[T] Ciężar mojego uczucia: Nowy początek
Malfoy
chwiejnie podążył za Hermioną przez małe drzwi oddzielające sklep od domku.
Trzymał ręce płasko przy ciele, jakby nie wiedział już, jak ich używać, od
czasu do czasu wyciągając je, gdy tracił równowagę. Ręka, która teraz ściskała
oparcie sofy, miała zbielałe kostki, a on patrzył na nią, jakby była nieznanym
przedmiotem. Jakby przestała być jego częścią. Głęboki grymas przesłonił mu
twarz, tak bardzo przypominający Silvera, że Hermiona o mało się nie
roześmiała.
Rozpaczliwie
chciała wziąć go za rękę i zaprowadzić do krzesła, ale dumny i szorstki Silver,
które go znała, prawdopodobnie odgryzłby jej palec. Logiczne było, że Draco
Malfoy przed nią zrobiłby to samo. Zamiast tego poprowadziła go do kuchni i
starała się nie patrzeć na to, jak chwieje się jak starzec.
Ku
jej uldze opadł na krzesło przy kuchennym stole, podczas gdy ona krzątała się
wokół niego. Choć Crème Brûlée nie było skomplikowanym daniem, było bardzo
sycące i przygotowywanie go zajęło sporo czasu. Wydłużyła czas gotowania na
patelni, podczas gdy mleko nasycało się wanilią, i przygotowała stosunkowo
prosty obiad: stek z polędwicy wołowej ze smażonymi warzywami. Zanim skończyła,
mleko nasyciło się na tyle, że mogła dodać resztę składników i wstawić Brûlée
do piekarnika.
Talerze
cicho zadźwięczały, gdy stawiała je na stole. Czuła, że śledzi wzrokiem każdy
jej ruch podczas gotowania, mówił bardzo niewiele, zupełnie jak Silver, ale nie
mogła powstrzymać ekscytacji na myśl o towarzystwie. Jego oczy rozszerzyły się
komicznie na widok jedzenia przed nim, zanim pochylił się i wciągnął w płuca
aromat.
W
tym samym momencie usłyszała głośne miauknięcie Krzywołapa skierowane na
krzesło Malfoya i ten podskoczył wysoko.
—
Co to, u diabła, było? — syknął.
Hermiona
się roześmiała.
—
To Krzywołap.
Malfoy
spiorunował wzrokiem gigantycznego, rudego kota. W kapryśnym akcie kociej
czułości Krzywołap mruczał, owijając się wokół nogi Malfoya. Kiedy stało się
jasne, że kot nie zamierza przestać, Malfoy spojrzał na Hermionę błagalnym
wzrokiem.
—
Możesz coś z tym zrobić?
Siedział
prosto jak linijka, a jego ręce drżały, gdy leżały na stole.
—
Krzywołap. Kici, kici — zawołała.
W
akcie dobrej woli odcięła mały kawałek steka i przytrzymała go dla kota. Zwykle
nie zachęcała Krzywołapa do jedzenia tego, co ludzie, ale wcześniej nie
siedziała przy stole z osobą, która normalnie żyje jako ptak i może się nie
dogadywać z kotem.
Krzywołap
rzucił się na jej dłoń z przesadną figlarnością, po czym pobiegł, by samotnie
pożreć swoją zdobycz.
Malfoy
westchnął z ulgą, zanim się otrząsnął i zesztywniał.
—
Dziękuję — powiedział szorstkim głosem.
Postanowiła
udawać, że nie zauważyła jego chwili słabości i metodycznie, jak zawsze, kroiła
stek na małe kwadraciki.
—
Nie jesteś fanem kotów? — zapytała.
Draco
przechylił głowę i rzucił jej spojrzenie pełne pogardy, tak bardzo podobne do
spojrzenia Silvera, że parsknęła śmiechem.
—
Nie — odpowiedział sztywno. — Są dość przerażające, kiedy nosi się pióra.
Zjadła
kilka kęsów, chichocząc pod nosem. Malfoy jadł z królewską pewnością siebie,
mimo że od ponad pięciu lat żył jak ptak. Plecy miał wyprostowane jak struna,
ramiona zgięte pod kątem prostym, a nóż i widelec ledwo słyszalnie uderzały o
porcelanę.
—
Przez cały ten czas byłeś sową? — zapytała, zakrywając usta dłonią.
Zerknął
na nią, te jasne, szare oczy lśniły w blasku wczesnego wieczoru. Bez pospiechu
uniósł serwetkę i wytarł usta, po czym odłożył sztućce na talerz.
—
Tyle ile mogłem — potwierdził, a jego wyraz twarzy był równie poważny, co ton
głosu. — Nie lubię jeść w tamtej formie, ale przez resztę czasu byłem taki, jak
widziałaś.
—
Ale gdzie byłeś? — naciskała, a ciekawość płonęła w niej z całych sił. —
Zauważyłabym to dużo wcześniej, gdybyś przebywał tylko tutaj.
Zacisnął
szczękę, niechętnie odpowiadając:
—
We Wrzeszczącej Chacie. Wbrew powszechnej opinii nie jest ani trochę
nawiedzona.
—
Ale od kiedy ty…
—
Dlaczego nic nie powiedziałaś? — przerwał jej, jego ciało się napinało.
Zatrzymała
się i oparła widelec z jedzeniem o talerz.
—
Słucham?
—
Dlaczego nic nie powiedziałaś? — powtórzył. Całe jego ciało było sztywne, a dłonie
zaciśnięte w pięści. — Wiedziałaś od tygodni! Spodziewałem się, że pojawią się
Aurorzy i wywloką mnie w kajdanach, ale nic takiego nie miało miejsca. Teraz
jestem tu na twojej łasce, więc w co
grasz?
Otworzyła
usta ze zdumienia. To było trafne pytanie. Nie przyjaźnili się w szkole, ale
dawno temu przestała uważać go za wroga. To było mniej więcej w tym samym
czasie, gdy Harry przyszedł do nich i wyjawił, jak uwięziony i zdesperowany był
Draco w noc śmierci Dumbledore’a.
Odwróciła
od niego wzrok i przygryzła wargę.
— Przez ostatni miesiąc polubiłam twoje
towarzystwo. Więc kiedy zaczęłam podejrzewać, że możesz być Draco Malfoyem,
przywiązałam się do ciebie i poczułam niemałą ciekawość.
—
Ale! — Jego głos był eksplozją uczuć, a potem wyraźnie brakło mu słów, bo
odwróciła się i zobaczyła go z dłońmi zaciśniętymi w oczach. Kiedy w końcu
doszedł do siebie, opuścił je na stół i patrzył na nią błagalnym wzrokiem. —
Ale ja byłem Śmierciożercą! Robiłem okropne, straszne rzeczy. Torturowałem
ludzi. Ja… ja…
Hermiona
wyciągnęła rękę, by chwycić jedną z jego drżących dłoni.
—
Jeśli szczerze mi powiesz, że chciałeś
zrobić którąś z tych rzeczy, natychmiast wezwę Aurorów.
Zamrugał,
jego oczy były zaczerwienione, a źrenice rozszerzone. Czuła, jakby balansowała
na krawędzi. Ich przyjaźń była niepewna, zbudowana na sieci kłamstw. Malfoy był
duchem, który mógł zniknąć w każdej chwili i choć jego dłoń była zimna w jej
dłoni, miała nadzieję, że jej dotyk stanowi pocieszenie, a nie niechciane
najście.
—
Nie chciałem. Niezupełnie — wyszeptał, a wyznanie wiele go kosztowało. —
Powiedziałem, że chcę. Próbowałem wmówić sobie, że tego właśnie chcę, ale
nienawidziłem tego wszystkiego.
—
Dlatego zniknąłeś?
Delikatnie
musnęła kciukiem jego kostki.
Był
jak dzikie zwierzę. Draco Malfoy, którego znała, dramatyzował i był okrutny.
Teraz posługiwał się najbardziej podstawowymi instynktami. Rzucał się na
najlżejszą prowokację. Reakcja istoty kopanej, aż nie mogła już reagować.
Człowieka stworzonego przez traumę.
—
Spodziewali się, że wszystko wróci do normy. — W jego oczach malowało się
szaleństwo, gdy wyjaśniał. — Miałem się ożenić i zacząć żyć jako dziedzic czystej
krwi, którym zawsze byłem. Mimo że dręczyły mnie wspomnienia tego, co zrobiłem.
Nie mogłem spać. Nie mogłem jeść. Kto chciałby poślubić kogoś takiego?
Jej
głos brzmiał nienaturalnie cicho w porównaniu z jego wybuchem.
—
Więc odleciałeś?
Skinął
głową, swobodnie opierając ją o ramiona i wysunął język, by zwilżyć usta.
—
Kiedy byłem w powietrzu, nie mogłem się zatrzymać. Latałem, aż bolały mnie
skrzydła i oddychanie. Kiedy wylądowałem, nie wiedziałem, gdzie jestem. W
oddali widziałem dziwny budynek w kształcie gawrona. — Spuścił wzrok podążając
śladem, którym jej kciuk głaskał jego kciuka. — Luna stała na dachu, jej włosy
powiewały za nią jak u postaci z bajki. Rozpoznałem ją od razu. Nie podaje się
komuś jedzenia przez kraty każdego ranka i nie pamięta jego twarzy. Wiedziałem,
że nie powinienem, ale musiałem wiedzieć, że nic jej nie jest, że udało jej się
wyjść z tego cało, w lepszym stanie niż ja. Spojrzała prosto na mnie i
powiedziała Cześć, Draco. — Zaśmiał
się cicho, z niedowierzaniem. — Nawet się nie zawahała.
Hermiona
jęknęła.
—
Byłeś z Luną przez ten cały czas? To ty jesteś powodem, dlaczego to wszystko
zrobiła?
Wskazała
na dom i przylegający do niego sklep.
Spojrzał
na nią, uśmiechając się krzywo, co sprawiło, że poczuła się lekko i rześko.
Przypominał Draco, którego znała od dawna. Tego bezczelnego, a nie złośliwego.
—
Powinnaś wiedzieć równie dobrze jak ja, że moja kuzynka jest kompletnie
nieprzenikniona w swoich intencjach.
Potrzeba,
by wyrzucić z siebie niekończący się strumień pytań, była silna. Byli kuzynami?
Czy zawsze o tym wiedział? Dlaczego nie odleciał, gdy Luna wyjechała? Dlaczego
miałby tu z nią zostać? Co o niej
myślał?
Zamiast
tego, odsunęła się, cierpiąc z powodu braku jego dotyku.
—
Powinniśmy zjeść, zanim wystygnie. Przecież jest jeszcze Crème Brûlée na deser.
Kilka
razy otworzył i zamknął dłoń, jakby niepewny, co z nią zrobić, zanim wrócił do
jedzenia. Starała się go nie obserwować. Nie patrzeć na to, jak jego usta
zaciskają się na jedzeniu. Jak zamykają się jego oczy i jak wzdycha, gdy coś
szczególnie mu smakuje. Musiało to być spowodowane tym, że od dawna nie jadł
prawdziwego, domowego posiłku, ale ona i tak skorzysta z każdej okazji, by mu
to zapewnić.
Kiedy
skończył, ponownie otarł usta i umieścił nóż z widelcem na środku talerza.
—
Dziękuję — powiedział cicho. — To było niesamowite.
Hermiona
zebrała naczynia i postawiła je w zlewie, żeby same się umyły, uprzednio
rzuciwszy na nie zaklęcie czyszczące.
—
Och, schlebiasz mi.
—
Naprawdę. — Kiedy odwróciła się do niego, jego spojrzenie było intensywne. —
Granger, dziękuję ci za wszystko.
—
Cała przyjemność po mojej stronie, Malfoy.
Nie
mogła powstrzymać uśmiechu, który rozlał się po jej twarzy.
—
Nie, ja… — Wyciągnął rękę, żeby chwycić ją za dłoń. Jego gardło ściskało się z
wściekłości, gdy z trudem wydobywał z siebie słowa. — Nie zasługuję na to. Na nic z tego. Po wszystkim, co ci
zrobiłem i powiedziałem. Nie wiem jak mógłbym za to przeprosić, ale przepraszam, jeśli to cokolwiek znaczy.
Gdybym mógł cofnąć czas i wszystko zmienić, zrobiłbym to.
Desperacja
w jego oczach była piękna. Portret złamanego człowieka całkowicie zdanego na
jej łaskę. Ale kiedy zajrzała w głąb siebie, już nie czuła urazy. Został
ukarany przez o wiele potężniejsze i bardziej nikczemne siły niż jej gniew. Jej
pragnienie zemsty umarło dawno, dawno temu. Był wrakiem człowieka i jedyne,
czego pragnęła, to pomóc mu na nowo poskładać wszystko w całość.
Trzymała
jego dłoń między swoimi.
—
Malfoy, dziękuję za przeprosiny, ale wybaczyłam ci dawno temu. Czy to by cię
uszczęśliwiło? Gdybyśmy zaczęli od nowa?
Skinął
głową krótko i gwałtownie, jakby bał się to przyznać.
—
Bardzo bym tego chciał. — Potem wstał, czując ciężar ciała. Odgarnął włosy i odkrząknął,
po czym powoli wyciągnął dłoń w jej stronę. — Nazywam się Draco Malfoy —
zawahał się, zanim kontynuował: — ale możesz mi mówić Draco, jeśli chcesz.
Hermiona
poczuła, jak kolejny z tych uśmiechów wykrzywia jej twarz.
—
Z przyjemnością. Nazywam się Hermiona Granger i możesz mi mówić Hermiona.
—
Hermiona — wyszeptał jej imię jak modlitwę, jednocześnie nabożnie i z
namaszczeniem, zanim jego twarz znów zbladła.
—
Może zjemy Crème Brûlée? — zaproponowała, szturchając go.
Znów
skinął głową i usiadł, ale dostrzegła cień uśmiechu. Jego radość była
najsłodszymi przeprosinami, jakich mogła oczekiwać.
~*~*~*~*~*~*~*~*~*~
Zaproponowała
mu miejsce do spania na kanapie, ale mimo że obiecała trzymać Krzywołapa z
daleka, postanowił wrócić do sklepu na swoje miejsce. Nadal był skrytym i
załamanym, młodym mężczyzną, który zachowywał się jak zrzędliwy i opryskliwy
osiemdziesięciolatek, nawet jeśli obietnica nowego początku napawała ją mglistą
nadzieją. Tak miło było patrzeć, jak mury, które wokół siebie budował, powoli
się rozpadają. Jego sarkastyczne poczucie humoru kilka razy rozbawiło ją do
łez, gdy opowiadał o klientach.
Po
raz pierwszy od dawna z optymizmem patrzyła w przyszłość.
Ich
poranna rutyna polegała na tym, że zakradała się do sklepu, żeby go obudzić po
przygotowaniu śniadania dla nich obojga. Zawsze spał twardo, jego upierzona
klatka piersiowa unosiła się i powoli opadała. Cichy świst oddechu ledwo był słyszalny
pod skrzypieniem desek pod jej stopami.
To
zawsze wywoływało uśmiech na jej twarzy.
—
Draco — wyszeptała. — Śniadanie gotowe.
Jego
oczy powoli się otworzyły w lakoniczny sposób, typowy dla kogoś, kto niedawno
stracił przytomność. Zamrugał dwa razy, zanim jego wzrok się wyostrzył i skupił
na niej. To było cudowne, za jak uroczego go uważała w ptasiej postaci.
Obdarzyła go swoim najsłodszym uśmiechem i powtórzyła:
—
Śniadanie gotowe.
Pokręcił
głową, zanim zeskoczył z grzędy na ziemię. Z ciekawością obserwowała, jak wraca
do ludzkiej postaci. Było to o wiele bardziej spektakularne niż te kilka razy,
kiedy widziała to u Syriusza. Draco wyprostował się, stojąc, jakby wykonywał
powitanie słońca, kończąc z rękami wyciągniętymi ku niebu, rozciągając ciało.
—
Dzień dobry — mruknął, szczerze się uśmiechając.
—
Dobrze spałeś? — zapytała, wracając do domku.
Kiedy
obejrzała się przez ramię, wydawał się pewniejszy siebie i mniej przypominał
nowonarodzonego źrebaka stąpającego po lodzie. Jego wyraz twarzy był zamyślony,
gdy rozważał jej pytanie.
—
O dziwo, tak — odpowiedział wyraźnie, wciąż ochrypłym od dnu głosem. — Nie
śniłem.
Cisza,
która zapadła po jego słowach, była dziwnie kojąca. Weszli do małego domku i
wślizgnęli się do kuchni w serdecznej ciszy. Jedynymi dźwiękami było miauczenie
Krzywołapa i brzęk sztućców. Hermiona uwielbiała spokój, jaki czuła w jego
obecności. Nie czuła presji, by wypełniać każdą chwilę słowami.
—
Chciałbyś spędzić z nami dzień? — zapytała, przerywając ciszę.
Zerknął
na nią; w jego pięknych oczach malowało się zmieszanie.
—
Zazwyczaj spędzam z tobą większość dni.
Lekki
rumieniec zagościł na jego policzkach.
Hermiona
przygryzła wargę. Przeszli długą drogę od wyzywania w szkole, ale to i tak
wydawało się przesadą.
—
Chodziło mi o ludzką formę. — Reszta jej słów wyrwała się z gardła. —
Planowałam czytać, z Krzywołapem u moich stóp. Nie mamy zamiaru nigdzie
wychodzić. Po prostu pomyślałam…
—
Tylko czytać? — przerwał jej, marszcząc brwi.
—
Tak — wymamrotała. — Myślałam, ze tak będzie wygodniej i szybciej.
Odwrócił
głowę, by spojrzeć w kąt, gdzie Krzywołap postanowił się bawić pluszową myszką.
Oboje patrzyli, jak kot gryzie zabawkę i z wściekłością potrząsa głową. Draco
zadrżał.
—
Z tym? — zapytał z niepokojem w głosie.
—
Krzywołap da ci spokój — odparła. — On i tak zazwyczaj nie lubi ludzi.
Draco
prychnął, wstając od stołu i kierując się na kanapę, która znajdowała się
daleko od kota.
—
To wierutne kłamstwo.
Hermiona
uśmiechnęła się szeroko, siadając po drugiej stronie i sięgając po książkę. To
było kłamstwo. Krzywołap niezaprzeczalnie go uwielbiał. Przy każdej
nadarzającej się okazji kot wdzierał się do jego przestrzeni i domagał się
uwagi. Hermionie wydawało się to najsłodszą rzeczą na świecie.
Ucieszyła
się, że zgodził się do nich dołączyć. Lubiła Silvera, naprawdę, ale nie mogła
zaprzeczyć, że wolała spędzać czas z tą wersją Draco. Był jakoś łagodniejszy,
nie wspominając o tym, że znacznie przyjemniejszy dla oka. Narzekał i
protestował, ale ostatecznie uległ jej prośbie, niczym dziadek rozpieszczający
nadpobudliwą podopieczną. Zawsze nieuchronnie ustępował. To sprawiało, że
czuła, jakby znaczyła coś dla niego, a nie była tylko kobietą mieszkającą w
jego domu.
—
Ale on cię uwielbia — zażartowała, podwijając nogi pod siebie i kładąc głowę na
oparciu kanapy.
Draco
spojrzał na nią z ukosa, po czym położył głowę obok niej.
—
Tak, podejrzewam, że jest dość zdezorientowany, dlaczego wyglądam tak
smakowicie.
Hermiona
zachichotała na jego żart, gdy Draco walczył z uśmiechem. Jego zrzędliwa
postawa powoli ustępowała. Ten uśmiech, który tak pokochała, pojawiał się coraz
częściej. Miał dołeczki, które pojawiały się tylko wtedy, gdy był na tyle
rozbawiony, by szeroko się uśmiechnąć. Postawiła sobie za cel widywanie ich jak
najczęściej.
—
Niestety, nigdy nie poznamy powodów jego uczuć — jęknęła dramatycznie, po czym
nagle usiadła — chyba że użyjemy tego zaklęcia. Znasz je. To, które pozwala ci
ze mną rozmawiać, kiedy jesteś w formie animaga.
Draco
się roześmiał. Cudownie było na to patrzeć. Bolały go plecy i objął ramionami
swoją talię. Hermiona nie miała pojęcia, co takiego powiedziała, że wywołało
taką reakcję, ale zachwycała się efektem.
—
Co? — zapytała. — Co jest takie śmieszne?
Znów
odchylił głowę na kanapę, ciężko łapiąc oddech.
—
Nie ma żadnego zaklęcia. Jestem urodzonym Legilimentą. To była Legilimencja
Hermiona
zamarła. Niezliczone wspomnienia chwil, kiedy mówił prosto do jej mózgu,
wypłynęły na powierzchnię i wyświetlały się w jej głowie, jak te, gdy tata
kazał rodzinie oglądać kompromitujące zdjęcia na projektorze. Gorąco uderzyło
ją w z karku i rozlało po twarzy.
Legilimencja!? Wkładała tyle
wysiłku w to, co mówiła, kiedy przez cały czas plądrował jej myśli. PYTAŁA GO,
CZY SWĘDZĄ GO PIÓRA!
Uderzyła
go w ramię.
—
Cały ten czas!? Cały ten czas byłeś w mojej głowie!?
Draco
zmarszczył brwi, masując ramię.
—
Nie cały czas. Tylko kiedy odpowiadałem na twoje pytania. I przypominam, że
żądałaś tego ode mnie.
Hermiona
wstała i odeszła od kanapy. Poczuła mdłości. Wszystkie te wątpliwości i
niepokój o to, czy odejdzie, skoro od początku wiedział, że coś podejrzewała.
Jęknęła, zakrywając oczy dłońmi. Jej wewnętrzny monolog był tak niewiarygodnie
obciążający.
—
Nie wiedziałam, że za każdym razem, gdy to robisz, czytasz mi w myślach!? —
wykrzyknęła. — Nie sądzisz, że to dość ważna informacja?
Merlinie,
była zawstydzona. Wiedział, co czuła. Ile razy zastanawiała się, czy ją lubi.
Ile razy myślała, że wygląda trochę jak Legolas. Jak martwiła się, czy zniknie
w mroku nocy.
—
Hermiono.
Jego
głos rozbrzmiał bardzo blisko, ale nie chciała patrzeć. Gdyby uniosła głowę,
zobaczyłby rumieniec na jej twarzy, czerwonej jak burak, albo panikę w oczach.
Czy wiedział o uczuciu, które narastało w jej piersi? Nie chodziło tylko o
pociąg, jaki czuła, bo był bardzo atrakcyjny. Nawet przed sobą nie do końca przyznała, jak głęboko sięgały te uczucia.
Jego
dłonie były zimne, gdy dotknął jej nadgarstków i delikatnie pociągnął w dół.
—
Hermiono — powtórzył cicho. — W większości wyświetlam. Widzę tylko
powierzchowne myśli o to, o czym myślisz w danej chwili.
Hermiona
zerknęła na niego i zobaczyła jasne, intensywne oczy. Bogowie, był piękny.
Mogła się zatracić w tych oczach. Spaść głęboko w przejrzyste otchłanie gwiazd
i nigdy się nie wynurzyć.
—
Więc niewiele widziałeś? — dopytywała.
Zawahał
się.
—
Nie.
—
O mój Boże, co widziałeś!? — krzyknęła, ponownie go uderzając.
—
Myślisz, że przypominam Legolasa — potwierdził z ironią w głosie.
Hermiona
wydała z siebie bezsłowny dźwięk upokorzenia.
—
Nie.
—
Myślisz, że moje oczy błyszczą.
Kącik
jego ust niemal uniósł się w uśmiechu.
—
Jesteś bardzo ładnym ptakiem — odparła zdawkowo.
Dopiero
gdy dotknęła plecami ściany, zdała sobie sprawę, że się cofała. Górował nad
nią, opierając dłoń o ścianę, a ona nie mogła się powstrzymać od uniesienia
głowy, by spojrzeć w te niesamowite oczy.
—
Tylko wtedy, gdy jestem ptakiem? — zapytał cicho.
Zaparło
jej dech w piersiach. Był śliczny przez cały czas. Wszystko, co robił, uważała
za uroczo słodkie, od jego sarkastycznych odpowiedzi po zrzędliwe miny, które
pojawiały się, gdy próbowała wyrwać go ze strefy komfortu. Kiedy budził się
rano i był taki bezbronny, jego uśmiechy były niewinne i swobodne. To była
teraz jej ulubiona część dnia.
—
Ja…
Tylne
drzwi domku otworzyły się z długim, głośnym skrzypnięciem. Draco wrzasnął, a
potem jego pisk zmienił się w skrzeczenie, gdy przemienił się z powrotem w
Silvera i poleciał na oparcie kanapy. Hermiona pobiegła do korytarza
oddzielającego przód od tyłu domku, gdzie zastała Lunę lewitującą gigantyczną
torbę podróżną.
—
Hermiono — powitała ją drobna blondynka. — Twoja plaga wodorostów prawie
całkowicie zniknęła.
—
Luna — przywitała się Hermiona ochrypłym głosem. — Wróciłaś.
Luna
westchnęła.
—
Tak. Tata się przeziębił i nie polepszało mu się, więc postanowiliśmy wrócić. —
Oparła ręce na biodrach i tęsknie spojrzała przez okno. — Zrobiliśmy duże
postępy. Jestem pewna, że następnym razem, gdy spróbujemy, uda nam się.
—
Kiedy planujecie wyruszyć? — zapytała Hermiona z nadzieją.
Luna
odwróciła się do niej i wzruszyła ramionami.
—
Nie jestem pewna. — Musiała dostrzec Draco na końcu korytarza, bo przebiegła
obok i delikatnie go przytuliła. — Silver! Byłeś grzeczny?
Draco
wydał z siebie kolejny pisk oburzenia, gdy Hermiona się roześmiała. Uroczo było
patrzeć, jak ta dwójka się ze sobą komunikuje, ale jakaś mroczna część jej
duszy tego nienawidziła. W końcu zaczęła czuć, że coś się rodzi między nią a
Draco, tylko po to, by Luna wróciła do domu i… Frustracja ścisnęła jej żołądek
niczym coś mrocznego i podstępnego.
Hermiona
spróbowała zignorować zazdrość i odpowiedziała:
—
Mniej więcej.
Draco
spiorunował ją wzrokiem. Luna uklękła, by podrapać Krzywołapa za uszami, po
czym odwróciła się do Hermiony.
—
Wyobrażam sobie, że nie możesz się doczekać powrotu do domu. Nie wiem, jak ci
dziękować za pomoc.
Hermionie
zaparło dech w piersiach. Miała wrócić do domu. Luna nie potrzebowała jej
pomocy w prowadzeniu sklepu. Działał idealnie, zanim pojawiła się Hermiona, i
będzie działał po jej odejściu. Koniec wczesnych poranków z delikatnymi,
nieostrożnymi uśmiechami. Koniec sarkastycznych przekomarzań na temat
mieszkańców Hogsmeade. Jej życie tutaj, tak tymczasowe, jak zawsze, dobiegło
końca.
—
Daj mi pół godziny na spakowanie rzeczy, a zniknę ci z oczu — wychrypiała ledwo
słyszalnym głosem.
Luna
zaśmiała się z dźwiękiem, który brzmiał niemal jak dzwoneczki.
—
Och, bez pospiechu. Nie spieszy nam się, prawda, Silver?
Hermiona
spojrzała na Draco. Stał nieruchomo, jego wzrok był w nią wbity, a wyraz twarzy
zupełnie pusty. Jego uczucia były tak nieodgadnione jak teksy w starożytnym
sumeryjskim.
Hermiona
uciekła do swojego pokoju, zanim łzy zdążyły się utworzyć w jej oczach i
spłynąć po policzkach.
Brak komentarzy