Rozdział 37: Bella i dwóch

niedziela, 25 listopada 2018

Blaise Zabini dołączył do nas pięć dni temu. Początkowo wydawało się, że planuje konkretną zemstę na tych, którzy skrzywdzili jego matkę. Draco i Tracy rozmawiali z nim przez kilka godzin.
Potem wkroczyła pani Malfoy. Znała go tak długo jak jego własna matka. To dzięki niej przyznał, że zwolennicy Czarnego Pana powinni zostać powstrzymani, a my możemy w tym pomóc.
Jednak Harry nie był przekonany, że chłopak, który mógłby zezwolić na jakąkolwiek torturę, powinien brać udział w ostatecznej bitwie. Blaise dobrze wiedział, kto krzywdził jego matkę i nawet Harry nie miał dostatecznych argumentów, aby go powstrzymać. Obiecał jedynie, że jego zemsta będzie subtelniejsza.

~*~*~*~*~*~

Szóstego października, dwa tygodnie po dołączeniu Blaise’a, zebraliśmy się w Pokoju Wojennym, jak to go nazwał Ron.
— Zostało sześć tygodni do ostatecznej bitwy — zaczyna Luna. — W tym czasie będziemy musieli usunąć tych śmierciożerców.
Na stole ląduje kartka papieru.

Bellatrix Lestrage
Jugson
Thorfinn Rowle

— Jest więcej? — pyta Ron, zerkając w górę.
— Tak, po prostu… skutki zaklęcia na Bellatrix miały nieprzewidziane konsekwencje — wyjaśnia Luna.
— W postaci dwóch kolejnych nazwisk? — dopytuje Draco, a Luna kiwa głową. — Czy w ciągu sześciu tygodni będziemy mieli okazję ich pokonać?
— Tak — odpowiada dziewczyna. — Ale musimy być bardziej precyzyjni.

~*~*~*~*~*~

Po naradzie Draco staje z Blaise’em z boku pokoju. Zasłaniam ich plecami, aby dać odrobinę prywatności i żeby reszta grupy nic nie słyszała, ponieważ nadal są w pomieszczeniu, żywo dyskutując.
— Nie musisz walczyć — mówi Draco. — Ta strona tego nie wymaga.
Blaise prycha.
— Wiem, stary — odpowiada. — Ale muszę, nie dla nich, ale dla mojej matki.
Draco wzdycha.
— Myślałem, że jesteś kochankiem, a nie wojownikiem — dodaje blondyn, unosząc brew.
— Kłamałem — śmieje się Blaise. — Ale rozumiem, dlaczego ty nie walczysz — mówi cicho.
Draco kiwa głową.
— Uważaj — szepce i wychodzi na korytarz.
Blaise pojawia się za mną i obejmuje mnie ramieniem.
— Co z nim zrobimy? — pyta, a ja wzruszam ramionami.
— Nie wiem jak ty, ale myślałam, że mogłabym go pocałować — mówię.
Blaise śmieje się głośno.
— Jesteś idealną partią dla niego — oświadcza, po czym odchodzi.
Blaise jest taki pozytywny i tak samo serdeczny jak bliźniacy. Przyznaję, że nie wiedziałam o nim zbyt wiele, kiedy się do nas wprowadził, ale w jego ruchach można wyczuć napięcie, które mówi o bólu. Taki ból zobaczyłam, gdy powiedzieliśmy mu o śmierci matki.

~*~*~*~*~*~

— Blaise. — Draco klapie go w ramię i wpuszcza do domu.
Chłopak rozgląda się po mieszkaniu.
— Więc to jest to miejsce, w którym się ukrywacie — mówi. — Byłem zaskoczony, widząc wiadomość od ciebie. Nie byłem pewny, czy te plotki są prawdą. To, że opuściłeś ciemną stronę.
— To dlaczego przyszedłeś? — pytam nagle. — Gdybyś nie był pewny, że Draco pracuje dla Sam-Wiesz-Kogo, wpadłbyś w pułapkę.
Blaise chichocze.
— Nie — odpowiada. — Draco, nawet zły Draco, nie wciągnąłby mnie w pułapkę. To była część naszej umowy.
Patrzę na dwóch byłych Ślizgonów.
— Jakiej umowy?
— Najlepszej w swoim rodzaju — odpowiada Blaise. — Niespisanej, niewypowiedzianej, niepewnej.
Unoszę brwi z niedowierzania.
— Przyzwyczaisz się — mówi Draco.
— A o co chodzi z tą godziną? — pyta Blaise. — Dlaczego teraz?
— Ja… nie byłem pewien, czy wcześniej to było bezpieczne, ale… chodź tutaj.
Draco kieruje się do nieużywanego pokoju, który będzie należał do Blaise’a. Rzuca zaklęcia prywatności, gdy chłopak siada na łóżku. Potem ich oczy się spotykają.
— Czy wiedziałeś, że Czarny Pan miał twoją matkę? — pyta Draco.
Czarnoskóry chłopak sztywnieje.
— Znaleźliśmy ją podczas jednego z naszych nalotów — kontynuuje Draco. — Sprowadziliśmy ją tutaj, ale to, co z nią zrobili… nie mieliśmy szans.
Z gardła Blaise’a wydobywa się szloch, oczy otwierają szeroko, błagając o kłamstwo.
— Nie — sapie.
— Kiedy będziesz gotowy, zabiorę cię na miejsce jej pochówku — oznajmia Draco z powagą w głosie.
Ciałem Blaise’a wstrząsa szloch. Draco dotyka ramienia przyjaciela.
— Nie — szepce w kółko chłopak.
W tej chwili czuję się jak intruz, ale jestem tutaj z jakiegoś powodu.
— Obiecałam twojej matce, że przekażę jej wiadomość — mówię, a jego oczy patrzą na moje. — Moje światło, moja miłość, moja duszo, będę cię kochać na wieki wieków.
— Dziękuję — szepce.
— Daj nam znać, jeśli będziesz czegoś potrzebował — mówię, po czym razem z Draco wychodzimy z pokoju.
— Nie powiedziałeś mu, że musieliśmy… co jej zrobiono — mamroczę, patrząc na Draco, gdy zamykamy drzwi od biblioteki.
— Wiedza o tym, jak została potraktowana najbliższa mu osoba, sprawi więcej bólu. Nie musi wiedzieć, jak źle było — odpowiada Draco.
Przytakuję, tuląc się do jego boku.

~*~*~*~*~*~

— Merlinie — krzyczy Blaise, gdy Draco sięga po swoją różdżkę.
— Czy mam cię zakneblować? — pyta blondyn. — Przestań się ruszać.
— To cholernie boli — krzyczy chłopak.
Bliźniacy snują się po kuchni, a jednocześnie naszym oddziale ratunkowym.
— To zawsze cholernie boli — mówi Ron. — Ale to lepsze od stracenia ręki.
— Jeżeli nie przestaniecie gadać, uciszę was na zawsze — mówi Draco, wciąż pochylony nad ramieniem Blaise’a.
— Proszę, zrób to — wtrącam się, czując pulsowanie w głowie.
— Czy przynajmniej pozbyliście się Jugsona? — pyta Draco.
— Tak — mówi Harry. — Właściwie był trudniejszy od Rolwe’a.
— Czyli pozostała tylko… — zaczyna Tracy.
— Bellatrix — kończy Fred.
— Znowu — wtrąca George.
— Teraz ją dopadniecie — obiecuje Blaise. — w końcu macie mnie.
— Patrzcie na niego, czy to nie napawa was pewnością siebie? — pyta Draco, kończąc bandażowanie ramienia. — Hermiono.
Podchodzę bliżej i siadam na krześle, które przed chwilą zwolnił Blaise. Świat wiruje, a ja kładę ręce po obu stronach, próbując zachować równowagę.
— Kto ci przyłożył? — pyta Draco, rzucając zaklęcia diagnostyczne.
— Jugson — odgryzam się pomimo nasilającego się bólu.
— Połóż się. — Draco kieruje mnie na leżankę, po czym podaje mi eliksir. — Pij.
Niemal od razu świat rozmazuje się, a potem zapada ciemność.

~*~*~*~*~*~

Cztery dni później Draco pozwala mi wstać z łóżka. Oczywiście niechętnie, ale nie spiera się ze mną, ponieważ odbywa się zebranie.
— Dwa tygodnie — mówi Luna.
— Więc dwudziesty szósty listopada? — pytam. — W środę?
Blondynka przytakuje.
— Tak, kto by się spodziewał, że celowo napadną na szkołę w środę? — podjudza.
Wszyscy wzruszamy ramionami. Walczymy w środę.
— Ale wcześniej — kontynuuje Luna.
— Bellatrix — warczy Fred.
— Tak i mamy tylko jedną okazję, a mianowicie niedzielną noc, żeby ją pokonać — wyjaśnia Luna. — Może nie jest pełnosprawna fizycznie z powodu utraconego oka, ale nie możecie jej lekceważyć, bo jest tak samo żądna krwi.
— Jakie mamy szanse? — pyta Draco.
Wiem, że błaga o szanse na pokonanie jej, ale także na to, aby żadne z nas nie ucierpi.
— Możemy to zrobić — mówi tylko Luna.

~*~*~*~*~*~

Kiedy znajduję się w wirze niedzielnej bitwy, bardzo dobrze rozumiem zachowanie Luny, która nie mówi o szansach. To najgorszy z nalotów, w których braliśmy udział.
Odbijam kolejne zaklęcie i odpowiadam ogniem. Blaise stoi za moimi plecami, celując ogień w śmierciożerców.
— Padnij! — krzyczy Ron i wszyscy padamy na ziemię. Kilku śmierciożerców podąża za nami, ale inni są odrzucani do tyłu przez zaklęcie, które rzucił Ron. Może podniosą się ponownie, ale za dobre kilka godzin, ewentualnie wcale.
Bellatrix należy do tych, którzy padli na ziemię. Tracy odpycha Rona, gdy w jego stronę leci zaklęcie uśmiercające. Klątwa obszarowa to fajna sztuczka, ale strasznie osłabia rudzielca. Tracy musi chronić zbierającego siły chłopaka przed Bellatrix i czterema śmierciożercami.
— Głupi zdrajca krwi — krzyczy Bellatrix, zanim rzuca więcej zaklęć w stronę kucającego Rona.
Bliźniacy szybko pędzą na ratunek, ale można się domyślić, że to nie wystarczy.
Owijam winoroślą jednego ze śmierciożerców. Nie będzie w stanie rzucić zaklęcia cięcia szybciej ode mnie. Zauważam zieloną smugę skierowaną na plecy Blaise’a. Nie waham się. Nie mogę. Atakuję biczem sługę Voldemorta, który nią wycelował. Opada na ziemię, mając puste oczy.
— Bracie — jęczy śmierciożerca, który stał obok.
Odwraca się do mnie i zaczyna podążać naprzód. Odbija moje zaklęcia. Nic nie jest w stanie go powstrzymać.
— Brudna — syczy. — Mała… szlama…
Upada na twarz.
— Nie wydaje mi się — mówi Blaise, po czym walczy z innym przeciwnikiem.
Podbiegam do Harry’ego i przejmuję jego śmierciożercę.
— Pomóż bliźniakom — mówię. — Zajmę się tym.
Harry macha różdżką i ognisty płomień otacza nogę Bellatrix. Czarownica krzyczy.
Dopiero teraz możemy się przyjrzeć jej twarzy. Czarne oko zastąpiło brakujące. Srebro zakrywa lewą stronę od czoła do brody. Cała konstrukcja jest zaczepiona przy uchu kobiety. Metal wygląda tak, jak ręka stworzona przez Voldemorta dla Petera.
Bellatrix walczy i zaczyna rzucać śmiertelne zaklęcia w kierunku Harry’ego. Chłopak unika ich, ale bliźniacy wciąż są w pobliżu, gotowi do ataku, jednak za każdym razem zostają odepchnięci.
— Wystarczy — krzyczy Bellatrix. — Avada Kedavra!
Zielone światło leci w stronę Harry’ego. W ostatniej chwili chłopak robi unik i klątwa przelatuje w odległości kilku cali.
Kiedy zerka na wiedźmę, jej twarz trzęsie się, przynajmniej metalowa część. Ciemne srebro zsuwa się po policzku, przesuwając na gardło kobiety.
— Mój — syczy metal, krążąc wokół jej szyi.
— Panie — krzyczy kobieta, szarpiąc metal.
Połowa jej twarzy niknie, tak jak kości policzkowe, brwi, zęby, skóra. Ucisk na szyi zwiększa się.
— Tylko mój — syczy, unieruchamiając ciało Bellatrix.
— Cholera jasna — komentuje Ron.
Ostatni śmierciożerca rozgląda się i znika.
— Wracajmy — mówię i momentalnie pojawiamy się przed domem.

~*~*~*~*~*~

— Dlaczego myślisz, że to ją zabiło? — pyta Draco następnego dnia, gdy pijemy herbatę.
— Rozkazał, by nikt poza nim nie zabijał Harry’ego… To była jego magia i widziałam, jak rzucała w kierunku Harry’ego zaklęcie uśmiercające. Voldemort potraktował to jak zdradę — wyjaśniam.
— Dlatego przysięgi lojalności nie działają wśród psychopatów — mówi Draco.
Przewracam oczami.
— Tak, to jeden z powodów — dodaję, próbując się uśmiechnąć, chociaż wciąż drżę na wspomnienie ubiegłej nocy. — Tylko dziesięć dni — szepcę.
Draco chwyta mnie za rękę.
— Wiem.

Czytaj dalej →
_____________

Witajcie :) kończy się weekend, więc publikuję kolejny rozdział opowiadania. Wreszcie udało się pokonać Bellę, chociaż nie obyło się bez efektów specjalnych. W powietrzu można wyczuć wojenną aurę i pewnie już nie możecie się doczekać rozstrzygnięć. W sumie ja też. 
U mnie ostatnio tyle zawirowań, że wszystko zeszło na drugi plan. Gdy tylko próbuję sobie poukładać moje życie, coś pojawia się znienacka i znowu koło rozpędza się na nowo. Wiem, że zostały trzy rozdziały i na dobrą sprawę mogłabym je opublikować w ciągu tygodnia. Owszem mogłabym, ale dowiedziałam się, że znowu idę na drugą zmianę do pracy i mój czas będzie bardzo ograniczony. Jednak zrobię wszystko, żeby skończyć tłumaczenie tak do dwóch tygodni. Byłoby miło gdybyście trzymali kciuki!
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia. Enjoy!

Rozdział 36: Okrutna wierność

niedziela, 4 listopada 2018

Ciemnoskóra kobieta o długich, czarnych włosach opada na krzesło. Jej nadgarstki są skrępowane, a ramiona i nogi przywiązane do krzesła. Kilka dodatkowych magicznych więzów oplata jej barki i klatkę piersiową. Ciemne cienie pod oczami i zmarszczki na czole sprawiają, że wygląda niepokojąco, nawet będąc nieprzytomną.
Przyglądam się jej z Draco u mego boku. Luna robi krok naprzód.
— Nie wybrała tego — mówi blondynka. — Bądźcie mili.
Po czym znika z pokoju, a my czekamy, aż kobieta otworzy oczy. Dzieje się to kilka chwil później.
— Draco? — mówi. — Gdzie ja jestem?
— Pani Zabini? — odpowiada chłopak.
Kobieta rozgląda się nerwowo po pomieszczeniu.
— O nie — szepcze. — O nie, nie, nie, o nie.
Draco zbliża się do niej powoli.
— Pani Zabini — próbuje ponownie.
Czarownica, o której mowa, zaczyna szlochać.
— Wypuście mnie — krzyczy, próbując się uwolnić.
— Obawiam się, że nie możemy tego zrobić — mówię spokojnie, robiąc krok do przodu.
— Ty suko — pluje.
— Dlaczego mnie śledziłaś? — pytam.
— Żeby dostać się do kwatery głównej — szydzi. — Bo taki dostałam rozkaz — oświadcza, a łzy spływają po jej policzkach.
Wymieniamy z Draco zmartwione spojrzenia. Jej zachowanie przypomina nowelę „Jekyll i Hyde”.
— Chcę mojego chłopca — płacze. — Będę służyć do śmierci — syczy.
— Pani Zabini? — pyta Draco, robiąc krok dalej. — Co ci się stało?
— Jesteś zdrajcą krwi — pluje. — Musiałam — jęczy.
— Co musiałaś? — naciska Draco.
— Musiałam was śledzić — płacze kobieta. — Aby wielbić Czarnego Pana.
— Nie — szepcze Draco, cofając się o krok.
Kobieta krzyczy, próbując się uwolnić, ale więzy wbijają się w jej ciało. Strumień czerwonego światła uderza w nią, powodując, że osuwa się na krzesło.
Patrzę na Draco, który siada na podłodze.
— Co to było? — pytam. — Czy ona postradała zmysły?
Chłopak kręci głową.
— Nie, tylko wolną wolę — odpowiada.
Siadam obok niego, kiedy przesuwa dłonią po twarzy.
— Ostatnimi czasy nie przejmował kontroli nad czystokrwistymi — mówi, wpatrując się w nieprzytomną wiedźmę. — Nawet gdy to robił, rodzina Zabinich się ukrywała. Pani Zabini umarła w naszej teraźniejszości, podobnie jak Blaise, ale to, co dzieje się teraz… nigdy nie stosował tego na czystokrwistych. Mógł porwać Tracy, być może ją zniewolić, ale…
— Co zrobił? — pytam.
— Rzucił na nią kilka zaklęć — mówi Draco, wciąż nie odrywając wzroku od pani Zabini. — Krok pierwszy, poddany jest zmuszony do kontaktowania się z niewolnikami. Krok drugi, jest torturowany, dopóki nie będzie w stanie myśleć samodzielnie. Wtedy kontakt z niewolnikami zmusza daną osobę do podążania za wolą pana i wchodzenia w tak zwany rytuał krwi. W końcu całkowicie traci swoją magię i zasady, którymi dotychczas się kierowała, aby postępować zgodnie z rozkazami, bez względu na to, czy skończą się śmiercią. Nawet w swych myślach osoba nie jest w stanie sprzeciwić się swojemu panu.
— To chore — szepczę.
— Tak.
— Czy ona ma podwójną osobowość?
— Nie, rytuał nie został wykonany prawidłowo. Nie była załamana zanim przeszła rytuał krwi, najprawdopodobniej dlatego, że Blaise żyje i znajduje się daleko stąd.
— Co możemy zrobić? — pytam. — Luna powiedziała, że ona nie wybrała takiego życia.
Draco wzdycha, ukrywając twarz w dłoniach.
— Ponieważ ma pewne poczucie własnej wartości, można rzucić zaklęcie, uniemożliwiające działanie złączonej z nią stronie, podczas naszej rozmowy z nią, ale to tymczasowe rozwiązanie i zapewne nie odpowie na wszystko — odpowiada.
— Masz na myśli, że nie ma szans, żeby to odwrócić?
— Nigdy.

~*~*~*~*~*~

Podajemy pani Zabini więcej eliksiru słodkiego snu, a ja siedzę na warcie, podczas gdy Draco warzy miksturę. Wraca do pokoju cztery godziny później. Zachodzące słońce rzuca cień na pomieszczenie. Draco nalewa trzy fiolki gęstej, niebieskiej cieczy przez rzuceniem zaklęcia.
— Teraz czekamy — mówi po prostu.

~*~*~*~*~*~

Dwie godziny później kobieta, wciąż przywiązana do krzesła, porusza się. Trącam Draco, aby się obudził. Czarownica wydaje się rozpoznawać miejsce i zaczyna cicho płakać. Draco przestawia krzesło i siada naprzeciwko niej.
— Przepraszam — mówi, a kobieta kręci głową. — Czy pamiętasz… — Chłopak pozostawia pytanie zawieszone w powietrzu.
— Wszystko — odpowiada.
— To, co wam zrobiono, jest nikczemne — mówię, siadając na krześle obok Draco. Pani Zabini przytakuje. — Czy znasz jakiś sposób, aby to odwrócić?
— Nie ma odwrotu — odpowiada kobieta.
— Dlaczego ci to zrobili? — pyta Draco. — Jesteś czystej krwi.
— To nie ma znaczenia — mówi. — Chcieli, żeby Blaise do nich dołączył, ale ukryłam mojego syna. Kiedy nie chciałam powiedzieć, gdzie on jest… cóż, znaleźli inne zastosowanie dla mojej osoby.
Kobieta patrzy prosto na smutne oczy Draco. Mięśnie jego twarzy napinają się, a szczęka zaciska.
— Czy Blaise nadal jest bezpieczny? — pytam, a na jej ustach pojawia się uśmiech.
— Nie zmusisz matki do zdradzenia swego dziecka — odpowiada, a ja pozwalam sobie na westchnienie pełne ulgi.
— Sama-Wiesz-Kto często nie docenia matek — mówię, także się uśmiechając.
Na twarzy pani Zabini pojawia się grymas.
— Nie zostało mi dużo czasu — oświadcza. — Nawet teraz czuję wewnętrzną walkę we mnie i chęć powrotu do mego mistrza.
Wymieniam porozumiewawcze spojrzenia z Draco.
— Nie możemy pozwolić ci odejść — mówię cicho. — Moglibyśmy wyczyścić ci pamięć, ale…
— Nie — jęczy kobieta, zaciskając zęby. — Będziecie bezpieczni, tylko kiedy umrę. Mój syn… chrońcie go.
— Sprowadzimy go tutaj — obiecuję. — Możemy cię wyciszyć, abyś mogła go zobaczyć.
— Nie — mówi pani Zabini. — Nie mam aż tyle czasu i… nie chcę, żeby mnie widział w takim stanie.
— Przepraszam — mówi Draco, wstając z krzesła.
Kobieta przytakuje i zamyka oczy.
— Czy jest coś, co chciałabyś powiedzieć swojemu synowi? — pytam rozpaczliwie.
— Moje światło, moja miłość, moja duszo, zawsze będę cię kochać na wieki wieków — mówi, a potem zaczyna się rzucać na krześle.
Draco kładzie dłoń na moim ramieniu i odciąga od czarownicy. Krzesło upada na bok ze wciąż związaną kobietą.
— Brudna, mała szlama — przeklina kobieta, wyjąc się na krześle.
Draco unosi różdżkę. Znał ją bardzo dobrze jako matkę swojego przyjaciela z dzieciństwa. Ramię chłopaka, które jest skierowane na kobietę, nadal drga niebezpiecznie. Jego twarz pokrywa maska obojętności, a szczęka zaciska się mocno. Każdy mięsień napina się do granic możliwości, ale wszystko zdradzają jego oczy — smutne i załamane.
Kobieta pluje, przeklinając wszystkich i wszystko. Końcówka różdżki Draco zaczyna się trząść, jednak chłopak nic nie mówi.
— Proszę — płacze pani Zabini.
Delikatnie kładę dłoń na ramieniu Draco i odsuwam go.
— Przepraszam — szepcę, rzucając silne zaklęcie tnące na jej szyję. Odwracam wzrok, aby nie widzieć skutków zaklęcia, zanim krew rozlewa się wokół jej ciała. Słyszę dławiący szloch i momentalnie Draco mnie obejmuje, zanim zdaję sobie sprawę, że to ja płaczę.
Prowadzi mnie do naszego pokoju. Za pomocą zaklęcia zmienia moje ubrania na piżamę i kładzie do łóżka. Łzy wciąż spływają po moich policzkach.
— Skontaktuję się z Blaise’em — mówi, całując mnie w czoło. — Zaraz wracam.
Po czym wymyka się z pokoju. Jest północ.
Cisza niemal mnie zagłusza. Te dzikie, czarne i prześladowane smutkiem oczy wpatrują się we mnie z rogu pokoju.
— Zawsze będą ofiary — szepce Harry, wchodząc do pomieszczenia. — Powiedziałaś mi to.
— Nie rozumiesz — szlocham. — Była niewinna.
— Draco powiedział mi wszystko — Harry mówi do mnie niemal szeptem. — To było miłosierdzie.
— To nie ty trzymałeś różdżkę — płaczę.
Harry siada na skraju łóżka i chwyta mnie za rękę.
— Nie mogłaś jej uratować — naciska.
— Zabiłam ją — mówię, wpatrując się w zielone oczy, błagając go, by zrozumiał. — Nigdy nie zabiłam niewinnego.
Ściska moją rękę, zamykając oczy pełne bólu.
— Wiem — szepcze.
Pozostaje przy mnie długo, nawet wtedy gdy zabraknie mi łez i gdy wstaje nowy dzień. Tak długo.

~*~*~*~*~*~

Draco cicho wchodzi do pokoju.
— Blaise będzie tu jutro — mówi.
Harry kiwa głową i wstaje z łóżka.
— Zaopiekuj się nią i wami — szepcze, gdy mija Draco.
Blondyn wślizguje się do łóżka i otacza mnie ramionami.
— Przykro mi z powodu twojej straty — szepczę automatycznie.
Opiera brodę na mojej głowie.
— Przykro mi, że musiałaś to zrobić — odpowiada. — To ja powinienem…
Odsuwam się, by spojrzeć mu w oczy.
— Nikt nie powinien tego robić — mówię. — Była matką twojego najlepszego kumpla. Nie mogłabym cię prosić o coś takiego.
— Ale mógłbym ci tego zaoszczędzić — naciska, obracając lok wokół palca. — Chciałbym móc.
Wtulam się w jego klatkę piersiową.
— Trzeba było to zrobić, prawda? — pytam.
— Tak. Okrucieństwem byłoby odesłać ją do tych potworów i nie było sposobu, żeby ją wyleczyć. To była nasza jedyna opcja.
Przytakuję w jego ramionach.
— Kiedy skończy się ta wojna? — szepczę.
— W ostatnim tygodniu listopada — odpowiada.
— Za długo.

~*~*~*~*~*~

Draco samotnie schodzi na śniadanie, a ja wędruję do pokoju, w którym byłam tylko raz, odkąd się tu wprowadziliśmy. Nie ma ciała, tak jak i krzesła. Czuję pustkę, gdy zauważam plamę na drewnianej podłodze.
Padając na deski, wyciągam dłoń w tamtym kierunku. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale faktura drewna się nie zmieniła. Nie jest mokra, ani lepiąca, ani brudna i nie umorusana. To tylko… drewniana podłoga.
Gdyby nie plama, mogłabym pomyśleć, że pomyliłam pomieszczenia. Siedzę tu przez jakiś czas, dłonią dotykając miejsca przypominającego mi o kobiecie, którą zamordowałam.

~*~*~*~*~*~

Luna wchodzi do pokoju. Jej kroki są niemal bezgłośne i zastanawiam się przez chwilę, czy w ogóle coś je. Leżę na podłodze, patrząc na plamę i dotykając palcami zbyt czystych desek. Luna siada po drugiej stronie i przygląda mi się.
— Przykro mi — szepce.
Kręcę lekko głową.
— To nie twoja wina — odpowiadam, ale w moich słowach przebrzmiewa pustka.
Od ostatniej nocy nie wylałam ani jednej łzy, ale nie mogę otrząsnąć się z pustki w klatce piersiowej. Widziałam wielu umierających ludzi i wcześniej też zabijałam, ale teraz… jest inaczej. Przeżyłam wojnę, przetrwałam. Jednak ta śmierć, to utracone życie, jej ciężar przewyższa wszystkie, które nosiłam.
— Bellatrix jest twarda, ale ona także była wojownicza — mówi Luna. — To był jedyny raz, kiedy widziałam, że jeden z nas miał mniej niż 72% szans na śmierć lub coś gorszego. Oczywiście szanse na zabicie Belli nie były aż tak wysokie. — Luna odwraca wzrok od podłogi do jednego z okien. — Ale nie mogłam tam zostawić pani Zabini, nie wtedy, gdy miałam szansę coś zrobić.
Patrzę z zaciekawieniem na blondynkę.
— Luna… — Zostawiam to imię w powietrzu, nie będąc pewną, o co powinnam zapytać.
— Tak, zrobiłam to — mówi dziewczyna.
Wiem, że powinnam zareagować na te słowa, ale po prostu wzruszam ramionami i patrzę na resztki krwi.
— Nie mogłam jej zostawić w takim stanie — wyjaśnia Luna. — Tyle śmierci… każda możliwa przyszłość zwiastowała wiele zgonów, ale wśród nich jedno miłosierdzie, które mogłam jej zaoferować… jedyne, które dla niej pozostało.
Luna wstaje i wychodzi. Czas znowu ucieka.

~*~*~*~*~*~

Tracy wchodzi i chwyta mnie za ramię.
— Wstawaj, Granger — mówi, szarpiąc mnie za kończynę.
Po chwili pozwalam jej się podnieść, przenosząc cały ciężar na nogi i uspokaja się, gdy stoję. Prowadzi mnie do drzwi. Wychodząc, ponownie zerkam na plamę.
— Co się stało z ciałem? — pytam, zakłopotana, że wcześniej nie przyszło mi to do głowy.
Tracy zatrzymuje się i sztywnieje.
— Draco ją pochował — szepcze, ważąc słowa. — Wczoraj wieczorem, po tym jak skontaktował się z Blaise’em. Za rogiem jest cmentarz. — Tracy ciągnie mnie do drzwi.
Draco siedzi na podłodze, trzymając głowę w dłoniach. Podnosi wzrok, gdy wychodzę na korytarz. Widzę ciemne cienie pod jego oczami.
Odłączam się od Tracy i podchodzę do niego. Wyciągam rękę, nic nie mówiąc. Chwyta ją niemal od razu.
Wracamy do pokoju, przylegając do siebie w ciasnym uścisku. Pozwalamy sobie na chwilę bólu i żałoby.
Jutro dołączy do nas Blaise i on także będzie przeżywał swoją stratę. Wtedy pomyślimy o przyszłości, przygotujemy plan i ruszymy naprzód. Dzisiejszego wieczora możemy opłakiwać, trzymając się za ręce i wspierając nawzajem.


___________

Witajcie :) w niedzielny wieczór pojawiam się z kolejnym rozdziałem opowiadania. Zapewne tak częste aktualizacje są dla Was zaskoczeniem, ale zbliżamy się do końca i nie chcę za bardzo tego przeciągać, zwłaszcza że przed nami 3 rozdziały i epilog! Ach, już nie mogę się doczekać. Jestem ciekawa, co sądzicie o tej części. Nie ukrywam, że bardzo współczuję Hermionie tego, co musiała zrobić. A jak jest z Wami? Też macie podobne odczucia?
Tak jak mówiłam chcę w miarę sprawnie zakończyć to tłumaczenie, więc prawdopodobnie dodam kolejną część koło środy-czwartku, więc oczekujcie. Przez dłuższy czas zastanawiałam się, co mogłabym publikować później i to chyba odpowiedni moment na zajęcie się własnym opowiadaniem. Mam na myśli Last Minute Love. Wprawdzie plan na dalsze losy moich bohaterów jest bardzo okrojony, ale może listopadowa aura natchnie mnie do pisania opowiadania na tropikalnej wyspie. Także możecie trzymać kciuki, żeby się udało!
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia! Enjoy!

Rozdział 35: Oko za ucho

czwartek, 1 listopada 2018

Czekamy w strategicznych miejscach na obrzeżach miasta, tylko Fred i George są sami. Bliźniaczy instynkt daje im dodatkową przewagę podczas walki. Trzymam różdżkę w dłoni, wyczekując. Na przekór mugolom, którzy nieświadomi krążą po mieście, w powietrzu unosi się zapach walki. Tym razem nie aktywujemy żadnych osłon, jedynie klątwy.

~*~*~*~*~*~

— Żadnych osłon? — pytam Lunę. Blondynka kręci głową z imitacją uśmiechu na ustach. — Ale wtedy… będą mogli się aportować — dodaje.
Na pewno musiała to przeoczyć.
— Niektórzy tak — odpowiada z łatwością. — Ale nie Bellatrix. Jeżeli inni uciekną, to będziemy mieli większe szanse na pozbycie się jej.
Przytakuję.
— W porządku.

~*~*~*~*~*~

Trzask informuje nas o przybyciu dziewięciu śmierciożerców za pomocą świstoklika. Bellatrix jest jedną z trzech, którzy trzymają się na nogach.
— Wstawajcie, kretyni — mówi, kopiąc jedno z ciał na ziemi. — Czas się przekonać, co potraficie.
Czarownica chichocze, gdy mugole zaczynają krzyczeć. Przerywa, kiedy promień niebieskiego światła uderza mężczyznę obok niej. Zaklęcia zaczynają atakować grupę śmierciożerców z różnych stron. Pierwszy upada, a trzech rekrutów się aportuje.
— Tchórze — ryczy Bellatrix, po czy wysyła jedno ze swoich opatentowanych zaklęć. Fioletowe światło przecina powietrze i promieniuje z różdżki. Uderza jednego ze śmierciożerców i czterech mugoli zanim ja i Ron padamy na ziemię. Klątwa drasnęła włosy na czubkach naszych głów, ale żyjemy.
Harry jest zajęty innym wojownikiem, a Tracy następnym. Ziemia zaczyna się trząść, a Ron i ja unikamy zaklęcia, zanim zostanie wycelowane.
Bellatrix odbija zaklęcie Freda, po czym odwraca się do bliźniaków. Pozostali trzej śmierciożercy podejmują walkę z Ronem i mną. Fred i George niemal tańczą w pojedynku. Tysiące ruchów przy unikaniu zaklęć czarownicy zwiększa ich przewagę i jest niemal wyzwaniem.
Harry nadąża za przeciwnikiem, ale Ron, Tracy i ja nie mamy tyle szczęścia — każde z nas napotyka problemy.
— Nie! — krzyczy Fred, gdy George osuwa się na nogi. Struga krwi skapuje z jego ucha i chłopak jęczy na ziemi.
— Teraz czas na drugiego zdrajcę krwi — pluje Bellatrix. — Dopóki nie umrze, będzie mógł obserwować twoje tortury.
Fred patrzy na czarownicę zimnym wzrokiem. Rozsądny człowiek by się wycofał, ale Bellatrix do nich nie należy.
Klątwa przez nią wypowiedziana uderza w miejsce, gdzie przed chwilą znajdował się chłopak. Rudzielec walczy z furią, jaką nigdy u niego nie widzieliśmy. Ignoruje zaklęcia cięcia, które powodują głębokie rany na jego nogach, zaciskając szczękę. Wciąż ma siłę do walki.
Bellatrix uśmiecha się do Freda, czerpiąc radość z pojedynku, przepełniona pewnością, że wygra. Kiedy czerwone zaklęcie przecina jej twarz przy lewym oku, uśmiech zamienia się w warczenie.
— Moje oko, ty draniu — krzyczy kobieta.
Fred podchodzi bliżej, wykorzystując swoją przewagę, ale zostaje odrzucony do tyłu. Śmierciożerca rzuca się naprzód, łapiąc Bellatrix za ramię.
— Nie stracimy ulubionego zwierzęcia Czarnego Pana — prycha, po czym znika z trzaskiem.
Sekundę później wszyscy znikają, a my pędzimy do bliźniaków na miarę swych możliwości kondycyjnych.
— Musimy ich zabrać do Draco — mówi Tracy.
— Ron, Tracy, weźcie Freda — zarządzam. — Harry i ja zajmiemy się George’em.
Ron i Tracy podnoszą Freda, opierając go o swoje ramiona, po czym znikają. Harry i ja przesuwamy się do przodu i łapiemy George’a.
— Na trzy — mówię. — Raz… dwa… trz-uhf.
Śmieciożerca atakuje mnie znienacka, gdy zaczynamy się obracać. Harry, George, przypadkowy śmierciożerca i ja teleportujemy się na najwyższy stopień przed numerem 12. Luna otwiera nam drzwi. Ogłusza śmieciożercę.
— Podajcie George’a — to wszystko, co mówi.
Harry i ja manewrujemy rudzielcem przed drzwiami, zanim Harry go lewituje.
Locomotor George — szepcze, a George leci za ciemnowłosym chłopakiem.
— Idź się umyć — mówi do mnie Luna. — Zajmę się tym.
— Nie możemy pozwolić mu odejść — oświadczam, wskazując nieprzytomnego wroga na progu naszego domu. Luna patrzy na niego smutnym wzrokiem.
— Wiem — szepcze ze zbyt wielkim zrozumieniem.
Kiwam głową, podążając za Harrym do kuchni i naszej awaryjnej lecznicy.
— Tylko tyle mogę zrobić — mamrocze Draco, stojąc nad George’em, który leży na noszach. — Nie mogę przywrócić mu ucha, ta magia jest… to czarna magia.
Draco nalewa eliksir na ciemna szramę. George cicho płacze, gdy blondyn wyciera miksturę i ranę ściereczką. Powtarza proces, dopóki nie oczyszcza jej doszczętnie, po czym leczy ranę. Skóra zamyka się tam, gdzie kiedyś było ucho.
Draco przekręca głowę George’a i wlewa kolejny eliksir do jego gardła.
— Odpocznij — szepcze.
Ciche chrapanie jest oznaką, że chłopak zapadł w głęboki sen, więc blondyn przechodzi do Freda.
— Wyjdzie z tego? — pyta Fred, patrząc z przerażeniem na swojego brata, kiedy Draco zaczyna leczyć jego rany. Chłopak kiwa głową.
— Będzie miał jedno ucho mniej, ale poza tym wszystko w porządku. Musi tylko odpocząć — mówi Draco, a Fred przytakuje, nawet nie odwracając wzroku. — Próbowałeś w ogóle odskakiwać? — mamrocze Draco, nalewając eliksir na głębokie rozcięcie w okolicach żeber.
Fred wzrusza ramionami.
— Pozbawiłem ją oka w zamian za jego ucho — mówi Fred.
— Co to za zaklęcie? — pyta Tracy. — Nie wydaje mi się, żebym kiedyś je widziała.
Cinis Organo — odpowiada Fred.
Ręce Draco zamierają w bezruchu, gdy jego oczy zwracają się na rudzielca, a potem wybucha śmiechem.
— Zrobiłeś to? — pyta Draco.
Fred kiwa głową z zadowoleniem, a w jego oczach pojawia się złośliwy błysk.
— Co powoduje? — naciska Tracy, a Draco zwraca się do niej.
— To zaklęcie lecznicze, przynajmniej technicznie — mówi. — Używa się go przy pewnych chorobach, zwłaszcza problemach z jedzeniem. Powoduje, że żywa materia zamienia się w popiół, ale bez pieczenia. To techniczna transmutacja. Zwykłe Finite może to powstrzymać. W leczeniu służy do zainfekowania danego obszaru i powstrzymania skutków, a następnie leczenia już zjedzonego obszaru. Rzuciłeś to na jej oko?
Uśmiech Freda jest wręcz sadystyczny. Draco kręci głową i wraca do ran chłopaka.
— Czy mogą je odwrócić? — pyta Ron.
— Nie — odpowiadam. — Tego konkretnego zaklęcia nie da się odwrócić. W zasadzie nawet nie można odbudować gałki ocznej. I nie ma znaczenia, jak długo zaklęcie nie zostało anulowane. Nie będzie mogła użyć nawet magicznego oka. To bardzo zagmatwane zaklęcie.
— Jak je znalazłaś? — pyta Harry zaintrygowany.
— W bibliotece jest kilka starych książek o uzdrawianiu — przyznaję. — Czar ten nie jest zazwyczaj używany podczas pojedynków, ponieważ można go anulować zwykłym zaklęciem tarczy lub innego czaru znoszącego.
— Jeśli wiedzą, co to jest — odpowiada Fred, a widząc nasze zdziwienie, kontynuuje: — Są inne zaklęcia, które mogą wymagać o wiele trudniejszych i skomplikowanych klątw. Jednak na nic się zdadzą i skutki będą nadal widoczne, dopóki nie zamieni się w popiół. Ale przynajmniej ma drugie oko.
— Miło — komentuje Tracy.
— Nie nazwałbym tego tak — mamrocze Harry pod nosem, a Fred wzrusza ramionami.
— Oko za ucho — mówi.

~*~*~*~*~*~

— To nie była dobra bitwa — mówi Draco, gdy zostajemy sami w kuchni.
Łata oparzenia na moich plecach. Reszta grupy została już uzdrowiona i poszła do swoich pokoi, by odpocząć.
— Nie, niezbyt — odpowiadam.
— Jesteście pewni, że Bella umarła?
— Będę musiała zapytać Lunę. Teraz pilnuje śmierciożercy, który był naszym pasażerem na gapę.
— Eliksir słodkiego snu powinien zatrzymać go na kilka godzin — komentuje Draco.
— Ale nadal…
— Tak — odpowiada. — Wszyscy zostaliście ranni i nie liczyłem na to, że Bella umrze.
— Wiedzieliśmy, że pozbycie się jej jest bardzo trudne — mówię.
Jego ręka przesuwa się po skórze moich pleców, smarując kremem niemal uzdrowione oparzenia.
— Chciałbym, żebyś nie musiała brać w tym udziału — szepcze Draco.
— Rozmawialiśmy już o tym — oświadczam.
— Ciągle jesteś ranna — naciska.
— Mogłeś zdecydować, że nie chcesz tam być, ale nie możesz zamknąć mnie w domu. To tak nie działa — wypalam.
— Po prostu chciałbym, żebyś była bezpieczna — odpowiada, a szare oczy prześwietlają mnie na wylot.
— Nikt nie jest bezpieczny, dopóki ten szaleniec żyje — mówię, a Draco zamyka oczy i wzdycha.
— Wiem.
Wzdycham i łapię go za rękę.
— Przepraszam — mówię cicho.
Przyciąga mnie do siebie, starając się nie podrażniać ran.
— Za każdym razem jestem przerażony, bo boję się, że nie wrócisz — szepcze w moje włosy.
— Wiem.
Odsuwa się i patrzy mi w oczy.
— Nie, nie wiesz — mówi. — Ostatnim razem, gdy… Harry umarł… Czarny Pan chciał ciebie żywą i to, co planował… — Draco wzdryga się. — Nie zrozumiesz…
— Będę ostrożna — mówię.
To jedyna rzecz, którą mogę mu obiecać. Kiwa głową i ponownie przyciąga mnie do siebie.
_______________

Witajcie :) mamy długi weekend, więc pora na kolejny rozdział opowiadania. Jak Wam się podoba zemsta Freda? Ja jestem wręcz zaskoczona jego odwagą, bo to w końcu Bella. Piszcie, co myślicie!
Jeżeli wyrobię się ze wszystkim, co sobie zaplanowałam, to być może w niedzielę możecie się spodziewać kolejnej części, ale oczywiście nie mam 100% pewności. To tylko plany. Więc oczekujcie.
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego długiego weekendu! Enjoy!