[T] Come To Claim: Rozdział 28
Witajcie : ) w niedzielne popołudnie zapraszam na pięć nowych
rozdziałów tej historii. Wiele się tu wydarzy, będzie kilka konfrontacji,
niedomówień i zemsta. Zatem miłej lektury!
______________
Tydzień był do bani. Większość czasu spędziłam,
próbując się otrząsnąć z rozczarowania spowodowanego utratą inwestorów. Na
dodatek Draco nie odprowadzał mnie już do i z windy w pracy. Chodziło o to, by
doprowadzić do interakcji między mną a Ronem, ale jak dotąd nic z tego nie
wyszło.
Tęskniłam za porankami z Draco. Nadal
przychodziliśmy razem do pracy. Ale on szedł na swoje piętro, a ja na swoje.
Brakowało mi subtelnych gestów. Bliskości.
— Widziałaś Proroka?
— zapytał Theo.
Pokręciłam głową, bojąc się kolejnego artykułu
Goldsteina.
Theo podsunął mi gazetę. W dziale Rozrywka w centrum strony znajdowały się
dwa zdjęcia. Serce waliło mi w piersi. Zdobył moje zdjęcia z Viktorem. Viktor
przyciągnął moją twarz do siebie w holu Ministerstwa i całował mnie w usta.
Drugie zdjęcie pochodziło z kawiarni.
— To wydarzyło się ponad tydzień temu. —
Pokręciłam głową. — Skąd oni to wzięli?
Chciałam podrzeć gazetę na strzępy. Znów musiałam
się zmierzyć z Ritą.
Theo pojawił się nad moim ramieniem.
— Bliscy
przyjaciele Hermiony donoszą, że w ciągu ostatnich kilku tygodni ta dwójka
bardzo się do siebie zbliżyła. Kilku przyznało, że można ich znaleźć razem w
londyńskich klubach i restauracjach. — Przewróciłam oczami. — Jej pierwsza miłość znów się przy niej
kręci, walcząc o szansę na rozpalenie ich niegdyś namiętnego romansu.
Potem wyrwał mi się pusty śmiech.
— Draco go okaleczy. — Theo uśmiechnął się
sugestywnie. — A to cholernie dobra wiadomość dla nas podczas Pucharu
Quidditcha!
Posłałam mu obojętne spojrzenie znad gazety.
— Oj, no weź, Granger — zażartował. — W ciągu
ostatnich kilku tygodni publikowano o tobie o wiele gorsze treści. Ten artykuł
jest stosunkowo łagodny!
— Nie jestem prawnie rozwiedziona, Theo —
argumentowałam. — Jak to miałoby poprawić mój wizerunek, skoro robi ze mnie
zdradzającą?
— Żadna czarownica na tym kontynencie ani na
innych nie obwiniłaby cię za wyrzucenie Weasleya z łóżka i zamienienie go na
Kruma. Wiesz, jak one wszystkie są na niego napalone. To mogłoby nawet zmobilizować
kilka osób do przejścia na twoją stronę.
— Nie Molly Weasley.
— Pieprzyć ją.
Zachichotałam.
Drzwi naszego gabinetu zamknęły się z trzaskiem i
oboje się odwróciliśmy, by zobaczyć stojącego w progu Draco. Miał na sobie
granatowy garnitur, który podkreślał szarość jego oczu. Na twarzy malował się
grymas, który przywodził mi na myśl Potwora. Niemal wyobrażałam sobie kształt i
fakturę tatuaży pod jego elegancką, białą koszulą. Zaschło mi w gardle, gdy
skinieniem brody dał znak Theo, by wyszedł.
— Na twoim grobie napiszę, że dobrze się bawiłaś,
ale nie za długo — szepnął do mnie Theo, podchodząc, by poklepać Draco po
ramieniu.
Draco ledwo na niego spojrzał. Jego oczy były
zajęte wpatrywaniem się we mnie.
Wstałam od biurka, gdy Draco podszedł do mnie. W
końcu zostaliśmy sami, a ja byłam zbyt zdenerwowana, by usiąść. Wyglądał na
wściekłego.
— Nie jestem zadowolony, Hermiono — powiedział.
Obcisłe spodnie w kolorze karmelowym, które
miałam na sobie, nie chroniły mnie przed chłodem jego słów.
— Wiem — wyszeptałam.
— Cały dzień wyobrażałem sobie, jak pochylasz się
nad blatem, a te spodnie opinają twój tyłek — mruknął, lustrując mnie
łapczywie. — A teraz nie mogę wrócić prosto do domu i się tym nacieszyć.
Mina mi zrzedła. Nie wracał do domu po pracy?
— Muszę jechać do Paryża — wyrzucił to z siebie
niczym przekleństwo. — Ekipa, którą wysłałem tam w środę, kompletnie wszystko
spieprzyła. Muszę wytłumaczyć tamtejszemu Ministerstwu Magii, że to nie
szpiedzy, tylko dwaj niekompetentni nowicjusze, którzy najwyraźniej nie powinni
byli wyruszać w swoją pierwszą, dorosłą podróż poza granice kraju jako
czarodzieje.
Westchnęłam. W
ogóle nie chodziło o Kruma.
— I muszę zabić Kruma.
Moja ulga nie trwała długo.
— Nie możesz go zabić. — Westchnęłam. — Nic z
tego nie jest prawdą. I nie możesz zabić swoich pracowników.
— Ale miałem zjeść cipkę na kolację.
Uciszyłam go w panice, mimo że nikogo nie było z
nami w gabinecie.
Po raz pierwszy odkąd tu wszedł, uśmiechnął się
figlarnie.
— Zabezpieczyłem pomieszczenie — powiedział,
podchodząc bliżej.
Jego usta musnęły moje, a ja zapłonęłam pod jego
dotykiem. Uwielbiałam dotyk jego ust. Ich gładkość, gdy idealnie łączyły się z
moimi. Pachniał tak dobrze. Smakował tak dobrze. Wyglądał tak dobrze.
Osłaniał mnie opiekuńczo i trzymał mocno.
— Wyjedziesz na cały weekend? — zapytałam między
torturującymi, drażniącymi pocałunkami Draco.
Odgarnął mi loczek z twarzy.
— Najprawdopodobniej.
Starałam się nie westchnąć z rozczarowaniem.
— Wkrótce się to opłaci. Obiecuję.
Oby miał rację.
— Muszę iść — warknął, opierając czoło o moje. —
Będziesz za mną tęsknić?
— Oczywiście — powiedziałam. — Nadal nie wiem,
jak obsługiwać ekspres do kawy.
Zaśmiał się i mocno pocałował mnie w usta.
— Zapamiętałabyś, gdybyś skupiła się na
instrukcji.
— Może bym mogła, gdybyś mi to wyjaśniał ubrany w
koszulę.
Mrugnął do mnie i pocałował mnie po raz ostatni.
— Zachowuj się — ostrzegł, rzucając mi gniewne
spojrzenie. — Jeśli Weasley choć dotknie cię palcem, wyślesz mi sowę.
Zrozumiano?
Przewróciłam oczami i odprawiłam go.
— Nic mi nie będzie.
Patrzyłam, jak wychodzi i starałam się nie
porównywać jego nieobecności do nieobecności Rona. Ron wyjeżdżał co najmniej
raz w tygodniu. Draco zazwyczaj wyjeżdżał dwa razy w miesiącu. Różnica była
zauważalna. Ale to nie ułatwiało sprawy. Bo pod nieobecność Rona zamykałam się
w domu i siedziałam sama. Z Draco musiałam być inna. Musiałam zmusić się do
wyjścia z domu i do życia. Nie mogłam ryzykować powrotu do moich złych nawyków.
Nie mogłam się znowu izolować.
Napisałam do Pansy i Astorii, żeby zapytać, czy
mają jakieś plany na ten weekend. Umówiłyśmy się na kolację dziś wieczorem i
jutrzejszy pokaz mody Pansy. Byłam wdzięczna, że mam coś, co mnie rozproszy.
~*~*~*~*~*~*~*~
Tego wieczoru Theo dołączył do Pansy, Astorii i
mnie na kolacji, zanim udał się do Nox. Zaprosił mnie, żebym poszła z nim, ale
czułabym się nieswojo, będąc tam bez Draco.
— No cóż, kiedy on tam wróci, ty też musisz —
jęknął. — Minęły tygodnie bez waszej obecności w klubie.
— Nie wiem, czy on chce wracać — powiedziałam. —
W ogóle o tym nie wspominał.
— Po prostu jest w fazie zaborczości. — Pansy
zbyła to machnięciem ręki. — Szybko mu przejdzie i wróci do publicznego
pieprzenia cię.
Poczerwieniałam na ten komentarz. Nie wiedziałam,
czy będę na to gotowa.
— Musi jednak nosić tam maskę — rzekła Astoria. —
Niektórzy zakładają, że to on, ale nikt by do niego nie podszedł. Ma zostać
kolejnym Ministrem Magii.
— Ulubiona fantazja wszystkich! — Zaśmiał się
Theo. — Granger, proszę, powiedz mi, że dobrze się z nim wyruchasz, gdy wygra,
dobrze?
Wszyscy się śmiali, ale gula w gardle była niemal
nie do przełknięcia. Ron stał tuż obok, wpatrując się w nas z góry, gdy
usłyszał ostatnie słowa Theo.
— Miona — powiedział. — Muszę zamienić z tobą
słowo.
Reszta osób przy stole dołączyła do mojego
milczenia. Siedzieliśmy nieswojo, gdy Ron piorunował mnie wzrokiem.
Theo wyglądał, jakby miał zamiar się kłócić, ale
Astoria położyła dłoń na jego dłoni. Wiedziałam, że właśnie to planowaliśmy. Po
prostu nie spodziewałam się, że stanie się to podczas kolacji. Skinęłam głową,
ale w mojej głowie kłębiły się dziesiątki scenariuszy. Wiedziałam, że mnie
zdominuje. Wiedziałam, że będzie mnie obwiniał, manipulował mną i kłamał.
Kategoryzowałam w myślach potencjalne zagrożenia, starając się jednocześnie nie
zapomnieć o radach Draco. Byłam silna.
Pewna siebie. Wyszłam z tego związku. Nie musiałam znosić jego przemocy. Byłam
bezpieczna. Przyjaciele byli ze mną i mogłam odejść w każdej chwili. Ron był
nikim. Nie miał żadnej władzy.
Wzięłam głęboki oddech i wstałam. Pansy ścisnęła
moją dłoń, zanim odeszłam, a Theo piorunował nas wzrokiem. Poszłam za nim
korytarzem do holu, gdzie znajdował się kominek podpięty do Sieci Fiuu.
— Nowe ubrania? — zapytał, błądząc po mnie
wzrokiem.
Nigdy tak na mnie nie patrzył, kiedy byliśmy
razem. Był głodny. I to mnie zaskoczyło.
— Pansy ma nowy sklep — powiedziałam, czując się
nieswojo. — Dała mi kilka ubrań.
— Nigdy wcześniej się tak nie ubierałaś.
Jego wzrok utkwił na moich biodrach. Poczułam
ucisk w żołądku. Powiedziałam mu, że jestem gotowa zrobić coś, by poradzić
sobie z naszymi łóżkowymi problemami. Ale on się ze mnie śmiał. Nigdy nie
zachowywał się tak, jakby był mną zainteresowany. Nie podczas naszego
pierwszego razu. Nie w noc poślubną.
— Dlaczego tu jesteś, Ronald? — zapytałam,
próbując odwrócić jego uwagę od mojego ciała.
Podszedł bliżej, przeciągając kciukiem po moim
odsłoniętym ramieniu. Chciałam się odsunąć, ale tylko patrzyłam na jego dłoń.
— Tęsknię za tobą.
Poczułam kamień opadający w moim żołądku.
Nie
wierz mu, namawiałam samą siebie.
Skup się na prawdzie. Nie pozwól, by tobą
manipulował.
Zachowałam kamienną twarz, w tym momencie
przypominając zobojętnienie Draco.
— Musisz wiedzieć, jak to na mnie wpływa —
kontynuował. — Nie śpię. Nie radzę sobie w pracy. Jem śmieciowe żarcie.
Zmieniłam pozycję. Stare poczucie winy groziło
wypłynięciem na powierzchnię.
— Skończyłaś mnie karać?
— Nie karzę cię — powiedziałam, czując
narastający niepokój.
Walczyłam z potrzebą obrony i usprawiedliwiania
swoich czynów.
— To jak to nazwiesz? — Wskazał gestem między
nami. — Co ty mi robisz?
— Nie dałeś mi wyboru. Musiałam odejść. Nie
chciałeś mnie. Zdradzałeś mnie miesiącami. Kłamałeś. Kradłeś.
— Wow, Hermiono. — Pokręcił głową. — Nie poznaję
cię. Gdzie jest ta miła, hojna i inteligentna kobieta, którą poślubiłem?
Wzdrygnęłam się.
— Wciąż jestem miła, hojna i inteligentna.
— To dlaczego całujesz Kruma, kiedy jeszcze
jesteśmy małżeństwem? To ma pokazywać te cechy?
No i
proszę. Stało się. Olbrzymi,
zielony potwór zazdrości w jego wnętrzu eksplodował z powodu Viktora.
Wiedziałam, że mnie nie chce. Po prostu nie chciał, żeby ktokolwiek mnie miał.
— Po to tu przyszedłeś? By rozmawiać o Viktorze?
— Wszyscy o tym gadają — powiedział. — To
logiczne, że twój mąż musi znać prawdę.
Miałam ochotę przewrócić oczami. Odwróciłam się z
powrotem do naszego stolika, zadowolona, że mogę całkowicie odpuścić dalszą
rozmowę. Dłoń Rona objęła moje ramię i pociągnęła do tyłu.
— Wybaczam ci — powiedział. — To coś, nad czym
możemy popracować. Chodź ze mną do domu i wtedy porozmawiamy.
— Nie potrzebuję ani nie chcę o niczym z tobą
rozmawiać.
— Hermiono — zganił mnie. — Przestań być taka
niedojrzała. Zachowujesz się jak rozpieszczony bachor. Bawiłaś się. Wzbudziłaś
we mnie zazdrość. Dość tego, Zachowujesz się jak dziwka i to nas wszystkich
kompromituje. Cała moja rodzina za to płaci.
Wpatrywałam się w niego z otwartymi ustami. Czy on właśnie mnie tak nazwał?
— Nie jestem dziwką!
— Mów ciszej — wyszeptał szorstko, przyciągając
mnie bliżej. — Mam szansę na ogromny awans w pracy. Musimy działać razem, by
zwiększyć moje szanse. Nie chcę, żeby moja żona pieprzyła się z każdym graczem
Quidditcha, który rzuci jej choć jedno spojrzenie.
Wyrwałam rękę z jego uścisku, starając się, by
mój głos brzmiał cicho, jak jego. Krew się we mnie gotowała.
— Gówno mnie obchodzi, jak sobie radzisz w pracy
i w życiu towarzyskim. Tak jak ciebie nie obchodziłam ja, moja reputacja czy
praca.
— Jesteś szalona, jeśli myślisz, że nie obchodzi
mnie, co się z tobą dzieje. Myślisz, że chcę, żeby Viktor cię skrzywdził? Wykorzystał?
To cholernie pojebane, Hermiono. Przez lata byłem twoim jedynym. A teraz
myślisz, że te węże są twoimi przyjaciółmi? — Zaśmiał się pusto, kpiąc ze mnie.
— Żadne z nich nie jest twoim prawdziwym przyjacielem, Hermiono. Żadne z nich
tak naprawdę cię nie zna. Tylko ja. Ale ty porzucasz to wszystko, żeby mnie
ukarać za to, że nigdy mnie nie było. Za to, że byłem skupiony na karierze. To
ty zawsze mnie motywowałaś do sukcesu. A teraz, kiedy jestem skupiony na swoim
rozwoju, nie możesz tego znieść.
Miałam ochotę go udusić. Był tak zaślepiony, że nie miał pojęcia, o czym mówi. W ogóle o tym nie
myślałam!
— Krum cię wykorzysta i zostawi złamaną i
przygnębioną. Jak tylko dostanie to, czego chce, znudzi się tobą i wybierze
inną czarownicę, która rozłoży przed nim nogi. Jak żałośnie będziesz się wtedy
czuć? Zniszczysz małżeństwo przez szybki numerek? Słodko, Hermiono. Naprawdę
słodko. Dorośnij i wróć do domu. Moje wybaczenie tobie i cierpliwość mają swoje
granice. Korzystaj z nich, póki możesz.
— Nigdy do ciebie nie wrócę — powiedziałam z całą
siłą i jasnością umysłu, na jaką mnie było stać, mimo że trzęsłam się ze
złości. — Straciłeś mnie, Ronaldzie.
— I to tyle? — Zaśmiał się. — Wszystko dlatego,
że chciałaś się dowiedzieć, jak to jest być w łóżku tego pieprzonego dupka?
Zakręciło mi się w głowie od jego
protekcjonalności. Ale miałam już dość. Miałam dość jego kpin. Miałam dość jego
kłamstw. Miałam dość Rona. Więc nie miałam już nic do stracenia.
— Już wiem, jak to jest — warknęłam. — Był moim
pierwszym. Wspomnienia wróciły od razu.
Szok i przerażenie, które malowały się na twarzy
Rona, wypełniły mnie w sposób, którego prawdopodobnie nigdy nie będę w stanie
odtworzyć. Jego twarz czerwieniła się bardziej niż włosy.
— Okłamałaś mnie? — wrzasnął.
— Tak. Jak się z tym czujesz, Ronaldzie?
Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam z powrotem do
stolika, przy którym czekali moi prawdziwi przyjaciele.
Z każdym krokiem czułam się lżej. Cała ta
interakcja była tak konieczna, że ledwo rozpoznałam to uczucie nieważkości w
sobie. Nie chciałam wracać do Rona. Nie chciałam naprawiać mojego małżeństwa.
Nie chciałam żadnej więzi z Ronem. Chciałam całkowicie zostawić jego i
wszystkie wspomnienia z nim związane.
Stanęłam w swojej obronie. Broniłam się. I go
zszokowałam.
Pansy czekała na mnie przy stoliku z szampanem i
szerokim, czerwonym od szminki uśmiechem.
— Dobrze powiedziane.
— Powaliłaś go — zgodził się Theo.
— Umarłam, kiedy powiedziałaś to o Viktorze —
wyrzuciła z siebie Astoria.
Posłałam im zdezorientowane spojrzenie.
— Co… jak?
Pansy machnęła różdżką, mrugając.
— Trochę podsłuchiwania nikomu nie zaszkodzi —
powiedziała. — Chcieliśmy być do dyspozycji, gdybyś nas potrzebowała.
Parsknęłam śmiechem, kręcąc głową.
Cieszyłam się, że mnie usłyszeli. Cieszyłam się,
że miałam publiczność, która mogła być świadkiem, że w końcu stanęłam we
własnej obronie. Cała trójka kontynuowała rozmowę o tym, jak świetnie sobie z
tym poradziłam, a ja im wierzyłam.
— Chodźmy potańczyć — błagała Astoria. — Właśnie
otwarto nowy klub; nazywa się Doe. Chodźmy, błagam!
Nawet Theo poszedł z nami do Doe, zanim udał się
do Nox. Klub był elektryzujący. Głośna, pulsująca muzyka elektroniczna dudniła
w przestrzeni, a bas wprawiał w drżenie każdą cząstkę mojego ciała. Astoria,
Pansy i ja tańczyłyśmy godzinami. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam się tak
beztroska i wesoła. Śmiałam się, piłam, tańczyłam, a Ron był ostatnim, o którym
myślałam. Stawiłam mu czoła. Miałam dość odwagi, by odejść. Nie płakałam. Nie
byłam już zranionym ptakiem, którego tak długo trzymał w klatce. Byłam silna.
Byłam zdolna. W końcu byłam sama. I to dawało mi wiele siły.
Było tak wiele rzeczy, które chciałam zrobić po
wojnie. Tak wiele doświadczeń i rzeczy, którym mogłam się zająć. Nadal jednak
musiałam walczyć lub uciekać. Każda reakcja w ciągu ostatnich siedmiu lat była
podszyta tą samą traumą. Ale dziś wieczorem, po raz pierwszy, poczułam, że po
prostu postawiłam na siebie. To nie była walka ani ucieczka. To nie było
zamarzanie ani załamanie. Tańczyłam, bo chciałam tańczyć. Piłam z przyjaciółmi,
bo chciałam. Bawiłam się. Doświadczałam życia po raz pierwszy od czasów
Voldemorta. I to było ekscytujące. Nie myślałam o przyszłości. Nie martwiłam
się nikim innym. Podobały mi się te uczucia. Chciałam czuć więcej.
Nadszedł czas, żebym ponownie odzyskała kontrolę
nad swoim życiem. Musiałam przejąć nad nim kontrolę i w końcu żyć tak, jak
chciałam. Tak, jak na to zasługiwałam.
Astoria objęła mnie i Pansy, a ja przytuliłam się
do niej.
Pomimo fatalnego tygodnia i paraliżującego
rozczarowania brakiem dofinansowania potrzebnego na zwiększenie zatrudnienia,
czułam się dobrze. Byłam optymistycznie nastawiona na przyszłość. Czułam, że
wszystko w końcu się zacznie układać. Mój rozwód nie będzie wiecznie w centrum
medialnego cyrku. I byłam gotowa walczyć o odzyskanie spokoju. Chciałam
przeciwstawić się Ronowi, prowokować go, popychać do popełniania nieudolnych
błędów i podejmowania pochopnych decyzji.
W końcu wybierałam szczęście. I czułam się z tym
cholernie dobrze.
Brak komentarzy