[T] Twoje idealne dopasowanie: Na celowniku
Witajcie :) po dłuższej przerwie wracam do tłumaczenia i publikowania tej historii. Szczerze mówiąc, chciałabym skończyć to tłumaczenie w listopadzie. Prawdopodobnie jest to możliwe, bo bardzo lubię tę historię i fajnie mi się ją tłumaczy.
Ten rozdział jest
trochę krótszy, ale kolejne będą już długie. Także wszyscy powinni być
zadowoleni. Dajcie znać, czy się podobało i czy jesteście zadowoleni z faktu,
że przez najbliższy miesiąc będziemy się z nimi spotykać przynajmniej dwa razy
w tygodniu. Ilość publikowanych za jednym razem rozdziałów będzie zależna od tego,
jak duży będzie mój zapas. Na razie mam tylko ten, zatem na kolejny musicie
poczekać do weekendu. Miłej lektury! :)
________________
Rozdział 15: Na celowniku
Draco
Draco
nienawidził tej części Londynu.
Ulice
wokół niego cuchnęły moczem i desperacją — poświata czarnej magii odbijała się
od bruku niczym rozlana ropa. W tym miejscu zło czaiło się w cieniu, a świeża
krew wsiąkała w serce miasta, bo nikt nie zadał sobie trudu, by zmyć tę
poprzednią.
Zaciągnął
się papierosem; jego końcówka rozbłysła czerwienią w mrocznej alejce. Dołohow
się spóźniał. Znowu.
Ten
zakątek Ulicy Śmiertelnego Nokturnu stanowił neutralny grunt między Draco a
Antoninem Dołohowem, a przynajmniej tak ustalili, gdy ostatnim razem sprawy
przybrały nieprzyjemny obrót. Jeśli jednak Draco był czegoś pewien, to tego, że
słowo Dołohowa jest warte tyle, co kocioł złota.
Ciszę
przerwał dźwięk — kamyk toczący się po bruku w głębi uliczki.
Draco
nie drgnął, nawet nie mrugnął. Po prostu wziął kolejny, głęboki wdech i czekał.
Obok niego Blaise obserwował okolicę.
—
Myślisz, że Dołohow w ogóle się pojawi?
—
Jeśli wie, co dla niego dobre.
Draco
bez wahania mógł przyznać, że stał za wieloma nielegalnymi działaniami. W końcu
nie przemycał do kraju eliksirów i składników przez tereny kontrolowane przez
centaury tylko dla zabawy. Sam nie zażywał tych substancji, ale kontrolował ich
produkcję i obieg — ktoś przecież musiał. Ludzie zawsze będą szukać używek;
jeśli nie on zadba o czysty i stały dostęp do towaru, zrobi to Dołohow,
wciskając ludziom coś, co wypali ich od środka.
I
właśnie tu przebiegała granica.
Draco
zajmował się handlem i jego nadzorowaniem — starał się, by to, co nieuniknione,
było tak bezpieczne, jak to tylko możliwe. Nie mógł pozwolić by udali się do
świata Dołohowa, opartego na handlu żywym towarem i krwawym wyzysku — tego
rodzaju podłości, która mieliła ludzi, aż nie zostawało z nich nic. Nie mógł
dopuścić, by coś takiego było firmowane jego nazwiskiem.
Stojący
obok Blaise przeniósł ciężar ciała na drugą nogę i zerknął na zegarek.
—
Ile jeszcze zamierzasz czekać?
—
Jeszcze pięć minut — odpowiedział spokojnie Draco, wypuszczając kłąb dymu. —
Jeśli do tego czasu nie przybędzie, aportujemy się. Niech sam tłumaczy swoim
klientom, dlaczego zabrakło towaru.
Blaise
posłał mu słaby, pozbawiony wesołości uśmiech.
—
Jesteś sukinsynem.
—
Jestem skuteczny — poprawił go Draco. — Na tym polega różnica między mną a
Dołohowem.
W
zaułku rozległ się charakterystyczny trzask
aportacji, po czym pojawił się sam Dołohow, w towarzystwie zgrai obdartusów,
którzy wyglądają, jakby dopiero co wywleczono ich z Azkabanu. Wszedł swobodnie
w słabe światło latarni — jej matowy blask odbijał się od jego pożółkłych
zębów.
—
Malfoy — przeciągnął samogłoski, rozkładając szeroko ramiona. — Czekałeś.
Jestem wzruszony.
Draco
rzucił papierosa na ziemię i zmiażdżył niedopałek obcasem buta.
—
Spóźniłeś się.
Dołohow
wzruszył ramionami, zupełnie niewzruszony.
—
Ale już jestem.
Kilka
minut później siedzieli w słabo oświetlonym zapleczu magazynu. Uśmiech Dołohowa
poszerzył się, gdy wyciągnął z kieszeni piersiówkę.
—
No więc… interesy. Mam kupców, którzy błagają o towar i wygląda na to, że
przydałoby się przekierować twoje małe kanały dystrybucji.
Draco
zacisnął szczękę, choć jego głos pozostał spokojny.
—
Moje kanały nie są na sprzedaż.
—
Wszystko da się kupić, Malfoy — rzekł Dołohow, przechylając głowę w drwiącym
geście. — Prowadzisz zbyt czystą grę. Prawdziwe pieniądze nie leżą twoich
schludnych eliksirach. Gdybyś spojrzał na to z mojej perspektywy…
Draco
przerwał mu bez wahania.
—
Nigdy nie będę prowadził interesów tak jak ty. Gdyby to zależało ode mnie, to
gówno, którym handlujesz, nigdy nie ujrzałoby światła dziennego.
Uśmiech
Dołohowa wyostrzył się.
—
Gówno? Ludzie płacą krocie za to, co oferuję. — Pochylił się do przodu; jego
rzadkie włosy opadły na wąskie, paciorkowate oczy. — Powiedz mi, czy twoja mała
żonka z Gryffindoru wie, skąd się bierze złoto w twoich skarbcach?
Temperatura
w pomieszczeniu spadła o kilka stopni. Blaise zerknął na Draco, po czym szybko
odwrócił wzrok, dostrzegając, jak ramiona przyjaciela sztywnieją pod wpływem
narastającego gniewu.
—
Nie mieszaj w to mojej żony — warknął Draco; wściekłość kipiała w nim tuż pod
powierzchnią.
—
Przypomnij sobie, po co tu przyszliśmy, Dołohow — wtrącił gładko Blaise.
Mężczyzna
prychnął pogardliwie i wziął łyk ze swojej piersiówki.
—
Tak, wiem… podobno niektórzy z moich ludzi wkraczają na wasz teren. Biedny
Aleksandr, zgładzony w kwiecie wieku.
Draco
wrócił myślami do mężczyzny, którego przed miesiącami zgładził celnym zaklęciem
Reducto.
—
Więc tak się nazywał?
Choć
nie było to przyjemne zadanie, okazało się konieczne. Mimo wszystkich swoich
gróźb, Dołohow doskonale wiedział, co spotkało jego podwładnego — i dlaczego.
Być może jednak warto było mu o tym przypomnieć.
—
Wybacz — rzucił Draco z drwiącym wyrazem twarzy. — Czy mam czuć wyrzuty
sumienia, że wyeliminowałem kogoś, kto aktywnie próbował wciągać bezbronne
kobiety w prostytucję?
Dołohow
zaśmiał się szorstko, a whisky w jego piersiówce gwałtownie chlupotało.
—
Prostytucja, przemyt, polityka — to wszystko ta sama gra. Nie udawaj, że jesteś
lepszy.
—
Nie muszę udawać — odpowiedział Draco chłodno. — Jestem lepszy.
Dołohow
znów pochylił się do przodu, a jego paciorkowate oczy błysnęły.
—
A jednak… kobiety, które kiedyś służyły mnie, teraz szukają schronienia pod
twoimi skrzydłami. To dobroczynność, Malfoy? Czy może po prostu udajesz, że
twój klub nocny nie służy do niczego innego?
Blaise
obrócił różdżkę w palcach; jego głos był łagodny, lecz pobrzmiewała w nim ostra
nuta.
—
Wystarczy. Chyba wiesz, co się stanie, jeśli dalej będziesz snuł takie
insynuacje. Nie powinienem ci przypominać, ale skoro już muszę: pamiętaj, gdzie
przebiega granica i trzymaj się po swojej stronie.
Na
twarz Dołohowa powrócił uśmiech — wąski i jadowity.
—
Och, ależ ja uwielbiam przekraczać granice. — Wstał i schował piersiówkę do
kieszeni. — Jeszcze porozmawiamy.
Draco
nie poruszył się, nawet nie mrugnął, ale szron pełzający po deskach podłogi
odpowiadał w jego imieniu.
Blaise
obrócił różdżkę w palcach, po czym schował ją do kabury.
—
Nie odpuści — powiedział poważnym tonem. — To, co rzucił na odchodne, nie było
groźbą — tylko obietnicą.
Draco
odpalił kolejnego papierosa, przyglądając się, jak żar rozbłyska.
—
W takim razie będziemy gotowi.
Blaise
przyglądał mu się przez chwilę, po czym prychnął.
—
Powinienem się już przyzwyczaić — traktujesz ludzi pokroju Dołohowa jak figury
na szachownicy.
Draco
wypuścił dym przez nos, a na jego ustach błąkał się cień uśmiechu.
—
Nie martw się, Blaise. W szkole zawsze byłem niezły w grę w szachy. Z tego, co
pamiętam, ty również.
W
odpowiedzi otrzymał ostre spojrzenie, ale Blaise tylko pokręcił głową. Otulając
się szczelniej płaszczem, ruszył w stronę drzwi.
—
Dla nas to może być tylko zabawa, ale dla Theo i Hermiony już nie. Rób swoje,
będę tuż za tobą… ale upewnij się tylko, że nie będą musieli nas potem chować.
Blaise
kiwnął mu głową na pożegnanie, po czym się aportował. Draco sprawił, że
papieros zniknął, schował różdżkę do kabury i przygotował się do swojej
aportacji. Jeden płytki oddech, wypowiedziane z wprawą zaklęcie — i obskurne
pomieszczenie rozpłynęło się w powietrzu.
Pojawił
się w salonie w błysku zielonego światła; jego płaszcz był wilgotny od nocnej
aury, a wokół unosił się słaby zapach dymu. Petra, która leżała na kanapie z
głową opartą na łapach, na dźwięk jego przybycia natychmiast usiadła. Jednym
ruchem palców Draco posłał płaszcz na wieszak, po czym kucnął przed psem.
Na
jego ustach błąkał się delikatny uśmiech, gdy suczka ziewnęła szeroko, machając
kikutem ogona i napierając na jego dłoń, podczas gdy on drapał ją pod brodą.
—
Możesz już iść spać. Jestem w domu, więc przejmuję wartę.
Wszedł
na piętro, cicho otworzył drzwi do sypialni i bezszelestnie podszedł do łóżka.
Hermiona spała, a porzucona przez nią książka leżała na pościeli. Przez dłuższą
chwilę po prostu ją obserwował — patrzył, jak światło lampy łagodziło rysy jej
twarzy, jak rzęsy spoczywały na policzkach — po czym pochylił się i złożył
ostrożny pocałunek na jej skroni.
Poszedł
do łazienki, by wziąć szybki prysznic; pozwolił, żeby gorąca woda zmyła z niego
resztki wydarzeń minionego wieczoru. Osuszywszy ciało, wrócił do sypialni i
jednym ruchem dłoni zgasił światło.
Ostrożnie
wsunął się do łóżka i przyciągnął do siebie Hermionę. Kojące ciepło jej ciała
sprawiło, że resztki napięcia opuściły jego ramiona. Kiedy ją objął, poruszyła
się lekko, mrucząc jedynie jego imię.
—
Śpij, żono — szepnął przy jej skroni, niskim, szorstkim głosem. — Jestem tutaj.
~*~*~*~*~*~*~*~
Hermiona
Następnego
ranka Hermiona obudziła się i natychmiast rzuciła na siebie bezróżdżkowe
zaklęcie chłodzące. Jak zwykle, jej mąż nie mógł się od niej oderwać. Częściowo
na niej leżał; głowa spoczywała na wysokości serca, jakby nasłuchiwał dowodu na
to, że naprawdę tu z nim jest. Choć było jej gorąco, nie poruszyła się — ta
bliskość była mu potrzebna nawet bardziej niż odpoczynek.
Przez
sen wydał z siebie cichy dźwięk i wtulił się jeszcze mocniej, a pasma jasnych
włosów łaskotały jej skórę. Uniosła dłoń, przeczesując leniwie jedwabiste,
blond włosy, i czuła, jak pod jej dotykiem Draco znów się uspokaja.
Nie
umknęła jej uwadze bruzda między jego brwiami ani zaciśnięta szczęka — nawet
podczas snu. Wystarczył jeden rzut oka na pokój, by dostrzec ubrania z
poprzedniego wieczoru, niedbale rzucone na krzesło; takie rzeczy działy się
tylko wtedy, gdy jego myśli były zaprzątnięte czymś innym.
To
był jeden z poranków, podczas których pragnęła, by jego świat był spokojniejszy
i bezpieczniejszy. Poranków, w których miała ochotę domagać się wyjaśnień: co się stało, gdzie był? Ale nie mogła
tego zrobić. Nie wtedy, gdy wrócił do niej w takim stanie — wyczerpany do
granic możliwości, trzymając się jej kurczowo przez sen, jakby była jedyną
rzeczą, która trzyma go przy życiu. Gdyby zapytała, odpowiedziałby — w końcu
taka była między nimi umowa. Wprowadził ją w swój świat znacznie głębiej, niż
kiedykolwiek przypuszczała. Jeśli ubiegłego wieczoru nie zabrał jej ze sobą,
musiał mieć ku temu powód.
Nie
pytała też, dokąd wychodził podczas wieczorów przeznaczonych na wspólny czas
tylko we dwoje. Tak samo jak on nie dopytywał, kiedy ona zamykała się w
bibliotece albo znikała, pochłonięta własnymi projektami — ona nie dociekała,
dokąd on znikał, korzystając z Sieci Fiuu. Oboje potrzebowali czasem
przestrzeni na własne sprawy. Nie powstrzymywało to jednak jej ciekawości.
Lubiła wyobrażać sobie, że zajmuje się czymś zwyczajnym, na przykład ćwiczy na
siłowni albo biega po parku. Czasami tak trudno było mu usiedzieć w miejscu, że
zakładała, iż musiał wychodzić, by rozładować napięcie.
Dla
nich zaufanie nigdy nie polegało na całkowitym obnażeniu swoich myśli. Chodziło
raczej o wyczucie momentu, w którym warto było dopuścić drugą osobę do siebie —
o wiedzę, kiedy poprosić o pomoc, a kiedy pewne sprawy zostawić w spokoju.
Jej
dłoń znów powędrowała w jego włosy — tym razem delikatniej — i przeczesała je,
aż napięcie w jego szczęce, opartej o jej pierś, wreszcie ustąpiło. Złożyła
lekki pocałunek na czubku jego głowy. Cokolwiek ta noc mu odebrała, teraz był
tutaj. Z nią.
Jego
oddech zmienił rytm na jej skórze; z piersi wydobył się cichy pomruk i jego
rzęsy drgnęły. Nie odsunął się od razu — zamiast tego wtulił się mocniej, jakby
próbował udawać, że może jeszcze chwilę pospać.
—
Wiem, że już nie śpisz, Draco — szepnęła, wciąż przesuwając palcami po jego
włosach.
Z
jego piersi wydobył się cichy, gardłowy śmiech.
—
Wcale nie — mruknął.
Jego
głos był zachrypnięty od snu i stłumiony, bo twarz wciąż miał przyciśniętą do
niej.
Uśmiechnęła
się i pocałowała go w czoło.
—
Byłeś niespokojny.
W
końcu przechylił głowę, by napotkać jej spojrzenie; jego szare oczy były na
wpół przymknięte, a mimo to bystre nawet w porannym świetle.
—
Byłem. — Przez dłuższą chwilę przyglądał się jej twarzy, po czym westchnął, a
ciężar, który dźwigał poprzedniego wieczoru, znikł. — Ale już nie jestem.
Jestem tam, gdzie powinienem być.
Kąciki
ust Hermiony uniosły się w lekkim uśmiechu.
—
Powinieneś leżeć po swojej stronie łóżka. Na Merlina, Draco, jesteś gorszy niż
Krzywołap, kiedy traktuje mnie jak mebel.
Draco
posłał jej zawadiacki, pełen pewności siebie uśmiech i oparł głowę z powrotem
na jej piersi.
—
Wolę tę stronę.
—
Wolisz każdą stronę, po której leżę — droczyła się, przesuwając palcami wzdłuż
jego bicepsa.
—
Dokładnie — mruknął, brzmiąc na zadowolonego z siebie, nawet będąc na wpół
śpiącym. — Po co zadowalać się połową łóżka, skoro mogę mieć ciebie w całości?
Hermiona
przewróciła oczami, ale nie potrafiła powstrzymać śmiechu, który wyrwał się z
jej ust. Draco zmienił nieco uścisk i wtedy to dostrzegła — nowy tatuaż. W
miejscu, które wcześniej było niewielkim, pustym skrawkiem skóry między dwoma
większymi wzorami na jego ramieniu, pojawiło się coś, co sprawiło, że
przechyliła głowę z zaciekawieniem.
—
Draco — powiedziała zdezorientowana. — Czy ty masz na ramieniu wytatuowany ślad po ugryzieniu?
Musnął
ustami jej obojczyk w czymś pomiędzy pocałunkiem a uśmiechem.
—
Możliwe.
Otworzyła
usta ze zdziwienia, gdy dotarł do niej sens jego słów.
—
To wzór moich zębów?!
Jego
uśmieszek stał się jeszcze wyraźniejszy.
—
Jeśli kły pasują…
—
Draco Malfoyu, jesteś nie do zniesienia — rzekła, choć jej śmiech zdradził, że
wcale tak nie uważała. Przesunęła palcami po tuszu, kręcąc głową. — Czego to
ludzie nie wymyślą…
Obserwował
ją, teraz już spokojniej; jego uśmieszek złagodniał.
—
Chciałem mieć przypomnienie — wyszeptał — o tym, do kogo należę.
Waga
tych słów wciąż dawała o sobie znać, ale zaraz potem na jego twarzy znów
pojawił się ten charakterystyczny, lekko drwiący uśmieszek.
—
Poza tym, gryziesz mocno… i zawsze w to samo miejsce.
—
Głupek — powiedziała z czułością pociągając go za włosy, aż się skrzywił i
wybuchnął śmiechem.
Leżeli
tak jeszcze przez kilka minut — rozmawiając i cicho się śmiejąc, odwlekając
moment rozpoczęcia dnia. Ku ogromnej uldze Hermiony, napięcie, które dręczyło
Draco nawet przez sen, całkowicie zniknęło.
W
końcu Draco jako pierwszy wstał z łóżka.
—
Idę przygotować śniadanie. Obiecałem Theo, że będę we Dworze przed lunchem.
—
Pracowity dzień? — zapytała, siadając na łóżku i zwijając swoje loki w kok na
czubku głowy, który zabezpieczyła za pomocą różdżki.
Mruknął
w zamyśleniu, wciągając czarne spodnie dresowe.
—
Spotkania z Neville’em i Charliem, muszę też dopytać Blaise’a o przebieg jego
rozmów z walijskimi centaurami, a później czeka mnie jeszcze rozmowa z
Viktorem.
—
Wygrałeś. — Zaśmiała się. — Ja natomiast będę dziś uosobieniem rozpieszczonej
do granic możliwości żony. Najpierw lunch z Harrym, potem wizyta u fryzjera i
manicure… może nawet wybiorę się gdzieś i wydam absurdalną sumę pieniędzy.
Draco
pochylił się i złożył zdecydowany pocałunek na jej ustach.
—
Mam taką nadzieję.
—
Może urządzę pokaz mody, kiedy wrócę do domu… żebyś mógł w pełni nacieszyć się
swoim zamiłowaniem do rozpieszczania mnie?
—
Koniecznie — rzucił, puszczając do niej oko przez ramię, po czym wyszedł z
sypialni.
Kiedy
Hermiona w końcu zeszła na dół, zapach smażonych jajek i masła prowadził ją
prosto do kuchni. Usiadła na swoim stałym miejscu i popijając perfekcyjnie
przyrządzoną kawę, którą dla niej przygotował, obserwowała, jak przewracał
omlety na patelni.
Po
chwili Draco z teatralnym gestem postawił przed nią talerz, a zaraz po tym
własny.
—
Śniadanie gotowe, kotku.
Wzięła
kęs i z cichym pomrukiem zadowolenia zamknęła oczy.
—
Bogowie, Draco. Jest idealne.
—
Oczywiście — odpowiedział gładko, dolewając jej kawy. — Gdyby to zależało od
ciebie, umarlibyśmy z głodu.
Kopnęła
go pod stołem w piszczel, szczerząc zęby, gdy próbował ukryć grymas bólu za
kubkiem z kawą.
Śniadanie
minęło w atmosferze lekkich przekomarzań; od czasu do czasu jego dłoń muskała
jej dłoń, gdy dolewał jej kawy albo podkradał owoc z jej talerza. Zanim
naczynia zostały sprzątnięte — tym razem za sprawą niedbałego machnięcia
różdżką — Hermiona poczuła, że mroczne cienie poprzedniego wieczora ustąpiły
miejsca zwyczajnemu rytmowi ich wspólnego życia.
~*~*~*~*~*~*~*~
Kilka
godzin później Hermiona siedziała przy stoliku w ogródku ulubionego pubu Harry’ego.
Lokal znajdował się przy cichej, bocznej uliczce, niedaleko Ministerstwa, choć
panowała tu atmosfera, jakby to miejsce było na drugim końcu świata. U stóp
Hermiony leżała Petra — z uszami nastawionymi do przodu, spokojnie obserwowała
nielicznych przechodniów.
Śmiech
Harry’ego przyciągnął jej uwagę, gdy przemierzał niewielki ogródek.
—
No proszę, wyglądasz jak dama na wystawnym lunchu.
Pochyliła
głowę, pozwalając mu pocałować się w policzek.
—
Cóż, pomyślałam, że dzisiaj będę prawdziwą żoną gangstera.
Czuła
się całkowicie bezpiecznie, mówiąc to, ponieważ zaraz po przybyciu poświęciła
chwilę na dyskretne rzucenie zaklęcia wyciszającego wokół ich stolika. W końcu
nigdy nie wiadomo, jaki temat mógł poruszyć Harry, a zależało jej na tym, by
mogli rozmawiać swobodnie.
—
No więc — zaczęła, biorąc łyk wody, gdy kelner przyjął ich zamówienie i odszedł
— jak tam u ciebie i Pansy?
—
Właściwie, całkiem nieźle — powiedział z lekkim uśmiechem. — W sumie minął
dopiero miesiąc, ale widać, że czuje się swobodniej, gdy jestem w domu. Przez
pierwsze dwa tygodnie lekko podskakiwała, kiedy nagle wychodziłem zza rogu —
jakby wciąż spodziewała się najgorszego. Ale teraz codziennie jemy razem
śniadania i kolacje. W weekend nawet obejrzała ze mną mecz, więc myślę, że
idziemy w dobrym kierunku.
Serce
Hermiony ścisnęło się na myśl o Pansy. Nikt nie zasługiwał na takie życie,
jakie prowadziła jeszcze niedawno. Pokręciła głową, rozpamiętując wszystko,
czego się dowiedziała o Draco i grupie jego przyjaciół, odkąd wzięli ślub.
—
Wiesz, kiedy chodziliśmy do szkoły, myślałam, że ich życie jest idealne, a oni
sami to po prostu nieznośne, znudzone i rozpieszczone dzieciaki.
Nie
musiała nic doprecyzowywać — Harry doskonale wiedział, że chodziło o ich
współmałżonków oraz Blaise’a i Theo.
—
Teraz, gdy wiem, ile bólu, gniewu i traumy kryło się za tymi złośliwymi uwagami…
— przerwała, próbując opanować emocje. — Wściekam się na myśl, że dorośli z
naszego otoczenia po prostu stali i patrzyli. Musieli wiedzieć.
—
Jestem pewien, że wiedzieli, przynajmniej do pewnego stopnia — przyznał ze
smutkiem. — Chodzi mi o to, że wiedzieli o tym, jak traktują mnie Dursleyowie —
wiedzieli, że byłem niedożywiony. Że w najlepszym razie byłem zaniedbywany, a w
najgorszym — po prostu maltretowany. A oni nie
zrobili nic. Patrzyli, jak bez wahania ruszamy prosto w sam środek bitew.
Traktowali nas jak pionki, więc nie ma mowy, żeby przejmowali się dzieciakami
po drugiej stronie barykady.
Hermiona
przez chwilę rozważała jego słowa; pod skórą zaczynało w niej wrzeć dobrze
znana słuszna furia. Zanim jednak emocje osiągnęły punkt wrzenia, Harry posłał
jej cierpki uśmiech.
—
Cóż, nasza rozmowa przy lunchu przybrała dość nieoczekiwany obrót, prawda?
—
Na to wygląda — przyznała, wzruszając ramionami.
Kelner
przyniósł posiłek, co na chwilę odciągnęło ich uwagę od rozmowy. Po chwili
Harry oderwał wzrok od swojej porcji ryby z frytkami i kontynuował:
—
Nie uwierzysz, jak bardzo Robards jest wściekły, że przeszukanie magazynu
Malfyów okazało się kompletną klapą.
Hermiona
uniosła brew, nakłuwając widelcem sałatkę.
—
Chyba domyślam się dlaczego.
—
Wciąż każdemu, kto tylko chce słuchać, opowiada o tych przerażających lalkach,
które należały do prababki Draco.
—
I bardzo dobrze. — Prychnęła. — Mam nadzieję, że będą go straszyć.
Harry
wciął kolejny kęs jedzenia, po czym kontynuował:
—
To nie wszystko. Aurorzy wciąż wierzą, że mogą coś znaleźć, i próbowali uzyskać
nakaz przeszukania Dworu.
—
Nic nie znajdą. — Wzruszyła ramionami. — No, może poza złym humorem Narcyzy i
drutami do robótek Lucjusza.
—
Wciąż uważam, że to kompletne szaleństwo — facet robi na drutach.
—
Trzeba to zobaczyć, żeby uwierzyć — rzekła poważnym tonem, choć w jej oczach
błyszczało rozbawienie. — To doprawdy niezapomniany widok.
Harry
pokręcił głową z niedowierzaniem, kończąc posiłek. Gdy zjadł ostatni kęs,
odsunął talerz i oparł ramiona na blacie stołu.
—
Jest coś jeszcze… jeśli chodzi o Biuro Aurorów. Jest coś, o czym ty i Draco
powinniście wiedzieć. — Uniosła brew, ale milczała, pozwalając mu mówić dalej.
— Chodzą słuchy, że Robards, Bottlebrush i szef Departamentu Przestrzegania
Prawa Czarodziejów próbują doprowadzić do zwołania posiedzenia Wizengamotu,
żeby przegłosować uchylenie części wprowadzonych przez ciebie ustaw.
—
Z powodu Draco — stwierdziła sucho.
To
nie było pytanie; wiedziała, że w czarodziejskiej Anglii to po prostu fakt, z
którym trzeba się liczyć.
—
No tak — przyznał. — A do tego przez fakt, że nie chciałaś być ich
informatorką. Uznałem, że powinienem informować ciebie i Malfoya na bieżąco —
wciąż jesteście na ich celowniku.
Hermiona
wstała i chwyciła swoją torebkę; Petra natychmiast znalazła się u jej boku.
—
Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś — wyszeptała, składając pocałunek na jego
policzku. — Wygląda na to, że muszę zmienić plany na popołudnie.
—
Wybierasz się do Dworu?
Kiwnęła
głową.
—
Draco ma tam jakieś spotkania, a to dokładnie ten rodzaj informacji, o których
będzie chciał wiedzieć.
Ruszyli
w stronę najbliższego, publicznego kominka podpiętego do Sieci Fiuu, a Harry
przyciągnął ją do uścisku.
—
Przepraszam, że nie dają wam spokoju. Obiecuję, że zrobię wszystko, co w mojej
mocy, by skierować ich uwagę na coś innego.
—
Wiem, Harry — zapewniła go. — I dziękuję ci za to.
Hermiona
wraz z Petrą weszły do kominka i posłała Harry’emu delikatny uśmiech w chwili,
gdy wokół nich buchnęły zielone płomienie. Zaledwie kilka minut później wyszły
z okazałego kominka we Dworze Malfoyów. Droga do gabinetu Draco przebiegła w
całkowitej ciszy — portrety wciąż za bardzo bały się wydać choćby dźwięk w jej
obecności.
Hermiona
zapukała do drzwi i uśmiechnęła się, gdy uchyliły się nieznacznie, a w
szczelinie pojawiła się głowa Theo.
—
O! To wy! — krzyknął, otwierając drzwi szerzej. — Myślałem, że będę musiał
przepędzać Narcyzę, a tu taka miła niespodzianka.
Weszły
do gabinetu, a Draco, wstając, natychmiast skierował wzrok na Hermionę.
—
Wszystko w porządku? Myślałem, że jesz lunch z Potterem.
—
Jadłam — zapewniła go. Usiadła na miejscu, które przed chwilą zwolnił, opierając
łokcie na jego biurku. — Nic mi nie jest, obiecuję. Po prostu zirytowało mnie
to, co powiedział.
—
Co tym razem wymyśliło nasze szanowne Ministerstwo? — zapytał przeciągle
Blaise, rozsiadając się w fotelu naprzeciwko biurka Draco.
Hermiona
cicho się zaśmiała, gdy Theo bezceremonialnie usiadł mu na kolanach.
Westchnęła,
spoglądając na Draco, a potem na pozostałych dwóch mężczyzn.
—
Robards i reszta jego pachołków próbują zdobyć nakaz przeszukania Dworu. Skoro
w magazynie nic nie znaleźli, są przekonani, że tutaj uda im się coś odkryć.
—
Niby kiedy pozwoliłbym komukolwiek z nas na taką nieostrożność? — Theo prychnął
z oburzeniem. — Pilnuję tu porządku żelazną ręką.
Był
wyraźnie podenerwowany, ale uspokoił się, gdy Blaise przeczesał dłonią jego
loki i wyszeptał mu coś do ucha.
—
Oczywiście, że nigdy niczego tu nie znajdą — wtrącił Draco. — Choć wcale nie
czyni to całej sytuacji mniej irytującą.
Hermiona
skinęła głową, zastanawiając się nad tym, co powiedzieć dalej.
—
To nie wszystko.
Mężczyźni
wymienili porozumiewawcze spojrzenia, podczas gdy Draco usiadł na rogu biurka.
Wzrok Theo padł na znak nad jego biurkiem — tym razem widniała na nim
informacja, że Minęło już trzydzieści
dni, odkąd ostatni raz musiał zajmować się zwłokami. Bez wątpienia wszyscy
zastanawiali się, czy po kolejnych słowach Hermiony znów przyjdzie im się czymś
takim zajmować.
Skrzyżowała
ramiona na piersi, a w jej lokach co chwila przeskakiwały iskry magii.
—
Robards, Bottlebrush i szef Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów
próbują doprowadzić do uchylenia ustaw, które wprowadziłam, ale jak dotąd nie
udało im się doprowadzić do zwołania nadzwyczajnego głosowania Wizengamotu.
Theo
prychnął, skrzyżował ramiona na piersi i oparł się o Blaise’a.
—
Chcą podważyć twoją pracę? Czy oni naprawdę nie mają nic lepszego do roboty?
—
Najwyraźniej nie — odpowiedziała z goryczą.
—
Chcą zrobić z ciebie przykład — powiedział Draco, pocierając skroń; jego głos
był szorstki i pełen gniewu.
—
Wizengamot jest nie do zniesienia. Wciąż uważam, że udało mi się przeforsować
część tych ustaw tylko dlatego, że wojna się skończyła i ludzie bali się mi
odmówić. — Westchnęła. — Chciałabym wiedzieć, co zrobić, żeby to zmienić.
—
Nie do zniesienia to mało powiedziane
— skwitował Blaise, a Draco skinął głową.
Theo
prychnął głośno, prostując się na fotelu.
—
Dlaczego? To przecież oczywiste, prawda?
Draco,
Hermiona i Blaise patrzyli na niego zdezorientowani.
—
Nie, Theo — przeciągnął Draco. — Cokolwiek masz na myśli, wcale nie jest
oczywiste.
—
O bogowie! — Pisnął Theo. — Wy tak się czujecie przez cały czas?! To
niesamowite. Nie mogę uwierzyć, że wiem coś, o czym wy nie macie pojęcia!
—
Theodore — ostrzegł go Blaise. — Jeśli wiesz coś przydatnego, po prostu nam
powiedz.
—
Wybacz, Tatuśku. — Zachichotał Theo. — Po prostu rzadko zdarza mi się być tym,
który wpadnie na genialny pomysł.
Draco
wyglądał tak, jakby miał zamiar udusić swojego najlepszego przyjaciela, więc
Hermiona położyła mu uspokajającą dłoń na ramieniu.
—
Jestem otwarta na wszelkie propozycje, Theo.
—
Miejsca rodów Malfoyów i Blacków są wolne.
—
Dziękuję za to błyskotliwe spostrzeżenie, Theo — wycedził Draco. — Nic nam to
jednak nie daje; ja nie mogę zająć miejsca Malfoyów przez mój wyrok, a moja
matka — choć i tak by nam się na nic nie przydała — nie może zająć swojego z
tego samego powodu.
Theo
kiwnął głową, jakby rozwiązanie znajdowało się tuż przed ich nosami — i
faktyczne tak było.
—
Ty nie możesz — rzekł, wskazując na
Draco, po czym przeniósł palec na Hermionę. — Ale ona może.
Draco
chwycił się za nasadę nosa i powoli wypuścił powietrze.
—
O czym ty mówisz?
—
Theo — wtrąciła się Hermiona. — Czy chcesz przez to powiedzieć…
—
Że Draco może przekazać tobie zarówno miejsce rodu Malfoyów, jak i rodu
Blacków, czyniąc cię najbardziej przerażającą postacią, jaka pojawiła się w
Wizengamocie od stuleci? — zapytał z kpiącym uśmiechem na ustach. — Tak. Dokładnie
tak. Poza tym, jestem pewien, że mógłbym reprezentować Nottów na posiedzeniach.
Do tego można przekonać Pottera i Longbottoma, żeby wreszcie użyli swoich. A
jeśli się nie mylę, Charlie Weasley dysponuje miejscem rodu Prewettów w imieniu
Molly. — Mruknął coś pod nosem, zamykając oczy — najwyraźniej wyobrażał sobie
wiekowe ławy w sali obrad Wizengamotu. — O! I założę się, że Luna mogłaby
namówić ojca, by pozwolił jej głosować w swoim zastępstwie. A nie wspominam
nawet o wszystkich tych ludziach, którzy mają u nich dług wdzięczności.
W
gabinecie zapadła pełna osłupienia cisza; Draco, Hermiona i Blaise próbowali
przyswoić to, co właśnie powiedział Theo.
—
C-czy ty… — wykrztusiła Hermiona, wciąż nie mogąc zebrać myśli. — Czy ty
właśnie przeciągnąłeś na swoją stronę połowę Wizengamotu za jednym zamachem?
—
No raczej.
Poderwała
się tak gwałtownie, że wszyscy w pomieszczeniu podskoczyli. Okrążyła biurko i
rzuciła się na Theo.
—
Jesteś absolutnie genialny!
Odwzajemnił
uścisk w podobną siłą.
—
Cóż mogę powiedzieć? Staram się zadowalać!
—
To doprawdy wzruszające — sapnął Blaise. — Ale czy moglibyście ze mnie zejść,
zanim się uduszę?
Hermiona
się wyprostowała i spojrzała na Draco z promiennym uśmiechem.
—
Co o tym sądzisz?
Wziął
ją w objęcia, posyłając drapieżny uśmiech.
— Myślę, że nawet się nie zorientują, co w nich uderzyło.
Brak komentarzy