[T] Złączeni: Rozdział 19
Zasada Przyjaźni numer 35: W czasach kryzysu finansowego jedno zawsze
zapewni drugiemu kosmetyki do pielęgnacji włosów
(Propozycja: DM | Zaakceptowana z
niechęcią: HG)
W gabinecie Harry’ego panował chaos, gdy przybyli
Hermiona i Draco. Pióra wściekle drapały po pergaminie, młodsi Aurorzy
wchodzili i wychodzili, a Harry w samym środku tego wszystkiego wykrzykiwał
polecenia.
Ron czekał już w kącie z kawą i torebką babeczek,
niedbale rzuconą na stosie poufnych raportów. Nie był Aurorem terenowym, jego
talenty skupiały się na strategii i logistyce, a także na organizowaniu małych
i dużych operacji zza kulis. Oznaczało to, że często wiedział więcej o tym, co
się dzieje w departamencie, niż ludzie w terenie, a Hermiona wierzyła, że
połowę planów działań Ministerstwa jest ukryta w jego wypchanym babeczkami
mózgu.
— Harry powiedział mi przy śniadaniu — wymamrotał
Ron z ustami pełnymi babeczek z jagodami, a okruszki rozsypały się dookoła. —
Ona naprawdę jest szalona, prawda?
Żarty szybko się skończyły, gdy Harry i Ron
obejrzeli wspomnienia zamknięte we fiolce z dowodami. Harry przetarł twarz
dłońmi i nie dało się nie zauważyć ciężaru w jego głosie.
— Chciała rzucić na ciebie Avadę, Hermiono.
Próbując rozładować napięcie, Hermiona uniosła
złączone dłonie z krzywym uśmiechem.
— Cóż… gdyby to zrobiła, prawdopodobnie oboje
byśmy zginęli.
Trzej mężczyźni patrzyli na nią, jakby właśnie
opowiedziała kiepski dowcip na pogrzebie.
Bez wahania Draco posadził ją sobie na kolanach,
objął mocno w talii, pocałował w szyję i oparł głowę na jej ramieniu.
— Nie ma w tym nic śmiesznego — wyszeptał jej do
ucha.
Usta Harry’ego wygięły się w lekkim uśmiechu. Na
jego twarzy nie było ani krzty zaskoczenia. Prawdopodobnie wiedział o uczuciach
Hermiony do Draco na długo przed nią.
Ron jednak zmrużył oczy, kiwając głową, jakby
śledził jakiś skomplikowany mecz Quidditcha, aż w końcu zrozumiał.
— Jasna cholera — mruknął, szeroko otwierając
oczy. — Jak długo to trwa?
— Dopiero od wczoraj — powiedziała szybko
Hermiona.
— Po tym, jak podpisałem dokumenty o rozwiązaniu
kontraktu — dodał stanowczo Draco, jakby potrzebowali natychmiastowego
doprecyzowania.
Ron jęknął, wrzucając niedojedzoną babeczkę z
powrotem do torby.
— Świetnie. Wiszę Gin pięćdziesiąt galeonów.
Harry kaszlnął w dłoń.
— Siedemdziesiąt pięć.
Hermiona mrugnęła.
— Obstawialiście,
że będziemy razem?
Ron skrzywił się.
— Nie tylko my. Cała rodzina jest w to wmieszana.
George ma na zapleczu wykres. Fred, cóż, znacie go, spisał zakłady brokatowym
atramentem. Percy zrobił cholerny arkusz kalkulacyjny. A poza tym mama
postawiła na waszą ucieczkę przed jego ślubem.
Hermiona zakryła twarz dłonią. Draco tylko
mruknął coś pod nosem o cholernych
Weasleyach i mocniej ją objął.
Gdy wstali, by udać się na spotkanie z
prawnikami, Harry zapewnił ich, że zakaz zbliżania zostanie wydany ekspresowo.
Astoria otrzyma go w ciągu kilku godzin.
~*~*~*~*~*~*~*~*~
Aura triumfu emanująca z Greengrassów, gdy
wmaszerowali do sali konferencyjnej kancelarii prawnej, była niemal komiczna.
Malcolm wszedł niczym król-zwycięzca, z wypiętą piersią, a Helena sunęła za
nim, jakby to była wizyta towarzyska, a nie postępowanie sądowe. Zdawali się
nie dostrzegać, co naprawdę się dzieje — ich prawnicy byli bladzi, zapracowani,
pergaminy i teczki powiewały, gdy urzędnicy biegali do środka i z powrotem, a
powietrze było ciężkie od strachu.
Lucjusz i Narcyza, zawsze pełni opanowanej
uprzejmości, wstali, by ich powitać. Lucjusz wyciągnął rękę z nonszalancką
gracją, jakby witał Malcolma w salonie na herbatę, a nie na polu bitwy.
— Nigdy nie uważałem cię za głupca, Lucjuszu —
chełpił się Malcolm, ściskając jego dłoń zbyt mocno.
Lucjusz uśmiechnął się tylko, lekko wykrzywiając
usta i gestem zaprosił go do środka, niczym mężczyzna dogadzający dziecku.
Helena powitała Hermionę, a jej wzrok powędrował
ku niej z tym samym, lekceważącym uśmieszkiem, którego używała już dziesiątki
razy.
— Witaj, Melanie.
Hermiona otworzyła usta, ale Draco był szybszy.
Jego głos zabrzmiał ostro i pewnie w całym pomieszczeniu.
— Właściwie, ma na imię Hermiona.
Zapadła cisza, przemyślana, ciężka, wszystkie
głowy w pokoju się odwróciły. Helena zamarła pod spojrzeniem Draco — nie
szyderczym, nie z uśmieszkiem, lecz czymś o wiele bardziej przenikliwym, cichą
odmową pozostawienia tego bez reakcji. Jej policzki poczerwieniały, gdy
spuściła wzrok i pospiesznie usiadła obok męża.
Hermiona uświadomiła sobie, że Draco nigdy więcej
nie pozwoli, by ktokolwiek sprawił, że poczuje się gorsza.
Astoria weszła ostatnia, z opuszczoną głową i
mocno splecionymi dłońmi. Nie spojrzała na Draco ani na Hermionę. Opadła na
krzesło, jakby chciała zniknąć z pola widzenia.
Na wypolerowanym stole przed Malcolmem leżała jego
kopia kontraktu małżeńskiego i czekała. Jeden z jego prawników rzucił się
naprzód, w jego głosie słychać było panikę.
— Proszę pana… proszę zaczekać…
Ale Malcolm już chwycił pióro z chciwym
oczekiwaniem, a w jego oczach błyszczały wizje złota w skarbcach. Jednym,
aroganckim gestem przeciął pergamin swoim podpisem.
Magia przypieczętowana została złotym blaskiem.
Kontrakt zerwano.
I zastawiono pułapkę.
Malcolm w końcu oderwał wzrok od Lucjusza i
zwrócił się ku grupie prawników. Jego głos zatrzeszczał jak bicz.
— O co chodzi?
Młodszy prawnik, który prawdopodobnie niedawno
osiągnął pełnoletniość, zrobił krok naprzód, a pot perlił mu się na skroni.
— Chodzi… chodzi o majątek firmowy, Lordzie
Greengrass.
Strach wisiał w powietrzu.
— Co z nim? — zapytał zniecierpliwiony Malcolm.
Młody mężczyzna przełknął ślinę.
— Cóż, proszę pana… nic nie ma.
Zapadła cisza.
— Bzdura — warknął, machając ręką na podwładnego,
jakby odganiał nieprzyjemny zapach. — Przynieś mi spis majątku.
Ale nikt się nie poruszył. Zgromadzeni prawnicy
wymienili porozumiewawcze spojrzenia, przeskakując wzrokiem między pergaminami
a klientem. W końcu, najstarszy rangą, czarodziej o szarych włosach i drżących
dłoniach, wystąpił naprzód. Jego głos był ostrożny, pełen szacunku i
przesiąknięty lękiem.
— Panie Greengrass… od momentu powiadomienia o
zerwaniu kontraktu spędziliśmy każdą chwilę na przeglądaniu ksiąg rachunkowych.
— Przerwał, zbierając siły. — Malfoyowie nie mają żadnych firm.
Cisza, która zapadła, zdawała się ciągnąć w
nieskończoność.
Oczy Malcolma zwęziły się i przeniósł wzrok z
powrotem na Lucjusza, jakby próbował odczytać myśli przeciwnika. Lucjusz
spojrzał mu w oczy z maską spokoju na twarzy. Tylko najlżejszy błysk, ostry,
zimny i niemal maniakalny, zdradzał kryjąca się pod spodem satysfakcję.
Po długiej, pełnej napięcia chwili Malcolm skinął
krótko głową.
— Dobre zagranie, Lucjuszu. — Jego ton był
szorstki, ale słowa nie były szczere. — Dobre zagranie.
Lucjusz skinął głową, co było uosobieniem
uprzejmego potwierdzenia.
Odwracając się do swoich prawników, głos Malcolma
stał się twardy jak skała.
— Czy wróciły raporty z Gringotta?
Prawnik prowadzący sprawę przełknął głośno ślinę.
— Wygląda na to, że… istnieją pewne rozbieżności,
proszę pana.
Słowo rozbieżności
zawisło w powietrzu niczym gilotyna.
Malcolm podniósł się z krzesła jednym, płynnym i
gwałtownym ruchem.
— W takim razie rozwiążemy je od razu. Chodźmy
tam i zobaczymy, o co dokładnie chodzi.
Po tych słowach Greengrassowie wyszli z sali
konferencyjnej, a ich córka dreptała za nimi niczym cień. Ich prawnicy pognali
za nimi, wirując pergaminami i piórami.
Lucjusz podał Narcyzie ramię, gdy oboje szli za
nimi niespiesznym krokiem. Atmosfera wokół nich była królewska, niemal pełna
samozadowolenia. Draco i Hermiona podążali za nimi, spleceni ze sobą, a ich
złączone dłonie były niemym przypomnieniem solidarności, gdy wyszli na Ulicę
Pokątną. Rosnąca grupa urzędników, sekretarek i prawników wylewała się na bruk,
podążając w napiętym korowodzie w stronę Gringotta.
Rita Skeeter czekała już na szczycie schodów
Banku Gringotta. Jej blond loki podskakiwały, a wysadzane klejnotami okulary
odbijały poranne światło niczym drapieżna przynęta. Jej samopiszące pióro
unosiło się w powietrzu, drgając niecierpliwie, podczas gdy fotograf czaił się
w pobliżu, a jego aparat błyszczał blado, jakby łaknął skandalu. Prasa
najwyraźniej dostała cynk.
— Lordzie Greengrass — przenikliwy głos Rity
przeciął tłum. — Gratulacje z okazji zostania najbogatszą rodziną czarodziejów w Wielkiej Brytanii.
Nie zapytała, to było stwierdzenie, jakby już
wpisane w jutrzejszy nagłówek.
Malcolm nadął się jak paw, wyraźnie rozkoszując
się smakiem zwycięstwa.
— Złożę oświadczenie po potwierdzeniu przekazania
wszystkich aktywów — oznajmił, mijając ją, jakby bruk miał się przed nim
rozstąpić.
Helena i Astoria pobiegły za nim.
Rita, spragniona krwi, rzuciła się ku Malfoyom.
Dreptała obok nich, a jej pióro bez przerwy bazgrało.
— A co z wami, Lordzie Malfoy? — naciskała, a jej
głos ociekał fałszywą słodyczą. — Żadnego komentarza dla opinii publicznej? Jaki
był powód złamania serca biednej, niewinnej dziewczynie?
Lucjusz zbył ją machnięciem dłoni w rękawiczce,
jakby odganiał uporczywego komara.
— Na razie bez komentarza.
Pióro Rity drapało mocniej po pergaminie, gdy bez
skrępowania pochyliła się do przodu, a jej oczy błyszczały złośliwością.
— Powiedz mi, Draco — mruknęła, a jej głos niósł
się na tyle głośno, by zgromadzona wokół publiczność mogła go usłyszeć — czy
odrzuciłeś Astorię, bo wciąż jesteś bezdusznym Śmierciożercą, którego wszyscy
pamiętają? Czy skrywasz jakiś inny, brudny sekret?
Pytanie nie było po prostu ostre, to był sztylet
cuchnący monetami Greengrassów.
Draco nawet nie spojrzał w jej stronę. Zacisnął
szczękę, ale utkwił wzrok przed sobą, wyprostowany, całkowicie ją ignorując.
Hermiona poczuła lekki uścisk ich złączonych dłoni i zrozumiała, że nie da
Ricie satysfakcji z reakcji.
Rita, widocznie zirytowana brakiem odpowiedzi,
pstryknęła palcami na fotografa, zmuszając się do uśmiechu, jakby wcale nie
wylała trucizny na ulicę.
Rita skierowała swój ostry jak potłuczone szkło
wzrok na Hermionę, a jej usta wykrzywiły się w uśmiechu, który nie wróżył nic
dobrego.
— Czy chociaż panna może potwierdzić plotkę, panno Granger? Że zaręczyny zostały zerwane, bo
uwięziłaś Draco Malfoya w… hm, jakby to ująć… delikatnej sytuacji?
Hermiona przewróciła oczami tak mocno, że o mało
nie zobaczyła mózgu. Oczywiście, że Rita nigdy jej tego nie zapomni. Niektóre
urazy nigdy nie giną, zwłaszcza te, które wiążą się z byciem zamkniętą w słoiku
przez miesiące.
— Nie jestem w ciąży, Rito — powiedziała
beznamiętnie Hermiona, maszerując z Draco u swojego boku.
Jej ton głosu był chłodny, wręcz znudzony, ale
policzki piekły od błysku flesza fotografa.
Samopiszące pióro drapało za nimi z furią, już
spisując jutrzejszą truciznę.
Jedną rzecz Hermiona wiedziała o ultra bogatych
ludziach: nie stali w kolejkach. W miejscu, gdzie zwyczajni czarodzieje i
czarownice zjeżdżali do podziemi Gringotta w rozklekotanych wagonach,
Malfoyowie i Greengrassowie zostali wprowadzeni prosto do prywatnego
apartamentu dla klientów, z wypolerowanymi, marmurowymi podłogami, złoconymi
kinkietami i tacami z herbatą dyskretnie ustawionymi w kątach.
W środku grupka zapracowanych prawników próbowała
dyskutować z Goblinami. Te, niewzruszone, ukłoniły się sztywno obu
czarodziejom, do Hermiony uśmiechnęły się szyderczo, a następnie wycofały się
na obrzeża sali wyraźnie nie chcąc dać się wciągnąć w nadchodzącą burzę.
Zanim którykolwiek prawnik zdążył wyjąkać
ostrzeżenie, Malcolm Greengrass machnął ręką, odsuwając ich.
— Chodźmy do skarbców. Chcę zobaczyć transfer
złota na własne oczy — oznajmił głosem ochrypłym od triumfu, słowami ostrymi i
rozważnymi, mającymi na celu upokorzenie.
Gobliny skinęły krótko głowami i wprowadziły ich
przez dyskretne, tylne drzwi, prowadzące do prywatnych zaklęć transportowych
zarezerwowanych dla najbogatszych klientów Gringotta. Płynna, cicha magia
niosła ich w dół, bez trzęsących się torów i zawrotnej prędkości zwykłych
wagonów.
Skarbce Malfoyów zajmowały całe piętro w banku,
korytarze ciągnęły się w cień, a każde drzwi lśniły ochronnymi zaklęciami.
Niektóre skarbce były przeznaczone na pamiątki rodzinne, meble lub biżuterię,
jak ta, którą Draco i Hermiona splądrowali, by zdobyć tiarę dla Astorii. Były
bezpieczne, a zerwanie kontraktu nie dotyczyło rodzinnych pamiątek.
Pierwszym przystankiem był osobisty skarbiec
Draco. Hermiona była w nim wiele razy, zarówno jako łamacz klątw (szybka
inspekcja nie ujawniła żadnych, mrocznych artefaktów), jak i później, gdy Draco
załatwiał swoje sprawy. Znała jego układ: antyki, gabloty z biżuterią, relikwie
z posiadłości jego dziadków. Ale tym, co ją teraz zatrzymało, była podłoga, na
której kiedyś lśniły stosy złota. W ich miejscu leżał samotny galeon.
Draco pochylił się, cicho szepcząc jej do ucha.
— Granger… ile mi płacą?
Starała się, naprawdę starała się nie przewrócić
oczami na dźwięk jego słów.
Jego oczy rozszerzyły się.
— Granger, myślisz, że matka zapłaciła z góry za
moje kosmetyki do włosów? Bo nie sądzę, żeby… grosze, które nazywają pensją, to
pokryły.
W jego tonie głosu przebijała się panika.
Hermiona uniosła brew.
— Naprawdę, Malfoy, ile może kosztować kilka
pudełeczek i fiolek?
Kiedy wyszeptał kwotę, to ona otworzyła szeroko
oczy.
— Naprawdę jesteś bogatym palantem, wiesz? —
mruknęła.
— Twoim bogatym palantem — odparł gładko, a jego
usta wykrzywiły się w uśmieszku.
W głębi duszy ona też się uśmiechnęła.
— Dobrze. Uroczyście obiecuję pokryć wszelkie
luki w twoim budżecie na niezbędne kosmetyki do włosów w tym tragicznym okresie
finansowego zamętu.
Draco skinął głową uroczyście, jakby właśnie
złożyła Wieczystą Przysięgę.
Malcolm Greengrass głośno pociągnął nosem,
rozglądając się po pustym skarbcu.
— Cóż, mój chłopcze — powiedział głosem
ociekającym protekcjonalnością — wydaje się, że zerwanie kontraktu jest
najlepszym rozwiązaniem. Najwyraźniej nie masz głowy do zarabiania.
Roztrwoniłeś już cały spadek?
Draco w odpowiedzi tylko skinął lekko głową,
starannie zachowując kamienną twarz, nie zdradzając jeszcze, o co toczy się
gra.
Cienki uśmiech Malcolma poszerzył się, mimo że na
kamiennej posadzce lśnił jedynie pojedynczy galeon.
— Tak, zdecydowanie najlepsze rozwiązanie. Nie ma
szans, żebyś był w stanie zarządzać majątkiem Greengrassów, skoro nie potrafisz
nawet zarządzać własnym skarbcem. — Odwrócił się do Lucjusza z zadowolonym
uśmieszkiem. — Niczego go nie nauczyłeś, Lucjuszu?
Ten przechylił głowę, a jego usta wygięły się w
jednym z firmowych półuśmiechów, takim, który mówił o wiele więcej niż
wypowiadane słowa.
— Wręcz przeciwnie, Malcolmie — wycedził gładko
jak jedwab. — Nie mógłbym być z niego bardziej dumny.
Hermiona dostrzegła w jego oczach nikły blask
radości, tę niebezpieczną, malfoyowską iskrę, która świadczyła o tym, że
rozkoszuje się każdą sekundą tej farsy.
Na skinienie Malcolma jeden z Goblinów machnął
dłonią. Samotny galeon zalśnił złotem, a potem zniknął w wirze magii, bez
wątpienia przeniesiony do skarbca Greengrassów. Gobliny miały starannie
neutralne miny, ale Hermionie zdawało się, że dostrzegła lekkie drgnięcie w
kąciku jednej z haczykowatych paszczy.
Poszli dalej.
Obok skarbca Draco znajdował się mniejszy,
którego drzwi skrzypnęły, otwierając się, ukazując ten sam widok: puste półki,
kurz i samotny galeon.
Hermiona nachyliła się bliżej, szepcząc:
— Do kogo ten należy?
Głos Draco zniżył się.
— Był dla moich dziedziców.
Gwałtownie odwróciła głowę w jego stronę,
zaskoczona.
— Nawet zanim zostali poczęci? Albo narodzili
się?
Skinął krótko głową, wpatrując się w pusty
skarbiec.
Za nimi Lucjusz odezwał się płynnym głosem do
Malcolma.
— Jeden ze skarbców inwestycyjnych Draco —
wyjaśnił, jakby ta jałowa przestrzeń była czymś kompletnie zwyczajnym.
Malcolm spojrzał na Draco, a rozczarowanie
sączyło mu się z oczu niczym jad. Dla niego to był kolejny dowód na
niegospodarność. Nie był świadomy, że do wczoraj oba skarbce były pełne złota.
Hermiona przygryzła wargę, by ukryć uśmiech.
Gdyby tylko Malcolm wiedział.
Gobliny ponownie zebrały samotny galeon i
przetransportowały go do skarbca Greengrassów. Różdżki uderzały w kamienne
księgi, ich miny były równie nieprzeniknione jak zawsze, choć Hermionie zdawało
się, że dostrzegła na jednej z ich twarzy lekki grymas rozbawienia. Za swój
udział w tym… przedstawieniu zostali bardzo dobrze wynagrodzeni.
Następnie przeszli do prywatnego skarbca Narcyzy.
Gobliny otworzyły pierwsze, żelazne drzwi, a
dźwięk rozbrzmiał echem niczym grzmot w jaskini. Malcolm, Helena, a nawet
Astoria stanęli na palcach, ich oczy były bystre i chciwe, każdy centymetr ich
ciał łaknął obiecanego złota.
Skarbiec był pusty. Z wyjątkiem jednej monety
lśniącej w kurzu.
Malcolm gwałtownie odwrócił głowę w stronę
Narcyzy. Jego oczy się zwęziły, a na ostrych rysach twarzy malowała się
podejrzliwość.
Narcyza spotkała się z jego spojrzeniem z
pogodnym spokojem królowej, głosem gładkim jak szkło.
— Moja działalność charytatywna pochłania niemal
cały mój czas i moje złoto, Malcolmie.
W jej opanowaniu nie było ani drgnięcia, ani
załamania. Tylko elegancja.
Pstryknął gniewnie i ruszył w stronę Goblinów,
mamrocząc pod nosem o niekompetencji i księgach rachunkowych.
Za nim Malfoyowie wymienili dyskretne uśmiechy,
Hermiona dostrzegła błysk triumfu w oczach Lucjusza. Poczuła, jak kciuk Draco
muska jej kostki, tylko raz, dając sygnał Działa.
Ale kiedy podniosła wzrok, zauważyła, że Astoria
się jej przygląda. Nie jej rodzicom. Nie Goblinom. Jej.
W tych bladoniebieskich oczach malowała się
podejrzliwość, analizowała wszystko w sposób, którego jej rodzice jeszcze nie
pojmowali. Jeśli Helena i Malcolm wciąż byli zaślepieni chciwością, Astoria
wywęszyła prawdę. Hermiona nie odpowiedziała jej niczym, jedynie łagodnym,
uprzejmym spojrzeniem.
Gobliny ponownie machnęły różdżkami, a samotny
galeon zniknął.
Ten sam rytuał powtórzył się jeszcze dwa razy.
Złoto, które powinno wypełniać jaskiniowe komnaty, zniknęło, zastąpione jedynie
rozległymi, rozbrzmiewającymi echem przestrzeniami i pojedynczą monetą
błyszczącą w każdej z nich. Meble, klejnoty i rodzinne skarby pozostały,
chronione kontraktem, ale złoto zniknęło.
Narcyza uśmiechnęła się słodko i skinęła głową w
stronę Malcolma, jakby jałowość jej skarbców była czymś najnaturalniejszym na
świecie.
Malcolm, w końcu pojmując, że coś jest nie tak,
przeszedł obok mniejszych, prywatnych skarbców Lucjusza. Ich drzwi stały już
otworem, a na kamiennych posadzkach lśnił tylko samotny galeon. Jego krok się
wydłużył, zmierzając prosto do centralnego skarbca, wielkiej rodzinnej krypty
Malfoyów, o której szeptano, że jest największą w Banku Gringotta.
Napinając się jak człowiek pewny własnego
zwycięstwa, Malcolm niecierpliwie skinął, by ją otworzyć. Hermiona uznała ten
gest za arogancki, ale Gobliny tylko spojrzały na Lucjusza. Pojedyncze, miarowe
skinienie głową dało im pozwolenie.
Drzwi skarbca zaskrzypiały, otwierając się z
jękiem, a starożytne zawiasy ugięły się pod ciężarem i wiekiem.
W środku, na ścianach wciąż stały lśniące
szkatułki z klejnotami. Hermiona była niemal pewna, że dostrzegła kiedyś coś,
co podejrzanie przypominało zestaw klejnotów koronnych, ale tam, gdzie kiedyś
góra złota sięgała niemal wysokiego sklepienia, teraz była tylko pustka. Pustka
i pojedynczy galeon, lśniący szyderczo pośrodku podłogi.
Malcolm zamarł. Jego klatka piersiowa unosiła
się, oddech był urywany, a furia emanowała z każdej części jego ciała.
Lucjusz zrobił krok naprzód, laska miarowo
uderzała o marmur, a dźwięk rozniósł się echem po pustym sklepieniu niczym
bicie serca. Jego głos był spokojny, niemal kojący.
— Cóż, technicznie rzecz biorąc, Malcolmie,
jesteście teraz najbogatszą czarodziejską rodziną w Wielkiej Brytanii. —
Zawiesił głos, na tyle długo, by zadać ostateczny cios. — Chociażby z własnej
woli.
— Coś ty zrobił, Lucjuszu?
Głos Malcolma był niski, gardłowy, z ledwo
powstrzymywaną wściekłością.
Odpowiedź Lucjusza była irytująco spokojna.
— Wszystko przepadło. Każdy knut, każdy sykl,
każdy galeon zostały przekazane. — W jego bladych oczach błysnęło coś, co mogło
być satysfakcją. — Twoi prawnicy dostaną wszystkie dokumenty w idealnym
porządku.
Za Malcolmem Helena i Astoria weszły do krypty
niczym lunatyczki, zatrzymując się tam, gdzie kiedyś lśniły oceany złota.
Wyglądały na bardzo małe w porównaniu z wysokimi, szklanymi gablotami, wciąż
pełnymi pamiątek i klejnotów, otoczonymi teraz jedynie powietrzem i
nieobecnością.
W progu, niczym królowa, stała Narcyza z Hermioną
i Draco u boku.
— Zwariowałeś! — warknął Malcolm, odwracając się
gwałtownie do Lucjusza. — Zniszczyłeś całe pokolenia bogactwa, tylko po to, żeby twój syn nie musiał
poślubić mojej córki?
Lucjusz powoli pokręcił głową, a jego wyraz
twarzy złagodniał, gdy spojrzał na Draco. Gdy się odezwał, w jego głosie nie
było jadu, tylko przekonanie.
— Nie, Malcolmie. To wszystko po to, żeby mój syn
był wolny. By miał wolność wyboru
własnej drogi. Wybraliśmy złą stronę podczas wojny, zrobiliśmy z naszych dzieci
żołnierzy z powodu naszego strachu i arogancji. Nie możemy tego cofnąć. Nigdy
nie cofniemy czasu — przerwał, opierając mocno laskę o lśniącą podłogę skarbca.
— Ale możemy odpokutować. I nie pozwolę, żeby mój syn był skuty łańcuchami,
które sam stworzyłem. Już nie.
Wszyscy patrzyli, jak Astoria i Helena dryfują
jak zaczarowane do największej gabloty w centrum skarbca. Znajdowały się w niej
klejnoty Malfoyów, najcenniejsze pamiątki w kolekcji. Hermiona pamiętała, jak
widziała je lata temu, kiedy jako młoda łamaczka klątw została wezwana do przeszukania
skarbca za mrocznymi artefaktami. Nawet wtedy była oszołomiona; nigdy nie
odważyła się powiedzieć tego na głos, ale była przekonana, że centralna tiara
przypominała coś więcej niż zaginione
Irlandzkie Klejnoty Koronne. W sąsiedniej gablocie błyszczał kolejny
komplet, podejrzanie przypominający zaginione insygnia Romanowów.
Oczy Astorii rozszerzyły się, a jej wzrok
utkwiony był w koronach, diademach, berłach i naszyjnikach. Oddechem zaparowała
szkło, gdy jej dłoń zawisła tuż nad nim. W jej oczach było więcej pragnienia
klejnotów niż kiedykolwiek w życiu,
gdy patrzyła na Draco. Twarz Heleny obok niej odzwierciedlała zachwyt córki,
chciwy i zdesperowany.
— To wszystko powinno być nasze — wyszeptała
Astoria z szacunkiem, a jej palce drżały, jakby swędziały ją, by chwycić
koronę.
Helena skinęła uroczyście głową na znak zgody, a
w jej głosie słychać było tęsknotę.
— Po wszystkim, co przeżyliśmy, urodziłaś się,
wychowaliśmy cię na przyszłą Panią Malfoy… tak. Nasze.
Głos Astorii podniósł się, namiętność przebijała
się ostrymi, kruchymi tonami.
— Upokarzano nas raz po raz! To wszystko powinno
być moje…
Ręka matki posunęła się naprzód, powoli i
nieuchronnie, sięgając do zamka szklanej gabloty.
Hermiona, starając się mówić wystarczająco
głośno, by Draco i Narcyza mogli ją usłyszeć, przemówiła głosem przesiąkniętym
przesadną, fałszywą troską.
— Och nie, nie radzę — rzekła, a jej słowa
ociekały udawanym ostrzeżeniem.
Draco, natychmiast zrozumiał, o co chodzi, i
dodał teatralnym szeptem:
— Stój! Jesteś w śmiertelnym niebezpieczeństwie!
Jego szare oczy błyszczały tym samym, psotnym
błyskiem, który niósł go przez korytarze Hogwartu podczas szkolnych żartów.
Dłoń Heleny unosiła się tuż nad gablotą, jej
odbicie migotało w szkle.
— Ojej — mruknęła Narcyza, idealnie spokojna,
jakby komentowała pogodę. Przechyliła głowę w stronę Hermiony, a jej usta
wygięły się w delikatnym uśmiechu. — Dobrze myślę, że są na nią rzucone twoje
zaklęcia ochronne, prawda?
Hermiona lekko skinęła głową. Jej serce waliło z
równym przerażeniem i nikczemnym oczekiwaniem.
To był pierwszy raz, kiedy pozwolono jej
zaprojektować niestandardową osłonę skarbca. Pamiętała to wyraźnie, ledwo co
skończyła praktykę, chętna, by się wykazać. Malfoyowie specjalnie poprosili ją
o przetestowanie jej nowej klątwy jako dodatkowego zabezpieczenia, gestu
zaufania, który znaczył dla niej więcej niż mogła przyznać. Klątwa była
zaprojektowana, by wywołać chciwość; subtelna i podstępna, a nie zwykły urok,
który można zignorować.
A teraz koniuszki palców Heleny musnęły drzwiczki
gabloty.
Powietrze w skarbcu zdawało się szumieć.
Malcolm, wciąż pogrążony w ożywionej dyskusji z
prawnikami, nie miał pojęcia o scenie rozgrywającej się za jego plecami.
Lucjusz jednak był zaabsorbowany, obserwując wszystko ostrym, głodnym spojrzeniem
człowieka oglądającego wyjątkowo udaną sztukę teatralną. Nie zrobił nawet
ruchu, by interweniować.
Szybko jak atakujący wąż, dłoń Heleny wystrzeliła
naprzód, palce zacisnęły się chciwie na olśniewającym wisiorze w kształcie
gwiazdy, wysadzanym diamentami, którego środek pulsował szmaragdami i rubinami.
W chwili, gdy jej skóra dotknęła klejnotu,
skarbiec ożył. Ogłuszający TRZASK
rozdarł powietrze, kurz opadł z jaskiniowego sufitu, a z gabloty eksplodowało
białe, gorące światło. To nie był pojedynczy błysk, tylko żywe, wyjące się
niczym błyskawice na ramieniu Heleny.
Klątwa rozprzestrzeniała się etapami, bezlitosna
i nie do zatrzymania.
Najpierw jej palce zesztywniały, kamień oblepiał
je niczym płynny metal stygnący do granitu. Próbowała krzyknąć, puścić wisiorek,
ale jej dłoń się z nim zrosła, szmaragdy pulsowały w rytm bicia serca, jakby
sam klejnot ją pożerał. Szara, marmurkowa powłoka sunęła po jej skórze, w górę
nadgarstka, oplatając żyły niczym bluszcz.
— Matko! — wrzasnęła Astoria, cofając się, gdy klątwa
pożerała ramię matki, pełznąc po jej ramieniu i piersi. Oczy Heleny rozszerzyły
się z przerażenia, a potem zamarły w pół słowa — rzęsy skrystalizowały się w
drobne odłamki, usta zesztywniały w półotwartym westchnieniu.
Światło rozbłysło jaśniej i z ostatnim trzaskiem
kamień zatrzasnął się, całkowicie ją otaczając.
Na miejscu Heleny Greengrass stał groteskowo
idealny posąg, z wyciągniętą na zawsze ręką, triumfalnie ściskając klejnot w
zastygłej dłoni. Wisiorek w kształcie gwiazdy lśnił obscenicznie w jej
kamiennej pięści, jakby kpiąc z jej chciwości.
Astorię dzieliło zaledwie muśnięcie, jej dłoń
zawisła nad diademem i tylko szczęście uchroniło ją przed podzieleniem losu
matki. Jej krzyk, wysoki i niekończący się, rozbrzmiał echem w skarbcu niczym
skowyt banshee.
Malcolm, odwracając się w końcu, nie ryknął ani
nie wpadł w furię. Po prostu chłonął widok swojej żony zamienionej w posąg z
rezygnacją człowieka, który właśnie zdał sobie sprawę, że przegrał. Ścisnął
nasadę nosa kciukiem i palcem wskazującym, a z jego ust wyrwało się długie,
ciche westchnienie.
— Odsuń się od gablot z biżuterią, Astorio —
powiedział spokojnie, głosem zimnym jak kamień, który teraz otaczał jego żonę.
— Najwyraźniej są zabezpieczone przed… kradzieżą.
Ale Astoria się nie poruszyła. Stała jak
sparaliżowana, zawodząc przed kamienną figurą matki, a jej szlochy narastały,
aż graniczyły z szaleństwem.
Za nimi laska Lucjusza lekko stuknęła o lśniącą
podłogę, a Hermiona dostrzegła delikatne uniesienie kącika jego ust. Nie kiwnął
palcem, a jednak zwycięstwo spadło w jego ręce.
Nie patrząc nawet na dwoje łamaczy klątw
stojących w krypcie, Malcolm Greengrass pstryknął palcami na Hermionę, jakby
przywoływał sługę. Wskazał palcem na swoją skamieniałą żonę.
— Napraw to.
Hermiona i Draco, wciąż złączeni dłońmi,
wystąpili naprzód. Hermiona przechyliła głowę, szeroko otwierając oczy w
idealnej parodii niewinności.
— Och, najmocniej przepraszam, proszę pana.
Jestem tylko głupiutką, małą mugolaczką… i do tego kobietą. Nie mam zielonego
pojęcia o łamaniu wielkiej, złej klątwy.
Usta Draco drgnęły, gdy udawał:
— Słusznie. Wracaj do kuchni, kobieto.
Walnął ją w pośladek złączonymi dłońmi, co chyba
było krokiem za daleko.
Zadowolony uśmieszek Draco zniknął, gdy Hermiona
bezróżdżkowo ukłuła go w przedramię. Syknął, ale błysk śmiechu w jego oczach go
zdradził. Mrugnęła go niego.
Lucjusz promieniał jak człowiek, który właśnie
otrzymał wszystkie świąteczne prezenty ze swojej listy życzeń. W jego oczach
błyszczało rozbawienie i duma. Draco i Hermiona, stojąc razem, byli nie do podrobienia.
Malcolm wypuścił powietrze przez nos, jakby dzień
ciągnął się już o wiele za długo.
— Tak, tak, rozumiem ironię dotyczącą brudnej… —
powstrzymał się z widocznym wysiłkiem — pomocy mugolaczki. Po prostu to załatw.
Machnął ręką, jakby rozmowa była skończona.
Głos Hermiony się wyostrzył, a jej wzrok utkwił w
panu Greengrass.
— Nie.
Ta pojedyncza sylaba przecięła jaskiniowe
sklepienie niczym ostrze.
— Nie? — powtórzył Malcolm z niedowierzaniem.
Niekończące się zawodzenie Astorii wciąż
rozbrzmiewało w komnacie, wysokie i przenikliwe — aż w końcu ucichło.
Draco wyczuł ruch różdżki matki. Usta Astorii
poruszały się histerycznie, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Cisza,
która zapadła, była niemal przytłaczająca.
Hermiona zrobiła krok naprzód, spokojna i
nieugięta.
— Zaklęcie ochronne zostało zaprojektowane tak,
by uwięzić złodzieja w kamieniu na trzydzieści dni. Nie ma przeciwzaklęcia. Nie
da się go złamać. Jest niezawodne. — Pozwoliła słowom zawisnąć w powietrzu,
zanim zadała cios. — Wiem, bo sama je stworzyłam.
Po raz pierwszy tego ranka Malcolm pękł. Jego
oczy rozszerzyły się wbrew jego woli. Szybko do niego dotarło: to nie była
salonowa sztuczka. Zaprojektowanie i skuteczne rzucenie oryginalnego zaklęcia
ochronnego tej rangi wymagało błyskotliwości, dyscypliny i biegłości w magii, o
której większość czarodziejów czystej krwi tylko szeptało.
A dokonała tego mugolaczka.
— Ale — dodała lekko Hermiona, strzepując
wyimaginowany kurz z dżinsów — mogę ci pomóc wylewitować ją z krypt.
Uniosła palce w górę. Dzięki bezróżdżkowej magii
uniosła kamienną postać Heleny z podłogi. Wśród prawników rozległy się
westchnienia, nawet Gobliny obserwowały ten nonszalancki pokaz opanowania z
przymrużonymi, wyrachowanymi oczami.
Helena ruszyła w stronę drzwi niczym groteskowa
statua przeznaczona na wystawę. Ton Hermiony był uprzejmy, niemal słodki.
— Jestem pewna, że w salonie Dworu Greengrasów
znajdzie się miejsce, gdzie mogłaby… postać przez następny miesiąc.
— Może w ogrodzie francuskim? — dodał pomocnie
Draco, a jego usta zadrżały. — Byłaby prawdziwą ozdobą.
Narcyza wydała z siebie ciche mruknięcie
aprobaty, a jej oczy błyszczały, gdy Helena przelatywała obok.
~*~*~*~*~*~*~*~*~
Rita Skeeter wręcz wibrowała z radości, gdy
pochód wysypywał się z Gringotta. Flesze błyszczały niczym fajerwerki, gdy
pędziła, by dotrzymać im kroku, a pióro śmigało wściekle po pergaminie.
Na czele Malcolm Greengrass zataczał się pod
ciężarem upokorzenia, zgarbiony, z piorunującym wzrokiem. Obok niego Astoria
patrzyła dziko, jej głos nadal był magicznie wyciszony, a za nimi unosiła się
Helena sztywna jak skała, z wyciągniętą ręką i klejnotem zamrożonym w jej
dłoni. Nie potrzeba było geniusza, ani nawet Rity Skeeter, by poskładać tę
historię w całość.
Dziennikarze rzucili się ku nim. Rita wyskoczyła
naprzód, a z jej głosu sączył się słodki ton.
— Lordzie Greengrass, gratulacje z okazji
zostania najbogatszą czarodziejską rodziną w Wielkiej Brytanii… och, ale chyba
nie tak to sobie wyobrażałeś?
Malcolm nie odpowiedział, zaciskając szczęki, a
jego milczenie było bardziej druzgocącym nagłówkiem niż jakiekolwiek
oświadczenie.
Za nim Lucjusz i Narcyza sunęli niczym rodzina
królewska, obojętni i promienni. Całkowicie ignorowali Ritę, z wysoko
uniesionymi głowami i ledwie dostrzegalnym uśmieszkiem na ustach. Ich
ignorancja zdawała się tylko jeszcze bardziej rozpalać jej głód plotek.
Na końcu szli Draco i Hermiona, która skierowała
skamieniałą postać Heleny na wózek dostarczony przez Gobliny. Gdyby scena nie
była tak skandaliczna, mogłaby być komiczna — skamieniała Lady Greengrass
toczyła się niczym groteskowy bagaż, a jej prawnicy starali się dotrzymać jej
kroku.
Lucjusz pochylił się ku Malcolmowi, a jego głos
był gładki, uprzejmy i cięty.
— Cóż, Malcolmie, wygląda na to, że nasza sprawa
jest zamknięta.
Wyciągnął rękę. Słaby, niechętny uścisk Malcolma
był wystarczającą odpowiedzią.
W tym momencie tłum poruszył się, rozdzielony
przez dwie postacie w lśniących, czarnych mundurach Aurorów. Harry i Ron wyszli
naprzód, a lśniące, srebrne guziki i herb Ministerstwa odbijały się w
promieniach słońca. Hermiona zamrugała, nie pamiętając, kiedy ostatnio widziała
Rona w mundurze. Najwyraźniej to było celowe działanie. Demonstracja siły.
Harry rozwinął pergamin, a jego głos niósł się
niczym wyrok sędziego:
— Z rozkazu Wizengamotu, Astorio Aquilo
Greengrass, zostajesz oskarżona o nielegalne posiadanie i użycie Veritaserum na
Draco Lucjuszu Malfoyu oraz próbę rzucenia Zaklęcia Niewybaczalnego na Hermionę
Jean Granger.
W tłumie rozległ się szmer. Pióro Rity drapało
tak szybko, że aż dziw, że pergamin się nie zapalił.
Oczy Astorii rozszerzyły się, a jej twarz zalała
panika, gdy różdżka Narcyzy drgnęła delikatnie, przywracając jej głos w chwili,
kiedy Ron zrobił krok ku niej.
— Niniejszym zostajesz objęta aresztem domowym do
czasu rozprawy.
Z wprawą Ron zatrzasnął zaczarowane kajdanki na
jej nadgarstkach. Astoria sapnęła, a potem jęknęła, a jej dzikość zmieniła się
w coś żałosnego. Oczy rozglądały się w poszukiwaniu pomocy, znajdując jedynie
wygłodniałych gapiów i twarze wszystkich ludzi, na których była gotowa
nadepnąć, by postawić na swoim.
Wokół nich prawnicy Greengrassów rozproszyli się,
na wpół podążając za Astorią, na wpół martwiąc się o skamieniałą postać Heleny.
Aparaty uchwyciły każdą sekundę, każde potknięcie, każde desperackie
spojrzenie.
Kiedy Aurorzy sprowadzili Astorię po schodach, Hermiona już wyobrażała sobie jutrzejszy nagłówek Proroka Codziennego — Upadek rodu Greengrassów.
____________
Nie wiem jak Wy, ale ja się mega ubawiłam, tłumacząc ten rozdział. A ta akcja z klątwą — mistrzostwo świata. Dajcie znać, jak wrażenia. I od razu zapraszam na ostatni rozdział!
Brak komentarzy