niedziela, 22 marca 2026

[T] Złączeni: Rozdział 3

 

Zasada Przyjaźni numer 29: DM nie rzuca kontrzaklęć na magiczne przedmioty, dopóki nie zostanie to zatwierdzone przez HG lub NJ, by uniknąć dalszych magicznych obrażeń.

(Propozycja: HG | Przyjęte z hańbą: DM)

 

Sufit powoli nabierał ostrości; białe panele były zbyt jasne i zbyt czyste. Hermiona zamrugała kilka razy, a jej wzrok zatrzymał się na znajomej plamie na narożnej płytce. Tej, którą Seamus zostawił lata temu. Nikt inny nie do końca rozumiał, jak przypalił sufit podczas rutynowego zaklęcia identyfikacji wstrząśnienia mózgu.

Merlin wie, jak został Uzdrowicielem, pomyślała, po czym westchnęła.

Szpital Świętego Munga. Skrzydło Aurorów.

Kiedyś był to po prostu wspólny pokój ze skrzypiącymi łóżkami i jednym dzbankiem słabej herbaty. Ale od czasu bardzo hojnej i publicznej darowizny rodziny Malfoyów, przekształcił się w prywatny, specjalistyczny apartament z najwyższej klasy personelem, zaklęciami do magicznego leczenia urazów i zaskakująco dobrym ekspresem do kawy w poczekalni.

Usłyszała szelest obok siebie. Obróciła głowę i zamarła.

Draco leżał obok niej. Na tym samym łóżku. Ze wzrokiem wbitym w sufit. Trzymał ją za rękę.

Dziwne… ale w porządku.

Wszystko w porządku? — zapytała ochrypłym głosem.

Skinął lekko głową.

Nora?

— Ani draśnięcia — powiedział.

Dzięki Godrykowi.

Ulga zalała ją niczym fala przypływu. Przeklęcie stażystki podczas jej pierwszego dnia byłoby niezłym koszmarem.

Draco przeczesał włosy dłonią i dramatycznie zarzucił przedramię na twarz.

— Schrzaniłem.

Hermiona zamrugała.

— Mierzyliśmy się z gorszymi sprawami. Ale papierkowa robota będzie cholernie męcząca.

Nie roześmiał się. Nawet nie uśmiechnął się ironicznie.

— Nie, Granger — powiedział cicho. — Naprawdę schrzaniłem.

Zmarszczyła brwi i spróbowała usiąść, próbując uwolnić dłoń z jego uścisku. Ale ani drgnął.

— Puść — powiedziała, nie złośliwie.

— Nie może.

Głos, który odpowiedział, nie należał do Draco.

Hermiona gwałtownie się odwróciła i zobaczyła Theodore’a Notta wchodzącego do pokoju z notesem w dłoni, w limonowo-zielonych szatach Uzdrowiciela, ale mimo to wciąż wyglądał elegancko i czarująco, z podskakującymi czekoladowymi lokami i błyszczącymi niebieskimi oczami. Szef Oddziału Urazów Magicznych w Biurze Aurorów.

I jeden z jej najbliższych przyjaciół.

Theo wszedł z nonszalancją kogoś, kto nie zamierza przekazywać wyjątkowo niewygodnych wiadomości.

— Ach, już się obudziliście. Doskonale. Zacznijmy zabawę.

Podszedł do stóp łóżka, teraz szerszego niż standardowy rozmiar, i rzucił na nich szybkie zaklęcie diagnostyczne. Diagnostyka unosząca się w powietrzu rozbłysła, linie magicznych danych rozwijały się w równe rzędy.

Hermiona spojrzała na swoją dłoń, a potem położyła ich dłonie na kolanach, by lepiej się przyjrzeć.

Skóra między ich dłońmi była… złączona.

Żadnego szwu, żadnego śladu. Tylko gładka, ciągła skóra, blada i ciepła, spływająca z dłoni Draco do jej, jakby od zawsze były połączone.

Wpatrywała się w nią.

— Czy to… nasze tkanki?

Theo skinął głową, stukając w unoszącą się kartę diagnostyczną.

— O tak. Nerwy, naczynia krwionośne, tkanka mięśniowa, wszystko zsynchronizowane. Macie szczęście, że macie tę samą grupę krwi.

Hermiona zaklęła pod nosem.

— Co to był za obiekt? — zapytała.

— Wasza urocza stażystka ciężko nad tym pracowała. — Theo obrócił podkładkę. — Wykorzystała zdjęcia, które zrobiłaś przed wybuchem i poprawnie narysowała runy. Okazało się, że inskrypcja nie dotyczyła kochanków…

— Tylko rodzeństwa — dokończyła Hermiona, czytając tłumaczenie na głos. — Phratēr.

— Tak — powiedział Theo, unosząc brwi. — To klątwa karna dla kłótliwego rodzeństwa. Magiczny odpowiednik wsadzenia dwójki kłócących się dzieciaków w jeden sweter, dopóki się nie pogodzą.

Hermiona przesunęła palcem po runie księżyca na zdjęciu, które wręczył jej Theo.

— Cały miesiąc?

Theo ponuro skinął głową.

Zerknęła na Draco. Nadal na nią nie patrzył.

— Próbowaliśmy wszystkiego, zaklęć separujących, zaklęć uwalniających, nawet odwrócenia zaklęcia aktywującego. Nic nie zadziałało. A cokolwiek silniejszego mogłoby spowodować trwałe uszkodzenie. Utratę nerwów. Magiczne blizny. Wszystko.

Usiadł na brzegu łóżka z westchnieniem.

— Biorąc pod uwagę, że to tymczasowe, wybieramy podejście nieinwazyjne. Więc utknęliście w tym stanie na trzydzieści dni. — Theo odchrząknął. — Wysłałem wiadomość do waszych bliskich…

Nie zdążył dokończyć.

Rozmycie eleganckiej zieleni wdarło się przez drzwi.

Drakusiu, kochanie!

Astoria Greengrass weszła niczym dama wystrojona na galę. Jej szaty w odcieniu głębokiego szmaragdu mieniły się, gdy sunęła przez pokój, niemożliwie wysokie szpilki stukały o podłogę, a ciemne włosy były upięte w nieskazitelny kok. Jakimś cudem dobiegła do strony łóżka Draco, nie skręcając kostki, czego Hermionie nie udało się osiągnąć na ostatniej gali w Ministerstwie Magii, gdy próbując chodzić w szpilkach, potknęła się, upadła twarzą na kolana Cormaca McLaggena i męczyła się z nim przez cały wieczór, gdy upierał się, że nie musi udawać, że wpadła mu w ramiona, by zwrócić na siebie uwagę.

Całkowicie odrażające.

Astoria objęła dłońmi twarz Draco i szepnęła:

— Wszystko w porządku, kochanie. Jestem pewna, że damy radę naprawić ten bałagan. — Jej wzrok powędrował w miejsce, gdzie jego dłoń wciąż była zrośnięta z dłonią Hermiony. — Wkrótce już nie będziesz w takiej sytuacji.

Hermiona zamrugała. Dziwna sytuacja? W ich pracy zawsze istniało ryzyko. To był jeden z powodów, dla których to uwielbiali.

Potem nadeszła druga fala.

Narcyza i Lucjusz Malfoyowie pojawili się w drzwiach, pogodni, opanowani i ubrani tak, by budzić grozę. Narcyza miała na sobie eleganckie, czarne szaty wyjściowe z subtelnym, srebrnym haftem; Lucjusz stał wyprostowany w idealnie skrojonym, mugolskim garniturze, a jego laska lekko stukała o wypolerowaną podłogę.

Na każdego, kto przechodził obok, patrzyli obojętnie. Wręcz zimno. Hermiona jednak zauważyła drobną zmianę w postawie Narcyzy, niemal niezauważalne rozluźnienie ramion, gdy jej wzrok przesunął się po synu i na nią samą. Bez szwanku.

Narcyza bez słowa przeszła przez pokój i niezbyt delikatnie odsunęła Astorię na bok, by mogła stanąć u boku Draco. Lucjusz jednak nie spuszczał wzroku z Hermiony.

Wykrzywił usta.

— Dlaczego mój syn musi być obciążony taką idiotką? Głupią dziewczyną, która nie potrafi nawet przetłumaczyć podstawowych run eolskich?

Każdy, kto przechodził obok, mógł się zatrzymać i skinąć głową na znak zgody, że typowo Lucjusz Malfoy strofuje Hermionę Granger. Ale nie obecni w tym pokoju.

Hermiona przewróciła oczami.

— Och, ćwiczyłeś tę obelgę, idąc tu, Lucku? Musisz być strasznie rozczarowany, że wciąż lepiej znam grekę i mam lepszy instynkt niż twój syn.

Zapadła cisza.

Potem oboje się uśmiechnęli.

Lucjusz podszedł, pochylił się i pocałował ją w czoło.

— Cieszę się, że nic ci nie jest.

Historia dziwacznej przyjaźni Hermiony Granger i Lucjusza Malfoya była opowieścią, której nikt do końca nie potrafił zrozumieć.

Po wojnie Ministerstwo przyjęło kilka nowych zasad zapożyczonych z mugolskiego wymiaru sprawiedliwości, w tym resocjalizację zamiast tortur z użyciem dementorów. Lucjusz, wciąż potężny, nawet w niesławie, został wybrany jako główny kandydat do tej inicjatywy.

Spędził pięć lat w Azkabanie, poddając się intensywnej terapii i magicznej reedukacji, po czym nastąpiła dekada zwolnienia warunkowego bez różdżki, uzależniona od konsekwentnego wolontariatu w organizacjach charytatywnych mugoli, a później w samym mugolskim społeczeństwie.

Ku zaskoczeniu wszystkich, Lucjusz poradził sobie znakomicie. Może to był szok związany z dwukrotnym wyborem złej strony. Może świadomość tego, co zaryzykował: Narcyzę, Draco, wszystko, co posiadał. Ale coś się w nim zmieniło. I trwało.

Podobnie jak w przypadku jej relacji z Draco, dynamika Hermiony z Lucjuszem zaczęła się od ognia: gorzkich słów, zaklęć i patowych sytuacji. Kiedy po raz pierwszy po wojnie postawiła stopę we Dworze Malfoyów, nie hamowała się. Uwolniła lata gniewu, wściekłości i złamanego serca.

Lucjusz przyjął to spokojnie, cicho, niewzruszenie. Pozwalając jej na wygłaszanie tyrad. Co, co irytujące, jeszcze bardziej ją rozwścieczyło. Aż w końcu jej gniew zmienił się z oczyszczającego wyładowania w dosadne obelgi.

Wtedy zaczął się bronić.

Ich debaty, czy to o dialektach runicznych, teorii arytmetycznej, czy o tym, kto parzył lepiej herbatę, stały się legendarne.

Ku cichej radości Narcyzy. Nigdy nie widziała tak ożywionego męża.

Teraz niemal codzienne wizyty Hermiony we Dworze Malfoyów dzieliły się między długie pogawędki z Draco, okupowanie najlepszego fotela w bibliotece, intelektualne pojedynki z Lucjuszem i cywilizowaną herbatę (oczywiście z kanapkami) z Narcyzą.

Znaleźli dziwną, nieprawdopodobną równowagę, a Hermiona stanowiła brakujący element w ciągle ewoluującej układance Malfoyów.

Kiedy byli wszyscy razem, czuli się prawie jak… rodzina.

Nie żeby którekolwiek z nich kiedykolwiek powiedziało to na głos.

Theo, wciąż w irracjonalnie dobrym humorze, wrócił, by poinformować ich, że zostali wypuszczeni do domu, ale mogą wykonywać jedynie pracę biurową. I, co ważniejsze, „drobny magiczny wypadek” nie był akceptowalnym pretekstem do opuszczenia wieczornego przyjęcia urodzinowego.

Właśnie wtedy zaczęła do nich docierać powaga sytuacji.

Dosłownie byli ze sobą związani.

Po tym, jak przez Sieć Fiuu udali się do mieszkania Hermiony, by zabrać Krzywołapa (wściekłego za przerwanie drzemki) i kilka ubrań na zmianę, aportowali się do Dworu. Logicznie rzecz biorąc, wybrali skrzydło Draco we Dworze — więcej przestrzeni, znacznie większe łóżko niż w maleńkim mieszkaniu Hermiony.

Stojąc teraz w swojej sypialni, oboje rozglądali się dookoła, tylko nie na siebie, Draco w końcu się odezwał.

— Przepraszam, Granger — powiedział cicho, a poczucie winy złagodziło jego wyraz twarzy. — Naprawdę.

Hermiona westchnęła, kręcąc głową.

— Draco, wszystko w porządku. To dziwne, jasne, ale mam zaklęcie… — przerwała, zastanawiając się. — W każdym razie, oboje jesteśmy dorośli. Ta sytuacja nie musi być dziwna.

Draco wziął głęboki oddech, przygotowując się.

— Genialnie. Bo muszę iść do toalety.

Hermiona zamrugała.

— Czekaj… co?

Drętwota.

Jej oczy rozszerzyły się na ułamek sekundy przed uderzeniem zaklęcia. Potem upadła jak worek ziemniaków, prosto w pierś Draco.

— Przepraszam, Granger — mruknął, niezgrabnie ją chwytając i opuszczając na podłogę. — Ale są pewne granice.

Zaciągnięcie jej byłoby niegodne, więc zachował się jak dżentelmen i użył Leviosy, by przenieść jej nieprzytomną postać do łazienki.

Dziesięć minut późnej Draco wynurzył się, unosząc Hermionę obok siebie, wyglądając na o wiele bardziej zrelaksowanego i tylko odrobinę winnego, że kazał jej leżeć nieprzytomnej na podłodze w łazience.

Na swoją obronę, skrzaty domowe we Dworze utrzymywały podłogi w nieskazitelnej czystości.

A skoro już miała być wściekła, cóż… czemu by na to nie zasłużyć?

Zaniósł ją z powrotem do łazienki, chichocząc pod nosem, gdy postawił ją z niesamowitą precyzją — tuż obok toalety, z policzkiem opartym o chłodne kafelki, z nosem przyciśniętym do podstawy sedesu.

Potem wyszeptał:

Enevrate.

Oczy Hermiony gwałtownie się otworzyły. Rzuciła okiem na otoczenie i eksplodowała.

DRACO LUCJUSZU MALFOYU! — wrzasnęła, zrywając się na równe nogi i niezgrabnie szturchając go w pierś, ponieważ jedna z ich dłoni wciąż była magicznie zrośnięta. — Czy ty właśnie mnie ogłuszyłeś, by móc skorzystać z toalety?!

Jej włosy podwoiły swoją objętość, trzeszcząc z wściekłości.

Draco uniósł ręce w geście udawanej niewinności.

— Granger, choć jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, niektóre czynności fizjologiczne najlepiej wykonywać w samotności.

— Tak, idioto! A gdybyś pozwolił mi skończyć wcześniejszą wypowiedź, powiedziałabym ci, że pracuję nad odmianą Zaklęcia Bąblogłowego, która by to rozwiązała!

Podkreśliła zdanie gwałtownym machnięciem różdżki, wystrzeliwując żądlącą klątwę prosto w ramię Draco.

Ała! — krzyknęli chórem.

Hermiona zamarła. Draco wpatrywał się w ich złączone dłonie.

Spojrzeli na siebie, równie przerażeni.

— Och, fantastycznie — mruknęła Hermiona, potrząsając ręką. — Oczywiście. Theo wspomniał o wspólnych nerwach.

— Wspaniale — odparł Draco beznamiętnie. — Jesteśmy przeklęci, połączeni i zsynchronizowani emocjonalnie. Co dalej, dokańczanie swoich…

— Zdań? — przerwała mu Hermiona.

Jęknęli chórem.

Po chwili namysłu Hermiona uniosła różdżkę, wykonała skomplikowany ruch i mruknęła:

Sanuspirantes Nox Muffliato.

Po czym wycelowała prosto w głowę Draco.

Migocząca bańka zmaterializowała się wokół jego głowy, wypełniona była ciemną, wirującą mgłą.

Hermiona natychmiast zaczęła krzyczeć z całych sił — wymachiwała rękami, dźgała bańkę światłem różdżki i generalnie robiła z tego spektakularne widowisko.

Draco nawet nie drgnął. Nie mrugnął.

Nic nie słyszał ani nie widział.

To było dziwne uczucie, bezgłośne, ciemne, ale nie tak okropne, jak regularne ogłuszanie przez Hermionę.

Kiedy wycofała zaklęcie, mrugnął do niej.

— Widziałeś lub słyszałeś cokolwiek? — zapytała, krzyżując ramiona.

Pokręcił głową.

— Nic a nic.

Hermiona prychnęła z zadowoleniem.

— Dobrze. Chyba wystarczy.

Draco otworzył usta, by ją pochwalić, ale zaraz je zamknął. Za nic w świecie nie da jej satysfakcji w słyszeniu, że mógłby nazwać ją Najbystrzejszą Czarownicą Swojego Pokolenia.

W każdym razie jeszcze nie.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Po bardzo niezręcznej wspólnej kąpieli, podczas której zgodnie ustalili, że ich wzrok będzie „nad równikiem”, Draco natychmiast spuścił wzrok na jej nagą klatkę piersiową. Zasada została pospiesznie zmieniona na „powyżej ramion”.

Ubieranie się okazało się jeszcze większym wyzwaniem. Po dziesięciu minutach splątanych kończyn, stłumionych przekleństw i krótkiej chwili, w której wylądowali płasko na podłodze w splątanej stercie rękawów i guzików, Draco w końcu przywołał skrzata domowego z dzieciństwa.

Mipsy, najstarsza i najbardziej utalentowana skrzatka w domu Malfoyów, wpadła z cichym trzaskiem, spojrzała na nich z dezaprobatą i w niecałe pięć sekund zaczarowała ich ubrania. Zaproponowała nawet, że będzie „na każde zawołanie”, gdyby w przyszłości potrzebowali pomocy.

Teraz, dwadzieścia minut później, Hermiona siedziała bezwładnie na blacie w łazience, znudzona na śmierć.

Draco był w trakcie swojej skomplikowanej pielęgnacji włosów, która najwyraźniej wymagała kilku etapów, dwóch olejków, jedwabnego owinięcia różdżką i chwili ciszy dla optymalnego połysku.

Hermiona dawno już wysuszyła loki szybkim, spersonalizowanym zaklęciem, dodała odrobinę makijażu i oznajmiła, że skończyła.

Tymczasem Draco wciąż układał swoje eliksiry i probówki, nadając im precyzyjny wygląd.

Przewracając oczami, przywołała najbliższą butelkę Ognistej Whisky.

— Jeśli jeszcze raz będę musiała słuchać o twojej strefie napięcia fal, to zacznę od tego, że wypiję całą butelkę.

— Granger, proszę — jęknął Draco. — Wiesz, jakie to trudne, gdy to się robi jedną ręką?

Hermiona uśmiechnęła się ironicznie i upiła łyk.

Właśnie tak powiedziała.

Draco rzucił jej miażdżące spojrzenie.

— Przestań pić — powiedział, wyrywając jej butelkę z ręki i odkładając ją poza jej zasięg. — Wiem, do czego zmierzasz i przeszkadza mi to w precyzji. — Dramatycznie spojrzał na ich złączone dłonie. — To delikatna operacja.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Dziurawy Kocioł był pełen ludzi. Tego wieczoru goście przyjęcia urodzinowego Theo zdawali się stanowić połowę klienteli pubu.

Przybycie Draco i Hermiony natychmiast przykuło uwagę, między innymi ze względu na niezręczny sposób, w jaki poruszali się między drzwiami i krzesłami, mając złączone ręce.

Harry zauważył ich pierwszy i podszedł, a wzrok przeskakiwał z twarzy Hermiony na ich złączone dłonie.

— Theo mnie wprowadził. Ale większość ludzi jeszcze nie wie — powiedział cicho. — Wszystko w porządku?

Hermiona skinęła głową.

— Będzie dobrze, o ile unikniemy klątw i zbędnych rytuałów związanych z włosami.

— Granger — Zasada Przyjaźni numer 2 — mruknął Draco.

Przewróciła oczami.

Harry spojrzał na Draco z zakłopotanym uśmieszkiem i przez chwili między nimi zaiskrzyło: poufałość, irytacja, niechętny szacunek.

Draco nauczył się, że zostanie najlepszym przyjacielem Hermiony wiązało się z pewnymi warunkami. Najważniejszym z nich było tolerowanie Harry’ego Pottera, a co za tym idzie, różnych Weasleyów.

Chociaż nigdy by tego nie powiedział na głos, Draco musiał przyznać, ze ostatnio zaskakująco dobrze dogadywał się z Potterem. Pomiędzy wspólną traumą, przetrwaniem programu szkoleniowego dla Aurorów i pracą w ramię w ramię w Biurze Aurorów, wypracowali osobliwą więź.

A Weasleyowie? Mieszanka. Ledwo tolerował Łasicę (Rona), lubił Rudą (Ginervę) i miał cichą obsesję na punkcie bliźniaków Łasic (Freda i George’a), choć prędzej by umarł, niż się do tego komukolwiek przyznał.

Gdy szli w stronę stołów, Ginny dostrzegła ich dłonie i pisnęła triumfalnie.

— PARKINSON! Jesteś mi winna pięćdziesiąt galeonów! — krzyknęła przez salę, unosząc pięść w górę.

Pansy, która właśnie elegancko siedziała na kolanach Neville’a, zmrużyła oczy, patrząc na parę.

Cholera. Postawiłam na pana młodego uciekającego tuż przed ślubem.

Lavender, obejmując Rona ramieniem, mrugnęła do Hermiony i bezgłośnie powiedziała:

Najwyższy czas.

Ron wyglądał na zdezorientowanego.

Fred i George zmaterializowali się znikąd, każdy z boku obchodząc przeklętą parę i obejmując ich ramionami.

W końcu zobaczyliście, co macie przed sobą, co? — zapytał George.

— Dość długo wam to zajęło — dodał Fred. — Ona jest o wiele lepsza od Panny Z Kijem W Dupie.

Och, pomyśleli Hermiona i Draco jednocześnie.

Zanim zdążyli odpowiedzieć, Theo wrócił z baru, niosąc przed sobą tacę z drinkami.

— Dobra, ludzie! Wszystkie zakłady są nadal aktualne! — zawołał, szczerząc się jak ktoś, kto czekał na to cały dzień. — Chowajcie galeony, nasi ulubieni idioci nie są jeszcze parą — ostatnie słowa wypowiedział szeptem. — Zostali magicznie sklejeni na następne trzydzieści dni dzięki niefortunnemu złamaniu klątwy.

Chór jęków i okrzyków rozczarowania przetoczył się przez salę.

Hermiona i Draco unieśli złączone dłonie w milczącym potwierdzeniu.

Ginny, w połowie drinka, mruknęła Cholera! i szybko dopiła resztę swojej Ognistej Whisky.

Drinki lały się strumieniami. Tłuste miski gorących frytek były pochłaniane, Hermiona jadła palcami, a Draco, ku jej absolutnej radości, widelcem.

Dramatycznie uniosła mały palec, naśladując jego postawę, udając arystokratkę.

— Och, kochanie — powiedziała, zadzierając nos.

Ich złączone dłonie spoczywały między nimi na stole.

W odpowiedzi pokazał jej środkowy palec.

Zwyczajny, piątkowy wieczór, serio.

W pewnym momencie Theo pojawił się ponownie z przekrzywionym kapeluszem imprezowym, mamrocząc coś o tym, że absolutną zbrodnią byłoby, gdyby jubilat nie dostał buziaka od wszystkich. Ludzie dopingowali, gdy podążał za Harrym po pubie niczym człowiek z misją.

To, co zaczęło się jako żartobliwe unikanie, przerodziło się w pocałunek tak entuzjastyczny, że zrekompensował grzeczne pocałunki wszystkich pozostałych.

Stół zawrzał.

Purpurowy z zażenowania Harry i zadowolony z siebie, promienny Theo wrócili na swoje miejsca wśród gromkich braw.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Hermiona była w połowie trzeciej lampki wina, gdy zobaczyła Ginny i Pansy zbliżające się niczym dwie lwice do wyjątkowo soczystej gazeli.

Ginny machnęła różdżką z cichym Silencio, rzucając dyskretną bańkę na połowę stołu, skutecznie odcinając Hermionę, Pansy i Ginny od reszty.

— Byłam tak blisko pięćdziesięciu galeonów, suko — syknęła Ginny, ściskając palec wskazujący i kciuk.

Hermiona uśmiechnęła się złośliwie i pokręciła głową.

— Zapominacie o Astorii, idiotki.

— Jestem pewna, że Drakuś — powiedziała Pansy, przerażająco wiernie naśladując dyszący głoś Astorii — wkrótce się opamięta.

Hermiona przewróciła oczami.

— Czy wyglądam na kogoś, kto wzdycha do swojego bardzo zaręczonego, najlepszego przyjaciela?

— Cóż, nie — przyznała Ginny, mrużąc oczy.

— Ale wciąż nam nie powiedziałaś, z kim masz tajemniczy romans — dodała Pansy, a obie kobiety patrzyły na Hermionę błagalnie.

Godryku, pomyślała Hermiona, przyjaźń z Ginny i Pansy to jak przetrwanie burzy na wysokich obcasach — z winem i sekretami. Nie zamieniłaby tego za nic na świecie.

Wspomnienie o jej tajemniczym romansie sprawiło, że bardzo swobodnie rozejrzała się po pomieszczeniu.

Zbyt nonszalancko.

Pansy i Ginny natychmiast to zauważyły i też zaczęły się rozglądać.

— Szukamy kogoś konkretnego, Granger? — zapytała słodko Pansy.

— Nie — skłamała Hermiona.

Słabo.

— Nie to, żebyś mogła robić coś fajnego, będąc złączona z Lordem Malfoyem — jęknęła Ginny.

Pansy wybuchła śmiechem.

— Tak, zdecydowanie by mogła.

Zapadła cisza.

A potem nastąpiło olśnienie.

Och, czekaj — powiedziała powoli Pansy, szeroko otwierając oczy. Spojrzała na Hermionę z nagłym zrozumieniem. — Cały miesiąc.

Ginny sapnęła.

Cholera.

Wyciągnęła rękę i poklepała Hermionę po ramieniu jak wdowa wojenna.

Pansy nachyliła się, a w jej oczach błysnął psotny błysk.

— Myślisz, że Astoria będzie zła, że ominie ją niedzielna nocowanka u Drakusia?

— Kiedyś spędzała cały dzień, przygotowując się do nich — dodała Ginny.

Cały dzień — potwierdziła Pansy, przesadnie kiwając głową.

Hermiona tylko wzruszyła ramionami.

Astoria była… wyjątkowa.

Draco powiedział jej, że ich zaręczyny były zaaranżowane od urodzenia i choć Astoria była elegancka i obowiązkowa, im lepiej Hermiona ją poznawała, tym bardziej miała wrażenie, że kobieta nie pasuje do Draco.

— No cóż, może… — zaczęła Pansy, a jej głos stał się lepki od sugestii — moglibyście po prostu

Wykonała nieokreślony gest dłonią między Hermioną a Draco.

Hermiona zamrugała.

— Tak, spasuję. Astoria nie jest w moim typie.

Och… — Ginny zerwała się na równe nogi, triumfalnie wskazując na nią palcem. — Powiedziała Astoria, a nie Malfoy? — Uderzyła Pansy łokciem. — Te pięćdziesiąt galeonów jest moje. Już wkrótce.

Po drugiej stronie zaczarowanego stołu Draco odpierał zupełnie inny rodzaj przesłuchania.

Theo siedział wygodnie na swoim miejscu, bezmyślnie przeczesując palcami i tak już rozczochrane włosy Harry’ego. Najwyraźniej Harry w końcu poddał się nieuniknionemu. Hermiona wspomniała kiedyś, zupełnie mimochodem, że po trudnym rozstaniu z Cedrikiem Harry miał trochę czasu dla siebie, ale jednocześnie czaił się na Theo.

Draco szczerze cieszył się ich szczęściem.

Mimo to coś drgnęło w jego piersi, nie zazdrość. Po prostu… coś.

Stłumił to uczucie.

Między nim a Astorią było dobrze. Nawet bardzo dobrze.

Aranżowane małżeństwa są skomplikowane, owszem, ale nauczy się ją kochać. Był tego pewien. W końcu.

Prawda?

— Dobra, ale ile razy widziałeś dziś cycki Granger? — zapytał radośnie Theo.

Draco zakrztusił się swoją Ognistą Whisky.

Fred wślizgnął się obok niego i poklepał go po plecach.

— Mówimy o cyckach Granger?

Draco rzucił okiem na stronę stołu, gdzie siedziały dziewczyny, zasłoniętą delikatną poświatą zaklęcia wyciszającego. Ginny i Pansy najwyraźniej ją przesłuchiwały.

— Umyślnie czy nieumyślnie? — zapytał sucho.

Oba — odpowiedzieli chórem.

Harry jęknął.

— Nie, proszę. Jest dla mnie jak siostra.

— Dla nas też była jak siostra — dodali chórem Fred i George, uśmiechając się szeroko.

Nieudany romans Hermiony i Rona wciąż był owiany legendą. Ron chciał małżeństwa i dzieci, a Hermiona uciekła do Australii na sześć miesięcy pod pretekstem „poszukiwania rodziców”. Wszyscy znali prawdę.

Na szczęście Ron i Lavender odnowili relację, a Mon-Ron był teraz szczęśliwym mężem i ojcem dwójki małych Weasleyów. Bez urazy.

Draco potarł kark.

— Raz celowo. Trzy razy nieumyślnie.

Harry opróżnił kieliszek jednym haustem.

Powiem Tori — zanucił Theo.

Draco spiorunował go wzrokiem.

— Sąd spektakularne — powiedział George, patrząc z rozmarzeniem.

— A ty niby skąd to wiesz? — zapytał Theo, już w połowie siedząc na kolanach Harry’ego.

— Zeszły rok, winnica Zabiniego — odparł George.

Draco powoli skinął głową.

Zanim oficjalnie zaręczyli się z Astorią, cała ich grupa — z wyjątkiem Astorii — spędziła dwa błogie, chaotyczne, przesiąknięte winem tygodnie w jednej z prywatnych winnic Blaise’a na włoskim wybrzeżu.

Nikt nie nazwał tego wyjazdem kawalerskim, ale wszyscy wiedzieli, czym był: ostatnim tchnieniem wolności Draco przed przyszłością, w którą zobowiązywał się wkroczyć.

Było słońce, wino, mnóstwo wątpliwych decyzji i mnóstwo romantycznych schadzek z uroczymi miejscowymi. Draco wrócił, podpisał umowę zaręczynową i zobowiązał się do życia, którego nie chciał, ale obiecał sobie, że da radę dla nich obojga.

— I co? — zapytał Theo, pochylając się do przodu jak dziecko błagające o plotki przed snem.

George zawahał się, a potem uśmiechnął.

— Nakryłem ją i… cóż, przysięgałem dochować tajemnicy.

Bzdura! — Fred i Theo zaklęli chórem.

Tajemnicze romanse Hermiony były nieustającą grą w zgadywanki dla całej grupy.

Harry tylko jęknął i uderzył głową o stół.

Proszę, niech ktoś przyniesie mi więcej alkoholu.

Theo bez słowa przesunął swój drink po stole. Harry opróżnił go bez wahania.

— W każdym razie — powiedział George z samozadowoleniem — zapierające dech. Dziesięć na dziesięć. Gorąco polecam.

Po drugiej stronie stołu Hermiona, która nie słyszała ani słowa z powodu zaklęcia wyciszającego, zmrużyła oczy, patrząc na George’a. Jej intuicja się nie myliła.

Powoli, ostrzegawczo przesunęła palcem po gardle.

George zbladł.

— I, no cóż, na Merlina, to najstraszniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek spotkałem. Wielbię ziemię, po której stąpa.

_____________

Witajcie :) w tym rozdziale wiele się podziało. Chaos przede wszystkim. Nie wiem jak Wam, ale mnie bardzo podoba się fakt, że każdy zakłada, że dramionki będą razem.

Następne rozdziały chciałabym wstawić niedługo, ale nie wiem jak będzie, bo mam jeszcze Uchwalenie do skończenia (co w ogóle mi nie idzie) i Come To Claim. Ale myślę, że jakoś to wszystko ogarnę.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia. Enjoy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)

Obserwatorzy