[T] Come To Claim: Rozdział 13
Witajcie :) we wtorkowy wieczór pora na cztery nowe rozdziały tej historii. Uwielbiam jej klimat i całą tę tajemnicę. Zatem nie przedłużając, miłej lektury! :)
____________
—
Wstawaj, śpiochu!
Zerwałam
się na równe nogi, gdy zobaczyłam Theo wpadającego do mojego pokoju.
—
Theo! — zawołał za nim Draco, ale było już za późno.
—
Na Boga, Granger! — Theo zachichotał. — Zawsze śpisz w takich wyzywających,
koronkowych ciuszkach? Gdybym wiedział, zaprosiłbym cię do siebie do
rezydencji!
Poczułam
falę silnego zażenowania, moje policzki poczerwieniały, gdy pospiesznie
naciągnęłam na siebie kołdrę. Oczywiście, wciąż miałam na sobie ten komplet z
zeszłej nocy.
—
Wynoś się!
—
Ale mam osobisty interes w tym, żeby zostać.
—
Nott — zawołał ponownie Draco i odpowiedział, przewracając oczami.
—
Dobra, dobra, zepsuj mi zabawę. Śniadanie gotowe, Granger.
Chwyciłam
pasujący, jedwabny szlafrok, który przed wyjściem zeszłej nocy podarował mi Potwór,
i znów miałam ochotę go zamordować. Spojrzałam gniewnie na małą, delikatną
bransoletkę na moim nadgarstku. Wtedy coś mignęło mi w kieszeni szlafroka. W
środku był mały kawałek pergaminu.
W południe masz przymiarki w Ściegach
i Wstążkach. Ubrania zostaną przeniesione do twojego mieszkania, a koszt
zostanie pokryty. Spodziewam się, że dziś wieczorem założysz jedną z kreacji.
Pani Parkinson oczekuje Twojej obecności.
Podarłam
liścik.
Potem
go podpaliłam.
Patrzyłam,
jak resztki palą się na mojej szafce nocnej, i poszłam do kuchni. Co za apodyktyczny dupek.
—
Buu — zażartował Theo, widząc mnie zakrytą.
Zignorowałam
go i usiadłam przy blacie. Draco podał mi kawę i rzucił przepraszające
spojrzenie.
—
Dziś wieczorem hucznie świętujemy, Granger — powiedział Theo. — Miałaś
piekielny tydzień, więc zasługujemy na relaks i odprężenie w naszym ulubionym
miejscu.
Zastanowił
się przez chwilę.
—
Powinnaś to założyć!
Przewróciłam
oczami i szturchnęłam go łokciem.
—
Nott — ostrzegł Draco.
—
Prosiłbyś o to samo, gdybyś zobaczył tę jej bieliznę.
—
Zamierzam cię dźgnąć — zagroziłam mu.
—
Nie, jeśli ja zrobię to pierwszy — powiedział Draco.
—
Jeden rzut oka na ten seksowny komplet, a w mgnieniu oka zamieniłbyś ją ze
współlokatorki na dziewczynę do bzykania.
Pstryknął
palcami, żeby podkreślić to, co powiedział. Jęknęłam. Draco popchnął w moją
stronę Proroka Codziennego wraz z
melonem i prosciutto.
—
Dziękuję — powiedziałam, ignorując Theo.
—
Proszę, Granger! Musimy iść! Trojaczki wyjechały w ten weekend, więc mogę ci
poświęcić całą moją uwagę.
—
Jestem pewien, że właśnie tego chce — mruknął Draco.
Zachichotałam
i kontynuowałam czytanie gazety.
—
Granger niczego nie pragnęłaby bardziej niż poczuć się przytłoczona moją
obecnością w Nox.
Draco
i ja wymieniliśmy spojrzenia.
—
Wpadnę po ciebie o dziewiątej!
—
Nie mogę z tobą iść.
Theo
nie był przekonany.
—
Dlaczego?
—
Mam plany.
—
Gdzie?
Popijałam
espresso.
—
Z kim?
Przewróciłam
stronę.
Złożył
gazetę i spiorunował mnie wzrokiem.
—
Gadaj albo cię rozbiorę.
Draco
ugodził Notta klątwą żądlącą ze swojego miejsca przy piecu, rzucając mu
ostrzegawcze spojrzenie.
—
Spotkasz się z kimś w Nox, prawda?
Zignorowałam
go, ale wiedziałam, że moje policzki lekko poczerwieniały.
—
Bezczelna kokietka! — Theo klasnął w dłonie i się zaśmiał. — Wiedziałem!
Chwycił
gazetę, którą próbowałam wziąć, i aż zamarł.
—
Znowu przyjechał! — niemal zaśpiewał. — Przyjechał na kolejny mecz! Spotyka się
z tobą w klubie, prawda?
—
Co? — wyjąkałam.
—
Kto? — zapytał Draco.
—
Viktor Krum, oczywiście! Ostatnim razem prawie doszedł na widok Granger.
—
Co? Nie!
Nagle
usłyszeliśmy dzwonek. Draco odebrał telefon i przeprosił, żeby pójść do
drugiego pokoju, po czym wskazał na kuchenkę. Wstałam i podeszłam do niej, żeby
zająć się jajkami.
—
Nie spotykam się z Viktorem Krumem — warknęłam cicho, gdy Draco rozmawiał przez
telefon w jadalni.
Theo
posmutniał.
—
To z kim?
—
Po prostu… z kimś.
Byłam
strasznie zdenerwowana. Nie wiedziałam, czy powiedzieć Theo, czy nie. Często
bywał w klubie. Prawdopodobnie w końcu się dowie. Może powinnam po prostu się
tym podzielić. Jeśli Theo uzna, że ten potwór naprawdę mi zagraża, będzie mógł
mi pomóc. Mądrze było komuś powiedzieć.
—
Granger, proszę, nie zmuszaj mnie do wydobycia z ciebie tych informacji. Mój
najlepszy przyjaciel jest biegły w Legilimencji.
—
Draco nigdy by tego nie zrobił — argumentowałam. — I nie znam jego imienia.
Theo
wstał z krzesła i podszedł do mnie. Znów skupiłam uwagę na jajkach.
—
Bo…
—
Bo…
—
Bo… — spróbował ponownie.
—
Bo nie widziałam jego twarzy.
Theo
odwrócił mnie. Jego oczy były szeroko otwarte z rozbawienia i przyjemności.
—
Bo…
—
Boonnosimaskę — wyrwało mi się jedno
szybko wypowiedziane słowo, które niemal wyszeptałam.
Theo
wybuchnął radością. Odrzucił głowę do tyłu i zachichotał jak szalony.
—
Zeszłaś na czarne piętro!
Uciszyłam
go i uderzyłam szpatułką.
—
Rozmawia przez telefon — wyszeptałam.
—
Ty mała dziwko!
Wpatrywałam
się w niego z otwartymi ustami i ruszyłam, żeby go znowu spoliczkować. Był taki
głośny!
—
Rzucę na ciebie klątwę, jeśli się nie zamkniesz — warknęłam.
—
Granger. — Rozpromienił się. — To lepsze niż święta. To lepsze niż mój pierwszy
lodzik. To wspaniała wiadomość. Brawo. Dobra robota, proszę pani.
Przewróciłam
oczami i odwróciłam się z powrotem do kuchenki.
—
Opisz go — poprosił. — Co o nim wiesz?
Zamknęłam
oczy, rozpaczliwie pragnąc wrócić do łóżka.
—
Jest… ogromny.
—
Założę się.
Zachichotał,
a ja się skrzywiłam, więc mrugnął do mnie.
—
Co jeszcze?
Wzruszyłam
ramionami.
—
Nie wiem. Lubi… sztukę?
—
Sztukę?
—
T-tak — wyjąkałam. — On… ją eksponuje.
Theo
przechylił głowę. Zdjęłam jajka z patelni i położyłam je na półmisku, który
wyciągnął Draco.
Uświadomiłam
sobie.
—
Ma tatuaże, prawda, Granger?
Przełknęłam
ślinę.
—
Mnóstwo tatuaży?
Jego
uśmiech się poszerzył.
Chciałam
się zapaść pod ziemię.
—
Może nawet bliznę, którą osoby takie jak ty uznałyby za… znajomą?
Zbladłam.
Więc to była blizna? Ktoś wyciął na nim
to samo, co na mnie. Czy ona też mu to zrobiła?
—
Ty wiesz — rzuciłam oskarżycielsko.
—
Wiem dokładnie, o kim mówisz.
Śmiech
Theo rozbrzmiał echem w całym mieszkaniu.
—
Przestań, przestań, przestań. — Wyciągnęłam ręce w jego stronę. — Nie mów mi.
Ani słowa. Proszę. Nie chcę wiedzieć.
—
Co? — Zaśmiał się. — Dlaczego?
—
Bo. To nic takiego, to tylko… rozproszenie uwagi. Tego teraz potrzebuję. A
jeśli się dowiem, kim on jest…
—
Rozproszenie zniknie.
Kiwnęłam
niepewnie głową.
Theo
uniósł ręce w geście poddania.
—
Dobra, Granger. Rób, jak uważasz. Ale w chwili, gdy będziesz chciała się
dowiedzieć…
—
Czekaj…
W
oczach Theo błysnął psotny błysk.
—
To nie ty, prawda?
Roześmiał
się i rzucił mi się na szyję.
—
Chciałabyś tego, prawda?
Zaśmiałam
się, gdy mnie szturchał i dźgał.
—
Dobra, dobra. — Odepchnęłam go. — Czy on jest… niebezpieczny?
Theo
rozważał pytanie przez dłuższą chwilę.
—
Z tego, co widziałem, jest bardzo… opanowany. Zrobił ci krzywdę?
Pokręciłam
głową.
—
Ale mnie przeraża.
—
Właśnie o to chodzi na czarnym piętrze, Granger. — Uśmiechnął się do mnie
lekko. — Maski, BDSM, sama wiesz. Strach może naprawdę spotęgować doznania
seksualne.
Próbowałam
się nie zarumienić.
—
Zawsze możesz przejść na wyższe piętro. Nie musisz do niego wracać.
Och, jak mało wiedział. Bawiłam się koralikiem na nadgarstku.
—
Jest trochę… zaborczy.
Theo
spoważniał, gdy skinął głową.
—
Dobra, może tak — mruknął. — Jak tylko z nim skończysz albo będziesz chciała,
żeby to się skończyło na dobre, powiedz mi. Dopilnuję, żeby tak się stało.
—
Naprawdę?
Przytaknął.
—
Chcę, żebyś odkryła tę stronę siebie, której inaczej byś się bała. Więź idź na
całość, Granger. A jeśli będziesz potrzebowała ratunku, jestem tu po to, żeby
cię wyciągnąć.
—
Dziękuję.
—
Naprawdę nie chcesz wiedzieć?
Pokręciłam
głową.
—
Stawię czoła swoim demonom, kiedy będę gotowa.
Przełknęłam
ironię tego stwierdzenia.
—
Przepraszam za to — powiedział Draco, ponownie wchodząc do kuchni. — Nowi
Aurorzy.
Przewrócił
oczami.
—
Właśnie omawialiśmy wielkie, seksualne wyczyny Granger!
Dźgnęłam
Theo widelcem.
—
Z Krumem?
—
Nie! — Zbladłam. — A tak w ogóle, jak sprawa z wilkołakami?
Draco
z radością skierował rozmowę z dala od Nox. A ja byłam w pełni szczęśliwa, że
mu na to pozwoliłam. Zerknęłam na zegarek i zauważyłam, że prawie czas zmierzyć
się z moim drugim potworem, Pansy.
—
Mam dziś kilka spraw do załatwienia — powiedziałam. — Do zobaczenia?
—
Jem dziś kolację z matką — mruknął. — Więc kuchnia jest cała twoja.
Uśmiechnęłam
się, wiedząc, że z tego nie skorzystam. Byłam zbyt zdenerwowana.
—
Baw się dobrze dziś wieczorem — zanucił za mną Theo z chichotem.
Wślizgnęłam
się z powrotem do pokoju i oparłam się pokusie zabarykadowania drzwi i odmowy
wyjścia.
Jak mogłam być tak beznadziejnie
podekscytowana i przerażona jednocześnie? Przerażał mnie, owszem. Przekroczył
granice. Ale mnie nie dotknął. Został na swoim krześle.
A
Nott go znał.
Gdyby
uważał do za kompletnego psychopatę, ostrzegłby mnie.
Cały
czas powtarzał mi, jak bardzo nienawidzi Rolanda.
I
Theo nie mógł być Potworem…
Prawda?
Nie
do końca temu zaprzeczył.
Ale
zgodził się mnie wyciągnąć, jeśli sprawy zajdą za daleko. Miałam teraz koło
ratunkowe. Czułam się… dobrze.
Ubrałam
się w dżinsy i lekki top na przymiarkę u Pansy. Bałam się tego. W szkole
absolutnie mnie nienawidziła. A teraz miałam iść do niej, po ubrania
przypominające te, w których obudziłam się dziś rano? Miałam ochotę schować
głowę pod chodnikiem.
Sklep
Ściegi i Wstążki był zdecydowanie najbardziej szykownym lokalem w okolicy. Nie
marnowała pieniędzy na wystrój i reklamę.
Gdy
weszłam, zadzwonił dzwonek.
—
Ach, Granger, punktualnie.
Pansy
wyszła z zaplecza.
Jej
fryzura się nie zmieniła. Nadal miała kruczoczarnego boba, który wyglądał,
jakby lśnił każdego ranka. Ani jedno pasmo nie było nie na miejscu. Smoky eyes
i wydatne, czerwone usta dodawały jej wyrafinowanego wyglądu. Miała na sobie
krótką, czarną sukienkę mini i lakierowane mokasyny. Na lewej ręce miała największy
pierścionek z diamentem, jaki kiedykolwiek widziałam.
—
Cześć, Pansy — przywitałam się, zmuszając się do naturalnego uśmiechu.
Przeszła
obok mnie do drzwi i przytrzymała je.
—
Wychodzić! — zawołała.
Wzdrygnęłam
się. Mówiła do mnie?
—
Tak, wy dwie, wychodzić — warknęła niecierpliwie. — Ma prywatną przymiarkę.
Wróćcie później. Albo i nie. Gówno mnie to obchodzi.
Dwie
czarownice przemknęły obok mnie, kompletnie zszokowane tym, jak Pansy je zbyła.
Zamknęła drzwi, przekręciła klucz i odwróciła tabliczkę na Zamknięte.
Posłała
mi kolejny uśmiech.
—
Już nam nikt nie przeszkodzi. Jak tam życie?
—
Eee… — wyjąkałam, a ona machnęła na mnie, żebym poszła za nią. — Rozwodzę się?
—
Bogowie! Najwyższy czas. Na gruby tyłek Merlina, Weasley był dla ciebie
okropny!
Rozsunęła
zasłonę, odsłaniając małą garderobę.
—
Ja już mam dwa małżeństwa za sobą — powiedziała, podziwiając swój najnowszy
pierścionek. — Teraz może się udać. Ale jeśli nie, to z deszczu pod rynnę, jak
to mówią.
Nie
sądziłam, że to określenie tu pasuje, ale zignorowałam to.
—
No więc, nowy, ekscytujący dobroczyńca, sugar daddy, przebiera was wszystkie za
swoje seksowne zabawki. Super!
Zasunęła
zasłonę, zanim zdążyłam odpowiedzieć.
—
Zdejmij wszystko, Granger. Dopasuję ci nowe ubrania i dodatki.
—
Wszystko?
Mój
głos zabrzmiał jak pisk.
—
Tak. Wszystko. Dlatego zamknęłam sklep. Nikt poza mną i tym tatuśkiem, który
daje galeony, cię nie zobaczy.
Umierałam
na myśl o staniu nago przed Pansy Parkinson.
Rozebrałam
się, zanim zdążyła ściągnąć je ze mnie zaklęciem. Odsunęła zasłonę i przyjrzała
mi się uważnie.
—
Och, bardzo ładnie. — Skinęła głową. — Świetne cycki, Granger. Uwielbiam twój
tyłek.
Umierałam.
Dosłownie umierałam, a to musi być jakaś dziwna wersja piekła. Bo w żadnym
wszechświecie coś takiego nie istniało.
—
Eee, dziękuję?
—
Granger. — Uniosła rękę. — Szkoła skończyła się wieki temu. Pieprzyć Hogwart i
podziały. Już mnie to wszystko nie obchodzi. Teraz jestem żoną mugola. To
baron.
—
Naprawdę?
Byłam
kompletnie zszokowana. Pansy była jedną z niewielu czarownic czystej krwi w
świecie czarodziejów. Nigdy bym nie pomyślała, że wyjdzie za mąż za mugola.
—
Po wojnie nikogo tak naprawdę nie obchodziły prastare, fanatyczne idee ich
rodziców. Zarabiam fortunę, sprzedając swoje rzeczy mugolom w internecie.
Uwielbiam ich. Biedni, głupi frajerzy. Więc przepraszam za wszystkie głupoty,
które się wydarzyły. Ale to? — Gestem wskazała na mnie i poruszyła ręką w górę
i w dół. — Masz zabójcze ciało. Podaruję ci sukienkę na zemstę twoich marzeń.
Bo właśnie takiej potrzebuje każda rozwódka.
—
Sukienkę?
—
Nie. Pewność siebie.
Odgarnęła
mi włosy z ramion, a ja przyglądałam się swojemu nagiemu ciału w lustrze.
—
Już wiem, jaki kolor będzie pięknie wyglądał na tle twoich oczu.
I
Pansy wzięła się do pracy. Byłam w sklepie dwie i pół godziny z tą szaloną
kobietą. I przeprojektowała całe moje życie. Próbowałam ją powstrzymać, kiedy
przymierzała mi spodnie, sukienki i spódnice.
—
Myślę, że chodziło tylko o bieliźniane rzeczy — powiedziałam.
Spojrzała
na mnie. Wyciągnęła telefon i przewinęła.
—
Nie — mruknęła. — W e-mailu było napisane: ubrania
do pracy, dla przyjemności i do spania. Zrozumiałam, że przyjemność ma
podwójne znaczenie. — Skrzywiła się. — Wszystko zostało przetransportowane do
twojej garderoby, zgodnie z instrukcją. Jeśli będziesz miała jakieś problemy
lub potrzebowała poprawek, daj mi znać. Dostarczę też buty.
—
To było… To wszystko było bardzo…
Nie
wiedziałam nawet, co powiedzieć.
Podeszła
i objęła mnie w pasie.
—
My, rozwódki, musimy trzymać się razem. — Uśmiechnęła się. — Chodźmy na lunch?
W przyszłym tygodniu? Mam wolne w poniedziałek. Wpadnij do sklepu i wyskoczymy
do jakiejś fajnej kawiarni, którą znam.
Czy ktoś odmawia Pansy Parkinson? Przypuszczam, że gdyby ktokolwiek tak zrobił,
stałby się kolejną ofiarą rozwodu.
—
Dziękuję — powiedziałam szczerze.
Mrugnęła
do mnie i otworzyła drzwi.
— Załóż dziś wieczorem ten śliwkowy!
Brak komentarzy