Rozdział 21: To, co było

sobota, 31 marca 2018

Siedzimy w ciszy przy stole śniadaniowym. Stworek nuci radośnie, stawiając przed nami jedzenie. Ron mrużąc oczy, przenosi wzrok między Draco i panią Malfoy. Mięśnie Draco napinają się na plecach, gdy siedzi prosto, jak gdyby nic się nie działo. Jego matka rzuca zdradzieckie spojrzenia na swego syna i obrzuca pełnymi nienawiści resztę grupy.
Pan Lovegood gapi się dziwnie na skromny żyrandol wiszący nad stołem, przechylając głowę w bok i mamrocząc coś pod nosem. Luna uśmiecha się do wszystkich, zerkając swoim przenikliwym spojrzeniem. Jedynie Harry wygląda na spokojnego. Oczyszczam gardło.
— Więc, wielu z was może być zdezorientowanych obecnymi wydarzeniami — zaczynam, a pani Malfoy prycha pod nosem, jednak nikt nie reaguje, ponieważ są wpatrzeni we mnie. — To dość długa, skomplikowana opowieść, ale zrobię wszystko co w mojej mocy, aby odpowiedzieć na wszelkie pytania z waszej strony.
Jak na komendę wszyscy przytakują.
Mówię im wszystko. Nie pomijam długiej i bolesnej wojny, którą ostatecznie przegraliśmy. Wspominam zaklęcie, które przekazał mi portret Dumbledore’a tuż po ostatniej bitwie, ale nie koncentruję się na szczegółach. Pani Malfoy patrzy na Draco, gdy mówię, że wszedł do gabinetu podczas rzucania zaklęcia i wszystko pamięta. Blondyn nie chcąc skurczyć się pod jej spojrzeniem, siada wyżej.
Kiedy wyjaśniam, że zaklęcie niesie za sobą konsekwencje, Harry ściska moją dłoń, wiedząc, iż muszę powiedzieć, że moją ceną za życie w naszym świecie, była śmierć moich rodziców. Wszyscy są osłupieni i nawet pani Malfoy patrzy na mnie z politowaniem.
— Zostałam porwana przez Voldemorta — mówię — i uwięziona.
Zerkam na Draco, wiedząc, że nie mogę powiedzieć nic więcej.
— Uwięziono ją w Dworze Malfoyów — wyjaśnia chłopak.
— Ty draniu — rzuca Ron w jego kierunku.
— Ron — ostrzegam, a oczy Draco zwężają się, gdy patrzy na rudzielca.
— Codziennie była torturowana, czasem za bardzo przez Bellatrix — kontynuuje Draco, patrząc spokojnie na Rona, który wygląda tak, jakby był gotowy rzucić zaklęcia lub ciosy, ewentualnie wybrać to, co prostsze.
— Draco — skarżę się — akurat o tym nie musieli wiedzieć.
W odpowiedzi przewraca oczami.
— Czarny Pan także ją torturował i to właśnie wtedy coś mu zaproponowała — mówi dalej chłopak — śmierć Dumbledore’a.
Wszyscy z wyjątkiem Malfoyów i Luny wyglądają na zdradzonych. Harry patrzy na mnie z niedowierzaniem płonącym w jego oczach. Spuszczam wzrok na kolana, gdy na jego twarzy pojawia się ponury grymas.
— Przysięgła — mówi Draco trochę głośniej niż wcześniej — przysięgą wieczystą, że Dumbledore umrze przed końcem roku i że nie powie o tym nikomu, z wyjątkiem tych, którzy o tym już wiedzą.
— Wyjaśnij — żąda Harry ode mnie, niebezpiecznym tonem głosu. Nie podnoszę wzroku znad mych kolan.
— Z właściwej linii czasu wiedziałam, że Dumbledore był chory. Umarł na koniec szóstego roku, ale to nie choroba go zabrała. On… on poprosił Snape’a o zabicie go, odkąd zaczął słabnąć, a jego śmierć była okazją, aby Snape wykazał się lojalnością. Kiedy mnie porwano, wszedł Voldemort i… i… chciał dowiedzieć się, co zniszczył Dumbledore. Prawdopodobnie bredząc, powiedziałam mu, że Dumbledore umrze. Wziął to za propozycję. Wiedziałam, że tak czy inaczej umrze, więc złożyłam ślubowanie, aby mnie wypuścił.
— Dlaczego mi nie powiedział? — szepta Harry.
— Nie chciał, abyś ty lub ktokolwiek go opłakiwał za życia — odpowiadam cicho. — Chciał cieszyć się tymi ostatnimi dniami.
Harry przytakuje powoli, a ja sięgam po jego dłoń i ściskam mocno.
— Pracowaliśmy z Dumbledore’em, aby w tej czasoprzestrzeni było inaczej — mówię, odwracając się do grupy. — Draco mi pomagał, jesteśmy o wiele lepiej przygotowani niż wtedy. Wygramy to.
Pani Malfoy drwi i odwraca wzrok.
— Skąd pewność, że możemy mu zaufać? — pyta Ron, patrząc na Draco, którego oczy pałają taką samą nienawiścią.
— Ja mu ufam — odpowiadam. Ron zerka na mnie, ale gniew w jego oczach nie maleje, tylko miesza się z niedowierzaniem i zdradą.
— Prawdopodobnie sobie z tobą pogrywa — odpowiada szorstko Ron.
— Draco spędził rok, pomagając mi — wyjaśniam, nie chcąc się wycofać. Najlepiej wszystko załatwić od razu, nie przejmując się faktem, że jesteśmy zmęczeni i pogrążeni w żałobie. — Nie bylibyśmy w tak doskonałej pozycji, gdyby nie on.
— To z nim spędzałaś tyle czasu? — Obrzydzenie pojawia się na jego twarzy, a usta wykrzywiają w szyderstwie. Nie wycofam się.
— Tak.
— To, że się z nim bzykasz, nie oznacza, że można mu zaufać — oświadcza Ron. — Powiedziałbym, że to stwarza jeszcze więcej powodów, aby tego nie robić.
Pani Malfoy otwiera szeroko oczy i patrzy na mnie z przerażeniem.
— To dlatego nas tu sprowadziłeś? — żąda. — Dla twojej szlamy?
Draco rumieni się, ale wygląda na rozzłoszczonego. Moje brwi niemal dotykają linii włosów.
— Ronaldzie Biliusie Weasley — krzyczę nagle, ignorując pytające spojrzenia. — Jak śmiesz. Nie bzykam się z nikim, w przeciwieństwie do niektórych ludzi. — Ron czerwieni się pod moim spojrzeniem. — Draco pamięta wojnę i właśnie dlatego zmienił stronę, było okropnie i być może tego nie zrozumiesz, ale nie będę tolerowała twojego dziecinnego zachowania. Toczymy wojnę i jeśli nie potrafisz odłożyć na bok przeszłości, nie możesz tu zostać. Nie możemy sobie pozwolić na walkę między sobą.
Ron warczy, szukając wsparcia u Harry’ego, jednak ten nie odwraca wzroku, tylko potrząsa głową ze smutkiem. Oczy Rona zwężają się jeszcze bardziej.
— Możesz po prostu porzucić przyjaciół, Łasico — zachęca go Draco.
— Nigdy bym tego nie zrobił — krzyczy Gryfon.
— A jednak kiedyś miało to miejsce — odpowiada spokojnie Draco, powodując, że Ron oddycha coraz ciężej.
— Ron — mówię cicho. — Myślę, że wszyscy potrzebujemy czasu na przeanalizowanie nowych informacji. Zjedzmy śniadanie i pozwólmy, żeby opadły emocje.
Weasley chwyta swój talerz i wstaje.
— Nie jem z nimi — syczy i odchodzi.
Pani Malfoy podnosi się po tym, jak niknie z pola widzenia.
— Myślę, że będzie lepiej jeśli zjem śniadanie w swoim pokoju — mówi chłodno. — Draco? — Chłopak jedynie kręci głową, co kobieta komentuje prychnięciem. — Stworku, przynieś mi jedzenie — nakazuje. Skrzat spogląda na Harry’ego, który powoli przytakuje i skrzat znika razem z kobietą.
— Co to miało być? — szeptam do Draco, który wzdycha ciężko.
— Polityka czystej krwi w najlepszym wydaniu — mówi ze znużeniem, wreszcie siadając na siedzenie. — Ona nie chce łamać się chlebem z tym towarzystwem, a jedzenie z wrogiem jest aktem sojuszu lub przynajmniej zgodą, by nie działać przeciwko drugiemu.
Przytakuję.
— To poszło całkiem nieźle — mówi Luna rozmarzonym głosem, a Harry lekko się uśmiecha. — Jeden z lepszych możliwych wyników — dodaje.
Co miała na myśli? Zapytam ją o to na osobności.
W ciszy jemy śniadanie. Ten poranek jest zdecydowanie za długi.

~*~*~*~*~*~

Po południu samotnie wędruję korytarzami. Zdaje się, że pani Malfoy rozmawia z obrazem pani Black.
— Zabił jej syna — szeptam, a pani Malfoy obraca się w moim kierunku.
— Przepraszam? — odpowiada zimno.
— PLUGAWA SZLAMA! — krzyczy obraz, a Narcyza przewraca oczami, wymawia zaklęcie, którego nie da się usłyszeć przez ten wrzask, po czym wszystko cichnie.
— Odpocznij. — Patrzy na obraz wzrokiem nie znoszącym sprzeciwu.
— Voldemort — mówię, a kobieta odwraca się do mnie. — Voldemort zabił jej syna.
— Syriusz praktycznie nie był jej synem, gdy nadszedł jego koniec — odpowiada, a ja kręcę głową ze smutkiem.
— Regulus, jej młodszy syn. Voldemort też go zabił. — Kobieta nie odpowiada. — Zmienił zdanie, uświadomił sobie, że ból i śmierć nie były tym, czego chciał w swoim życiu lub dla tego świata, a kiedy jego pan to odkrył, pozbawił go życia.
Obrzuca mnie chłodnym, wyrachowanym spojrzeniem, układając wargi w wąską kreskę.
— Myślisz, że zawahałby się, zabijając twojego syna? — pytam.
Jej usta zaciskają się jeszcze bardziej, a brwi zwężają. Odchodzę. Na razie może o tym myśleć, a ja muszę się nauczyć tego przeklętego zaklęcia.

~*~*~*~*~*~

Harry, Draco, Lovegoodowie i ja jemy razem kolację. Ron i pani Malfoy nalegali, aby jeść w swoich pokojach.
— Myślisz, że zdecyduje się odejść? — pytam Harry’ego niskim głosem. Draco spogląda na nas groźnie zza stołu, a Harry wzrusza ramionami.
— Jest 82% szans, że zostanie — odpowiada Luna między kęsami.
— Słucham?
— Chociaż spadną do 37,2% jeśli Draco do niego pójdzie i „porozmawia” z nim o tobie.
— Że co?
Patrzę na Draco, który zabija wzrokiem blondynkę.
— Chce, żeby Ron zrozumiał, że nie może do ciebie mówić w ten sposób i to nie jest jego sprawa co robisz i kogo nie bzykasz — kontynuuje dziewczyna, jakby nic się nie stało.
Moja twarz przybiera purpurowy odcień, a Draco bardziej zielony.
— Mógłbyś? — szeptam.
— 64% szansy, że się na to zdecyduje, ponieważ warto — dodaje Luna. — Właściwie — dotyka krawędzią widelca dolnej wargi — teraz już 97,1%, bo ma świadomość, że jest bardziej prawdopodobne, iż Ron odejdzie. Przepraszam za to. — Uśmiecha się i bierze kolejny kawałek ziemniaka. Pan Lovegood odwraca wzrok, bo kilka słonych łez spływa po jego twarzy. Luna spogląda pytająco na ojca, a potem na swój posiłek, nieco bardziej przytłumiona.
— Skąd to wszystko wiesz, Luno? — pyta Harry, a dziewczyna uśmiecha się wesoło.
— Widzę to — odpowiada, co Harry komentuje roztargnionym skinieniem głowy, chociaż tak naprawdę nic nie rozumie.
— Obawiam się, że muszę wracać do pokoju — mówi nagle pan Lovegood, wstając. — Nargle próbują przejąć nade mną kontrolę, sami widzicie.
Po czym kiwa głową i odchodzi, nie oglądając się za sobą.
— Co masz na myśli, mówiąc „widzę” — Zwracam uwagę na tę sprawę. Luna chichocze.
— Moimi oczami.
Ostatkiem sił tłumię westchnienie pełne irytacji.
— Co widzisz? — naciskam.
Przesuwa głowę w bok, a potem wzrusza ramionami.
— Wszystko — odpowiada.
— Wszystko?
— Tak. — Uśmiecha się szeroko.
— Ja… nie rozumiem.
— Co jest… co może być… jak prawdopodobne… wszystko. — Znów wzrusza ramionami.
— Jak… jasnowidz? — pyta Harry. — Proroctwa?
Twarz chłopaka jest blada jak ściana, a Luna wykonuje niezobowiązujący ruch głową.
— Jasnowidz nie pamięta proroctw — przypominam.
— Jasnowidz widzi proroctwa i protokoły — mówi Luna. — To dość rzadkie, ale tak.
— Jesteś jasnowidzem? — Draco wstrzymuje oddech. Luna wzrusza ramionami, ale kiwa głową. — Sądziłem, że to legenda, ponieważ od ośmiuset lat nie odnotowano żadnego przypadku i żaden z nich nie został zidentyfikowany.
Może nie było także Insygniów Śmierci, myślę.
— Myślę, że słowo „jasnowidz” jest zbyt wyszukane — mówi Luna, przewracając oczami. — Mama też tak mówiła.
— Twoja mama była jasnowidzem? — pyta Draco z oczywistym niedowierzaniem.
— Właśnie tak — Luna rozpromienia się. — Tęsknię za nią.
— Pozwól mi to rozpracować — mówi Harry. — Widzisz przyszłość.
— Niezupełnie — poprawiam. — Książki, w których o tym czytałam, mówią, że widzą możliwą przyszłość, ponieważ to, co nie zostało zamienione w kamień jest tylko prawdopodobieństwem każdego wydarzenia.
Luna kiwa głową.
— Czy możesz nam powiedzieć, czy wygramy? — Harry szepta z niepokojem.
Jej uśmiech gaśnie, gdy lekko potrząsa głową.
— Jeszcze daleko do tego — mamrocze. — Tak wiele może się zmienić między teraz a potem. Nie mogę nic więcej powiedzieć, poza tym, że musimy się przygotować, aby być gotowym na to, co będzie miało miejsce przez następne dwa tygodnie.
— Dwa tygodnie? — jęczy Draco. — Widzisz dwa tygodnie bez medytacji. Jak wielką moc posiadasz? — Jego oczy omiatają młodą czarownicę, która wzrusza ramionami.
— Mogę cię o coś zapytać? —pytam nerwowo, ale można wyczuć mój sceptycyzm. Luna zgadza się. — Czy możesz dzisiaj wieczorem spisać możliwe warianty mojej przyszłości wraz z prawdopodobieństwem i schować do koperty? Chciałabym je jutro przeczytać.
Odpowiada wszechwiedzącym uśmiechem.
— Jasne.
Tak czy inaczej, będę wiedziała rano. Chociaż mam wrażenie, że dzisiaj wieczorem będę musiała porozmawiać z Draco.

 ________

Witajcie :) w ten przedświąteczny wieczór publikuję kolejny rozdział tłumaczenia. Szczerze mówiąc, sama jestem zaskoczona tym, co miało tutaj miejsce. Autorka bardzo fajnie kreuje Lunę i mogę Wam zdradzić, że dalej będzie jeszcze lepiej. Piszcie, co sądzicie.
U mnie w domu istny szał, ale tak jest w każde święta, więc w sumie powinnam się przyzwyczaić. Na szczęście ominęły mnie świąteczne porządki, ponieważ dopiero wczoraj przyjechałam do domu. A jak tam u Was? Dajecie radę?
Korzystając z okazji, chciałabym złożyć serdeczne życzenia świąteczne. Zdrowych, wesołych i rodzinnych świąt Wielkanocnych, a także mokrego dyngusa! Spędzajcie czas z najbliższymi i cieszcie się chwilą! 
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Enjoy!

Rozdział 20: Śmierć Dumbledore’a

niedziela, 11 marca 2018
To już dziś, myślę, gdy stoję przed kamiennym gargulcem w poniedziałkowy wieczór. Harry znajduje się po mojej prawej stronie, a Draco po lewej. Ron został, aby zabrać nasze kufry i upewnić się, że wszyscy są bezpieczni.
Draco chwyta nie za rękę i patrzę na jego szare oczy. Powoli zwalniam oddech i zerkam na strażnika.
— Cytrynowe dropsy — mówię.
Posąg odsłania kamienne schody. Harry wchodzi pierwszy do gabinetu dyrektora. Na biurku leżą trzy ciemne, drewniane pudełka.
— Dobry wieczór — wita się Dumbledore. — Wszystko idzie zgodnie z planem. Snape przybędzie później z kilkoma zwolennikami, którzy chcą uratować horkruksy. Do tego czasu, pan Malfoy i jego matka będą ukryci w domu. Czy macie trzy fiolki, panie Potter?
Harry kładzie je na biurku. Każda zawiera gęstą, przejrzystą ciecz, przesyconą zielenią.
— Mamy godzinę, zanim zaczniemy. Cytrynowego dropsa?
Kręcimy głowami.
— Panie Potter, możemy zamienić słówko? — pyta mężczyzna, zapraszając chłopaka na kanapę w kącie.
— Jak myślisz, co to ma oznaczać? — pyta mnie Draco.
— Pożegnanie — szeptam.
Siedzimy przez chwilę w niekomfortowej ciszy, dopóki nie dołącza do nas Harry.
— Malfoy, twoja kolej — mówi niedbale Harry, chociaż jego mina zdradza napięcie, którego wcześniej nie było.
Draco wydaje się być zszokowany, ale mimo wszystko wstaje i podchodzi do dyrektora. Wybraniec ściska moją dłoń, gdy siedzimy obok siebie.
— Hermiono — mamrocze Draco, gdy wraca. Zmieniam go obok staruszka.
— Panno… Czy masz coś przeciwko, żebym mówił do ciebie Hermiono? — pyta, a ja potrząsam głową, nie mogąc wykrztusić słowa. Uśmiecha się do mnie. — Hermiono, tak mi przykro z powodu tego, że urodziłaś się, aby uratować czarodziejski świat, który nie zawsze był dla ciebie dobry. I za wyzwania, które jeszcze przed tobą. Chciałbym móc cię odciążyć, ale tak jak Harry, nie mogę cię ochronić przed wszystkim. Dziękuję, że dałaś nadzieję staremu czarodziejowi. Dziękuję za wszystko, co zrobiłaś. Mamy u ciebie dług.
— Profesorze — mówię cicho, starając się nie płakać.
— Dbaj o siebie — szepta, podając mi rękę, gdy wstaje.
— Dziękuję za wszystko profesorze, za wszystko — odpowiadam, przyjmując ją. Prowadzi mnie z powrotem do biurka i siadam między chłopakami.
— Myślę, że będziemy potrzebowali trochę szczęścia — oświadcza Dumbledore, podając nam fiolki ze złotym płynem. Wypijamy Felix Felicis.
Zegar wybija 22:15.
Dumbledore wywija różdżką skomplikowany wzór, mamrocząc zaklęcie, którego nie rozpoznaję. Na biurku pojawia się mgliste kółko, a w jego granicach korytarz dworu. Widok przesuwa się do przodu, a następnie skręca za róg. Biała dłoń z długimi palcami zwija się w pięść i puka do drzwi.
— Wejść — oświadcza przeszywający głos Narcyzy Malfoy. Przechodzimy przez otwarte drzwi, a w lustrze dostrzegamy odbicie Snape’a.
— Widzimy przez jego oczy? — pytam Dumbledore’a, a on przytakuje.
— Severusie. — Narcyza wita go pocałunkiem w policzek. — Myślałam, że będziesz się przygotowywał z innymi.
— Jestem gotowy, za dwadzieścia pięć minut wyruszamy do Hogwartu — oświadcza Snape.
— Upewnij się, że Draco będzie bezpieczny — prosi.
— Właśnie dlatego tu jestem.
— Coś nie tak?
— Draco cię potrzebuje.
— Nie wolno mi wyjechać, wiesz o tym. — Narcyza patrzy, marszcząc brwi, a Snape delikatnie dotyka jej ramienia.
— Mogę cię do niego zabrać — mówi cicho.
— Severusie — jęczy kobieta, a jej głos waha się między naganą a błaganiem.
— Draco cię potrzebował i tak jest także teraz. Będzie w wielkim niebezpieczeństwie, jeśli nie pójdziesz ze mną właśnie w tym momencie — odpowiada Snape niemal rozkazująco.
— Ale Czarny Pan…
— Lub twój syn? Co wybierasz?
Oczy Narcyzy zwężają się.
— Jak śmiesz o to pytać? — pęka. — Zabierz mnie do niego.
Po jej słowach w wyniku jednego machnięcia różdżki ubrania i potrzebne rzeczy wlatują do małej torby. Snape zamyka ją i wraz z kobietą wchodzi do kominka.
— Hogwart, gabinet dyrektora — woła Snape w płomieniach. Na twarzy kobiety pojawia się szok, zanim znikają w zieleni.

~*~*~*~*~*~

Kiedy pani Malfoy pojawia się w gabinecie, Dumbledore szybko do niej doskakuje, łapiąc zanim upadnie. Usadza ją na krześle, asekurując. Wręczając Draco torbę i różdżkę matki, mówi:
— Najlepiej będzie, jeśli potrzymasz to przez chwilę.
— Draco, co tu się dzieje? — skrzeczy pani Malfoy.
— Ratuję cię — odpowiada surowo Draco, ale uśmiecha się ironicznie do aktualnej sytuacji.
— Harry. — Dumbledore odciąga go na bok. Czarna różdżka leży na jego otwartych dłoniach. — Harry Jamesie Potterze, ja Albus Percival Wulfric Brian Dumbledore, przekazuję ci tę różdżkę z własnej woli, abyś mógł być jej panem. — Mężczyzna wskazuje na różdżkę i Harry ją bierze. Kłębiąca się w niej magia opada na pomieszczenie, sprawiając, że włosy jeżą się na karku.
— Co ty zrobiłeś? — szepta pani Malfoy. Dumbledore spogląda na zegar.
22:45
— Już czas — mówi, a Harry, Draco i ja bierzemy po buteleczce jadu bazyliszka.
— Draco, musimy uciekać w tej chwili — rozkazuje pani Malfoy.
— Nie, matko — odpowiada.
— Musimy wrócić — błaga kobieta. Draco otwiera pudełko przed sobą. Medalion Slytherina leży na czarnym aksamicie. Odkorkowuje fiolkę i wlewa całą zawartość na medalion. Wrzask wymieszany ze spalaniem się medalionu, przeszywa powietrze w gabinecie. Draco spogląda na przerażoną twarz swojej matki, robiąc upartą minę.
— Teraz nie możemy wrócić — mówi po prostu. Kobieta odczytuje adres z pergaminu, który jej pokazuje.
— Stworku — woła Harry. Skrzat pojawia się z trzaskiem, uśmiechając się.
— Tak, panie? — pyta radośnie.
— Zabierz do domu Draco i panią Malfoy, proszę. Ukryj ich w bezpiecznym miejscu i nie pozwól pani Malfoy wyjść z domu — rozkazuje Wybraniec.
— Tak, panie — odpowiada Stworek, kłaniając się nisko. Bierze za ręce panią Malfoy i Draco, po czym cała trójka znika.
— Panno Granger — mówi Dumbledore.
Otwieram pudełko leżące po lewej stronie biurka. Lakierowane drewno jest miękkie w dotyku. Koniuszki moich palców wyczuwają magię bijącą od niego. Pudełko otwiera się ze zbyt dużą swobodą. Na czarnym, aksamitnym materiale leży Diadem Ravenclawu. Kusi mnie, aby go dotknąć, ale ustawiam swoją tarczę i otwieram fiolkę.
— On cię nigdy nie pokocha — syczy diadem. — Nikt nigdy cię nie pokocha. Będą cię wykorzystywać, dopóki nie dostaną tego, czego chcą, a potem odtrącą cię, jak szlamowatą dziw…. Ahhhh — Wyszeptane słowa zamieniają się w pisk, gdy oblewam horkruksa trucizną. Robię krok w tył, patrząc na dyrektora.
Dumbledore uśmiecha się i spogląda na zegar.
23:00
— Dumbledore, już są — oświadcza jeden z mężczyzn na obrazie.
— Harry. — Dyrektor wskazuje ostatnią skrzynkę. Wybraniec otwiera ją, aby zobaczyć Puchar Hufflepuffu. Ściska mocno fiolkę, wpatrując się w głębię pudełka.
— Dla Syriusza — szepta Harry i oblewa trucizną puchar. Ten sam nieludzki krzyk przelatuje przez pomieszczenie, po czym następuje niesamowita cisza. Pod nami słychać kroki, a Dumbledore posyła mi ostatnie spojrzenie. Jeden ruch jego dłoni sprawia, że ja i Harry znajdujemy się w kącie. Na dodatek okrywa nas peleryną niewidką.
— Wybaczcie mi — mamrocze mężczyzna. Siada za biurkiem, gdy otwierają się drzwi.
Pierwszy wchodzi Snape, za nim Bellatrix Lestrage, Rodolphus Lestrage, Alecto i Amycus Carrow i Fenrir Greyback. Bellatrix paraduje do Dumbledore’a, który nie zmienia swojego położenia.
— Gdzie jest szlama, staruchu? — pyta emanując pewnością siebie, siadając na biurku.
— Panna Granger odeszła, przepraszam, że muszę cię o tym poinformować — odpowiada spokojnie dyrektor. — Radziłbym, abyście w tej chwili opuścili zamek.
— Ty… — Bella odsuwa się, aby wymierzyć w niego różdżką, lecz w porę uniemożliwia jej to Snape.
— Co ci mówiłem? — warczy Severus. — Nie możesz używać magii, dopóki są tu rzucone zaklęcia osłaniające. Chyba że chciałabyś być tu zamknięta do momentu, aż zjawią się aurorzy.
— Stary głupiec powinien być nauczony co najmniej dwóch rzeczy. — Kobieta przewraca oczami i odwraca się.
— Och, Bellatrix, byłaś taką wielką czarownicą, z wielkimi możliwościami zanim zamieniłaś się w żądną władzy czarownicę półkrwi — mówi Dumbledore.
— Jak śmiesz — wścieka się Bella, gdy Snape po raz kolejny uniemożliwia jej jakikolwiek ruch.
— Już skontaktowałem się z władzami, zaraz tu będą, więc zapewne już nadszedł czas, aby się z tym pogodzić — ogłasza dyrektor.
— Niech przyjdą — syczy z radości Bellatrix.
— Musimy iść — prosi Amycuc Carrow, niespokojnie rozglądając się po pokoju.
— Severusie — szepta Dumbledore. — Proszę…
Avada Kedavra — mówi cicho Snape, a śmiercionośny zielony promień uderza w dyrektora szkoły. Harry wciąż jest blisko mnie, ale czuję, że magia zanika. Chwytam za różdżkę i rzucam na niego zaklęcie niewidzialności.
— Chodźmy — warczy Snape na radosnych śmierciożerców z chichoczącą Bellatrix w roli głównej. Czekam, aż ich kroki całkowicie ucichną, po czym zrzucam pelerynę niewidkę.
— Uciekli? — pytam portrety.
— Właśnie przekraczają granice — odpowiada ten sam dyrektor, co poprzednio. — Jeden zniknął, Severus nie będzie w stanie dłużej otwierać bramy.
— Dziękuję — mówię, zanim odwracam się do Harry’ego i anuluję zaklęcia. Stoi tam przez chwilę, zanim opada na ziemię.
— Odszedł — szepta, szeroko otwierając oczy. Patrzy na martwego dyrektora, a potem na mnie. — Dumbledore nie żyje.
Pędzę w kierunku przyjaciela i otaczam go ramionami.
— Wiem, przepraszam — powtarzam w kółko, gdy oddech Harry’ego zamienia się w szloch.
Zostajemy tam przez jakiś czas, płacząc i przytulając się, opłakując śmierć wielkiego człowieka. Gdy zegar wybija, spoglądam w górę.
23:30
— Musimy iść — mówię cicho.
— Hermiono? — Powoli ciągnę go za ramię.
— No chodź.
Pozwala mi zaprowadzić się na korytarz na siódmym piętrze. Na zewnątrz stoi Ron i Luna z naszymi kuframi. Luna podbiega do nas i mocno obejmuje Harry’ego, a ja podchodzę do Rona.
— Hermiono? — pyta, a ja w odpowiedzi potrząsam głową.
— Musimy iść — oświadczam, stając przy ścianie. Pojawiają się drzwi. Przechodzimy przez nie i otwieramy obraz, wiszący na końcu. Czaruję kufry, aby przemieszczały się za nami, po czym pomagam Ronowi, Lunie i Harry’emu.
— Do zobaczenia — szeptam i niknę w ciemności.

~*~*~*~*~*~

Po czterdziestu pięciu minutach wędrówki, jestem strasznie zmęczona, ale mam pewność, że opuściliśmy Hogwart. Ustawiam kufry i grupa zatrzymuje się. Przez całą drogę nic nie mówiliśmy.
— Stworku — szepta Harry.
Momentalnie pojawia się skrzat, wpatrując się w swego pana.
— Zabierz nas do domu — mówi, a stworzenie przytakuje i zabierając nas na dwie tury, wreszcie jesteśmy w domu Blacków.
Draco wchodzi do pokoju, kierując się do mnie. Jego uścisk, przynosi mi wielką ulgę.
— Martwiłem się — szepta. — O północy mijał termin i bałem się, że przysięga… ale już jesteś.
— Odszedł — mamroczę.
— Wiem.
— Co do cholery on tutaj robi? — krzyczy Ron. Wysuwam się z uścisku Draco i staję między nim a różdżką rudzielca.
— Ron — warczy Harry. Weasley rozgląda się między mną, Harrym i Draco, nie opuszczając różdżki.
— Jaką figurą byłem ja, gdy na pierwszym roku graliśmy w szachy? — pyta mnie.
— Koniem — odpowiadam.
— Jaką była Hermiona? — pyta Ron Harry’ego.
— Wieżą — odpowiada Wybraniec. Ron obniża swoją różdżkę.
— Chcę uzyskać kilka cholernych odpowiedzi — oświadcza, a Harry wzdycha.
— I będziesz je miał — mówię. — Ale to długa historia, więc teraz chodźmy spać. Porozmawiamy jutro.
Ron niechętnie się zgadza. Stworek umieszcza nasze kufry w odpowiednich pokojach i szykujemy się do snu.

__________

Witajcie :) w ten niedzielny słoneczny dzień publikuję kolejny rozdział tłumaczenia. Zapewne jesteście zaskoczeni jego treścią. Cóż, autorka najwyraźniej chciała trochę podkręcić tempo akcji. Oczywiście jestem ciekawa Waszych reakcji, więc komentujcie, to naprawdę daje energii do dalszego tłumaczenia.
Teraz mam trochę zawirowań w życiu, więc ciężko powiedzieć cokolwiek o kolejnych publikacjach. Musicie po prostu uzbroić się w cierpliwość, o ile jeszcze ją macie, bo ostatnio często wystawiam Was na próbę.
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia! Enjoy!