[T] Come To Claim: Rozdział 16

wtorek, 26 maja 2026

 

Dzisiaj absurdalnie wyszłam poza swoją strefę komfortu. Wpatrywałam się w chabrową sukienkę i przesuwałam palcami po miękkim materiale, otulając ciało. Pansy dobrała sukienkę bez rękawów z golfem do cielistych szpilek. Spódnica była nieco ciaśniejsza i krótsza niż te, które zazwyczaj nosiłam do pracy, ale miała przepiękny kolor. Ujarzmiłam moje dzikie loki na czubku głowy i spojrzałam na siebie w lustrze. Trzymałam w dłoni tubkę trwałej szminki. Pansy podkreślała, jak ważne jest codzienne noszenie szminki. Było to dla mnie zupełnie obce, ale kiedy rozprowadzałam cienką warstwę na ustach, widziałam, jak mnie odmienia. Poczułam się silniejsza.

Draco opierał się o blat, czytając kilka stron raportu. Jego brwi marszczyły się z irytacji. Odświeżające było obserwowanie jego drugiej strony po tylu tygodniach wspólnego życia. Rzadko w domu widywałam ten gest. Miałam okazję obserwować jego łagodną, skupioną, zrelaksowaną, a nawet pogodną stronę. Żyłam dla chwil, gdy wybuchał śmiechem. Był tak ochrypły i melodyjny.

Słyszał moje obcasy na kafelkach i podniósł wzrok znad swoich papierów. Rozchylił usta.

— Granger.

Jego głos był niski i szorstki.

Przypomniało mi to, jak potwór warczał na mojej skórze, drażniąc mnie ustami. Wzięłam głęboki oddech, spróbowałam się uśmiechnąć i stłumić wszelkie krępujące i niepewne myśli, które pojawiły się w mojej głowie.

— Ty. — Uspokoił się. — Wyglądasz, jakbyś od rana szykowała się do walki.

Zaśmiałam się.

— Staram się.

Po raz ostatni na mnie spojrzał, po czym pokręcił głową i schował papiery z powrotem do torby. Podsunął mi kawę i pomógł zarzucić torebkę na ramię. Jego palce musnęły nagą skórę na moim ramieniu i stłumiłam dreszcz. Trzymał mojego lunchboxa i gestem wskazał na kominek.

Dzisiaj poszliśmy razem. Wolną rękę trzymał na moich plecach, a ja udawałam, że nie czuję, jakby wypalał dziurę w mojej jasnej sukience. Wyglądało na to, że goli się każdego ranka. Widziałam, że meszki włosowe miał jeszcze lekko wilgotne. Zauważyłam też, że rzadko nosił rano okulary. Wyglądało na to, że zakładał je po długim dniu. A w szczególnie trudne dni zakładał je po południu.

— Czy Legilimencja wpływa na twój wzrok?

Spojrzał na mnie zaskoczony.

— Tak — odpowiedział szczerze. — Skąd wiedziałaś?

— Zwykle widzę cię w okularach tylko pod koniec długiego dnia albo kiedy wyglądasz na zestresowanego.

— Mam bóle głowy, gdy przesadzę. Okulary pomagają znieść to napięcie.

Skinęłam głową i weszliśmy do Ministerstwa.

Draco Malfoy był przerażającym czarodziejem. Potrafił tak ukazywać emocje na twarzy, że wyglądał jak dominujący drapieżnik, którym zresztą był. Patrzył na ciebie gniewnie i zamieniał w pył. Ale przebywanie w jego ochronnej bańce było zupełnie innym doświadczeniem. Trzymał rękę na moich plecach, prowadząc mnie przez tłum. Przejście przez hol Ministerstwa z nim u boku było jednym z najmocniejszych momentów, jakie pamiętam. Poczułam, jak cząstka mnie wraca na swoje miejsce dziś rano.

Staliśmy przy drzwiach wind i czułam, jak Draco się spina. Ron już był w środku.

Ron nigdy nie potrafił opanować swoich emocji na twarzy. Rozkwitła szkarłatną wściekłością na mój widok. Uśmiechnął się do mnie szyderczo z cichą pogardą. Próbowałam się cofnąć, ale kciuk Draco zataczał koła wzdłuż moich pleców i trzymał mnie w miejscu.

— Wynocha.

Głos Draco był groźnie niski. Wypalał w Ronie dziurę swoim przenikliwym spojrzeniem.

Ron zacisnął zęby, wyglądając, jakby miał zamiar się kłócić. Pozostali pasażerowie windy poruszyli się niespokojnie, słysząc tę wymianę zdań. Ale żaden z nich nie był na tyle tępy, żeby sprzeciwić się rozkazowi Głównego Aurora. Przez kilka chwil mierzyli się wzrokiem. W końcu Ron ustąpił. Przepchnął się obok wszystkich w windzie, narzekając i przeklinając. Miał pogniecioną koszulę, potargane włosy i cienie pod oczami.

Draco nie spojrzał na niego ani razu, ja też nie, kiedy wsiadaliśmy do windy. Ludzie w środku się rozstąpili, robiąc nam miejsce z tyłu. Draco przesunął dłonią po moich plecach wzdłuż kręgosłupa i uniósł moje ramię do rączki nad moją głową. Stał tuż za mną, a ja czułam kojące ciepło jego ciała.

Czy mogłabym robić to z nim każdego ranka? Mój współlokator nie powinien mnie tak pociągać. Powinnam się z nim zaprzyjaźnić. A nie chcieć, żeby mnie pieprzył na ścianach windy. Policzki mi poczerwieniały. Musiałam się wziąć w garść. Draco był absolutnie poza moim zasięgiem.

— Benson — powiedział Draco obok mnie, zdejmując rękę z mojej i skórzanej rączki, którą oboje trzymaliśmy.

Dwaj czarodzieje uścisnęli sobie dłonie i cicho rozmawiali o jakimś spotkaniu, które odbyli w zeszłym tygodniu zbuntowanych zwodników.

— Świetna sukienka, Hermiono — mruknęła Parvati.

Zdziwienie ogarnęło moją twarz, gdy spojrzałam w drugą stronę. Uśmiechnęła się do mnie.

— Dziękuję — odpowiedziałam z uśmiechem.

— Gdzie ją znalazłaś? Niedługo idę na ślub. Coś takiego byłoby super.

— W nowym sklepie Pansy Parkinson — powiedziałam. — Ma prawdziwy talent.

— Ściegi i Wstążki, prawda? Słyszałam, że to bardzo szykowny sklep.

— Uroczy — rzekłam. — Powinnaś tam pójść.

— Powiem Padmie. — Skinęła głową i pomachała mi, odchodząc. — Do zobaczenia!

Dłoń Draco znów spoczęła na mnie i na skórzanej rączce, a ja oparłam się pokusie, żeby oprzeć się o jego klatkę piersiową, gdy jechaliśmy dalej.

Następnie do windy wszedł jeden z młodych Aurorów.

— Trevor Stanley. — Uśmiechnął się do mnie i wyciągnął rękę. — Miło mi poznać, panno Granger.

Draco przesunął dłoń z powrotem wzdłuż mojego ramienia i ponownie spoczęła na moich plecach, gdy winda zadrżała. Podtrzymał mnie na piętach, żebym mogła puścić rączkę i uścisnąć dłoń Trevora. Kiedy jego dłoń rozpostarła się na moich plecach, objęła je niemal na całej długości.

— Miło mi ciebie poznać — powiedziałam.

Trevor zaangażował Draco w ożywioną opowieść o szkoleniu, w którym uczestniczył w zeszły weekend. Uśmiechnęłam się, widząc energię, jaką emanował. Był entuzjastycznie nastawiony do pracy.

Dłoń Draco pozostała nieruchoma. Udało mi się wypuścić drżący oddech bez jęknięcia, ale to była prawdziwa tortura.

— Nasze piętro — wyszeptał mi do ucha, a ja starałam się nie wystrzelić do przodu.

Usta Draco znajdujące się tak blisko mojego ucha sprawiły, że prawie ugięły się pode mną kolana. Potwór całkowicie mnie zniszczył. Byłam pochłonięta pożądaniem i potrzebą.

Trevor uśmiechnął się i pomachał do mnie, a ja odwzajemniłam gest.

— Wydaje się miły — powiedziałam, idąc korytarzem.

— Jest jak mały piesek, skacze na wszystko i wszystkich. Szkolenie miało go uspokoić i skupić.

Draco przewrócił oczami.

Uśmiechnęłam się i poklepałam go po ramieniu.

— Byłeś dla niego bardzo cierpliwy.

Posłał mi zirytowane spojrzenie, a ja stłumiłam śmiech.

— Dziękuję za eskortę, Główny Aurorze Malfoy — zasalutowałam. — Twoje usługi były nienaganne. Przekaż moje komplementy swojemu przełożonemu.

Sięgnął za mnie do klamki. Był tak blisko, że o mało nie straciłam tchu.

— Zachowuj się. — Uśmiechnął się, otwierając drzwi. — Wrócę wieczorem.

Na te słowa poczułam gorąco pod skórą.

Gdy zamknęłam oczy, widziałam Potwora pochylającego się do przodu i mówiącego mi to samo. Wiedziałam, że moje policzki płoną na samo wspomnienie, więc odwróciłam się i schowałam w gabinecie. Puls walił mi jak młotem, gdy zaciskałam powieki. Musiałam dziś okiełznać szalejące hormony. Byłam jak roztrzęsiona uczennica.

Kiedy Theo wszedł, spojrzał na mnie i zaklął. Rzucił mi fartuch ze wściekłym spojrzeniem.

— Nie spędzę całego dnia, myśląc o bzykaniu się z jedną z moich najlepszych przyjaciółek — wycedził.

Wybuchłam śmiechem, a on się uśmiechnął.

— Wyglądasz olśniewająco, Granger.

— Dziękuję. — Uśmiechnęłam się, zakładając fartuch. — A teraz pomóż mi z tymi kapryśnymi próbkami śliny.

— O rety — jęknął.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

W porze lunchu umierałam z głodu. Theo poszedł po jedzenie na wynos do jednego z pobliskich sklepów, a ja sięgnęłam po torbę. Ale kiedy ją otworzyłam, była pusta. Draco trzymał mój lunch dziś rano.

Westchnęłam, zastanawiając się, co zrobić. Mogłam wysłać mu liścik, ale nie było gwarancji, że jego asystentka od razu dostarczy mi moje jedzenie.

Walcz.

Znajomy głos wypełnił moją głowę.

Miał rację. To było niedorzeczne. Mogłam chodzić po Ministerstwie bez obawy, że Ron zrobi coś głupiego. Potrzebowałam lunchu. Pójdę i go przyniosę.

Zrzuciłam fartuch i ruszyłam do wind. Kiedy dotarłam do gabinetu Draco, poczułam ulgę, że większość ludzi już wyszła na przerwę obiadową, łącznie z jego asystentką. Minęłam jej biurko i zapukałam w drzwi Draco.

— Jest lepiej, Potter — powiedział. — Nie ma sensu się dalej katować.

— Ale pomyśli, że coś wygadałem.

— Wysyłam do Departamentu notatkę, że awansowałeś na głównego trenera. Postępujesz zgodnie z przepisami i najbardziej sensowne jest, żebyś był odpowiedzialny za nowych rekrutów. Muszą się nauczyć wszystkiego we właściwy sposób. Weasley to leniuch, nigdy nie dostałby takiego stanowiska.

Usłyszałam westchnienie Harry’ego.

— Dziękuję — powiedział. — Doceniam to.

Jednak brzmiał na zrezygnowanego.

— Nadal masz zamiar przyjść w czwartek? — zapytał Draco.

— Jeśli nie masz nic przeciwko.

— Ani trochę, Potter. Baw się dobrze.

Stanęłam na skrzypiącej podłodze i miałam ochotę przekląć samą siebie. Zapukałam do drzwi i te się otworzyły.

Machnęłam do Draco niepewnie, nie patrząc na Harry’ego.

— Granger?

Malfoy opierał się o biurko w ten sam sposób, w jaki zastałam go wczoraj. Jego marynarka wisiała na oparciu krzesła. Miał na sobie białą koszulę i granatowy krawat, który pasował do błękitu jego obcisłych spodni.

— Przepraszam, że przeszkadzam — mruknęłam.

— Porozmawiajcie sobie — rzekł Harry, wstając, by wyjść. Zawahał się, stając obok mnie, ale nie odwróciłam się i nie spojrzałam na niego. — Ładnie dziś wyglądasz, Hermiono.

Skinęłam lekko głową, ale nic nie powiedziałam.

W końcu westchnęłam, gdy usłyszałam, jak Harry zamyka drzwi.

— Wszystko w porządku?

— Porwałeś mój lunch.

Draco parsknął śmiechem.

— Przepraszam — powiedział, okrążając biurko i pochylając się.

Mogłabym przysiąc, że kiedy się pochylił, widziałam ciemny zarys czegoś, gdy jego biała koszula napinała się na napiętych mięśniach pleców. Ale kiedy znowu mrugnęłam, zniknęło.

Pokręciłam głową.

Na litość boską. Teraz wyobrażałam sobie Potwora w moim miejscu pracy.

Draco okrążył biurko i podał mi lunchboxa.

— Przepraszam, że przerwałam.

Wzruszył ramionami.

— Nic się nie stało.

Wzięłam lunch i spojrzałam na niego. Nie mogąc się powstrzymać, po prostu wyrzuciłam z siebie pytanie.

— Czy rozdzielasz współpracę Harry’ego i Rona, by ukarać Rona?

Przyglądał mi się uważnie.

— Czy zdenerwowałoby cię, gdybym to zrobił?

Zastanowiłam się nad tym.

— Nie.

Pokręciłam głową.

Draco zdawał się doszukiwać kłamstwa w moich słowach, ale go nie znalazł.

— Nie zrobiłem tego, by ukarać Weasleya — rzekł w końcu. — To dla dobra Pottera.

W mojej głowie kłębiło się kilkanaście pytań, ale nagle rozległo się pukanie do drzwi.

— Dziękuję.

Po czym wyszłam z gabinetu, po drodze uśmiechając się do Deana.

Skręciłam za róg ku windom i zamarłam, widząc Harry’ego opartego o ścianę. Odepchnął się od niej, a moje ciało zesztywniało.

— Harry… — ostrzegłam.

Nie chciałam tego robić. Chciałam tylko zjeść lunch w spokoju.

— Nie chcę, żebyś mnie znienawidziła, Hermiono.

Zebrałam się w sobie, by stłumić narastającą we mnie wściekłość. Miałam ochotę walnąć go moim cholerny lunchboxem.

Wpatrywałam się w niego gniewnie.

— To skomplikowane — rzekł, a ja prychnęłam.

— To trwało latami. A ty nic nie powiedziałeś. Skłamałeś dla niego.

— Hermiono…

— I słyszałeś plotki, które rozsiewał po Ministerstwie. W moim miejscu pracy, Harry. Rozumiem, że się z nim przyjaźnisz, ale miałeś być też moim przyjacielem.

Przepchnęłam się obok niego do windy.

— Jestem twoim przyjacielem — odparł niepewnie.

Spojrzałam na niego gniewnie, naciskając przycisk.

— Niezbyt dobrym.

I pozwoliłam, żeby zamykające się drzwi windy rozdzieliły nas.

Przeklinałam Harry’ego przez całą drogę powrotną do mojego gabinetu. Skonfrontowałam się z nim. W końcu powiedziałam mu, jakim beznadziejnym był przyjacielem. Ale to wcale nie poprawiło mi nastroju. Okropnie było patrzeć na jego pokonaną twarz. Część mnie zastanawiała się, czy Ron był dla niego tak samo okropny, jak dla mnie. Ale ostatecznie nie mogłam usprawiedliwić zaangażowania Harry’ego. Raz po raz mnie okłamywał. A tego nie mogłam po prostu zignorować czy zapomnieć.

Otworzyłam lunchbox i znalazłam nową kreskówkę. Miałam na sobie sukienkę, którą ubrałam wczoraj, a moja animowana postać wymachiwała nogą, kopiąc i bijąc bezimiennych złoczyńców, podczas gdy jego postać opierała się o ścianę ze skrzyżowanymi ramionami i uśmiechała się. Parsknęłam cicho śmiechem i przypięłam ją do tablicy nad biurkiem.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Tego popołudnia Pansy napisała mi, że Astoria dołączy do nas na kolację. Nie planowałam spędzić z nimi wieczoru, ale nie sądziłam, że odmowa mogłaby być dobrym pomysłem. Nie uważałam też, żeby spędzanie więcej czasu z Draco było mądrym posunięciem, skoro pożądałam go przez cały ranek. Potrzebowałam czasu, żeby ochłonąć i pozbierać myśli. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałam, było zrobienie czegoś głupiego, jak zakochanie się w szefie Rona i moim współlokatorze. Nawet nie byłam rozwiedziona. A zanosiło się, że ten rozwód będzie istnym piekłem.

Miałam właśnie wysłać Draco wiadomość na temat moich dzisiejszych planów, ale wtedy mała bransoletka z koralikami na moim nadgarstku zaczęła mnie piec. Podskoczyłam i potarłam skórę wokół niej. Nigdy wcześniej to się nie zdarzyło. Przeklęłam i zauważyłam, że coś pojawiło się po wewnętrznej stronie mojego nadgarstka pod cienkim sznurkiem.

 

Dziś wieczorem

 

Ledwo złapałam oddech.

Minęły dni, odkąd go widziałam.

Przygryzłam wargę, żeby powstrzymać przypływ podniecenia, który poczułam.

Oczekiwanie narastało przez resztę popołudnia i aż do kolacji z Astorią i Pansy.

— Jesteś dziś strasznie zdenerwowana, Granger — skomentowała Pansy. — Co, u licha, to spowodowało?

Przełknęłam wino, starając się nie zakrztusić. Nie mogłam wspomnieć o klubie. Wiedziałam, że obie te kobiety przyjaźnią się z Theo, ale nie miałam pojęcia, czy to automatycznie daje im wstęp do Nox.

Astoria spojrzała na nas.

— Masz plany na wieczór, Granger? — zapytała słodko Pansy.

Moje głośne przełknięcie śliny sprawiło, że Astoria zachichotała.

Pansy zmrużyła oczy i spojrzała na mnie ze złośliwym uśmieszkiem.

Odwróciłam się do Astorii.

— Proszę, nic nie mów — błagałam ją. — To bardzo prywatne i nieformalne…

Astoria uniosła ręce.

— Jestem bezpieczną przystanią. — Uśmiechnęłam się. — Cieszę się, że się tam wybierasz. Nowy styl oraz ta pewność siebie ci pasują, Hermiono.

Promieniałam z zachwytu nad jej komplementami.

— Cóż, zgarniam co najmniej czterdzieści trzy procent zasług — wtrąciła Pansy. — Wejdziesz tam prosto z mojego sklepu. Możesz się w coś przebrać i dostać do klubu przez Sieć Fiuu.

Opadła mi szczęka, podobnie jak Astorii, która powoli odwróciła głowę w moją stronę, promieniejąc ekscytacją.

— Wiedziałam, że to nie tylko fajne ciuchy! Chodzi też o seks!

Miałam ochotę zakopać się w stercie kamieni.

— Nie widziałam cię tam — jęknęła Astoria. — Zapamiętałabym! Do którego piętra doszłaś?

Pansy czytała we mnie jak w cholernej książce. Uśmiechnęła się do mnie pełnymi, lśniącymi, czerwonymi ustami i przydymionymi oczami. Mogłaby wycisnąć ze mną każdą tajemnicę.

Astoria znów zachichotała.

— Jasny gwint, Hermiono. Nosisz czarny?

— Nie! — uciszyłam obie śmiejące się czarownice. — Nie, nie. Dopiero zaczęłam nosić niebieski.

— Ale woli niższe piętra.

Pansy uśmiechnęła się sugestywnie.

Moje policzki zrobiły się purpurowe. Ile wiedziała ta cholerna wiedźma?

— Czerwony? — zapytała Astoria, a kiedy żadna z nas nic nie powiedziała, jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki. — Czarny!

— Cicho!

Astoria zakryła usta, piszcząc.

— Nic dziwnego! Ja zawsze wchodzę na zielony. Mam fetysz na tancerki.

Wzruszyła ramionami, a ja uniosłam wzrok.

— Baleriny?

Astoria wpatrywała się we mnie z otwartymi ustami, a Pansy się roześmiała.

— Tak!

— Widziałam cię tam podczas mojego pierwszego wieczoru w klubie — powiedziałam. — Nie zdawałam sobie sprawy, że to ty!

Czy to oznaczało, że Astoria była…

— Mama i tata tak naprawdę nie popierają takiego stylu życia. — Nadąsała się. — Więc radzę sobie sama. Próbuję przetrwać bez funduszu powierniczego.

— Zawsze możesz wziąć moje pieniądze, kochanie — powiedziała Pansy, całując dłoń Astorii.

— Kocham cię — odparła, odwzajemniając uścisk dłoni Pansy.

— Cieszę się twoim szczęściem. — Uśmiechnęłam się. — Naprawdę.

— Cóż, znamy go? — zapytała podekscytowana Astoria. — Z pewnością.

— Jesteśmy tam od otwarcia — mruknęła Pansy. — Oczywiście, że go znamy.

— Nigdy nie pytałam, kim on jest — odparłam. — I nie chcę wiedzieć. Jeszcze nie.

— Seksowny nieznajomy.

Astoria zachichotała.

Wzięłam kolejny łyk wina i starałam się ignorować trzepotanie w piersi.

— Więc jak go nazywasz, gdy wpycha w ciebie swojego wielkiego kutasa? — zapytała Pansy.

Zakrztusiłam się drinkiem, a Astoria wybuchła piskliwym śmiechem.

— Pansy!

— To ważne pytanie.

Wszystkie się zaśmiałyśmy.

— Chyba tak — powiedziałam, w końcu się uspokajając i wycierając twarz serwetką. — Kiedy nadejdzie ten dzień, będę go nazywać tak, jak zawsze. Potworem.

_______________

Witajcie :) mam nadzieję, że te dobrze się bawiliście, czytając te rozdziały. Wiele się wydarzyło. Uwielbiam przyjaźń Hermiony ze Ślizgonami. Zawsze to daje taki fajny vibe. A Pansy w tej historii zrobiła na mnie mega pozytywne wrażenie. Dajcie znać, co sądzicie.

W tym tygodniu planuję przetłumaczyć jeszcze cztery rozdziały, albo sześć, by dobić do połowy opowiadania. Zobaczymy jak pójdzie. Jak na razie mam chęci i na szczęście te rozdziały nie są tasiemcowe. Także trzymanie kciuków wskazane.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia! Enjoy! 

Brak komentarzy