[T] Come To Claim: Rozdział 31

niedziela, 7 czerwca 2026

Przewróciłam się na drugi bok i zobaczyłam, że łóżko jest puste. Frustracja wezbrała we mnie. Wyobraziłam to sobie zeszłej nocy. Potwora, Draco, wszystko. Nie było go tu. Fotel był pusty i nie było po nim śladu.

Zerknęłam na zegarek i zobaczyłam, że jest tuż po siódmej rano. Westchnęłam. Mój wzrok powędrował do stosu rysunków, które Draco dla mnie narysował. Na górze widniał rysunek przedstawiający moje kręcone włosy pożerające go w środku nocy. Owijały go niczym diabelskie sidła. Uśmiechnęłam się smutno do rysunku. Na czym stoimy? Nie otrzymałam żadnego wyjaśnienia. Żadnego usprawiedliwienia. Niczego.

Przeszłam obok gabinetu, wychodząc z jego pokoju. Też był pusty, choć gdzieś w głębi duszy miałam nadzieję, że zobaczę go siedzącego tam z książką w ręce.

Kuchnia była posprzątana od czasy, gdy Theo parzył zioła poprzedniego dnia. Spojrzałam gniewnie na ekspres do kawy. Dam radę. Zmuszę się. Potrzebowałam ka…

Zatrzymałam się.

Na całym ekspresie wisiały szczegółowe notatki przyklejone do każdego mechanizmu. Były opisane w kolejności, w jakiej powinnam ich użyć.

Obok ekspresu stała fiolka z domowym eliksirem Theo na migreny Draco. Ta, którą wczoraj dałam Deanowi.

Ogarnęła mnie furia.

Był tu.

Wrócił do domu.

I nie miał dość przyzwoitości, żeby mnie obudzić. Żeby mi wytłumaczyć, co się wczoraj, kurwa, wydarzyło. Poszłam z powrotem do jego pokoju, desperacko pragnąc go znaleźć. Ale go tam nie było. Ani w innych pokojach.

Theo spał w pokoju gościnnym i ocknął się gwałtownie, gdy trzasnęłam drzwiami.

— Ubieraj się — warknęłam. — Idę do pracy.

— Chwila, chwila, chwila. — Powlókł się za mną w samych bokserkach. — Draco powiedział, że musimy się ukryć na…

— Jeśli Draco ma dla mnie jakieś instrukcje, może mi je sam przekazać albo wcale — kipiałam ze złości. — Wychodzę za dwadzieścia minut, niezależnie od tego, czy pójdziesz ze mną, czy nie.

Theo bez słowa skinął głową i pobiegł z powrotem do swojego pokoju. Ubrałam się i przygotowałam, starając się nie skrzywić z bólu żeber. To było bardzo uciążliwe.

Ubrałam się w obcisły, biały golf bez rękawów i obcisłą, niebieską, ołówkową spódnicę. Obcasy miały dobre dziesięć centymetrów. Dzisiaj upięłam włosy i oparłam je na prostych, srebrnych kolczykach w uszach.

Elegancko ubrany Theo czekał na mnie w kuchni, kiedy wyszłam. Wykorzystał też instrukcje Draco, żeby zrobić dla mnie espresso. Chociaż w głębi duszy miałam ochotę rzucić filiżanką przez salon.

Theo poszedł za mną do kominka i przez Atrium Ministerstwa. Dzisiaj patrzyłam prosto przed siebie z bezlitosnym oburzeniem wymalowanym na twarzy. Byłam wściekła na Draco. Wściekła na to, że myślał, że może mi po prostu rozkazywać bez żadnych wyjaśnień. Wściekła na niego za to, że oczekuje, iż będę ślepo wykonywać jego polecenia. Wściekła na niego za to, że mnie nie pocieszył.

Ludzie omijali mnie z daleka, gdy szłam do wind. Słyszałam szepty. Wiedziałam, że słyszeli o tym, co się wczoraj wydarzyło. Ale pozwalałam im mówić. To była moja praca i byłam tu, żeby ją wykonywać, tak jak wszyscy inni. Nie obchodziło mnie, że Draco chciał mnie zamknąć w wieży z kości słoniowej, którą nazywał domem. Jeśli myślał, że tam jest bezpieczniej, powinien był sam mi to powiedzieć.

Kiedy wyszłam z windy i znalazłam się w swoim gabinecie, bez słowa usiadłam przy biurku. Theo patrzył na mnie, jakby spodziewał się, że w każdej chwili wybuchnę. Na jego czole malowała się ostrożna ciekawość, ale ja na każde spojrzenie odpowiadałam grymasem, co sprawiło, że zajął się swoją pracą.

Wysłałam wiadomość do Deana i poinformowałam go, że jeśli będę potrzebować Aurora, to powinien być postawiony przed moim gabinetem do końca dnia. W końcu Dean ze mną rozmawiał. Był na tyle uprzejmy, że chociaż próbował odpowiedzieć na niektóre z moich pytań.

Draco może skoczyć z cholernej Wieży Astronomicznej.

Drzwi mojego gabinetu otworzyły się i zamknęły, ale nie podniosłam wzroku znad pracy, którą wykonywałam. Wiedziałam, kto to był. Wiedziałam, że Dean by mu powiedział. Ale skoro mógł spędzić ze mną całą noc w jednym pokoju i nie odzywać się ani słowem, ja też mogłam.

Widziałam Theo wiercącego się niespokojnie w moim polu widzenia, ale zignorowałam go.

Byłam tu, by pracować. A nie po to, by gawędzić z przydzielonym mi Aurorem.

— Idź. Do. Domu.

Zjeżyłam się na jego ostry ton.

Moja wściekłość w końcu miała eksplodować i miałam przetoczyć się przez gabinet jak mina lądowa.

Przewróciłam stronę dokumentów.

Zgarnął papiery z mojego biurka i przerzucił je na inne. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech.

— Weasley wpłacił kaucję dziś rano — powiedział. — To ostatnie miejsce, w którym, kurwa, chcę, żebyś była.

W końcu podniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy. Nadal nosił okulary i wyglądał na wyczerpanego. Pod oczami tworzyły mu się cienie, które sprawiały, że szarość jego tęczówek była jeszcze bardziej niepokojąca.

— Och, przepraszam — mruknęłam z udawaną troską. — Nie mam pojęcia, czego sobie życzysz, biorąc pod uwagę, że nie rozmawiałam z tobą od kilku dni.

Jego usta zacisnęły się w cienką linię.

— Idź. Do. Domu. Hermiono. Staram się zapewnić ci bezpieczeństwo.

— Tak, świetnie ci idzie dbanie o mnie. Musiałeś mi to mówić co najmniej kilkanaście razy w ciągu ostatnich trzydziestu sześciu godzin… a nie, czekaj…

Posłałam mu najlepsze, inspirowane Draco, spojrzenie.

— Wciąż analizuję logistykę tego wszystkiego, co się wydarzyło w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin — warknął. — Wolałabyś zostać wytropiona przez bandytów pracujących w Scry? Czy to lepsza alternatywa niż twoja nędzna bezpieczna kryjówka?

— Skoro tak słabo wierzysz we własny zespół Aurorów, to ewidentnie świadczy o twoich brakach zdolności przywódczych.

W jego oczach błysnęło wyzwanie, a szczęka się zacisnęła.

— To pierwsza — wyszeptał.

Wzruszyłam ramionami, rzucając mu kolejne wyzwanie, udając obojętność.

— Nie mogę tu stać cały dzień i cię obserwować. Mam pilne śledztwo, które wymaga mojej uwagi.

— Więc odejdź. Już się przyzwyczaiłam do twojej nieobecności.

Tym jednym zdaniem naprawdę go zaskoczyłam. Jego oczy w tym momencie dosłownie się stopiły, gdy wpatrywały się we mnie.

— Druga.

Ten szept był ledwo słyszalny.

— Musiałbyś być przy mnie, by wykonać te groźby — powiedziałam. — Więc wybacz, że nie drżę u twoich stóp. Mam robotę do zrobienia. Drzwi są tam.

— Trzecia — ryknął. — Wyniosę cię na moim cholernym ramieniu przez Ministerstwo.

— Wyjdę z tobą o siedemnastej. Jeśli nie dołączysz do mnie dziś wieczorem, będę spała tutaj. Zrób więc, co możesz do tego czasu, bo dziś o siedemnastej jesteś mi winien wyjaśnienie. I to duże.

Spojrzał na mnie gniewnie, ale ja siedziałam nieruchomo. Spałabym na tym cholernym biurku, gdybym musiała. Mówiłam poważnie. I drążyłam temat tak głęboko, jak tylko mogłam. Nie spędzę kolejnej nocy sama. I nie obchodzi mnie, jak bardzo chciał, żeby to wszystko minęło. Zasługiwałam na to, by wiedzieć wszystko.

— Nie możesz jej nieść, stary — odezwał się w końcu Theo. — Jej żebra są nadal potłuczone.

To najwyraźniej dotarło do Draco i powoli zamrugał. Jego wzrok powędrował do Theo.

— Mówiłem ci, żebyś podał jej dyptam.

— Zrobiłem to — powiedział Theo. — Ale minie jeszcze jeden dzień, zanim w pełni zadziała i wszystko się wygoi. I nie dostała jeszcze dzisiejszej dawki.

Draco ścisnął nasadę nosa, po czym odgarnął włosy. Odwrócił się do mnie.

— Przez cały dzień będzie tu czterech Aurorów. Dwóch w środku. Dwóch na zewnątrz. Nie opuścisz tego gabinetu pod żadnym pozorem, chyba że Thomas lub ja będziemy z tobą. — Spojrzał gniewnie na moją filiżankę z espresso. — Zorganizuję dla siebie śniadanie i lunch. I weźmiesz jeszcze dwie dawki dyptamu przed końcem dnia.

Wyciągnęłam rękę.

Spojrzał na nią, a ja mrugnęłam.

— Moje dokumenty.

Spojrzał na mnie gniewnie, przenosząc stos papierów na moje biurko.

— Możesz odejść, Główny Aurorze Malfoy — powiedziałam, machając ręką w stronę drzwi.

Palce Draco zbielały, gdy pochylił się nad moim biurkiem. Jego nos prawie dotknął mojego.

— Twój cięty język narobi ci kłopotów, kotku.

Spojrzałam gniewnie na to pieszczotliwe przezwisko. Nie mógł go używać, kiedy byłam na niego wściekła.

— Wciąż zastanawiam się nad twoją karą — skomentowałam. — Ale dopilnuję, żeby była choć w połowie tak nie do zniesienia, jak twoje maniery i zachowanie.

W jego oczach błyszczał bunt.

— Zobaczymy.

Zignorowałam go i wpatrywałam się w dokumenty przede mną. Wyszedł z gabinetu, tupiąc nogami i słyszałam, jak warczy rozkazy biednym głupcom, których tu za sobą zaciągnął. Do gabinetu weszło dwóch Aurorów i stanęło przy drzwiach.

Theo podjechał krzesłem do mojego biurka, szeroko otwierając oczy.

— Na złote cycki Godryka, Granger — westchnął, ocierając twarz dłonią. — Chyba jesteś obłąkana.

Posłałam mu znudzone spojrzenie i wróciłam do lektury.

— Nikt nie zwraca się w ten sposób do Draco Malfoya.

— Właśnie to zrobiłam.

— Wiem. — Zaśmiał się. — Dlatego muszę zacząć pisać mowę pogrzebową na twój temat.

Parsknęłam i machnęłam ręką, żeby go odprawić.

Reszta dnia przebiegła nadzwyczaj normalnie. Theo i ja nie mogliśmy wydobyć żadnych informacji od strażników, których Draco nam przydzielił. Theo kilka razy wymykał się z gabinetu, żeby zebrać plotki z innych działów, ale nie wydawało się, żeby krążyło wiele informacji. Ludzie wiedzieli, że Ron został aresztowany i że mnie zaatakował. Niektóre plotki wynikały z zazdrości o Kruma; inne z obwiniania porywczego charakteru Rona.

Większość dnia spędziłam, planując unicestwienie Draco. Nie żartowałam, mówiąc, że rozważam jego karę. On tak szybko zaproponował moją, ale jego zachowanie było okropne.

Odciął się ode mnie. Podejmował decyzje za mnie, a nie razem ze mną. Miałam już jeden taki związek. I byłam zdecydowanie przeciwna powtórce. Nie żebyśmy z Draco byli w związku. Nie mogliśmy być. Byłam mężatką. Przynajmniej do przyszłego tygodnia. I nie sądziłam, że wkroczenie od razu w kolejny związek będzie mądre lub korzystne.

Może powinnam mieszkać sama przez jakiś czas. Rozkoszować się własną niezależnością i dorosłością. Zaoszczędziłam już sporo pieniędzy, skoro nie ciążyły na mnie żadne obciążenia finansowe (jak rudy mąż). Najważniejsze było, żebym podjęła decyzję.

Kilka minut przed siedemnastą poczułam, że krew wrze mi w żyłach. Jeśli Draco Malfoy będzie próbował wymigać się od omówienia ze mną pewnych spraw, zrobię w tym gabinecie cholerne widowisko, niezależnie od obecności Aurorów.

Theo też wyczuwał napięcie. Od ponad dziesięciu minut bębnił palcami w biurko. Oboje wpatrywaliśmy się w zegar.

Nie byłby na tyle głupi, żeby mi odmówić.

Zależało mu.

Powiedział, że mu zależy.

Da mi wyjaśnienie, na które zasługiwałam.

Błagałam o to siłą woli.

Musiał.

Za pięć siedemnasta drzwi gabinetu się otworzyły.

Wszedł Dean.

Theo syknął pod nosem przekleństwo, a ja zebrałam się w sobie, by stawić czoła kolosalnemu rozczarowaniu, które poczułam.

— Draco chciał, żebym cię odprowadził do jego biura — powiedział. — Jest teraz w Wizengamocie, ale posiedzenie powinno się szybko zakończyć. Wnosi o zgodę na wydalenie Rona z Ministerstwa i zakaz wstępu do niego w przyszłości.

Dotrzymałam słowa. Draco wybrał swoje, a ja swoje.

— Dobrze dla niego — mruknęłam chłodno. — Ale to niekonieczne. Idę do domu.

Theo zerwał się na równe nogi i nawet Dean wyglądał na zaskoczonego.

— Znaleźliście pióro? — zapytałam.

Dean skinął głową.

— W jego biurku.

Wypuściłam oddech, o którym nie wiedziałam, że wstrzymywałam.

Było dobrze.

Będzie dobrze.

Miałam rację. To było to głupie pióro, które zaprojektował jego brat.

Nie zwariowałam.

Nie podpisywałam rzeczy, których nie pamiętałam.

Będzie dobrze.

Wypuściłam kolejny, powolny oddech.

— Zakładam, że mój prawnik został powiadomiony?

— Wysłałem sowę dziś rano.

Złapałam torebkę i wstałam. Dwie dodatkowe dawki dyptamu bardzo mi pomogły. Nie żebym chciała przypisywać Draco zasługi za cokolwiek z tego. Ale już nie byłam obolała.

Dean zaprowadził mnie do wind, czterech Aurorów i Theo szli za nami. Wokół było teraz o wiele więcej ludzi i wszyscy patrzyli na mnie z dziesiątkami pytań na twarzach. W głębi duszy żałowałam, że tak szybko się wyleczyłam. Może widok ran, jakie spowodował Ron, byłyby dla nich bardziej przekonujące.

Nikt z nas się nie odezwał, kiedy weszłam z Theo do kominka. Dean obdarzył mnie lekkim uśmiechem. Ale go nie odwzajemniłam.

Weszliśmy z Theo do pustego mieszkania.

— Idę pod prysznic — powiedziałam. — Potem chciałabym usiąść z tobą na balkonie przy gabinecie. Może napijemy się wina lub czegoś mocniejszego.

— Oczywiście — zgodził się. — Nie spiesz się, Granger.

Prawie poczułam się winna, że go okłamałam. Ale dziś po południu postanowiłam, co zrobię, gdy Draco nie pojawi się o siedemnastej. I zamiast spać w swoim gabinecie, wymyśliłam lepszą formę zemsty.

Poczekałam, aż Theo pójdzie do gabinetu i wyjdzie na zewnątrz. Przebrałam się i na palcach weszłam do kominka.

Zniknęłam, zanim zdążył to zauważyć.

Brak komentarzy