środa, 28 stycznia 2026

[T] Rozgrzeszenie: Rozdział 2

Draco był kompletnie wyczerpany, gdy następnego ranka poszedł do Pottera, niepewnie pukając w drzwi gabinetu Głównego Aurora.

— Potter — przywitał się Draco, uprzejmie kiwając głową.

— Malfoy. Proszę, usiądź.

Potter wskazał na krzesło, nie odrywając wzroku od pergaminu na biurku.

Obaj współpracowali w jakimś zakresie, odkąd Draco został Aurorem osiem lat temu. Nie posunąłby się tak daleko, by nazwać Harry’ego Pottera przyjacielem, ale powiedziałby, że byli dobrymi współpracownikami. Kolano Draco mimowolnie drgnęło, gdy czekał na uwagę mężczyzny, a jego wzrok błądził po niewielkiej przestrzeni. Gabinet Pottera był czysty i uporządkowany, co stanowiło osobliwe zestawienie z samym mężczyzną, który zdawał się wiecznie wyczerpany.

Jedynym osobistym drobiazgiem, na jaki Potter sobie pozwolił, było małe, magiczne zdjęcie jego i Ginny w dniu ich ślubu. Potter odłożył papiery, mrugnął na widok zdjęcia i w końcu zwrócił swoją uwagę na Draco.

— Przepraszam za to, jak idzie sprawa Obliviate? Jakieś postępy?

Draco starał się powstrzymać ziewnięcie, mrugając przesadnie przez chwilę, zanim odpowiedział:

— Przepraszam, wczoraj wieczorem poszedłem do Puraclavy, by się rozejrzeć. Wróciłem późno w nocy.

— Coś nowego?

Potter pochylił się do przodu, poprawiając okulary. Draco docenił brak pogawędek i chęć przejścia do konkretów. To była cecha, której poprzedniemu Głównemu Aurorowi, Robardsowi, najwyraźniej brakowało.

— A propos — Draco zmienił temat — wpadłem na kogoś w Puraclavie. Twoją przyjaciółkę, Granger.

Twarz Pottera wykrzywiła się.

— Hermionę? Co ona tam robiła?

— Cóż, jestem prawie pewien, że nie rzuca Obliviate na czarodziejów czystej krwi. Jak myślisz? — zapytał retorycznie Draco.

Harry zaśmiał się.

— Prowadzi śledztwo?

Draco skinął głową.

— Jest barmanką pod przykrywką.

Nadal dziwnie było słyszeć śmiech drugiego mężczyzny; do roku temu wydawał się pogrążony w wiecznej żałobie.

Przypadkowa śmierć Ginny Potter trzy lata temu wstrząsnęła całą społecznością czarodziejów. Była to dobitna wskazówka, że tragedia może nadejść w każdej chwili, niezależnie od tego, czy kraj jest w stanie wojny. Nawet dla Draco, który nigdy nie przepadał za Harrym Potterem, ta strata wydawała się szczególnie tragiczna; w końcu, czy Harry Potter nie poświęcił się wystarczająco?

— Oczywiście, że tak. — Harry pokręcił głową z rozbawieniem. — Rozmawiałeś z nią?

— Tak. Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać. Myślę, że byłaby atutem w śledztwie. Chciałbym zatrudnić ją jako niezależną konsultantkę.

Draco uważnie obserwował Pottera, ciekaw, jak zareaguje.

Nie wiedział dokładnie, co się dzieje ze Złotym Trio, ale plotki sugerowały, że ich przyjaźń nie była już taka sama od śmierci Ginny. Był szczerze zaskoczony oświadczeniem Granger z poprzedniego wieczoru, że Potter nie dzielił się z nią szczegółami w toczących się sprawach. Być może wciąż wyobrażał sobie tę trójkę w zmowie, spiskującą i knującą tak, jak robili to za czasów nauki w Hogwarcie.

Potter zmarszczył brwi.

— Naprawdę myślisz, że jej potrzebujemy?

Brwi Draco poszybowały w górę.

— Niczego tak naprawdę nie ustaliliśmy, a mamy już trzy ofiary. W tym tempie będziemy mieli epidemię utraty pamięci.

Harry pokręcił głową.

— Masz rację, przepraszam, to przez ten cholerny budżet. — Wskazał na kilka pergaminów, które czytał, a Draco spojrzał na nie, jak miał nadzieję, ze współczuciem. — Powiedz Weasleyowi, że się zgadzam, a on ogarnie papierkową robotę.

Draco przełknął ślinę, teatralnie zamykając oczy i z premedytacją przyciskając palce do czoła, by powstrzymać zbliżający się ból głowy. Percy Weasley był administratorem DPPC odpowiedzialnym za nadzór nad całym departamentem i zmorą każdego Aurora.

— Przepraszam — powiedział Potter powstrzymując śmiech.

Draco rzucił mu zimne spojrzenie, ale Potter pozostał niewzruszony, odprawiając go szybkim machnięciem ręki.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Draco pił właśnie ósmą filiżankę kawy, gdy Granger w końcu pojawiła się tego popołudnia w swoim boksie. Ziewał wyjątkowo satysfakcjonująco, gdy przez dziwne ekhem ekhem w stylu Umbridge o mało nie spadł z krzesła.

— Granger, wystraszyłaś mnie na śmierć — jęknął, pocierając oczy.

Kiedy je otworzył, zobaczył czarownicę w porządnym, mugolskim stroju, z włosami spiętymi w ciasny kok i parą eleganckich szpilek na nogach. Uśmiechała się do niego z rozbawieniem, choć jej wzrok błądził po sali Aurorów.

— Mówiłeś, że tu się spotkamy. Więc jestem.

Jej uśmieszek zniknął, a on zauważył, jak nerwowo tupie prawą stopą.

— Dobra, chodź.

Wstał, zaciągając Granger i plik pergaminów do pustej sali konferencyjnej. Zdjęła płaszcz i wyciągnęła z torebki z koralikami niemożliwie duży notes, położyła go na stole i spojrzała na Draco wyczekująco.

Draco machnął różdżką, ukazując wirtualną tablicę.

— Mamy trzy ofiary: Thomasa Avery’ego, Anthony’ego Traversa i Miltona Fawleya. Poza tym, że zostali znalezieni na zewnątrz Puraclavy pozbawieni pamięci i wspomnień, nie ma między nimi żadnego znaczącego związku.

Ponownie machnął różdżką w stronę tablicy, a zdjęcie po lewej stronie powiększyło się, a obok niego ukazała się seria punktów.

— Pierwszą ofiarą był Thomas Avery: trzydziestoośmioletni Mistrz Eliksirów. Znaleziono go trzy tygodnie temu. Początkowo jego żona była główną podejrzaną, biorąc pod uwagę jej obojętność wobec jego stanu, ale gdy znaleziono drugą ofiarę, szybko oczyszczono ją z zarzutów.

Ekran przesunął się na Anthony’ego Traversa.

— Traversa znaleziono tydzień temu: ma siedemdziesiąt lat, dawno przeszedł na emeryturę. Nie ma najbliższej rodziny. Przyjaciele i sąsiedzi uważają go za miłego staruszka. Jego żona zmarła piętnaście lat temu. I oczywiście — pojawiło się zdjęcie ostatniej ofiary — mamy Miltona Fawleya, lat dwadzieścia pięć. Pracuje w finansach i jest znanym kawalerem. — Draco wypowiedział te ostatnie słowa, patrząc znacząco. — Nie ma żadnego znanego związku między tą trójką, poza tym, że wszyscy pochodzą ze znanych rodzin czarodziejów czystej krwi. Żaden z nich nie brał udziału w ostatniej wojnie czarodziejów ani nie jest znany z wyznawania ideologii czystej krwi. Ale według Uzdrowicieli, wszyscy zostali przyłapani na wypowiadaniu frazy esse mutationem — dokończył, siadając naprzeciwko Granger.

— Ta łacińska fraza nadaje temu ogólny, rytualny charakter, prawda? — zasugerowała, zakładając okulary i wodząc wzrokiem po tablicy. — Załóżmy więc, że ktoś — a może kilka osób — znajduje mężczyzn w Puraclavie, a następnie usuwa ich wspomnienia.

Draco uniósł rękę, żeby jej przerwać.

— I żeby było jasne, to coś więcej niż zwykłe Obliviate. Wspomnienia nie są  po prostu ukryte ani zablokowane, one zniknęły. Ci mężczyźni to w zasadzie czyste karty.

Granger skinęła głową.

— „Bądź zmianą”, więc ci mężczyźni się zmienili? Ale to nie ma sensu! Nie zmienili się. Po prostu, jak sam powiedziałeś, zniknęli.

Zmarszczyła brwi, próbując się skupić.

— O co chodzi? — zapytał.

— Czy to nie morderstwo? — Skierowała rękę na diagram, przybliżając raporty uzdrowiciela. — Pomyśl o tym. Człowiek jest produktem swoich doświadczeń, swoich wspomnień. Bez nich w istocie nie istnieje.

Draco przeciągał słowa:

— Tak, to bardzo interesujące. Jestem pewien, że kiedy to wszystko się skończy, będziemy mogli prowadzić na ten temat długą debatę filozoficzną, ale nie wydaje się to do końca istotne.

Granger pokręciła głową, lekko prychnęła, zanim odpowiedziała:

— Myślę raczej o tym, jak stworzyć profil sprawcy. Musimy przestać myśleć o nim jako o rzucającym zaklęcie i traktować go jako mordercę.

Draco musiał przyznać, że to była słuszna uwaga. Departament mniej przejmował się rzucającym zaklęcie, przynajmniej odkąd ofiary żyły. Ale ktokolwiek to był, wydawał się skłonny do ukrycia tożsamości, co sugerowało coś bardziej złośliwego.

— Dobra, to ma sens.

— Mamy więc kogoś, kto, wciąż nie wiemy, w jaki sposób pozbawia innych tożsamości. Albo zostaje zastąpiony tą łacińską frazą, albo słyszy ją w trakcie rzucania Obliviate, z braku lepszego słowa. Osoba ta najwyraźniej obiera sobie za cel mężczyzn czystej krwi, choć możliwe, że po prostu wybiera mężczyzn, biorąc pod uwagę brak kobiet w Puraclavie — Hermiona snuła teorie.

Draco obserwował ją uważnie, próbując wywnioskować, jakie, jeśli w ogóle, wnioski wyciąga.

— Myślisz, że to kobieta wzgardzona przez czarodziejów czystej krwi? — zapytał, marszcząc brwi.

— Nie do końca. — Pokręciła głową, przyciskając palec do ust w zamyśleniu. — Myślę, że to musi być jakiś rytuał. Mam ochotę przeszukać bibliotekę, sprawdzić, czy nie ma jakiegoś zaklęcia albo rytuału, który by to wyjaśnił albo pomógł zidentyfikować, kto to robi i dlaczego.

Wydawało się to trochę ryzykowne, ale Draco szczerze mówiąc, był zagubiony. Skinął głową.

— W porządku. Pracujesz dziś wieczorem?

Skinęła głową.

— Tak, w każdy wieczór od soboty do czwartku.

Nie wydawała się tym zmartwiona ani nie sprawiała wrażenia, jakby miała jakikolwiek problem z noszeniem krótkiej spódniczki i prowokacyjnego topu pięć wieczorów w tygodniu dla bandy upierdliwych facetów.

— Wiesz — przechylił głowę — nigdy nie wyjaśniłaś, jak nauczyłaś się być barmanką.

Coś błysnęło w jej oczach, gdy powiedziała cicho:

— I nigdy tego nie zrobię.

Prawie się zarumienił, gdy obdarzyła go krzywym uśmiechem, przygryzając dolną wargę, jakby zagubiona w jakimś konkretnym wspomnieniu.

Granger bez wątpienia była zagadką. Co prawda, minęło ponad dziesięć lat od ich ostatniego kontaktu, i oczywiście wtedy zazwyczaj kończyło się na rzucaniu obelgami, ale był pewien, że ta kobieta przed nim niewiele przypominała dziewczynę ze szkoły. Pomijając powierzchowne zmiany, takie jak palenie papierosów i zmiana garderoby, była bardziej zadziorna i, szczerze mówiąc, seksowna. Było to rozbrajające, gdy zauważył to poprzedniego wieczoru i był nieco zaskoczony, widząc, że ta cecha wciąż jest obecna w świetle dziennym.

Odchrząknął, próbując wyrzucić z głowy obraz Granger za barem w Puraclavie.

— Więc powinniśmy skupić się na bibliotece albo archiwach.

Miał mgliste poczucie, że jego głos jest odrobinę za wysoki i modlił się, żeby tego nie zauważyła.

— Brzmi dobrze. — Zaczęła pakować torbę. — Muszę się zbierać do pracy, Malfoy. Jutro o tej samej porze?

Skinął głową, patrząc na jej tyłek, gdy wychodziła, po czym pokręcił głową.

— Co, do cholery, tu robi Hermiona Granger?

Cyniczny głos Rogera Daviesa zbliżył się do niego, a w oczach mężczyzny pojawił się wyrachowany błysk, gdy patrzył za odchodzącą kobietą. Draco poczuł dziwną chęć obrony czarownicy, zanim zdał sobie sprawę, że zrobił to samo dosłownie przed chwilą.

— Konsultuje dochodzenie w sprawie Obliviate — mruknął Draco, przepraszając i przepychając się z powrotem do swojego boksu.

Piętro było w miarę puste, większość Aurorów była na misji lub badała tropy. Davies, nie rozumiejąc aluzji, poszedł za Draco.

— Po co ci konsultant? — zapytał Davies całkowicie protekcjonalnym tonem. — Jak trudno jest namierzyć magiczny podpis Obliviate?

Draco zmusił się do zachowania spokoju, przypominając sobie znane powiedzenie ze spotkań AA: Daj mi odwagę, bym pogodził się z tym, czego nie mogę zmienić.

— Nie rzucają Obliviate.

— W takim razie w jaki sposób ofiary mają wymazaną pamięć?

Ton głosu mężczyzny sugerował, że Draco po prostu zapomniał sprawdzić albo nie rozumiał, czym są zajęcia pamięci.

— Wow, Davies, nie pomyślałem o tym! — zażartował impulsywnie. — Nie wiemy, jak wymazano im pamięć, wiemy tylko, że tak się stało. Dlatego zatrudniamy konsultanta.

Draco usiadł z powrotem przy biurku, udając, że przegląda stos pergaminów w nadziei, że Davies po prostu sobie pójdzie.

— Dobra, Malfoy — prychnął Davies i odszedł.

Draco przewrócił oczami, przypominając sobie, że nawet jeśli kontakt z Daviesem był najgorszą częścią jego dnia, to i tak był to dobry dzień, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

— Wszystko w porządku, Malfoy?

Zbliżał się koniec dnia pracy, kiedy Angelina Weasley pojawiła się w jego boksie. Zdał sobie sprawę, że musiał wyglądać jak gówno, sądząc po zmarszczonych brwiach Angeliny i grymasie jej twarzy.

— Nic mi nie jest, Ang — mruknął, starając się uśmiechnąć.

— Wyglądasz okropnie — powiedziała, patrząc na niego z troską od stóp do głów.

Obrzuciła go swoim charakterystycznym spojrzeniem, tym, które mówiło, że lepiej jej powiedzieć, co się dzieje, bo inaczej tego pożałuje.

— To przez sprawę, nad którą pracuję. Wymaga kilku nieprzespanych nocy — wyjaśnił. Gdy zmrużyła oczy, prychnął. — Dobra, przestań tak na mnie patrzeć! Musiałem iść do nocnego klubu.

Zmarszczyła brwi jeszcze bardziej, przysuwając sobie krzesło.

— Czy to… w porządku? Mogę porozmawiać z Harrym, żeby przydzielili kogoś innego, albo… — urwała.

Angelina była mentorką Draco i szczerze mówiąc, jedyną osobą w departamencie, którą uważał za prawdziwą przyjaciółkę. Co więcej, prawdopodobnie nie ukończyłby szkolenia dla Aurorów, gdyby nie jej wskazówki i chęć dania mu szansy.

Osiem lat temu złożył podanie do akademii dla żartu, ledwo trzeźwy i zdeterminowany, by pozostać trzeźwym. Dostał się tam wyłącznie dzięki wynikom z owutemów i testom sprawnościowym — było mało prawdopodobne, żeby skorzystał ze ślepej selekcji. Wspomnienia z treningu były mgliste, pełne drwin i śmiechu. Po trzech tygodniach niemal pękł, stojąc przed pubem, z gniewem kipiącym w żyłach.

 

— Co ty tu robisz, Malfoy?

Angelina skrzyżowała ramiona na piersi, a jej ton głosu był ostrożny.

Obrócił w dłoni swój żeton za dwa miesiące trzeźwości, wpatrując się w okno pubu, czując się kompletnie pokonany. Poczuł, jak kobieta podchodzi do niego, uważnie się mu przyglądając.

— Jesteś w AA? — zapytała, uświadamiając sobie to.

Nie odpowiedział, tylko patrzył dalej, próbując sobie przypomnieć mechanizmy radzenia sobie i chcąc zmusić się do zadzwonienia do Theo albo kogoś innego. Wydawało się jednak, że to bez sensu; nie przetrwa roku szkolenia. Nigdzie nie dostanie pracy.

— HEJ! Malfoy, gnoju.

Przywołała go na baczność, a on zwrócił się do niej. Nie wydawała się już niepewna ani jakby się go bała — wyglądała na zamyśloną.

— Co?

Przełknął ślinę.

— Co ty tu robisz?

— Myślę o drinku.

Wzruszył ramionami.

— Dlaczego?

Zaśmiał się cynicznie.

— Czemu nie? Jaki w tym wszystkim jest, kurwa, sens?

Jego powieka drgnęła, a wargi zadrżały.

— Szkolenie trwa tylko rok — powiedziała mu wprost.

— Myślisz, że to wystarczy? — argumentował. — Nagle, kiedy ukończę szkolenie, wszystko pójdzie w zapomnienie? Świat nagle da mi szansę?

— Nie. — Spojrzała mu prosto w oczy, zupełnie niewzruszona jego tonem. — Myślę, że jeśli tam wrócisz i będziesz ignorować drwiny, pokażesz wszystkim, że jesteś mądry i zdolny, zobaczą, że ty — nie ten żałosny dzieciak, którym byłeś, ale ty — ten, którym jesteś teraz — zasługujesz na szansę. A nie znajdziesz jej na dnie butelki.

 

Pokręcił głową, pozbywając się wspomnień.

— Dzięki, właśnie idę na spotkanie z Theo po pracy, więc powinno być dobrze.

— Dobrze — powtórzyła Angelina z wymuszonym uśmiechem — ale jeśli być czegoś potrzebował…

— Tak, mamo.

Przewrócił oczami i dostał w tył głowy za pyskowanie.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

— Stary, wyglądasz jak gówno.

Theo przechylił głowę, a Malfoy, który był skupiony na parującej kawie przed sobą, unikał jego wzroku.

Ty wyglądasz jak gówno — zażartował Draco żałośnie. Dzień wydawał się nieskończenie długi, a mimo to nie czuł, żeby cokolwiek osiągnął. — Długi dzień.

Wzruszył ramionami.

Ukryli się w małej kawiarni w mugolskim Londynie, wyjątkowo obskurnym miejscu, ale kelnerzy ich znali, a oni mieli przewagę anonimowości. Ta czynność — przychodzenie do kawiarni po terapii i omawianie bezsensownych drobiazgów — była dla Draco tak wielkim rytuałem, że nawet gdy szedł na terapię sam, lądował w kawiarni.

Bezmyślnie pocierał palcem małą rysę w kubku, w którym trzymał swój napój, marszcząc brwi i zastanawiając się, ile czasu minie, zanim rysa się powiększy, aż kubek zostanie nieodwracalnie rozbity.

— To przez śledztwo?

Głos Theo złagodniał.

Draco musiał przyznać przed sobą, że ta sprawa go przerasta. Spędził trochę czasu tego popołudnia, rozmyślając nad notatkami Granger na temat tożsamości i teorią, że mają do czynienia z osobą lub osobami próbującymi odprawić jakiś rytuał. Dziwnie przypominało mu to wczesne dni Voldemorta, kiedy krążyły plotki o zaginięciach lub obłędzie.

W odpowiedzi na pytanie Theo po prostu wzruszył ramionami.

— Nie, to nie to — wyjaśnił beznamiętnie. — Ale zrób mi przysługę i nie idź do Puraclavy, dobrze?

Theo roześmiał się głośno.

— Wolałbym być trupem, niż się tam zjawić.

Draco już to wiedział, ale usłyszenie tych słów na głos od swojego najlepszego przyjaciela przyniosło mu pewien rodzaj pocieszenia.

— Co z tobą? Wyglądasz na wesołego.

Draco zmrużył oczy, patrząc na kumpla. Theo zmagał się z własnymi demonami przez dziesięć lat od wojny i notorycznie był melancholijny.

Theo przełknął ślinę, a na jego ustach pojawił się półuśmiech.

— Spotykam się z kimś — z czarodziejem.

— O cholera — zauważył Draco, pochylając się automatycznie do przodu. Odkąd Theo ujawnił się prawie sześć lat temu, randkował się wyłącznie w świecie mugoli. Choć mógł umawiać się z mugolami bez obawy, że rzucą się do ucieczki na dźwięk nazwiska Nott, zawsze nadchodził moment, w którym zdawali sobie sprawę, że Theo coś ukrywa. — Wspaniale, Theo. Kto to jest?

Theo wzruszył ramionami.

— To jeszcze świeże.

Draco skinął głową, szanując prywatność mężczyzny i czując dziwną zazdrość. Był boleśnie samotny przez ostatnie pięć lat i doszedł do punktu, w którym martwił się, że skończy w klasztorze.

— Dobrze dla ciebie. — Draco starał się ukryć gorycz w głosie. Po tym wszystkim, przez co Theo przeszedł, zasłużył na coś dobrego. — Jak poznałeś tego czarodzieja?

— Na wakacjach — mruknął Theo.

— To imponujące. Nadal nie mogę ogarnąć flirtowania bez alkoholu — rozmyślał Draco.

— Może gdybyś, nie wiem, gdzieś wychodził — oczywiście poza pracą — poznałbyś jakąś miłą dziewczynę? — zasugerował Theo, machając ręką.

— Chodzę w różne miejsca.

— Naprawdę? Gdzie?

Theo nachylił się.

Draco wziął długi łyk kawy.

— Spierdalaj.

Theo się roześmiał.

— Wiesz, nawet Pansy kogoś znalazła.

Draco zrzedła mina.

— Żartujesz. — Zawsze stanowiło to dla niego niewielką pociechę, że niezależnie od tego, jak bardzo był samotny, Pansy była równie samotna. To był fundament ich dorosłej przyjaźni, choć teraz, kiedy o tym pomyślał, Pansy ostatnio znikała. — Dlaczego wszyscy kogoś mają? To dość przereklamowane.

Theo spojrzał na niego kątem oka.

— Nie jesteśmy już dziećmi, Draco.

Dziwnie to brzmiało, Draco nigdy by o tym nie zapomniał. Ale rozumiał tę potrzebę towarzystwa.

— Czy on wie? — zapytał Draco Theo, dodając bez słów, że jesteś uzależniony.

Draco nigdy tak naprawdę nie znał Theo, kiedy ten miał problem. Zbliżyli się do siebie dopiero wtedy, gdy Draco zaczął staczać się w otchłań niepamięci, a Theo był jedyną osobą, która była gotowa go znosić.

— On wie, że nie piję. — Theo wzruszył ramionami. — Mógł się domyślić dlaczego. Nie martwię się zbytnio.

Problem Draco polegał na tym, że jego uzależnienie było jedynym zmartwieniem, jakie odczuwał, myśląc o randkowaniu. Na własnej skórze przekonał się o wartości trzeźwości, dlatego potrzebował stabilnej pracy z konkretnymi obowiązkami. Podziwiał Theo za to, że potrafi zachować trzeźwość bez formalnej kariery, ale ta perspektywa go przerażała.

Z jakiegoś powodu ta myśl przywiodła mu na myśl Granger i jej pozorną niezdolność do usiedzenia w miejscu. Do pewnego stopnia jej zazdrościł, tego, że nagle mogła stać się kimś innym, nie zmieniając przy tym swojej tożsamości.

— O czym myślisz?

Theo przechylił głowę na bok.

Draco zamrugał.

— O niczym.

Oczywiście, to było najgorsze, co mógł powiedzieć swojemu lubiącemu plotki przyjacielowi.

— Twoje oczy się zaszkliły. Gadaj.

Draco zmrużył oczy, ale pokręcił głową i powiedział:

— Zgadnij, kto pojawił się w moim śledztwie.

— Hmm. — Theo wyglądał, jakby potrzebował chwili, żeby to poważnie przemyśleć. — Blaise?

— Nie.

— Pomyluna Lovegood?

— Nie.

— Gilderoy Lockhart?

— Nie.

— Wiesz, że będę próbował w nieskończoność, jeśli mnie nie powstrzymasz — ostrzegł Theo psotnie.

— Hermiona Granger — odparł Draco z uśmieszkiem.

— Cóż, to był mój kolejny strzał — mruknął Theo.

— Wcale nie — Draco przewrócił oczami — ale tak, najwyraźniej teraz jest niezależną dziennikarką. Wpadliśmy na siebie podczas mojego śledztwa.

— Co w ogóle robi niezależny dziennikarz?

Draco wzruszył ramionami.

— Pytałem o to. Chyba po prostu robi to, na co ma ochotę. Więc właściwie jest taka, jak ty — zakończył z drwiącym uśmieszkiem.

— Ha ha. — Theo przewrócił oczami. — Jasny gwint, Hermiona Granger. Nie widziałem jej od Niemiec.

Mężczyzna miał nieobecne spojrzenie, jakby próbował przywołać jakieś szczególnie miłe wspomnienie.

— Niemcy? — zapytał Draco. — Och, twoje mistrzostwo w eliksirach? Była tam?

Theo skinął głową.

— Zaczynała, gdy ja kończyłem. Ale wyglądała dobrze.

Draco zmarszczył brwi.

— Co ty możesz wiedzieć?

Theo uniósł rękę i otworzył usta z urazą.

— Hej! To, że niekoniecznie interesują mnie kobiety, nie znaczy, że nie doceniam urody.

___________

Jak Wam się podoba początek? Interesujący? Dajcie znać. Kolejne rozdziały zostaną opublikowane w weekend. Myślę, że więcej niż dwa, ale zobaczymy jak pójdzie.

Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Enjoy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)

Obserwatorzy