sobota, 13 grudnia 2025

[T] To, co jest między nami: W mugolskiej dzielnicy

Wrzesień 2004

 

W ten poniedziałek Hermiona szczególnie przywiązywała uwagę do swojego wyglądu. Zadbała o to, by prezentować się równie ponętnie, co profesjonalnie, a nawet rzuciła zaklęcie stabilizujące na swoje transmutowane szpilki, by zachować równowagę.

Strojenie się dla Malfoya było ekscytujące. Nie wiedziała, co tak naprawdę oznaczało bycie z nim w takiej relacji — poza seksem, który zmienił jej życie — jednak uznała, że równie dobrze może pójść do pracy i się dowiedzieć, ale chciała to zrobić w żartobliwy sposób. Udowodnił już, że nie ma oporów przed okazywaniem pożądania w pracy, więc nie widziała powodu, by nie kusić go odrobinę.

Zanim Ginny wyszła w niedzielne popołudnie, dała jej na pożegnanie mądrą radę: żyj z tym. Początkowo Hermiona nie do końca rozumiała, co to znaczy, ale po chwili namysłu doszła do wniosku, że jednak rozumie: była dorosła i decyzje, które podejmowała w życiu prywatnym, należały wyłącznie do niej, bez względu na to, co myślały Rita Skeeter czy Narcyza Malfoy.

Więc tego wieczoru usiadła z listą, którą Malfoy kazał jej sporządzić. Chociaż nie wiedziała, co właściwie powinna na niej zapisywać. Ostatecznie napisała dwie kolumny. Pierwsza dotyczyła tego, czego chce, a druga, czego nie chce, i mimo to po trzydziestu minutach zapisała tylko jedną rzecz w kolumnie to, czego chce: więzów.

Kazał jej pomyśleć o tym, co już zrobili i zapisać, co jej się podobało. Wróciła myślami do wszystkich ich spotkań. Co jej się podobało wtedy w Taczce? No cóż, przede wszystkim ta stanowczość. Nie żeby nie miała wyboru, ale złudzenie braku wyboru było nierozsądnie kuszące. Więc pod słowem chcę zapisała stanowczość. Wpatrywała się w to słowo przez chwilę, zmarszczyła brwi i dopisała obok za obopólną zgodą. Z sercem w gardle zapisała również dławienie się, ale prawdopodobnie będzie musiała to z nim omówić, upewnić się, że wie, w jakim stopniu.

Wspominając ich pierwszą noc w jego mieszkaniu, poczuła, jak pieką ją policzki, gdy zapisywała klapsy i ciągnięcie za włosy. Myśląc o sobotniej nocy — i niedzielnym poranku — przygryzła wargę, zapisując wymuszony orgazm i oczywiście seks oralny. Całe jej ciało drżało, gdy sporządzała tę listę.

Nieco ośmielona widokiem tego, co już zapisała, dodała Szlama (albo inne poniżenie, nie wiem), bo miał rację, mogła nadać temu słowu inne znaczenie. Ale nie tylko podobało jej się, kiedy ją tak nazywał — lubiła też, kiedy był delikatny i słodki, i nazywał ją piękną. Dodała także pochwały (co zabawne, nawiązując do poprzedniego punktu). Z pewnością, pomyślała, nie spodziewał się eseju, ale po prostu nie mogła się powstrzymać.

Choć zapisywanie na papierze tych perwersyjnych rzeczy, które lubiła, wydawało się niezręczne, to z drugiej strony dawało dziwne poczucie wolności i z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu nie sądziła, że Malfoy mógłby ją za to potępiać.

Wychodząc z windy w poniedziałkowy poranek, przygotowała się do obrony. Gallagher z pewnością zachowa się jak kompletny palant w temacie artykułu Skeeter, i z pewnością rzuci jakimś niemądrym żartem o tym, jak wyglądała na zdjęciach, albo jak patrzyła na Malfoya — lecz była gotowa do walki.

Jednak ta nigdy nie nadeszła. Wchodząc do korytarza prowadzącego do boksów, zobaczyła Harry’ego wychylającego głowę z dużej sali konferencyjnej, machającego do niej i zachęcającego ją do podejścia. Hermiona zmarszczyła brwi i przyspieszyła kroku. Takie poranne spotkanie nie zdarzało się często, a kiedy weszła do pomieszczenia, zastała Montague’a i Robardsa wraz z Harrym, Malfoyem i czterema innymi liderami zespołów.

— Granger — przywitał ją Robars i skinął głową. — Cieszę się, że mogłaś dołączyć. Proszę, usiądź.

Hermiona zmarszczyła brwi i usiadła obok Harry’ego. Spojrzała na niego, szukając odpowiedzi, ale on tylko wzruszył ramionami. Nie odważyła się spojrzeć przez ramię na Malfoya.

— Dziś rano otrzymaliśmy anonimowy cynk dotyczący podejrzanej kryjówki Śmierciożerców tutaj, w Londynie — zaczął Montague i spojrzał na Aurorów i Hermionę. — Znajduje się w mugolskim Londynie. Potrzebujemy, żebyście potraktowali tę sprawę priorytetowo i zabezpieczyli to miejsce. Granger. — Montague wbił w nią swoje ciemne oczy. — Robards powiedział mi, że jesteś utalentowaną śledczą. Chcę, żebyś zbadała wszelkie ślady na miejscu zbrodni, gdy już wszystko będzie zabezpieczone. Zrozumiano?

Skinęła szybko głową.

— Skąd macie te informacje? — zapytał Malfoy.

Jego głos był napięty, zirytowany.

— To była anonimowa informacja, Malfoy — mruknął Ronards. — Jestem pewien, że rozumiesz, co to znaczy.

— Chodzi mi o to — zaczął niecierpliwie — że chciałbym wiedzieć, w jakiej formie je dostałeś? Zostały ci wysłane? Przez sowę? Znalazłeś jakąś notatkę? Czy personalne podejście?

— Jakie to ma znaczenie? — zapytała Wilma Grant, dowódczyni miejskiej ekipy.

— Duże, bo gdybyśmy wiedzieli, jak te informacje się tu znalazły — wycedził Malfoy — moglibyśmy zrozumieć, kim mógł być informator. Czy na twoim biurku zostawiono wiadomość? Jeśli tak, moglibyśmy założyć, że informator przebywa w Ministerstwie, albo przynajmniej tu był. Bo jak wszyscy wiemy, to może być pułapka.

— Informator nie jest teraz ważny — powiedział Montague. — Najważniejsze to sprawdzić, czy te informacje to prawda. Chcę, żeby wszystkie wasze zespoły zabezpieczyły kryjówkę jak najszybciej, a kiedy to nastąpi, uda się tam Granger.

Hermiona przełknęła ślinę. To było duże zadanie.

— Ilu… Śmierciożerców podejrzewa się o przebywanie w kryjówce?

Wiedziała, że prawdopodobnie nie chodzi o Śmierciożerców jako takich, ale raczej o zwolenników Voldemorta. Łatwiej po prostu było nazwać ich wszystkich Śmierciożercami, nawet jeśli to było błędne założenie.

— Informacje wskazują, że to coś w rodzaju Kwatery Głównej, więc musimy być czujni — powiedział Robards i wyprostował się. — Nie wiemy, ilu ich mogło tam być, ale oczekuję, że to ustalisz, Granger.

Hermiona poczuła ucisk w piersi. To było ogromne zadanie.

— Proszę pana, jeśli mogę; moja praca jest wyczerpująca, a jeśli rzeczywiście jest to siedziba kryjówki terrorystycznej, powinno być tam mnóstwo różnych magicznych odcisków palców. W takim przypadku potrzebowalibyśmy co najmniej dwóch śledczych rzucających te zaklęcia i…

— Cóż, mamy tylko ciebie, więc musimy sobie poradzić z tym, co mamy — mruknął Robards i skrzyżował ramiona.

Hermiona ugryzła się w język i zacisnęła pięści. Robards chwalił jej pracę, ale najwyraźniej jej nie rozumiał.

— Chcemy, żeby wszystko było zrobione szybko i skutecznie — powiedział Montague. — To będzie wasz priorytet. Jeśli informacja okaże się prawdziwa, możemy im zadać cios, po którym mogą się nie otrząsnąć.

Po tych słowach Montague skinął głową w stronę Robardsa, po czym opuścił salę.

Główny Auror spojrzał na niewielki tłum.

— Wasze zespoły są najlepsze w departamencie. Chcę, żeby ta akcja przebiegła szybko i skutecznie. Malfoy, powierzam ci dowodzenie nad tą operacją.

Hermiona wyczuła, jak Harry obok niej się napina, gotowy do sprzeciwu.

Robards zdawał się to dostrzegać i przewidział jego reakcję.

— Masz coś przeciwko, Potter?

— Z całym szacunkiem, proszę pana — zaczął ostrożnie Harry — ale nie wiemy, w co się pakujemy. Może to dom pełen czarnoksiężników. Albo to pułapka, nie wiemy. Malfoy ma dość ofensywne taktyki i…

— Niekoniecznie ofensywne, Potter — wycedził Malfoy zza jego pleców. — Ale skuteczne. Lepiej zaatakować ich szybko, niż dać im środki i okazję do przygotowania się.

— Ale powinniśmy być ostrożni — odparł Harry i odwrócił się. — Prawdopodobnie wchodzimy w gniazdo żmij — bez urazy — ale jeśli to rzeczywiście Kwatera Główna, gdzie znajdują się pozostałe siły oporu, nie powinniśmy działać pochopnie.

Hermiona w końcu odważyła się zerknąć przez ramię. Malfoy, jak zwykle, był ubrany na czarno, włosy miał ułożone w regularną, elegancką falę, ale jego wzrok był zimny jak stal, wpatrzony w Harry’ego.

— Najlepiej po prostu to zrobić, póki niczego nie podejrzewają — powiedział ponuro. — Szybko, sprawnie i bezlitośnie.

Na to nie mogła już powstrzymać słów, które wręcz wyrzuciła z siebie.

— Ale jak się tam dostaniecie? — Zobaczyła, jak stalowe oczy Malfoya, podobnie jak wszystkich innych, wbijają się w nią. Odchrząknęła i wyprostowała się, przenosząc wzrok na Robardsa. — Jeśli to kryjówka, na pewno rzucili tam mnóstwo silnych zaklęć maskujących. Będziecie musieli je rozproszyć, zanim tam wejdziecie. Czy oni tego nie zauważą?

Harry poruszył się obok niej i mruknął:

— Malfoy jest ekspertem w tym temacie.

— Och.

Odwróciła się ponownie, a Malfoy obserwował ją zamyślonym wzrokiem.

— Normalnie tak — powiedział. — Zrobiliby to. Ale mam metody i procedury, żeby zrobić to jak najdyskretniej i jak najszybciej.

Nagle przypomniała sobie o zaklęciach, które rzucił na górną szufladę w biurku i skinęła głową. Wiedziała, że jest całkiem biegły w tego rodzaju magii.

Przeniósł wzrok na Robardsa.

— Dlatego musimy ruszyć i zaatakować jak najszybciej. Może uda mi się rozproszyć zaklęcia tak, żeby tego nie zauważyli, ale jak tylko znikną, musimy zaatakować. Nie możemy tracić czasu.

— Ale powinni też mieć zaklęcia antyaportacyjne, prawda? — zapytał Quintus Catterling, kolejny dowódca zespołu w pomieszczeniu.

— Tak — odparł Malfoy — ale one też zostaną rozproszone.

— A musisz je rozpraszać? — dopytywał Catterling. — Nie lepiej byłoby je zostawić i zaatakować ich pieszo?

— Mój rytuał niweluje wszelkie zabezpieczenia — mruknął Malfoy.

— Ale to niepotrzebne — odparł Catterling.

— Więc wolisz, żebym usuwał każde zaklęcie osobno? — warknął, wpatrując się w niego ostro.

— Mówię tylko — odburknął Catterling, a jego policzki i szyja poczerwieniały z irytacji — że dobrze by nam zrobiło, gdybyśmy utrzymali zaklęcie antyaportacyjne w nienaruszonym stanie.

Malfoy zjeżył się jak wielki kot szykujący się do ataku.

— Zaklęcie antyaportacyjne po przekroczeniu go emanuje lekkim drżeniem w powietrzu, drżeniem bardziej zauważalnym dla osoby, która je rzuca, niż dla innych. To drżenie jest proporcjonalne do masy przechodzącej przez nie, niczym zmarszczka na wodzie, co pozwala stwierdzić, czy intruz jest zwierzęciem, czy człowiekiem. Pojedyncza osoba, poruszając się ostrożnie, mogłaby wywołać drżenie słabsze niż normalnie, być może maskując jego rozmiar, ale dwudziestu czterech wyszkolonych i doświadczonych Aurorów? Natychmiast zorientowaliby się, że zaklęcia zostały przekroczone i odpowiednio zareagowali.

— Nie musisz mi tłumaczyć zaklęć antyaportacyjnych, Malfoy — warknął.

— Więc nie marnuj naszego czasu na niekompetencję, Catterling.

— Dość tego — burknął Robards i wszystkie głowy zwróciły się w jego stronę. Nie był rozbawiony. — Malfoy, twoja biegłość w łapaniu Śmierciożerców bardzo ci się przyda i nie chcę już słyszeć tych kłótni. Rozejść się.

Szuranie krzeseł wstrząsnęło Hermioną. Aurorzy wymaszerowali z sali zdecydowanym krokiem, a ona ostrożnie podążyła za nimi. Widziała już wcześniej tego typu operacje, ale nigdy o tak wysokiej stawce.

Malfoy wydawał rozkazy, układając strategię niczym na szachownicy; Hermiona obserwowała go, jak dowodził grupą z autorytetem, przyprawiającym ją o drżenie kolan. Nie był oschły i agresywny, ale surowy i zdecydowany. Podzielił drużyny, dał każdemu własne cele, a Aurorzy zniknęli w swoich szatniach, by pojawić się chwilę później w swoich odpornych na czary uniformach.

Hermiona stała przed swoim biurem, obejmując się ramionami i obserwując, jak Aurorzy mocują różdżki do kabur. Złapała spojrzenie Harry’ego; brwi miał nisko osadzone, a twarz pozbawioną emocji. Mógł być ostrożny i niezdarny w niektórych aspektach życia, ale w pracy był człowiekiem, który nie owija w bawełnę.

— Wrócimy po ciebie, gdy kryjówka będzie zabezpieczona — powiedział i skinął głową.

Hermiona przełknęła ślinę i skinęła głową w odpowiedzi.

Malfoy wezwał grupy do zebrania się kilka metrów od podanego adresu, zanim dotarł do punktu aportacji awaryjnej i zniknął w miejscu z trzaskiem. Pozostali zrobili to samo, zostawiając Hermionę samą w pustym korytarzu.

Kilka drzwi dalej Aurorzy z innych specjalizacji wychylali głowy ze swoich boksów, z twarzami przepełnionymi ciekawością.

Hermiona przygryzła wargę i zamknęła się w swoim gabinecie.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Wypisała wszystkie zaklęcia z książek, które mogła użyć. Minęła prawie godzina, odkąd Aurorzy zniknęli i wciąż nie było żadnych wieści. Zapamiętała zaklęcia i przygotowała się na wyczerpujące popołudnie. Kiedy ktoś zapukał do jej drzwi, zerwała się z krzesła i chwyciła płaszcz, gotowa do pracy.

To był Robards. Hermiona zamarła z klamką w dłoni. Serce jej zamarło. Czekała, aż się odezwie, przyniesie złe wieści, ale Robards nie wydawał się zmartwiony.

— Gotowa do pracy? — zapytał.

Hermiona wzięła głęboki oddech i puściła drzwi. Skinęła głową.

— Samej będzie mi dość ciężko, ale jestem gotowa.

— Montague nie sądzi, żebyś mogła wnieść do sprawy jakieś cenne informacje — powiedział i zmarszczył brwi. Wsunął ręce do kieszeni. — Właściwie, nie jest przekonany, czy twoja rola w Biurze Aurorów jest w ogóle potrzebna. Jesteś z nami od dawna, głównie z szacunku dla Ministra. Montague traci cierpliwość. Ale pokazałem mu twoje raporty. Był zaintrygowany, lecz nie przekonany. To twoja szansa, Granger. Nie zawiedź mnie.

Przełknęła ślinę, czując ucisk w piersi. Nie wiedziała, że jej praca jest zagrożona.

— Nie zawiodę, proszę pana. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by znaleźć jak najwięcej.

Robards skinął głową.

— Dobrze. Nie wiemy, ilu aresztujemy, jeśli w ogóle, i nie wiemy, ilu z nich jest odpornych na Legilimencję i Veritaserum. Poleganie na tym może być niebezpieczne. Twarde, bezsprzeczne dowody zawsze się przydadzą.

Hermiona wyprostowała się.

— Zgadzam się.

Zerknął na zegarek.

— Wkrótce powinni wrócić. Rzucenie zaklęcia przełamującego osłony zazwyczaj zajmuje Malfoyowi około czterdziestu pięciu minut.

Hermiona zmarszczyła brwi i przechyliła głowę.

— Proszę pana, czy wie pan, jakiego zaklęcia on używa?

— Nie — odparł i odwrócił się, by odejść. — Sam je zaprojektował.

Stała oszołomiona. Musiałoby to być bardzo skomplikowane i potężne zaklęcie, gdyby mogło rozproszyć każdą osłonę, ale próbowała już wszystkich sztuczek, żeby przełamać zaklęcia ochronne Malfoya w jego biurku, i wielokrotnie była pod wrażeniem jego bezróżdżkowych i niewerbalnych umiejętności. Szczerze mówiąc, trochę mu tego zazdrościła. I niepotrzebnie ją to denerwowało.

Odwróciła się i spojrzała na otwarte książki, a w jej głowie zagościł niepokój: co, jeśli nie będzie w stanie rzucić wszystkich niezbędnych zaklęć? Prawdę mówiąc, śledczy rzadko pracował sam. W Departamencie Śledczym i Patrolu Czarodziejskiej Policji mieli całe zespoły śledczych — począwszy od jej obowiązków po detektywów — ale Aurorzy byli bardziej zdeterminowani. Ich jedynym celem, jedynym zamysłem, było ściganie czarnoksiężników, najgroźniejszych przestępców, i rzadko znajdowali powód, by badać miejsce zbrodni.

Praca Hermiony zmieniła poglądy Robardsa w tym temacie. Być może, jeśli jej się poszczęści, uda jej się zmienić również przekonania Montague. Z determinacją wróciła do nauki.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Hermiona myślała, że minęło zaledwie dwadzieścia minut od krótkiej rozmowy z Robardsem, ale minęły dwie godziny. Kiedy głosy dochodzące zza drzwi wyrwały ją z otchłani myśli, natychmiast się wyprostowała, a serce podskoczyło do gardła. To było to.

Poprawiła bluzkę i spódnicę, uniosła brodę, po czym chwyciła płaszcz i ruszyła do drzwi. Kiedy je otworzyła, stanęła twarzą w twarz z hordą Aurorów, z których niektórzy przeklinali, a inni świętowali. Z trudem stąpając po ziemi, rozglądała się za Harrym. Jego rozczochrane włosy i zielone oczy przykuły jej uwagę. Skinął głową, podchodząc.

— Co się stało? — zapytała.

Twarz Harry’ego emanowała zaciętością. Broda, którą wciąż Ginny kazała mu zapuszczać, nadawała mu dojrzalszy wygląd.

— Cynk się potwierdził, ale kryjówka była prawie pusta. Znaleźliśmy tam dwóch czarnoksiężników, ale dostrzegliśmy ślady regularnych spotkań. Zabraliśmy ich na przesłuchanie, dzielnie walczyli. Dom jest zabezpieczony. Gallagher ci pomoże.

Hermiona zmarszczyła brwi.

— Gallagher? Czemu nie ty?

Harry westchnął i przeczesał włosy dłonią.

— Malfoy i ja będziemy prowadzić przesłuchania. Albo, cóż, Malfoy będzie przesłuchiwał, a ja… nadzorował.

— Nadzorował? — Hermiona uniosła brew. — Nie rozumiem. Co się dzieje?

— Cóż, najwyraźniej dwaj aresztowani są znani Malfoyowi — wyjaśnił Harry i poprawił okulary. — To zazwyczaj wykluczałoby go jako przesłuchującego, ale ponieważ jest mistrzem Legilimencji, nie możemy sobie pozwolić na czekanie na kogoś innego. Będę więc tam, by dopilnować, żeby nie przekroczył granicy z powodu osobistych urazów.

Hermiona skrzywiła się. Gallagher? Świetnie.

— Collins zgłosił się na ochotnika, ale Malfoy powiedział, że ma ważniejsze sprawy na głowie, więc to spadło na Gallaghera — mruknął Harry.

Hermiona prychnęła. Każdy byłby lepszy niż Gallagher.

— Dobrze. Gdzie on jest?

— Przy biurku.

Wzięła głębszy oddech i skierowała się do biura Aurora. Czekał na nią z pogardliwym uśmiechem.

— Gotowa na trochę szukania?

Zacisnęła usta i zarzuciła płaszcz na ramiona.

O dziwo, dom znajdował się na przedmieściach. Otoczony mugolskimi posiadłościami, był to zarówno mało prawdopodobny, jak i ponury widok. Dreszcze przeszły jej po plecach, gdy pomyślała o tym, co sugerowali zwolennicy Voldemorta, którzy byli tak blisko ludzi, których nienawidzili ponad wszystko.

Aurorzy patrolowali okolicę, rzucono zaklęcia antyaportacyjne, zmuszając Hermionę i Gallaghera do przejścia obok kilku murowanych domów; na niektórych podwórkach stały huśtawki, piaskownice i rowery dziecięce. Mieszkali tu zwykli ludzie z rodzinami, nieświadomi magicznego zagrożenia, jakie czyhało zaledwie kilka domów dalej.

Murowany dom, o którym mowa, wyglądał na opuszczony. Trawa na podwórku rosła wysoko i dziko, okna zabito deskami, a drzwi i część fasady pokrywało graffiti. Jedno okno było wybite za deskami, a dach wydawał się być w opłakanym stanie.

Hermiona zmarszczyła nos.

— Odstrasza mugoli?

— Można by tak pomyśleć — prychnął Gallagher — ale nie.

Zaprowadził ją na tył, gdzie znajdowały się drzwi. Kiedy weszli do środka, Hermiona o mało nie udławiła się zapachem. Cuchnącym, gęstym… prawie jak zapach mokrego… psa.

— Co oni tu, na Merlina, zrobili? — zapytała i zmarszczyła brwi.

Gallagher zacisnął szczękę i uformował dłonie w szpony. Gdy zrozumiała, krew w jej żyłach zamarła. Wilkołaki.

W mugolskiej dzielnicy.

Wśród dzieci.

Gallagher musiał dostrzec przerażenie na jej twarzy, gdy wygładził swoją i powiedział:

— Zajmiemy się tym, Granger. Rób swoje, a nam, Aurorom, pozwól robić swoje.

To w najmniejszym stopniu nie uspokoiło Hermiony, ale wyciągnęła różdżkę i zacisnęła szczękę. Zaczęła od zaczarowania ich butów, po czym rzuciła zaklęcie ujawniające, a następnie zaklęcia identyfikacyjne, śledzące i cofające. Naliczyła trzynaście pojedynczych magicznych odcisków, rozrzuconych po całym zrujnowanym domu.

Serce waliło jej w piersi, a niepokój ogarniał ją, gdy próbowała stworzyć materialne postacie z magicznych pozostałości. Zaklęcie było skomplikowane i zbyt długie jego stosowanie przyprawiłoby ją o migrenę, ale czuła palące podejrzenie; musiała się dowiedzieć.

Znalazłszy największe ślady, skupiła na nich zaklęcie i pozwoliła pozostałym formom lekko zniknąć. Ta wirowała jak ciemny dym, cuchnąc siarką, a kiedy w końcu się zmaterializowała, Hermiona z trudem przełknęła ślinę.

Greyback.

Wiedziała. To było to samo dudniące uczucie, które towarzyszyło jej od momentu, gdy Gallagher gestykulował pazury. Greyback w mugolskiej dzielnicy, wśród dzieci. Ta myśl przyprawiała ją o mdłości i ujrzała w pamięci obraz Lavender. Greyback był potworem i gdyby udało jej się zdobyć dowody, i wskazać im właściwy kierunek, zrobiłaby wszystko, co w jej mocy, by doświadczył dotkliwej kary.

Upewniła się, że wszystko zostało sprawdzone, a dzięki unikalnemu magicznemu śladowi Greybacka mogła stwierdzić, że w domu w pewnym momencie było co najmniej pięciu innych wilkołaków, wszyscy nosili jego ślady. Jego ofiary.

Zadrżała.

Miejsce przesiąknięte było mroczną magią, ale po akcji Aurorów nie pozostały żadne mroczne artefakty ani klątwy. Notatnik i samopiszące pióro unosiły się obok jej głowy i zapisywały wszystko, co mówiła, wędrując po domu, dokumentując ewentualne ślady potyczek i nieporozumień. Znalazła ślady usuniętej krwi w prawie każdym pokoju, a piwnica domu ujawniła dziwnie puste pomieszczenie i przerażającą scenę z pokojem pokrytym zadrapaniami.

— To prawdopodobnie awaryjna sala przemian dla wilkołaków — mruknęła, a pióro skrobało kolejne słowa. — Mało prawdopodobne, żeby wszyscy się tu przemieniali, ryzyko wykrycia jest zbyt wysokie. Poproszę o raporty o zaginionych osobach z okolicy, żeby to potwierdzić.

Wysiłek, jaki wkładała w podtrzymywanie zaklęć i rytuałów podczas śledztwa i dokumentowania, wyczerpywał ją. Pot spływał jej po skórze, a włosy przyklejały się do czoła, gdy brnęła dalej. Kolejny skomplikowany zestaw zaklęć i mogła określić przedział wiekowy większości magicznych aur w pomieszczeniu. Nie było to niepotrzebne ani najrozsądniejsze, biorąc pod uwagę tempo, w jakim się wyczerpywała, ale czuła palący strach i podejrzenie, że niektórzy z ludzi odwiedzających kryjówkę byli zdecydowanie za młodzi, by angażować się w takie rzeczy.

I miała rację.

Najmłodsza aura zdawała się należeć do osoby w wieku od piętnastu do dwudziestu pięciu lat. Skupiając się na zaklęciu, jednocześnie podtrzymując resztę, mogła je dalej rozwinąć i skrócić okres. Od szesnastu do dwudziestu. Wilkołak. Właściwie wszystkie ślady wilkołaków, jakie udało jej się wychwycić, wydawały się dość młode. Najstarszy prawdopodobnie należał do samego Greybacka.

Przeszedł ją dreszcz, gdy przypomniała sobie komentarz Malfoya sprzed kilku tygodni na temat pana Crawleya, gdy sugerował dostarczanie wilkołakom mugolskich dzieci. Żołądek ścisnął jej się, włosy stanęły dęba, a ona mruknęła:

— Zbadać możliwy związek z zaginięciem Atticusa Crawleya.

Dłoń, w której trzymała różdżkę, zaczęła mrowić i drętwieć, wkrótce ogarnęło ją zmęczenie. Przełknęła ślinę i zignorowała to, postępując zgodnie z protokołem.

Śledziła ruchy, rozumiejąc, że w ciągu ostatniego miesiąca w określonych dniach, w odstępach dwóch tygodni, do domu aportowało się mnóstwo ludzi. Regularne spotkania. Pióro pisało z taką samą zaciekłością, z jaką pracował jej umysł, a ona rzuciła zaklęcie przywracające stół, który najwyraźniej niedawno został zniszczony, aby sprawdzić, czy uda jej się magicznie odtworzyć przyczynę jego pęknięcia. Siła uderzenia wskazywała, że ktoś na niego upadł. Kolejne zaklęcie ujawniło ślady usuniętej krwi. Rebelianci nie dogadywali się między sobą.

Jej dłoń drżała, mrowienie przeszyło ramię. Głowa ciążyła, kości były jak z ołowiu, ale nie skończyła. Wciąż miała tropy do zbadania, nici do rozwikłania. Nie mogła pozwolić, by cokolwiek jej umknęło, jeśli to była jej szansa, by udowodnić Montague swoją wartość. Gallagher dołączył do Aurorów przed domem, a Hermiona ponownie przeszukała wszystko zaklęciami cofającymi, ale nie było to już takie łatwe.

Nawet kolana jej drżały i musiała mrugać, żeby nie widzieć wszystkiego podwójnie. W końcu jej zaklęcia się rozwiały. Nic nie zostało.

Notatnik i pióro trzasnęły o podłogę, dłoń Hermiony opadła bezwładnie, różdżka potoczyła się po zniszczonych, drewnianych deskach, a ona ledwo zdołała się oprzeć o stolik, zanim upadła. Wzięła głęboki oddech, jej mięśnie skurczyły się z wyczerpania. Powoli opadła na kolana. Uszy się zatkały, a świat pogrążył w stłumionej ciszy. Ciemność zalała jej wzrok, w głowie się kręciło. Czołgała się po podłodze, aż znalazła różdżkę, notatnik i pióro.

Czuła się tak słabo, jakby chciała położyć się na podłodze i przespać tydzień, ale z trudem schowała notatnik i pióro do torebki z koralikami, zanim podniosła się z podłogi i dowlokła do drzwi.

O mało nie wypadła, gdy się otworzyły. Ledwo widziała, nogi wciąż jej drżały, a ona zmrużyła oczy, by osłonić się przed słońcem.

— Gallagher? — Jej głos był słaby, ochrypły. — Gallagher? — Postać odwróciła się za płotem, a ona zgadywała. — Muszę wracać. Nie… nie czuję się dobrze.

— W porządku, Granger — powiedział, ale nie podszedł. — Śmiało. Skończę patrolowanie i wrócę za tobą.

— Nie — zaczęła, ale on ruszył ulicą.

Jęknęła cicho, wszystko ją przytłaczało. Nie mogła się deportować w takim stanie. Ryzyko rozszczepienia było zbyt duże. Próbowała zebrać siły, żeby wyciągnąć nogi na ulicę i dotrzeć do granicy zaklęć antyaportacyjnych. Wiedziała, że sama nie da rady i będzie musiała się wkrótce położyć, żeby nie zemdleć.

Oparła się o płot, idąc ulicą; ledwo mogła unieść nogi i prawie nic nie widziała. W ustach miała sucho, a głos chrapliwy, gdy wzywała pomocy.

Nikt nie przyszedł.

Płakała wyczerpanym śmiechem. Typowe. Aurorzy nigdy nie działali sami. Zawsze czuwali nad sobą nawzajem. Ale ona nie była Aurorką. Musiała to zrobić sama tak, jak większość rzeczy w dzisiejszych czasach, bez względu na ryzyko. Mocno ściskając różdżkę, w końcu dotarła do krawędzi zaklęcia aportacyjnego. Wzięła głęboki oddech, przywołując resztki magii, zanim intensywnie zastanowiła się nad miejscem, do którego chciała się udać. Myśl zadrżała, ale włożyła w nią całą swoją uwagę.

Pociągnięcie było natychmiastowe, wciągając ją z powrotem w pustkę niczego i wszystkiego. Być może w pewnym momencie poczuła grunt pod nogami, może usłyszała swoje imię, ale gdy to uczucie rozpłynęło się w próżni nicości, poczuła, że ogarnęła ją ciemność.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

— Mogła się rozszczepić, ty pieprzony palancie! — Twarz Pottera poczerwieniała z wściekłości, gdy wepchnął Gallaghera w ścianę, mocno ściskając tego kretyna za kołnierzyk. — Gdzie ty, do cholery, byłeś?

— Na Merlina, skąd mogłem wiedzieć, że do tego dojdzie? — krzyknął Gallagher i próbował się bronić, ale Potter był jak wściekły pies i o mało co nie zemdlał.

Draco oparł się o ścianę, krzyżując ramiona na piersi. Przyglądał się tej scenie z chorobliwą satysfakcją, spokojniejszy, niż powinien — dzięki gęstej pustce w jego umyśle. Gallagher nie wiedział, jakie miał szczęście, że to Potter dopadł go pierwszy. Draco by go zabił, a potem nawet nie czułby poczucia winy.

To był czysty fart, że Granger nie rozszczepiła się, lądując na ich podłodze w punkcie awaryjnej aportacji. Była nieprzytomna, a poczerniałe opuszki palców prawej ręki świadczyły o wyczerpaniu magii. Jej puls był tak słaby, że mógłby w ogóle nie istnieć; serce o mało jej nie wysiadło.

Mogła umrzeć.

Draco był tam przypadkiem, kiedy pojawiła się z głośnym trzaskiem, i właśnie miał jej rzucić uroczy komplement, gdy upadła u jego stóp. Nastąpiła chwila całkowitego bezruchu, szoku, w którym Draco nie wiedział, co robić. Jakby świat się zatrzymał. Leżała tam, bezradna tak, jak sześć lat wcześniej w domu jego dzieciństwa. Wtedy błagała o pomoc, aż w końcu przestała i leżała, dysząc w milczeniu. Na podłodze Ministerstwa wyglądała jak martwa.

Nawet nie wiedział, kiedy wziął ją w ramiona i zawołał Pottera, który rzucił się korytarzem z szeroko otwartymi oczami. Nagle wszyscy troje byli w Szpitalu Świętego Munga, Granger wciąż w jego ramionach. Musiał pogrążyć swój umysł w ciemności. Była bezwładna, bez życia i przeraźliwie blada. Uzdrowiciele natychmiast ją zabrali, z wyraźnym niepokojem na twarzach. Takie wyczerpanie było niebezpieczne i mogło skutkować trwałym uszkodzeniem, a nawet  śmiercią. Zabrali ją na czwarte piętro, a Draco obserwował, jak grupa Uzdrowicieli wpada do jej pokoju, ale jemu i Potterowi zakazano wchodzenia tam.

Kiedy wrócili do Ministerstwa, po burzliwej dyskusji o tym, czyja to wina, natknęli się na niewzruszonego Gallaghera, który poczuł całą siłę niepohamowanej furii Pottera.

Nigdy nikogo nie zostawiasz! — wrzasnął Gallagherowi w twarz.

— Ona… ona tylko rzucała zaklęcia! — wychrypiał Gallagher. — Mogła powiedzieć…

Ucichł, gdy różdżka Pottera wbiła się w jego gardło.

— Ty jebana cioto — warknął Harry, a Perkins i McLeod musieli go odepchnąć. — Powinienem rzucić na ciebie klątwę!

— Potter! Uspokój się, stary — mruknął Perkins, gdy razem z McLeodem go odciągnęli.

Gallagher otrzepał koszulę, twarz miał czerwoną, a oddech ciężki. Spojrzał gniewnie na Pottera i mamrotał coś pod nosem, zanim poprawił mankiety i ruszył ku windom.

— Dokąd idziesz? — głos Draco sprawił, że się zatrzymał i powoli odwrócił.

— Idę na przerwę — mruknął. — Ludzi tu pojebało.

— Nigdzie nie pójdziesz. — Draco zdumiał spokój jego głosu. Nagle chciał zabić tego człowieka, rozerwać mu gardło. Nawet jego Znak zdawał się tego bardzo pragnąć. Odsunął się od ściany i wskazał gestem na jedną z sal konferencyjnych. — Ty i ja utniemy sobie krótką pogawędkę.

— Malfoy — westchnął Gallagher. — Potrzebuję przerwy.

Draco tylko spiorunował go wzrokiem i być może odrobina tej mrocznej wściekłości przesączyła się przez jego oczy, bo to wystarczyło, by mężczyzna się odwrócił i wlókł stopy do pokoju niczym rozkapryszone dziecko. Draco zacisnął szczękę i poszedł za nim. Zamknął drzwi, rzucił na pokój bezróżdżkowe zaklęcie wyciszające i skierował wzrok na Gallaghera. Ten bezpłciowy palant nie miał nawet na tyle przyzwoitości, żeby wyglądać na winnego.

Skrzyżował ramiona i westchnął.

— Usiądź, Gallagher.

Auror zmrużył oczy i zrobił, co mu kazano.

Draco stał na końcu stołu, wpatrując się w niego.

— Jak to możliwe, że Granger pojawiła się tu kilka minut przed tobą? Jak to możliwe, że nie zauważyłeś jej zmęczenia, zanim się aportowała? Miałeś jej pomóc, prawda?

— Też się będziesz mnie czepiał? — prychnął. — Wystarczy to, co zrobił Potter. A właściwie, dlaczego w ogóle Granger cię obchodzi?

Gniew był emocją, na którą pozwalał sobie w pustce, ale to… och, to było coś jeszcze.

— Ta operacja była moją odpowiedzialnością — warknął cicho Draco — a każdy, kto nie przestrzega protokołu, musi przede mną odpowiedzieć.

— Przestrzega protokołu? — burknął Gallagher. — Ona nawet nie jest Aurorką! Jest…

— Jest członkinią naszego zespołu — warknął Draco i wyprostował się, na co Gallagher spojrzał ze wstydem. — I jest tysiąc razy bardziej wartościowa od ciebie. Potter miał rację, mogła się rozszczepić. Powinieneś był jej towarzyszyć. Nie wspominając o ryzyku zostawienia kogoś samego w kryjówce czarnoksiężników, którzy potwierdzili swoją obecność.

— Granger jest dużą dziewczynką — mruknął. — Mogła mnie ostrzec, gdy poczuła się niestabilnie, ale tego nie zrobiła. Mogła wysłać cholernego Patronusa!

Gniew przerodził się w ślepą furię. Uderzył dłońmi w stół, głośno nim potrząsając, aż Gallagher podskoczył.

— Jak, kurwa, się spodziewasz, że ktoś pozbawiony magii, wyśle cielesnego Patronusa? Nie możesz być aż tak głupi! I, jeśli wolno mi spytać, gdzie ty, do cholery, byłeś? Twoim zadaniem było pomagać Granger, a nie zostawiać ją samej sobie!

— Rzucała zaklęcia i po prostu robiła porządek! — ryknął. — Moja wiedza i umiejętności bardziej się przydały na zewnątrz, z naszymi kolegami!

Draco kipiał z wściekłości, ale musiał się opanować, żeby nie zrobić czegoś, co zagroziłoby jego warunkowemu zwolnieniu.

— Twoje umiejętności wykorzystujesz tam, gdzie, kurwa, każę ci je wykorzystać. Kiedy dostajesz rozkazy, wykonujesz je. Nie ryzykujesz życia współpracowników, zachowując się tak niedbale.

Wściekłość błysnęła w oczach Gallaghera, gdy zerwał się z miejsca.

— Kim ty, do cholery, jesteś, żeby mi rozkazywać, Malfoy? Jesteś gówniarzem, któremu jaja ledwo opadły. Jestem tu, odkąd zacząłeś dojrzewać, a jeśli myślisz, że możesz mną pomiatać jak jakimś pachołkiem, to chyba cię powaliło!

Draco poczuł, jak drgnęła mu powieka, ale nie zaszczycił mężczyzny odpowiedzią.

Gallagher uśmiechnął się szyderczo.

— Wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Pieprzysz ją, prawda?

— Co? — warknął Draco i zmrużył oczy.

Auror skrzyżował ramiona.

— To cholernie oczywiste, wiesz. Te zdjęcia w gazetach, wasze przekomarzanie się w pubie, to, jak ciągle rozbierasz ją wzrokiem — albo ją pieprzysz, albo chcesz. Tak czy inaczej, nie zachowywałbyś się jak palant, gdybyś nadal myślał o niej jak o brudnej szlamie. A może jesteś…

Dłonie Draco poruszyły się same, jego Znak pulsował z niecierpliwości, jego wola wsiąkała w krew. Złapał Gallaghera za kołnierz i cisnął nim o ścianę, wyciskając powietrze z jego płuc.

— Uważaj na to, co mówisz — wysyczał. Nigdy wcześniej Zabójcza Klątwa nie brzmiała tak przyjemnie. — Moja cierpliwość się kończy. Nie rób niczego, czego byś żałował.

— Czy to groźba? — Gallagher splunął i próbował odepchnąć Draco.

Bezsłowne zaklęcie przykleiło mu kończyny do boków.

— To ostrzeżenie — warknął. — Nie jestem Potterem. Jeśli mnie wystarczająco wkurzysz, nie będę się powstrzymywał.

— Blefujesz.

— Odpierdalaj szajs, a sam się przekonasz.

Ponownie przycisnął Aurora do ściany, uderzając jego głową o ścianę, wyprostował się, poruszył ramionami i obrzucił go najwredniejszym spojrzeniem, na jakie było go stać, po czym się odsunął.

Gallagher zachwiał się, gdy podniósł się na nogi i poprawił koszulę. Kołnierzyk miał podarty, a policzki szkarłatne. Mógł być starszy, ale obaj wiedzieli, kto wygra, gdyby doszło do walki — magicznej czy nie. W końcu Gallagher usiadł z powrotem, spuszczając wzrok.

Draco wziął głęboki oddech, hamując furię, po czym mruknął:

— Idź do domu, Gallagher. Jesteś zawieszony.

— Co? — Auror zmarszczył brwi i wyciągnął ręce, ale kiedy Draco tylko spiorunował go wzrokiem, warknął: — To niedorzeczne. Brzmi jak jebany żart. Nie masz nawet dwudziestu pięciu lat — to cholernie niedorzeczne. Robards dostanie szału i wyśle cię z powrotem do Azkabanu, wspomnisz moje słowa.

Po czym wstał, mamrocząc coś pod nosem, ale nie spojrzał na Draco, gdy wybiegł z pokoju i odszedł.

Draco wziął głęboki oddech, umacniając pustkę i uspokajając się. Nowa determinacja wypełniła go, gdy wyszedł z sali konferencyjnej i skierował się do gabinetu Robardsa. Usłyszał krzyk Gallaghera, ale jego pospieszne i gniewne wyjście ujawniło, że Robards prawdopodobnie wymusił na Draco decyzję o zawieszeniu.

Kręcąc głową przed wejściem do gabinetu, upewnił się, że zachowa spokój i opanowanie. Serce waliło mu jak młotem, furia wciąż tliła się tuż pod skórą, ale poza tym udało mu się zachować zimną krew.

— Malfoy — Robards skinął poważnie głową, gdy Draco wszedł do środka. — Dobrze. Właśnie rozmawiałem z Gallagherem i…

— Zawiesiłem go — mruknął Draco, a wzrok Robardsa przeciął jego.

— Wiem — powiedział wtedy Główny Auror. — I zgadzam się z tą decyzją. Jak się czuje Granger?

— Przyjęto ją na Oddział Janusa Hickeya. Wyczerpanie magii.

Twarz Robardsa emanowała zaciętością.

— Czy przed zadaniem mówiła, że źle się czuje? Miała jakieś objawy?

Draco zacisnął szczękę, a gniew znów wybuchł, niemal iskrząc wokół niego niczym elektryczność.

— Powiedziała ci dziś rano, że tak duża operacja wymagała co najmniej jeszcze jednego śledczego.

Robards zmarszczył brwi i odchylił się na krześle.

— Co ty mówisz, Malfoy?

— Powinieneś był wiedzieć, żeby nie wysyłać jej samej, jeśli chciałeś, żeby dom został dokładnie zbadany — powiedział Draco szorstko. — Wiedziałeś, że to może się zdarzyć, a jednak nie przejmowałeś się tym. Gallagher porzucił swoje zadanie, żeby zająć się czymś, co uważał za ważniejsze, ale to ty ją tam wysłałeś. Jeśli odniesie trwałe obrażenia z powodu tego wyczerpania, to twoja wina, Robards. Jesteś tak samo winny jak Gallagher. Cała ta niekompetencja to hańba.

Mężczyzna zmrużył oczy i pochylił się do przodu.

— Wiesz, Malfoy, masz szczęście, że jesteś cholernie dobrym Aurorem. W przeciwnym razie wylałbym cię lata temu za bycie takim nieznośnym draniem.

Draco uśmiechnął się ironicznie.

— Myślisz, że Shacklebolt będzie zadowolony, wiedząc, że naraziłeś życie Najbystrzejszej Czarownicy Swojego Wieku, nie zważając na jej ostrzeżenie?

To sprawiło, że Robards wyprostował się z przestrachem.

Draco również się wyprostował, górując nad nim, i skrzyżował ramiona na piersi.

— Chyba nie muszę ci przypominać, żebyś dopilnował, by otrzymała najlepszą możliwą opiekę. Nie tylko furię Shacklebolta będziesz musiał znosić, jeśli całkowicie nie wyzdrowieje; musisz liczyć się z opinią publiczną.

I z jego wściekłością, ale tym się nie podzielił.

Robards zacisnął pięści i spiorunował go wzrokiem. O tak, wiedział. Hermiona Granger była skarbem narodowym i żaden mężczyzna nie chciał być przyczyną jej trwałych uszkodzeń.

Usta Draco wykrzywiły się w grymasie coś pomiędzy uśmieszkiem a skrzywieniem, zanim wyszedł z biura, i upewnił się, że trzaśnie drzwiami. Potter wpatrywał się w niego z drugiego końca korytarza, niecierpliwie stukając stopą o podłogę. Wsunął ręce do kieszeni spodni i podszedł.

— Gdzie, do cholery, jest Gallagher? — warknął Potter.

— Jest zawieszony — powiedział Draco. — Na czas nieokreślony.

— Zawieszony? Powinien zostać zwolniony! — warknął Potter i przeczesał dłonią niesforne włosy.

— Nie mam takiej władzy, Potter — prychnął i uniósł brew. — To było najlepsze, co mogłem zrobić.

Poprawił okulary i skrzyżował ramiona na piersi.

Draco westchnął i oparł się o ścianę.

— Jak często ona to robi? Wyczerpuje się z magii?

Potter pokręcił głową.

— Wkręca się we wszystko, co robi, całą sobą i nie przestanie, dopóki nie znajdzie odpowiedzi, których szuka. To zarówno błogosławieństwo, jak i przekleństwo, bo jeśli ktoś coś znajdzie, to Hermiona — ale potrafi też utknąć i pogrążyć się w pracy. — Czarodziej westchnął ciężko. — Czasami potrafi się z tego wyplątać, ryzykując własne dobro. — Przełknął ślinę. — Jakby świat miał się skończyć, jeśli nie znajdzie odpowiedzi. — Pokręcił głową, ściskając nasadę nosa. — Słuchaj, Malfoy, to nie ja powinienem o tym mówić. Hermiona ma swoje problemy, z mojej winy, Voldemorta i wojny. Starałem się utrzymać ją na powierzchni, ale jest uparta. Jak sądzę, prędzej czy później to musiało się wydarzyć.

— Więc dlaczego nie doszło do tego wcześniej?

— Prawie nigdy nie wyczerpała się na miejscu zbrodni, bo ani Montague, ani Robards nie uważają, żeby jej praca była konieczna.

Draco zmarszczył brwi.

— Widzieli, jak pracuje? Ja widziałem, już dwa razy, i to… — Prychnął. — Granger zawsze była kujonką, więc oczywiście musi być najlepsza we wszystkim, co robi. Gdyby Robards zobaczył ją w akcji, nigdy nie kwestionowałby jej kompetencji.

Potter zmarszczył brwi i zmrużył oczy.

— Czy ty właśnie… pochwaliłeś Hermionę?

Draco zająknął się w odpowiedzi, ale odzyskał spokój. Uniósł brew.

— Nie jesteśmy już dziećmi.

— Ale ty jej nienawidzisz.

Draco wzruszył ramionami.

— To nie znaczy, że nie mogę doceniać jej pracy.

Potter mruknął coś pod nosem i obserwował go przez chwilę, zbyt blisko, by czuć się komfortowo, po czym skinął głową.

— Nie pozwól, by to usłyszała. Wykorzysta to przeciwko tobie jak miecz.

Na ustach Draco pojawił się uśmiech.

— Dzięki za ostrzeżenie.

Potter parsknął śmiechem, po czym westchnął i przetarł twarz dłońmi.

— Czy jest coś, co mam teraz dla ciebie zrobić? Chcę jak najszybciej wrócić do Świętego Munga.

Draco pokręcił głową.

— Możesz iść.

Potter skinął głową i odwrócił się w stronę punktu teleportacji.

— A, i Malfoy — rzucił, odwracając się ponownie. — Dziękuję ci za pomoc. Jestem pewien, że Hermiona też jest wdzięczna. Znam ją; nie będzie zbyt dumna, żeby się do tego przyznać.

— Cóż, zobaczymy.

Draco uśmiechnął się.

Potter deportował się z głośnym trzaskiem, a Draco zacisnął pięści w kieszeni. Serce wciąż mu waliło, a zmartwienie sączyło się przez pustkę, ale nie mógł zrobić nic poza czekaniem.

________________

Witajcie :) w sobotni wieczór zapraszam na nowy rozdział tłumaczenia. Trochę akcji przed świętami, ale myślę, że Wam się spodoba. Chyba wszyscy lubimy Hermionę i Aurorów w akcji, prawda?

Na kolejny rozdział zapraszam za dwa tygodnie po świętach. Dostaniecie odpowiedzi na wiele pytań z tego rozdziału. U mnie trochę się dzieje prywatnie i zawodowo, ale powoli wszystko ogarniam. Jeśli chodzi o to tłumaczenie dziś skończę tłumaczenie pierwszej części. Ponad 500 stron i 162 tysiące słów już za nami. Na samą myśl, co jeszcze się wydarzy w tej historii, cieszę się jak dziecko, ale o tym potem.

Planuję przetłumaczyć jedno z krótkich opowiadań i zacząć publikacje po Nowym Roku, jednak na razie nie będę zdradzać szczegółów.

Tyle ode mnie. Miłego weekendu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)

Obserwatorzy