[T] Cena przebaczenia: Rozdział 5
Witajcie :) w
niedzielne popołudnie zapraszam na dwa nowe rozdziały tłumaczenia. Dramatu ciąg
dalszy, a przy tym wiele ważnych rozmów i wyznań. Także miłej lektury!
Na kolejne
rozdziały zapraszam w środę.
________________
Rozdział 5
Pierwszy
oddech, jaki Hermiona wzięła, gdy Draco ją puścił, przypominał połykanie
potłuczonego szkła.
Osunęła
się na ziemię, zanim w ogóle zdała sobie sprawę, że upada; jedną ręką chwyciła
się za gardło, a drugą uderzyła w marmurową posadzkę z taką siłą, że ból
przeszył jej nadgarstek. Korytarz wokół niej pogrążył się w chaosie. Z obu
końców oddziału nabiegli Uzdrowiciele. Jedna z nich krzyknęła, wzywając
ochronę. Gdzieś za plecami Hermiony rozległ się krzyk Ginny, wymawiającej imię
Draco.
Kosztowna
cisza piątego piętra pękła po naporem gwałtownego, jawnego bólu.
Blaise
i dwóch Uzdrowicieli odciągali Draco. Walczył z nimi siłą, która wydawała się
niemożliwa u człowieka już całkowicie załamanego; wszelkie hamulce puściły, nie
pozostawiając nic poza wściekłością, męką i czymś tak surowym, że Hermiona
ledwo mogła na to patrzeć. Jego dłonie wciąż wyciągały się w jej stronę, gdy
Blaise objął go mocno w pasie i odciągnął od tyłu z desperacką siłą człowieka
próbującego powstrzymać przyjaciela przed staniem się kimś, z kim ten nie
zdołałby dalej żyć.
—
Puść mnie!
Jego
głos był ochrypły. Niemal nie do poznania.
—
DRACO! — Blaise zacisnął uścisk. — PRZESTAŃ!
—
Zabiła ich!
Oskarżenie
uderzyło w korytarz niczym klątwa. Kilkoro członków personelu znieruchomiało w
miejscu, jakby same te słowa wywołały kolejny stan zagrożenia, z którym nikt
nie był przeszkolony, by sobie poradzić.
Oddech
uwiązł Hermionie w gardle, sprawiając jej ból. Draco gwałtownie szarpnął się,
niemal uwalniając z uścisku, a przez jedną przerażającą chwilę wydawało jej
się, że znów do niej doskoczy. Jego twarz nie przypominała już oblicza
mężczyzny, który poprzedniego ranka stał przy łóżku Astorii, rzucając oschłe
uwagi na temat zupy i tajemnicy lekarskiej. Ten człowiek był obnażony do
żywego, pozbawiony wszelkich osłon; pozostał w nim żal tak surowy, że aż
potworny.
—
Moja żona — powiedział, a słowa łamały się pod własnym ciężarem. — Mój syn.
A
potem wściekłość zapadła się do wewnątrz.
I
nie schodziła z niego. Nic w jego postawie nie łagodniało. Jednak siła, która
pchała go w stronę Hermiony, zdawała się nagle załamać; Draco przestał walczyć
tak gwałtownie, że trzymający go mężczyźni niemal stracili równowagę. Wyrwał
się częściowo — nie po to, by znów zaatakować, lecz by zrobić dwa niepewne
kroki do przodu, po czym ciężko opaść na kolana.
Jego
pięści uderzyły w marmur raz. Dwa razy. Znowu. Skóra na dłoni popękała.
—
DRACO! — Blaise padł obok niego i chwycił go za nadgarstki. — DOŚĆ! Wystarczy!
Draco
zdawał się go nie słyszeć. Dźwięk, który się z niego wydobył, nie był krzykiem
ani nawet szlochem, lecz czymś niższym i bardziej przerażającym. Odgłosem
człowieka, z którego wnętrza wyrywano życie, podczas gdy on wciąż pozostawał
świadomy. Cały korytarz zamarł; nawet personel zdawał się rozumieć, że są
chwile, w których nie należy przerywać żałobie.
Hermiona
wciąż siedziała na podłodze.
Jedną
rękę przyciskała do gardła. Drugą oparła płasko na zimnym marmurze. Nie
potrafiła wstać. Nie była nawet pewna, czy tego chce. Patrzyła na klęczącego
Draco, a łzy spływały jej po twarzy — nie dlatego, że zdecydowała się płakać,
lecz cicho i nieustannie, niczym krew sącząca się z rany, której ból jeszcze
nie dotarł do świadomości.
Ginny
znalazła się tuz obok niej. Nie wiedziała, kiedy to się stało. Czuła jej
bliskość i ciepło; słyszała też, że Ginny również płacze — nie głośno, lecz
wydając z siebie ten charakterystyczny, urywany oddech kogoś, kto próbuje
zachować panowanie nad sobą, ale po cichu ponosi w tym klęskę.
Blaise
obejmował teraz Draco obiema rękami, mocno go przytrzymując; na krótką chwilę
przycisnął twarz do tyłu jego głowy. Nawet Blaise — ten opanowany, błyskotliwy
i zawsze panujący nad sobą Blaise — miał na policzkach łzy, których wcale nie
próbował ukrywać.
—
DRACO. — Głos Blaise’a załamał się na imieniu przyjaciela. — Trzymam cię.
Trzymam cię. Jestem tu.
Draco
wypowiedział imię Astorii. Tylko raz.
Ledwo
słyszalny szept. Hermiona zamknęła oczy.
Otworzyła
je ponownie, bo z zamkniętymi było jeszcze gorzej.
—
Hermiono.
Głos
Karla dobiegł z góry.
Nie
drgnęła.
—
Hermiono, spójrz na mnie.
Nie
potrafiła. Patrzyła na trzęsące się ramiona, jak żałoba odciska na nim swoje
piętno, i nie potrafiła się zmusić, by spojrzeć gdziekolwiek indziej.
—
HERMIONO!
Dłonie
Karla zacisnęły się na jej ramionach i pomogły jej wstać; pozwoliła mu na to,
bo sama nie utrzymałaby się na nogach. Lecz nawet gdy już stała, podtrzymywana
przez Karla, nie spuszczała wzroku z Draco.
—
Hej. — Karl objął jej szczękę dłonią, odwracając jej twarz w jego stronę. —
Spójrz na mnie. Oddychasz?
Oddychała.
Technicznie
rzecz biorąc.
—
Hermiono. CZY TY ODDYCHASZ?
—
Tak — odparła.
Jej
głos brzmiał zupełnie inaczej. Jakby dobiegał z oddali — jakby należał do kogoś
stojącego na końcu bardzo długiego korytarza.
Wzrok
Karla szybko przesunął się po jej szyi, twarzy i dłoniach. Był kliniczny,
rzeczowy. Oceniał obrażenia, zanim ona sama w pełni uświadomiła sobie, że
została ranna.
—
Musisz zostać zbadana — powiedział.
—
Nic mi nie jest.
—
Nieprawda. Twoja szyja…
—
Karl.
Wypowiedziała
cicho jego imię i umilkł.
Jej
uwaga znów skupiła się na Draco. Blaise wciąż go przytrzymywał, mówiąc cicho i
pilnym tonem. Draco przestał się szarpać, ale nie przestał się załamywać. Robił
to teraz po prostu inaczej — ciszej, bardziej wewnątrz siebie — a to było jakoś
gorsze.
—
On myśli, że ich zabiłam — rzekła, a Karl milczał. — Myśli, że ich zabiłam, i
wcale się nie myli.
—
Hermiono…
—
Ona była MOJĄ pacjentką, Karl! Była moją pacjentką, a teraz nie żyje, on klęczy
na podłodze, a ja…
—
Przestań. — Karl mocniej zacisnął dłonie na jej ramionach. — Nie tutaj. Nie
teraz.
Spojrzała
na niego, a on na nią.
To
Hawks przerwał tę chwilę.
Pojawił
się na końcu korytarza w towarzystwie dwóch starszych rangą Uzdrowicieli i
wyrazem twarzy dyrektora, który pozwolił sytuacji trwać dokładnie tak długo,
jak było to konieczne — i ani sekundy dłużej.
—
Panno Granger. — Jego głos nie był nieuprzejmy, ale brzmiał stanowczo. — Panie
Rosewood. Do mojego gabinetu. Natychmiast.
Dłoń
Karla powędrowała do jej pleców, w okolicę lędźwi.
Hermiona
pozwoliła sobie na ostatnie spojrzenie w stronę Draco.
Blaise
wciąż go przytrzymywał. Ginny podeszła do Blaise’a i położyła dłoń na jego
ramieniu; po jej policzkach wciąż bezgłośnie spływały łzy. Draco się nie
poruszył. Nadal klęczał na marmurowej posadzce korytarza na piątym piętrze — z
krwawiącymi dłońmi i światem, który właśnie legł w gruzach. Hermiona stała tam
jeszcze przez chwilę, po czym odwróciła się i odeszła.
Karl
szedł tuż obok niej.
Żadne
z nich się nie odzywało.
Gabinet
Hawksa znajdował się na końcu korytarza czwartego piętra — ciemne drewno,
lewitujące zegary i ten szczególny, urzędowy ciężar pomieszczenia, w którym
zapadały decyzje rzutujące na całe późne życie ludzi.
Hawks
zamknął za nimi drzwi.
Korytarz,
Draco i krew na marmurze zniknęły za nimi, jakby należały do zupełnie innego
świata. W pomieszczeniu unosił się zapach starego pergaminu i autorytetu, który
gromadził się tam przez dziesięciolecia.
Hermiona
usiadła na krześle naprzeciwko jego biurka, bo jej nogi podjęły decyzję, zanim
zdążył to zrobić umysł. Karl stał nieco za nią i po jej lewej stronie —
wystarczająco blisko, by czuła jego obecność bez konieczności patrzenia na
niego.
Hawks
powoli zajął miejsce.
Najpierw
spojrzał na jej szyję. Siniaki zaczynały już ciemnieć; głęboki fiolet rozlewał
się w stronę szczęki. Przez chwilę przyglądał się im z wyrazem twarzy człowieka
oceniającego skalę obrażeń, po czym się odezwał:
—
Czy odczuwasz ból?
—
Nic mi nie jest.
—
Nie o to pytałem.
Hermiona
na niego spojrzała.
—
Tak — powiedziała. — Trochę.
Hawks
skinął głową i sięgnął po różdżkę. Ciche pukanie do drzwi poprzedziło wejście
młodego Uzdrowiciela, którego Hermiona mgliście kojarzyła z nocnego dyżuru;
mężczyzna szybko przeszedł przez pokój i zaczął nakładać na jej gardło zaklęcie
chłodzące z tą ostrożną profesjonalnością, jaką wykazuje się ktoś, kto bardzo
stara się na nic nie gapić.
Zaklęcie
przyniosło ulgę.
Nie
wystarczającą, ale jednak jakąś.
Gdy
młody Uzdrowiciel się cofnął, Hawks cicho go odprawił; drzwi zamknęły się za
nim, a w gabinecie zapadła głęboka cisza.
Hawks
przyglądał się jej w milczeniu.
—
Panno Granger. Czy na pewno wszystko z panią w porządku?
—
To nie o mnie powinni się państwo martwić — odparła natychmiast. — Chodzi o
Malfoya. Ktoś musi przy nim być. Ktoś musi dopilnować, żeby nie…
—
Pan Malfoy jest pod opieką — powiedział cicho Hawks. — W tej chwili muszę
wiedzieć, że z panią wszystko dobrze.
Hermiona
na krótką chwilę spojrzała mu w oczy, po czym odwróciła wzrok.
—
Nic mi nie jest — powtórzyła.
Hawks
jeszcze przez moment utrzymywał z nią kontakt wzrokowy, po czym najwyraźniej
uznał, że to wszystko, czego może się od niej dowiedzieć. Splótł dłonie na
biurku.
—
Panno Granger. Muszę omówić z panią wstępne wyniki badań. — Hermiona milczała.
— Wyniki pilnych badań przeprowadzonych u pani Malfoy są… — Zawahał się.
Ostrożnie dobierał słowa. — Niespójne z obrazem rzucawki. — W gabinecie panowała
cisza. — Wyniki wskazują na ciężki wstrząs anafilaktyczny. — Kolejna pauza. —
Wywołany kontaktem ze skoncentrowanym wyciągiem z dyptamu.
Hermiona
usłyszała to słowo.
Wiedziała,
że to się stanie, od chwili, gdy zrozumiała, co zrobił Karl. Minęły od tego czasu
godziny. Żadna z nich nie wystarczyła, by się z tym oswoić.
A
jednak wiadomość ta uderzyła ją z ogromną siłą.
Poczuła,
jak stojący za nią Karl nagle zastyga w bezruchu.
Hawks
obserwował jej twarz.
—
Panno Granger. Czy jest pani świadoma uczulenia pani Malfoy na wyciąg z
dyptamu?
Hermiona
wzięła głęboki, powolny oddech.
Wdech.
Wydech.
—
Tak — powiedziała w końcu. — Było to odnotowane w jej karcie. Wielkimi,
czerwonymi literami.
Jej
głos brzmiał pewnie. Sama nie wiedziała, jak to możliwe. Słowo dyptam wciąż odbijało się echem w jej
wnętrzu, zderzając się ze wszystkim, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku
godzin. Czuła się całkowicie wypalona od środka. Wpatrywała się w punkt gdzieś
za lewym ramieniem Hawksa — w miejsce, które nie było tym gabinetem, tym
krzesłem ani niczym z tego, co ją otaczało.
—
I była pani ostatnią Uzdrowicielką, która oficjalnie podała pani Malfoy
eliksir.
Zdanie
to zawisło między nimi.
Nie
było oskarżeniem.
Jeszcze
nie.
Tylko
faktem, ostrożnie położonym na biurku niczym przedmiot wymagający oględzin.
Hermiona poczuła, jak dłoń Karla odnajduje jej rękę pod krawędzią biurka.
Ciepła. Pewna. Jego palce zacisnęły się na jej dłoni; poczuła ten ucisk i
spojrzała w dół, na ich splecione ręce.
Pomyślała
o pięciu latach, o filiżance herbaty zostawionej obok śpiącej osoby i o
mężczyźnie, który w nią uwierzył, zanim ona sama w siebie uwierzyła. Pomyślała
o Astorii na łóżku i o Draco klęczącym na podłodze.
Wszystko
to istniało jednocześnie — w tej samej chwili, w tym samym niewielkim gabinecie
— i nie potrafiła tego rozdzielić.
Hawks
czekał.
Zegar
na ścianie drgnął.
—
Panno Granger — powiedział cicho Hawks. — Muszę zapytać wprost. Czy podałaś
pani Malfoy skoncentrowany wyciąg z dyptamu?
Zapadła
długa cisza.
Karl
mocniej ścisnął jej dłoń.
Przez
chwilę utrzymywała kontakt wzrokowy z Hawksem, po czym spuściła wzrok.
Wciąż
była myślami gdzie indziej. Wciąż tkwiła na tamtym korytarzu, wciąż widziała,
jak pięści Draco uderzają w marmur, i słyszała dźwięk, który się z niego
wydobył. Odpowiedziała, będąc w tym stanie — gdzieś daleko od tego gabinetu, od
tego pytania i od badawczego spojrzenia Hawksa.
—
Jestem Uzdrowicielką odpowiedzialną za panią Malfoy — rzekła. — Cokolwiek
wydarzyło się w tamtej sali, stało się pod moją opieką.
Hawks
przyglądał się jej przez dłuższą chwilę.
Potem
coś zapisał.
I
to wystarczyło.
Następnie
Hawks zadał jeszcze kilka pytań. Hermiona odpowiadała ostrożnie i precyzyjnie,
mówiąc tylko prawdę i nic poza nią. Tego dnia dwukrotnie badała Astorię. Podała
jej eliksir wzmacniający. Zostawiła ją w stabilnym stanie. Wezwano ją z
powrotem amuletem alarmowym w środku nocy.
Nie
powiedziała nic więcej.
Karl
przez cały ten czas milczał.
Kiedy
Hawks w końcu odłożył pióro i powiedział, że mogą wyjść, poranne światło
wpadające przez okno jego gabinetu zmieniło barwę z szarej na bladozłotą.
Minęło kilka godzin, a Hermiona nawet tego nie zauważyła.
~*~*~*~*~*~*~*~
Wyszli
na korytarz. Drzwi zamknęły się za nimi.
Przez
chwilę żadne z nich się nie poruszyło.
Poranne
światło wpadało przez okna, tworząc blade smugi. Gdzieś w dole w Londynie
toczyło się codzienne życie — obojętne i nieustanne, takie jak zawsze, bez
względu na to, co działo się na piętrach powyżej. Szpital tętnił życiem wokół
nich: odgłosy kroków w oddali, cichy pomruk zaklęć monitorujących, dźwięk drzwi
otwieranych i zamykanych gdzieś na końcu innego korytarza. Zwyczajne odgłosy.
Dźwięki miejsca, które nie wiedziało, co przed chwilą wydarzyło się w tamtym
gabinecie, i któremu byłoby to obojętne, gdyby nawet wiedziało.
Karl
odwrócił się w jej stronę.
—
Hermiono. — Jego głos był bardzo cichy. — To, co przed chwilą tam powiedziałaś…
—
Już po wszystkim — odparła.
—
Powiedziałaś, że ponosisz odpowiedzialność. Hawks zrozumiał, co to oznacza.
—
Powiedziałam, że jestem Uzdrowicielką odpowiedzialną za ten przypadek. To
prawda.
—
To nie cała prawda.
—
Nie — przyznała. — Niecała.
Spojrzał
na nią.
I
rzecz w tym, że ona wiedziała. Stojąc tam, na korytarzu, w bladym i obojętnym
świetle poranka, wiedziała. Nie wszystko — jeszcze nie; nie znała pełnego obrazu
tego, co zrobił Karl, ani ceny, jaką za to zapłacił i jaką wciąż przyjdzie mu
płacić. Ale wiedziała wystarczająco dużo. Wystarczająco, by zrozumieć, że to,
co przed chwilą powiedziała w tamtym gabinecie, nie było całą prawdą — a Karl
bardzo uważnie czekał, by zobaczyć, czy tę prawdę wyjawi.
Cisza
między nimi trwała kilka sekund.
Słyszała
własny oddech.
Czuła
ból w miejscu siniaka na szyi — tam, gdzie przestało działać zaklęcie
chłodzące. Był to tępy, jednostajny ból, towarzyszący jej od momentu, gdy znajdowała
się na korytarzu piątego piętra; ignorowała go z determinacją kogoś, kto nie
mógł sobie pozwolić na zatrzymanie się. Teraz go czuła. Czuła go w pełnej
krasie. Wycieńczenie, które niczym fizyczny ciężar przygniatało jej ciało.
Ciężar powiek wynikający ze zbyt wielu godzin bez snu, nadmiaru płaczu i
wszystkiego, co ją przytłoczyło. Drżenie dłoni — ledwie zauważalne, gdyby tylko
na nie spojrzała, czego jednak nie robiła.
Zrobił
pół kroku w stronę drzwi.
—
Powinienem tam wrócić — rzekł. — Powinienem mu powiedzieć…
I
wtedy coś się stało.
Nie
była to właściwie myśl. Ani decyzja — nie w tym sensie, w jakim decyzje
zazwyczaj zapadają; nie było to nic, co by rozważała czy analizowała, do czego
doszłaby w drodze jakiegokolwiek procesu, który potrafiłaby później wyjaśnić.
Po prostu — jej ciało. Jej głos. Słowo, które wydobyło się z niej, zanim
jeszcze ostatecznie postanowiła je wypowiedzieć.
—
Nie.
Karl
się zatrzymał.
Ten
półkrok dobiegł końca.
Spojrzała
na niego, próbując zrozumieć, co właściwie robi, i zdała sobie sprawę, że nie
potrafi — a przynajmniej nie do końca — bo nie chodziło o jedną rzecz. Nigdy
nie chodziło o jedną rzecz. To było pięć lat kochania kogoś i ten szczególny
sposób, w jaki taka miłość czyniła cię swoim narzędziem, zanim ogóle zdążyła to zauważyć. To było poczucie
winy, które tkwiło w jej piersi od chwili, gdy weszła do tamtej sali, zobaczyła
Astorię i zrozumiała, że jest już za późno. To było wszystko, co odebrały jej
ostatnie godziny, przytłaczając ją tak mocno, że myślenie trzeźwo przypominało
próbę patrzenia przez taflę wody.
To
był fakt, że nie wiedziała, kim jest, jeśli nie jest osobą stojącą między kimś,
kogo kocha, a tym, co na niego czyha.
Była
taką osobą przez całe swoje życie.
Nie
potrafiła być nikim innym.
—
Sprawa jest załatwiona — powiedziała. — Powrót do środka tego nie cofnie.
Karl
znieruchomiał.
Obserwowała
jego twarz.
Znała
ją od lat. Nauczyła się odczytywać precyzyjny język jego mimiki; drobne zmiany
świadczące o tym, że myśli; napięcie szczęki zdradzające, iż podjął już decyzję
i zastanawia się, jak ją przedstawić. Zawsze potrafiła go odczytać. Uważała, że
to zasługa ich bliskości, tego, że się znali — że tak właśnie buduje się
wspólne życie.
Teraz
zrozumiała — w sposób, którego nie potrafiła jeszcze ubrać w słowa — że od początku
właściwie go odczytywała.
Myliła
się jedynie w interpretacji tego, co widziała.
Jego
udręka była prawdziwa. Prawdziwe było wyczerpanie. Prawdziwy był też ten
szczególny wyraz twarzy człowieka stojącego na krawędzi czegoś i świadomego
ciężaru tej chwili. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Ale pod tym
wszystkim — cicho, pod pełną kontrolą — kryło się coś jeszcze.
Ten
szczególny wyraz twarzy kogoś, kto przygotowywał się na coś trudnego, by nagle
odkryć, że może jednak nie będzie musiał przez to przechodzić.
Dostrzegła
to.
Odwróciła
wzrok.
—
Karl — mruknęła bardzo cicho.
Nie
odpowiedział.
W
głębi duszy — w tej jej części, w którą nie była gotowa się zagłębiać —
wiedziała, że tego nie zrobi. Że ten półkrok w stronę drzwi pozostanie tylko
tym: półkrokiem i niczym więcej. Że gdy powie Nie, on się zatrzyma. Że coś w nim nieco opadnie, w sposób, którego
nie wolała nie dostrzegać.
Patrzył
na nią przez dłuższą chwilę.
Nie
z poczuciem winy — nie do końca. Nie z ulgą — nie do końca. Coś, co tkwiło w
wąskiej przestrzeni pomiędzy nimi; w miejscu, gdzie człowiek rozumiał, co mu
oferowano, i podejmował — całkiem po cichu — decyzję, by to przyjąć.
Nie
powiedział nic.
Co
stanowiło odpowiedź.
Co
od początku miało być odpowiedzią.
Hermiona
odwróciła się i ruszyła korytarzem.
Nie
obejrzała się.
Decyzja
zapadła. Miała z nią żyć. Przynajmniej na razie. Przynajmniej dopóki znów nie
będzie mogła swobodnie oddychać. Przynajmniej dopóki poranek przestanie
przypominać wnętrze czegoś, co już pękło, a ona zdoła myśleć na tyle trzeźwo,
by zrozumieć, co właśnie zrobiła, dlaczego to zrobiła i jaką przyjdzie jej za
to zapłacić cenę.
Przed
nią rozciągał się korytarz — pusty, blady i bardzo długi.
Szła
dalej.
Jeden
krok.
Potem
kolejny.
Szpital
tętnił życiem wokół niej — obojętny i nieustanny. Ludzie mijali ją, idąc w
przeciwnym kierunku. Za zamkniętymi drzwiami brzęczały zaklęcia monitorujące.
Zwyczajny mechanizm miejsca, które nie zatrzymywało się z powodu żałoby,
poczucia winy czy ciężaru decyzji podjętej na korytarzu pewnego, lutowego
poranka.
A
gdzieś za nią Karl stał w porannym świetle — nie zawołał jej, nie wszedł do
gabinetu Hawksa i nie zrobił tego, co należało zrobić.
Ta
cisza towarzyszyła jej aż do końca korytarza.
I
jeszcze przez bardzo długi czas potem.
~*~*~*~*~*~*~*~
Było
przedpołudnie, kiedy pojawiła się Narcyza Malfoy.
Hermiona
usłyszała ją, zanim ją zobaczyła. Nie dlatego, że Narcyza hałasowała — wcale
tak nie było. Jednak korytarz zmieniał się, gdy wkraczała w jego przestrzeń —
tak jak zmieniają się korytarze w obecności ludzi, którzy nauczyli się nosić w
sobie władzę tak długo, że stała się ona częścią ich istoty. Personel poruszał
się inaczej. Głosy cichły. Zwyczajny rytm szpitalnego życia dostosowywał się do
niej, bez niczyjej, świadomej decyzji.
Hermiona
wciąż przebywała na korytarzu przed gabinetem Hawksa, siedząc na ławce ze
złożonymi na kolanach dłońmi i nie mając konkretnego celu, gdy Narcyza wyłoniła
się zza rogu.
Zatrzymała
się, gdy dostrzegła Hermionę.
Wstała.
Odruchowo. Tak, jak człowiek wstaje, gdy sytuacja tego wymaga — nawet jeśli nie
wie dokładnie, dlaczego.
Narcyza
wyglądała nieskazitelnie. To rzucało się w oczy jako pierwsze. Jej szaty były
czarne i idealnie wyprasowane, a włosy upięte z tą surową precyzją, właściwą
komuś, dla kogo zachowanie opanowania było tak długo kwestią przetrwania, że
stało się nieodłączną częścią charakteru. Wyglądała jak kobieta, które
przetrwała publiczną hańbę, wojnę i długotrwałe upokorzenie, patrząc na upadek
własnej rodziny; kobieta, która zrozumiała, że jedyną odpowiedzią na katastrofę
jest stawienie jej czoła z nienaganną fryzurą.
Tylko
dłonie ją zdradzały.
Zadrżały
raz, zanim splotła je ze sobą.
Jej
wzrok powędrował ku szyi Hermiony.
Ku
śladom po siniakach.
Przyglądała
im się przez chwilę z wyrazem twarzy, którego Hermiona nie potrafiła odczytać.
Nie była to łagodność. Ani przeprosiny. Coś znacznie bardziej złożonego.
Potem
jej spojrzenie powędrowało dalej.
—
Byłaś przy Astorii — powiedziała.
To
nie było pytanie.
—
Tak.
—
Byłaś jej Uzdrowicielką.
—
Tak.
Narcyza
przez chwilę milczała.
—
Cierpiała?
Pytanie
padło cicho, lecz dotknęło głębi.
Hermiona
pomyślała o sinej skórze, przerwanych uściskach i krwi rozlewającej się po
białej pościeli. Przypomniała sobie włosy Astorii pod palcami — bardziej
miękkie, niż się spodziewała.
—
To stało się szybko — rzekła.
Było
to pewnego rodzaju ukojenie, nawet jeśli nie do końca cała prawda.
Narcyza
zamknęła oczy tylko na moment. Kiedy je otworzyła, były szkliste od łez, lecz
nie zdradzały załamania.
—
A mój wnuk?
Gardło
Hermiony się zacisnęło.
—
Próbowaliśmy wszystkiego — odpowiedziała. — Wszystkiego, co było w naszej mocy.
Narcyza
wciągnęła gwałtownie powietrze — był to jedyny dźwięk, na jaki sobie pozwoliła.
Potem uniosła podbródek.
—
Chciałabym ich zobaczyć.
—
Oczywiście. — Hermiona zawahała się. — Astoria została przygotowana.
Wzrok
Narcyzy znów spoczął na niej.
—
Przez kogo?
—
Przeze mnie.
Cisza,
która po tym nastąpiła, różniła się od poprzednich. Narcyza przyglądała jej się
z wyrazem twarzy, w którym emocje zmieniały się zbyt szybko, by można było je
nazwać. To nie było wybaczenie. Ani wdzięczność. Coś bardziej złożonego.
Kobieta doświadczająca niespodziewanego aktu troski ze strony osoby, którą jej
syn właśnie próbował zabić.
—
Dlaczego? — zapytała.
Bo
Astoria nie znosiłaby nieładu. Bo zasługiwała na coś lepszego niż to, co
zostawiła po sobie ta noc. Bo Draco zasługiwał, by zobaczyć coś łagodniejszego
niż krew. Bo Hermiona musiała zdobyć choć jedną rzecz właściwie, skoro we
wszystkim innym poniosła porażkę.
—
Zasługiwała na godność — powiedziała Hermiona.
Narcyza
patrzyła na nią przez dłuższą chwilę. A potem bardzo cicho rzekła:
—
Tak. Zasługiwała.
Słowa
nie stanowiły rozgrzeszenia.
Ale
były czymś.
—
Mój syn — kontynuowała. — Gdzie on jest?
—
Nie wiem dokładnie. Ktoś się nim zajmował, kiedy ostatnio…
—
Czy jest ranny?
Hermiona
przypomniała sobie zaciśnięte pięści Draco na marmurowej posadzce. Krew na jego
dłoniach — jego własną krew.
—
Jego dłonie — odparła ostrożnie. — Uderzył nimi w podłogę.
Po
twarzy Narcyzy przemknął ból. Tylko na chwilę. Zawahanie w jej opanowaniu,
widoczne przez ułamek sekundy, zanim znów je ukryła.
—
Potrzebuje mnie — stwierdziła.
—
Tak — zgodziła się Hermiona. — Myślę, że tak.
Narcyza
skinęła raz głową.
Potem
spojrzała na Hermionę po raz ostatni, a w tym spojrzeniu zawarte było wszystko,
czego nie zamierzała wypowiedzieć na głos. Żal. Wściekłość. Złożony rachunek
sumienia matki próbującej ustalić, kto ponosi winę za zniszczenie jej rodziny,
i odkrywającej, że odpowiedź jest zbyt przytłaczająca i bolesna, by udźwignąć
ją w całości.
Odwróciła
się i odeszła bez słowa.
Hermiona
patrzyła, jak oddala się w milczeniu.
I
stała nieruchomo, dopóki odgłos jej kroków całkowicie nie ucichł.
~*~*~*~*~*~*~*~
Jakiś
czas później Hermiona znalazła Blaise’a.
Siedział
w niewielkiej poczekalni na końcu korytarza czwartego piętra, z łokciami
opartymi na kolanach i twarzą ukrytą w dłoniach. W międzyczasie zmienił koszulę
— nie wiedziała kiedy. Jego włosy były lekko rozczochrane, w sposób, jakiego u
niego nie znała, a on sam wyglądał — po raz pierwszy, odkąd go znała — jak
ktoś, komu zabrakło sił, by zachować opanowanie.
Podniósł
wzrok, gdy usłyszał jej kroki.
Przez
chwilę patrzyli na siebie.
—
Co z nim? — zapytała.
Jego
głos brzmiał słabiej, niż zamierzała. Zauważyła też, że lekko drżą jej dłonie.
Splotła je mocno ze sobą.
Blaise
spojrzał na jej szyję.
—
Jak się czujesz? — zapytał zamiast tego.
—
Blaise.
—
Hermiono.
—
Proszę.
Odwrócił
wzrok. Przeczesał dłonią włosy.
—
Jest w złym stanie — powiedział w końcu. — Jest... źle.
—
Czy ktoś przy nim jest?
—
Przyjechała jego matka. — Pauza. — Jest teraz przy nim.
Hermiona
wypuściła powietrze.
—
Dobrze — rzekła cicho. — To dobrze.
Blaise
spojrzał na swoje dłonie. Na bladą plamę, wciąż widoczną na rękawie w miejscu,
po tym jak próbował powstrzymać Draco przed roztrzaskaniem sobie dłoni o
marmur.
—
Nie chciał… — zaczął.
—
Wiem — odparła natychmiast.
—
On po prostu…
—
Blaise. Wiem.
Spojrzał
na nią. Wyraz jego twarzy nieco się zmienił.
—
Kochał ją — rzekł.
Po
prostu. Jakby to wszystko wyjaśniało. Bo tak właśnie było.
—
Wiem — powtórzyła.
Przez
chwilę siedzieli w milczeniu, trawiąc to, co usłyszeli.
W
korytarzu panowała cisza. Gdzieś w oddali ktoś przeszedł. Niedaleko rozległ się
pojedynczy dźwięk zaklęcia monitorującego, po czym znów zapadła cisza.
—
Jego dłonie? — zapytała Hermiona.
—
Obejrzał je Uzdrowiciel. Nic nie jest złamane. — Usta Blaise’a się zacisnęły. —
Fizycznie.
Hermiona
skinęła głową.
Spojrzała
na własne dłonie, wciąż lekko splecione na kolanach i wciąż lekko drżące.
—
Blaise — powiedziała. — Przepraszam.
Przez
dłuższą chwilę milczał.
—
Wiem, że przepraszasz — rzekł w końcu.
To
nie było wybaczenie.
Ale
coś znaczyło.
Kilka
minut później Ginny pojawiła się na końcu korytarza, niosąc szklankę wody i
poruszając się z tą ostrożną, celową energią osoby, która musi się na coś
przydać, bo bezczynność jest nie do zniesienia.
Bez
słowa podała wodę Blaise’owi.
On
również przyjął ją w milczeniu.
Potem
usiadła po drugiej stronie Hermiony i cała trójka trwała tak w ciszy korytarza
na czwartym piętrze, podczas gdy wokół nich toczyło się szpitalne życie.
Po
chwili Ginny wyciągnęła rękę i ujęła dłoń Hermiony.
To
wystarczyło.
Hermiona
znów zaczęła płakać. Nie głośno. Nie teatralnie. Po prostu cicho, bezradnie;
łzy płynęły, zanim zdążyła je powstrzymać, a gdy już się pojawiły, nie
potrafiła ich powstrzymać.
—
Przepraszam — wykrztusiła. — Przepraszam, nie powinnam… Oboje straciliście o
wiele więcej niż ja, a ja siedzę tu i płaczę jak…
—
Przestań — zbeształa ją cicho Ginny.
—
Nie, to nie ja powinnam…
—
Hermiono. Przestań.
—
Po prostu nie rozumiem — kontynuowała, a jej głos załamał się całkowicie na
ostatnim słowie. — Wszystko było z nią w porządku. Nic jej nie było, kiedy ją
zostawiłam, i po prostu… nie…
Przycisnęła
obie dłonie do ust.
Blaise
spojrzał na nią.
Miał
zaczerwienione oczy. Nie płakał — a przynajmniej nie do końca — ale wysiłek, by
powstrzymać łzy, był widoczny w każdej rysie jego twarzy.
—
Nikt z nas tego nie rozumie — mruknął cicho. — W tym właśnie rzecz. Nikt z nas.
Ginny
mocniej zacisnęła dłoń.
Siedzieli
tam we troje, w tej druzgocącej ciszy ludzi, którym zabrakło słów i którzy nie
mieli dokąd pójść, podczas gdy wokół nich poranek ustępował miejsca popołudniu.
~*~*~*~*~*~*~*~
Greengrassowie
pojawili się bez zapowiedzi.
Hermiona
dostrzegła ich jako pierwsza. Nic nie powiedziała. Po prostu znieruchomiała —
tak jak ciało zastyga, gdy rozpozna coś, co tego wymaga.
Na
czele szła Daphne.
Była
wysoką blondynką; jej długie, jasne włosy układały się w idealne fale,
sprawiając wrażenie, jakby nie wymagało to żadnego wysiłku. Miała taką samą
budowę twarzy jak Astoria, lecz o ostrzejszych, bardziej surowych rysach —
jakby te same cechy zostały wykute z mniejszą łagodnością. Jej szata była
czarna i nieskazitelna, skrojona tak, by pokazać, że żałoba nie przeszkodziła jej
tego ranka w nienagannym wyglądzie. Poruszała się z niespieszną precyzją osoby,
której od urodzenia wpajano, że pospiech przystoi tylko tym, którzy nie
potrafią się właściwie zorganizować. Nawet teraz, nawet w tym miejscu — gdy jej
siostra leżała martwa gdzieś na końcu korytarza — Daphne Greengrass szła tak,
jakby podłoga była jej coś winna.
Tuż
za nią szła matka Astorii.
To
po niej Astoria odziedziczyła swoją mroczną aurę, typ urody i ten szczególny
rodzaj piękna. Te same ciemne włosy — choć teraz porozdzierane szarością i
upięte z surową elegancją kobiety, dla której wygląd stanowił raczej pancerz
niż przejaw próżności. Była blada — tak, jak bledną ludzie, których przez wiele
godzin trawił ból, a oni nie pozwalali, by było to widać. Jedną dłonią w rękawiczce
przyciskała usta. Drugą zaciskała na ramieniu stojącej obok starszej czarownicy
— nie desperacko, nie ostentacyjnie, lecz z cichą, opanowaną siłą właściwą
rodom o wieloletniej tradycji i majątku, które nauczyły się nigdy nie okazywać
słabości na korytarzach.
Nawet
w obliczu tragedii Greengrassowie wyglądali tak, jakby uczestniczyli w
wydarzeniu, na które nie do końca wyrazili zgodę.
Blaise
zerwał się na równe nogi, zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek powiedzieć.
Przeszedł przez korytarz z cichą pewnością siebie człowieka, który doskonale
rozumiał swoją rolę w tej sytuacji. Daphne dostrzegła, że nadchodzi i jej twarz
stężała. Tylko na moment. W wystarczającym stopniu. Zachowała panowanie nad
sobą, lecz pod tą maską, przez krótką chwilę, kryła się ulga.
—
Blaise — powiedziała.
—
Wiem — odparł.
To
wszystko.
Na
krótką chwilę położył dłoń na jej ramieniu. Następnie zwrócił się do matki
Astorii, lecz wypowiedziane przez niego słowa były zbyt ciche, by Hermiona
mogła je usłyszeć. Twarz starszej kobiety na moment się załamała, nim ta
zdołała się opanować i unieść podbródek z tą naturalną godnością, jaka cechuje
kogoś, kto zachowuje się tak przez całe życie.
Daphne
patrzyła ponad ramieniem Blaise’a, podczas gdy ten rozmawiał z jej matką.
Jej
wzrok powędrował wzdłuż korytarza i spoczął na Hermionie.
Było
to chłodne spojrzenie. Pozbawione dramatyzmu i teatralnych gestów. A także tej
wściekłej rozpaczy, która zmusza człowieka do głośnego szukania winnych. Po
prostu chłodne. To był ten szczególny chłód kobiety, która oceniła sytuację,
wyciągnęła wnioski i z doskonałą skutecznością odłożyła sprawę do akt.
Spojrzała na szatę Uzdrowicielki, na sińce na twarzy i na twarz Hermiony — a
wyraz jej własnej twarzy nie zmienił się ani na jotę.
Potem
odwróciła wzrok.
Tak,
jakby Hermiona była jedynie szczegółem niewymagającym dalszej uwagi.
Hermiona
poczuła, jak ten chłód przenika ja niczym lodowata woda.
Uścisk
dłoni Ginny na jej ręce się zacieśnił.
Dalej
w korytarzu ruch przykuł na chwilę uwagę, gdy z wind wyłoniły się dwie kolejne
postacie.
Pansy
Parkinson — jak zawsze ostra, z ciemnymi włosami przystrzyżonymi w gładką,
krótką fryzurę, która z surową elegancją okalała jej twarz — szła pewnym
krokiem w stronę Daphne; tuż obok niej kroczył Theodore Nott, wysoki i
opanowany, a światło szpitalnych lamp odbijało się w szkłach jego okularów.
Theodore zachowywał się z tym samym dystansem i spokojem, które Hermiona
pamiętała ze szkolnych lat — jakby wszystko obserwował, a większość spraw
uważał za niewartą komentarza.
Żadne
z nich nawet nie spojrzało w stronę Hermiony.
Nie
dlatego, że jej nie zauważyli.
Dlatego,
że dla nich nie istniała.
Pansy
dotarła do Daphne jako pierwsza, musnęła jej policzek, po czym powiedziała coś
cicho i szorstko, co sprawiło, że wyraz twarzy Daphne na ułamek sekundy stężał.
Theodore przywitał się z matką Daphne z cichą, formalną uprzejmością. Blaise
natychmiast się ku nim odwrócił i przez chwilę cała czwórka stała razem w
zwartej, eleganckiej grupie, która wyglądała boleśnie znajomo.
Dawna
paczka ze Slytherinu.
Tyle
że teraz starsi. Ostrzejsi. Lepiej ubrani. Być może pogrążeni w żałobie. Ale
bez wątpienia ci sami.
Pansy
rzuciła uwagę na tyle cierpką, że Blaise wypuścił z siebie cień pozbawionego
wesołości śmiechu. Theodore szepnął coś do Daphne, a ona zareagowała ledwie
zauważalnym skinieniem głowy.
Mimo
to żadne z nich nie spojrzało na Hermionę.
Jakieś
dwadzieścia minut później na drugim końcu korytarza pojawiła się Narcyza.
Spojrzała
w ich stronę.
Od
razu dostrzegła Blaise’a.
Poczuł
to spojrzenie, zanim ją zobaczył. Przerwał w pół słowa. Odwrócił głowę.
Napotkał wzrok Narcyzy przed całą długość korytarza.
Narcyza
nic nie powiedziała. Wykonała tylko drobny ruch. Niemal niezauważalny. Lekkie
skinienie głową.
Ginny
lekko pochyliła się do przodu.
—
Idź — szepnęła do Blaise’a. — Potrzebuje cię.
Blaise
spojrzał na nią.
Potem
na Hermionę.
Następnie
odwrócił się do Daphne, powiedział coś krótko i cicho, i raz dotknął jej
ramienia.
Pansy
natychmiast się wyprostowała.
Theodore
zerknął w stronę Narcyzy.
Żadnych
pytań.
Żadnego
wahania.
Oczywiście,
że pójdą za nią.
Dawny
instynkt zwierzania szeregów pozostał nienaruszony.
Blaise
ruszył korytarzem w stronę Narcyzy, a Pansy i Theodore podążyli za nim tak
naturalnie, jakby oddychali.
Minął
Hermionę w drodze. Ich spojrzenia spotkały się tylko na ułamek sekundy.
Potem
szedł dalej.
Pansy
przeszła obok, nawet nie zaszczyciwszy jej spojrzeniem.
Theodore
poprawił okulary i ruszył za nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Hermiona
patrzyła, jak Blaise podchodzi do Narcyzy. Jak kobieta mów coś ściszonym
głosem. Jak cała trójka zastyga w bezruchu, przejęta powagą chwili — jak
ludzie, którym powierzono coś cennego i niezastąpionego.
Wtedy
Narcyza skręciła.
I
cała czwórka zniknęła za rogiem.
Draco
Malfoy przebywał gdzieś w tym budynku w towarzystwie ludzi, którzy kochali go
najbardziej.
Po
drugiej stronie korytarza wciąż znajdowała się rodzina Greengrassów.
Daphne
ją obserwowała.
Nawet
nie drgnęła. Stała u wejścia do korytarza — z długimi, blond włosami, w
nieskazitelnej szacie i z idealnie opanowanym wyrazem twarz — i patrzyła na
Hermionę wzrokiem całkowicie, absolutnie i druzgocąco pozbawionym ciepła.
Bez
oskarżenia.
Bez
gniewu.
Sam
chłód.
Był
to rodzaj chłodu, który nie musiał podnosić głosu, bo nigdy w życiu nie musiał
tego robić.
Potem
się odwróciła.
A
rodzina Greengrassów ruszyła do prywatnej kostnicy w ciszy tak absolutnej, że
miała ona swój własny ciężar.
Ginny
na krótką chwilę oparła głowę o ramię Hermiony.
A
ona na to pozwoliła.
Stały
tak, podczas gdy popołudniowe światło powoli i blado przesuwało się w oknach
korytarza, a żadna z nich nie wypowiedziała ani słowa.
~*~*~*~*~*~*~*~
To
Ginny zaproponowała wizytę na Oddziale Magicznej Opieki Neonatologicznej.
Hermiona nie wiedziała, dlaczego się zgodziła. Może dlatego, że potrzebowała
miejsca, do którego mogłaby pójść — innego niż korytarz przed gabinetem
dyrektora. Może dlatego, że ruch wydawał się lepszy niż bezczynność. A może
dlatego, że Ginny potrafiła sugerować rzeczy w taki sposób, iż nie brzmiały one
jak propozycje, lecz jak ciche, nieuniknione konieczności.
Razem
wjechały windą na trzecie piętro, nie zamieniając ani słowa.
Oddział
wyglądał tak jak zawsze. Łagodne światło. Szklane kołyski. Nieustanny, złocisty
blask ochronnych aur. Ciche głosy. Stłumiony, miarowy szum magii podtrzymującej
życie tych maleństw.
Ariana
nie spała.
Była
taka maleńka. Hermiona zawsze wiedziała, że jest drobna — analizowała wykresy,
śledziła przyrost wagi, z kliniczną precyzją odnotowywała wszelkie postępy.
Jednak stojąc tu, w tej właśnie chwili, i patrząc na nią przez szybę,
zrozumiała, że to słowo — maleńka — nabrało nowego znaczenia. Znaczenia, które
dotykało czegoś, przed czym Hermiona nie potrafiła się obronić.
Zacisnęła
usta.
Ariana
poruszyła maleńką piąstką.
Hermiona
przypomniała sobie, jak wczorajszego ranka Scorpius poruszał się pod jej
dłońmi.
Odwróciła
wzrok.
Nie
potrafiła powstrzymać łez. Płynęły cicho, bez zbędnego dramatyzmu — tak jak
przez cały dzień — i nie próbowała ich już nawet hamować, bo zabrakło jej sił,
by je powstrzymać.
Ginny
stała obok i nic nie mówiła.
Nie
musiała.
Zostały
tam na dłuższą chwilę, obserwując, jak Ariana chłonie złociste światło; oddział
wokół nich tętnił życiem, a nikt nie prosił ich, by wyszły.
W
końcu Hermiona otarła twarz i się wyprostowała.
—
Powinnam już iść — powiedziała.
Ginny
spojrzała na nią.
—
Karl?
Hermiona
pokręciła głową. Nie widziała Karla, odkąd rozstali się na korytarzu przed
gabinetem Hawksa. Nie wiedziała, gdzie on jest. Nie wiedziała, gdzie jest
Draco. Nie wiedziała, gdzie jest Blaise — wiedziała tylko, że wciąż przebywa w
tym budynku razem z Draco; był tam przez cały dzień i — o ile jej wiadomo — ani
na chwilę go nie opuścił. Nie miała żadnych wieści. Nikt jej nie szukał. Nikt
jej o niczym nie informował. Trwała w dziwnym zawieszeniu — wiedząc wszystko i
nic zarazem, czując się odpowiedzialną za wszystko, a jednocześnie nie mając
prawa nic zrobić.
—
Sama wrócę do domu — rzekła.
Ginny
bez słowa zamknęła ją w uścisku.
Hermiona
odwzajemniła go, przytrzymując przyjaciółkę nieco dłużej, niż zamierzała.
Potem
odsunęła się, poprawiła szatę i ruszyła w stronę windy.
Szpital
Świętej Roweny nocą był cichszy niż rankiem, ale nie panował w nim spokój.
Nigdy nie było spokojnie. Artium było na wpół oświetlone, za recepcją czuwała
nocna czarownica, a korytarze opustoszały, wolne od tego szczególnego chaosu,
jaki w ciągu dnia przyniosła katastrofa. Marmurowa posadzka odbijała światło
lamp w postaci długich, jasnych smug, a lilie w kosztownych wazonach wypełniały
powietrze słodyczą, od której żołądek Hermiony wywracał się na drugą stronę.
Pchnęła
główne drzwi.
Natychmiast
uderzyło ją zimno.
Luty
w nocnym Londynie był ciemny, wilgotny i całkowicie obojętny; ulica przed
szpitalem lśniła od deszczu, który spadł, gdy ona przebywała w środku, a
chodnik połyskiwał w świetle latarni. Obok przechodzili ludzie w ciemnych
płaszczach. Gdzieś na końcu uliczki turkotał powóz.
Hermiona
przez chwilę stała na schodach.
Spojrzała
w górę, na budynek.
Gdzieś
w środku Draco Malfoy przeżywał najgorszą noc w swoim życiu. Gdzieś w środku
był przy nim Blaise. Gdzieś w środku Narcyza obiema drżącymi dłońmi próbowała
utrzymać w całości to, co pozostało z jej rodziny.
Gdzieś
w środku Karl zajmował się czymś, o czym ona nie wiedziała i o czym nikt jej
nie powiedział.
Odwróciła
się i odeszła.
Powietrze
było ostre i rześkie; cieszyła się z tego. Szła powoli — nie dlatego, że nie
była zmęczona; była wyczerpana bardziej niż kiedykolwiek w życiu — ale dlatego,
że powrót do domu wydawał się końcem czegoś, czego nie potrafiła jeszcze
nazwać.
Gdy
dotarła na miejsce, w mieszkaniu panowała ciemność.
Przez
chwilę stała w progu, opierając dłoń o framugę i patrząc na nieoświetlone
pokoje. Kanapa, na której zasnęła. Książka wciąż leżąca na podłodze — tam,
gdzie się ześlizgnęła. Miska z wystygłą zupą wciąż stojąca na stoliku kawowym.
Wszystko dokładnie tak, jak to zostawiła, zanim obudził ją alarm — chwila,
która wydawała się teraz należeć do zupełnie innego życia.
Weszła
do środka.
Nie
zapaliła światła.
Usiadła
na kanapie w ciemności, patrząc na zimny posiłek, myślała o słowach Astorii Czy będziesz tam, kiedy to się stanie? i
o tym, jak odpowiedziała Tak.
Siedziała
tak bardzo długo.
Karl nie wrócił do domu.
Brak komentarzy