[T] Come To Claim: Rozdział 28

niedziela, 7 czerwca 2026

 

Witajcie : ) w niedzielne popołudnie zapraszam na pięć nowych rozdziałów tej historii. Wiele się tu wydarzy, będzie kilka konfrontacji, niedomówień i zemsta. Zatem miłej lektury!

 

            ______________

 

Tydzień był do bani. Większość czasu spędziłam, próbując się otrząsnąć z rozczarowania spowodowanego utratą inwestorów. Na dodatek Draco nie odprowadzał mnie już do i z windy w pracy. Chodziło o to, by doprowadzić do interakcji między mną a Ronem, ale jak dotąd nic z tego nie wyszło.

Tęskniłam za porankami z Draco. Nadal przychodziliśmy razem do pracy. Ale on szedł na swoje piętro, a ja na swoje. Brakowało mi subtelnych gestów. Bliskości.

— Widziałaś Proroka? — zapytał Theo.

Pokręciłam głową, bojąc się kolejnego artykułu Goldsteina.

Theo podsunął mi gazetę. W dziale Rozrywka w centrum strony znajdowały się dwa zdjęcia. Serce waliło mi w piersi. Zdobył moje zdjęcia z Viktorem. Viktor przyciągnął moją twarz do siebie w holu Ministerstwa i całował mnie w usta. Drugie zdjęcie pochodziło z kawiarni.

— To wydarzyło się ponad tydzień temu. — Pokręciłam głową. — Skąd oni to wzięli?

Chciałam podrzeć gazetę na strzępy. Znów musiałam się zmierzyć z Ritą.

Theo pojawił się nad moim ramieniem.

Bliscy przyjaciele Hermiony donoszą, że w ciągu ostatnich kilku tygodni ta dwójka bardzo się do siebie zbliżyła. Kilku przyznało, że można ich znaleźć razem w londyńskich klubach i restauracjach. — Przewróciłam oczami. — Jej pierwsza miłość znów się przy niej kręci, walcząc o szansę na rozpalenie ich niegdyś namiętnego romansu.

Potem wyrwał mi się pusty śmiech.

— Draco go okaleczy. — Theo uśmiechnął się sugestywnie. — A to cholernie dobra wiadomość dla nas podczas Pucharu Quidditcha!

Posłałam mu obojętne spojrzenie znad gazety.

— Oj, no weź, Granger — zażartował. — W ciągu ostatnich kilku tygodni publikowano o tobie o wiele gorsze treści. Ten artykuł jest stosunkowo łagodny!

— Nie jestem prawnie rozwiedziona, Theo — argumentowałam. — Jak to miałoby poprawić mój wizerunek, skoro robi ze mnie zdradzającą?

— Żadna czarownica na tym kontynencie ani na innych nie obwiniłaby cię za wyrzucenie Weasleya z łóżka i zamienienie go na Kruma. Wiesz, jak one wszystkie są na niego napalone. To mogłoby nawet zmobilizować kilka osób do przejścia na twoją stronę.

— Nie Molly Weasley.

— Pieprzyć ją.

Zachichotałam.

Drzwi naszego gabinetu zamknęły się z trzaskiem i oboje się odwróciliśmy, by zobaczyć stojącego w progu Draco. Miał na sobie granatowy garnitur, który podkreślał szarość jego oczu. Na twarzy malował się grymas, który przywodził mi na myśl Potwora. Niemal wyobrażałam sobie kształt i fakturę tatuaży pod jego elegancką, białą koszulą. Zaschło mi w gardle, gdy skinieniem brody dał znak Theo, by wyszedł.

— Na twoim grobie napiszę, że dobrze się bawiłaś, ale nie za długo — szepnął do mnie Theo, podchodząc, by poklepać Draco po ramieniu.

Draco ledwo na niego spojrzał. Jego oczy były zajęte wpatrywaniem się we mnie.

Wstałam od biurka, gdy Draco podszedł do mnie. W końcu zostaliśmy sami, a ja byłam zbyt zdenerwowana, by usiąść. Wyglądał na wściekłego.

— Nie jestem zadowolony, Hermiono — powiedział.

Obcisłe spodnie w kolorze karmelowym, które miałam na sobie, nie chroniły mnie przed chłodem jego słów.

— Wiem — wyszeptałam.

— Cały dzień wyobrażałem sobie, jak pochylasz się nad blatem, a te spodnie opinają twój tyłek — mruknął, lustrując mnie łapczywie. — A teraz nie mogę wrócić prosto do domu i się tym nacieszyć.

Mina mi zrzedła. Nie wracał do domu po pracy?

— Muszę jechać do Paryża — wyrzucił to z siebie niczym przekleństwo. — Ekipa, którą wysłałem tam w środę, kompletnie wszystko spieprzyła. Muszę wytłumaczyć tamtejszemu Ministerstwu Magii, że to nie szpiedzy, tylko dwaj niekompetentni nowicjusze, którzy najwyraźniej nie powinni byli wyruszać w swoją pierwszą, dorosłą podróż poza granice kraju jako czarodzieje.

Westchnęłam. W ogóle nie chodziło o Kruma.

— I muszę zabić Kruma.

Moja ulga nie trwała długo.

— Nie możesz go zabić. — Westchnęłam. — Nic z tego nie jest prawdą. I nie możesz zabić swoich pracowników.

— Ale miałem zjeść cipkę na kolację.

Uciszyłam go w panice, mimo że nikogo nie było z nami w gabinecie.

Po raz pierwszy odkąd tu wszedł, uśmiechnął się figlarnie.

— Zabezpieczyłem pomieszczenie — powiedział, podchodząc bliżej.

Jego usta musnęły moje, a ja zapłonęłam pod jego dotykiem. Uwielbiałam dotyk jego ust. Ich gładkość, gdy idealnie łączyły się z moimi. Pachniał tak dobrze. Smakował tak dobrze. Wyglądał tak dobrze.

Osłaniał mnie opiekuńczo i trzymał mocno.

— Wyjedziesz na cały weekend? — zapytałam między torturującymi, drażniącymi pocałunkami Draco.

Odgarnął mi loczek z twarzy.

— Najprawdopodobniej.

Starałam się nie westchnąć z rozczarowaniem.

— Wkrótce się to opłaci. Obiecuję.

Oby miał rację.

— Muszę iść — warknął, opierając czoło o moje. — Będziesz za mną tęsknić?

— Oczywiście — powiedziałam. — Nadal nie wiem, jak obsługiwać ekspres do kawy.

Zaśmiał się i mocno pocałował mnie w usta.

— Zapamiętałabyś, gdybyś skupiła się na instrukcji.

— Może bym mogła, gdybyś mi to wyjaśniał ubrany w koszulę.

Mrugnął do mnie i pocałował mnie po raz ostatni.

— Zachowuj się — ostrzegł, rzucając mi gniewne spojrzenie. — Jeśli Weasley choć dotknie cię palcem, wyślesz mi sowę. Zrozumiano?

Przewróciłam oczami i odprawiłam go.

— Nic mi nie będzie.

Patrzyłam, jak wychodzi i starałam się nie porównywać jego nieobecności do nieobecności Rona. Ron wyjeżdżał co najmniej raz w tygodniu. Draco zazwyczaj wyjeżdżał dwa razy w miesiącu. Różnica była zauważalna. Ale to nie ułatwiało sprawy. Bo pod nieobecność Rona zamykałam się w domu i siedziałam sama. Z Draco musiałam być inna. Musiałam zmusić się do wyjścia z domu i do życia. Nie mogłam ryzykować powrotu do moich złych nawyków. Nie mogłam się znowu izolować.

Napisałam do Pansy i Astorii, żeby zapytać, czy mają jakieś plany na ten weekend. Umówiłyśmy się na kolację dziś wieczorem i jutrzejszy pokaz mody Pansy. Byłam wdzięczna, że mam coś, co mnie rozproszy.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Tego wieczoru Theo dołączył do Pansy, Astorii i mnie na kolacji, zanim udał się do Nox. Zaprosił mnie, żebym poszła z nim, ale czułabym się nieswojo, będąc tam bez Draco.

— No cóż, kiedy on tam wróci, ty też musisz — jęknął. — Minęły tygodnie bez waszej obecności w klubie.

— Nie wiem, czy on chce wracać — powiedziałam. — W ogóle o tym nie wspominał.

— Po prostu jest w fazie zaborczości. — Pansy zbyła to machnięciem ręki. — Szybko mu przejdzie i wróci do publicznego pieprzenia cię.

Poczerwieniałam na ten komentarz. Nie wiedziałam, czy będę na to gotowa.

— Musi jednak nosić tam maskę — rzekła Astoria. — Niektórzy zakładają, że to on, ale nikt by do niego nie podszedł. Ma zostać kolejnym Ministrem Magii.

— Ulubiona fantazja wszystkich! — Zaśmiał się Theo. — Granger, proszę, powiedz mi, że dobrze się z nim wyruchasz, gdy wygra, dobrze?

Wszyscy się śmiali, ale gula w gardle była niemal nie do przełknięcia. Ron stał tuż obok, wpatrując się w nas z góry, gdy usłyszał ostatnie słowa Theo.

— Miona — powiedział. — Muszę zamienić z tobą słowo.

Reszta osób przy stole dołączyła do mojego milczenia. Siedzieliśmy nieswojo, gdy Ron piorunował mnie wzrokiem.

Theo wyglądał, jakby miał zamiar się kłócić, ale Astoria położyła dłoń na jego dłoni. Wiedziałam, że właśnie to planowaliśmy. Po prostu nie spodziewałam się, że stanie się to podczas kolacji. Skinęłam głową, ale w mojej głowie kłębiły się dziesiątki scenariuszy. Wiedziałam, że mnie zdominuje. Wiedziałam, że będzie mnie obwiniał, manipulował mną i kłamał. Kategoryzowałam w myślach potencjalne zagrożenia, starając się jednocześnie nie zapomnieć o radach Draco. Byłam silna. Pewna siebie. Wyszłam z tego związku. Nie musiałam znosić jego przemocy. Byłam bezpieczna. Przyjaciele byli ze mną i mogłam odejść w każdej chwili. Ron był nikim. Nie miał żadnej władzy.

Wzięłam głęboki oddech i wstałam. Pansy ścisnęła moją dłoń, zanim odeszłam, a Theo piorunował nas wzrokiem. Poszłam za nim korytarzem do holu, gdzie znajdował się kominek podpięty do Sieci Fiuu.

— Nowe ubrania? — zapytał, błądząc po mnie wzrokiem.

Nigdy tak na mnie nie patrzył, kiedy byliśmy razem. Był głodny. I to mnie zaskoczyło.

— Pansy ma nowy sklep — powiedziałam, czując się nieswojo. — Dała mi kilka ubrań.

— Nigdy wcześniej się tak nie ubierałaś.

Jego wzrok utkwił na moich biodrach. Poczułam ucisk w żołądku. Powiedziałam mu, że jestem gotowa zrobić coś, by poradzić sobie z naszymi łóżkowymi problemami. Ale on się ze mnie śmiał. Nigdy nie zachowywał się tak, jakby był mną zainteresowany. Nie podczas naszego pierwszego razu. Nie w noc poślubną.

— Dlaczego tu jesteś, Ronald? — zapytałam, próbując odwrócić jego uwagę od mojego ciała.

Podszedł bliżej, przeciągając kciukiem po moim odsłoniętym ramieniu. Chciałam się odsunąć, ale tylko patrzyłam na jego dłoń.

— Tęsknię za tobą.

Poczułam kamień opadający w moim żołądku.

Nie wierz mu, namawiałam samą siebie. Skup się na prawdzie. Nie pozwól, by tobą manipulował.

Zachowałam kamienną twarz, w tym momencie przypominając zobojętnienie Draco.

— Musisz wiedzieć, jak to na mnie wpływa — kontynuował. — Nie śpię. Nie radzę sobie w pracy. Jem śmieciowe żarcie.

Zmieniłam pozycję. Stare poczucie winy groziło wypłynięciem na powierzchnię.

— Skończyłaś mnie karać?

— Nie karzę cię — powiedziałam, czując narastający niepokój.

Walczyłam z potrzebą obrony i usprawiedliwiania swoich czynów.

— To jak to nazwiesz? — Wskazał gestem między nami. — Co ty mi robisz?

— Nie dałeś mi wyboru. Musiałam odejść. Nie chciałeś mnie. Zdradzałeś mnie miesiącami. Kłamałeś. Kradłeś.

— Wow, Hermiono. — Pokręcił głową. — Nie poznaję cię. Gdzie jest ta miła, hojna i inteligentna kobieta, którą poślubiłem?

Wzdrygnęłam się.

— Wciąż jestem miła, hojna i inteligentna.

— To dlaczego całujesz Kruma, kiedy jeszcze jesteśmy małżeństwem? To ma pokazywać te cechy?

No i proszę. Stało się. Olbrzymi, zielony potwór zazdrości w jego wnętrzu eksplodował z powodu Viktora. Wiedziałam, że mnie nie chce. Po prostu nie chciał, żeby ktokolwiek mnie miał.

— Po to tu przyszedłeś? By rozmawiać o Viktorze?

— Wszyscy o tym gadają — powiedział. — To logiczne, że twój mąż musi znać prawdę.

Miałam ochotę przewrócić oczami. Odwróciłam się z powrotem do naszego stolika, zadowolona, że mogę całkowicie odpuścić dalszą rozmowę. Dłoń Rona objęła moje ramię i pociągnęła do tyłu.

— Wybaczam ci — powiedział. — To coś, nad czym możemy popracować. Chodź ze mną do domu i wtedy porozmawiamy.

— Nie potrzebuję ani nie chcę o niczym z tobą rozmawiać.

— Hermiono — zganił mnie. — Przestań być taka niedojrzała. Zachowujesz się jak rozpieszczony bachor. Bawiłaś się. Wzbudziłaś we mnie zazdrość. Dość tego, Zachowujesz się jak dziwka i to nas wszystkich kompromituje. Cała moja rodzina za to płaci.

Wpatrywałam się w niego z otwartymi ustami. Czy on właśnie mnie tak nazwał?

— Nie jestem dziwką!

— Mów ciszej — wyszeptał szorstko, przyciągając mnie bliżej. — Mam szansę na ogromny awans w pracy. Musimy działać razem, by zwiększyć moje szanse. Nie chcę, żeby moja żona pieprzyła się z każdym graczem Quidditcha, który rzuci jej choć jedno spojrzenie.

Wyrwałam rękę z jego uścisku, starając się, by mój głos brzmiał cicho, jak jego. Krew się we mnie gotowała.

— Gówno mnie obchodzi, jak sobie radzisz w pracy i w życiu towarzyskim. Tak jak ciebie nie obchodziłam ja, moja reputacja czy praca.

— Jesteś szalona, jeśli myślisz, że nie obchodzi mnie, co się z tobą dzieje. Myślisz, że chcę, żeby Viktor cię skrzywdził? Wykorzystał? To cholernie pojebane, Hermiono. Przez lata byłem twoim jedynym. A teraz myślisz, że te węże są twoimi przyjaciółmi? — Zaśmiał się pusto, kpiąc ze mnie. — Żadne z nich nie jest twoim prawdziwym przyjacielem, Hermiono. Żadne z nich tak naprawdę cię nie zna. Tylko ja. Ale ty porzucasz to wszystko, żeby mnie ukarać za to, że nigdy mnie nie było. Za to, że byłem skupiony na karierze. To ty zawsze mnie motywowałaś do sukcesu. A teraz, kiedy jestem skupiony na swoim rozwoju, nie możesz tego znieść.

Miałam ochotę go udusić. Był tak zaślepiony, że nie miał pojęcia, o czym mówi. W ogóle o tym nie myślałam!

— Krum cię wykorzysta i zostawi złamaną i przygnębioną. Jak tylko dostanie to, czego chce, znudzi się tobą i wybierze inną czarownicę, która rozłoży przed nim nogi. Jak żałośnie będziesz się wtedy czuć? Zniszczysz małżeństwo przez szybki numerek? Słodko, Hermiono. Naprawdę słodko. Dorośnij i wróć do domu. Moje wybaczenie tobie i cierpliwość mają swoje granice. Korzystaj z nich, póki możesz.

— Nigdy do ciebie nie wrócę — powiedziałam z całą siłą i jasnością umysłu, na jaką mnie było stać, mimo że trzęsłam się ze złości. — Straciłeś mnie, Ronaldzie.

— I to tyle? — Zaśmiał się. — Wszystko dlatego, że chciałaś się dowiedzieć, jak to jest być w łóżku tego pieprzonego dupka?

Zakręciło mi się w głowie od jego protekcjonalności. Ale miałam już dość. Miałam dość jego kpin. Miałam dość jego kłamstw. Miałam dość Rona. Więc nie miałam już nic do stracenia.

— Już wiem, jak to jest — warknęłam. — Był moim pierwszym. Wspomnienia wróciły od razu.

Szok i przerażenie, które malowały się na twarzy Rona, wypełniły mnie w sposób, którego prawdopodobnie nigdy nie będę w stanie odtworzyć. Jego twarz czerwieniła się bardziej niż włosy.

— Okłamałaś mnie? — wrzasnął.

— Tak. Jak się z tym czujesz, Ronaldzie?

Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam z powrotem do stolika, przy którym czekali moi prawdziwi przyjaciele.

Z każdym krokiem czułam się lżej. Cała ta interakcja była tak konieczna, że ledwo rozpoznałam to uczucie nieważkości w sobie. Nie chciałam wracać do Rona. Nie chciałam naprawiać mojego małżeństwa. Nie chciałam żadnej więzi z Ronem. Chciałam całkowicie zostawić jego i wszystkie wspomnienia z nim związane.

Stanęłam w swojej obronie. Broniłam się. I go zszokowałam.

Pansy czekała na mnie przy stoliku z szampanem i szerokim, czerwonym od szminki uśmiechem.

— Dobrze powiedziane.

— Powaliłaś go — zgodził się Theo.

— Umarłam, kiedy powiedziałaś to o Viktorze — wyrzuciła z siebie Astoria.

Posłałam im zdezorientowane spojrzenie.

— Co… jak?

Pansy machnęła różdżką, mrugając.

— Trochę podsłuchiwania nikomu nie zaszkodzi — powiedziała. — Chcieliśmy być do dyspozycji, gdybyś nas potrzebowała.

Parsknęłam śmiechem, kręcąc głową.

Cieszyłam się, że mnie usłyszeli. Cieszyłam się, że miałam publiczność, która mogła być świadkiem, że w końcu stanęłam we własnej obronie. Cała trójka kontynuowała rozmowę o tym, jak świetnie sobie z tym poradziłam, a ja im wierzyłam.

— Chodźmy potańczyć — błagała Astoria. — Właśnie otwarto nowy klub; nazywa się Doe. Chodźmy, błagam!

Nawet Theo poszedł z nami do Doe, zanim udał się do Nox. Klub był elektryzujący. Głośna, pulsująca muzyka elektroniczna dudniła w przestrzeni, a bas wprawiał w drżenie każdą cząstkę mojego ciała. Astoria, Pansy i ja tańczyłyśmy godzinami. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam się tak beztroska i wesoła. Śmiałam się, piłam, tańczyłam, a Ron był ostatnim, o którym myślałam. Stawiłam mu czoła. Miałam dość odwagi, by odejść. Nie płakałam. Nie byłam już zranionym ptakiem, którego tak długo trzymał w klatce. Byłam silna. Byłam zdolna. W końcu byłam sama. I to dawało mi wiele siły.

Było tak wiele rzeczy, które chciałam zrobić po wojnie. Tak wiele doświadczeń i rzeczy, którym mogłam się zająć. Nadal jednak musiałam walczyć lub uciekać. Każda reakcja w ciągu ostatnich siedmiu lat była podszyta tą samą traumą. Ale dziś wieczorem, po raz pierwszy, poczułam, że po prostu postawiłam na siebie. To nie była walka ani ucieczka. To nie było zamarzanie ani załamanie. Tańczyłam, bo chciałam tańczyć. Piłam z przyjaciółmi, bo chciałam. Bawiłam się. Doświadczałam życia po raz pierwszy od czasów Voldemorta. I to było ekscytujące. Nie myślałam o przyszłości. Nie martwiłam się nikim innym. Podobały mi się te uczucia. Chciałam czuć więcej.

Nadszedł czas, żebym ponownie odzyskała kontrolę nad swoim życiem. Musiałam przejąć nad nim kontrolę i w końcu żyć tak, jak chciałam. Tak, jak na to zasługiwałam.

Astoria objęła mnie i Pansy, a ja przytuliłam się do niej.

Pomimo fatalnego tygodnia i paraliżującego rozczarowania brakiem dofinansowania potrzebnego na zwiększenie zatrudnienia, czułam się dobrze. Byłam optymistycznie nastawiona na przyszłość. Czułam, że wszystko w końcu się zacznie układać. Mój rozwód nie będzie wiecznie w centrum medialnego cyrku. I byłam gotowa walczyć o odzyskanie spokoju. Chciałam przeciwstawić się Ronowi, prowokować go, popychać do popełniania nieudolnych błędów i podejmowania pochopnych decyzji.

W końcu wybierałam szczęście. I czułam się z tym cholernie dobrze.

Brak komentarzy