[T] Dziesięć na dziesięć: Dzień trzeci

piątek, 10 listopada 2023

 

W końcu nadszedł deszcz. Trwało to całą noc, a poranek wstał szary i ponury, idealnie pasujący do nastroju Hermiony. Było po dziesiątej, a ona nadal leżała w łóżku. Oczywiście nie spała — przez większość nocy — ale i tak dziwnie się czuła, wylegując się w dzień powszedni. Znużenie i bujna zieleń za oknami dawały tak przytłaczające złudzenie lata, że Hermiona zdała sobie sprawę, ile czasu minęło, odkąd ta pora roku miała dla niej duże znaczenie. Kiedy pracowała na pełen etat, każdy dzień tygodnia był bardzo podobny do poprzedniego i nie od czasów Hogwartu lipiec oznaczał długie przerwy bez żadnych obowiązków.

Obowiązkowy urlop był jednym z postanowień dekretu małżeńskiego — miesiąc miodowy dla tych, którzy mieli szczęście cieszyć się towarzystwem nowych małżonków. Jednak dla kogoś takiego jak Hermiona oznaczało to tylko godziny spędzone z nieproszonym gościem w domu i brak pracy, która mogłaby odwrócić jej uwagę od sytuacji.

Chociaż, jeśli miałaby być szczera, jej praca w Ministerstwie nie była tak satysfakcjonująca, jak się spodziewała. A myśl o powrocie po upływie dwóch tygodni nie wydawała się pociągająca. I tak wystarczająco trudno było sprawić, aby ludzie przejmowali się opłakanym traktowaniem wielu magicznych stworzeń, ale teraz, gdy rząd tak rażąco deptał prawa swoich ludzkich obywateli, nie przewidywała, by w najbliższym czasie było łatwiej.

Te rozmyślania zostały brutalnie przerwane, gdy Malfoy zapukał do jej drzwi. Cóż, pukanie raczej nie było właściwym słowem. Walenie było tym, co zrobił. Trzy głośne uderzenia, po których nastąpiła krótka deklaracja w jego najlepszym akcencie.

— Otrzymaliśmy prawo do odwiedzin.

Hermiona usiadła na łóżku, gdy pod drzwiami wsunął się arkusz pergaminu. Skrzypiąca deska podłogowa na zewnątrz jej pokoju pozostała cicha, więc założyła, że Malfoy czeka przed, aż odzyska list. Spuściła nogi z łóżka i sięgnęła po pergamin.

Był to krótki list na papierze firmowym Ministerstwa, zalecający przyjęcie bliskich przyjaciół i rodziny w domu nowożeńców zamiast oficjalnego przyjęcia weselnego, którego nie chcieli urządzać. Sugestia była wyraźnie słabo zawoalowanym poleceniem i Hermiona westchnęła z powodu kolejnego natrętnego aspektu tej szopki.

Wydawało się, że Malfoy usłyszał to przez drzwi.

— Sowa ministerialna czeka — zakładam, że weźmie nasze zaproszenia. Trzynasta pasuje?

— Tak, w porządku — wymamrotała, podchodząc do swojego biurka i pisząc szybki listo do Harry’ego. Ginny nadal mieszkała z nim w Grimmauld i mogli przekazać tę informację Ronowi.

Złożyła list na ćwiartki i wsunęła pod drzwi.

Podłoga zaskrzypiała, gdy Malfoy go podniósł i odszedł bez słowa.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Chociaż Hermiona nigdy nikogo nie gościła, miała pod ręką wystarczająco dużo herbaty i herbatników, by podjąć znośną próbę zaoferowania poczęstunku. Jednak przygotowania dla pięciu gości prawie wykończyły jej zapasy, więc dodała obie pozycje do bieżącej listy zakupów, którą trzymała na tablicy przyczepionej do ściany w kuchni.

Dokładnie o trzynastej ona i Malfoy stali po przeciwległych końcach salonu, gdy w kominku buchnęły zielone płomienie. Hermiona poruszyła się niespokojnie, kiedy Lucjusz i Narcyza wyszli na jej dywan. Spodziewała się, że będą rzucać dezaprobujące spojrzenia na jej mugolski dom, potencjalnie kręcąc nosem na marny lunch, który przygotowała, ale żadne z nich nawet nie spojrzało w jej kierunku. Malfoy podszedł, by ich powitać, a oboje rodzice zdawali się dostrzegać tylko swojego syna.

— Witaj, ojcze — powiedział cicho Malfoy, wyciągając rękę do uścisku. — Matko — dodał, kiedy Lucjusz go puścił, a Hermiona patrzyła dziwnie, jak całuje powietrze obok policzków Narcyzy.

— Dobrze się czujesz, Draco? — zapytała kobieta, sięgając do przodu, by poprawić i tak już nieskazitelnie wyprasowaną linię krawata i szatę Malfoya.

— Dobrze, matko.

Skinęła lekko głową, poklepując go po klatce piersiowej, a potem spojrzała na Hermionę. Lucjusz również się do niej odwrócił, a Malfoy podążył za ich wzrokiem.

Hermiona nie odezwała się, poruszając się nerwowo pod ciężarem ich połączonych spojrzeń. Złożyła przed sobą dłonie, poniewczasie zdając sobie sprawę, że bawi się obrączką na palcu. Natychmiast opuściła ręce, ale szkoda została wyrządzona. Trójka Malfoyów zauważyła ten ruch.

Zamiast tego Hermiona skrzyżowała ręce na piersi. To nie była jej wina, że rzadko nosiła pierścionki i rozpraszała ją mała, złota obrączka. Oczywiście świadomość, że nie może jej usunąć, tylko pogorszyła sytuację. Odkryła tę małą sztuczkę natychmiast po zamknięciu się w swoim pokoju pierwszej nocy, co doprowadziło ją do przekonania, że przynajmniej część monitorowania ich przez Ministerstwo była w jakiś sposób powiązana z obrączkami.

— Jest herbata — powiedziała nagle, nie mogąc dłużej znieść ciszy.

Ku jej zaskoczeniu, Narcyza uśmiechnęła się niepewnie.

— Dziękuję — mruknęła, po czym pochyliła się, by nalać napar z imbryka.

Hermiona zerknęła na Malfoya, ale on patrzył, jak jego matka przygotowuje herbatę. A raczej obserwował, jak nie udaje jej się tego zrobić. Narcyza nie dodała ani mleka, ani cukru, a kiedy się wyprostowała i filiżanka lekko grzechotała na jej spodku, Hermiona wątpiła, by kobieta w ogóle planowała ją wypić.

Dalsze rozważania nad tym dziwactwem zostały wstrzymane, gdy w palenisku znów buchnęły płomienie.

Hermiona poczuła, jak jej usta wykrzywiają się w niechętnym uśmiechu, gdy Harry przeszedł przez próg, a tuż za nim Ginny i Ron.

— Hej — powiedział cicho Harry, rzucając nieufne spojrzenie na — słodki Merlinie — jej teściów.

— Cześć — odpowiedziała, wyciągając ręce.

Cała trójka stłoczyła się wokół, by ją przytulić.

— Jak się trzymasz? — szepnęła Ginny.

Hermiona wzruszyła ramionami.

— Nieźle.

— Dobrze cię traktuje? — zapytał Ron, patrząc surowo.

Spojrzała w bok, ale Malfoyowie wcisnęli się na jednym końcu sofy i rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami.

— Jest… cóż, to Malfoy — odpowiedziała Hermiona. — Ale jest dobrze. Przywiózł kilka książek z biblioteki Dworu, żeby znaleźć wyjście, więc… no wiesz, nie tracę nadziei.

— Dobrze — powiedział Ron, siląc się na słaby uśmiech. — To dobrze.

Hermiona próbowała to odwzajemnić, ale jej usta pozostały nieruchome. Złapała się na tym, że znów zerka na Malfoya. Opierał czoło na jednej ręce, gdy Narcyza mówiła.

Kiedy Hermiona spojrzała na przyjaciół, patrzyli na nią wyczekująco. Chociaż była chętna do podzielenia się informacją, iż dekrety małżeńskie dopasowują się na podstawie statusu krwi, nie chciała odbywać tej rozmowy przy Malfoyach. Wymyśli wymówkę, by móc się wymknąć.

— A co nowego u was? — zapytała w międzyczasie. — Opowiedzcie mi o czymś, co się dzieje poza murami tego domu.

Harry zachichotał cicho, zerkając pomiędzy pozostałą dwójką.

— Cóż, w niedzielę graliśmy trochę w Quidditcha.

— Och? — westchnęła Hermiona, jakby uznała to za nieoczekiwane, jak i interesujące.

— Tak, cóż, Dean i Seamus wstąpili do Nory — powiedział Ron. — I trenowaliśmy nowy manewr.

— Pamiętasz formację Konia Trojańskiego? — wtrąciła się Ginny. — To nazwa na cześć irlandzkiego ścigającego Troya. Widziałaś go w akcji na Mistrzostwach Świata w Quidditchu.

— Och, tak, oczywiście — skłamała Hermiona przez zęby.

Harry ponownie zaczął opowiadać w chwili, gdy z drugiego końca pokoju dobiegł niski okrzyk.

— Nie — powiedział stanowczo Malfoy.

Hermiona przestąpiła z nogi na nogę, starając się nie słuchać odpowiedzi Narcyzy.

— Jeśli skończy ci się czas…

Ton głosu Malfoya podniósł się gwałtownie.

— Nie zamierzam się zmuszać do…

— Draco!

Wnętrzności Hermiony zamieniły się w lód. Patrzyła, jak usta Ginny poruszają się, gdy wyjaśniała, jak Seamus spieprzył ich wcześniejsze próby manewru, ale Hermiona nie mogła zrozumieć słów.

Malfoyowie dyskutowali o konsumpcji małżeństwa. Zostało im tylko jedenaście dni. Hermiona próbowała odepchnąć tę ewentualność tak daleko od swojego umysłu, jak to tylko było możliwe, ale słowa Malfoya nią wstrząsnęły. W tym momencie obiecała sobie, że jeśli do tego dojdzie, nie będzie z nim walczyć. Gdyby musiała, udzieliłaby mu zgody.

Odwróciła wzrok na tyle, by zobaczyć Narcyzę załamującą ręce na kolanach, z dawno zapomnianą filiżanką.

— … wiem, że nie możesz — mówiła pospiesznie. — Poza tym to musi być korzystne dla obu stron.

Malfoy zadrwił, wyglądając na wściekłego, ale Narcyza pozostała niezrażona.

— Proszę, musisz zrozumieć. Podczas stosunku wystarczy tylko wspólna przyjemność…

— Chyba sobie, kurwa, żartujesz — wybuchnął Draco, wstając.

— Draco! — warknął Lucjusz. — Nie waż się tak zwracać do swojej matki.

Tego zamieszania nie dało się przeoczyć, a Harry, Ron i Ginny teraz temu się przyglądali. Hermiona przełknęła wielokrotnie, gdy przez jej mózg przelatywało jedno zdanie.

Wspólna przyjemność.

Oczy Narcyzy zaszkliły się, gdy błagała swojego syna, nie przejmując się przypadkową publicznością.

— Proszę, Draco, musisz spróbować. Nie zniosę widoku twojego powrotu tam.

Hermionie zrobiło się niedobrze. I nagle uderzyło ją wspomnienie ostatniego razu. O sposobie, w jaki Narcyza wybuchła płaczem, kiedy Hermiona zwymiotowała zaledwie kilka chwil po tym, jak została zmuszona do pocałowania Malfoya. Z jakiegoś bezbożnego powodu Narcyza wydawała się mieć wrażenie, że jeśli konsumpcja nie będzie przyjemna również dla Hermiony, ponownie jej syn trafi do Azkabanu. Tym razem na dwadzieścia lat. Hermiona potrafiła zrozumieć jej ponure spojrzenie na sytuację.

Malfoy spojrzał na nią, wyglądając na naprawdę wstrząśniętego, a kolana Hermiony prawie się ugięły. Pozwolenie mu, żeby ją pieprzył w zamian za ich wolność, była jedną rzeczą — przyznając, że to była jedyna rzecz, o której bardzo starała się nie myśleć — ale nie potrzeba wiele, aby wiedzieć, że posiadanie czegoś, co choćby trochę zbliżało ją do orgazmu w jego obecności było czymś zupełnie innym.

— Hermiono? Wszystko w porządku?

Zamrugała, gdy ręce Ginny uniosły się, by chwycić ją za ramiona, i zdała sobie sprawę, że powoli opadała na bok krzesła obok niej.

— Nie — odparła słabo, opierając dłoń na skórzanym podłokietniku. — Nie, nie czuję się dobrze. Myślę… myślę, że powinniście już iść. Przepraszam.

— Jesteś pewna? — zapytał Harry, sięgając ku niej, ale Hermiona już wychodziła z pomieszczenia.

— Tak, jestem pewna — rzuciła przez ramię. — Dziękuję za przybycie.

Dotarła tylko do dolnej części schodów, zanim opadła na podłogę. Ręce znów jej się trzęsły, a zęby szczękały mimo ciepłego dnia. Zacisnęła oczy, gdy Fiuu odżyło z rykiem, zabierając jej przyjaciół.

Stłumione głosy kłócących się Malfoyów były słyszalne jeszcze przez kilka minut, po czym Fiuu ponownie się rozpaliło. Hermiona wiedziała, że powinna usunąć się z drogi, ale jej nogi odmówiły posłuszeństwa.

Malfoy wybiegł zza rogu, prawie potykając się o własne stopy, kiedy zauważył ją blokującą schody.

— To prawda? — spytała rozpaczliwie.

Jego szczęka zacisnęła się na chwilę, zanim gwałtownie skinął głową.

— Co do cholery?

— To ma związek z czystością krwi — powiedział, pocierając twarz dłonią.

— Co do cholery?

— Nie wiem, Granger. — Westchnął zirytowany. — Większość kobiet czystej krwi wciąż ma niewiele do powiedzenia w negocjacjach kontraktów małżeńskich. To sposób na zapewnienie, że coś wyniosą z układu.

— Jakie postępowe — wypaliła.

— To nie był mój jebany pomysł — odszczekał.

— Nie wiedziałeś o tym?

Przerwał, wziął głęboki oddech, po czym wypuścił powietrze przez zaciśnięte usta. — Ja… coś przeczytałem. Ale źle to zinterpretowałem.

— Co przeczytałeś?

— To nie ma znaczenia.

— Cóż, skąd w takim razie masz pewność, że to prawda?

— Jestem pewien.

Hermiona przełknęła ślinę. Wyglądał na pewnego. Narcyza także.

— Ministerstwa to nie obchodzi, prawda? Mówię o moim… doświadczeniu. Potrzebują nas tylko do rozmnażania.

— Prawda — powiedział Malfoy, wpatrując się w swoje stopy. — To nie Ministerstwo, tylko ja. Magia Malfoyów nie uzna tego za skonsumowane bez…

— Cholera — mruknęła.

— Tak — zgodził się.

— Ale my… zamierzamy coś wymyślić. Coś innego. Wyjście. Mamy jeszcze czas.

Powoli podniósł oczy, by na nią spojrzeć, zgiętą u stóp własnych schodów.

— Prawda? — zapytała, przygryzając wewnętrzną stronę wargi, by powstrzymać jej drżenie. Czy jej się to podobało, czy nie, byli w tym razem.

Jego głowa opadła w przytaknięciu, ale odwrócił od niej wzrok, gdy się zgodził.

— Prawda.


________________

Witajcie. Wreszcie wracam po dość trudnym dla mnie czasie. Wiele spraw się nagromadziło, że tak powiem, życie się stało i namieszało. No ale wreszcie jestem wraz z rozdziałem. Od razu po publikacji biorę się za dalsze tłumaczenie, więc z pewnością niedługo opublikuję dalsze rozdziały. 

Co sądzicie o tej części? Podoba się, zaskakuje? Dajcie znać o ile w ogóle ktoś czekał...

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego weekendu. Enjoy!

[T] Dziesięć na dziesięć: Dzień drugi

czwartek, 18 maja 2023

 

Hermiona obudziła się następnego dnia z okropnym skurczem w szyi. We wczesnych godzinach porannych zasnęła na podłodze w swojej sypialni, otoczona tekstami referencyjnymi i kopią ustawodawstwa dotyczącego prawa małżeńskiego. Chociaż strona była pokryta notatkami, a kilka fragmentów podkreślono, poczyniła niewielkie postępy w znalezieniu luki, która uwolniłaby ich od układu. Ostatni raz Magiczny Brytyjski Rząd wydał dekret tego rodzaju po tym, jak Czarna Śmierć pozostawiła po sobie niebezpiecznie małą populację. Ale zapisy z tamtych lat były dość rozbieżne i nie zdołała znaleźć ani jednego przypadku, w którym jakakolwiek para odmówiłaby dopasowania, jakie wyznaczyło im Ministerstwo. Administracja Kingsleya wykonała kawał dobrej roboty, aby wszystko było niepodważalne — niech go diabli.

Hermiona w dużej mierze popierała surowe restrykcje podjęte przez Ministerstwo, aby stłumić wszelkie pozostałe niepokoje po upadku Voldemorta, w tym skazanie kogoś takiego jak Malfoy na Azkaban, niezależnie od faktu, że został naznaczony Znakiem pod przymusem i popełniał poważne przestępstwa tylko wtedy, gdy go do tego zmuszano. Ale, szczerze mówiąc, nigdy nie spodziewała się czegoś tak daleko idącego, jak to. Stanowczo sprzeciwiała się tak agresywnej kontroli nad wyborami i życiem magicznej populacji, nawet jeśli groziło to dalszym upadkiem.

Od lat krążyły pogłoski o jakimś ustawodawstwie, które rozwiązałoby problem wskaźnika urodzeń, ale Hermiona zakładała, że będzie to coś w rodzaju zachęty finansowej dla par, by miały więcej dzieci. Może bony mieszkaniowe dla nowożeńców. Albo dotowane przez rząd eliksiry płodności w każdej aptece.

Ale nie, od razu przeskoczyli do przymusowych małżeństw i rozrodu dla wszystkich samotnych. Chociaż Hermionie nie spodobało się porównanie, którego dokonał Malfoy poprzedniej nocy o zniewoleniu skrzatów domowych, nie mogła zaprzeczyć, że istniały podobieństwa: byli związani wbrew swojej woli do popełnienia czynów pożądanych przez ich oprawców pod groźbą kary. W ostrym świetle dnia trudno było w ogóle dostrzec różnicę.

Czując się całkowicie zniechęcona, Hermiona udała się do kuchni. Tym razem nie pozwoliła, by zamknięte drzwi do pokoju Malfoya wzbudziły jej nadzieje i rzeczywiście, siedział na tym samym krześle, co wczoraj, z rozmontowanym blenderem jej matki na stole przed nim. Zauważyła, że zrezygnował dzisiaj z szat i po prostu miał na sobie białą koszulę zapinaną na guziki i proste, czarne spodnie.

— Nie masz nic lepszego do roboty? — zapytała Hermiona zamiast powitania.

— Co na przykład? — warknął, wyraźnie nadal rozdrażniony po wczorajszej kłótni.

Hermiona zabrała się do przygotowania płatków z mlekiem. Jakkolwiek nietypowa była rozmowa z Malfoyem w jej kuchni — i on mieszkający w jej domu — to dziwnie przypominało ogromną część jej życia, podczas której widywała go każdego dnia. Od kilku lat wypadła z obiegu, ale wcześniej zawsze był obecny przy jej posiłkach, na większości zajęć i aż nazbyt często w jej kącie biblioteki. Jednak w tamtym czasie wymienili nie więcej niż kilkadziesiąt słów, z pogardą, której żadne z nich nie mogło ukryć w swoich głosach, i powód nie był owiany tajemnicą.

— Myślałam, że będziesz szukał — powiedziała cicho. — Z pewnością masz dostęp do lepszych zbiorów niż ja.

Odwrócił się, by na nią spojrzeć, a zmieszanie na chwilę przeważyło nad gniewem.

— Szukać czego?

Jej łyżka zatrzymała się przed otwartymi ustami.

— Och, nie wiem, dekretów małżeńskich, obowiązujących przepisów, pierwszeństwa w procesie odwoławczym? Czy coś z tego nie wydaje ci się istotne?

Twarz Malfoya wykrzywiła się na jej ton, ale zauważyła zrozumienie.

— Musi być jakieś wyjście z tej sytuacji, prawda? — brnęła dalej. — Znaczy, mamy dwa tygodnie, zanim…

Jego oczy spotkały się z jej.

— Cóż, mamy dwa tygodnie — dokończyła, odchrząkując. — Z pewnością powinniśmy być w stanie znaleźć jakiś sposób do wykorzystania. Wygląda to na coś, w czym Malfoyowie się wyróżniali.

Przewrócił oczami, a jego ciało nieco zesztywniało, gdy odwrócił się z powrotem do stołu.

— Każę Nilly przynieść odpowiednie księgi z biblioteki Dworu.

Język Hermiony kliknął, gdy otworzyła usta, by zaprotestować, a Malfoy spojrzał na nią. Jego brew uniosła się powoli w ten sam wyzywający sposób, jakby czekał, by zobaczyć, czy zgodzi się na wykorzystanie skrzata, żeby służył jej własnym celom.

Mogłaby?

Hermiona debatowała. Technicznie rzecz biorąc, Malfoy sam mógł wrócić do Dworu; nie mieli zakazu wychodzenia z domu. Ale Ministerstwo zostanie poinformowane, zwłaszcza tak szybko po ceremonii, a jeśli Kingsley dowie się, czego szukał Malfoy, od razu będzie wiedział, co zamierza Hermiona. Ostatnią rzeczą, jakiej chciała, było danie mu cynku i czasu na zamknięcie każdej potencjalnej drogi ucieczki, którą by znaleźli.

— Bardzo dobrze — powiedziała Hermiona. — Jestem pewna, że Nilly będzie tak samo zadowolona jak każdy, kiedy wyrwie się spod mojej własności.

Malfoy prychnął, jakby to była absolutnie najsłabsza racjonalizacja, jaką mogła wymyślić, a ponieważ naprawdę tak było, Hermiona wzięła miskę z płatkami i wyszła z kuchni.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Dźwięk pojawiającej się i chodzącej Nilly był wyraźnie słyszalny w całym cichym domu. Dwa trzaski zabrzmiały w krótkim odstępie czasu, gdy Malfoy wezwał ją, by przekazać instrukcje dotyczące książek i odesłał, a potem kolejne dwa kilka godzin później, kiedy wróciła z tomami i zniknęła. Hermiona poczekała, aż usłyszy ostatni, zanim wróciła do kuchni.

W międzyczasie Malfoy ponownie złożył i odłożył blender, a stół był zajęty stosami antycznych ksiąg. Nie podniósł wzroku, kiedy weszła, więc Hermiona cicho obejrzała kolekcję, niczego nie dotykając.

Wydawały się być pogrupowane w trzy kategorie, o których wspomniała: teoria kryjąca się za prawami małżeńskimi, magia małżeńska i łącząca dusze oraz historyczne opisy wcześniejszych podobnych dekretów.

— Mogę? — zapytała Hermiona, sięgając po jedną.

Malfoy jej nie zauważył, a ona prawie powtórzyła, zanim przypomniała sobie, co zasugerował wcześniej: te książki teraz należały też do niej.

Ostry dreszcz podniecenia przebiegł jej po plecach, gdy wyobraziła sobie ogrom zbiorów, które muszą mieścić się w bibliotece Dworu. Z pewnością nie mogła zawierać miliarda powodów do wdzięczności za to małżeństwo, ale może kilka milionów…

Zamrugała, otrząsając się z zamyślenia. Nie żeby jakakolwiek ilość książek mogła sprawić, że byłaby wdzięczna za małżeństwo, pomyślała rzeczowo. To był raczej promyk nadziei. Bardzo lichy, biorąc pod uwagę, że nie będzie miała czasu się w nie zagłębić, zanim zostanie prawowitą panią Malfoy z woli Merlina.

Wzięła pierwszy tom i usiadła przy stole. Malfoy po raz pierwszy podniósł wzrok.

— Co? — warknęła, gdy na nią patrzył.

— Musisz tu siedzieć? — zapytał.

— Będę siedziała, gdzie mi się podoba, bardzo dziękuję.

— Byłem tu pierwszy — burknął.

— To jest mój dom. Mieszkam tu przez całe życie.

— W moim pokoju nie ma biurka.

— Och, najmocniej przepraszam. Nie miałam czasu, aby odpowiednio przygotować twoją komnatę, Wasza Wysokość.

Strony jego książki zaszeleściły, gdy ją zatrzasnął.

— Podoba ci się bycie wyjątkowo nielubianą?

— Jesteś jedyną osobą, która mnie nie lubi — odparła.

Malfoy parsknął śmiechem.

— To absolutna bzdura i dobrze o tym wiesz. Jesteś, kurwa, nie do zniesienia. Na początku nawet Weasley nie chciał być twoim przyjacielem.

— To nieprawda! — krzyknęła, chociaż wiedziała, że tak było. — To było bardzo dawno temu. Ty… ty wydobywasz ze mnie najgorsze.

— Och, kochanie — powiedział z chytrym uśmieszkiem. — I wzajemnie.

— Nie mów tak do mnie! Boże, jesteś najgorszy! Nie wyobrażam sobie robienia tego z kimś, z kim nie byłabym zgodna.

Na te słowa na twarzy Malfoya pojawił się dziwny grymas — wpół zszokowany, wpół zdezorientowany.

— Ty nie… — zaczął, przerywając, by potrząsnąć głową, jakby nie mógł uwierzyć w to, co mówi. — Chyba nie myślisz, że do siebie pasujemy, prawda?

— Oczywiście miałam na myśli magiczną kompatybilność — warknęła.

Zamrugał, kontynuując jeszcze wolniej.

— Tak… ale nie wierzysz w to, prawda?

Hermiona poczuła ciepło na policzkach.

— To takie niewiarygodne, że możesz pasować do kogoś takiego jak ja? — syknęła.

— Tak — mruknął po prostu Malfoy.

— Chryste, naprawdę nienawidzę każdego centymetra twojego ciała.

Malfoy przewrócił oczami.

— Och, daj spokój, Granger, jesteś mądrzejsza niż to. Magiczny dekret o numerze chuj wie jakim nie ma absolutnie nic wspólnego z ponownym zaludnianiem świata, a wszystko z zakończeniem Świętej Dwudziestki Ósemki.

Hermiona tylko wpatrywała się w niego.

— Słucham?

— Nie mówię, że nie moglibyśmy być magicznie kompatybilni — kontynuował, jakby celowo była dobitnie głupia. — Po prostu to, czy jesteśmy, czy nie, ma z tym prawem tyle wspólnego, co kolor naszych włosów.

— Ja nie…

— Pozwól, że ujmę to w ten sposób — przerwał jej. — Jeśli samotny członek rodziny ze Świętej Dwudziestki Ósemki nie zostanie sparowany do małżeństwa z mugolakiem, osobiście rzucę na siebie Avadę i oszczędzę ci kłopotu.

Hermiona mogła tylko pokręcić głową z niedowierzaniem. List, który otrzymała z Ministerstwa, identyfikujący jej partnera…

…po szeroko zakrojonych testach, odnaleziono…

Ale szeroko zakrojone testy na temat czego? Nie dostarczyła swojej różdżki ani żadnej próbki. Założyła, że mają coś w aktach, może z Hogwartu? Ale co?

Malfoy wyglądał na w równym stopniu zadowolonego z siebie co zirytowanego.

— To koniec czarodziejów czystej krwi, a ty jesteś tego przykładem.

— Ja? — wychrypiała.

— Oczywiście — powiedział, odchylając się na krześle. — Śmierciożerca za dzieciaka i mugolaczka Pottera… to bzdury, które podniecają Ritę Skeeter.

Hermionie zrobiło się zimno. Głęboki, pusty, odrętwiały ból. I jeszcze…

— Powiedziałeś: mugolaczka.

Zmieszanie przemknęło przez twarz Malfoya, ale szybko zostało stłumione przez maskę obojętności.

— Cóż, jesteś nią, prawda?

Kontynuował, zanim zdążyła odpowiedzieć, dramatycznie opuszczając głowę na jedną rękę:

— Na Salazara, nie mówi mi, że potajemnie jesteś czystokrwista? Matka będzie nie do zniesienia. Z pewnością będzie nalegać na porządny ślub.

Usta Hermiony zacisnęły się z irytacji.

— Wiesz, że jestem mugolaczką. Po prostu nigdy nie słyszałam, żebyś wypowiedział to słowo.

Uśmiechnął się.

— Nie pozwól, żeby to uderzyło ci do głowy, Hermiono. Nawet Skeeter nie może wydrukować szlamy w Proroku.

Delektował się, wypowiadając tę obelgę, ale po raz pierwszy, odkąd to usłyszała, poczuła się przytłoczona. To był czyn, a nie odruch. Jeśli zamierzał ją zszokować, musiał się rozczarować. Hermionę bardziej zainteresowało to, co właśnie powiedział. To miało zbyt wiele sensu, żeby nie mogło być prawdziwe, ale jak mogli jej to zrobić? Jak Kingsley mógł? Wymuszenie pechowego dopasowania to jedno, ale świadome umieszczenie jej w tej pozycji dla rozgłosu…

— Boli, prawda? — zapytał Malfoy, ponownie siadając prosto. — Zrobiłaś dla nich wszystko, a oni postrzegają cię tylko jako narzędzie do ukarania rodziny Malfoyów.

Hermionie chciało się płakać. Albo krzyczeć. Albo kogoś uderzyć. Najlepiej Kingsleya, ale Malfoy też się nada. W końcu nie byliby w stanie zrobić z niej przykładu bez kogoś tak znienawidzonego, z kim mogliby ją sparować.

Jakby chcąc udowodnić jej rację, Malfoy zdecydował się zadać ostateczny cios.

— Musisz być bardzo dumna z roli, jaką odegrałaś w doprowadzeniu do tego nowego porządku świata.

Właśnie tego potrzebowała, żeby wyrwać się ze spirali. Jeśli to, co powiedział o prawie małżeńskim, jest prawdą, to było okropne, ale to nic w porównaniu z magicznym światem pod rządami Voldemorta.

Zamknęła książkę i wstała.

— To szokujące, ale wolę mieć ciebie za męża niż leżeć gdzieś w nieoznaczonym grobie. — Spojrzała na niego z góry, mrużąc oczy. — Ale ledwo.

Mięsień w szczęce Malfoya drgnął, ale ledwie to zauważyła. Przeszła obok jego krzesła i wyszła z pomieszczenia na osłabionych nogach. Mijając schody, chwyciła się dolnej części poręczy, ale myśl o wejściu po nich sprawiła, że poczuła skręt żołądka. Potrzebowała więcej miejsca niż mogły zapewnić cztery ściany jej sypialni.

Naciskając na klamkę tylnych drzwi, zbiegła po schodkach werandy na trawnik. Zanim się zorientowała, znalazła się przy płocie wyznaczającym tył podwórka. Książkę, którą wciąż trzymała, zbalansowała na jednym z płaskich słupków i oparła dłonie na drewnianych deskach. Farba kruszyła się; zgrzytała pod jej palcami, grożąc drzazgami. Wkrótce będzie musiała przemalować. To po prostu kolejna pozycja na długiej liście dorosłych obowiązków, których nie spodziewała się wziąć na swoje barki w tak młodym wieku.

Z jej gardła wydobył się szorstki śmiech na myśl, że przemalowanie płotu było w jakiś sposób równoznaczne ze ślubem i założeniem rodziny. Ale kiedy sięgnęła po książkę i ponownie odwróciła się twarzą do domu, to przyziemne zadanie zdawało się gorsze. Wyraźnie jej to przypominało, że była tu sama, opiekując się domem swojego dzieciństwa. Prawie nie zastanawiała się nad perspektywą zostania matką, ale myśl, że mogłaby to zrobić bez pomocy, bez własnych rodziców, którzy by ją naprowadzali, była jak głaz w jej płucach. Pragnienie, by do nich zadzwonić, poprosić o radę, było niemal przytłaczające, ale nie mogła się poddać. Znajdzie wyjście z tej sytuacji, a oni nigdy się nie dowiedzą o tym, w co się wplątała. A gdyby nie mogła… no cóż, z pewnością, gdyby się okazało, że ma dzieci, oni by wrócili, Jej podbródek zadrżał w lekkim kiwnięciu głową. Pewnie, że by wrócili.

Jej stopy powoli przesuwały się po trawie i opadła na jedną z huśtawek, które wciąż wisiały na starodawnym placu zabaw na środku podwórka. Siedzenie było kruche ze starości, ale czarna guma nasiąkła porannym słońcem i przyjemnie ją rozgrzała przez dżinsy.

Podniosła głowę i spróbowała wziąć głęboki oddech. To nie potrwa długo, uświadomiła sobie, patrząc w niebo. Poranne słońce, tak jasne. Gęste, szare chmury już wypełniały przestrzeń nad nią, zasłaniając światło. Zbierało się na deszcz.

Hermiona westchnęła, opuszczając wzrok na antyczny tom leżący na jej kolanach; jej palce leniwie przesuwały się po krawędziach. Magia Małżeństwa została oprawiona wyblakłym materiałem ze złotym wykończeniem, a Hermiona po raz pierwszy w życiu poczuła nieodpartą chęć zniszczenia książki. Wyglądało to tak, jakby cały świat z niej kpił.

Pomyślała o napiętej szczęce Malfoya, tej maleńkiej wskazówce, że może go zraniła. Ale jakakolwiek potencjalna satysfakcja z tej wiedzy była daleko w cieniu nieuniknionego faktu, że ich losy były ze sobą powiązane. Im bardziej się nienawidzili, tym bardziej będą się nienawidzić. Jako współmałżonkowie. Na zawsze.

Pierwsza kropla deszczu spadła na okładkę książki i Hermiona potrząsnęła głową. Nie mogła tak myśleć. Znajdzie wyjście. Nie dałaby się zmusić do takiego życia.

Dwie kolejne ciężkie krople spadły na jej rękę, a ramiona napięły się w obliczu nadchodzącej ulewy. Dopiero po kilku długich chwilach zdała sobie sprawę, że to były łzy.

___________

Witajcie :) wreszcie po długiej przerwie pojawiam się z nowym rozdziałem tego tłumaczenia. Tęskniliście? Ja osobiście bardzo lubię kreacje Hermiony i Draco w tym opowiadaniu. Pełno w nich emocji i nawet te osobiste przytyki mają swój urok. Dajcie znać, co sądzicie.

Kolejny rozdział prawdopodobnie dodam w weekend. Jeszcze nie jestem pewna kiedy dokładnie. Czekajcie cierpliwie.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego! Enjoy!

[T] Lilie słonowodne: Epilog

sobota, 6 maja 2023

 Cztery dni bez Draco

 

— Wiesz, gdzie jesteś?

— W Świętym Mungo.

— Ile masz lat?

— Osiemnaście.

— Jak się nazywają twoi rodzice?

— Jean i Richard Granger.

— Jak się nazywasz?

— Hermiona Jean Malfoy.

— Kim jest Ronald Weasley?

— Moim najlepszym przyjacielem.

— Kim jest Harry Potter?

Blada dziewczyna na łóżku przerwała, a przez jej twarz przemknął wyraz zmieszania.

— Mordercą.

Uzdrowicielka westchnęła i odwróciła się od łóżka. W wejściu do prywatnej sali szpitalnej zwróciła się do ciemnowłosego czarodzieja i powiedziała:

— Nie ma poprawy, panie Potter. Proszę się nie martwić, jeszcze jest wcześnie. Ona po prostu potrzebuje czasu. Panna Granger wiele przeszła, emocjonalny wstrząs spowodował spustoszenie w normalnym funkcjonowaniu jej mózgu.

Harry przeczesał dłonią włosy i podziękował jej, zamykając drzwi do sali Hermiony.

 

Dziesięć dni bez Draco

 

— Wiesz, gdzie jesteś?

— W Świętym Mungo.

— Ile masz lat?

— Osiemnaście.

— Jak się nazywają twoi rodzice?

— Jean i Richard Granger.

— Jak się nazywasz?

— Hermiona Jean Malfoy.

— Kim jest Draco Malfoy?

— Moim mężem — przerwała, a potem dodała: — Moim Partnerem.

Uzdrowicielka położyła delikatnie dłoń na nodze Hermiony.

— Wiesz, co się stało, panno Granger?

Hermiona spojrzała na uzdrowicielkę. Coś nieprzyjemnego poruszyło się w jej umyśle. Za kogo ta kobieta się uważała? Granger? Gdyby tylko wiedziała, do czego jesteś zdolna, traktowałaby cię z większym szacunkiem.

— Malfoy. Nazywam się Malfoy. — Usiadła na łóżku. — Mój mąż został zabity na moich oczach. Umarł w moich ramionach i dobrze o tym wiesz. Wynoś się! — Na jej ton zadrżały szyby w oknach, a lekki wietrzyk poruszył zasłonami.

Ron przywitał znękaną uzdrowicielkę przed salą Hermiony.

— I jak?

— Myślę, że być może będzie potrzebny lekki magiczny wytłumiacz, dopóki trochę nie dojdzie do siebie.

Potem kobieta odwróciła się i praktycznie pobiegła korytarzem, desperacko próbując uciec przed ciężarem czarnej magii wypełniającej salę Hermiony.

 

Czternaście dni bez Draco

 

— Wiesz, gdzie jesteś?

— W Świętym Mungo.

— Ile masz lat?

— Osiemnaście.

— Jak się nazywają twoi rodzice?

— Jean i Richard Granger.

— Jak się nazywasz?

— Hermiona Jean Malfoy.

Sędziwa uzdrowicielka siedząca obok łóżka Hermiony westchnęła i odłożyła pióro. Zerknęła na Harry’ego i delikatnie potrząsnęła głową. Hermiona po prostu wpatrywała się w pustą ścianę przed nią.

— No dalej — mruknął Harry.

Wiedział, że to bezużyteczne. Robili to od tygodni, ale nikt nie mógł do niej dotrzeć. Hermiona odpowiadała na wszystkie pytania uzdrowicieli tym samym mechanicznym głosem. Okazywała jedynie coś na kształt emocji tylko wtedy, gdy wspominano o Draco Malfoyu.

— Gdzie chodziłaś do szkoły?

— Hogwart.

— Z kim się przyjaźniłaś?

Zatrzymała się. Zawsze zatrzymywała się na tym pytaniu, jakby bardzo intensywnie myślała, próbując przypomnieć sobie ludzi, którzy teraz prawie dla niej nie istnieli.

— Z Harrym i Ronem.

— Kim jest Draco Malfoy?

Pociągnęła nosem; Harry’emu wydawało się, że widział łzę spływającą po jej policzku, zanim ją otarła.

— Moim mężem.

— Co się z nim stało?

— Został zamordowany przez Harry’ego Pottera.

Co za śmieć, jak śmie stać w kącie sali, jakbyśmy go nie widzieli? Nie martw się, dziewczyno, niedługo wszystko będzie dobrze.

Harry miał dość. Skinął głową uzdrowicielce i wszedł do poczekalni, gdzie siedział Ron, przeglądając Proroka Codziennego.

— Co z nią? — zapytał rudzielec, załamując nerwowo ręce.

— Bez zmian. Nadal upiera się, że jest żoną tego idioty, a ja mordercą.

Harry usiadł na rozklekotanym krześle w poczekalni i przeczesał dłonią swoje już rozczochrane włosy.

— Dość tego.

Ron wstał gwałtownie i wmaszerował do sali Hermiony.

— Kim jestem, Hermiono? Powiedz mi, kim dla ciebie jestem?

Uzdrowicielka wyglądała na zaskoczoną, a Hermiona tylko zamrugała.

— Jesteś Ronaldem Weasleyem i moim najlepszym przyjacielem.

Ron stłumił dreszcz, słysząc łagodny głos jego najlepszej przyjaciółki. Tak naprawdę była kimś więcej, zdawała się jednak nie pamiętać, a on nie zamierzał jej o tym przypominać, dopóki nie wróci do siebie z tego czegoś, czymkolwiek to było.

— Zostawiłeś mnie.

Jej głos był teraz łagodniejszy, bardziej przypominał prawdziwą ją, a smutek w nim łamał mu serce.

— Nie. Każdego dnia próbowałem po ciebie wrócić, Hermiono. Sprawili, że Dwór był nienanoszalny; dosłownie nie mogliśmy się z tobą skontaktować. Próbowałem, naprawdę próbowałem, Miona.

— Ron.

Wyciągnęła do niego rękę, a on, powłócząc nogami, podszedł i usiadł na skraju jej łóżka.

— Gdzie jest Draco? — wyszeptała.

Serce Rona zamarło.

— On nie żyje…

— Wiem, Ronald, byłam tam! — Iskry migotały na końcówkach jej włosów, kiedy krzyczała; to była największa emocja, jaką okazała od tygodni.

— Więc co masz na myśli, pytając, gdzie on jest? — warknął Ron, wyrywając rękę z jej uścisku.

— Jego ciało. Gdzie jest?

Zakon spalił go razem z jego ojcem i innymi Śmierciożercami, którzy zginęli w bitwie. Popiół został rozrzucony przez wiatr i rozproszony. Draco Malfoy odszedł. Po prostu musi się nauczyć sobie z tym radzić. Ron odwrócił się gwałtownie i opuścił salę.

Nie mógł tego zrobić, nie mógł zmusić się do powiedzenia swojej najlepszej przyjaciółce, że mężczyzna, którego ona myśli, że kocha, nie ma miejsca spoczynku. Z pewnością nie mógł jej pocieszać, gdy opłakiwała kogoś, kogo powinna nienawidzić.

 

Dwadzieścia trzy dni bez Draco

 

Hermiona była gotowa i kiedy uzdrowicielka weszła do jej sali, odezwała się pierwsza:

— Chcę zobaczyć Lucjusza i Narcyzę.

Uzdrowicielka zatrzymała się i spojrzała na młodą kobietę przed sobą. Ich interakcje do tej pory były powtarzalne i bardzo ograniczone ze strony Hermiony. Teraz czarownica stała wyprostowana przy oknie i miała żądania. Pytanie o rzekomych teściów niekoniecznie było postępem, którego oczekiwali, ale, mimo wszystko, było postępem.

— Chodzi o to, panienko…

Hermiona posłała uzdrowicielce spojrzenie pełne odrazy.

— Pani Malfoy, Hermiono… Lucjusz, no cóż. — Uzdrowicielka wzięła oddech; coś w tej dziewczynie ją przerażało. To było naprawdę zabawne. Była o połowę młodsza i nawet nie ukończyła edukacji w Hogwarcie; tak szczerze, młoda czarownica nie mogła jej nic zrobić. W końcu otrzymywała dawkę ciężkiego magicznego wytłumiacza. — Zobaczę, co da się zrobić. Może pani Malfoy, czyli Narcyza, będzie mogła przyjść z wizytą, oczywiście z przyzwoitką.

Hermiona podeszła bliżej.

— Dlaczego moja teściowa miałaby potrzebować przyzwoitki, żeby się ze mną zobaczyć? — Jej głos był lodowato zimny, a spojrzenie płonęło nieprzyjemnie.

— Dla twojego bezpieczeństwa; wiele przeszłaś i…

Uzdrowicielka została odrzucona do tyłu, zderzając się z łóżkiem na tyle mocno, że straciła przytomność. Żałosne. Jakby jakiś eliksir mógł powstrzymać twoją moc. Naprawdę, żadne z nich nie ma najmniejszego pojęcia…

 

Dwadzieścia cztery dni bez Draco

 

Uzdrowicielka została wyniesiona z sali Hermiony niedługo po jej wypadku i zastąpiona w obowiązkach przez mężczyznę wyglądającego na zaniedbanego trzydziestolatka. Wygląda jak świnia — prychnął głos w głowie Hermiony. Musiała przyznać, że miał rację. W jego rysach było coś świńskiego. Wyglądało jednak na to, że jej prośba została spełniona i wszedł do sali w towarzystwie Narcyzy Malfoy.

Narcyza wyglądała na kruchą, mniej poukładaną niż Hermiona widziała ją wcześniej, i zaczęła się zastanawiać, jak ona sama musi wyglądać. Czy podzielała ten udręczony wyraz twarzy i smutne oczy?

— Hermiono, moja słodka dziewczyno.

Przyciągnęła Hermionę do siebie w ciasnym uścisku i stały nieruchomo, przytulając się przez jakiś czas. Kiedy się rozdzieliły, Hermiona zapytała:

— Gdzie jest Lucjusz? Co się stało? Nikt mi nic nie mówi.

Narcyza nie wymówiła słowa, tylko potrząsnęła głową i starła kilka zabłąkanych łez z twarzy.

— Tęsknię za nim, tęsknię za Draco. Nie pozwalają mi o nim rozmawiać, ale tęsknię za nim tak bardzo, że czuję, jakby moje serce zostało wyrwane z piersi.

— Wiem, też za nim tęsknię, kochanie, będzie dobrze. Obiecuję.

— Co się tam dzieje, Cyziu?

— Złapali wszystkich, postawili nas przed sądem, to kompletna fikcja. Dołohov i Carrowowie zostali skazani na dożywocie w Azkabanie. Powinnam być w areszcie domowym, musiałam być tutaj eskortowana przez aurorów, a Bella… Bellatrix została obdarzona pocałunkiem dementora.

Ostatnie zdanie sprawiło, że Narcyza zalała się łzami.

— Bardzo mi przykro. Nie dogadywałyśmy się, w sumie mnie nienawidziła, ale nie zasłużyła na to. Była lojalną sługą Czarnego Pana. Szkoda jednak, że teraz już się do niczego nie przyda.

Narcyza natychmiast przestała płakać.

— Co masz na myśli, Hermiono? Czarny Pan nie żyje, komu się przyda?

— Nie, on żyje. Mam ci wiele do opowiedzenia, ale nie tutaj. Najpierw muszę się stąd wydostać.

 

Trzydzieści jeden dni bez Draco

 

— Wiesz, gdzie jesteś?

— W Świętym Mungo.

— Ile masz lat?

— Osiemnaście.

— Jak się nazywają twoi rodzice?

— Jean i Richard Granger.

— Jak się nazywasz?

— Hermiona Jean Granger.

— Kim jest Draco Malfoy?

— Śmierciożercą. Znęcał się nade mną.

— Kim jest Narcyza Malfoy?

— Matką Draco, była dla mnie dobra. Chroniła mnie we Dworze.

— Kim jest Harry Potter?

— Moim najlepszym przyjacielem. Gdzie on jest? Chciałabym go zobaczyć, jeśli mogę.

Uzdrowiciel uśmiechnął się, w końcu postęp.

— Chce się z panem zobaczyć, panie Potter. Wygląda na to, że wróciła do siebie. Przynajmniej w części.

Kiedy Harry i Ron weszli do małej, szpitalnej sali, Hermiona siedziała na łóżku ze skrzyżowanymi nogami i czytała. Było prawie tak, jakby nic się nie zmieniło i przez chwilę Harry pozwolił sobie na nadzieję. Być może uzdrowiciele mieli rację i tylko potrzebowała czasu.

— Hermiono?

Ron podszedł do niej i położył dłoń na jej ramieniu. Spojrzała na niego spode łba i uniosła dłoń, wracając do swojej książki. Skończyła czytać stronę, po czym ostrożnie odłożyła książkę na nocny stolik.

— Cześć.

Jej głos był cichy, stracił metaliczny ton robota i obaj czarodzieje poczuli wtedy, że wróciła. Hermiona do nich wróciła. Trio rzuciło się sobie w ramiona, wszyscy pospiesznie przepraszali za różne występki, dopóki nie padli z wyczerpania.

Gdy się rozdzielili, Hermiona odwróciła się do Harry’ego i powiedziała bardzo wyraźnie:

— Dziękuję. Za Draco. Uratowałeś mnie i bardzo żałuję, że wcześniej nie zdałam sobie z tego sprawy.

Harry natychmiast jej wybaczył. Oczywiście, że ci wybacza. Jest słaby.

— Chciałabym jak najszybciej się stąd wydostać, myślicie, że możecie zamienić z nimi słowo i zobaczyć, co da się zrobić? Nie od razu, oczywiście. Wiem, że prawdopodobnie chcą mnie monitorować przez jakiś czas, upewnić się, że nie będę miała nawrotu czy coś… — pozwoliła sobie na urwanie. Nie warto było naciskać zbyt mocno.

— Jestem pewien, że możemy coś zrobić, Miona — powiedział radośnie Ron, obejmując ją ramieniem i całując w czubek głowy. — Możesz zostać w Norze, mama zamartwia się od tygodni i wiem, że desperacko chce się kimś opiekować.

Hermiona odsunęła się nieco, tłumiąc dreszcz spowodowany swobodną intymnością chłopaka.

— Nie trzeba się mną opiekować. To nie pomoże.

— Tak, racja, miałem na myśli tylko to… cóż, twoja rodzina… po prostu chcemy, żebyś  była z nami w domu, gdzie będziesz kochana.

Posłał jej krzywy uśmiech. Gdzieś głęboko w zakamarkach jej umysłu Hermiona Granger krzyknęła. To był Ron, jej Ron. Słodki, miły i opiekuńczy, ale całkowicie nieświadomy pochłaniającej ją ciemności.

— Jeżeli w Norze będzie za tłoczno, zawsze możesz zamieszkać ze mną na Grimmauld Place. Zdecydowanie będę potrzebował pomocy w remoncie. — Harry roześmiał się. — Możecie zamieszkać oboje, będzie jak za dawnych czasów. Nasza trójka razem.

Harry, oj Harry. Tak to wyglądało według ciebie? Lata z nim w twojej głowie. Jak kiedykolwiek z tym walczyłeś?

— To naprawdę urocze z waszej strony, ale… właściwie pomyślałam, że mogłabym zostać z Narcyzą. Przyszła z wizytą i cóż, chroniła mnie przed wszystkim. Chroniła mnie przed Nim, naprawdę przed wszystkim. Ona też doznała straty i możemy sobie nawzajem pomóc. — Harry sztywno skinął głową, a Ron cofnął rękę. — Oczywiście, że chciałabym jadać kolacje w Norze i majsterkować w Londynie, ale ona mnie rozumie. Byłyśmy w tym razem, wiecie?

Dwóch czarodziei wymieniło długie spojrzenia, a Hermiona udawała, że jest zajęta swoimi paznokciami. Trio milczało przez chwilę, aż Harry powiedział:

— Dobrze, ale zostaniesz oddana pod naszą opiekę, nie jej. Tylko dopóki nie wyzdrowiejesz. Tylko po to, żebyśmy mogli cię chronić.

Hermiona skinęła głową i uśmiechnęła się do swoich przyjaciół. Brawo, dziewczyno.

 

Czterdzieści pięć dni bez Draco

 

Narcyza i jej nowy gość siedziały w salonie Dworu Malfoyów, obserwując przez otwarte okna pawie przechadzające się przy żywopłocie. Ciepłe powietrze napłynęło, niosąc słodki zapach lata. Dla Hermiony pachniało to szansą. Jak nowe początki.

— Dobrze, to wszystko, Hermiono. Jeśli będziesz czegoś potrzebować lub zostawiłaś coś w Norze, po prostu zafiukaj, dobrze?

Ronald Weasley niezdarnie przesunął dłonią w górę i w dół jej ramienia.

— Dziękuję, Ron. Doceniam to, ale nie musieliście mi pomagać w przenoszeniu moich rzeczy, poradziłabym sobie.

Harry uśmiechnął się ciepło.

— Chcieliśmy się upewnić, że się zadomowisz i będziesz szczęśliwa.

— Jestem, właściwie bardzo.

Hermiona przytuliła obu i nie wzdrygnęła się, gdy Ron złożył lekki pocałunek na jej policzku. Harry odsunął się, by podziękować Narcyzie za przyjęcie Hermiony do siebie. Z tego, co dosłyszała, była to sztywna rozmowa, ale przynajmniej Harry był uprzejmy, podczas gdy Narcyza wręcz lekceważąca. Kto mógłby ją winić. Ten bękart zabił jej syna.

Ron wziął Hermionę za rękę i lekko uniósł jej podbródek, tak, aby na niego patrzyła.

— Miona, chciałem ci tylko powiedzieć, że tu jestem. Jeśli mnie potrzebujesz, jeśli jest coś, czego chcesz, pytaj śmiało. Moglibyśmy… chciałbym kiedyś o czymś porozmawiać. Kiedy będziesz gotowa… to znaczy, jeśli będziesz chciała.

Hermiona była pewna, że kiedyś to jego chaotyczne zachowanie mogło być dla niej ujmujące, ale teraz po prostu przyprawiało ją o mdłości.

— Wkrótce, Ron, obiecuję, że wkrótce porozmawiamy.

Kiedy czarodzieje wyszli, Narcyza i Hermiona skierowały się do jadalni. Narcyza zajęła swoje zwykłe miejsce, a Hermiona usiadła na czele. Przez chwilę spojrzała na puste krzesło Draco i poczuła ucisk w klatce piersiowej, lecz stłumiła to uczucie. Nie było czasu na jej smutek. Miały coś do przedyskutowania i Hermiona nie zamierzała marnować ani sekundy.

 

<><><><><><><><><><><><> 

 

Lord Voldemort dryfował po omszałej ziemi, podążając za jej wezwaniem. Umysł dziewczyny był jaśniejszy niż kiedykolwiek Pottera. Było tam dość wygodnie. Łatwo było wpleść jego świadomość w jej i wyszeptać jej plany do ucha; przyjęła to wszystko. Chłonęła każde słowo. Taka grzeczna, mała marionetka. Dokonał dobrego wyboru. Nadszedł czas…

___________

Witajcie :) wreszcie nadszedł dzień, kiedy kończy się ta historia. Razem z Kerą mamy nadzieję na ciąg dalszy, bo to aż się o niego prosi, prawda? Przecieki mówią, że autorka ma go w planach, więc trzymajmy kciuki.

Jak Wasze ogólne wrażenia? Wiem, że nie każdy jest fanem tego motywu. Przyznam, że ja też nie byłam, ale ta historia zmieniła moje przekonania i po prostu polubiłam angsty. Także możecie w przyszłości spodziewać się więcej tłumaczeń w tym stylu.

Dziękuję, że byliście ze mną, za każdy komentarz czy ocenę. To wiele dla mnie znaczy, że mimo upływu lat wciąż tu jesteście i kibicujecie. Kerze dziękuję za perfekcyjną betę i nasze wspólne przeżywanie tej historii (Wilk naszym ulubieńcem ❤)!

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłej niedzieli. Enjoy!