[T] Odkupienie: Rozdział 8

niedziela, 22 lutego 2026

— To Harry — wyszeptała Hermiona. — Harry jest Omnia Scienti.

— Jak to możliwe? — mruknął Draco zerkając z lewa na prawo.

Harry był potomkiem dobra. Było oczywiste, że stanie po stronie dobra. Draco poczuł, jakby jego porządek świata nagle się zmienił; Percy Weasley to jedno, ale Harry Potter? Jednak jedno spojrzenie na Hermionę uświadomiło mu, że niezależnie od tego, jak bardzo jest rozbity, musi się dla niej ogarnąć.

— Nie… Draco… nie mogę. — Pokręciła głową, jej oczy zaszły łzami. Oddech się skrócił, a powieki zaczęły szybko mrugać. Nogi jej drżały i chwyciła się krawędzi kuchennego stołu, by utrzymać równowagę. — Jak? — wyszeptała niemal bezgłośnie.

— Hermiono. — Delikatnie przeczesał jej włosy, unosząc jej brodę do swojej twarzy. — Wiem, że to dużo do ogarnięcia, ale mamy mniej niż trzydzieści minut do zachodu słońca. Musimy go powstrzymać.

Oczy Hermiony zamigotały, a potem jej wzrok zamarł, zastygł w bezruchu.

— Hermiono! — krzyknął, potrząsając nią. — Musisz się z tego otrząsnąć, później będziemy mieli czas, żeby się załamać, ale musimy teraz go powstrzymać. Pamiętasz Da Vinciego? Zrobimy wszystko, co trzeba, prawda?

Zdawało się to do niej docierać i spojrzała na niego, kompletnie zagubiona.

— Draco, jak to się mogło stać? — wyszeptała, opierając na nim cały swój ciężar.

— Nie wiem. Ale musimy teraz znaleźć Pottera. Gdzie on może być?

Draco starał się mówić spokojnie, mocno trzymając ją za ramiona. Wisiała na włosku, a on robił wszystko, co mógł, żeby utrzymać ją w równowadze, żeby nie pękła jej ciasna powłoka, którą się owinęła.

Próbował się na niej skupić, ale w jego głowie wciąż roiło się od myśli; o tym, jak Harry Potter oszukał ich wszystkich i co zrobił Theo.

Theo, o którym Draco myślał, że w końcu jest z kimś szczęśliwy… ale wszystko wskazywało na to, że to był podstęp. Harry Potter nie miał wystarczającej wiedzy o runach i alchemii, żeby to osiągnąć, potrzebował kogoś takiego jak Theo. To właśnie dlatego Theo przez cały czas pozostawał prawdopodobnym podejrzanym.

Błądząc w myślach, poczuł zaciskający się żołądek, gdy nie mógł pojąć, jak bardzo Harry manipulował Theo. Czy chodziło mu tylko o informacje? Manipulował jego pamięcią? A może zmieniał jego osobowość?

— Jest piątek — mruknęła.

— O, cholera. Comiesięczna kolacja.

Jego oczy rozbłysły, gdy to do niego dotarło.

— W tym miesiącu u Harry’ego. O, Boże… Ron i Hanna.

Zakryła usta, szeroko otwierając oczy.

— Dobra, wyślę Patronusa do Angeliny, niech się tam z nami spotka. Wejdziemy ostrożnie, nie chcemy powtórki z Weasleyem.

Nie czekając na potwierdzenie, Draco rzucił Patronusa.

— Co robimy? — mruknęła Hermiona.

Draco nigdy nie widział jej tak bezradnej, tak… zależnej.

— Wchodzimy, rzucamy tarcze. Weź swoje gadżety; miejmy nadzieję, że uda nam się go powstrzymać przed zachodem słońca.

Wzrok Draco przesunął się po jej twarzy, czekając na rozpoznanie, jakiś znak, że zrozumie.

— A co jeśli się nie uda? — wyszeptała.

— Poradzimy sobie. — Przesunął kciukiem po jej policzku, chłonąc jej nawiedzone spojrzenie, drżącą wargę. Poczuł przerażający strach i przycisnął usta do jej ust z impetem, jakby się bał, że to może być ostatni raz. — Razem?

Wyglądała na roztrzęsioną, ale szept determinacji przebijał się przez nią i dostrzegł ledwo dostrzegalny błysk w oku.

— Razem — szepnęła w odpowiedzi, chwytając go za rękę i aportując ich prosto na Grimmauld Place.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Na parterze panowała pustka i przerażająca cisza. Hermiona podeszła do okna, wpatrując się w niebo.

— Zostało nam może piętnaście minut.

Przygryzła wewnętrzną stronę policzka, marszcząc brwi.

— Gdzie oni mogą być? — zapytał Draco.

Przyłożyła palec do ust i poszła na tył domu, wydychając coś w rodzaju mieszanki ulgi i niepokoju, gdy zobaczyła, że ogród jest pusty.

— I?

Draco tupnął nogą. Hermionie przemknęła w głowie myśl, że prawdopodobnie nie wypił zbyt wiele kawy tego dnia.

Wybrała zły dzień na rzucenie palenia.

— Na dach! — Oczy Hermiony błysnęły. — W sensie, gdybyś miał wykonać jakiś mroczny rytuał zmiany rzeczywistości, zrobiłbyś to na dachu, prawda?

Draco skinął głową.

— Za tobą.

Wspięli się szybko na dach, na palcach po rozchwianych schodach. Kiedy dotarli na górę, Draco rzucił zaklęcie na drzwi, pozwalając im zajrzeć na zewnątrz. Odwrócił się do Hermiony z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, choć czuła, że ogarnia ją niepokój.

— Co? O co chodzi? — zapytała, przesuwając się w jego stronę, żeby zobaczyć, co się dzieje.

— Ma ich: Theo, Rona i Hannę, są związani — powiedział, odsuwając się, by mogła widzieć.

— Hanna! — krzyknęła Hermiona, szeroko otwierając oczy na ten widok. Pokręciła głową. — Dobrze — zacisnęła powieki — czyli jedno z nas musi rozbroić Harry’ego, a drugie rzucić zaklęcie tarczy?

Draco przygryzł wargę.

— Mam inny pomysł.

— Oczywiście, że masz — prychnęła Hermiona.

— Myślałem, że wejdziesz, udasz spóźnienie na kolację, będziesz naprawdę zaskoczona i odwrócisz jego uwagę. Potem ja wejdę i go rozbroję — zasugerował.

— A co mam powiedzieć, kiedy zapyta, gdzie jesteś?

Hermiona położyła ręce na biodrach.

— Nie wiem! Powiedz, że nie chciałem przyjść albo że zerwaliśmy i dlatego się spóźniłaś — odpowiedział, przełykając ślinę.

Błądziła wzrokiem po jego twarzy, próbując rozszyfrować, czego nie mówi. Część jej zastanawiała się, dlaczego miałby coś takiego zasugerować — rozstanie. Ale potem słowa Da Vinciego wróciły do niej, uświadamiając, że muszą zrobić wszystko, co konieczne.

Ale zdała sobie również sprawę z tego, że Draco jej ufał, że znał ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że sobie z tym poradzi.

Ta myśl dodała jej otuchy.

— Dobrze — zgodziła się. — Nie podoba mi się to, że się rozdzielimy, ale…

Rozluźnił ramiona i pokręcił głową, przerywając jej.

— Mnie też nie, ale tylko na chwilę.

Hermiona skinęła głową i przeszła przez drzwi, przygotowując się do walki.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

— Harry?

Hermiona starała się brzmieć na zaskoczoną, wychodząc na taras.

— Hermiono.

Harry uśmiechnął się do niej ciepło.

Spojrzała na Rona, Theo i Hannę, dostrzegając więzy na nadgarstkach i kostkach, i odetchnęła z ulgą, że wydają się być w dobrej kondycji. Starała się rzucić im uspokajające spojrzenie, dać znać, że wszystko będzie dobrze, jednocześnie uważając, żeby nie sprowokować Harry’ego.

Cokolwiek to w tej chwili oznaczało.

Ron naciskał na sznur, jego wzrok błądził na boki, desperacko próbując pomóc Hannie. To było przerażające. Hermiona robiła wszystko, co w jej mocy, by zachować spokój, skupiając się na obecnym zagrożeniu. Później będzie czas na dogłębną analizę wszystkiego.

— Zechcesz mi powiedzieć, co się dzieje?

Przechyliła głowę, starając się wyglądać na zdezorientowaną, a nie podejrzliwą.

Parsknął.

— Jeszcze tego nie rozgryzłaś?

— Czego, Harry? — zapytała, próbując przesunąć się tam, gdzie znajdowali się związani, by odwrócić wzrok Harry’ego od drzwi.

— Że jestem Omnia Scienti, oczywiście.

Uśmiechnął się ironicznie, odsuwając się na bok i odsłaniając Mechanizm.

Krew zawrzała w niej na jego słowa, na jego bezczelność i pychę. Był cholernie dumny z siebie.

— Dlaczego? — pisnęła.

Bo pomimo tego, co zobaczyła we wspomnieniu, wciąż nie do końca rozumiała, dlaczego. Znała Harry’ego odkąd miał jedenaście lat; razem ratowali świat. Zawsze był taki miły, empatyczny i wyrozumiały. Jak on mógł to zrobić?

— Bo ten świat odebrał jej wszystko! — splunął na nią jadem. — Fanatycy czystej krwi zamordowali Ginny! Nie zginęła w wypadku przy eliksirach, została brutalnie zaatakowana. — W oczach Harry’ego pojawił się cień cierpienia, który Hermiona dostrzegła we wspomnieniach Kingsleya. — Voldemort zabił moich rodziców, jego poplecznicy zabili Syriusza, Remusa i niezliczoną ilość innych. A wiesz, co się ze mną stało? Po prostu w kółko mówiono mi, jak mam się zachowywać, jak postępować i co czuć.

Hermiona przypomniała sobie Kingsleya zastraszającego Harry’ego, jego naleganie, żeby Harry skłamał w sprawie śmierci Ginny.

— Więc chcesz odebrać wszystkim wolną wolę?

Zaśmiał się ponuro.

— Och, więc uważasz, że wszyscy inni na to zasługują? Że to w porządku, że wybrani zostają poświęceni, skoro to oznacza, że wszyscy inni są wolni?

— Nie — poprawiła się Hermiona — wszyscy na to zasługujemy. W tym ty. Przykro mi, że odebrano ci możliwość podejmowania decyzji, ale to narzucanie swojej woli światu, to twoja decyzja.

— Jesteś tak cholernie zadufana w sobie. — Pokręcił głową, bez słowa ją rozbrajając. Zamknęła oczy, zła na siebie, że znowu do tego dopuściła. — Myślisz, że skoro przeszłaś jakiś metafizyczny kryzys związany z tożsamością rodziców, wiesz, co to znaczy być wolną? Nikt nie jest wolny. — Jego słowa dudniły, zawisając w powietrzu i wsiąkając w jej skórę. — Dopóki istnieją fanatycy i potwory, świat nigdy nie będzie wolny. Naprawię to wszystko, Hermiono. Ta blizna na twoim ramieniu — zaśmiał się Harry, gdy chwycił ją za przedramię — zgadza się. Przestanie istnieć. Świat zostanie przepisany na nowo, jakby nigdy nic się nie stało.

— Ale co się z nami stanie? — zapytała. — Tymi, którymi jesteśmy teraz. My też zostaniemy przepisani.

Pokręcił głową.

— Ale nadal byś tu była… Bezpieczna i nie musiałabyś się bać potworów.

Spojrzał na zegarek i podszedł do miejsca, gdzie stali związani Theo, Ron i Hanna.

— Co im zrobisz? — dopytywała napiętym głosem. Bez żadnych wstępów została przyparta do ściany, obok Hanny. — Co… — krzyknęła, ale ucichła, gdy knebel zacisnął jej usta.

— Bez obaw, to tylko tymczasowe. Musimy się poświęcić, jeśli chcemy coś zmienić. Ale wszystkich, których straciliśmy, będziemy mogli odzyskać.

Uśmiechnął się maniakalnie.

Hermiona wzięła kilka głębokich oddechów, czekając, bo nie była sama.

Harry podszedł do podium, czytając jakąś starą księgę, gdy Hermiona poczuła, jak luzują się jej liny. Przekręciła głowę i zobaczyła Draco używającego zaklęcia kameleona, stojącego w cieniu, z palcem przyciśniętym do ust. Skinęła głową, a jej oczy zamrugały z ulgą.

Odwrócił się, by rozbroić Harry’ego, ale były Główny Auror był zbyt szybki, rozbrajając Draco, którego różdżka żałośnie potoczyła się u stóp Hermiony. Harry rzucił na Draco zaklęcie żądlące, po czym ponownie skupił się na rytuale.

— Powinienem był się domyślić.

Harry pokręcił głową i podszedł do Theo, ściskając nóż. Ten próbował wyrwać się ze swoich więzów, ale bezskutecznie.

Draco spojrzał znacząco na Hermionę, przenosząc wzrok z niej na różdżkę u jej stóp. Uniósł rękę, dając jej znak, by poczekała, a ona skinęła głową, obserwując, jak jego palce odliczają do trzech.

Zerwała się na ziemię, chwytając różdżkę Draco w chwili, gdy ten podskoczył i rzucił się na Harry’ego.

Harry’emu udało się dźgnąć Draco w ramię, ale w zwarciu Hermiona go rozbroiła. Uniosła różdżkę Draco, jej ręka drżała.

— Nie — krzyknął Harry, zrywając się, by stanąć za Draco, z nożem przyciśniętym do jego gardła. — Hermiono, nie zabijesz mnie. Oddaj mi moją różdżkę albo poderżnę gardło twojemu kochasiowi.

Patrzyła, jak słońce w końcu chowa się za horyzontem i pokręciła głową, wzdychając z ulgą.

— To koniec, Harry. Nie będziesz mógł użyć Mechanizmu.

Oczy Harry’ego były szeroko otwarte i przerażające, jego dłoń drżała na gardle Draco, czubek noża wcinał się w skórę, z której kapała kropla krwi. Harry jej nie słuchał; wyraźnie krążył myślami, próbując naprawić sytuację.

Hermiona była przerażona.

Uniosła różdżkę, jej ręka stawała się pewniejsza.

— Wiemy, co się stało. Kingsley zostawił mi swoje wspomnienie. Widzieliśmy, co zrobili Ginny, to było straszne — przyznała Hermiona. — Możemy powiedzieć prawdę. Proszę, nie rób tego.

— Skoro widziałaś, to wiesz, że trzeba to zrobić.

Harry wzmocnił ucisk na Draco.

— Proszę, Harry, nie chcę tego robić.

— Nie zabijesz mnie, Hermiono. Nie bądź absurdalna. — Przycisnął nóż mocniej do szyi Draco. — Po prostu oddaj mi moją różdżkę.

— Przepraszam — krzyknęła, posyłając Drętwotę ku Draco. Natychmiast upadł, a zanim Harry zdążył zareagować, krzyknęła: — Avada Kedavra!

To było zaklęcie, którego nigdy nie sądziła, że zdoła rzucić, ale w tej chwili przeszył ją strach, bezgraniczna nienawiść.

Zielony błysk światła uderzył w pierś Harry’ego, jego oczy rozszerzyły się w chwili, gdy całe jego ciało zamarło, bezceremonialnie osuwając się na ziemię. Hermiona zamarła, jej wzrok był utkwiony w nieprzytomnej postaci Draco i martwym ciele jej niegdyś najlepszego przyjaciela. Brzęczenie przywierało do jej czaszki, mgła blokowała jej zmysły, aż w końcu stłumiony krzyk Rona wyrwał ją z zamyślenia.

Wciągnęła głęboko powietrze, dysząc. Panika ją przytłaczała, ale stłumiła ją.

Ennervate — krzyknęła do Draco, odetchnąwszy z ulgą, gdy zaczął się ruszać. — Przepraszam — powiedziała, pomagając mu wstać i szybko posyłając Episkey ku jego szyi.

Złapał ją za policzek, a w jego oczach pojawił się smutek.

— Dobrze ci poszło. — Ich interakcję przerwały jęki dochodzące zza pleców. — Wybacz — mruknął Draco, wyrywając Hermionie różdżkę i uwalniając przyjaciół z więzów.

Ron mocno trzymał Hannę, mamrocząc jej coś do ucha. Hermiona obserwowała ich z dystansu, czując się dziwnie oderwana od rzeczywistości, jakby oglądała scenę z filmu.

Theo stał z załzawionymi oczami i nie było jasne, czy jego zachowanie to wynik traumy, czy wcześniejszych manipulacji Harry’ego. Draco podbiegł, by mu pomóc.

— Co tu się, kurwa, stało?

Angelina wpadła przez drzwi, chłonąc scenę. Wszystkie oczy zwróciły się na nią, Draco instynktownie wyciągnął różdżkę. Angelina w końcu ujrzała martwe ciało Harry’ego na podłodze i jej oczy się rozszerzyły.

Draco odetchnął, opuszczając różdżkę.

— Harry Potter był Omnia Scienti.

Angelina zamrugała, pozostając w bezruchu, z palcami zaciśniętymi na własnej różdżce i wzrokiem błądzącym po tarasie.

Draco kontynuował:

— Ginny Weasley nie zginęła w wypadku przy eliksirach. Została zamordowana przez trzech fanatyków czystej krwi — tych trzech, którzy zginęli w Azkabanie, a których krewni padli ofiarą Percy’ego Weasleya.

— Dobra — powiedziała powoli Angelina — mówisz mi, że Harry Potter, zbawca świata czarodziejów, nasz Minister Magii, był ostatecznie odpowiedzialny za cztery zgony i trzy wymazania pamięci? A także za całkowitą i nieodwracalną zmianę tożsamości Marcusa Flinta?

Draco skinął głową.

Hermiona poczuła, jak mgła zaczyna się unosić, a szum w oczach powoli ustępuje.

— Był w Grecji. I… przyznał się do wszystkiego — wyjaśniła.

— Więc go zabiłeś?

Wzrok Angeliny był utkwiony w Draco.

Właśnie miał odpowiedzieć, gdy odezwała się Hermiona:

— Nie. Ja go zabiłam. Nie miałam wyboru. On oszalał. Przystawił Draco nóż do gardła.

W grupie zapadła cisza, a Angelina czekała, aż ktoś zaprzeczy wersji wydarzeń Hermiony.

Kiedy nikt się nie zgłosił, Angelina ostrożnie przeczesała włosy dłonią.

— Jak my to, kurwa, wytłumaczymy?

— Powiemy prawdę? — zasugerowała Hermiona.

Draco lekko się do niej uśmiechnął.

— Nie możemy.

— Dlaczego nie? — Hermiona odgryzła się, próbując zrozumieć smutek, który wkradł się w jego spojrzenie. — Widzieliście już, do czego prowadzi kłamstwo.

— Hermiono — Angelina pokręciła głową — Ministerstwo wisi na włosku. Harry to ikona. Jeśli świat się dowie, co zrobił, zapanuje chaos.

— I co? Powiemy, że padł ofiarą Omnia Scienti? — Hermiona zmarszczyła brwi, kręcąc głową. — To nie zadziała…

— Masz rację. Potrzebujemy złoczyńcy — powiedział cicho Draco. — To jedyny sposób, żeby ludzie zaakceptowali jego śmierć; że zginął, ratując ludzi.

Skinął głową w stronę Rona, Hanny i Theo.

— Nie — Hermiona pokręciła głową — to nieprawda. Powiemy prawdę. Jeśli Ministerstwo sobie z tym nie poradzi, to tylko ich problem.

— Hermiono, mają rację. Świat nie zniesie Harry’ego Pottera jako czarnego charakteru. To zdyskredytowałoby wszystko to, co dobrego uczynił. Uwiarygodniłoby to zwolenników czystej krwi.

Ron podszedł do nich drżącym głosem. Delikatnie chwycił Hermionę za ramię, patrząc na nią pocieszająco.

— Ale co mielibyśmy powiedzieć? — kłóciła się Hermiona.

— Powiedzmy, że to ja. — Głos Draco był cichy, a słowa beznamiętne. — Powiedzmy, że to ja byłem Omnia Scienti.

— Nie. — Hermiona pokręciła głową, a z jej ust wyrwał się śmiech. — Nie bądź śmieszny. Ludzie wiedzą, że prowadziłeś śledztwo…

— Dokładnie — przerwał jej Draco, a ton jego głosu stał się pewniejszy — możecie powiedzieć, że dlatego tak długo zajęło mi złapanie mnie. I że Potter się domyślił.

— Jesteś tego pewien? — zapytała Angelina.

To było absurdalne.

Hermiona nie mogła powstrzymać kolejnego wybuchu śmiechu.

— Żartujecie, prawda? Nikt w to nie uwierzy! Nie możesz po prostu wziąć na siebie winy! Co… wylądujesz w Azkabanie? Uciekniesz?

Oczy Draco uważnie ją obserwowały i na jego twarzy pojawił się grymas.

— Hermiono… uwierzą, że to ja.

Przestała się śmiać, szeroko otwierając oczy. Nagle przypomniała sobie, jak pierwszy raz zobaczyła go w Puraclavie i jak szybko była gotowa uwierzyć, że jest tylko kolejnym czarodziejem czystej krwi.

— Nie, Draco. Nie możesz…

— Ucieknę. — Odwrócił się do Angeliny. — Możesz mówić, co chcesz. Wyjadę z kraju.

— Nie — krzyknęła Hermiona, zmniejszając dystans między nią a Draco. — Nie możesz tego zrobić! Świat pomyśli, że jesteś potworem.

Położył dłoń na jej policzku, a jego wzrok błądził po jej rysach, jakby próbował ją zapamiętać. I to było niczym cios w brzuch, gdy uświadomiła sobie, że właśnie to robi.

— Spędziłem ostatnie osiem lat mojego życia, starając się czynić dobro. Starając się, by moje życie było czymś więcej niż tylko najgorszymi decyzjami, jakie kiedykolwiek podjąłem.

— To się nie uda! To będzie twoje dziedzictwo…

— Nie chodzi o moje dziedzictwo. Chodzi o to, by móc zrobić to, co ważne. To coś, co tak naprawdę tylko ja mogę zrobić. To drobiazg, poświęcenie życia, by Świat Czarodziejów mógł żyć w pokoju. To… — przeczesał włosy dłońmi i przycisnął czoło do jej czoła — moje odkupienie.

— Myślałam, że mówiłeś, iż nie szukasz odkupienia — przypomniała mu, a jej powieki stały się ciężkie.

Wbiła dłonie w jego boki, jakby chciała, żeby po prostu tam został.

— Nie szukałem odkupienia, ale to nie znaczy, że nie chcę zostać odkupiony. — Zwilżył usta, palcem muskając jej policzek. — W ten… w ten sposób udowodnię sobie, że jestem kimś więcej niż tym tchórzliwym dzieciakiem z Hogwartu albo pijakiem, którym stałem się później. To coś znaczy, bo świat się nie dowie. Dam radę, mogę być złoczyńcą, którego potrzebujemy, żeby Harry nadal mógł być bohaterem. Hermiono — przełknął ślinę — chcę, żebyś żyła w najlepszym świecie, jaki istnieje, bo cię kocham, a teraz to oznacza, że muszę odejść.

— To nie w porządku! Nie musisz niczego udowadniać!

Pokręciła głową i przycisnęła policzek do jego piersi.

Westchnął z rezygnacją, jego oddech zawisł na jej czole.

Odchyliła głowę do tyłu.

— A co ze mną? Po prostu chcesz, żebym się przed tobą otworzyła? Mówisz mi, że mnie kochasz i co? Tak po prostu… odejdziesz?

— Nie chcę cię zostawiać, Hermiono. Musisz mi uwierzyć.

Przełknął ślinę.

— Nie ma innego sposobu? — zapytała, odsuwając się od Draco i zwracając się do Angeliny.

— Ja — Angelina wyglądała na rozdartą — nie musisz tego robić, Draco. Znajdziemy inny sposób.

Draco pokręcił głową.

— Nie mamy czasu. — Obrócił się, by spojrzeć z żalem na ciało Harry’ego. — Poza tym, to moja różdżka go zabiła. Łatwo będzie to sprzedać.

Hermiona stłumiła szloch.

— Kurwa — zaklęła, kręcąc głową.

— To nie twoja wina. — Draco zamknął oczy. — Chodziło mi tylko o to, że jeśli ktoś musi to zrobić, to ja, jasne?

— Więc pójdę z tobą… my… uciekniemy razem! — argumentowała Hermiona z szeroko otwartymi oczami.

— Nie możesz. — Ron podszedł do nich. — Jeśli to zrobisz, wszystko pójdzie na marne.

— Co masz na myśli? — broniła się Hermiona.

— To znaczy — odpowiedział Draco — że musisz zostać, by sprzedać tę wersję wydarzeń, jako skrzywdzonej najlepszej przyjaciółki.

— Więc o to chodzi? — wyszeptała Hermiona.

— Właśnie tak.

Przyciągnął ją do siebie, a ona mu na to pozwoliła, wbijając mu pięści w plecy.

Była rozdarta między gniewem a smutkiem. Zaledwie kilka dni temu tańczyli w Ministerstwie, jak to możliwe, że to się działo?

— Może — zaczęła — kiedyś cię znajdę.

Głos jej się łamał, słowa się plątały. Widziała, jak próbuje się uśmiechnąć, ale na jego twarzy maluje się rozpacz.

— Może.

Pochylił się i ją pocałował.

Chwyciła go za szyję, przyciskając usta do jego ust, byle tylko przeżyć. Poczuła swoje łzy mieszające się z jego łzami, i zanurzyła dłonie w jego włosach. Pocałunek był karzący i pełen cierpienia. Czuła, jak jego usta desperacko próbują go zatrzymać, uczepić się tej chwili.

— Przepraszam — przerwała im w końcu Angelina — ale musimy ruszać. Nie możemy… już za długo z tym zwlekaliśmy.

— Muszę iść — wyszeptał Draco do Hermiony.

Ta pokręciła głową, ale rozluźniła uścisk. Otworzyła usta, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów.

— Wiem — powiedział, uśmiechając się smutno, zanim się aportował.

Poczuła, jak Ron objął ją ramieniem i przycisnął jej twarz do swojej piersi, rozpaczliwie pragnąć ciepła i ludzkiego dotyku.

— Wszystko będzie dobrze. — Hanna chwyciła ją z drugiej strony. — Będzie dobrze.

Gdy Aurorzy i technicy tłoczyli się na dachu, dźwięki zlewały się w dziwny dysonans. Przytuliła się do przyjaciół, egoistycznie kurczowo trzymając się ich ciepła.

I to przypomniało jej, że nie jest sama.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Pięć lat później

 

Siedział na plaży, niewzruszony chłodną bryzą, rozkoszując się dotykiem piasku między palcami stóp. Sezon turystyczny dobiegł końca, a plaża przed jego małym domkiem letniskowym na szczęście pozostała pusta.

Odgłos kroków przykuł jego uwagę i odwrócił się, pewien przez chwilę, że śni, kiedy ją zobaczył.

— Hermiona?

Zmarszczył brwi, a serce waliło mu jak młotem. Wątpliwości narastały, gdy zobaczył jej ściągniętą twarz i brak ciepła w oczach.

— Malfoy. — Skinęła głową, mówiąc chłodnym tonem. — Czas wracać do domu.

_____________

Witajcie :) tak oto kończy się drugi tom Trylogii Odkupienia. Stała się tragedia, ale jak zwykle najbardziej cierpią Hermiona i Draco. Wam też zrobiło się mega smutno? 

Na szczęście została jeszcze jedna część. Myślę, że opublikuję ją na początku marca, ale nie wiem dokładnie kiedy. Muszę chwilę odpocząć. W nadchodzącym tygodniu może być z tym ciężko, bo mam sajgon w pracy, ale może w weekend znajdę czas na nadrobienie tłumaczenia. Także czekajcie, bo warto. Poza tym napisałam kiedyś, że jeszcze jedna osoba z sagi zostanie w tej trylogii pokazana zupełnie inaczej niż w książkach. Możecie jedynie się domyślać, o kogo chodzi. :)

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia. Enjoy!

[T] Odkupienie: Rozdział 7

niedziela, 22 lutego 2026

— Dobra, możemy do niego sięgnąć? — zapytała Hermiona, zaglądając przez otwór.

Draco wypuścił powietrze, pot spływał mu po czole od wysiłku wbijania się w ścianę.

— Mam nadzieję — mruknął pod nosem, cofając się, by Hermiona mogła spróbować.

— Tak! — krzyknęła, gdy klucz bez problemu się przekręcił, a słyszalne kliknięcie wywołało u obojga podwójne westchnienie ulgi.

Otworzyła sejf i sięgnęła do środka, znajdując tylko jedną fiolkę.

Hermiona zmarszczyła brwi.

— Wygląda jak wspomnienie.

Draco oderwał wzrok od fiolki i spojrzał na nią.

— To dobrze, prawda?

— No cóż — zastanowiła się — a co, jeśli to wspomnienie nie ma nic wspólnego ze sprawą?

Zmrużył oczy.

— W jakim innym celu miałby ukrywać wspomnienie?

— Nie wiem — mruknęła Hermiona. — Może ma dziecko na boku i potrzebował kogoś, kto dopilnuje, żeby nadal otrzymywało alimenty.

— Tak, jestem pewny, że gdyby tak było, to zamiast wpisać to do testamentu, wysłałby ci ten absurdalny klucz, nie mówiąc, gdzie znajduje się zamek — zauważył żartobliwie Draco.

— Cóż, jak tak to ujmujesz, to chyba ma związek ze sprawą — przyznała. — Chyba po prostu nie chcę sobie robić nadziei.

Skinął głową ze współczuciem.

— Dobrze, musimy tylko znaleźć myślodsiewnię.

— Na szczęście mam jedną w mieszkaniu.

Uśmiechnęła się.

— Oczywiście, że masz.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

— Po co ci myślodsiewnia?

Draco przechylił głowę, patrząc, jak wyciąga urządzenie z szafy.

— Mówiłam ci, Malfoy, jestem skomplikowaną kobietą — mruknęła ironicznie, skupiając wzrok na zadaniu. — Dobrze — prychnęła, kładąc myślodsiewnię na kuchenny stół. — Gotowy?

— Nic tam nie będziemy robić, prawda? Po prostu mamy stać i patrzyć, jak wspomnienie się rozwija?

— Chodziło mi o to, że mamy być gotowi emocjonalnie lub intelektualnie na cokolwiek, co tam zobaczymy.

Przewróciła oczami.

— Nie będę, dopóki tam nie wejdziemy.

— Jesteś bezużyteczny. Mamy tylko kilka godzin do zachodu słońca. Chodźmy.

Wlała zawartość fiolki do myślodsiewni i chwyciła Draco za rękę, zanim się zanurzyła.

Gdy mgła rozwiała wspomnienie, Draco uświadomił sobie, że byli na Ulicy Pokątnej nocą. Wieńce i światełka zdobiły sklepy i latarnie, co potwierdzało, że musiało to być gdzieś w okolicach Bożego Narodzenia.

— Jak myślisz, kiedy to było?

Hermiona zmarszczyła brwi, gdy biegli, by dotrzymać kroku Kingsleyowi.

Draco wskazał na wieńce.

— Boże Narodzenie…

Przewróciła oczami.

— Tak, domyśliłam się. Chodziło mi o rok.

Zmarszczył brwi, kiwając głową na jej słowa. Minęli Puraclavvę, ale Kingsley się nie zatrzymał. W końcu zwolnił, zbliżając się do małego sklepu z eliksirami. Draco spojrzał na Hermionę, zauważając jej głęboko zmarszczone brwi.

— O co chodzi? — zapytał.

Pokręciła głową, otwierając usta, po czym je zamknęła. W końcu gdy weszli za nim do środka, powiedziała:

— To nie ma sensu.

Percy Weasley stał w drzwiach wejściowych.

— Kingsley, dziękuję za przybycie.

— Przyszedłem, gdy tylko otrzymałem twojego Patronusa. Jak to się stało? — zapytał Kingsley, marszcząc brwi.

Wyglądał na przejętego; miał poplamione szaty i siedział krzywo. Sam Percy był w podobnym stanie, z opuchniętymi oczami i drżącymi rękami.

— Ja, eee, nie wiem, on wyjaśni — powiedział Percy, skinieniem głowy wskazując mężczyźnie zaplecze.

Draco rozejrzał się, zaniepokojony tym, jak znajomy był ten sklep, ale nie potrafił przywołać wspomnienia.

— O, bogowie! — krzyknęła Hermiona, zakrywając usta jedną ręką, a drugą ściskając dłoń Draco z całych sił.

— Co się stało? — Draco zmarszczył brwi, delikatnie przyciągając jej dłoń do siebie, by mogli iść za Kingsleyem. Pokręciła głową, uparcie stojąc w bezruchu. — Musimy za nim iść.

Po prostu stała, potrząsając głową, a jej oddech stawał się coraz cięższy.

— Nie chcę tego widzieć.

— Hej. — Stanął przed nią, odgarniając jej kosmyk włosów z czoła i zmuszając ją do spojrzenia mu w oczy. — Dasz radę. Powiedz mi, co się dzieje.

Przełknęła ślinę, lekko skinęła głową, ale odmówiła odpowiedzi.

— Chodźmy.

Reakcja Kingsleya i Percy’ego oraz drżenie stojącej obok niego czarownicy sprawiły, że Draco przeraził się tego, co tam zastaną. Otworzyli drzwi i nagle zdał sobie sprawę, dlaczego sklep wyglądał tak znajomo.

To był sklep z eliksirami, w którym pracowała Ginny Weasley, gdzie miała ten słynny wypadek i zmarła.

Ale patrząc na Harry’ego Pottera trzymającego jej bezwładne ciało na podłodze w pokoju, Draco poczuł ucisk w żołądku.

Ginny Weasley wyglądała strasznie. Jej ciało pokrywały świeże siniaki, ubranie było podarte — choć przykrywał ją jakiś koc. Krew znajdowała się wszędzie, rozbryzgana po całym pomieszczeniu, pokrywając koszulę Harry’ego i wsiąkała we włosy Ginny.

Minęło kilka minut, zanim Draco odwrócił wzrok. Spojrzał na Hermionę i zobaczył jej bladą twarz i łzy spływające po twarzy.

— Nie tak było — wyszeptała, potrząsając głową.

Przyciągnął ją do siebie, obejmując opiekuńczo ramieniem, gdy obserwowali rozwój sytuacji.

— Harry.

Shacklebolt powoli podszedł do mężczyzny, kucając kilka kroków od niego.

Draco w końcu zwrócił uwagę na mężczyznę, o którym mowa. Wyglądał jak postać z horroru, pokryty krwią swojej zmarłej żony. Kołysał Ginny, z twarzą mokrą od płaczu, a Draco nagle poczuł, że jego powieki robią się ciężkie. Przytulił Hermionę odrobinę mocniej.

— Harry, co się stało? — zapytał Shacklebolt.

Kątem oka Draco zauważył, że Percy siedzi pod ścianą w najdalszym kącie, z głową zasłoniętą rękami.

— Spóźniłem się — wyszeptał Harry.

Draco niechętnie przyciągnął Hermionę do siebie, żeby mogli usłyszeć przebieg rozmowy.

— Cokolwiek się stało, to nie twoja wina — Kingsley próbował go uspokoić.

— To moja wina. Zrobili to przez to, co reprezentuję, przez to, co zrobiłem. Oczywiście, że to moja wina! — krzyknął Harry, spluwając na koniec.

Jego oczy były szeroko otwarte, oszalałe. Wyglądał przerażająco.

Kingsley zamrugał i wziął kilka głębokich oddechów.

— To nie twoja wina.

— Nigdy nie powinni być wolni! — warknął Harry. — Fawley, Avery, Blishwick. Grozili jej, ale byłem pewien, że nie… — Pokręcił głową, kipiąc ze złości. — Zabiję ich, kurwa, Kingsley.

Ten uważnie na niego patrzył.

— Harry, nie możesz.

Harry rzucił mu mordercze spojrzenie.

— Myślisz, że możesz mnie powstrzymać?

— Myślę, że to, co się stało, było przerażające i niewyobrażalne. Ale jeśli zaatakujesz ich, wszystko, co kiedykolwiek zrobiłeś, całe dobro, które osiągnąłeś, pójdzie na marne — wyjaśnił Kingsley.

Harry pokręcił głową z niedowierzaniem.

— Chcesz, żebym się odsunął i pozwolił im gnić w więzieniu?

Wzrok Kingsleya przeskakiwał z Harry’ego na Ginny.

— Harry — zaczął — nie możemy pozwolić, by ludzie dowiedzieli się, co tu się wydarzyło.

— Co?

— Jeśli ogłosimy, że Ginny Potter została zamordowana przez trzech fanatyków, nikt nie poczuje się bezpiecznie. Całe poczynione dobro, postęp, pójdzie na marne. Aresztujemy potwory, które to zrobiły, wrzucimy ich do Azkabanu na dożywocie. Ale nikt nie może się dowiedzieć — dokończył.

— Nie możemy tego zrobić — odezwał się w końcu Percy, kręcąc głową. — Nie możemy po prostu tworzyć fałszywych doniesień, pozwolić, by to zamieciono pod dywan! Jaki precedens to stworzy?

— Właśnie to musimy zrobić. — Kingsley był stanowczy. — Znajdziemy winnych i postawimy ich przed sądem. Ale Harry — jego głos złagodniał — jeśli ujawnimy, co tu zrobili, jeśli pozwolimy, by ich czyny trafiły na pierwsze strony gazet, to wygrają. Ale jeśli powiemy, że Ginny zginęła w straszliwym wypadku z eliksirami, to ci, którzy to zrobili, umrą w zapomnieniu. I niczego nie osiągną.

Draco poczuł palce Hermiony wbijające się w jego ciało, jej płytki oddech na skórze i niezrozumiałe mamrotanie. Czuł, jak pulsuje mu w głowie i miał tysiące różnych pytań, które chciał zadać.

— Zabiję ich, kurwa, Kingsley — obiecał Harry, ale jego głos nie był już przepełniony jadem, tylko głosem załamanego człowieka.

Nagle wspomnienie rozmyło się, zastąpione kłębem dymu, a Draco poczuł, że stoi twardo na ziemi, ramię w ramię z Hermioną. Stali naprzeciwko siebie, a Draco zobaczył na jej twarzy echo własnego niedowierzania.

— Fawley, Blishwich i Avery… trzej mężczyźni, którzy zginęli w Azkabanie. Zabili Ginny — wyszeptała Hermiona, rozglądając się po pokoju.

 

Zmrużyła oczy.

— Trzy z naszych ofiar miały rodziny w Azkabanie.

Draco zamrugał.

— Jakie były na to szanse?

Wiele z ich ofiar było krewnymi Śmierciożerców, więc założył, że to logiczne, iż mieli krewnych w więzieniu.

— Na początku myślałam, że to całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę nazwiska. Ale — zaczęła chodzić tam i z powrotem, a Draco nie mógł powstrzymać się od uśmieszku — trafili do Azkabanu po wojnie.

— Dobra, mów dalej.

Draco uśmiechnął się, obserwując, jak jej oczy błyszczą, gdy przerzucała materiały i artykuły prasowe.

— Trzy ofiary — Avery, Blishwick i Fawley — są blisko spokrewnione z mężczyznami, którzy trafili do Azkabanu co najmniej trzy lata po zakończeniu wojny, na podstawie publicznych relacji o nich — zakończyła triumfalnie. — Złożyłam wniosek o wyciągnięcie ich akt, ale jakie jest prawdopodobieństwo, że trzech mężczyzn osadzonych w Azkabanie jest blisko spokrewnionych z trzema naszymi ofiarami?

 

— Dlatego ich akta były opatrzone Czarnym Kodem — mruknął Draco, a jego oczy rozszerzyły się, gdy zrozumiał kolejny element. — O cholera! Jak mogłem zapomnieć?

— Co?

 

— Jak poznałeś tego czarodzieja?

— Na wakacjach — mruknął Theo.

 

— Theo powiedział mi w lutym. Spiknął się z Potterem na wakacjach. — Serce Draco waliło jak młotem. — To dlatego dziwnie się zachowuje, nie chce być z nim widziany. Merlinie. — Pokręcił głową. — Potter wykorzystał Theo.

Oczy Hermiony rozszerzyły się na chwilę, kręcąc z niedowierzaniem głową.

— Percy rozmawiał z nim, kiedy wypowiedział swoje ostatnie słowa — zauważyła w końcu.

 

Odwróciła się, gdy drzwi zaskrzypiały, a Harry wszedł do pokoju z szeroko otwartymi oczami.

— ZATRZYMAJ GO! — wrzasnął Draco, a Hermiona odwróciła się gwałtownie i zobaczyła Percy’ego z pianą na ustach oraz pustą fiolkę zsuwającą się na podłogę obok niego.

— Czy zostałem rozgrzeszony, Omnia Scienti? Czy ona mi teraz wybaczy? — wymamrotał Percy bez ładu i składu.

 

— To Harry — wyszeptała Hermiona. — Harry jest Omnia Scienti.

___________

Witajcie :) szczęka opadła, co nie? Wiem, że to wszystko wydaje się odrealnione, ale wspomnienie Kingsleya pokazało Harry'ego jako kochającego męża, który chce pomścić zabójców żony. Jestem ciekawa, czy go podejrzewaliście? Dajcie znać.

[T] Odkupienie: Rozdział 6

niedziela, 22 lutego 2026

Kim jesteście? Czego chcecie?

Hermiona i Draco spojrzeli na siebie z identycznymi, skonsternowanymi minami. Hermiona odezwała się pierwsza:

— Jesteśmy tu, żeby dowiedzieć się więcej o Mechanizmie, by powstrzymać kogoś przed próbą jego użycia.

— Nie o to pytałem — oznajmił mężczyzna wprost. Widziała teraz, że jest starszy, ma siwiejące włosy i ubranie wyraźnie pochodzące z innej epoki. — Kim jesteście? Czego chcecie?

Hermiona była pewna, że to kolejny test i, podobnie jak w przypadku jaskini, w pytaniach kryło się głębsze znaczenie.

— Jesteś Leonardo Da Vinci? — zapytał Draco, a Hermiona miała ochotę się uderzyć za to, że nie zauważyła czegoś tak oczywistego.

— Nieważne, kim jestem ani kim byłem. Zapytałem, kim wy jesteście.

Da Vinci, jak przypuszczała Hermiona, mówił wyłącznie zagadkami, co było dość irytujące.

— Jestem Hermiona Granger — odezwała się.

Mężczyzna po prostu stał, jakby w ogóle nic nie powiedziała. Próbowała zrozumieć, co to może znaczyć, ale powiedział niewiele poza zadaniem dwóch pytań.

— No dobrze — mruknęła Hermiona — więc „kim jesteście” ma coś wspólnego z tożsamością? Jesteśmy komplikacją każdej poprzedniej chwili. Sumą naszych wspomnień i przekonań.

— Kim. Wy. Jesteście — powtórzył, wyraźnie akcentując słowo wy i wskazując na nich oskarżycielsko laską.

— Jestem czarodziejem — spróbował Draco z niepewną miną.

Łup! Da Vinci uderzył laską w bok Draco. Ten złapał się za biodro, krzywiąc się z bólu.

Hermiona podbiegła do niego.

— Wszystko w porządku? — zapytała, marszcząc brwi ze zmieszania.

— Tak — zapewnił ją, wpatrując się w starca.

— Pytałem, kim jesteście! — ryknął na nich Da Vinci.

— Przestań — błagała Hermiona, a mężczyzna uderzył ją w ramię. — Co do cholery? — mruknęła na głos, masując obolałe miejsce.

— Staracie się powstrzymać kogoś przed użyciem Mechanizmu, a nie potraficie powiedzieć, kim jesteście i czego chcecie.

Da Vinci wziął głęboki oddech.

— Próbujemy! — krzyknęła Hermiona. — Ale to nie ma żadnego sensu!

Mężczyzna ponownie uniósł laskę w jej stronę, ale tym razem Draco odepchnął ją, gotowy przyjąć na siebie impet ciosu. Starzec zatrzymał się w pół ruchu i przechylił głowę na bok.

— Cierpiałbyś?

Draco zamrugał, a Hermiona uważnie obserwowała grę słów, mając nadzieję, ze dostrzeże coś z intencji Da Vinciego.

— Cierpiałbym, ale to by oznaczało, że ona nie cierpi — powiedział do starszego mężczyzny.

Da Vinci skinął głową.

— Więc kim jesteście?

— O, Boże — mruknęła Hermiona, rozglądając się dookoła, próbując znaleźć jakąś drogę ucieczki. Ale ściany były nieskazitelne, bez żadnej szczeliny ani wgłębienia. — Czego chcesz? — błagała.

— Nie! Czego wy chcecie? — warknął, ponownie kierując laskę w jej stronę, ale Draco znów stanął między nimi.

— Przestań! — krzyknął. — Nie rób jej krzywdy.

Hermiona poczuła, że lekko drgnęła; choć doceniała heroizm Draco, wydawał się on nieco mizoginiczny.

— Draco, nie musisz mnie chronić.

— Wiem o tym — zmarszczył brwi — ale wolałbym nie patrzeć, jak cię rani.

Ogarnęło ją niedowierzanie.

— Myślisz, że mogę patrzeć, jak cię bije? — Zamarł, jakby nigdy się nad tym nie zastanawiał. Hermiona kontynuowała: — Nie możemy po prostu powstrzymywać go przed zrobieniem nam krzywdy, nie o to tu chodzi.

Wskazała na nich gestem.

Zauważyła, że Da Vinci im się przygląda, jego wzrok błądził między nimi, a usta miał zaciśnięte w prostą linię.

Tym jesteście? — zapytał.

— Nie — odpowiedziała Hermiona automatycznie. Nie należała do niego; sama myśl o tym tkwiła u podstaw jej lęków, że się zatraci. — Jestem sobą. Nie jestem przedmiotem ani niczym takim, nasza relacja to tylko jeden aspekt tego, kim jestem.

— A ty?

Da Vinci zwrócił się teraz do Draco.

Twarz Draco była nieprzenikniona.

— Jestem nikim — wyszeptał cicho.

Hermiona odwróciła się do niego.

— Co?

Podszedł do Da Vinciego, najwyraźniej ją ignorując.

— Właśnie o to chodzi, prawda? Nie jestem wyjątkowy. Nie ma dosłownie żadnego powodu, żebyś zdradzał mi swoje sekrety. Jestem nikim. Kiedy opuszczę ten świat, zostanę zapomniany albo zapamiętany za najgorsze czyny, jakich kiedykolwiek się dopuściłem. Jestem nikim, i tak powinno być. Ale to mi odpowiada, choć być może kiedyś bym się zmienił. Teraz rozumiem, że nie liczy się, jak historia nas ocenia, ale jacy naprawdę jesteśmy — powiedział, po czym kontynuował: — Nie chcę korzystać z Mechanizmu; nigdy nie próbowałbym narzucać komuś swojej woli. Pomimo wszystkich moich żalów, pomimo każdego popełnionego błędu, nigdy nie chciałbym o nich zapomnieć, ponieważ są częścią mnie.

Gdy skończył mówić, patrzył wyczekująco na Da Vinciego.

Starzec skinął głową niemal niezauważalnie.

— W rzeczy samej.

Hermiona westchnęła z ulgą, na chwilę wierząc, że rozwiązali jego zagadkę, zanim się do niej zwrócił:

— A kim ty jesteś?

Jęknęła.

— Jestem nikim? — spróbowała, ale znów została uderzona laską. Tym razem Draco zachował dystans, wzdrygając się na dźwięk uderzenia laski o jej prawe biodro. — Czemu ciągle mnie bijesz?

— Bo nie słuchasz! Kim jesteś?

Głos Da Vinci rozbrzmiał w małej przestrzeni.

— Jestem. — Nagle ogarnęła ją panika, jakby oblała test. Co jeśli obleje i nie uda im się zdobyć poszukiwanych informacji? Wszystko będzie jej winą. — Jestem sobą.

— Ale co to znaczy? — zapytał Da Vinci, a w jego oku pojawił się lekki błysk.

— Kiedyś zmieniłam wspomnienia — wyznała, przełykając ślinę. — Zmieniłam wspomnienia moich rodziców, żeby byli bezpieczni podczas wojny. Ale — poczuła przyspieszający oddech — to było złe. To, co zrobiłam, było czymś, czego nikt nie powinien mieć prawa robić. Usunięcie czyjejś tożsamości to odebranie tej osoby. Dlatego tak ważne jest, żebyśmy powstrzymali Omnia Scienti.

— A co zrobicie, żeby powstrzymać Omnia Scienti? — dopytywał Da Vinci, splatając ręce za plecami i trzymając w dłoniach straszliwą laskę.

— Cokolwiek będziemy musieli — wyznała Hermiona.

— Co poświęcicie? — napierał Da Vinci, krążąc wokół nich.

Oczy Hermiony rozbłysły.

— Właśnie dlatego nas uderzyłeś. Chciałeś wiedzieć, czy poświęcimy siebie nawzajem? — Da Vinci uśmiechnął się lekko. — Ale poświęcenie nie jest najważniejsze, prawda? To nie Draco musi mnie poświęcić, ani ja jego. To nasza własna decyzja! W tym tkwi sedno sprawy — w wyborze. Jeśli zdecyduję się coś zrobić, Draco będzie to szanował. I vice versa.

— Więc powiedz mi — zaczął ponownie Da Vinci — czego właściwie chcecie?

Wyczuła na sobie wzrok Draco, ale nie spuszczała oczu z Da Vinciego, próbując wywnioskować sens pytania. Wiedział, że muszą powstrzymać Omnia Scienti i dążył do głębszego zrozumienia Mechanizmu.

— Chcemy — Hermiona przerwała, starannie dobierając słowa — uratować świat.

Dłonie Da Vinciego poruszyły się i uderzył laską o ziemię, a dźwięk rozniósł się echem po niewielkiej przestrzeni.

— Dlaczego?

— Bo Omnia Scienti nie ma prawa niczego zmieniać — odezwał się Draco, robiąc mały krok do przodu.

Odwróciła się do niego i skinęła krótko głową.

— Więc powiedzcie mi — zaczął raz jeszcze Da Vinci.

— Dlaczego?

— Ponieważ wolna wola jest fundamentalna. — Hermiona uświadomiła to sobie, wypowiadając te słowa na głos, szeroko otwierając oczy. — Nasze życie, nasze czyny mają sens tylko wtedy, gdy są podejmowane z własnej woli. Zmieniając sposób myślenia ludzi, sposób podejmowania decyzji, Omnia Scienti dąży do zniesienia wolnej woli, do nagięcia nas wszystkich ku swojej woli. Niezależnie od tego, czy przyniesie to dobry czy zły skutek, nie będzie miało znaczenia. Nie ma w tym sensu.

W pomieszczeniu panowała cisza. Da Vinci stał nieruchomo, uważnie obserwując Hermionę i Draco.

Pstryknął palcami. W jakiś sposób znaleźli się w gabinecie. Ciemne, drewniane biurko stało na widocznym miejscu, a jedynym oświetleniem była pojedyncza świeca. Przy biurku siedział mężczyzna, pogrążony w myślach i mamroczący coś pod nosem.

Hermiona próbowała zwrócić na siebie uwagę mężczyzny.

— Dzień dobry? — zaczęła, ale zdała sobie sprawę, że jej nie słyszy. Odwróciła się i zobaczyła, że Draco rozgląda się dookoła, a w jego oczach wyraźnie widać było rozpoznanie. — O co tu chodzi? — zapytała.

Skinął głową na mężczyznę przy biurku.

— To Da Vinci, ale z młodości. Chyba jesteśmy we wspomnieniach.

Hermiona zdała sobie sprawę, że ma rację i podeszła do mężczyzny, obserwując, jak bazgroli w notatniku — Manuskrypcie, jak sobie uświadomiła.

— È troppo pericoloso — mruknął mężczyzna. — Non ci si può fidare dell'uomo — dokończył po włosku.

— Co on mówi? — zapytał Draco, marszcząc brwi.

Hermiona pokręciła głową.

— Mój włoski nie jest najlepszy, ale coś o niebezpieczeństwie… i zaufaniu?

Wyciągnęła różdżkę i rzuciła zaklęcie tłumaczące.

— Zostawiam to wspomnienie tylko tym, którzy rozumieją wartość Mechanizmu. Tylko tym, którzy cenią wolność — wyjaśnił Da Vinci, patrząc w pustą przestrzeń między Hermioną a Draco. — Mechanizm jest zasilany przez słońce i można go w pełni wykorzystać o zachodzie słońca podczas przesilenia letniego.

Spuścił wzrok z powrotem na notes, ponownie ich ignorując.

Pokój znów się zmienił i wylądowali w Bibliotece Yale, wpatrując się w Manuskrypt, który wyglądał zupełnie inaczej.

— Draco. — Hermiona odwróciła się i zobaczyła w jego oczach odbicie własnej paniki. — U nas jest już dwudziesty czerwca.

Skinął głową.

— Kończy nam się czas.

Przynajmniej teraz rozumieli, dlaczego Omnia Scienti milczał.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Gdy odłożyli szkło na miejsce, wymknęli się z biblioteki i wrócili do Anglii, był już ranek. Oboje byli wyczerpani. Draco sprawdził, co u Rubena, którego zostawili na razie w mieszkaniu Draco, na wypadek gdyby miał jakieś wieści.

Ruben wzruszył ramionami, patrząc z niepokojem na kredową cerę Draco i głębokie cienie pod oczami.

— Niestety, znowu to samo. Ostrzeżenia, nie używać i tak dalej. Wszystko w porządku?

Draco zamrugał.

— Eee, tak, jest dobrze. Po prostu… musimy iść. Wyślij sowę, jeśli coś znajdziesz.

Po czym aportował się do salonu Hermiony.

— Co teraz zrobimy? — jęknęła, krążąc po tablicy i agresywnie żując gumę z nikotyną.

— Dobra. — Draco trzymał w dłoni kawę i usiadł na sofie, uważnie obserwując Hermionę. — Przejrzyjmy wszystko jeszcze raz, od początku.

Skinęła głową.

— Więc Omnia Scienti chce coś zmienić; prawdopodobnie po to, by wykorzenić uprzedzenia ze świata. Tylko że on chce to zrobić siłą. Planuje użyć do tego Mechanizmu i potrzebuje energii z zachodu słońca w przesilenie letnie — dokończyła, marszcząc brwi.

— Co jeszcze? — drążył temat.

Nerwowo przeżuwała językiem.

— Wiemy, że musiał być w Grecji. Że musi znać starożytne runy, a także alchemię. Istnieje realne prawdopodobieństwo, że ma powiązania z Ministerstwem i że w jakiś sposób udało mu się przekonać lub podstępem nakłonić Percy’ego do dołączenia do niego.

Zamarła, patrząc w punkt daleko poza Draco.

— O co chodzi? — zapytał ostrożnie.

— Przykro mi — miała płytki oddech — ale chyba musimy jednak wziąć pod uwagę Theo.

Draco pokręcił głową.

— Ale przesłuchałaś go pod wpływem Veritaserum!

— Tak! — potwierdziła. — Ale to Mistrz Eliksirów. Przesłuchiwałam go kilka minut po tym, jak zgodził się przyjąć eliksir, kiedy ciebie i mnie nie było w pokoju. Mógł z łatwością przyjąć antidotum.

Draco kipiał złością.

— I tak nagle na to wpadłaś.

Zawahała się.

— Nie. Słuchaj… naprawdę chcę, by był niewinny. I myślałam, że znajdziemy kogoś innego. Ale nie chcę, żebyśmy byli ślepi na jakąkolwiek możliwość.

— Ale to nie ma sensu! Dlaczego miałby to robić? Dlaczego Theo miałby czuć potrzebę powstrzymania fanatyków czystej krwi?

Draco pokręcił głową.

Oczy Hermiony się rozszerzyły.

— A co, jeśli nie chodzi o to?

— Co?

— Znaczy — pokiwała głową na boki, próbując znaleźć odpowiednie słowa — co, jeśli w ten sposób chciał zmusić Percy’ego do użycia magii mentalnej? Może tak naprawdę chce zniweczyć inne uprzedzenia? Na przykład homofonię.

— Ale i tak Percy nie poszedłby za Theo Nottem.

Draco zmrużył oczy.

— Nie powiedziałam, że to bezbłędna teoria. Ale musisz przyznać, że ma pewne plusy! Poza tym kompletnie nie mamy pomysłów! — przypomniała mu.

— A co z Kingsleyem?

— Co z nim?

Przewrócił oczami.

— Dlaczego Kingsley miałby usuwać akta, skoro dotyczyły Theo?

— Nie wiem! — prychnęła Hermiona.

— Widzisz? To nie ma sensu!

— Nic z tego nie ma sensu. — Opadła na kanapę obok niego, opierając się o jego ramię. Westchnął ciężko, przyciągając ją do siebie. — Przepraszam. Przysięgam, że nie chcę, żeby to był Theo… po prostu… To przez nadmiar emocji dzisiejszego dnia.

— W porządku. — Ziewnął i zaczął masować jej łopatki. — Co nam umyka?

— Kingsley. — Skinęła głową, przymykając oczy na jego pieszczoty. — Musi to być powiązane z tymi trzema mężczyznami, którzy zginęli w Azkabanie, jakiś związek, którego nie dostrzegamy.

— Dobra, więc jak się dowiemy, co się stało bez Kingsleya i akt z Czarnym Kodem?

Pokręciła głową, a potem zamarła.

— O, cholera.

— Co?

Znieruchomiał i spojrzał na nią wyczekująco.

— Tego ranka, kiedy konfrontowaliśmy się z Percym, dostałam paczkę. Była od Kingsleya — zerwała się na równe nogi i pobiegła do sypialni, żeby ją złapać — był tam liścik, w którym zaznaczono, że jeśli umrze, chce, bym poznała jego sekret. — Pokazała Draco klucz; duży i ozdobny. — Założyłam, że to świstoklik albo coś innego, ale… nie. Próbowałam przez tydzień po całej tej historii z Percym wydobyć z niego sekrety, ale nic się nie stało.

Zmarszczył brwi, odsuwając rękę.

— Dlaczego nic nie powiedziałaś?

Pokręciła głową.

— Szczerze? Początkowo nie połączyłam tego ze sprawą. Znałam Kingsleya od czasów Zakonu. Domyśliłam się, że to może zupełnie inna tajemnica. Ale skoro akta zostały całkowicie zniszczone… — urwała.

Draco chwycił klucz, delikatnie go obracając i sprawdzając pod każdym kątem. Przyłożył do niego różdżkę, mamrocząc kilka zaklęć. Zaśmiał się cicho i przyciągnął Hermionę do siebie.

— Co? — zapytała nerwowo.

— To tylko klucz, Granger — zażartował, całując ją w czoło.

— Wiem.

Jej powieka drgnęła.

Pokręcił głową, a z jego ust wyrwał się kolejny cichy śmiech.

— Za długo jesteś w świecie czarodziejów. Chodzi mi o to, że nie jest zaczarowany. Otwiera zamek.

Hermiona poczerwieniała.

— Ale jest ogromny! To jak… klucz do miasta albo jakiś inny przedmiot dekoracyjny! Po co ktoś miałby tworzyć zamek albo coś w tym stylu?

Draco wzruszył ramionami.

— Kto wie? Ale zgaduję, że właśnie o to chodzi.

— Do jakich drzwi twoim zdaniem on pasuje?

Zatrzymał się.

— Gdybym miał obstawiać, powiedziałbym, że do jego domu. Skoro wysłał go do ciebie, to celowo wybrał miejsce poza Ministerstwem.

— Dobra — skinęła głową, biorąc głęboki oddech — chodźmy.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Dom Kingsleya na szczęście wciąż był niezamieszkały, bo toczyła się wyjątkowo brutalna walka o majątek między dwoma, dalekimi krewnymi mężczyzny. Z łatwością przebili się przez zaklęcia i weszli do upiornie cichego domu.

— Cóż, to było proste — zauważył Draco, wchodząc do salonu posiadłości Shacklebolta.

Hermiona uderzyła go w ramię.

— Nie możesz tak mówić!

— Dlaczego?

— Przyniesiesz nam pecha.

Pokręciła głową, a on się zaśmiał.

— Naprawdę? Nie wierzysz we wróżbiarstwo, ale boisz się, że powiem to było proste?

Prychnęła.

— To logiczny wniosek. Jak dotąd, za każdym razem, gdy mamy trop, wpadamy w jakąś pułapkę lub labirynt. Weźmy na przykład jaskinię. Albo, jeśli o tym zapomniałeś, przypomnij sobie, jak kilka godzin temu okładał nas laską dawno zmarły człowiek z renesansu.

Uśmiech Draco nie zgasł nawet na chwilę.

— Ale przecież takie rzeczy działy się dlatego, że starzy czarodzieje zastawiali pułapki, a nie dlatego, że któreś z nas zauważyło, jak łatwo je znajdujemy.

— Mimo to wolałabym nie wystawiać losu na próbę.

Uniosła wysoko brodę.

Uścisnął jej dłoń, pochylając się, by złożyć delikatny pocałunek na jej ustach.

— Więc cofam to.

Odwróciła się do niego, a kącik jej ust drgnął niechętnie.

— Dziękuję.

— Wszystko dla ciebie, wiedźmo.

Ścisnął jej dłoń jeszcze raz i rozdzielili się, rozglądają się po regałach i szufladach w pokoju. Przeszukiwali każde pomieszczenie w nadziei na znalezienie jakiejś szafki lub czegoś, do czego pasowałby klucz.

— Coś nowego? — zawołał do niej.

Wyszła z gabinetu Kingsleya, trzymając jakieś papiery i kręcąc głową.

— Nie, ale wszystko jest na swoim miejscu.

Draco zmarszczył brwi.

— Przepraszam… co?

Przechyliła głowę na bok.

— Po prostu… wszystko. Draco, on nie miał pojęcia.

— Musiał mieć jakiś powód, by wysłać ci ten klucz — zauważył.

Wzruszyła ramionami.

— Może. Nadal nie wiemy, jak dawno to zaplanował. Ale był w połowie tak wielu spraw. To po prostu… dość przygnębiające.

— Jakieś oznaki, że kontaktował się z Theo? — zapytał Draco z neutralnym wyrazem twarzy.

Hermiona pokręciła głową.

— Nie… nic.

Draco poczuł się nieco winny, czując ulgę na te słowa. Był przekonany o niewinności Theo, ale z trudem potrafił komukolwiek zaufać. Ta dręcząca wątpliwość po prostu wisiała w powietrzu…

Draco wszedł na górę, coraz bardziej sfrustrowany, im bliżej było zachodu słońca.

— Draco! — krzyknęła Hermiona, a on zszedł po schodach, widząc, jak marszczy brwi i uderza dłonią w ścianę.

— O co chodzi? — zapytał Draco.

— Chodź tutaj. — Skinęła na niego, by podszedł bliżej, ponownie uderzając w ścianę. — Słyszysz? Jest pusta.

— I co z tego?

Przechylił głowę na bok.

Przewróciła oczami, po czym zapukała w inną część ściany.

— Słyszysz różnicę?

Naśladował jej gesty.

— Masz rację, ale co to znaczy?

Uśmiechnęła się.

— Gdybym miała zgadywać, to coś tam jest. Problem w tym, jak się do tego dostać.

Przygryzła wargę, wpatrując się w ścianę.

— Magia? — zasugerował Draco.

— No cóż, tak, ale nie chcę uszkodzić tego, co jest po drugiej stronie.

Zamyśliła się na chwilę.

— Może po prostu… brutalna siła? — Wzruszył ramionami. — W ten sposób nie musisz się martwić wpływem magii.

Uniosła brwi, jakby się zastanawiała.

— Nie sądzisz, że zostaniemy rzuceni na głęboką wodę, kiedy to otworzymy, prawda?

— Jeśli tak, to jakoś sobie poradzimy. Jak zawsze.

— Nie bądź taki sentymentalny, Malfoy. Przyprawiasz mnie o rumieniec — odparła beznamiętnie.

— Ha ha. Dobra, znajdźmy jakiś młot kowalski albo coś w tym stylu. — Wzruszył ramionami, obserwując, jak szybko go wyczaruje. — Nie martwisz się o magię, jeśli użyjesz wyczarowanego przedmiotu?

— Ach… ale to nie jest wyczarowane. Po prostu teleportowane z mojego mieszkania.

Uśmiechnęła się ironicznie.

— Miałaś młot kowalski w swoim mieszkaniu?

Opadła mu szczęka.

Uniosła jedną brew.

— Tak. A teraz jest tutaj.

— Po co ci młot kowalski?

Wzruszyła ramionami i wbiła prawe biodro w bok Draco.

— Jestem skomplikowaną kobietą, Draco. Nie mogę ci po prostu zdradzić wszystkich moich sekretów.

— Powinienem się martwić?

Uśmiechnęła się ironicznie, ignorując go i uderzając młotem w ścianę. Uderzyła osiem razy, zanim zdyszana upuściła narzędzie.

— Pomóc ci? — zapytał z rozbawieniem.

Wzruszyła ramionami.

— Ja, eee — wzięła kilka głębokich wdechów — znaczy, jeśli chcesz.

Machnęła ręką.

— Tak, Hermiono, zdecydowanie chcę wybić dziury w tej ścianie — odparł beznamiętnie, ale chwycił młot i zaczął uderzać w cel, sapiąc z zadowolenia, gdy po około dziesięciu uderzeniach pojawiła się dziura o rozsądnych rozmiarach.

Oboje podeszli bliżej, zaglądając przez dziurę i uśmiechając się do siebie, gdy zobaczyli stary sejf ze znajomą dziurką od klucza.

Wyglądało na to, że w końcu dostaną jakieś odpowiedzi.

_____________

Witajcie :) w tym rozdziale mieliśmy bliskie spotkanie z Leonardo Da Vinci i kolejne puzzle do układanki. Nie wiem jak Wam, ale mnie ta historia bardzo się podoba i z wypiekami na twarzy tłumaczę kolejne rozdziały. Dajcie znać jak wrażenia.