Draco
był kompletnie wyczerpany, gdy następnego ranka poszedł do Pottera, niepewnie
pukając w drzwi gabinetu Głównego Aurora.
—
Potter — przywitał się Draco, uprzejmie kiwając głową.
—
Malfoy. Proszę, usiądź.
Potter
wskazał na krzesło, nie odrywając wzroku od pergaminu na biurku.
Obaj
współpracowali w jakimś zakresie, odkąd Draco został Aurorem osiem lat temu.
Nie posunąłby się tak daleko, by nazwać Harry’ego Pottera przyjacielem, ale
powiedziałby, że byli dobrymi współpracownikami. Kolano Draco mimowolnie
drgnęło, gdy czekał na uwagę mężczyzny, a jego wzrok błądził po niewielkiej
przestrzeni. Gabinet Pottera był czysty i uporządkowany, co stanowiło osobliwe
zestawienie z samym mężczyzną, który zdawał się wiecznie wyczerpany.
Jedynym
osobistym drobiazgiem, na jaki Potter sobie pozwolił, było małe, magiczne
zdjęcie jego i Ginny w dniu ich ślubu. Potter odłożył papiery, mrugnął na widok
zdjęcia i w końcu zwrócił swoją uwagę na Draco.
—
Przepraszam za to, jak idzie sprawa Obliviate? Jakieś postępy?
Draco
starał się powstrzymać ziewnięcie, mrugając przesadnie przez chwilę, zanim
odpowiedział:
—
Przepraszam, wczoraj wieczorem poszedłem do Puraclavy, by się rozejrzeć.
Wróciłem późno w nocy.
—
Coś nowego?
Potter
pochylił się do przodu, poprawiając okulary. Draco docenił brak pogawędek i
chęć przejścia do konkretów. To była cecha, której poprzedniemu Głównemu
Aurorowi, Robardsowi, najwyraźniej brakowało.
—
A propos — Draco zmienił temat — wpadłem na kogoś w Puraclavie. Twoją
przyjaciółkę, Granger.
Twarz
Pottera wykrzywiła się.
—
Hermionę? Co ona tam robiła?
—
Cóż, jestem prawie pewien, że nie rzuca Obliviate na czarodziejów czystej krwi.
Jak myślisz? — zapytał retorycznie Draco.
Harry
zaśmiał się.
—
Prowadzi śledztwo?
Draco
skinął głową.
—
Jest barmanką pod przykrywką.
Nadal
dziwnie było słyszeć śmiech drugiego mężczyzny; do roku temu wydawał się
pogrążony w wiecznej żałobie.
Przypadkowa
śmierć Ginny Potter trzy lata temu wstrząsnęła całą społecznością czarodziejów.
Była to dobitna wskazówka, że tragedia może nadejść w każdej chwili,
niezależnie od tego, czy kraj jest w stanie wojny. Nawet dla Draco, który nigdy
nie przepadał za Harrym Potterem, ta strata wydawała się szczególnie tragiczna;
w końcu, czy Harry Potter nie poświęcił się wystarczająco?
—
Oczywiście, że tak. — Harry pokręcił głową z rozbawieniem. — Rozmawiałeś z nią?
—
Tak. Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać. Myślę, że byłaby atutem w
śledztwie. Chciałbym zatrudnić ją jako niezależną konsultantkę.
Draco
uważnie obserwował Pottera, ciekaw, jak zareaguje.
Nie
wiedział dokładnie, co się dzieje ze Złotym Trio, ale plotki sugerowały, że ich
przyjaźń nie była już taka sama od śmierci Ginny. Był szczerze zaskoczony
oświadczeniem Granger z poprzedniego wieczoru, że Potter nie dzielił się z nią
szczegółami w toczących się sprawach. Być może wciąż wyobrażał sobie tę trójkę
w zmowie, spiskującą i knującą tak, jak robili to za czasów nauki w Hogwarcie.
Potter
zmarszczył brwi.
—
Naprawdę myślisz, że jej potrzebujemy?
Brwi
Draco poszybowały w górę.
—
Niczego tak naprawdę nie ustaliliśmy, a mamy już trzy ofiary. W tym tempie
będziemy mieli epidemię utraty pamięci.
Harry
pokręcił głową.
—
Masz rację, przepraszam, to przez ten cholerny budżet. — Wskazał na kilka
pergaminów, które czytał, a Draco spojrzał na nie, jak miał nadzieję, ze
współczuciem. — Powiedz Weasleyowi, że się zgadzam, a on ogarnie papierkową
robotę.
Draco
przełknął ślinę, teatralnie zamykając oczy i z premedytacją przyciskając palce
do czoła, by powstrzymać zbliżający się ból głowy. Percy Weasley był administratorem
DPPC odpowiedzialnym za nadzór nad całym departamentem i zmorą każdego Aurora.
—
Przepraszam — powiedział Potter powstrzymując śmiech.
Draco
rzucił mu zimne spojrzenie, ale Potter pozostał niewzruszony, odprawiając go
szybkim machnięciem ręki.
~*~*~*~*~*~*~*~
Draco
pił właśnie ósmą filiżankę kawy, gdy Granger w końcu pojawiła się tego
popołudnia w swoim boksie. Ziewał wyjątkowo satysfakcjonująco, gdy przez dziwne
ekhem ekhem w stylu Umbridge o mało
nie spadł z krzesła.
—
Granger, wystraszyłaś mnie na śmierć — jęknął, pocierając oczy.
Kiedy
je otworzył, zobaczył czarownicę w porządnym, mugolskim stroju, z włosami
spiętymi w ciasny kok i parą eleganckich szpilek na nogach. Uśmiechała się do
niego z rozbawieniem, choć jej wzrok błądził po sali Aurorów.
—
Mówiłeś, że tu się spotkamy. Więc jestem.
Jej
uśmieszek zniknął, a on zauważył, jak nerwowo tupie prawą stopą.
—
Dobra, chodź.
Wstał,
zaciągając Granger i plik pergaminów do pustej sali konferencyjnej. Zdjęła
płaszcz i wyciągnęła z torebki z koralikami niemożliwie duży notes, położyła go
na stole i spojrzała na Draco wyczekująco.
Draco
machnął różdżką, ukazując wirtualną tablicę.
—
Mamy trzy ofiary: Thomasa Avery’ego, Anthony’ego Traversa i Miltona Fawleya.
Poza tym, że zostali znalezieni na zewnątrz Puraclavy pozbawieni pamięci i
wspomnień, nie ma między nimi żadnego znaczącego związku.
Ponownie
machnął różdżką w stronę tablicy, a zdjęcie po lewej stronie powiększyło się, a
obok niego ukazała się seria punktów.
—
Pierwszą ofiarą był Thomas Avery: trzydziestoośmioletni Mistrz Eliksirów.
Znaleziono go trzy tygodnie temu. Początkowo jego żona była główną podejrzaną,
biorąc pod uwagę jej obojętność wobec jego stanu, ale gdy znaleziono drugą
ofiarę, szybko oczyszczono ją z zarzutów.
Ekran
przesunął się na Anthony’ego Traversa.
—
Traversa znaleziono tydzień temu: ma siedemdziesiąt lat, dawno przeszedł na emeryturę.
Nie ma najbliższej rodziny. Przyjaciele i sąsiedzi uważają go za miłego
staruszka. Jego żona zmarła piętnaście lat temu. I oczywiście — pojawiło się
zdjęcie ostatniej ofiary — mamy Miltona Fawleya, lat dwadzieścia pięć. Pracuje
w finansach i jest znanym kawalerem. — Draco wypowiedział te ostatnie słowa,
patrząc znacząco. — Nie ma żadnego znanego związku między tą trójką, poza tym,
że wszyscy pochodzą ze znanych rodzin czarodziejów czystej krwi. Żaden z nich
nie brał udziału w ostatniej wojnie czarodziejów ani nie jest znany z
wyznawania ideologii czystej krwi. Ale według Uzdrowicieli, wszyscy zostali
przyłapani na wypowiadaniu frazy esse
mutationem — dokończył, siadając naprzeciwko Granger.
—
Ta łacińska fraza nadaje temu ogólny, rytualny charakter, prawda? —
zasugerowała, zakładając okulary i wodząc wzrokiem po tablicy. — Załóżmy więc,
że ktoś — a może kilka osób — znajduje mężczyzn w Puraclavie, a następnie usuwa
ich wspomnienia.
Draco
uniósł rękę, żeby jej przerwać.
—
I żeby było jasne, to coś więcej niż zwykłe Obliviate.
Wspomnienia nie są po prostu ukryte ani
zablokowane, one zniknęły. Ci mężczyźni to w zasadzie czyste karty.
Granger
skinęła głową.
—
„Bądź zmianą”, więc ci mężczyźni się zmienili? Ale to nie ma sensu! Nie zmienili się. Po prostu, jak sam
powiedziałeś, zniknęli.
Zmarszczyła
brwi, próbując się skupić.
—
O co chodzi? — zapytał.
—
Czy to nie morderstwo? — Skierowała rękę na diagram, przybliżając raporty
uzdrowiciela. — Pomyśl o tym. Człowiek jest produktem swoich doświadczeń, swoich
wspomnień. Bez nich w istocie nie istnieje.
Draco
przeciągał słowa:
—
Tak, to bardzo interesujące. Jestem
pewien, że kiedy to wszystko się skończy, będziemy mogli prowadzić na ten temat
długą debatę filozoficzną, ale nie wydaje się to do końca istotne.
Granger
pokręciła głową, lekko prychnęła, zanim odpowiedziała:
—
Myślę raczej o tym, jak stworzyć profil sprawcy. Musimy przestać myśleć o nim
jako o rzucającym zaklęcie i traktować go jako mordercę.
Draco
musiał przyznać, że to była słuszna uwaga. Departament mniej przejmował się rzucającym
zaklęcie, przynajmniej odkąd ofiary żyły.
Ale ktokolwiek to był, wydawał się skłonny do ukrycia tożsamości, co sugerowało
coś bardziej złośliwego.
—
Dobra, to ma sens.
—
Mamy więc kogoś, kto, wciąż nie wiemy, w jaki sposób pozbawia innych tożsamości.
Albo zostaje zastąpiony tą łacińską frazą, albo słyszy ją w trakcie rzucania Obliviate, z braku lepszego słowa. Osoba
ta najwyraźniej obiera sobie za cel mężczyzn czystej krwi, choć możliwe, że po
prostu wybiera mężczyzn, biorąc pod uwagę brak kobiet w Puraclavie — Hermiona
snuła teorie.
Draco
obserwował ją uważnie, próbując wywnioskować, jakie, jeśli w ogóle, wnioski
wyciąga.
—
Myślisz, że to kobieta wzgardzona przez czarodziejów czystej krwi? — zapytał,
marszcząc brwi.
—
Nie do końca. — Pokręciła głową, przyciskając palec do ust w zamyśleniu. —
Myślę, że to musi być jakiś rytuał. Mam ochotę przeszukać bibliotekę,
sprawdzić, czy nie ma jakiegoś zaklęcia albo rytuału, który by to wyjaśnił albo
pomógł zidentyfikować, kto to robi i dlaczego.
Wydawało
się to trochę ryzykowne, ale Draco szczerze mówiąc, był zagubiony. Skinął
głową.
—
W porządku. Pracujesz dziś wieczorem?
Skinęła
głową.
—
Tak, w każdy wieczór od soboty do czwartku.
Nie
wydawała się tym zmartwiona ani nie sprawiała wrażenia, jakby miała jakikolwiek
problem z noszeniem krótkiej spódniczki i prowokacyjnego topu pięć wieczorów w
tygodniu dla bandy upierdliwych facetów.
—
Wiesz — przechylił głowę — nigdy nie wyjaśniłaś, jak nauczyłaś się być
barmanką.
Coś
błysnęło w jej oczach, gdy powiedziała cicho:
—
I nigdy tego nie zrobię.
Prawie
się zarumienił, gdy obdarzyła go krzywym uśmiechem, przygryzając dolną wargę,
jakby zagubiona w jakimś konkretnym wspomnieniu.
Granger
bez wątpienia była zagadką. Co prawda, minęło ponad dziesięć lat od ich
ostatniego kontaktu, i oczywiście wtedy zazwyczaj kończyło się na rzucaniu obelgami,
ale był pewien, że ta kobieta przed nim niewiele przypominała dziewczynę ze
szkoły. Pomijając powierzchowne zmiany, takie jak palenie papierosów i zmiana
garderoby, była bardziej zadziorna i, szczerze mówiąc, seksowna. Było to
rozbrajające, gdy zauważył to poprzedniego wieczoru i był nieco zaskoczony, widząc,
że ta cecha wciąż jest obecna w świetle dziennym.
Odchrząknął,
próbując wyrzucić z głowy obraz Granger za barem w Puraclavie.
—
Więc powinniśmy skupić się na bibliotece albo archiwach.
Miał
mgliste poczucie, że jego głos jest odrobinę za wysoki i modlił się, żeby tego
nie zauważyła.
—
Brzmi dobrze. — Zaczęła pakować torbę. — Muszę się zbierać do pracy, Malfoy.
Jutro o tej samej porze?
Skinął
głową, patrząc na jej tyłek, gdy wychodziła, po czym pokręcił głową.
—
Co, do cholery, tu robi Hermiona Granger?
Cyniczny
głos Rogera Daviesa zbliżył się do niego, a w oczach mężczyzny pojawił się
wyrachowany błysk, gdy patrzył za odchodzącą kobietą. Draco poczuł dziwną chęć
obrony czarownicy, zanim zdał sobie sprawę, że zrobił to samo dosłownie przed
chwilą.
—
Konsultuje dochodzenie w sprawie Obliviate — mruknął Draco, przepraszając i
przepychając się z powrotem do swojego boksu.
Piętro
było w miarę puste, większość Aurorów była na misji lub badała tropy. Davies,
nie rozumiejąc aluzji, poszedł za Draco.
—
Po co ci konsultant? — zapytał Davies całkowicie protekcjonalnym tonem. — Jak
trudno jest namierzyć magiczny podpis Obliviate?
Draco
zmusił się do zachowania spokoju, przypominając sobie znane powiedzenie ze
spotkań AA: Daj mi odwagę, bym pogodził
się z tym, czego nie mogę zmienić.
—
Nie rzucają Obliviate.
—
W takim razie w jaki sposób ofiary mają wymazaną pamięć?
Ton
głosu mężczyzny sugerował, że Draco po prostu zapomniał sprawdzić albo nie
rozumiał, czym są zajęcia pamięci.
—
Wow, Davies, nie pomyślałem o tym! — zażartował impulsywnie. — Nie wiemy, jak wymazano im pamięć, wiemy
tylko, że tak się stało. Dlatego
zatrudniamy konsultanta.
Draco
usiadł z powrotem przy biurku, udając, że przegląda stos pergaminów w nadziei,
że Davies po prostu sobie pójdzie.
—
Dobra, Malfoy — prychnął Davies i odszedł.
Draco
przewrócił oczami, przypominając sobie, że nawet jeśli kontakt z Daviesem był
najgorszą częścią jego dnia, to i tak był to dobry dzień, biorąc pod uwagę
wszystkie okoliczności.
~*~*~*~*~*~*~*~
—
Wszystko w porządku, Malfoy?
Zbliżał
się koniec dnia pracy, kiedy Angelina Weasley pojawiła się w jego boksie. Zdał
sobie sprawę, że musiał wyglądać jak gówno, sądząc po zmarszczonych brwiach
Angeliny i grymasie jej twarzy.
—
Nic mi nie jest, Ang — mruknął, starając się uśmiechnąć.
—
Wyglądasz okropnie — powiedziała, patrząc na niego z troską od stóp do głów.
Obrzuciła
go swoim charakterystycznym spojrzeniem, tym, które mówiło, że lepiej jej
powiedzieć, co się dzieje, bo inaczej tego pożałuje.
—
To przez sprawę, nad którą pracuję. Wymaga kilku nieprzespanych nocy —
wyjaśnił. Gdy zmrużyła oczy, prychnął. — Dobra, przestań tak na mnie patrzeć!
Musiałem iść do nocnego klubu.
Zmarszczyła
brwi jeszcze bardziej, przysuwając sobie krzesło.
—
Czy to… w porządku? Mogę porozmawiać z Harrym, żeby przydzielili kogoś innego,
albo… — urwała.
Angelina
była mentorką Draco i szczerze mówiąc, jedyną osobą w departamencie, którą
uważał za prawdziwą przyjaciółkę. Co więcej, prawdopodobnie nie ukończyłby
szkolenia dla Aurorów, gdyby nie jej wskazówki i chęć dania mu szansy.
Osiem
lat temu złożył podanie do akademii dla żartu, ledwo trzeźwy i zdeterminowany,
by pozostać trzeźwym. Dostał się tam wyłącznie dzięki wynikom z owutemów i
testom sprawnościowym — było mało prawdopodobne, żeby skorzystał ze ślepej
selekcji. Wspomnienia z treningu były mgliste, pełne drwin i śmiechu. Po trzech
tygodniach niemal pękł, stojąc przed pubem, z gniewem kipiącym w żyłach.
— Co ty tu robisz, Malfoy?
Angelina skrzyżowała ramiona na
piersi, a jej ton głosu był ostrożny.
Obrócił w dłoni swój żeton za dwa
miesiące trzeźwości, wpatrując się w okno pubu, czując się kompletnie pokonany.
Poczuł, jak kobieta podchodzi do niego, uważnie się mu przyglądając.
— Jesteś w AA? — zapytała,
uświadamiając sobie to.
Nie odpowiedział, tylko patrzył
dalej, próbując sobie przypomnieć mechanizmy radzenia sobie i chcąc zmusić się
do zadzwonienia do Theo albo kogoś innego. Wydawało się jednak, że to bez
sensu; nie przetrwa roku szkolenia. Nigdzie nie dostanie pracy.
— HEJ! Malfoy, gnoju.
Przywołała go na baczność, a on
zwrócił się do niej. Nie wydawała się już niepewna ani jakby się go bała —
wyglądała na zamyśloną.
— Co?
Przełknął ślinę.
— Co ty tu robisz?
— Myślę o drinku.
Wzruszył ramionami.
— Dlaczego?
Zaśmiał się cynicznie.
— Czemu nie? Jaki w tym wszystkim
jest, kurwa, sens?
Jego powieka drgnęła, a wargi
zadrżały.
— Szkolenie trwa tylko rok —
powiedziała mu wprost.
— Myślisz, że to wystarczy? — argumentował.
— Nagle, kiedy ukończę szkolenie, wszystko pójdzie w zapomnienie? Świat nagle
da mi szansę?
— Nie. — Spojrzała mu prosto w
oczy, zupełnie niewzruszona jego tonem. — Myślę, że jeśli tam wrócisz i
będziesz ignorować drwiny, pokażesz wszystkim, że jesteś mądry i zdolny,
zobaczą, że ty — nie ten żałosny dzieciak, którym byłeś, ale ty — ten, którym
jesteś teraz — zasługujesz na szansę. A nie znajdziesz jej na dnie butelki.
Pokręcił
głową, pozbywając się wspomnień.
—
Dzięki, właśnie idę na spotkanie z Theo po pracy, więc powinno być dobrze.
—
Dobrze — powtórzyła Angelina z wymuszonym uśmiechem — ale jeśli być czegoś
potrzebował…
—
Tak, mamo.
Przewrócił
oczami i dostał w tył głowy za pyskowanie.
~*~*~*~*~*~*~*~
—
Stary, wyglądasz jak gówno.
Theo
przechylił głowę, a Malfoy, który był skupiony na parującej kawie przed sobą,
unikał jego wzroku.
—
Ty wyglądasz jak gówno — zażartował
Draco żałośnie. Dzień wydawał się nieskończenie długi, a mimo to nie czuł, żeby
cokolwiek osiągnął. — Długi dzień.
Wzruszył
ramionami.
Ukryli
się w małej kawiarni w mugolskim Londynie, wyjątkowo obskurnym miejscu, ale
kelnerzy ich znali, a oni mieli przewagę anonimowości. Ta czynność —
przychodzenie do kawiarni po terapii i omawianie bezsensownych drobiazgów —
była dla Draco tak wielkim rytuałem, że nawet gdy szedł na terapię sam, lądował
w kawiarni.
Bezmyślnie
pocierał palcem małą rysę w kubku, w którym trzymał swój napój, marszcząc brwi
i zastanawiając się, ile czasu minie, zanim rysa się powiększy, aż kubek
zostanie nieodwracalnie rozbity.
—
To przez śledztwo?
Głos
Theo złagodniał.
Draco
musiał przyznać przed sobą, że ta sprawa go przerasta. Spędził trochę czasu
tego popołudnia, rozmyślając nad notatkami Granger na temat tożsamości i
teorią, że mają do czynienia z osobą lub osobami próbującymi odprawić jakiś
rytuał. Dziwnie przypominało mu to wczesne dni Voldemorta, kiedy krążyły plotki
o zaginięciach lub obłędzie.
W
odpowiedzi na pytanie Theo po prostu wzruszył ramionami.
—
Nie, to nie to — wyjaśnił
beznamiętnie. — Ale zrób mi przysługę i nie idź do Puraclavy, dobrze?
Theo
roześmiał się głośno.
—
Wolałbym być trupem, niż się tam zjawić.
Draco
już to wiedział, ale usłyszenie tych słów na głos od swojego najlepszego
przyjaciela przyniosło mu pewien rodzaj pocieszenia.
—
Co z tobą? Wyglądasz na wesołego.
Draco
zmrużył oczy, patrząc na kumpla. Theo zmagał się z własnymi demonami przez
dziesięć lat od wojny i notorycznie był melancholijny.
Theo
przełknął ślinę, a na jego ustach pojawił się półuśmiech.
—
Spotykam się z kimś — z czarodziejem.
—
O cholera — zauważył Draco, pochylając się automatycznie do przodu. Odkąd Theo
ujawnił się prawie sześć lat temu, randkował się wyłącznie w świecie mugoli.
Choć mógł umawiać się z mugolami bez obawy, że rzucą się do ucieczki na dźwięk
nazwiska Nott, zawsze nadchodził
moment, w którym zdawali sobie sprawę, że Theo coś ukrywa. — Wspaniale, Theo.
Kto to jest?
Theo
wzruszył ramionami.
—
To jeszcze świeże.
Draco
skinął głową, szanując prywatność mężczyzny i czując dziwną zazdrość. Był
boleśnie samotny przez ostatnie pięć lat i doszedł do punktu, w którym martwił
się, że skończy w klasztorze.
—
Dobrze dla ciebie. — Draco starał się ukryć gorycz w głosie. Po tym wszystkim,
przez co Theo przeszedł, zasłużył na coś dobrego. — Jak poznałeś tego
czarodzieja?
—
Na wakacjach — mruknął Theo.
—
To imponujące. Nadal nie mogę ogarnąć flirtowania bez alkoholu — rozmyślał Draco.
—
Może gdybyś, nie wiem, gdzieś wychodził — oczywiście poza pracą — poznałbyś
jakąś miłą dziewczynę? — zasugerował Theo, machając ręką.
—
Chodzę w różne miejsca.
—
Naprawdę? Gdzie?
Theo
nachylił się.
Draco
wziął długi łyk kawy.
—
Spierdalaj.
Theo
się roześmiał.
—
Wiesz, nawet Pansy kogoś znalazła.
Draco
zrzedła mina.
—
Żartujesz. — Zawsze stanowiło to dla niego niewielką pociechę, że niezależnie
od tego, jak bardzo był samotny,
Pansy była równie samotna. To był fundament ich dorosłej przyjaźni, choć teraz,
kiedy o tym pomyślał, Pansy ostatnio
znikała. — Dlaczego wszyscy kogoś mają? To dość przereklamowane.
Theo
spojrzał na niego kątem oka.
—
Nie jesteśmy już dziećmi, Draco.
Dziwnie
to brzmiało, Draco nigdy by o tym nie zapomniał. Ale rozumiał tę potrzebę
towarzystwa.
—
Czy on wie? — zapytał Draco Theo, dodając bez słów, że jesteś uzależniony.
Draco
nigdy tak naprawdę nie znał Theo, kiedy ten miał problem. Zbliżyli się do siebie
dopiero wtedy, gdy Draco zaczął staczać się w otchłań niepamięci, a Theo był
jedyną osobą, która była gotowa go znosić.
—
On wie, że nie piję. — Theo wzruszył ramionami. — Mógł się domyślić dlaczego.
Nie martwię się zbytnio.
Problem
Draco polegał na tym, że jego uzależnienie było jedynym zmartwieniem, jakie
odczuwał, myśląc o randkowaniu. Na własnej skórze przekonał się o wartości
trzeźwości, dlatego potrzebował stabilnej pracy z konkretnymi obowiązkami.
Podziwiał Theo za to, że potrafi zachować trzeźwość bez formalnej kariery, ale
ta perspektywa go przerażała.
Z
jakiegoś powodu ta myśl przywiodła mu na myśl Granger i jej pozorną niezdolność
do usiedzenia w miejscu. Do pewnego stopnia jej zazdrościł, tego, że nagle
mogła stać się kimś innym, nie zmieniając przy tym swojej tożsamości.
—
O czym myślisz?
Theo
przechylił głowę na bok.
Draco
zamrugał.
—
O niczym.
Oczywiście,
to było najgorsze, co mógł powiedzieć swojemu lubiącemu plotki przyjacielowi.
—
Twoje oczy się zaszkliły. Gadaj.
Draco
zmrużył oczy, ale pokręcił głową i powiedział:
—
Zgadnij, kto pojawił się w moim śledztwie.
—
Hmm. — Theo wyglądał, jakby potrzebował chwili, żeby to poważnie przemyśleć. —
Blaise?
—
Nie.
—
Pomyluna Lovegood?
—
Nie.
—
Gilderoy Lockhart?
—
Nie.
—
Wiesz, że będę próbował w nieskończoność, jeśli mnie nie powstrzymasz —
ostrzegł Theo psotnie.
—
Hermiona Granger — odparł Draco z uśmieszkiem.
—
Cóż, to był mój kolejny strzał — mruknął Theo.
—
Wcale nie — Draco przewrócił oczami — ale tak, najwyraźniej teraz jest
niezależną dziennikarką. Wpadliśmy na siebie podczas mojego śledztwa.
—
Co w ogóle robi niezależny dziennikarz?
Draco
wzruszył ramionami.
—
Pytałem o to. Chyba po prostu robi to, na co ma ochotę. Więc właściwie jest
taka, jak ty — zakończył z drwiącym uśmieszkiem.
—
Ha ha. — Theo przewrócił oczami. — Jasny gwint, Hermiona Granger. Nie widziałem
jej od Niemiec.
Mężczyzna
miał nieobecne spojrzenie, jakby próbował przywołać jakieś szczególnie miłe
wspomnienie.
—
Niemcy? — zapytał Draco. — Och, twoje mistrzostwo w eliksirach? Była tam?
Theo
skinął głową.
—
Zaczynała, gdy ja kończyłem. Ale wyglądała dobrze.
Draco
zmarszczył brwi.
—
Co ty możesz wiedzieć?
Theo
uniósł rękę i otworzył usta z urazą.
—
Hej! To, że niekoniecznie interesują mnie kobiety, nie znaczy, że nie doceniam
urody.
___________
Jak Wam się podoba początek? Interesujący? Dajcie znać. Kolejne rozdziały zostaną opublikowane w weekend. Myślę, że więcej niż dwa, ale zobaczymy jak pójdzie.
Tyle ode mnie. Komentujcie i oceniajcie. Enjoy!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)