[T] Come To Claim: Rozdział 16
Dzisiaj
absurdalnie wyszłam poza swoją strefę komfortu. Wpatrywałam się w chabrową
sukienkę i przesuwałam palcami po miękkim materiale, otulając ciało. Pansy
dobrała sukienkę bez rękawów z golfem do cielistych szpilek. Spódnica była
nieco ciaśniejsza i krótsza niż te, które zazwyczaj nosiłam do pracy, ale miała
przepiękny kolor. Ujarzmiłam moje dzikie loki na czubku głowy i spojrzałam na
siebie w lustrze. Trzymałam w dłoni tubkę trwałej szminki. Pansy podkreślała,
jak ważne jest codzienne noszenie szminki. Było to dla mnie zupełnie obce, ale
kiedy rozprowadzałam cienką warstwę na ustach, widziałam, jak mnie odmienia.
Poczułam się silniejsza.
Draco
opierał się o blat, czytając kilka stron raportu. Jego brwi marszczyły się z
irytacji. Odświeżające było obserwowanie jego drugiej strony po tylu tygodniach
wspólnego życia. Rzadko w domu widywałam ten gest. Miałam okazję obserwować
jego łagodną, skupioną, zrelaksowaną, a nawet pogodną stronę. Żyłam dla chwil,
gdy wybuchał śmiechem. Był tak ochrypły i melodyjny.
Słyszał
moje obcasy na kafelkach i podniósł wzrok znad swoich papierów. Rozchylił usta.
—
Granger.
Jego
głos był niski i szorstki.
Przypomniało
mi to, jak potwór warczał na mojej skórze, drażniąc mnie ustami. Wzięłam
głęboki oddech, spróbowałam się uśmiechnąć i stłumić wszelkie krępujące i
niepewne myśli, które pojawiły się w mojej głowie.
—
Ty. — Uspokoił się. — Wyglądasz, jakbyś od rana szykowała się do walki.
Zaśmiałam
się.
—
Staram się.
Po
raz ostatni na mnie spojrzał, po czym pokręcił głową i schował papiery z
powrotem do torby. Podsunął mi kawę i pomógł zarzucić torebkę na ramię. Jego
palce musnęły nagą skórę na moim ramieniu i stłumiłam dreszcz. Trzymał mojego
lunchboxa i gestem wskazał na kominek.
Dzisiaj
poszliśmy razem. Wolną rękę trzymał na moich plecach, a ja udawałam, że nie
czuję, jakby wypalał dziurę w mojej jasnej sukience. Wyglądało na to, że goli
się każdego ranka. Widziałam, że meszki włosowe miał jeszcze lekko wilgotne.
Zauważyłam też, że rzadko nosił rano okulary. Wyglądało na to, że zakładał je
po długim dniu. A w szczególnie trudne dni zakładał je po południu.
—
Czy Legilimencja wpływa na twój wzrok?
Spojrzał
na mnie zaskoczony.
—
Tak — odpowiedział szczerze. — Skąd wiedziałaś?
—
Zwykle widzę cię w okularach tylko pod koniec długiego dnia albo kiedy
wyglądasz na zestresowanego.
—
Mam bóle głowy, gdy przesadzę. Okulary pomagają znieść to napięcie.
Skinęłam
głową i weszliśmy do Ministerstwa.
Draco
Malfoy był przerażającym czarodziejem. Potrafił tak ukazywać emocje na twarzy,
że wyglądał jak dominujący drapieżnik, którym zresztą był. Patrzył na ciebie
gniewnie i zamieniał w pył. Ale przebywanie w jego ochronnej bańce było
zupełnie innym doświadczeniem. Trzymał rękę na moich plecach, prowadząc mnie
przez tłum. Przejście przez hol Ministerstwa z nim u boku było jednym z
najmocniejszych momentów, jakie pamiętam. Poczułam, jak cząstka mnie wraca na
swoje miejsce dziś rano.
Staliśmy
przy drzwiach wind i czułam, jak Draco się spina. Ron już był w środku.
Ron
nigdy nie potrafił opanować swoich emocji na twarzy. Rozkwitła szkarłatną
wściekłością na mój widok. Uśmiechnął się do mnie szyderczo z cichą pogardą.
Próbowałam się cofnąć, ale kciuk Draco zataczał koła wzdłuż moich pleców i
trzymał mnie w miejscu.
—
Wynocha.
Głos
Draco był groźnie niski. Wypalał w Ronie dziurę swoim przenikliwym spojrzeniem.
Ron
zacisnął zęby, wyglądając, jakby miał zamiar się kłócić. Pozostali pasażerowie
windy poruszyli się niespokojnie, słysząc tę wymianę zdań. Ale żaden z nich nie
był na tyle tępy, żeby sprzeciwić się rozkazowi Głównego Aurora. Przez kilka
chwil mierzyli się wzrokiem. W końcu Ron ustąpił. Przepchnął się obok
wszystkich w windzie, narzekając i przeklinając. Miał pogniecioną koszulę,
potargane włosy i cienie pod oczami.
Draco
nie spojrzał na niego ani razu, ja też nie, kiedy wsiadaliśmy do windy. Ludzie
w środku się rozstąpili, robiąc nam miejsce z tyłu. Draco przesunął dłonią po
moich plecach wzdłuż kręgosłupa i uniósł moje ramię do rączki nad moją głową.
Stał tuż za mną, a ja czułam kojące ciepło jego ciała.
Czy
mogłabym robić to z nim każdego ranka? Mój współlokator nie powinien mnie tak
pociągać. Powinnam się z nim zaprzyjaźnić. A nie chcieć, żeby mnie pieprzył na
ścianach windy. Policzki mi poczerwieniały. Musiałam się wziąć w garść. Draco
był absolutnie poza moim zasięgiem.
—
Benson — powiedział Draco obok mnie, zdejmując rękę z mojej i skórzanej rączki,
którą oboje trzymaliśmy.
Dwaj
czarodzieje uścisnęli sobie dłonie i cicho rozmawiali o jakimś spotkaniu, które
odbyli w zeszłym tygodniu zbuntowanych zwodników.
—
Świetna sukienka, Hermiono — mruknęła Parvati.
Zdziwienie
ogarnęło moją twarz, gdy spojrzałam w drugą stronę. Uśmiechnęła się do mnie.
—
Dziękuję — odpowiedziałam z uśmiechem.
—
Gdzie ją znalazłaś? Niedługo idę na ślub. Coś takiego byłoby super.
—
W nowym sklepie Pansy Parkinson — powiedziałam. — Ma prawdziwy talent.
—
Ściegi i Wstążki, prawda? Słyszałam, że to bardzo szykowny sklep.
—
Uroczy — rzekłam. — Powinnaś tam pójść.
—
Powiem Padmie. — Skinęła głową i pomachała mi, odchodząc. — Do zobaczenia!
Dłoń
Draco znów spoczęła na mnie i na skórzanej rączce, a ja oparłam się pokusie,
żeby oprzeć się o jego klatkę piersiową, gdy jechaliśmy dalej.
Następnie
do windy wszedł jeden z młodych Aurorów.
—
Trevor Stanley. — Uśmiechnął się do mnie i wyciągnął rękę. — Miło mi poznać,
panno Granger.
Draco
przesunął dłoń z powrotem wzdłuż mojego ramienia i ponownie spoczęła na moich
plecach, gdy winda zadrżała. Podtrzymał mnie na piętach, żebym mogła puścić
rączkę i uścisnąć dłoń Trevora. Kiedy jego dłoń rozpostarła się na moich
plecach, objęła je niemal na całej długości.
—
Miło mi ciebie poznać — powiedziałam.
Trevor
zaangażował Draco w ożywioną opowieść o szkoleniu, w którym uczestniczył w
zeszły weekend. Uśmiechnęłam się, widząc energię, jaką emanował. Był
entuzjastycznie nastawiony do pracy.
Dłoń
Draco pozostała nieruchoma. Udało mi się wypuścić drżący oddech bez jęknięcia,
ale to była prawdziwa tortura.
—
Nasze piętro — wyszeptał mi do ucha, a ja starałam się nie wystrzelić do
przodu.
Usta
Draco znajdujące się tak blisko mojego ucha sprawiły, że prawie ugięły się pode
mną kolana. Potwór całkowicie mnie zniszczył. Byłam pochłonięta pożądaniem i
potrzebą.
Trevor
uśmiechnął się i pomachał do mnie, a ja odwzajemniłam gest.
—
Wydaje się miły — powiedziałam, idąc korytarzem.
—
Jest jak mały piesek, skacze na wszystko i wszystkich. Szkolenie miało go
uspokoić i skupić.
Draco
przewrócił oczami.
Uśmiechnęłam
się i poklepałam go po ramieniu.
—
Byłeś dla niego bardzo cierpliwy.
Posłał
mi zirytowane spojrzenie, a ja stłumiłam śmiech.
—
Dziękuję za eskortę, Główny Aurorze Malfoy — zasalutowałam. — Twoje usługi były
nienaganne. Przekaż moje komplementy swojemu przełożonemu.
Sięgnął
za mnie do klamki. Był tak blisko, że o mało nie straciłam tchu.
—
Zachowuj się. — Uśmiechnął się, otwierając drzwi. — Wrócę wieczorem.
Na
te słowa poczułam gorąco pod skórą.
Gdy
zamknęłam oczy, widziałam Potwora pochylającego się do przodu i mówiącego mi to
samo. Wiedziałam, że moje policzki płoną na samo wspomnienie, więc odwróciłam
się i schowałam w gabinecie. Puls walił mi jak młotem, gdy zaciskałam powieki.
Musiałam dziś okiełznać szalejące hormony. Byłam jak roztrzęsiona uczennica.
Kiedy
Theo wszedł, spojrzał na mnie i zaklął. Rzucił mi fartuch ze wściekłym
spojrzeniem.
—
Nie spędzę całego dnia, myśląc o bzykaniu się z jedną z moich najlepszych
przyjaciółek — wycedził.
Wybuchłam
śmiechem, a on się uśmiechnął.
—
Wyglądasz olśniewająco, Granger.
—
Dziękuję. — Uśmiechnęłam się, zakładając fartuch. — A teraz pomóż mi z tymi
kapryśnymi próbkami śliny.
—
O rety — jęknął.
~*~*~*~*~*~*~*~
W
porze lunchu umierałam z głodu. Theo poszedł po jedzenie na wynos do jednego z
pobliskich sklepów, a ja sięgnęłam po torbę. Ale kiedy ją otworzyłam, była
pusta. Draco trzymał mój lunch dziś rano.
Westchnęłam,
zastanawiając się, co zrobić. Mogłam wysłać mu liścik, ale nie było gwarancji,
że jego asystentka od razu dostarczy mi moje jedzenie.
Walcz.
Znajomy
głos wypełnił moją głowę.
Miał
rację. To było niedorzeczne. Mogłam chodzić po Ministerstwie bez obawy, że Ron
zrobi coś głupiego. Potrzebowałam lunchu. Pójdę i go przyniosę.
Zrzuciłam
fartuch i ruszyłam do wind. Kiedy dotarłam do gabinetu Draco, poczułam ulgę, że
większość ludzi już wyszła na przerwę obiadową, łącznie z jego asystentką.
Minęłam jej biurko i zapukałam w drzwi Draco.
—
Jest lepiej, Potter — powiedział. — Nie ma sensu się dalej katować.
—
Ale pomyśli, że coś wygadałem.
—
Wysyłam do Departamentu notatkę, że awansowałeś na głównego trenera.
Postępujesz zgodnie z przepisami i najbardziej sensowne jest, żebyś był
odpowiedzialny za nowych rekrutów. Muszą się nauczyć wszystkiego we właściwy
sposób. Weasley to leniuch, nigdy nie dostałby takiego stanowiska.
Usłyszałam
westchnienie Harry’ego.
—
Dziękuję — powiedział. — Doceniam to.
Jednak
brzmiał na zrezygnowanego.
—
Nadal masz zamiar przyjść w czwartek? — zapytał Draco.
—
Jeśli nie masz nic przeciwko.
—
Ani trochę, Potter. Baw się dobrze.
Stanęłam
na skrzypiącej podłodze i miałam ochotę przekląć samą siebie. Zapukałam do
drzwi i te się otworzyły.
Machnęłam
do Draco niepewnie, nie patrząc na Harry’ego.
—
Granger?
Malfoy
opierał się o biurko w ten sam sposób, w jaki zastałam go wczoraj. Jego
marynarka wisiała na oparciu krzesła. Miał na sobie białą koszulę i granatowy
krawat, który pasował do błękitu jego obcisłych spodni.
—
Przepraszam, że przeszkadzam — mruknęłam.
—
Porozmawiajcie sobie — rzekł Harry, wstając, by wyjść. Zawahał się, stając obok
mnie, ale nie odwróciłam się i nie spojrzałam na niego. — Ładnie dziś
wyglądasz, Hermiono.
Skinęłam
lekko głową, ale nic nie powiedziałam.
W
końcu westchnęłam, gdy usłyszałam, jak Harry zamyka drzwi.
—
Wszystko w porządku?
—
Porwałeś mój lunch.
Draco
parsknął śmiechem.
—
Przepraszam — powiedział, okrążając biurko i pochylając się.
Mogłabym
przysiąc, że kiedy się pochylił, widziałam ciemny zarys czegoś, gdy jego biała
koszula napinała się na napiętych mięśniach pleców. Ale kiedy znowu mrugnęłam,
zniknęło.
Pokręciłam
głową.
Na litość boską. Teraz wyobrażałam
sobie Potwora w moim miejscu pracy.
Draco
okrążył biurko i podał mi lunchboxa.
—
Przepraszam, że przerwałam.
Wzruszył
ramionami.
—
Nic się nie stało.
Wzięłam
lunch i spojrzałam na niego. Nie mogąc się powstrzymać, po prostu wyrzuciłam z
siebie pytanie.
—
Czy rozdzielasz współpracę Harry’ego i Rona, by ukarać Rona?
Przyglądał
mi się uważnie.
—
Czy zdenerwowałoby cię, gdybym to zrobił?
Zastanowiłam
się nad tym.
—
Nie.
Pokręciłam
głową.
Draco
zdawał się doszukiwać kłamstwa w moich słowach, ale go nie znalazł.
—
Nie zrobiłem tego, by ukarać Weasleya — rzekł w końcu. — To dla dobra Pottera.
W
mojej głowie kłębiło się kilkanaście pytań, ale nagle rozległo się pukanie do
drzwi.
—
Dziękuję.
Po
czym wyszłam z gabinetu, po drodze uśmiechając się do Deana.
Skręciłam
za róg ku windom i zamarłam, widząc Harry’ego opartego o ścianę. Odepchnął się
od niej, a moje ciało zesztywniało.
—
Harry… — ostrzegłam.
Nie
chciałam tego robić. Chciałam tylko zjeść lunch w spokoju.
—
Nie chcę, żebyś mnie znienawidziła, Hermiono.
Zebrałam
się w sobie, by stłumić narastającą we mnie wściekłość. Miałam ochotę walnąć go
moim cholerny lunchboxem.
Wpatrywałam
się w niego gniewnie.
—
To skomplikowane — rzekł, a ja prychnęłam.
—
To trwało latami. A ty nic nie powiedziałeś. Skłamałeś dla niego.
—
Hermiono…
—
I słyszałeś plotki, które rozsiewał po Ministerstwie. W moim miejscu pracy,
Harry. Rozumiem, że się z nim przyjaźnisz, ale miałeś być też moim
przyjacielem.
Przepchnęłam
się obok niego do windy.
—
Jestem twoim przyjacielem — odparł niepewnie.
Spojrzałam
na niego gniewnie, naciskając przycisk.
—
Niezbyt dobrym.
I
pozwoliłam, żeby zamykające się drzwi windy rozdzieliły nas.
Przeklinałam
Harry’ego przez całą drogę powrotną do mojego gabinetu. Skonfrontowałam się z
nim. W końcu powiedziałam mu, jakim beznadziejnym był przyjacielem. Ale to
wcale nie poprawiło mi nastroju. Okropnie było patrzeć na jego pokonaną twarz.
Część mnie zastanawiała się, czy Ron był dla niego tak samo okropny, jak dla
mnie. Ale ostatecznie nie mogłam usprawiedliwić zaangażowania Harry’ego. Raz po
raz mnie okłamywał. A tego nie mogłam po prostu zignorować czy zapomnieć.
Otworzyłam
lunchbox i znalazłam nową kreskówkę. Miałam na sobie sukienkę, którą ubrałam
wczoraj, a moja animowana postać wymachiwała nogą, kopiąc i bijąc bezimiennych
złoczyńców, podczas gdy jego postać opierała się o ścianę ze skrzyżowanymi
ramionami i uśmiechała się. Parsknęłam cicho śmiechem i przypięłam ją do
tablicy nad biurkiem.
~*~*~*~*~*~*~*~
Tego
popołudnia Pansy napisała mi, że Astoria dołączy do nas na kolację. Nie
planowałam spędzić z nimi wieczoru, ale nie sądziłam, że odmowa mogłaby być
dobrym pomysłem. Nie uważałam też, żeby spędzanie więcej czasu z Draco było
mądrym posunięciem, skoro pożądałam go przez cały ranek. Potrzebowałam czasu,
żeby ochłonąć i pozbierać myśli. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałam, było
zrobienie czegoś głupiego, jak zakochanie się w szefie Rona i moim
współlokatorze. Nawet nie byłam rozwiedziona. A zanosiło się, że ten rozwód
będzie istnym piekłem.
Miałam
właśnie wysłać Draco wiadomość na temat moich dzisiejszych planów, ale wtedy
mała bransoletka z koralikami na moim nadgarstku zaczęła mnie piec.
Podskoczyłam i potarłam skórę wokół niej. Nigdy wcześniej to się nie zdarzyło.
Przeklęłam i zauważyłam, że coś pojawiło się po wewnętrznej stronie mojego
nadgarstka pod cienkim sznurkiem.
Dziś wieczorem
Ledwo
złapałam oddech.
Minęły
dni, odkąd go widziałam.
Przygryzłam
wargę, żeby powstrzymać przypływ podniecenia, który poczułam.
Oczekiwanie
narastało przez resztę popołudnia i aż do kolacji z Astorią i Pansy.
—
Jesteś dziś strasznie zdenerwowana, Granger — skomentowała Pansy. — Co, u
licha, to spowodowało?
Przełknęłam
wino, starając się nie zakrztusić. Nie mogłam wspomnieć o klubie. Wiedziałam,
że obie te kobiety przyjaźnią się z Theo, ale nie miałam pojęcia, czy to
automatycznie daje im wstęp do Nox.
Astoria
spojrzała na nas.
—
Masz plany na wieczór, Granger? — zapytała słodko Pansy.
Moje
głośne przełknięcie śliny sprawiło, że Astoria zachichotała.
Pansy
zmrużyła oczy i spojrzała na mnie ze złośliwym uśmieszkiem.
Odwróciłam
się do Astorii.
—
Proszę, nic nie mów — błagałam ją. — To bardzo prywatne i nieformalne…
Astoria
uniosła ręce.
—
Jestem bezpieczną przystanią. — Uśmiechnęłam się. — Cieszę się, że się tam
wybierasz. Nowy styl oraz ta pewność siebie ci pasują, Hermiono.
Promieniałam
z zachwytu nad jej komplementami.
—
Cóż, zgarniam co najmniej czterdzieści trzy procent zasług — wtrąciła Pansy. —
Wejdziesz tam prosto z mojego sklepu. Możesz się w coś przebrać i dostać do
klubu przez Sieć Fiuu.
Opadła
mi szczęka, podobnie jak Astorii, która powoli odwróciła głowę w moją stronę,
promieniejąc ekscytacją.
—
Wiedziałam, że to nie tylko fajne ciuchy! Chodzi też o seks!
Miałam
ochotę zakopać się w stercie kamieni.
—
Nie widziałam cię tam — jęknęła Astoria. — Zapamiętałabym! Do którego piętra
doszłaś?
Pansy
czytała we mnie jak w cholernej książce. Uśmiechnęła się do mnie pełnymi,
lśniącymi, czerwonymi ustami i przydymionymi oczami. Mogłaby wycisnąć ze mną
każdą tajemnicę.
Astoria
znów zachichotała.
—
Jasny gwint, Hermiono. Nosisz czarny?
—
Nie! — uciszyłam obie śmiejące się czarownice. — Nie, nie. Dopiero zaczęłam
nosić niebieski.
—
Ale woli niższe piętra.
Pansy
uśmiechnęła się sugestywnie.
Moje
policzki zrobiły się purpurowe. Ile wiedziała
ta cholerna wiedźma?
—
Czerwony? — zapytała Astoria, a kiedy żadna z nas nic nie powiedziała, jej oczy
zrobiły się wielkie jak spodki. — Czarny!
—
Cicho!
Astoria
zakryła usta, piszcząc.
—
Nic dziwnego! Ja zawsze wchodzę na zielony. Mam fetysz na tancerki.
Wzruszyła
ramionami, a ja uniosłam wzrok.
—
Baleriny?
Astoria
wpatrywała się we mnie z otwartymi ustami, a Pansy się roześmiała.
—
Tak!
—
Widziałam cię tam podczas mojego pierwszego wieczoru w klubie — powiedziałam. —
Nie zdawałam sobie sprawy, że to ty!
Czy to oznaczało, że Astoria była…
—
Mama i tata tak naprawdę nie popierają takiego stylu życia. — Nadąsała się. —
Więc radzę sobie sama. Próbuję przetrwać bez funduszu powierniczego.
—
Zawsze możesz wziąć moje pieniądze, kochanie — powiedziała Pansy, całując dłoń
Astorii.
—
Kocham cię — odparła, odwzajemniając uścisk dłoni Pansy.
—
Cieszę się twoim szczęściem. — Uśmiechnęłam się. — Naprawdę.
—
Cóż, znamy go? — zapytała podekscytowana Astoria. — Z pewnością.
—
Jesteśmy tam od otwarcia — mruknęła Pansy. — Oczywiście, że go znamy.
—
Nigdy nie pytałam, kim on jest — odparłam. — I nie chcę wiedzieć. Jeszcze nie.
—
Seksowny nieznajomy.
Astoria
zachichotała.
Wzięłam
kolejny łyk wina i starałam się ignorować trzepotanie w piersi.
—
Więc jak go nazywasz, gdy wpycha w ciebie swojego wielkiego kutasa? — zapytała
Pansy.
Zakrztusiłam
się drinkiem, a Astoria wybuchła piskliwym śmiechem.
—
Pansy!
—
To ważne pytanie.
Wszystkie
się zaśmiałyśmy.
—
Chyba tak — powiedziałam, w końcu się uspokajając i wycierając twarz serwetką.
— Kiedy nadejdzie ten dzień, będę go nazywać tak, jak zawsze. Potworem.
Brak komentarzy