Zasada Przyjaźni numer 29: DM nie rzuca kontrzaklęć na magiczne przedmioty,
dopóki nie zostanie to zatwierdzone przez HG lub NJ, by uniknąć dalszych
magicznych obrażeń.
(Propozycja: HG | Przyjęte z hańbą: DM)
Sufit
powoli nabierał ostrości; białe panele były zbyt jasne i zbyt czyste. Hermiona
zamrugała kilka razy, a jej wzrok zatrzymał się na znajomej plamie na narożnej
płytce. Tej, którą Seamus zostawił lata temu. Nikt inny nie do końca rozumiał, jak przypalił sufit podczas rutynowego
zaklęcia identyfikacji wstrząśnienia mózgu.
Merlin wie, jak został
Uzdrowicielem, pomyślała, po
czym westchnęła.
Szpital
Świętego Munga. Skrzydło Aurorów.
Kiedyś
był to po prostu wspólny pokój ze skrzypiącymi łóżkami i jednym dzbankiem
słabej herbaty. Ale od czasu bardzo hojnej i publicznej darowizny rodziny
Malfoyów, przekształcił się w prywatny, specjalistyczny apartament z najwyższej
klasy personelem, zaklęciami do magicznego leczenia urazów i zaskakująco dobrym
ekspresem do kawy w poczekalni.
Usłyszała
szelest obok siebie. Obróciła głowę i zamarła.
Draco
leżał obok niej. Na tym samym łóżku. Ze wzrokiem wbitym w sufit. Trzymał ją za
rękę.
Dziwne… ale w porządku.
—
Wszystko w porządku? — zapytała
ochrypłym głosem.
Skinął
lekko głową.
—
Nora?
—
Ani draśnięcia — powiedział.
—
Dzięki Godrykowi.
Ulga
zalała ją niczym fala przypływu. Przeklęcie stażystki podczas jej pierwszego dnia byłoby niezłym
koszmarem.
Draco
przeczesał włosy dłonią i dramatycznie zarzucił przedramię na twarz.
—
Schrzaniłem.
Hermiona
zamrugała.
—
Mierzyliśmy się z gorszymi sprawami. Ale papierkowa robota będzie cholernie
męcząca.
Nie
roześmiał się. Nawet nie uśmiechnął się ironicznie.
—
Nie, Granger — powiedział cicho. — Naprawdę
schrzaniłem.
Zmarszczyła
brwi i spróbowała usiąść, próbując uwolnić dłoń z jego uścisku. Ale ani drgnął.
—
Puść — powiedziała, nie złośliwie.
—
Nie może.
Głos,
który odpowiedział, nie należał do Draco.
Hermiona
gwałtownie się odwróciła i zobaczyła Theodore’a Notta wchodzącego do pokoju z
notesem w dłoni, w limonowo-zielonych szatach Uzdrowiciela, ale mimo to wciąż
wyglądał elegancko i czarująco, z podskakującymi czekoladowymi lokami i
błyszczącymi niebieskimi oczami. Szef Oddziału Urazów Magicznych w Biurze
Aurorów.
I
jeden z jej najbliższych przyjaciół.
Theo
wszedł z nonszalancją kogoś, kto nie
zamierza przekazywać wyjątkowo niewygodnych wiadomości.
—
Ach, już się obudziliście. Doskonale. Zacznijmy zabawę.
Podszedł
do stóp łóżka, teraz szerszego niż
standardowy rozmiar, i rzucił na nich szybkie zaklęcie diagnostyczne.
Diagnostyka unosząca się w powietrzu rozbłysła, linie magicznych danych
rozwijały się w równe rzędy.
Hermiona
spojrzała na swoją dłoń, a potem położyła ich dłonie na kolanach, by lepiej się
przyjrzeć.
Skóra
między ich dłońmi była… złączona.
Żadnego
szwu, żadnego śladu. Tylko gładka, ciągła skóra, blada i ciepła, spływająca z
dłoni Draco do jej, jakby od zawsze były połączone.
Wpatrywała
się w nią.
—
Czy to… nasze tkanki?
Theo
skinął głową, stukając w unoszącą się kartę diagnostyczną.
—
O tak. Nerwy, naczynia krwionośne, tkanka mięśniowa, wszystko zsynchronizowane.
Macie szczęście, że macie tę samą grupę krwi.
Hermiona
zaklęła pod nosem.
—
Co to był za obiekt? — zapytała.
—
Wasza urocza stażystka ciężko nad tym pracowała. — Theo obrócił podkładkę. —
Wykorzystała zdjęcia, które zrobiłaś przed wybuchem i poprawnie narysowała
runy. Okazało się, że inskrypcja nie dotyczyła kochanków…
—
Tylko rodzeństwa — dokończyła
Hermiona, czytając tłumaczenie na głos. — Phratēr.
—
Tak — powiedział Theo, unosząc brwi. — To klątwa karna dla kłótliwego
rodzeństwa. Magiczny odpowiednik wsadzenia dwójki kłócących się dzieciaków w
jeden sweter, dopóki się nie pogodzą.
Hermiona
przesunęła palcem po runie księżyca
na zdjęciu, które wręczył jej Theo.
—
Cały miesiąc?
Theo
ponuro skinął głową.
Zerknęła
na Draco. Nadal na nią nie patrzył.
—
Próbowaliśmy wszystkiego, zaklęć separujących, zaklęć uwalniających, nawet
odwrócenia zaklęcia aktywującego. Nic nie zadziałało. A cokolwiek silniejszego
mogłoby spowodować trwałe uszkodzenie. Utratę nerwów. Magiczne blizny.
Wszystko.
Usiadł
na brzegu łóżka z westchnieniem.
—
Biorąc pod uwagę, że to tymczasowe, wybieramy podejście nieinwazyjne. Więc
utknęliście w tym stanie na trzydzieści dni. — Theo odchrząknął. — Wysłałem
wiadomość do waszych bliskich…
Nie
zdążył dokończyć.
Rozmycie
eleganckiej zieleni wdarło się przez drzwi.
—
Drakusiu, kochanie!
Astoria
Greengrass weszła niczym dama wystrojona na galę. Jej szaty w odcieniu
głębokiego szmaragdu mieniły się, gdy sunęła przez pokój, niemożliwie wysokie
szpilki stukały o podłogę, a ciemne włosy były upięte w nieskazitelny kok.
Jakimś cudem dobiegła do strony łóżka Draco, nie skręcając kostki, czego
Hermionie nie udało się osiągnąć na
ostatniej gali w Ministerstwie Magii, gdy próbując chodzić w szpilkach,
potknęła się, upadła twarzą na kolana Cormaca McLaggena i męczyła się z nim
przez cały wieczór, gdy upierał się, że nie musi udawać, że wpadła mu w
ramiona, by zwrócić na siebie uwagę.
Całkowicie odrażające.
Astoria
objęła dłońmi twarz Draco i szepnęła:
—
Wszystko w porządku, kochanie. Jestem pewna, że damy radę naprawić ten bałagan. — Jej wzrok powędrował w
miejsce, gdzie jego dłoń wciąż była zrośnięta z dłonią Hermiony. — Wkrótce już
nie będziesz w takiej sytuacji.
Hermiona
zamrugała. Dziwna sytuacja? W ich
pracy zawsze istniało ryzyko. To był jeden z powodów, dla których to
uwielbiali.
Potem
nadeszła druga fala.
Narcyza
i Lucjusz Malfoyowie pojawili się w drzwiach, pogodni, opanowani i ubrani tak,
by budzić grozę. Narcyza miała na sobie eleganckie, czarne szaty wyjściowe z
subtelnym, srebrnym haftem; Lucjusz stał wyprostowany w idealnie skrojonym, mugolskim
garniturze, a jego laska lekko stukała o wypolerowaną podłogę.
Na
każdego, kto przechodził obok, patrzyli obojętnie. Wręcz zimno. Hermiona jednak
zauważyła drobną zmianę w postawie Narcyzy, niemal niezauważalne rozluźnienie
ramion, gdy jej wzrok przesunął się po synu i na nią samą. Bez szwanku.
Narcyza
bez słowa przeszła przez pokój i niezbyt delikatnie odsunęła Astorię na bok, by
mogła stanąć u boku Draco. Lucjusz jednak nie spuszczał wzroku z Hermiony.
Wykrzywił
usta.
—
Dlaczego mój syn musi być obciążony taką idiotką? Głupią dziewczyną, która nie
potrafi nawet przetłumaczyć podstawowych run eolskich?
Każdy,
kto przechodził obok, mógł się zatrzymać i skinąć głową na znak zgody, że
typowo Lucjusz Malfoy strofuje Hermionę Granger. Ale nie obecni w tym pokoju.
Hermiona
przewróciła oczami.
—
Och, ćwiczyłeś tę obelgę, idąc tu, Lucku? Musisz być strasznie rozczarowany, że
wciąż lepiej znam grekę i mam lepszy instynkt niż twój syn.
Zapadła
cisza.
Potem
oboje się uśmiechnęli.
Lucjusz
podszedł, pochylił się i pocałował ją w czoło.
—
Cieszę się, że nic ci nie jest.
Historia
dziwacznej przyjaźni Hermiony Granger i Lucjusza Malfoya była opowieścią,
której nikt do końca nie potrafił zrozumieć.
Po
wojnie Ministerstwo przyjęło kilka nowych zasad zapożyczonych z mugolskiego wymiaru
sprawiedliwości, w tym resocjalizację zamiast tortur z użyciem dementorów. Lucjusz,
wciąż potężny, nawet w niesławie, został wybrany jako główny kandydat do tej
inicjatywy.
Spędził
pięć lat w Azkabanie, poddając się intensywnej terapii i magicznej reedukacji,
po czym nastąpiła dekada zwolnienia warunkowego bez różdżki, uzależniona od
konsekwentnego wolontariatu w organizacjach charytatywnych mugoli, a później w
samym mugolskim społeczeństwie.
Ku
zaskoczeniu wszystkich, Lucjusz poradził sobie znakomicie. Może to był szok związany z dwukrotnym wyborem złej
strony. Może świadomość tego, co zaryzykował: Narcyzę, Draco, wszystko, co posiadał. Ale coś się w nim
zmieniło. I trwało.
Podobnie
jak w przypadku jej relacji z Draco, dynamika Hermiony z Lucjuszem zaczęła się
od ognia: gorzkich słów, zaklęć i patowych sytuacji. Kiedy po raz pierwszy po
wojnie postawiła stopę we Dworze Malfoyów, nie hamowała się. Uwolniła lata
gniewu, wściekłości i złamanego serca.
Lucjusz
przyjął to spokojnie, cicho, niewzruszenie. Pozwalając jej na wygłaszanie
tyrad. Co, co irytujące, jeszcze bardziej ją rozwścieczyło. Aż w końcu jej gniew zmienił się z oczyszczającego
wyładowania w dosadne obelgi.
Wtedy
zaczął się bronić.
Ich
debaty, czy to o dialektach runicznych, teorii arytmetycznej, czy o tym, kto
parzył lepiej herbatę, stały się legendarne.
Ku
cichej radości Narcyzy. Nigdy nie widziała tak ożywionego męża.
Teraz
niemal codzienne wizyty Hermiony we Dworze Malfoyów dzieliły się między długie
pogawędki z Draco, okupowanie najlepszego fotela w bibliotece, intelektualne
pojedynki z Lucjuszem i cywilizowaną herbatę (oczywiście z kanapkami) z
Narcyzą.
Znaleźli
dziwną, nieprawdopodobną równowagę, a Hermiona stanowiła brakujący element w
ciągle ewoluującej układance Malfoyów.
Kiedy
byli wszyscy razem, czuli się prawie jak… rodzina.
Nie
żeby którekolwiek z nich kiedykolwiek powiedziało to na głos.
Theo,
wciąż w irracjonalnie dobrym humorze, wrócił, by poinformować ich, że zostali
wypuszczeni do domu, ale mogą wykonywać jedynie pracę biurową. I, co
ważniejsze, „drobny magiczny wypadek” nie
był akceptowalnym pretekstem do opuszczenia wieczornego przyjęcia urodzinowego.
Właśnie
wtedy zaczęła do nich docierać powaga
sytuacji.
Dosłownie byli ze sobą związani.
Po
tym, jak przez Sieć Fiuu udali się do mieszkania Hermiony, by zabrać Krzywołapa
(wściekłego za przerwanie drzemki) i
kilka ubrań na zmianę, aportowali się do Dworu. Logicznie rzecz biorąc, wybrali
skrzydło Draco we Dworze — więcej przestrzeni, znacznie większe łóżko niż w
maleńkim mieszkaniu Hermiony.
Stojąc
teraz w swojej sypialni, oboje rozglądali się dookoła, tylko nie na siebie,
Draco w końcu się odezwał.
—
Przepraszam, Granger — powiedział cicho, a poczucie winy złagodziło jego wyraz
twarzy. — Naprawdę.
Hermiona
westchnęła, kręcąc głową.
—
Draco, wszystko w porządku. To dziwne, jasne, ale mam zaklęcie… — przerwała,
zastanawiając się. — W każdym razie, oboje jesteśmy dorośli. Ta sytuacja nie
musi być dziwna.
Draco
wziął głęboki oddech, przygotowując się.
—
Genialnie. Bo muszę iść do toalety.
Hermiona
zamrugała.
—
Czekaj… co?
—
Drętwota.
Jej
oczy rozszerzyły się na ułamek sekundy przed uderzeniem zaklęcia. Potem upadła
jak worek ziemniaków, prosto w pierś Draco.
—
Przepraszam, Granger — mruknął, niezgrabnie ją chwytając i opuszczając na
podłogę. — Ale są pewne granice.
Zaciągnięcie
jej byłoby niegodne, więc zachował się jak dżentelmen i użył Leviosy, by przenieść jej nieprzytomną
postać do łazienki.
Dziesięć
minut późnej Draco wynurzył się, unosząc Hermionę obok siebie, wyglądając na o
wiele bardziej zrelaksowanego i tylko odrobinę winnego, że kazał jej leżeć
nieprzytomnej na podłodze w łazience.
Na
swoją obronę, skrzaty domowe we Dworze utrzymywały podłogi w nieskazitelnej
czystości.
A
skoro już miała być wściekła, cóż… czemu by na to nie zasłużyć?
Zaniósł
ją z powrotem do łazienki, chichocząc pod nosem, gdy postawił ją z niesamowitą precyzją — tuż obok toalety,
z policzkiem opartym o chłodne kafelki, z nosem przyciśniętym do podstawy
sedesu.
Potem
wyszeptał:
—
Enevrate.
Oczy
Hermiony gwałtownie się otworzyły. Rzuciła okiem na otoczenie i eksplodowała.
—
DRACO LUCJUSZU MALFOYU! — wrzasnęła,
zrywając się na równe nogi i niezgrabnie szturchając go w pierś, ponieważ jedna
z ich dłoni wciąż była magicznie zrośnięta. — Czy ty właśnie mnie ogłuszyłeś, by móc skorzystać z
toalety?!
Jej
włosy podwoiły swoją objętość, trzeszcząc z wściekłości.
Draco
uniósł ręce w geście udawanej niewinności.
—
Granger, choć jesteśmy najlepszymi
przyjaciółmi, niektóre czynności fizjologiczne najlepiej wykonywać w samotności.
—
Tak, idioto! A gdybyś pozwolił mi
skończyć wcześniejszą wypowiedź, powiedziałabym ci, że pracuję nad odmianą
Zaklęcia Bąblogłowego, która by to rozwiązała!
Podkreśliła
zdanie gwałtownym machnięciem różdżki, wystrzeliwując żądlącą klątwę prosto w
ramię Draco.
—
Ała! — krzyknęli chórem.
Hermiona
zamarła. Draco wpatrywał się w ich złączone dłonie.
Spojrzeli
na siebie, równie przerażeni.
—
Och, fantastycznie — mruknęła
Hermiona, potrząsając ręką. — Oczywiście. Theo wspomniał o wspólnych nerwach.
—
Wspaniale — odparł Draco beznamiętnie. — Jesteśmy przeklęci, połączeni i zsynchronizowani emocjonalnie. Co
dalej, dokańczanie swoich…
—
Zdań? — przerwała mu Hermiona.
Jęknęli
chórem.
Po
chwili namysłu Hermiona uniosła różdżkę, wykonała skomplikowany ruch i
mruknęła:
—
Sanuspirantes Nox Muffliato.
Po
czym wycelowała prosto w głowę Draco.
Migocząca
bańka zmaterializowała się wokół jego głowy, wypełniona była ciemną, wirującą
mgłą.
Hermiona
natychmiast zaczęła krzyczeć z całych sił — wymachiwała rękami, dźgała bańkę
światłem różdżki i generalnie robiła z tego spektakularne widowisko.
Draco
nawet nie drgnął. Nie mrugnął.
Nic nie słyszał ani nie widział.
To
było dziwne uczucie, bezgłośne, ciemne, ale nie tak okropne, jak regularne
ogłuszanie przez Hermionę.
Kiedy
wycofała zaklęcie, mrugnął do niej.
—
Widziałeś lub słyszałeś cokolwiek? —
zapytała, krzyżując ramiona.
Pokręcił
głową.
—
Nic a nic.
Hermiona
prychnęła z zadowoleniem.
—
Dobrze. Chyba wystarczy.
Draco
otworzył usta, by ją pochwalić, ale zaraz je zamknął. Za nic w świecie nie da
jej satysfakcji w słyszeniu, że mógłby nazwać ją Najbystrzejszą Czarownicą
Swojego Pokolenia.
W
każdym razie jeszcze nie.
~*~*~*~*~*~*~*~*~
Po
bardzo niezręcznej wspólnej kąpieli, podczas której zgodnie ustalili, że ich wzrok będzie „nad równikiem”, Draco natychmiast
spuścił wzrok na jej nagą klatkę piersiową. Zasada została pospiesznie
zmieniona na „powyżej ramion”.
Ubieranie
się okazało się jeszcze większym wyzwaniem. Po dziesięciu minutach splątanych
kończyn, stłumionych przekleństw i krótkiej chwili, w której wylądowali płasko
na podłodze w splątanej stercie rękawów i guzików, Draco w końcu przywołał
skrzata domowego z dzieciństwa.
Mipsy,
najstarsza i najbardziej utalentowana skrzatka w domu Malfoyów, wpadła z cichym
trzaskiem, spojrzała na nich z dezaprobatą i w niecałe pięć sekund zaczarowała
ich ubrania. Zaproponowała nawet, że będzie „na każde zawołanie”, gdyby w
przyszłości potrzebowali pomocy.
Teraz,
dwadzieścia minut później, Hermiona siedziała bezwładnie na blacie w łazience,
znudzona na śmierć.
Draco
był w trakcie swojej skomplikowanej pielęgnacji włosów, która najwyraźniej
wymagała kilku etapów, dwóch olejków, jedwabnego owinięcia różdżką i chwili
ciszy dla optymalnego połysku.
Hermiona
dawno już wysuszyła loki szybkim, spersonalizowanym zaklęciem, dodała odrobinę
makijażu i oznajmiła, że skończyła.
Tymczasem
Draco wciąż układał swoje eliksiry i probówki, nadając im precyzyjny wygląd.
Przewracając
oczami, przywołała najbliższą butelkę Ognistej Whisky.
—
Jeśli jeszcze raz będę musiała słuchać o twojej strefie napięcia fal, to zacznę
od tego, że wypiję całą butelkę.
—
Granger, proszę — jęknął Draco. — Wiesz, jakie to trudne, gdy to się robi jedną ręką?
Hermiona
uśmiechnęła się ironicznie i upiła łyk.
—
Właśnie tak powiedziała.
Draco
rzucił jej miażdżące spojrzenie.
—
Przestań pić — powiedział, wyrywając jej butelkę z ręki i odkładając ją poza
jej zasięg. — Wiem, do czego zmierzasz i przeszkadza mi to w precyzji. —
Dramatycznie spojrzał na ich złączone dłonie. — To delikatna operacja.
~*~*~*~*~*~*~*~*~
Dziurawy
Kocioł był pełen ludzi. Tego wieczoru goście przyjęcia urodzinowego Theo
zdawali się stanowić połowę klienteli pubu.
Przybycie
Draco i Hermiony natychmiast przykuło uwagę, między innymi ze względu na
niezręczny sposób, w jaki poruszali się między drzwiami i krzesłami, mając
złączone ręce.
Harry
zauważył ich pierwszy i podszedł, a wzrok przeskakiwał z twarzy Hermiony na ich
złączone dłonie.
—
Theo mnie wprowadził. Ale większość ludzi jeszcze nie wie — powiedział cicho. —
Wszystko w porządku?
Hermiona
skinęła głową.
—
Będzie dobrze, o ile unikniemy klątw i zbędnych rytuałów związanych z włosami.
—
Granger — Zasada Przyjaźni numer 2 — mruknął Draco.
Przewróciła
oczami.
Harry
spojrzał na Draco z zakłopotanym uśmieszkiem i przez chwili między nimi
zaiskrzyło: poufałość, irytacja, niechętny szacunek.
Draco
nauczył się, że zostanie najlepszym przyjacielem Hermiony wiązało się z pewnymi
warunkami. Najważniejszym z nich było
tolerowanie Harry’ego Pottera, a co za tym idzie, różnych Weasleyów.
Chociaż
nigdy by tego nie powiedział na głos, Draco musiał przyznać, ze
ostatnio zaskakująco dobrze dogadywał się z Potterem. Pomiędzy wspólną traumą, przetrwaniem
programu szkoleniowego dla Aurorów i pracą w ramię w ramię w Biurze Aurorów,
wypracowali osobliwą więź.
A
Weasleyowie? Mieszanka. Ledwo tolerował Łasicę (Rona), lubił Rudą (Ginervę) i miał cichą obsesję na punkcie bliźniaków
Łasic (Freda i George’a), choć prędzej by umarł, niż się do tego komukolwiek
przyznał.
Gdy
szli w stronę stołów, Ginny dostrzegła ich dłonie i pisnęła triumfalnie.
—
PARKINSON! Jesteś mi winna pięćdziesiąt
galeonów! — krzyknęła przez salę, unosząc pięść w górę.
Pansy,
która właśnie elegancko siedziała na kolanach Neville’a, zmrużyła oczy, patrząc
na parę.
—
Cholera. Postawiłam na pana młodego
uciekającego tuż przed ślubem.
Lavender,
obejmując Rona ramieniem, mrugnęła do Hermiony i bezgłośnie powiedziała:
—
Najwyższy czas.
Ron
wyglądał na zdezorientowanego.
Fred
i George zmaterializowali się znikąd, każdy z boku obchodząc przeklętą parę i
obejmując ich ramionami.
—
W końcu zobaczyliście, co macie przed
sobą, co? — zapytał George.
—
Dość długo wam to zajęło — dodał Fred. — Ona jest o wiele lepsza od Panny Z
Kijem W Dupie.
Och, pomyśleli Hermiona i Draco jednocześnie.
Zanim
zdążyli odpowiedzieć, Theo wrócił z baru, niosąc przed sobą tacę z drinkami.
—
Dobra, ludzie! Wszystkie zakłady są nadal
aktualne! — zawołał, szczerząc się jak ktoś, kto czekał na to cały dzień. —
Chowajcie galeony, nasi ulubieni idioci nie są jeszcze parą — ostatnie słowa wypowiedział szeptem. — Zostali
magicznie sklejeni na następne trzydzieści dni dzięki niefortunnemu złamaniu
klątwy.
Chór
jęków i okrzyków rozczarowania przetoczył się przez salę.
Hermiona
i Draco unieśli złączone dłonie w milczącym potwierdzeniu.
Ginny,
w połowie drinka, mruknęła Cholera! i
szybko dopiła resztę swojej Ognistej Whisky.
Drinki
lały się strumieniami. Tłuste miski gorących frytek były pochłaniane, Hermiona
jadła palcami, a Draco, ku jej absolutnej radości,
widelcem.
Dramatycznie
uniosła mały palec, naśladując jego postawę, udając arystokratkę.
—
Och, kochanie — powiedziała,
zadzierając nos.
Ich
złączone dłonie spoczywały między nimi na stole.
W
odpowiedzi pokazał jej środkowy palec.
Zwyczajny,
piątkowy wieczór, serio.
W
pewnym momencie Theo pojawił się ponownie z przekrzywionym kapeluszem
imprezowym, mamrocząc coś o tym, że absolutną zbrodnią byłoby, gdyby jubilat
nie dostał buziaka od wszystkich.
Ludzie dopingowali, gdy podążał za Harrym po pubie niczym człowiek z misją.
To,
co zaczęło się jako żartobliwe unikanie, przerodziło się w pocałunek tak
entuzjastyczny, że zrekompensował grzeczne pocałunki wszystkich pozostałych.
Stół
zawrzał.
Purpurowy
z zażenowania Harry i zadowolony z siebie, promienny Theo wrócili na swoje
miejsca wśród gromkich braw.
~*~*~*~*~*~*~*~*~
Hermiona
była w połowie trzeciej lampki wina, gdy zobaczyła Ginny i Pansy zbliżające się
niczym dwie lwice do wyjątkowo soczystej gazeli.
Ginny
machnęła różdżką z cichym Silencio,
rzucając dyskretną bańkę na połowę stołu, skutecznie odcinając Hermionę, Pansy
i Ginny od reszty.
—
Byłam tak blisko pięćdziesięciu galeonów, suko — syknęła Ginny, ściskając palec
wskazujący i kciuk.
Hermiona
uśmiechnęła się złośliwie i pokręciła głową.
—
Zapominacie o Astorii, idiotki.
—
Jestem pewna, że Drakuś — powiedziała
Pansy, przerażająco wiernie naśladując dyszący głoś Astorii — wkrótce się
opamięta.
Hermiona
przewróciła oczami.
—
Czy wyglądam na kogoś, kto wzdycha do swojego bardzo zaręczonego, najlepszego
przyjaciela?
—
Cóż, nie — przyznała Ginny, mrużąc oczy.
—
Ale wciąż nam nie powiedziałaś, z kim
masz tajemniczy romans — dodała Pansy, a obie kobiety patrzyły na Hermionę
błagalnie.
Godryku, pomyślała Hermiona, przyjaźń z Ginny i Pansy to jak przetrwanie burzy na wysokich obcasach
— z winem i sekretami. Nie zamieniłaby tego za nic na świecie.
Wspomnienie
o jej tajemniczym romansie sprawiło, że bardzo swobodnie rozejrzała się po
pomieszczeniu.
Zbyt
nonszalancko.
Pansy
i Ginny natychmiast to zauważyły i też zaczęły się rozglądać.
—
Szukamy kogoś konkretnego, Granger? —
zapytała słodko Pansy.
—
Nie — skłamała Hermiona.
Słabo.
—
Nie to, żebyś mogła robić coś fajnego,
będąc złączona z Lordem Malfoyem — jęknęła Ginny.
Pansy
wybuchła śmiechem.
—
Tak, zdecydowanie by mogła.
Zapadła
cisza.
A
potem nastąpiło olśnienie.
—
Och, czekaj — powiedziała powoli
Pansy, szeroko otwierając oczy. Spojrzała na Hermionę z nagłym zrozumieniem. — Cały miesiąc.
Ginny
sapnęła.
—
Cholera.
Wyciągnęła
rękę i poklepała Hermionę po ramieniu jak wdowa wojenna.
Pansy
nachyliła się, a w jej oczach błysnął psotny błysk.
—
Myślisz, że Astoria będzie zła, że ominie ją niedzielna nocowanka u Drakusia?
—
Kiedyś spędzała cały dzień, przygotowując się do nich — dodała Ginny.
—
Cały dzień — potwierdziła Pansy,
przesadnie kiwając głową.
Hermiona
tylko wzruszyła ramionami.
Astoria
była… wyjątkowa.
Draco
powiedział jej, że ich zaręczyny były zaaranżowane od urodzenia i choć Astoria
była elegancka i obowiązkowa, im lepiej Hermiona ją poznawała, tym bardziej
miała wrażenie, że kobieta nie pasuje do Draco.
—
No cóż, może… — zaczęła Pansy, a jej głos stał się lepki od sugestii — moglibyście po prostu…
Wykonała
nieokreślony gest dłonią między Hermioną a Draco.
Hermiona
zamrugała.
—
Tak, spasuję. Astoria nie jest w moim typie.
—
Och… — Ginny zerwała się na równe
nogi, triumfalnie wskazując na nią palcem. — Powiedziała Astoria, a nie Malfoy? — Uderzyła Pansy łokciem. — Te
pięćdziesiąt galeonów jest moje. Już
wkrótce.
Po
drugiej stronie zaczarowanego stołu Draco odpierał zupełnie inny rodzaj przesłuchania.
Theo
siedział wygodnie na swoim miejscu, bezmyślnie przeczesując palcami i tak już
rozczochrane włosy Harry’ego. Najwyraźniej Harry w końcu poddał się
nieuniknionemu. Hermiona wspomniała kiedyś, zupełnie mimochodem, że po trudnym
rozstaniu z Cedrikiem Harry miał trochę czasu dla siebie, ale jednocześnie
czaił się na Theo.
Draco
szczerze cieszył się ich szczęściem.
Mimo
to coś drgnęło w jego piersi, nie zazdrość. Po prostu… coś.
Stłumił
to uczucie.
Między nim a Astorią było dobrze.
Nawet bardzo dobrze.
Aranżowane
małżeństwa są skomplikowane, owszem, ale nauczy się ją kochać. Był tego pewien. W końcu.
Prawda?
—
Dobra, ale ile razy widziałeś dziś cycki Granger? — zapytał radośnie Theo.
Draco
zakrztusił się swoją Ognistą Whisky.
Fred
wślizgnął się obok niego i poklepał go po plecach.
—
Mówimy o cyckach Granger?
Draco
rzucił okiem na stronę stołu, gdzie siedziały dziewczyny, zasłoniętą delikatną
poświatą zaklęcia wyciszającego. Ginny i Pansy najwyraźniej ją przesłuchiwały.
—
Umyślnie czy nieumyślnie? — zapytał sucho.
—
Oba — odpowiedzieli chórem.
Harry
jęknął.
—
Nie, proszę. Jest dla mnie jak siostra.
—
Dla nas też była jak siostra — dodali chórem Fred i George, uśmiechając się
szeroko.
Nieudany
romans Hermiony i Rona wciąż był owiany legendą. Ron chciał małżeństwa i dzieci,
a Hermiona uciekła do Australii na sześć miesięcy pod pretekstem „poszukiwania
rodziców”. Wszyscy znali prawdę.
Na
szczęście Ron i Lavender odnowili relację, a Mon-Ron był teraz szczęśliwym
mężem i ojcem dwójki małych Weasleyów. Bez urazy.
Draco
potarł kark.
—
Raz celowo. Trzy razy nieumyślnie.
Harry
opróżnił kieliszek jednym haustem.
—
Powiem Tori — zanucił Theo.
Draco
spiorunował go wzrokiem.
—
Sąd spektakularne — powiedział George, patrząc z rozmarzeniem.
—
A ty niby skąd to wiesz? — zapytał
Theo, już w połowie siedząc na kolanach Harry’ego.
—
Zeszły rok, winnica Zabiniego — odparł George.
Draco
powoli skinął głową.
Zanim
oficjalnie zaręczyli się z Astorią, cała ich grupa — z wyjątkiem Astorii —
spędziła dwa błogie, chaotyczne, przesiąknięte winem tygodnie w jednej z
prywatnych winnic Blaise’a na włoskim wybrzeżu.
Nikt
nie nazwał tego wyjazdem kawalerskim,
ale wszyscy wiedzieli, czym był: ostatnim tchnieniem wolności Draco przed
przyszłością, w którą zobowiązywał się wkroczyć.
Było
słońce, wino, mnóstwo wątpliwych
decyzji i mnóstwo romantycznych schadzek z uroczymi miejscowymi. Draco wrócił,
podpisał umowę zaręczynową i zobowiązał się do życia, którego nie chciał, ale
obiecał sobie, że da radę dla nich obojga.
—
I co? — zapytał Theo, pochylając się do przodu jak dziecko błagające o plotki
przed snem.
George
zawahał się, a potem uśmiechnął.
—
Nakryłem ją i… cóż, przysięgałem dochować tajemnicy.
—
Bzdura! — Fred i Theo zaklęli chórem.
Tajemnicze
romanse Hermiony były nieustającą grą w zgadywanki dla całej grupy.
Harry
tylko jęknął i uderzył głową o stół.
—
Proszę, niech ktoś przyniesie mi
więcej alkoholu.
Theo
bez słowa przesunął swój drink po stole. Harry opróżnił go bez wahania.
—
W każdym razie — powiedział George z samozadowoleniem — zapierające dech. Dziesięć na dziesięć. Gorąco polecam.
Po
drugiej stronie stołu Hermiona, która nie słyszała ani słowa z powodu zaklęcia
wyciszającego, zmrużyła oczy, patrząc na George’a. Jej intuicja się nie myliła.
Powoli,
ostrzegawczo przesunęła palcem po gardle.
George
zbladł.
—
I, no cóż, na Merlina, to
najstraszniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek spotkałem. Wielbię ziemię, po
której stąpa.
_____________
Witajcie :) w tym rozdziale wiele się podziało. Chaos przede wszystkim. Nie wiem jak Wam, ale mnie bardzo podoba się fakt, że każdy zakłada, że dramionki będą razem.
Następne rozdziały chciałabym wstawić niedługo, ale nie wiem jak będzie, bo mam jeszcze Uchwalenie do skończenia (co w ogóle mi nie idzie) i Come To Claim. Ale myślę, że jakoś to wszystko ogarnę.
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia. Enjoy!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)