Rozdział 28: Lista

sobota, 25 sierpnia 2018

— Więc minister został porwany i rozpoczęły się ataki — oświadczam. Luna kiwa głową podczas naszego drugiego spotkania planistycznego w salonie. Jedyną różnicą jest to, że Ron siedzi obok Tracy, obejmując ją ramieniem.
— Tym razem rozpoczęli ataki od neutralnych rodzin — mówi Draco.
— Zaczęli od nas — dodaje Tracy.
— Czy coś się stało Greengrassom? — pyta Draco dziewczynę.
— Wysłałam sowę do Dafne, kiedy znalazłam schronienie. Napisała, że opuszczają kraj.
Draco kiwa głową na jej odpowiedź.
— Jaki jest następny krok? — pyta Harry.
— Co widziała Lovegood?
— Czy wygraliśmy? — szepcze Ron.
— Nie — mówi Luna, wyglądając na całkowicie oderwaną od rzeczywistości. — Nie wygraliśmy. — Momentalnie wszyscy markotnieją i patrzą w dal. — Ale możemy to zmienić.
Pięć par oczu odwraca się w jej stronę.
— Jak? — pytam, przewidując myśli wszystkich.
Luna wyciąga kawałek pergaminu i kładzie go pośrodku kręgu. Zapisano tam starannym pismem pięć nazwisk.

Antonin Dołohov
Bellatrix Lestrage
Fenrir Grayback
Travers
Yaxley

— To jest pięć osób, które zdecydowanie utrudnią nam końcowy triumf w ostatecznej bitwie — wyjaśnia Luna. — Musimy ich usunąć z gry przed listopadem.
— Jak to zrobimy? — pyta Tracy.
— Za półtora tygodnia będą uczestniczyć w serii ataków i mamy mnóstwo okazji do rozwiązania kilku problemów — odpowiada blondynka. — A Travers, Dohołov i Yaxley są tymi, których szukasz.
Kciuki Ślizgonki robią się białe, gdy mocno ściska podłokietnik i zaciska szczękę. Zemsta tańczy w jej oczach.
— Jak wielu Śmierciożerców można się spodziewać? — pyta Ron, przyciągając bliżej Tracy. — Gdzie, kiedy i w jakim celu?
— Pięciu Śmierciożerców przy pierwszym ataku na mugolską wioskę dokładnie za dziesięć dni. Mają zabijać i robić chaos. — Po krótkiej ciszy Luna kontynuuje: — Travers będzie jednym z pięciu.
— Pięciu na sześciu, nienajlepsza perspektywa — mówi Ron, kalkulując w głowie. — Niespodzianka dałaby nam trochę przewagi, ale mieszkający tam mugole mogą stanowić problem. Zbyt wiele łatwych celów, jednak niewiele można z tym zrobić. Bo tak naprawdę nie skupią się na nich, dopóki nie skończą z nami, ale i tak będą chętni do ataku.
— Sześciu? — pyta Draco.
Ron rozgląda się po pokoju.
— Sześciu.
— To zbyt niebezpieczne dla Luny — dodaję. — Nie możemy stracić naszego proroka.
— Czy może się upewnić, że nikogo nie stracimy? — szepcze Ron.
— Nie mogę być pewna, jeśli mnie tam nie będzie — odpowiada ze smutkiem Luna. Rudzielec spogląda na mnie oczywistą dezorientacją.
— Luna ma ograniczoną moc, ponieważ nie może zobaczyć siebie, ani tego jak wpłynie na wydarzenia wokół niej. Jeśli odejdzie, nie będzie w stanie powiedzieć nam, jakie mamy szanse — wyjaśniam.
— Więc pięciu na pięciu — mamrocze Ron.
— Obiecałem, że nie będę walczył za tę ochronę — wtrąca się Draco. — Pomogę uwarzyć eliksiry, w planowaniu strategii, mogę leczyć, ale nie mogę tam być.
— Że co, proszę? — jęczy Ron z niedowierzaniem. — Będziesz tutaj bezpieczny, podczas gdy my możemy umrzeć?
Szczęka Draco zaciska się, gdy ciska błyskawice w kierunku rudzielca. Tracy próbuje odwrócić uwagę Rona, ale bez powodzenia.
— Jest 84,7% szansy, że ktoś, najprawdopodobniej Draco, umrze, jeśli będzie wam towarzyszył — mówi Luna. — 12% szansy, jeśli nie pójdzie.
— Jak to możliwe? — wypala Ron bez zastanowienia.
— Będą rozwścieczeni, widząc kogoś, kto ich zdaniem powinien walczyć u ich boku i pojedynkować się z wami — odpowiada dziewczyna.
Oczy Rona prześlizgują się na Draco, który uśmiecha się z zadowoleniem. Poklepuję blondyna po ramieniu, a on podskakuje.
— Przestań — upominam go.
— Mamy dziesięć dni — mówi Harry, sprowadzając nas na ziemię. — Tracy, chcesz walczyć? — Ślizgonka kiwa głową. — Okej. Luna, postaraj się zobaczyć, czy jest coś szczególnego, na co musimy zwrócić uwagę. Reszta z nas będzie trenować, tak to znaczy, że ty też Malfoy. Musimy dawać z siebie wszystko, by być gotowym. Hermiona, Ron i ja ćwiczyliśmy razem, więc musimy do tego wrócić. Przy okazji pomożemy Tracy w dynamice. Zabieramy się do pracy.

~*~*~*~*~*~

— Już wiem, dlaczego byłaś taka zmęczona, gdy trenowaliście z Flitwickiem — mamrocze Draco, kładąc się obok mnie na podłodze. Dotarliśmy do jego pokoju i opadliśmy ze zmęczenia. Nawet łóżko jest za daleko.
— Jednakże Flitwick poświęcał nam tylko kilka godzin, a Harry jest tyranem — jęczę.
— To twój przyjaciel.
Zapada między nami cisza, ponieważ rozmowa pochłania zbyt wiele energii, aby ją kontynuować. Gdybyśmy nie byli tak obolali, moglibyśmy zasnąć. Harry przecisnął nas przez prasę podczas ostatnich sześciu dni. Ciągle zmienia skład, aby utrzymać nas w ryzach, ale gdyby nie eliksiry ochronne, którymi wzmacniamy się przed treningiem, połowa z nas już dawno by się poddała. Chociaż narzekamy na zmęczenie, czujemy się przygotowani lepiej niż kiedykolwiek wcześniej.

~*~*~*~*~*~

Luna odsuwa różdżkę od skroni, wlewając srebrzystą nić do myślodsiewni, którą przed śmiercią podarował mi Dumbledore. Biorąc głęboki oddech, sześcioro z nas zanurza się w jej wspomnieniach.
— O tym mieście mówiłam — oświadcza Luna.
Rozglądamy się po spokojnej, mugolskiej wiosce, gdzie mieści się kilka małych rodzinnych sklepów, pub i wiele domów. Dzieci bawiące się na ulicy, przeskakują w różne kierunki, jak nakładane obrazy.
— To jest główna droga — kontynuuje Luna, idąc do przodu.
Reszta z nas podąża za nią, wciąż wpatrując się w ludzi, którzy przeskakują między miejscami w mieście, a potem wracają na swoje miejsce, wciąż się ruszając.
— Luna, dlaczego oni tak się zachowują? — pytam, patrząc na migoczącego i nieistniejącego mężczyznę. — Czy to zaklęcie?
Dziewczyna patrzy w tamtą stronę.
— Nie — mówi po prostu, uśmiechając się do mężczyzny. — Istnieje 28% szans, że jego żona powie mu o ciąży, zanim nastanie wieczór, a jeśli to zrobi, on zostanie w domu, rozpieszczając ją i jednocześnie doprowadzając do szaleństwa. Nie będzie go w mieście podczas ataku.
— Więc tak to widzisz? — naciskam, a ona kiwa głową, wzruszając ramionami i patrząc niewinnie.
— Jest kilka dróg, które nie łączą się z tą — kontynuuje Luna. — Tutaj kamienne budynki — wskazuje na kilka sklepów — zapewnią dobrą osłonę.
Dziewczyna podchodzi do końca ulicy, a potem odwraca się do nas.
— Pojawią się między szóstą a siódmą wieczorem — dodaje.
Natychmiast scena zmienia się w noc, a za blondynką ukazuje się pięć postaci. Migoczą w różnych pozycjach, ale nie ruszają naprzód.
— Mogą przybyć w różnych formacjach, ale wszyscy będą tutaj. Będziecie musieli zaklęcia rzucić antyaportacyjne i antyświstoklikowe, gdy tu przybędą, ale zanim dowiedzą się, że tu jesteście.
Ziemia trzęsie się i Śmierciożercy spoglądają na siebie. Harry, Ron, Tracy i ja wychodzimy ze wspomnienia, ustawiając się w różnych miejscach. Luna zamraża scenę i idzie w kierunku jednego ze Śmierciożerców. Maska ujawnia zapadnięte policzki i brak szczęki w okolicy podbródka. Lekko niebieskawy odcień podkreśla siwiznę.
— To jest Travers. Nie może ujść z tego cało. Brak umiejętności, złamana różdżka, poćwiartowanie na części, to nie wystarczy — mówi ponuro Luna. — Jeśli opuści to miasto żywy, wróci do swoje pana, będzie torturowany i uzdrowiony. Stanie się jeszcze większym zagrożeniem. Wiem, że niektórzy z was zabijali potwora w ludzkiej skórze, ale nie możecie się wahać. To co zaplanowali… co by zrobili, gdyby was tu nie było… oni nie są ludźmi. W sprawiedliwym świecie ich dusze byłyby wyssane przez dementora. Nie mamy wyboru. To co mamy, cały ten świat, to wy. Nie wahajcie się, nie zastanawiajcie się, nie dawajcie drugiej szansy. Pozbądźcie się ich i wróćcie do domu. Proszę.
Luna odwraca się. Wzdychając, lądujemy w domu Blacków.
— Kolacja — oświadcza Stworek, gdy tylko się pojawiamy. Harry przytakuje ze znużeniem i podążamy za nim do jadalni. Pan Lovegood i pani Malfoy już siedzą przy stole. Posiłek przebiega w ciszy, ponieważ młodzi myślą o tym, co czeka ich następnego dnia.

~*~*~*~*~*~

Trzy pary rozdzielają się po kolacji. Draco i ja przebywamy w jego pokoju, siedząc na kanapie, zagubieni we własnych myślach. Chłopak zerka na mnie.
— Poprosiłbym, żebyś została, gdybym myślał, że to zrobisz — mówi.
— Nie mogę — odpowiadam.
— Wiem.
Wtulam się w jego ramiona.
— Istnieje bardzo mała szansa, że ktokolwiek umrze — oświadczam, brzmiąc zbyt optymistycznie nawet dla moich uszu.
— To, że Luna nie pokazała nam bitwy, nie napawa mnie radością — mamrocze Draco. — Jest wiele zła pomiędzy bezpieczeństwem a śmiercią.
— Wiem — szepczę, a Draco wzdycha i przyciąga mnie bliżej.
— To było najgorsze pięć lat mojego życia — mówi cicho. — Wszystko się zmieniło, gdy Czarny Pan wrócił i nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Przez pierwsze dwa lata wracałem do Hogwartu i myślałem, że wszystko się ułoży, ale wojna… wojna… teraz zaczęła się na nowo. Znowu to czuję, a jedyna osoba, za którą mógłbym umrzeć, aby ją ochronić, ma zamiar błąkać się po polu bitwy i nic nie mogę na to poradzić.
Słowa grzęzną mi w gardle. Nie mieliśmy czasu zastanowić się nad tym, kim dla siebie jesteśmy, nie było żadnych deklaracji miłości. Jego nagłe otwarcie wstrząsa mną na chwilę. W odpowiedzi całuję go, starając się przekazać wszystko, o czym myślę. Odwdzięcza się taką samą pasją i skrajną desperacją.
— Wrócę do ciebie — szepczę, gdy przerywamy, nie otwierając oczu.
— Nie możesz tego obiecać — odpowiada, opierając czoło na moim.
— Muszę walczyć — mówię.
— Wiem o tym. Nie byłabyś sobą, gdybyś stała na uboczu. Zawsze to wiedziałem. Nawet w tej przeklętej celi siedziałaś i chciałaś umrzeć z dobrze znanych powodów. Problem polega na tym… że nie chcę cię stracić. Więc do czego nas to zaprowadzi?
Oczy Draco otwierają się i wpatrują w moje. Wzruszam ramionami, wtulając głowę w zagłębienie na jego szyi.
— Nie mogę prosić, żebyś została, ale… wróć — szepcze w moje włosy i całuje w czubek głowy. Jego ciałem wstrząsa dreszcz, ale mimo to otacza mnie ramionami i przytula mocno.
Przyszłość jeszcze nie jest zaplanowana, jeszcze nie. Nie będzie nas jutro na kolacji, ale bogowie, proszę, pozwólcie nam wrócić do domu.


__________

Witajcie :) w sobotnie popołudnie publikuję kolejną część tłumaczenia. Nie wiem jak Wy, ale ja już nie mogę się doczekać ostatecznych rozstrzygnięć. Poza tym scena dramione była taka niesamowita <3 Piszcie jak wrażenia!
Kolejny rozdział zapewne pojawi się za tydzień, może trochę wcześniej. Postanowiłam skupić się tylko na tym tłumaczeniu, aby go skończyć w niedługim czasie. Więc trzymajcie kciuki.
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego weekendu i tygodnia. Enjoy!

Rozdział 27: Nasza żałoba

sobota, 18 sierpnia 2018

Mrugam kilka razy, próbując uspokoić oczy. Szare tęczówki spotykają się z moimi w odległości kilku cali.
— Co się stało? — szepcze Draco.
Siadam, nie mogąc wyrzucić z pamięci rozmowy z panem Lovegood. Świat wiruje, nim odzyskuję równowagę. Kładę dłoń na klatce piersiowej, próbując wypełnić pustkę, która mnie ogarnia.
— Hermiono, kochanie? — mówi Draco cicho, siadając obok. Potrząsam głową, gdy łza spływa po moim policzku. Chłopak przyciąga mnie do siebie, obejmując ramieniem. — Co ci jest, kochanie?
— Umarli — mamroczę, z trudem wydobywając z siebie jakikolwiek dźwięk. — Żyli, ale umarli i ja… ja nie wiem.
Draco ściska mnie mocniej, przysuwając mą głowę do siebie i opierając na niej podbródek.
— Wiem — szepcze pocieszająco.
— Wcześniej nie było czasu. Nigdy go nie było. Trwała wojna — bełkoczę.
— Wiem.
— Ale teraz ich nie ma, ale ja cierpię. — Odpycham jego ramiona i patrzę prosto w oczy. — Dlaczego?
Jego wzrok prześlizguje się po mojej twarzy, pokoju i z powrotem. Gdy znów patrzy mi prosto w oczy, dreszcz przebiega po moich plecach.
— Ponieważ ich nie ma — mówi. — Oczywiście, znowu żyją, ale nie do końca. Ludzie, których znałaś, którzy żyli i umarli podczas wojny, odeszli. Osoba, która żyła w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym szóstym i otrzymała szansę na inną przyszłość niż ta, którą pamiętamy, nie jest tą samą osobą, która umarła w tamtej erze. I ci, których znałaś, których kochałaś, odeszli. Nawet ci, którzy nie umrą przed naszym powrotem, znikną, ponieważ nigdy nie będą mieli kolejnej szansy. Czasem to jest dobre — ostatnie zdanie mamrocze sam do siebie i odwraca wzrok.
— Ludzie zawsze przeżywają żałobę po zmarłych, ale co to w ogóle znaczy? — pytam. — Nie było czasu na takie sprawy, musieliśmy działać dalej.
— Nie wiem — odpowiada Draco. — Rzadko wyprawialiśmy pogrzeby albo myśleliśmy o tych, którzy zginęli. Za bardzo bolało i zbyt cierpieliśmy, więc staraliśmy się o tym zapomnieć.
— Mógłbyś? — naciskam. Jego oczy znów spotykają moje. — Zapomnieć o tym — wyjaśniam.
Uśmiecha się smutno.
— Nie.
Cisza, która zapada między nami jest pełna zbyt prawdziwego bólu. Myślę o śmierci babci Jean i o tym, jak mama sobie poradziła z jej stratą.

~*~*~*~*~*~

— Nie będzie wiecznie bolało — mówi moja mama.
— Ale jeśli nie będzie bolało, to nie znaczy, że już jej nie kocham? — siedmioletnia ja domaga się odpowiedzi.
— Oczywiście, że nie, kochanie.
— Powiedziałaś, że boli, ponieważ tak bardzo ją kochamy.
Moja mama wzdycha.
— Z początku tak jest, ponieważ tęsknimy za nią, ale w pewnym momencie akceptujemy fakt, że nie ma jej wśród nas i możemy ją nadal kochać, a ból powoli się zmniejsza — wyjaśnia.
— W jaki sposób? — naciskam. — Nie chcę więcej płakać.
Moja mama uśmiecha się smutno.
— Pamiętając, jaka była za życia, a nie tylko to, że nie ma jej wśród nas.

~*~*~*~*~*~

— Mugole czasem wyprawiają uroczystość na cześć zmarłych — mówię niezręcznie. — Zapalają świece i mówią o osobie, którą utracili.
— Dlaczego? — pyta.
— Ponieważ pomaga im to zapamiętać daną osobę tak, jaka była za życia, a nie tylko fakt, że jej nie ma — odpowiadam.
— Czy to pomaga?
— Czasami — przytakuję, a Draco ściska moją dłoń.
— Będę z tobą.
— Chodźmy do sali balowej — proponuję. — Jest sporo osób.
Chłopak kiwa głową i wychodzi ze mną z pokoju, cały czas trzymając za rękę.
Z wyjątkiem ozdobionego stolika w kącie, pomieszczenie świeci pustkami i wydaje się o połowę mniejsze od Wielkiej Sali w Hogwarcie. Siedzimy na podłodze naprzeciwko siebie.
Przywołuję świecę, która unosi się między nami i podpalam knot.
— Moja mama była dobrą kobietą — mówię. — Miła, kochająca, zawsze uśmiechnięta. Jednak jej temperament doprowadzał mnie do pionu. Pamiętam, jak kiedyś przyłapała mnie na czytaniu książki, którą wkładała na najwyższą półkę, by trzymać ją ode mnie z daleka. Miałam tylko sześć lat, ale dzięki spontanicznej magii udało mi się ją chwycić. Mama kipiała ze złości — śmieję się. — Przez tę książkę tygodniami dręczyły mnie koszmary. — Moje oczy są zamglone. — Za każdym razem przytulała mnie i mówiła, że to tylko zły sen. Wystarczyła sama jej obecność, żeby wszystko wróciło do normy. I tak było. — Szlocham głośno, a Draco dotyka mojego ramienia.
— Wychowała niesamowitą córkę — dodaje chłopak.
Przytakuję, odkładając świecę na bok i przywołując kolejną.
— Za mojego tatę — mówię. — Był uroczym i miłym dentystą, który dawał naklejki wszystkim dzieciom podobnym do niego. Kochał czytać tak jak ja, rozpieszczał mnie książkami. Mama mówiła mu, że powinien przestać, bo nie mamy już miejsca na kolejne, ale on zawsze twierdził, że zawsze znajdzie się miejsce na książki. — Uśmiecham się. — Miał tyle energii i tyle miłości.
Świeca lewituje w kierunku tej mojej mamy, a inna pojawia się między nami.
— Za Harry’ego— kontynuuję. — Był tak podobny do mnie, ale przeszedł o wiele więcej i teraz już nie jest taki sam. Widział zbyt dużo śmierci. — Draco ściska moją rękę. — Nigdy nie mogłam zrozumieć, jak mógł walczyć z diabłem, który okaleczał i zabijał, a jednocześnie być tak świadomym wszystkiego, kalkulować, a mimo to… kochać całym sobą i napędzać się do walki poprzez kolejne niewinne zgony. Przyjął na siebie zaklęcie przeznaczone dla mnie i walczył ze Śmierciożercami, aby być u mego boku. Minęły tygodnie nim się uśmiechnął, ale nikt nie zwątpił w to, że bardzo kochał.
— Za Rona — oświadczam, gdy kolejna świeca pojawia się przede mną. — Znał cenę życia, podejmował trudne decyzje, gdy Harry nie mógł tego zrobić, to spoczywało na nim. Czasami musieliśmy odsunąć się od bitwy, abyśmy mogli walczyć innego dnia. Ludzie umierali, gdy to robiliśmy. Harry nie potrafił opuścić choćby jednej duszy. Wiedziałam, że czasem musieliśmy to zrobić, a Ron zauważył to, nim w wpadliśmy w to po uszy. Harry i on często drążyli bardziej i zawierali przymierze z nieciekawymi ludźmi. Harry upierał się przy tym, a Ron nie był zbytnio przekonany i twierdził, że gdybyśmy walczyli o wiele dłużej, nie moglibyśmy się wydostać. Nie lubiłam sprzeciwiać się Harry’emu, ale Ron chciał uchronić nas przy życiu i tak też zrobiliśmy. Bylibyśmy okropnie dobraną parą, ale rudzielec jest niesamowitym przyjacielem i druhem dla mnie i Harry’ego.
Moja lista się wydłuża, a świecie wypełniają pomieszczenie.

~*~*~*~*~*~

Pani Weasley, która kochała i dbała o wszystkich w zakonie.
Pan Weasley, który był silny w trudnych chwilach.
Ginny, która nigdy się nie wycofała.
Fred i George, którzy zawsze się śmiali, a jednocześnie walczyli z pasją.
Bill, który zawsze miał nadzieję.
Fleur, która była lojalna i opiekuńcza.
Charlie, który obserwował, jak wszyscy do nas dołączają.
Dumbledore, który poświęcił wszystko dla czarodziejskiego świata i wiedział, że to nie wystarczy, by uratować tych, którym sprawił ból.
Luna, która uratowała nam życie.
Tonks, która zawsze była otwarta i wiedziała, że liczy się wnętrze, a nie okładka.
Lupin, który walczył z determinacją i umarł dla miłości.
Amelia Bones, która straciła wszystko, nawet Susan, ale i tak walczyła po naszej stronie.

~*~*~*~*~*~

Lista się wydłużała. Gdy skończyłam i odetchnęłam, pojawiła się kolejna świeca pomiędzy mną a Draco.
— Za Blaise’a — mówi chłopak — który umarł, mówiąc Czarnemu Panu „nie”. Uciekał przez niemal dwa lata tylko po to, by dać się złapać i uwięzić. Był pewien, że zakon go nie przyjmie, ale nigdy nie uciekł przed atakiem, nawet jeśli miałby uratować choćby jedno życie. To właśnie spowodowało, że wylądował na kolanach przed Czarnym Panem. Ja… ja nie mogłem go uratować.
— Za Teo — kontynuuje z inną świecą — który stracił połowę lewej ręki. Mugol odstrzelił ją jakąś bronią. Teo od dziecka wiedział, że będzie Śmierciożercą. Kilka lat później zastanawiał się, jaki jest sens panowania nad zrujnowanym światem, ale trzymał buzię na kłódkę i opuszczoną głowę, pomimo faktu, że witał się ze śmiercią.
— Za Tracy — kolejna świeca — która doznała więcej tortur i wstydu niż jakakolwiek żywa istota. Jej gniew płonął jak ogień, jednak nawet mimo to, mimo faktu, że… ją złamali, odmawiała służenia Czarnemu Panu.
Świeca dołącza do innych.
— Za Syriusza — mówi Harry, idąc naprzód ze świecą przed sobą. Uśmiecha się do mnie. — Pomyślałem, że do was dołączę. Syriusz miał duszę czterolatka i nawet po latach niesłusznego więzienia potrafił się śmiać i uśmiechać szerzej niż ludzie, którzy mnie kochali. Kochał mnie nawet wtedy, gdy nie miałem o nim pojęcia. Dobry człowiek i wspaniały ojciec chrzestny.
Świeca lewituje do pozostałych. Draco przesuwa się na moją stronę, gdy Luna, która weszła za Harrym, siada po drugiej stronie. Ron i Tracy wchodzą do pomieszczenia, kiedy Harry kończy mówić. Rudzielec siada po lewej stronie Harry’ego, a Tracy między nim a Draco, tworząc dziwny okrąg na podłodze.
— Za mojego tatę — mówi Tracy, a Ron łapie ją za rękę, gdy świeca unosi się między nami. — Przekonał się, że to, co mówili jego rodzice, było prawdą i kochał moją mamę. Ochronił nas wszystkim, co posiadał. I za moją mamę — kolejna świeca pojawia się obok dziewczyny — postanowiła umrzeć niż służyć szaleńcowi. Umarli dla mnie, uwalniając mnie. — Tracy odchrząkuje i dwie świece przelatują na bok.
— Za Lucjusza — odzywa się pani Malfoy. — Niegdyś był dobrym człowiekiem z wieloma pomysłami. Z biegiem lat jego ambicja spowodowała, że zamierzone cele osiągał w mało uczciwy sposób. I choć jego uprzedzenia, które przejął od rodziców, nigdy nie zniknęły, wszystko inne tak.
Draco podnosi się z podłogi i idzie w jej kierunku. Świeca za Lucjusza Malfoya dryfuje do innych, podczas gdy Draco przytula swoją matkę.
— Za Pandorę — mówi pan Lovegood, wchodząc do pomieszczenia. — Była piękną wiedźmą, która starała się uczynić świat lepszym poprzez swoje czyny. Byłaby tak dumna ze swojej Luny. Niemal widzę, jak robi to samo, co my, zapalając świece dla zbyt wielu poległych. Właśnie dlatego walczyła dla zakonu i dlatego my walczymy dla was.
Cisza wypełnia salę balową. Mieszkańcy Grimmauld Place 12 rozglądają się po pomieszczeniu. Liczba płonących świec robi wielkie wrażenie, zajmując większą część pokoju, pomijając okrąg, w którym siedzą i stoją czarodzieje. Każdy rozkoszuje się myślami o tych, którzy zginęli.
Stworek wchodzi cicho, kłaniając się.
— Podano do stołu — mówi, po czym wraca do kuchni.
Wzdychając, wychodzimy z sali balowej. Trzymam się z tyłu, będąc ostatnią, która opuszcza pomieszczenie. Patrzę na świece i momentalnie wszystkie znikają, za pomocą mojej różdżki, po czym zamykam drzwi.
Kolacja przebiega w ciszy, jednak pierwszy raz jemy wspólnie. Pomimo faktu, że dziura w mojej klatce piersiowej nie zniknęła, czuję się lżejsza. Być może to powód do kontynuowania walki, jak to powiedział pan Lovegood, a nie ciężar mojej żałoby.


________

Witajcie :) w to sobotnie popołudnie publikuję kolejny rozdział tłumaczenia. Ta część jest dość sentymentalna i przyznam, że momentami miałam łzy w oczach. Jestem ciekawa, jak ją odbierzecie.
Aktualnie przebywam w domu i ładuję baterie przed jutrzejszym wyjazdem do Warszawy. Niestety urlop się kończy i pora wracać do rzeczywistości. Postaram się szybciej dodawać kolejne rozdziały, bo mam plan skończyć to tłumaczenie do października. Jak myślicie, dam radę?
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego weekendu i tygodnia! Enjoy!