[T] Come To Claim: Rozdział 11

niedziela, 24 maja 2026

Witajcie :) wiem, że miałam sobie zrobić przerwę od publikacji tłumaczeń, ale jak to zwykle bywa przetłumaczyłam dwa rozdziały i postanowiłam, że mogę je opublikować, tak na zachętę do dalszego czytania. Zatem miłej lektury! :)

______________

Niedziela była trudna.

Przez większość dnia siedziałam zamknięta w pokoju. Nie chciałam stawić czoła faktowi, że jutro jest poniedziałek. Nigdy nie odczuwałam czegoś takiego. Nigdy nie bałam się iść do pracy. Ale świadomość, że jutro zobaczę Rona po raz pierwszy od wyprowadzki, napawała mnie niepokojem. Co zrobi? Co powie? Niepokój związany z nadchodzącą konfrontacją wstrząsnął mną.

Do tego doszło dziwne poczucie winy, które odczuwałam z powodu moich wyborów w Nox. Wczorajszy wieczór był szalony i chaotyczny. Ledwo mogłam skupić się na tym, co działo się wokół mnie, bo wszystko było tak przesadnie stymulujące i przytłaczające. Czy to naturalne, że dziś coś poczułam?

Czy to było poczucie winy?

Nie dbałam o honor mojego małżeństwa. Już dawno było po nim. Ron paradował z kobietami po mieście, jakby od dawna był singlem. Najwyraźniej nie łączyła nas już żadna lojalność.

Czy żałowałam, że poszłam?

Westchnęłam.

Nie.

Właściwie, jakaś część mnie pragnęła być tam teraz, ukrywając się przed prawdą o zbliżającym się tygodniu pracy. Podobało mi się to rozproszenie uwagi. Lubiłam ucieczki.

Ale na ile to było realistyczne? Ten zamaskowany nieznajomy niemal trzymał mnie w garści. Ale co innego mogło się wydarzyć? Nawet nie wiedziałam, jak wygląda! Trochę zabawialiśmy się w lochach Nox, ale nic z tego nie powinno się wydarzyć. Jego mroczne szepty o opętaniu i tym podobne były po prostu ładnymi kłamstewkami. To nie było prawdziwe. Stanowiło część gry.

Ale po raz pierwszy od lat naprawdę coś czułam. Po wojnie robiłam wszystko, co mogłam, by stłumić lęk. Całkowicie wszystko uzewnętrzniałam. Jeśli czegoś nie czułam, to nie istniało. Niestety, nie czując złych rzeczy, wybrałam nieodczuwanie niczego. Zero radości, podniecenia, gniewu, samotności. Byłam pusta w środku. Unosiłam się, bezmyślnie przeżywając każdy dzień. Nic mnie nie ekscytowało. Nie miałam w sobie ani iskry życia. Myślałam, że przetrwanie wystarczy.

A ja chciałam o wiele więcej. Chciałam więcej dla siebie. Dla swojego życia. Dla swojej przyszłości. Chciałam czegoś nowego.

A teraz, nie miałam nawet trzydziestu lat i rozwodziłam się. Nie miałam pieniędzy. Miałam sekretną obsesję na punkcie Pana z podziemi w klubie erotycznym. Mieszkałam z mężczyzną, który jeszcze kilka miesięcy temu mogłabym przysiąc, że mnie nienawidzi. A prawdziwych przyjaciół mogłam policzyć na palcach jednej ręki.

Szkoła nie przygotowała mnie na nic. Ani na utratę rodziców czy przyjaciół, ani na rozpad małżeństwa, w którym tkwiłam, ani tym bardziej na finansową ruinę, z którą się mierzyłam. Szkoła nauczyła mnie, że nienawiść do Slytherinu jest ważniejsza niż oddychanie. Nauczyła mnie, że Quidditch należy wielbić, a status krwi ma znaczenie.

Może kiedyś wszystkie moje łzy w końcu znikną, a ja utonę pod ciężarem tłumionych emocji.

Ale dziś to nie był ten dzień.

Po raz pierwszy wyszłam z pokoju. Okoliczności, w których się znajdowałam, nie czyniły ze mnie darmozjada. Musiałam porozmawiać z Draco o pozostaniu tutaj. Chciałam się jakoś zaangażować. Tak jak on potrzebowałam gotowania i jakiegoś wsparcia. Czegoś, na czym mogłabym się skupić. Czegoś, co pozwoliłoby mi poczuć, że nie wykorzystuję i nie nadużywam jego dobroci.

Znalazłam go w bibliotece. Leżał rozciągnięty z książką. Okulary miał na czubku nosa. Był ubrany w bluzę z kapturem i spodnie dresowe, a ja uśmiechnęłam się ironicznie na widok tego swobodnego stroju. Nie przypominałam sobie, żebym kiedykolwiek widziała go w czymkolwiek innym niż markowe ciuchy albo strój do Quidditcha.

— Cześć — powiedziałam, siadając naprzeciwko niego na sofie. Położyłam poduszkę na kolanach. — Masz chwilę?

Uniósł brwi, ale skinął głową i odłożył książkę na stół.

Nie wiem, dlaczego wyglądał na zdenerwowanego. To ja wykorzystywałam jego przestrzeń i pieniądze. I życzliwość, oczywiście. Ale dzisiaj się to skończy.

— Naprawdę chciałabym pomóc — zaczęłam. — Czuję się niezręcznie, nie płacąc za nic i nie angażując się. To mnie… niepokoi.

— Nie potrzebuję twoich pieniędzy — mruknął. — I nie chcę ich.

— Ale mogę robić zakupy spożywcze, sprzątać czy coś w tym stylu.

Zastanowił się nad moimi słowami.

— Gotuj ze mną kolacje.

Źle go usłyszałam.

— Co?

— Gotuj ze mną. Tak jak ostatnio. W ten sposób możesz się zaangażować.

Mówił poważnie, prawda? Czemu, u licha, miałby chcieć, żebym pomagała mu przy kolacji? O wiele lepiej gotował niż ja kiedykolwiek.

— Nie będę kłamał i mówił, że wiem, jak to ogarnąć. — Wskazał między nami. — Nigdy z nikim nie mieszkałem. Nigdy nie dzieliłem domu. Ale ostatnio bardzo podobało mi się twoje towarzystwo. Miło było mieć kogoś, z kim mogłem porozmawiać podczas gotowania. Miło było mieć kogoś, dla kogo mógłbym gotować, pomijając siebie.

— Po prostu nie chcę, żebyś czuł, że musisz się mną ciągle opiekować jak…

Szukałam w pamięci przykładu.

— Jak ty opiekowałaś się Weasleyem?

Głębia ciszy, która zawisła między nami, była ogromna.

Mówił prawdę.

A ja nie miałam innego wyboru, jak tylko chłonąć intensywność tej szczerości.

Nienawidziłam Rona. Wiedziałam, że tak jest. Nienawidziłam tego, że to ja wszystko robię. Nienawidziłam tego, że oczekiwał, iż nasze życie będzie toczyć się dalej w ten sposób. Myślałam, że aby być szczęśliwą, muszę być jak Molly Weasley w małżeństwie. Myślałam, że jedynym sposobem, by być kochającą żoną i mieć kochającego męża, jest troska o niego. Ale z natury nie byłam opiekunką. Chciałam, żeby Ron sam sprzątał swoje cholerne skarpetki. Dlatego ciągle odkładałam posiadanie z nim dzieci. Potajemnie brałam w pracy eliksiry antykoncepcyjne, bo nie byłam gotowa, by mieć w domu drugie dziecko. On sam był wystarczająco roztrzepany. Nie wyobrażałam sobie też zatłoczonego mieszkania przypominającego Norę. Utonęłabym w tym.

— Masz rację — powiedziałam. — Nie chcę, żebyś miał mi za złe, że tu jestem. Jestem ci za to wszystko bardzo wdzięczna. Nie chcę niczego zepsuć.

— Nie będę miał ci tego za złe, Granger.

— Nie możesz tego wiedzieć.

— W każdym razie lepiej chodź do kuchni, żebym nie zaczął.

Uśmiechnęłam się szeroko. Żartobliwy ton jego głodu poprawiły sytuację.

— Tak, proszę pana.

Przewrócił oczami, ale poszłam za nim do kuchni.

— Chyba po prostu spróbujemy to wszystko ogarnąć.

— Tak — zgodził się. — Nie ma potrzeby dokładać sobie stresu, definicji i presji. Możemy po prostu… być.

— Tak, niech tak zostanie.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Niewiele spałam tej nocy. Chciałam tylko, żeby ta pierwsza interakcja dobiegła końca. Ron nie mógł powiedzieć, że tego nie przewidział. To było absurdalne. Mój prawnik dostarczył dokumenty wcześnie rano, zanim zaczął pracę. Miałam nadzieję, że otrzyma wezwanie do sądu i wyjdzie z pracy. Wiedziałam, że nie jestem aż taką szczęściarą.

— Sprawdź lodówkę — zawołał Draco przez ramię, gdy wchodziłam do kuchni.

Właśnie miał wejść do kominka.

— Napisz do mnie dzisiaj, jeśli będziesz mnie potrzebować — powiedział.

— Nie chcę, żebyś musiał się w to mieszać. — Westchnęłam. — Nigdy nie ryzykowałabym pracy, którą włożyłeś, by osiągnąć poziom, na którym jesteś teraz. Zbyt ciężko pracowałeś.

— W razie potrzeby zainterweniuję — mruknął.

Odbyliśmy rozmowę na ten temat wczoraj wieczorem. I sądząc po zaciśniętej szczęce, nie zmienił zdania. Powiedział mi bez ogródek, że z chęcią wywaliłby Weasleya za każde drobne przewinienie, biorąc pod uwagę jego złość. Powiedziałam mu, że nie potrzebujemy tego na dodatek do wszystkiego innego.

— Dam sobie radę — obiecałam. — I mam Theo.

Zacisnął szczękę. Skinął lekko głową, ale wyglądał na rozdrażnionego.

— Indyk czy łosoś dzisiaj wieczorem? — zapytał, zanim wyszedł.

Skrzywiłam się.

— Łosoś. Nienawidzę indyka.

— Zanotowane.

I zniknął.

Podeszłam do lodówki i zauważyłam na blacie kubek na kawę na wynos, już napełniony. Na nim było napisane moje imię i karteczka z prośbą o sprawdzenie lodówki. Otworzyłam lodówkę i znalazłam małą torebkę na lunch, podobną do tej, którą zazwyczaj noszę ze sobą. Zapomniałam swojej w pospiechu, gdy się wyprowadzałam, i to była miła niespodzianka. Wzięłam lunch i włożyłam go do mojej torebki.

Zadbałam dziś o elegancki ubiór. Chciałam czuć się pewnie w swoich wyborach. Założyłam spódnicę i jedwabną bluzkę, które miałam na sobie w Nox za pierwszym razem, ale do biura nałożyłam na nią marynarkę. Nie musiałam zakładać aż tak swobodnego stroju. Tym razem miałam pod spodem stanik. Choć był to jeden z moich ładniejszych czarnych. Do tego założyłam pasujące majtki z prezentu od Theo do Nox. Moje ulubione szpilki zmusiły mnie do chodzenia z determinacją i pewnością siebie, a dziś potrzebowałam wszelkiej możliwej pomocy.

Ministerstwo i tak roiło się od pracowników, mimo że zjawiłam się trzydzieści minut wcześniej niż zwykle. Nie miałam zamiaru iść do gabinetu Rona i się z nim konfrontować. Nie byłam na tyle odważna. Chciałam cały dzień chować się w swoim gabinecie pod opiekuńczym spojrzeniem Theo.

Kierując się w stronę wind, zauważyłam, że nikt na mnie nie wpadł. Nie wychylałam się. Miałam coś na twarzy?

Ostry szept rozległ się obok mnie. Nawet nie próbowali ściszyć głosu.

Słyszeliście, że go zostawiła?

Słyszałem, że szukał jej całą noc.

Opróżniono jego skarbce!

Ta suka zabrała mu wszystko.

Słyszałam, że okradła też jego rodzinę.

Szepty wypełniały moje uszy niczym grzmiące fale chaosu. Co się dzieje? Dlaczego tak mówią?

Płaciła za usługi towarzyskie.

Płaci facetom, żeby ją pieprzyli.

Jakie to żałosne.

Dobrze, że nigdy nie mieli dzieci.

Biedny Ron.

Wszystko zaczęło wirować.

Biedny Ron.

W kółko słyszałam to zdanie.

Weszłam do toalety i zwymiotowałam do sedesu. On to nakręcił. Całkowicie zrujnował moją reputację. Sprawił, że wyglądało to na moją winę. Moją winę. Moją winę.

Nie mogłam oddychać. Nie mogłam myśleć. Wszyscy w tym cholernym miejscu nas znali. I uwierzyli jemu? A nie mnie?

Oczywiście, że tak.

Byłam tą cichą.

Tą wycofaną.

Wszyscy myślą, że to ja wszystko zepsułam.

Nigdy nie byłam towarzyskim i ekstrawertycznym Ronem Weasleyem. Nie byłam bohaterem wojennym. Nie byłam najlepszym przyjacielem Harry’ego Pottera.

Znowu zwymiotowałam. Musiałam iść do swojego gabinetu. Musiałam unikać dalszych rozmów w tym temacie.

Gdybym wróciła do domu, wyglądałabym na winną. Wpadłabym w narrację, którą stworzył Ron. Musiałam wyglądać na niewzruszoną. Musiałam udawać, że nie słyszałam szeptów.

Ochlapałam twarz chłodną wodą i wzięłam głęboki oddech przed lustrem. Nie złamię się. Nie tutaj. Nie przez to. Prawda wyjdzie na jaw. Musi.

Wycofałam się w ten sam sposób, w jaki robiłam to od wojny. Odłączyłam się od czasu, który nie istniał i nie był prawdziwy. Otuliłam się tym, bo nie mogłam znieść konfrontacji z rzeczywistością. Odcięłam się od hałasu, zapomniałam słów. Wjechałam windą na swoje piętro. Moi współpracownicy niezręcznie kręcili się wokół mnie. Po raz pierwszy od lat ktoś w ogóle zauważył moją obecność. Zwykle przeszkadzałam, byłam odsunięta na bok. Dziś wszyscy mnie obserwowali. Ron najwyraźniej miał pracowity poranek.

Kiedy weszłam, Theo zerwał się z miejsca. Nic nie powiedział, tylko mocno mnie objął. Pozwoliłam mu się przytulić.

— Zajebię go, Granger — obiecał. — Przysięgam, że to zrobię.

Uścisnęłam go w odpowiedzi.

Wciąż nie mogłam płakać. Czy byłam aż tak uszkodzona?

Ron publicznie mnie upokorzył. Niszczył moją reputację w pracy.

— Co mam zrobić?

Nie miałam w tym żadnego doświadczenia. Nigdy nie byłam nielubiana. Nigdy nikt nie kwestionował mojej wiarygodności.

Ale chłonęli jego oskarżenia jak prawdę, kurczowo trzymając się wszelkich wymyślonych kłamstw, którymi zasypywał korytarze naszego miejsca pracy. A ja miałam zmierzyć się z tym bałaganem, jakby nie robiło to na mnie żadnego wrażenia. Jakby mnie nie przytłaczało. Jakbym nie była tak cholernie zawstydzona, żebym mogła krzyczeć.

Nienawidziłam tej całej uwagi, jaką na mnie zwracano. Nienawidziłam plotek i szeptów. Ale najbardziej nienawidziłam tego, że nagle znów stałam się widoczna. Uwielbiałam swoją niewidzialność. Ceniłam ją nawet. Ale teraz to minęło.

— Już wysłaliśmy wiadomość do adwokata — powiedział. — Opracowuje plan.

— Nie chcę o tym myśleć — wyszeptałam. — Chcę po prostu udawać, że nic się nie stało.

— Oczywiście.

Pocałował mnie w głowę i odsunął, trzymając na odległość wyciągniętej ręki.

— Przypadkowo źle oznaczyłem co najmniej kilkanaście fiolek z trucizną — rzekł. — Może wykorzystamy to jako dywersję?

Jęknęłam, ale zadziałało. Theo zbierał każdą korespondencję, która wpadała pod naszymi drzwiami. Większość z nich od razu spalał. Na inne odpowiadał albo odkładał na inny stos. Naprawdę nie wiedziałam, co bym dziś bez niego zrobiła.

Około południa rozległo się ciche pukanie. Theo wstał i ruszył, zanim mój umysł zdążył ogarnąć, co się dzieje. Wpatrywałam się w drzwi z przerażeniem. To od niego?

— Cześć — powiedział cichy głos.

Theo odsunął się na bok i Astoria stanęła w drzwiach. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się smutno.

— Chcę tylko, żebyś wiedziała — rzekła. — Że w zeszłym tygodniu złożyłam wszystkie dokumenty dotyczące twojego… Rona. — szybko się poprawiła.

Theo uśmiechnął się szeroko.

— Więc, jeśli chodzi o te plotki — wskazała głową na korytarz, przewracając oczami. — Kierownictwo i ludzie w biurze znają prawdę. A te zuchwałe oskarżenia są badane.

— Tak szybko?

Zbladłam.

W ogóle się tego nie spodziewałam.

— Tu, w Ministerstwie Magii, odnosimy się do społeczności czarodziejów, która dla nas pracuje, z szacunkiem i pobieżnie — powtórzyła z podręcznika. — Ponad wszystko trzeba pamiętać o dobrych manierach w miejscu pracy i wśród współpracowników. Naszym obowiązkiem jest podtrzymywanie tych standardów.

Theo zaśmiał się maniakalnie, słysząc jej słowa, i nawet ja się uśmiechnęłam. Może to wszystko rozpłynie się do jutra. Pocałował ją w oba policzki i nawet ja poczułam ulgę.

Gdy Astoria odwróciła się, by wyjść, przez szparę wsunął się mały list. Theo zaklął i sięgnął po niego, ale list był zbyt szybki.

Czerwona koperta zatrzymała się przede mną.

Zamarłam.

Wyjec.

Nikt z nas nie zareagował wystarczająco szybko.

List eksplodował kakofonią wściekłości i przekleństw. Głos Molly Weasley był równie piskliwy, jak go zapamiętałam z drugiego roku.

Jak ŚMIESZ zawstydzać mojego syna w ten sposób. Musisz mieć czelność paradować po Ministerstwie, rozkładając nogi przed każdym rozpustnikiem, podczas gdy twój biedny mąż haruje do SZPIKU KOŚCI! Byliśmy twoją rodziną! Przyjęliśmy cię, kiedy nie miałaś nikogo! I tak nas traktujesz? Okradłaś moich synów? Harry’ego? Ty kłamliwa dziwko. Powinnaś mieć mdłości z powodu tego, jak nas wszystkich wykorzystałaś i znęcałaś się nad nami. I po co? W jakim celu, Hermiono? Czujesz się potężna, sprawiając, że tacy słodcy mężczyźni jak mój Ronald czują się tak źle? Obrzydliwe. Absolutnie nikczemne. Dzięki Merlinowi, że twoi rodzice cię nie pamiętają. Nie wiem, jakby znieśli to wszystko.

List rozdarł się przede mną.

Zadrżałam, całkowicie wrośnięta w ziemię.

Wpatrywałam się w podłogę, gdzie leżały strzępki pergaminu. Nikt z nas się nie poruszył. Nikt się nie odezwał.

— Granger…

Uniosłam rękę, by uciszyć Theo. Nie chciałam pocieszenia. Nie chciałam współczucia.

— Chciałabym zjeść lunch w samotności — powiedziałam cicho, sięgając po torbę.

Podeszłam do wolnego stolika na tyłach gabinetu.

Słyszałam szepty Astorii i Theo, ale ich ignorowałam. Nie mogłam o tym myśleć. O niczym.

Gdybym mogła…

Gdybym poświęciła temu listowi chwilę uwagi…

Mrugnęłam kilka razy i wyciągnęłam torbę na lunch wraz z książką, którą spakowałam.

Zamierzałam czytać i jeść. To wszystko.

Zignorowałam drżenie moich rąk.

Zignorowałam to, że znów chciało mi się wymiotować.

Zmusiłam się, żeby pieczenie w oczach zniknęło.

Było dobrze.

Dam sobie radę.

Otworzyłam torbę i zobaczyłam w środku błyszczące jabłko. Był tam też kawałek tarty cytrynowej. Następnie wyciągnęłam kanapkę, a na przyklejonej karteczce widniał napis: Zdecydowanie NIE kanapka z indykiem. To byłoby obrzydliwe…. Uśmiechnęłam się do kanapki z szynką. Jego sprytna magia musiała przemycić to, po tym jak powiedziałam coś o kolacji. W końcu znalazłam pyszną sałatkę, taką jak ta, którą jedliśmy wczoraj wieczorem. A na dnie torby leżał widelec owinięty w serwetkę. Wyjęłam widelec i rozwijając serwetkę, zauważyłam, że w środku jest kolejna karteczka.

Na karteczce było napisane Postaraj się dziś nie uciekać do przemocy. Poniżej znajdował się animowany rysunek, na którym uderzam Draco w twarz w pobliżu chatki Hagrida na trzecim roku. W zapętleniu patrzyłam, jak uderzam go, a jego animowana postać kurczowo się trzyma za policzek i płacze.

I zaśmiałam się.

Śmiałam się tak głośno, że łzy lały mi się z oczu.

Przez resztę dnia za każdym razem, gdy narastały we mnie emocje, patrzyłam na tą małą karteczkę, którą przyczepiłam do ściany. To było jedyne przypomnienie, jakiego potrzebowałam, by przetrwać.

Brak komentarzy