[T] Twoje idealne dopasowanie: Na celowniku

środa, 28 października 2026

 

Witajcie :) po dłuższej przerwie wracam do tłumaczenia i publikowania tej historii. Szczerze mówiąc, chciałabym skończyć to tłumaczenie w listopadzie. Prawdopodobnie jest to możliwe, bo bardzo lubię tę historię i fajnie mi się ją tłumaczy.

Ten rozdział jest trochę krótszy, ale kolejne będą już długie. Także wszyscy powinni być zadowoleni. Dajcie znać, czy się podobało i czy jesteście zadowoleni z faktu, że przez najbliższy miesiąc będziemy się z nimi spotykać przynajmniej dwa razy w tygodniu. Ilość publikowanych za jednym razem rozdziałów będzie zależna od tego, jak duży będzie mój zapas. Na razie mam tylko ten, zatem na kolejny musicie poczekać do weekendu. Miłej lektury! :)

 

________________

 

Rozdział 15: Na celowniku

 

Draco

 

Draco nienawidził tej części Londynu.

Ulice wokół niego cuchnęły moczem i desperacją — poświata czarnej magii odbijała się od bruku niczym rozlana ropa. W tym miejscu zło czaiło się w cieniu, a świeża krew wsiąkała w serce miasta, bo nikt nie zadał sobie trudu, by zmyć tę poprzednią.

Zaciągnął się papierosem; jego końcówka rozbłysła czerwienią w mrocznej alejce. Dołohow się spóźniał. Znowu.

Ten zakątek Ulicy Śmiertelnego Nokturnu stanowił neutralny grunt między Draco a Antoninem Dołohowem, a przynajmniej tak ustalili, gdy ostatnim razem sprawy przybrały nieprzyjemny obrót. Jeśli jednak Draco był czegoś pewien, to tego, że słowo Dołohowa jest warte tyle, co kocioł złota.

Ciszę przerwał dźwięk — kamyk toczący się po bruku w głębi uliczki.

Draco nie drgnął, nawet nie mrugnął. Po prostu wziął kolejny, głęboki wdech i czekał. Obok niego Blaise obserwował okolicę.

— Myślisz, że Dołohow w ogóle się pojawi?

— Jeśli wie, co dla niego dobre.

Draco bez wahania mógł przyznać, że stał za wieloma nielegalnymi działaniami. W końcu nie przemycał do kraju eliksirów i składników przez tereny kontrolowane przez centaury tylko dla zabawy. Sam nie zażywał tych substancji, ale kontrolował ich produkcję i obieg — ktoś przecież musiał. Ludzie zawsze będą szukać używek; jeśli nie on zadba o czysty i stały dostęp do towaru, zrobi to Dołohow, wciskając ludziom coś, co wypali ich od środka.

I właśnie tu przebiegała granica.

Draco zajmował się handlem i jego nadzorowaniem — starał się, by to, co nieuniknione, było tak bezpieczne, jak to tylko możliwe. Nie mógł pozwolić by udali się do świata Dołohowa, opartego na handlu żywym towarem i krwawym wyzysku — tego rodzaju podłości, która mieliła ludzi, aż nie zostawało z nich nic. Nie mógł dopuścić, by coś takiego było firmowane jego nazwiskiem.

Stojący obok Blaise przeniósł ciężar ciała na drugą nogę i zerknął na zegarek.

— Ile jeszcze zamierzasz czekać?

— Jeszcze pięć minut — odpowiedział spokojnie Draco, wypuszczając kłąb dymu. — Jeśli do tego czasu nie przybędzie, aportujemy się. Niech sam tłumaczy swoim klientom, dlaczego zabrakło towaru.

Blaise posłał mu słaby, pozbawiony wesołości uśmiech.

— Jesteś sukinsynem.

— Jestem skuteczny — poprawił go Draco. — Na tym polega różnica między mną a Dołohowem.

W zaułku rozległ się charakterystyczny trzask aportacji, po czym pojawił się sam Dołohow, w towarzystwie zgrai obdartusów, którzy wyglądają, jakby dopiero co wywleczono ich z Azkabanu. Wszedł swobodnie w słabe światło latarni — jej matowy blask odbijał się od jego pożółkłych zębów.

— Malfoy — przeciągnął samogłoski, rozkładając szeroko ramiona. — Czekałeś. Jestem wzruszony.

Draco rzucił papierosa na ziemię i zmiażdżył niedopałek obcasem buta.

— Spóźniłeś się.

Dołohow wzruszył ramionami, zupełnie niewzruszony.

— Ale już jestem.

Kilka minut później siedzieli w słabo oświetlonym zapleczu magazynu. Uśmiech Dołohowa poszerzył się, gdy wyciągnął z kieszeni piersiówkę.

— No więc… interesy. Mam kupców, którzy błagają o towar i wygląda na to, że przydałoby się przekierować twoje małe kanały dystrybucji.

Draco zacisnął szczękę, choć jego głos pozostał spokojny.

— Moje kanały nie są na sprzedaż.

— Wszystko da się kupić, Malfoy — rzekł Dołohow, przechylając głowę w drwiącym geście. — Prowadzisz zbyt czystą grę. Prawdziwe pieniądze nie leżą twoich schludnych eliksirach. Gdybyś spojrzał na to z mojej perspektywy…

Draco przerwał mu bez wahania.

— Nigdy nie będę prowadził interesów tak jak ty. Gdyby to zależało ode mnie, to gówno, którym handlujesz, nigdy nie ujrzałoby światła dziennego.

Uśmiech Dołohowa wyostrzył się.

— Gówno? Ludzie płacą krocie za to, co oferuję. — Pochylił się do przodu; jego rzadkie włosy opadły na wąskie, paciorkowate oczy. — Powiedz mi, czy twoja mała żonka z Gryffindoru wie, skąd się bierze złoto w twoich skarbcach?

Temperatura w pomieszczeniu spadła o kilka stopni. Blaise zerknął na Draco, po czym szybko odwrócił wzrok, dostrzegając, jak ramiona przyjaciela sztywnieją pod wpływem narastającego gniewu.

— Nie mieszaj w to mojej żony — warknął Draco; wściekłość kipiała w nim tuż pod powierzchnią.

— Przypomnij sobie, po co tu przyszliśmy, Dołohow — wtrącił gładko Blaise.

Mężczyzna prychnął pogardliwie i wziął łyk ze swojej piersiówki.

— Tak, wiem… podobno niektórzy z moich ludzi wkraczają na wasz teren. Biedny Aleksandr, zgładzony w kwiecie wieku.

Draco wrócił myślami do mężczyzny, którego przed miesiącami zgładził celnym zaklęciem Reducto.

— Więc tak się nazywał?

Choć nie było to przyjemne zadanie, okazało się konieczne. Mimo wszystkich swoich gróźb, Dołohow doskonale wiedział, co spotkało jego podwładnego — i dlaczego. Być może jednak warto było mu o tym przypomnieć.

— Wybacz — rzucił Draco z drwiącym wyrazem twarzy. — Czy mam czuć wyrzuty sumienia, że wyeliminowałem kogoś, kto aktywnie próbował wciągać bezbronne kobiety w prostytucję?

Dołohow zaśmiał się szorstko, a whisky w jego piersiówce gwałtownie chlupotało.

— Prostytucja, przemyt, polityka — to wszystko ta sama gra. Nie udawaj, że jesteś lepszy.

— Nie muszę udawać — odpowiedział Draco chłodno. — Jestem lepszy.

Dołohow znów pochylił się do przodu, a jego paciorkowate oczy błysnęły.

— A jednak… kobiety, które kiedyś służyły mnie, teraz szukają schronienia pod twoimi skrzydłami. To dobroczynność, Malfoy? Czy może po prostu udajesz, że twój klub nocny nie służy do niczego innego?

Blaise obrócił różdżkę w palcach; jego głos był łagodny, lecz pobrzmiewała w nim ostra nuta.

— Wystarczy. Chyba wiesz, co się stanie, jeśli dalej będziesz snuł takie insynuacje. Nie powinienem ci przypominać, ale skoro już muszę: pamiętaj, gdzie przebiega granica i trzymaj się po swojej stronie.

Na twarz Dołohowa powrócił uśmiech — wąski i jadowity.

— Och, ależ ja uwielbiam przekraczać granice. — Wstał i schował piersiówkę do kieszeni. — Jeszcze porozmawiamy.

Draco nie poruszył się, nawet nie mrugnął, ale szron pełzający po deskach podłogi odpowiadał w jego imieniu.

Blaise obrócił różdżkę w palcach, po czym schował ją do kabury.

— Nie odpuści — powiedział poważnym tonem. — To, co rzucił na odchodne, nie było groźbą — tylko obietnicą.

Draco odpalił kolejnego papierosa, przyglądając się, jak żar rozbłyska.

— W takim razie będziemy gotowi.

Blaise przyglądał mu się przez chwilę, po czym prychnął.

— Powinienem się już przyzwyczaić — traktujesz ludzi pokroju Dołohowa jak figury na szachownicy.

Draco wypuścił dym przez nos, a na jego ustach błąkał się cień uśmiechu.

— Nie martw się, Blaise. W szkole zawsze byłem niezły w grę w szachy. Z tego, co pamiętam, ty również.

W odpowiedzi otrzymał ostre spojrzenie, ale Blaise tylko pokręcił głową. Otulając się szczelniej płaszczem, ruszył w stronę drzwi.

— Dla nas to może być tylko zabawa, ale dla Theo i Hermiony już nie. Rób swoje, będę tuż za tobą… ale upewnij się tylko, że nie będą musieli nas potem chować.

Blaise kiwnął mu głową na pożegnanie, po czym się aportował. Draco sprawił, że papieros zniknął, schował różdżkę do kabury i przygotował się do swojej aportacji. Jeden płytki oddech, wypowiedziane z wprawą zaklęcie — i obskurne pomieszczenie rozpłynęło się w powietrzu.

Pojawił się w salonie w błysku zielonego światła; jego płaszcz był wilgotny od nocnej aury, a wokół unosił się słaby zapach dymu. Petra, która leżała na kanapie z głową opartą na łapach, na dźwięk jego przybycia natychmiast usiadła. Jednym ruchem palców Draco posłał płaszcz na wieszak, po czym kucnął przed psem.

Na jego ustach błąkał się delikatny uśmiech, gdy suczka ziewnęła szeroko, machając kikutem ogona i napierając na jego dłoń, podczas gdy on drapał ją pod brodą.

— Możesz już iść spać. Jestem w domu, więc przejmuję wartę.

Wszedł na piętro, cicho otworzył drzwi do sypialni i bezszelestnie podszedł do łóżka. Hermiona spała, a porzucona przez nią książka leżała na pościeli. Przez dłuższą chwilę po prostu ją obserwował — patrzył, jak światło lampy łagodziło rysy jej twarzy, jak rzęsy spoczywały na policzkach — po czym pochylił się i złożył ostrożny pocałunek na jej skroni.

Poszedł do łazienki, by wziąć szybki prysznic; pozwolił, żeby gorąca woda zmyła z niego resztki wydarzeń minionego wieczoru. Osuszywszy ciało, wrócił do sypialni i jednym ruchem dłoni zgasił światło.

Ostrożnie wsunął się do łóżka i przyciągnął do siebie Hermionę. Kojące ciepło jej ciała sprawiło, że resztki napięcia opuściły jego ramiona. Kiedy ją objął, poruszyła się lekko, mrucząc jedynie jego imię.

— Śpij, żono — szepnął przy jej skroni, niskim, szorstkim głosem. — Jestem tutaj.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Hermiona

 

Następnego ranka Hermiona obudziła się i natychmiast rzuciła na siebie bezróżdżkowe zaklęcie chłodzące. Jak zwykle, jej mąż nie mógł się od niej oderwać. Częściowo na niej leżał; głowa spoczywała na wysokości serca, jakby nasłuchiwał dowodu na to, że naprawdę tu z nim jest. Choć było jej gorąco, nie poruszyła się — ta bliskość była mu potrzebna nawet bardziej niż odpoczynek.

Przez sen wydał z siebie cichy dźwięk i wtulił się jeszcze mocniej, a pasma jasnych włosów łaskotały jej skórę. Uniosła dłoń, przeczesując leniwie jedwabiste, blond włosy, i czuła, jak pod jej dotykiem Draco znów się uspokaja.

Nie umknęła jej uwadze bruzda między jego brwiami ani zaciśnięta szczęka — nawet podczas snu. Wystarczył jeden rzut oka na pokój, by dostrzec ubrania z poprzedniego wieczoru, niedbale rzucone na krzesło; takie rzeczy działy się tylko wtedy, gdy jego myśli były zaprzątnięte czymś innym.

To był jeden z poranków, podczas których pragnęła, by jego świat był spokojniejszy i bezpieczniejszy. Poranków, w których miała ochotę domagać się wyjaśnień: co się stało, gdzie był? Ale nie mogła tego zrobić. Nie wtedy, gdy wrócił do niej w takim stanie — wyczerpany do granic możliwości, trzymając się jej kurczowo przez sen, jakby była jedyną rzeczą, która trzyma go przy życiu. Gdyby zapytała, odpowiedziałby — w końcu taka była między nimi umowa. Wprowadził ją w swój świat znacznie głębiej, niż kiedykolwiek przypuszczała. Jeśli ubiegłego wieczoru nie zabrał jej ze sobą, musiał mieć ku temu powód.

Nie pytała też, dokąd wychodził podczas wieczorów przeznaczonych na wspólny czas tylko we dwoje. Tak samo jak on nie dopytywał, kiedy ona zamykała się w bibliotece albo znikała, pochłonięta własnymi projektami — ona nie dociekała, dokąd on znikał, korzystając z Sieci Fiuu. Oboje potrzebowali czasem przestrzeni na własne sprawy. Nie powstrzymywało to jednak jej ciekawości. Lubiła wyobrażać sobie, że zajmuje się czymś zwyczajnym, na przykład ćwiczy na siłowni albo biega po parku. Czasami tak trudno było mu usiedzieć w miejscu, że zakładała, iż musiał wychodzić, by rozładować napięcie.

Dla nich zaufanie nigdy nie polegało na całkowitym obnażeniu swoich myśli. Chodziło raczej o wyczucie momentu, w którym warto było dopuścić drugą osobę do siebie — o wiedzę, kiedy poprosić o pomoc, a kiedy pewne sprawy zostawić w spokoju.

Jej dłoń znów powędrowała w jego włosy — tym razem delikatniej — i przeczesała je, aż napięcie w jego szczęce, opartej o jej pierś, wreszcie ustąpiło. Złożyła lekki pocałunek na czubku jego głowy. Cokolwiek ta noc mu odebrała, teraz był tutaj. Z nią.

Jego oddech zmienił rytm na jej skórze; z piersi wydobył się cichy pomruk i jego rzęsy drgnęły. Nie odsunął się od razu — zamiast tego wtulił się mocniej, jakby próbował udawać, że może jeszcze chwilę pospać.

— Wiem, że już nie śpisz, Draco — szepnęła, wciąż przesuwając palcami po jego włosach.

Z jego piersi wydobył się cichy, gardłowy śmiech.

— Wcale nie — mruknął.

Jego głos był zachrypnięty od snu i stłumiony, bo twarz wciąż miał przyciśniętą do niej.

Uśmiechnęła się i pocałowała go w czoło.

— Byłeś niespokojny.

W końcu przechylił głowę, by napotkać jej spojrzenie; jego szare oczy były na wpół przymknięte, a mimo to bystre nawet w porannym świetle.

— Byłem. — Przez dłuższą chwilę przyglądał się jej twarzy, po czym westchnął, a ciężar, który dźwigał poprzedniego wieczoru, znikł. — Ale już nie jestem. Jestem tam, gdzie powinienem być.

Kąciki ust Hermiony uniosły się w lekkim uśmiechu.

— Powinieneś leżeć po swojej stronie łóżka. Na Merlina, Draco, jesteś gorszy niż Krzywołap, kiedy traktuje mnie jak mebel.

Draco posłał jej zawadiacki, pełen pewności siebie uśmiech i oparł głowę z powrotem na jej piersi.

— Wolę tę stronę.

— Wolisz każdą stronę, po której leżę — droczyła się, przesuwając palcami wzdłuż jego bicepsa.

— Dokładnie — mruknął, brzmiąc na zadowolonego z siebie, nawet będąc na wpół śpiącym. — Po co zadowalać się połową łóżka, skoro mogę mieć ciebie w całości?

Hermiona przewróciła oczami, ale nie potrafiła powstrzymać śmiechu, który wyrwał się z jej ust. Draco zmienił nieco uścisk i wtedy to dostrzegła — nowy tatuaż. W miejscu, które wcześniej było niewielkim, pustym skrawkiem skóry między dwoma większymi wzorami na jego ramieniu, pojawiło się coś, co sprawiło, że przechyliła głowę z zaciekawieniem.

— Draco — powiedziała zdezorientowana. — Czy ty masz na ramieniu wytatuowany ślad po ugryzieniu?

Musnął ustami jej obojczyk w czymś pomiędzy pocałunkiem a uśmiechem.

— Możliwe.

Otworzyła usta ze zdziwienia, gdy dotarł do niej sens jego słów.

— To wzór moich zębów?!

Jego uśmieszek stał się jeszcze wyraźniejszy.

— Jeśli kły pasują…

— Draco Malfoyu, jesteś nie do zniesienia — rzekła, choć jej śmiech zdradził, że wcale tak nie uważała. Przesunęła palcami po tuszu, kręcąc głową. — Czego to ludzie nie wymyślą…

Obserwował ją, teraz już spokojniej; jego uśmieszek złagodniał.

— Chciałem mieć przypomnienie — wyszeptał — o tym, do kogo należę.

Waga tych słów wciąż dawała o sobie znać, ale zaraz potem na jego twarzy znów pojawił się ten charakterystyczny, lekko drwiący uśmieszek.

— Poza tym, gryziesz mocno… i zawsze w to samo miejsce.

— Głupek — powiedziała z czułością pociągając go za włosy, aż się skrzywił i wybuchnął śmiechem.

Leżeli tak jeszcze przez kilka minut — rozmawiając i cicho się śmiejąc, odwlekając moment rozpoczęcia dnia. Ku ogromnej uldze Hermiony, napięcie, które dręczyło Draco nawet przez sen, całkowicie zniknęło.

W końcu Draco jako pierwszy wstał z łóżka.

— Idę przygotować śniadanie. Obiecałem Theo, że będę we Dworze przed lunchem.

— Pracowity dzień? — zapytała, siadając na łóżku i zwijając swoje loki w kok na czubku głowy, który zabezpieczyła za pomocą różdżki.

Mruknął w zamyśleniu, wciągając czarne spodnie dresowe.

— Spotkania z Neville’em i Charliem, muszę też dopytać Blaise’a o przebieg jego rozmów z walijskimi centaurami, a później czeka mnie jeszcze rozmowa z Viktorem.

— Wygrałeś. — Zaśmiała się. — Ja natomiast będę dziś uosobieniem rozpieszczonej do granic możliwości żony. Najpierw lunch z Harrym, potem wizyta u fryzjera i manicure… może nawet wybiorę się gdzieś i wydam absurdalną sumę pieniędzy.

Draco pochylił się i złożył zdecydowany pocałunek na jej ustach.

— Mam taką nadzieję.

— Może urządzę pokaz mody, kiedy wrócę do domu… żebyś mógł w pełni nacieszyć się swoim zamiłowaniem do rozpieszczania mnie?

— Koniecznie — rzucił, puszczając do niej oko przez ramię, po czym wyszedł z sypialni.

Kiedy Hermiona w końcu zeszła na dół, zapach smażonych jajek i masła prowadził ją prosto do kuchni. Usiadła na swoim stałym miejscu i popijając perfekcyjnie przyrządzoną kawę, którą dla niej przygotował, obserwowała, jak przewracał omlety na patelni.

Po chwili Draco z teatralnym gestem postawił przed nią talerz, a zaraz po tym własny.

— Śniadanie gotowe, kotku.

Wzięła kęs i z cichym pomrukiem zadowolenia zamknęła oczy.

— Bogowie, Draco. Jest idealne.

— Oczywiście — odpowiedział gładko, dolewając jej kawy. — Gdyby to zależało od ciebie, umarlibyśmy z głodu.

Kopnęła go pod stołem w piszczel, szczerząc zęby, gdy próbował ukryć grymas bólu za kubkiem z kawą.

Śniadanie minęło w atmosferze lekkich przekomarzań; od czasu do czasu jego dłoń muskała jej dłoń, gdy dolewał jej kawy albo podkradał owoc z jej talerza. Zanim naczynia zostały sprzątnięte — tym razem za sprawą niedbałego machnięcia różdżką — Hermiona poczuła, że mroczne cienie poprzedniego wieczora ustąpiły miejsca zwyczajnemu rytmowi ich wspólnego życia.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Kilka godzin później Hermiona siedziała przy stoliku w ogródku ulubionego pubu Harry’ego. Lokal znajdował się przy cichej, bocznej uliczce, niedaleko Ministerstwa, choć panowała tu atmosfera, jakby to miejsce było na drugim końcu świata. U stóp Hermiony leżała Petra — z uszami nastawionymi do przodu, spokojnie obserwowała nielicznych przechodniów.

Śmiech Harry’ego przyciągnął jej uwagę, gdy przemierzał niewielki ogródek.

— No proszę, wyglądasz jak dama na wystawnym lunchu.

Pochyliła głowę, pozwalając mu pocałować się w policzek.

— Cóż, pomyślałam, że dzisiaj będę prawdziwą żoną gangstera.

Czuła się całkowicie bezpiecznie, mówiąc to, ponieważ zaraz po przybyciu poświęciła chwilę na dyskretne rzucenie zaklęcia wyciszającego wokół ich stolika. W końcu nigdy nie wiadomo, jaki temat mógł poruszyć Harry, a zależało jej na tym, by mogli rozmawiać swobodnie.

— No więc — zaczęła, biorąc łyk wody, gdy kelner przyjął ich zamówienie i odszedł — jak tam u ciebie i Pansy?

— Właściwie, całkiem nieźle — powiedział z lekkim uśmiechem. — W sumie minął dopiero miesiąc, ale widać, że czuje się swobodniej, gdy jestem w domu. Przez pierwsze dwa tygodnie lekko podskakiwała, kiedy nagle wychodziłem zza rogu — jakby wciąż spodziewała się najgorszego. Ale teraz codziennie jemy razem śniadania i kolacje. W weekend nawet obejrzała ze mną mecz, więc myślę, że idziemy w dobrym kierunku.

Serce Hermiony ścisnęło się na myśl o Pansy. Nikt nie zasługiwał na takie życie, jakie prowadziła jeszcze niedawno. Pokręciła głową, rozpamiętując wszystko, czego się dowiedziała o Draco i grupie jego przyjaciół, odkąd wzięli ślub.

— Wiesz, kiedy chodziliśmy do szkoły, myślałam, że ich życie jest idealne, a oni sami to po prostu nieznośne, znudzone i rozpieszczone dzieciaki.

Nie musiała nic doprecyzowywać — Harry doskonale wiedział, że chodziło o ich współmałżonków oraz Blaise’a i Theo.

— Teraz, gdy wiem, ile bólu, gniewu i traumy kryło się za tymi złośliwymi uwagami… — przerwała, próbując opanować emocje. — Wściekam się na myśl, że dorośli z naszego otoczenia po prostu stali i patrzyli. Musieli wiedzieć.

— Jestem pewien, że wiedzieli, przynajmniej do pewnego stopnia — przyznał ze smutkiem. — Chodzi mi o to, że wiedzieli o tym, jak traktują mnie Dursleyowie — wiedzieli, że byłem niedożywiony. Że w najlepszym razie byłem zaniedbywany, a w najgorszym — po prostu maltretowany. A oni nie zrobili nic. Patrzyli, jak bez wahania ruszamy prosto w sam środek bitew. Traktowali nas jak pionki, więc nie ma mowy, żeby przejmowali się dzieciakami po drugiej stronie barykady.

Hermiona przez chwilę rozważała jego słowa; pod skórą zaczynało w niej wrzeć dobrze znana słuszna furia. Zanim jednak emocje osiągnęły punkt wrzenia, Harry posłał jej cierpki uśmiech.

— Cóż, nasza rozmowa przy lunchu przybrała dość nieoczekiwany obrót, prawda?

— Na to wygląda — przyznała, wzruszając ramionami.

Kelner przyniósł posiłek, co na chwilę odciągnęło ich uwagę od rozmowy. Po chwili Harry oderwał wzrok od swojej porcji ryby z frytkami i kontynuował:

— Nie uwierzysz, jak bardzo Robards jest wściekły, że przeszukanie magazynu Malfyów okazało się kompletną klapą.

Hermiona uniosła brew, nakłuwając widelcem sałatkę.

— Chyba domyślam się dlaczego.

— Wciąż każdemu, kto tylko chce słuchać, opowiada o tych przerażających lalkach, które należały do prababki Draco.

— I bardzo dobrze. — Prychnęła. — Mam nadzieję, że będą go straszyć.

Harry wciął kolejny kęs jedzenia, po czym kontynuował:

— To nie wszystko. Aurorzy wciąż wierzą, że mogą coś znaleźć, i próbowali uzyskać nakaz przeszukania Dworu.

— Nic nie znajdą. — Wzruszyła ramionami. — No, może poza złym humorem Narcyzy i drutami do robótek Lucjusza.

— Wciąż uważam, że to kompletne szaleństwo — facet robi na drutach.

— Trzeba to zobaczyć, żeby uwierzyć — rzekła poważnym tonem, choć w jej oczach błyszczało rozbawienie. — To doprawdy niezapomniany widok.

Harry pokręcił głową z niedowierzaniem, kończąc posiłek. Gdy zjadł ostatni kęs, odsunął talerz i oparł ramiona na blacie stołu.

— Jest coś jeszcze… jeśli chodzi o Biuro Aurorów. Jest coś, o czym ty i Draco powinniście wiedzieć. — Uniosła brew, ale milczała, pozwalając mu mówić dalej. — Chodzą słuchy, że Robards, Bottlebrush i szef Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów próbują doprowadzić do zwołania posiedzenia Wizengamotu, żeby przegłosować uchylenie części wprowadzonych przez ciebie ustaw.

— Z powodu Draco — stwierdziła sucho.

To nie było pytanie; wiedziała, że w czarodziejskiej Anglii to po prostu fakt, z którym trzeba się liczyć.

— No tak — przyznał. — A do tego przez fakt, że nie chciałaś być ich informatorką. Uznałem, że powinienem informować ciebie i Malfoya na bieżąco — wciąż jesteście na ich celowniku.

Hermiona wstała i chwyciła swoją torebkę; Petra natychmiast znalazła się u jej boku.

— Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś — wyszeptała, składając pocałunek na jego policzku. — Wygląda na to, że muszę zmienić plany na popołudnie.

— Wybierasz się do Dworu?

Kiwnęła głową.

— Draco ma tam jakieś spotkania, a to dokładnie ten rodzaj informacji, o których będzie chciał wiedzieć.

Ruszyli w stronę najbliższego, publicznego kominka podpiętego do Sieci Fiuu, a Harry przyciągnął ją do uścisku.

— Przepraszam, że nie dają wam spokoju. Obiecuję, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by skierować ich uwagę na coś innego.

— Wiem, Harry — zapewniła go. — I dziękuję ci za to.

Hermiona wraz z Petrą weszły do kominka i posłała Harry’emu delikatny uśmiech w chwili, gdy wokół nich buchnęły zielone płomienie. Zaledwie kilka minut później wyszły z okazałego kominka we Dworze Malfoyów. Droga do gabinetu Draco przebiegła w całkowitej ciszy — portrety wciąż za bardzo bały się wydać choćby dźwięk w jej obecności.

Hermiona zapukała do drzwi i uśmiechnęła się, gdy uchyliły się nieznacznie, a w szczelinie pojawiła się głowa Theo.

— O! To wy! — krzyknął, otwierając drzwi szerzej. — Myślałem, że będę musiał przepędzać Narcyzę, a tu taka miła niespodzianka.

Weszły do gabinetu, a Draco, wstając, natychmiast skierował wzrok na Hermionę.

— Wszystko w porządku? Myślałem, że jesz lunch z Potterem.

— Jadłam — zapewniła go. Usiadła na miejscu, które przed chwilą zwolnił, opierając łokcie na jego biurku. — Nic mi nie jest, obiecuję. Po prostu zirytowało mnie to, co powiedział.

— Co tym razem wymyśliło nasze szanowne Ministerstwo? — zapytał przeciągle Blaise, rozsiadając się w fotelu naprzeciwko biurka Draco.

Hermiona cicho się zaśmiała, gdy Theo bezceremonialnie usiadł mu na kolanach.

Westchnęła, spoglądając na Draco, a potem na pozostałych dwóch mężczyzn.

— Robards i reszta jego pachołków próbują zdobyć nakaz przeszukania Dworu. Skoro w magazynie nic nie znaleźli, są przekonani, że tutaj uda im się coś odkryć.

— Niby kiedy pozwoliłbym komukolwiek z nas na taką nieostrożność? — Theo prychnął z oburzeniem. — Pilnuję tu porządku żelazną ręką.

Był wyraźnie podenerwowany, ale uspokoił się, gdy Blaise przeczesał dłonią jego loki i wyszeptał mu coś do ucha.

— Oczywiście, że nigdy niczego tu nie znajdą — wtrącił Draco. — Choć wcale nie czyni to całej sytuacji mniej irytującą.

Hermiona skinęła głową, zastanawiając się nad tym, co powiedzieć dalej.

— To nie wszystko.

Mężczyźni wymienili porozumiewawcze spojrzenia, podczas gdy Draco usiadł na rogu biurka. Wzrok Theo padł na znak nad jego biurkiem — tym razem widniała na nim informacja, że Minęło już trzydzieści dni, odkąd ostatni raz musiał zajmować się zwłokami. Bez wątpienia wszyscy zastanawiali się, czy po kolejnych słowach Hermiony znów przyjdzie im się czymś takim zajmować.

Skrzyżowała ramiona na piersi, a w jej lokach co chwila przeskakiwały iskry magii.

— Robards, Bottlebrush i szef Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów próbują doprowadzić do uchylenia ustaw, które wprowadziłam, ale jak dotąd nie udało im się doprowadzić do zwołania nadzwyczajnego głosowania Wizengamotu.

Theo prychnął, skrzyżował ramiona na piersi i oparł się o Blaise’a.

— Chcą podważyć twoją pracę? Czy oni naprawdę nie mają nic lepszego do roboty?

— Najwyraźniej nie — odpowiedziała z goryczą.

— Chcą zrobić z ciebie przykład — powiedział Draco, pocierając skroń; jego głos był szorstki i pełen gniewu.

— Wizengamot jest nie do zniesienia. Wciąż uważam, że udało mi się przeforsować część tych ustaw tylko dlatego, że wojna się skończyła i ludzie bali się mi odmówić. — Westchnęła. — Chciałabym wiedzieć, co zrobić, żeby to zmienić.

— Nie do zniesienia to mało powiedziane — skwitował Blaise, a Draco skinął głową.

Theo prychnął głośno, prostując się na fotelu.

— Dlaczego? To przecież oczywiste, prawda?

Draco, Hermiona i Blaise patrzyli na niego zdezorientowani.

— Nie, Theo — przeciągnął Draco. — Cokolwiek masz na myśli, wcale nie jest oczywiste.

— O bogowie! — Pisnął Theo. — Wy tak się czujecie przez cały czas?! To niesamowite. Nie mogę uwierzyć, że wiem coś, o czym wy nie macie pojęcia!

— Theodore — ostrzegł go Blaise. — Jeśli wiesz coś przydatnego, po prostu nam powiedz.

— Wybacz, Tatuśku. — Zachichotał Theo. — Po prostu rzadko zdarza mi się być tym, który wpadnie na genialny pomysł.

Draco wyglądał tak, jakby miał zamiar udusić swojego najlepszego przyjaciela, więc Hermiona położyła mu uspokajającą dłoń na ramieniu.

— Jestem otwarta na wszelkie propozycje, Theo.

— Miejsca rodów Malfoyów i Blacków są wolne.

— Dziękuję za to błyskotliwe spostrzeżenie, Theo — wycedził Draco. — Nic nam to jednak nie daje; ja nie mogę zająć miejsca Malfoyów przez mój wyrok, a moja matka — choć i tak by nam się na nic nie przydała — nie może zająć swojego z tego samego powodu.

Theo kiwnął głową, jakby rozwiązanie znajdowało się tuż przed ich nosami — i faktyczne tak było.

— Ty nie możesz — rzekł, wskazując na Draco, po czym przeniósł palec na Hermionę. — Ale ona może.

Draco chwycił się za nasadę nosa i powoli wypuścił powietrze.

— O czym ty mówisz?

— Theo — wtrąciła się Hermiona. — Czy chcesz przez to powiedzieć…

— Że Draco może przekazać tobie zarówno miejsce rodu Malfoyów, jak i rodu Blacków, czyniąc cię najbardziej przerażającą postacią, jaka pojawiła się w Wizengamocie od stuleci? — zapytał z kpiącym uśmiechem na ustach. — Tak. Dokładnie tak. Poza tym, jestem pewien, że mógłbym reprezentować Nottów na posiedzeniach. Do tego można przekonać Pottera i Longbottoma, żeby wreszcie użyli swoich. A jeśli się nie mylę, Charlie Weasley dysponuje miejscem rodu Prewettów w imieniu Molly. — Mruknął coś pod nosem, zamykając oczy — najwyraźniej wyobrażał sobie wiekowe ławy w sali obrad Wizengamotu. — O! I założę się, że Luna mogłaby namówić ojca, by pozwolił jej głosować w swoim zastępstwie. A nie wspominam nawet o wszystkich tych ludziach, którzy mają u nich dług wdzięczności.

W gabinecie zapadła pełna osłupienia cisza; Draco, Hermiona i Blaise próbowali przyswoić to, co właśnie powiedział Theo.

— C-czy ty… — wykrztusiła Hermiona, wciąż nie mogąc zebrać myśli. — Czy ty właśnie przeciągnąłeś na swoją stronę połowę Wizengamotu za jednym zamachem?

— No raczej.

Poderwała się tak gwałtownie, że wszyscy w pomieszczeniu podskoczyli. Okrążyła biurko i rzuciła się na Theo.

— Jesteś absolutnie genialny!

Odwzajemnił uścisk w podobną siłą.

— Cóż mogę powiedzieć? Staram się zadowalać!

— To doprawdy wzruszające — sapnął Blaise. — Ale czy moglibyście ze mnie zejść, zanim się uduszę?

Hermiona się wyprostowała i spojrzała na Draco z promiennym uśmiechem.

— Co o tym sądzisz?

Wziął ją w objęcia, posyłając drapieżny uśmiech.

— Myślę, że nawet się nie zorientują, co w nich uderzyło.

Brak komentarzy