Wrzesień 2004
W ten poniedziałek Hermiona szczególnie
przywiązywała uwagę do swojego wyglądu. Zadbała o to, by prezentować się równie
ponętnie, co profesjonalnie, a nawet rzuciła zaklęcie stabilizujące na swoje
transmutowane szpilki, by zachować równowagę.
Strojenie się dla Malfoya było ekscytujące. Nie
wiedziała, co tak naprawdę oznaczało bycie z nim w takiej relacji — poza
seksem, który zmienił jej życie — jednak uznała, że równie dobrze może pójść do
pracy i się dowiedzieć, ale chciała to zrobić w żartobliwy sposób. Udowodnił
już, że nie ma oporów przed okazywaniem pożądania w pracy, więc nie widziała
powodu, by nie kusić go odrobinę.
Zanim Ginny wyszła w niedzielne popołudnie, dała
jej na pożegnanie mądrą radę: żyj z tym.
Początkowo Hermiona nie do końca rozumiała, co to znaczy, ale po chwili namysłu
doszła do wniosku, że jednak rozumie: była dorosła i decyzje, które podejmowała
w życiu prywatnym, należały wyłącznie do niej, bez względu na to, co myślały
Rita Skeeter czy Narcyza Malfoy.
Więc tego wieczoru usiadła z listą, którą Malfoy
kazał jej sporządzić. Chociaż nie wiedziała, co właściwie powinna na niej
zapisywać. Ostatecznie napisała dwie kolumny. Pierwsza dotyczyła tego, czego chce, a druga, czego nie chce, i mimo to po trzydziestu
minutach zapisała tylko jedną rzecz w kolumnie to, czego chce: więzów.
Kazał jej pomyśleć o tym, co już zrobili i zapisać,
co jej się podobało. Wróciła myślami do wszystkich ich spotkań. Co jej się
podobało wtedy w Taczce? No cóż, przede wszystkim ta stanowczość. Nie żeby nie
miała wyboru, ale złudzenie braku wyboru było nierozsądnie kuszące. Więc pod
słowem chcę zapisała stanowczość. Wpatrywała się w to słowo
przez chwilę, zmarszczyła brwi i dopisała obok za obopólną zgodą. Z sercem w gardle zapisała również dławienie się,
ale prawdopodobnie będzie musiała to z nim omówić, upewnić się, że wie, w jakim
stopniu.
Wspominając ich pierwszą noc w jego mieszkaniu,
poczuła, jak pieką ją policzki, gdy zapisywała klapsy i ciągnięcie za włosy.
Myśląc o sobotniej nocy — i niedzielnym poranku — przygryzła wargę, zapisując wymuszony orgazm i oczywiście seks oralny. Całe jej ciało drżało, gdy
sporządzała tę listę.
Nieco ośmielona widokiem tego, co już zapisała,
dodała Szlama (albo inne poniżenie, nie
wiem), bo miał rację, mogła nadać temu słowu inne znaczenie. Ale nie tylko
podobało jej się, kiedy ją tak nazywał — lubiła też, kiedy był delikatny i
słodki, i nazywał ją piękną. Dodała także pochwały
(co zabawne, nawiązując do poprzedniego punktu). Z pewnością, pomyślała,
nie spodziewał się eseju, ale po prostu nie mogła się powstrzymać.
Choć zapisywanie na papierze tych perwersyjnych
rzeczy, które lubiła, wydawało się niezręczne, to z drugiej strony dawało
dziwne poczucie wolności i z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu nie sądziła, że
Malfoy mógłby ją za to potępiać.
Wychodząc z windy w poniedziałkowy poranek,
przygotowała się do obrony. Gallagher z pewnością zachowa się jak kompletny
palant w temacie artykułu Skeeter, i z pewnością rzuci jakimś niemądrym żartem
o tym, jak wyglądała na zdjęciach, albo jak patrzyła na Malfoya — lecz była
gotowa do walki.
Jednak ta nigdy nie nadeszła. Wchodząc do
korytarza prowadzącego do boksów, zobaczyła Harry’ego wychylającego głowę z
dużej sali konferencyjnej, machającego do niej i zachęcającego ją do podejścia.
Hermiona zmarszczyła brwi i przyspieszyła kroku. Takie poranne spotkanie nie
zdarzało się często, a kiedy weszła do pomieszczenia, zastała Montague’a i
Robardsa wraz z Harrym, Malfoyem i czterema innymi liderami zespołów.
— Granger — przywitał ją Robars i skinął głową. —
Cieszę się, że mogłaś dołączyć. Proszę, usiądź.
Hermiona zmarszczyła brwi i usiadła obok
Harry’ego. Spojrzała na niego, szukając odpowiedzi, ale on tylko wzruszył
ramionami. Nie odważyła się spojrzeć przez ramię na Malfoya.
— Dziś rano otrzymaliśmy anonimowy cynk dotyczący
podejrzanej kryjówki Śmierciożerców tutaj, w Londynie — zaczął Montague i
spojrzał na Aurorów i Hermionę. — Znajduje się w mugolskim Londynie.
Potrzebujemy, żebyście potraktowali tę sprawę priorytetowo i zabezpieczyli to
miejsce. Granger. — Montague wbił w nią swoje ciemne oczy. — Robards powiedział
mi, że jesteś utalentowaną śledczą. Chcę, żebyś zbadała wszelkie ślady na
miejscu zbrodni, gdy już wszystko będzie zabezpieczone. Zrozumiano?
Skinęła szybko głową.
— Skąd macie te informacje? — zapytał Malfoy.
Jego głos był napięty, zirytowany.
— To była anonimowa
informacja, Malfoy — mruknął Ronards. — Jestem pewien, że rozumiesz, co to
znaczy.
— Chodzi mi o
to — zaczął niecierpliwie — że chciałbym wiedzieć, w jakiej formie je
dostałeś? Zostały ci wysłane? Przez sowę? Znalazłeś jakąś notatkę? Czy
personalne podejście?
— Jakie to ma znaczenie? — zapytała Wilma Grant,
dowódczyni miejskiej ekipy.
— Duże, bo gdybyśmy wiedzieli, jak te informacje
się tu znalazły — wycedził Malfoy — moglibyśmy zrozumieć, kim mógł być
informator. Czy na twoim biurku zostawiono wiadomość? Jeśli tak, moglibyśmy
założyć, że informator przebywa w Ministerstwie, albo przynajmniej tu był. Bo
jak wszyscy wiemy, to może być pułapka.
— Informator nie jest teraz ważny — powiedział
Montague. — Najważniejsze to sprawdzić, czy te informacje to prawda. Chcę, żeby
wszystkie wasze zespoły zabezpieczyły kryjówkę jak najszybciej, a kiedy to
nastąpi, uda się tam Granger.
Hermiona przełknęła ślinę. To było duże zadanie.
— Ilu… Śmierciożerców
podejrzewa się o przebywanie w kryjówce?
Wiedziała, że prawdopodobnie nie chodzi o Śmierciożerców jako takich, ale raczej o
zwolenników Voldemorta. Łatwiej po prostu było nazwać ich wszystkich
Śmierciożercami, nawet jeśli to było błędne założenie.
— Informacje wskazują, że to coś w rodzaju
Kwatery Głównej, więc musimy być czujni — powiedział Robards i wyprostował się.
— Nie wiemy, ilu ich mogło tam być, ale oczekuję, że to ustalisz, Granger.
Hermiona poczuła ucisk w piersi. To było ogromne
zadanie.
— Proszę pana, jeśli mogę; moja praca jest
wyczerpująca, a jeśli rzeczywiście jest to siedziba kryjówki terrorystycznej,
powinno być tam mnóstwo różnych magicznych odcisków palców. W takim przypadku
potrzebowalibyśmy co najmniej dwóch śledczych rzucających te zaklęcia i…
— Cóż, mamy tylko ciebie, więc musimy sobie
poradzić z tym, co mamy — mruknął Robards i skrzyżował ramiona.
Hermiona ugryzła się w język i zacisnęła pięści.
Robards chwalił jej pracę, ale najwyraźniej jej nie rozumiał.
— Chcemy, żeby wszystko było zrobione szybko i
skutecznie — powiedział Montague. — To będzie wasz priorytet. Jeśli informacja
okaże się prawdziwa, możemy im zadać cios, po którym mogą się nie otrząsnąć.
Po tych słowach Montague skinął głową w stronę
Robardsa, po czym opuścił salę.
Główny Auror spojrzał na niewielki tłum.
— Wasze zespoły są najlepsze w departamencie.
Chcę, żeby ta akcja przebiegła szybko i skutecznie. Malfoy, powierzam ci
dowodzenie nad tą operacją.
Hermiona wyczuła, jak Harry obok niej się napina,
gotowy do sprzeciwu.
Robards zdawał się to dostrzegać i przewidział
jego reakcję.
— Masz coś przeciwko, Potter?
— Z całym szacunkiem, proszę pana — zaczął
ostrożnie Harry — ale nie wiemy, w co się pakujemy. Może to dom pełen
czarnoksiężników. Albo to pułapka, nie wiemy. Malfoy ma dość ofensywne taktyki
i…
— Niekoniecznie ofensywne, Potter — wycedził Malfoy
zza jego pleców. — Ale skuteczne. Lepiej zaatakować ich szybko, niż dać im
środki i okazję do przygotowania się.
— Ale powinniśmy być ostrożni — odparł Harry i odwrócił się. — Prawdopodobnie wchodzimy
w gniazdo żmij — bez urazy — ale jeśli to rzeczywiście Kwatera Główna, gdzie
znajdują się pozostałe siły oporu, nie powinniśmy działać pochopnie.
Hermiona w końcu odważyła się zerknąć przez
ramię. Malfoy, jak zwykle, był ubrany na czarno, włosy miał ułożone w
regularną, elegancką falę, ale jego wzrok był zimny jak stal, wpatrzony w
Harry’ego.
— Najlepiej po prostu to zrobić, póki niczego nie
podejrzewają — powiedział ponuro. — Szybko, sprawnie i bezlitośnie.
Na to nie mogła już powstrzymać słów, które wręcz
wyrzuciła z siebie.
— Ale jak się tam dostaniecie? — Zobaczyła, jak
stalowe oczy Malfoya, podobnie jak wszystkich innych, wbijają się w nią.
Odchrząknęła i wyprostowała się, przenosząc wzrok na Robardsa. — Jeśli to
kryjówka, na pewno rzucili tam mnóstwo silnych zaklęć maskujących. Będziecie
musieli je rozproszyć, zanim tam wejdziecie. Czy oni tego nie zauważą?
Harry poruszył się obok niej i mruknął:
— Malfoy jest ekspertem w tym temacie.
— Och.
Odwróciła się ponownie, a Malfoy obserwował ją
zamyślonym wzrokiem.
— Normalnie tak — powiedział. — Zrobiliby to. Ale
mam metody i procedury, żeby zrobić to jak najdyskretniej i jak najszybciej.
Nagle przypomniała sobie o zaklęciach, które
rzucił na górną szufladę w biurku i skinęła głową. Wiedziała, że jest całkiem
biegły w tego rodzaju magii.
Przeniósł wzrok na Robardsa.
— Dlatego musimy ruszyć i zaatakować jak
najszybciej. Może uda mi się rozproszyć zaklęcia tak, żeby tego nie zauważyli,
ale jak tylko znikną, musimy zaatakować. Nie możemy tracić czasu.
— Ale powinni też mieć zaklęcia antyaportacyjne,
prawda? — zapytał Quintus Catterling, kolejny dowódca zespołu w pomieszczeniu.
— Tak — odparł Malfoy — ale one też zostaną
rozproszone.
— A musisz
je rozpraszać? — dopytywał Catterling. — Nie lepiej byłoby je zostawić i
zaatakować ich pieszo?
— Mój rytuał niweluje wszelkie zabezpieczenia —
mruknął Malfoy.
— Ale to niepotrzebne — odparł Catterling.
— Więc wolisz, żebym usuwał każde zaklęcie
osobno? — warknął, wpatrując się w niego ostro.
— Mówię tylko
— odburknął Catterling, a jego policzki i szyja poczerwieniały z irytacji — że
dobrze by nam zrobiło, gdybyśmy utrzymali zaklęcie antyaportacyjne w
nienaruszonym stanie.
Malfoy zjeżył się jak wielki kot szykujący się do
ataku.
— Zaklęcie antyaportacyjne po przekroczeniu go
emanuje lekkim drżeniem w powietrzu, drżeniem bardziej zauważalnym dla osoby,
która je rzuca, niż dla innych. To drżenie jest proporcjonalne do masy
przechodzącej przez nie, niczym zmarszczka na wodzie, co pozwala stwierdzić,
czy intruz jest zwierzęciem, czy człowiekiem. Pojedyncza osoba, poruszając się
ostrożnie, mogłaby wywołać drżenie słabsze niż normalnie, być może maskując
jego rozmiar, ale dwudziestu czterech wyszkolonych i doświadczonych Aurorów?
Natychmiast zorientowaliby się, że zaklęcia zostały przekroczone i odpowiednio
zareagowali.
— Nie musisz mi tłumaczyć zaklęć
antyaportacyjnych, Malfoy — warknął.
— Więc nie marnuj naszego czasu na
niekompetencję, Catterling.
— Dość tego — burknął Robards i wszystkie głowy
zwróciły się w jego stronę. Nie był rozbawiony. — Malfoy, twoja biegłość w
łapaniu Śmierciożerców bardzo ci się przyda i nie chcę już słyszeć tych kłótni.
Rozejść się.
Szuranie krzeseł wstrząsnęło Hermioną. Aurorzy
wymaszerowali z sali zdecydowanym krokiem, a ona ostrożnie podążyła za nimi.
Widziała już wcześniej tego typu operacje, ale nigdy o tak wysokiej stawce.
Malfoy wydawał rozkazy, układając strategię
niczym na szachownicy; Hermiona obserwowała go, jak dowodził grupą z
autorytetem, przyprawiającym ją o drżenie kolan. Nie był oschły i agresywny,
ale surowy i zdecydowany. Podzielił drużyny, dał każdemu własne cele, a Aurorzy
zniknęli w swoich szatniach, by pojawić się chwilę później w swoich odpornych
na czary uniformach.
Hermiona stała przed swoim biurem, obejmując się
ramionami i obserwując, jak Aurorzy mocują różdżki do kabur. Złapała spojrzenie
Harry’ego; brwi miał nisko osadzone, a twarz pozbawioną emocji. Mógł być
ostrożny i niezdarny w niektórych aspektach życia, ale w pracy był człowiekiem,
który nie owija w bawełnę.
— Wrócimy po ciebie, gdy kryjówka będzie
zabezpieczona — powiedział i skinął głową.
Hermiona przełknęła ślinę i skinęła głową w
odpowiedzi.
Malfoy wezwał grupy do zebrania się kilka metrów
od podanego adresu, zanim dotarł do punktu aportacji awaryjnej i zniknął w
miejscu z trzaskiem. Pozostali zrobili to samo, zostawiając Hermionę samą w
pustym korytarzu.
Kilka drzwi dalej Aurorzy z innych specjalizacji
wychylali głowy ze swoich boksów, z twarzami przepełnionymi ciekawością.
Hermiona przygryzła wargę i zamknęła się w swoim
gabinecie.
~*~*~*~*~*~*~*~
Wypisała wszystkie zaklęcia z książek, które
mogła użyć. Minęła prawie godzina, odkąd Aurorzy zniknęli i wciąż nie było
żadnych wieści. Zapamiętała zaklęcia i przygotowała się na wyczerpujące
popołudnie. Kiedy ktoś zapukał do jej drzwi, zerwała się z krzesła i chwyciła
płaszcz, gotowa do pracy.
To był Robards. Hermiona zamarła z klamką w
dłoni. Serce jej zamarło. Czekała, aż się odezwie, przyniesie złe wieści, ale
Robards nie wydawał się zmartwiony.
— Gotowa do pracy? — zapytał.
Hermiona wzięła głęboki oddech i puściła drzwi. Skinęła
głową.
— Samej będzie mi dość ciężko, ale jestem gotowa.
— Montague nie sądzi, żebyś mogła wnieść do
sprawy jakieś cenne informacje — powiedział i zmarszczył brwi. Wsunął ręce do
kieszeni. — Właściwie, nie jest przekonany, czy twoja rola w Biurze Aurorów
jest w ogóle potrzebna. Jesteś z nami od dawna, głównie z szacunku dla
Ministra. Montague traci cierpliwość. Ale pokazałem mu twoje raporty. Był
zaintrygowany, lecz nie przekonany. To twoja szansa, Granger. Nie zawiedź mnie.
Przełknęła ślinę, czując ucisk w piersi. Nie
wiedziała, że jej praca jest zagrożona.
— Nie zawiodę, proszę pana. Zrobię wszystko, co w
mojej mocy, by znaleźć jak najwięcej.
Robards skinął głową.
— Dobrze. Nie wiemy, ilu aresztujemy, jeśli w
ogóle, i nie wiemy, ilu z nich jest odpornych na Legilimencję i Veritaserum.
Poleganie na tym może być niebezpieczne. Twarde, bezsprzeczne dowody zawsze się
przydadzą.
Hermiona wyprostowała się.
— Zgadzam się.
Zerknął na zegarek.
— Wkrótce powinni wrócić. Rzucenie zaklęcia
przełamującego osłony zazwyczaj zajmuje Malfoyowi około czterdziestu pięciu
minut.
Hermiona zmarszczyła brwi i przechyliła głowę.
— Proszę pana, czy wie pan, jakiego zaklęcia on
używa?
— Nie — odparł i odwrócił się, by odejść. — Sam
je zaprojektował.
Stała oszołomiona. Musiałoby to być bardzo
skomplikowane i potężne zaklęcie, gdyby mogło rozproszyć każdą osłonę, ale
próbowała już wszystkich sztuczek, żeby przełamać zaklęcia ochronne Malfoya w
jego biurku, i wielokrotnie była pod wrażeniem jego bezróżdżkowych i
niewerbalnych umiejętności. Szczerze mówiąc, trochę mu tego zazdrościła. I
niepotrzebnie ją to denerwowało.
Odwróciła się i spojrzała na otwarte książki, a w
jej głowie zagościł niepokój: co, jeśli nie będzie w stanie rzucić wszystkich
niezbędnych zaklęć? Prawdę mówiąc, śledczy rzadko pracował sam. W Departamencie
Śledczym i Patrolu Czarodziejskiej Policji mieli całe zespoły śledczych —
począwszy od jej obowiązków po detektywów — ale Aurorzy byli bardziej
zdeterminowani. Ich jedynym celem, jedynym zamysłem, było ściganie czarnoksiężników,
najgroźniejszych przestępców, i rzadko znajdowali powód, by badać miejsce
zbrodni.
Praca Hermiony zmieniła poglądy Robardsa w tym
temacie. Być może, jeśli jej się poszczęści, uda jej się zmienić również
przekonania Montague. Z determinacją wróciła do nauki.
~*~*~*~*~*~*~*~
Hermiona myślała, że minęło zaledwie dwadzieścia
minut od krótkiej rozmowy z Robardsem, ale minęły dwie godziny. Kiedy głosy
dochodzące zza drzwi wyrwały ją z otchłani myśli, natychmiast się wyprostowała,
a serce podskoczyło do gardła. To było to.
Poprawiła bluzkę i spódnicę, uniosła brodę, po
czym chwyciła płaszcz i ruszyła do drzwi. Kiedy je otworzyła, stanęła twarzą w
twarz z hordą Aurorów, z których niektórzy przeklinali, a inni świętowali. Z
trudem stąpając po ziemi, rozglądała się za Harrym. Jego rozczochrane włosy i
zielone oczy przykuły jej uwagę. Skinął głową, podchodząc.
— Co się stało? — zapytała.
Twarz Harry’ego emanowała zaciętością. Broda,
którą wciąż Ginny kazała mu zapuszczać, nadawała mu dojrzalszy wygląd.
— Cynk się potwierdził, ale kryjówka była prawie
pusta. Znaleźliśmy tam dwóch czarnoksiężników, ale dostrzegliśmy ślady
regularnych spotkań. Zabraliśmy ich na przesłuchanie, dzielnie walczyli. Dom
jest zabezpieczony. Gallagher ci pomoże.
Hermiona zmarszczyła brwi.
— Gallagher? Czemu nie ty?
Harry westchnął i przeczesał włosy dłonią.
— Malfoy i ja będziemy prowadzić przesłuchania.
Albo, cóż, Malfoy będzie
przesłuchiwał, a ja… nadzorował.
— Nadzorował? — Hermiona uniosła brew. — Nie
rozumiem. Co się dzieje?
— Cóż, najwyraźniej dwaj aresztowani są znani
Malfoyowi — wyjaśnił Harry i poprawił okulary. — To zazwyczaj wykluczałoby go
jako przesłuchującego, ale ponieważ jest mistrzem Legilimencji, nie możemy
sobie pozwolić na czekanie na kogoś innego. Będę więc tam, by dopilnować, żeby
nie przekroczył granicy z powodu osobistych urazów.
Hermiona skrzywiła się. Gallagher? Świetnie.
— Collins zgłosił się na ochotnika, ale Malfoy
powiedział, że ma ważniejsze sprawy na głowie, więc to spadło na Gallaghera —
mruknął Harry.
Hermiona prychnęła. Każdy byłby lepszy niż Gallagher.
— Dobrze. Gdzie on jest?
— Przy biurku.
Wzięła głębszy oddech i skierowała się do biura
Aurora. Czekał na nią z pogardliwym uśmiechem.
— Gotowa na trochę szukania?
Zacisnęła usta i zarzuciła płaszcz na ramiona.
O dziwo, dom znajdował się na przedmieściach.
Otoczony mugolskimi posiadłościami, był to zarówno mało prawdopodobny, jak i
ponury widok. Dreszcze przeszły jej po plecach, gdy pomyślała o tym, co
sugerowali zwolennicy Voldemorta, którzy byli tak blisko ludzi, których
nienawidzili ponad wszystko.
Aurorzy patrolowali okolicę, rzucono zaklęcia
antyaportacyjne, zmuszając Hermionę i Gallaghera do przejścia obok kilku
murowanych domów; na niektórych podwórkach stały huśtawki, piaskownice i rowery
dziecięce. Mieszkali tu zwykli ludzie z rodzinami, nieświadomi magicznego
zagrożenia, jakie czyhało zaledwie kilka domów dalej.
Murowany dom, o którym mowa, wyglądał na
opuszczony. Trawa na podwórku rosła wysoko i dziko, okna zabito deskami, a
drzwi i część fasady pokrywało graffiti. Jedno okno było wybite za deskami, a
dach wydawał się być w opłakanym stanie.
Hermiona zmarszczyła nos.
— Odstrasza mugoli?
— Można by tak pomyśleć — prychnął Gallagher —
ale nie.
Zaprowadził ją na tył, gdzie znajdowały się
drzwi. Kiedy weszli do środka, Hermiona o mało nie udławiła się zapachem.
Cuchnącym, gęstym… prawie jak zapach mokrego… psa.
— Co oni tu, na Merlina, zrobili? — zapytała i
zmarszczyła brwi.
Gallagher zacisnął szczękę i uformował dłonie w
szpony. Gdy zrozumiała, krew w jej żyłach zamarła. Wilkołaki.
W mugolskiej dzielnicy.
Wśród dzieci.
Gallagher musiał dostrzec przerażenie na jej
twarzy, gdy wygładził swoją i powiedział:
— Zajmiemy się tym, Granger. Rób swoje, a nam,
Aurorom, pozwól robić swoje.
To w najmniejszym stopniu nie uspokoiło Hermiony,
ale wyciągnęła różdżkę i zacisnęła szczękę. Zaczęła od zaczarowania ich butów,
po czym rzuciła zaklęcie ujawniające, a następnie zaklęcia identyfikacyjne,
śledzące i cofające. Naliczyła trzynaście pojedynczych magicznych odcisków,
rozrzuconych po całym zrujnowanym domu.
Serce waliło jej w piersi, a niepokój ogarniał
ją, gdy próbowała stworzyć materialne postacie z magicznych pozostałości.
Zaklęcie było skomplikowane i zbyt długie jego stosowanie przyprawiłoby ją o
migrenę, ale czuła palące podejrzenie; musiała się dowiedzieć.
Znalazłszy największe ślady, skupiła na nich
zaklęcie i pozwoliła pozostałym formom lekko zniknąć. Ta wirowała jak ciemny
dym, cuchnąc siarką, a kiedy w końcu się zmaterializowała, Hermiona z trudem
przełknęła ślinę.
Greyback.
Wiedziała. To było to samo dudniące uczucie,
które towarzyszyło jej od momentu, gdy Gallagher gestykulował pazury. Greyback
w mugolskiej dzielnicy, wśród dzieci. Ta myśl przyprawiała ją o mdłości i
ujrzała w pamięci obraz Lavender. Greyback był potworem i gdyby udało jej się
zdobyć dowody, i wskazać im właściwy kierunek, zrobiłaby wszystko, co w jej
mocy, by doświadczył dotkliwej kary.
Upewniła się, że wszystko zostało sprawdzone, a
dzięki unikalnemu magicznemu śladowi Greybacka mogła stwierdzić, że w domu w
pewnym momencie było co najmniej pięciu innych wilkołaków, wszyscy nosili jego
ślady. Jego ofiary.
Zadrżała.
Miejsce przesiąknięte było mroczną magią, ale po
akcji Aurorów nie pozostały żadne mroczne artefakty ani klątwy. Notatnik i samopiszące
pióro unosiły się obok jej głowy i zapisywały wszystko, co mówiła, wędrując po
domu, dokumentując ewentualne ślady potyczek i nieporozumień. Znalazła ślady
usuniętej krwi w prawie każdym pokoju, a piwnica domu ujawniła dziwnie puste
pomieszczenie i przerażającą scenę z pokojem pokrytym zadrapaniami.
— To prawdopodobnie awaryjna sala przemian dla
wilkołaków — mruknęła, a pióro skrobało kolejne słowa. — Mało prawdopodobne,
żeby wszyscy się tu przemieniali, ryzyko wykrycia jest zbyt wysokie. Poproszę o
raporty o zaginionych osobach z okolicy, żeby to potwierdzić.
Wysiłek, jaki wkładała w podtrzymywanie zaklęć i
rytuałów podczas śledztwa i dokumentowania, wyczerpywał ją. Pot spływał jej po
skórze, a włosy przyklejały się do czoła, gdy brnęła dalej. Kolejny
skomplikowany zestaw zaklęć i mogła określić przedział wiekowy większości
magicznych aur w pomieszczeniu. Nie było to niepotrzebne ani najrozsądniejsze,
biorąc pod uwagę tempo, w jakim się wyczerpywała, ale czuła palący strach i
podejrzenie, że niektórzy z ludzi odwiedzających kryjówkę byli zdecydowanie za
młodzi, by angażować się w takie rzeczy.
I miała rację.
Najmłodsza aura zdawała się należeć do osoby w
wieku od piętnastu do dwudziestu pięciu lat. Skupiając się na zaklęciu,
jednocześnie podtrzymując resztę, mogła je dalej rozwinąć i skrócić okres. Od
szesnastu do dwudziestu. Wilkołak. Właściwie wszystkie ślady wilkołaków, jakie
udało jej się wychwycić, wydawały się dość młode. Najstarszy prawdopodobnie
należał do samego Greybacka.
Przeszedł ją dreszcz, gdy przypomniała sobie
komentarz Malfoya sprzed kilku tygodni na temat pana Crawleya, gdy sugerował
dostarczanie wilkołakom mugolskich dzieci. Żołądek ścisnął jej się, włosy
stanęły dęba, a ona mruknęła:
— Zbadać możliwy związek z zaginięciem Atticusa
Crawleya.
Dłoń, w której trzymała różdżkę, zaczęła mrowić i
drętwieć, wkrótce ogarnęło ją zmęczenie. Przełknęła ślinę i zignorowała to,
postępując zgodnie z protokołem.
Śledziła ruchy, rozumiejąc, że w ciągu ostatniego
miesiąca w określonych dniach, w odstępach dwóch tygodni, do domu aportowało
się mnóstwo ludzi. Regularne spotkania. Pióro pisało z taką samą zaciekłością,
z jaką pracował jej umysł, a ona rzuciła zaklęcie przywracające stół, który
najwyraźniej niedawno został zniszczony, aby sprawdzić, czy uda jej się
magicznie odtworzyć przyczynę jego pęknięcia. Siła uderzenia wskazywała, że
ktoś na niego upadł. Kolejne zaklęcie ujawniło ślady usuniętej krwi. Rebelianci
nie dogadywali się między sobą.
Jej dłoń drżała, mrowienie przeszyło ramię. Głowa
ciążyła, kości były jak z ołowiu, ale nie skończyła. Wciąż miała tropy do
zbadania, nici do rozwikłania. Nie mogła pozwolić, by cokolwiek jej umknęło,
jeśli to była jej szansa, by udowodnić Montague swoją wartość. Gallagher
dołączył do Aurorów przed domem, a Hermiona ponownie przeszukała wszystko
zaklęciami cofającymi, ale nie było to już takie łatwe.
Nawet kolana jej drżały i musiała mrugać, żeby
nie widzieć wszystkiego podwójnie. W końcu jej zaklęcia się rozwiały. Nic nie
zostało.
Notatnik i pióro trzasnęły o podłogę, dłoń
Hermiony opadła bezwładnie, różdżka potoczyła się po zniszczonych, drewnianych
deskach, a ona ledwo zdołała się oprzeć o stolik, zanim upadła. Wzięła głęboki
oddech, jej mięśnie skurczyły się z wyczerpania. Powoli opadła na kolana. Uszy
się zatkały, a świat pogrążył w stłumionej ciszy. Ciemność zalała jej wzrok, w
głowie się kręciło. Czołgała się po podłodze, aż znalazła różdżkę, notatnik i
pióro.
Czuła się tak słabo, jakby chciała położyć się na podłodze i
przespać tydzień, ale z trudem schowała notatnik i pióro do torebki z
koralikami, zanim podniosła się z podłogi i dowlokła do drzwi.
O mało nie wypadła, gdy się otworzyły. Ledwo
widziała, nogi wciąż jej drżały, a ona zmrużyła oczy, by osłonić się przed
słońcem.
— Gallagher? — Jej głos był słaby, ochrypły. —
Gallagher? — Postać odwróciła się za płotem, a ona zgadywała. — Muszę wracać.
Nie… nie czuję się dobrze.
— W porządku, Granger — powiedział, ale nie
podszedł. — Śmiało. Skończę patrolowanie i wrócę za tobą.
— Nie — zaczęła, ale on ruszył ulicą.
Jęknęła cicho, wszystko ją przytłaczało. Nie
mogła się deportować w takim stanie. Ryzyko rozszczepienia było zbyt duże.
Próbowała zebrać siły, żeby wyciągnąć nogi na ulicę i dotrzeć do granicy zaklęć
antyaportacyjnych. Wiedziała, że sama nie da rady i będzie musiała się wkrótce
położyć, żeby nie zemdleć.
Oparła się o płot, idąc ulicą; ledwo mogła unieść
nogi i prawie nic nie widziała. W ustach miała sucho, a głos chrapliwy, gdy
wzywała pomocy.
Nikt nie przyszedł.
Płakała wyczerpanym śmiechem. Typowe. Aurorzy
nigdy nie działali sami. Zawsze czuwali nad sobą nawzajem. Ale ona nie była
Aurorką. Musiała to zrobić sama tak, jak większość rzeczy w dzisiejszych
czasach, bez względu na ryzyko. Mocno ściskając różdżkę, w końcu dotarła do
krawędzi zaklęcia aportacyjnego. Wzięła głęboki oddech, przywołując resztki
magii, zanim intensywnie zastanowiła się nad miejscem, do którego chciała się
udać. Myśl zadrżała, ale włożyła w nią całą swoją uwagę.
Pociągnięcie było natychmiastowe, wciągając ją z
powrotem w pustkę niczego i wszystkiego. Być może w pewnym momencie poczuła
grunt pod nogami, może usłyszała swoje imię, ale gdy to uczucie rozpłynęło się
w próżni nicości, poczuła, że ogarnęła ją ciemność.
~*~*~*~*~*~*~*~
— Mogła się rozszczepić,
ty pieprzony palancie! — Twarz Pottera poczerwieniała z wściekłości, gdy
wepchnął Gallaghera w ścianę, mocno ściskając tego kretyna za kołnierzyk. —
Gdzie ty, do cholery, byłeś?
— Na Merlina, skąd mogłem wiedzieć, że do tego
dojdzie? — krzyknął Gallagher i próbował się bronić, ale Potter był jak
wściekły pies i o mało co nie zemdlał.
Draco oparł się o ścianę, krzyżując ramiona na
piersi. Przyglądał się tej scenie z chorobliwą satysfakcją, spokojniejszy, niż
powinien — dzięki gęstej pustce w jego umyśle. Gallagher nie wiedział, jakie
miał szczęście, że to Potter dopadł go pierwszy. Draco by go zabił, a potem
nawet nie czułby poczucia winy.
To był czysty fart, że Granger nie rozszczepiła
się, lądując na ich podłodze w punkcie awaryjnej aportacji. Była nieprzytomna,
a poczerniałe opuszki palców prawej ręki świadczyły o wyczerpaniu magii. Jej
puls był tak słaby, że mógłby w ogóle nie istnieć; serce o mało jej nie
wysiadło.
Mogła umrzeć.
Draco był tam przypadkiem, kiedy pojawiła się z
głośnym trzaskiem, i właśnie miał jej rzucić uroczy komplement, gdy upadła u
jego stóp. Nastąpiła chwila całkowitego bezruchu, szoku, w którym Draco nie
wiedział, co robić. Jakby świat się zatrzymał. Leżała tam, bezradna tak, jak
sześć lat wcześniej w domu jego dzieciństwa. Wtedy błagała o pomoc, aż w końcu
przestała i leżała, dysząc w milczeniu. Na podłodze Ministerstwa wyglądała jak
martwa.
Nawet nie wiedział, kiedy wziął ją w ramiona i
zawołał Pottera, który rzucił się korytarzem z szeroko otwartymi oczami. Nagle
wszyscy troje byli w Szpitalu Świętego Munga, Granger wciąż w jego ramionach.
Musiał pogrążyć swój umysł w ciemności. Była bezwładna, bez życia i
przeraźliwie blada. Uzdrowiciele natychmiast ją zabrali, z wyraźnym niepokojem
na twarzach. Takie wyczerpanie było niebezpieczne i mogło skutkować trwałym
uszkodzeniem, a nawet śmiercią. Zabrali ją na czwarte piętro, a Draco
obserwował, jak grupa Uzdrowicieli wpada do jej pokoju, ale jemu i Potterowi
zakazano wchodzenia tam.
Kiedy wrócili do Ministerstwa, po burzliwej
dyskusji o tym, czyja to wina, natknęli się na niewzruszonego Gallaghera, który
poczuł całą siłę niepohamowanej furii Pottera.
— Nigdy
nikogo nie zostawiasz! — wrzasnął Gallagherowi w twarz.
— Ona… ona tylko rzucała zaklęcia! — wychrypiał
Gallagher. — Mogła powiedzieć…
Ucichł, gdy różdżka Pottera wbiła się w jego
gardło.
— Ty jebana cioto — warknął Harry, a Perkins i
McLeod musieli go odepchnąć. — Powinienem rzucić na ciebie klątwę!
— Potter! Uspokój się, stary — mruknął Perkins,
gdy razem z McLeodem go odciągnęli.
Gallagher otrzepał koszulę, twarz miał czerwoną,
a oddech ciężki. Spojrzał gniewnie na Pottera i mamrotał coś pod nosem, zanim
poprawił mankiety i ruszył ku windom.
— Dokąd idziesz? — głos Draco sprawił, że się
zatrzymał i powoli odwrócił.
— Idę na przerwę — mruknął. — Ludzi tu pojebało.
— Nigdzie nie pójdziesz. — Draco zdumiał spokój
jego głosu. Nagle chciał zabić tego człowieka, rozerwać mu gardło. Nawet jego
Znak zdawał się tego bardzo pragnąć. Odsunął się od ściany i wskazał gestem na
jedną z sal konferencyjnych. — Ty i ja utniemy sobie krótką pogawędkę.
— Malfoy — westchnął Gallagher. — Potrzebuję
przerwy.
Draco tylko spiorunował go wzrokiem i być może
odrobina tej mrocznej wściekłości przesączyła się przez jego oczy, bo to
wystarczyło, by mężczyzna się odwrócił i wlókł stopy do pokoju niczym
rozkapryszone dziecko. Draco zacisnął szczękę i poszedł za nim. Zamknął drzwi,
rzucił na pokój bezróżdżkowe zaklęcie wyciszające i skierował wzrok na
Gallaghera. Ten bezpłciowy palant nie miał nawet na tyle przyzwoitości, żeby
wyglądać na winnego.
Skrzyżował ramiona i westchnął.
— Usiądź, Gallagher.
Auror zmrużył oczy i zrobił, co mu kazano.
Draco stał na końcu stołu, wpatrując się w niego.
— Jak to możliwe, że Granger pojawiła się tu
kilka minut przed tobą? Jak to możliwe, że nie zauważyłeś jej zmęczenia, zanim
się aportowała? Miałeś jej pomóc, prawda?
— Też się będziesz mnie czepiał? — prychnął. —
Wystarczy to, co zrobił Potter. A właściwie, dlaczego w ogóle Granger cię
obchodzi?
Gniew był emocją, na którą pozwalał sobie w
pustce, ale to… och, to było coś jeszcze.
— Ta operacja była moją odpowiedzialnością — warknął cicho Draco — a każdy, kto nie
przestrzega protokołu, musi przede mną odpowiedzieć.
— Przestrzega protokołu?
— burknął Gallagher. — Ona nawet nie jest Aurorką! Jest…
— Jest członkinią naszego zespołu — warknął Draco
i wyprostował się, na co Gallagher spojrzał ze wstydem. — I jest tysiąc razy
bardziej wartościowa od ciebie. Potter miał rację, mogła się rozszczepić.
Powinieneś był jej towarzyszyć. Nie wspominając o ryzyku zostawienia kogoś
samego w kryjówce czarnoksiężników, którzy potwierdzili swoją obecność.
— Granger jest dużą dziewczynką — mruknął. —
Mogła mnie ostrzec, gdy poczuła się niestabilnie, ale tego nie zrobiła. Mogła
wysłać cholernego Patronusa!
Gniew przerodził się w ślepą furię. Uderzył
dłońmi w stół, głośno nim potrząsając, aż Gallagher podskoczył.
— Jak, kurwa,
się spodziewasz, że ktoś pozbawiony magii, wyśle cielesnego Patronusa? Nie
możesz być aż tak głupi! I, jeśli wolno mi spytać, gdzie ty, do cholery, byłeś? Twoim zadaniem było pomagać Granger, a nie zostawiać ją
samej sobie!
— Rzucała zaklęcia i po prostu robiła porządek! —
ryknął. — Moja wiedza i umiejętności bardziej się przydały na zewnątrz, z
naszymi kolegami!
Draco kipiał z wściekłości, ale musiał się
opanować, żeby nie zrobić czegoś, co zagroziłoby jego warunkowemu zwolnieniu.
— Twoje umiejętności wykorzystujesz tam, gdzie,
kurwa, każę ci je wykorzystać. Kiedy dostajesz rozkazy, wykonujesz je. Nie
ryzykujesz życia współpracowników, zachowując się tak niedbale.
Wściekłość błysnęła w oczach Gallaghera, gdy
zerwał się z miejsca.
— Kim ty, do cholery, jesteś, żeby mi rozkazywać,
Malfoy? Jesteś gówniarzem, któremu jaja ledwo opadły. Jestem tu, odkąd zacząłeś
dojrzewać, a jeśli myślisz, że możesz mną pomiatać jak jakimś pachołkiem, to
chyba cię powaliło!
Draco poczuł, jak drgnęła mu powieka, ale nie
zaszczycił mężczyzny odpowiedzią.
Gallagher uśmiechnął się szyderczo.
— Wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Pieprzysz
ją, prawda?
— Co? — warknął Draco i zmrużył oczy.
Auror skrzyżował ramiona.
— To cholernie oczywiste, wiesz. Te zdjęcia w
gazetach, wasze przekomarzanie się w pubie, to, jak ciągle rozbierasz ją
wzrokiem — albo ją pieprzysz, albo chcesz. Tak czy inaczej, nie zachowywałbyś
się jak palant, gdybyś nadal myślał o niej jak o brudnej szlamie. A może
jesteś…
Dłonie Draco poruszyły się same, jego Znak
pulsował z niecierpliwości, jego wola wsiąkała w krew. Złapał Gallaghera za
kołnierz i cisnął nim o ścianę, wyciskając powietrze z jego płuc.
— Uważaj na to, co mówisz — wysyczał. Nigdy
wcześniej Zabójcza Klątwa nie brzmiała tak przyjemnie. — Moja cierpliwość się
kończy. Nie rób niczego, czego byś żałował.
— Czy to groźba? — Gallagher splunął i próbował
odepchnąć Draco.
Bezsłowne zaklęcie przykleiło mu kończyny do
boków.
— To ostrzeżenie — warknął. — Nie jestem
Potterem. Jeśli mnie wystarczająco wkurzysz, nie będę się powstrzymywał.
— Blefujesz.
— Odpierdalaj szajs, a sam się przekonasz.
Ponownie przycisnął Aurora do ściany, uderzając
jego głową o ścianę, wyprostował się, poruszył ramionami i obrzucił go
najwredniejszym spojrzeniem, na jakie było go stać, po czym się odsunął.
Gallagher zachwiał się, gdy podniósł się na nogi
i poprawił koszulę. Kołnierzyk miał podarty, a policzki szkarłatne. Mógł być
starszy, ale obaj wiedzieli, kto wygra, gdyby doszło do walki — magicznej czy
nie. W końcu Gallagher usiadł z powrotem, spuszczając wzrok.
Draco wziął głęboki oddech, hamując furię, po
czym mruknął:
— Idź do domu, Gallagher. Jesteś zawieszony.
— Co? — Auror zmarszczył brwi i wyciągnął ręce,
ale kiedy Draco tylko spiorunował go wzrokiem, warknął: — To niedorzeczne.
Brzmi jak jebany żart. Nie masz nawet dwudziestu pięciu lat — to cholernie
niedorzeczne. Robards dostanie szału i wyśle cię z powrotem do Azkabanu,
wspomnisz moje słowa.
Po czym wstał, mamrocząc coś pod nosem, ale nie
spojrzał na Draco, gdy wybiegł z pokoju i odszedł.
Draco wziął głęboki oddech, umacniając pustkę i
uspokajając się. Nowa determinacja wypełniła go, gdy wyszedł z sali
konferencyjnej i skierował się do gabinetu Robardsa. Usłyszał krzyk Gallaghera,
ale jego pospieszne i gniewne wyjście ujawniło, że Robards prawdopodobnie
wymusił na Draco decyzję o zawieszeniu.
Kręcąc głową przed wejściem do gabinetu, upewnił
się, że zachowa spokój i opanowanie. Serce waliło mu jak młotem, furia wciąż
tliła się tuż pod skórą, ale poza tym udało mu się zachować zimną krew.
— Malfoy — Robards skinął poważnie głową, gdy
Draco wszedł do środka. — Dobrze. Właśnie rozmawiałem z Gallagherem i…
— Zawiesiłem go — mruknął Draco, a wzrok Robardsa
przeciął jego.
— Wiem — powiedział wtedy Główny Auror. — I
zgadzam się z tą decyzją. Jak się czuje Granger?
— Przyjęto ją na Oddział Janusa Hickeya.
Wyczerpanie magii.
Twarz Robardsa emanowała zaciętością.
— Czy przed zadaniem mówiła, że źle się czuje?
Miała jakieś objawy?
Draco zacisnął szczękę, a gniew znów wybuchł,
niemal iskrząc wokół niego niczym elektryczność.
— Powiedziała ci dziś rano, że tak duża operacja
wymagała co najmniej jeszcze jednego śledczego.
Robards zmarszczył brwi i odchylił się na
krześle.
— Co ty mówisz, Malfoy?
— Powinieneś był wiedzieć, żeby nie wysyłać jej
samej, jeśli chciałeś, żeby dom został dokładnie zbadany — powiedział Draco
szorstko. — Wiedziałeś, że to może się zdarzyć, a jednak nie przejmowałeś się
tym. Gallagher porzucił swoje zadanie, żeby zająć się czymś, co uważał za
ważniejsze, ale to ty ją tam wysłałeś. Jeśli odniesie trwałe obrażenia z powodu
tego wyczerpania, to twoja wina, Robards. Jesteś tak samo winny jak Gallagher.
Cała ta niekompetencja to hańba.
Mężczyzna zmrużył oczy i pochylił się do przodu.
— Wiesz, Malfoy, masz szczęście, że jesteś
cholernie dobrym Aurorem. W przeciwnym razie wylałbym cię lata temu za bycie
takim nieznośnym draniem.
Draco uśmiechnął się ironicznie.
— Myślisz, że Shacklebolt będzie zadowolony,
wiedząc, że naraziłeś życie Najbystrzejszej Czarownicy Swojego Wieku, nie
zważając na jej ostrzeżenie?
To sprawiło, że Robards wyprostował się z
przestrachem.
Draco również się wyprostował, górując nad nim, i
skrzyżował ramiona na piersi.
— Chyba nie muszę ci przypominać, żebyś
dopilnował, by otrzymała najlepszą możliwą opiekę. Nie tylko furię Shacklebolta
będziesz musiał znosić, jeśli całkowicie nie wyzdrowieje; musisz liczyć się z
opinią publiczną.
I z jego wściekłością, ale tym się nie podzielił.
Robards zacisnął pięści i spiorunował go
wzrokiem. O tak, wiedział. Hermiona Granger była skarbem narodowym i żaden
mężczyzna nie chciał być przyczyną jej trwałych uszkodzeń.
Usta Draco wykrzywiły się w grymasie coś pomiędzy
uśmieszkiem a skrzywieniem, zanim wyszedł z biura, i upewnił się, że trzaśnie
drzwiami. Potter wpatrywał się w niego z drugiego końca korytarza,
niecierpliwie stukając stopą o podłogę. Wsunął ręce do kieszeni spodni i
podszedł.
— Gdzie, do cholery, jest Gallagher? — warknął
Potter.
— Jest zawieszony — powiedział Draco. — Na czas
nieokreślony.
— Zawieszony? Powinien zostać zwolniony! —
warknął Potter i przeczesał dłonią niesforne włosy.
— Nie mam takiej władzy, Potter — prychnął i
uniósł brew. — To było najlepsze, co mogłem zrobić.
Poprawił okulary i skrzyżował ramiona na piersi.
Draco westchnął i oparł się o ścianę.
— Jak często ona to robi? Wyczerpuje się z magii?
Potter pokręcił głową.
— Wkręca się we wszystko, co robi, całą sobą i
nie przestanie, dopóki nie znajdzie odpowiedzi, których szuka. To zarówno
błogosławieństwo, jak i przekleństwo, bo jeśli ktoś coś znajdzie, to Hermiona —
ale potrafi też utknąć i pogrążyć się w pracy. — Czarodziej westchnął ciężko. —
Czasami potrafi się z tego wyplątać, ryzykując własne dobro. — Przełknął ślinę.
— Jakby świat miał się skończyć, jeśli nie znajdzie odpowiedzi. — Pokręcił
głową, ściskając nasadę nosa. — Słuchaj, Malfoy, to nie ja powinienem o tym
mówić. Hermiona ma swoje problemy, z mojej winy, Voldemorta i wojny. Starałem
się utrzymać ją na powierzchni, ale jest uparta. Jak sądzę, prędzej czy później
to musiało się wydarzyć.
— Więc dlaczego nie doszło do tego wcześniej?
— Prawie nigdy nie wyczerpała się na miejscu
zbrodni, bo ani Montague, ani Robards nie uważają, żeby jej praca była
konieczna.
Draco zmarszczył brwi.
— Widzieli, jak pracuje? Ja widziałem, już dwa
razy, i to… — Prychnął. — Granger zawsze była kujonką, więc oczywiście musi być
najlepsza we wszystkim, co robi. Gdyby Robards zobaczył ją w akcji, nigdy nie
kwestionowałby jej kompetencji.
Potter zmarszczył brwi i zmrużył oczy.
— Czy ty właśnie… pochwaliłeś Hermionę?
Draco zająknął się w odpowiedzi, ale odzyskał
spokój. Uniósł brew.
— Nie jesteśmy już dziećmi.
— Ale ty jej nienawidzisz.
Draco wzruszył ramionami.
— To nie znaczy, że nie mogę doceniać jej pracy.
Potter mruknął coś pod nosem i obserwował go
przez chwilę, zbyt blisko, by czuć się komfortowo, po czym skinął głową.
— Nie pozwól, by to usłyszała. Wykorzysta to
przeciwko tobie jak miecz.
Na ustach Draco pojawił się uśmiech.
— Dzięki za ostrzeżenie.
Potter parsknął śmiechem, po czym westchnął i
przetarł twarz dłońmi.
— Czy jest coś, co mam teraz dla ciebie zrobić?
Chcę jak najszybciej wrócić do Świętego Munga.
Draco pokręcił głową.
— Możesz iść.
Potter skinął głową i odwrócił się w stronę
punktu teleportacji.
— A, i Malfoy — rzucił, odwracając się ponownie.
— Dziękuję ci za pomoc. Jestem pewien, że Hermiona też jest wdzięczna. Znam ją;
nie będzie zbyt dumna, żeby się do tego przyznać.
— Cóż, zobaczymy.
Draco uśmiechnął się.
Potter deportował się z głośnym trzaskiem, a
Draco zacisnął pięści w kieszeni. Serce wciąż mu waliło, a zmartwienie sączyło
się przez pustkę, ale nie mógł zrobić nic poza czekaniem.
________________
Witajcie :) w sobotni wieczór zapraszam na nowy rozdział tłumaczenia. Trochę akcji przed świętami, ale myślę, że Wam się spodoba. Chyba wszyscy lubimy Hermionę i Aurorów w akcji, prawda?
Na kolejny rozdział zapraszam za dwa tygodnie po świętach. Dostaniecie odpowiedzi na wiele pytań z tego rozdziału. U mnie trochę się dzieje prywatnie i zawodowo, ale powoli wszystko ogarniam. Jeśli chodzi o to tłumaczenie dziś skończę tłumaczenie pierwszej części. Ponad 500 stron i 162 tysiące słów już za nami. Na samą myśl, co jeszcze się wydarzy w tej historii, cieszę się jak dziecko, ale o tym potem.
Planuję przetłumaczyć jedno z krótkich opowiadań i zacząć publikacje po Nowym Roku, jednak na razie nie będę zdradzać szczegółów.
Tyle ode mnie. Miłego weekendu!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)