[T] Dziesięć na dziesięć: Dzień dziewiąty

piątek, 31 stycznia 2025

 

Gdy Nilly się pojawiła, była wyraźnie zaniepokojona opuchniętą i zalaną łzami twarzą Hermiony, ale i tak przyniosła tomy, o które poprosiła czarownica.

Każda księga, w której wspomniano o tradycjach małżeńskich Malfoyów z biblioteki Dworu, była obecnie rozłożona na podłodze jej sypiali i tworzyła warstwę o grubości prawie stopy. Biografie znanych członków rodziny, pamiętniki młodych żon Malfoyów — wszystkie potwierdzały słowa Malfoya. Kiedy małżeństwa zawierano z powodów innych niż miłość, trwałość była cnotą; nierozerwalne więzy małżeńskie stanowiły kamień węgielny połączenia sojuszy i władzy Malfoyów na przestrzeni stuleci.

Choć, co ciekawe, nie były wymagalne aż do dwunastego wieku. Beznadziejny romantyk Tenerus Malfoy postanowił, że każdy mężczyzna godny nazwiska Malfoy powinien być tak całkowicie oddany swojej żonie, że będzie dzielił z nią swoją magię oraz swe życie. Więź rdzenia była wówczas nadal powszechna i nikt nie kwestionował rytuału, który zmuszał wszystkich przyszłych potomków do kontynuowania tradycji, niezależnie od zmieniających się norm.

Hermiona znalazła również wyjaśnienie potrzeby wspólnej przyjemności, aby skonsumować więź. To, co powiedział jej Malfoy, gdy wyjaśniał to jako sprawę dotyczącą czystej krwi, było w istocie prawdą, ale rdzeń więzi stanowił brakujący element. Ponieważ małżeństw Malfoyów nie można było zakończyć, Tenerus chciał się upewnić, że każda z żon zazna spełnienia w swoim życiu. Wiązanie magii jest uznane za niekompletne, dopóki nie nastąpi skonsumowanie dające obu małżonkom zachętę do pracy nad korzystnym dla obu stron związkiem. Chociaż zajęłoby to miesiące, jeśli odmówiliby lub nie skonsumowaliby małżeństwa prawidłowo, niekompletna więź zaczęłaby osłabiać ich magiczne rdzenie. Pozostawiona bez opieki, ostatecznie zabiłaby ich oboje.

Hermiona zamknęła książkę, którą czytała, a kula śnieżna na jej półce eksplodowała. Szybko naprawiła bibelot różdżką, a następnie podniosła go i rzuciła nim w ścianę najmocniej jak potrafiła.

Malfoy prawdopodobnie wyjaśniłby ostatnią część, gdyby dała mu szansę, ale z gniewem, który obecnie pulsował w jej żyłach, prawdopodobnie byłoby bezpieczniej dla nich obojga, gdyby tego nie robił. Nie chciała wiedzieć, co by się z nią stało, gdyby rzuciła urok na jego jaja.

Jeśli Ministerstwo nie było skłonne dać im wspólnej celi w Azkabanie, ich sytuacja właśnie zmieniła się z ruchania lub więzienia na ruchanie lub śmierć. Nigdy nie wytrzymaliby dwudziestoletniego wyroku z niekompletną więzią. A Hermionie zostało tylko pięć dni na podjęcie decyzji.

Dodała kolejną warstwę zaklęć wyciszających na swój pokój i krzyczała najgłośniej jak się dało.

Oczywiście, że zamierzała go przelecieć. Może była uparta, ale nigdy nie chciała wylądować w Azkabanie z tego powodu i na pewno nie pozwoli, żeby to ją zabiło.

Fakt, że podjęłaby tę samą decyzję, którą dla niej wybrał, sprawił, że miała ochotę spalić ten cholerny dom. Mówił tak, że zabrzmiało to szlachetnie, jakby ratował ją przed jej własnym mściwym ja. Ale mimo wszystko z wygody nie przyznał, że on za to beknie tak samo jak ona. To, czy naprawdę obchodziło go, że ona może trafić do Azkabanu, było zupełnie nieistotne. Zgoda na to małżeństwo również jego uratowała przed więzieniem.

Od samego początku trzymał wszystkie karty w garści, a ją w nieświadomości. Rdzeń więzi, wolna Nilly. Czy powiedziałby jej o potrzebie orgazmu, gdyby nie podsłuchała rozmowy? Czy po prostu założyłby, że dla boga seksu Slytherinu to nie będzie problem i postanowił zaryzykować?

— Arogancki, egoistyczny dupek! — krzyknęła, uderzając pięściami w jedną ze swoich poduszek.

Podniosła głowę, gdy nasunęła jej się kolejna myśl. Właściwie uwierzyła mu na słowo w sprawie Nilly. Nie miała pewności, że to prawda. Uwierzyła mu, bo chciała.

— Nilly.

Skrzatka pojawiła się po chwili, wyglądając na zaniepokojoną. Hermiona odgarnęła włosy z twarzy i poprawiła poduszki na łóżku.

— Eee, cześć — powiedziała niezręcznie.

— Witaj, panienko — odpowiedziała Nilly, nerwowo splatając palce na poszewce.

Dziś miała na sobie wzór z różowych kwiatów, ale Hermiona dostrzegła, że zrezygnowała z koronki.

— Podoba mi się twój… strój — wymamrotała Hermiona.

Nilly spojrzała w dół, szybko wygłaszając go dłońmi.

— Och, dziękuję, panienko.

— Mam coś, co mogłoby do niego pasować — powiedziała Hermiona, przechodząc przez pokój i wyciągając pudełko ze swojego biurka. — Chcesz zajrzeć?

Nie wiedziała, czy biżuteria kwalifikuje się jako ubranie.

Nilly ostrożnie podążała za nią, a jej oczy zrobiły się szerokie, gdy Hermiona podniosła pokrywę pudełka. Nie wydawała się jednak przestraszona, a Hermiona przeszukała kolekcję, chcąc znaleźć jaskrawą broszkę, należącą do jej babci.

— Może to? — zaproponowała, gdy ją znalazła.

Była zrobiona z plecionych złotych pasm owiniętych wokół skupiska dużych, różowych pereł, co przypominało ptasie jaja w gnieździe. Hermiona wskazała na broszkę, ale sama nie podała jej Nilly. Skrzatka wyciągnęła rękę i delikatnie przesunęła palcem po szpilce.

— Och, panienko — szepnęła. — Nilly nie może tego przyjąć.

— Okej — powiedziała szybko Hermiona, nie chcąc jej zdenerwować. — Nic się nie dzieje.

— Ale! — pisnęła skrzatka, gdy Hermiona chciała zamknąć wieko. — Nilly byłaby zaszczycona, mogąc ją założyć – tylko dzisiaj.

Hermiona uśmiechnęła się do niej promiennie.

— Brzmi idealnie.

Przyglądała się, jak skrzatka podnosi biżuterię i ostrożnie przypina ją do swojej piersi. Hermiona wiedziała, że nie może zapytać Nilly wprost o wolność — nigdy nie zaryzykowałaby kolejnego załamania, takiego jak to, które wywołała pierwszego dnia — ale jedna kwestia ją ciekawiła.

— Nilly — zaczęła łagodnie. — Czy czerwone wino, które podałaś do wołowiny Wellington, było dziełem skrzatów?

Nilly spojrzała przepraszająco.

— Ach, nie, panienko. Pan nie pija wina skrzatów, ale Nilly powiedziano, że ma przynieść najlepsze jakościowo wino czarodziejów. To pochodziło z winnic Zabinich w Toskanii, gdzie używa się rodzimych winogron Sangiovese, ale Nilly ma nadzieję, że panience smakowało, chociaż wino skrzatów byłoby najlepsze…

— Tak — przerwała jej Hermiona. — Było bardzo dobre. Dziękuję, że mi o tym powiedziałaś.

Czyli Malfoy naprawdę przez cały czas z nią pogrywał.

Skrzatka wyglądała na zachwyconą.

— Nilly może przynieść panience takie nawet teraz!

— Nie, nie, to nie jest…

Twarz Nilly posmutniała.

— A co mi tam — mruknęła Hermiona. Mogłaby się napić. — Właściwie byłoby cudownie, dziękuję.

Nilly zniknęła z pola widzenia, powracając chwilę później z nie jedną, a dwiema butelkami wina, które nie było przygotowane przez skrzaty. Hermiona starała się nie brać tej sugestii do siebie.

I byłoby to trochę kosztowne, gdyby to zrobiła, ponieważ kilka godzin później stukała różdżką o szyjkę drugiej butelki i patrzyła, jak korek wyskakuje na druga stronę pokoju.

Hermiona wciąż analizowała jeden aspekt podstawowej więzi, a jej gniew narastał z każdym przeczytanym wersem. Choć nie byli połączeni duszami — wymagało to woli obu stron — miały nastąpić pewne fizyczne i emocjonalne przejawy ich więzi. Hermiona przycisnęła dłoń do brzucha, przypominając sobie ból w jajnikach. Jej ciało spodziewało się teraz, że będzie nosić w brzuchu kolejnego dziedzica Malfoya. A ciało Malfoya chciało jej to ofiarować.

Wzięła długi łyk z butelki, czytając starą rozprawę Malfoya o tym, jak więź ta objawiała się u niego emocjonalnie; zaciekła opiekuńczość w stosunku do bezpieczeństwa żony i rodzaj zaborczej wściekłości na myśl o innym mężczyźnie, który mógłby jej dotknąć.

— Szowinistyczne świnie — warknęła całkowicie wściekła na myśl o tym, że Malfoy czuje, że ma jakiekolwiek prawa do jej ciała, nawet jeśli nie może go kontrolować.

A potem wpadła na naprawdę okropny pomysł.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

W przypadku większości złych pomysłów, dodanie do tego alkoholu rzadko pomaga. W tym przypadku wściekłość Hermiony mogła być wystarczająco silna, by dodać jej odwagi, której potrzebowała, aby zrealizować swój plan, jednak wino z pewnością wypełniło luki.

Mocno trzymała się poręczy schodów, schodząc na dół, chwiejąc się tylko nieznacznie w szpilkach, które wybrała na wieczorny występ. Z przyjemnością zobaczyła Malfoya w salonie; nie musiała go szukać.

Jego głowa podskoczyła natychmiast, gdy wyczuł jej obecność, i gdyby nie kusiło jej nadal, żeby go kurwa zabić, roześmiałaby się z jego wyrazu twarzy.

Jego twarz całkowicie zwiotczała z szoku, a ona patrzyła ze złośliwą satysfakcją, jak jego oczy przesuwały się po jej ciele. Sukienka, którą miała na sobie, była pozostałością po naprawdę mrocznych czasach tuż po wojnie. Kiedy jedyną rzeczą przynoszącą jej ulgę, była anonimowość słabo oświetlonego klubu i muzyka tak głośna, że nie mogła słyszeć wspomnień. Kiedy jedyną rzeczą, która sprawiała, że czuła się mniej odrętwiała, był dotyk nieznajomego na skórze. Była głęboko czerwona i tak obcisła, że wyglądała, jakby została namalowana. Głęboki, kwadratowy dekolt odsłaniał piersi, a rozcięcie na udzie sięgało niemal do kości biodrowej.

Schowała różdżkę do czarnej kopertówki, którą miała ze sobą, i ruszyła do drzwi wejściowych.

— Dokąd idziesz? — zapytał Malfoy, nagle podnosząc się na nogi.

Hermiona obejrzała się przez ramię i obdarzyła go mdłym, słodkim uśmiechem.

— Gdziekolwiek, kurwa, chcę.

Zrobił krok w jej stronę, ale ona już się obracała w miejscu.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Teleportacja będąc pijaną, była ostatnim okropnym pomysłem Hermiony i musiała zacisnąć oczy i oddychać głęboko przez kilka długich chwil po wylądowaniu w punkcie teleportacji. Ból rozchodził się po jej kończynach jak mrowienie, gdy jej magia walczyła, aby utrzymać jej ciało w całości. Pobieżnie sprawdziła je pod kątem drobnych rozczepień i nie znajdując niczego, poszła dalej.

Bar, który miała na myśli, znajdował się zaledwie dwie przecznice dalej, więc potrząsnęła lokami, gdy weszła przez drzwi. Jak na noc w dzień powszedni, było tam stosunkowo tłoczno, więc pozwoliła oczom przyzwyczaić się do słabego światła, zanim udała się na tył i wślizgnęła się do łazienki.

To była pojedyncza kabina, położyła kopertówkę na krawędzi umywalki, zanim pochyliła się do przodu, by spojrzeć w lustro. Była mile zaskoczona tym, jak wyszedł jej makijaż, biorąc pod uwagę stan upojenia, i obdarzyła swoje odbicie ponętnym uśmieszkiem, zanim wyciągnęła różdżkę.

Nie była do końca pewna, czy zaklęcie zadziała tak, jakby tego chciała; przed dzisiejszym wieczorem używała go tylko do odciągania dymu lub pary znad kotła podczas warzenia. Jednak jej próba wcześniej tego wieczoru poszła gładko.

Podniosła brodę i przyłożyła czubek różdżki do boku szyi, mniej więcej w połowie drogi między ramieniem a szczęką.

Wypowiedziała ciche zaklęcie i próbowała pozostać nieruchomo, gdy łaskoczące uczucie rozprzestrzeniło się na małym fragmencie jej skóry.

Ssanie z czubka jej różdżki było słabe i zajęło jej ponad minutę, aby wydobyć wystarczająco dużo krwi na powierzchnię, tak by powstał siniak. Jednak po dwóch minutach została z imponująco wyglądającą malinką.

Prosty czar mógłby ją łatwo usunąć, tak jak ten ćwiczony, który wykonała w swojej sypialni, ale pozwoliła, aby ten pozostał na noc.

Wyszła z łazienki i zamówiła drinka, powoli sącząc go przy barze przez następne kilka godzin. Uprzejmie odrzuciła zaloty kilku mężczyzn, którzy do niej podchodzili, ale ironią losu było, że pokazywała obrączkę ślubną, by ich zniechęcić. Po tym, co uznała za wystarczająco dużo czasu, by Malfoy odpowiednio się wkurzył, wezwała mugolską taksówkę.

Pomimo późnej pory, wszystkie światła były nadal zapalone, gdy weszła do domu. Nie zobaczyła go od razu, więc poszła do kuchni, nalała sobie szklankę wody, po czym wskoczyła na blat i zrzuciła obcasy.

Dźwięk butów stukających o kafelki musiał go uprzedzić o jej powrocie, ponieważ pojawił się minutę później.

— Gdzie byłaś? — zapytał od progu.

Wzięła łyk wody i skrzyżowała nogi, zanim odpowiedziała.

— Tu i tam — powiedziała, odgarniając włosy z ramienia.

W sekundę był po drugiej stronie kuchni.

— Co to, kurwa, jest? — zażądał, trzymając gorące palce na jej gardle.

— Co masz na myśli? — zapytała niewinnie, pozwalając mu przechylić swoją głowę w jego uścisku.

Jego oczy pociemniały z wściekłości, a ona patrzyła, jak bierze głęboki oddech, najwyraźniej próbując się powstrzymać.

— Kto ci to zrobił?

Hermiona roześmiała się.

— Nikt.

Dłonie Malfoya zamknęły się na jej ramionach i mocno ścisnęły.

— W co ty grasz, Granger? Jesteś moją żoną!

Westchnęła z udawanym współczuciem, przesuwając dłonie po jego piersi.

— Och, jak okropne musi być dla ciebie być mężem kogoś, komu nie możesz zaufać.

— Granger…

— Być związanym z kimś, kto działałby za twoimi plecami i miał tajemnice — ciągnęła. — To musi być okropne.

Mięsień w szczęce Malfoya drgnął, gdy mówiła, i rozłożyła nogi, ciągnąc go między swoje kolana za krawat. Nie widziała go w krawacie od czasu ich improwizowanego przyjęcia weselnego i zastanawiała się niejasno, czy widział się z rodzicami.

— Tak postanowiłaś się na mnie zemścić? — wrzasnął, zakrywając ślad na jej szyi dłonią, jakby nie mógł znieść tego widoku. — Zabawiając się z jakimś mugolem?

Owinęła nogi wokół jego talii, przyciskając go mocno do siebie.

— Kto powiedział, że to mugol?

Jego różdżka znalazła się w jego dłoni, zanim zdążyła mrugnąć, a kiedy poczuła, że jej czubek wbija się w jej brzuch, uśmiechnęła się szeroko. Jego knykcie były białe od rękojeści, ale żadna magia na nią nie działała.

Ich różdżki nie były w stanie rzucić zaklęcia antykoncepcyjnego.

— Co się stało? — zagruchała, przeczesując palcami jego włosy.

Jego różdżka uderzyła o blat.

— To nie jest gra, Granger! Jesteś moją żoną i to moje dzieci będziesz nosić w sobie!

Smutno pokręciła głową.

— Tylko ty mógłbyś uwierzyć, że to prawda.

— Co ty, kurwa, próbujesz udowodnić?

Pochyliła się do przodu, aż jej usta niemal muskały jego, gdy mówiła.

— Myślałeś, że mnie poślubisz, wpompujesz we mnie parę dzieci i będziemy żyli długo i szczęśliwie – wszystko na twoich warunkach. Nigdy nie wziąłeś pod uwagę, że zaufanie działa dwukierunkowo i możesz spędzić resztę życia, nigdy tak naprawdę nie wiedząc, gdzie jestem, ani co robię… ani z kim to robię.

Chwycił blat, a ona kontynuowała:

— Myślałeś, że jestem twoją kartą przetargową przed więzieniem. — Cmoknęła lekko, owijając ogon krawata wokół jego szyi i zaciskając go mocno. — Kotku, jestem twoją kulą u nogi.

Oddychał ciężko przy jej ustach, niemal dysząc ze złości, a gdy Hermiona patrzyła jak jego oczy przeskakują między jej oczami, szukając jej, poczuła, że jej brawura słabnie. Wyraziła swoje zdanie i powiedziała to, chciała, a teraz, gdy złość minęła, pozostał jej tylko ból.

Odepchnęła go i ześlizgnęła się z blatu, chwytając po drodze pełną szklankę.

Wychodząc z pomieszczenia, wylała wodę na tablicę i patrzyła, jak ich postępy skapują na podłogę.

Wtedy jej oczy rozszerzyły się z nagłego szoku. Wyciągnęła rękę, pusta szklanka roztrzaskała się o kafelki, ale było już za późno. Przez jej nieostrożność małe, kredowe serce jej matki również zniknęło.

_______________

Witajcie :) nadszedł weekend i pora na kolejny rozdział tłumaczenia. Cóż, troszkę się wszystko pokomplikowało, ale obiecuję, że to chwilowe. Czasem po prostu wystarczy szczera rozmowa, by oczyścić atmosferę, ale o tym w kolejnym rozdziale.

W weekend planuję dalsze tłumaczenie, także czekajcie cierpliwie.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego weekendu! Enjoy!

[T] Dziesięć na dziesięć: Dzień ósmy

niedziela, 26 stycznia 2025

 

Hermiona obudziła się wcześnie ósmego dnia. Spędziła kilka minut, wertując wieszaki w swojej szafie w poszukiwaniu swojej ulubionej, dopasowanej bluzki. Gdy już ją znalazła, poświęciła trochę czasu na nałożenie makijażu. Nie żeby miała ku temu powód; po prostu czuła, że to odpowiedni dzień na makijaż.

Chociaż zamknięte drzwi Malfoya nie były w żaden sposób wiarygodnym wskaźnikiem jego obecności w pokoju, i tak ominęła skrzypiącą deskę, na wypadek gdyby spał. Cicho zeszła po schodach, a jej usta rozciągnęły się w delikatnym uśmiechu, gdy spojrzała na tablicę, którą zaktualizowała poprzedniego wieczora przed pójściem spać.

 

4

 

Przez chwilę zastanawiała się, co zjeść na śniadanie, ale ostatecznie wybrała płatki śniadaniowe. Stała przy blacie, obierając banana, by później go pokroić, gdy usłyszała Malfoya na schodach. Przeszedł ją dreszcz podniecenia i rozpaczliwie próbowała to stłumić na kilka sekund przed jego pojawieniem się.

Jednak wszelkie próby spełzły na niczym, gdy go zobaczyła. Znów nie miał na sobie koszuli, bo najwyraźniej to było teraz czymś normalnym, i tym razem szare dresowe spodnie.

Hermiona starała się ze wszystkich sił, by uśmiechnąć się do niego swobodnie.

— Dzień dobry.

Odwzajemnił uśmiech, gdy się zbliżył i zerknęła w dół na owoc w swoich rękach, gdy przechodził za nią.

Tylko że tego nie zrobił. Zatrzymał się za nią i oparł dłonie na blacie, obejmując ją ramionami. Wciągnęła powietrze, gdy pochylił się do przodu, przyciskając się do jej pleców. Ciepło jego nagiej skóry ją otuliło i upuściła banana, gdy pchał dalej i dalej, aż granitowa krawędź wbiła się w jej biodra przez jego nacisk za nią. Jej oddech przyspieszył, gdy jego dłonie wsunęły się pod jej, gładząc jej brzuch.

— Dzień dobry, skarbie — wymamrotał do jej ucha.

— N-nie nazywaj mnie tak — wyszeptała, jej dłonie płasko przesuwały się po chłodnej powierzchni blatu.

Wydał z siebie mruczenie przepełnione rozczarowaniem, kiedy odgarnął włosy z jej szyi.

— To piąte, które odrzuciłaś — powiedział, dotykając ustami jej skóry. — Kończą mi się pomysły, jak się do ciebie zwracać.

— Zawsze jest moje imię — przypomniała mu.

— Hermiona? — wymruczał.

Jej powieki zatrzepotały.

— To drugie.

— Malfoy? To mogłoby być mylące.

— Godryku, jesteś…

Chciała powiedzieć wkurzający, ale to, co z siebie wydobyła, było raczej zduszonym westchnieniem, gdy jego palce złapały rąbek jej bluzki i wsunęły się pod nią. Rozpływała się w jego objęciach, kiedy jego dłonie przesuwały się po pasku jej dżinsów, pępku i wzdłuż dolnej części żeber.

— Bez obaw — powiedział, składając pocałunek tuż poniżej jej ucha — mam jeszcze kilka do wypróbowania.

A potem odszedł. Tak szybko, jak się pojawił, zostawił ją osuniętą na blacie z trzęsącymi się ramionami i szokująco wilgotnymi majtkami.

Jednak zanim wyszedł z kuchni, zatrzymał się przy tablicy, aby zaktualizować ich postępy. Kiedy patrzyła, jak zmienia „4” na „5”, nie mogła uwierzyć, jak dobrze im idzie.

To naprawdę powinno być dla niej pierwszym znakiem, że zaraz wszystko się rozpadnie.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Około dziesięć minut po zjedzeniu lunchu Hermiona znalazła lukę.

Była ukryta w przypisie: odwołaniu do innego przypisu, w którym nazwisko autora oryginalnego dzieła zostało źle wpisane. Jedna dodatkowa litera uniemożliwiła jej zaklęciom odsyłającym znalezienie tego, co powinni byli wiedzieć już kilka dni temu.

Hermiona spędziła następne kilka godzin, wnikliwie analizując każdy szczegół, badając każdy kąt, ustalając dokładnie, co należy zrobić. Pozwoliła, aby dobrze znana, jednostronna potrzeba zdobywania wiedzy całkowicie ją pochłonęła, blokując każdą mylącą emocję, która groziła wynurzeniem się w następstwie jej odkrycia.

Zdawała sobie sprawę, że Malfoy prawdopodobnie wyczuł, że coś jest nie tak. Minęło kilka dni, odkąd tak długo nie wychodziła z pokoju, i nie mogła się zmusić, żeby otworzyć drzwi, gdy zapukał, by zaprosić ją na kolację. Wiedziała, że nie usłyszy jej szurania z uwagi na wyciszenie pokoju, ale gdy tylko zauważy, że wyszła na ogród z tyłu domu, będzie to boleśnie oczywiste, że dotarła tam bez konieczności przechodzenia przez dom i zobaczenia go.

Ale nie mogła się tym przejmować. Potrzebowała przestrzeni do myślenia. Takiej, którą mogło zapewnić tylko ciepłe, nocne powietrze i bezchmurne niebo.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Palec u nogi w tenisówkach wyrył koleinę pod huśtawką, gdy siedziała tam, próbując zrozumieć to, co działo się w jej głowie. Chwyciła łańcuchy jak liny ratunkowe, kiedy wątpliwości groziły, że ją wciągną.

Myślała, że gdy znajdzie wyjście, skorzysta z niego bez względu na wszystko. Zrobiłaby wszystko, zapłaciłaby każdą cenę, aby mieć inną opcję niż ścieżka, którą podążała.

Ale to…

— Popchnąć cię?

Zerknęła w górę i zobaczyła Malfoya opartego o balustradę. Oświetlało go jasne światło ganku, rzucające cień na jego twarz. To był prawdopodobnie powód, dla którego powiedziała:

— Jasne.

Jej wzrok spoczął na ziemi przed nią, gdy przechodził przez podwórko, i nie spojrzała ponownie, dopóki jego dłonie nie przycisnęły się do jej pleców. Podniosła stopy i pozwoliła mu się popychać, a rytmiczne skrzypienie zlało się z symfonią cykad.

— Dlaczego nadal to masz? — zapytał Malfoy.

Założyła, że miał na myśli huśtawkę, a niechętny uśmiech wpełzł na jej usta na wspomnienie.

— Mój tata zbudował ją dla mnie, gdy byłam mała — powiedziała cicho. — Zanim dowiedzieliśmy się, na jak długo będę wyjeżdżać do szkoły. Starsza siostra Gemmy, Shannon, była moją najlepszą przyjaciółką, gdy dorastałam, i wciąż  przychodziła się bawić, gdy mnie nie było.

Hermiona przesunęła palcami po ogniwach, lekko pokrytych rdzą.

— Moim rodzicom było ciężko, że tak często byłam poza domem — ciągnęła. — Myślę, że mamie pomogło zwłaszcza to, że przychodziły do niej inne dzieci. Mieli politykę otwartych drzwi dla dzieci z sąsiedztwa, a potem, gdy pojawiła się Gemma, przyprowadziła za sobą całe nowe pokolenie.

Malfoy słuchał w milczeniu za nią, wciąż łapiąc jej pęd swoimi dłońmi i znów ją odpychając.

— Gdzie są twoi rodzice?

Hermiona przełknęła ślinę. Przy takim buszowaniu, jakie przeprowadził w domu, była zaskoczona, że wcześniej nie zadawał takich pytań.

— W Sydney — odpowiedziała. — W Australii.

— Co tam robią?

Mogła powiedzieć, że są dentystami, bo pracowali w takim samym zawodzie jak w Anglii, ale wiedziała, że nie tego dotyczyło pytanie.

— Są z dala ode mnie — wymamrotała. — Bezpieczni przed wojną.

Malfoy musiał ją popchnąć dziesięć razy, zanim znów się odezwał.

— Wojna już dawno się skończyła, Granger.

— Nie dla nich.

Mogła na tym poprzestać, a jego milczenie może sprawiłoby, że Malfoy da jej spokój, ale słowa unosiły się i wychodziły z jej gardła, jakby nieruchome, ciemne powietrze ich potrzebowało.

— Wiedziałam, że mnie nie zostawią — wyjaśniła. — I nie byliby bezpieczni, gdyby zostali. Więc wymazałam siebie z ich pamięci i stworzyłam dla nich nowe życie po drugiej stronie świata.

Hermiona spojrzała na dom, na migotanie ciem przed światłem na ganku.

— Przywrócenie siedemnastu lat wspomnień wymaga dużo czasu — kontynuowała. — Nie da się tego zrobić z dnia na dzień. Odzyskali większość mnie, ale…

Jej głos się załamał, a ona zacisnęła zęby, by powstrzymać pieczenie w oczach.

— Mój tata powiedział mi jakiś czas temu, że wciąż jestem dla niego jak sen. Dobry sen, ale… wciąż coś nierealnego dla nich. Kiedy tworzyłam ich nowe tożsamości, nie chciałam, żeby żałowali, że nie mieli dziecka, więc dałam im powody, dla których tego nie zrobili. Uzasadnienie. To był mój błąd…

Pokręciła głową z frustracji. Chciała być dokładna. Gdyby coś jej się stało, nie chciała, by byli samotni. Dopiero teraz, stojąc w obliczu perspektywy posiadania dzieci, mogła zrozumieć, jak monumentalna była to decyzja. Jak bardzo zmieniła ich w głębi duszy.

— Myślę, że realność w końcu powróci — powiedziała cicho, nie chcąc odstraszyć tej myśli. — I może oni też. Ale myślę, że na razie łatwiej będzie im zostać tam, gdzie są – kochając mnie z fizycznej odległości, która dorównuje emocjonalnej.

Hermiona nie zauważyła, że Malfoy przestał ją popychać, dopóki nie zatrzymała się ponownie na środku, a palec w jej tenisówkach znów znalazł się w błocie. Owinął palce wokół jej dłoni, gdzie wciąż trzymała łańcuchy, a jej broda zadrżała od jej chwiejnej determinacji.

Kiedy wyszedł zza huśtawki, by stanąć z nią twarzą w twarz, jej policzki były pokryte łzami.

Poczuła, jak jego kciuki wycierają je, muskając jej skórę, ale zaskakująca czułość jego ust przyćmiła wszystkie inne zmartwienia.

Jego palce przycisnęły się do jej karku, gdy uniósł jej twarz do swojej. A potem ona podniosła się, wstała z huśtawki i stanęła na palcach, szukając pocieszenia w jego pocałunku.

Dawał jej go chętnie — spotykając się z jej dotykiem, gdy smakowała i przyjmowała — a jego usta na jej ustach były jak sama noc: ciepłe, ciemne i pełne wszystkich rzeczy, które można powiedzieć tylko wtedy, gdy wydaje się, że nie ma nikogo, kto by je usłyszał.

Oddychała ciężko, wplatając palce w jego włosy, gdy raz po raz pochylała swoje usta ku jego. Mocno przywarł do niej, a gdy się odsunął, by na nią spojrzeć, nie miała dokąd uciec.

Słowa wypłynęły, gdy tylko zobaczyła jego twarz.

— Znalazłam wyjście.

Wydawało się, że minęło kilka sekund, zanim zarejestrował jej słowa, ale stopniowo jego wyraz twarzy zamglił się z konsternacji.

— Co?

Przełknęła ślinę, bardzo starając się nie skupiać na sposobie, w jaki jego oczy świeciły w świetle domu. Ponieważ czuła, że nie pocałował jej dlatego, ponieważ potrzebowała pocieszenia, ale dlatego, że potrzebowała, by to zrobił. Jakby chciał.

I nagle nie chciała, aby był z nią uwięziony.

— Znalazłam lukę — powiedziała. — Przepis służący do rozwiązania małżeństwa.

Wtedy jego ręce odsunęły się od jej twarzy.

— Cały cel prawa małżeńskiego polega na zwiększeniu magicznej płodności — wyjaśniła szybko — a najbardziej odrażające, traumatyczne zbrodnie mogą zaszkodzić magii ofiary, co najmniej tymczasowo, ale potencjalnie na stałe, osłabiając płodność. Wystarczająco poważne działanie może uzasadniać unieważnienie więzi małżeńskiej.

Malfoy nie ruszył się odkąd zaczęła mówić, ale jego oczy przebiegały po jej twarzy, jakby nie mógł nadążyć za słowami, które wypowiadała.

— Musiałbyś przyznać się do winy za napaść na tle seksualnym. Pierwszego stopnia.

Słowa te smakowały jak popiół na jej ustach. On zostałby skazany — minimalny wyrok to pięć lat zamiast dwudziestu i dodanie nowego pseudonimu do jego kartoteki. Gwałciciel.

Oboje dostaliby rok za krzywoprzysięstwo, jeśli zostaną przyłapani na kłamstwie, ale co więcej, Hermiona będzie musiała żyć z dożywotnim poczuciem winy za fałszywe zgłoszenie gwałtu.

To było okropne, ale rząd pozbawił swoich obywateli każdej przyzwoitej alternatywy. Chociaż w jakiś sposób w ciągu ostatnich kilku dni, potrzeba jakiejkolwiek alternatywy zaczęła wydawać się coraz bardziej odległa.

Dlatego nie zaskoczyła ją fala ulgi, którą poczuła, gdy Malfoy w końcu powiedział:

— Nie mogę.

— Okej — mruknęła natychmiast, znów wyciągając do niego rękę. — Rozumiem.

Pokręcił głową, najwyraźniej potrzebując zebrać się w sobie.

— Granger, nie mogę cię zgwałcić.

— Wiem — odpowiedziała, chwytając go za koszulę. — Przepraszam, że zasugerowałam, że mógłbyś pozwolić ludziom myśleć, że to zrobiłeś, po prostu… chciałam, żebyś miał wybór.

Sięgnął ręką i odsunął jej dłonie od siebie, na chwilę zamykając oczy.

— Nie mówię o mojej moralności — powiedział zbolałym głosem. — Nigdy bym tego nie zrobił, ale nawet gdybym chciał, fizycznie nie jestem do tego zdolny, a są ludzie, którzy o tym wiedzą. Ludzie, którzy wiedzieliby, że kłamiemy.

Coś strasznego rozprzestrzeniło się w Hermionie. Skręcające poczucie strachu, przesączające się przez jej ramiona od miejsca, w którym odsunął jej dotyk od swojego ciała.

— O czym ty mówisz?

Malfoy faktycznie odsunął się od niej o krok, a ona patrzyła tępo, jak zakrywa sobie oczy dłońmi.

— Kurwa — mruknął, zanim wziął oddech, po czym zaklął jeszcze głośniej.

— O co chodzi? — zapytała Hermiona, a jej głos zabrzmiał bardzo daleko.

Kiedy Malfoy znów na nią spojrzał, wydawał się być na skraju wymiotów.

— Nigdy nie sądziłem, że naprawdę coś znajdziesz.

— Nie rozumiem…

— Nie mogę poważnie cię zranić, nie wyrządzając sobie ogromnej krzywdy — wyjaśnił. — Nie wiem, co by się stało, gdybym… cię zaatakował, ale byłoby okropnie, gdybym w ogóle mógł to zrobić.

— Dlaczego? — dopytywała.

— Ponieważ kiedy się pobraliśmy, nasze magiczne rdzenie zostały związane.

Ziemia pod jej stopami zamieniła się w ruchome piaski.

— Nie.

Nie, nie, nie.

Po prostu tam stał.

Poczuła, jak kręci głową.

— Nigdy się na to nie zgodziłam.

— Owszem. Gdy poddałaś się rytuałowi małżeńskiemu.

— Nie — powiedziała stanowczo. — W przepisach nie było nic o wiązaniu rdzeni, nigdy bym tego nie zrobiła…

— To nie wina Ministerstwa — przerwał jej, nagle wyczerpany. — Tylko moja. Magia Malfoyów jest stara, a wiązanie rdzeni było rytuałem przez długi czas. Nie możemy się pobrać bez tego.

— Ale… to… jest… na zawsze.

Hermiona czuła, że zemdleje.

Miał czelność skinąć głową.

— Malfoyowie łączą się na całe życie.

— Nie jestem pieprzonym łabędziem, ty dupku! — krzyknęła. — Musi być sposób, żeby to cofnąć.

— Można to zrobić — powiedział spokojnie. — Przed skonsumowaniem stracilibyśmy magię i prawdopodobnie umarlibyśmy. Po skonsumowaniu na pewno byśmy umarli.

Hermiona ścisnęła się za pierś, a jej żołądek podskoczył do gardła. To nieprawda. Nie mogła być. Musiało być wyjście. Dlaczego…

— Dlaczego się na to zgodziłeś? — zapytała rozpaczliwie. — Na zawsze?

— Nie miałem wyboru.

— Tak, miałeś! — warknęła. — Dwadzieścia lat…

— Nie mogłem pozwolić, żebyś trafiła do Azkabanu, Granger.

— Owszem, mogłeś! — zakrztusiła się szlochem. — To nie tak długo…

— Nie — znów jej przerwał, potrząsając stanowczo głową. — Dla ciebie dwadzieścia lat mogłoby równie dobrze oznaczać sto. Nie mogłem do tego dopuścić. Nie wyobrażałem sobie ciebie w takim miejscu…

— Dlaczego nie powiedziałeś mi tego przed ślubem? — jęknęła. — Powinnam mieć szansę wyboru.

Malfoy spojrzał na nią smutno.

— Wybrałabyś źle.

— Wal się — szlochała. — To był mój wybór. Nie miałeś prawa. Stałeś tam i patrzyłeś, jak pozbawiono mnie wolnej woli, a ja nawet o tym nie wiedziałam. Moja magia…

— Przepraszam.

— Nawet nie próbuj! — krzyknęła. — Nie żałujesz tego. Postąpiłbyś drugi raz tak samo.

Nie zaprzeczył.

— W tym mijającym tygodniu — wymamrotała, jej myśli wariowały — dlaczego pozwoliłeś mi na poszukiwania. Dlaczego po prostu nie powiedziałeś, że nie ma nadziei?

Spojrzał w ziemię.

— Myślałem, że lepiej będzie poczekać, aż…

— Aż nie zaufam ci jeszcze bardziej?!

Wydawał się przygnębiony, a Hermiona nie mogła znieść tego widoku. Odwróciła się i pobiegła do domu, po schodach, do swojego pokoju, trzaskając za sobą drzwiami. Osłoniła pomieszczenie każdym zaklęciem, jakie przyszło jej do głowy od momentu ucieczki, aż powietrze zrobiło się gęste od magii.

A potem zrobiła coś, co myślała, że nigdy nie nastanie.

— Nilly.

________________

Witajcie :) rozdział miał być opublikowany wczoraj, ale wypadł mi nieoczekiwany wyjazd i po prostu nie zdążyłam. Możnaby powiedzieć, że sielanka nie trwała długo i nasi bohaterowie wrócili do punktu wyjścia, ale nadal będę zapewniać, że ta historia ma happy end, także czekajcie cierpliwie na rozwój wydarzeń.

Nie wiem kiedy dokładnie pojawi się kolejny rozdział. Dopiero dziś mam czas na tłumaczenie go i potem jeszcze beta. Chciałabym trochę nadrobić tłumaczenia w nadchodzącym tygodniu, więc musicie po prostu uzbroić się w cierpliwość.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia! Enjoy!

[T] Dziesięć na dziesięć: Dzień siódmy

środa, 22 stycznia 2025

 

Siódmy dzień przebiegał podobnie jak poprzedni. Hermiona weszła do kuchni, by zobaczyć tablicę, na której Malfoy zaktualizował ich postępy do „2”, ale zamiast cały dzień przeglądać książki w swoim pokoju, przeniosła się na kuchenny stół.

Dołączał do niej od czasu do czasu w ciągu dnia, czytając trochę i robiąc notatki, ale wiedziała, że nie znalazł nic obiecującego. W pewnym momencie sięgnął po jej lewą dłoń, która spoczywała na stole i położył na niej swoją prawą. Odwróciła dłoń, żeby się do niego przystosować, i siedzieli tak przez kilka minut, podczas gdy on przesuwał kciukiem po jej kostkach, czytając. Doceniła jego inicjatywę i zauważyła z przyjemnością, że jej to odpowiadało i żadne z nich nie musiało rezygnować z dotyku.

Kiedy wstał, lekko ścisnął jej palce, zanim je puścił, a następnie położył dłoń na jej ramieniu, przechodząc obok.

Siedziała wpatrzona w stronę książki, kiedy wyszedł z pokoju, analizując w głowie ten subtelny dotyk. To było coś innego, ale na pewno nie bardziej intymnego niż dotknięcie przez niego jej nogi. Lekko przesunęła się na krześle. Mimo wszystko dobrze, że był skłonny poszerzyć granice, nawet jeśli wydawało się to bardziej przyjazne niż cokolwiek.

Jej rozmyślania przerwał głośny łomot dochodzący z piętra. Spojrzała na sufit i zmarszczyła brwi ze zdziwienia, gdy hałas trwał nadal — zdecydowanie rytmiczny. Założyła, że w jakiś sposób wiąże się to z tym, że Malfoy buszował po domu, ale nie mogła sobie wyobrazić, co takiego mógł robić, że wywołał taki hałas. Właśnie gdy miała wstać, żeby zobaczyć, co się dzieje, odgłos ustał. Poczekała jeszcze kilka minut, ale nastała cisza.

Wzruszając ramionami, skupiła się z powrotem na swojej książce. To była historia studium przypadku doświadczeń pewnej pary z prawa małżeńskiego wprowadzonego w osiemnastowiecznej Szwajcarii, ale Hermiona miała przeczucie, że tłumaczenie brzmiało…

Spojrzała w górę, gdy hałas znów rozbrzmiał.

Co on, do cholery, robił?

Zerknęła na zegar nad kuchenką; dudnienie trwało mniej więcej tyle samo, co za pierwszym razem — około dwóch minut. Potem znowu zrobiło się cicho.

Po trzecim cyklu Hermiona postanowiła się upewnić, że jej dom nie ulegnie żadnemu trwałemu uszkodzeniu, ale gdy była już w połowie drogi przez kuchnię, usłyszała kroki Malfoya na schodach.

Miała już gotowe pytanie na języku, ale gdy wszedł do kuchni, nie była w stanie wymówić słowa.

Malfoy nie miał na sobie koszuli, spocił się i dyszał. Cóż, oczywiście, że tak.

Patrzyła, całkowicie oszołomiona, jak wyciągnął szklankę z jednej z szafek i napełnił ją wodą, odkręcając kran w zlewie. Odchylił głowę do tyłu i wypił łyk wody, zanim znów nalał jej z kranu. Powtórzył to jeszcze dwa razy, zanim zaspokoił pragnienie na tyle, żeby mógł na nią spojrzeć, a kiedy to zrobił, uśmiechnął się złośliwie.

— Wiem, że to niesprawiedliwe — powiedział z udawaną irytacją, przesuwając dłoń w dół tułowia. — To i te blizny? Gdyby Potter wiedział, jak mnie urządziły, pewnie wybrałby inną klątwę.

Hermiona gapiła się na niego z otwartymi ustami. Cóż, w sumie to nawet bardziej. Chociaż rzeczywiście był w niesamowitej formie, a sieć cienkich, białych blizn rozchodzących się od ramienia do biodra w jakiś sposób zdawała się podkreślać szerokość jego klatki piersiowej i zarys mięśni brzucha, nie mogła uwierzyć, że tak lekceważąco nawiązywał do swojej sylwetki. I do niej.

— Prawie umarłeś. — Tylko to zdanie udało jej się sklecić.

Uniósł brwi z rozbawieniem.

— Cóż, piękno rodzi się w bólach. Jestem pewien, że gdzieś tu masz taki napis.

Jej usta się zacisnęły. W rzeczywistości miał rację; takie hasło było wytłoczone na ceramicznym naczyniu w jej łazience, w którym przechowywała swój domowy zestaw do depilacji bikini. Jednak po pierwszej próbie użycia go, Hermiona zdecydowała, że wolałaby, żeby znów rzucono na nią Crucio.

Malfoy oparł biodro o blat, a jej oczy bezradnie przesunęły się po cienkim pasie blond włosków prowadzących do paska jego zielonych spodni dresowych. „SLYTHERIN” wytłoczono srebrnymi literami wzdłuż jednej nogawki.

— Co robiłeś? — zapytała w końcu.

Zatrzymał się, trzymając szklankę w połowie drogi do ust.

— Serio?

Przetarł dłonią czoło, włosy miał ciemne od potu.

Wzruszyła ramionami.

— Ćwiczyłem.

— Jak?

Zmarszczył brwi, a ona kontynuowała:

— Usłyszałam hałas.

— Ach, to musiały być burpress.

Niezrozumienie musiało być widoczne na jej twarzy, ponieważ wyjaśnił:

— To pompki, ale ze skakaniem.

Hermiona skinęła głową, choć nie miała pojęcia, jak można skakać, robiąc pompki. Szybko stłumiła chęć poproszenia go o zademonstrowanie.

— Co jeszcze robiłeś?

Usta Malfoya wygięły się w grzesznym uśmieszku, a Hermiona natychmiast pożałowała pytania.

— Nieważne — wymamrotała szybko, gdy oparł dłonie na blacie, napinając mięśnie ramion.

Założyła, że jeśli robił wymyślne, skaczące pompki, to prawdopodobnie robił też zwykłe, a wyobrażanie sobie tego było wystarczające, by kontynuować rozmowę.

— Nie wkurzasz się, siedząc cały czas w domu? — zapytał. — Od lat nie wytrzymałem tak długo bez latania.

Hermiona spojrzała w dół, próbując sobie przypomnieć, kiedy ostatnio celowo oddawała się aktywności fizycznej.

— Spalam energię na inne sposoby.

— Och?

Uniósł brew, uśmiechając się szerzej.

Skrzywiła się.

— Nie to miałam na myśli.

Problem polegał na tym, że choć nie miała zamiaru insynuować niczego seksualnego, to była prawda. Miała jedną standardową metodę na samotne rozładowanie stresu i nie obejmowała ona pompek.

Jak na ironię, Malfoy zdawał się tym razem zlitować nad jej płonącymi ze wstydu policzkami i po prostu znów uniósł szklankę do ust. Ten ruch sprawił, że jej wzrok przyciągnęły czarne linie Mrocznego Znaku wijące się na jego powierzchni. Nie wyblakł, jak zakładała; wyglądał niezwykle świeżo.

— Czy kiedykolwiek myślałeś o zakryciu tego? — zapytała.

Spojrzał na swoje ramię i pokręcił głową, przełykając ślinę.

— Nie działają na to uroki.

— Och, nie, miałam na myśli coś w rodzaju kolejnego tatuażu — wyjaśniła. — Niekoniecznie zakrywając go, ale zmieniając w pewien sposób. Spersonalizuj go.

Zmarszczył brwi, a Hermiona odetchnęła.

Zanim zdążyła to przemyśleć, wsunęła kciuk pod rąbek koszuli i podniosła środek do gardła, ukazując długą, fioletową bliznę między piersiami i zdobiące ją wytatuowane pnącza.

Szklanka głośno uderzyła o blat, gdy Malfoy ją odstawił, robiąc kilka kroków do przodu, wpatrując się w jej pierś.

— Blizna jest uprzejmością Dohołowa. Z walki w Departamencie Tajemnic — wytłumaczyła. — Kwiaty to powoje – kwiat miesiąca moich urodzin. Są piękne, ale gdy rosną dziko, niektórzy uważają je za chwasty. Są uparte… Trudno je wykończyć.

W tym momencie podniósł wzrok i z zadowoleniem zauważyła, że wyglądał na lekko oszołomionego. Czy to z powodu faktu, że w zasadzie właśnie pokazała mu swoje cycki bezpiecznie ukryte w koronkowym staniku, czy z powodu tego, że był na nich tatuaż, nie wiedziała, jednak miło było dać mu przynajmniej odrobinę jego własnego lekarstwa.

Opuściła koszulkę, a on znowu spojrzał na swoje ramię.

— Pomyślę o tym.

Uśmiechnęła się lekko do niego.

Atmosfera w pomieszczeniu stała się niesamowicie napięta w tak krótkim czasie, że Hermiona zastanawiała się, czy osiągnęli już poziom „3”, nawet nie dotykając się.

— Idę skończyć — wyrzucił z siebie Malfoy. — Mam na myśli mój trening. Będę na zewnątrz.

Gestem wskazał tylne drzwi, a Hermiona skinęła głową.

— Och, tak, jasne, jasne.

Ponownie napełnił szklankę wodą i zabrał ją ze sobą, gdy wychodził.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Kiedy Hermiona zamknęła drzwi do swojej sypialni, opierała się o nie przez kilka długich chwil. Serce waliło dość wyraźnie w piersi i chociaż część tego prawdopodobnie była spowodowana wchodzeniem po schodach — Godryku, kiedy tak się zapuściła — wiedziała, że to nie było jedyne wytłumaczenie.

Zwłaszcza, że uderzenia przyspieszyły, gdy podeszła do okna z widokiem na tył domu. Nie chodziło o to, że próbowała podglądać, co robi Malfoy. Po prostu poszła do swojego pokoju. Zupełnie normalne zachowanie. Dwie sypialnie wychodziły na ogród i to nie ona projektowała ten dom. To był po prostu szczęśliwy zbieg okoliczności.

W rzeczy samej szczęśliwy.

Podciągał się na górnym drążku huśtawki. Oczywiście, że tak.

Był za wysoki, żeby całkowicie zwisać pod konstrukcją, więc zgiął kolana pod kątem dziewięćdziesięciu stopni i ocierały się o trawę, za każdym razem gdy się opuszczał. To był niezwykły pokaz.

Nie żeby Hermiona patrzyła. Ona… nadzorowała. W końcu huśtawka była przeznaczona dla dzieci; na pewno przekraczał zalecany limit wagi. Gdyby miała się zawalić, cóż, nie chciałaby, żeby leżał tam ranny lub spalony na śmierć przez letnie słońce.

Nie była pewna, od kiedy zaczęła się nim przejmować, ale to nie miało większego znaczenia. Zwłaszcza, gdy wspomniane letnie słońce powodowało, że spływały po nim strużki potu…

Okej, może trochę obserwowała. Albo bardzo. Na tyle, że nie zauważyła drugiej osoby wchodzącej na podwórze, dopóki ta się nie odezwała i zwróciła uwagę Malfoya.

Oczy Hermiony rozszerzyły się w szoku, gdy zeskoczył z drążka i odwrócił się, by stanąć twarzą w twarz z nowo przybyłą osobą — małą mugolką mieszkającą obok.

Hermiona stała jak wryta w oknie, podczas gdy oni rozmawiali. O czym, u licha, mogli rozmawiać? Ale kiedy Malfoy zrobił krok w stronę dziewczynki, Hermiona ruszyła do akcji. Wybiegła z pokoju i zbiegła po schodach. Nie dlatego, że myślała, iż mógłby zaatakować dziecko, nawet mugolskie — Merlinie, co za okropna myśl — ale nie miała pojęcia, co mógłby zrobić.

Tylne drzwi otworzyły się z hukiem i Hermiona wypadła przez nie, niemal spadając ze schodów na ganku, próbując pojąć, co widzi.

Dziewczynka huśtała się na jednej z huśtawek, a Malfoy ją popychał.

— Hej, Hermiono — powiedziała radośnie.

— Cześć, Gemmo — przywitała się Hermiona, zamykając tylne drzwi, zanim zeszła na trawnik. — Jak się masz?

— W porządku — odpowiedziała, a jej kasztanowe warkoczyki kołysały się w rytm jej ruchów.

— Wiesz, że nie wolno ci rozmawiać z nieznajomymi — upomniała ją lekko.

— Powiedział, że ma na imię Draco.

Hermiona po raz pierwszy spojrzała na Malfoya. Wydawał się lekko zdezorientowany, tym co tu miało miejsce.

— Tak — potwierdziła Hermiona.

— To imię brzmi jak wymyślone.

— Bo tak jest. — Hermiona zgodziła się z uśmieszkiem.

— Powiedział, że jest twoim mężem.

Hermiona poczuła, jak uśmieszek natychmiast znika z jej twarzy. Przez te wszystkie razy, kiedy Malfoy nazwał ją swoją żoną, nie wyobrażała sobie go jako swojego męża. Ale oczywiście to samo letnie słońce odbijało się od jego obrączki ślubnej, gdy przyciskał ją do pleców Gemmy.

— Bo jest — przyznała.

— Nie wiedziałam, że masz męża.

— To świeża sprawa.

— Nie wiedziałam, że masz chłopaka.

— Nie miałam. On jest… od niedawna.

— Och. — Gemma kołysała nogami, machając w milczeniu przez kilka ruchów. Po czym zapytała: — Mogę zobaczyć twoją suknię ślubną?

Hermiona uśmiechnęła się do niej smutno.

— Nie mogłam jej założyć.

Na te słowa Malfoy podniósł wzrok, ale Hermiona skupiła się na małej dziewczynce. Wydawała się głęboko rozczarowana i tylko jęknęła „Och”.

Hermiona podeszła bliżej i usiadła na końcu małej, plastikowej zjeżdżalni, gdzie nie narażała się na słońce.

 — Jak ci poszła lekcja pływania w zeszłym tygodniu?

            — Dobrze — odpowiedziała pewnym głosem Gemma. — Teraz potrafię pływać stylem grzbietowym bez wody w nosie. I mogę wstrzymać oddech na dwie minuty.

Hermiona raczej w to wątpiła, ale była pewna, że Gemma próbuje. Była Gryfonką bez względu na to, że była mugolką. Minie kilka lat, zanim otrzyma list z Hogwartu, ale Hermiona była pełna nadziei.

— To bardzo imponujące — powiedziała.

— Jestem najlepsza w klasie — oznajmiła Gemma.

Hermiona wtedy wymieniła spojrzenia z Malfoyem.

— To bardzo dobrze.

Przewrócił oczami.

— Czasem bycie drugim jest zupełnie w porządku — mruknął.

Gemma spojrzała przez ramię, obracając się na huśtawce, jakby zapomniała o jego obecności.

— Czy kiedykolwiek byłeś drugi?

Skinął głową.

— Kto był pierwszy?

Hermiona parsknęła śmiechem, gdy Malfoy uśmiechnął się sztucznie.

— Moja cudowna żona, oczywiście.

Gemma spojrzała na nich przez chwilę.

— Nie przeszkadza ci, że twoja żona jest najlepsza?

Hermiona zasłoniła usta jedną ręką. Merlinie, zapomniała, jak bardzo uwielbiała tę małą dziewczynkę.

— Jestem lepszy w niektórych rzeczach — powiedział, prychając.

— Jak co?

Hermiona uniosła brew, gdy zacisnął usta. Nie mógł powiedzieć o lataniu na miotle, z czym Hermiona zgodziłaby się każdego dnia i nocy, ani o warzeniu eliksirów, z czym mogłaby się kłócić, ale jednocześnie przyznawała, że to był bliższy temat jej sercu niż jakikolwiek inny. Potencjalnie ostatnią rzeczą, jakiej się po nim spodziewała był…

— Taniec.

Gemma wyglądała na zaintrygowaną.

— Jesteś dobry w tańcu?

Wzruszył ramionami.

— Oczywiście, ale co ważniejsze, Hermiona jest w tym okropna.

Gemma odwróciła głowę, by sprawdzić, jak Hermiona zareaguje na jego słowa.

— Okropna to za dużo powiedziane — mruknęła Hermiona.

— Więc sprawdźmy — zaćwierkała Gemma, boleśnie przypominając Hermionie ją samą w tym wieku.

Teraz Malfoy się uśmiechnął.

— Nie mogę po prostu… tańczyć — argumentowała Hermiona.

— Zatańcz z nim — zasugerowała Gemma, jakby to było oczywiste.

Hermiona przełknęła ślinę.

— Nie ma muzyki — powiedziała słabo.

— Zaśpiewam.

Malfoy parsknął śmiechem, a Hermiona nie mogła powstrzymać uśmiechu. Gemma śpiewała, żeby mogli tańczyć. Dzieci były takimi śmiesznymi istotami.

Malfoy wyszedł zza huśtawek i wyciągnął ręce kpiąco. Hermiona przewróciła oczami, ale podniosła się i podeszła do niego.

— Fuj, jesteś bardzo spocony — poskarżyła się, zarzucając mu rękę na ramię.

— Czas się z tym oswoić — odpowiedział, owijając ramię wokół jej górnej części pleców i przyciągając ją bliżej.

— Za nisko — mruknęła, kładąc drugą rękę na jego oczekującej dłoni.

Nie odpowiedział, ale spojrzał na Gemmę i lekko skinął głową. Muzyka.

Gemma zaczęła nucić serię nut ze swojego miejsca na huśtawce. Nie były to słowa, raczej coś na kształt dźwięku instrumentów. Hermionie brzmiało to jak Dziadek do orzechów.

Malfoy czekał, wyczuwając rytm.

— Więc walc?

— Najwyraźniej — odpowiedziała Hermiona.

— Bardzo dobrze.

Zrobił krok do przodu, przyciskając rękę do jej pleców, żeby ją obrócić i stanęła mu na stopach. Rzucił Gemmie spojrzenie, jakby chciał powiedzieć A nie mówiłem?, więc Hermiona zacisnęła zęby. Umiała tańczyć walca, ale po prostu minęło sporo czasu.

Prowadził dalej, lekko stąpając i obracając ich w szybkim kółku, gdy poruszali się po podwórku. Hermiona była beznadziejna. Ciągle się potykała, gdy próbowała przewidzieć jego ruchy, a nawet raz obróciła się w złą stronę, prawie wykręcając mu łokieć.

Gemma zatrzymała ścieżkę dźwiękową.

— Nie tańczyliście na waszym ślubie?

— Nie — odpowiedziała Hermiona, odgarniając włosy z twarzy.

— Och.

Gemma wydawała się wątpić w prawdziwość całej sprawy, a Hermiona nie mogła jej za to winić.

— Problem polega na tym — wyjaśnił zadowolony Malfoy — że Hermionie trudno jest oddać kontrolę. Nie chce pozwolić mi prowadzić, przy czym nie zna kroków wystarczająco dobrze, by za nimi podążać.

— Nie robię tego celowo — warknęła, wiercąc się w jego uścisku.

— To powinno wyglądać tak — kontynuował, jakby ignorując jej słowa.

Skinął głową w stronę Gemmy, która zaczęła śpiewać piosenkę od początku.

Zanim Hermiona zdążyła zaprotestować, Malfoy pochylił się i obniżył uścisk na jej talii, przyciągając ją mocno do siebie i unosząc, aż jej palce u nóg oderwały się od ziemi.

— Malfoy… — ostrzegła, ale przerwała, gdy zaczął zamiatać trawę serią lekkich obrotów.

Jej nogi zwisały bezużytecznie, ale dzięki temu był w stanie wykonać kroki bezbłędnie.

Nie podobało jej się to, że ciągnięto ją jak szmacianą lalkę, ponieważ uderzała brodą o jego spocone ramię, ale Gemma promieniała radością i Hermiona musiała przyznać, że to było lepsze niż bycie nadepniętym.

Gdy sekwencja kroków dobiegła końca, postawił ją z powrotem na nogi i obrócił pod pachą, łapiąc ją i opuszczając w teatralny sposób. Uniósł brew, pochylając się nad nią, wyglądając na całkowicie zadowolonego z siebie.

— Śmierdzisz — powiedziała.

Puścił ją i upadła na trawę.

Gemma wydała z siebie salwę chichotu, klaszcząc dziko.

— Zdecydowanie jesteś najlepszy w tańcu — oznajmiła.

Malfoy przesadnie się skłonił, przenosząc ramię nisko nad talią, gdy się pochylał.

Gemma wstała z huśtawki.

— Ja też dobrze tańczę.

— Doprawdy? — zapytał Malfoy.

Skinęła głową, podskakując do przodu i stając bezpośrednio przed nim.

Hermiona zachichotała ze swojego miejsca na trawie. Zdecydowanie Gryfonka.

Malfoy rzucił jej spojrzenie, jakby prosił o wskazówki, ale Hermiona tylko wzruszyła ramionami.

Spojrzał z powrotem na dziewczynkę i odchrząknął.

— Gemmo, czy zechciałabyś ze mną zatańczyć?

— Okej! — powiedziała od razu.

Podał jej dłoń, a ona delikatnie włożyła w nią swoją rączkę. Przykucnął przed nią, a Hermiona parsknęła śmiechem, gdy powiedział scenicznym szeptem:

— Muszę cię ostrzec. Najwyraźniej śmierdzę.

Gemma zachichotała.

— Nie ma sprawy.

— Jeśli jesteś pewna… — Wsunął drugą rękę za jej nogi, gdy wstał, sadzając ją w zgięciu łokcia. — W porządku?

Uśmiechnęła się szeroko, mocno ściskając go za szyję wolną ręką.

— Tak.

Stał tam, a uśmiech dziewczynki na chwilę zgasł, zanim sobie przypomniała, że to ona zapewniała muzykę.

Jęknęła i zaczęła śpiewać.

Malfoy ruszył natychmiast, szybko stawiając kroki, gdy ich obracał, a Gemma natychmiast przestała skupiać się na śpiewaniu i zaczęła chichotać.

— Nie śmiej się! — Malfoy udawał, że ją strofuje. — Walc to bardzo poważna sprawa.

Gemma zaśmiała się jeszcze głośniej, a Malfoy prychnął zirytowany.

— Masz szczęście, że jestem najlepszy w tańcu — powiedział, gdy postawił ją na ziemi, by się zakręciła.

Obrócił ją raz, dwa, trzy razy, aż prawie się potknęła, a potem złapał ją obiema rękami i podrzucił znacznie wyżej, niż to było konieczne w tradycyjnym walcu. Gemma wrzasnęła z podniecenia.

Coś bardzo dziwnego działo się w Hermionie, gdy na nich patrzyła. Śmiała się razem z nimi, a w piersi czuła trzepoczącą lekkość. Ale odczuwała też ostry, szczypiący ból narastający nisko w brzuchu — prawie jak skurcz. Właśnie przycisnęła dłoń do żołądka, gdy poczuła kolejne ukłucie, i zastanawiała się, czy zaraz nie zacznie się jej miesiączka. Ale to nie mogło być prawdą, bo dopiero co się skończyła. Ból jednak był podobny, zdecydowanie zlokalizowany w tym samym miejscu.

Ponownie spojrzała w górę, gdy Gemma podjęła kolejną próbę śpiewania walca, a Hermiona niemal krzyknęła z siły ukłucia, jakie wywołał. Była w szoku, gdy zdała sobie sprawę, że uczucie pochodziło z jajników. Jej ciało reagowało na widok Malfoya wchodzącego w interakcję z dzieckiem.

— Cholera jasna — wyszeptała, ściskając trawę, próbując się uziemić, gdy ogarnęła ją panika.

Pomimo faktu, że celem prawa małżeńskiego było zwiększenie populacji, miała nadzieję, że znajdzie wyjście, by nie musiała rozważać pomysłu posiadania dziecka z Malfoyem. Nawet jeśli nie zdołałaby tego rozgryźć przed skonsumowaniem, mieli rok, aby zaszła w ciążę. Była gotowa przyznać, że dwa tygodnie nie wystarczą, ale rok… na pewno znajdzie jakieś wyjście.

A jeśli nie… Jej klatka piersiowa ścisnęła się ze wzruszenia, gdy patrzyła, jak wirują w jej stronę przez podwórko. Nigdy nie przypuszczała, że Malfoy tak dobrze dogadywał się z dziećmi, ale Gemma wyglądała na zachwyconą. Owszem wychowanie dziecka wymagało czegoś więcej niż tańca i droczenia się, ale biorąc pod uwagę ograniczony kontakt z rodzicami Malfoya, spodziewała się, że będzie o wiele bardziej sztywny. Bardziej wyniosły. Surowy i dyscyplinujący.

Uśmiechnęła się, gdy zatrzymał się przed nią, wciąż trzymając Gemmę. Na pewno nie tego się spodziewała.

— Teraz mnie opuść! — krzyknęła Gemma.

— Ach, no tak — powiedział, chwytając ją w pasie i odchylając do tyłu, aż całkowicie wisiała do góry nogami.

Pisnęła, gdy jej warkoczyki musnęły trawę.

— Nie upuść mnie!

Malfoy prychnął z oburzeniem.

— Nigdy, moja pani.

Podniósł ją do pionu i ostrożnie postawił na nogach.

Gemma osunęła się na trawę obok Hermiony, z twarzą czerwoną od emocji. Położyła dłoń Hermiony na swoich kolanach i przesunęła palcem po cienkiej, złotej obrączce na czwartym palcu.

— Masz szczęście, że twój mąż jest tak dobrym tancerzem.

Hermiona przełknęła ślinę, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, z sąsiedniego domu rozległ się głos wołający imię Gemmy.

— Muszę iść! Pa!

Podskoczyła na nogi i pobiegła przez podwórko, zamykając za sobą otwartą furtkę.

Hermiona wpatrywała się w obrączkę, nie mając pojęcia, co robić dalej.

Po chwili odezwał się Malfoy.

— Powinienem pójść się umyć.

Skinęła głową, ale na niego nie spojrzała.

— W porządku.

Siedziała na trawie jeszcze długo po tym, jak poszedł.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

Hermiona usłyszała dźwięk wyłączanego prysznica, gdy mijała drzwi do pokoju Malfoya. Nie spieszyła się z rozbieraniem i czesaniem włosów, na wypadek gdyby zużył całą gorącą wodę, ale gdy włączyła natrysk w swojej łazience, woda była wystarczająco ciepła.

Przetarła ciało gąbką w swego rodzaju oszołomieniu, próbując pogodzić się z faktem, że zmywa pot Malfoya ze swojej skóry. Owszem, jej ubrania pochłonęły większość, ale nieco ją niepokoił fakt, że nie zniechęciła jej ta myśl.

Gdy wyszła spod prysznica i się wytarła, uznała, że to właśnie był cały sens planu awaryjnego.

Ubierała świeżą koszulkę i dżinsy, gdy usłyszała śmiech Malfoya — na tyle głośny, że niósł się aż z dołu. Nigdy wcześniej nie słyszała, żeby tak się śmiał, i zastanawiała się, czy może Gemma po coś nie przyszła.

Cicho wchodząc na korytarz, omijając skrzypiące miejsce, nasłuchiwała, schodząc po schodach. Zdecydowanie z kimś rozmawiał, a gdy była wystarczająco blisko, by to usłyszeć, piskliwy głos w odpowiedzi natychmiast zdradził swoją tożsamość.

— Nilly daje temu… P, panie.

— Powyżej oczekiwań? — dopytywał Malfoy. — Podaj.

Hermiona stanęła koło drzwi do kuchni, akurat w momencie, gdy Nilly podawała mu chipsa z torby, którą trzymała. Malfoy wziął go i zamyślił się.

— Hm, całkiem niezły — zgodził się. — Faktycznie P. A co z tym?

Podał Nilly chipsa ze swojej torby i z uśmiechem oczekiwał, aż spróbuje.

— Och, nie — powiedziała natychmiast, krzywiąc się. — Ten jest okropny, panie!

— O? — powtórzył, wkładając sobie jednego do ust. — Z pewnością, jest do przyjęcia.

 — Nie, nie — jęknęła skrzatka, wyrywając mu torbę z ręki. — Okropny!

Zaśmiał się.

— Jesteś zbyt surowa. Nie wszyscy z nas mają tak wybredne podniebienie.

— Nilly wczoraj próbowała jednego z fioletowej torby. Był najlepszy.

Malfoy przeszukał otwartą szafkę nad ladą.

— Ta?

Przytrzymał torbę, by mogła obejrzeć.

— Pan zapomina kolorów, których nauczyła go Nilly? — zapytała z dezaprobatą.

Hermiona powstrzymywała śmiech, gdy mała skrzatka skrzyżowała ramiona na swojej poszewce poduszki. Dzisiejsza była pudrowo-niebieska, znowu dopasowana do koronki przy uszach.

— To jest fioletowe — argumentował Malfoy. — Czerwono-fioletowe.

To było bardziej czerwono-czerwone, pomyślała Hermiona i Nilly wyraźnie się z tym zgodziła.

Malfoy cmoknął na jej wciąż surowy wyraz twarzy.

— Dobra, to poszukaj sama.

Pochylił się i podniósł stworzenie, żeby mogło zobaczyć przedmioty na wysokiej półce.

Na ten gest na twarzy Hermiony zastygł uśmiech. Nilly siedziała na jego ramieniu, najwyraźniej szczęśliwa, że może przejrzeć paczki chipsów, ale poza tym tak bardzo przypominało to sposób, w jaki trzymał Gemmę i Hermiona nagle poczuła mdłości.

Pozwoliła, by część jej uwierzyła, że nie mógłby być tak miły dla mugolskiego dziecka, gdyby nadal wyznawał swoje dawne przekonania. Nie byłby skłonny w ogóle wchodzić z nią w interakcję, a tym bardziej jej dotykać, gdyby tak było.

Ale w bardzo podobny sposób traktował Nilly, którą w przeszłości uznawał za niższą od siebie. Uważał ją za coś, co należało posiadać i czym należało rządzić. Ale mimo to potrafił traktować ją przyjaźnie, jeśli nie z uczuciem? Dysonans poznawczy sprawił, że Hermiona miała ochotę krzyczeć.

Kiedy weszła w pole widzenia, jej myśli musiały się wyraźnie odbić na jej twarzy, ponieważ rysy Malfoya nagle spoważniały. Ostrożnie postawił Nilly na ladzie i wziął paczkę chipsów z jej ręki. Skrzatka odwróciła się, by podążyć za jego wzrokiem, a jej oczy rozszerzyły się ze strachu na widok Hermiony.

— Na razie to wszystko, Nilly — powiedział łagodnie Malfoy. — Możesz odejść, jeśli chcesz.

Nilly spojrzała na niego długo, po czym skinęła głową, zanim się deportowała.

— Co jest z tobą nie tak? — warknęła Hermiona, gdy tylko zostali sami.

Malfoy rzucił jej wściekłe spojrzenie, gdy zaczął odkładać różne przekąski do szafki.

— Teraz? Przychodzi mi do głowy tylko jedno.

— Jak możesz ją tak traktować? — kontynuowała Hermiona. — Jakbyś postrzegał ją jako osobę?

— Myślałem, że dałem ci jasno do zrozumienia, że mam gdzieś twoje opinie na temat Nilly.

— Nie obchodzi mnie, gdzie je masz — oświadczyła, zbliżając się do niego. — Mówiłam ci, że nie chcę jej tu widzieć i oto dlaczego! Twierdzisz, że ci na niej zależy, ale jest twoją służącą. To mnie wkurza…

— Musisz natychmiast przestać mówić — powiedział Malfoy niebezpiecznym tonem.

— Nie, musisz zacząć słuchać — odpaliła. — To perwersyjne! Nie ma powodu…

— Granger, ostrzegam cię…

— Czemu jej po prostu nie uwolnisz?!

— Bo już jest wolna! — krzyknął.

Hermiona zamarła w połowie drogi przez kuchnię, woda z jej włosów ociekała na kafelki.

— Ona jest… wolna?

— Tak — syknął Malfoy. — Zawsze była moim osobistym skrzatem, a jej własność przeszła wyłącznie na mnie, gdy osiągnąłem pełnoletniość. Uwolniłem ją tego samego dnia.

Hermiona zamrugała.

— Ale… sposób w jaki zareagowała… gdy zaoferowałam jej ubrania.

Malfoy patrzył tak, jakby chciał ją zabić.

— Wciąż nie mogę uwierzyć, że to zrobiłaś. Prawie cię, kurwa, przekląłem.

— Ale…

— To czego nie rozumiesz, Granger, to fakt, że kiedy skrzat zostaje uwolniony, jego więź z rodzinną magią zostaje zerwana. Przodkowie Nilly służyli we dworze przez stulecia. Magia Malfoyów jest jej częścią tak samo jak mnie.

Myśli Hermiony zatrzymały się, gdy usłyszała, jak Malfoy mówi o dzieleniu się magią ze skrzatem w ten sposób.

Kontynuował w tym samym ostrym tonie, ale na jego policzkach pojawił się rumieniec gniewu.

— Przez miesiące pracowałem nad znalezieniem sposobu, by uwolnić ją z więzów niewoli, nie zrywając jej więzi z magią przodków. Trułem się raz po raz, opracowując eliksir do rytuału. I chociaż mi się to udało, musiałem jej podarować ubrania.

Hermiona oddychała płytko, ale gniew Malfoya zdawał się narastać z każdym wypowiedzianym słowem.

— Jakkolwiek popieprzone by to się nie zdawało, skrzaty domowe żyją, by służyć swoim Panom — wyjaśnił. — To ich główny cel w życiu; jedyna rzecz, z której czerpią satysfakcję. Więc dla skrzatów, które kochają swoich Panów, ubrania są najgorszą możliwą karą, najsurowszą naganą. To wcielenie wszystkich ich najgorszych lęków: zawiedli na służbie i już są niechciani.

Hermiona znów poczuła mdłości, ale tym razem z poczucia winy, a nie obrzydzenia, które przeszywało jej żołądek.

— Nilly chciała być wolna — kontynuował Malfoy. — Pomogła mi zaprojektować zaklęcie, które miało zachować naszą więź. — Zatrzymał się, a Hermiona dostrzegła, jak jego gardło podskakuje, gdy przełknął ślinę. — Ale i tak musiała wziąć ubrania od osoby, której ufała najbardziej na świecie. I to był cholernie traumatyczny moment w jej życiu.

Łzy, których Hermiona nawet nie zauważyła, nagle spłynęły po jej policzkach, a Malfoy pokręcił głową z obrzydzeniem.

— A potem ty wcisnęłaś jej skarpetkę niecałe trzydzieści sekund po tym, jak pojawiła się w pokoju.

Hermiona poczuła się nieszczęśliwa, a tchórzliwa potrzeba odwrócenia uwagi była zbyt silna, by ją stłumić.

— Powiedziałeś, że ona będzie odpowiadać na moje wezwania — wymamrotała cicho.

Malfoy parsknął śmiechem pozbawionym radości.

— Żartowałem sobie z ciebie i uwierz mi, nie wybaczę sobie tego, co stało się później. Miałem zamiar wyjaśnić, że Nilly będzie odpowiadać na twoje wezwania, ponieważ jesteś moją żoną. Pomyślałem, że cię to wystarczająco wkurzy, nawet jeśli będziesz wiedziała, że została uwolniona.

— Ale dlaczego miałaby? — zapytała Hermiona, wiercąc się pod wpływem przenikliwego spojrzenia Malfoya.

— Ponieważ czekała na Panią od dnia moich narodzin. Była prawdopodobnie bardziej podekscytowana pomysłem mojego ślubu niż moja matka. Powinna była być tam, żeby pomóc ci się przygotować, pomóc ci się ubrać, ale nie dość, że to nie było jej dane, to jeszcze Pani próbowała ją odprawić już na pierwszym spotkaniu. — Wyglądał na tak wściekłego, że ledwo mógł wykrztusić z siebie kolejne słowa. — Długo pracowaliśmy nad deprogramowaniem jej prania mózgu i ten mały wybryk prawdopodobnie cofnął nas o rok, więc dzięki za to.

— Ja… ja nie…

— Ty co? — warknął. — Nie wiedziałaś?

Hermiona pokręciła głową.

— Merlinie! — Złapał się dramatycznie za pierś. — Może jeśli się pospieszymy zdążymy do wieczornego Proroka. — Machnął ręką, jakby planował nagłówek. — Wiadomość z ostatniej chwili: Hermiona Granger przyznaje się, że czegoś, kurwa, nie wie.

Zatrzasnął drzwi szafki i odwrócił się, żeby wyjść z kuchni, ale z jakiegoś powodu Hermiona nie mogła mu na to pozwolić.

— Masz rację — powiedziała szybko, robiąc krok do przodu i chwytając go za rękę. — Przepraszam za to, co zrobiłam. Wyciągnęłam pochopne wnioski i założyłam, i ja… nigdy nie zrobiłabym niczego, żeby celowo ją skrzywdzić.

Malfoy wziął głęboki oddech i wypuścił go, zanim przemówił, wciąż na nią nie patrząc.

— Wiem.

— Miałeś rację — powtórzyła, ponieważ wydawało się, że prawdopodobnie chciałby jeszcze raz to usłyszeć. — Wiedziałam o magii przodków, ale jej nie rozumiałam. — Chwyciła bok jego koszuli druga ręką. — Nie mogłam pojąć, dlaczego skrzat chciałby ją zatrzymać. Co ona dla nich znaczyła.

Malfoy sztywno skinął głową, a Hermiona podeszła bliżej, obejmując go w pasie i opierając się o jego klatkę piersiową.

— Dziękuję za uwolnienie jej — wymamrotała w jego koszulę.

Malfoy wypuścił krótki oddech i poczuła, jak znowu potrząsnął głową.

— Spierdalaj, Granger, nie zrobiłem tego dla ciebie.

W tych słowach nie było żadnego żaru, a Hermiona nie rozluźniła uścisku.

— Wiem o tym, po prostu chodzi mi o to, że cieszę się, iż jest wolna i że tego chciała.

Nastała długa pauza zanim Malfoy powiedział:

— Ja też.

Po czym objął ją ramionami i zdała sobie sprawę, że go obejmuje. A teraz on zrobił to samo.

Jęknął, gdy jego ramiona przycisnęły się do mokrych loków na jej ramionach.

— Fuj, naprawdę jesteś bardzo mokra, wiesz.

Uśmiechnęła się.

— Teraz wiesz, jak to jest.

Usłyszała niewyraźne pomrukiwanie przy uchu, ale nie puścił jej.

— Mogłeś powiedzieć wcześniej, że jest wolna. — Hermiona poczuła się zobowiązana wspomnieć.

Draco zaśmiał się.

— I stracić okazję zobaczenia, jak walczysz ze sobą, poświęcając swoją moralność dla dobrego posiłku? Nigdy w życiu.

— Przypuszczam, że na to zasłużyłam.

— O tak i to bardzo.

— Ale ona nadal wykonuje twoje polecenia. Nie wydawała się wolna.

— Ja nie wydaje rozkazów — argumentował Malfoy. — Ja składam prośby. Ona je spełnia, jeśli chce. Właściwie, jedyną osobą, która wydawała jej bezpośrednie polecenie w tym domu, jesteś ty.

Hermiona odsunęła się, żeby na niego spojrzeć.

— Nic z tych rzeczy.

Malfoy patrzył na nią z zadowoleniem.

— Dwa dni temu na obiedzie powiedziałaś jej, żeby „nie przynosiła żadnych deserów”, a ona co zrobiła?

— I tak je przyniosła — wyszeptała Hermiona.

— Bezpośrednio cię nie posłuchała — zgodził się Malfoy. — Ale zauważ, że nie spodziewała się żadnej kary, ani nie była zmuszona sama się ukarać. Poczyniliśmy duże postępy.

— To niezwykłe — powiedziała szczerze.

— Tak, cóż, jestem imponujący pod wieloma względami.

— I taki skromny — mruknęła Hermiona beznamiętnie.

— Pokora jest dla nieimponujących ludzi.

Hermiona roześmiała się wbrew sobie.

— To dobre. Może umieścimy to na znaku.

— Dobrze by się prezentowało przy drzwiach wejściowych.

— Jeden już tam stoi.

Malfoy skrzywił się.

— Wiem, ale serio, Granger? Odnajdź radość w podróży? To takie trywialne.

— Myślę, że daje nadzieję.

— Nie, po prostu lubisz się przekomarzać.

— Chyba to nas łączy.

Malfoy westchnął ciężko.

— Cóż, chyba mogę to tolerować.

Hermiona uśmiechnęła się do niego. Czuła się zaskakująco komfortowo, stojąc tam, z jego ramionami wokół siebie, i spojrzała na tablicę. Z pewnością zasłużyli na „3”, ale z drugiej strony nie było powodu, dla którego mogliby robić progres tylko o jedną liczbę dziennie, prawda?

— Chciałbyś obejrzeć film? — zapytała go.

Draco rzucił spekulacyjne spojrzenie.

— To zależy. Jaki film?

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

— Może ten?

Hermiona pochyliła się do przodu na sofie, żeby zobaczyć mocno brodatą twarzy Toma Hanksa na okładce Castaway: Poza światem.

— Ach, cóż, główny bohater bierze udział w katastrofie samolotu — wyjaśniła. — Samolot to…

— Wiem, czym jest samolot — warknął Malfoy, klęcząc na podłodze, otoczony filmami. — Coś jak latający autobus, prawda?

— Jasne. W każdym razie samolot rozbija się w oceanie, a on zostaje na bezludnej wyspie.

Malfoy zdawał się wyczuwać wahanie w jej głosie.

— Nie podoba ci się ten film?

— Nie, jest dobry, po prostu… jest bardzo długi. Spędził na wyspie jakieś cztery lata i zawsze po obejrzeniu go tak się czuję.

— Hm — mruknął Malfoy, rozważając inne opcje. — A ten?

Podniósł Titanica.

— Chryste, ten jest jeszcze dłuższy.

— Dobra — powiedział Malfoy, ponownie przesuwając dłońmi po opakowaniach. — Ten?

Podniósł 101 dalmatyńczyków i Hermiona nie mogła powstrzymać się od śmiechu na to zestawienie.

— Co? — warknął, wyraźnie zirytowany zadaniem.

— Nic — powiedziała lekko. — Po prostu ten jest dla dzieci.

— Och. Dlaczego? O czym jest?

— Cóż, para musi uratować gromadkę dalmatyńczyków, bo złowieszcza projektantka mody chce zabić szczeniaki i zrobić z nich płaszcze.

— Co do kurwy?

Malfoy wyglądał na przerażonego.

Hermiona się skrzywiła.

— Eee, tak. Nigdy wcześniej o tym nie myślałam, ale to naprawdę okropny pomysł.

Przez kilka długich chwil wpatrywał się w radosne kreskówkowe psy zdobiące okładkę, zanim ostrożnie odłożył ją na półkę.

— Kurwa, pożywka dla koszmarów — mruknął.

— W sumie to nie, gorszy jest James i wielka brzoskwinia — powiedziała stanowczo Hermiona. — Nie będziemy tego oglądać.

Malfoy rzucił nieufne spojrzenie na okładkę przedstawiającą gigantyczną brzoskwinię.

— No to który? — jęknął.

— Jestem przekonana, że cokolwiek wybierzesz, będzie dobre — powiedziała.

I tak skończyli, oglądając Miss Agent.

Po tym, jak Hermiona poinstruowała Malfoya, jak włożyć płytę, usiadł obok niej na sofie. Podobnie jak poprzedniego wieczora, Hermiona wzięła go za rękę i przytuliła się do niego, gdy oglądali. Było to prawie miłe, pomijając…

— Kim jest ten mężczyzna?

— Myślę, że podejrzanym.

— Och… Skąd wiedziała, dokąd iść?

— Wydaje mi się, że już wcześniej mieli jakiś plan.

— Rozumiem… Dokąd idą…

— Malfoy — przerwała mu w końcu Hermiona. — To jest jak sztuka, musisz poczekać na rozwój fabuły.

— Hm. — Nie wydawał się przekonany, ale przestał zadawać pytania.

Hermiona przesunęła się, wykorzystując jego rozproszenie uwagi, gdy akcja zaczęła się rozwijać, by poczuć się nieco bardziej komfortowo. Puściła jego dłoń i sięgnęła do tyłu, by zamiast tego objąć jego ramię. Następnie podciągnęła nogi i skierowała stopy w jego stronę, ostrożnie kładąc je na sofie między jego rozłożonymi nogami. Była całkowicie skulona u jego boku, jej głowa znajdowała się tuż pod jego ramieniem i nie pamiętała, by kiedykolwiek czuła się tak przytulnie.

— To śmieszne — oświadczył nagle Malfoy. — Wezwali kogoś, żeby wyprostował jej włosy i nagle zdali sobie sprawę, że jest śliczna? Absolutna bzdura.

Hermiona zaśmiała się z jego oburzenia.

— Podobała ci się jej poprzednia fryzura, prawda?

— Cóż, niekoniecznie. Trochę były napuszone. — Spojrzał na nią, unosząc dłoń wokół jej ramienia, by potargać jej loki. — Oczywiście, niektórym ludziom się to podoba u dziewczyn.

Hermiona klepnęła go.

— Nie bądź głupcem. Nie miałam czasu, by je porządnie wysuszyć.

— Tak, to pewnie dlatego.

Jego dłoń wróciła do jej ramienia, lekko je ściskając, a potem po raz pierwszy zdawał się zauważyć ich pozycję.

— Wygodnie, co?

Nieznacznie się poruszyła.

— Tak. Odpowiada ci to?

Wydawał się zastanawiać przez chwilę.

— Tak, ale myślę, że mogłoby być lepiej.

Wydała cichy pisk, gdy jego druga ręka wsunęła się pod jej kolana, podciągając ją na swoje. Pozostała skulona przy jego piersi, gdy obie jego ręce ją obejmowały.

— O tak.

Kiwnęła głową.

— Tak w sumie też jest dobrze.

— Zasługuje na czwórkę?

— Cóż…

Jego prawa ręka zsunęła się w dół jej uda, zatrzymując się na krzywiźnie tyłka.

— A teraz?

Hermiona przełknęła ślinę.

— T-tak, prawdopodobnie.

— Cudnie.

Przez chwilę oglądali w ciszy, podczas gdy dłoń Malfoya kreśliła powolne wzory na jej nodze. Koniuszki palców podążały za szwem jej dżinsów, a od czasu do czasu zatrzymywał się, by lekko ścisnąć pośladek. Hermiona starała się utrzymać normalny rytm oddechu, czując ciepło rozkwitające w dolnej części ciała.

Na szczęście napięcie nieco się rozproszyło, gdy Cheryl Frasier opisała swoją idealną randkę jako dwudziesty piąty kwietnia, ponieważ „nie jest za gorąco i nie za zimno; wszystko, czego potrzebujesz, to lekka kurtka”.

Malfoy prychnął śmiechem.

— Merlinie, co za Puchonka.

______________________

Witajcie :) W końcu nadszedł dzień kiedy publikuję ten rozdział. Wiele się w nim działo, więc mam nadzieję, że Was zaciekawił. Dajcie znać czy w ogóle czekaliście i jak wrażenia po lekturze.

Kolejny rozdział pojawi się w weekend, prawdopodobnie w sobotę. Mam nadzieję, że znajdę czas na tłumaczenie dalszych rozdziałów, chociaż moja praca tego kompletnie nie ułatwia.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia! Enjoy!