[T] Cena przebaczenia: Rozdział 6

niedziela, 4 października 2026

 

Dni po śmierci Astorii miały w sobie coś, na co Hermiona nie potrafiła znaleźć słów.

To nie był żal, ani szok. Coś pomiędzy — stan, który bardziej niż w umyśle, osiadał w ciele; sprawiał, że proste czynności wydawały się niemożliwie ciężkie, a sprawy istotne — dziwnie odległe. Wstawała rano. Parzyła kawę. Zakładała szatę Uzdrowicielki, bo nikt oficjalnie nie kazał jej tego nie robić, a alternatywą było pozostanie w domu — czego nie potrafiła znieść; nie mogła siedzieć całymi dniami w tych pokojach, nie mając nic do roboty i nie wiedząc, co zrobić z tym wszystkim, co czuła.

Więc szła do Szpitala Świętej Roweny.

Robiła obchody.

Odpowiadała na pytania, gdy ją o coś pytano, i nie odzywała się z własnej inicjatywy, gdy nikt o nic nie pytał; poruszała się po szpitalu z tą ostrożną, wymuszoną energią osoby, która usilnie stara się sprawiać wrażenie normalnej.

To nie działało.

Wiedziała, że to nie działa, po tym, jak ludzie na nią patrzyli. Większość z nich nie patrzyła nieżyczliwie. Po prostu inaczej. To było to ostrożne spojrzenie współpracowników, którzy coś słyszeli, nie wiedzieli, w co wierzyć, i postanowili na razie nic nie mówić. Alice każdego ranka uśmiechała się do niej z nieco zbyt wymuszoną pogodą ducha. Theo żartował w sposób, który nie trafiał do celu, bo zbyt mocno się starał. Młodsi Uzdrowiciele schodzili jej z drogi na korytarzach z odznakami uległości, jakich wcześniej nie okazywali — i co wcale nie przypominało szacunku.

Nie odzywała się.

Szła dalej.

Karl rzadko bywał w szpitalu, gdy ona przychodziła do pracy i rzadko, gdy wychodziła z pracy. Mieli różne grafiki — zawsze tak było — ale teraz wydawało się to inne. Bardziej celowe. Bardziej ostrożne. Jak dwoje ludzi poruszających się po niewielkiej przestrzeni tak, by się nie dotknąć.

W domu było tak samo.

Wracał późno. Ona zazwyczaj siedziała na kanapie z książką, której nie czytała, albo przy kuchennym stole z notatkami, których nie spisywała. Wymieniali tylko uprzejmości. Jak minął dzień? Dobrze. Jesteś głodna? Niespecjalnie. A potem wracała cisza i pozwalali jej trwać, bo żadne z nich nie wiedziało, jak zacząć tę drugą rozmowę — tą prawdziwą, która zawsze wisiała w powietrzu niczym trzecia osoba, której nikt nie zaprosił.

Tak to wyglądało przez cztery dni.

Piątego wieczoru Hermiona siedziała w ciemności, kiedy Karl wrócił do domu.

Nie zamierzała siedzieć po ciemku. Po prostu przestała zauważać, jak zapada zmrok. Tak się teraz czasem działo — wieczór nadchodził bez jej pozwolenia, podczas gdy ona siedziała bezczynnie, myśląc o wszystkim i o niczym jednocześnie.

Karl zatrzymał się w progu, gdy ją zobaczył.

— Hermiono.

— Nie śpię — szepnęła.

Wszedł do środka. Odstawił torbę. Stanął na środku pokoju w sposób typowy dla kogoś, kto przez cały dzień szykował się, by coś powiedzieć, a gdy nadeszła ta chwila, okazała się trudniejsza, niż przypuszczał.

Odwróciła się w jego stronę.

Spojrzał na nią.

I coś w jego twarzy pękło.

Usiadł obok niej na kanapie i zakrył twarz dłońmi. Słyszała jego oddech. Po prostu oddech — nierówny, zdradzający, że opanowanie, które zazwyczaj przychodziło mu tak naturalnie, kosztowało go znacznie więcej, niż przypuszczała.

— Karl.

— Nie mogę — wykrztusił. Jego głos był stłumiony. — Nie mogę na ciebie patrzeć.

— Karl…

— Nie potrafię na ciebie patrzeć, wiedząc, co dźwigasz. — Opuścił ręce. Miał zaczerwienione oczy. Nigdy wcześniej nie widziała go w takim stanie. — Przeze mnie. Dźwigasz to wszystko przeze mnie i za każdym razem, gdy na ciebie patrzę, ja… — Zamilkł. Zacisnął usta. — Nienawidzę siebie.

— Karl…

— Nie. Pozwól mi to powiedzieć. — Głos mu się załamał. — Jestem tchórzem. Wiem dokładnie, kim jestem. Wiem to od tamtej nocy; budzę się każdego ranka ze świadomością tego faktu, idę do szpitala, stoję na korytarzach i myślę o tym, co dla mnie zrobiłaś, i ja… — Znów przerwał. Po twarzy przemknął wyraz, na który nie mogła patrzeć. — Nie zasługuję na to. Wiem, że na to nie zasługuję.

Hermiona milczała.

— Byłem pijany! — Słowo to padło zbyt głośno, z surową szczerością, wypełniając ciemny pokój. — Byłem tam, nie przeczytałem akt i ona UMARŁA. Ona i jej syn zginęli, bo nie przeczytałem akt. — Zaśmiał się — był to łamiący się, przerażający dźwięk. — Tyle lat pracy jako Uzdrowiciel. Tyle lat powtarzania studentom, żeby czytali akta — zawsze czytali akta, bo nie ma takiego nagłego przypadku, który usprawiedliwiłby ich pominięcie. A ja ich nie przeczytałem, bo za dużo wypiłem i myślałem, że sobie poradzę. — Przycisnął grzbiet dłoni do ust. — Powinienem tam wrócić — dodał cicho. — Powinienem jutro rano wejść do gabinetu Hawksa i powiedzieć mu wszystko. Wiem o tym. WIEM, że tak właśnie powinienem postąpić.

Hermiona czekała.

— Ale? — zapytała.

Zamknął oczy.

— Ale nie mogę. — Słowa padły niemal szeptem. — Niech Merlin ma mnie w opiece, Hermiono, nie mogę. Wszystko, co zbudowałem. Wszystko, co stworzyłem, zaczynając od zera. Stanowisko dyrektora. Oddział. To wszystko. — Otworzył oczy i spojrzał na nią; w jego spojrzeniu malował się tak obnażony wstyd, że aż trudno było na to patrzeć. — Wiem, co to ze mnie robi. Wiem dokładnie, jakim człowiekiem jest ten, który tu siedzi, wypowiada te słowa, a mimo to nie potrafi zdobyć się na właściwy krok. Wiem.

Hermiona zaczęła płakać.

Nie głośno. Nie w teatralny sposób. Po prostu cicho; łzy spływały jej po twarzy, choć nie decydowała się na płacz. Płakała, bo była zmęczona, bo panował mrok i bo mężczyzna siedzący obok niej właśnie się załamywał. Bo go kochała, a jednocześnie to on był przyczyną, dla której wszystko legło w gruzach — i nie wiedziała, jak udźwignąć to wszystko naraz.

— Przepraszam — powiedział Karl. Jego głos też był teraz przesycony łzami. — Hermiono. Tak bardzo przepraszam.

— Wiem — odparła.

— Przepraszam za wszystko, co zrobiłem. Przepraszam za cenę, jaką za to zapłaciłaś. Przepraszam, że siedzę tu i mówię ci, że nie mogę tego naprawić, zamiast po prostu to naprawić!

— Wiem — powtórzyła.

— To nie wystarczy.

— Nie — zgodziła się. — To nie wystarczy.

Patrzyli na siebie w ciemności.

Dwoje ludzi, którzy się kochali, a jednak zepsuli coś, czego sama miłość nie mogła naprawić — oboje o tym wiedzieli, lecz żadne nie wiedziało, co z tą wiedzą zrobić.

— Pomyśl o Astorii — szepnęła w końcu Hermiona. — Pomyśl o kobiecie, która nam zaufała. Pomyśl o kobiecie, która weszła do tego szpitala, wierząc, że sprowadzimy jej syna na ten świat.

Karl zamknął oczy.

— Myślę o niej w każdej minucie — rzekł.

— Ja też — wtórowała mu Hermiona.

Oparła głowę na jego ramieniu.

Objął ją ramieniem.

I tak trwali przez długi czas w ciemności. Nie rozmawiając. Nic nie wyjaśniając. Siedząc po prostu pośród ruin tego, co się wydarzyło, tego, co nie zostało powiedziane, i tego, co prawdopodobnie nigdy nie miało zostać wypowiedziane.

Noc powoli toczyła się wokół nich. Karl cicho płakał w jej włosy, a Hermiona mu na to pozwalała, bo nie wiedziała, co innego mogłaby zrobić z mężczyzną, którego wciąż kochała, a który nie miał dość odwagi, by ją ocalić.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

W środę wybrała się do Nory.

Nie planowała tego. Po prostu znalazła się na drodze przed domem, nie do końca pamiętając moment podjęcia decyzji o wyjściu; otuliła się szczelnie płaszczem, chroniąc się przed lutowym chłodem, a znajoma sylwetka domu Weasleyów wyłoniła się spośród nagich drzew niczym obraz z innej wersji jej życia. Krzywy, nieprawdopodobny, a jednak emanujący ciepłem bijącym ze wszystkich okien.

Ginny otworzyła drzwi, zanim zdążyła zapukać.

Spojrzała na twarz Hermiony i bez słowa wpuściła ją do środka. W Norze pachniało wypiekami, starym drewnem i tym przytulnym nieładem domu, w którym zawsze przebywało zbyt wiele osób, a któremu to nigdy nie przeszkadzało. Hermiona stanęła w progu kuchni i poczuła, jak ucisk w piersi nieco zelżał. Tylko odrobinę. Wystarczająco, by ten ciężar, który towarzyszył jej od dni, stał się na moment możliwy do zniesienia.

— Usiądź — powiedziała Ginny. — Zrobię herbatę.

Hermiona usiadła.

W kuchni panowała większa cisza, niż zapamiętała. Harry i Ron przebywali na misji aurorskiej w miejscu, o którym jej nie powiedziano i o którym prawdopodobnie nie powinna wiedzieć; brakowało więc tej głośnej, swojskiej energii, którą zazwyczaj ze sobą wnosili. Została tylko Ginny, poruszająca się po kuchni ze sprawnością i swobodą kogoś, kto się w niej wychował, odgłos czegoś bulgoczącego na kuchence oraz zimowe światło wpadające przez okna i kładące się bladymi pasmami na kamiennej posadzce.

Hermiona przyglądała się swoim dłoniom.

Ostatnio często to robiła. Wpatrywała się w swoje dłonie.

Kilka minut później Molly wyszła z salonu, wycierając dłonie w fartuch, i zatrzymała się na widok Hermiony siedzącej przy kuchennym stole.

Jej twarz wyrażała dokładnie to, co zawsze u Molly Weasley: wszystko od razu i bez żadnych zahamowań.

Przeszła przez kuchnię i przytuliła Hermionę, zanim ta zdążyła się an to przygotować.

Hermiona wydała z siebie dźwięk, którego wcale nie planowała.

— Och, moja droga — szepnęła Molly w jej włosy. — Och, kochanie.

I to wystarczyło.

Hermiona rozpłakała się tak, jak od wielu dni starała się nie płakać — szczerze, wstrząsana szlochami, z twarzą wtuloną w ramię Molly, która ją przytulała, nie mówiąc niczego, co byłoby praktyczną radą, a zarazem wypowiadając wszystko, co było niezbędne. Obok nich pojawiła się Ginny i położyła dłoń na plecach Hermiony. Trwały tak we trzy na środku kuchni w Norze, podczas gdy zawartość garnka na kuchence wciąż bulgotała, a zimowe światło nieustannie, z obojętnością, przesuwało się po podłodze.

W końcu szloch ustąpił miejsca zwykłemu oddechowi.

Hermiona odsunęła się, otarła twarz wierzchem dłoni i — jak zawsze po płaczu w obecności Molly Weasley — poczuła jednocześnie zażenowanie i ogromną ulgę.

— Usiądźcie — zarządziła stanowczo Molly. — Obie.

Posłuchały jej. Molly postawiła przed nimi herbatę i coś ciepłego, co okazało się ciastem jabłkowym. Następnie usiadła naprzeciwko Hermiony i spojrzała na nią z tą bezpośrednią, szczerą miłością, właściwą kobiecie, która nigdy w życiu nie udawała, że trudne sprawy wcale takie nie są.

— To nie była twoja wina — zaczęła.

Hermiona wpatrywała się w swój kubek.

— Molly…

— Nie chcę o tym słuchać. Nieważne, co mówią w tym szpitalu, nieważne, jakie bzdury krążą wokół — to nie była twoja wina. Znam cię. Znam cię, odkąd skończyłaś dwanaście lat; wiem, jakim jesteś człowiekiem, i to nie była twoja wina.

Ścisnęło ją w gardle.

— Nie wiesz o wszystkim, co się stało — odparła ostrożnie.

— Znam ciebie — powtórzyła Molly.

Prosto. Stanowczo. Jakby to kończyło dyskusję.

Hermiona odwróciła się do Ginny, która spojrzała na nią z wyrazem twarzy pełnym troski i czułości, a zarazem nieco zbyt przenikliwym, by czuła się z tym w pełni komfortowo.

Hermiona odwróciła wzrok.

Podniosła kubek z herbatą, ujęła go obiema dłońmi i pozwoliła, by ciepło przenikało do jej wnętrza; próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio czuła ciepło płynące z głębi siebie, a nie tylko z zewnątrz.

Nie potrafiła sobie tego przypomnieć.

— Harry i Ron — powiedziała, bo musiała poruszyć temat niezwiązany z nią samą. — Gdzie oni są?

— W Szkocji — odparła Ginny. — Prowadzą sprawę związaną z artefaktem pełnym czarnej magii. Wrócą przed weekendem.

— Wszystko u nich dobrze?

— Zawsze jest dobrze. — Ginny powiedziała to tonem osoby, która dorastała w otoczeniu wielu braci wykonujących niebezpieczne zawody i nauczyła się, że ciągłe zamartwianie się jest mniej użyteczne niż martwienie się w sposób efektywny. — Wszystko dobrze.

Hermiona skinęła głową.

A potem, ponieważ musiała wiedzieć, a dotąd nie wiedziała, jak o to zapytać:

— Blaise. Co u niego?

Wyraz twarzy Ginny się zmienił.

— Trzyma się — odpowiedziała. — Głównie dla Draco. Nie odstępuje go na krok, odkąd to się stało.

— A Draco?

Ginny spojrzała na nią.

— Hermiono.

— Wiem. Po prostu… — Urwała. Zaczęła od nowa. — Muszę wiedzieć, czy wszystko z nim w porządku.

Ginny milczała.

— Nie jest z nim dobrze — przyznała w końcu. — I długo nie będzie. Ale żyje, jest przy nim Blaise, jest Narcyza i to… — Zawahała się. — To wszystko, co mamy w tej chwili.

Hermiona skinęła głową.

Ponownie spojrzała na swoją herbatę.

Myślała o Draco klęczącym na marmurowej posadzce. O Blaisie trzymającym go za nadgarstki. O dźwięku, jaki z siebie wydobył — czymś, czego nikt w tym korytarzu nigdy nie zapomni.

Myślała o delikatnym uśmiechu Astorii, gdy dostrzegła ją przez drzwi.

Zacisnęła usta i wzięła głęboki oddech.

W pewnej chwili Molly wyciągnęła rękę przez stół i przykryła dłoń Hermiony własną.

— Odwiedziłaś już Hildę?

Hermiona spojrzała na ich dłonie.

— Jeszcze nie — powiedziała.

Po twarzy Molly przemknął cień emocji — szybki, opanowany, znikający niemal natychmiast. Ale Hermiona go dostrzegła.

— Ona chciałaby wiedzieć — szepnęła Molly. — Wiesz, że by chciała.

— Nie chcę martwić babci — rzekła Hermiona. — Miewa lepsze i gorsze dni; nie chcę tam wchodzić i być powodem, przez który ten dzień stanie się złym.

Molly spojrzała na nią z wyrazem twarzy kobiety, która doskonale rozumiała, ile kosztuje chronienie wszystkich wokół przed własnym bólem.

— Jest silniejsza, niż myślisz — powiedziała łagodnie.

— Wiem — przyznała Hermiona. — Po prostu… jeszcze nie teraz.

Molly ścisnęła jej dłoń.

I na tym poprzestała.

Przez chwilę rozmawiały o błahostkach. O Arianie, która wróciła już do domu i czuła się dobrze. O sklepie George’a. O nowym stanowisku Percy’ego w Ministerstwie. Była to rozmowa, w której nie chodziło o wagę poruszanych tematów, lecz o sam akt mówienia — o to, że dźwięk zwyczajnego życia stanowił swego rodzaju lekarstwo.

Hermiona piła właśnie drugi kubek herbaty, gdy zauważyła Proroka Codziennego złożonego na skraju stołu.

Prawie go przeoczyła. Był częściowo wsunięty pod ściereczkę, jakby ktoś go tam położył, a potem uznał, że lepiej nie zostawiać go na widoku. Jednak róg pierwszej strony wystawał, a nagłówek był na tyle duży, że można go było odczytać z miejsca, w którym siedziała.

Sięgnęła po gazetę, zanim jeszcze świadomie podjęła taką decyzję.

Molly cicho westchnęła, ale jej nie powstrzymała.

Ogłoszenie znajdowało się na pierwszej stronie, pod nagłówkiem. Był to oficjalny komunikat w czarnej ramce — taki, jaki Prorok rezerwował dla doniosłych przypadków śmierci w świecie czarodziejów.

 

Z głębokim smutkiem

rodziny Malfoyów i Greengrassów zawiadamiają o śmierci

Astorii Malfoy, z domu Greengrass

ukochanej żony, matki, córki i siostry

oraz

Scorpiusa Hyperiona Malfoya

ukochanego syna

 

Kameralna uroczystość odbędzie się we Dworze Malfoyów

w sobotę, czternastego lutego.

Po niej odbędzie się przyjęcie dla zaproszonych osób,

by oddać zmarłym ostatni hołd.

 

Hermiona przeczytała to dwa razy.

Potem jeszcze raz.

Czternasty lutego.

Walentynki. Nie wiedziała, czy to okrutne, czy po prostu w stylu Astorii — która zawsze miała zdanie na każdy temat i mogła dostrzec pewną, mroczą satysfakcję w fakcie, że zostanie pochowana w najbardziej sentymentalnym dniu w roku.

Piekły ją oczy.

Zacisnęła usta i wzięła oddech.

— Hermiono — szepnęła Ginny.

— Muszę iść — powiedziała.

Ginny spojrzała jej w oczy.

— Na pogrzeb?

— Tak.

— Hermiono…

— Muszę tam pójść, Ginny. — Podniosła wzrok znad kartki. — Wiem, co chcesz powiedzieć. Wiem, że to może być fatalny pomysł. Wiem, że on może… — Urwała. — Muszę tam pójść.

Ginny przyglądała się jej przez dłuższą chwilę.

Potem spojrzała na swoją matkę.

Molly obserwowała Hermionę z wyrazem twarzy zdradzającym zrozumienie spraw, o których nie powiedziano ani słowa.

— W takim razie pójdziesz — stwierdziła krótko Molly.

Hermiona na nią spojrzała.

— Pójdziesz — powtórzyła Molly. — I będziesz trzymać głowę wysoko. Bo tak właśnie robisz.

Hermiona znów spojrzała na kartkę, którą trzymała w dłoniach.

Astoria Malfoy, z domu Greengrass.

Scorpius Hyperion Malfoy.

Starannie złożyła gazetę, położyła na stole i nie zapłakała, choć sporo ją to kosztowało.

Za oknami Nory luty kontynuował swoje szare, obojętne dzieło.

Czternastego.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Na dziewiątą miała wizytę pani Calloway. Rutynowe badanie. Trzeci trymestr. Zgodnie z dokumentacją wszystko przebiegało prawidłowo, a Hermiona zdążyła trzykrotnie przeczytać akta, zanim weszła do gabinetu, bo czytanie dokumentacji stało się jej nowym nawykiem: obsesyjnym, kompulsywnym, powtarzanym za każdym razem, bez wyjątku.

Pani Calloway była młoda. Dwadzieścia pięć lat. Ciemne włosy upięte luźno na karku. Jedwabna apaszka, która prawdopodobnie kosztowała więcej, niż musiała. Siedziała, oparta o poduszki do badań, z niecierpliwością kogoś, kto wolałby być w innym miejscu i jeszcze nie nauczył się, że ciąża nie przejmuje się harmonogramem.

Hermiona zatrzymała się w progu na krótką chwilę.

Ciemne włosy. Jedwab. Wyraz zniecierpliwienia na twarzy.

Wzięła oddech.

Weszła do środka.

— Pani Calloway. Jestem Uzdrowicielką Granger.

— Wreszcie — powiedziała pani Calloway, nieprzyjaznym, choć niepozbawionym życzliwości tonem. — Czekam tu już dwadzieścia minut.

— Przepraszam za zwłokę.

— Mój mąż szaleje tam na zewnątrz. Uważa, że poczekalnie zaprojektowano specjalnie po to, by go dręczyć.

— Większość z nich tak — odparła Hermiona.

Pani Calloway niemal się uśmiechnęła.

Hermiona ogrzała dłonie, chwyciła różdżkę i rozpoczęła badanie z automatyczną precyzją osoby, która wykonywała tę czynność tak często, że jej ręce wiedziały, co robić, nawet gdy myślami była zupełnie gdzie indziej.

Bo była.

Myślała o Draco.

Gdzie teraz był? Tego ranka, w tej właśnie chwili, gdy ona stała w tym gabinecie, przykładając różdżkę do brzucha nieznajomej kobiety. Czy był we Dworze? Czy wciąż przebywał w Londynie? Czy był sam, czy towarzyszył mu Blaise albo Narcyza? Czy ktokolwiek przy nim był, czy może odprawił wszystkich, bo tak właśnie czasem działa żal — odpycha ludzi, zmusza do siedzenia w ciemności i odrzucania wszelkiej opieki?

— Wszystko w porządku? — zapytała pani Calloway.

Hermiona podniosła wzrok.

— Wszystko wygląda idealnie — rzekła. — Jest doskonale ułożony.

Wyraz twarzy pani Calloway natychmiast złagodniał — tak jak to bywa u matek, które wcześniej udawały, że się nie boją.

— To chłopiec — powiedziała.

— Tak.

— Nie chcieliśmy wiedzieć, ale chyba i tak czułam, że to chłopiec. — Spojrzała na swój brzuch. — Mój mąż uważa, że to dziewczynka.

— Przeżyje tę pomyłkę — stwierdziła Hermiona.

Pani Calloway się zaśmiała.

Hermiona uśmiechnęła się, po czym znów spojrzała na swoją sieć diagnostyczną i pomyślała o Scorpiusie.

O tej maleńkiej klatce piersiowej. O tych drobnych dłoniach. Białe prześcieradło, którym go zakryto było tak niewyobrażalnie małe, że nie potrafiła na nie patrzeć, a jednak patrzyła, bo niepatrzenie wydawało się czymś gorszym.

Gdzie on teraz był?

Czy rodzina go zabrała? Czy już go pochowali, czy może czekali na czternastego? Czy Astoria i Scorpius mieli spocząć na ziemi razem — matka i syn? Nie wiedziała. Nie pytała, nikt jej nic nie powiedział, a ona sama nie wiedziała, jak o to zapytać.

— Uzdrowicielko Granger?

Mrugnęła powiekami.

Pani Calloway ją obserwowała.

— Przepraszam — mruknęła Hermiona. — Tętno jest silne. Właściwie bardzo silne. On już ma swoje zdanie.

Pani Calloway znów się uśmiechnęła.

— Jego ojciec będzie przez to nie do zniesienia.

— Zazwyczaj tak bywa — odparła Hermiona.

Sporządziła notatki. Udzieliła wskazówek. Odpowiedziała na pytania dotyczące kolejnej wizyty i eliksiru wzmacniającego. Czy obrzęk kostek jest normalny? Tak. Czy sny są normalne? Tak. Czy to prawda, że dzieci słyszą muzykę w łonie matki? Prawdopodobnie tak.

Zachowywała się profesjonalnie, była opanowana i w pełni obecna. A gdzieś pod tym wszystkim myślała o Astorii pytającej Czy będzie, gdy to się stanie?, o własnej odpowiedzi Tak oraz o sali, do której weszła zbyt późno, i kobiecie, której nie zdołała uratować. Kiedy pani Calloway wychodziła, w drzwiach wsunęła rękę pod ramię męża; on powiedział coś, co wywołało jej śmiech, a ona na krótką chwilę przywarła do niego. Tylko na chwilę. Hermiona patrzyła, jak odchodzą, i przez moment stała nieruchomo w pustym gabinecie, zanim sięgnęła po kolejne akta.

Przeczytała je trzykrotnie, zanim weszła do gabinetu.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Wyszła ze Szpitala Świętej Roweny później, niż zamierzała.

Zaczynało jej to wchodzić w nawyk. Zostawała na oddziale, aż ten pustoszał, aż nie zostawał już nikt, kto mógłby zauważyć, czy ona wciąż tam jest, czy nie. Było to łatwiejsze niż powrót do domu. Tam panowała cisza, która zaczęła przypominać pytanie — pytanie, na które nie znała odpowiedzi.

Szła przed siebie. Bez konkretnego celu. Po prostu chłonęła ten szczególny rodzaj londyńskiego wieczoru, jaki zdarza się w lutym, gdy miasto stara się pokazać od najlepszej strony: bursztynowe światło latarni odbijające się w mokrym bruku, zapach deszczu sprzed godziny wciąż wiszący w powietrzu, ludzie w ciemnych płaszczach mknący gdzieś pospiesznie. Ona nie musiała się spieszyć. Mimo to szła dalej.

Szła przed siebie, aż ulice zaczęły się zwężać, a sklepy zmieniać swój charakter. Sklep oferujący wyłącznie parasole. Maleńka galeria. Zakład krawiecki, którego wystawa wyglądała tak, jakby nie zmieniano jej od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku — i nie zamierzano tego robić.

A potem księgarnia.

Taka, która pozostawała otwarta do późna i pachniała starym papierem oraz specyficznym kurzem książek dotykanych przez wiele rąk na przestrzeni zbyt wielu lat. Pchnęła drzwi, nie podejmując świadomej decyzji, by wejść.

W środku panowała cisza — taka, jaka powinna. Nie szpitalna cisza, zwiastująca, że dzieje się coś złego. Nie domowa cisza, oznaczająca, że Karl jeszcze nie wrócił. Po prostu cisza pomieszczenia pełnego książek, które niczego od niej nie oczekiwały.

Trafiła do działu dość luźno poświęconego tematyce straty. Wspomnienia. Poezja. Filozofia. Przesuwała palcami po grzbietach książek, nie wyciągając żadnej z nich. Myślała o dłoniach Astorii na brzuchu, o Draco klęczącym na marmurowej posadzce, o dźwięku, jaki z siebie wydobył — czymś, czego nikt w tamtym korytarzu nigdy nie zapomni.

Zatrzymała się.

Dostrzegła niewielką, cienką książkę, wciśniętą między dwa większe woluminy. Miała jasnoniebieską okładkę, nieco przetartą na rogach.

O żałobie i ciele.

Instynkt Uzdrowicielki. Impuls, by znaleźć kliniczne ramy dla tego, co czuła; by odnaleźć to w tekście i zrozumieć na tyle, by móc nad tym zapanować. Zawsze tak robiła. Przekuwała to, co było nie do zniesienia, w coś, co mogła zgłębić.

Wzięła książkę i zaniosła ją do lady, nie czytając opisu na tylnej okładce. Na zewnątrz zatrzymała się na chwilę na chodniku z książką pod pachą; nie była jeszcze gotowa, by ruszyć w dalszą drogę.

Nie wiedziała dokładnie, dla kogo ją kupiła. Nie dla Draco. Nie dla siebie — a przynajmniej nie tak naprawdę. Może dla Astorii? Choć nie miało to żadnego racjonalnego uzasadnienia.

A może po prostu dlatego, że pobyt w tym sklepie był pierwszą chwilą tego dnia, kiedy poczuła się sobą. Nie Uzdrowicielką Granger. Nie kobietą, na której spoczywa odpowiedzialność. Nie dziewczyną Karla czy wygodnym celem dla Draco Malfoya.

Po prostu Hermioną. Której zawsze łatwiej się oddychało w księgarniach.

Ruszyła w stronę domu.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Po powrocie do domu zastała Karla — co zdarzało się rzadko.

Stał w kuchni przy oknie, trzymając kubek kawy, której nie pił, i patrząc na mokre, londyńskie dachy. Usłyszał dźwięk drzwi i się odwrócił. Wyglądał na zmęczonego. Nie było to jednak zmęczenie po długim dniu w szpitalu — takie, które potrafiła u niego rozpoznać, wynikające z nadmiaru trudnych przypadków i zbyt krótkich przerw między nimi. To było coś innego. Coś, co osiadło w nim w ciągu ostatnich kilku dni i nie chciało ustąpić.

— Późno wróciłaś — powiedział.

— Wiem.

Powiesiła płaszcz. Położyła torebkę na krześle. Zauważyła, że wciąż trzyma w dłoni kupioną wcześniej książkę, więc położyła ją na stole, nie tłumacząc się z tego. Karl spojrzał na nią przez chwilę, przeczytał tytuł i odwrócił wzrok, nie komentując tego.

— Jadłaś coś?

— Nie.

— Jest zupa. Zrobiłem za dużo.

— Dziękuję.

Usiadła przy stole. Podał jej posiłek bez proszenia — był to odruchowy gest kogoś, kto dzielił z drugą osobą kuchnię na tyle długo, że pewne czynności wykonywało się bez słów. Obserwowała, jak porusza się po niewielkim pomieszczeniu — sprawnie i cicho. Wspominała chwilę, gdy po raz pierwszy — lata temu — zobaczyła jego kuchnię: jaka była czysta i starannie urządzona. I jak stopniowo gromadziły się w niej jej rzeczy — książki, czasopisma i chaos, który nieświadomie wprowadziła — aż miejsce to stało się czymś, czego żadne z nich nie planowało.

Usiadł naprzeciwko niej. Zupa była dobra. Przez chwilę jedli w milczeniu — w takim milczeniu, które nabrało własnej, namacalnej faktury. Nie było to kojące milczenie dwojga ludzi, którzy nie czują potrzeby wypełniania każdej chwili rozmową. Ani napięta cisza zwiastująca kłótnię. Coś pomiędzy. Cisza, która narastała od kilku dni, choć żadne z nich nie zdecydowało się na to świadomie i żadne nie wiedziało, jak ją przetrwać.

Karl odłożył łyżkę.

— Dziś coś otrzymałem — powiedział.

Hermiona podniosła wzrok.

Na skraju stołu leżała koperta, której nie zauważyła, wchodząc do kuchni. Kremowa. Z czarną obwódką. Taki rodzaj koperty, który zwiastował coś oficjalnego i ostatecznego; pojawiała się, gdy rodzina dysponowała środkami i była pogrążona w żałobie, w wszystko musiało zostać przeprowadzone z należytą starannością.

Karl przesunął ją w jej stronę.

Hermiona wzięła kopertę do ręki. Ostrożnie ją otworzyła. W środku znajdowała się karta z grubego, kremowego pergaminu; tekst spisano szarym atramentem, na który rzucono zaklęcie zmieniające jej barwę na głęboki, oficjalny odcień szarości.

 

Astoria Malfoy, z domu Greengrass

Scorpius Hyperion Malfoy

Dwór Malfoyów.

Sobota czternastego lutego

 

Już o tym wiedziała. Ale widok tego tutaj — w tej kopercie, w tej kuchni, z Karlem siedzącym po drugiej stronie stołu i stygnącą między nimi zupą — sprawił, że ta wiadomość wybrzmiała inaczej. Jakoś bardziej ostatecznie. Tak, jakby za pierwszym razem była to tylko informacja, a teraz stało się to czymś zupełnie innym.

Odłożyła kartę na stół.

Nic nie powiedziała.

Karl ją obserwował.

— Muszę tam iść — rzekł. — Jako przyszły dyrektor. — Wypowiedział to z niezwykłą precyzją, jakby wcześniej przygotował to zdanie i wygłaszał je z rozwagą. — To ważna dla szpitala rodzina. Malfoyowie mają ogromny wpływ na zarząd. Oczekuje się mojej obecności.

— Wiem.

Spojrzał na swój kubek z kawą. Obrócił go lekko w dłoniach.

— To będzie trudne — stwierdził. — Być tam.

— Tak.

— Dla wszystkich.

— Tak.

Kolejna cisza. Tym razem dłuższa.

— A ty? — zapytał w końcu.

Jego głos był spokojny. Wyważony.

Hermiona przyglądała się kartce leżącej na stole.

Czternasty. Dwór Malfoyów. Draco Malfoy stojący gdzieś w tym budynku, po raz drugi przeżywający najgorszy dzień swojego życia. Pierwszym była noc, podczas której zmarła jego żona. Teraz musiał to powtórzyć publicznie, na oczach wszystkich, w miejscu, w którym razem mieszkali.

— Też tam idę — odparła.

Karl milczał.

— Hermiono.

— Była moją pacjentką.

— Wiem.

— Była moją pacjentką, zmarła pod moją opieką i zamierzam tam pójść.

Spojrzał na nią. Ona odwzajemniła spojrzenie. Miał na twarzy ten swój opanowany wyraz, który przybierał, gdy rozważał kilka spraw naraz i zastanawiał się, którą z nich wypowiedzieć na głos.

— Rozumiesz, jak to będzie wyglądać — mruknął.

— Nie obchodzi mnie, jak to wygląda.

— Powinno.

— Karl. — Utrzymywała z nim kontakt wzrokowy. — Pójdę tam.

Coś między nimi zaszło. Nie była to do końca kłótnia. Ani ostateczna decyzja. Raczej moment, w którym dwoje ludzi dociera do pewnej granicy i oboje postanawiają — przynajmniej na razie — jej nie przekraczać.

— W porządku — powiedział w końcu.

Wstał. Zaniósł kubek do zlewu. Przez chwilę stał do niej tyłem, patrząc przez okno na ciemną ulicę na dole.

— Muszę jeszcze coś dokończyć — rzekł. — Będę w gabinecie.

— Dobrze.

Wyszedł z kuchni, nie odwracając się. Hermiona siedziała samotnie przy stole; przed nią leżało zawiadomienie o pogrzebie, niedojedzona zupa i książka o żałobie, której wciąż nie otworzyła. A wokół panowała cisza domu, w którym coś zmieniło się tak stopniowo, że nie potrafiłaby powiedzieć, kiedy to się właściwie zaczęło.

________________

Dajcie znać jak wrażenia po tych rozdziałach! Miłego tygodnia!

Brak komentarzy