[T] Rozgrzeszenie: Rozdział 2

środa, 28 stycznia 2026

Draco był kompletnie wyczerpany, gdy następnego ranka poszedł do Pottera, niepewnie pukając w drzwi gabinetu Głównego Aurora.

— Potter — przywitał się Draco, uprzejmie kiwając głową.

— Malfoy. Proszę, usiądź.

Potter wskazał na krzesło, nie odrywając wzroku od pergaminu na biurku.

Obaj współpracowali w jakimś zakresie, odkąd Draco został Aurorem osiem lat temu. Nie posunąłby się tak daleko, by nazwać Harry’ego Pottera przyjacielem, ale powiedziałby, że byli dobrymi współpracownikami. Kolano Draco mimowolnie drgnęło, gdy czekał na uwagę mężczyzny, a jego wzrok błądził po niewielkiej przestrzeni. Gabinet Pottera był czysty i uporządkowany, co stanowiło osobliwe zestawienie z samym mężczyzną, który zdawał się wiecznie wyczerpany.

Jedynym osobistym drobiazgiem, na jaki Potter sobie pozwolił, było małe, magiczne zdjęcie jego i Ginny w dniu ich ślubu. Potter odłożył papiery, mrugnął na widok zdjęcia i w końcu zwrócił swoją uwagę na Draco.

— Przepraszam za to, jak idzie sprawa Obliviate? Jakieś postępy?

Draco starał się powstrzymać ziewnięcie, mrugając przesadnie przez chwilę, zanim odpowiedział:

— Przepraszam, wczoraj wieczorem poszedłem do Puraclavy, by się rozejrzeć. Wróciłem późno w nocy.

— Coś nowego?

Potter pochylił się do przodu, poprawiając okulary. Draco docenił brak pogawędek i chęć przejścia do konkretów. To była cecha, której poprzedniemu Głównemu Aurorowi, Robardsowi, najwyraźniej brakowało.

— A propos — Draco zmienił temat — wpadłem na kogoś w Puraclavie. Twoją przyjaciółkę, Granger.

Twarz Pottera wykrzywiła się.

— Hermionę? Co ona tam robiła?

— Cóż, jestem prawie pewien, że nie rzuca Obliviate na czarodziejów czystej krwi. Jak myślisz? — zapytał retorycznie Draco.

Harry zaśmiał się.

— Prowadzi śledztwo?

Draco skinął głową.

— Jest barmanką pod przykrywką.

Nadal dziwnie było słyszeć śmiech drugiego mężczyzny; do roku temu wydawał się pogrążony w wiecznej żałobie.

Przypadkowa śmierć Ginny Potter trzy lata temu wstrząsnęła całą społecznością czarodziejów. Była to dobitna wskazówka, że tragedia może nadejść w każdej chwili, niezależnie od tego, czy kraj jest w stanie wojny. Nawet dla Draco, który nigdy nie przepadał za Harrym Potterem, ta strata wydawała się szczególnie tragiczna; w końcu, czy Harry Potter nie poświęcił się wystarczająco?

— Oczywiście, że tak. — Harry pokręcił głową z rozbawieniem. — Rozmawiałeś z nią?

— Tak. Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać. Myślę, że byłaby atutem w śledztwie. Chciałbym zatrudnić ją jako niezależną konsultantkę.

Draco uważnie obserwował Pottera, ciekaw, jak zareaguje.

Nie wiedział dokładnie, co się dzieje ze Złotym Trio, ale plotki sugerowały, że ich przyjaźń nie była już taka sama od śmierci Ginny. Był szczerze zaskoczony oświadczeniem Granger z poprzedniego wieczoru, że Potter nie dzielił się z nią szczegółami w toczących się sprawach. Być może wciąż wyobrażał sobie tę trójkę w zmowie, spiskującą i knującą tak, jak robili to za czasów nauki w Hogwarcie.

Potter zmarszczył brwi.

— Naprawdę myślisz, że jej potrzebujemy?

Brwi Draco poszybowały w górę.

— Niczego tak naprawdę nie ustaliliśmy, a mamy już trzy ofiary. W tym tempie będziemy mieli epidemię utraty pamięci.

Harry pokręcił głową.

— Masz rację, przepraszam, to przez ten cholerny budżet. — Wskazał na kilka pergaminów, które czytał, a Draco spojrzał na nie, jak miał nadzieję, ze współczuciem. — Powiedz Weasleyowi, że się zgadzam, a on ogarnie papierkową robotę.

Draco przełknął ślinę, teatralnie zamykając oczy i z premedytacją przyciskając palce do czoła, by powstrzymać zbliżający się ból głowy. Percy Weasley był administratorem DPPC odpowiedzialnym za nadzór nad całym departamentem i zmorą każdego Aurora.

— Przepraszam — powiedział Potter powstrzymując śmiech.

Draco rzucił mu zimne spojrzenie, ale Potter pozostał niewzruszony, odprawiając go szybkim machnięciem ręki.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Draco pił właśnie ósmą filiżankę kawy, gdy Granger w końcu pojawiła się tego popołudnia w swoim boksie. Ziewał wyjątkowo satysfakcjonująco, gdy przez dziwne ekhem ekhem w stylu Umbridge o mało nie spadł z krzesła.

— Granger, wystraszyłaś mnie na śmierć — jęknął, pocierając oczy.

Kiedy je otworzył, zobaczył czarownicę w porządnym, mugolskim stroju, z włosami spiętymi w ciasny kok i parą eleganckich szpilek na nogach. Uśmiechała się do niego z rozbawieniem, choć jej wzrok błądził po sali Aurorów.

— Mówiłeś, że tu się spotkamy. Więc jestem.

Jej uśmieszek zniknął, a on zauważył, jak nerwowo tupie prawą stopą.

— Dobra, chodź.

Wstał, zaciągając Granger i plik pergaminów do pustej sali konferencyjnej. Zdjęła płaszcz i wyciągnęła z torebki z koralikami niemożliwie duży notes, położyła go na stole i spojrzała na Draco wyczekująco.

Draco machnął różdżką, ukazując wirtualną tablicę.

— Mamy trzy ofiary: Thomasa Avery’ego, Anthony’ego Traversa i Miltona Fawleya. Poza tym, że zostali znalezieni na zewnątrz Puraclavy pozbawieni pamięci i wspomnień, nie ma między nimi żadnego znaczącego związku.

Ponownie machnął różdżką w stronę tablicy, a zdjęcie po lewej stronie powiększyło się, a obok niego ukazała się seria punktów.

— Pierwszą ofiarą był Thomas Avery: trzydziestoośmioletni Mistrz Eliksirów. Znaleziono go trzy tygodnie temu. Początkowo jego żona była główną podejrzaną, biorąc pod uwagę jej obojętność wobec jego stanu, ale gdy znaleziono drugą ofiarę, szybko oczyszczono ją z zarzutów.

Ekran przesunął się na Anthony’ego Traversa.

— Traversa znaleziono tydzień temu: ma siedemdziesiąt lat, dawno przeszedł na emeryturę. Nie ma najbliższej rodziny. Przyjaciele i sąsiedzi uważają go za miłego staruszka. Jego żona zmarła piętnaście lat temu. I oczywiście — pojawiło się zdjęcie ostatniej ofiary — mamy Miltona Fawleya, lat dwadzieścia pięć. Pracuje w finansach i jest znanym kawalerem. — Draco wypowiedział te ostatnie słowa, patrząc znacząco. — Nie ma żadnego znanego związku między tą trójką, poza tym, że wszyscy pochodzą ze znanych rodzin czarodziejów czystej krwi. Żaden z nich nie brał udziału w ostatniej wojnie czarodziejów ani nie jest znany z wyznawania ideologii czystej krwi. Ale według Uzdrowicieli, wszyscy zostali przyłapani na wypowiadaniu frazy esse mutationem — dokończył, siadając naprzeciwko Granger.

— Ta łacińska fraza nadaje temu ogólny, rytualny charakter, prawda? — zasugerowała, zakładając okulary i wodząc wzrokiem po tablicy. — Załóżmy więc, że ktoś — a może kilka osób — znajduje mężczyzn w Puraclavie, a następnie usuwa ich wspomnienia.

Draco uniósł rękę, żeby jej przerwać.

— I żeby było jasne, to coś więcej niż zwykłe Obliviate. Wspomnienia nie są  po prostu ukryte ani zablokowane, one zniknęły. Ci mężczyźni to w zasadzie czyste karty.

Granger skinęła głową.

— „Bądź zmianą”, więc ci mężczyźni się zmienili? Ale to nie ma sensu! Nie zmienili się. Po prostu, jak sam powiedziałeś, zniknęli.

Zmarszczyła brwi, próbując się skupić.

— O co chodzi? — zapytał.

— Czy to nie morderstwo? — Skierowała rękę na diagram, przybliżając raporty uzdrowiciela. — Pomyśl o tym. Człowiek jest produktem swoich doświadczeń, swoich wspomnień. Bez nich w istocie nie istnieje.

Draco przeciągał słowa:

— Tak, to bardzo interesujące. Jestem pewien, że kiedy to wszystko się skończy, będziemy mogli prowadzić na ten temat długą debatę filozoficzną, ale nie wydaje się to do końca istotne.

Granger pokręciła głową, lekko prychnęła, zanim odpowiedziała:

— Myślę raczej o tym, jak stworzyć profil sprawcy. Musimy przestać myśleć o nim jako o rzucającym zaklęcie i traktować go jako mordercę.

Draco musiał przyznać, że to była słuszna uwaga. Departament mniej przejmował się rzucającym zaklęcie, przynajmniej odkąd ofiary żyły. Ale ktokolwiek to był, wydawał się skłonny do ukrycia tożsamości, co sugerowało coś bardziej złośliwego.

— Dobra, to ma sens.

— Mamy więc kogoś, kto, wciąż nie wiemy, w jaki sposób pozbawia innych tożsamości. Albo zostaje zastąpiony tą łacińską frazą, albo słyszy ją w trakcie rzucania Obliviate, z braku lepszego słowa. Osoba ta najwyraźniej obiera sobie za cel mężczyzn czystej krwi, choć możliwe, że po prostu wybiera mężczyzn, biorąc pod uwagę brak kobiet w Puraclavie — Hermiona snuła teorie.

Draco obserwował ją uważnie, próbując wywnioskować, jakie, jeśli w ogóle, wnioski wyciąga.

— Myślisz, że to kobieta wzgardzona przez czarodziejów czystej krwi? — zapytał, marszcząc brwi.

— Nie do końca. — Pokręciła głową, przyciskając palec do ust w zamyśleniu. — Myślę, że to musi być jakiś rytuał. Mam ochotę przeszukać bibliotekę, sprawdzić, czy nie ma jakiegoś zaklęcia albo rytuału, który by to wyjaśnił albo pomógł zidentyfikować, kto to robi i dlaczego.

Wydawało się to trochę ryzykowne, ale Draco szczerze mówiąc, był zagubiony. Skinął głową.

— W porządku. Pracujesz dziś wieczorem?

Skinęła głową.

— Tak, w każdy wieczór od soboty do czwartku.

Nie wydawała się tym zmartwiona ani nie sprawiała wrażenia, jakby miała jakikolwiek problem z noszeniem krótkiej spódniczki i prowokacyjnego topu pięć wieczorów w tygodniu dla bandy upierdliwych facetów.

— Wiesz — przechylił głowę — nigdy nie wyjaśniłaś, jak nauczyłaś się być barmanką.

Coś błysnęło w jej oczach, gdy powiedziała cicho:

— I nigdy tego nie zrobię.

Prawie się zarumienił, gdy obdarzyła go krzywym uśmiechem, przygryzając dolną wargę, jakby zagubiona w jakimś konkretnym wspomnieniu.

Granger bez wątpienia była zagadką. Co prawda, minęło ponad dziesięć lat od ich ostatniego kontaktu, i oczywiście wtedy zazwyczaj kończyło się na rzucaniu obelgami, ale był pewien, że ta kobieta przed nim niewiele przypominała dziewczynę ze szkoły. Pomijając powierzchowne zmiany, takie jak palenie papierosów i zmiana garderoby, była bardziej zadziorna i, szczerze mówiąc, seksowna. Było to rozbrajające, gdy zauważył to poprzedniego wieczoru i był nieco zaskoczony, widząc, że ta cecha wciąż jest obecna w świetle dziennym.

Odchrząknął, próbując wyrzucić z głowy obraz Granger za barem w Puraclavie.

— Więc powinniśmy skupić się na bibliotece albo archiwach.

Miał mgliste poczucie, że jego głos jest odrobinę za wysoki i modlił się, żeby tego nie zauważyła.

— Brzmi dobrze. — Zaczęła pakować torbę. — Muszę się zbierać do pracy, Malfoy. Jutro o tej samej porze?

Skinął głową, patrząc na jej tyłek, gdy wychodziła, po czym pokręcił głową.

— Co, do cholery, tu robi Hermiona Granger?

Cyniczny głos Rogera Daviesa zbliżył się do niego, a w oczach mężczyzny pojawił się wyrachowany błysk, gdy patrzył za odchodzącą kobietą. Draco poczuł dziwną chęć obrony czarownicy, zanim zdał sobie sprawę, że zrobił to samo dosłownie przed chwilą.

— Konsultuje dochodzenie w sprawie Obliviate — mruknął Draco, przepraszając i przepychając się z powrotem do swojego boksu.

Piętro było w miarę puste, większość Aurorów była na misji lub badała tropy. Davies, nie rozumiejąc aluzji, poszedł za Draco.

— Po co ci konsultant? — zapytał Davies całkowicie protekcjonalnym tonem. — Jak trudno jest namierzyć magiczny podpis Obliviate?

Draco zmusił się do zachowania spokoju, przypominając sobie znane powiedzenie ze spotkań AA: Daj mi odwagę, bym pogodził się z tym, czego nie mogę zmienić.

— Nie rzucają Obliviate.

— W takim razie w jaki sposób ofiary mają wymazaną pamięć?

Ton głosu mężczyzny sugerował, że Draco po prostu zapomniał sprawdzić albo nie rozumiał, czym są zajęcia pamięci.

— Wow, Davies, nie pomyślałem o tym! — zażartował impulsywnie. — Nie wiemy, jak wymazano im pamięć, wiemy tylko, że tak się stało. Dlatego zatrudniamy konsultanta.

Draco usiadł z powrotem przy biurku, udając, że przegląda stos pergaminów w nadziei, że Davies po prostu sobie pójdzie.

— Dobra, Malfoy — prychnął Davies i odszedł.

Draco przewrócił oczami, przypominając sobie, że nawet jeśli kontakt z Daviesem był najgorszą częścią jego dnia, to i tak był to dobry dzień, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

— Wszystko w porządku, Malfoy?

Zbliżał się koniec dnia pracy, kiedy Angelina Weasley pojawiła się w jego boksie. Zdał sobie sprawę, że musiał wyglądać jak gówno, sądząc po zmarszczonych brwiach Angeliny i grymasie jej twarzy.

— Nic mi nie jest, Ang — mruknął, starając się uśmiechnąć.

— Wyglądasz okropnie — powiedziała, patrząc na niego z troską od stóp do głów.

Obrzuciła go swoim charakterystycznym spojrzeniem, tym, które mówiło, że lepiej jej powiedzieć, co się dzieje, bo inaczej tego pożałuje.

— To przez sprawę, nad którą pracuję. Wymaga kilku nieprzespanych nocy — wyjaśnił. Gdy zmrużyła oczy, prychnął. — Dobra, przestań tak na mnie patrzeć! Musiałem iść do nocnego klubu.

Zmarszczyła brwi jeszcze bardziej, przysuwając sobie krzesło.

— Czy to… w porządku? Mogę porozmawiać z Harrym, żeby przydzielili kogoś innego, albo… — urwała.

Angelina była mentorką Draco i szczerze mówiąc, jedyną osobą w departamencie, którą uważał za prawdziwą przyjaciółkę. Co więcej, prawdopodobnie nie ukończyłby szkolenia dla Aurorów, gdyby nie jej wskazówki i chęć dania mu szansy.

Osiem lat temu złożył podanie do akademii dla żartu, ledwo trzeźwy i zdeterminowany, by pozostać trzeźwym. Dostał się tam wyłącznie dzięki wynikom z owutemów i testom sprawnościowym — było mało prawdopodobne, żeby skorzystał ze ślepej selekcji. Wspomnienia z treningu były mgliste, pełne drwin i śmiechu. Po trzech tygodniach niemal pękł, stojąc przed pubem, z gniewem kipiącym w żyłach.

 

— Co ty tu robisz, Malfoy?

Angelina skrzyżowała ramiona na piersi, a jej ton głosu był ostrożny.

Obrócił w dłoni swój żeton za dwa miesiące trzeźwości, wpatrując się w okno pubu, czując się kompletnie pokonany. Poczuł, jak kobieta podchodzi do niego, uważnie się mu przyglądając.

— Jesteś w AA? — zapytała, uświadamiając sobie to.

Nie odpowiedział, tylko patrzył dalej, próbując sobie przypomnieć mechanizmy radzenia sobie i chcąc zmusić się do zadzwonienia do Theo albo kogoś innego. Wydawało się jednak, że to bez sensu; nie przetrwa roku szkolenia. Nigdzie nie dostanie pracy.

— HEJ! Malfoy, gnoju.

Przywołała go na baczność, a on zwrócił się do niej. Nie wydawała się już niepewna ani jakby się go bała — wyglądała na zamyśloną.

— Co?

Przełknął ślinę.

— Co ty tu robisz?

— Myślę o drinku.

Wzruszył ramionami.

— Dlaczego?

Zaśmiał się cynicznie.

— Czemu nie? Jaki w tym wszystkim jest, kurwa, sens?

Jego powieka drgnęła, a wargi zadrżały.

— Szkolenie trwa tylko rok — powiedziała mu wprost.

— Myślisz, że to wystarczy? — argumentował. — Nagle, kiedy ukończę szkolenie, wszystko pójdzie w zapomnienie? Świat nagle da mi szansę?

— Nie. — Spojrzała mu prosto w oczy, zupełnie niewzruszona jego tonem. — Myślę, że jeśli tam wrócisz i będziesz ignorować drwiny, pokażesz wszystkim, że jesteś mądry i zdolny, zobaczą, że ty — nie ten żałosny dzieciak, którym byłeś, ale ty — ten, którym jesteś teraz — zasługujesz na szansę. A nie znajdziesz jej na dnie butelki.

 

Pokręcił głową, pozbywając się wspomnień.

— Dzięki, właśnie idę na spotkanie z Theo po pracy, więc powinno być dobrze.

— Dobrze — powtórzyła Angelina z wymuszonym uśmiechem — ale jeśli być czegoś potrzebował…

— Tak, mamo.

Przewrócił oczami i dostał w tył głowy za pyskowanie.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

— Stary, wyglądasz jak gówno.

Theo przechylił głowę, a Malfoy, który był skupiony na parującej kawie przed sobą, unikał jego wzroku.

Ty wyglądasz jak gówno — zażartował Draco żałośnie. Dzień wydawał się nieskończenie długi, a mimo to nie czuł, żeby cokolwiek osiągnął. — Długi dzień.

Wzruszył ramionami.

Ukryli się w małej kawiarni w mugolskim Londynie, wyjątkowo obskurnym miejscu, ale kelnerzy ich znali, a oni mieli przewagę anonimowości. Ta czynność — przychodzenie do kawiarni po terapii i omawianie bezsensownych drobiazgów — była dla Draco tak wielkim rytuałem, że nawet gdy szedł na terapię sam, lądował w kawiarni.

Bezmyślnie pocierał palcem małą rysę w kubku, w którym trzymał swój napój, marszcząc brwi i zastanawiając się, ile czasu minie, zanim rysa się powiększy, aż kubek zostanie nieodwracalnie rozbity.

— To przez śledztwo?

Głos Theo złagodniał.

Draco musiał przyznać przed sobą, że ta sprawa go przerasta. Spędził trochę czasu tego popołudnia, rozmyślając nad notatkami Granger na temat tożsamości i teorią, że mają do czynienia z osobą lub osobami próbującymi odprawić jakiś rytuał. Dziwnie przypominało mu to wczesne dni Voldemorta, kiedy krążyły plotki o zaginięciach lub obłędzie.

W odpowiedzi na pytanie Theo po prostu wzruszył ramionami.

— Nie, to nie to — wyjaśnił beznamiętnie. — Ale zrób mi przysługę i nie idź do Puraclavy, dobrze?

Theo roześmiał się głośno.

— Wolałbym być trupem, niż się tam zjawić.

Draco już to wiedział, ale usłyszenie tych słów na głos od swojego najlepszego przyjaciela przyniosło mu pewien rodzaj pocieszenia.

— Co z tobą? Wyglądasz na wesołego.

Draco zmrużył oczy, patrząc na kumpla. Theo zmagał się z własnymi demonami przez dziesięć lat od wojny i notorycznie był melancholijny.

Theo przełknął ślinę, a na jego ustach pojawił się półuśmiech.

— Spotykam się z kimś — z czarodziejem.

— O cholera — zauważył Draco, pochylając się automatycznie do przodu. Odkąd Theo ujawnił się prawie sześć lat temu, randkował się wyłącznie w świecie mugoli. Choć mógł umawiać się z mugolami bez obawy, że rzucą się do ucieczki na dźwięk nazwiska Nott, zawsze nadchodził moment, w którym zdawali sobie sprawę, że Theo coś ukrywa. — Wspaniale, Theo. Kto to jest?

Theo wzruszył ramionami.

— To jeszcze świeże.

Draco skinął głową, szanując prywatność mężczyzny i czując dziwną zazdrość. Był boleśnie samotny przez ostatnie pięć lat i doszedł do punktu, w którym martwił się, że skończy w klasztorze.

— Dobrze dla ciebie. — Draco starał się ukryć gorycz w głosie. Po tym wszystkim, przez co Theo przeszedł, zasłużył na coś dobrego. — Jak poznałeś tego czarodzieja?

— Na wakacjach — mruknął Theo.

— To imponujące. Nadal nie mogę ogarnąć flirtowania bez alkoholu — rozmyślał Draco.

— Może gdybyś, nie wiem, gdzieś wychodził — oczywiście poza pracą — poznałbyś jakąś miłą dziewczynę? — zasugerował Theo, machając ręką.

— Chodzę w różne miejsca.

— Naprawdę? Gdzie?

Theo nachylił się.

Draco wziął długi łyk kawy.

— Spierdalaj.

Theo się roześmiał.

— Wiesz, nawet Pansy kogoś znalazła.

Draco zrzedła mina.

— Żartujesz. — Zawsze stanowiło to dla niego niewielką pociechę, że niezależnie od tego, jak bardzo był samotny, Pansy była równie samotna. To był fundament ich dorosłej przyjaźni, choć teraz, kiedy o tym pomyślał, Pansy ostatnio znikała. — Dlaczego wszyscy kogoś mają? To dość przereklamowane.

Theo spojrzał na niego kątem oka.

— Nie jesteśmy już dziećmi, Draco.

Dziwnie to brzmiało, Draco nigdy by o tym nie zapomniał. Ale rozumiał tę potrzebę towarzystwa.

— Czy on wie? — zapytał Draco Theo, dodając bez słów, że jesteś uzależniony.

Draco nigdy tak naprawdę nie znał Theo, kiedy ten miał problem. Zbliżyli się do siebie dopiero wtedy, gdy Draco zaczął staczać się w otchłań niepamięci, a Theo był jedyną osobą, która była gotowa go znosić.

— On wie, że nie piję. — Theo wzruszył ramionami. — Mógł się domyślić dlaczego. Nie martwię się zbytnio.

Problem Draco polegał na tym, że jego uzależnienie było jedynym zmartwieniem, jakie odczuwał, myśląc o randkowaniu. Na własnej skórze przekonał się o wartości trzeźwości, dlatego potrzebował stabilnej pracy z konkretnymi obowiązkami. Podziwiał Theo za to, że potrafi zachować trzeźwość bez formalnej kariery, ale ta perspektywa go przerażała.

Z jakiegoś powodu ta myśl przywiodła mu na myśl Granger i jej pozorną niezdolność do usiedzenia w miejscu. Do pewnego stopnia jej zazdrościł, tego, że nagle mogła stać się kimś innym, nie zmieniając przy tym swojej tożsamości.

— O czym myślisz?

Theo przechylił głowę na bok.

Draco zamrugał.

— O niczym.

Oczywiście, to było najgorsze, co mógł powiedzieć swojemu lubiącemu plotki przyjacielowi.

— Twoje oczy się zaszkliły. Gadaj.

Draco zmrużył oczy, ale pokręcił głową i powiedział:

— Zgadnij, kto pojawił się w moim śledztwie.

— Hmm. — Theo wyglądał, jakby potrzebował chwili, żeby to poważnie przemyśleć. — Blaise?

— Nie.

— Pomyluna Lovegood?

— Nie.

— Gilderoy Lockhart?

— Nie.

— Wiesz, że będę próbował w nieskończoność, jeśli mnie nie powstrzymasz — ostrzegł Theo psotnie.

— Hermiona Granger — odparł Draco z uśmieszkiem.

— Cóż, to był mój kolejny strzał — mruknął Theo.

— Wcale nie — Draco przewrócił oczami — ale tak, najwyraźniej teraz jest niezależną dziennikarką. Wpadliśmy na siebie podczas mojego śledztwa.

— Co w ogóle robi niezależny dziennikarz?

Draco wzruszył ramionami.

— Pytałem o to. Chyba po prostu robi to, na co ma ochotę. Więc właściwie jest taka, jak ty — zakończył z drwiącym uśmieszkiem.

— Ha ha. — Theo przewrócił oczami. — Jasny gwint, Hermiona Granger. Nie widziałem jej od Niemiec.

Mężczyzna miał nieobecne spojrzenie, jakby próbował przywołać jakieś szczególnie miłe wspomnienie.

— Niemcy? — zapytał Draco. — Och, twoje mistrzostwo w eliksirach? Była tam?

Theo skinął głową.

— Zaczynała, gdy ja kończyłem. Ale wyglądała dobrze.

Draco zmarszczył brwi.

— Co ty możesz wiedzieć?

Theo uniósł rękę i otworzył usta z urazą.

— Hej! To, że niekoniecznie interesują mnie kobiety, nie znaczy, że nie doceniam urody.

___________

Jak Wam się podoba początek? Interesujący? Dajcie znać. Kolejne rozdziały zostaną opublikowane w weekend. Myślę, że więcej niż dwa, ale zobaczymy jak pójdzie.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Enjoy!

[T] Rozgrzeszenie: Rozdział 1

środa, 28 stycznia 2026

Jakiś czas wcześniej w Narodowym Muzeum Archeologicznym w Atenach, w Grecji

 

Czarodziej pojawił się bezszelestnie, ochroniarze nie zdawali sobie z tego sprawy, a kamery nie były w stanie go wykryć. Otaczały go bezcenne skarby, ale szukał jedynie Mechanizmu, ignorując relikwie Myken i inne prehistoryczne cuda.

Podszedł do Mechanizmu z chytrym uśmieszkiem, mijając inne rozbite, antyczne przedmioty. Leżał odsłonięty na cokole, a jedynym zabezpieczeniem była płyta naciskowa — komicznie prosta przeszkoda dla czarodzieja jego kalibru. Wyciągnął z kieszeni kamień i stuknął w niego różdżką, by przemienić go w idealną replikę Mechanizmu.

Zaklęciem statyzującym zamroził płytę naciskową i szybko zastąpił prawdziwy Mechanizm swoim falsyfikatem. Po wykonaniu tej czynności usunął Zaklęcie, a na jego ustach mimowolnie zagościł szeroki uśmiech. Zniknął z trzaskiem, zostawiając muzeum i wystawę nieświadome jego obecności.

Mugole nie wiedzieli, czym jest Mechanizm; nie mieli pojęcia, jaką mocą może władać. Nawet czarownice i czarodzieje zapomnieli, zostawiając relikwię w rękach archeologów, pozwalając, by moc została bezpiecznie zakopana.

Ale czarodziej, samozwańczy Omnia Scenti, wiedział o Mechanizmie. I dzięki niemu zmieni wszystko.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Hermiona płynnie poruszała się za barem, unosząc kostkę cukru i trochę Bittersów, po czym rzuciła bezsłowne Aguamenti. Przesunęła dłonią nad miksturą, z satysfakcją obserwując, jak natychmiast się rozpuszcza, po czym zręcznie dodała dwie kostki lodu i kieliszek whisky. Szybkim machnięciem różdżki dodała ozdobę i zaserwowała drinka.

— Proszę bardzo, staromodny.

Starała się uśmiechać i wyglądać uprzejmie, nie patrząc mężczyźnie w oczy.

— Kiedy zostałaś tu barmanką, Granger?

Szyderczy uśmieszek, wciąż znajomy i drażniący po tylu latach, wywołał natychmiastowy przypływ paniki. Rozpoznała go w chwili, gdy usiadł — oczywiście, jego charakterystyczne blond włosy nie zmieniły się zbytnio od czasów Hogwartu. Nie powinno być dla niej zaskoczeniem widzenie Draco Malfoya w klubie dla dżentelmenów czystej krwi, ale być może lata słuchania, jak Harry zwraca się do niego po przyjacielsku, wywarły na nią zbyt silny wpływ.

— Przepraszam, chyba pomylił pan osobę.

Uśmiechnęła się nieśmiało, tłumiąc strach i ignorując falę gorąca na karku.

— Naprawdę? Myślisz, że nie rozpoznałbym ciebie jako blondynki?

Ton Malfoya balansował na granicy niedowierzania i rozbawienia.

Hermiona szybko nalała dwa kufle piwa kremowego, podała je kelnerce, po czym wróciła na swoje stanowisko, przyjęła kolejne zamówienie i strategicznie zignorowała Malfoya. Złapała szesnastoletniego Lagavulina z górnej półki mugolskich alkoholi, nalała go na pojedynczą kostkę lodu i podała nowemu klientowi z uśmiechem, mrugając dwa razy w krótkich odstępach czasu, by uchwycić jego twarz do swojej dokumentacji.

— Granger — zawołał Malfoy, sprawiając, że kilka głów się odwróciło.

Hermiona się roześmiała, posyłając Malfoyowi figlarny uśmiech i cicho wypuściła powietrze. Odwróciła się do niego, mrużąc oczy i sycząc:

— Czego chcesz?

Jego oczy rozbłysły, pochylił się do przodu, opierając przedramiona o bar, tak że jego twarz znalazła się zaledwie pół metra od niej.

— Chcę wiedzieć, dlaczego Hermiona Granger pracuje za barem w Puraclavie.

Hermiona wzruszyła ramionami, wpatrując się w wirujący wir whisky, Bittersów i wermutu, po czym przecedziła miksturę na lód. Podała Manhattan kolejnemu klientowi, mrugając dwa razy, by uchwycić jego twarz i zanotowała w pamięci, że go rozpoznała.

— Potrzebowałam pracy — powiedziała spokojnie, nalewając kolejkę Ognistej Whisky i podając stojącej obok kelnerce.

Malfoy zamrugał, mrużąc oczy.

— Jesteś Hermioną Granger. Najbystrzejszą Czarownicą Swojego Pokolenia. Ostatnio słyszałem, że byłaś znakomitą reporterką w Proroku. Dlaczego zmieniłaś tożsamość, by zostać barmanką w klubie dla dżentelmenów czystej krwi?

Nie mylił się; to miejsce nie emanowało Hermioną Granger — przyćmione oświetlenie, ostry dym cygara i skąpo odziane kelnerki krążące po całym lokalu. Klientela składała się głównie z mężczyzn, choć klub został ostatnio zmuszony do wpuszczania kobiet — oczywiście tylko czarownic czystej krwi.

Lewe oko Hermiony drgnęło.

— Między mną a Prorokiem doszło do swego rodzaju różnicy zdań. — Odwróciła się, unosząc się na ścianie, by chwycić butelkę Ognistej Whisky Blishen, delikatnie nalewając i podając drinka innej kelnerce. — Co cię to obchodzi? — zapytała Malfoya, wycierając dłonie o czarny fartuch i patrząc mu w oczy.

Drażniło ją, że ostatnie dziesięć lat było dla Malfoya łaskawe. Miał na sobie nieskazitelne szaty w kolorze leśnej zieleni, dopasowane tak, by podkreślać jego szczupłą sylwetkę. Zaczesane włosy okalały twarz, przyciągając jej wzrok do rysów, które nie były już tak ostre i wyraziste, jak pamiętała z młodości. Zamrugała, skupiając się na sprawie i lekko poczerwieniała na widok uśmieszku, który jej posłał.

— Po prostu dziwi mnie, że znaleziono trzech czarodziejów czystej krwi całkowicie pozbawionych pamięci przed tym klubem, a ty tu pracujesz, prawdopodobnie pod przykrywką.

Ton jego głosu zmienił się z żartobliwego na poważny. Oczy Malfoya wciąż nienaturalnie szare, jak pamiętała, zwęziły się i pozostały wpatrzone w nią.

Hermiona zamilkła, a jej dłoń zamarła nad tacą z szotami B-52, które przygotowała do podpalenia za pomocą Incendio. Jej wzrok błądził z lewa na prawo, szukając potencjalnych podsłuchujących i rozważając sensowną strategię wyjścia z sytuacji. Szybko zajęła się drinkami, podała je i spojrzała Malfoyowi w oczy.

— Nie tutaj. Spotkajmy się za dziesięć minut na tyłach.

Jego oczy błysnęły.

— Dobra, Granger.

Uświadomiła sobie, że nawet nie tknął swojego staromodnego drinka, nieufnie na niego zerkając. Patrzyła, jak położył dwa galeony na barze i skinął krótko głową, po czym niedbale ruszył ku wyjściu. Wychodząc, uścisnął dłoń kilku osobom, z chłopięcym uśmiechem na twarzy, klepnął kilku mężczyzn po plecach, aż w końcu udało mu się dotrzeć do drzwi.

Hermiona zmrużyła oczy, zauważając, że Malfoy nagle wytrzeźwiał, gdy tylko znalazł się przed głównym wejściem do Puraclavy.

— Stace — krzyknęła w stronę zaplecza, uruchamiając bar, by sam obsługiwał gości. — Robię sobie przerwę.

Zrzuciła fartuch, chwyciła płaszcz i wyszła tylnym wyjściem, powoli wsuwając różdżkę do kabury.

Malfoy krążył z rękami w kieszeniach i uniesionymi ramionami. Zignorowała go, sięgając do kieszeni po papierosa, ignorując jego uniesione brwi i rozbawiony wyraz twarzy.

— Czego, kurwa, chcesz, Malfoy? — zapytała w końcu, zaciągając się głęboko papierosem i rozkoszując rześkim, lutowym powietrzem po godzinach spędzonych w dusznym klubie.

Poruszył się, zaskoczony.

— Palisz?

— Tak.

Zaciągnęła się ponownie, żeby dobitnie to podkreślić.

— Wiesz, że to niezdrowe — powiedział stanowczo.

Naprawdę Malfoy? Rany.

Hermiona przewróciła oczami, przyzwyczajona do zaskoczenia i pytań. Zaczęła palić po śmierci Ginny i stwierdziła, że będzie to robić, niezależnie od tego, jakie plastry czy gumy do żucia wciskał jej Ron.

Papieros spełnił swoją rolę w tym przypadku — wytrącił Malfoya z równowagi.

— Dobra. Próbujesz rozpracować te utraty pamięci? — zapytał w końcu.

Wypuściła mu w twarz kłąb dymu, a na widok zmrużonych oczu Malfoya i jego udawanego kaszlu, uśmiechnęła się lekko.

— A co cię to obchodzi?

Była prawie pewna, że wie, ale lubiła patrzeć, jak gotuje się z zażenowania.

— To nie jest coś, czym powinien zajmować się cywil.

Wydawał się nieco wyprostować, gdy to powiedział, a jego szaty przesunęły się na bok, odsłaniając odznakę Aurora.

Hermiona wzruszyła ramionami, gasząc papierosa i pozbywając się niedopałka, mówiąc głucho:

— Tak, bo Aurorzy to zazwyczaj najbardziej kompetentni detektywi.

— Myślisz, że jesteś bardziej kompetentna? — zapytał, robiąc krok w jej stronę i zmuszając do ją lekkiego uniesienia głowy, by utrzymać kontakt wzrokowy.

— Tak. — Uśmiechnęła się. — Siedziałam tu od tygodnia i badałam tę sprawę. A ty gdzie byłeś? Najwyraźniej nie przeszukiwałeś miejsca zbrodni, ani nie próbowałeś zidentyfikować sprawcy. Może spotykałeś się z ekspertami od zaklęć pamięci lub Uzdrowicielami? Próbowałeś zrozumieć, jak to możliwe, że można całkowicie i bezpowrotnie wymazać wspomnienia z całego życia, nie będąc zauważonym, hmm?

Skrzyżowała ramiona na piersi, unosząc jedną brew.

Zmarszczył czoło i zamrugał.

— Potter ci to powiedział?

Zaśmiała się, przewracając oczami.

— Myślisz, że Harry rozmawia ze mną o pracy? — Harry był profesjonalistą w każdym calu, traktował swoją pozycję Głównego Aurora bardzo serio i odmawiał, bez względu na to, ile razy Hermiona go błagała, wyjawienia czegokolwiek, nawet z grubsza drażliwego. — Litości. Jestem tu wystarczająco długo, żeby wiedzieć, jak pracujecie. W takim tempie, w jakim poruszają się Aurorzy, nie zostanie ani jeden czarodziej czystej krwi bez wymazanej pamięci, zanim złapiecie tego, kto to robi.

Malfoy wyglądał, jakby miał zamiar się sprzeciwić, gdy nagle jego oczy rozbłysły.

— Więc nadal pracujesz w Proroku Codziennym.

Hermiona pokręciła głową.

— Nie. Zostałam niezależną dziennikarką.

— Co to znaczy?

— To znaczy… — spojrzała na zegarek — że piszę artykuły, jakie chcę i sprzedaję je każdemu, kto chce je kupić. Muszę iść.

— Granger. — Wyciągnął rękę, by chwycić jej ramię, gdy odwróciła się w stronę tylnych drzwi. Spojrzała na atakującą kończynę, jakby użądliła ją meduza. Cofnął urażoną dłoń, przewracając oczami. — Dowiedziałaś się czegoś?

Hermiona zamilkła, zawisając tuż nad klamką. Była niemal pewna, że Malfoy nie był odpowiedzialny za Obliviate, jednak nie przepadała za wtrącaniem się Ministerstwa w jej działania.

— Dowiesz się, gdy reszta czarodziejskiego świata się dowie.

Uśmiechnęła się lekko i przekręciła klamkę, stojąc już jedną nogą w pokoju na zapleczu, gdy usłyszała odpowiedź Malfoya.

— Wiesz, to ciekawe, co ofiary powtarzają — rzekł z nonszalancją.

Hermiona zamarła, odrzucając głowę do tyłu i patrząc gniewnie na mężczyznę.

— Co?

— Och, dowiesz się, gdy reszta czarodziejskiego świata się dowie.

Jego uśmiech kipiał kpiną.

Westchnęła z irytacją.

— Dobra, moja zmiana kończy się o pierwszej. Spotkajmy się w Dziurawym Kotle.

Nie czekając na odpowiedź, zatrzasnęła tylne drzwi, opierając się o nie i ubolewając nad obecnością Draco Malfoya w swoim życiu.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Kiedy Hermiona weszła do Dziurawego Kotła, wyczerpana po sześciogodzinnej zmianie, był prawie pusty. Dostrzegła wyraziste włosy Draco Malfoya i już żałowała, że zgodziła się na spotkanie z tym mężczyzną. Zignorowała uniesione brwi Hanny Abbot-Weasley zza baru i pobiegła prosto do małego boksu, który Malfoy zajął w kącie.

Przyłapała go na wpatrywaniu się w jej włosy.

— Blond to tylko urok. Pozbywam się go, gdy kończę pracę — powiedziała, niepewnie przeczesując dłonią teraz kręcone, brązowe loki, mrużąc oczy na Malfoya i pragnąc, by przeszedł do rzeczy.

Wydawało się, że zrozumiał aluzję.

— Więc co wiesz?

Hermiona strzeliła szyją i zdjęła z siebie granatowy szalik, szybko rozglądając się za innymi osobami w pubie. Malfoy całkiem dobrze wybrał im stolik, upewniając się, że mają bezpośredni widok na wejście. Zauważyła, że mocno ściska w dłoniach kubek czarnej kawy, jakby wysysał ciepło z parującego napoju.

Westchnęła.

— Nie doszłam jeszcze do żadnych ostatecznych wniosków. Nagrywałam wszystkich bywalców klubu i po trzecim Obliviate dwa dni temu zawęziłam grono potencjalnych podejrzanych do dziesięciu osób.

— Dziesięciu? — prychnął, pochylając się do przodu.

Ton nie brzmiał złośliwie, raczej jak reakcja fizjologiczna.

Hermiona wzruszyła ramionami.

— Minęło pół godziny od wyjścia Fawleya z klubu do momentu, gdy został znaleziony. Mnóstwo ludzi przychodzi i wychodzi; gdyby to było godzinę wcześniej, mielibyśmy do czynienia z około trzydziestoma podejrzanymi.

— Hmm. — Zamyślił się, upijając łyk kawy i marszcząc brwi na gorzki napój. — Jak nagrywasz bywalców klubu? Odniosłem wrażenie, że w Puraclavie obowiązuje bardzo ścisły zakaz fotografowania.

Uśmiechnęła się krzywo, zanim wyjęła soczewkę z prawego oka.

— To urządzenie okulistyczne; kiedy je noszę, wystarczy, że mrugnę dwa razy, żeby uchwycić to, co widzę w danej chwili. Urządzenie przesyła obraz do notatnika w moim gabinecie.

Skinął głową, niechętnie patrząc na nią z podziwem.

— Nieźle. — Spojrzał na soczewkę, zauważając misterne wgłębienia i małe, migające światełko. — Jak to zrobiłaś?

— To nie ja… po prostu podsunęłam pomysł George’owi Weasleyowi. On zrobił resztę. — Cofnęła rękę, wkładając soczewkę z powrotem do oka i mrugając dwa razy, żeby to zademonstrować. — Więc powiesz mi, co mówią ofiary?

Pociągnął długi łyk kawy, zamykając oczy i przełykając.

— We śnie mamroczą esse mutationem.

Malfoy uważnie się jej przyglądał.

Hermiona zmarszczyła brwi.

— To łacina?

Skinął głową z neutralnym wyrazem twarzy.

— W przybliżonym tłumaczeniu oznacza „bądź zmianą”.

Drgnęła, próbując skojarzyć słowa. Pokręciła głową.

— Nie znam tego.

Malfoy przez chwilę wyglądał na rozczarowanego, po czym na jego twarzy pojawił się bardziej zrezygnowany wyraz.

— Nie jestem zaskoczony, to dość niejasne. Więc jaki był twój plan?

Wzruszyła ramionami, lekko poruszając się na krześle.

— Sprawdzałam osoby regularnie odwiedzające Puraclavę, próbując zidentyfikować każdego, kto wydaje się tu zupełnie nie na miejscu.

— Jakieś szczęście?

— Hmm — zastanowiła się — twój szef, Percy Weasley, jest stałym bywalcem.

Brwi Malfoya poszybowały w górę.

— Percy Weasley? Przychodzi do Puraclavy?

Hermiona uśmiechnęła się niemal figlarnie.

— Tak samo zareagowałam. Ale chyba spodobała mu się jedna z kelnerek. Zawsze siedzi w jej sektorze i robi do niej maślane oczy.

— To… — zaczął, ale zamarł, zastanawiając się nad tym.

— Żałosne? — zasugerowała.

Malfoy uśmiechnął się szeroko.

— Nigdy bym tak nie powiedział.

— Hmm — zgodziła się, machając do Hanny i wskazując na kawę Malfoya. Kobieta skinęła głową i przelewitowała na ich stolik nową filiżankę kawy wraz z małą popielniczką. Hermiona spojrzała z wdzięcznością i wyciągnęła papierosa. — A co z tobą?

— Pozwala ci tu palić?

Zmarszczył nos z niesmakiem.

Hermiona wskazała na siebie.

— Uratowałam czarodziejski świat. To ma swoje plusy. Trzymaj się tematu, Malfoy.

Pokręcił głową, wyglądając na skłóconego z samym sobą, zanim odpowiedział:

— Próbuję znaleźć powiązania między ofiarami. Zamierzałem przesłuchać właściciela Puraclavy, sprawdzić, czy zauważył coś dziwnego, kiedy zobaczyłem ciebie za barem. Swoją drogę, fatalne przebranie.

Przygryzła wnętrze policzka, zanim zaciągnęła się ponownie.

— Nikt inny mnie nie rozpoznał. Zdziwiłbyś się, ile osób identyfikuje mnie tylko po włosach. — Przechyliła głowę w stronę blondyna z zaciekawieniem. — Właściwie to niesamowite, jak szybko mnie rozpoznałeś.

Mrugnął.

— Jestem Aurorem i zawodowo zajmuję się śledztwami.

— Hmm — odpowiedziała, wciąż sceptycznie. — Cóż, tak czy inaczej, zadziałało na tyle dobrze, że dostałam pracę.

— Jesteś dobrą barmanką.

Jego słowa były komplementem, ale ton brzmiał wyraźnie oskarżycielsko.

— Sam to powiedziałeś, Malfoy, Najbystrzejsza Czarownica Swojego Pokolenia.

Uśmiechnęła się ironicznie.

— Ale nadal nie rozumiem. Dlaczego odeszłaś z Proroka? — zapytał.

Uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy.

— Mówiłam ci. Różnica zdań.

— Co to znaczy?

— To znaczy, ze to nie twoja sprawa, Malfoy.

Celowo dmuchnęła mu w twarz kłębem dymu, co wywołało karcące spojrzenie.

— Jeśli mamy razem pracować, muszę wiedzieć o tobie więcej — oczywiście zawodowo — wyjaśnił, machając rękami między nimi, żeby odgonić dym.

— Pracować razem? — prychnęła. — Myślałam, że to jednorazowa wymiana informacji.

Odwróciła się instynktownie na dźwięk zamykanych drzwi, wypuszczając powietrze, gdy weszła kobieta i podeszła do Hanny przy barze, nie zwracając na nią ani na Malfoya uwagi.

— Nie sądzę, Granger. To moje śledztwo. Nie mogę pozwolić, żebyś się w nie wtrącała. Co jeśli stanie ci się krzywda? Wyobraź sobie, jak by to wyglądało.

W jego uśmiechu nie było rozbawienia.

— Oczywiście, chodzi tylko o ciebie, Malfoy. — Przewróciła oczami, choć doskonale zdawała sobie sprawę, że Malfoy ma moc, by przerwać jej śledztwo. — Czego chcesz?

— Chcę cię zatrudnić do pracy dla DPPC — powiedział jej, odchylając się do tyłu w boksie, by uniknąć dymu.

— Gdybym chciała pracować dla DPPC, pracowałabym dla DPPC — odparła spokojnie.

— Nie rozumiem. Najwyraźniej lubisz prowadzić śledztwa, więc czemu nie?

— Chyba z tego samego powodu, dla którego odeszłam z Proroka. Lubię autonomię — wyjaśniła, lekko wzruszając ramionami.

Prawda była jednak taka, że pozornie nie była w stanie utrzymać się w jednej ścieżce kariery. Odkąd zdała owutemy, uzyskała mugolskie wykształcenie z chemii, pracowała w Departamencie Regulacji i Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, odbyła praktykę u Mistrza Eliksirów w Niemczech, była kierowniczką sieci aptek i ostatnie osiemnaście miesięcy spędziła jako reporterka Proroka Codziennego. Niezależnie od tego co robiła, zawsze pragnęła czegoś innego.

Spojrzał na nią podejrzliwie, prawdopodobnie zastanawiając się, co sprawiłoby, że Hermiona Granger, tak wszystko wiedząca kujonka, nagle zniechęciłaby się do tego, żeby jej mówić, co ma robić.

— W porządku — odpowiedział w końcu. — A co, jeśli zrobimy z ciebie niezależną konsultantkę? Będziesz pracować dla mnie tylko nad tą sprawą. W ten sposób dostaniesz zapłatę za swoją pracę.

— A jeśli zdecyduję się napisać artykuł, kiedy już wszystko będzie wyjaśnione i zrobione? — zapytała dosadnie.

Wzruszył ramionami.

— Zakładam, że nie będzie z tym problemu. Chociaż nie znam się na umowach dotyczących niezależnego doradztwa.

— W porządku.

— W porządku? — powtórzył zaskoczony.

Parsknęła niekobieco.

— Tak, Malfoy. Przydałaby mi się wypłata.

— W porządku — powiedział ponownie, prostując się. — Spotkamy się jutro w DPPC, omówimy dotychczasowe dane.

— Jutro po południu — sprecyzowała. Na jego pytające spojrzenie dodała: — Jest już prawie druga w nocy. Aktualnie pracuję jako barmanka. Zakładam, że chcesz, żebym kontynuowała pracę pod przykrywką?

Skinął głową.

— Oczywiście.

Nie wspominała, że jej praca pod przykrywką była prawdopodobnie jedynym powodem, dla którego w ogóle chciał z nią współpracować.

— Więc — upiła łyk kawy — dlaczego pracujesz dla DPPC? Myślałam, że kontrolujesz cały majątek Malfoyów.

Widziała, że na moment się skrzywił, po czym przybrał neutralny wyraz twarzy.

— Bycie bogatym bywa nudne, wiesz?

— Dlatego postanowiłeś zostać Aurorem?

Przechyliła głowę na bok, patrząc na niego, jakby widziała go na wylot.

Poruszył się, wyraźnie zakłopotany.

— Miło jest zrobić coś dobrego.

— Czyli to coś w rodzaju odkupienia?

Była szczerze ciekawa. Gdyby miała pieniądze Malfoya, nigdy nie pomyślałaby o pracy w Ministerstwie. Wymyślałaby nowe zaklęcia, warzyła eliksiry, podróżowała po świecie i po prostu się uczyła. Ostatnią rzeczą, jaką by zrobiła, byłaby praca pełna zacofanej biurokracji.

Prychnął.

— Odkupienie? Litości.

Uniosła brwi.

— Co jest złego w szukaniu odkupienia?

— To głupie myślenie; pomysł, że istnieje jakaś skala, która ocenia nasze czyny.

Malfoy machnął ręką, jakby całkowicie odrzucając temat.

Hermiona przez chwilę przyglądała się mężczyźnie przed sobą.

— Więc nie wierzysz, że warto odpokutować za dawne przewinienia?

— Wierzę, że powinniśmy czynić dobro, dla dobra, a nie po to, by odpokutować za grzechy z przeszłości.

Zmarszczył brwi, jakby nie rozumiał, dlaczego wypowiedział te słowa.

Rozważyła tę myśl, dochodząc do wniosku, że ostatecznie po prostu spierali się o semantykę.

— Cóż, dobrze dla ciebie, Malfoy.

Jego zmarszczone brwi podpowiedziały jej, że nie do końca się tego spodziewał.

— Słucham?

— Minęło dziesięć lat od Hogwartu. Wszyscy się zmieniliśmy. Jestem już wystarczająco dojrzała, żeby zauważyć, że nie jesteś takim palantem jak kiedyś.

Wyciągnęła kolejnego papierosa, ignorując niedowierzanie na twarzy Malfoya.

— Mam wrażenie, że próbowałaś prawić mi komplementy, ale coś poszło nie tak — stwierdził.

— Trudno jest się pozbyć starych nawyków.

______________

Witajcie :) wiem, że to pewnie niespodziewane, ale postanowiłam zacząć publikowanie nowych tłumaczeń. To jest częścią Trylogii Odkupienia i mam nadzieję, że Was zaciekawi, ponieważ jest pełne tajemnic i mroczne. Aby bardziej Was zainteresować, zapraszam także na drugi rozdział. :)