[T] Come To Claim: Rozdział 15

wtorek, 26 maja 2026


Mój weekend był o niebo lepszy od minionego tygodnia. Posłuchałam prośby Potwora. Nawet nie pomyślałam o tym, żeby iść do niego, zwłaszcza że w mieście był Viktor. Zamiast tego, zamówiliśmy z Draco curry i oglądaliśmy programy kulinarne, siedząc na kanapie. To było najdziwniejsze, najbardziej mugolskie doświadczenie, jakie kiedykolwiek miałam z innym czarodziejem — zwłaszcza z tak eleganckim jak Draco Malfoy. Ale lubiłam jego towarzystwo. Zaczął mnie nawet uczyć podstaw Oklumencji, tak jak obiecał. Powiedział, że muszę znaleźć sposób na uporządkowanie myśli w sensowny dla mnie sposób.

— Moja matka jest utalentowaną botaniczką — powiedział mi. — Jej umysł jest jak szklarnia. Sekrety, myśli i wspomnienia skrywają się pośród jej flory. Każdemu zajęłoby dużo czasu, żeby przejrzeć jej umysł, bo nie znałby zieleni, którą stworzyła.

— A jaki jest twój? — Wzdrygnęłam się. — Chyba że to zbyt osobiste. Nie czuj się zmuszony do odpowiedzi. Przepraszam.

— Nie mam nic przeciwko podzieleniu się tym z tobą. — Wzruszył ramionami. — Nie sądzę, żebyś to wykorzystała przeciwko mnie.

Uśmiechnęłam się.

— Zdecydowanie nie. Walka twarzą w twarz z Głównym Aurorem nie brzmi jak coś, co trafiłoby na moją listę rzeczy do zrobienia.

Roześmiał się, a ja poczułam się lepiej. Nie był typem człowieka, który śmieje się bez skrępowania i miło było widzieć go tak zrelaksowanego w moim towarzystwie.

— Konstelacje — powiedział. — Mapy gwiazd, planety, księżyce. Gdyby ktoś włamał się do mojego umysłu, znalazłby niebo.

— Sprytne.

Uśmiechnęłam się szeroko.

— Musisz po prostu znaleźć to, co działa u ciebie.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

W poniedziałek miałam też zaskakująco miły lunch z Pansy. Była naprawdę zabawna i raczyła mnie opowieściami o swoich poprzednich małżeństwach. Według niej wszystkie te małżeństwa stanowiły katastrofalną naukę. Planowałyśmy też się spotkać w przyszły weekend. Miło było mieć kogoś, z kim można porozmawiać o rozwodzie. Pansy mnie nie osądzała.

Poniedziałkowy wieczór był najtrudniejszy. Usłyszałam głos Potwora, myśląc o eliksirach nasennych. Było po drugiej w nocy i byłam daleko od relaksu oraz snu. Ale się powstrzymałam. W końcu odrzuciłam kołdrę.

Miałam na sobie jedną z nowych, jedwabnych piżam ze sklepu Pansy. Ta była czarna. Stanowiła odpowiednik podkoszulka i majtek. Normalnie spałabym w mojej bardzo dużej bluzce z Hogwartu. Ale ta okazała się bardzo wygodna. Właściwie wszystkie rzeczy od Pansy takie były.

Na paluszkach skradłam się do kuchni, żeby znaleźć więcej lodów o smaku ciasteczek, które kupił Draco. Wyciągnęłam półlitrowe opakowanie lodów i chwyciłam łyżeczkę. Usiadłam na blacie i pozwoliłam nogom zwisać, jedząc prosto z pudełka. Grzebałam w lodach, gdy on spał, żeby znaleźć największy kawałek ciasteczka.

Potrzebowałam innego rozwiązania moich problemów ze snem. Wiedziałam, że z każdym tygodniem będzie tylko gorzej. Draco powiedział mi, że Oklumencja pomoże mi nie tylko jako technika obronna, ale także jako metoda radzenia sobie ze stresem. Zastanawiałam się, jak będzie wyglądał mój „umysł”, z rozkoszą zajadając się lodami. Każdy by zgadł, że to książki. Chyba to miało sens. Lubiłam książki. Zawsze czytałam. Ale to wydawało się niewystarczające. Ogród i niebo miały sens. Można się w nich zatracić. Musiałam stworzyć przestrzeń, w której mogłabym się zatracić. Ale jak miałam wybrać tylko jedną rzecz?

— Czy bezsenność jest zaraźliwa?

Odwróciłam gwałtownie głowę i zobaczyłam Draco opartego o ścianę. Nie miał koszulki, a spodnie od piżamy niebezpiecznie nisko opadały mu na biodra. Wpatrywałam się w zarys jego mięśni brzucha i drastyczne zagłębienie bioder. Nie pamiętam, żeby był tak umięśniony w szkole. Zawsze był wysportowany, ale to? To był wysportowany Główny Auror Ministerstwa Magii. Był oszałamiający.

Nagle uświadomiłam sobie, jak bardzo jestem naga.

Siedząc na jego blacie.

W ciemności.

Z pudełkiem lodów.

— Przepraszam — wymamrotałam, próbując przełknąć mrożony deser, który utknął mi w gardle.

Stanął przede mną i chwycił pojemnik oraz moją łyżeczkę. Wziął kawałek do ust, a ja poczułam się lekko zażenowana jego atrakcyjnością.

— Zawsze cierpiałeś na bezsenność? — zapytałam.

— Mam nocne koszmary — rzekł. — Od dziecka.

Zmarszczyłam brwi. Kiedy pomyślałam o Draco w wieku niemowlęcym z jego jasnoszarymi oczami i jasnymi, blond włosami, nie wyobrażałam sobie kogoś nękanego przez coś tak okropnego jak nocne koszmary. Chociaż, przypuszczałam, że mając takiego ojca jak jego, w jego dzieciństwie nie brakowało traumatycznych wydarzeń.

— Bardzo mi przykro — powiedziałam delikatnie.

Wzruszył ramionami bez przekonania i oddał mi lody.

— A ty?

Wzięłam pudełko i pozwoliłam, by zimno na chwilę zdrętwiało mi w dłoni. Musiałam przyłożyć je do zarumienionej piersi.

— Od siódmego roku.

Oparł łokcie o blat obok mnie. Pachniał tak dobrze. Czymś cierpkim, zielonymi jabłkami? Ale też ziemisto.

— Bellatrix?

Ciało mi zesztywniało. Bogowie. Nie słyszałam tego imienia od lat. Ale blizna sprawiła, że na samo wspomnienie poczułam ból fantomowy, który przeszył moje ramię.

— Nie — powiedziałam. — Była tylko oliwą. To zaczęło się o wiele wcześniej.

Nabrałam kęs i podałam mu pudełko. Spojrzał gniewnie na moje ramię.

— To szmalcownicy — kontynuowałam. — Ciągła czujność, zacieranie śladów, rzucanie zaklęć, wzmacnianie zabezpieczeń. To mnie pochłonęło.

— A teraz?

Zaśmiałam się pusto.

— Chyba nigdy nie przestałam biec.

— A chociaż jesteś szybka?

Spojrzałam na niego i zobaczyłam, że się do mnie uśmiecha.

— Nie dość szybka.

Grzebał w lodach i wyciągnął spory kawałek ciasteczka.

— Szukałam tego!

— W każdym pojemniku jest jeden. — Spojrzał na mnie z zadowoleniem. — I przegapiłaś go.

Sięgnęłam po łyżeczkę.

— To miała być moja nagroda za bezsenność.

Odsunął łyżeczkę ode mnie.

— Potem ją odzyskasz.

— Nie, teraz — jęknęłam. — Wybrałeś już wszystkie dobre kawałki.

Przysunął łyżeczkę do mojej twarzy, jednocześnie odciągając moje ramię. Sięgnęłam drugą ręką, ale to nic nie dało. Zacisnęłam palce na nadgarstku, w którym trzymał łyżeczkę, i próbowałam wepchnąć ją do swoich ust. Śmiał się, walcząc ze mną. Ja też nie mogłam się powstrzymać od śmiechu. Nie miałam szans go pokonać. Ale pragnęłam tego kęsa.

Uwolniłam drugą rękę i pociągnęłam za jego dłoń z łyżką. Zaśmiał się z mojej wytrwałości i delikatnie uwolnił rękę z mojego uścisku. Nie zdawałam sobie sprawy, jak mocno ciągnęłam. I w tym momencie zsunęłam się z blatu.

— Kurwa! — krzyknęliśmy oboje.

Draco rzucił się, żeby mnie złapać, zanim uderzę o podłogę. Na szczęście stał blisko, więc z łatwością mnie objął i złapał. Ale jego bosa stopa uderzyła o dywan, przez co oboje polecieliśmy w ciemność. Znowu krzyknęliśmy, a ja wylądowałam na nim, gdy osunęliśmy się na podłogę. Zanim zdążyłam zareagować, na wpół puste opakowanie lodów stoczyło się z krawędzi i spadło na nas oboje.

Zamrożone, lepkie lody kapały mi na brzuch i nogi, a potem na jego tors i ramię. Pisnęliśmy z zimna na naszej skórze.

— Jest cholernie zimne!

Wzdrygnął się pode mną.

— Teraz całe są na mnie!

Oboje gorączkowo próbowaliśmy zrzucić z siebie zamrożony smakołyk i przerzucić go na siebie nawzajem. Patrzyłam na siebie i w końcu wybuchłam śmiechem. Początkowy szok po upadku zdawał się mijać i on też zaczął się śmiać. Leżeliśmy tam oboje, polepieni i splątani, rechocząc ze śmiechu.

Nie wiem, jak długo tam byliśmy, ale cholernie dobrze było móc znów się śmiać.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Następnego ranka zebrałam się w sobie, by stawić czoła nawałnicy nowej uwagi po weekendzie spędzonym w Nox. Skoro ludzie widzieli mnie na czarnym piętrze, na pewno zaczną gadać. Głos Pansy zabrzmiał w mojej głowie bardzo wyraźnie, gdy wyciągałam strój. Nie sądzę, żeby to była sukienka na zemstę. Ale była cholernie blisko. Pansy powiedziała, że trzyma tę właściwą na idealny moment. Nie miałam pojęcia, co to znaczy.

Dzisiejsza sukienka miała ten sam śliwkowy kolor, co moja bielizna w sobotę. Dodała mi pewności siebie. Miała ładny kolor, podkreślała moje oczy i nadawała mi bardzo ładny wygląd klepsydry. Nie miała głębokiego dekoltu. Ale ładny, kwadratowy, który, jak powiedziała Pansy, dawał im tylko przedsmak.

Założyłam też nowe buty, które mi podarowała — szpilki z czerwonymi podeszwami. Myśl o incydencie z lodami tkwiła w mojej głowie, gdy dziś rano szłam do wind. Niezależnie od tego, czy ludzie rozpoznawali mnie z Nox, czy z kampanii krytyki Rona, miło było nie być kompletnie potrąconą i popychaną przez cały ranek. Ludzie mnie unikali, a ja nie słyszałam nawet w przybliżeniu tych szeptów, co w zeszłym tygodniu. Wyprostowałam ramiona, uniosłam wzrok i stawiłam im czoła.

Walczę, powtarzałam sobie dziesiątki razy tego ranka.

Jedną ręką ściskałam kawę i torebkę, a drugą złapałam drążek w windzie. Draco wszedł za mną z dwoma innymi, młodymi Aurorami, których nie rozpoznałam. Uśmiechnął się do mnie.

— Serdis — powiedział Draco do jednego z czarodziejów, z którymi wszedł. — Czujesz… ciasteczka?

Przygryzłam wargę, żeby ukryć uśmiech.

— N-nie, Główny Aurorze Malfoy, nie czuję, proszę pana.

Odwrócił się do drugiego.

— Caprin? A ty?

— Nie, proszę pana.

Winda zatrzymała się na moim piętrze i kilku czarodziejów ruszyło, żeby mnie przepuścić.

— Jakież to ciekawe — mruknął Draco, kiedy wychodziłam, i roześmiałam się, myśląc o naszej dwójce całkowicie pokrytych roztopionymi lodami.

Skręciłam za róg i zamarłam. Wszelkie cienie śmiechu zgasły na moich ustach.

Ron stał oparty o ścianę naprzeciwko drzwi mojego biura. Czy Theo jeszcze nie przyszedł?

Nie wiem, jak długo patrzyliśmy na siebie, nie odzywając się ani nie ruszając.

Uciekaj, namawiało mnie moje ciało.

W końcu przerwał ciszę.

— Miona — powiedział. — Nowa sukienka?

Nie odezwałam się.

Uciekaj, błagało mnie ciało.

Adrenalina podskoczyła. Niepokój pulsował we mnie. Zaczęłam oblewać się zimnym potem.

Potrzebowałam miejsca, w którym mogłabym się schronić. Ogrodu. Nieba. Czegokolwiek, byle nie tego, kurwa.

— Widzę, że wypisałaś się z naszego konta.

Uciekaj.

Mogłabym wrócić do wind, zanim by mnie dogonił. Nie ścigałby mnie i nie zrobiłby sceny.

Uciekaj!

— Kurwa, mów do mnie, Hermiono — warknął. — Na brodę Merlina! Zachowujesz się jak dziecko wpadające w furię.

Walcz.

Głos Potwora rozbrzmiał w mojej głowie.

Wstań i, kurwa, walcz.

— Odejdź — powiedziałam.

Właśnie tak, walcz.

— Musimy zakończyć ten bezsensowny spór. Nie rozwodzimy się, Hermiono. Wracaj do domu. Przestań być taka pruderyjna.

Skurczyłam się, jakbym dostała w twarz.

— W-wracać do domu? Po plotkach i kłamstwach, które o mnie rozsiewałeś?

Chciałam się roześmiać. Miał urojenia! Naprawdę myślał, że kiedykolwiek mogłabym znowu z nim być? Moje zaufanie do niego legło w gruzach.

— Nic nie poradzę na to, co mówią inni — rzekł. — Ludzie zaczęli plotkować, widząc, jak bardzo się zdenerwowałem, gdy nie wróciłaś do domu w niedzielę wieczorem.

— Kłamiesz. — Potrząsnęłam głową. — Ciągle kłamiesz, Rolandzie! Więcej kłamstw!

Theo pojawił się znikąd i powalił Rona na ziemię. Jego różdżka wbijała mu się w szyję, gdy go przygwoździł.

— Złaź ze mnie!

— Słuchaj, Weasley i się, kurwa, skup — warknął Theo.

Nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby tak mówił. Zamarłam.

— Jeśli kiedykolwiek wejdziesz na to piętro, to rzucę klątwę na twoje jaja tak, że będą łaskotać twoje jebane migdałki. Nie rozmawiasz z nią. Nie patrzysz na nią. Nawet o niej, kurwa, nie myślisz, rozumiesz?

— To moja żona, palancie!

— Nie na długo, dupku.

Theo zdjął z niego swoją nogę i Ron wstał.

— To jeszcze nie koniec, kurwa — powiedział, wskazując na mnie. — To jeszcze nie koniec.

Wpatrywałam się w Theo, gdy Ron odchodził.

— Och, nie patrz tak na mnie — zażartował. — Wiesz, że jestem cholernie stuknięty; wiesz jacy są moi rodzice! — Przytulił mnie mocno. — Wszystko w porządku?

Skinęłam głową. Tak było. Przeżyłam moje pierwsze spotkanie twarzą w twarz z Ronem. Nie uciekłam. Nie zwymiotowałam. Próbowałam się bronić. Czułam się… dobrze.

Uśmiechnęłam się, kiwając głową jeszcze mocniej.

— Dziękuję.

— Chciałem go zabić. Ale nie poradziłabyś sobie, gdybym wylądował w Azkabanie. Nie mogłem cię tak zostawić.

— Co za dżentelmen — zażartowałam, wchodząc ramię w ramię z nim do naszego gabinetu. — Byłeś zaskakująco brutalny.

— Zaproponowano mi stanowisko Głównego Aurora, ale o wiele bardziej kocham badania.

Przewróciłam oczami i wzięłam się do pracy.

Przeżyłam.

Widziałam go.

Pierwsze spotkanie dobiegło końca.

— Granger, musisz iść na górę.

Skrzywił się Theo, machając pergaminem przed moimi oczami.

— Po co?

— To od Głównego Aurora Malfoya — przeczytał.

Posmutniałam.

— Ale napisał, że Weasleya odesłano do domu na resztę dnia — dodał z uśmiechem. — Więc bardzo mnie to cieszy.

Wygładził pergamin z uśmiechem.

Zerknęłam na zegarek. Zbliżał się koniec dnia. Sięgnęłam po torbę. Wsadziłam do niej również lunchbox. Dzisiejsza kreskówka od Draco przedstawiała ożywione pudełko lodów o smaku ciasteczek, która goniła nas po kuchennej wyspie. Chyba moja ulubiona jak dotąd.

Podeszłam do wind i udałam się na piętro Aurorów. Starałam się nie skupiać na narastającym strachu przed tym, co to może oznaczać, ale przeczuwałam, że ma to związek z porannym incydentem.

Przed drzwiami do gabinetu Draco stało biurko, przy którym zazwyczaj siedziała jego osobista asystentka. Dziś miała wolne, więc drzwi były otwarte na oścież. Słyszałam jednak, że coś mówił, więc zapukałam w framugę.

— Wejdź, Granger! — zawołał.

Dean Thomas siedział na jednym z krzeseł przed biurkiem Draco. On natomiast był oparty o biurko, ze skrzyżowanymi nogami i wyglądał bardzo poważnie w porównaniu tym porannym, swobodnym, obficie pokrytym lodami obliczem.

— Pozwolę wam pogadać. — Dean wstał i ścisnął mnie za ramię. — Miło cię widzieć, Hermiono.

— Miło cię widzieć, Dean.

Zamknął drzwi za sobą, a Draco gestem wskazał mi, żebym usiadła.

— Weasley jest teraz na zwolnieniu warunkowym, dopóki śledztwo przeciwko niemu się nie zakończy. Księgowość, rozliczenia i dział kadr mają na niego osobne zarzuty, a lista wykroczeń jest całkiem długa. Ma surowy zakaz wstępu na twoje piętro. Ale żeby dopilnować, żeby znów czegoś nie próbował, będę cię codziennie eskortować do i z twojego gabinetu.

Wypuściłam powietrze.

— Draco, naprawdę nie musisz tego robić — powiedziałam, ale uniósł rękę.

— Jeśli Nott znowu go dopadnie, zabije go. A Nott jest za miękki na Azkaban, Granger.

Uśmiechnęłam się i patrzyłam, jak jego twarz poważnieje.

— Wszystko w porządku? — Nigdy wcześniej nie słyszałam jego tak łagodnego głosu. — Oglądałem nagranie.

Zignorowałam upokorzenie, które czułam, wiedząc, że nagrano naszą interakcję.

— Nie uciekłam.

Uśmiechnął się do mnie tak szeroko, że poczułam, jak uśmiech rozkwita na moich policzkach.

— Nie uciekłaś.

— Chciałam.

— Ale nie zrobiłaś tego.

Brak komentarzy