[T] Come To Claim: Rozdział 11
Witajcie :) wiem, że miałam sobie zrobić przerwę od publikacji tłumaczeń, ale jak to zwykle bywa przetłumaczyłam dwa rozdziały i postanowiłam, że mogę je opublikować, tak na zachętę do dalszego czytania. Zatem miłej lektury! :)
______________
Niedziela
była trudna.
Przez
większość dnia siedziałam zamknięta w pokoju. Nie chciałam stawić czoła
faktowi, że jutro jest poniedziałek. Nigdy nie odczuwałam czegoś takiego. Nigdy
nie bałam się iść do pracy. Ale świadomość, że jutro zobaczę Rona po raz
pierwszy od wyprowadzki, napawała mnie niepokojem. Co zrobi? Co powie? Niepokój związany z nadchodzącą konfrontacją
wstrząsnął mną.
Do
tego doszło dziwne poczucie winy, które odczuwałam z powodu moich wyborów w Nox.
Wczorajszy wieczór był szalony i chaotyczny. Ledwo mogłam skupić się na tym, co
działo się wokół mnie, bo wszystko było tak przesadnie stymulujące i
przytłaczające. Czy to naturalne, że dziś coś poczułam?
Czy to było poczucie winy?
Nie
dbałam o honor mojego małżeństwa. Już dawno było po nim. Ron paradował z
kobietami po mieście, jakby od dawna był singlem. Najwyraźniej nie łączyła nas
już żadna lojalność.
Czy żałowałam, że poszłam?
Westchnęłam.
Nie.
Właściwie,
jakaś część mnie pragnęła być tam teraz, ukrywając się przed prawdą o
zbliżającym się tygodniu pracy. Podobało mi się to rozproszenie uwagi. Lubiłam
ucieczki.
Ale
na ile to było realistyczne? Ten zamaskowany nieznajomy niemal trzymał mnie w
garści. Ale co innego mogło się wydarzyć? Nawet nie wiedziałam, jak wygląda!
Trochę zabawialiśmy się w lochach Nox, ale nic z tego nie powinno się wydarzyć.
Jego mroczne szepty o opętaniu i tym podobne były po prostu ładnymi
kłamstewkami. To nie było prawdziwe. Stanowiło część gry.
Ale
po raz pierwszy od lat naprawdę coś czułam. Po wojnie robiłam wszystko, co
mogłam, by stłumić lęk. Całkowicie wszystko uzewnętrzniałam. Jeśli czegoś nie
czułam, to nie istniało. Niestety, nie czując złych rzeczy, wybrałam
nieodczuwanie niczego. Zero radości, podniecenia, gniewu, samotności. Byłam
pusta w środku. Unosiłam się, bezmyślnie przeżywając każdy dzień. Nic mnie nie
ekscytowało. Nie miałam w sobie ani iskry życia. Myślałam, że przetrwanie
wystarczy.
A
ja chciałam o wiele więcej. Chciałam więcej dla siebie. Dla swojego życia. Dla
swojej przyszłości. Chciałam czegoś nowego.
A
teraz, nie miałam nawet trzydziestu lat i rozwodziłam się. Nie miałam
pieniędzy. Miałam sekretną obsesję na punkcie Pana z podziemi w klubie
erotycznym. Mieszkałam z mężczyzną, który jeszcze kilka miesięcy temu mogłabym
przysiąc, że mnie nienawidzi. A prawdziwych przyjaciół mogłam policzyć na
palcach jednej ręki.
Szkoła
nie przygotowała mnie na nic. Ani na utratę rodziców czy przyjaciół, ani na
rozpad małżeństwa, w którym tkwiłam, ani tym bardziej na finansową ruinę, z
którą się mierzyłam. Szkoła nauczyła mnie, że nienawiść do Slytherinu jest
ważniejsza niż oddychanie. Nauczyła mnie, że Quidditch należy wielbić, a status
krwi ma znaczenie.
Może
kiedyś wszystkie moje łzy w końcu znikną, a ja utonę pod ciężarem tłumionych
emocji.
Ale
dziś to nie był ten dzień.
Po
raz pierwszy wyszłam z pokoju. Okoliczności, w których się znajdowałam, nie
czyniły ze mnie darmozjada. Musiałam porozmawiać z Draco o pozostaniu tutaj.
Chciałam się jakoś zaangażować. Tak jak on potrzebowałam gotowania i jakiegoś
wsparcia. Czegoś, na czym mogłabym się skupić. Czegoś, co pozwoliłoby mi
poczuć, że nie wykorzystuję i nie nadużywam jego dobroci.
Znalazłam
go w bibliotece. Leżał rozciągnięty z książką. Okulary miał na czubku nosa. Był
ubrany w bluzę z kapturem i spodnie dresowe, a ja uśmiechnęłam się ironicznie
na widok tego swobodnego stroju. Nie przypominałam sobie, żebym kiedykolwiek
widziała go w czymkolwiek innym niż markowe ciuchy albo strój do Quidditcha.
—
Cześć — powiedziałam, siadając naprzeciwko niego na sofie. Położyłam poduszkę
na kolanach. — Masz chwilę?
Uniósł
brwi, ale skinął głową i odłożył książkę na stół.
Nie
wiem, dlaczego wyglądał na zdenerwowanego. To ja wykorzystywałam jego
przestrzeń i pieniądze. I życzliwość, oczywiście. Ale dzisiaj się to skończy.
—
Naprawdę chciałabym pomóc — zaczęłam. — Czuję się niezręcznie, nie płacąc za
nic i nie angażując się. To mnie… niepokoi.
—
Nie potrzebuję twoich pieniędzy — mruknął. — I nie chcę ich.
—
Ale mogę robić zakupy spożywcze, sprzątać czy coś w tym stylu.
Zastanowił
się nad moimi słowami.
—
Gotuj ze mną kolacje.
Źle
go usłyszałam.
—
Co?
—
Gotuj ze mną. Tak jak ostatnio. W ten sposób możesz się zaangażować.
Mówił
poważnie, prawda? Czemu, u licha, miałby chcieć, żebym pomagała mu przy kolacji?
O wiele lepiej gotował niż ja kiedykolwiek.
—
Nie będę kłamał i mówił, że wiem, jak to ogarnąć. — Wskazał między nami. —
Nigdy z nikim nie mieszkałem. Nigdy nie dzieliłem domu. Ale ostatnio bardzo
podobało mi się twoje towarzystwo. Miło było mieć kogoś, z kim mogłem
porozmawiać podczas gotowania. Miło było mieć kogoś, dla kogo mógłbym gotować,
pomijając siebie.
—
Po prostu nie chcę, żebyś czuł, że musisz się mną ciągle opiekować jak…
Szukałam
w pamięci przykładu.
—
Jak ty opiekowałaś się Weasleyem?
Głębia
ciszy, która zawisła między nami, była ogromna.
Mówił
prawdę.
A
ja nie miałam innego wyboru, jak tylko chłonąć intensywność tej szczerości.
Nienawidziłam
Rona. Wiedziałam, że tak jest. Nienawidziłam tego, że to ja wszystko robię.
Nienawidziłam tego, że oczekiwał, iż nasze życie będzie toczyć się dalej w ten
sposób. Myślałam, że aby być szczęśliwą, muszę być jak Molly Weasley w
małżeństwie. Myślałam, że jedynym sposobem, by być kochającą żoną i mieć
kochającego męża, jest troska o niego. Ale z natury nie byłam opiekunką.
Chciałam, żeby Ron sam sprzątał swoje cholerne skarpetki. Dlatego ciągle
odkładałam posiadanie z nim dzieci. Potajemnie brałam w pracy eliksiry
antykoncepcyjne, bo nie byłam gotowa, by mieć w domu drugie dziecko. On sam był
wystarczająco roztrzepany. Nie wyobrażałam sobie też zatłoczonego mieszkania
przypominającego Norę. Utonęłabym w tym.
—
Masz rację — powiedziałam. — Nie chcę, żebyś miał mi za złe, że tu jestem.
Jestem ci za to wszystko bardzo wdzięczna. Nie chcę niczego zepsuć.
—
Nie będę miał ci tego za złe, Granger.
—
Nie możesz tego wiedzieć.
—
W każdym razie lepiej chodź do kuchni, żebym nie zaczął.
Uśmiechnęłam
się szeroko. Żartobliwy ton jego głodu poprawiły sytuację.
—
Tak, proszę pana.
Przewrócił
oczami, ale poszłam za nim do kuchni.
—
Chyba po prostu spróbujemy to wszystko ogarnąć.
—
Tak — zgodził się. — Nie ma potrzeby dokładać sobie stresu, definicji i presji.
Możemy po prostu… być.
—
Tak, niech tak zostanie.
~*~*~*~*~*~*~*~
Niewiele
spałam tej nocy. Chciałam tylko, żeby ta pierwsza interakcja dobiegła końca.
Ron nie mógł powiedzieć, że tego nie przewidział. To było absurdalne. Mój
prawnik dostarczył dokumenty wcześnie rano, zanim zaczął pracę. Miałam
nadzieję, że otrzyma wezwanie do sądu i wyjdzie z pracy. Wiedziałam, że nie jestem
aż taką szczęściarą.
—
Sprawdź lodówkę — zawołał Draco przez ramię, gdy wchodziłam do kuchni.
Właśnie
miał wejść do kominka.
—
Napisz do mnie dzisiaj, jeśli będziesz mnie potrzebować — powiedział.
—
Nie chcę, żebyś musiał się w to mieszać. — Westchnęłam. — Nigdy nie
ryzykowałabym pracy, którą włożyłeś, by osiągnąć poziom, na którym jesteś
teraz. Zbyt ciężko pracowałeś.
—
W razie potrzeby zainterweniuję — mruknął.
Odbyliśmy
rozmowę na ten temat wczoraj wieczorem. I sądząc po zaciśniętej szczęce, nie zmienił
zdania. Powiedział mi bez ogródek, że z chęcią wywaliłby Weasleya za każde
drobne przewinienie, biorąc pod uwagę jego złość. Powiedziałam mu, że nie
potrzebujemy tego na dodatek do wszystkiego innego.
—
Dam sobie radę — obiecałam. — I mam Theo.
Zacisnął
szczękę. Skinął lekko głową, ale wyglądał na rozdrażnionego.
—
Indyk czy łosoś dzisiaj wieczorem? — zapytał, zanim wyszedł.
Skrzywiłam
się.
—
Łosoś. Nienawidzę indyka.
—
Zanotowane.
I
zniknął.
Podeszłam
do lodówki i zauważyłam na blacie kubek na kawę na wynos, już napełniony. Na
nim było napisane moje imię i karteczka z prośbą o sprawdzenie lodówki.
Otworzyłam lodówkę i znalazłam małą torebkę na lunch, podobną do tej, którą
zazwyczaj noszę ze sobą. Zapomniałam swojej w pospiechu, gdy się wyprowadzałam,
i to była miła niespodzianka. Wzięłam lunch i włożyłam go do mojej torebki.
Zadbałam
dziś o elegancki ubiór. Chciałam czuć się pewnie w swoich wyborach. Założyłam
spódnicę i jedwabną bluzkę, które miałam na sobie w Nox za pierwszym razem, ale
do biura nałożyłam na nią marynarkę. Nie musiałam zakładać aż tak swobodnego
stroju. Tym razem miałam pod spodem stanik. Choć był to jeden z moich
ładniejszych czarnych. Do tego założyłam pasujące majtki z prezentu od Theo do
Nox. Moje ulubione szpilki zmusiły mnie do chodzenia z determinacją i pewnością
siebie, a dziś potrzebowałam wszelkiej możliwej pomocy.
Ministerstwo
i tak roiło się od pracowników, mimo że zjawiłam się trzydzieści minut
wcześniej niż zwykle. Nie miałam zamiaru iść do gabinetu Rona i się z nim
konfrontować. Nie byłam na tyle odważna. Chciałam cały dzień chować się w swoim
gabinecie pod opiekuńczym spojrzeniem Theo.
Kierując
się w stronę wind, zauważyłam, że nikt na mnie nie wpadł. Nie wychylałam się.
Miałam coś na twarzy?
Ostry
szept rozległ się obok mnie. Nawet nie próbowali ściszyć głosu.
Słyszeliście, że go zostawiła?
Słyszałem, że szukał jej całą noc.
Opróżniono jego skarbce!
Ta suka zabrała mu wszystko.
Słyszałam, że okradła też jego
rodzinę.
Szepty
wypełniały moje uszy niczym grzmiące fale chaosu. Co się dzieje? Dlaczego tak mówią?
Płaciła za usługi towarzyskie.
Płaci facetom, żeby ją pieprzyli.
Jakie to żałosne.
Dobrze, że nigdy nie mieli dzieci.
Biedny Ron.
Wszystko
zaczęło wirować.
Biedny Ron.
W
kółko słyszałam to zdanie.
Weszłam
do toalety i zwymiotowałam do sedesu. On to nakręcił. Całkowicie zrujnował moją
reputację. Sprawił, że wyglądało to na moją winę. Moją winę. Moją winę.
Nie
mogłam oddychać. Nie mogłam myśleć. Wszyscy w tym cholernym miejscu nas znali.
I uwierzyli jemu? A nie mnie?
Oczywiście,
że tak.
Byłam
tą cichą.
Tą
wycofaną.
Wszyscy
myślą, że to ja wszystko zepsułam.
Nigdy
nie byłam towarzyskim i ekstrawertycznym Ronem Weasleyem. Nie byłam bohaterem
wojennym. Nie byłam najlepszym przyjacielem Harry’ego Pottera.
Znowu
zwymiotowałam. Musiałam iść do swojego gabinetu. Musiałam unikać dalszych
rozmów w tym temacie.
Gdybym
wróciła do domu, wyglądałabym na winną. Wpadłabym w narrację, którą stworzył
Ron. Musiałam wyglądać na niewzruszoną. Musiałam udawać, że nie słyszałam
szeptów.
Ochlapałam
twarz chłodną wodą i wzięłam głęboki oddech przed lustrem. Nie złamię się. Nie tutaj. Nie przez to. Prawda wyjdzie
na jaw. Musi.
Wycofałam
się w ten sam sposób, w jaki robiłam to od wojny. Odłączyłam się od czasu,
który nie istniał i nie był prawdziwy. Otuliłam się tym, bo nie mogłam znieść
konfrontacji z rzeczywistością. Odcięłam się od hałasu, zapomniałam słów.
Wjechałam windą na swoje piętro. Moi współpracownicy niezręcznie kręcili się
wokół mnie. Po raz pierwszy od lat ktoś w ogóle zauważył moją obecność. Zwykle
przeszkadzałam, byłam odsunięta na bok. Dziś wszyscy mnie obserwowali. Ron
najwyraźniej miał pracowity poranek.
Kiedy
weszłam, Theo zerwał się z miejsca. Nic nie powiedział, tylko mocno mnie objął.
Pozwoliłam mu się przytulić.
—
Zajebię go, Granger — obiecał. — Przysięgam, że to zrobię.
Uścisnęłam
go w odpowiedzi.
Wciąż
nie mogłam płakać. Czy byłam aż tak
uszkodzona?
Ron
publicznie mnie upokorzył. Niszczył moją reputację w pracy.
—
Co mam zrobić?
Nie
miałam w tym żadnego doświadczenia. Nigdy nie byłam nielubiana. Nigdy nikt nie
kwestionował mojej wiarygodności.
Ale
chłonęli jego oskarżenia jak prawdę, kurczowo trzymając się wszelkich
wymyślonych kłamstw, którymi zasypywał korytarze naszego miejsca pracy. A ja
miałam zmierzyć się z tym bałaganem, jakby nie robiło to na mnie żadnego
wrażenia. Jakby mnie nie przytłaczało. Jakbym nie była tak cholernie
zawstydzona, żebym mogła krzyczeć.
Nienawidziłam
tej całej uwagi, jaką na mnie zwracano. Nienawidziłam plotek i szeptów. Ale
najbardziej nienawidziłam tego, że nagle znów stałam się widoczna. Uwielbiałam
swoją niewidzialność. Ceniłam ją nawet. Ale teraz to minęło.
—
Już wysłaliśmy wiadomość do adwokata — powiedział. — Opracowuje plan.
—
Nie chcę o tym myśleć — wyszeptałam. — Chcę po prostu udawać, że nic się nie
stało.
—
Oczywiście.
Pocałował
mnie w głowę i odsunął, trzymając na odległość wyciągniętej ręki.
—
Przypadkowo źle oznaczyłem co najmniej kilkanaście fiolek z trucizną — rzekł. —
Może wykorzystamy to jako dywersję?
Jęknęłam,
ale zadziałało. Theo zbierał każdą korespondencję, która wpadała pod naszymi
drzwiami. Większość z nich od razu spalał. Na inne odpowiadał albo odkładał na
inny stos. Naprawdę nie wiedziałam, co bym dziś bez niego zrobiła.
Około
południa rozległo się ciche pukanie. Theo wstał i ruszył, zanim mój umysł
zdążył ogarnąć, co się dzieje. Wpatrywałam się w drzwi z przerażeniem. To od niego?
—
Cześć — powiedział cichy głos.
Theo
odsunął się na bok i Astoria stanęła w drzwiach. Spojrzała na mnie i
uśmiechnęła się smutno.
—
Chcę tylko, żebyś wiedziała — rzekła. — Że w zeszłym tygodniu złożyłam
wszystkie dokumenty dotyczące twojego… Rona. — szybko się poprawiła.
Theo
uśmiechnął się szeroko.
—
Więc, jeśli chodzi o te plotki — wskazała głową na korytarz, przewracając
oczami. — Kierownictwo i ludzie w biurze znają prawdę. A te zuchwałe oskarżenia
są badane.
—
Tak szybko?
Zbladłam.
W
ogóle się tego nie spodziewałam.
—
Tu, w Ministerstwie Magii, odnosimy się do społeczności czarodziejów, która dla
nas pracuje, z szacunkiem i pobieżnie — powtórzyła z podręcznika. — Ponad
wszystko trzeba pamiętać o dobrych manierach w miejscu pracy i wśród
współpracowników. Naszym obowiązkiem jest podtrzymywanie tych standardów.
Theo
zaśmiał się maniakalnie, słysząc jej słowa, i nawet ja się uśmiechnęłam. Może
to wszystko rozpłynie się do jutra. Pocałował ją w oba policzki i nawet ja
poczułam ulgę.
Gdy
Astoria odwróciła się, by wyjść, przez szparę wsunął się mały list. Theo zaklął
i sięgnął po niego, ale list był zbyt szybki.
Czerwona
koperta zatrzymała się przede mną.
Zamarłam.
Wyjec.
Nikt
z nas nie zareagował wystarczająco szybko.
List
eksplodował kakofonią wściekłości i przekleństw. Głos Molly Weasley był równie
piskliwy, jak go zapamiętałam z drugiego roku.
—
Jak ŚMIESZ zawstydzać mojego syna w ten
sposób. Musisz mieć czelność paradować po Ministerstwie, rozkładając nogi przed
każdym rozpustnikiem, podczas gdy twój biedny mąż haruje do SZPIKU KOŚCI!
Byliśmy twoją rodziną! Przyjęliśmy cię, kiedy nie miałaś nikogo! I tak nas
traktujesz? Okradłaś moich synów? Harry’ego? Ty kłamliwa dziwko. Powinnaś mieć
mdłości z powodu tego, jak nas wszystkich wykorzystałaś i znęcałaś się nad
nami. I po co? W jakim celu, Hermiono? Czujesz się potężna, sprawiając, że tacy
słodcy mężczyźni jak mój Ronald czują się tak źle? Obrzydliwe. Absolutnie
nikczemne. Dzięki Merlinowi, że twoi rodzice cię nie pamiętają. Nie wiem, jakby
znieśli to wszystko.
List
rozdarł się przede mną.
Zadrżałam,
całkowicie wrośnięta w ziemię.
Wpatrywałam
się w podłogę, gdzie leżały strzępki pergaminu. Nikt z nas się nie poruszył.
Nikt się nie odezwał.
—
Granger…
Uniosłam
rękę, by uciszyć Theo. Nie chciałam pocieszenia. Nie chciałam współczucia.
—
Chciałabym zjeść lunch w samotności — powiedziałam cicho, sięgając po torbę.
Podeszłam
do wolnego stolika na tyłach gabinetu.
Słyszałam
szepty Astorii i Theo, ale ich ignorowałam. Nie mogłam o tym myśleć. O niczym.
Gdybym
mogła…
Gdybym
poświęciła temu listowi chwilę uwagi…
Mrugnęłam
kilka razy i wyciągnęłam torbę na lunch wraz z książką, którą spakowałam.
Zamierzałam
czytać i jeść. To wszystko.
Zignorowałam
drżenie moich rąk.
Zignorowałam
to, że znów chciało mi się wymiotować.
Zmusiłam
się, żeby pieczenie w oczach zniknęło.
Było dobrze.
Dam sobie radę.
Otworzyłam
torbę i zobaczyłam w środku błyszczące jabłko. Był tam też kawałek tarty
cytrynowej. Następnie wyciągnęłam kanapkę, a na przyklejonej karteczce widniał
napis: Zdecydowanie NIE kanapka z
indykiem. To byłoby obrzydliwe…. Uśmiechnęłam się do kanapki z szynką. Jego
sprytna magia musiała przemycić to, po tym jak powiedziałam coś o kolacji. W
końcu znalazłam pyszną sałatkę, taką jak ta, którą jedliśmy wczoraj wieczorem.
A na dnie torby leżał widelec owinięty w serwetkę. Wyjęłam widelec i rozwijając
serwetkę, zauważyłam, że w środku jest kolejna karteczka.
Na
karteczce było napisane Postaraj się dziś
nie uciekać do przemocy. Poniżej znajdował się animowany rysunek, na którym
uderzam Draco w twarz w pobliżu chatki Hagrida na trzecim roku. W zapętleniu
patrzyłam, jak uderzam go, a jego animowana postać kurczowo się trzyma za
policzek i płacze.
I
zaśmiałam się.
Śmiałam
się tak głośno, że łzy lały mi się z oczu.
Przez resztę dnia za każdym razem, gdy narastały we mnie emocje, patrzyłam na tą małą karteczkę, którą przyczepiłam do ściany. To było jedyne przypomnienie, jakiego potrzebowałam, by przetrwać.
Brak komentarzy