[T] Złączeni: Rozdział 16

sobota, 16 maja 2026

Witajcie :) dość późnym wieczorem zapraszam na dwa nowe rozdziały tłumaczenia. Trochę dobrego się tu podzieje. Miłej lektury! :)

___________


Następne kilka dni zacierało się Hermionie. Nie była pewna, co ją opętało, by przyznać, że żywi uczucia do Draco, zwłaszcza że sama przed sobą się do nich nie przyznawała. Tej nocy przewracała się z boku na bok, martwiąc się, że wszystko zepsuła, aż Draco przyciągnął ją do siebie i wyszeptał Przestań tak intensywnie myśleć. I jakimś cudem udało jej się to.

Od tamtej pory o tym nie rozmawiali, a ich relacja pozostała taka sama jak zawsze… tyle że teraz patrzyli na siebie odrobinę za długo, a nocami przytulał ją do piersi, jakby od zawsze zamierzał ją przy sobie mieć.

A jednak rozmowa z Neville’em o orchidei wciąż nie dawała jej spokoju. Pewnej nocy, gdy cichy, równy oddech Draco podpowiedział jej, że spał, odtwarzała sobie powoli wspomnienie zakupu, tak szczegółowo, jak tylko potrafiła.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Co najmniej dziesięć lat wcześniej

 

Tego ranka po raz pierwszy zobaczyła ogłoszenie w Proroku Codziennym: charytatywna wyprzedaż rzadkich orchidei, zorganizowana w szklarni na wsi. Właśnie rozpoczęła szkolenie z łamania klątw i z powodu opóźnień w dokumentach Goblinów, dotyczących przydzielonego jej skarbca, niespodziewanie miała wolne popołudnie. Wydawało się, że to przeznaczenie.

Ale w chwili, gdy weszła do oranżerii, zdała sobie sprawę ze swojego błędu.

W Proroku nie wspomniano, że to wydarzenie dla arystokracji, jedno z tych dyskretnie ekskluzywnych, gdzie wszyscy „po prostu znają” niepisane zasady. Powietrze było ciepłe i wilgotne, przesycone zapachem orchidei, światło wpadło przez łukowane tafle szkła, a wszędzie, gdzie spojrzała, stały nienagannie ubrane czarownice w eleganckich szatach, których obcasy cicho stukały o kafelkową podłogę. Hermiona, w ciężkich, roboczych butach i mugolskich dżinsach, wyglądała, jakby przywędrowała z niewłaściwego stulecia.

Dostrzegła nie jedno oceniające oraz lekceważące spojrzenie i poczuła ciepło wpełzające na kark. Już miała się odwrócić, gdy ciepła dłoń chwyciła ją za ramię.

— Hermiono! Nie wiedziałam, że jesteś miłośniczką storczyków!

Andromeda Tonks stała tam, uśmiechając się, jakby nic w stroju ani w pochodzeniu Hermiony nie mogło tu nie pasować.

Zaskoczona Hermiona przyznała:

— Po prostu… chciałam coś znaleźć dla Neville’a Longbottoma, by uczcić otwarcie jego nowej apteki.

Uśmiech Andromedy poszerzył się jeszcze bardziej.

— Z pewnością znajdziemy coś idealnego.

Po czym bez wahania objęła Hermionę ramieniem i poprowadziła ją w głąb szklarni, jakby była honorowym gościem.

Ekspozycja była niezwykła: miniaturowe storczyki nie większe od paznokcia, ogromne kaskady z dziesiątkami pojedynczych kwiatów większych od jej dłoni o kolorach tak żywych, że niemal świeciły. Andromeda swobodnie rozmawiała, pytając, co mogłoby się spodobać Neville’owi, i słuchała opowieści Hermiony z autentycznym zainteresowaniem.

Mimo to szepty nie ustawały. Hermiona czuła je jak komary na karku, oceniające jej roboczy strój, jej status krwi, a może jedno i drugie.

Podchodząc bliżej, Andromeda mruknęła:

— Moja siostra jest gospodynią. Idzie się przywitać. Mogę… ją od tego odwieść, jeśli to dla ciebie niezręczne.

Hermiona pokręciła głową. Po wojnie i po tym, jak Narcyza uratowała życie Harry’emu, nie miała problemu z rozmawianiem z nią, choć zdała sobie sprawę, że nigdy tak naprawdę nie rozmawiała z nią bezpośrednio.

Andromeda skinęła lekko głową i Narcyza podeszła. Była pełna elegancji i opanowania, każdy gest był idealnie wyważony… a jednak jej powitanie emanowało ciepłem. Zapytała o pracę i przyjaciół Hermiony, a kiedy się uśmiechnęła, poczuła szczere zainteresowanie, a nie uprzejmy chłód, na który Hermiona się przygotowywała.

Siostry wspólnie pomogły jej wybrać idealną orchideę dla Neville’a: rzadką odmianę nietopezią. Po zakupie zaprowadzono Hermionę do stołu zastawionego delikatną porcelaną i ciastami. Próbowała protestować, Narcyza z pewnością miała swoje obowiązki jako gospodyni, ale kobieta machnęła ręką, beztrosko rozmawiając z Andromedą, jakby nic innego się nie liczyło.

Między kęsami najwspanialszego, cytrynowego ciasta, jakie kiedykolwiek jadła, Hermiona zapytała:

— To sprzedaż na cele charytatywne?

Andromeda wygięła usta, wymieniając spojrzenia z siostrą.

— Tak i nie.

Narcyza wyjaśniła:

— Zaczęło się od naszej matki. Orchidee były jej pasją — podróżowała po świecie, znajdując i rozmnażając rzadkie gatunki. Dojrzewanie ich zajmuje dekadę, więc mniej więcej co dziesięć lat sprzedawała niewielką partię innym pasjonatom.

Andromeda kontynuowała łagodniejszym tonem:

— Zmarła, kiedy jeszcze byłyśmy w Hogwarcie. Bella nigdy nie przepadała za ogrodnictwem, więc interes trafił do Cyzi i mnie. Prowadziłyśmy go, bardziej z miłości do jej pamięci niż z jakiegokolwiek powodu, a zyski przekazywałyśmy na cele charytatywne. Kilka osób w tajemnicy przed wszystkimi, dba o tej biznes między sprzedażami.

Narcyza uśmiechnęła się niemal ze smutkiem.

— Zwykle zapominamy o nim, dopóki nie przyleci sowa z wiadomością, że storczyki są gotowe na sprzedaż.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Wspomnienie śmiechu Narcyzy, lekkiego, szczerego, tak odmiennego od wyuczonego, towarzyskiego chichotu, który nosiła niczym zbroję, nie opuszczało Hermiony, gdy leżała w łóżku jeszcze tej nocy. Oddech Draco był wolny i równomierny, jego palce luźno obejmowały ich złączone dłonie, a ciężar jego dłoni ogrzewał jej dłoń.

To było takie małe, mało znane przedsięwzięcie, nie można go było nawet nazwać biznesem w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Czy zostało pominięte, gdy reszta majątku Blacków trafiła do Malfoyów po ślubie Narcyzy z Lucjuszem? Możliwe. A jeśli tak…

Umysł Hermiony zaczął wszystko łączyć w całość, trybiki wskakiwały na swoje miejsce. Firma wciąż należąca do Narcyzy, nieodebrany interes Blacków, stanowiłby lukę prawną, mogliby legalnie przenieść pod jej skrzydła inne przedsięwzięcia Malfoyów, chroniąc je przed roszczeniami Greengrassów. W ramach kontaktu nie pozostałoby już nic, w co mogliby wbić swoje pazury, poza złotem w ich skarbcach i nieruchomościami.

Żadnego zajęcia aktywów. Żadnego upadku rodzinnych firm. A Draco mógłby zrezygnować, bez konsekwencji roszczeń Greengrassów do ani jednej firmy, ich działalność charytatywna byłaby bezpieczna, choć złoto i nieruchomości to zupełnie inna bitwa do rozegrania.

Nie odważyła się wspomnieć o tym wprost, jeszcze nie. Ale może uda jej się to podrzucić. Delikatnie nawiązać do wspomnienia.

To był strzał w ciemno. Ale warto było spróbować.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Poranne słońce wpadało przez wysokie okna, odbijając się w srebrnych sztućcach, podczas gdy przy stole śniadaniowym Malfoyów toczyła się zwykła mieszanka eleganckiej i ledwie skrywanej dyskusji. Lucjusz i Hermiona w końcu zawarli tymczasowy rozejm w związku z ich ciągłą kłótnią o pochodzenie wampirów, rozmową, która krążyła wokół nich niczym sęp od trzech dni. Mimo to Hermiona podkreśliła zawieszenie broni, wbijając widelec w jajka z nieco większą siłą, niż to było konieczne. W końcu miała całkowitą rację, a on wciąż się mylił.

Gdy talerze zostały sprzątnięte, a herbata nalana, Lucjusz i Draco pochylili się ku sobie, rozmawiając cicho o jakieś sprawie biznesowej i ich słowa brzmiały jak jednostajny szum w tle. Hermiona, wykorzystując okazję, odblokowała telefon i skierowała ekran w stronę Narcyzy.

— To orchidea Neville’a — powiedziała szybko. — W końcu zakwitła. Kupiłam ją jakieś dziesięć czy jedenaście lat temu?

Usta Narcyzy wygięły się, gdy podziwiała dziwne, nietopezie kwiaty, w jej oczach pojawiło się rozpoznanie.

— Oszałamiająca — rzekła. — Pan Longbottom najwyraźniej ma talent. Wiem, ile trzeba się natrudzić, żeby zakwitła.

Hermiona pozwoliła, by na jej ustach pojawił się lekki uśmiech.

— Myślę, że tego dnia po raz pierwszy szczerze porozmawiałyśmy.

Spojrzenie Narcyzy złagodniało.

— Bardzo się cieszę, że przyszłaś tamtego dnia. To był początek pięknej przyjaźni.

Wyciągnęła rękę i delikatnie uścisnęła wolną dłoń Hermiony.

Hermiona odwzajemniła gest.

— Zobaczenie jej ponownie przypomniało mi historię, którą opowiadałyście mi tamtego dnia z Andromedą, o storczykach waszej matki.

Odczekała chwilę, aż zdanie zawiśnie w powietrzu, patrząc Narcyzie w oczy w sposób, który miał o wiele większe znaczenie, niż sugerował swobodny ton.

Narcyza przez chwilę siedziała nieruchomo. Potem jej wzrok się przesunął, oczy lekko zmrużyły, gdy jej myśli przeniosły się gdzie indziej. Hermiona widziała, jak wspomnienie migocze, szczegóły są analizowane, ważone. Narcyza powoli zacisnęła dłoń na jej dłoni, zaciskając się w celowym uścisku.

Wstała z krzesła z opanowaną gracją.

— Proszę mi wybaczyć — powiedziała lekko, choć jej wzrok na chwilę znów powędrował w stronę Hermiony, zanim przeniósł się na Lucjusza i Draco. — Mam sprawę do załatwienia.

Brwi Draco uniosły się z lekką ciekawością, ale Narcyza już wychodziła z pokoju, równie pospiesznym, co celowym tempem.

Hermiona odchyliła się do tyłu, a cień uśmiechu zagościł na jej ustach. Narcyza sobie przypomniała. A jeśli Hermiona się nie myliła… to mogła być właśnie ta nić, za którą mogliby pociągnąć, by zerwać kontrakt.

Nie minęło dużo czasu, gdy rozległ się głośny trzask i Mipsy pojawiła się w jadalni, trzepocząc uszami z podniecenia, gdy szybko podbiegła do Lucjusza.

— Panie, pani prosi, aby natychmiast pan się udał do gabinetu — powiedziała skrzatka energicznym, ale… dziwnie pogodnym tonem.

Lucjusz zmarszczył brwi.

— Coś się stało, Mipsy?

Zamiast spodziewanego zaniepokojenia, usta Mipsy rozciągnęły się w szerokim, niemal konspiracyjnym uśmiechu.

— Nie, Panie. Ale proszę natychmiast udać się do gabinetu.

To wzbudziło iskierkę ciekawości u Draco, ale Lucjusz już wstał, trzymając laskę w dłoni, i pewnym krokiem podążył za skrzatem korytarzem.

— Jak myślisz, o co chodzi? — zapytał Draco, nonszalancko napełniając filiżankę.

Hermiona celowo starała się zachować łagodny ton.

— Nie mam pojęcia.

Nie chciała go drażnić, jeśli jej przeczucia co do Narcyzy były błędne.

Zamiast tego, podniosła się z krzesła, unosząc go przez ich złączone ręce i ignorując przesadnie zmarszczone brwi, gdy filiżanka niebezpiecznie zadrżała mu przy ustach.

— Chodź — powiedziała, ciągnąc go w stronę drzwi. — Spóźnimy się do pracy.

Draco wziął długi, prowokujący łyk, zanim poszedł za nią, machając ich złączonymi dłońmi. Cokolwiek działo się w gabinecie Narcyzy, Hermiona przeczuwała, że wkrótce się o tym dowiedzą.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Hermiona i Draco przez następne kilka dni tylko przelotnie widzieli Narcyzę i Lucjusza.

Pierwszego wieczoru, gdy wrócili z pracy, Narcyza minęła ich na korytarzu, trzymając w rękach coś, co wyglądało na stary pergamin. Zatrzymała się na ich widok, przyciskając papiery do piersi i przytulając mocno Hermionę. Bez wyjaśnień. Bez czczej paplaniny. Rzucając tylko ten nikły, sugestywny uśmiech, zanim odeszła. Hermiona poczuła iskierkę nadziei płonącą nieco jaśniej.

Następnego wieczoru zjedli kolację we dwójkę, a potem udali się do biblioteki, gdzie usadowili się na kanapie przed kominkiem, z książkami w dłoniach. We dworze panowała upiorna cisza, a trzask ognia wypełniał pokój.

Lucjusz wszedł bez zapowiedzi, stukając laską o wypolerowaną podłogę. Podszedł prosto do barku i nalał sobie dużą porcję Ognistej Whisky. Jego wyraz twarzy był nieprzenikniony… ale wzrok zatrzymał się na Hermionie i Draco dłużej niż to konieczne, niemal coś sugerując.

— Matka mówiła, że cały dzień mieliście spotkania z prawnikami — zaczął nonszalancko Draco, podnosząc wzrok.

Lucjusz powoli skinął głową. Wyglądał na zmęczonego, ale na jego ustach malował się delikatny grymas, skryta satysfakcja, którą szybko zamaskował, gdy napełniał szklankę. Hermiona rozpoznała ten wyraz twarzy; widziała go w lustrze, kiedy myślała, że w końcu wymyśliła skomplikowane przeciwzaklęcie.

Wychodząc, zatrzymał się za kanapą. Bez słowa pochylił się i pocałował Hermionę w czubek głowy — to był gest tak niespodziewanie delikatny, że aż zamrugała. Potem zniknął, stukając lekko laską, gdy znikał w korytarzu.

Draco patrzył za nim, po czym ze zdumieniem zwrócił się do Hermiony.

— Za co to było?

Hermiona wzruszyła ramionami.

— Mamy namiętny romans. Właśnie dowiedział się, że jestem w ciąży i będziemy mieli trojaczki.

Draco skinął głową z powagą.

— Jasne. Więc zostaniesz moją nową mamusią?

— Oczywiście.

— Wiesz, Granger, jeśli aż tak bardzo pragniesz KCCK…

Wskazał na swoje krocze, poruszając brwiami. Przerwał z sykiem, gdy jej klątwa użądliła go w ramię i oboje wybuchli śmiechem, a blask ognia oświetlał pokój.

Brak komentarzy