Rozdział 25: Łączenie elementów

sobota, 23 czerwca 2018

Późnym rankiem można znaleźć Draco, Tracy i mnie w salonie, gdzie rozciągnęliśmy zasłony chroniące nas przed lipcowym upałem. Byli Ślizgoni grają w szachy czarodziejów, które są ciekawsze niż książka, którą czytam. Obelgi wypływające z ust przyjaciół, sprawiają, że ta gra staje się jeszcze bardziej interesująca.
— Nie jestem pewna, czy to dobry ruch dla twojego konia — sugeruje Tracy. — Chociaż prawdopodobnie byłby to ruch, który pochwaliłby Weasley — dodaje z zamyśleniem.
— O dziwo, Weasley przyzwoicie gra w szachy — mówi Draco tym samym tonem. — Jego strategie mogą poprawić twoją grę.
Chowam się za książką, próbując ukryć chichot.
— Chcesz coś powiedzieć, Granger? — pyta Tracy, przesuwając gońca, aby zbić konia, żeby królowa mogła przejść na wolne miejsce.
— Nic a nic — śmieję się.
Tracy wpatruje się w miejsce, gdzie stała królowa, po czym rozgląda się po planszy.
— Więc tak spędzacie dni? — pyta.
— Jak na razie — odpowiadam.
— Ustaliliście już coś? — naciska, przesuwając kolejny pionek, by ochronić swojego króla.
 — Emm… wkrótce, po prostu potrzebujemy…
Spoglądam na Draco, ale on tylko prycha pod nosem, nawet nie odwracając wzroku od gry.
— Wszystko się zacznie, gdy dostaniemy zielone światło od naszego jasnowidza Luny — wyjaśnia chłopak. — I szach.
— Co?
— Jasnowidz czy szach? — pyta Draco z zadowoleniem.
— Ty mały draniu — mamrocze.
Chichoczę, gdy dziewczyna ponownie skupia się na grze, w pełni zachowując koncentrację. Prorok może poczekać, szachy nie. Kilka chwil później, wzdycha z frustracji i przewraca swojego króla. Na twarzy Draco pojawia się szeroki uśmiech.
— O co chodzi z tym prorokiem? — pyta Tracy, zerkając na mnie.
— To ja — mówi Luna, wchodząc do pokoju, a za nią podążają Harry i Ron.
— Idealne wyczucie czasu — szydzi Draco, unosząc jedną brew.
Luna uśmiecha się, mrugając do niego.
— Czym właściwie jest „jasnowidz” — Tracy patrzy ostrożnie na Lunę.
— Wrzodem na tyłku, tak naprawdę — odpowiada blondynka. — A dokładniej, tym, który jej pomoże — wskazuje na mnie — przeżyć kolejną wojnę i pogodzić się z przeszłością. On — teraz zerka na Rona — musi dać sobie spokój z uprzedzeniami i trochę się uspokoić. On — Harry — wygrać wojnę i nauczyć się lepiej o siebie zadbać, a on — Draco — powinien pozostać wierny temu, kim chce być, a nie tylko temu, kogo mu polecono. A tobie — przenosi wzrok na Tracy — pomogę zemścić się za mamę.
Dziewczyna otwiera szeroko oczy, zanim ponownie je zwęża.
— Jak?
— Wiesz w ogóle kim oni byli? — pyta Luna. Tracy kręci głową, nie odrywając oczu od blondynki. — Ja tak i mogę ci także powiedzieć, gdzie będą i kiedy, a także wskazać najlepszą okazję do zemsty.
— Ponownie, jak?
Luna uśmiecha się do dziewczyny.
— Możliwa przyszłość, widzę ich wszystkich — odpowiada.
— Więc nie jesteś dziwna?
— Och nie, zdecydowanie jestem dziwna — śmieje się. — Po prostu mam jeszcze coś na głowie. — Tracy wzrusza ramionami, a Luna zerka na mnie. — Czas zacząć planowanie.
— W końcu — wzdycham.
Draco siedzi koło mnie na kanapie, a Tracy na krześle po drugiej stronie. Harry i Luna zajmują fotel ustawiony w kierunku sofy, a koło nich siedzi Ron na dość wysokim siedzisku.
— Więc najpierw musimy zaplanować bitwę — mówi Luna. — Kiedy i jak chcemy dopaść wszystkich?
— Czarny Pan nie pojawi się na bitwie — mów Draco. — Nie zrobi tego, chyba że będzie tam coś, czego naprawdę chce i wierzy, że ma duże szanse to posiadać.
— Wiedziałbyś, prawda? — mruczy pod nosem Ron. — Ała — podskakuje, patrząc na mnie ze złością. Odpowiadam zdezorientowanym spojrzeniem. Ron rozgląda się po pokoju — wszyscy wyglądają na nieco zaniepokojonych, niektórzy tylko ze względu na jego zdrowie psychiczne, ale jak na komendę uspokajają się. Kątem oka dostrzegam mały uśmieszek Tracy.
— Co jeśli dam mu szansę zabicia mnie? — pyta Harry, ale kręcę głową.
— Będzie wiedział, że to pułapka — odpowiadam.
— A co z wężem? — zastanawia się Ron. Wspomnienie ataku na jego ojca, wciąż nie zanika. — Czy nie przyszedłby po niego?
— Dwa problemy — zaczyna Draco — po pierwsze, byłaby to misja samobójcza, aby dopaść węża, a po drugie, nie ryzykowałby, mając świadomość, że wiemy o horkruksach i że pięć zostało zniszczonych. Nie ryzykowałby zniszczenia ostatniego i wystawienia się na śmierć. Jest arogancki, ale wystarczająco ostrożny.
— Więc co sugerujesz — warczy Ron, a Draco zastanawia się przez chwilę.
— Śmierciożercy dzielą się na cztery kategorie: sadystów, żądnych władzy, naśladowców i szantażystów, którzy brzmią jak nierozsądni, szarżując, by przeżyć, czyż nie? — wyjaśnia. Milczenie, które zapada, zostaje przerwane przez jego własną odpowiedź. — Żaden ze zwolenników Czarnego Pana nie pojawi się ot tak na bitwie. Ukazują się tylko wtedy, gdy szanse są przechylone na nich korzyść.
— Więc jak mamy dopaść Voldemorta? — pytam, a Draco się uśmiecha.
— Tabu — odpowiada.
— Kiedy zostało wprowadzone w życie?
— Około dwóch miesięcy temu, jakoś tak — odpowiada.
— Na 86% wprowadzono w niedzielę, 11% w sobotę i 3% w poniedziałek — mówi jak gdyby nic Luna.
Harry zerka za siebie, a potem na Lunę, Draco i mnie.
— Czym jest tabu? — pyta.
— Tabu to zaklęcie stworzone z myślą o konkretnym słowie lub frazie, po którego wypowiedzeniu niektórzy mogą się aportować w miejsce, skąd je wypowiedziano. Voldemort użył go, aby znaleźć ludzi, którzy są przerażeni, mówiąc jego imię. W mojej teraźniejszości używał szmalcowników, aby łapać takie osoby — wyjaśniam.
— Voldemort i Tom?
— Voldemort i Tom Riddle.
Harry przytakuje.
— Więc jaki mamy pomysł? — pyta.
Spoglądam na Draco, który gestem prosi mnie, abym przemówiła.
— Jeśli uruchomisz tabu, szmalcownicy cię dopadną — mówię. — Możesz wystawić się kilka razy, a potem uciec, ale oni z pewnością poznają twoją lokalizację. Jeśli pomyślą, że się popisujesz, on ujawni się, aby ciebie pokonać, nie wiedząc, że to bitwa.
— Jednakże — dodaje Draco — to musiałoby być miejsce, w którym można się teleportować, ponieważ inaczej nie uwierzą, że on tam jest. Prawdopodobnie musieliby w jakiś sposób się komunikować, bo jeśli wszystko idzie idealnie, a nagle coś się spieprzy, to od razu pomyślą, że to podstęp.
— Hogwart? — proponuje Tracy. — Szmalcownicy będą wiedzieć, że on tam przebywa, ale nie będą w stanie dotrzeć do niego, bez usunięcia osłon. Nie mógłby odejść, gdyby byli w pobliżu, myśląc, że jest bezpieczny.
— Naprawdę nie chciałabym znowu robić tego w Hogwarcie — wzdycham.
Draco kładzie dłoń na moim kolanie i ściska lekko.
— Możemy ukryć nasze zabezpieczenie w zamku — oświadcza Ron. — Ale mogliby zacząć coś podejrzewać, widząc tylu czarodziei. — Marszczy brwi, zastanawiając się nad swoją odpowiedzią.
— Czy istnieje jakiś sposób, żeby ich ukryć? — Pytanie Harry’ego zwraca wszystkie oczy w moją stronę.
— Możliwe — zaczynam powoli. — Ale nie jestem pewna. Musimy sprawdzić, co znajdziemy.
Ron wzdycha.
— Zaczynałabyś w bibliotece Blacków? — pyta Luna, przymykając oczy.
— Tak — odpowiadam.
— Zaczynając w północno-wschodnim rogu… i… — Oczy dziewczyny otwierają się szeroko. — Tam to znajdziesz.
— Czy możesz być bardziej konkretna? — mamrocze Tracy.
— Nie.
— W porządku. — Ślizgonka przewraca oczami.
— Kiedy to zrobimy? — pyta Luna.
— Jak daleko możesz sięgnąć? — wcina się Draco, a dziewczyna uśmiecha się w odpowiedzi.
— Jak najdalej potrzebujemy, ale im dalej, tym mniej pewne są moje informacje — wyjaśnia swoim spokojnym głosem. — Oczywiście muszę pomedytować, aby dowiedzieć się szczegółów, ale powinnam wiedzieć, w którym miesiącu planujecie działać.
— Uczniowie wrócą pierwszego września i zostały tylko cztery tygodnie — mówi Harry.
— Za mało czasu — wzdycha Draco.
— Dlaczego? A może chcesz dać więcej czasu twojemu panu, żeby to rozgryzł? — szydzi Ron, a blondyn przewraca oczami w odpowiedzi.
— Wystarczy — mówię ostrzegawczym tonem.
Ron chce coś powiedzieć, ale zamyka usta, widząc mój wzrok.
— Minie niemal rok, zanim zamek będzie świecił pustkami. — Tracy wraca do tematu rozmowy.
— Za długo — mówię.
— Zgadzam się — dodaje Harry.
— Ale nie możemy walczyć, gdy będą tam uczniowie — oświadcza Tracy.
Zerkam na Draco, a on kiwa głową.
— Będziemy musieli się ewakuować — szeptam.
— To może dać nam przewagę.
— Być może moglibyśmy połączyć to z tabu — zaczyna Draco, a kiedy wszyscy zwracają się w jego stronę, kontynuuje: — Jeśli Harry miałby wywołać tabu poza zaklęciami ochronnymi, a następnie szybko uciekł przed szmalcownikami, mogliby uważać, że uciekł w bezpieczne miejsce, ale został uwięziony w pułapce. Ewakuacja w szkole będzie kolejnym impulsem do podjęcia decyzji o zachowaniu bezpieczeństwa.
Moje oczy spotykają się z Draco, rozumiejąc jego podejście. Tak stało się wcześniej, ale nie mieliśmy szans oszukać Voldemorta, a raczej potykaliśmy się, starając pozostać przy życiu. To nie wystarczyło.
Tracy odchrząkuje, zwracając moją uwagę na grupę.
— Więc musimy mieć jeszcze trochę czasu — oświadczam.
— Jak myślisz, ile go potrzebujemy? — Tracy pyta Draco, który patrzy w dal, gdy trybiki w jego głowie pracują.
— Trzy do pięciu miesięcy — odpowiada. — To wystarczająco, ponieważ później ciemna strona zyska więcej siły, by przeciwdziałać naszym podstępkom, na które nie mogą sobie pozwolić.
— To oznacza listopad i grudzień — przelicza Tracy.
— Walki w śniegu? To będzie fajne — mamroczę.
— Są pewne runy, które przed nim zabezpieczają — dodaje Draco.
— Ostatni tydzień listopada — mówi Harry do Luny.
— W porządku, dam wam znać — odpowiada blondynka, wstając i wychodząc. Harry uśmiecha się, a potem idzie za nią, lekko potrząsając głową.
— Rewanż? — proponuje Tracy, wskazując na planszę. Draco się uśmiecha, a Ron wstaje z krzesła i podchodzi do drzwi.
— Zaraz wrócę — mówię szybko, podążając za nim. Chwytam chłopaka za łokieć i zatrzymuję. — Możemy porozmawiać?
Wzrusza ramionami, ale pozwala mi poprowadzić się do gabinetu. Gdy już tam jesteśmy, opiera się o ścianę, krzyżując ręce na piersi. Siedzę na krawędzi biurka, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami.
— Umarłeś — oświadczam nagle, nie wiedząc dlaczego. Chcę nim potrząsnąć, aby zrozumiał. Wygląda na zszokowanego. — Twoja mama umarła, tata, Bill, Fleur, Charlie, Percy, Fred, George…
— Łapię — szydzi. — Wszyscy umarli.
— Ale teraz tu stoisz — szeptam, nie mając pewności, czy mnie słyszy. — Wszyscy znów żyją, ale… jakoś… czuję się tak pusta, jak wtedy gdy straciłam wszystkich, których kochałam.
— Miona…
— Być może powinnam być wdzięczna, że nie mieli zbyt wiele czasu, gdy po mnie przyszli — kontynuuję. — Wiedzieli, że ktoś może pojawić się w każdej chwili i że mogło być pewne, iż w jakiś sposób się ochronię, ale Tracy nie miała tyle szczęścia… — Ron przełyka ślinę, blednąc. — Nie spieszyli się, sprawili, że jej rodzice cierpieli, a ona na to patrzyła. To, co im zrobili… — Głos niknie mi w gardle.
— Powiedziała im nie — dodaję, gdy odzyskuję sprawność. — Uciekła, wiedząc, co ją czeka, gdy zostanie złapana, mając świadomość, że nie będzie miała lepszego życia od tego jej matki. I w momencie gdy wreszcie jest bezpieczna, ty oskarżasz ją o bycie Śmierciożercą.
— Nie wiedziałem — broni się Ron.
— Wiem, Ron, ale to musi się skończyć. Tracy nie jest wrogiem, tak samo jak Draco. Wróg jest na zewnątrz. — Wskazuję szybko zewnętrzną ścianę. — To Vol- Sam-Wiesz-Kto i Śmierciożercy. Nie mam pojęcia, czy to zadziała. Nie wiem także, czy wygramy. Ale jeśli będziemy walczyć między sobą, nie mamy szans na cokolwiek. I ja nie mogę ponownie tego zrobić, Ron, po prostu nie mogę. — Ostatnie zdanie wypowiadam, szlochając, a on odsuwa się od ściany, by otoczyć mnie ramionami.
— Cii — szepta, klepiąc mnie po plecach. — Już dobrze.
Gdy całkowicie się uspokajam, odsuwa się ode mnie.
— Hermiono — mówi cicho. — Nie wiem, jak było podczas tych trzech lat wojny, nie widziałem, jak wszystko się zmienia i rozpada. Nie widziałem Śmierciożerców z wygłodniałym wzrokiem. Dla mnie to trwało tylko jeden dzień. Ślizgoni byli wrogami.
— Ron — zaczynam, a on kręci głową.
— Jak wielu z nich dołączyło do Śmierciożerców? — pyta.
— Nie wiem.
— Ślizgoni byli wrogami, a teraz chcesz, żebym o tym zapomniał? Nie mam do nich pewności. Może za jakiś czas, ale teraz…
— Chociaż mogę zostać potępiony, nadal myślę, że to niewłaściwe. Mimo to muszę spełnić swój obowiązek, dzieląc rok na części i zastanawiając się, czy przydział przyniesie kiedyś jakiś skutek — cytuję.
— Miona?
— Tak śpiewała Tiara Przydziału — mówię. — Kiedy wszystko zaczęło się dzielić na nich i nas? Mieliśmy jedenaście lat, a magiczny kapelusz był kładziony na nasze głowy i wyznaczał naszą przyszłość w odpowiednim domu, który potem stał się naszą rodziną. — Siadam na krześle obok biurka, całkowicie wyczerpana. — Na początku to wydaje się właściwe, ale potem wymusza rywalizację… Merlinie, nawet jeśli nie byłoby wojny, jak wyglądałby Hogwart, gdybyśmy nie byli wtedy rozdzieleni? Czy ludzie kiedykolwiek zapomną?
Ron opiera się ciężko na biurku i potrząsa głową.
— Krukon: mądry i sprytny, Puchon: dobry i lojalny. Ale Ślizgon? Są znani jako źli, manipulanci, tchórze i wrogowie. Kiedy to się skończy? Gdybyśmy wygrali wojnę… i w końcu uwolnilibyśmy się od tego jednego człowieka… czy nadal będziemy opowiadać się tylko za swoim hogwarckim domem? Czy gdy w przyszłości tak będzie, mamy szansę wygrać cokolwiek?
— Myślałem, że to wojna przeciwko Sama-Wiesz-Komu. — Uśmiecha się Ron, a moje usta unoszą się w odpowiedzi, ale serce nadal pozostaje na swoim miejscu.
— To wojna o wolność — szeptam. — Dla ludzi, którzy przez całe życie byli osądzani przez to, kim są, a nie przez rodziców, aby wreszcie nie musieli chować się za maskami, pieniędzmi czy czystością krwi, robić okropnych rzeczy i za to odpowiadać. Ale jak to powiedział Lucjusz Malfoy, jestem gorsza, ponieważ moi rodzice byli mugolami i to było gorsze od tego, że tiara w wieku jedenastu lat zobaczyła w Draco ambicję.
— Skąd możesz wiedzieć, że jego ambicja nie obróci się przeciwko nam? — naciska Ron.
— Ambicja nie jest zła, Ron. Można nawet powiedzieć o tym Krukonom i oni z pewnością pomyślą, że przejście na stronę Czarnego Pana jest dobrym pomysłem, ponieważ oni wygrywają. Nasze wybory nas definiują, Ron, nie nasze domy, dlatego Draco i Tracy zdecydowali się tutaj zamieszkać.
— Nie mogę obiecać, że polubię tego gościa — mówi.
— Jeśli przestaniesz go podjudzać, mówiąc, że działa po stronie Sam-Wiesz-Kogo i nie będziesz taki zły, bardzo mnie uszczęśliwisz — proponuję.
Ron wzrusza ramionami, uśmiechając się.
— Zobaczę, co da się zrobić.
Kręcę głową, przytulając rudzielca.
— Dziękuję ci.


_____________

Witajcie :) w sobotnie popołudnie publikuję kolejną część tłumaczenia. Wiem, że już dawno obiecywałam Wam rozwój akcji i wygląda na to, że Wasze prośby zostały wysłuchane. Akcja rozkręca się i nareszcie Ron zaczyna coś rozumieć. Chociaż w jego przypadku to brzmi jak misja awykonalna. Więc co myślicie o rozdziale? Zadowoleni, czy wręcz przeciwnie? Piszcie!
Zapewne macie już wakacje. Bardzo wam zazdroszczę, ponieważ ja wybieram się na urlop dopiero w sierpniu. Dorosłość ssie, ale cóż poradzić, takie życie. Życzę Wam wielu słonecznych dni i uśmiechu! Nie zapomnijcie złożyć życzeń Waszym tatom, bo przecież dzisiaj ich święto.
Tyle ode mnie. Kolejna część za tydzień. Komentujcie i oceniajcie. Enjoy!

Rozdział 24: Dołączenie do domu

sobota, 2 czerwca 2018

Kolejne półtora tygodnia przeminęło bez incydentów. Pani Malfoy była widywana rzadziej po konfrontacji z Draco. Ron spędzał więcej czasu z Harrym, rozmawiając o quidditchu lub grając w szachy czarodziejów z Harrym, Luną bądź panem Lovegood, którego oczy przepełniał coraz większy smutek.
Coraz częściej spotykałam Harry’ego w towarzystwie Luny, gdy rozmawiali przyciszonym tonem lub rzucali ukradkiem tajemnicze spojrzenia. Byłam szczęśliwa, że chociaż między nimi tworzyło się coś dobrego. Jednak nadal byłam wkurzona. Już sześć razy pytałam Lunę, kiedy możemy zacząć działać, ale ciągle zbywała mnie krótkim „poczekaj jeszcze trochę”.
Draco i ja spędzaliśmy czas tak jak w Hogwarcie, prowadząc pasjonujące dyskusje lub czytając w ciszy, dołączając do tego pocałunki.

~*~*~*~*~*~

Rzadko o poranku w bibliotece jestem tylko ja i Harry, ale wykorzystuję to, aby wypytać go trochę o Lunę, jednak nie jest zbyt rozmowny. Nagle w drzwiach pojawia się Draco, nerwowo przeczesując włosy ręką.
— Musimy porozmawiać — sapie, podchodząc do nas.
Harry spogląda za siebie z zaskoczeniem, zanim wstaje i rusza do wyjścia.
— Możesz zostać — mówi Draco, nawet nie odwracając wzroku.
— Co się stało? — pytam, chwytając go za rękę i ciągnąc na kanapę. Wyraźnie jest czymś przejęty, a jego dłonie są niemal lodowate.
— Czy ty… — zaczynam.
— Tracy — Draco przerywa mi. — Tracy skontaktowała się ze mną.
— Okej — jęczę, chociaż nic nie rozumiem.
— Ona… em… potrzebuje miejsca do nocowania — wyjaśnia. — Jej rodzina… oni nie żyją. — Twarz chłopaka robi się jaśniejsza.
— Och, Draco. — Obejmuję go ramieniem.
— Ona ukrywa się, ale nie wiem, jak długo zdoła… — łamie mu się głos, a dziki wzrok dosięga Harry’ego, który wygląda tak, jakby nie wiedział, dlaczego tu jest. — Proszę, pozwól jej tutaj się zatrzymać — błaga.
— Eee… — Harry zwraca się do mnie, szukając pomocy.
— Po której była stronie podczas wojny? — pytam Draco, który szybko przenosi na mnie swój wzrok, momentalnie się uspokajając.
— Jej rodzina była neutralna — mówi. — Myśleli, że w ten sposób przeżyją, ponieważ tak było za pierwszym razem, ale kiedy wojna się przeciągnęła i minął rok, neutralni nie mieli szans na przeżycie, a jej rodzice nie chcieli zmienić swoich przekonań. Jej matka jest mugolką, znaczy… była. Zabili rodziców Tracy, a potem dali możliwość wyboru. Była taka… zła. Próbowała walczyć, ale została schwytana. W takiej sytuacji śmierć byłaby najlepszą opcją, ale Czarny Pan chciał pokazać, co się stanie, gdy mu się odmówi i torturował ją. Cieszę się, że tego nie pamięta. — Przez jego ciało przebiega dreszcz na wspomnienie tamtych wydarzeń.
— Gdzie ona teraz jest? — szeptam.
— Nie jestem pewien, po prostu wiem, że nie ma dokąd pójść i niedługo…
Patrzę na Harry’ego, którego brwi znajdują się na linii oczu, a wargi ruszają się nieznacznie z obrzydzenia. Przez chwilę spogląda na mnie i kiwa głową.
— Wyślij jej wiadomość, że może się tutaj zatrzymać. Spotkam się z nią i tutaj przyprowadzę — mówię do Draco, który przytula mnie mocno, zanim wstaje. Potem odchodzi, uprzednio przytakując w stronę Harry’ego.
— Za każdym razem, gdy wydaje mi się, że widziałem głębię zła — szepta Harry, przysuwając się do mnie — dowiaduję się, że jest coś gorszego od tego, co zrobił Voldemort.
Uśmiecham się do niego smutno.
— To podsumowuje ostatnią wojnę — odpowiadam, patrząc mu prosto w oczy.
— Jak przetrwałaś?
— Miałam ciebie — wyjaśniam. — Ale tym razem będzie lepiej. Teraz będziemy w stanie ochronić więcej osób i przestać, zanim to nastąpi.
Harry kiwa głową, opierając się o zagłówek kanapy i zamykając oczy.

~*~*~*~*~*~

— Luna powiedziała, że nic nie powinno ci się stać, jeśli wyjdziesz przed 10:30 — mówi nerwowo Harry.
— To nie powinno stanowić problemu — oświadczam. — Wydaje mi się, że cała misja nie zajmie więcej niż dziesięć minut.
— Powinienem tam iść — sugeruje po raz pięćdziesiąty w ciągu dwudziestu czterech godzin.
— Już to przerabialiśmy — mówię, zakładając lekką kurtkę na T-shirt i jeansy. — Byłoby zbyt niebezpiecznie, gdybyś tam się pojawił. Dam sobie radę. — Zwijam włosy w kok i chowam pod czarnym kapeluszem. Trzęsę lekko ramionami.
— Wystarczająco mugolska? — pytam, a Harry przytakuje uroczyście.
— Nie podoba mi się, że idziesz tam sama.
— Harry, wystarczy. Nic się nie stanie.
— W porządku.
— Muszę już iść.
Harry przytula mnie mocno, a potem pozwala odejść. Draco robi krok do przodu.
— Znasz pytania? — pyta, powodując, że przewracam oczami.
— Przestańcie obaj. Jestem przygotowana i wszystko będzie dobrze — oświadczam. — Zaraz wrócę z Tracy.
Całuję Draco i cofam się, machając różdżką.
— Bądź ostrożna — ostrzega chłopak, a ja przytakuję i znikam.
Teleportuję się do ciemnego zaułka w Londynie. Rzucam szybko kilka zaklęć, by usunąć resztkę magii, a następnie chowam różdżkę. Trzymając ręce w kieszeniach, wychodzę z alejki. Przechodzę osiem przecznic, odwracając się kilka razy, aby upewnić się, że nikt mnie nie śledzi, a potem wchodzę do małej kawiarni. Płacę za kawę i siadam w kącie.
Kawiarnia jest pełna ludzi, tak jak zazwyczaj o 9:50. Moje oczy przesuwają się po ludziach, szukając małych szczegółów, które do nich nie pasują lub wyróżniają ze społeczeństwa. Niestety nawet niektórzy podejrzani są zdecydowanymi mugolami.
Drzwi otwierają się, co sygnalizuje dzwonek. Przez próg wchodzi dziewczyna z długimi, brązowymi włosami, związanymi w brudny koński ogon, ubrana w brudne jeansy. Jedną dłoń, zaciśniętą w pięść, trzyma blisko boku, a drugą ma w za dużej kieszeni. Mocno kuli ramiona, rozglądając się po pomieszczeniu. Gdy zauważa mnie, oddycha z ulgą i niepewnie zmierza w moim kierunku.
— Tracy. — Wstaję i wskazuję krzesło naprzeciwko mnie.
Odsuwa je, jeszcze raz rozglądając się dookoła, zanim siada.
— Więc, umm… powiedział, że zabierzesz mnie w… bezpieczne miejsce? — zaczyna.
— Tak — odpowiadam. — Po prostu muszę zadać ci kilka pytań, a potem tam pójdziemy.
— W porządku.
— Jakich zwierząt najbardziej się boisz?
Tracy wzdryga się, słysząc to pytanie.
— Węży — odpowiada cicho, a ja przytakuję.
— Kto był twoim ulubionym profesorem w Hogwarcie?
— Flitwick.
— Dobrze, musieliśmy mieć pewność — wyjaśniam.
— A co z tobą? — pyta. — Skąd mogę wiedzieć, że jesteś tym, za kogo się podajesz?
— Pytaj, o co chcesz.
— Eee… kto leżał z tobą w skrzydle szpitalnym, gdy byłaś spetryfikowana?
Unoszę brwi.
— Penny Clerwater — mówię, a ona kiwa głową.
— Możemy już iść? — Znowu rozgląda się po pomieszczeniu, gdy wyciągam kawałek pergaminu i cicho wypowiadam zaklęcie.
— Przeczytaj to.
Jej oczy spoglądają na arkusz, a potem na mnie. Kilka sekund później odbieram go od niej i wyczyszczam. Wstaję, dając znak, żeby szła ze mną. Na zegarze jest 10:05.
Wychodzimy z kawiarni, kierując się w uliczkę między nią a budynkiem mieszkalnym. Gdy chowamy się za śmietnikiem, łapię ją za rękę i znikamy. Stojąc przed drzwiami Grimmauld Place 12, pukam trzy razy. Drzwi otwiera Draco.
— Po kim nadano ci imię? — pyta mnie.
— Po mojej babci Jean — odpowiadam,  a on wpuszcza nas do środka. Tracy wpada w jego ramiona, zaczynając szlochać. Zmierzam do kuchni, a Draco za mną, ciągnąc zdenerwowaną czarownicę.
Zaparzam herbatę, a Draco szepta pocieszające słowa Tracy.
— Dzięki.
Chłopak patrzy na mnie, gdy stawiam na stole dwie filiżanki i coś do jedzenia. Przytakuję i odchodzę, pozwalając byłym Ślizgonom na odrobinę prywatności i spokojną rozmowę.

~*~*~*~*~*~

Dwie godziny później Draco znajduje mnie w bibliotece.
— Co z nią? — pytam, spoglądając na niego. Wzdycha i siada obok.
— Śpi.
— Nie sądzę, żeby robiła to odkąd… to się stało — mówię ostrożnie.
— Nie, była zbyt przerażona, że ją znajdą — wyjaśnia. — Dałem jej koszulę do spania, ale będziemy musieli coś zrobić z jej ubraniami. Ma swoją różdżkę, płaszcz ojca i naszyjnik, który podarowali jej rodzice, ale nie miała czasu się spakować.
— Zajmiemy się tym.
Draco kiwa głową.
— Wcześniej nie znałem szczegółów. — Wzdycha. — O… — Łapię go za rękę, co sprawia, że potrząsa głową i przyciąga mnie bliżej.
— Wszystko będzie dobrze — próbuję go pocieszyć.
— Nie — odpowiada — nigdy nie będzie dobrze, ale sprawimy, że zapłacą za wszystko, czego nie będziemy w stanie odzyskać.
Pewność w jego głosie napełnia mnie przekonaniem, że być może jesteśmy w stanie to zrobić. Z drugiej strony, przy okazji możemy mieć szczęście wygrać wojnę. Sprawiedliwość to sprawa drugorzędna.

~*~*~*~*~*~

Luna uśmiecha się, gdy Tracy siada naprzeciwko niej przy stole. Dziewczyna kiwa głową, przysuwając się do Draco, siedzącego obok. Z tego co mi powiedział, ich przyjaźń jest podobna do mojej i Harry’ego. Draco nie spotykał się z nią, ale traktował jak młodszą siostrę i pomagał radzić sobie ze ślizgońskimi zasadami, do których nie była przygotowana, będąc czarodziejką półkrwi, a także chronił ją w razie potrzeby.
Tracy zawsze była mu wdzięczna za to, w jaki sposób pomógł jej się pozbierać i stanąć na własnych nogach, co jest istotną sprawą, by być bezpiecznym pośród Ślizgonów. Obrońca nie zawsze mógł przy niej być. Przeżywała piekło, wiedząc, że Draco nie jest w stanie obronić jej przed losem, dlatego jego wczorajsza panika miała sens.
— Co to do diabła ma znaczyć? — krzyczy Ron, wchodząc do kuchni.
— Co powiedziałeś, Łasico? — odgryza się Draco.
— Ten dom stał się cholernym schronieniem dla potomków śmierciożerców czy coś w tym stylu? — wrzeszczy rudzielec, wskazując na Draco i Tracy.
— Ronaldzie — przerywam. Jasne, zapomnieliśmy mu powiedzieć o naszej nowej współlokatorce, ale to nie powód, żeby osądzał ją, nie znając szczegółów.
— Lepiej potomków śmierciożerców niż takie robactwo jak ty, Łasico — odszczekuje Tracy, stając z nim twarzą w twarz. — Czy twoja mama nie wyrzuciła cię z domu, ponieważ nie mogła pozwolić, aby w jej domu mieszkało takie ścierwo pozbawione manier?
— Odwal się od mojej rodziny — mówi Ron.
— Dlaczego? Oskarżasz mnie bez powodu, podczas gdy inny mówi ci prawdę? Dla twojej wiadomości, nigdy nie byłam śmierciożercą i nigdy nie będę. Niestety ty nigdy nie będziesz na tyle utalentowany, aby odróżnić jeden koniec różdżki od drugiego. Twój brak inteligencji sprawia, że mam ochotę zapytać, czy przypadkiem w dzieciństwie twoja głowa nie spotkała się z ziemią, bo nawiasem mówiąc, śmiem twierdzić, że tam pozostała. — Tracy kończy wywód, patrząc obojętnie, nie mogąc powstrzymać uśmiechu pełnego satysfakcji.
Ron prycha pod nosem, ciskając błyskawice w stronę brunetki. Jego dłoń lekko drga, gdy sięga po różdżkę, ale na szczęście w porę pojawia się Harry i wyprowadza przyjaciela z kuchni, mówiąc, że powinien ochłonąć. Gdy rudzielec niknie z pola widzenia, Tracy wzrusza ramionami i siada. Uśmiechnięta rozgląda się dookoła.
— Co? — pyta niewinnie, a Draco wybucha śmiechem.
— Dobrze, że tu jesteś, Trace — mówi. — Naprawdę ożywisz to miejsce. — Mruga, a dziewczyna odpowiada szczerym uśmiechem.
— Więc… kolacja? — pyta.
Wszyscy zebrani śmieją się wesoło, a Stworek ustawia na stole naczynia pełne jedzenia, radośnie podśpiewując.
— Więc, Tracy — zaczynam. — Czy znasz jakieś zawstydzające historie na temat Draco? — Uśmiecham się złośliwie do dziewczyny, która od razu się ożywia.
— Ja? O tak — odpowiada.
— Uważaj, Davis — wtrąca Draco. — Jeśli miałbym być szczery, mam więcej na ciebie.
Tracy przewraca oczami i mówi bezgłośnie „potem”, patrząc na mnie. Draco zaczyna jeść, prychając złośliwie, co powoduje, że znowu wybucham śmiechem.


__________

Witajcie :) w to sobotnie popołudnie publikuję kolejny rozdział opowiadania. Dołączyła do nas nowa bohaterka, która troszkę namiesza w życiu naszych bohaterów, a szczególnie jednego, ale nie zdradzę, o kogo chodzi. Tego dowiecie się w odpowiednim momencie. Piszcie, co sądzicie o rozdziale!
Jak spędzacie długi weekend? Ja właśnie jestem w domu i próbuję się zregenerować. Jak na razie idzie mi to bardzo dobrze, chociaż jutro frajda się kończy i wracamy do szarej rzeczywistości. Ale widocznie tak musi być.
Kolejny rozdział pojawi się niedługo, więc bądźcie czujni! Na pozostałe opowiadania także musicie trochę poczekać. Mam nadzieję, że macie jeszcze odrobinę cierpliwości?
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Enjoy!