[T] To, co jest między nami: Operacja „Zdobyć Granger”

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Witajcie :) w poniedziałkowy wieczór pora na nowy rozdział tego tłumaczenia. Będziemy świadkami rozmowy Draco z przyjaciółmi i poznamy nowego współpracownika Hermiony. Oczywiście ktoś będzie zazdrosny. Możecie obstawiać kto ;)

Na kolejny rozdział zapraszam za dwa tygodnie. Miłej lektury!

____________


Rozdział 29: Operacja „Zdobyć Granger”

 

Grudzień 1996

 

Minęło dziesięć minut, odkąd wyszła, ale Draco wciąż czuł tę pulsującą potrzebę w swoim ciele. Myśl o tym, by zatracić się w niej, choć raz, była tysiąc razy lepsza niż myśl o powrocie do domu za nieco ponad tydzień.

Dom. Gdzie ciotka będzie na niego czekać, z zepsutymi zębami i błyskiem złośliwości w oczach. I będzie ból, ucisk i przeraźliwy, diaboliczny chichot. Co gorsza, on tam będzie. Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Sam-Wiesz-Kto. Czarny Pan. Lord Voldemort.

Mroczny Znak mrowił na ramieniu, przyprawiał o dreszcze. Draco z trudem przełknął ślinę. Odkąd otrzymał to cholerstwo, czuł się inaczej. Nie dziwnie — inaczej, po prostu… inaczej. Jakby mógł zatracić się w myślach, które w innym przypadku by odrzucił, gdy tylko wkradły się do jego umysłu — myślach takich jak ta, jak cudownie byłoby patrzeć na siniaki na skórze Granger.

Wyglądałaby uroczo w siniakach, które by zrobił, był tego pewien — może na szyi.

I właśnie takich myśli nie powinien mieć. Wiedział o tym, wiedział, jak cholernie okropne to było, niezależnie od tego, czy była szlamą, czy nie. Ale nie mógł się powstrzymać, a przy wszystkim, co działo się w jego życiu (co szło nie tak), jego jedynym ukojeniem było fantazjowanie o tym, jak by to było złapać ją za te loki i usłyszeć jęki przeznaczone tylko dla niego.

— Draco?

Wzrok utkwił w wąskim przejściu i westchnął z ulgą.

— Pansy. Co ty tu robisz?

Zmarszczyła brwi.

— Miałam cię zapytać o to samo. Jest już cisza nocna.

Draco zacisnął szczękę i odwrócił wzrok, wracając do miejsca, gdzie wcześniej siedziała Granger.

— Jakby cię to obchodziło.

Pansy prychnęła.

— Oczywiście, że nie, ale szukałam cię i czułam, że cię tu znajdę.

Draco nie odpowiedział, a Pansy przez chwilę milczała, stając tuż obok niego. Coraz bardziej odczuwając twardość między nogami, poruszył się lekko, zakrywając krocze szatą.

Pansy cmoknęła niecierpliwie.

— Naprawdę, Draco. Jej już tu nie ma.

— Odwal się — warknął.

Pansy jęknęła i chwyciła go za rękę, ściągając z krzesła.

— Chodź, zrzędo.

Nie miał siły, żeby z tym walczyć.

— Czego chcesz, Pansy?

Spojrzała na niego z psotnym uśmieszkiem.

— Wybiję ci ją z głowy. Albo wprowadzę tam siebie, nie wiem.

Zmarszczył brwi.

— Co to ma znaczyć?

Wyciągnęła go z biblioteki i poprowadziła korytarzami, odpowiadając na jego pytanie jedynie chichotem i sugestywnym uśmiechem; nie pomogło to w niczym jego narastającej erekcji, bo chociaż Granger ją spowodowała, Pansy była ciepłą, pełną energii dziewczyną z ładnym biustem i jędrnym, krągłym tyłkiem, która naprawdę mogłaby go przelecieć.

Zaprowadziła go na siódme piętro, na lewo, a Draco zatrzymał się w miejscu, niemal dorównując jej, gdy go szarpnęła.

— Dokąd my, kurwa, idziemy, Pansy? — wychrypiał.

— Do Pokoju Życzeń, głuptasku. — Rozpromieniła się, poruszając brwiami. — Pospiesz się, zanim Filch albo pani Norris nas znajdą. Chciałabym ci coś pokazać.

Serce waliło mu jak młotem, pot szybko spływał mu po karku, a w piersi czuł chłód.

— Nie — powiedział szybko.

Tak, chodź — nalegała. Kiedy Draco się nie poruszył, podeszła bliżej, wykrzywiając usta w uśmieszku. Stanęła na palcach, jej oddech musnął jego brodę, gdy szepnęła: — Myślę o… replice biblioteki. To byłoby fajne, nie sądzisz?

Zmarszczył brwi, ale był zbyt pochłonięty pytaniami, które kłębiły się w jego głowie, by się z nią zmierzyć, gdy ciągnęła go korytarzem do pustej ściany. Kiedy drzwi się pojawiły, Draco poczuł bolesny ucisk w piersi. Dopiero gdy zdał sobie sprawę, że to nie Pokój Życzeń pełen ukrytych rzeczy, a idealnie odwzorowanie szkolnej biblioteki, mógł wreszcie odetchnąć.

Ulga ogarnęła go, kiedy wszedł do środka, a drzwi zniknęły. Pansy wciągnęła go głębiej do środka, chichocząc przy tym, i kazała mu poczekać, aż zniknie za regałami z książkami, prosząc, żeby nie podglądał.

Draco przewrócił oczami i oparł się o półkę. Nie miał już erekcji — prawdopodobnie z powodu narastającego lęku przed nakryciem — i Pansy z pewnością będzie rozczarowana. Nic nie mógł na to poradzić. Nadal mógł sprawić, że dojdzie. Przynajmniej jedno z nich mogło skorzystać z tej nocy.

Minęło kilka minut, zanim usłyszał, jak książka upada na podłogę w alejce za nim. Odwracając się, by spojrzeć, omal nie stracił tchu. Tam, w migoczący blasku świecy, zobaczył jej kręcone loki, niesforne fale, lśniące niczym idealna czekolada.

Draco, mój kochany — wypuść mnie!

Nie, to nie mogła być ona! Przetarł oczy, przekonany, że to tylko wybryk umysły, ale wtedy ona się poruszyła, skręciła za róg i…

Ta-da! Co o tym myślisz? — Pansy odwróciła się, jej ślizgońskie barwy zmieniły się w gryfońską czerwień, niebieskie oczy pociemniały do cynamonu, a czarne, gładkie włosy zwinęły się w czekoladowy bałagan. — Ćwiczyłam cały tydzień.

— Co to, kurwa, jest? — syknął Draco i cofnął się. — Pansy, co do kurwy?

Jej uśmiech zgasł.

— Słuchaj, Draco wiem, że nie czujesz się dobrze — powiedziała, a jej ramiona opadły. — Zachowujesz się dziwnie przez cały semestr i czuję w tobie frustrację! Rozumiem, twój ojciec jest w Azkabanie, a do tego ta twoja sytuacja z ciotką i… — Odchrząknęła i spojrzała na swoje buty. — Wiem, że nie jest idealnie, ale zależy mi na tobie, chociaż nie chcesz mi powiedzieć, co się do cholery dzieje, więc pomyślałam sobie… czemu po prostu, no wiesz, nie pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa? Nie mogę wyciągnąć twojego ojca z więzienia, ale mogę udawać Granger. Oczywiście, nie mogę być nią — chyba że ukradniemy trochę Eliksiru Wielosokowego Snape’owi i jestem na to gotowa — jednak to jest łatwe. Proste. Mogę się nawet obrócić, żebyś nie widział mojej twarzy.

Draco wpatrywał się w nią z opadniętą szczęką. Co chciała zrobić, wyglądając tak?

— Po prostu udawaj, że jestem nią — powiedziała niemal błagalnie. — To może trochę cię uspokoić, będziesz miał o czym myśleć podczas pobytu w domu na święta.

Coś ścisnęło się w jego sercu, prawie pękło, gdy spojrzał w oczy, które powinny należeć do Pansy. Należały do Granger, ale jednak nie do końca. Pansy naprawdę odrobiła pracę domową, ale jedynie w kwestii oczu i włosów. To wciąż była Pansy.

Zbliżyła się o krok, zagryzając dolną wargę.

— Wiesz, jeśli zrobimy to od tyłu, też mogę udawać.

Przełknął ślinę, czując, jak znów opada z niego żar. Nie będzie jej widział, a ona jego. Mógł udawać bez jej nadzoru i ona również. Nie mógł zaprzeczyć urokowi tej sytuacji.

Stanęła bliżej.

— Możesz być brutalny, jeśli chcesz. Nie mam nic przeciwko.

— Theo nigdy by tego nie zrobił.

— Wiem, a Granger nie lubi na ostro.

— Wiem.

— Ale my lubimy.

Zacisnął szczękę, jego kutas znów się rozbudził.

— Tak.

Była już blisko, pachniała różami i wanilią. Słodko, kwiatowo, kobieco. Ale nie tak jak ona.

— Możesz nazywać mnie szlamą, jeśli chcesz.

Oddech mu się zacisnął, twarz zalała fala gorąca.

— Ona by tego nie chciała.

— Wiem, ale ty tak.

Nie mógł zrobić nic innego, jak skinąć głową.

Pansy rzuciła mu ponętne spojrzenie, po czym uśmiechnęła się i odwróciła, a jej twarz zniknęła za lokami. Była tylko nieznacznie wyższa od Granger i jeśli wystarczająco się skupi, to może…

A co, gdyby natknął się na nią w bibliotece, niespodziewanie i samotnie? Co, gdyby przywarł do niej, pochylił ją nad jednym z biurek i po prostu zmusił, by mu uległa? Te myśli były oszałamiające i uwodzicielskie, a Znak na jego ramieniu to potwierdzał. Faworyzował. Sprawiały, że krew szumiała mu w uszach, w jego kutasie, i nie był nawet pewien, czy to on wyciągnął rękę i wsunął ją we włosy, chwytając mocno i przyciągając do siebie.

Granger sapnęła — nie, Pansy to zrobiła! — a on objął ją drugą ręką. Słowa brzęczały tuż za zaciśniętymi zębami, pragnąc wydostać się na zewnątrz. Jej pośladki uderzyły w niego, sprawiając, że zadrżał, zaciskając mocniej uścisk.

— Kurwa — jęknęła Pansy i zamknęła oczy, a jej usta opadły.

— Zamknij się, ty mała, brudna, szlamo — warknął, wypluwając słowa, rzucając ostrożność na wiatr.

Popchnął dziewczynę na stół, wciąż trzymając dłoń w jej brązowych lokach, i wziął głęboki, wzmacniający oddech, a moc zadrżała tuż pod jego skórą.

Gdyby tylko pachniała jak ona — jabłkami, jaśminem i książkami.

Było to niezręczne, niezdarne, choć daleko było do ich pierwszego razu, nawet w takiej sytuacji. Draco mógł ją naprawdę zranić, bo dał się ponieść emocjom, ale Pansy nic nie powiedziała. Chociaż oznajmiła, że sama będzie udawać, wciąż nazywała go Malfoyem, zachęcając do działania. Wiedział, że powinien się z tego powodu źle czuć, mieć wyrzuty sumienia, ale takie uczucia musiały po prostu poczekać.

Przynajmniej mógł udawać i przez chwilę, od pierwszego podniecenia do błogiego spełnienia, jego umysł, krew i ciało były spokojne. Nie miało znaczenia, że Pansy nie brzmiała jak ona, bo i tak wszystko sprowadzało się do jęków i skomlenia. Nie miało znaczenia, że była bledsza od Granger, bo jej tyłek i tak był czerwony. Nie miało znaczenia, że to nie była prawdziwa Granger, bo w jego umyśle nią była, a po drugiej stronie stalowych drzwi w umyśle Draco Granger dyszała, naga i zarumieniona, patrząc na niego złotymi oczami na swojej pięknej, piegowatej twarzy.

Dziękuję, mój kochany. Dziękuję, że tak dobrze się mną opiekujesz.

Miał za to dług u Pansy. Może do końca życia.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Październik 2004

 

— Blaise, gdzie trzymasz te cholerne miski?

Głos Pansy był piskliwy, a Draco, Blaise i Theo spojrzeli na siebie z niepokojem.

— Nie mam pojęcia — prychnął i zeskoczył z blatu. — Od kiedy interesujesz się gotowaniem?

— Uczę się być niezależna, bardzo dziękuję — rzuciła szyderczo przez ramię. — Skoro nie zanosi się na to, że kiedykolwiek wyjdę za mąż.

— Ale czy naprawdę musimy być twoimi królikami doświadczalnymi? — wycedził Blaise. — W mojej kuchni?

Draco zaśmiał się cicho do szklanki, opierając się o kuchenny blat. Świetnie się dziś czuł. Nie, nie tylko świetnie — spektakularnie. Miniony piątek był jak punkt zwrotny; kamień spadł mu z ramion, ogromny ciężar nagle zniknął, a Hermiona — jego ukochana Hermiona — była tą, która go zdjęła. Myśląc o ich rozmowie, o planach, które wspólnie opracowali, poczuł się niemal rozentuzjazmowany. Och, to rzeczywiście było niebezpieczne, ale jakaś jego część tęskniła. Myśl o ponownym złożeniu skarconego stroju była niebezpieczna, ale zawsze będzie jakaś cząstka jego osobowości, tęskniąca za pewnością siebie i poczuciem nietykalności, jakie mu to dawało.

Nie był mu obcy widok kobiet pragnących zakosztować niebezpieczeństwa, ale w przeciwieństwie do wszystkich innych, nie czuł wstrętu do Hermiony. Wręcz przeciwnie, czuł się w tym doskonale. W innym świecie mogłaby do niego należeć, co byłoby jego prawem. Oczywiście nie znała tych szczegółów i na razie nie będzie musiała ich znać. Może kiedyś, ale będzie musiał jej pokazać, że nigdy pierwszy jej nie skrzywdzi. Że potrafi kontrolować siebie i swoje pragnienia.

Od zeszłego piątku bardzo dużo myślał o kontroli; kiedy Hermiona powiedziała mu, że nie jest złą osobą, uwierzył jej, ale to skłoniło go do refleksji — kim by był, gdyby Czarny Pan wygrał Wojnę? Czy Bellatrix nadal by go szkoliła, kształtowała — gdyby Czarny Pan nadal go wspierał, opiekował się nim, kim by był? Nadal miałby swoje skłonności, nadal czułby się zaniepokojony zwykłą intymnością; nadal pragnąłby czegoś więcej, czegoś intensywnego, czegoś niebezpiecznego. Ale nigdy nie znalazłby Lady Lunette, nigdy nie nauczyłby się, jak to robić prawidłowo. Czerpałby przyjemność z zadawania strachu i bólu, ale nie wiedziałby, jak to potem uleczyć; byłaby to nieustanna walka między boską satysfakcją a miażdżącym poczuciem winy, a gdyby zdobył Hermionę… cóż, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej.

Ta myśl go przerażała. Wiedział, że nie kochałby jej mniej ani nie życzyłby jej źle, ale wiedząc, co czuł wtedy, jak porażka Czarnego Pana go upokorzyła i przyniosła ulgę, wiedział, że zwycięstwo by go zahartowało, dałoby mu poczucie, że wszystko mu się należy. Czy byłby wtedy w stanie się opanować?

Takie myśli były oczywiście bezcelowe. Nic takiego się nie wydarzyło, a on nie był tą osobą, jednak myśli nie dawały mu spokoju. Czy udawanie go zdezorientuje? Czy granica między fantazją a rzeczywistością się zatrze? Być może, ale być może musiał spróbować. Inaczej nigdy się nie dowie. Będzie wiecznie chodził z tym nienasyconym pragnieniem obiecanej mu mocy, ale nigdy nie będzie wiedział, czy potrafi się kontrolować.

To była próba ognia.

— Myślę, że to cudowne. — Głos Theo przerwał jego rozmyślania. — Nie, serio tak myślę! Powinniśmy przestać tak bardzo polegać na służbie. To niemodne. Żyjemy w nowym tysiącleciu.

— Właśnie! — krzyknęła Pansy. — Dziękuję, kochany Theo.

— No dobra — westchnął Draco i otrząsnął się z niepokojących myśli. — Co dziś w menu, Pansy?

— Robię makaron Alfredo z kurczakiem w sosie cytrynowo-czosnkowym.

Machnięciem różdżki książka kucharska uniosła się na wysokość jej oczu.

— Brzmi pysznie — powiedział Theo. — Pomóc ci?

Pansy spojrzała przez ramię, początkowo milcząc. Draco widział, jak otwiera usta, prawdopodobnie po to, żeby mu powiedzieć, żeby się odwalił w typowy dla siebie sposób, ale zaskoczyła ich wszystkich.

Odwracając się do niego z uśmiechem, rzuciła:

— Jeśli chcesz, może odmierzyć mąkę na ciasto.

Theo skinął głową i uniósł kieliszek.

— Już się robi, moja pani.

Pansy wyglądała wręcz promiennie.

Blaise tylko prychnął i upił łyk Ognistej Whisky.

— W każdym razie, jak mówiłam — dodała. — Skeeter uparcie chciała wiedzieć, czy jesteśmy parą, Draco. Chyba zbiera informacje na jakiś temat.

— Może wciąż nie porzuciła tematu o nieszczęśliwie zakochanej parze. — Zachichotał Blaise. — Być może myśli, że Draco traktuje Granger jak laskę na boku.

— Albo chce z niego zrobić kobieciarza — oświadczył Theo. — Najpierw schadzka z panną Parkinson, później pewnie będzie polować na Astorię, następnie seria innych, jednorazowych randek z pięknymi kobietami, a teraz poluje na ulubienicę wszystkich, Złotą Dziewczynę.

Draco mruknął i pokręcił głową.

— Och, ta stara nietoperzyca — powiedziała, grzebiąc w kuchennych szafkach Blaise’a — ale wciąż ma bardzo dobry instynkt. Z drugiej strony, nie trzeba geniusza, żeby dostrzec uczucie w twoich oczach na tym zdjęciu. Wyobraź sobie, jaka to byłaby soczysta historia, gdybyś był zaręczony z kimś innym. Miałam ochotę jej powiedzieć, że mamy kontrakt małżeński.

Draco przewrócił oczami.

— Czy ten cholerny bal będzie mnie wiecznie prześladować? Blaise i Theo też by ją pożerali wzrokiem! Jak do cholery miałem się temu oprzeć?

— Och, nie winię cię — powiedział Theo i zmarszczył brwi, odmierzając mąkę. — Od lat pożerasz ją wzrokiem — jak możemy oczekiwać, że nie będziesz tego robił, skoro tak wygląda?

— Dziękuję! — wykrzyknął Draco.

— Co, uważasz, że jest ładna?

Pansy zatrzymała się i spojrzała na Theo.

— No tak — odparł Theo i wzruszył ramionami, nie zauważając rozczarowania na twarzy Pansy.

Draco zmarszczył brwi. Theo naprawdę nie miał pojęcia.

— Znaczy — Theo wzruszył ramionami — ta sukienka była naprawdę odważna na taki bal. Wyobraźcie sobie, gdyby miała na sobie na Balu Bożonarodzeniowym!

— Och, biedny Draco by się spuścił w gacie, o tak!

Blaise zaśmiał się.

— Spierdalaj — warknął Draco.

— Nie — mruknął Theo, wysypując mąkę na blat. — Łaziłby za nią, aż znów dostałby w mordę.

Draco zmarszczył brwi, a Theo, Pansy i Blaise się roześmiali.

— A jak tam z nią? — zapytał Theo. — No wiesz, skoro już się pieprzyliście i w ogóle, to…

Rozległ się pisk, gdy w kuchni wybuchła mąka. Pansy krzyczała, co sprawiło, że chłopcy podskoczyli z przerażenia. Blaise rozlał swoją Ognistą Whisky, Draco o mało nie upuścił szklanki, a Theo zdołał rozbić jajka o podłogę.

Co. Zrobiliście? — wrzasnęła i wbiła wzrok w Draco. Nigdy nie widział jej tak wściekłej. — Draco Lucjuszu Malfoyu, ty pieprzony dupku! Przeleciałeś Granger bez mojej wiedzy?

Draco nawet nie wiedział, co powiedzieć.

Pansy wyciągnęła różdżkę i podbiegła do niego.

— Jak śmiesz? Mówimy sobie wszystko! Wszystko!

— Nigdy nie było odpowiedniego momentu, żeby ci powiedzieć! — migał się, ale nie uwierzyła.

Wbiła czubek różdżki w jego dolną szczękę i warknęła:

— Nigdy nie było odpowiedniego momentu? Więc znajdź czas, Draco! Przeleciałeś Granger? Nie wolno ci tego przede mną ukrywać!

— Do diabła, Pansy! — warknął i odtrącił jej różdżkę. — W czym masz problem?

Ja mam problem? — ryknęła. — Jaki ty masz, kurwa, problem?

— Dobra! — wycedził. — Dobra! Przeleciałem ją. Zadowolona?

Cofnęła się o krok, a jej szczęka opadła. Cały gniew zdawał się rozpraszać, gdy w jej niebieskich oczach pojawiło się rozczarowanie. Jej twarz, włosy i ubrania były oprószone mąką, policzki zaczerwienione i ta scena byłaby komiczna, gdyby nie druzgocący wyraz zdrady w jej oczach.

Wiedziała lepiej niż ktokolwiek inny o uczuciach Draco do Hermiony. Nigdy nie byli oficjalnie parą, ale byli dla siebie pierwszymi, na czwartym roku. Potem, cóż — stanowili dla siebie nawzajem pociechę. Schronienie. Ucieczkę.

Nie był wobec Pansy tak wrażliwy, jak powinien. Zrobiła dla niego tak wiele, pozwalając mu przelewać na nią całą swoją frustrację i ból serca, i to wcale nie w miły sposób; zawsze porównywano ją do Hermiony, nigdy nie była dla niego wystarczająco dobra. Mimo to nigdy nie sprawiała mu kłopotów, nigdy go nie krytykowała. Wiedziała, z jakimi trudnościami musiał się zmagać, próbując przestać czuć to, co czuł, i przez te wszystkie lata była dla niego cholernie dobrą przyjaciółką. Draco był jej dłużnikiem.

Oczywiście, to ona powinna była dowiedzieć się pierwsza.

Draco westchnął.

— Słuchaj, Pansy, przepraszam. Powinienem był ci powiedzieć. Theo nawet nie powinien był wiedzieć, a już na pewno nie powinien był nikomu mówić. — Spojrzał morderczo na przyjaciela, zanim znowu przeniósł wzrok na kobietę. — Naprawdę przepraszam.

Wpatrywała się w niego swoimi błyszczącymi, niebieskimi oczami, a jej usta wykrzywiły się w grymasie, który po chwili zmienił się w uśmiech.

— O mój Boże… przeleciałeś Granger!

Po tych słowach zarzuciła mu ręce na szyję w mocnym uścisku.

— Jasna cholera, ma okres, czy co? — mruknął Blaise, ale uciszyły go spojrzenia Draco i Theo. Uniósł ręce. — Też nie wiedziałem, ale nie wściekłem się, prawda?

— Spierdalaj, Blaise, wiedziałeś — prychnął Theo. — Powiedziałem ci.

— Że co? — warknął Draco, a Blaise uśmiechnął się szeroko.

— Tak, wiedziałem! — przyznał.

Pansy odsunęła się od Draco z westchnieniem.

— Musisz mi wszystko powiedzieć, Draco! Jak to się stało? Kiedy? Ile razy?

— Dobra, dobra, nie panikuj — mruknął i odepchnął ją, żeby otrzepać mąkę z ubrania. — Idź przygotować ten cholerny makaron, to ci powiem.

Podskoczyła w miejscu, odchodząc dumnie, by posprzątać bałagan kilkoma machnięciami różdżki. Wkrótce wyłożyła nowe jajka na blat i wróciła do wyrabiania ciasta.

— Gadaj, Malfoy.

Draco przewrócił oczami i zaczął opowiadać przyjaciołom, jak spotkał Hermionę, pomijając kilka bardzo osobistych szczegółów. Powiedział im o kłótni, ich ponownym spotkaniu i o niepokojącej akceptacji ze strony rodziców. Pansy, Theo i Blaise byli tak podekscytowani, że Draco naprawdę nie chciał im nic więcej mówić — nigdy.

— Nie wiedziałem, że robiliście to już tyle razy! — wydyszał Theo, trzymając ciasto, które Pansy wałkowała.

— Jestem zaskoczony, że w ogóle to zrobiliście — wycedził Blaise, siadając na kontuarze.

— Dlaczego? — Draco prychnął. — Myślisz, że nie mógłbym jej uwieść?

— Stary, próbujesz od dziesięciu lat. — Blaise uśmiechnął się szeroko. — Chyba mam prawo uważać, że Granger to twój ślepy punkt w temacie uwodzenia.

— Cóż, nie — odparła Pansy rzeczowo. — Draco nigdy nie odważyłby się rzucić na nią uroku. Prawda, kochanie?

Draco prychnął.

— Nie odważyłbym się?

No cóż, może i nie. Nie, z pewnością nie. Ale nie chciał im dawać tej satysfakcji. To była zbyt silna amunicja.

— Czyż nie byłaby to najzabawniejsza rzecz w szkole? — Zaśmiał się Theo. — Gdyby Draco próbował oczarować Złotą Dziewczynę? Wyobraźcie sobie, jak bardzo by się przerzucali obelgami i pochwałami!

— Nie wspominając o wszystkich ciosach, które by mu wymierzała.

Zaśmiał się Blaise.

Draco mruknął coś pod nosem.

— I wyobraźcie sobie, ile byśmy się pieprzyli.

Blaise prychnął.

— Jak bardzo byś chciał, żebyście się pieprzyli. Cóż, to by się niczym nie różniło, prawda?

Draco się zjeżył. Gdyby tylko wiedzieli, jak bardzo ona lubi dostawać klapsy, nie żartowaliby z tego. Mógł ich po prostu ignorować; Salazar wiedział, że próbował latami. Ale było coś w tym, że go podjudzali, co doprowadzało go do szału — i może właśnie dlatego to robili.

— Więc, Draco — zaczął Blaise, kierując na niego swoje ciemne oczy. — Jak to zrobiłeś? Jasne, za pierwszym razem straciłeś kontrolę, ona była zainteresowana i było fajnie — ale jak ją przekonałeś, żeby zrobiła to ponownie?

Draco zmrużył oczy i uśmiechnął się szyderczo.

— No cóż, Blaise, jestem po prostu tak dobry.

Blaise prychnął, a Theo zmarszczył brwi i powiedział:

— Jesteś pewien, że ona nie wykorzystuje cię tylko do seksu, stary?

Pansy sapnęła, ale Draco pokręcił głową.

— Nieważne. Nie obchodzi mnie to. Może mnie wykorzystywać, ile chce i tak długo, jak chce.

— Oczywiście, że nie wykorzystuje go tylko do seksu! — warknęła Pansy. — Mówimy o Gryfonce, na Kirke! Mówiłam ci Draco — podobasz jej się. A jeśli już ją przeleciałeś, a ona nadal patrzy na ciebie takim wzrokiem, to nie chodzi jej tylko o seks.

Na te słowa Draco wyprostował się nieco.

— No to powiesz jej prawdę? — zapytał Theo, przez co Pansy poślizgnęła się i syknęła z bólu.

Draco zmarszczył brwi.

— Nie wiem, czy…

— Musisz dać temu czas, Draco — oznajmiła i spiorunowała go wzrokiem. — Nie jesteś jeszcze na to gotowy. Ona też nie.

— Skąd wiesz? — zapytał Theo.

— Ma dar. — Blaise wzruszył ramionami, a Draco podziwiał jego nieskazitelną, kamienną twarz. — Po prostu wie takie rzeczy.

Theo spojrzał na niego z niedowierzaniem.

— No dobrze, ale nie czekaj za długo. Są inni chętni.

To sprawiło, że pozostali podnieśli wzrok.

— Co? — bąknęła Pansy.

Theo skinął głową.

— McLaggen poluje, mówię wam.

Och, ten cholerny McLaggen. Draco miał ochotę w coś uderzyć, słysząc jego nazwisko.

— Skąd wiesz?

Hermiona z pewnością nigdy nie zaakceptowałaby tego cholernego błazna. A jednak…

— Cóż, byłem na kolacji jakiś tydzień temu z kilkoma przedstawicielami Rosier Laboratory. Próbujemy ich namówić do współpracy z apteką. Myślę, że to byłaby dobra inwestycja i…

— Do rzeczy, Theodore — warknął Draco.

— Wybacz — mruknął. — W każdym razie. McLaggen był jednym z przedstawicieli i po kilku Ognistych Whisky zaczęliśmy rozmawiać. Rozmawialiśmy o życiu kawalerów, a on brzmiał, jakby nie sądził, że będzie sam jeszcze długo. Zapytałem, kto zwrócił jego uwagę, a on powiedział — dodając z wielką pewnością siebie — że na Hermionę Granger. Twierdził, że mieli burzliwy romans tuż po tym, jak zerwała z Weasleyem i…

Romans? — Pansy o mało nie krzyknęła. — Czy ten oślizgły palant naprawdę nazywa to romansem? Prześladował ją, na Salazara, a ona brutalnie go zrugała, publicznie na dodatek! Pisali o tym we wszystkich gazetach. Ten typ musi mieć urojenia.

Draco wykręcił szczękę, zaciskając dłonie. Wystarczająco złe było to, że McLaggen tańczył z nią na balu i wysłał jej kwiaty do Świętego Munga — ale czy naprawdę myślał, że ma u niej szansę?

— Co jeszcze powiedział? — warknął Draco. Pozostali ucichli i spojrzeli na niego, gdy zmarszczył brwi. — Więc?

— Draco, stary — zaczął Blaise i zsunął się z blatu. — Uspokój się.

— Co jeszcze?

Draco wypowiedział każde słowo, wiedząc, że brzmi groźnie, ale nie obchodziło go to. Jeśli McLaggen myślał, że wyskoczy w świat Hermiony, po tak wyraźnym odrzuceniu, to miał urojenia.

Theo wzruszył ramionami.

— N-nic! Powiedział tylko, że ma oko na Hermionę Granger i nie sądzi, by miał być singlem przez długi czas. Brzmiało to tak, jakby coś między nimi było. Nie wiem! Nie powiedział nic konkretnego.

Draco wziął kilka głębokich oddechów. Hermiona należała do niego, a ten obrzydliwy, mały kretyn nie tknie nawet włosa z jej głowy. Wściekłość była namierzana i czuł ją aż po koniuszki palców. Mroczny Znak huczał, pragnąc zadać ból, a on wiedział, że nigdy nie będzie prościej go uwolnić niż na jebanym Cormacu McLaggenie.

Blaise zmarszczył brwi i podszedł.

— Stary, serio. Masz to spojrzenie w oczach. Uspokój się.

— Jestem spokojny — powiedział Draco i wziął łyk Ognistej Whisky.

Blaise nie był przekonany.

— Ona nigdy nie wybrałaby tego palanta. Wiesz o tym.

— Wiem.

— Więc nie musisz być tak zaborczy i szalony.

— Nie zamierzam.

Wyobrażał sobie po prostu wszystkie wspaniałe sposoby, na jakie mógłby torturować McLaggena, i tyle. Może poderżnie mu gardło albo połamie wszystkie kości; może wydłubie mu oczy, a potem wyrwie mu po kolei wszystkie zęby; może obdarłby go żywcem ze skóry i zostawił na pastwę kruków — nie, najpierw połamie mu wszystkie kości, a potem obdarłby go ze skóry i zostawił na pastwę losu. Och, Znakowi by się to spodobało. Wszystko w swoim czasie, może. Zacisnął zęby i westchnął.

— Nie martw się, Blaise. Nie wrócę do Azkabanu przez takiego kretyna jak McLaggen.

Chciał oczywiście powiedzieć, że nie będzie na tyle głupi, żeby dać się złapać na robieniu czegokolwiek, na co ma ochotę.

— Jeśli Granger ze wszystkich ludzi wybierze McLaggena, a nie ciebie — powiedział Theo i spojrzał na niego znacząco — to jest szalona.

— Cóż — mruknął Draco — jeśli tak się stanie, już jest martwy.

— Draco — zaczęła Pansy, machając lekceważąco ręką na pozostałych — nie musisz się martwić, kochanie. Granger bardzo dobitnie i głośno wyraża swoją niechęć do McLaggena, a teraz z tobą sypia! Myślę, że to wiele znaczy.

— Dobra, więc — powiedział Blaise i podciągnął się z powrotem na blat — kim jesteście? Kumplami z korzyściami?

Draco zmarszczył brwi.

— Nie.

— Więc jesteście tylko… z korzyściami?

Draco prychnął i odstawił szklankę.

— To coś więcej. To…

Ale czym to było? To, co wyznał w zeszły piątek w jej mieszkaniu, było czymś, czego nigdy nikomu nie powiedział. Nawet Pansy. Powiedział jej, mimo że bał się, że go przez to odrzuci, ale Merlinie! Widział wstyd w jej oczach, ten sam rodzaj lęku, który on czuł. Dlaczego Hermiona Granger miała przyznać się do niegrzecznych snach o Śmierciożercy? Dlaczego chciała przyznać się do podniecenia przez to, co ją prześladowało, przerażało?

Chciał wierzyć, że się do tego przyznała, bo rozpoznała to również w nim. Śmieciożerca rzeczywiście był dla nich obojga demonem. Jego wspomnienie o tym było wypalone na jego ramieniu, kusząc go każdego dnia obietnicą mocy; jej było wypalone na jej ramieniu obietnicą bólu. Żadne z nich nie powinno tego chcieć — nie chcieli tego w swoim życiu — ale oboje nosili blizny i mrok. Zawsze będzie istniało co by było, gdyby, a to, co zakazane, zawsze kusiło. Nigdy nikomu o tym nie powiedział i nigdy nie powie. Nikomu poza nią.

Zacisnął szczękę i spuścił wzrok, pocierając stopą o podłogę.

— Jesteśmy czymś więcej niż przyjaciółmi. Jesteśmy na wyłączność i… wierni. Ja jestem wierny. — Spojrzał na pozostałych. — Nie odpuszczę. Dopóki ona tego nie zrobi. Szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie, kim jesteśmy, dopóki jesteśmy.

— Draco — powiedziała cicho Pansy, opierając palce na starannie złożonych płatach makaronu. — To nie jest związek, jeśli tylko jedno z was o tym wie.

— Tak, stary — mruknął Blaise. — Może po prostu spróbuj?

— To wszystko zaczęło się w lipcu — rzucił Theo. — Jeśli nie chciałaby czegoś więcej, wątpię, żeby zaszła tak daleko.

Draco zacisnął szczękę, próbując stłumić strach. Wiedział, że zachowuje się niedojrzale, nie odważając się pójść o krok dalej; miał błogosławieństwo rodziców, mimo że mieli własne plany, i wiedział, że jego przyjaciele go wspierają — ale co z jej przyjaciółmi i rodziną? Nawet jeśli chciałaby być z nim w związku, czy by się odważyła? Gdyby role się odwróciły, nie był pewien, czy by się na to zdobył.

Ale gdyby udało mu się jej udowodnić, że nie chodzi mu tylko o seks, że nie chodzi mu tylko o to, by ją zdominować i zniewolić; gdyby udało mu się jej pokazać, że traktuje to poważnie, że pragnie również wszystkich przyziemnych rzeczy — czy dałaby się przekonać? Chciał budzić się obok niej, pić z nią kawę podczas rozmowy lub w milczeniu; chciał patrzeć, jak marszczy nos, czytając coś skomplikowanego, i chciał słuchać, jak zwierza się ze swoich codziennych zmartwień. Pragnął jej brzydoty równie mocno, co urody i pragnął tej małej, wszystkowiedzącej kujonki z bujnymi włosami i piegowatą cerą.

Chciał się z nią kłócić, godzić, spierać, śmiać się; chciał ubierać się z nią w luźne piżamy, oglądając głupie, mugolskie programy w telewizji, dyskutować przy herbacie i książkach. Chciał ją całować, pieprzyć i kazać jej krzyczeć jego imię.

Chciał wszystkiego. Chciał jej.

— Mam pomysł — powiedział i spojrzał na przyjaciół — ale przydałaby mi się pomoc.

— Chcesz, żebym jej przemówiła do rozsądku? — Pansy skinęła głową. — W przyszłym tygodniu poprowadzisz ją do ołtarza.

Draco prychnął.

— Nie. Blaise, wciąż bawisz się w antyki, prawda?

— Tak — odparł z niedowierzaniem. — Potrzebujesz czegoś starego?

Kąciki ust Draco uniosły się w górę.

— Potrzebuję czegoś, co może być trudno dostępne.

— Wiesz, że to pewnie będzie cię kosztować — powiedział.

— Cena nie ma znaczenia.

— Więc powiedz mi, co to jest, a zobaczę, co da się zrobić.

Theo zatarł ręce.

— To jest cholernie fantastyczne. Operacja „Zdobyć Granger” rozpoczęta.

— Nie nazywaj tego tak — ostrzegł go Draco, a Theo uniósł ręce w geście poddania.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Hermiona naprawdę nie lubiła poniedziałków. Nie chodziło o to, że nie lubiła przychodzić do pracy, po prostu zawsze przypominało jej to o wszystkich rzeczach, których nie zdążyła skończyć w poprzednim tygodniu. Gdyby mogła po prostu przeskoczyć do wtorku, wolałaby to, ale w obecnej sytuacji nie mogła.

Wciąż miała mapę rozwieszoną na jednej ze ścian, z nitkami biegnącymi tam i z powrotem, ale nie była bliska zrozumienia schematu działania Greybacka. Ostatnia rozmowa z Draco o sprawie dała jej jedynie informację, że w domu wilkołaka nic się nie działo, a miejsce prawdopodobnie zostało naruszone i Greyback tam nie wróci — co jeszcze bardziej wszystko utrudniło.

Próbowała kontynuować śledztwo w sprawie tajemniczego informatora, ale bez większych postępów; jeszcze mniej postępów było w śledztwie dotyczącym domniemanego zabójcy. Wszystko stanęło w miejscu i dręczyło ją to.

Wpatrując się w mapę, robiła w myślach notatki, próbując się skupić i zorganizować. Właśnie wróciła do biurka, żeby wszystko zanotować, gdy ktoś zapukał do drzwi.

— Tak? — zawołała Hermiona. 

Robards wszedł do środka, a za nim mężczyzna, który wydawał się być o kilka lat starszy od niej.

— Granger. — Robards skinął głową. — To detektyw Samuel Cross z Patrolu Czarodziejskiej Policji. Został przeniesiony z Wydziału Śledczego i przydzielono go do pomocy w śledztwie w sprawie Greybacka.

— Och.

Hermiona stała oszołomiona, a jej puls zaczął szybciej bić. Czy Robards w ten sposób chciał jej powiedzieć, że nie wykonuje swojej pracy należycie? Czy to było preludium do jej rychłego zwolnienia? Na pewno, pomyślała, Robards przeczytał mój obszerny raport; musiał widzieć, ile wysiłku w niego włożyłam. Wyczerpałam się, na litość boską! I napisałam ten cholerny raport, będąc na zwolnieniu lekarskim!

— Miło w końcu panią poznać, Granger.

Cross uśmiechnął się i wyciągnął do niej rękę.

Hermiona otrząsnęła się z szoku i pokręciła głową.

— Och, tak, oczywiście! Jakież to niegrzeczne z mojej strony. Miło mi pana poznać, panie Cross.

Złapała go za rękę, mając nadzieję, że nie dostrzeże lepkości.

— No dobrze — powiedział Robards. — Zostawię was…

Skinął głową i wyszedł.

Hermiona uśmiechnęła się blado do nowego pracownika. Samuel Cross był krępym, ale przystojnym mężczyzną. Miał zdecydowanie sylwetkę piłkarza, podkreśloną czarną, skórzaną kurtką narzuconą na prostą, czarną koszulę. Jego długie, ciemne włosy były związane na szyi w niedbały kok; to była okropnie staroświecka fryzura, ale miała w sobie pewien urok. W połączeniu z ciemnym cieniem zarostu, wyglądał zawadiacko.

Uniósł gęste, ale kształtne brwi na muśniętej słońcem twarzy, wskazując puste miejsce obok jej biurka.

— Mogę usiąść?

— O, tak! — powiedziała Hermiona. — Proszę bardzo. Wybacz.

Uśmiechnął się i nawet jego uśmiech był czarujący.

— Mam wrażenie, że nie wiedziałaś, że się pojawię.

— Nie wiedziałam — przyznała i usiadła za biurkiem.

Cross przerzucił kostkę przez kolano, prezentując czarne, znoszone, wytarte buty z uprzężą. Dziwny widok u czarodzieja.

— Czytałem twój raport w sprawie Greybacka. Świetna robota. Trochę mnie zaskoczyło, że wysłano cię tam samą.

— Dziękuję.

Uśmiechnęła się, starając się nie patrzeć na niego zbyt otwarcie. Był po prostu anomalią; z jej obserwacji wynikało, że w Ministerstwie obowiązywały trzy rodzaje czarodziejskich kodeksów ubioru — ludzie w niedopasowanych szatach, ludzie ubrani bardzo tradycyjnie w kolorowe lub czarne szaty oraz ludzie w pastelowych i brązowych kolorach. Były wyjątki, jak Harry, który zawsze nosił dżinsy i proste koszule, czy Draco, który ubierał nienaganne garnitury, ale poza tym obserwowała tylko te trzy kategorie ubioru. Samuel Cross wyglądał, jakby odgrywał w Camden Town scenę w barze w sobotni wieczór.

Poruszył się na krześle, prawdopodobnie zirytowany jej spojrzeniem, a ona szybko odwróciła wzrok.

— Nie wiem, ile wiesz o tej sprawie — zaczęła.

— Nic więcej niż to, co napisałaś, a było to dość obszerne — odparł Cross. — Uważam, że powiązanie z wcześniejszymi sprawami jest dość interesujące. Chętnie przeczytałbym również twoje raporty na ich temat, jeśli nie masz nic przeciwko.

Hermiona gapiła się na niego z niedowierzaniem.

— Myślisz, że to ma sens?

Cross potarł brodę i wzruszył ramionami, przez co skóra jego kurtki zaskrzypiała.

— Pasuje. Dostaliście anonimowe informacje dotyczące zarówno domu Selwyna, jak i kryjówki wilkołaków, namierzyłaś tę samą osobę ze sprawy Selwyna w sprawie Crawleya, zdobyłaś informacje, że Crawley może być zamieszany w handel ludźmi z wilkołakami… Masz rację. Prawdopodobnie wszystkie się ze sobą łączą.

Przeszył ją przypływ adrenaliny; ktoś naprawdę jej uwierzył! Nie była to niechęć Draco ani lekceważenie Harry’ego — ktoś naprawdę jej uwierzył. Pochyliła się nad biurkiem.

— Zgadza się! Ale Selwyn nie żyje, a Crawley wciąż jest uznawany za zaginionego i prawdopodobnie też nie żyje. Nie ma sposobu, by potwierdzić powiązania.

— Chyba że znajdziemy Greybacka — powiedział. — Rozumiem, że wszyscy Śmierciożercy są w jakiś sposób powiązani, ale zarówno Selwyn, jak i Crawley byli poza kręgiem, prawda?

— Ministerstwo od lat podejrzewa ich o pomoc i podżeganie Śmierciożerców — mruknęła Hermiona — ale nie ma na to dowodów.

— Co oznacza, że prawdopodobnie istnieje sieć wsparcia — kontynuował Cross. — Nie sposób stwierdzić, kto i ile osób. Może to być wiele wpływowych osób. A jeśli pomagają Greybackowi…

Hermiona zacisnęła szczękę.

— Naszym najważniejszym priorytetem musi być aresztowanie Greybacka. — Skinęła głową w stronę ściany. — To są wszystkie nierozwiązane sprawy zaginięć mugolskiej policji z całego kraju. Musimy systematycznie zawężać te, które mogą wskazywać na aktywność wilkołaków i działać na tej podstawie.

Cross wstał i niepewnie podszedł do mapy. Wciąż pocierał brodę, drugą rękę oparł na biodrze.

— Jeśli Greyback poluje na mugoli, wątpię, żeby zapuszczał się zbyt daleko. Nie mógłby ich wszystkich zabrać ze sobą podczas aportacji, a prawdopodobnie nie ryzykowałby zostawiania ich w spokoju. To wykluczałoby obszary położone najdalej. — Machnął różdżką, zmieniając kolor czerwonych sznurków najbardziej oddalonych od domu wilkołaków na niebieski. — Według zeznań Śmierciożerców, Greyback miał kiedyś bardzo prosty cel, ugryźć jak najwięcej ludzi, żeby przejąć władzę nad Czarodziejskim Światem. Wiem, że ma wypaczony gust w sprawie dzieci, ale jeśli chce zmieniać ludzi dla użyteczności, nie wybrałby najmłodszych. Według twojego raportu większość miała od szesnastu do dwudziestu lat. Uczciwa ocena, powiedziałbym. To wyklucza najmłodsze ofiary.

Kolejny ruch nadgarstkiem i inne sznurki stały się niebieskie.

Hermiona patrzyła z fascynacją. Aurorzy w pracy byli bardziej praktyczni i mniej rozważni, lecz Cross był detektywem i to było widać. Trochę wstydziła się, że nie pomyślała o tym wcześniej.

— No więc — mruknął — wciąż mamy przed sobą sporo znaków zapytania. Nadal nie wiemy, gdzie znajduje się baza operacyjna Greybacka i nie możemy zakładać, że jest to kryjówka wilkołaków — już nie. Równie dobrze mogłaby być w Szkocji lub Walii. Nie wiemy. Wiemy tylko, że regularnie pojawiał się w Londynie i że były tam też młode wilki. Nie wiemy, kim byli, czy byli mugolami, czy nie.

Hermiona wstała, by stanąć u jego boku. Zmrużyła oczy, obserwując mapę.

— Większość spraw ma miejsce na południu Anglii. To naturalne, bo zaludnienie jest tam gęstsze, ale myślę, że powinniśmy szukać skupisk. Jeśli jest tak, jak mówisz, a on nie aportowałby się za daleko, prawdopodobnie przemieszczałby swoją watahę skupiskami.

— Prawda. — Cross skinął głową. — Ale niczego się nie dowiemy, dopóki nie będziemy wiedzieć, czy te zaginięcia mają związek ze Światem Czarodziejów.

— Scotland Yard dokładnie przeanalizował każdą sprawę osobno, aby upewnić się, że spełniają one ich i nasze wymagania dotyczące spraw międzywspólnotowych — powiedziała. — Nieprawidłowe DNA, brak podejrzanych, dziwne ślady, ślady pazurów, zeznania o dziwnych dźwiękach i odgłosach; oczywiście nie możemy być pewni, dopóki nie zbadamy miejsca zbrodni, ale już całkiem dobrze zawęzili nam krąg poszukiwań.

— Naprawdę? — Cross spojrzał na nią z niedowierzaniem. — Minął zaledwie miesiąc od aresztowania i mieli na to wszystko czas?

Hermiona wzruszyła ramionami.

— Kiedy groźba plagi wilkołaków jest tuż za rogiem, działają dość szybko.

— W rzeczy samej. — Uniósł brwi i stłumił chichot. Potem zmarszczył brwi i spojrzał na nią. — Co ty na to, Granger? Może napijemy się kawy, poznamy się bliżej, a potem od razu zabierzemy się do pracy?

Hermiona nie mogła powstrzymać uśmiechu.

— Myślę, że to dobry plan, Cross.

Detektyw był znakomitym rozmówcą. Dowiedziała się, że on również pochodził z mugolskiej rodziny, co oczywiście tłumaczyło jego wybór ubioru. Hermiona była pewna, że czarodzieje półkrwi mogli tak się ubierać, może też kilku czarodziejów czystej krwi, ale prawdopodobieństwo na to było nieco niższe.

Ukończył Hogwart w tym samym roku, kiedy Hermiona zaczęła naukę, trafił do Ravenclawu i był Pałkarzem w drużynie Quidditcha. Ożenił się z duńską czarownicą i mieli razem dwoje dzieci. Był bez wątpienia jedną z najsympatyczniejszych osób, jakie poznała w Ministerstwie podczas swojej trzyletniej kadencji.

— Jakim cudem trafiłaś do Biura Aurorów zamiast do Wydziału Śledczego lub Patrolu Czarodziejskiej Policji? — zapytał, gdy wracali do jej gabinetu.

Hermiona uśmiechnęła się do niego żałośnie.

— Cóż, nie lubię o tym rozmawiać, ale chyba mam po prostu dobrą relację z Ministrem. Przez moje zaangażowanie podczas wojny i tak dalej. — Westchnęła. — Chciałam tu pracować. Zapytał, czy wolałabym pracować gdzie indziej, gdzie moje umiejętności mogłyby być lepiej wykorzystane, ale nie. Byłam uparta.

— A teraz tego żałujesz? — zapytał.

— Naprawdę tego nie żałuję — powiedziała. — Po prostu…

Przerwało jej pukanie do drzwi. Zanim zdążyła zaprosić tę osobę, drzwi otworzyły się gwałtownie i Draco wszedł do środka.

Na jego twarzy malował się zwyczajny, ironiczny uśmieszek, a oczy rozpłynęły się, gdy na nią patrzył. Na widok Crossa jednak spiął się, a jego zwykła maska obojętności przybrała tak subtelny wyraz, że Hermiona nie była pewna, czy detektyw to zauważył.

Kiedy Draco nie przywitał się, ani nawet nie drgnął, tylko wpatrywał się w mężczyznę przenikliwym głosem, Cross wyciągnął rękę.

— Aurorze Malfoy! Miło mi! Jestem detektyw Cross z Wydziału Śledczego. Przydzielono mnie tu do pomocy w śledztwie w sprawie Greybacka.

— Uroczo — zadrwił Draco, a jego oczy błysnęły lodowato.

Drgający mięsień w jego szczęce sprawił, że Hermiona podejrzewała, ze w ogóle nie przepada za Crossem. Nawet nie podał mu ręki.

— W czym mogę pomóc, Malfoy? — zapytała ostrożnie Hermiona, starając się nie zatracić w myśli, że mógłby być zazdrosny.

Prawdopodobnie po prostu nie podobał mu się strój mężczyzny.

Draco przesunął wzrok na nią — zimny jak stal — czyżby używał Oklumencji? Ale potem szarość jego oczu zawirowała, błysnęła i zrobił krok ku niej.

— W kryjówce wilkołaków coś się dzieje. Wysłałem moją ekipę na zwiady, a kiedy będzie bezpiecznie, zabiorę cię tam, jeśli chcesz. Mogą być tam świeże ślady Greybacka. — Kolejny krok. — Nie musisz się martwić, Granger. Będę tam z tobą.

— Och, byłoby wspaniale, gdyby Aurorzy patrolowali, podczas gdy my będziemy rzucać nasze zaklęcia — powiedział Cross z uśmiechem.

Oko Draco drgnęło, a szczęka zacisnęła się. Powoli odwrócił głowę, by spiorunować Crossa wzrokiem. Był o kilka cali wyższy i postawa Draco przyćmiewała krępą budowę ciała byłego Pałkarza.

Wasze zaklęcia? Nie idziesz z nami, detektywie.

Cross uniósł brew.

— Jak mam pomóc Granger, nie mając możliwości zbadania miejsca zbrodni?

— Nie mój problem — mruknął.

Hermiona zagryzła wargę.

— Nie bądź głupi. Oczywiście, że idzie z nami.

Draco zesztywniał, zaciskając pięści. Zerknął na Hermionę, wykręcił szczękę i wziął głęboki oddech.

— Dobrze. Bądźcie gotowi za dwadzieścia minut.

Z tymi słowami wyszedł z jej gabinetu, nawet nie zadając sobie trudu, by zamknąć drzwi.

Cross cicho gwizdnął.

— Słyszałem, że to niemiły facet, ale nie wiedziałem, że aż tak.

— Nie jest niemiły — powiedziała Hermiona. — Po prostu… ostrożny.

— Jasne — mruknął Cross i zmarszczył brwi. — Jak na moje oko to opiekuńczy. Jest coś między wami czy jak?

Co? — Hermiona poczuła płonące policzki. — Nie! Dlaczego tak myślisz?

Cross uniósł ręce.

— Bez obaw, nie mam nic złego na myśli. Pomyślałem o tym, bo patrzył na ciebie dość poufale. Podejrzewam, że nie patrzy w ten sposób na wielu swoich współpracowników. — Wzruszył ramionami. — Może mu się podobasz.

Hermiona szybko pokręciła głową.

— O nie. Malfoy i ja jesteśmy profesjonalistami. On jest genialnym Aurorem. — Wzruszyła ramionami. — I tak, może jest trochę nadopiekuńczy. Jestem jedyną śledczą i wyczerpałam się w jego sprawie. Ceni moją pracę.

Zmrużył oczy, lustrując ją wzrokiem.

— Dobrze — mruknął i odwrócił się do mapy.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Kryjówka wilkołaków była równie podupadła i szpetna, jak Hermiona pamiętała. Draco szedł przed nią i Crossem, z wyciągniętą różdżką w pogotowiu. Uświadomiła sobie, że nigdy tak naprawdę nie widziała Draco w akcji. Był bystry i skupiony, a szarość jego oczu niemal opalizowała.

Zaklęcie ujawniające podpowiedziało im, że w domu nikogo nie ma, ale Draco nie wierzył, że ktokolwiek tam był, nie zostawił pułapek. Rzucał skomplikowane zaklęcia, których Hermiona nigdy wcześniej nie słyszała, szukając Czarnej Magii i niebezpiecznych klątw. Sposób, w jaki poruszał różdżką, tak precyzyjnie, a zarazem tak naturalnie, był hipnotyzujący. Hermiona czuła, że się na niego gapi, ale nie mogła oderwać wzroku.

Nawet nie zauważyła Crossa, który krążył z rękami na biodrach, lustrując pokój od podłogi do sufitu.

— Trzynaście magicznych śladów stóp, tak, Granger? — zapytał.

Zamknęła usta i zerknęła na niego.

— Co?

— Trzynaście magicznych śladów stóp — powtórzył. — W kryjówce. Zgadza się?

— Och. — Hermiona zagryzła wargi. — Tak, tak, wydaje się, że tak jest.

Cross skinął głową.

— Aurorze Malfoy, czy można bezpiecznie rzucać zaklęcia?

Draco westchnął.

— Tak. Podejrzewam, że tylko się pojawili i zorientowali się, że to miejsce jest obserwowane, a potem zniknęli.

— Myślisz, że wcześniej nie wiedzieli, że ten dom nie jest bezpieczny? — dopytywała Hermiona.

Spojrzał na nią i zmarszczył brwi.

— Jestem przekonany, że wiedzieli. Ale mogli być tacy, którzy byli nieświadomi. Nie wiemy, jak dobrze się komunikują.

Cross rzucił zaklęcie identyfikujące i po chwili mruknął:

— Cóż, ślady zdecydowanie należą do wilkołaka.

Hermiona sapnęła.

— To Greyback?

— Nie wiem — rzekł, patrząc na nią.

Skinęła głową. Wzięła głęboki oddech, sięgnęła po różdżkę i rzuciła zaklęcia. To był pierwszy raz po tym, jak się wyczerpała, ale to było przyjemne uczucie. Znów poczuła się kompetentna i użyteczna, widząc zewsząd magię.

— Uważaj, Granger — mruknął Draco, podchodząc bliżej, jakby był gotowy ją złapać, gdyby upadła.

— To zaklęcie powstrzymujące, Malfoy — powiedziała Hermiona i spojrzała na niego. — Nie wyczerpię się. Obiecuję.

W odpowiedzi tylko zacisnął szczękę, ale Hermiona musiała powstrzymać uśmiech; szczerze mówiąc, widok jego troski był wręcz uroczy. Ścisnęło ją to za serce i poczuła się całkowicie zdumiona, że ten kompetentny, współczujący i opiekuńczy mężczyzna był kiedyś bladym blondynem o ostrych rysach twarzy, który postanowił zamienić jej życie w piekło.

Skupiła się tylko na znalezieniu śladu Greybacka, ale był on ledwo widoczny. Wzdychając, pokręciła głową.

— Nie było go tu od ostatniego razu.

— Mógłbym to sprawdzić? — zapytał Cross.

— Proszę bardzo. — Hermiona skinęła głową. — Potrzebujesz mojej pomocy?

— Dziękuję, ale to nie będzie konieczne. Rzucę tylko szybkie zaklęcie eksplozywne.

Draco uniósł brew.

— Co to za zaklęcie?

— To zaklęcie opracowane przez Patrol Czarodziejskiej Policji — wyjaśnił Cross. — Służy do śledzenia pozostałości magii w danym miejscu, aby sprawdzić, czy doszło tam do dużych eksplozji magii. Można nim sterować, na przykład, w celu zbadania użycia Czarnej Magii. Czy ktoś tu został zamordowany? Czy kogoś torturowano? Czy ktoś został poddany klątwie Imperius? Coś w tym stylu.

— Masz jakieś przypuszczenia? — zapytała Hermiona.

— Nic konkretnego — odparł Cross. — Chcę tylko mieć pewność, że wszystko jest w porządku.

— To zwolennicy Czarnego Pana — mruknął Draco. — Oczywiście, że używali Czarnej Magii. Cuchnie nią tu.

Cross uniósł brew i przyjrzał mu się uważnie. Po chwili zapytał:

— Czujesz to? Przez swój znak.

Draco gwałtownie obrócił głowę w stronę Crossa, z jadowitym grymasem na twarz i pogardą w oczach.

— Co?

Cross wydawał się niewzruszony jego gniewem.

— Twój Mroczny Znak — powiedział. — Czujesz przez niego Czarną Magię?

— Kim ty, kurwa, jesteś, żeby zadawać takie pytanie? — warknął Draco i podszedł bliżej, a Hermiona zobaczyła, jak knykcie wokół jego różdżki robią się białe.

Ostrożnie chwyciła go za ramię.

— Nie rób tego — mruknęła. — Proszę.

Cross uniósł dłonie.

— Nie miałem złych zamiarów. To tylko czysta, naukowa ciekawość.

— Nie jestem żadnym cholernym obiektem badań — wycedził.

— Nie, to prawda. — Cross skinął głową. — Przepraszam. To po prostu fascynujące. Wiecie, niektórzy wierzą, że Znak jest napędzany Czarną Magią.

Draco się wściekł.

— I ty o tym wiesz? Miałeś taki kiedyś? Masz ciało splugawione Czarną Magią? — Zrobił kolejny krok, a Hermiona znów pociągnęła go za ramię, ale ledwo ją dostrzegł. — Na twoim miejscu byłbym cholernie ostrożny, detektywie.

Cross zmrużył oczy.

— Czy to groźba, Malfoy?

— Groźba, ostrzeżenie, obietnica — wybierz swoją truciznę — warknął Draco.

Cross zmarszczył brwi.

— Cóż, może Ministerstwo powinno ponownie ocenić wymagania dotyczące zatrudnienia — rzekł. — Może tacy jak ty są zbyt niebezpieczni i kapryśni.

Hermiona zareagowała w tym samym momencie, gdy Draco uniósł różdżkę. Oderwała jego rękę od trajektorii Crossa, a zaklęcie uderzyło w lustro na ścianie obok głowy Hermiony. Eksplodowało, rozrzucając odłamki szkła po całym pokoju. Hermiona zrobiła unik, ale nie była wystarczająco szybka; syknęła, gdy odłamek rozciął jej twarz. Chwyciła policzek dłonią i poczuła ciepło przesączające się między palcami. Powietrze wypełnił słaby zapach żelaza, a jej policzek pulsował tępym bólem.

Kurwa! — Draco prychnął i szybko złapał ją za ramiona. — Hermiono! Przepraszam, nie…

— Nic mi nie jest — zapewniła go, zauważając drżenie w swoim głosie. Nic jej nie jest. To był wypadek. Nie chciał jej skrzywdzić. Uniosła wzrok, by spojrzeć mu w oczy, i uderzyła ją desperacka troska w jego oczach i twarz bledsza niż zwykle. Przełknęła śliną i skinęła głową. — Nic mi nie jest.

— Krwawisz — wyszeptał i musnął jej policzek, ale powstrzymał się, jakby nie chciał jej dotknąć.

Szlama.

Hermiona zacisnęła zęby.

— Nic mi nie jest, Malfoy. Naprawdę. To był wypadek.

Spojrzała na swoją dłoń. Była czerwona od krwi, która spływała na podłogę. Odłamek musiał głęboko przeciąć skórę.

— Musisz udać się do Świętego Munga — powiedział Cross za nią surowym głosem.

Draco zdawał się nawet nie oddychać, nie mrugnął. Przełknął ślinę i delikatnie chwycił ją za ramię.

— Chodź, Granger. Zabiorę cię tam.

— Ja to zrobię — mruknął Cross.

— Nie, kurwa, ja to zrobię! — warknął Draco.

— Ja ją zabiorę — nalegał poważnie Cross. — Wracaj do biura i to zgłoś. — Westchnął. — To był wypadek. Nie zamierzałeś zrobić nic złego.

Draco objął Hermionę ramieniem, nie chcąc jej puścić.

— Zabiorę ją.

Przygryzła wargę i delikatnie położyła jego chwyciła go za dłoń.

— Nic mi nie jest, Draco. Cross ma rację. Musisz to zgłosić. To był tylko wypadek. Nie ma winnego.

Spojrzał na nią i zacisnął szczękę, a w jego oczach błyskała na przemian wściekłość i troska.

— To moja wina — mruknął, a jego wzrok powędrował ku rozcięciu na jej policzku. A potem jego oczy stały się zimne. Puścił ją i wyprostował się, mając obojętną i nieprzystępną twarz. — Zabierz ją do Uzdrowicielki Abbott. Znamy ją i jest najlepsza w gojeniu ran. Jej magia prawie nigdy nie pozostawia blizn.

Cross skinął głową i stanął obok Hermiony.

Zmarszczyła brwi, patrząc na Draco. Wiedziała, że używał Oklumencji i nie podobało jej się to.

— Chodź, Granger — powiedział Cross i wyprowadził ją z domu, z dala od zaklęć antyaportacyjnych.

Kiedy zmaterializowali się w Szpitalu Świętego Munga poczuła ucisk w piesi, którego nie lubiła. Wiedziała, że Draco zaatakował, bo czuł się osaczony; nie lubił, gdy ludzie wspominali o jego przeszłości. Po ich rozmowie w zeszły piątek rozumiała to zupełnie inaczej. Walczył z własnymi, mrocznymi demonami.

Cross poprosił o Uzdrowicielkę Abbott, tak jak polecił Draco, i na szczęście była dostępna. Hermiona nie miała nastroju na pogawędki, ale Hanna Abbott zdawała się rozumieć; wymieniły tylko kilka słów — głównie grzecznościowych, formalnych — kiedy kobieta zręcznymi rękami opatrywała Hermionę. Rana była głęboka, ale szybko sobie z nią poradziła i po niecałej godzinie wyszła ze szpitala.

— Nie powinieneś był naciskać na niego w sprawie Mrocznego Znaku — zaczęła Hermiona, idąc korytarzami w stronę punktu aportacyjnego.

— Nie wiedziałem, że to taki delikatny temat — odparł.

Hermiona zatrzymała się i spiorunowała go wzrokiem.

— Jak mogłoby być inaczej? — warknęła. — Miał zaledwie szesnaście lat, gdy go otrzymał — jako dziecko — i od tamtej pory musiał walczyć z błędnymi przekonaniami na jego temat.

Cross spojrzał na nią sugestywnie.

— Jesteś pewna, że między wami nic nie ma?

— Nie ma! — warknęła i skrzyżowała ramiona na piersi.

— W porządku. — Zaśmiał się Cross. — Po prostu myślę… że powinnaś z nim porozmawiać, bo on jest tobą w stu procentach zainteresowany.

— Nie, nie jest — upierała się.

Cross zachichotał.

— Granger, możesz myśleć, co tylko chcesz, całkowicie to rozumiem. Jesteś mugolaczką, a on pochodzi z elity czarodziejów czystej krwi…

Był — poprawiła go Hermiona. — Już tacy nie są.

Pochodził z elity czarodziejów czystej krwi — powiedział Cross i przewrócił oczami — ale zdecydowanie mu się podobasz. Jeśli nie jesteś zainteresowana… — skrzywił się boleśnie — musisz mu powiedzieć.

Serce Hermiony zabiło mocniej i przestąpiła z nogi na nogę.

— Cross… Samuelu, słuchaj. Malfoy i ja mamy skomplikowaną relację. Nasza historia nie jest najlepsza, oboje byliśmy w samym środku wojny, po przeciwnych stronach i próbujemy się pogodzić. To wszystko, co musisz wiedzieć.

Nie wiedziała, kogo próbuje przekonać — jego czy siebie.

Uniósł dłonie i brwi.

— Dobrze. Nie znam żadnego z was. Mówię tylko to, co widzę. Podobasz mu się, czy ci się to podoba, czy nie, a bycie utytułowanym czarodziejem czystej krwi może stanowić problem.

Hermiona ugryzła się w język, żeby nie warknąć na niego, ale chciała mu powiedzieć, że się myli. Nie mógł mieć racji — po prostu nie mógł, bo Draco był zainteresowany tylko seksem z nią. To wszystko.

To wszystko.