[T] Come To Claim: Rozdział 15
Mój
weekend był o niebo lepszy od minionego tygodnia. Posłuchałam prośby Potwora.
Nawet nie pomyślałam o tym, żeby iść do niego, zwłaszcza że w mieście był
Viktor. Zamiast tego, zamówiliśmy z Draco curry i oglądaliśmy programy
kulinarne, siedząc na kanapie. To było najdziwniejsze, najbardziej mugolskie
doświadczenie, jakie kiedykolwiek miałam z innym czarodziejem — zwłaszcza z tak
eleganckim jak Draco Malfoy. Ale lubiłam jego towarzystwo. Zaczął mnie nawet
uczyć podstaw Oklumencji, tak jak obiecał. Powiedział, że muszę znaleźć sposób
na uporządkowanie myśli w sensowny dla mnie sposób.
—
Moja matka jest utalentowaną botaniczką — powiedział mi. — Jej umysł jest jak
szklarnia. Sekrety, myśli i wspomnienia skrywają się pośród jej flory. Każdemu
zajęłoby dużo czasu, żeby przejrzeć jej umysł, bo nie znałby zieleni, którą
stworzyła.
—
A jaki jest twój? — Wzdrygnęłam się. — Chyba że to zbyt osobiste. Nie czuj się
zmuszony do odpowiedzi. Przepraszam.
—
Nie mam nic przeciwko podzieleniu się tym z tobą. — Wzruszył ramionami. — Nie
sądzę, żebyś to wykorzystała przeciwko mnie.
Uśmiechnęłam
się.
—
Zdecydowanie nie. Walka twarzą w twarz z Głównym Aurorem nie brzmi jak coś, co
trafiłoby na moją listę rzeczy do zrobienia.
Roześmiał
się, a ja poczułam się lepiej. Nie był typem człowieka, który śmieje się bez
skrępowania i miło było widzieć go tak zrelaksowanego w moim towarzystwie.
—
Konstelacje — powiedział. — Mapy gwiazd, planety, księżyce. Gdyby ktoś włamał
się do mojego umysłu, znalazłby niebo.
—
Sprytne.
Uśmiechnęłam
się szeroko.
—
Musisz po prostu znaleźć to, co działa u ciebie.
~*~*~*~*~*~*~*~
W
poniedziałek miałam też zaskakująco miły lunch z Pansy. Była naprawdę zabawna i
raczyła mnie opowieściami o swoich poprzednich małżeństwach. Według niej
wszystkie te małżeństwa stanowiły katastrofalną naukę. Planowałyśmy też się
spotkać w przyszły weekend. Miło było mieć kogoś, z kim można porozmawiać o
rozwodzie. Pansy mnie nie osądzała.
Poniedziałkowy
wieczór był najtrudniejszy. Usłyszałam głos Potwora, myśląc o eliksirach
nasennych. Było po drugiej w nocy i byłam daleko od relaksu oraz snu. Ale się
powstrzymałam. W końcu odrzuciłam kołdrę.
Miałam
na sobie jedną z nowych, jedwabnych piżam ze sklepu Pansy. Ta była czarna.
Stanowiła odpowiednik podkoszulka i majtek. Normalnie spałabym w mojej bardzo
dużej bluzce z Hogwartu. Ale ta okazała się bardzo wygodna. Właściwie wszystkie
rzeczy od Pansy takie były.
Na
paluszkach skradłam się do kuchni, żeby znaleźć więcej lodów o smaku
ciasteczek, które kupił Draco. Wyciągnęłam półlitrowe opakowanie lodów i
chwyciłam łyżeczkę. Usiadłam na blacie i pozwoliłam nogom zwisać, jedząc prosto
z pudełka. Grzebałam w lodach, gdy on spał, żeby znaleźć największy kawałek
ciasteczka.
Potrzebowałam
innego rozwiązania moich problemów ze snem. Wiedziałam, że z każdym tygodniem
będzie tylko gorzej. Draco powiedział mi, że Oklumencja pomoże mi nie tylko
jako technika obronna, ale także jako metoda radzenia sobie ze stresem.
Zastanawiałam się, jak będzie wyglądał mój „umysł”, z rozkoszą zajadając się lodami.
Każdy by zgadł, że to książki. Chyba to miało sens. Lubiłam książki. Zawsze
czytałam. Ale to wydawało się niewystarczające. Ogród i niebo miały sens. Można
się w nich zatracić. Musiałam stworzyć przestrzeń, w której mogłabym się
zatracić. Ale jak miałam wybrać tylko
jedną rzecz?
—
Czy bezsenność jest zaraźliwa?
Odwróciłam
gwałtownie głowę i zobaczyłam Draco opartego o ścianę. Nie miał koszulki, a
spodnie od piżamy niebezpiecznie nisko opadały mu na biodra. Wpatrywałam się w
zarys jego mięśni brzucha i drastyczne zagłębienie bioder. Nie pamiętam, żeby
był tak umięśniony w szkole. Zawsze był wysportowany, ale to? To był
wysportowany Główny Auror Ministerstwa Magii. Był oszałamiający.
Nagle
uświadomiłam sobie, jak bardzo jestem naga.
Siedząc
na jego blacie.
W
ciemności.
Z
pudełkiem lodów.
—
Przepraszam — wymamrotałam, próbując przełknąć mrożony deser, który utknął mi w
gardle.
Stanął
przede mną i chwycił pojemnik oraz moją łyżeczkę. Wziął kawałek do ust, a ja
poczułam się lekko zażenowana jego atrakcyjnością.
—
Zawsze cierpiałeś na bezsenność? — zapytałam.
—
Mam nocne koszmary — rzekł. — Od dziecka.
Zmarszczyłam
brwi. Kiedy pomyślałam o Draco w wieku niemowlęcym z jego jasnoszarymi oczami i
jasnymi, blond włosami, nie wyobrażałam sobie kogoś nękanego przez coś tak
okropnego jak nocne koszmary. Chociaż, przypuszczałam, że mając takiego ojca
jak jego, w jego dzieciństwie nie brakowało traumatycznych wydarzeń.
—
Bardzo mi przykro — powiedziałam delikatnie.
Wzruszył
ramionami bez przekonania i oddał mi lody.
—
A ty?
Wzięłam
pudełko i pozwoliłam, by zimno na chwilę zdrętwiało mi w dłoni. Musiałam
przyłożyć je do zarumienionej piersi.
—
Od siódmego roku.
Oparł
łokcie o blat obok mnie. Pachniał tak dobrze. Czymś cierpkim, zielonymi
jabłkami? Ale też ziemisto.
—
Bellatrix?
Ciało
mi zesztywniało. Bogowie. Nie
słyszałam tego imienia od lat. Ale blizna sprawiła, że na samo wspomnienie
poczułam ból fantomowy, który przeszył moje ramię.
—
Nie — powiedziałam. — Była tylko oliwą. To zaczęło się o wiele wcześniej.
Nabrałam
kęs i podałam mu pudełko. Spojrzał gniewnie na moje ramię.
—
To szmalcownicy — kontynuowałam. — Ciągła czujność, zacieranie śladów, rzucanie
zaklęć, wzmacnianie zabezpieczeń. To mnie pochłonęło.
—
A teraz?
Zaśmiałam
się pusto.
—
Chyba nigdy nie przestałam biec.
—
A chociaż jesteś szybka?
Spojrzałam
na niego i zobaczyłam, że się do mnie uśmiecha.
—
Nie dość szybka.
Grzebał
w lodach i wyciągnął spory kawałek ciasteczka.
—
Szukałam tego!
—
W każdym pojemniku jest jeden. — Spojrzał na mnie z zadowoleniem. — I
przegapiłaś go.
Sięgnęłam
po łyżeczkę.
—
To miała być moja nagroda za bezsenność.
Odsunął
łyżeczkę ode mnie.
—
Potem ją odzyskasz.
—
Nie, teraz — jęknęłam. — Wybrałeś już wszystkie dobre kawałki.
Przysunął
łyżeczkę do mojej twarzy, jednocześnie odciągając moje ramię. Sięgnęłam drugą
ręką, ale to nic nie dało. Zacisnęłam palce na nadgarstku, w którym trzymał
łyżeczkę, i próbowałam wepchnąć ją do swoich ust. Śmiał się, walcząc ze mną. Ja
też nie mogłam się powstrzymać od śmiechu. Nie miałam szans go pokonać. Ale
pragnęłam tego kęsa.
Uwolniłam
drugą rękę i pociągnęłam za jego dłoń z łyżką. Zaśmiał się z mojej wytrwałości i
delikatnie uwolnił rękę z mojego uścisku. Nie zdawałam sobie sprawy, jak mocno
ciągnęłam. I w tym momencie zsunęłam się z blatu.
—
Kurwa! — krzyknęliśmy oboje.
Draco
rzucił się, żeby mnie złapać, zanim uderzę o podłogę. Na szczęście stał blisko,
więc z łatwością mnie objął i złapał. Ale jego bosa stopa uderzyła o dywan,
przez co oboje polecieliśmy w ciemność. Znowu krzyknęliśmy, a ja wylądowałam na
nim, gdy osunęliśmy się na podłogę. Zanim zdążyłam zareagować, na wpół puste
opakowanie lodów stoczyło się z krawędzi i spadło na nas oboje.
Zamrożone,
lepkie lody kapały mi na brzuch i nogi, a potem na jego tors i ramię.
Pisnęliśmy z zimna na naszej skórze.
—
Jest cholernie zimne!
Wzdrygnął
się pode mną.
—
Teraz całe są na mnie!
Oboje
gorączkowo próbowaliśmy zrzucić z siebie zamrożony smakołyk i przerzucić go na
siebie nawzajem. Patrzyłam na siebie i w końcu wybuchłam śmiechem. Początkowy
szok po upadku zdawał się mijać i on też zaczął się śmiać. Leżeliśmy tam oboje,
polepieni i splątani, rechocząc ze śmiechu.
Nie
wiem, jak długo tam byliśmy, ale cholernie dobrze było móc znów się śmiać.
~*~*~*~*~*~*~*~
Następnego
ranka zebrałam się w sobie, by stawić czoła nawałnicy nowej uwagi po weekendzie
spędzonym w Nox. Skoro ludzie widzieli mnie na czarnym piętrze, na pewno zaczną
gadać. Głos Pansy zabrzmiał w mojej głowie bardzo wyraźnie, gdy wyciągałam
strój. Nie sądzę, żeby to była sukienka
na zemstę. Ale była cholernie blisko. Pansy powiedziała, że trzyma tę
właściwą na idealny moment. Nie
miałam pojęcia, co to znaczy.
Dzisiejsza
sukienka miała ten sam śliwkowy kolor, co moja bielizna w sobotę. Dodała mi
pewności siebie. Miała ładny kolor, podkreślała moje oczy i nadawała mi bardzo
ładny wygląd klepsydry. Nie miała głębokiego dekoltu. Ale ładny, kwadratowy,
który, jak powiedziała Pansy, dawał im tylko przedsmak.
Założyłam
też nowe buty, które mi podarowała — szpilki z czerwonymi podeszwami. Myśl o
incydencie z lodami tkwiła w mojej głowie, gdy dziś rano szłam do wind.
Niezależnie od tego, czy ludzie rozpoznawali mnie z Nox, czy z kampanii krytyki
Rona, miło było nie być kompletnie potrąconą i popychaną przez cały ranek.
Ludzie mnie unikali, a ja nie słyszałam nawet w przybliżeniu tych szeptów, co w
zeszłym tygodniu. Wyprostowałam ramiona, uniosłam wzrok i stawiłam im czoła.
Walczę,
powtarzałam sobie dziesiątki razy tego ranka.
Jedną
ręką ściskałam kawę i torebkę, a drugą złapałam drążek w windzie. Draco wszedł
za mną z dwoma innymi, młodymi Aurorami, których nie rozpoznałam. Uśmiechnął
się do mnie.
—
Serdis — powiedział Draco do jednego z czarodziejów, z którymi wszedł. —
Czujesz… ciasteczka?
Przygryzłam
wargę, żeby ukryć uśmiech.
—
N-nie, Główny Aurorze Malfoy, nie czuję, proszę pana.
Odwrócił
się do drugiego.
—
Caprin? A ty?
—
Nie, proszę pana.
Winda
zatrzymała się na moim piętrze i kilku czarodziejów ruszyło, żeby mnie
przepuścić.
—
Jakież to ciekawe — mruknął Draco, kiedy wychodziłam, i roześmiałam się, myśląc
o naszej dwójce całkowicie pokrytych roztopionymi lodami.
Skręciłam
za róg i zamarłam. Wszelkie cienie śmiechu zgasły na moich ustach.
Ron
stał oparty o ścianę naprzeciwko drzwi mojego biura. Czy Theo jeszcze nie
przyszedł?
Nie
wiem, jak długo patrzyliśmy na siebie, nie odzywając się ani nie ruszając.
Uciekaj, namawiało mnie moje ciało.
W
końcu przerwał ciszę.
—
Miona — powiedział. — Nowa sukienka?
Nie
odezwałam się.
Uciekaj, błagało mnie ciało.
Adrenalina
podskoczyła. Niepokój pulsował we mnie. Zaczęłam oblewać się zimnym potem.
Potrzebowałam miejsca, w którym
mogłabym się schronić. Ogrodu. Nieba. Czegokolwiek, byle nie tego, kurwa.
—
Widzę, że wypisałaś się z naszego konta.
Uciekaj.
Mogłabym
wrócić do wind, zanim by mnie dogonił. Nie ścigałby mnie i nie zrobiłby sceny.
Uciekaj!
—
Kurwa, mów do mnie, Hermiono — warknął. — Na brodę Merlina! Zachowujesz się jak
dziecko wpadające w furię.
Walcz.
Głos
Potwora rozbrzmiał w mojej głowie.
Wstań i, kurwa, walcz.
—
Odejdź — powiedziałam.
Właśnie tak, walcz.
—
Musimy zakończyć ten bezsensowny spór. Nie rozwodzimy się, Hermiono. Wracaj do
domu. Przestań być taka pruderyjna.
Skurczyłam
się, jakbym dostała w twarz.
—
W-wracać do domu? Po plotkach i kłamstwach, które o mnie rozsiewałeś?
Chciałam
się roześmiać. Miał urojenia! Naprawdę myślał, że kiedykolwiek mogłabym znowu z
nim być? Moje zaufanie do niego legło w gruzach.
—
Nic nie poradzę na to, co mówią inni — rzekł. — Ludzie zaczęli plotkować,
widząc, jak bardzo się zdenerwowałem, gdy nie wróciłaś do domu w niedzielę
wieczorem.
—
Kłamiesz. — Potrząsnęłam głową. — Ciągle kłamiesz, Rolandzie! Więcej kłamstw!
Theo
pojawił się znikąd i powalił Rona na ziemię. Jego różdżka wbijała mu się w
szyję, gdy go przygwoździł.
—
Złaź ze mnie!
—
Słuchaj, Weasley i się, kurwa, skup — warknął Theo.
Nigdy
wcześniej nie słyszałam, żeby tak mówił. Zamarłam.
—
Jeśli kiedykolwiek wejdziesz na to piętro, to rzucę klątwę na twoje jaja tak,
że będą łaskotać twoje jebane migdałki. Nie rozmawiasz z nią. Nie patrzysz na
nią. Nawet o niej, kurwa, nie myślisz, rozumiesz?
—
To moja żona, palancie!
—
Nie na długo, dupku.
Theo
zdjął z niego swoją nogę i Ron wstał.
—
To jeszcze nie koniec, kurwa — powiedział, wskazując na mnie. — To jeszcze nie
koniec.
Wpatrywałam
się w Theo, gdy Ron odchodził.
—
Och, nie patrz tak na mnie — zażartował. — Wiesz, że jestem cholernie
stuknięty; wiesz jacy są moi rodzice! — Przytulił mnie mocno. — Wszystko w
porządku?
Skinęłam
głową. Tak było. Przeżyłam moje pierwsze spotkanie twarzą w twarz z Ronem. Nie
uciekłam. Nie zwymiotowałam. Próbowałam się bronić. Czułam się… dobrze.
Uśmiechnęłam
się, kiwając głową jeszcze mocniej.
—
Dziękuję.
—
Chciałem go zabić. Ale nie poradziłabyś sobie, gdybym wylądował w Azkabanie.
Nie mogłem cię tak zostawić.
—
Co za dżentelmen — zażartowałam, wchodząc ramię w ramię z nim do naszego
gabinetu. — Byłeś zaskakująco brutalny.
—
Zaproponowano mi stanowisko Głównego Aurora, ale o wiele bardziej kocham
badania.
Przewróciłam
oczami i wzięłam się do pracy.
Przeżyłam.
Widziałam go.
Pierwsze spotkanie dobiegło końca.
—
Granger, musisz iść na górę.
Skrzywił
się Theo, machając pergaminem przed moimi oczami.
—
Po co?
—
To od Głównego Aurora Malfoya — przeczytał.
Posmutniałam.
—
Ale napisał, że Weasleya odesłano do domu na resztę dnia — dodał z uśmiechem. —
Więc bardzo mnie to cieszy.
Wygładził
pergamin z uśmiechem.
Zerknęłam
na zegarek. Zbliżał się koniec dnia. Sięgnęłam po torbę. Wsadziłam do niej
również lunchbox. Dzisiejsza kreskówka od Draco przedstawiała ożywione pudełko
lodów o smaku ciasteczek, która goniła nas po kuchennej wyspie. Chyba moja
ulubiona jak dotąd.
Podeszłam
do wind i udałam się na piętro Aurorów. Starałam się nie skupiać na
narastającym strachu przed tym, co to może oznaczać, ale przeczuwałam, że ma to
związek z porannym incydentem.
Przed
drzwiami do gabinetu Draco stało biurko, przy którym zazwyczaj siedziała jego
osobista asystentka. Dziś miała wolne, więc drzwi były otwarte na oścież.
Słyszałam jednak, że coś mówił, więc zapukałam w framugę.
—
Wejdź, Granger! — zawołał.
Dean
Thomas siedział na jednym z krzeseł przed biurkiem Draco. On natomiast był
oparty o biurko, ze skrzyżowanymi nogami i wyglądał bardzo poważnie w
porównaniu tym porannym, swobodnym, obficie pokrytym lodami obliczem.
—
Pozwolę wam pogadać. — Dean wstał i ścisnął mnie za ramię. — Miło cię widzieć,
Hermiono.
—
Miło cię widzieć, Dean.
Zamknął
drzwi za sobą, a Draco gestem wskazał mi, żebym usiadła.
—
Weasley jest teraz na zwolnieniu warunkowym, dopóki śledztwo przeciwko niemu
się nie zakończy. Księgowość, rozliczenia i dział kadr mają na niego osobne
zarzuty, a lista wykroczeń jest całkiem długa. Ma surowy zakaz wstępu na twoje
piętro. Ale żeby dopilnować, żeby znów czegoś nie próbował, będę cię codziennie
eskortować do i z twojego gabinetu.
Wypuściłam
powietrze.
—
Draco, naprawdę nie musisz tego robić — powiedziałam, ale uniósł rękę.
—
Jeśli Nott znowu go dopadnie, zabije go. A Nott jest za miękki na Azkaban,
Granger.
Uśmiechnęłam
się i patrzyłam, jak jego twarz poważnieje.
—
Wszystko w porządku? — Nigdy wcześniej nie słyszałam jego tak łagodnego głosu.
— Oglądałem nagranie.
Zignorowałam
upokorzenie, które czułam, wiedząc, że nagrano naszą interakcję.
—
Nie uciekłam.
Uśmiechnął
się do mnie tak szeroko, że poczułam, jak uśmiech rozkwita na moich policzkach.
—
Nie uciekłaś.
—
Chciałam.
— Ale nie zrobiłaś tego.
Brak komentarzy