[T] Bibliotekarka Hogwartu: Rozdział 8

piątek, 31 grudnia 2021

 6 grudnia 2008

 

Hermiona śmiała się z kłopotliwego położenia Draco, obserwując jego syna pośrodku mugolskiego sklepu Primark, próbującego zdecydować, czy pójdzie na Bal Bożonarodzeniowy jako Thor czy Wolverine.

— Co myślisz, tatusiu? — zapytał chłopiec, wyglądając na pełnego nadziei i niezdecydowania.

Draco, naprawdę niepewny, co to za miejsce, dlaczego było tu tak wielu ludzi, którzy kupowali te tanie rzeczy, a przede wszystkim, jak się tutaj znalazł, spojrzał na dwa kostiumy.

— Cóż, jeśli się nad tym zastanowić, jeden z nich to Bóg z fajną peleryną, a drugi to włochaty mężczyzna, trochę jak wilkołak. Wybrałbym Boga, kolego. — Wskazał.

— Zrobiłbyś to, prawda? — powiedziała Hermiona, drażniąc się z rozbawieniem, otrzymując w zamian celny łokieć w żebra, co sprawiło, że zaczęła chichotać jeszcze bardziej.

— Powinienem pójść jako Thor, pani Hermiono? Nie ma Lokiego — mruknął Scorpius trochę smutno.

— Ale masz wspaniałego tatę i ja też upewnię się, że będę wspaniałym towarzystwem. Szybko zapomnisz, że nie ma Lokiego — obiecała z uśmiechem, a on w końcu się zgodził.

Draco podniósł kostium i podejrzliwie odsunął go od swojego ciała.

— Nawet nie chcę wiedzieć, z czego to jest zrobione — zadrwił cicho. Oczywiście miał na sobie dopasowaną koszulę i spodnie, i zawsze starał się, aby jego syn nosił czystą bawełnę, jeśli tylko mógł. Ta rzecz wyglądała na zupełnie nowy poziom niewygody.

— Hej, to tylko jeden wieczór. Będzie idealnie na niego pasować — zapewniła go Hermiona i złapała paczkę gumek do włosów przy kasie, które utrzymywały jej bujne włosy. Lubiła kupować takie drobiazgi w tym sklepie.

— Dobrze, ale potem pójdziemy coś zjeść, umieram z głodu. — Wyrwał jej gumki do włosów z ręki i położył je na blacie razem ze stosem zakupów, aby doliczyć je do ich rachunku.

Hermiona zgodziła się skinieniem głowy i wrzuciła swój zakup do torebki, gdy wyszli na rześkie zimowe powietrze.

— Gdzie chcielibyście zjeść? — zapytała niepewna, co dwaj Malfoyowie lubili jeść, kiedy wychodzili na miasto. Wiedziała już, że Scorp uważał paluszki rybne za najlepszą rzecz na świecie od czasów Nutelli na toście i był w stanie zjeść ich talerz, co sprawiało, że Draco drżał, ponieważ w ogóle nie lubił ich zapachu.

— Rybę? — spytał Scorp jak na zawołanie, sprawiając, że Hermiona się uśmiechnęła.

— Nie dzisiaj, Scorp, jadłeś wczoraj. Może jakiś makaron? — zasugerował Draco. Przynajmniej jego syn uwielbiał warzywa i cieszył się wieloma prostymi wegetariańskimi posiłkami pomiędzy zachciankami na ryby.

— Ten czerwony z serem? — Rozpromienił się. — Tak, proszę! Pani Hermiono, możemy zjeść makaron? — zapytał, chcąc, żeby ona także polubiła takie jedzenie.

— Oczywiście, uwielbiam makaron — powiedziała, zaskoczona, gdy poczuła, jak mała rączka wsuwa się w jej dłoń i trzyma. Spojrzała w dół na chłopca, który uśmiechał się do niej nieśmiało, zastanawiając, czy wszystko jest w porządku. Ścisnęła lekko jego dłoń na znak akceptacji i skierowali się do pobliskiej włoskiej restauracji.

Zanim usiedli, Scorp spojrzał na swojego tatę.

— Tatusiu, muszę do toalety, gdzie mam iść? — zapytał.

Draco rozejrzał się za znakami i wyjaśnił, że ma za nimi podążać. Wiedział, że chłopiec sobie poradzi. Wziął płaszcz Hermiony i odsunął jej krzesło, zanim usiadł naprzeciwko niej.

— Mój syn bardzo cię lubi — zauważył. — Masz coś przeciwko? — W końcu padło między nimi pytanie, które zaprzątało mu głowę.

— Nie znam słodszego chłopca. Cóż, teraz jestem matką chrzestną Louisa, więc może mieć konkurencję w kategorii „najsłodszy uśmiech”, ale poza tym, jest cudownym dzieckiem, naprawdę — powiedziała Hermiona z uśmiechem ponad krawędzią jej menu.

I Draco nie miał wątpliwości, że była pewna każdego słowa. Akceptowała zarówno jego przyjaźń, jak i żywiołową naturę jego syna, i była dla niego życzliwa.

— Bardziej lubi spędzać czas z tobą w bibliotece niż odwiedzać mnie w lochach. — Zmarszczył brwi w udawanym rozczarowaniu, ale naprawdę nie mógł winić dziecka.

Hermiona uniosła szpiczastą brew. Ten gest sprawił, że ogarnęła go melancholia, ponieważ tak bardzo przypominał mu jego zmarłego ojca chrzestnego.

— Przebywasz w lochach, więc jeszcze mu się dziwisz? Tam jest zimno, jak w jeziorze za dnia! Nie mam pojęcia, jak uczniowie mogą spać w swoich dormitoriach i potrafić się ogrzać — zastanawiała się. — Mogę być z tobą szczera? — zapytała po chwili wahania, niepewna, czy powinna, ale byli przyjaciółmi, więc chciała, aby usłyszał jej myśli.

— Jak mogłabyś nie? — spytał Draco z rozbawionym uśmiechem, ale skinął głową, aby ją zachęcić do mówienia.

— Myślę, że tęskni za… mamą. Niekoniecznie za swoją mamą, ale może za poczuciem posiadania mamy? Kobietą w jego życiu, z którą mógłby czuć się komfortowo — powiedziała ostrożnie, mając nadzieję, że nie przekracza granicy.

Draco westchnął, pocierając przez chwilę swój gładki podbródek w zamyśleniu.

— Cóż, jestem przekonany, że na pewno nie tęskni za mamą. Nigdy nie była dla niego matką, tak naprawdę. I nigdy nie wiedziałem, jak mu wytłumaczyć, że nie tak mama powinna go kochać i troszczyć się o niego. Myślę, że czegoś mu brakuje, ale nie jestem pewny, czy do końca wie czego. Ale kobiecy wpływ na jego życie na pewno mu się przydał i muszę ci za to podziękować — przyznał.

— Jest bardzo sympatyczny; mam tylko nadzieję, że będzie odwiedzał mnie w bibliotece, gdy w jego życiu pojawi się nowa mama — zadumała się, zanim przejrzała menu, nie dostrzegając zdziwionego spojrzenia Draco.

Scorp pojawił się przy stole, wyglądając na rozczarowanego.

— Tatusiu, nie mogłem umyć rąk, umywalka była za wysoko i nie umiałem sięgnąć. — Zmarszczył brwi.

— Proszę, unieś ręce — mruknął Draco, rzucając zaklęcie czyszczące bez różdżki, a jego syn znów się uśmiechnął, siadając obok ojca i starając się zachować maniery, tak jak go nauczono.

Hermiona ukryła swój rozbawiony uśmiech za menu, po czym pomogła mu wybrać, podczas gdy Draco zamawiał coś do picia i butelkę wina, którą dorośli mieli się podzielić. Gdy byli w połowie posiłku, węglowodany z makaronu zdawały się przejmować ciało Scorpiusa i dodały mu energii, co zaowocowało długą opowieścią o historii, którą przeczytał w swojej najnowszej książce o Wikingach. Hermiona była pewna, że Fenrir nie był prawdziwy, ale wydawało się, że odgrywał ważną rolę. Przynajmniej Scorp miał naturalny talent do opowiadania historii, więc, kto wie, może kiedyś zostanie sławnym pisarzem.

— Och, co za idealny obrazek. — Opowieść Scorpiusa przerwał znajomy, przesłodzony głos.

— Cześć, Pansy. Co cię sprowadza do takiego lokalu? Myślałem, że mugolski Londyn jest poniżej twojej godności — wycedził Draco, nie będąc pod wrażeniem wiedźmy z twarzą mopsa, stojącej przy ich stole i patrzącej na nich z pogardą.

— Jedzenie było naprawdę okropne. Przynajmniej nie musiałam płacić za hańbę. Dlaczego nie jestem zdziwiona, że znalazłam cię tutaj ze szlamowatą księżniczką Gryffindoru? — Spojrzała na Hermionę z obrzydzeniem.

— Witaj, Pansy, dobrze wiedzieć, że przez te lata pracowałaś nad swoim charakterem — odpowiedziała idealnie uprzejmie Hermiona, a jej usta wygięły się w sarkastycznym uśmiechu.

Pansy szydziła z niej nieuprzejmie.

— Próbujesz wspinać się w hierarchii, prawda? — wycedziła zimno.

Hermiona uniosła brew.

— Dobre w byciu na dnie jest to, że jedyna droga pnie się w górę. Ty natomiast wydajesz się być w spirali na dół — zauważyła.

Nie była zwolenniczką plotek, ale wszyscy wiedzieli, że małżeństwo Pansy wisiało na włosku, a ona pozostała tak paskudną osobą, jaką była kiedyś. Dawno, dawno temu, Hermiona myślała, że Pansy zachowywała się tak z powodu swojego dzieciństwa i wojny, którą przeżyli. Parkinsonowie nie byli znani z ciepła, traktując córkę jak bydło, które miało zostać wydane za mąż za najwyższą cenę. I z tego powodu Hermiona współczuła kobiecie. Ale to nie usprawiedliwiało nienawiści Pansy ani sposobu, w jaki się wobec niej zachowywała przez te wszystkie lata.

— Przynajmniej nie jestem brudną szlamą — syknęła Pansy, po czym odeszła, eksponując swą wyniosłość.

Chwilę później pełną napięcia ciszę przy stole przerwał Scorpius, który wyglądał na kompletnie zdezorientowanego.

— Tatusiu, co to jest szlama? — zapytał, ale ucichł, gdy usta Draco zacisnęły się w wąską kreskę, słysząc to słowo z ust swojego syna. Ale tym razem ktoś go uprzedził w wyjaśnieniach.

— Szlama to obelga, którą niektórzy czarodzieje i czarownice używają w odniesieniu do ludzi takich jak ja, którzy są mugolakami — wyjaśniła spokojnie Hermiona, odkładając serwetkę, ponieważ straciła apetyt. — To bardzo brzydkie słowo i jest używane przez tych, którzy wierzą, że ludzie tacy jak ty i tacy jak ja nie powinni być przyjaciółmi ani nie mieć w życiu tych samych przywilejów.

Scorpius zmarszczył brwi.

— Ale… dlaczego? Lubię być pani przyjacielem, pani Hermiono. — Wydął wargi.

Hermiona posłała mu mały uśmiech i nie zdając sobie z tego sprawy, odsunęła grzywkę chłopca za ucho i odsłoniła jego przystojną twarzyczkę.

— Ja też lubię być przyjaciółką twoją i twojego taty. Nie czujesz, że jesteś lepszy od innych lub zasługujesz na więcej, prawda? — zapytała Hermiona.

Scorpius zastanawiał się nad tym przez chwilę, ale potrząsnął głową.

— Nie, chyba że chodzi o lody. Zjem wszystkie, jeśli są truskawkowe — przyznał, wywołując śmiech dorosłych. Ale Hermiona wiedziała, że zrozumiał, o co chodzi.

— Gdyby to był smak czekoladowy, też miałabym trudność z podzieleniem się — przyznała. — Ale rozumiesz, dlaczego nie powinno się używać tego słowa, prawda? — zapytała.

Chłopiec skinął głową.

— Tak. I powiem Mandy Parkinson, że też nie powinna ich używać — odpowiedział stanowczo, po czym dopił wodę. — Robimy jeszcze zakupy czy wracamy do domu? — zapytał.

Draco spojrzał na niego zaskoczony tym, że jego syn tak łatwo uznał Hogwart za swój dom, ale skinął głową.

— Wracamy do domu. Czeka nas kolejna walka na śnieżki — obiecał Draco i wstał, by zapłacić za posiłek.

W międzyczasie Hermiona pomogła Scorpiusowi założyć płaszcz i upewniła się, że czubki jego uszu są zasłonięte śliczną, wełnianą czapką, po czym zawiązała swój szalik, widząc, że na zewnątrz wzmaga się wiatr. Poczuła ciężar płaszcza na ramionach i sięgnęła do tyłu, by go włożyć, dziękując Draco z uśmiechem, zanim wyruszyli na poszukiwania najbliższego punktu teleportacyjnego.

 

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~

 

— Tato? Mogę cię zapytać o coś dotyczące panny Hermiony? — spytał Scorpius starszego Malfoya tego wieczoru, kiedy wkładał swoją nową ulubioną piżamę z Pikachu, zakupioną podczas podróży do mugolskiego Londynu.

— Możesz — powiedział Draco, po czym zaprowadził go do łóżka i przykrył.

Scorp poruszył się trochę, zanim znalazł idealną pozycję, i spojrzał na niego w zamyśleniu.

— Dlaczego panna Hermiona ma wypisane brzydkie słowo na ramieniu, skoro to brzydkie słowo?

Draco usiadł obok niego, przeglądając książki swojego syna, i próbując wymyślić, jak odpowiedzieć na tego rodzaju pytanie. Jak mógł złamać mu serce i powiedzieć, że kiedyś sam używał tego słowa względem swojej przyjaciółki? Jak mógł w ogóle wyjaśnić, że to przeklęte słowo zostało wyryte w jej ciele zaklętym sztyletem przez jego szaloną ciotkę w jego rodzinnym domu? Jak wytłumaczyć wojnę ośmiolatkowi?

— Tato? — zapytał Scorp, zastanawiając się, dlaczego tata nie odpowiada.

Draco westchnął i wybrał jedną z książek Roalda Dahla, które kochał jego syn, i w końcu spojrzał mu w oczy.

— Hermiona ma wypisane brzydkie słowo na ramieniu, ponieważ szalona wiedźma nienawidziła jej i jej talentu tak bardzo, że próbowała zmiażdżyć jej ducha, naznaczając ją przeklętym ostrzem. Podczas wojny było ciężko, a Hermiona jest bohaterką, która walczyła podczas najtrudniejszej z bitew — próbował wyjaśnić.

— Więc szalona wiedźma nie zmiażdżyła jej ducha? — zapytał chłopiec z zaciekawieniem, powtarzając te ważne słowa.

Draco posłał mu półuśmiech.

— Oczywiście, że nie. Hermiona się nie poddaje. — Potargał włosy chłopca i usiadł obok niego na zagłówku, pozwalając chłopcu przytulić się do swojego boku na pocieszenie. — A teraz dowiedzmy się, co się stało podczas pierwszego dnia Matyldy w szkole, dobrze?

_______________

Witajcie :) mamy piątek, więc pora na kolejny rozdział tłumaczenia. Chyba można go uznać za przejściowy, bo zbliżamy się do ważnych momentów historii. Pewnie każdy z Was znajdzie tu coś dla siebie, przynajmniej mam taką nadzieję.

Kolejna część pojawi się w niedzielę. Powoli zbliżamy się do końca opowieści, ale jeszcze wiele fajnych i ważnych scen przed nami. W niedzielę wracam do Warszawy, ale przede mną tylko trzy dni pracy i długi weekend, więc z pewnością coś przetłumaczę. Czekajcie cierpliwie. :)

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Udanego Sylwestra i wszystkiego dobrego w Nowym Roku! Enjoy!

[T] Bibliotekarka Hogwartu: Rozdział 7

wtorek, 28 grudnia 2021

 29 listopada 2008

 

Hermiona obejrzała się w lustrze i upewniła, że wszystkie prezenty znalazły się w torebce, po czym owinęła się ciasno grubym, szarym płaszczem podróżnym i szalikiem. Włożyła parę znoszonych, ale dobrze utrzymanych rękawiczek z czarnej skóry  i odświeżyła wodoodporne zaklęcie na nogach od butów aż do kolan. Zima w szkockich górach nadeszła wcześnie i temperatury spadły bardzo szybko. Teren pokrył koc śnieżnobiałego śniegu i mróz dawał o sobie znać. Nie mogła już biegać, więc zamiast tego trzy lub cztery razy w tygodniu we wczesnych godzinach porannych spacerowała po zaśnieżonym terenie. Czasami dołączali do niej Astrid, Sara lub Draco, ale najczęściej ten czas wykorzystywała na przemyślenia i znalezienie odrobiny czasu dla siebie, kiedy nie spędzała go z Draco, rozciągając mięśnie podczas walki.

Dzisiaj był niezwykły dzień. Najmłodszy mieszkaniec Muszelki miał zostać magicznie pobłogosławiony, a Hermiona miała zostać dumną matką chrzestną, dołączając do szeregu rodziców chrzestnych, w tym Charliego, jako ojca chrzestnego Victoire i Gabrielle, siostry Fleur, która była matką chrzestną małej Dominique. Teraz Hermiona obiecała, że zaopiekuje się małym Louisem, jeśli coś się stanie jego rodzicom. Louis był małym wojownikiem. Urodzony trochę za wcześnie, musiał przez jakiś czas pozostać w szpitalu. Magia Fleur wariowała, a jej ciało odczuwało większe napięcie niż w przypadku pozostałych dwóch ciąż, więc Hermiona podejrzewała, że to będzie ostatnia.

Louis był bardzo delikatny i trochę zajęło, zanim udało mu się dojść do pełni sił i wyzdrowieć tak samo, jak jego matce. Hermiona rozważała swój prezent przez chwilę, zastanawiając się, co może podarować małemu Louisowi jako jego matka chrzestna, dopóki nie zdała sobie sprawy, że jego kochający rodzice dadzą mu wszystko, czego będzie potrzebował. Postanowiła więc podarować mu coś na przyszłość i coś, co sprawi mu teraz radość. Jeszcze raz sprawdziła pogodę na zewnątrz, po czym ciaśniej owinęła się ciężkim płaszczem i zeszła po schodach w kierunku holu wejściowego.

Na korytarzach nie było prawie żadnego ruchu. Był leniwy, niedzielny poranek, a pogoda sprawiała, że duża część uczniów decydowała się na pozostanie w swoich ciepłych dormitoriach i Pokojach Wspólnych, i większości z nich nie widziano aż do kolacji. Powierzyła bibliotekę bardzo zdolnym rękom Hanny, która cieszyła się dniem z dala od swoich komnat, pozwalając Neville’owi spędzić trochę czasu z synem. Szybki spacer do bramy i punktu aportacyjnego był zachwycający; zapach świeżego śniegu tak znajomy i kojący w spokojny poranek.

Muszelka tego dnia była pełna ciepła i śmiechu. Ogień trzaskał w kominku, a na kuchennym stole znajdowała się niedzielna pieczeń i kilka różnych ciast, by uczcić powitanie Louisa w magicznej społeczności. Hermiona przypomniała sobie zdjęcia z własnego chrztu; jej mama zawsze mówiła, że to nudne, ale ważne dla jej dziadków, bo tego chcieli. Zupełnie inną ceremonią były magiczne błogosławieństwa dla dzieci. Zamiast czuć się zmuszoną lub zbyt uszeregowaną, rodzina zbierała się, by powitać dziecko w swoim świecie i być świadkami, jak rodzic chrzestny lub rodzice chrzestni składają śluby przewodnictwa w życiu dziecka. Często niewielka biżuteria lub cenny przedmiot był nasycony magią dwóch rodzin, z których pochodzili rodzice, i był przechowywany jako pamiątka.

Hermiona rozpromieniła się z dumy, gdy złożyła przysięgę i tchnęła swoją ochronną magię w małą złotą bransoletkę, pobłogosławioną przez Delacourtów i Weasleyów, po czym podniosła małego Louisa, by mu ją założyć. Praktycznie w ogóle się nie poruszył i przytulił się mocno do jej ciała, gdy trzymała go blisko, a rodzina wiwatowała za ich zdrowie, i ceremonia dobiegła końca. Wspaniale było znów zobaczyć Charliego po jakimś czasie i musiała obiecać, że przyjedzie do Rumunii na długi weekend w Nowy Rok, aby odwiedzić lokalne magiczne archiwa w Bukareszcie i spotkać się z niedawno zaręczonym poskramiaczem smoków i jego partnerką.

Fleur wciąż wyglądała na nieco zmęczoną, ale promieniała radością na widok swojej rodziny i niemal wybuchła płaczem, gdy Hermiona wręczyła jej prezent od wszystkich rodziców chrzestnych jej dzieci — piękny album ze zdjęciami, których nigdy wcześniej nie widziała; wizytę Victoire u wujka w Rumunii oraz Dominique w Saint-Tropez wraz z ciocią Gabrielle. Zostały puste strony na zdjęcia, które Hermiona zamierzała zapełnić podczas rodzinnej wizyty w Hogwarcie w lato. Ten cenny prezent został dobrze przyjęty przez rodziców dzieci.

Po kilku kieliszkach gorącego cydru i zdecydowanie za dużej ilości ciasta, Hermiona wyszła z domku z obietnicą, że wkrótce odpowie na listy Fleur i Charliego. Z uśmiechem na twarzy teleportowała się na piękną, zimową plażę. Jednak rozkosz nie trwała długo. Gdy jej stopy uderzyły w zamarzniętą ziemię w okolicach Hogwartu, ogarnął ją chwilowy smutek, bo rozmyślała o szczęściu swoich przyjaciół. Wszyscy mieli partnerów lub byli zamężni, niektórzy mieli dzieci, inni podróżowali po świecie i adoptowali zwierzęta. Hermiona była szczęśliwa i zadowolona ze swojego stylu życia, ale czasami brakowało jej towarzystwa i namiętności, które towarzyszyły związkom, oraz miłości i wsparcia partnera. Grupa uczniów idących ścieżką z Hogsmeade przerwała jej rozmyślania i odpowiedziała na ich powitanie, machając ręką, po czym przeszła przez drzwi bramy na teren szkoły.

Była już prawie przy zamku, kiedy instynktownie zrobiła unik przed lecącą śnieżką, słysząc, że zamiast w nią, ta wpadła prosto w drzewo za nią. Zmarszczyła brwi i rozejrzała się w poszukiwaniu sprawcy. Jej usta wykrzywiły się w rozbawionym uśmiechu, gdy zauważyła zażartą walkę na śnieżki Malfoyów.

— Przepraszam, proszę pani! — zawołał Scorpius przez pole, próbując uformować kolejną kulę, którą uderzyłby swojego ojca, jednocześnie unikając nadlatującej śnieżki z chichotem. Jego oczy błyszczały, włosy sterczały niechlujnie spod czapki z dzianiny i rzucił własną śnieżką w ojca.

Draco wydawał się bawić tak samo dobrze, jak jego syn, sądząc po wysiłku, jaki włożył, by udawać, że trudno jest uniknąć śnieżek, i różowych policzkach, co świadczyło, że spędzili już trochę czasu na zabawie.

— Dołączysz do nas, Hermiono? — zapytał z wyzywającym uśmiechem.

Gryfonka zjeżyła się na wyzwanie i wyciągnęła różdżkę z rękawa, skręcając włosy w kok i zabezpieczając je, zanim pochyliła się, by zebrać trochę śniegu.

— Chcesz, żebym do was dołączyła, prawda? — spytała i rzuciła pierwszą kulę, celując w starszego Malfoya i chybiając, gdy ten z łatwością zrobił unik.

— Scorpius, ratunku! Jestem atakowany! — Draco uchylał się przed kolejnymi śnieżkami, dopóki jego chichoczący syn nie stanął przed nim.

— Nie martw się, tatusiu, pomogę! — powiedział i zaczął formować kulę na Hermionę, po czym przerwał. — Tatusiu, Mandy Parkinson powiedziała, że nie powinienem bić dziewczyn. Panna Hermiona jest dziewczyną, więc nie powinienem w nią uderzać, zgadza się? — zapytał, patrząc przez chwilę nerwowo na Hermionę.

Dorośli przerwali, zastanawiając się, jak wyrazić słowami złożone zjawiska społeczne związane z normami płci i równością.

— Tak, panna Hermiona jest dziewczyną. Cóż, jest damą, nie dziewczyną, ale rozumiesz, o co chodzi. — Uśmiechnął się Draco, chcąc spowodować, że zdenerwowany chłopiec też się uśmiechnie. Wciąż czasem był niepewny, zwłaszcza przed innymi, ale Draco miał nadzieję, że Scorpius wkrótce z tego wydorośleje i nabierze większej pewności siebie. — Ale to, że jest damą, nie oznacza, że nie możesz z nią walczyć jak dżentelmen — zasugerował.

— Więc mogę bić dziewczyny? Ale… nie chcę. Nie chcę nikogo bić. Cóż, Mandy Parkinson czasami mówi złośliwe rzeczy o pannie Hermionie. — Zmarszczył brwi, zanim zdał sobie sprawę, że Hermiona to słyszała. — Przepraszam, proszę pani — powiedział, sądząc, że tak trzeba.

Hermiona zachichotała i pochyliła się, by przykucnąć obok niego.

— W porządku, nie wszyscy mnie lubią i to jest normalne. Nie wszyscy będą cię lubić; powinieneś przestać przejmować się tym, jak sprawić, by cię polubili. Pewnego dnia Mandy Parkinson zrozumie, co naprawdę ma znaczenie. Aby wyjaśnić to lepiej, uderzanie kogokolwiek jest zazwyczaj złe, ponieważ powinno się być w stanie rozwiązać każdą walkę słowami. Uderzenie kogoś słabszego lub mniejszego od siebie, tylko dlatego, że możesz, jest zawsze złe. Nigdy nie powinieneś tego robić. Ale jeśli ktoś ci grozi lub próbuje cię skrzywdzić, walczysz i odpowiadasz tym samym, nieważne czy to chłopiec czy dziewczynka — wyjaśniła, chcąc się upewnić, że chłopiec rozumie, o co jej chodzi.

Scorpius skinął głową, wciąż wyglądając na nieco niepewnego, więc Hermiona spojrzała na Draco, aby zobaczyć, czy wpadł na pomysł, którym mógłby to lepiej wyjaśnić.

— Pamiętasz mój sobotni pojedynek z panną Hermioną? — zapytał i czekał, aż chłopiec skinie głową. — No cóż, uderzyłem pannę Hermionę i rzucałem w nią urokami, mimo że jest damą.

— Serio? — Scorpius wyglądał na zaskoczonego. — A pani odpowiedziała tym samym? — zapytał Hermionę.

Skinęła zachęcająco głową.

— Tak, odpłacam tym, co dostaję. Rozumiesz dlaczego? — zapytała.

— Ponieważ jesteście przyjaciółmi? — podał najbardziej logiczną odpowiedź.

Draco zaśmiał się.

— Jesteśmy, ale to nie jest powód. Hermiona jest mi równa i zgadzamy się, że walka i sport są fizyczne. Ktoś zawsze może zostać zraniony, niezależnie od tego czy jest chłopcem, czy dziewczynką — wyjaśnił.

— Więc… jeśli Mandy Parkinson jest krową i mówi podłe rzeczy, powinienem najpierw powiedzieć, że nie powinna mówić takich rzeczy i nie przyjaźnić się z nią, jeśli nalega. Ale jeśli próbowała mnie skrzywdzić lub mi groziła, że skrzywdzi pannę Hermionę, mogę ją uderzyć — podsumował Scorpius, wyglądając na nieco zakłopotanego, kiedy zauważył zmarszczone brwi ojca.

— Krótko mówiąc, tak. Ale w przyszłości nie powinieneś odnosić się do Mandy Parkinson, używając zwierzęcych określeń — ostrzegł Draco, zanim wstał i wyczyścił śnieg z kolana. — A teraz bitwa na śnieżki? — zapytał.

Scorpius jednak potrząsnął głową.

— Chcę gorącą czekoladę. Poczyta mi pani, pani Hermiono? — spytał z nadzieją.

— Jasne. — Hermiona uśmiechnęła się i owinęła płaszczem, by uchronić się przed wzmagającym wiatrem.

— Dziękuję! Pójdę powiedzieć elfom! — Pobiegł przed siebie do zamku, zanim Draco zdążył się sprzeciwić.

— Sprawi, że przedwcześnie osiwieję… — westchnął i szarmancko zaoferował Hermionie łokieć.

— Hej, ja siwieję od lat — prychnęła i chwyciła go za przedramię, podnosząc jedną ręką rąbek płaszcza, by trzymać go z dala od stóp na śnieżnej ścieżce.

— Dziękuję za pomoc w wyjaśnieniu. Ostatnio ma zwyczaj wyskakiwać z pytaniami, na które po prostu nie wiem, jak odpowiedzieć — przyznał Draco, czując się trochę dziwnie, że nie ma odpowiedzi, które zadowoliłyby umysł ośmioletniego chłopca.

— Nie ma problemu. Spotkałam Mandy Parkinson tylko kilka razy, ale jest niezwykle podobna do swojej matki — zauważyła Hermiona. Nigdy nie odniosłaby się do ucznia w uwłaczający sposób, ale nie miała żadnych skrupułów, mówiąc, że Pansy Parkinson była i nadal pozostaje jedną z najgorszych plotkar w Londynie. Niektórzy ludzie nie dojrzeli, tak jak oni. Mandy była jak dwie krople wody podobna do matki, nawet miała nos mopsa…

— O tak, dobrze o tym wiem. Plotki na temat mojego rozwodu, które rozpowiedziała, sprawiły, że miałem ochotę skręcić jej kark — prychnął. — Kiedyś naprawdę byliśmy przyjaciółmi. Stanowiła dla mnie pocieszenie. Potem jej ojciec awansował w szeregach, a moja rodzina była w niełasce. Od tamtej pory staliśmy się zupełnie inni — zadumał się Draco, gdy szli dalej poprzez puszysty śnieg.

Hermiona zawsze zastanawiała się, czy prawdziwa przyjaźń była naprawdę możliwa wśród Ślizgonów na ich roku, przy całej tej polityce i rodzinnych obowiązkach.

— Nie potrafię sobie wyobrazić, jakie to musiało być — przyznała. — Czy nadal przyjaźnisz się z kimś z naszego roku? — zaryzykowała, mając nadzieję, że to nie brzmi wścibsko.

— Z Blaise’em. — Draco uśmiechnął się półuśmiechem. — Dobrze sobie poradził. Wbrew naukom swojej matki, poszedł na prawo i poślubił francuską kobietę sukcesu. Przez wielu naszych znajomych jest uważana za „nowobogacką”, ponieważ pochodziła ze skromnego środowiska i ciężko pracowała, by zarobić pieniądze, które teraz posiada. Ale Blaise jest szczęśliwy. Tworzą cudowną parę i właśnie adoptowali, by powiększyć rodzinę. — Zaśmiał się.

— Musieli adoptować czy chcieli? — zapytała Hermiona z zaciekawieniem. Po Ostatecznej Bitwie nastąpił wzrost adopcji sierot wojennych, ale większość magicznych rodzin wolała wypróbować wszystkie możliwe metody na posiadanie dzieci przed adoptowaniem.

— O nie, nie dzieci. Zaadoptowali kilka psów ratowniczych, żeby dołączyły do trzech koni w ich posiadłości. Pokażę ci zdjęcia, zanim zaczniesz czytać Scorpowi.

— Z chęcią. — Uśmiechnęła się Hermiona i puściła jego łokieć, gdy dotarli do holu wejściowego, aby mogła otrzepać śnieg i rzucić kilka dobrze wycelowanych zaklęć osuszających buty i płaszcz, zanim ruszyli schodami. — A tak przy okazji, jakie masz plany na święta? — zapytała, uświadamiając sobie, że wcześniej o tym zapomniała.

— Poza przetrwaniem tego przeklętego balu? — jęknął. — Niektórzy z moich uczniów byli całkowicie nie do zniesienia, prosząc o weekendowe wycieczki do Londynu i Merlin-Wie-Co, aby kupić kostiumy i sukienki. To było kompletne szaleństwo.

Hermiona zaśmiała się.

— To też. Minerva oświadczyła, że my też będziemy musieli się przebrać, więc powinnam czegoś poszukać — zadumała się.

— Niech zgadnę; przeczytasz kilka książek na ten temat — droczył się, choć w jego głosie nie było złośliwości, tylko coś na kształt sentymentu.

— Cóż, jestem bibliotekarką. — Wzruszyła ramionami. — Na pewno nie przebiorę się za Elizabeth Bennet. — Wzdrygnęła się. — Z całym szacunkiem dla Jane Austen, ale to nie dla mnie. — Zmarszczyła brwi.

— Chyba jest kilka opcji. Myślę, że będę musiał wybrać się do mugolskiego Londynu. Scorp chce kostium superbohatera. Skąd takie wziąć? — zapytał, nie bardzo wiedząc, jak się za to zabrać.

— Jeśli chcesz, w przyszłym tygodniu jadę na zakupy do Londynu. Mogę coś dla niego kupić, jeżeli dasz mi jego wymiary. A jeśli chcesz zrobić świąteczne zakupy, możesz do mnie dołączyć — zaproponowała, gdy weszli na ich piętro, śmiejąc się z dźwięków dochodzących przez otwarte drzwi, gdzie młody Malfoy kłócił się ze skrzatem domowym o gorącą czekoladę.

— Byłoby wspaniale. Ktoś wspomniał o takim miejscu… Primarco czy coś takiego? Nie wiem, Sara nie była zbytnio pomocna, a raczej bardzo rozkojarzona. — Zmarszczył brwi.

Hermiona roześmiała się na tę sugestię.

— Bez obaw, możemy tam także wpaść, jeśli chcesz. Poczekaj moment, pójdę się przebrać i za chwilę przyjdę po Scorpiusa — obiecała, po czym zniknęła w swojej komnacie, by zdjąć płaszcz i zmienić buty.

Draco tylko potrząsnął głową, kiedy usłyszał, jak jego syn mówi skrzatowi domowemu, że nie prosił o trzy gorące czekolady tylko dla siebie, i poszedł przygotować chłopca do czytania.

____________

Witajcie :) dzień wcześniej niż zapowiadałam pojawiam się z nowym rozdziałem. Niestety jutro nie miałabym możliwości, ponieważ wypadł mi niespodziewany wyjazd. Ale pewnie nie macie mi tego za złe. Wiem, że długość rozdziałów nadal nie powala na kolana, niestety nie mam na to wpływu. Jednak treść powinna Was zadowolić. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Tłumaczenie idzie bardzo sprawnie, więc postanowiłam, że rozdział 8 pojawi się koło piątku. Następne są już dłuższe, a czasu coraz mniej, bo w telewizji Turniej Czterech Skoczni i ja jako prawdziwy fan oglądam wszystko... ale postaram się, aby rozdział 9 wydać w niedzielę. Póżniej zobaczymy, bo wracam do pracy i może być różnie. Jednak obiecałam sobie, że to tłumaczenie pójdzie sprawnie do samego końca i tego się trzymam. Także trzymajcie kciuki.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Miłego tygodnia! Enjoy!

[T] Bibliotekarka Hogwartu: Rozdział 6

niedziela, 26 grudnia 2021

 30 października 2008

 

Hermiona uśmiechnęła się do zgromadzonej grupy uczniów z roczników od piątego do siódmego, widząc podekscytowanie dotyczące zbliżających się zajęć. Wraz z nadejściem jesieni i pogorszeniem pogody wielu uczniów zaczęło spędzać więcej czasu w zamku niż w plenerze, a w tym roku dużą popularnością cieszyły się zajęcia pozalekcyjne i kluby organizowane przez ich profesorów. Hermiona regularnie miała co najmniej piętnastu uczniów na zajęciach z Klubu Książki, a w czwartki robiła przysługę profesor obrony przed czarną magią.

Astrid okazała się świetną koleżanką i utalentowaną profesor, która szybko stała się ulubienicą uczniów, a także dobrą przyjaciółką Hermiony i Hanny. Puchonka ostatnio była bardzo zajęta swoim dorastającym synem, który zmagał się z nietolerancją mleka, więc często dawała Hermionie szansę na lepsze poznanie Astrid. Francuzka dopasowała się do ich małej grupy.

Innym popularnym wyborem wśród uczniów był nowy mistrz eliksirów, który w przeciwieństwie do swoich poprzedników, właściwie nie faworyzował uczniów domu węża na zajęciach z eliksirów i wszystkich traktował sprawiedliwie. Stał się dość popularny wśród starszych roczników, którzy mogli warzyć własne mikstury, a jeśli grzecznie poprosili, raz w tygodniu pod jego nadzorem ćwiczyli eliksiry do egzaminów. Jego syn stale spędzał czas w bibliotece i zaprzyjaźnił się z kilkoma pierwszoroczniakami, więc czuł się o wiele lepiej w Hogwarcie. Dość szybko czytał kolekcję powieści graficznych, znajdującą się w zbiorach, więc Hermiona musiała zamawiać kolejne i okazało się, że jest to popularny wybór wśród starszych roczników, którzy lubili Marverla i komiksy DC. Scorpiusa nie było dzisiaj wśród zebranych uczniów, ponieważ był zbyt młody, by móc być świadkiem pojedynku swojego ojca.

— Uwaga, uczniowie. — Astrid klasnęła w dłonie, by uciszyć otaczający ją tłum. Wydawało się, że Klub Pojedynków staje się bardzo popularny, gdyż to było dopiero trzecie spotkanie, a już musieli przenieść się do większej sali, aby pomieścić wszystkich obecnych uczniów. Stoły zamieniono w wielopoziomowe ławy, które otaczały pomieszczenie, a ponad setka uczniów rozmawiała z ekscytacją.

— Uwaga — powiedziała Astrid ostrzej i w pomieszczeniu zapadła zupełna cisza. — Bien. Dzisiejszy Klub Pojedynków będzie trochę inny. Mamy zaszczyt powitać dwoje magicznie utalentowanych, ocalałych z wojny, którzy walczyli w Ostatecznej Bitwie podczas drugiej wojny czarodziejów. Jestem pewna, że nie muszę nikomu przedstawiać dwójki bohaterów wojennych, panny Granger i Lorda Malfoya. — Wskazała na nich i sala wybuchła brawami, którym towarzyszyły szepty. Nie tylko ich wojenny wysiłek podczas drugiej wojny czarodziejów został dostrzeżony, ale także ich szkolna animozja była legendarna; żadne z nich nie było zdziwione, widząc, że wszyscy chcieli zobaczyć ich pojedynek.

— Dzisiejsza sesja będzie składać się z pokazu pojedynku i walki wręcz między naszymi gośćmi, a następnie możecie zadawać im pytania związane z technikami pojedynkowania i walki. Jakieś pytania, zanim zaczniemy? — zapytała i zobaczyła podnoszącą się rękę. — Oui, monsieur Bellamy? — Skinęła na niego, by się nie krępował.

— Czy są jakieś zasady dotyczące zakazanych klątw? A może to będzie tylko pokaz, proszę pani? — spytał.

Bien, dobre pytanie. — Skinęła głową i uniosła różdżkę, tworząc wielką tarczę wokół rzędów ław. — Rzuciłam tarczę ochronną po obu stronach sali. Widzicie te niebieskie kryształy, ustawione wokół siedzeń, oui? — Wskazała na podłogę. Co pięć stóp, dookoła wielopoziomowych ław, znajdował się piękny, niebieski kamień wielkości większej pięść, i każdy z nich płonął. — To są magiczne wzmacniacze, które utrzymują tarcze wokół was wszystkich przed wszelkimi klątwami, które będą latać wokół. Nie oznacza to, że jeśli zobaczycie prześwit, macie nie reagować. Wręcz przeciwnie — bądźcie czujni i sami rzućcie zaklęcie tarczy, zanim ktoś poprosi mnie o ratunek — wyjaśniła i wszyscy uczniowie skinęli głowami.

— Dobrze. Co do zasad — zwróciła się do swoich kolegów — oczywiście żadnych zaklęć niewybaczalnych i takich, na które nie znamy przeciwzaklęcia. Poza tym proszę, abyście nie traktowali tego jako ćwiczenia, ale jako rzeczywistą walkę — poprosiła i otrzymała dwa przytaknięcia na zgodę. — Pewnie chcecie się przygotować. — Wskazała na kąt w pomieszczeniu obok stołu nauczycielskiego, gdzie znajdował się parawan, za którym mogli się przebrać.

Draco skinął na Hermionę, by poszła za nim, po czym okrążyli parawan, natychmiast zaczynając zmieniać swoje ubrania. Draco zdjął ciężkie, nauczycielskie szaty i transmutował swoją białą koszulę w prostą białą podkoszulkę dla wygody ruchu. Zachował spodnie, ale przemienił buty na parę czarnych trampek, aby móc biegać i robić uniki przed ciosami, do których Granger była zdolna.

Hermiona natomiast upewniła się, że jej włosy są mocno splecione i odsunięte od twarzy, po czym wyciągnęła swoją małą torebkę, wysadzaną koralikami, i przywołała starą parę wygodnych jeansów i szary sweter. Machnęła różdżką, a ubranie ładnie dopasowało się do jej sylwetki. Spódnica i bluzka, które miała na sobie, schludnie zwinęły się na jej przedramieniu. Na koniec przywołała swoją ulubioną parę Sketcherów, w których lubiła biegać, i zamieniła na nie szpilki na niskim obcasie. Rozważała założenie swojego stroju do biegania, ale pojedynki zazwyczaj nie miały miejsca w sportowym otoczeniu, więc wystarczył swobodny strój.

— Cóż, chyba jesteśmy gotowi — zauważyła, gdy oboje zaczęli się rozciągać.

— Wiem, że to ma być prawdziwy pojedynek i walka, ale masz jakieś zasady lub prośby? — zapytał, wiedząc, że oboje w przeszłości ucierpieli więcej niż inni. Stare rany bojowe wciąż czasem dawały o sobie znać i oboje byli zbyt zajęci, by leżeć zbyt długo po dzisiejszym pojedynku w Skrzydle Szpitalnym.

— Od jakiegoś czasu nie walczyłam wręcz, ale śmiało mogę walczyć na pełnych obrotach. Jeśli pamiętasz, moje lewe biodro jest czasami wrażliwe, ale powinno być dobrze. Nie przejmuj się moim przedramieniem, może krwawić. — Wskazała na przeklęte słowo wyryte na jej skórze.

Draco skinął głową.

— Ze mną wszystko dobrze, ale jeśli możesz, uważaj na mój lewy nadgarstek. Miałem skomplikowane złamanie; jest zagojony, ale wciąż nieco wrażliwy — wyjaśnił. — Nie mogę się doczekać rzucenia kilku zaklęć, może lekkiego splątania twoich nóg. — Uśmiechnął się, a duch rywalizacji ogarnął ich oboje.

— Chciałbyś, Malfoy — odpowiedziała z uśmiechem na ustach, zanim wyszli zza parawanu.

Każdy z uczniów z zapartym tchem czekał na rozwój wydarzeń, a Astrid upewniła się, że jej tarcze ochronne są na swoim miejscu, zanim zeszła ze środka pomieszczenia i usiadła w pierwszym rzędzie, aby zapewnić pojedynkującym wystarczająco dużo miejsca. Na zimnej, kamiennej podłodze ułożono dużą, prostokątną matę, z której Hermiona była zadowolona, ponieważ będzie łaskawa dla ich stawów i kości, gdyby zaczęli się tarzać.

Weszli na środek pomieszczenia i odwrócili się do siebie plecami, robiąc dokładnie dziesięć odmierzonych kroków, zanim ponownie stanęli naprzeciwko siebie. Machnęli różdżkami elegancką falą i lekko pochylili głowy z szacunkiem dla rywala, zanim przyjęli pozycję obronną. Przez chwilę stali nieruchomo, zastanawiając się, kto pierwszy zaatakuje. Hermiona zaczęła drobnym, kłującym zaklęciem, a jej usta wykrzywiły się w półuśmiechu. Draco odbił je leniwie, unosząc brew. Wywołało to kilka chichotów pomiędzy uczniami starszych roczników, którzy mogli zobaczyć, jak wygląda przyjacielska gra wstępna. Tak rozgrzewali mięśnie do właściwej walki.

Odpowiedział zaklęciem żądlącym — odbiła je.

Dobrze wymierzone Engorgio, wycelowane prosto w palce, również zostało odbite.

Zaklęcie zmniejszające powróciło, ale uniknął go szybkim unikiem głowy.

I tak przeszli od leniwej rozgrzewki do bardziej dynamicznego pojedynku, skakania, turlania się, robienia uników, uchylania się przed coraz bardziej szarymi zaklęciami i bardzo ostrożnego poruszania się po granicy z czarną magią. Po zejściu z drogi paskudnemu zaklęciu płonącemu, Hermiona zmieniła sytuację, wysyłając mocne, ale niezbyt niebezpieczne zaklęcie nietoperza, które zostało odbite niewerbalnym Expelliarmusem, jaki jej posłał Draco.

Zacisnęła zęby, widząc triumfalny uśmiech na twarzy Malfoya, gdy jej różdżka wylądowała w jego dłoni.  Hermiona niemal w kilka sekund znalazła się w przestrzeni między nimi i odwróciła jego uwagę za pomocą bezróżdżkowego zaklęcia łaskoczącego, przez które chwycił się za bok jedną ręką, zanim kopnęła go w drugą. Obie różdżki wylądowały na podłodze, ale poza ich zasięgiem, jednak Draco zdołał tak się skoncentrować, by rzucić niewerbalną skończoność. Och, to było sprytne; powinien się był spodziewać, że Hermiona położy na nich swoje ręce, ale był gotowy do walki. W normalnych okolicznościach nigdy nie uderzyłby kobiety ani nie dotknąłby bez jej zgody, ale to był pojedynek, więc zamierzał dać z siebie wszystko.

Udało mu się podciąć jej stopy i zamierzał ją przygnieść, ale ona gładko przewróciła swoje ciało do tyłu i błyskawicznie stanęła z powrotem na nogach, z uniesionymi rękami, ale łokciami ochronnie przy ciele. Nie zdawali sobie nawet sprawy z ciągłego komentowania nauczycielki obrony przed czarną magią w tle.

— To była bardzo sprytna strategia. Pamiętajcie, że najlepiej jest być biegłym w przynajmniej podstawowej magii bezróżdżkowej. Proste zaklęcia, jak Protego, Expelliarmus i Finite, są niezbędne do przetrwania — skomentowała Astrid, a jej głos był wystarczająco donośny dla wszystkich. Uczniowie słuchali, ale nie wtrącali się do walki. — Jeśli wasza różdżka zostanie zabrana, dokładacie wszelkich starań, aby ją odzyskać lub rozbroić przeciwnika, żeby być na równym gruncie. Dzieje się tak jedynie wtedy, gdy wiecie, że jesteście w stanie walczyć i jest duża szansa, że wygracie. Jeżeli jesteś niską kobietą, ważącą sześćdziesiąt pięć kilogramów, a twoim przeciwnikiem jest wysoki mężczyzna, dwa razy wyższy od ciebie, próbujesz każdego możliwego rozwiązania. Mimo zmęczenia biegasz tak szybko, jak tylko potrafisz — powiedziała po prostu.

Niektóre dziewczęta z pierwszego rzędu zaśmiały się na jej słowa, myśląc, że to żart. Profesor jednak szybko je upomniała.

— Panie, jeśli myślicie, że żartuję, powinnyście pogłębić swoją wiedzę z arytmetyki i fizyki — oświadczyła, co natychmiast uciszyło chichot. — Bycie pragmatycznym, jeśli chodzi o swoje szanse zarówno na walkę jak i na ucieczkę, jest niezbędne do przetrwania, walki i pojedynkowania się — zakończyła, zanim skinęła na wszystkich, aby kontynuowali obserwowanie toczącego się pojedynku.

Hermiona sapnęła, gdy straciła oddech przez twardy łokieć wbity w jej brzuch, i jęknęła, kiedy wylądowała na macie, bo blondyn ponownie kopnął jej stopy. Udało jej się pociągnąć go za kostkę, aby również go powalić. Próbowała złapać oddech, kopiąc go mocno w bok, kiedy ten próbował ją unieruchomić. Draco nie było gotowy, by się poddać, ale rozproszenie bólem oznaczało, że ta utalentowana wiedźma była w stanie podejść wystarczająco blisko, by pogrążyć go w śpiączce.

Wiedział, że nie powinien obierać takiej taktyki, ale udało mu się ją rozproszyć, udając, że próbuje dosięgnąć jej boku, a zamiast tego drugą ręką sięgnął po włosy Hermiony, mocno ciągnąc. Krzyknęła i poluzowała uścisk na tyle, by mógł przerzucić stopy. I tak po prostu znalazła się na plecach, ledwie sekundę przed tym, by powstrzymać go przed zdobyciem przewagi. Jej różdżka toczyła się w jej kierunku i wpadła w dłoń na cichy rozkaz, gdy Draco próbował ją docisnąć. Zamiast tego jego ręka wylądowała na jej gardle i trzymała bez żadnego nacisku, kiedy poczuł końcówkę różdżki mocno przyciśniętą do górnej części jego uda.

Doszli do idealnego bezruchu; oboje trzymali się nawzajem w sposób, który mógł zagrozić przetrwaniu. Mógł ją udusić lub skręcić jej kark, a ona z łatwością mogła przeciąć jego tętnicę udową lub rzucić Avadę. Hermiona czuła, jak ich oddechy mieszają się z wysiłku, gdy oboje dyszeli, próbując uspokoić swoje ciała. Przez głowę Hermiony przemknęła zabawna myśl, przypominająca jej, że nigdy nie znajdowała się bliżej Malfoya i prawdopodobnie nigdy już nie będzie.

— Remis! — zawołała Astrid i klasnęła, a uczniowie przyłączyli się do niej ochoczo, doceniając zręczny pojedynek i walkę.

Draco ostrożnie zsunął się z Hermiony i wstał, podając jej rękę, którą przyjęła. Pokłonili się sobie nawzajem z szacunkiem, zanim zwrócili się do uczniów. Astrid przygotowała stół, przy którym mogli wygodnie usiąść, upewniając się, że przestrzeń pozostała nieformalna. Hermiona była zadowolona, że nie będzie przesłuchiwana jak na oficjalnych panelach, ocierając pot z szyi.

— Dziękuję naszym pojedynkującym za wspaniałą prezentację. Teraz macie okazję zadać pytania, ale zachowajcie porządek i treściwość, dobrze? — zasugerowała Astrid i obserwowała, jak kilka dłoni ochoczo unosi się w powietrze. Na pewno dzisiaj skończą późno, pomyślała Hermiona.

I nie myliła się, Prefekci odprowadzili wszystkich uczniów do ich domów nie wcześniej niż przed wpół do dziesiątej tego wieczoru, zanim sami nauczyciele wyszli z sali.

— Ach, merde, przegapię mój świstoklik, jeśli się nie pospieszę. — Astrid zarzuciła podróżny płaszcz na ramiona i szybko go zapięła, po czym zmniejszyła walizkę i wsunęła ją do kieszeni spodni.

— Mam nadzieję, że twoja ciocia wkrótce poczuje się lepiej. Bezpiecznej podróży. — Uśmiechnęła się Hermiona, wymieniając uściski i pocałunki w policzki, chichocząc, gdy Draco wyglądał na zaskoczonego, że piękna blondynka zrobiła z nim to samo.

A bientôt, mes amies. — Pomachała ręką i wyszła przez duże drzwi zamku w rześką noc.

Hermiona znalazła chusteczkę w kieszeni i wręczył mu ją, gdy szli po schodach. Draco z zaciekawieniem uniósł brew.

— Masz trochę szminki na policzku — wyjaśniła, wskazując na miejsce, gdzie Astrid zostawiła jasnoróżowy ślad.

— Dzięki. — Wytarł go, zanim oddał jej chusteczkę. Jego syn był w wieku, w którym wszystko dostrzegał i zadawałby zbyt wiele pytań, zwiększając swoją ciekawość związkami ojca, relacjami i tym podobne. — Świetnie się dzisiaj bawiłem, pomimo niekończących się pytań — dodał po chwili, gdy szli w kierunku swoich komnat.

— Dobrze było się pojedynkować bez wojny — przyznała. — Myślę, że jutro rano będę dość obolała, rozciągnęłam mięśnie, których zwykle nie mam okazji użyć podczas biegania — zachichotała, czując się zmęczoną, ale zadowoloną z treningu zapewnionego przez walkę.

— Może powinniśmy robić tego typu trening co miesiąc lub co dwa tygodnie — zasugerował Draco w swój zwykły, nonszalancki sposób, ale Hermiona już do tego przywykła i zrozumiała, że to szczera propozycja.

— Mam wolne przez większość sobotnich wieczorów i niedzielnych poranków — powiedziała, zdając sobie sprawę, że właśnie przyznała się do braku życia towarzyskiego.

Draco uniósł brew.

— Tak jak teraz? — drażnił się z rozbawionym uśmiechem, zanim wzruszył ramionami. — To znaczy, że jest nas dwoje. W przyszłym tygodniu, w niedzielę przed śniadaniem? — zaproponował.

— Umowa stoi — zgodziła się Hermiona, gdy podeszli do drzwi jej komnaty. — Dobranoc, Malfoy — powiedziała, otwierając drzwi.

— Myślę, że nadszedł czas, byś zaczęła zwracać się do mnie po imieniu, Granger — oświadczył nagle.

Hermiona odwróciła się, zaskoczona tą nagłą propozycją.

— Zrobię to, gdy zaczniesz nazywać mnie Hermioną — odpowiedziała.

Touché. — Uśmiechnął się. — Dobranoc, Hermiono — powiedział; jego śliczne, szare oczy były przepełnione humorem, a atmosfera między nimi przyjaźnią.

— Dobranoc, Draco. — Uśmiechnęła się i ponownie odwróciła ku drzwiom.

— Tatusiu, jak było? — Usłyszeli z otwierających się drzwi kilka stóp od nich, których do tej pory nie zauważyli.

— Scorpiusie Hyperionie Malfoy, dlaczego jeszcze nie śpisz? — Draco zmarszczył brwi, patrząc na syna z dezaprobatą, ale nie mógł się na niego złościć, bo wiedział, że chłopiec nie zaśnie, zanim nie usłyszy opowieści o pojedynku jako bajki na dobranoc.

Hermiona uśmiechnęła się do Scorpiusa. Widziała, że był synem swojego ojca.

— Lepiej wejdź do środka. Nie masz skarpetek, a kamienie są zimne. Chyba nie chcesz się przeziębić — zasugerowała.

— Tak, proszę pani. Dobranoc, proszę pani. — Uśmiechnął się, zbyt energiczny o tej porze.

— Dobranoc, Scorpiusie — powiedziała dosadnie, ale z uśmiechem obserwowała, jak chłopiec wbiega do komnaty Malfoyów.

Draco przewrócił oczami.

— Wiesz, to ja jestem jego ojcem. Powinien słuchać mnie, nie ciebie — zauważył.

— Jestem ładniejsza, więc myślę, że dlatego moje słowa brzmią lepiej. — Wyszczerzyła zęby zanim zniknęła w swojej komnacie, nie dając mu szansy na zakwestionowanie swoich słów.

Nie to, żeby chciał to zrobić, bo mól książkowy jak zwykle miał rację.

__________

Witajcie :) w niedzielne popołudnie pojawiam się z kolejną częścią historii. Tak jak ostatnio wspominałam, to jeden z moich ulubionych rozdziałów. Uwielbiam ten pojedynek między Draco i Hermioną i tę ich więź, która z każdym rozdziałem rozwija się coraz bardziej. Mam nadzieję, że Was też to cieszy. Dajcie znać, co sądzicie.

Kolejne rozdziały będą się pojawiały dwa razy w tygodniu, chcę trochę przyspieszyć, by móc po zakończeniu publikacji tej historii ruszyć z "To, co najlepsze". Ciężko jest mi teraz wbić się w tamten klimat, ale jak tylko skończę tłumaczenie "Bibliotekarki Hogwartu", wezmę się za dalsze rozdziały "To, co najlepsze". Wiem, że obiecuję to od dawna, ale ostatnio wszystko nie układało się po mojej myśli i po prostu nie miałam na to czasu. Musicie mi wybaczyć... Tak więc kolejny rozdział "Bibliotekarki Hogwartu" pojawi się w środę.

Tyle ode mnie! Komentujcie i oceniajcie. Miłego odpoczynku! Enjoy!

[T] Bibliotekarka Hogwartu: Rozdział 5

czwartek, 23 grudnia 2021

 2 września 2008

 

— Nic na to nie poradzę. Każdego roku myślę o naszej ceremonii przydziału — zadumała się Hanna, gdy Hermiona nalała jej kieliszek pysznego Shirazu, w który zaopatrzyła się na ich pierwszy wieczór nadrabiania zaległości. Obie zrzuciły buty, siadając razem na pluszowej kanapie.

— Tak, pamiętam, że ty poszłaś na pierwszy ogień. Muszę powiedzieć, że byłam w kompletnej rozsypce. Tak mnie to stresowało, że próbowałam się uspokoić, mówiąc do siebie na głos. Rzucono mi kilka dziwnych spojrzeń — wspominała Hermiona, po czym wzięła łyk wina i przywołała koc, by okryć ich stopy przed chłodem.

Ogień trzeszczał w kominku, ogrzewając jej komnatę. Wielka ulewa na zewnątrz uniemożliwiała ćwiczenie Quidditcha i wielu innych zajęć na świeżym powietrzu, więc uczniowie, którzy przybyli dopiero wczoraj, byli podekscytowani, ale i trochę niespokojni. Ponieważ w tym roku pierwszy września przypadał w poniedziałek, uczniowie rano otrzymali swoje plany zajęć, a Hermiona obserwowała, jak pierwszoroczni zaczynają szeptać o różnorodnych zajęciach i o tym, co chcieliby zobaczyć w tym roku.

— Tiara miała trudny wybór? Chodzi mi o to, że ledwo dotknęła mojej głowy, a już ruszyłam do Puchonów — zamyśliła się Hanna, uwalniając miedziane włosy z eleganckiego koka, który nosiła tego dnia, powoli rozplątując je palcami.

Hermiona skinęła głową.

— Nigdy nikomu o tym nie mówiłam, ale martwiłam się, że w ogóle nie przydzieli mnie do żadnego domu i odeśle z powrotem do moich mugolskich rodziców, bo wysłanie mi listu było błędem. Zdradziła mi, że bardzo dobrze sobie poradzę w każdym domu Hogwartu. Trochę odradzała mi wybór domu Salazara Slytherina, ponieważ byłabym najmniej szczęśliwa, ale powiedziała, że mogę wybrać, co tylko zechcę — wyjaśniła.

— I wybrałaś Gryffindor? Zawsze myślałam, że będziesz wspaniałą Kruchonką lub Puchonką — wyznała Hanna.

— Właściwie, to nie. Przez moment o tym myślałam, a potem poprosiłam, by umieściła mnie w domu, w którym najlepiej mogłabym zrealizować moją przyszłość, i przydzieliła mnie do Gryffindoru — zaśmiała się Hermiona. — Myślę, że ponieważ byłam na tyle odważna, by poprosić o to, czego chcę, zdecydowała, iż to będzie najlepsze miejsce dla mnie.

— I jak się okazuje, tiara miała rację — zachichotała Hanna.

— Cóż, to dyskusyjne. Gdybym była Krukonką, moja nauka tutaj byłaby nieco bardziej normalna. — Wzruszyła ramionami z rozbawionym uśmiechem.

— Zgadza się, a Voldemort wciąż by żył, ponieważ nie byłoby ciebie, żeby Harry i Ron przetrwali. — Hanna machnęła ręką w jej kierunku. Zawsze uważała, że męska część Złotego Trio zyskała dużą sławę, ale mózg całej operacji został pominięty. Jej przyjacióka naprawdę potrzebowała większego uznania.

Hermiona sączyła wino.

— Kto wie, co by się stało. Jeśli masz z kimś skrzyżować ścieżki i stać się częścią jego życiowej podróży, to i tak to zrobisz — odparła z przekonaniem, które odziedziczyła po matce. Była oczywiście bardzo racjonalną osobą, ale w społeczności czarodziejów panowała powszechna wiara w los. Z biegiem lat zaczęła doceniać fakt, że być może coś w tym było, ponieważ niektórych rzeczy ani nauka, ani magia nie potrafiły wyjaśnić.

— Na przykład z Draco Malfoyem? — spytała Hanna z uśmiechem. — Widzę, że dobrze się dogadujesz z małym Scorpiusem. Wiesz, co mówią; droga do serca rodzica prowadzi przez jego dziecko — zauważyła.

— Han! Zwariowałaś! — prychnęła Hermiona. — Jesteśmy wobec siebie uprzejmi, przeprosił mnie za bycie durniem podczas wojny. Ale, szczerze mówiąc, nie sądzę, żebym w ogóle znała tego człowieka. Nie zrozum mnie źle, wciąż jest sarkastyczny i bystry, ale nie jest już okrutny ani przygnębiony. Jego syn jest uroczy, ale jestem tylko bibliotekarką, która pomaga mu odkrywać wiedzę i potencjał. Więc nic sobie nie dopowiadaj — zakpiła.

Rozległo się pukanie do drzwi. Hermiona wstała i boso podeszła, by sprawdzić, kto to. Po drugiej stronie, w ślicznej szałwiowej sukience sweterkowej z kaszmiru, z włosami ułożonymi w perfekcyjny, charakterystyczny kok, stała Astrid Vidal. Hermiona pomyślała, że albo to jedna z tych osób, które były stylowe bez względu na rodzaj zajęć, albo że zdenerwowała się ich pierwszym spotkaniem i pragnęła bardziej postarać.

— Witaj, jak zawsze wyglądasz ślicznie. — Hermiona uśmiechnęła się i odsunęła na bok, by ją wpuścić.

— Merci. — Astrid uśmiechnęła się lekko, znacznie mniej powściągliwie, niż gdy spotkały się na zebraniu kadry. — Też przyniosłam wino. Mówiłaś, że zwykle pijasz wino lub ciepły cydr? — zapytała, mając nadzieję, że nic nie pomyliła.

— O tak, dziękuję! Zwykle pijamy je na zmianę. Mam otwartą butelkę, jeśli lubisz Shiraz? — Hermiona wskazała na butelkę, gdy podeszły do sofy.

— O tak, to byłoby cudowne. — Uśmiechnęła się i przyjęła kieliszek po przywitaniu się z Hanną. — Więc to coś w rodzaju… cotygodniowych spotkań? — zapytała, siadając na wolnym fotelu, nie do końca pewna, czy powinna.

Hermiona skinęła głową, oferując jej zapasowy koc, który ta z radością przyjęła.

— Po prostu lubimy spotykać się raz w tygodniu, aby nadrobić zaległości, jeśli możemy. Zazwyczaj dołącza do nas Sara, ale walczy z migreną, więc dzisiaj nie mogła. Wciąż jest zajęta administracyjnymi sprawami, związanymi z początkiem roku. Nie zazdroszczę jej tego — wyjaśniła.

Astrid pokiwała głową ze zrozumieniem.

— Muszę powiedzieć, że dziwnie jest porównywać Hogwart do Beauxbatons, to dwie bardzo różne szkoły — zadumała się, mając nadzieję, że nie przerwała im rozmowy sprzed swojego przybycia.

— Tego nie wiem, bo nigdy tam nie byłam. Możesz nam opowiedzieć coś więcej? — spytała Hanna z ciekawością, chcąc lepiej poznać tę kobietę.

— Cóż, od czego by zacząć? — zapytała, podtrzymując konwersację, zanim opisała uczucie bycia całkowitą jednością z naturą w górach, w otoczeniu wspaniałych ogrodów, które odzwierciedlały pory roku i dostarczały im świeżych plonów i owoców do zbioru w miesiącach letnich  czy jesiennych. Brzmiało to jak piękny zamek, pełen wielu narodowości, języków, centrum sztuki i kultury, a także nauki o eliksirach i walce. W mgnieniu oka zachwyciła je opowieściami o wielu cudach i czynnościach. — Och, i mamy… jak to się nazywało… rzeźby de glace? — zapytała, marszcząc delikatnie brwi.

— Rzeźby z lodu? Macie rzeźby z lodu w Wielkiej Sali? — zapytała Hermiona ze zdumieniem. Z pewnością mieli jedną lub dwie w okresie świątecznym tutaj, w Hogwarcie, ale rzeźby lodowe w holu przez cały rok? Niespotykane.

Oui, właśnie tak. — Skinęła głową Astrid. — To moje ulubione miejsce, ale niestety nie było wolnych etatów, gdy chciałam aplikować, i uznano mnie za zbyt młodą, by uczyć. Pomyślałam, że przyjadę tutaj i zdobędę trochę doświadczenia — wyjaśniła.

— I jak się odnajdujesz? — spytała Hanna z zaciekawieniem, wstając, by otworzyć drugą butelkę, którą Hermiona zostawiła na stole, aby uzupełnić ich kieliszki.

Bien, jednak pogoda jest taka kłopotliwa! Lubię chodzić na spacery, ale ten deszcz nie jest dobry dla włosów. — Zmarszczyła brwi na widok ciemnych chmur i burzy na zewnątrz.

— Ja tęsknię za bieganiem. Może, jeśli lubisz poranny jogging, chciałabyś do mnie dołączyć? — zaproponowała Hermiona, zadowolona z pierwszego wrażenia, jakie wywarła nowa koleżanka.

— Z chęcią — oświadczyła Astrid z uśmiechem. Poczuła się mile widziana przez dwie młode kobiety i zaczęła wierzyć, że może dobrze zaaklimatyzuje się w Hogwarcie.

 

4 września 2008

 

— Dzień dobry, proszę pani.

Hermionie przerwano przeglądanie spisu i spojrzała w górę, by zobaczyć uśmiechniętą twarz Camille Deardon, bystrej Puchonki z szóstego roku.

— Camille, dobrze cię widzieć. Masz cudowną opaleniznę. Tym razem Włochy? — zapytała i skinęła na młodą kobietę, aby poszła za nią, biorąc po drodze kilka zwróconych książek, i udając się w głąb biblioteki, by odłożyć je na właściwe miejsce.

— Właściwie to Turcja. Uczyliśmy angielskiego w Stambule i udało nam się zobaczyć wiele miejscowych zabytków. — Rozpromieniła się na wspomnienie podróży ze swoim chłopakiem, Krukonem z siódmego roku. Przez ostatnie dwa lata planowali wakacje, aby odkryć więcej świata i innych kultur.

— Brzmi cudownie. Powinnam zajrzeć do Stambułu, zawsze chciałam odwiedzić Hagię Sophię — zadumała się Hermiona, gdy zatrzymała się obok regału 13A i odesłała kilka książek na swoje miejsce. — Co mogę dzisiaj dla ciebie zrobić? — zapytała uczennicę.

— Przyszłam zapytać, jaką książkę będziemy omawiać na przyszłotygodniowym spotkaniu Klubu Książki. Chciałam przeczytać ją w weekend — wyjaśniła.

— Ach, zapomniałam, że nie rozesłałam informacji po Pokojach Wspólnych! Muszę to zrobić dzisiaj wieczorem — jęknęła Hermiona.

— Z radością się tym zajmę, proszę pani — zaoferowała usłużnie Camille.

— To bardzo miłe z twojej strony, dziękuję, Camille. — Hermiona uśmiechnęła się na jej dobroć. — Mogłabyś je rozprowadzić? — zapytała, przywołując plakaty, które zrobiła wcześniej, i wręczyła je dziewczynie. — Będziemy czytać „Orlando” Virginii Woolf. To jedna z moich ulubionych powieści i mam kilka interesujących tematów do przeanalizowania.

— Kim jest Orlando? — spytała Camille.

Hermiona uśmiechnęła się, zastanawiając, jak najlepiej to wytłumaczyć.

— Pomyśl o nim, jak o fikcyjnej wersji najbliższej przyjaciółki i kochanki Woolf, Vicie Sackville-West. Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej o ich historii miłosnej, mogę wypożyczyć ci kilka biografii Woolf — zasugerowała.

— Chętnie, proszę pani — powiedziała podekscytowana Camille, która nie czytała wcześniej nic z twórczości Virginii Woolf.

Hermiona pomogła jej wyjąć dwie książki i jeszcze raz podziękowała za rozdanie ulotek, zanim wróciła do swojego biurka. Spojrzała na zegarek i zauważyła, że była prawie piąta. Pozbierała materiały informacyjne, które przygotowała wcześniej, i wypiła ostatnią herbatę, zanim ostatnia grupa pierwszoroczniaków została wprowadzona do biblioteki.

Przez całe popołudnie opiekunowie Gryffindoru, Hufflepuffu i Ravenclawu sprowadzali pierwszoroczniaków w małych grupach, aby oprowadzić ich po bibliotece i opowiedzieć o technikach wyszukiwania. Gryfoni byli w tym roku najliczniejsi i najgłośniejsi, jak niemal co roku. Krukoni byli zafascynowani i natychmiast planowali spędzać więcej czasu w bibliotece; robili obszerne notatki, pomimo danych im materiałów informacyjnych. Puchoni byli uroczy jak zawsze, pełni szacunku i chłonący wszystkie informacje, gdy spacerowali. Hermiona wiedziała już, że można się spodziewać czegoś wielkiego po kilku pierwszoroczniakach, którzy, mimo tak młodego wieku, wykazywali się niesamowitym potencjałem. Ślizgoni przyszli jako ostatni, tuż przed kolacją, i wiedziała, że prawdopodobnie będzie to najmniej liczna grupa.

I kiedy przygotowywała stół, przy którym ich posadzi, Draco przeszedł przez drzwi z małą grupą pięciu Ślizgonów i swoim synem, Scorpiusem.

— Panno Granger — powitał ją, chociaż kąciki jego ust wydawały się unosić w lekkim uśmiechu w związku z niezbędnymi formalnościami przed uczniami.

— Profesorze Malfoy, dziękuję za przyprowadzenie ich. Witaj, Scorpiusie. Dołączasz do nas dzisiaj? — zapytała uprzejmie. Chłopiec skinął głową, trochę nieśmiały między pierwszoroczniakami, ale był już wystarczająco wysoki, by wtapiać się w tłum, więc miała nadzieję, że będzie się z nimi dobrze czuł. — Bardzo dobrze. Może usiądziecie i weźmiecie po jednej z ulotek leżących na krawędzi stołu? — Wskazała, zanim Draco podszedł bliżej niej.

— Przepraszam za ten dodatek. Chciał być wprowadzony razem z innymi, by móc samodzielnie szukać własne książki — wyjaśnił szeptem, aby nikt go nie podsłuchał.

— Wcale mi to nie przeszkadza; to sprawia, że grupa jest żywsza — oświadczyła. — Kiedy skończymy, wyślę go na kolację z resztą uczniów — obiecała z małym uśmiechem.

— Dzięki, Granger. Doceniam to. — Skinął głową na pożegnanie i wyszedł.

Hermiona odwróciła się do grupy i uśmiechnęła do dziecięcych twarzy przed nią.

— Witamy w bibliotece Hogwartu. Dzisiaj omówimy układ i różne sekcje w bibliotece, jak przeszukiwać zbiory, zasady panujące tutaj, a także wykonamy przykładowe ćwiczenie: jak szukać informacji na wasze zadania domowe. — Przejrzała spis, zanim oprowadziła ich po bibliotece i przystąpiła do zajęć, które dla nich zaplanowała.

Skończyli kilka minut po szóstej, więc Hermiona sprowadziła ich do Wielkiej Sali na kolację. Byli już prawie przy drzwiach, kiedy poczuła, że Scorpius szarpie ją za rękaw.

— Idźcie przodem — zasugerowała pierwszoroczniakom i czekała, aż znikną z pola zasięgu, zanim odwróciła się do Scorpiusa. — Wszystko w porządku? — zapytała.

— Dziękuję, proszę pani. Podoba mi się pani biblioteka. Mogę jutro przyjść tam się uczyć? — spytał.

— Oczywiście, że możesz. Ustawię ci stolik przy moim biurku, jeśli chcesz? — zaproponowała.

Skinął głową z ekscytacją.

— I dostanę gorącą czekoladę? — zapytał z nadzieją.

— Oczywiście. — Zaśmiała się. — Po prostu upewnij się, że twój tata nie ma nic przeciwko, że zostaniesz ze mną w bibliotece, i zobaczymy się rano. — Wskazała mu, żeby poszedł na kolację.

— Pani nie idzie? — zapytał zdezorientowany.

Hermiona potrząsnęła głową.

— Nie dzisiaj, mam już plany. Ale zobaczymy się na śniadaniu i potem możemy razem udać się do biblioteki — obiecała i odesłała go, zanim udała się do swojej komnaty.

W momencie, gdy drzwi się zamknęły, potarła bolące skronie i pozwoliła, by ogarnęła ją melancholia, którą czuła przez cały dzień. Mrużka była na tyle uprzejma, że zostawiła trochę rosołu z kurczaka na stoliku do kawy przed trzaskającym kominkiem. Była wdzięczna za zasunięte zasłony, które przytłumiły ostatnie promienie słońca na zewnątrz.

Tym, co ją zaskoczyło, była butelka elfiego wina, eliksir na ból głowy i niewielki liścik, który leżał obok fiolki. Usiadła, podniosła pergamin ze swoim nazwiskiem, po czym otworzyła go i przeczytała krótką wiadomość.

 

Longbottom wspomniała, że może się to przydać dzisiaj wieczorem. Musisz za nimi tęsknić, wiem, czasami tęsknię za moją mamą. Jeżeli potrzebujesz towarzystwa, będę dzisiaj w laboratorium warzyć eliksiry i nie miałbym nic przeciwko dodatkowej parze rąk do pomocy w krojeniu i szatkowaniu. Obiecaj, że nie będziesz zbyt wstrętnym, obleśnym i małym karaluchem.

D.M.

 

Uśmiechnęła się wbrew sobie i swojemu mrocznemu nastrojowi. Najwyraźniej Hanna lub Neville dostrzegli go podczas śniadania i podzielili się wiedzą, dlaczego Hermiona nie jest zwykłym chodzącym słoneczkiem.

W tym roku minęła dziesiąta rocznica śmierci jej rodziców. Mimo wszystkich rzeczy, które mogły mieć miejsce, i pomimo całego niebezpieczeństwa, jakie stanowiła dla nich córka czarownica, Monica i Wendel Wilkins zginęli w przyziemnym wypadku samochodowym, spowodowanym przez zmęczonego kierowcę. Oczywiście wyszedł z kolizji z kilkoma zadrapaniami i siniakami, ale nic nie mogło pomóc jej rodzicom, którzy zginęli niemal natychmiast. Hermiona otrzymała wiadomość tylko dlatego, że ustawiła powiadomienia o australijskich wiadomościach, jeśli pojawiłyby się ich nazwiska. Kiedy przeczytała, co się stało, jej serce pękło po raz drugi, bo pożegnała się z nimi na zawsze. Wiedziała, że nigdy jej nie poznają i nigdy więcej nie będą częścią jej życia po tym, jak wymazała ich pamięć. Nie było powrotu, żadnych wspomnień do przywrócenia, po prostu zniknęły. Przepadła. Ale przynajmniej chciała wiedzieć, że wiedli bez niej szczęśliwe życie przez lata, a nie tylko kilka miesięcy po wojnie.

Pogodzenie się z ich śmiercią zajęło jej trochę czasu, zwłaszcza, że wieści pojawiły się podczas jej pierwszego tygodnia na uniwersytecie, kiedy się aklimatyzowała i dzięki studiom tworzyła swoje nowe życie. Ale udało jej się przetrwać i przypominać sobie ich życie raz do roku na początku września.

Hermiona postanowiła w tym roku nie tarzać się w mroku, i kiedy prawie zjadła zupę, złapała butelkę wina i poszła do laboratorium Mistrza Eliksirów. Draco stał przy wysokim stole z rękawami szarej koszuli podwiniętymi do łokci, odsłaniając gładkie, blade przedramiona, z ciemnym śladem, który kiedyś szpecił ciało.

— Przyszłaś — skomentował, ale nie podniósł wzroku znad rogu dwurożca, który z wyćwiczoną łatwością miażdżył w moździerzu.

— Nie wiem, co mnie opętało — oświadczyła, lekko się uśmiechając, po czym odstawiła wino na narożny stolik na żywność i nalała każdemu po kieliszku.

— Próbujesz mnie upić, Granger? Wystarczyło zapytać. — Uśmiechnął się, ale w jego spojrzeniu nie było złośliwości. Być może na swój sposób starał się ją wspierać, rozpraszając ją.

I Hermiona o tym wiedziała.

— Pomyślałam, że docenisz bardziej ślizgońską taktykę; powolną, alkoholową perswazję. — Upiła łyk delikatnego burgundowego płynu i zanuciła. — Jest pyszne, dziękuję — dodała, po czym podeszła bliżej ławki.

— Nie ma za co. Zaopatruję się u francuskiego sprzedawcy. Jeśli komuś wydasz moje źródło, będę musiał cię zabić — oświadczył, uśmiechając się, i wręczył jej korzeń mandragory.

— Chciałabym zobaczyć, jak próbujesz. — Odwróciła się i spojrzała na składniki, rozpoznając je i procedurę do przygotowania eliksiru pieprzowego.— Jak duża partia? — zapytała.

— Osiem średniej wielkości kociołków. Poppy kończą się zapasy i ma listę innych balsamów i mikstur, które trzeba uzupełnić. Czy jesteś tak dobra w eliksirach, jak pamiętam?

Hermiona skinęła głową.

— Wciąż często sama coś warzę — przyznała. Ten nawyk zachowała od czasów wojny, ufając własnym eliksirom bardziej niż nieznanemu alchemikowi czy sprzedawcy.

— To tak, jak ja — rzekł śmiertelnie ponuro, chociaż jego szare oczy rozjaśnił humor. — Jeśli możesz mi pomóc przygotować składniki, będę mógł nadzorować warzenie, a ty możesz zacząć eliksir nasenny tutaj, jeżeli chcesz — zasugerował.

— Jasne — powiedziała nieco łagodniej, właściwie zadowolona, że wyszła ze swojej komnaty i że jej ręce były zajęte. Wzięła zapasowy fartuch, związała loki w ciasny kok, aby upewnić się, że żaden nie ucieknie i nie zanieczyści jej ławki.

Przez następne cztery godziny prawie nie rozmawiali ze sobą, poza potwierdzaniem ilości i procesów związanych z eliksirami. Butelka wina już dawno się skończyła, kiedy posprzątali, a Hermiona oznaczyła ostatnią fiolkę.

Po umyciu rąk odwróciła się, by spojrzeć na Mistrza Eliksirów, który zebrał swoje czarne szaty nauczyciela i skinął na nią, by skierowała się do drzwi. W milczeniu szli schodami do komnat nauczycieli, ale nie było niezręcznie; raczej panowała między nimi towarzyska cisza po długim dniu pracy.

— Możesz pozwolić uczennicom od piątego do siódmego roku warzyć eliksiry przeciwbólowe — powiedziała nagle Hermiona, gdy wspinali się po ostatnich schodach.

— Dlaczego miałbym to robić, skoro mogą iść do skrzydła szpitalnego? — zapytał, nie wiedząc nawet, skąd wzięła się ta sugestia.

— Ponieważ pomaga im to doskonalić swoje umiejętności warzenia, bo na ten proces wpływa wiele różnych składowych. I będą mogły nauczyć się warzyć miksturę o różnych mocach na własne potrzeby — wyjaśniła.

— Nadal nie jestem pewien, czy rozumiem, Granger. — Zmarszczył brwi. — Po co miałyby potrzebować własnych eliksirów na ból?

— Może nie jako dodatkowa ocena lub zorganizowane zajęcia, ale mogłyby warzyć własne mikstury co miesiąc lub dwa, jeśli potrzebują większą partię? — zasugerowała, dając wskazówkę. Uczennice… warzące co miesiąc mikstury przeciwbólowe…

W końcu zrozumiał i rozważył sugestię.

— Właściwie, to nie jest zły pomysł. Dzięki temu zrozumieją, że opanowanie podstawowych eliksirów jest znacznie tańsze i wygodniejsze na użytek domowy. — Skinął głową. — Dzięki, Granger. Nie wierzę, że na to nie wpadłem — przyznał.

— Próbuję tylko pomóc. Dzięki za dzisiejszy wieczór, Malfoy — powiedziała, gdy zatrzymali się przed jej drzwiami.

Draco jedynie skinął głową w uznaniu.

— Wszyscy mamy swoje demony — powiedział po prostu, przed udaniem się do swojej komnaty. — Dobranoc, Granger — pożegnał się, na co mu pomachała, zanim oboje położyli się spać.

__________

Witajcie :) przed świętami pojawiam się z kolejnym rozdziałem tłumaczenia, który wnosi trochę informacji i myślę, że miło się go czyta. Uwielbiam relację Draco i Hermiony w tej historii. Nigdy nie lubiłam, gdy w opowiadaniach od razu wpadali sobie w ramiona albo wypominali sobie błędy przeszłości. Tutaj mamy uprzejmą relację pełną zrozumienia i dojrzałości, która przerodzi się w coś bardzo fajnego. Dajcie znać, co myślicie o tej części.

Kolejny rozdział pojawi się w niedzielę. Wiem, że to szybko, ale to jeden z moich ulubionych rozdziałów i już nie mogę się doczekać, żebyście mogli go przeczytać. Kuszące? Mam nadzieję, że tak. Mimo że są święta, nie mam wielkich planów wyjazdowych, więc będę miała czas na tłumaczenie.

Korzystając z okazji chciałam Wam złożyć życzenia świąteczne: zdrowych, wesołych i radosnych świąt Bożego Narodzenia w gronie rodziny i przyjaciół, a także pomyślności w Nowym Roku. Oby był lepszy niż obecny pod wieloma względami. :)

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Enjoy!