[T] Dziesięć na dziesięć: Dzień drugi

czwartek, 18 maja 2023

 

Hermiona obudziła się następnego dnia z okropnym skurczem w szyi. We wczesnych godzinach porannych zasnęła na podłodze w swojej sypialni, otoczona tekstami referencyjnymi i kopią ustawodawstwa dotyczącego prawa małżeńskiego. Chociaż strona była pokryta notatkami, a kilka fragmentów podkreślono, poczyniła niewielkie postępy w znalezieniu luki, która uwolniłaby ich od układu. Ostatni raz Magiczny Brytyjski Rząd wydał dekret tego rodzaju po tym, jak Czarna Śmierć pozostawiła po sobie niebezpiecznie małą populację. Ale zapisy z tamtych lat były dość rozbieżne i nie zdołała znaleźć ani jednego przypadku, w którym jakakolwiek para odmówiłaby dopasowania, jakie wyznaczyło im Ministerstwo. Administracja Kingsleya wykonała kawał dobrej roboty, aby wszystko było niepodważalne — niech go diabli.

Hermiona w dużej mierze popierała surowe restrykcje podjęte przez Ministerstwo, aby stłumić wszelkie pozostałe niepokoje po upadku Voldemorta, w tym skazanie kogoś takiego jak Malfoy na Azkaban, niezależnie od faktu, że został naznaczony Znakiem pod przymusem i popełniał poważne przestępstwa tylko wtedy, gdy go do tego zmuszano. Ale, szczerze mówiąc, nigdy nie spodziewała się czegoś tak daleko idącego, jak to. Stanowczo sprzeciwiała się tak agresywnej kontroli nad wyborami i życiem magicznej populacji, nawet jeśli groziło to dalszym upadkiem.

Od lat krążyły pogłoski o jakimś ustawodawstwie, które rozwiązałoby problem wskaźnika urodzeń, ale Hermiona zakładała, że będzie to coś w rodzaju zachęty finansowej dla par, by miały więcej dzieci. Może bony mieszkaniowe dla nowożeńców. Albo dotowane przez rząd eliksiry płodności w każdej aptece.

Ale nie, od razu przeskoczyli do przymusowych małżeństw i rozrodu dla wszystkich samotnych. Chociaż Hermionie nie spodobało się porównanie, którego dokonał Malfoy poprzedniej nocy o zniewoleniu skrzatów domowych, nie mogła zaprzeczyć, że istniały podobieństwa: byli związani wbrew swojej woli do popełnienia czynów pożądanych przez ich oprawców pod groźbą kary. W ostrym świetle dnia trudno było w ogóle dostrzec różnicę.

Czując się całkowicie zniechęcona, Hermiona udała się do kuchni. Tym razem nie pozwoliła, by zamknięte drzwi do pokoju Malfoya wzbudziły jej nadzieje i rzeczywiście, siedział na tym samym krześle, co wczoraj, z rozmontowanym blenderem jej matki na stole przed nim. Zauważyła, że zrezygnował dzisiaj z szat i po prostu miał na sobie białą koszulę zapinaną na guziki i proste, czarne spodnie.

— Nie masz nic lepszego do roboty? — zapytała Hermiona zamiast powitania.

— Co na przykład? — warknął, wyraźnie nadal rozdrażniony po wczorajszej kłótni.

Hermiona zabrała się do przygotowania płatków z mlekiem. Jakkolwiek nietypowa była rozmowa z Malfoyem w jej kuchni — i on mieszkający w jej domu — to dziwnie przypominało ogromną część jej życia, podczas której widywała go każdego dnia. Od kilku lat wypadła z obiegu, ale wcześniej zawsze był obecny przy jej posiłkach, na większości zajęć i aż nazbyt często w jej kącie biblioteki. Jednak w tamtym czasie wymienili nie więcej niż kilkadziesiąt słów, z pogardą, której żadne z nich nie mogło ukryć w swoich głosach, i powód nie był owiany tajemnicą.

— Myślałam, że będziesz szukał — powiedziała cicho. — Z pewnością masz dostęp do lepszych zbiorów niż ja.

Odwrócił się, by na nią spojrzeć, a zmieszanie na chwilę przeważyło nad gniewem.

— Szukać czego?

Jej łyżka zatrzymała się przed otwartymi ustami.

— Och, nie wiem, dekretów małżeńskich, obowiązujących przepisów, pierwszeństwa w procesie odwoławczym? Czy coś z tego nie wydaje ci się istotne?

Twarz Malfoya wykrzywiła się na jej ton, ale zauważyła zrozumienie.

— Musi być jakieś wyjście z tej sytuacji, prawda? — brnęła dalej. — Znaczy, mamy dwa tygodnie, zanim…

Jego oczy spotkały się z jej.

— Cóż, mamy dwa tygodnie — dokończyła, odchrząkując. — Z pewnością powinniśmy być w stanie znaleźć jakiś sposób do wykorzystania. Wygląda to na coś, w czym Malfoyowie się wyróżniali.

Przewrócił oczami, a jego ciało nieco zesztywniało, gdy odwrócił się z powrotem do stołu.

— Każę Nilly przynieść odpowiednie księgi z biblioteki Dworu.

Język Hermiony kliknął, gdy otworzyła usta, by zaprotestować, a Malfoy spojrzał na nią. Jego brew uniosła się powoli w ten sam wyzywający sposób, jakby czekał, by zobaczyć, czy zgodzi się na wykorzystanie skrzata, żeby służył jej własnym celom.

Mogłaby?

Hermiona debatowała. Technicznie rzecz biorąc, Malfoy sam mógł wrócić do Dworu; nie mieli zakazu wychodzenia z domu. Ale Ministerstwo zostanie poinformowane, zwłaszcza tak szybko po ceremonii, a jeśli Kingsley dowie się, czego szukał Malfoy, od razu będzie wiedział, co zamierza Hermiona. Ostatnią rzeczą, jakiej chciała, było danie mu cynku i czasu na zamknięcie każdej potencjalnej drogi ucieczki, którą by znaleźli.

— Bardzo dobrze — powiedziała Hermiona. — Jestem pewna, że Nilly będzie tak samo zadowolona jak każdy, kiedy wyrwie się spod mojej własności.

Malfoy prychnął, jakby to była absolutnie najsłabsza racjonalizacja, jaką mogła wymyślić, a ponieważ naprawdę tak było, Hermiona wzięła miskę z płatkami i wyszła z kuchni.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Dźwięk pojawiającej się i chodzącej Nilly był wyraźnie słyszalny w całym cichym domu. Dwa trzaski zabrzmiały w krótkim odstępie czasu, gdy Malfoy wezwał ją, by przekazać instrukcje dotyczące książek i odesłał, a potem kolejne dwa kilka godzin później, kiedy wróciła z tomami i zniknęła. Hermiona poczekała, aż usłyszy ostatni, zanim wróciła do kuchni.

W międzyczasie Malfoy ponownie złożył i odłożył blender, a stół był zajęty stosami antycznych ksiąg. Nie podniósł wzroku, kiedy weszła, więc Hermiona cicho obejrzała kolekcję, niczego nie dotykając.

Wydawały się być pogrupowane w trzy kategorie, o których wspomniała: teoria kryjąca się za prawami małżeńskimi, magia małżeńska i łącząca dusze oraz historyczne opisy wcześniejszych podobnych dekretów.

— Mogę? — zapytała Hermiona, sięgając po jedną.

Malfoy jej nie zauważył, a ona prawie powtórzyła, zanim przypomniała sobie, co zasugerował wcześniej: te książki teraz należały też do niej.

Ostry dreszcz podniecenia przebiegł jej po plecach, gdy wyobraziła sobie ogrom zbiorów, które muszą mieścić się w bibliotece Dworu. Z pewnością nie mogła zawierać miliarda powodów do wdzięczności za to małżeństwo, ale może kilka milionów…

Zamrugała, otrząsając się z zamyślenia. Nie żeby jakakolwiek ilość książek mogła sprawić, że byłaby wdzięczna za małżeństwo, pomyślała rzeczowo. To był raczej promyk nadziei. Bardzo lichy, biorąc pod uwagę, że nie będzie miała czasu się w nie zagłębić, zanim zostanie prawowitą panią Malfoy z woli Merlina.

Wzięła pierwszy tom i usiadła przy stole. Malfoy po raz pierwszy podniósł wzrok.

— Co? — warknęła, gdy na nią patrzył.

— Musisz tu siedzieć? — zapytał.

— Będę siedziała, gdzie mi się podoba, bardzo dziękuję.

— Byłem tu pierwszy — burknął.

— To jest mój dom. Mieszkam tu przez całe życie.

— W moim pokoju nie ma biurka.

— Och, najmocniej przepraszam. Nie miałam czasu, aby odpowiednio przygotować twoją komnatę, Wasza Wysokość.

Strony jego książki zaszeleściły, gdy ją zatrzasnął.

— Podoba ci się bycie wyjątkowo nielubianą?

— Jesteś jedyną osobą, która mnie nie lubi — odparła.

Malfoy parsknął śmiechem.

— To absolutna bzdura i dobrze o tym wiesz. Jesteś, kurwa, nie do zniesienia. Na początku nawet Weasley nie chciał być twoim przyjacielem.

— To nieprawda! — krzyknęła, chociaż wiedziała, że tak było. — To było bardzo dawno temu. Ty… ty wydobywasz ze mnie najgorsze.

— Och, kochanie — powiedział z chytrym uśmieszkiem. — I wzajemnie.

— Nie mów tak do mnie! Boże, jesteś najgorszy! Nie wyobrażam sobie robienia tego z kimś, z kim nie byłabym zgodna.

Na te słowa na twarzy Malfoya pojawił się dziwny grymas — wpół zszokowany, wpół zdezorientowany.

— Ty nie… — zaczął, przerywając, by potrząsnąć głową, jakby nie mógł uwierzyć w to, co mówi. — Chyba nie myślisz, że do siebie pasujemy, prawda?

— Oczywiście miałam na myśli magiczną kompatybilność — warknęła.

Zamrugał, kontynuując jeszcze wolniej.

— Tak… ale nie wierzysz w to, prawda?

Hermiona poczuła ciepło na policzkach.

— To takie niewiarygodne, że możesz pasować do kogoś takiego jak ja? — syknęła.

— Tak — mruknął po prostu Malfoy.

— Chryste, naprawdę nienawidzę każdego centymetra twojego ciała.

Malfoy przewrócił oczami.

— Och, daj spokój, Granger, jesteś mądrzejsza niż to. Magiczny dekret o numerze chuj wie jakim nie ma absolutnie nic wspólnego z ponownym zaludnianiem świata, a wszystko z zakończeniem Świętej Dwudziestki Ósemki.

Hermiona tylko wpatrywała się w niego.

— Słucham?

— Nie mówię, że nie moglibyśmy być magicznie kompatybilni — kontynuował, jakby celowo była dobitnie głupia. — Po prostu to, czy jesteśmy, czy nie, ma z tym prawem tyle wspólnego, co kolor naszych włosów.

— Ja nie…

— Pozwól, że ujmę to w ten sposób — przerwał jej. — Jeśli samotny członek rodziny ze Świętej Dwudziestki Ósemki nie zostanie sparowany do małżeństwa z mugolakiem, osobiście rzucę na siebie Avadę i oszczędzę ci kłopotu.

Hermiona mogła tylko pokręcić głową z niedowierzaniem. List, który otrzymała z Ministerstwa, identyfikujący jej partnera…

…po szeroko zakrojonych testach, odnaleziono…

Ale szeroko zakrojone testy na temat czego? Nie dostarczyła swojej różdżki ani żadnej próbki. Założyła, że mają coś w aktach, może z Hogwartu? Ale co?

Malfoy wyglądał na w równym stopniu zadowolonego z siebie co zirytowanego.

— To koniec czarodziejów czystej krwi, a ty jesteś tego przykładem.

— Ja? — wychrypiała.

— Oczywiście — powiedział, odchylając się na krześle. — Śmierciożerca za dzieciaka i mugolaczka Pottera… to bzdury, które podniecają Ritę Skeeter.

Hermionie zrobiło się zimno. Głęboki, pusty, odrętwiały ból. I jeszcze…

— Powiedziałeś: mugolaczka.

Zmieszanie przemknęło przez twarz Malfoya, ale szybko zostało stłumione przez maskę obojętności.

— Cóż, jesteś nią, prawda?

Kontynuował, zanim zdążyła odpowiedzieć, dramatycznie opuszczając głowę na jedną rękę:

— Na Salazara, nie mówi mi, że potajemnie jesteś czystokrwista? Matka będzie nie do zniesienia. Z pewnością będzie nalegać na porządny ślub.

Usta Hermiony zacisnęły się z irytacji.

— Wiesz, że jestem mugolaczką. Po prostu nigdy nie słyszałam, żebyś wypowiedział to słowo.

Uśmiechnął się.

— Nie pozwól, żeby to uderzyło ci do głowy, Hermiono. Nawet Skeeter nie może wydrukować szlamy w Proroku.

Delektował się, wypowiadając tę obelgę, ale po raz pierwszy, odkąd to usłyszała, poczuła się przytłoczona. To był czyn, a nie odruch. Jeśli zamierzał ją zszokować, musiał się rozczarować. Hermionę bardziej zainteresowało to, co właśnie powiedział. To miało zbyt wiele sensu, żeby nie mogło być prawdziwe, ale jak mogli jej to zrobić? Jak Kingsley mógł? Wymuszenie pechowego dopasowania to jedno, ale świadome umieszczenie jej w tej pozycji dla rozgłosu…

— Boli, prawda? — zapytał Malfoy, ponownie siadając prosto. — Zrobiłaś dla nich wszystko, a oni postrzegają cię tylko jako narzędzie do ukarania rodziny Malfoyów.

Hermionie chciało się płakać. Albo krzyczeć. Albo kogoś uderzyć. Najlepiej Kingsleya, ale Malfoy też się nada. W końcu nie byliby w stanie zrobić z niej przykładu bez kogoś tak znienawidzonego, z kim mogliby ją sparować.

Jakby chcąc udowodnić jej rację, Malfoy zdecydował się zadać ostateczny cios.

— Musisz być bardzo dumna z roli, jaką odegrałaś w doprowadzeniu do tego nowego porządku świata.

Właśnie tego potrzebowała, żeby wyrwać się ze spirali. Jeśli to, co powiedział o prawie małżeńskim, jest prawdą, to było okropne, ale to nic w porównaniu z magicznym światem pod rządami Voldemorta.

Zamknęła książkę i wstała.

— To szokujące, ale wolę mieć ciebie za męża niż leżeć gdzieś w nieoznaczonym grobie. — Spojrzała na niego z góry, mrużąc oczy. — Ale ledwo.

Mięsień w szczęce Malfoya drgnął, ale ledwie to zauważyła. Przeszła obok jego krzesła i wyszła z pomieszczenia na osłabionych nogach. Mijając schody, chwyciła się dolnej części poręczy, ale myśl o wejściu po nich sprawiła, że poczuła skręt żołądka. Potrzebowała więcej miejsca niż mogły zapewnić cztery ściany jej sypialni.

Naciskając na klamkę tylnych drzwi, zbiegła po schodkach werandy na trawnik. Zanim się zorientowała, znalazła się przy płocie wyznaczającym tył podwórka. Książkę, którą wciąż trzymała, zbalansowała na jednym z płaskich słupków i oparła dłonie na drewnianych deskach. Farba kruszyła się; zgrzytała pod jej palcami, grożąc drzazgami. Wkrótce będzie musiała przemalować. To po prostu kolejna pozycja na długiej liście dorosłych obowiązków, których nie spodziewała się wziąć na swoje barki w tak młodym wieku.

Z jej gardła wydobył się szorstki śmiech na myśl, że przemalowanie płotu było w jakiś sposób równoznaczne ze ślubem i założeniem rodziny. Ale kiedy sięgnęła po książkę i ponownie odwróciła się twarzą do domu, to przyziemne zadanie zdawało się gorsze. Wyraźnie jej to przypominało, że była tu sama, opiekując się domem swojego dzieciństwa. Prawie nie zastanawiała się nad perspektywą zostania matką, ale myśl, że mogłaby to zrobić bez pomocy, bez własnych rodziców, którzy by ją naprowadzali, była jak głaz w jej płucach. Pragnienie, by do nich zadzwonić, poprosić o radę, było niemal przytłaczające, ale nie mogła się poddać. Znajdzie wyjście z tej sytuacji, a oni nigdy się nie dowiedzą o tym, w co się wplątała. A gdyby nie mogła… no cóż, z pewnością, gdyby się okazało, że ma dzieci, oni by wrócili, Jej podbródek zadrżał w lekkim kiwnięciu głową. Pewnie, że by wrócili.

Jej stopy powoli przesuwały się po trawie i opadła na jedną z huśtawek, które wciąż wisiały na starodawnym placu zabaw na środku podwórka. Siedzenie było kruche ze starości, ale czarna guma nasiąkła porannym słońcem i przyjemnie ją rozgrzała przez dżinsy.

Podniosła głowę i spróbowała wziąć głęboki oddech. To nie potrwa długo, uświadomiła sobie, patrząc w niebo. Poranne słońce, tak jasne. Gęste, szare chmury już wypełniały przestrzeń nad nią, zasłaniając światło. Zbierało się na deszcz.

Hermiona westchnęła, opuszczając wzrok na antyczny tom leżący na jej kolanach; jej palce leniwie przesuwały się po krawędziach. Magia Małżeństwa została oprawiona wyblakłym materiałem ze złotym wykończeniem, a Hermiona po raz pierwszy w życiu poczuła nieodpartą chęć zniszczenia książki. Wyglądało to tak, jakby cały świat z niej kpił.

Pomyślała o napiętej szczęce Malfoya, tej maleńkiej wskazówce, że może go zraniła. Ale jakakolwiek potencjalna satysfakcja z tej wiedzy była daleko w cieniu nieuniknionego faktu, że ich losy były ze sobą powiązane. Im bardziej się nienawidzili, tym bardziej będą się nienawidzić. Jako współmałżonkowie. Na zawsze.

Pierwsza kropla deszczu spadła na okładkę książki i Hermiona potrząsnęła głową. Nie mogła tak myśleć. Znajdzie wyjście. Nie dałaby się zmusić do takiego życia.

Dwie kolejne ciężkie krople spadły na jej rękę, a ramiona napięły się w obliczu nadchodzącej ulewy. Dopiero po kilku długich chwilach zdała sobie sprawę, że to były łzy.

___________

Witajcie :) wreszcie po długiej przerwie pojawiam się z nowym rozdziałem tego tłumaczenia. Tęskniliście? Ja osobiście bardzo lubię kreacje Hermiony i Draco w tym opowiadaniu. Pełno w nich emocji i nawet te osobiste przytyki mają swój urok. Dajcie znać, co sądzicie.

Kolejny rozdział prawdopodobnie dodam w weekend. Jeszcze nie jestem pewna kiedy dokładnie. Czekajcie cierpliwie.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego! Enjoy!

[T] Lilie słonowodne: Epilog

sobota, 6 maja 2023

 Cztery dni bez Draco

 

— Wiesz, gdzie jesteś?

— W Świętym Mungo.

— Ile masz lat?

— Osiemnaście.

— Jak się nazywają twoi rodzice?

— Jean i Richard Granger.

— Jak się nazywasz?

— Hermiona Jean Malfoy.

— Kim jest Ronald Weasley?

— Moim najlepszym przyjacielem.

— Kim jest Harry Potter?

Blada dziewczyna na łóżku przerwała, a przez jej twarz przemknął wyraz zmieszania.

— Mordercą.

Uzdrowicielka westchnęła i odwróciła się od łóżka. W wejściu do prywatnej sali szpitalnej zwróciła się do ciemnowłosego czarodzieja i powiedziała:

— Nie ma poprawy, panie Potter. Proszę się nie martwić, jeszcze jest wcześnie. Ona po prostu potrzebuje czasu. Panna Granger wiele przeszła, emocjonalny wstrząs spowodował spustoszenie w normalnym funkcjonowaniu jej mózgu.

Harry przeczesał dłonią włosy i podziękował jej, zamykając drzwi do sali Hermiony.

 

Dziesięć dni bez Draco

 

— Wiesz, gdzie jesteś?

— W Świętym Mungo.

— Ile masz lat?

— Osiemnaście.

— Jak się nazywają twoi rodzice?

— Jean i Richard Granger.

— Jak się nazywasz?

— Hermiona Jean Malfoy.

— Kim jest Draco Malfoy?

— Moim mężem — przerwała, a potem dodała: — Moim Partnerem.

Uzdrowicielka położyła delikatnie dłoń na nodze Hermiony.

— Wiesz, co się stało, panno Granger?

Hermiona spojrzała na uzdrowicielkę. Coś nieprzyjemnego poruszyło się w jej umyśle. Za kogo ta kobieta się uważała? Granger? Gdyby tylko wiedziała, do czego jesteś zdolna, traktowałaby cię z większym szacunkiem.

— Malfoy. Nazywam się Malfoy. — Usiadła na łóżku. — Mój mąż został zabity na moich oczach. Umarł w moich ramionach i dobrze o tym wiesz. Wynoś się! — Na jej ton zadrżały szyby w oknach, a lekki wietrzyk poruszył zasłonami.

Ron przywitał znękaną uzdrowicielkę przed salą Hermiony.

— I jak?

— Myślę, że być może będzie potrzebny lekki magiczny wytłumiacz, dopóki trochę nie dojdzie do siebie.

Potem kobieta odwróciła się i praktycznie pobiegła korytarzem, desperacko próbując uciec przed ciężarem czarnej magii wypełniającej salę Hermiony.

 

Czternaście dni bez Draco

 

— Wiesz, gdzie jesteś?

— W Świętym Mungo.

— Ile masz lat?

— Osiemnaście.

— Jak się nazywają twoi rodzice?

— Jean i Richard Granger.

— Jak się nazywasz?

— Hermiona Jean Malfoy.

Sędziwa uzdrowicielka siedząca obok łóżka Hermiony westchnęła i odłożyła pióro. Zerknęła na Harry’ego i delikatnie potrząsnęła głową. Hermiona po prostu wpatrywała się w pustą ścianę przed nią.

— No dalej — mruknął Harry.

Wiedział, że to bezużyteczne. Robili to od tygodni, ale nikt nie mógł do niej dotrzeć. Hermiona odpowiadała na wszystkie pytania uzdrowicieli tym samym mechanicznym głosem. Okazywała jedynie coś na kształt emocji tylko wtedy, gdy wspominano o Draco Malfoyu.

— Gdzie chodziłaś do szkoły?

— Hogwart.

— Z kim się przyjaźniłaś?

Zatrzymała się. Zawsze zatrzymywała się na tym pytaniu, jakby bardzo intensywnie myślała, próbując przypomnieć sobie ludzi, którzy teraz prawie dla niej nie istnieli.

— Z Harrym i Ronem.

— Kim jest Draco Malfoy?

Pociągnęła nosem; Harry’emu wydawało się, że widział łzę spływającą po jej policzku, zanim ją otarła.

— Moim mężem.

— Co się z nim stało?

— Został zamordowany przez Harry’ego Pottera.

Co za śmieć, jak śmie stać w kącie sali, jakbyśmy go nie widzieli? Nie martw się, dziewczyno, niedługo wszystko będzie dobrze.

Harry miał dość. Skinął głową uzdrowicielce i wszedł do poczekalni, gdzie siedział Ron, przeglądając Proroka Codziennego.

— Co z nią? — zapytał rudzielec, załamując nerwowo ręce.

— Bez zmian. Nadal upiera się, że jest żoną tego idioty, a ja mordercą.

Harry usiadł na rozklekotanym krześle w poczekalni i przeczesał dłonią swoje już rozczochrane włosy.

— Dość tego.

Ron wstał gwałtownie i wmaszerował do sali Hermiony.

— Kim jestem, Hermiono? Powiedz mi, kim dla ciebie jestem?

Uzdrowicielka wyglądała na zaskoczoną, a Hermiona tylko zamrugała.

— Jesteś Ronaldem Weasleyem i moim najlepszym przyjacielem.

Ron stłumił dreszcz, słysząc łagodny głos jego najlepszej przyjaciółki. Tak naprawdę była kimś więcej, zdawała się jednak nie pamiętać, a on nie zamierzał jej o tym przypominać, dopóki nie wróci do siebie z tego czegoś, czymkolwiek to było.

— Zostawiłeś mnie.

Jej głos był teraz łagodniejszy, bardziej przypominał prawdziwą ją, a smutek w nim łamał mu serce.

— Nie. Każdego dnia próbowałem po ciebie wrócić, Hermiono. Sprawili, że Dwór był nienanoszalny; dosłownie nie mogliśmy się z tobą skontaktować. Próbowałem, naprawdę próbowałem, Miona.

— Ron.

Wyciągnęła do niego rękę, a on, powłócząc nogami, podszedł i usiadł na skraju jej łóżka.

— Gdzie jest Draco? — wyszeptała.

Serce Rona zamarło.

— On nie żyje…

— Wiem, Ronald, byłam tam! — Iskry migotały na końcówkach jej włosów, kiedy krzyczała; to była największa emocja, jaką okazała od tygodni.

— Więc co masz na myśli, pytając, gdzie on jest? — warknął Ron, wyrywając rękę z jej uścisku.

— Jego ciało. Gdzie jest?

Zakon spalił go razem z jego ojcem i innymi Śmierciożercami, którzy zginęli w bitwie. Popiół został rozrzucony przez wiatr i rozproszony. Draco Malfoy odszedł. Po prostu musi się nauczyć sobie z tym radzić. Ron odwrócił się gwałtownie i opuścił salę.

Nie mógł tego zrobić, nie mógł zmusić się do powiedzenia swojej najlepszej przyjaciółce, że mężczyzna, którego ona myśli, że kocha, nie ma miejsca spoczynku. Z pewnością nie mógł jej pocieszać, gdy opłakiwała kogoś, kogo powinna nienawidzić.

 

Dwadzieścia trzy dni bez Draco

 

Hermiona była gotowa i kiedy uzdrowicielka weszła do jej sali, odezwała się pierwsza:

— Chcę zobaczyć Lucjusza i Narcyzę.

Uzdrowicielka zatrzymała się i spojrzała na młodą kobietę przed sobą. Ich interakcje do tej pory były powtarzalne i bardzo ograniczone ze strony Hermiony. Teraz czarownica stała wyprostowana przy oknie i miała żądania. Pytanie o rzekomych teściów niekoniecznie było postępem, którego oczekiwali, ale, mimo wszystko, było postępem.

— Chodzi o to, panienko…

Hermiona posłała uzdrowicielce spojrzenie pełne odrazy.

— Pani Malfoy, Hermiono… Lucjusz, no cóż. — Uzdrowicielka wzięła oddech; coś w tej dziewczynie ją przerażało. To było naprawdę zabawne. Była o połowę młodsza i nawet nie ukończyła edukacji w Hogwarcie; tak szczerze, młoda czarownica nie mogła jej nic zrobić. W końcu otrzymywała dawkę ciężkiego magicznego wytłumiacza. — Zobaczę, co da się zrobić. Może pani Malfoy, czyli Narcyza, będzie mogła przyjść z wizytą, oczywiście z przyzwoitką.

Hermiona podeszła bliżej.

— Dlaczego moja teściowa miałaby potrzebować przyzwoitki, żeby się ze mną zobaczyć? — Jej głos był lodowato zimny, a spojrzenie płonęło nieprzyjemnie.

— Dla twojego bezpieczeństwa; wiele przeszłaś i…

Uzdrowicielka została odrzucona do tyłu, zderzając się z łóżkiem na tyle mocno, że straciła przytomność. Żałosne. Jakby jakiś eliksir mógł powstrzymać twoją moc. Naprawdę, żadne z nich nie ma najmniejszego pojęcia…

 

Dwadzieścia cztery dni bez Draco

 

Uzdrowicielka została wyniesiona z sali Hermiony niedługo po jej wypadku i zastąpiona w obowiązkach przez mężczyznę wyglądającego na zaniedbanego trzydziestolatka. Wygląda jak świnia — prychnął głos w głowie Hermiony. Musiała przyznać, że miał rację. W jego rysach było coś świńskiego. Wyglądało jednak na to, że jej prośba została spełniona i wszedł do sali w towarzystwie Narcyzy Malfoy.

Narcyza wyglądała na kruchą, mniej poukładaną niż Hermiona widziała ją wcześniej, i zaczęła się zastanawiać, jak ona sama musi wyglądać. Czy podzielała ten udręczony wyraz twarzy i smutne oczy?

— Hermiono, moja słodka dziewczyno.

Przyciągnęła Hermionę do siebie w ciasnym uścisku i stały nieruchomo, przytulając się przez jakiś czas. Kiedy się rozdzieliły, Hermiona zapytała:

— Gdzie jest Lucjusz? Co się stało? Nikt mi nic nie mówi.

Narcyza nie wymówiła słowa, tylko potrząsnęła głową i starła kilka zabłąkanych łez z twarzy.

— Tęsknię za nim, tęsknię za Draco. Nie pozwalają mi o nim rozmawiać, ale tęsknię za nim tak bardzo, że czuję, jakby moje serce zostało wyrwane z piersi.

— Wiem, też za nim tęsknię, kochanie, będzie dobrze. Obiecuję.

— Co się tam dzieje, Cyziu?

— Złapali wszystkich, postawili nas przed sądem, to kompletna fikcja. Dołohov i Carrowowie zostali skazani na dożywocie w Azkabanie. Powinnam być w areszcie domowym, musiałam być tutaj eskortowana przez aurorów, a Bella… Bellatrix została obdarzona pocałunkiem dementora.

Ostatnie zdanie sprawiło, że Narcyza zalała się łzami.

— Bardzo mi przykro. Nie dogadywałyśmy się, w sumie mnie nienawidziła, ale nie zasłużyła na to. Była lojalną sługą Czarnego Pana. Szkoda jednak, że teraz już się do niczego nie przyda.

Narcyza natychmiast przestała płakać.

— Co masz na myśli, Hermiono? Czarny Pan nie żyje, komu się przyda?

— Nie, on żyje. Mam ci wiele do opowiedzenia, ale nie tutaj. Najpierw muszę się stąd wydostać.

 

Trzydzieści jeden dni bez Draco

 

— Wiesz, gdzie jesteś?

— W Świętym Mungo.

— Ile masz lat?

— Osiemnaście.

— Jak się nazywają twoi rodzice?

— Jean i Richard Granger.

— Jak się nazywasz?

— Hermiona Jean Granger.

— Kim jest Draco Malfoy?

— Śmierciożercą. Znęcał się nade mną.

— Kim jest Narcyza Malfoy?

— Matką Draco, była dla mnie dobra. Chroniła mnie we Dworze.

— Kim jest Harry Potter?

— Moim najlepszym przyjacielem. Gdzie on jest? Chciałabym go zobaczyć, jeśli mogę.

Uzdrowiciel uśmiechnął się, w końcu postęp.

— Chce się z panem zobaczyć, panie Potter. Wygląda na to, że wróciła do siebie. Przynajmniej w części.

Kiedy Harry i Ron weszli do małej, szpitalnej sali, Hermiona siedziała na łóżku ze skrzyżowanymi nogami i czytała. Było prawie tak, jakby nic się nie zmieniło i przez chwilę Harry pozwolił sobie na nadzieję. Być może uzdrowiciele mieli rację i tylko potrzebowała czasu.

— Hermiono?

Ron podszedł do niej i położył dłoń na jej ramieniu. Spojrzała na niego spode łba i uniosła dłoń, wracając do swojej książki. Skończyła czytać stronę, po czym ostrożnie odłożyła książkę na nocny stolik.

— Cześć.

Jej głos był cichy, stracił metaliczny ton robota i obaj czarodzieje poczuli wtedy, że wróciła. Hermiona do nich wróciła. Trio rzuciło się sobie w ramiona, wszyscy pospiesznie przepraszali za różne występki, dopóki nie padli z wyczerpania.

Gdy się rozdzielili, Hermiona odwróciła się do Harry’ego i powiedziała bardzo wyraźnie:

— Dziękuję. Za Draco. Uratowałeś mnie i bardzo żałuję, że wcześniej nie zdałam sobie z tego sprawy.

Harry natychmiast jej wybaczył. Oczywiście, że ci wybacza. Jest słaby.

— Chciałabym jak najszybciej się stąd wydostać, myślicie, że możecie zamienić z nimi słowo i zobaczyć, co da się zrobić? Nie od razu, oczywiście. Wiem, że prawdopodobnie chcą mnie monitorować przez jakiś czas, upewnić się, że nie będę miała nawrotu czy coś… — pozwoliła sobie na urwanie. Nie warto było naciskać zbyt mocno.

— Jestem pewien, że możemy coś zrobić, Miona — powiedział radośnie Ron, obejmując ją ramieniem i całując w czubek głowy. — Możesz zostać w Norze, mama zamartwia się od tygodni i wiem, że desperacko chce się kimś opiekować.

Hermiona odsunęła się nieco, tłumiąc dreszcz spowodowany swobodną intymnością chłopaka.

— Nie trzeba się mną opiekować. To nie pomoże.

— Tak, racja, miałem na myśli tylko to… cóż, twoja rodzina… po prostu chcemy, żebyś  była z nami w domu, gdzie będziesz kochana.

Posłał jej krzywy uśmiech. Gdzieś głęboko w zakamarkach jej umysłu Hermiona Granger krzyknęła. To był Ron, jej Ron. Słodki, miły i opiekuńczy, ale całkowicie nieświadomy pochłaniającej ją ciemności.

— Jeżeli w Norze będzie za tłoczno, zawsze możesz zamieszkać ze mną na Grimmauld Place. Zdecydowanie będę potrzebował pomocy w remoncie. — Harry roześmiał się. — Możecie zamieszkać oboje, będzie jak za dawnych czasów. Nasza trójka razem.

Harry, oj Harry. Tak to wyglądało według ciebie? Lata z nim w twojej głowie. Jak kiedykolwiek z tym walczyłeś?

— To naprawdę urocze z waszej strony, ale… właściwie pomyślałam, że mogłabym zostać z Narcyzą. Przyszła z wizytą i cóż, chroniła mnie przed wszystkim. Chroniła mnie przed Nim, naprawdę przed wszystkim. Ona też doznała straty i możemy sobie nawzajem pomóc. — Harry sztywno skinął głową, a Ron cofnął rękę. — Oczywiście, że chciałabym jadać kolacje w Norze i majsterkować w Londynie, ale ona mnie rozumie. Byłyśmy w tym razem, wiecie?

Dwóch czarodziei wymieniło długie spojrzenia, a Hermiona udawała, że jest zajęta swoimi paznokciami. Trio milczało przez chwilę, aż Harry powiedział:

— Dobrze, ale zostaniesz oddana pod naszą opiekę, nie jej. Tylko dopóki nie wyzdrowiejesz. Tylko po to, żebyśmy mogli cię chronić.

Hermiona skinęła głową i uśmiechnęła się do swoich przyjaciół. Brawo, dziewczyno.

 

Czterdzieści pięć dni bez Draco

 

Narcyza i jej nowy gość siedziały w salonie Dworu Malfoyów, obserwując przez otwarte okna pawie przechadzające się przy żywopłocie. Ciepłe powietrze napłynęło, niosąc słodki zapach lata. Dla Hermiony pachniało to szansą. Jak nowe początki.

— Dobrze, to wszystko, Hermiono. Jeśli będziesz czegoś potrzebować lub zostawiłaś coś w Norze, po prostu zafiukaj, dobrze?

Ronald Weasley niezdarnie przesunął dłonią w górę i w dół jej ramienia.

— Dziękuję, Ron. Doceniam to, ale nie musieliście mi pomagać w przenoszeniu moich rzeczy, poradziłabym sobie.

Harry uśmiechnął się ciepło.

— Chcieliśmy się upewnić, że się zadomowisz i będziesz szczęśliwa.

— Jestem, właściwie bardzo.

Hermiona przytuliła obu i nie wzdrygnęła się, gdy Ron złożył lekki pocałunek na jej policzku. Harry odsunął się, by podziękować Narcyzie za przyjęcie Hermiony do siebie. Z tego, co dosłyszała, była to sztywna rozmowa, ale przynajmniej Harry był uprzejmy, podczas gdy Narcyza wręcz lekceważąca. Kto mógłby ją winić. Ten bękart zabił jej syna.

Ron wziął Hermionę za rękę i lekko uniósł jej podbródek, tak, aby na niego patrzyła.

— Miona, chciałem ci tylko powiedzieć, że tu jestem. Jeśli mnie potrzebujesz, jeśli jest coś, czego chcesz, pytaj śmiało. Moglibyśmy… chciałbym kiedyś o czymś porozmawiać. Kiedy będziesz gotowa… to znaczy, jeśli będziesz chciała.

Hermiona była pewna, że kiedyś to jego chaotyczne zachowanie mogło być dla niej ujmujące, ale teraz po prostu przyprawiało ją o mdłości.

— Wkrótce, Ron, obiecuję, że wkrótce porozmawiamy.

Kiedy czarodzieje wyszli, Narcyza i Hermiona skierowały się do jadalni. Narcyza zajęła swoje zwykłe miejsce, a Hermiona usiadła na czele. Przez chwilę spojrzała na puste krzesło Draco i poczuła ucisk w klatce piersiowej, lecz stłumiła to uczucie. Nie było czasu na jej smutek. Miały coś do przedyskutowania i Hermiona nie zamierzała marnować ani sekundy.

 

<><><><><><><><><><><><> 

 

Lord Voldemort dryfował po omszałej ziemi, podążając za jej wezwaniem. Umysł dziewczyny był jaśniejszy niż kiedykolwiek Pottera. Było tam dość wygodnie. Łatwo było wpleść jego świadomość w jej i wyszeptać jej plany do ucha; przyjęła to wszystko. Chłonęła każde słowo. Taka grzeczna, mała marionetka. Dokonał dobrego wyboru. Nadszedł czas…

___________

Witajcie :) wreszcie nadszedł dzień, kiedy kończy się ta historia. Razem z Kerą mamy nadzieję na ciąg dalszy, bo to aż się o niego prosi, prawda? Przecieki mówią, że autorka ma go w planach, więc trzymajmy kciuki.

Jak Wasze ogólne wrażenia? Wiem, że nie każdy jest fanem tego motywu. Przyznam, że ja też nie byłam, ale ta historia zmieniła moje przekonania i po prostu polubiłam angsty. Także możecie w przyszłości spodziewać się więcej tłumaczeń w tym stylu.

Dziękuję, że byliście ze mną, za każdy komentarz czy ocenę. To wiele dla mnie znaczy, że mimo upływu lat wciąż tu jesteście i kibicujecie. Kerze dziękuję za perfekcyjną betę i nasze wspólne przeżywanie tej historii (Wilk naszym ulubieńcem ❤)!

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłej niedzieli. Enjoy!

[T] Lilie słonowodne: Rozdział 9

środa, 3 maja 2023

Hermiona

 

Draco chrapał cicho obok niej, ich nogi splątały się pod kołdrą. Wyglądał młodo. Był młody, pomyślała; oboje byli, ale to nie miało znaczenia. Miała obowiązki wobec ich Pana. Nie chciała go ponownie zawieść. Cicho zsunęła się z łóżka, narzuciła szlafrok i wymknęła z pokoju.

Nie była pewna, czy uda jej się go znaleźć, ale głos w jej głowie prowadził ją przez korytarze i schody, aż dotarła do dużych, czarnych, podwójnych drzwi. Czuła promieniującą przez nie magię, mroczną i, co zaskakujące, nie tak przytłaczającą, jak powinna.

— Wejść — zabrzmiał zimny, wysoki głos, zanim jeszcze zapukała.

Pchnęła drzwi i znalazła się w bogato umeblowanym pokoju z płonącym kominkiem otoczonym ciemnozieloną sofą i zestawem czarnych foteli. Przez łukowe przejście zauważyła olbrzymie łóżko z ciemnymi zasłonami.

— Czego chcesz, dziewczyno? — powiedział Czarny Pan z jednego z czarnych foteli.

Desperacko próbowała uspokoić drżące ręce, ignorując tę część siebie, która czuła się niedobrze, zdradzając Draco. Musisz, to jest właściwe — zachęcał nieznajomy głos.

— Zawiodłam cię wcześniej, nie mówiąc o Harrym. Więcej nie popełnię tego błędu. Chodzi o Draco, on martwi się, że… — on myśli, że nas zabijesz! Nie mogła wypowiedzieć słów; jej język był ciężki i skręcony w ustach. Spróbowała ponownie. — Martwi się nadchodzącą bitwą i tym, co… co się stanie później… nam. On zamierza… — Kurwa! Głupia, cholerna więź godowa. — Chce, żebyśmy mieli plan awaryjny. Powiedziałam, że nie i że nas nie opuścisz, ale pomyślałam, że powinieneś wiedzieć, iż nie jest tak… — lojalny, jak myślisz. — Silny, jak mógłby być.

Czarny Pan zdawał się przyglądać jej przez minutę, po czym wstał powoli z fotela, zbliżając się do niej z gracją wielkiego węża. Chwycił jej podbródek między palcem wskazującym a kciukiem, mówiąc:

— Dobrze się spisałaś, dziewczyno. Wynagrodzę cię za to. Draco będzie jutro na linii frontu i dam mu szansę na bycie silnym. Jeśli mu się nie powiedzie, nie zasługuje na szansę ani na ciebie.

Przesunął kciukiem po jej policzku i wpatrywał się w nią tak intensywnie, że zapomniała, jak się oddycha.

— J-jutro? — zająknęła się.

— Tak.

Gdy ją puścił, Hermionie zrobiło się zimno.

 

<><><><><><><><><><><><> 

 

Draco

 

Hermiona zniknęła. Nie było jej także w łazience. W szaleństwie wybiegł z pokoju w samej bieliźnie, wołając ją po imieniu w rezydencji. Jego głos odbijał się głuchym echem od ścian i zarówno Draco, jak i Wilk starali się uspokoić. Na dworze wciąż było ciemno, a korytarze wyglądały upiornie, oświetlone tylko gdzieniegdzie przez świece.

Potem poczuł jej zapach; był słaby, ale wystarczająco ostry, by mógł za nim podążyć. Musiał wyglądać jak obłąkany, chodząc po korytarzach w samej bieliźnie, bezustannie węsząc w powietrzu. Zobaczył ją; wchodziła po schodach z delikatnym uśmiechem na twarzy, jakby myślała o czymś miłym. Możliwe, że poszła sobie, bo nie była szczęśliwa w jego łóżku. Wilk zaskomlał cicho.

— Draco! — Wyglądała na zaskoczoną, delikatny uśmiech zniknął z jej twarzy. — Co ty, na Merlina, robisz?

— Zniknęłaś. — Jego głos był ochrypły i wzdrygnął się na myśl o tym, jak żałośnie zabrzmiał.

— Zeszłam tylko do kuchni po szklankę wody, nie chciałam niepokoić Milly. — Wskazała na trzymaną w dłoni szklankę, której wcześniej nie zauważył.

— Proszę, nie rób tego więcej, zostawiaj wiadomość czy coś… Ja… martwiliśmy się.

Przyciągnął ją do siebie i wdychał delikatny zapach. Słona woda i lilie pachniały spokojem, domem i wszystkim, co dobre. Wilk uspokoił się i Draco poczuł, jak jego własny oddech się wyrównuje.

— Chodź, wracajmy do łóżka, jeszcze nie ma jutra — wymamrotała na tyle cicho, że nie usłyszał dokładnie.

Świt przyniósł nie tylko słońce, ale i wieści o bitwie. To był ten dzień. Mieli wyruszyć do Hogwartu na bitwę, która zakończy wszelkie spory.

Draco nie mógł przestać się trząść. Nadal nie przekonał Hermiony, że potrzebują planu ucieczki, a ona już go nie posłucha.

— Musisz być dzisiaj odważny, Draco — powiedziała cicho, pomagając mu zapinać szaty. — On wynagrodzi nas za nasz udział w tym wszystkim, ale musisz być odważny i bezwzględny.

Coś ciemnego zamigotało w jej oczach i trochę go to ośmieliło.

Tylko skinął głową. Zrobiło mu się niedobrze i nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. Bardzo się zmieniła przez ostatnie półtora miesiąca. Co się stało z tą dziewczyną z lochu? Tą, która wyglądała na tak zniesmaczoną swoją karą? Gdzie była Hermiona, która miała pewność, że Draco nie jest zabójcą?

— Pamiętaj, teraz jesteś Alfą. Musisz trzymać stado w ryzach. Niech Czarny Pan zobaczy twoją moc. Pokaż mu to, co widziałam w twoich oczach, kiedy oderwałeś głowę Greybacka od jego kar…

Przerwał jej mocnym pocałunkiem. Nie chciał więcej słyszeć tego jej okrutnego jadu. Za bardzo przypominało mu to jego ciotkę. Hermiona odpowiedziała ochoczo, obejmując go ramionami, gdy z łatwością ją podniósł, przyciskając do ściany. Jego przedramię zaczęło płonąć. Już czas.

— Hermiono, ja… koch…

— Nie. Nie mów tak. Nigdy więcej tak do mnie nie mów… nie w ten sposób. Nie żegnasz się ze mną. Masz zamiar do mnie wrócić. Pamiętasz? Potrzebuję cię.

Draco skinął głową, opuszczając ją, by mogła stanąć na nogi.

— Taki mam zamiar. Wiesz o tym, prawda? Oboje tego chcemy.

— Wiem.

Potem Draco odwrócił się i wyszedł z ich pokoju.

 

<><><><><><><><><><><><> 

 

Hermiona

 

Nie poszła za Draco na dół, nie było sensu. Nie zostałaby wpuszczona na spotkanie przed bitwą i nie musiała. Jej rozmowa z Czarnym Panem wystarczająco ją we wszystkim uświadomiła. Draco miał otrzymać szansę, by wywyższyć ich oboje. Odniesie sukces, była tego pewna. Pomimo swoich zmartwień i obmyślania planu ucieczki, był jej lojalny. To z kolei oznaczało, że był lojalny wobec Czarnego Pana. Hermiona nie pozwoliła sobie na zbyt długie rozważanie nad swoją lojalnością. Była pewna, że znacznie się zmieniła, odkąd zajęła swoje miejsce we Dworze Malfoyów.

Hermiona wzięła kąpiel i założyła swoje ulubione szaty, te ciemnofioletowe, w które ubrała ją Narcyza podczas jej pierwszej nocy z Draco. Westchnęła, przesuwając palcami po złotej nici. Tak bardzo się bała tamtej nocy, ale teraz nie wiedziała, dlaczego. To była doniosła okazja, noc, podczas której w końcu znalazła swoje miejsce na tym świecie.

Dwór był niesamowicie cichy, kiedy Hermiona schodziła po wielkich schodach. Nawet portrety, które zazwyczaj mamrotały, gdy przechodziła, milczały. Większość ram świeciła pustkami, jakby mieszkańcy uciekli w inny kąt Dworu. Zastała Narcyzę w rodzinnej jadalni, skubiącą kromkę tosta i wyglądającą z roztargnieniem przez duże okna.

— Dzień dobry, Narcyzo, już się teleportowali?

— Tak.

Hermiona usiadła, a Milly podała jej herbatę i jajecznicę na grzance. Obie kobiety siedziały w ciszy, podczas gdy Hermiona jadła. W końcu poczuła, że powinna coś powiedzieć; jej teściowa najwyraźniej nie miała takiego samego poziomu wiary, co Hermiona.

— Wszystko będzie dobrze. Stado będzie chronić Draco z całych sił, a Draco nigdy nie pozwoli, by jego ojcu stała się jakakolwiek krzywda.

Narcyza cicho pociągnęła nosem, ale nie odpowiedziała. Po kolejnych dwóch filiżankach herbaty Hermiona poddała się i wyszła na werandę. Często lubiła tu przesiadywać i czytać. Było spokojnie, a wypielęgnowane tereny działały kojąco. Usiadła i zaczęła lekturę.

Ten irytujący głos z tyłu głowy nie pozwalał jej się skoncentrować. Powtarzał jej, że powinna się bać; że coś naprawdę strasznego dzieje się z ludźmi, których kocha. Hermiona wiedziała, że coś jest nie tak, ale za każdym razem, gdy była bliska zrozumienia, wyraźnie nie jej głos oddalał myśli i przypominał jej, że zwątpienie jest formą nielojalności.

Zrezygnowała z czytania i ponownie wyruszyła na poszukiwanie Narcyzy. Znalazła ją w szklarniach i spędziły kilka godzin na zbieraniu składników, które były przydatne do eliksirów leczniczych. Będą potrzebne bez względu na wynik.

Po obiedzie, podczas którego obie czarownice nie zjadły zbyt wiele, zaczęły warzyć eliksiry lecznicze, napoje uspokajające, eliksir Słodkiego Snu, środki zwiotczające mięśnie, eliksiry uzupełniające krew i przeciwbólowe. Wszystkie i wszystko, co uznały za przydatne. Hermiona odkryła, że to odwraca jej uwagę od niepokojącej wojny w jej głowie. Częste sprzeczki między jej własnym sumieniem a tym drugim głosem przyprawiały ją o ból głowy. Krojenie, mielenie i mieszanie eliksirów zatrzymywało to wszystko na chwilę, nawet jeśli nie mogła wykonać niezbędnych zaklęć. Pracowały cicho, a jedynym dźwiękiem było delikatne nucenie Narcyzy, która machała różdżką nad różnymi kociołkami.

Kiedy naturalne światło zaczęło gasnąć, wróciły do środka. Hermiona chodziła w kółko, nie mając rozproszenia w postaci warzenia. Policzyła, ile jest kroków od kominka do pianina, od pianina do stołu jadalnego, od stołu do sofy i od sofy do drzwi. Mimo to czuła, że powinna się bać. Czasami czuła, że powinna z czymś walczyć, próbując opuścić Dwór. Odrzuciła tę myśl. Hermiona była pewna, że po prostu chciała pomóc Draco. Nie mogła tego zrobić bez różdżki, więc po co się nad tym zastanawiać?

Dlaczego nie masz różdżki, Hermiono? Powinnaś ją mieć, ale nie masz, bo jesteś więźniem.

Nie, jesteś gościem. Dlaczego szanowna żona Draco Malfoya miałaby potrzebować różdżki? Z kim musiałabyś walczyć?

Powinnaś próbować uciec.

To twój dom.

Harry cię potrzebuje.

Draco cię potrzebuje. Czarny Pan cię potrzebuje.

Horkruksy, Hermiono. Pamiętaj o horkruksach…

Głosy walczyły dalej i w końcu rzuciła się na sofę obok Narcyzy, która coś haftowała.

— To trwa zbyt długo — warknęła Hermiona. — Powinni działać szybko; Harry z pewnością jest już martwy. Nie może się równać z Czarnym Panem.

Narcyza delikatnie poklepała ją po nodze.

— Jest dobrze, Hermiono, niedługo wrócą. Odpocznij trochę, będziemy potrzebne, gdy przybędą.

Hermiona wiedziała, że nie będzie mogła zasnąć, ale i tak położyła się na sofie. Na całe pięć minut. Potem wróciła do chodzenia po pokoju.

— Grasz? — zapytała Hermiona, przesuwając palcem po klawiszach pianina wykonanych z kości słoniowej.

— Tak, chcesz, żebym cię nauczyła?

Narcyza przeszła trzydzieści pięć kroków od sofy do pianina i zasiadła na stołku. Poklepała miejsce obok siebie i Hermiona usiadła. Patrzyła z podziwem, jak palce Narcyzy przesuwają się po klawiszach, wydobywając z instrumentu eleganckie dźwięki. Utwór był lekki i ładny; muzyka wirowała i wznosiła się delikatnie, zanim opadała na kolana Hermiony i zaczynała się od nowa. Była jak wiosna i coś niemal smutnego. Jak miłość, która może trwać wiecznie.

Hermiona nie wiedziała, jak długo siedziały. Narcyza grała utwór po utworze. Gdzieś na terenie zaskrzeczał paw i Hermionie wydawało się, że słyszy wycie wilka, może skomlenie.

— Chyba pójdę sprawdzić eliksiry, nie potrwa to długo. Spróbuj trochę odpocząć. — Głos Narcyzy był delikatny i miły, gdy wyślizgnęła się z pokoju.

Hermiona wstała i założyła pokrywę na pianino. Potem obserwowała ciemną noc przez duże okna. Przez chwilę pozwoliła sobie na zastanowienie się, co przyniesie przyszłość, co by zrobiła, gdyby Draco nie wrócił. Miała nadzieję, że to bezsensowne przemyślenia. Wróci do niej. Potrzebowała go. Nie wiedziała, kim jest bez niego.

 

<><><><><><><><><><><><> 

 

Draco

 

To było okropne. Gorsze niż naloty, gorsze niż szatańska pożoga, która zniszczyła tę mugolską ulicę. Hogwart był spowity dymem i popiołem; jasne błyski światła przedarły się przez mgłę jak fajerwerki. Draco nic nie widział, nie miał pojęcia, czy strzela do przyjaciela, czy do wroga, ale dalej rzucał zaklęcia, a czerwone ogłuszacze wystrzeliwały z jego różdżki co sekundę.

Wszystko zaczęło się, gdy tylko przedarli się przez obronę zamku, bo ktoś był tak hojny w Bombardach, że teraz cały budynek był na krawędzi zawalenia, a olbrzymy oczywiście nie pomagały. Draco nie chciał wiedzieć, w jaki sposób Lord Voldemort zdobył ich lojalność.

Na początku trzymał się Severusa, polegając na swoim ojcu chrzestnym, który znał najlepszą trasę przez zamek, najlepszy plan działania. Pozostał obok niego, kiedy Lord Voldemort wezwał go z pola bitwy i patrzył ukryty w cieniu, jak jego ojciec chrzestny bierze ostatnie tchnienie.

Teraz musiał się skupić na znalezieniu Pansy, Blaise’a, Teo i Dafne, by pomóc im się stąd wydostać. Wysłał stado, by patrolowali błonia i atakowali każdego, kto próbowałby przebić się przez zaklęcia chroniące zamek przed aportacjami. Draco miał nadzieję, że uchroni ich to przed kłopotami; stado dzikich wilków było ostatnią rzeczą, jakiej ktokolwiek potrzebował dodawać do tego bałaganu.

— Ej, Malfoy!

Kurwa. Draco obrócił się, by stanąć twarzą w twarz ze swoimi niedoszłymi napastnikami, ale nie mógł ich zobaczyć przez mgłę dymu. Pociągnął nosem, próbując wyczuć zapach, który rozpoznawał, ale wszystko, co czuł, to krew i przytłaczająca woń strachu.

— Kto tam? — zawołał.

To był strzał w ciemno, ale może będą na tyle odważni, by zadeklarować, kim są, zanim go zabiją. A może byli przyjaciółmi.

Złowroga, zielona klątwa przebiła się przez chmurę dymu prosto w niego. Dobra, zdecydowanie nieprzyjaciel. Draco zanurkował w samą porę i wystrzelił ogłuszacz w kierunku, skąd nadeszła klątwa.

— Daj spokój, Malfoy, potrafisz rzucić coś lepszego niż ogłuszacz, prawda?

Znał ten głos.

— Longbottom? Co ty, kurwa, robisz? Wypierdalaj stąd natychmiast!

Neville Longbottom wyłonił się z mgły z różdżką wycelowaną prosto w pierś Draco i… czy to był zakrwawiony Miecz Godryka Gryffindora w jego drugiej ręce?!

— To samo powiedziałeś Lunie, zanim ją zabrałeś? Dałeś jej szansę na ucieczkę? A co z Hermioną? Gdzie one teraz są?

Neville zbliżał się do niego powoli; wściekłość w jego głosie była ewidentna i Draco zdecydował, że to nie czas, by powiedzieć mu, że Luna została zabita w jakimś przerażającym rytuale, który uczynił Hermionę… inną.

— Hermiona ma się dobrze. Jest bezpieczna, Longbottom. Nigdy bym jej nie skrzywdził, a Luna…

Draco nie zdążył powiedzieć Neville’owi, że to, co się stało z Luną, nie było jego winą. Przerwał mu znajomy, wysoki głos.

— Harry Potter nie żyje. Poddajcie się, a dostaniecie miejsca wśród moich zwolenników. Zostaniecie nagrodzeni. — Głos Lorda Voldemorta odbił się echem po terenie Hogwartu.

Nie. Nie, nie, nie, głupi, jebany Potter.

Hermiona.

Draco nie zatrzymał się, by pomyśleć, zanim odwrócił się i pobiegł przez zamek, w górę po schodach z połamanymi balustradami, w dół korytarzy, którymi chodził latami. Biegł po swojej szkole jak opętany. Hermiona. Musiał ją zabrać w bezpieczne miejsce, musiał do niej wrócić. Potknął się o ciało. Upadł na ciało. Znajome czarne włosy zarejestrowały się w jego umyśle. Pansy, ale teraz to nie miało żadnego znaczenia. Ona nie miała teraz znaczenia, a on nie był w stanie uratować ani jej, ani innych Ślizgonów.

Draco biegł dalej, przez sekretne przejścia i zniszczone gobeliny. Jego klatka piersiowa falowała, a nogi płonęły. Tam, dojrzał go. Gargulec, który strzegł gabinetu dyrektora, był na wpół przewrócony, Draco przeskoczył nad nim i wspiął się po schodach do kominka. Do Hermiony.

 

<><><><><><><><><><><><> 

 

Hermiona

 

Draco potknął się w salonie, gdy wyszedł przez Sieć Fiuu, wyglądając na wstrząśniętego. Jego włosy były pokryte popiołem i krwią. Jego szaty były podarte, a krew płynęła mu po twarzy.

— On nie żyje. — Jego głos był ledwo słyszalny.

— Kto nie żyje, Draco? — Hermiona chwyciła go za ramiona i powstrzymała chęć potrząśnięcia nim.

— Potter.

Voldemort wygrał. Czarny Pan pokonał Chłopaka. Głos w jej głowie był radosny, gdy powiedział: Pomogłaś. Będzie taki dumny. Zostaniecie nagrodzeni, ty i Draco. Gdzieś w głębi umysłu Hermiona Granger chciała płakać za Harrym Potterem, ale żadne łzy nie nadeszły.

— Musimy cię stąd zabrać. Musimy uciekać, proszę, Hermiono. Opowiem ci wszystko później, możesz nawet zobaczyć to w cholernej Myślodsiewni, ale musimy uciekać! — Draco położył dłonie na jej twarzy i spojrzał głęboko w jej brązowe oczy swoimi szarymi. Był całkowicie sobą, gdy ją całował. Miękko, ale natarczywie, jakby próbował jej powiedzieć coś ważnego, ale nie mógł znaleźć słów. — Proszę, posłuchaj mnie. Czarny Pan wygrał i nie jest tu dla ciebie bezpiecznie. W głębi duszy o tym wiesz, jestem o tym przekonany. Musimy…

Sieć Fiuu za jego plecami rozbłysła na zielono i Draco popchnął ją za siebie, odwracając się twarzą do przybysza.

Sectumsempra.

Nastąpił kolejny błysk, tym razem czerwony, i rozlała się krew.

 

<><><><><><><><><><><><> 

 

Podniosła wzrok na napastnika jej Partnera. Harry stał przed nią z bezwładną różdżką w dłoni.

— Co ty zrobiłeś? — wyszeptała.

— Hermiono, przybyliśmy cię uratować, wygraliśmy, to koniec. Musimy już iść. Pozostali przeszli przez różne kominki, niedługo tu będą.

Zrobił krok do przodu, jakby chciał wziąć ją za rękę i odciągnąć od Draco.

— Trzymaj się ode mnie z daleka. Nie dotykaj go, kurwa! Nie dotykaj go, Harry Potterze!

Chwyciła różdżkę Draco i skierowała ją w stronę Harry’ego, jej ręka lekko drżała. Harry cofnął się, podnosząc ręce w geście poddania, gdy patrzył, jak jego najlepsza przyjaciółka najwyraźniej opłakuje swojego wroga z dzieciństwa.

Hermiona nie modliła się. Wiedziała, że niektóre czarownice i czarodzieje modlili się do Kirke, a niektórzy mugole do różnych bogów, ale nie znała żadnych modlitw. Żałowała, że nie znała ani jednej, gdy trzymała Draco blisko siebie, głaszcząc go po włosach.

 

<><><><><><><><><><><><> 

 

Draco 

 

Sectumsempra.

Ciemnowłosy czarodziej machnął różdżką. Draco poczuł, jak klątwa bierze górę. Uderzył go ostry ból. Sapnął, zataczając się do tyłu. Złapał się za klatkę piersiową, próbując zatamować krwotok.

Był trzymany. Zapach lilii i słonej wody działał kojąco, więc przełknął pachnące powietrze.

Krzyczała na kogoś, wrzeszczała, przyciskając go do siebie. „Nie dotykaj go, Harry Potterze!” Potter? Oczywiście, znów znalazł sposób na przeżycie zabójczej klątwy.

— Draco? Już dobrze. Jestem tutaj, wszystko będzie dobrze. Znajdziemy Snape’a, on zna przeciwzaklęcie. Po prostu oddychaj, jestem tutaj.

Wiedział lepiej. Severus nie żył. Pomoc nie nadejdzie, musiała uciekać.

— Musisz uciekać, kochanie. Jest dobrze. Severus mi pomoże. Wkrótce tu będzie. Musisz uciekać. Znajdę cię. Obiecuję. Bez względu na to, co się stanie, znajdę cię.

Słony zapach w powietrzu nasilił się i zobaczył, że płacze i kręci głową. Uniósł dłoń do jej twarzy i otarł łzę.

— Hermiono, czy mogę to teraz powiedzieć?

— Nie, nigdy.

Jej głos był miękki i kojący. Spłynęła kolejna łza i w tym momencie zdał sobie sprawę, że Hermiona Granger nigdy nie pachniała morzem. Zawsze pachniała łzami.

_____________

Witajcie :) wreszcie pojawiam się z tym rozdziałem. Nie wiem jaka była Wasza reakcja, ale mnie końcówka totalnie rozbiła, a zwłaszcza ostatnie zdanie. Ta scena jest piękna i mega smutna zarazem. A jak wrażenia po rozdziale? Dajcie znać.

Epilog tej historii pojawi się na dniach. Właśnie siadam do jego tłumaczenia, także myślę, że opublikuję go w piątek. A później powrót do „Dziesięć na dziesięć” i „Apartamentu 9 i 3/4”. Także pracowity maj przede mną.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłej końcówki tygodnia! Enjoy!