[T] Come To Claim: Rozdział 13

wtorek, 26 maja 2026

Witajcie :) we wtorkowy wieczór pora na cztery nowe rozdziały tej historii. Uwielbiam jej klimat i całą tę tajemnicę. Zatem nie przedłużając, miłej lektury! :)

____________


— Wstawaj, śpiochu!

Zerwałam się na równe nogi, gdy zobaczyłam Theo wpadającego do mojego pokoju.

— Theo! — zawołał za nim Draco, ale było już za późno.

— Na Boga, Granger! — Theo zachichotał. — Zawsze śpisz w takich wyzywających, koronkowych ciuszkach? Gdybym wiedział, zaprosiłbym cię do siebie do rezydencji!

Poczułam falę silnego zażenowania, moje policzki poczerwieniały, gdy pospiesznie naciągnęłam na siebie kołdrę. Oczywiście, wciąż miałam na sobie ten komplet z zeszłej nocy.

Wynoś się!

— Ale mam osobisty interes w tym, żeby zostać.

— Nott — zawołał ponownie Draco i odpowiedział, przewracając oczami.

— Dobra, dobra, zepsuj mi zabawę. Śniadanie gotowe, Granger.

Chwyciłam pasujący, jedwabny szlafrok, który przed wyjściem zeszłej nocy podarował mi Potwór, i znów miałam ochotę go zamordować. Spojrzałam gniewnie na małą, delikatną bransoletkę na moim nadgarstku. Wtedy coś mignęło mi w kieszeni szlafroka. W środku był mały kawałek pergaminu.

 

W południe masz przymiarki w Ściegach i Wstążkach. Ubrania zostaną przeniesione do twojego mieszkania, a koszt zostanie pokryty. Spodziewam się, że dziś wieczorem założysz jedną z kreacji. Pani Parkinson oczekuje Twojej obecności.

 

Podarłam liścik.

Potem go podpaliłam.

Patrzyłam, jak resztki palą się na mojej szafce nocnej, i poszłam do kuchni. Co za apodyktyczny dupek.

— Buu — zażartował Theo, widząc mnie zakrytą.

Zignorowałam go i usiadłam przy blacie. Draco podał mi kawę i rzucił przepraszające spojrzenie.

— Dziś wieczorem hucznie świętujemy, Granger — powiedział Theo. — Miałaś piekielny tydzień, więc zasługujemy na relaks i odprężenie w naszym ulubionym miejscu.

Zastanowił się przez chwilę.

— Powinnaś to założyć!

Przewróciłam oczami i szturchnęłam go łokciem.

— Nott — ostrzegł Draco.

— Prosiłbyś o to samo, gdybyś zobaczył tę jej bieliznę.

— Zamierzam cię dźgnąć — zagroziłam mu.

— Nie, jeśli ja zrobię to pierwszy — powiedział Draco.

— Jeden rzut oka na ten seksowny komplet, a w mgnieniu oka zamieniłbyś ją ze współlokatorki na dziewczynę do bzykania.

Pstryknął palcami, żeby podkreślić to, co powiedział. Jęknęłam. Draco popchnął w moją stronę Proroka Codziennego wraz z melonem i prosciutto.

— Dziękuję — powiedziałam, ignorując Theo.

— Proszę, Granger! Musimy iść! Trojaczki wyjechały w ten weekend, więc mogę ci poświęcić całą moją uwagę.

— Jestem pewien, że właśnie tego chce — mruknął Draco.

Zachichotałam i kontynuowałam czytanie gazety.

— Granger niczego nie pragnęłaby bardziej niż poczuć się przytłoczona moją obecnością w Nox.

Draco i ja wymieniliśmy spojrzenia.

— Wpadnę po ciebie o dziewiątej!

— Nie mogę z tobą iść.

Theo nie był przekonany.

— Dlaczego?

— Mam plany.

— Gdzie?

Popijałam espresso.

— Z kim?

Przewróciłam stronę.

Złożył gazetę i spiorunował mnie wzrokiem.

— Gadaj albo cię rozbiorę.

Draco ugodził Notta klątwą żądlącą ze swojego miejsca przy piecu, rzucając mu ostrzegawcze spojrzenie.

— Spotkasz się z kimś w Nox, prawda?

Zignorowałam go, ale wiedziałam, że moje policzki lekko poczerwieniały.

— Bezczelna kokietka! — Theo klasnął w dłonie i się zaśmiał. — Wiedziałem!

Chwycił gazetę, którą próbowałam wziąć, i aż zamarł.

— Znowu przyjechał! — niemal zaśpiewał. — Przyjechał na kolejny mecz! Spotyka się z tobą w klubie, prawda?

— Co? — wyjąkałam.

— Kto? — zapytał Draco.

— Viktor Krum, oczywiście! Ostatnim razem prawie doszedł na widok Granger.

— Co? Nie!

Nagle usłyszeliśmy dzwonek. Draco odebrał telefon i przeprosił, żeby pójść do drugiego pokoju, po czym wskazał na kuchenkę. Wstałam i podeszłam do niej, żeby zająć się jajkami.

— Nie spotykam się z Viktorem Krumem — warknęłam cicho, gdy Draco rozmawiał przez telefon w jadalni.

Theo posmutniał.

— To z kim?

— Po prostu… z kimś.

Byłam strasznie zdenerwowana. Nie wiedziałam, czy powiedzieć Theo, czy nie. Często bywał w klubie. Prawdopodobnie w końcu się dowie. Może powinnam po prostu się tym podzielić. Jeśli Theo uzna, że ten potwór naprawdę mi zagraża, będzie mógł mi pomóc. Mądrze było komuś powiedzieć.

— Granger, proszę, nie zmuszaj mnie do wydobycia z ciebie tych informacji. Mój najlepszy przyjaciel jest biegły w Legilimencji.

— Draco nigdy by tego nie zrobił — argumentowałam. — I nie znam jego imienia.

Theo wstał z krzesła i podszedł do mnie. Znów skupiłam uwagę na jajkach.

— Bo…

— Bo…

— Bo… — spróbował ponownie.

— Bo nie widziałam jego twarzy.

Theo odwrócił mnie. Jego oczy były szeroko otwarte z rozbawienia i przyjemności.

— Bo…

Boonnosimaskę — wyrwało mi się jedno szybko wypowiedziane słowo, które niemal wyszeptałam.

Theo wybuchnął radością. Odrzucił głowę do tyłu i zachichotał jak szalony.

— Zeszłaś na czarne piętro!

Uciszyłam go i uderzyłam szpatułką.

— Rozmawia przez telefon — wyszeptałam.

— Ty mała dziwko!

Wpatrywałam się w niego z otwartymi ustami i ruszyłam, żeby go znowu spoliczkować. Był taki głośny!

— Rzucę na ciebie klątwę, jeśli się nie zamkniesz — warknęłam.

— Granger. — Rozpromienił się. — To lepsze niż święta. To lepsze niż mój pierwszy lodzik. To wspaniała wiadomość. Brawo. Dobra robota, proszę pani.

Przewróciłam oczami i odwróciłam się z powrotem do kuchenki.

— Opisz go — poprosił. — Co o nim wiesz?

Zamknęłam oczy, rozpaczliwie pragnąc wrócić do łóżka.

— Jest… ogromny.

— Założę się.

Zachichotał, a ja się skrzywiłam, więc mrugnął do mnie.

— Co jeszcze?

Wzruszyłam ramionami.

— Nie wiem. Lubi… sztukę?

— Sztukę?

— T-tak — wyjąkałam. — On… ją eksponuje.

Theo przechylił głowę. Zdjęłam jajka z patelni i położyłam je na półmisku, który wyciągnął Draco.

Uświadomiłam sobie.

— Ma tatuaże, prawda, Granger?

Przełknęłam ślinę.

— Mnóstwo tatuaży?

Jego uśmiech się poszerzył.

Chciałam się zapaść pod ziemię.

— Może nawet bliznę, którą osoby takie jak ty uznałyby za… znajomą?

Zbladłam. Więc to była blizna? Ktoś wyciął na nim to samo, co na mnie. Czy ona też mu to zrobiła?

— Ty wiesz — rzuciłam oskarżycielsko.

— Wiem dokładnie, o kim mówisz.

Śmiech Theo rozbrzmiał echem w całym mieszkaniu.

— Przestań, przestań, przestań. — Wyciągnęłam ręce w jego stronę. — Nie mów mi. Ani słowa. Proszę. Nie chcę wiedzieć.

— Co? — Zaśmiał się. — Dlaczego?

— Bo. To nic takiego, to tylko… rozproszenie uwagi. Tego teraz potrzebuję. A jeśli się dowiem, kim on jest…

— Rozproszenie zniknie.

Kiwnęłam niepewnie głową.

Theo uniósł ręce w geście poddania.

— Dobra, Granger. Rób, jak uważasz. Ale w chwili, gdy będziesz chciała się dowiedzieć…

— Czekaj…

W oczach Theo błysnął psotny błysk.

— To nie ty, prawda?

Roześmiał się i rzucił mi się na szyję.

— Chciałabyś tego, prawda?

Zaśmiałam się, gdy mnie szturchał i dźgał.

— Dobra, dobra. — Odepchnęłam go. — Czy on jest… niebezpieczny?

Theo rozważał pytanie przez dłuższą chwilę.

— Z tego, co widziałem, jest bardzo… opanowany. Zrobił ci krzywdę?

Pokręciłam głową.

— Ale mnie przeraża.

— Właśnie o to chodzi na czarnym piętrze, Granger. — Uśmiechnął się do mnie lekko. — Maski, BDSM, sama wiesz. Strach może naprawdę spotęgować doznania seksualne.

Próbowałam się nie zarumienić.

— Zawsze możesz przejść na wyższe piętro. Nie musisz do niego wracać.

Och, jak mało wiedział. Bawiłam się koralikiem na nadgarstku.

— Jest trochę… zaborczy.

Theo spoważniał, gdy skinął głową.

— Dobra, może tak — mruknął. — Jak tylko z nim skończysz albo będziesz chciała, żeby to się skończyło na dobre, powiedz mi. Dopilnuję, żeby tak się stało.

— Naprawdę?

Przytaknął.

— Chcę, żebyś odkryła tę stronę siebie, której inaczej byś się bała. Więź idź na całość, Granger. A jeśli będziesz potrzebowała ratunku, jestem tu po to, żeby cię wyciągnąć.

— Dziękuję.

— Naprawdę nie chcesz wiedzieć?

Pokręciłam głową.

— Stawię czoła swoim demonom, kiedy będę gotowa.

Przełknęłam ironię tego stwierdzenia.

— Przepraszam za to — powiedział Draco, ponownie wchodząc do kuchni. — Nowi Aurorzy.

Przewrócił oczami.

— Właśnie omawialiśmy wielkie, seksualne wyczyny Granger!

Dźgnęłam Theo widelcem.

— Z Krumem?

— Nie! — Zbladłam. — A tak w ogóle, jak sprawa z wilkołakami?

Draco z radością skierował rozmowę z dala od Nox. A ja byłam w pełni szczęśliwa, że mu na to pozwoliłam. Zerknęłam na zegarek i zauważyłam, że prawie czas zmierzyć się z moim drugim potworem, Pansy.

— Mam dziś kilka spraw do załatwienia — powiedziałam. — Do zobaczenia?

— Jem dziś kolację z matką — mruknął. — Więc kuchnia jest cała twoja.

Uśmiechnęłam się, wiedząc, że z tego nie skorzystam. Byłam zbyt zdenerwowana.

— Baw się dobrze dziś wieczorem — zanucił za mną Theo z chichotem.

Wślizgnęłam się z powrotem do pokoju i oparłam się pokusie zabarykadowania drzwi i odmowy wyjścia.

Jak mogłam być tak beznadziejnie podekscytowana i przerażona jednocześnie? Przerażał mnie, owszem. Przekroczył granice. Ale mnie nie dotknął. Został na swoim krześle.

A Nott go znał.

Gdyby uważał do za kompletnego psychopatę, ostrzegłby mnie.

Cały czas powtarzał mi, jak bardzo nienawidzi Rolanda.

I Theo nie mógł być Potworem…

Prawda?

Nie do końca temu zaprzeczył.

Ale zgodził się mnie wyciągnąć, jeśli sprawy zajdą za daleko. Miałam teraz koło ratunkowe. Czułam się… dobrze.

Ubrałam się w dżinsy i lekki top na przymiarkę u Pansy. Bałam się tego. W szkole absolutnie mnie nienawidziła. A teraz miałam iść do niej, po ubrania przypominające te, w których obudziłam się dziś rano? Miałam ochotę schować głowę pod chodnikiem.

Sklep Ściegi i Wstążki był zdecydowanie najbardziej szykownym lokalem w okolicy. Nie marnowała pieniędzy na wystrój i reklamę.

Gdy weszłam, zadzwonił dzwonek.

— Ach, Granger, punktualnie.

Pansy wyszła z zaplecza.

Jej fryzura się nie zmieniła. Nadal miała kruczoczarnego boba, który wyglądał, jakby lśnił każdego ranka. Ani jedno pasmo nie było nie na miejscu. Smoky eyes i wydatne, czerwone usta dodawały jej wyrafinowanego wyglądu. Miała na sobie krótką, czarną sukienkę mini i lakierowane mokasyny. Na lewej ręce miała największy pierścionek z diamentem, jaki kiedykolwiek widziałam.

— Cześć, Pansy — przywitałam się, zmuszając się do naturalnego uśmiechu.

Przeszła obok mnie do drzwi i przytrzymała je.

— Wychodzić! — zawołała.

Wzdrygnęłam się. Mówiła do mnie?

— Tak, wy dwie, wychodzić — warknęła niecierpliwie. — Ma prywatną przymiarkę. Wróćcie później. Albo i nie. Gówno mnie to obchodzi.

Dwie czarownice przemknęły obok mnie, kompletnie zszokowane tym, jak Pansy je zbyła. Zamknęła drzwi, przekręciła klucz i odwróciła tabliczkę na Zamknięte.

Posłała mi kolejny uśmiech.

— Już nam nikt nie przeszkodzi. Jak tam życie?

— Eee… — wyjąkałam, a ona machnęła na mnie, żebym poszła za nią. — Rozwodzę się?

— Bogowie! Najwyższy czas. Na gruby tyłek Merlina, Weasley był dla ciebie okropny!

Rozsunęła zasłonę, odsłaniając małą garderobę.

— Ja już mam dwa małżeństwa za sobą — powiedziała, podziwiając swój najnowszy pierścionek. — Teraz może się udać. Ale jeśli nie, to z deszczu pod rynnę, jak to mówią.

Nie sądziłam, że to określenie tu pasuje, ale zignorowałam to.

— No więc, nowy, ekscytujący dobroczyńca, sugar daddy, przebiera was wszystkie za swoje seksowne zabawki. Super!

Zasunęła zasłonę, zanim zdążyłam odpowiedzieć.

— Zdejmij wszystko, Granger. Dopasuję ci nowe ubrania i dodatki.

— Wszystko?

Mój głos zabrzmiał jak pisk.

— Tak. Wszystko. Dlatego zamknęłam sklep. Nikt poza mną i tym tatuśkiem, który daje galeony, cię nie zobaczy.

Umierałam na myśl o staniu nago przed Pansy Parkinson.

Rozebrałam się, zanim zdążyła ściągnąć je ze mnie zaklęciem. Odsunęła zasłonę i przyjrzała mi się uważnie.

— Och, bardzo ładnie. — Skinęła głową. — Świetne cycki, Granger. Uwielbiam twój tyłek.

Umierałam. Dosłownie umierałam, a to musi być jakaś dziwna wersja piekła. Bo w żadnym wszechświecie coś takiego nie istniało.

— Eee, dziękuję?

— Granger. — Uniosła rękę. — Szkoła skończyła się wieki temu. Pieprzyć Hogwart i podziały. Już mnie to wszystko nie obchodzi. Teraz jestem żoną mugola. To baron.

— Naprawdę?

Byłam kompletnie zszokowana. Pansy była jedną z niewielu czarownic czystej krwi w świecie czarodziejów. Nigdy bym nie pomyślała, że wyjdzie za mąż za mugola.

— Po wojnie nikogo tak naprawdę nie obchodziły prastare, fanatyczne idee ich rodziców. Zarabiam fortunę, sprzedając swoje rzeczy mugolom w internecie. Uwielbiam ich. Biedni, głupi frajerzy. Więc przepraszam za wszystkie głupoty, które się wydarzyły. Ale to? — Gestem wskazała na mnie i poruszyła ręką w górę i w dół. — Masz zabójcze ciało. Podaruję ci sukienkę na zemstę twoich marzeń. Bo właśnie takiej potrzebuje każda rozwódka.

— Sukienkę?

— Nie. Pewność siebie.

Odgarnęła mi włosy z ramion, a ja przyglądałam się swojemu nagiemu ciału w lustrze.

— Już wiem, jaki kolor będzie pięknie wyglądał na tle twoich oczu.

I Pansy wzięła się do pracy. Byłam w sklepie dwie i pół godziny z tą szaloną kobietą. I przeprojektowała całe moje życie. Próbowałam ją powstrzymać, kiedy przymierzała mi spodnie, sukienki i spódnice.

— Myślę, że chodziło tylko o bieliźniane rzeczy — powiedziałam.

Spojrzała na mnie. Wyciągnęła telefon i przewinęła.

— Nie — mruknęła. — W e-mailu było napisane: ubrania do pracy, dla przyjemności i do spania. Zrozumiałam, że przyjemność ma podwójne znaczenie. — Skrzywiła się. — Wszystko zostało przetransportowane do twojej garderoby, zgodnie z instrukcją. Jeśli będziesz miała jakieś problemy lub potrzebowała poprawek, daj mi znać. Dostarczę też buty.

— To było… To wszystko było bardzo…

Nie wiedziałam nawet, co powiedzieć.

Podeszła i objęła mnie w pasie.

— My, rozwódki, musimy trzymać się razem. — Uśmiechnęła się. — Chodźmy na lunch? W przyszłym tygodniu? Mam wolne w poniedziałek. Wpadnij do sklepu i wyskoczymy do jakiejś fajnej kawiarni, którą znam.

Czy ktoś odmawia Pansy Parkinson? Przypuszczam, że gdyby ktokolwiek tak zrobił, stałby się kolejną ofiarą rozwodu.

— Dziękuję — powiedziałam szczerze.

Mrugnęła do mnie i otworzyła drzwi.

— Załóż dziś wieczorem ten śliwkowy!

Brak komentarzy