[T] Cena przebaczenia: Rozdział 6
Dni
po śmierci Astorii miały w sobie coś, na co Hermiona nie potrafiła znaleźć
słów.
To
nie był żal, ani szok. Coś pomiędzy — stan, który bardziej niż w umyśle,
osiadał w ciele; sprawiał, że proste czynności wydawały się niemożliwie
ciężkie, a sprawy istotne — dziwnie odległe. Wstawała rano. Parzyła kawę.
Zakładała szatę Uzdrowicielki, bo nikt oficjalnie nie kazał jej tego nie robić,
a alternatywą było pozostanie w domu — czego nie potrafiła znieść; nie mogła
siedzieć całymi dniami w tych pokojach, nie mając nic do roboty i nie wiedząc,
co zrobić z tym wszystkim, co czuła.
Więc
szła do Szpitala Świętej Roweny.
Robiła
obchody.
Odpowiadała
na pytania, gdy ją o coś pytano, i nie odzywała się z własnej inicjatywy, gdy
nikt o nic nie pytał; poruszała się po szpitalu z tą ostrożną, wymuszoną
energią osoby, która usilnie stara się sprawiać wrażenie normalnej.
To
nie działało.
Wiedziała,
że to nie działa, po tym, jak ludzie na nią patrzyli. Większość z nich nie
patrzyła nieżyczliwie. Po prostu inaczej. To było to ostrożne spojrzenie
współpracowników, którzy coś słyszeli, nie wiedzieli, w co wierzyć, i
postanowili na razie nic nie mówić. Alice każdego ranka uśmiechała się do niej
z nieco zbyt wymuszoną pogodą ducha. Theo żartował w sposób, który nie trafiał
do celu, bo zbyt mocno się starał. Młodsi Uzdrowiciele schodzili jej z drogi na
korytarzach z odznakami uległości, jakich wcześniej nie okazywali — i co wcale
nie przypominało szacunku.
Nie
odzywała się.
Szła
dalej.
Karl
rzadko bywał w szpitalu, gdy ona przychodziła do pracy i rzadko, gdy wychodziła
z pracy. Mieli różne grafiki — zawsze tak było — ale teraz wydawało się to
inne. Bardziej celowe. Bardziej ostrożne. Jak dwoje ludzi poruszających się po
niewielkiej przestrzeni tak, by się nie dotknąć.
W
domu było tak samo.
Wracał
późno. Ona zazwyczaj siedziała na kanapie z książką, której nie czytała, albo
przy kuchennym stole z notatkami, których nie spisywała. Wymieniali tylko
uprzejmości. Jak minął dzień? Dobrze.
Jesteś głodna? Niespecjalnie. A potem wracała cisza i pozwalali jej trwać,
bo żadne z nich nie wiedziało, jak zacząć tę drugą rozmowę — tą prawdziwą,
która zawsze wisiała w powietrzu niczym trzecia osoba, której nikt nie
zaprosił.
Tak
to wyglądało przez cztery dni.
Piątego
wieczoru Hermiona siedziała w ciemności, kiedy Karl wrócił do domu.
Nie
zamierzała siedzieć po ciemku. Po prostu przestała zauważać, jak zapada zmrok.
Tak się teraz czasem działo — wieczór nadchodził bez jej pozwolenia, podczas
gdy ona siedziała bezczynnie, myśląc o wszystkim i o niczym jednocześnie.
Karl
zatrzymał się w progu, gdy ją zobaczył.
—
Hermiono.
—
Nie śpię — szepnęła.
Wszedł
do środka. Odstawił torbę. Stanął na środku pokoju w sposób typowy dla kogoś,
kto przez cały dzień szykował się, by coś powiedzieć, a gdy nadeszła ta chwila,
okazała się trudniejsza, niż przypuszczał.
Odwróciła
się w jego stronę.
Spojrzał
na nią.
I
coś w jego twarzy pękło.
Usiadł
obok niej na kanapie i zakrył twarz dłońmi. Słyszała jego oddech. Po prostu
oddech — nierówny, zdradzający, że opanowanie, które zazwyczaj przychodziło mu
tak naturalnie, kosztowało go znacznie więcej, niż przypuszczała.
—
Karl.
—
Nie mogę — wykrztusił. Jego głos był stłumiony. — Nie mogę na ciebie patrzeć.
—
Karl…
—
Nie potrafię na ciebie patrzeć, wiedząc, co dźwigasz. — Opuścił ręce. Miał
zaczerwienione oczy. Nigdy wcześniej nie widziała go w takim stanie. — Przeze
mnie. Dźwigasz to wszystko przeze mnie i za każdym razem, gdy na ciebie patrzę,
ja… — Zamilkł. Zacisnął usta. — Nienawidzę siebie.
—
Karl…
—
Nie. Pozwól mi to powiedzieć. — Głos mu się załamał. — Jestem tchórzem. Wiem
dokładnie, kim jestem. Wiem to od tamtej nocy; budzę się każdego ranka ze
świadomością tego faktu, idę do szpitala, stoję na korytarzach i myślę o tym,
co dla mnie zrobiłaś, i ja… — Znów przerwał. Po twarzy przemknął wyraz, na
który nie mogła patrzeć. — Nie zasługuję na to. Wiem, że na to nie zasługuję.
Hermiona
milczała.
—
Byłem pijany! — Słowo to padło zbyt głośno, z surową szczerością, wypełniając
ciemny pokój. — Byłem tam, nie przeczytałem akt i ona UMARŁA. Ona i jej syn
zginęli, bo nie przeczytałem akt. — Zaśmiał się — był to łamiący się,
przerażający dźwięk. — Tyle lat pracy jako Uzdrowiciel. Tyle lat powtarzania
studentom, żeby czytali akta — zawsze czytali akta, bo nie ma takiego nagłego
przypadku, który usprawiedliwiłby ich pominięcie. A ja ich nie przeczytałem, bo
za dużo wypiłem i myślałem, że sobie poradzę. — Przycisnął grzbiet dłoni do
ust. — Powinienem tam wrócić — dodał cicho. — Powinienem jutro rano wejść do
gabinetu Hawksa i powiedzieć mu wszystko. Wiem o tym. WIEM, że tak właśnie
powinienem postąpić.
Hermiona
czekała.
—
Ale? — zapytała.
Zamknął
oczy.
—
Ale nie mogę. — Słowa padły niemal szeptem. — Niech Merlin ma mnie w opiece,
Hermiono, nie mogę. Wszystko, co zbudowałem. Wszystko, co stworzyłem,
zaczynając od zera. Stanowisko dyrektora. Oddział. To wszystko. — Otworzył oczy
i spojrzał na nią; w jego spojrzeniu malował się tak obnażony wstyd, że aż
trudno było na to patrzeć. — Wiem, co to ze mnie robi. Wiem dokładnie, jakim
człowiekiem jest ten, który tu siedzi, wypowiada te słowa, a mimo to nie
potrafi zdobyć się na właściwy krok. Wiem.
Hermiona
zaczęła płakać.
Nie
głośno. Nie w teatralny sposób. Po prostu cicho; łzy spływały jej po twarzy,
choć nie decydowała się na płacz. Płakała, bo była zmęczona, bo panował mrok i
bo mężczyzna siedzący obok niej właśnie się załamywał. Bo go kochała, a
jednocześnie to on był przyczyną, dla której wszystko legło w gruzach — i nie
wiedziała, jak udźwignąć to wszystko naraz.
—
Przepraszam — powiedział Karl. Jego głos też był teraz przesycony łzami. —
Hermiono. Tak bardzo przepraszam.
—
Wiem — odparła.
—
Przepraszam za wszystko, co zrobiłem. Przepraszam za cenę, jaką za to
zapłaciłaś. Przepraszam, że siedzę tu i mówię ci, że nie mogę tego naprawić,
zamiast po prostu to naprawić!
—
Wiem — powtórzyła.
—
To nie wystarczy.
—
Nie — zgodziła się. — To nie wystarczy.
Patrzyli
na siebie w ciemności.
Dwoje
ludzi, którzy się kochali, a jednak zepsuli coś, czego sama miłość nie mogła
naprawić — oboje o tym wiedzieli, lecz żadne nie wiedziało, co z tą wiedzą
zrobić.
—
Pomyśl o Astorii — szepnęła w końcu Hermiona. — Pomyśl o kobiecie, która nam
zaufała. Pomyśl o kobiecie, która weszła do tego szpitala, wierząc, że
sprowadzimy jej syna na ten świat.
Karl
zamknął oczy.
—
Myślę o niej w każdej minucie — rzekł.
—
Ja też — wtórowała mu Hermiona.
Oparła
głowę na jego ramieniu.
Objął
ją ramieniem.
I
tak trwali przez długi czas w ciemności. Nie rozmawiając. Nic nie wyjaśniając.
Siedząc po prostu pośród ruin tego, co się wydarzyło, tego, co nie zostało
powiedziane, i tego, co prawdopodobnie nigdy nie miało zostać wypowiedziane.
Noc
powoli toczyła się wokół nich. Karl cicho płakał w jej włosy, a Hermiona mu na
to pozwalała, bo nie wiedziała, co innego mogłaby zrobić z mężczyzną, którego
wciąż kochała, a który nie miał dość odwagi, by ją ocalić.
~*~*~*~*~*~*~*~
W
środę wybrała się do Nory.
Nie
planowała tego. Po prostu znalazła się na drodze przed domem, nie do końca
pamiętając moment podjęcia decyzji o wyjściu; otuliła się szczelnie płaszczem,
chroniąc się przed lutowym chłodem, a znajoma sylwetka domu Weasleyów wyłoniła
się spośród nagich drzew niczym obraz z innej wersji jej życia. Krzywy,
nieprawdopodobny, a jednak emanujący ciepłem bijącym ze wszystkich okien.
Ginny
otworzyła drzwi, zanim zdążyła zapukać.
Spojrzała
na twarz Hermiony i bez słowa wpuściła ją do środka. W Norze pachniało
wypiekami, starym drewnem i tym przytulnym nieładem domu, w którym zawsze
przebywało zbyt wiele osób, a któremu to nigdy nie przeszkadzało. Hermiona
stanęła w progu kuchni i poczuła, jak ucisk w piersi nieco zelżał. Tylko
odrobinę. Wystarczająco, by ten ciężar, który towarzyszył jej od dni, stał się
na moment możliwy do zniesienia.
—
Usiądź — powiedziała Ginny. — Zrobię herbatę.
Hermiona
usiadła.
W
kuchni panowała większa cisza, niż zapamiętała. Harry i Ron przebywali na misji
aurorskiej w miejscu, o którym jej nie powiedziano i o którym prawdopodobnie
nie powinna wiedzieć; brakowało więc tej głośnej, swojskiej energii, którą
zazwyczaj ze sobą wnosili. Została tylko Ginny, poruszająca się po kuchni ze
sprawnością i swobodą kogoś, kto się w niej wychował, odgłos czegoś bulgoczącego
na kuchence oraz zimowe światło wpadające przez okna i kładące się bladymi
pasmami na kamiennej posadzce.
Hermiona
przyglądała się swoim dłoniom.
Ostatnio
często to robiła. Wpatrywała się w swoje dłonie.
Kilka
minut później Molly wyszła z salonu, wycierając dłonie w fartuch, i zatrzymała
się na widok Hermiony siedzącej przy kuchennym stole.
Jej
twarz wyrażała dokładnie to, co zawsze u Molly Weasley: wszystko od razu i bez
żadnych zahamowań.
Przeszła
przez kuchnię i przytuliła Hermionę, zanim ta zdążyła się an to przygotować.
Hermiona
wydała z siebie dźwięk, którego wcale nie planowała.
—
Och, moja droga — szepnęła Molly w jej włosy. — Och, kochanie.
I
to wystarczyło.
Hermiona
rozpłakała się tak, jak od wielu dni starała się nie płakać — szczerze, wstrząsana
szlochami, z twarzą wtuloną w ramię Molly, która ją przytulała, nie mówiąc
niczego, co byłoby praktyczną radą, a zarazem wypowiadając wszystko, co było
niezbędne. Obok nich pojawiła się Ginny i położyła dłoń na plecach Hermiony.
Trwały tak we trzy na środku kuchni w Norze, podczas gdy zawartość garnka na
kuchence wciąż bulgotała, a zimowe światło nieustannie, z obojętnością,
przesuwało się po podłodze.
W
końcu szloch ustąpił miejsca zwykłemu oddechowi.
Hermiona
odsunęła się, otarła twarz wierzchem dłoni i — jak zawsze po płaczu w obecności
Molly Weasley — poczuła jednocześnie zażenowanie i ogromną ulgę.
—
Usiądźcie — zarządziła stanowczo Molly. — Obie.
Posłuchały
jej. Molly postawiła przed nimi herbatę i coś ciepłego, co okazało się ciastem
jabłkowym. Następnie usiadła naprzeciwko Hermiony i spojrzała na nią z tą
bezpośrednią, szczerą miłością, właściwą kobiecie, która nigdy w życiu nie
udawała, że trudne sprawy wcale takie nie są.
—
To nie była twoja wina — zaczęła.
Hermiona
wpatrywała się w swój kubek.
—
Molly…
—
Nie chcę o tym słuchać. Nieważne, co mówią w tym szpitalu, nieważne, jakie
bzdury krążą wokół — to nie była twoja wina. Znam cię. Znam cię, odkąd
skończyłaś dwanaście lat; wiem, jakim jesteś człowiekiem, i to nie była twoja
wina.
Ścisnęło
ją w gardle.
—
Nie wiesz o wszystkim, co się stało — odparła ostrożnie.
—
Znam ciebie — powtórzyła Molly.
Prosto.
Stanowczo. Jakby to kończyło dyskusję.
Hermiona
odwróciła się do Ginny, która spojrzała na nią z wyrazem twarzy pełnym troski i
czułości, a zarazem nieco zbyt przenikliwym, by czuła się z tym w pełni
komfortowo.
Hermiona
odwróciła wzrok.
Podniosła
kubek z herbatą, ujęła go obiema dłońmi i pozwoliła, by ciepło przenikało do
jej wnętrza; próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio czuła ciepło płynące z
głębi siebie, a nie tylko z zewnątrz.
Nie
potrafiła sobie tego przypomnieć.
—
Harry i Ron — powiedziała, bo musiała poruszyć temat niezwiązany z nią samą. —
Gdzie oni są?
—
W Szkocji — odparła Ginny. — Prowadzą sprawę związaną z artefaktem pełnym czarnej
magii. Wrócą przed weekendem.
—
Wszystko u nich dobrze?
—
Zawsze jest dobrze. — Ginny powiedziała to tonem osoby, która dorastała w
otoczeniu wielu braci wykonujących niebezpieczne zawody i nauczyła się, że
ciągłe zamartwianie się jest mniej użyteczne niż martwienie się w sposób
efektywny. — Wszystko dobrze.
Hermiona
skinęła głową.
A
potem, ponieważ musiała wiedzieć, a dotąd nie wiedziała, jak o to zapytać:
—
Blaise. Co u niego?
Wyraz
twarzy Ginny się zmienił.
—
Trzyma się — odpowiedziała. — Głównie dla Draco. Nie odstępuje go na krok,
odkąd to się stało.
—
A Draco?
Ginny
spojrzała na nią.
—
Hermiono.
—
Wiem. Po prostu… — Urwała. Zaczęła od nowa. — Muszę wiedzieć, czy wszystko z
nim w porządku.
Ginny
milczała.
—
Nie jest z nim dobrze — przyznała w końcu. — I długo nie będzie. Ale żyje, jest
przy nim Blaise, jest Narcyza i to… — Zawahała się. — To wszystko, co mamy w
tej chwili.
Hermiona
skinęła głową.
Ponownie
spojrzała na swoją herbatę.
Myślała
o Draco klęczącym na marmurowej posadzce. O Blaisie trzymającym go za
nadgarstki. O dźwięku, jaki z siebie wydobył — czymś, czego nikt w tym
korytarzu nigdy nie zapomni.
Myślała
o delikatnym uśmiechu Astorii, gdy dostrzegła ją przez drzwi.
Zacisnęła
usta i wzięła głęboki oddech.
W
pewnej chwili Molly wyciągnęła rękę przez stół i przykryła dłoń Hermiony
własną.
—
Odwiedziłaś już Hildę?
Hermiona
spojrzała na ich dłonie.
—
Jeszcze nie — powiedziała.
Po
twarzy Molly przemknął cień emocji — szybki, opanowany, znikający niemal
natychmiast. Ale Hermiona go dostrzegła.
—
Ona chciałaby wiedzieć — szepnęła Molly. — Wiesz, że by chciała.
—
Nie chcę martwić babci — rzekła Hermiona. — Miewa lepsze i gorsze dni; nie chcę
tam wchodzić i być powodem, przez który ten dzień stanie się złym.
Molly
spojrzała na nią z wyrazem twarzy kobiety, która doskonale rozumiała, ile
kosztuje chronienie wszystkich wokół przed własnym bólem.
—
Jest silniejsza, niż myślisz — powiedziała łagodnie.
—
Wiem — przyznała Hermiona. — Po prostu… jeszcze nie teraz.
Molly
ścisnęła jej dłoń.
I
na tym poprzestała.
Przez
chwilę rozmawiały o błahostkach. O Arianie, która wróciła już do domu i czuła
się dobrze. O sklepie George’a. O nowym stanowisku Percy’ego w Ministerstwie.
Była to rozmowa, w której nie chodziło o wagę poruszanych tematów, lecz o sam
akt mówienia — o to, że dźwięk zwyczajnego życia stanowił swego rodzaju
lekarstwo.
Hermiona
piła właśnie drugi kubek herbaty, gdy zauważyła Proroka Codziennego złożonego na skraju stołu.
Prawie
go przeoczyła. Był częściowo wsunięty pod ściereczkę, jakby ktoś go tam położył,
a potem uznał, że lepiej nie zostawiać go na widoku. Jednak róg pierwszej
strony wystawał, a nagłówek był na tyle duży, że można go było odczytać z
miejsca, w którym siedziała.
Sięgnęła
po gazetę, zanim jeszcze świadomie podjęła taką decyzję.
Molly
cicho westchnęła, ale jej nie powstrzymała.
Ogłoszenie
znajdowało się na pierwszej stronie, pod nagłówkiem. Był to oficjalny komunikat
w czarnej ramce — taki, jaki Prorok
rezerwował dla doniosłych przypadków śmierci w świecie czarodziejów.
Z głębokim smutkiem
rodziny Malfoyów i Greengrassów zawiadamiają o
śmierci
Astorii Malfoy, z domu Greengrass
ukochanej żony, matki, córki i siostry
oraz
Scorpiusa Hyperiona Malfoya
ukochanego syna
Kameralna uroczystość odbędzie się we Dworze
Malfoyów
w sobotę, czternastego lutego.
Po niej odbędzie się przyjęcie dla zaproszonych
osób,
by oddać zmarłym ostatni hołd.
Hermiona
przeczytała to dwa razy.
Potem
jeszcze raz.
Czternasty lutego.
Walentynki. Nie wiedziała, czy to okrutne, czy po prostu w
stylu Astorii — która zawsze miała zdanie na każdy temat i mogła dostrzec
pewną, mroczą satysfakcję w fakcie, że zostanie pochowana w najbardziej
sentymentalnym dniu w roku.
Piekły
ją oczy.
Zacisnęła
usta i wzięła oddech.
—
Hermiono — szepnęła Ginny.
—
Muszę iść — powiedziała.
Ginny
spojrzała jej w oczy.
—
Na pogrzeb?
—
Tak.
—
Hermiono…
—
Muszę tam pójść, Ginny. — Podniosła wzrok znad kartki. — Wiem, co chcesz
powiedzieć. Wiem, że to może być fatalny pomysł. Wiem, że on może… — Urwała. —
Muszę tam pójść.
Ginny
przyglądała się jej przez dłuższą chwilę.
Potem
spojrzała na swoją matkę.
Molly
obserwowała Hermionę z wyrazem twarzy zdradzającym zrozumienie spraw, o których
nie powiedziano ani słowa.
—
W takim razie pójdziesz — stwierdziła krótko Molly.
Hermiona
na nią spojrzała.
—
Pójdziesz — powtórzyła Molly. — I będziesz trzymać głowę wysoko. Bo tak właśnie
robisz.
Hermiona
znów spojrzała na kartkę, którą trzymała w dłoniach.
Astoria Malfoy, z domu Greengrass.
Scorpius Hyperion Malfoy.
Starannie
złożyła gazetę, położyła na stole i nie zapłakała, choć sporo ją to kosztowało.
Za
oknami Nory luty kontynuował swoje szare, obojętne dzieło.
Czternastego.
~*~*~*~*~*~*~*~
Na
dziewiątą miała wizytę pani Calloway. Rutynowe badanie. Trzeci trymestr.
Zgodnie z dokumentacją wszystko przebiegało prawidłowo, a Hermiona zdążyła
trzykrotnie przeczytać akta, zanim weszła do gabinetu, bo czytanie dokumentacji
stało się jej nowym nawykiem: obsesyjnym, kompulsywnym, powtarzanym za każdym
razem, bez wyjątku.
Pani
Calloway była młoda. Dwadzieścia pięć lat. Ciemne włosy upięte luźno na karku.
Jedwabna apaszka, która prawdopodobnie kosztowała więcej, niż musiała.
Siedziała, oparta o poduszki do badań, z niecierpliwością kogoś, kto wolałby
być w innym miejscu i jeszcze nie nauczył się, że ciąża nie przejmuje się harmonogramem.
Hermiona
zatrzymała się w progu na krótką chwilę.
Ciemne włosy. Jedwab. Wyraz
zniecierpliwienia na twarzy.
Wzięła
oddech.
Weszła
do środka.
—
Pani Calloway. Jestem Uzdrowicielką Granger.
—
Wreszcie — powiedziała pani Calloway, nieprzyjaznym, choć niepozbawionym
życzliwości tonem. — Czekam tu już dwadzieścia minut.
—
Przepraszam za zwłokę.
—
Mój mąż szaleje tam na zewnątrz. Uważa, że poczekalnie zaprojektowano
specjalnie po to, by go dręczyć.
—
Większość z nich tak — odparła Hermiona.
Pani
Calloway niemal się uśmiechnęła.
Hermiona
ogrzała dłonie, chwyciła różdżkę i rozpoczęła badanie z automatyczną precyzją
osoby, która wykonywała tę czynność tak często, że jej ręce wiedziały, co
robić, nawet gdy myślami była zupełnie gdzie indziej.
Bo
była.
Myślała
o Draco.
Gdzie teraz był? Tego ranka, w tej właśnie chwili, gdy ona stała
w tym gabinecie, przykładając różdżkę do brzucha nieznajomej kobiety. Czy był we Dworze? Czy wciąż przebywał w
Londynie? Czy był sam, czy towarzyszył mu Blaise albo Narcyza? Czy ktokolwiek
przy nim był, czy może odprawił wszystkich, bo tak właśnie czasem działa żal —
odpycha ludzi, zmusza do siedzenia w ciemności i odrzucania wszelkiej opieki?
—
Wszystko w porządku? — zapytała pani Calloway.
Hermiona
podniosła wzrok.
—
Wszystko wygląda idealnie — rzekła. — Jest doskonale ułożony.
Wyraz
twarzy pani Calloway natychmiast złagodniał — tak jak to bywa u matek, które
wcześniej udawały, że się nie boją.
—
To chłopiec — powiedziała.
—
Tak.
—
Nie chcieliśmy wiedzieć, ale chyba i tak czułam, że to chłopiec. — Spojrzała na
swój brzuch. — Mój mąż uważa, że to dziewczynka.
—
Przeżyje tę pomyłkę — stwierdziła Hermiona.
Pani
Calloway się zaśmiała.
Hermiona
uśmiechnęła się, po czym znów spojrzała na swoją sieć diagnostyczną i pomyślała
o Scorpiusie.
O
tej maleńkiej klatce piersiowej. O tych drobnych dłoniach. Białe prześcieradło,
którym go zakryto było tak niewyobrażalnie małe, że nie potrafiła na nie
patrzeć, a jednak patrzyła, bo niepatrzenie wydawało się czymś gorszym.
Gdzie on teraz był?
Czy rodzina go zabrała? Czy już go
pochowali, czy może czekali na czternastego? Czy Astoria i Scorpius mieli
spocząć na ziemi razem — matka i syn?
Nie wiedziała. Nie pytała, nikt jej nic nie powiedział, a ona sama nie
wiedziała, jak o to zapytać.
—
Uzdrowicielko Granger?
Mrugnęła
powiekami.
Pani
Calloway ją obserwowała.
—
Przepraszam — mruknęła Hermiona. — Tętno jest silne. Właściwie bardzo silne. On
już ma swoje zdanie.
Pani
Calloway znów się uśmiechnęła.
—
Jego ojciec będzie przez to nie do zniesienia.
—
Zazwyczaj tak bywa — odparła Hermiona.
Sporządziła
notatki. Udzieliła wskazówek. Odpowiedziała na pytania dotyczące kolejnej
wizyty i eliksiru wzmacniającego. Czy
obrzęk kostek jest normalny? Tak. Czy sny są normalne? Tak. Czy to prawda, że
dzieci słyszą muzykę w łonie matki? Prawdopodobnie tak.
Zachowywała
się profesjonalnie, była opanowana i w pełni obecna. A gdzieś pod tym wszystkim
myślała o Astorii pytającej Czy będzie,
gdy to się stanie?, o własnej odpowiedzi Tak oraz o sali, do której weszła zbyt późno, i kobiecie, której
nie zdołała uratować. Kiedy pani Calloway wychodziła, w drzwiach wsunęła rękę
pod ramię męża; on powiedział coś, co wywołało jej śmiech, a ona na krótką
chwilę przywarła do niego. Tylko na chwilę. Hermiona patrzyła, jak odchodzą, i
przez moment stała nieruchomo w pustym gabinecie, zanim sięgnęła po kolejne
akta.
Przeczytała
je trzykrotnie, zanim weszła do gabinetu.
~*~*~*~*~*~*~*~
Wyszła
ze Szpitala Świętej Roweny później, niż zamierzała.
Zaczynało
jej to wchodzić w nawyk. Zostawała na oddziale, aż ten pustoszał, aż nie
zostawał już nikt, kto mógłby zauważyć, czy ona wciąż tam jest, czy nie. Było
to łatwiejsze niż powrót do domu. Tam panowała cisza, która zaczęła przypominać
pytanie — pytanie, na które nie znała odpowiedzi.
Szła
przed siebie. Bez konkretnego celu. Po prostu chłonęła ten szczególny rodzaj
londyńskiego wieczoru, jaki zdarza się w lutym, gdy miasto stara się pokazać od
najlepszej strony: bursztynowe światło latarni odbijające się w mokrym bruku,
zapach deszczu sprzed godziny wciąż wiszący w powietrzu, ludzie w ciemnych
płaszczach mknący gdzieś pospiesznie. Ona nie musiała się spieszyć. Mimo to
szła dalej.
Szła
przed siebie, aż ulice zaczęły się zwężać, a sklepy zmieniać swój charakter.
Sklep oferujący wyłącznie parasole. Maleńka galeria. Zakład krawiecki, którego
wystawa wyglądała tak, jakby nie zmieniano jej od tysiąc dziewięćset
osiemdziesiątego siódmego roku — i nie zamierzano tego robić.
A
potem księgarnia.
Taka,
która pozostawała otwarta do późna i pachniała starym papierem oraz
specyficznym kurzem książek dotykanych przez wiele rąk na przestrzeni zbyt
wielu lat. Pchnęła drzwi, nie podejmując świadomej decyzji, by wejść.
W
środku panowała cisza — taka, jaka powinna. Nie szpitalna cisza, zwiastująca,
że dzieje się coś złego. Nie domowa cisza, oznaczająca, że Karl jeszcze nie
wrócił. Po prostu cisza pomieszczenia pełnego książek, które niczego od niej
nie oczekiwały.
Trafiła
do działu dość luźno poświęconego tematyce straty. Wspomnienia. Poezja.
Filozofia. Przesuwała palcami po grzbietach książek, nie wyciągając żadnej z
nich. Myślała o dłoniach Astorii na brzuchu, o Draco klęczącym na marmurowej
posadzce, o dźwięku, jaki z siebie wydobył — czymś, czego nikt w tamtym
korytarzu nigdy nie zapomni.
Zatrzymała
się.
Dostrzegła
niewielką, cienką książkę, wciśniętą między dwa większe woluminy. Miała
jasnoniebieską okładkę, nieco przetartą na rogach.
O żałobie i ciele.
Instynkt
Uzdrowicielki. Impuls, by znaleźć kliniczne ramy dla tego, co czuła; by
odnaleźć to w tekście i zrozumieć na tyle, by móc nad tym zapanować. Zawsze tak
robiła. Przekuwała to, co było nie do zniesienia, w coś, co mogła zgłębić.
Wzięła
książkę i zaniosła ją do lady, nie czytając opisu na tylnej okładce. Na
zewnątrz zatrzymała się na chwilę na chodniku z książką pod pachą; nie była
jeszcze gotowa, by ruszyć w dalszą drogę.
Nie
wiedziała dokładnie, dla kogo ją kupiła. Nie dla Draco. Nie dla siebie — a
przynajmniej nie tak naprawdę. Może dla Astorii? Choć nie miało to żadnego
racjonalnego uzasadnienia.
A
może po prostu dlatego, że pobyt w tym sklepie był pierwszą chwilą tego dnia,
kiedy poczuła się sobą. Nie Uzdrowicielką Granger. Nie kobietą, na której
spoczywa odpowiedzialność. Nie dziewczyną Karla czy wygodnym celem dla Draco
Malfoya.
Po
prostu Hermioną. Której zawsze łatwiej się oddychało w księgarniach.
Ruszyła
w stronę domu.
~*~*~*~*~*~*~*~
Po
powrocie do domu zastała Karla — co zdarzało się rzadko.
Stał
w kuchni przy oknie, trzymając kubek kawy, której nie pił, i patrząc na mokre,
londyńskie dachy. Usłyszał dźwięk drzwi i się odwrócił. Wyglądał na zmęczonego.
Nie było to jednak zmęczenie po długim dniu w szpitalu — takie, które potrafiła
u niego rozpoznać, wynikające z nadmiaru trudnych przypadków i zbyt krótkich
przerw między nimi. To było coś innego. Coś, co osiadło w nim w ciągu ostatnich
kilku dni i nie chciało ustąpić.
—
Późno wróciłaś — powiedział.
—
Wiem.
Powiesiła
płaszcz. Położyła torebkę na krześle. Zauważyła, że wciąż trzyma w dłoni
kupioną wcześniej książkę, więc położyła ją na stole, nie tłumacząc się z tego.
Karl spojrzał na nią przez chwilę, przeczytał tytuł i odwrócił wzrok, nie
komentując tego.
—
Jadłaś coś?
—
Nie.
—
Jest zupa. Zrobiłem za dużo.
—
Dziękuję.
Usiadła
przy stole. Podał jej posiłek bez proszenia — był to odruchowy gest kogoś, kto
dzielił z drugą osobą kuchnię na tyle długo, że pewne czynności wykonywało się
bez słów. Obserwowała, jak porusza się po niewielkim pomieszczeniu — sprawnie i
cicho. Wspominała chwilę, gdy po raz pierwszy — lata temu — zobaczyła jego
kuchnię: jaka była czysta i starannie urządzona. I jak stopniowo gromadziły się
w niej jej rzeczy — książki, czasopisma i chaos, który nieświadomie wprowadziła
— aż miejsce to stało się czymś, czego żadne z nich nie planowało.
Usiadł
naprzeciwko niej. Zupa była dobra. Przez chwilę jedli w milczeniu — w takim
milczeniu, które nabrało własnej, namacalnej faktury. Nie było to kojące
milczenie dwojga ludzi, którzy nie czują potrzeby wypełniania każdej chwili
rozmową. Ani napięta cisza zwiastująca kłótnię. Coś pomiędzy. Cisza, która
narastała od kilku dni, choć żadne z nich nie zdecydowało się na to świadomie i
żadne nie wiedziało, jak ją przetrwać.
Karl
odłożył łyżkę.
—
Dziś coś otrzymałem — powiedział.
Hermiona
podniosła wzrok.
Na
skraju stołu leżała koperta, której nie zauważyła, wchodząc do kuchni. Kremowa.
Z czarną obwódką. Taki rodzaj koperty, który zwiastował coś oficjalnego i
ostatecznego; pojawiała się, gdy rodzina dysponowała środkami i była pogrążona
w żałobie, w wszystko musiało zostać przeprowadzone z należytą starannością.
Karl
przesunął ją w jej stronę.
Hermiona
wzięła kopertę do ręki. Ostrożnie ją otworzyła. W środku znajdowała się karta z
grubego, kremowego pergaminu; tekst spisano szarym atramentem, na który rzucono
zaklęcie zmieniające jej barwę na głęboki, oficjalny odcień szarości.
Astoria Malfoy, z domu Greengrass
Scorpius Hyperion Malfoy
Dwór Malfoyów.
Sobota czternastego lutego
Już
o tym wiedziała. Ale widok tego tutaj — w tej kopercie, w tej kuchni, z Karlem
siedzącym po drugiej stronie stołu i stygnącą między nimi zupą — sprawił, że ta
wiadomość wybrzmiała inaczej. Jakoś bardziej ostatecznie. Tak, jakby za
pierwszym razem była to tylko informacja, a teraz stało się to czymś zupełnie
innym.
Odłożyła
kartę na stół.
Nic
nie powiedziała.
Karl
ją obserwował.
—
Muszę tam iść — rzekł. — Jako przyszły dyrektor. — Wypowiedział to z niezwykłą
precyzją, jakby wcześniej przygotował to zdanie i wygłaszał je z rozwagą. — To
ważna dla szpitala rodzina. Malfoyowie mają ogromny wpływ na zarząd. Oczekuje
się mojej obecności.
—
Wiem.
Spojrzał
na swój kubek z kawą. Obrócił go lekko w dłoniach.
—
To będzie trudne — stwierdził. — Być tam.
—
Tak.
—
Dla wszystkich.
—
Tak.
Kolejna
cisza. Tym razem dłuższa.
—
A ty? — zapytał w końcu.
Jego
głos był spokojny. Wyważony.
Hermiona
przyglądała się kartce leżącej na stole.
Czternasty.
Dwór Malfoyów. Draco Malfoy stojący gdzieś w tym budynku, po raz drugi
przeżywający najgorszy dzień swojego życia. Pierwszym była noc, podczas której
zmarła jego żona. Teraz musiał to powtórzyć publicznie, na oczach wszystkich, w
miejscu, w którym razem mieszkali.
—
Też tam idę — odparła.
Karl
milczał.
—
Hermiono.
—
Była moją pacjentką.
—
Wiem.
—
Była moją pacjentką, zmarła pod moją opieką i zamierzam tam pójść.
Spojrzał
na nią. Ona odwzajemniła spojrzenie. Miał na twarzy ten swój opanowany wyraz,
który przybierał, gdy rozważał kilka spraw naraz i zastanawiał się, którą z
nich wypowiedzieć na głos.
—
Rozumiesz, jak to będzie wyglądać — mruknął.
—
Nie obchodzi mnie, jak to wygląda.
—
Powinno.
—
Karl. — Utrzymywała z nim kontakt wzrokowy. — Pójdę tam.
Coś
między nimi zaszło. Nie była to do końca kłótnia. Ani ostateczna decyzja.
Raczej moment, w którym dwoje ludzi dociera do pewnej granicy i oboje
postanawiają — przynajmniej na razie — jej nie przekraczać.
—
W porządku — powiedział w końcu.
Wstał.
Zaniósł kubek do zlewu. Przez chwilę stał do niej tyłem, patrząc przez okno na
ciemną ulicę na dole.
—
Muszę jeszcze coś dokończyć — rzekł. — Będę w gabinecie.
—
Dobrze.
Wyszedł z kuchni, nie odwracając się. Hermiona siedziała samotnie przy stole; przed nią leżało zawiadomienie o pogrzebie, niedojedzona zupa i książka o żałobie, której wciąż nie otworzyła. A wokół panowała cisza domu, w którym coś zmieniło się tak stopniowo, że nie potrafiłaby powiedzieć, kiedy to się właściwie zaczęło.
________________
Dajcie znać jak wrażenia po tych rozdziałach! Miłego tygodnia!
Brak komentarzy