kolejny.

Szpital tętnił życiem wokół niej — obojętny i nieustanny. Ludzie mijali ją, idąc w przeciwnym kierunku. Za zamkniętymi drzwiami brzęczały zaklęcia monitorujące. Zwyczajny mechanizm miejsca, które nie zatrzymywało się z powodu żałoby, poczucia winy czy ciężaru decyzji podjętej na korytarzu pewnego, lutowego poranka.

A gdzieś za nią Karl stał w porannym świetle — nie zawołał jej, nie wszedł do gabinetu Hawksa i nie zrobił tego, co należało zrobić.

Ta cisza towarzyszyła jej aż do końca korytarza.

I jeszcze przez bardzo długi czas potem.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Było przedpołudnie, kiedy pojawiła się Narcyza Malfoy.

Hermiona usłyszała ją, zanim ją zobaczyła. Nie dlatego, że Narcyza hałasowała — wcale tak nie było. Jednak korytarz zmieniał się, gdy wkraczała w jego przestrzeń — tak jak zmieniają się korytarze w obecności ludzi, którzy nauczyli się nosić w sobie władzę tak długo, że stała się ona częścią ich istoty. Personel poruszał się inaczej. Głosy cichły. Zwyczajny rytm szpitalnego życia dostosowywał się do niej, bez niczyjej, świadomej decyzji.

Hermiona wciąż przebywała na korytarzu przed gabinetem Hawksa, siedząc na ławce ze złożonymi na kolanach dłońmi i nie mając konkretnego celu, gdy Narcyza wyłoniła się zza rogu.

Zatrzymała się, gdy dostrzegła Hermionę.

Wstała. Odruchowo. Tak, jak człowiek wstaje, gdy sytuacja tego wymaga — nawet jeśli nie wie dokładnie, dlaczego.

Narcyza wyglądała nieskazitelnie. To rzucało się w oczy jako pierwsze. Jej szaty były czarne i idealnie wyprasowane, a włosy upięte z tą surową precyzją, właściwą komuś, dla kogo zachowanie opanowania było tak długo kwestią przetrwania, że stało się nieodłączną częścią charakteru. Wyglądała jak kobieta, które przetrwała publiczną hańbę, wojnę i długotrwałe upokorzenie, patrząc na upadek własnej rodziny; kobieta, która zrozumiała, że jedyną odpowiedzią na katastrofę jest stawienie jej czoła z nienaganną fryzurą.

Tylko dłonie ją zdradzały.

Zadrżały raz, zanim splotła je ze sobą.

Jej wzrok powędrował ku szyi Hermiony.

Ku śladom po siniakach.

Przyglądała im się przez chwilę z wyrazem twarzy, którego Hermiona nie potrafiła odczytać. Nie była to łagodność. Ani przeprosiny. Coś znacznie bardziej złożonego.

Potem jej spojrzenie powędrowało dalej.

— Byłaś przy Astorii — powiedziała.

To nie było pytanie.

— Tak.

— Byłaś jej Uzdrowicielką.

— Tak.

Narcyza przez chwilę milczała.

— Cierpiała?

Pytanie padło cicho, lecz dotknęło głębi.

Hermiona pomyślała o sinej skórze, przerwanych uściskach i krwi rozlewającej się po białej pościeli. Przypomniała sobie włosy Astorii pod palcami — bardziej miękkie, niż się spodziewała.

— To stało się szybko — rzekła.

Było to pewnego rodzaju ukojenie, nawet jeśli nie do końca cała prawda.

Narcyza zamknęła oczy tylko na moment. Kiedy je otworzyła, były szkliste od łez, lecz nie zdradzały załamania.

— A mój wnuk?

Gardło Hermiony się zacisnęło.

— Próbowaliśmy wszystkiego — odpowiedziała. — Wszystkiego, co było w naszej mocy.

Narcyza wciągnęła gwałtownie powietrze — był to jedyny dźwięk, na jaki sobie pozwoliła. Potem uniosła podbródek.

— Chciałabym ich zobaczyć.

— Oczywiście. — Hermiona zawahała się. — Astoria została przygotowana.

Wzrok Narcyzy znów spoczął na niej.

— Przez kogo?

— Przeze mnie.

Cisza, która po tym nastąpiła, różniła się od poprzednich. Narcyza przyglądała jej się z wyrazem twarzy, w którym emocje zmieniały się zbyt szybko, by można było je nazwać. To nie było wybaczenie. Ani wdzięczność. Coś bardziej złożonego. Kobieta doświadczająca niespodziewanego aktu troski ze strony osoby, którą jej syn właśnie próbował zabić.

— Dlaczego? — zapytała.

Bo Astoria nie znosiłaby nieładu. Bo zasługiwała na coś lepszego niż to, co zostawiła po sobie ta noc. Bo Draco zasługiwał, by zobaczyć coś łagodniejszego niż krew. Bo Hermiona musiała zdobyć choć jedną rzecz właściwie, skoro we wszystkim innym poniosła porażkę.

— Zasługiwała na godność — powiedziała Hermiona.

Narcyza patrzyła na nią przez dłuższą chwilę. A potem bardzo cicho rzekła:

— Tak. Zasługiwała.

Słowa nie stanowiły rozgrzeszenia.

Ale były czymś.

— Mój syn — kontynuowała. — Gdzie on jest?

— Nie wiem dokładnie. Ktoś się nim zajmował, kiedy ostatnio…

— Czy jest ranny?

Hermiona przypomniała sobie zaciśnięte pięści Draco na marmurowej posadzce. Krew na jego dłoniach — jego własną krew.

— Jego dłonie — odparła ostrożnie. — Uderzył nimi w podłogę.

Po twarzy Narcyzy przemknął ból. Tylko na chwilę. Zawahanie w jej opanowaniu, widoczne przez ułamek sekundy, zanim znów je ukryła.

— Potrzebuje mnie — stwierdziła.

— Tak — zgodziła się Hermiona. — Myślę, że tak.

Narcyza skinęła raz głową.

Potem spojrzała na Hermionę po raz ostatni, a w tym spojrzeniu zawarte było wszystko, czego nie zamierzała wypowiedzieć na głos. Żal. Wściekłość. Złożony rachunek sumienia matki próbującej ustalić, kto ponosi winę za zniszczenie jej rodziny, i odkrywającej, że odpowiedź jest zbyt przytłaczająca i bolesna, by udźwignąć ją w całości.

Odwróciła się i odeszła bez słowa.

Hermiona patrzyła, jak oddala się w milczeniu.

I stała nieruchomo, dopóki odgłos jej kroków całkowicie nie ucichł.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Jakiś czas później Hermiona znalazła Blaise’a.

Siedział w niewielkiej poczekalni na końcu korytarza czwartego piętra, z łokciami opartymi na kolanach i twarzą ukrytą w dłoniach. W międzyczasie zmienił koszulę — nie wiedziała kiedy. Jego włosy były lekko rozczochrane, w sposób, jakiego u niego nie znała, a on sam wyglądał — po raz pierwszy, odkąd go znała — jak ktoś, komu zabrakło sił, by zachować opanowanie.

Podniósł wzrok, gdy usłyszał jej kroki.

Przez chwilę patrzyli na siebie.

— Co z nim? — zapytała.

Jego głos brzmiał słabiej, niż zamierzała. Zauważyła też, że lekko drżą jej dłonie. Splotła je mocno ze sobą.

Blaise spojrzał na jej szyję.

— Jak się czujesz? — zapytał zamiast tego.

— Blaise.

— Hermiono.

— Proszę.

Odwrócił wzrok. Przeczesał dłonią włosy.

— Jest w złym stanie — powiedział w końcu. — Jest... źle.

— Czy ktoś przy nim jest?

— Przyjechała jego matka. — Pauza. — Jest teraz przy nim.

Hermiona wypuściła powietrze.

— Dobrze — rzekła cicho. — To dobrze.

Blaise spojrzał na swoje dłonie. Na bladą plamę, wciąż widoczną na rękawie w miejscu, po tym jak próbował powstrzymać Draco przed roztrzaskaniem sobie dłoni o marmur.

— Nie chciał… — zaczął.

— Wiem — odparła natychmiast.

— On po prostu…

— Blaise. Wiem.

Spojrzał na nią. Wyraz jego twarzy nieco się zmienił.

— Kochał ją — rzekł.

Po prostu. Jakby to wszystko wyjaśniało. Bo tak właśnie było.

— Wiem — powtórzyła.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, trawiąc to, co usłyszeli.

W korytarzu panowała cisza. Gdzieś w oddali ktoś przeszedł. Niedaleko rozległ się pojedynczy dźwięk zaklęcia monitorującego, po czym znów zapadła cisza.

— Jego dłonie? — zapytała Hermiona.

— Obejrzał je Uzdrowiciel. Nic nie jest złamane. — Usta Blaise’a się zacisnęły. — Fizycznie.

Hermiona skinęła głową.

Spojrzała na własne dłonie, wciąż lekko splecione na kolanach i wciąż lekko drżące.

— Blaise — powiedziała. — Przepraszam.

Przez dłuższą chwilę milczał.

— Wiem, że przepraszasz — rzekł w końcu.

To nie było wybaczenie.

Ale coś znaczyło.

Kilka minut później Ginny pojawiła się na końcu korytarza, niosąc szklankę wody i poruszając się z tą ostrożną, celową energią osoby, która musi się na coś przydać, bo bezczynność jest nie do zniesienia.

Bez słowa podała wodę Blaise’owi.

On również przyjął ją w milczeniu.

Potem usiadła po drugiej stronie Hermiony i cała trójka trwała tak w ciszy korytarza na czwartym piętrze, podczas gdy wokół nich toczyło się szpitalne życie.

Po chwili Ginny wyciągnęła rękę i ujęła dłoń Hermiony.

To wystarczyło.

Hermiona znów zaczęła płakać. Nie głośno. Nie teatralnie. Po prostu cicho, bezradnie; łzy płynęły, zanim zdążyła je powstrzymać, a gdy już się pojawiły, nie potrafiła ich powstrzymać.

— Przepraszam — wykrztusiła. — Przepraszam, nie powinnam… Oboje straciliście o wiele więcej niż ja, a ja siedzę tu i płaczę jak…

— Przestań — zbeształa ją cicho Ginny.

— Nie, to nie ja powinnam…

— Hermiono. Przestań.

— Po prostu nie rozumiem — kontynuowała, a jej głos załamał się całkowicie na ostatnim słowie. — Wszystko było z nią w porządku. Nic jej nie było, kiedy ją zostawiłam, i po prostu… nie…

Przycisnęła obie dłonie do ust.

Blaise spojrzał na nią.

Miał zaczerwienione oczy. Nie płakał — a przynajmniej nie do końca — ale wysiłek, by powstrzymać łzy, był widoczny w każdej rysie jego twarzy.

— Nikt z nas tego nie rozumie — mruknął cicho. — W tym właśnie rzecz. Nikt z nas.

Ginny mocniej zacisnęła dłoń.

Siedzieli tam we troje, w tej druzgocącej ciszy ludzi, którym zabrakło słów i którzy nie mieli dokąd pójść, podczas gdy wokół nich poranek ustępował miejsca popołudniu.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Greengrassowie pojawili się bez zapowiedzi.

Hermiona dostrzegła ich jako pierwsza. Nic nie powiedziała. Po prostu znieruchomiała — tak jak ciało zastyga, gdy rozpozna coś, co tego wymaga.

Na czele szła Daphne.

Była wysoką blondynką; jej długie, jasne włosy układały się w idealne fale, sprawiając wrażenie, jakby nie wymagało to żadnego wysiłku. Miała taką samą budowę twarzy jak Astoria, lecz o ostrzejszych, bardziej surowych rysach — jakby te same cechy zostały wykute z mniejszą łagodnością. Jej szata była czarna i nieskazitelna, skrojona tak, by pokazać, że żałoba nie przeszkodziła jej tego ranka w nienagannym wyglądzie. Poruszała się z niespieszną precyzją osoby, której od urodzenia wpajano, że pospiech przystoi tylko tym, którzy nie potrafią się właściwie zorganizować. Nawet teraz, nawet w tym miejscu — gdy jej siostra leżała martwa gdzieś na końcu korytarza — Daphne Greengrass szła tak, jakby podłoga była jej coś winna.

Tuż za nią szła matka Astorii.

To po niej Astoria odziedziczyła swoją mroczną aurę, typ urody i ten szczególny rodzaj piękna. Te same ciemne włosy — choć teraz porozdzierane szarością i upięte z surową elegancją kobiety, dla której wygląd stanowił raczej pancerz niż przejaw próżności. Była blada — tak, jak bledną ludzie, których przez wiele godzin trawił ból, a oni nie pozwalali, by było to widać. Jedną dłonią w rękawiczce przyciskała usta. Drugą zaciskała na ramieniu stojącej obok starszej czarownicy — nie desperacko, nie ostentacyjnie, lecz z cichą, opanowaną siłą właściwą rodom o wieloletniej tradycji i majątku, które nauczyły się nigdy nie okazywać słabości na korytarzach.

Nawet w obliczu tragedii Greengrassowie wyglądali tak, jakby uczestniczyli w wydarzeniu, na które nie do końca wyrazili zgodę.

Blaise zerwał się na równe nogi, zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek powiedzieć. Przeszedł przez korytarz z cichą pewnością siebie człowieka, który doskonale rozumiał swoją rolę w tej sytuacji. Daphne dostrzegła, że nadchodzi i jej twarz stężała. Tylko na moment. W wystarczającym stopniu. Zachowała panowanie nad sobą, lecz pod tą maską, przez krótką chwilę, kryła się ulga.

— Blaise — powiedziała.

— Wiem — odparł.

To wszystko.

Na krótką chwilę położył dłoń na jej ramieniu. Następnie zwrócił się do matki Astorii, lecz wypowiedziane przez niego słowa były zbyt ciche, by Hermiona mogła je usłyszeć. Twarz starszej kobiety na moment się załamała, nim ta zdołała się opanować i unieść podbródek z tą naturalną godnością, jaka cechuje kogoś, kto zachowuje się tak przez całe życie.

Daphne patrzyła ponad ramieniem Blaise’a, podczas gdy ten rozmawiał z jej matką.

Jej wzrok powędrował wzdłuż korytarza i spoczął na Hermionie.

Było to chłodne spojrzenie. Pozbawione dramatyzmu i teatralnych gestów. A także tej wściekłej rozpaczy, która zmusza człowieka do głośnego szukania winnych. Po prostu chłodne. To był ten szczególny chłód kobiety, która oceniła sytuację, wyciągnęła wnioski i z doskonałą skutecznością odłożyła sprawę do akt. Spojrzała na szatę Uzdrowicielki, na sińce na twarzy i na twarz Hermiony — a wyraz jej własnej twarzy nie zmienił się ani na jotę.

Potem odwróciła wzrok.

Tak, jakby Hermiona była jedynie szczegółem niewymagającym dalszej uwagi.

Hermiona poczuła, jak ten chłód przenika ja niczym lodowata woda.

Uścisk dłoni Ginny na jej ręce się zacieśnił.

Dalej w korytarzu ruch przykuł na chwilę uwagę, gdy z wind wyłoniły się dwie kolejne postacie.

Pansy Parkinson — jak zawsze ostra, z ciemnymi włosami przystrzyżonymi w gładką, krótką fryzurę, która z surową elegancją okalała jej twarz — szła pewnym krokiem w stronę Daphne; tuż obok niej kroczył Theodore Nott, wysoki i opanowany, a światło szpitalnych lamp odbijało się w szkłach jego okularów. Theodore zachowywał się z tym samym dystansem i spokojem, które Hermiona pamiętała ze szkolnych lat — jakby wszystko obserwował, a większość spraw uważał za niewartą komentarza.

Żadne z nich nawet nie spojrzało w stronę Hermiony.

Nie dlatego, że jej nie zauważyli.

Dlatego, że dla nich nie istniała.

Pansy dotarła do Daphne jako pierwsza, musnęła jej policzek, po czym powiedziała coś cicho i szorstko, co sprawiło, że wyraz twarzy Daphne na ułamek sekundy stężał. Theodore przywitał się z matką Daphne z cichą, formalną uprzejmością. Blaise natychmiast się ku nim odwrócił i przez chwilę cała czwórka stała razem w zwartej, eleganckiej grupie, która wyglądała boleśnie znajomo.

Dawna paczka ze Slytherinu.

Tyle że teraz starsi. Ostrzejsi. Lepiej ubrani. Być może pogrążeni w żałobie. Ale bez wątpienia ci sami.

Pansy rzuciła uwagę na tyle cierpką, że Blaise wypuścił z siebie cień pozbawionego wesołości śmiechu. Theodore szepnął coś do Daphne, a ona zareagowała ledwie zauważalnym skinieniem głowy.

Mimo to żadne z nich nie spojrzało na Hermionę.

Jakieś dwadzieścia minut później na drugim końcu korytarza pojawiła się Narcyza.

Spojrzała w ich stronę.

Od razu dostrzegła Blaise’a.

Poczuł to spojrzenie, zanim ją zobaczył. Przerwał w pół słowa. Odwrócił głowę. Napotkał wzrok Narcyzy przed całą długość korytarza.

Narcyza nic nie powiedziała. Wykonała tylko drobny ruch. Niemal niezauważalny. Lekkie skinienie głową.

Ginny lekko pochyliła się do przodu.

— Idź — szepnęła do Blaise’a. — Potrzebuje cię.

Blaise spojrzał na nią.

Potem na Hermionę.

Następnie odwrócił się do Daphne, powiedział coś krótko i cicho, i raz dotknął jej ramienia.

Pansy natychmiast się wyprostowała.

Theodore zerknął w stronę Narcyzy.

Żadnych pytań.

Żadnego wahania.

Oczywiście, że pójdą za nią.

Dawny instynkt zwierzania szeregów pozostał nienaruszony.

Blaise ruszył korytarzem w stronę Narcyzy, a Pansy i Theodore podążyli za nim tak naturalnie, jakby oddychali.

Minął Hermionę w drodze. Ich spojrzenia spotkały się tylko na ułamek sekundy.

Potem szedł dalej.

Pansy przeszła obok, nawet nie zaszczyciwszy jej spojrzeniem.

Theodore poprawił okulary i ruszył za nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

Hermiona patrzyła, jak Blaise podchodzi do Narcyzy. Jak kobieta mów coś ściszonym głosem. Jak cała trójka zastyga w bezruchu, przejęta powagą chwili — jak ludzie, którym powierzono coś cennego i niezastąpionego.

Wtedy Narcyza skręciła.

I cała czwórka zniknęła za rogiem.

Draco Malfoy przebywał gdzieś w tym budynku w towarzystwie ludzi, którzy kochali go najbardziej.

Po drugiej stronie korytarza wciąż znajdowała się rodzina Greengrassów.

Daphne ją obserwowała.

Nawet nie drgnęła. Stała u wejścia do korytarza — z długimi, blond włosami, w nieskazitelnej szacie i z idealnie opanowanym wyrazem twarz — i patrzyła na Hermionę wzrokiem całkowicie, absolutnie i druzgocąco pozbawionym ciepła.

Bez oskarżenia.

Bez gniewu.

Sam chłód.

Był to rodzaj chłodu, który nie musiał podnosić głosu, bo nigdy w życiu nie musiał tego robić.

Potem się odwróciła.

A rodzina Greengrassów ruszyła do prywatnej kostnicy w ciszy tak absolutnej, że miała ona swój własny ciężar.

Ginny na krótką chwilę oparła głowę o ramię Hermiony.

A ona na to pozwoliła.

Stały tak, podczas gdy popołudniowe światło powoli i blado przesuwało się w oknach korytarza, a żadna z nich nie wypowiedziała ani słowa.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

To Ginny zaproponowała wizytę na Oddziale Magicznej Opieki Neonatologicznej. Hermiona nie wiedziała, dlaczego się zgodziła. Może dlatego, że potrzebowała miejsca, do którego mogłaby pójść — innego niż korytarz przed gabinetem dyrektora. Może dlatego, że ruch wydawał się lepszy niż bezczynność. A może dlatego, że Ginny potrafiła sugerować rzeczy w taki sposób, iż nie brzmiały one jak propozycje, lecz jak ciche, nieuniknione konieczności.

Razem wjechały windą na trzecie piętro, nie zamieniając ani słowa.

Oddział wyglądał tak jak zawsze. Łagodne światło. Szklane kołyski. Nieustanny, złocisty blask ochronnych aur. Ciche głosy. Stłumiony, miarowy szum magii podtrzymującej życie tych maleństw.

Ariana nie spała.

Była taka maleńka. Hermiona zawsze wiedziała, że jest drobna — analizowała wykresy, śledziła przyrost wagi, z kliniczną precyzją odnotowywała wszelkie postępy. Jednak stojąc tu, w tej właśnie chwili, i patrząc na nią przez szybę, zrozumiała, że to słowo — maleńka — nabrało nowego znaczenia. Znaczenia, które dotykało czegoś, przed czym Hermiona nie potrafiła się obronić.

Zacisnęła usta.

Ariana poruszyła maleńką piąstką.

Hermiona przypomniała sobie, jak wczorajszego ranka Scorpius poruszał się pod jej dłońmi.

Odwróciła wzrok.

Nie potrafiła powstrzymać łez. Płynęły cicho, bez zbędnego dramatyzmu — tak jak przez cały dzień — i nie próbowała ich już nawet hamować, bo zabrakło jej sił, by je powstrzymać.

Ginny stała obok i nic nie mówiła.

Nie musiała.

Zostały tam na dłuższą chwilę, obserwując, jak Ariana chłonie złociste światło; oddział wokół nich tętnił życiem, a nikt nie prosił ich, by wyszły.

W końcu Hermiona otarła twarz i się wyprostowała.

— Powinnam już iść — powiedziała.

Ginny spojrzała na nią.

— Karl?

Hermiona pokręciła głową. Nie widziała Karla, odkąd rozstali się na korytarzu przed gabinetem Hawksa. Nie wiedziała, gdzie on jest. Nie wiedziała, gdzie jest Draco. Nie wiedziała, gdzie jest Blaise — wiedziała tylko, że wciąż przebywa w tym budynku razem z Draco; był tam przez cały dzień i — o ile jej wiadomo — ani na chwilę go nie opuścił. Nie miała żadnych wieści. Nikt jej nie szukał. Nikt jej o niczym nie informował. Trwała w dziwnym zawieszeniu — wiedząc wszystko i nic zarazem, czując się odpowiedzialną za wszystko, a jednocześnie nie mając prawa nic zrobić.

— Sama wrócę do domu — rzekła.

Ginny bez słowa zamknęła ją w uścisku.

Hermiona odwzajemniła go, przytrzymując przyjaciółkę nieco dłużej, niż zamierzała.

Potem odsunęła się, poprawiła szatę i ruszyła w stronę windy.

Szpital Świętej Roweny nocą był cichszy niż rankiem, ale nie panował w nim spokój. Nigdy nie było spokojnie. Artium było na wpół oświetlone, za recepcją czuwała nocna czarownica, a korytarze opustoszały, wolne od tego szczególnego chaosu, jaki w ciągu dnia przyniosła katastrofa. Marmurowa posadzka odbijała światło lamp w postaci długich, jasnych smug, a lilie w kosztownych wazonach wypełniały powietrze słodyczą, od której żołądek Hermiony wywracał się na drugą stronę.

Pchnęła główne drzwi.

Natychmiast uderzyło ją zimno.

Luty w nocnym Londynie był ciemny, wilgotny i całkowicie obojętny; ulica przed szpitalem lśniła od deszczu, który spadł, gdy ona przebywała w środku, a chodnik połyskiwał w świetle latarni. Obok przechodzili ludzie w ciemnych płaszczach. Gdzieś na końcu uliczki turkotał powóz.

Hermiona przez chwilę stała na schodach.

Spojrzała w górę, na budynek.

Gdzieś w środku Draco Malfoy przeżywał najgorszą noc w swoim życiu. Gdzieś w środku był przy nim Blaise. Gdzieś w środku Narcyza obiema drżącymi dłońmi próbowała utrzymać w całości to, co pozostało z jej rodziny.

Gdzieś w środku Karl zajmował się czymś, o czym ona nie wiedziała i o czym nikt jej nie powiedział.

Odwróciła się i odeszła.

Powietrze było ostre i rześkie; cieszyła się z tego. Szła powoli — nie dlatego, że nie była zmęczona; była wyczerpana bardziej niż kiedykolwiek w życiu — ale dlatego, że powrót do domu wydawał się końcem czegoś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać.

Gdy dotarła na miejsce, w mieszkaniu panowała ciemność.

Przez chwilę stała w progu, opierając dłoń o framugę i patrząc na nieoświetlone pokoje. Kanapa, na której zasnęła. Książka wciąż leżąca na podłodze — tam, gdzie się ześlizgnęła. Miska z wystygłą zupą wciąż stojąca na stoliku kawowym. Wszystko dokładnie tak, jak to zostawiła, zanim obudził ją alarm — chwila, która wydawała się teraz należeć do zupełnie innego życia.

Weszła do środka.

Nie zapaliła światła.

Usiadła na kanapie w ciemności, patrząc na zimny posiłek, myślała o słowach Astorii Czy będziesz tam, kiedy to się stanie? i o tym, jak odpowiedziała Tak.

Siedziała tak bardzo długo.

Karl nie wrócił do domu.

Brak komentarzy