[T] Cena przebaczenia: Rozdział 7
Witajcie :) w środowy wieczór zapraszam na nowy rozdział tłumaczenia. Dziś publikuję tylko jeden, bo niestety praca mnie dojechała i nie miałam siły na więcej. Być może kolejny opublikuję w weekend, ale dopiero w niedzielę, bo nie wiem czy będę mieć czas na więcej.
Także czekajcie.
Wiem, że historia się wolno rozkręca, ale będzie fajnie, obiecuję. Miłej
lektury!
________________
Rozdział 7
Pierwszą
rzeczą, jaką Hermiona zauważyła po przekroczeniu progu Dworu Malfoyów, było to,
że żałobie nadano piękny wymiar.
Powinno
ją to razić bardziej, niż w rzeczywistości raziło. Być może tak by się stało w
innym dniu, gdyby sam akt przekroczenia progu nie obudził w niej czegoś dawnego
i nieprzyjemnego, co kryło się tuż pod skórą. Bo ten dom nie był tylko domem
Draco Malfoya. Był tym domem. Domem,
do którego niegdyś wleczono ją jako więźniarkę — pozbawioną różdżki i
wycieńczoną, pod ostrzałem wrogich spojrzeń i w blasku wiekowych żyrandoli —
podczas gdy przerażenie sprawiało, że każdy oddech stawał się wynikiem chłodnej
kalkulacji. Domem, w którym głos Bellatrix Lestrange wyryła się w jej pamięci z
precyzją, której żadne zaklęcie uzdrawiające nigdy w pełni nie złagodziło.
Domem, w którym marmur, bogactwo i duma z rodowodu były niegdyś świadkami jej
krzyku.
Minęły
lata. Wojny dobiegły końca. Odbyły się procesy. Jedne nazwiska oczyszczono z
zarzutów, inne napiętnowano, a Lucjusz Malfoy — którego tej nocy wyraźnie tu
brakowało — pozostał dokładnie tam, gdzie zdaniem Wizengamotu było miejsce dla
ludzi jego pokroju. Jednak ciało Hermiony nie zważało na upływ lat, wyroki i
polityczne konsekwencje. Pamiętało kamień pod kolanami, sznury wrzynające się w
nadgarstki, różdżkę wymierzoną w skórę i świadomość, że żaden spryt nie zdoła
jej ocalić, jeśli okrucieństwo postanowi nie spieszyć się z zadawaniem
cierpienia.
Mimowolnie
zwolniła kroku.
Karl
natychmiast to wyczuł.
—
Hermiono?
Przełknęła
ślinę, zmuszając się, by iść dalej.
—
Nic mi nie jest.
Nie
uwierzył jej, ale był na tyle rozsądny, by nie podważać tego kłamstwa, gdy pół
sali obserwowało ich wejście.
Hol
wejściowy przekształcono w miejsce surowe, a zarazem zapierające dech w
piersiach. Z wysokich łuków zwisały płaty czarnego jedwabiu. Ze srebrnych waz
wylewały się białe róże, a pod sklepieniem, zataczając miarowe kręgi, unosiły
się świece. Gdzieś za schodami kwartet smyczkowy grał tak cicho, że muzyka
wydawała się bardziej zjawą niż rzeczywistością. Wszystko było eleganckie,
uporządkowane, nieskazitelne. Jakby żałoba została starannie wyreżyserowana.
Jakby sam smutek został odpowiednio wystrojony, zanim pozwolono mu stanąć
pośród rodów o wielowiekowej tradycji.
Hermiona
nienawidziła tego, że to zadziałało.
Jej
dłoń zacisnęła się na ramieniu Karla, gdy otaczający ich cichy gwar rozmów
nieco zmienił swój charakter. Nikt nie umilkł całkowicie. Byłoby to zbyt
oczywiste, zbyt prostackie; ludzie zgromadzeni tego wieczoru we Dworze Malfoyów
zostali wychowani tak, by nigdy nie okazywać ciekawości wprost, jeśli można ją
było jedynie zasugerować. Zamiast tego głosy przycichły, spojrzenia powędrowały
w ich stronę, a głowy lekko się przechyliły. Czuła, jak otoczenie rozkłada ją
na czynniki pierwsze i ocenia. Uzdrowicielka. Gryfonka. Kobieta objęta
dochodzeniem. Ta, którą Draco Malfoy omal nie udusił. Ostatnia osoba, która —
jak odnotowano — podała Astorii eliksir, zanim wszystko zmieniło się w krew,
ciszę i oficjalną żałobę.
Karl
pochylił się w jej stronę; mówił tak cicho, że tylko ona mogła go usłyszeć.
—
Oddychaj.
—
Przecież oddycham.
—
Liczysz oddechy.
Mimowolnie
zerknęła na niego.
—
To też się liczy.
—
Ledwo.
Jego
głos był spokojny, ale znała go na tyle dobrze, by dostrzec napięcie w szczęce.
Wyglądał na opanowanego i eleganckiego w czarnej, uroczystej szacie —
uosobienie szanowanego, doświadczonego Uzdrowiciela wypełniającego trudny
obowiązek. Jednak uścisk jego dłoni na jej dłoni zacieśnił się, odkąd minęli
bramę. Nie chciał jej tutaj. Nie chciał jej tu od chwili, gdy nadeszło
zawiadomienie z czarną obwódką. Gdyby był innym człowiekiem, a ona inną
kobietą, być może powiedziałby to wprost, oszczędzając im obojgu tej cichej
walki ukrytej pod pozorami uczestnictwa w uroczystości.
W
pobliżu odległego, łukowego przejścia zebrała się grupka pracowników Szpitala
Świętej Roweny; był wśród nich dyrektor Hawks — jego sylwetka w oficjalnej
szacie żałobnej zdawała się sztywna i surowa, gdy rozmawiał z urzędnikiem
Ministerstwa, którego twarzy wydawała się Hermionie znajoma, choć nie potrafiła
go dokładnie zidentyfikować. Przybyli również starsi rangą Uzdrowiciele,
zachowując powagę stosowną do okoliczności.
Po
drugiej stronie sali dostrzegła Theodore’a Notta i Pansy Parkinson. Widziała
ich przelotnie w szpitalu, ale to było co innego. Tutaj, w domu Draco, ubrani
na czarno i stojący z tą cichą solidarnością ludzi znających się od
dziesięcioleci, wyglądali dokładnie tak, jak ich postrzegano: jak jego ludzie.
Jego najbliższe otoczenie. Wzrok Theodore’a odnalazł ją w tłumie; w jego
spojrzeniu — badawczym i nieodgadnionym — tkwił ten sam niepokojący spokój,
który zapamiętała ze szpitala. Pansy w ogóle na nią nie spojrzała, co było w
pewnym sensie gorsze.
W
całej sali obecni byli przedstawiciele rodów o wielkich nazwiskach i ogromnych
majątkach — czarownice w woalkach, czarodzieje z rodowymi herbami na
mankietach, noszący żałobę niczym drugie dziedzictwo. Dawni wychowankowie
Slytherinu stali w niewielkich, nienagannie prezentujących się grupkach.
Urzędnicy Ministerstwa szeptali przy kominku. Starsze czarownice miały na sobie
diamenty zestawione z czarnymi koronkami. Nie był to pogrzeb w takim znaczeniu,
jakie nadawała temu słowu Hermiona. Sama ceremonia odbyła się wcześniej tego
dnia, w gronie najbliższej rodziny. To było coś innego: publiczna żałoba,
arystokratyczny gest uznania, zgromadzenie rodów i wpływowych osobistości pod
bezpiecznym hasłem upamiętniania zmarłych.
Stolik
pamięci stał w głębi pomieszczenia.
Zdjęcia.
Dziesiątki
zdjęć.
Srebrne
ramki ustawione pośród białych róż i czarnych świec.
Szesnastoletnia
Astoria u boku Daphne. Astoria w dniu ślubu, obok Draco, z wyrazem twarzy
zdradzającym nieznośne zadowolenie z samej siebie. Astoria śmiejąca się z
Narcyzą; ciepło łagodziło rysy starszej kobiety. Astoria w ciąży — raz po raz;
ślady niedoszłego życia Scorpiusa rozrzucone po holu niczym dowody na to, że
przyszłość wydawała się kiedyś pewna.
Hermiona
nie zamierzała podchodzić do stolika, lecz jej ciało ruszyło, zanim umysł
zdążył zaprotestować. Karl szedł tuż obok niej; czuła lekkie napięcie w jego
ramieniu i wyczuwała nieme pytanie, czy to rozsądne. Nie było. Wiedziała o tym.
Nic z tego wieczoru nie było rozsądne.
Największa
fotografia przedstawiała Astorię siedzącą przy oknie skąpanym w słońcu; jej
ciemne włosy opadały luźno na jedno ramię, a dłoń spoczywała na brzuchu w
ochronnym geście. Draco stał za nią, trzymając rękę na jej talii; nie patrzył w
obiektyw, lecz w dół, na nią, z tak nieukrywanym oddaniem, że Hermiona musiała
spuścić wzrok. Obserwowanie tego w tej chwili wydawało się niestosowne — jakby
zdjęcie utrwaliło coś, co było przeznaczone wyłącznie dla żywych.
Obok,
w mniejszej ramce, znajdował się ruchomy, magiczny portret. W ciemności unosiła
się maleńka, srebrzysta postać, powoli obracając się, jakby zawieszona w
wodzie. Jedna, drobna dłoń się otworzyła. Maleńkie stopy wykonały jeden ruch.
Życie, które nigdy się nie narodziło, a jednak zostało uwiecznione w ruchu,
ponieważ to prawdziwe nigdy nie zaczerpnęło tchu.
Hermiona
gapiła się zbyt długo. Zanim zdążyła temu zapobiec, powróciło wspomnienie.
Tamtego dnia dwór wyglądał inaczej.
Jakby jaśniej, Był początek roku; na zewnątrz panował chłód, a szron osiadał na
żywopłotach. Jednak światło słoneczne wpadało przez wysokie okna tak hojnie, że
dom wydawał się niemal magiczny — w tym niewinnym znaczeniu tego słowa.
Hermiona szła za panem Williamsem jednym z korytarzy na piętrze, starając się
nie irytować jego niemożliwym do dotrzymania kroku tempem.
— Proszę się pospieszyć, panno
Granger. Malfoyowie mogą mieć dość złota, by wykupić małe państwo, ale nie są
właścicielami mojego popołudnia.
— Idę tak szybko, jak potrafię.
— Byłoby miło, gdyby poszło
szybciej.
— Wspaniałe podejście do pacjenta.
— To dotyczy pacjentów. Pani jest
personelem.
Williams zatrzymał się przed
jasnymi drzwiami i z teatralną powagą poprawił trzymaną pod pachą teczkę z
dokumentacją.
— Jedno ostrzeżenie.
Hermiona westchnęła.
— Co znowu?
— Proszę nie nawiązywać
bezpośredniego kontaktu wzrokowego z ich wężem.
Wpatrywała się w niego.
— Ich czym?
Przez dwie sekundy zachowywał
kamienną twarzy, po czym prychnął.
— Dobrze. Słuchasz.
— To było niedorzeczne.
— Choć nieco zabawne.
Skrzat domowy wpuścił ich,
kłaniając się tak nisko, że Hermiona przez chwilę obawiała się o jego kark.
Astoria siedziała wyprostowana na łóżku, otoczona przesadną ilością poduszek;
miała na sobie białą koszulę nocną, która sprawiała, że jej skóra wydawała się
jeszcze bledsza, a ciemny warkocz — na tle pościeli — jeszcze ciemniejszy.
Wyglądała na zirytowaną — co było oczywiste. Jednak pod tą irytacją kryło się
coś jeszcze; coś, co Hermiona nauczyła się rozpoznawać, na oddziałach
położniczych, bez względu na to, jak starannie próbowano to ukryć.
Strach.
— Wreszcie — powiedziała Astoria.
Williams podszedł z typową dla
siebie, beztroską obojętnością wobec arystokratycznej niecierpliwości.
— Jak milutko. Jak się miewamy?
— Za mało się ruszał.
Jej dłoń powędrowała do brzucha —
szybko, w odruchu ochronnym.
Hermiona natychmiast to zauważyła.
— Dzieci śpią — stwierdziła.
Wzrok Astorii błyskawicznie spoczął
na niej.
— Zawsze masz zimne dłonie.
Hermiona mrugnęła zaskoczona.
— Słucham?
— Ostatnim razem też.
Hermiona spojrzała na swoje dłonie.
— Fascynująca obserwacja.
— Zauważam szczegóły.
— Najwyraźniej.
Williams westchnął teatralnie i
podał Hermionie kartę pacjentki.
— Zbadaj ją, a ja zajmę się
papierkową robotą wymyśloną przez ludzi, który mylą leczenie z biurokratyczną
karą.
Hermiona podeszła do łóżka,
ogrzewając palce delikatnym zaklęciem, zanim Astoria zdążyła ponownie
wykorzystać tę skargę jako oręż. Astoria śledziła każdy jej ruch z podejrzliwą
godnością kobiety, która nie znosiła być od kogokolwiek zależna — a od Hermiony
w szczególności.
— Dziwię się, że wciąż tu jesteś.
— W szpitalu?
— W tym zawodzie.
Hermiona lekko dotknęła różdżką
okolic brzucha Astorii, zachowując oschły ton.
— Dobrze wiedzieć, że tak we mnie
wierzysz.
Kąciki ust Astorii uniosły się w
lekkim uśmiechu.
— Draco wygrał zakład.
Hermiona mimowolnie przystanęła.
— Słucham?
— Obstawiałam, że wytrzymasz
miesiąc na Oddziale Ginekologii Magicznej. Za dużo krwi, za mało chwały, za
dużo wrzeszczących kobiet. Draco dał ci pięć.
To wyznanie zaskoczyło Hermionę
bardziej, niż powinno.
— Jakie to miłe.
— Nie ekscytuj się. Uważał po
prostu, że jesteś zbyt uparta, by zrezygnować.
Hermiona nie mogła się powstrzymać.
Uśmiechnęła się.
— To chyba najmilsza rzecz, jaką
Draco Malfoy kiedykolwiek o mnie powiedział.
— Nie popadałabym w sentymenty.
Wyglądał na głęboko niezadowolonego z tego faktu.
Srebrzyste światło zaklęcia
diagnostycznego rozlało się po brzuchu Astorii i w tej właśnie chwili dziecko
się poruszyło — pod jej skórą uwidoczniło się wyraźne wybrzuszenie. Astoria
zastygła w bezruchu. Wyraz jej twarzy całkowicie się zmienił. Arogancja,
okrucieństwo i maska znudzenia zniknęły, dzięki czemu przez krótką chwilę
wyglądała na boleśnie młodą.
— O, proszę — szepnęła Hermiona. —
Rusza się.
Astoria wpatrywała się w swój
brzuch, zaciskając palce na prześcieradle.
— Tak.
Nie padła żadna zniewaga. Żadna
uszczypliwa uwaga. Tylko to jedno słowo, wypowiedziane tak cicho, że Hermiona
udawała, iż nie słyszy kryjącego się w nim lęku.
Wspomnienie
się rozwiało.
Hermiona
mrugnęła, wracając do rzeczywistości; wokół niej znów pojawiła się oświetlona
świecami sala, przesycona wygładzonym, ceremonialnym smutkiem i szeptami gości.
Czuła ucisk w gardle pod wysokim kołnierzem sukni.
Karl
dotknął jej dłoni.
—
Odpłynęłaś myślami.
—
Wspomniałam ją.
—
To było dobre wspomnienie?
Hermiona
znów spojrzała na zdjęcie Astorii. Kobieta w ramce uśmiechała się z pewnego
rodzaju ostrym zachwytem; emanowała życiem w sposób, który wydawał się niemal
oskarżycielski.
—
Nie wiem.
Jej
uwagę przykuł ruch w pobliżu schodów.
Narcyza
Malfoy stała pod niższym łukiem, ubrana w czarną szatę, która sprawiała, że jej
siwe włosy zdawały się niemal promieniować blaskiem. Rozmawiała ze starszą
czarownicą, której Hermiona nie znała, przyjmując kondolencje z wyrazem twarzy
tak opanowanym, iż zdawał się on raczej wykuty w kamieniu niż naturalny. A
jednak, gdy tamta kobieta dotknęła dłoni Narcyzy, po jej twarzy przebiegł
dreszcz. Ledwo dostrzegalny. Zniknął niemal natychmiast. Wtedy jej wzrok
powędrował w górę i odnalazł Hermionę.
Ta
zatrzymała się w miejscu.
Karl
również.
Przez
kilka sekund Narcyza po prostu na nią patrzyła. W jej wyrazie twarzy nie było
nienawiści — i to w pewnym sensie czyniło sytuację trudniejszą. Nienawiść
byłaby czymś prostym. Spojrzenie Narcyzy kryło w sobie coś zupełnie innego.
Żal. Wyczerpanie. Oraz przerażający, odwieczny rodzaj oceny — wzrok kobiety, która
przez dziesięciolecia decydowała, kto zasługuje na to, by przebywać w takich
pomieszczeniach jak to.
W
końcu skinęła głową.
Nie
było w tym ani ciepła, ani wybaczenia. A jednak gest był jednoznaczny.
Hermionie
zaparło dech w piersiach.
Karl
szepnął obok niej:
—
To było bardziej wielkoduszne, niż się spodziewałem.
—
Nie wiem, co to właściwie było.
—
Ja też nie.
Zanim
zdążyła się nad tym głębiej zastanowić, pojawiła się Daphne Greengrass — jakby
wyczarowana przez samo poczucie dyskomfortu.
Była
wysoką blondynką, a jej włosy układały się w idealne fale, sprawiając wrażenie,
jakby nie wymagało to żadnego wysiłku. Jej czarna sukienka była zbyt elegancka
jak na uroczystość żałobną, a jednak ją założyła — bo Daphne Greengrass była
kobietą, która narzucała zasady w każdym pomieszczeniu, do którego wchodziła.
Podeszła powoli, trzymając w jednej dłoni kieliszek czerwonego wina, a jej
wzrok spoczął na Hermionie z chłodną cierpliwością kogoś, kto wyczekiwał
właśnie tej chwili.
—
Granger.
Nie
wypowiedziała tego nazwiska głośno, a jednak niosło się ono wyraźnie.
Karl
natychmiast zrobił krok do przodu.
—
Panno Greengrass.
Daphne
obrzuciła go spojrzeniem, w którym malowało się nikłe rozpoznanie, po czym znów
zwróciła się do Hermiony.
—
Masz niezwykły tupet.
Hermiona
wytrzymała jej wzrok.
—
Przyszłam złożyć kondolencje.
Daphne
uśmiechnęła się bez krzty życzliwości.
—
Jakie to wzruszające.
—
Nie miała na celu okazania braku szacunku — wtrącił Karl.
—
Jakie to uspokajające. Obawiałam się, że kobieta objęta dochodzeniem w sprawie
śmierci mojej siostry przyszła jedynie dla przekąsek.
Rozmowy
toczone w pobliżu nieco ucichły.
Hermiona
poczuła, jak oblewa ją fala gorąca, choć nie potrafiła jednoznacznie
stwierdzić, czy z powodu wstydu, czy gniewu.
Głos
Karla stał się chłodny.
—
Hermiona jest niewinna, dopóki nie udowodni się jej winy.
Daphne
obrzuciła go spojrzeniem pełnym lekkiego rozbawienia.
—
Jakie to szlachetne z twojej strony, że użyczasz jej własnej odwagi.
Hermiona
obeszła go, zanim zdążył odpowiedzieć.
—
Bardzo mi przykro z powodu twojej straty.
Po
raz pierwszy opanowanie Daphne na ułamek sekundy pękło. Nie był to smutek. Z
pewnością nie była to też łagodność.
To
był tylko przelotny błysk czegoś, czego nie zamierzała ujawniać.
—
Naprawdę?
—
Tak.
Wzrok
Daphne na moment opadł na szyję Hermiony, której kołnierzyk sukni nie zdołał
wszystkiego zakryć.
—
W takim razie może rozważ przeżywanie żałoby z dystansu. — Odwróciła się, jakby
rozmowa ją znudziła, po czym przystanęła. — I nie wchodź mi w drogę.
Odeszła,
zanim Hermiona zdążyła zareagować.
Karl
powoli wypuścił powietrze.
—
Urocza.
—
Właśnie pochowała siostrę.
—
To nie czyni jej mniej odrażającą.
Hermiona
obserwowała, jak Daphne wraca do tłumy z cichą pewnością siebie osoby, która
czuje się tam całkowicie u siebie.
—
Nie — odparła. — Po prostu trudniej ją znienawidzić.
Karl
nie odpowiedział.
~*~*~*~*~*~*~*~
Ruszyli
w głąb dworu. Pewna czarownica — jedna z tych, które po wojnie publicznie
potępiły Malfoyów — ściskała teraz dłoń Narcyzy z poważnym wyrazem twarzy,
wyraźnie zachwycając się kwiatowymi kompozycjami.
Gdziekolwiek
Hermiona spojrzała, widziała cząstki życia Astorii. Astoria w sukni ślubnej.
Astoria w letnim ogrodzie, osłaniająca dłonią twarz przed słońcem. Astoria w
ciąży na tarasie, z Draco stojącym za nią i patrzącym na nią z tym samym,
pełnym intymnego oddania wyrazem twarzy. Astoria trzymająca maleńkie, szare
buciki i przewracająca oczami w stronę fotografa, jakby okazanie wzruszenia
było czymś bardziej upokarzającym niż śmierć.
Hermiona
wpatrywała się w te buciki, gdy zza pleców dobiegł ją znajomy głos.
—
Jesteś odważniejsza, niż się spodziewałem, Granger.
Odwróciła
się.
Blaise
stał kilka kroków dalej, ubrany w czerń o tak eleganckim kroju, że wydawała się
niemal nieprzyzwoicie piękna jak na strój żałobny. Jednak jego twarz psuła ten
efekt. Wyglądał na zmęczonego. Prawdziwie zmęczonego. Swobodna pewność siebie,
którą Hermiona zawsze z nim kojarzyła, wciąż była obecna, lecz przygaszona —
jakby żal przesunął po niej dłonią, zostawiając ślady palców.
—
Zabini — przywitał się Karl.
—
Rosewood.
Powitanie
było uprzejme, podszyte niezręczną zażyłością ludzi, którzy jadali przy jednym
stole wystarczająco często, by znać swoje nawyki, lecz nie dość często, by ufać
swoim intencjom. Blaise zauważył dłoń Karla spoczywającą na dłoni Hermiony, po
czym przeniósł wzrok na jej twarz.
Karl
zesztywniał.
—
Przyszła złożyć kondolencje.
—
Słyszałem. Daphne zadbała o to, by dowiedziała się o tym połowa sali. — Zamilkł
na chwilę. — Ginny chciała przyjść, ale nie mogła zostawić Ariany.
—
Wiem — szepnęła Hermiona. — Mówiła mi.
Wyraz
twarzy Blaise’a złagodniał na moment. Wspomnienie o Ginny i Arianie zawsze
wywoływało w nim ten sam efekt: rozluźniało coś, co publicznie trzymał pod
ścisłą kontrolą.
—
Przesyła pozdrowienia — dodał. — O ile w takim miejscu ma to jakiekolwiek
znaczenie.
—
Ma ogromne znaczenie.
Skinął
raz głową, po czym odzyskał swój starannie wypracowany spokój.
—
Czy on tu jest? — zapytała.
Uścisk
dłoni Karla na jej ramieniu zacieśnił się.
Wyraz
twarzy Blaise’a uległ zmianie.
—
Niestety.
—
Hermiono — ostrzegł cicho Karl.
Nie
spojrzała na niego.
—
Muszę z nim porozmawiać.
—
Nie.
Odmowa
była natychmiastowa.
—
Muszę go przeprosić.
Karl
zacisnął szczękę.
—
On wie.
—
Nie, nie wie.
Blaise
przenosił wzrok z jednego na drugą z ostrożnym zainteresowaniem kogoś, kto wie,
że znalazł się zbyt blisko cudzej prywatności, i wcale nie zamierza udawać, że
jest inaczej.
—
Muszę cię ostrzec — powiedział — że nie przyjmie tego dobrze.
—
To brzmi jak ostrzeżenie, a nie argument.
Karl
odwrócił się w stronę Blaise’a.
—
Nie zabierzesz jej do niego.
—
Nawet tego nie proponowałem.
—
Miałeś zamiar.
—
Być może.
—
Absolutnie nie.
Hermiona
delikatnie uwolniła dłoń z uścisku Karla.
—
Muszę to zrobić.
—
Nie, nie musisz. Chcesz to zrobić, bo poczucie winy wmówiło ci, że ból jest
formą odkupienia.
Jego
słowa brzmiały zbyt ostro jak na to pomieszczenie. Jakaś czarownica w pobliżu
zerknęła w ich stronę.
Hermiona
ściszyła głos.
—
Proszę, nie rób tego tutaj.
Karl
na chwilę zamknął oczy, po czym otworzył je z wyraźnym wysiłkiem.
—
Prawie cię zabił.
—
Wiem.
—
Najwyraźniej nie dość skutecznie.
Blaise
westchnął.
—
Jeśli to cię w czymkolwiek uspokoi: raczej nie spróbuje ponownie w domu pełnym
świadków.
Karl
wpatrywał się w niego.
—
To ma mnie uspokoić?
—
Nie. To miało być szczere.
Hermiona
spojrzała na Karla.
—
Nie zajmie mi to dużo czasu.
—
Tego nie wiesz.
—
Blaise będzie w pobliżu.
—
To nie brzmi tak pocieszająco, jak myślisz.
Blaise
położył dłoń na sercu.
—
Co za zniewaga.
Karl
zignorował go.
—
Hermiono…
Było
coś w jego głosie, co sprawiło, że się zawahała. Nie gniew. Strach. Prawdziwy
strach — starannie tłumiony, choć widać było, że wymyka się spod kontroli.
Mimowolnie złagodniała.
—
Nie chcę cię skrzywdzić.
—
Wiem.
—
Po prostu nie mogę wyjść z tego domu, nie próbując.
Przez
chwilę wyglądał tak, jakby miał zamiar znów się sprzeciwić. Potem jego twarz
zastygła w ponurym wyrazie.
—
Jeśli coś się stanie…
—
Sprowadzę ją z powrotem — obiecał Blaise.
Karl
spojrzał na niego.
—
Mówię poważnie.
Tym
razem Blaise nie zażartował.
—
Ja też.
Hermiona
ruszyła za Blaise’em, zanim zdążyła stworzyć.
Gwar
panujący w sali pamięci ucichł, gdy wyszli na zewnątrz i skierowali się do
jednego z bocznych korytarzy. Z dala od tłumów Dwór Malfoyów wydawał się mniej
gościnny. Ściany zdawały się wyższe, cienie głębsze, a portrety wyrażały
jawniejszą pogardę. Hermiona bywała już w wielkich rezydencjach, ale ta
posiadłość sprawiała, że bogactwo wydawało się czymś zakorzenionym w
rodowodzie, a nie tylko elementem wystroju — jakby każdy kamień nauczono
pamiętać, kto tu należy, a kto nie. Wspomnienia wojny znów napierały ze
wszystkich stron, lecz tym razem splatały się z późniejszym obrazem Astorii w
tamtym skąpanym w słońcu pokoju: ciężarnej, sarkastycznej i pełnej lęku. Przez
ten dysonans dom wydawał się jeszcze bardziej obcy. Miejsce tortur. Miejsce
zaślubin. Tego ranka starannie dobrała strój. Czarna, dopasowana sukienka —
przylegająca do ciała, lecz o niezbyt surowym kroju — oraz buty na obcasie,
których wyboru zaczęła żałować z każdym krokiem po nierównej posadzce dworu.
Przed wyjściem długo stała przed lustrem; nie z próżności, lecz dlatego, że nie
było oczywistego sposobu, by ubrać się na taki pogrzeb. Tak, by wyrazić
szacunek, nie sprawiając wrażenia zarozumiałej. By być obecną, nie rzucając się
przy tym w oczy. Poniosła porażkę w tym względzie, gdy Daphne Greengrass
wypowiedziała jej nazwisko na tyle głośno, że usłyszała ją połowa zebranych w
posiadłości ludzi.
Skręcili
w węższy korytarz, wzdłuż którego wisiały stare portrety. Czarodziej o blond
włosach w szatach z siedemnastego wieku spojrzał z góry na Hermionę i prychnął
lekceważąco.
—
Urocza rodzinka — mruknął.
—
Można się do nich przyzwyczaić — stwierdził Blaise.
—
Jak do pleśni?
—
Drogiej pleśni.
Kącik
ust Hermiony drgnął, wbrew jej woli.
Blaise
to zauważył, ale nie skomentował.
Zatrzymali
się przed zamkniętymi drzwiami. Serce Hermiony zaczęło mocno bić. Blaise
położył dłoń na klamce, ale nie otworzył ich od razu.
—
Zanim wejdziesz, Granger… Powiem to tylko raz, bo nie mam ochoty po raz drugi
zbierać cię z podłogi. Nie mów mu, że rozumiesz.
Hermiona
spojrzała na niego.
—
Nie zamierzałam.
—
Dobrze.
Z
jego twarzy zniknął cień ironii.
—
I jeśli każe ci wyjść — wyjdź.
—
Zrobi to?
Spojrzenie
Blaise’a pociemniało.
—
Raczej nie.
Otworzył
drzwi.
~*~*~*~*~*~*~*~
Pomieszczenie,
do którego weszli, nie było sypialnią, choć panował w nim ten specyficzny,
męski nieład, typowy dla miejsca, w którym ktoś zbyt długo się zaszył. Może
gabinet albo salon przekształcony w tymczasowe schronienie. Ciężkie zasłony
były na wpół zasunięte. Biuro przy oknie zawalone było pergaminem, kopiami
dokumentacji medycznej, korespondencją prawniczą i skrawkami notatek
sporządzonych pismem zbyt nerwowym, by świadczyło o spokoju. Na stoliku obok
stała nietknięta szklanka. Ogień w kominku niemal wygasł.
Draco
Malfoy stał przy oknie, boso na ciemnej, drewnianej podłodze; jego ubiór
zupełnie nie przypominał stroju żałobników zgromadzonych na dole. Żadnych
uroczystych szat. Żadnego szytego na miarę, czarnego garnituru. Żadnego
wytwornego dziedzica odgrywającego rolę pogrążonego w smutku arystokraty. Miał
na sobie czarne dżinsy i zwykłą, białą koszulę — ich prostota tak mocno
kontrastowała z tym wielkim, surowym domem, że Hermiona niemal zatrzymała się w
progu. Włosy miał nieuczesane, opadające nieładnie na czoło, szczękę pokrytą
kilkudniowym zarostem, a dłonie owinięte białymi bandażami, na których widok
ścisnęło ją w gardle.
Wyglądał
młodziej.
Bardziej
dziko.
Niebezpiecznie
w sposób, który nie miał nic wspólnego z elegancją.
Nie
odwrócił się od razu.
—
Mówiłem, że nie chcę gości.
Blaise
oparł się o framugę drzwi.
—
Ona jest raczej intruzem.
Draco
się odwrócił.
Jego
wzrok spoczął na Hermionie.
Wydawało
się, że temperatura w pomieszczeniu spadła.
Blaise
wyprostował się, a wyraz jego twarzy był — dla odmiany — całkowicie poważny.
—
Chcesz, żebym został?
Hermiona
potrzebowała ułamka sekundy, by zrozumieć, że pyta ją, a nie Draco.
Ta
życzliwość niemal ją złamała.
Wzrok
Draco nie odrywał się od jej twarzy.
W
ustach poczuła suchość.
—
Nie.
Blaise
się zawahał.
—
Będę na zewnątrz.
Drzwi
się zamknęły. Przez kilka sekund Draco i Hermiona po prostu na siebie patrzyli.
Wydawało jej się, że jest przygotowana na ten widok — po wydarzeniach na
korytarzu, po ostrzeżeniach Blaise’a i po długiej wędrówce przez dom, który
zdawał się już tylko wspomnieniem i karą. Okazało się, że nie była. W szpitalu
jego rozpacz była wulkaniczna, oczywista, niemal zwierzęca. Tutaj ostygła,
zmieniając się w coś gorszego. Wyglądał na wyczerpanego, nieogolonego,
zdruzgotanego w sposób tak zwyczajnie ludzki, że powinien się wydawać mniej
przerażający — a jednak tak nie było. Biała koszula sprawiała, że wyglądał zbyt
nowocześnie jak na to wnętrze, zbyt pozbawiony arystokratycznego pancerza, do
którego widoku przywykła. Bandaże na dłoniach zmieniały każdy jego drobny ruch
w oskarżenie.
Jego
wzrok przykuły sińce na jej szyi, sprawiając, że wyraz twarzy zmienił się na
ułamek sekundy. Zniknął, zanim zdążyła go nazwać.
—
Jesteś albo bardzo odważna, Granger, albo bardzo głupia.
W
ustach Hermiony zaschło.
—
Chciałam z tobą porozmawiać.
—
Zakładałem, że przyszłaś dla muzyki.
Przez
chwilę Hermiona nie potrafiła znaleźć ani jednego argumentu na swoją obronę.
—
Przepraszam.
Jego
wyraz twarzy się nie zmienił.
—
Za co?
To
pytanie uderzyło ją mocniej, niż się spodziewała.
—
Za Astorię. Za twojego syna. Za…
—
Nie wymawiaj jego imienia.
Zamilkła.
Nie
podniósł głosu.
To
czyniło sytuację jeszcze gorszą.
—
Przepraszam — powtórzyła, tym razem cichszym, bardziej stłumionym głosem.
Draco
odsunął się od okna z powolnym, niepokojącym spokojem.
—
Naprawdę?
—
Tak.
—
To musi być pocieszające.
—
Malfoy…
—
Nie. Nie wypowiadaj mojego nazwiska.
Hermiona
zmusiła się, by nie cofnąć się ani o krok, choć całe jej ciało pamiętało, co
się działo, gdy ostatnim razem pokonał dzielący ich dystans.
—
To nie tak, jak myślisz — upierała się.
Zapadła
cisza, ostra niczym brzytwa.
Jego
usta wygięły się w grymas, któremu daleko było do uśmiechu.
—
Czyżby?
—
Mówię poważnie.
—
Twoja prawda wydaje się wyjątkowo wygodna.
—
Podałam jej eliksir wzmacniający. To właśnie jej zaaplikowałam. To odnotowałam
w dokumentacji.
—
Tak twierdzisz.
—
Bo to prawda.
—
A jednak zmarła wskutek podania środka, którego absolutnie nie powinna była
otrzymać.
Dłonie
Hermiony zacisnęły się w pięści po bokach jej ciała.
—
Nie wiem, jak do tego doszło.
—
Oczywiście, że nie.
—
Ale ja wiem, co zrobiłam.
Draco
powoli podszedł bliżej; ta powolność była gorsza niż nagły ruch, bo dawała jej
zbyt wiele czasu, by wszystko dostrzec. Podkrążone oczy. Napięte ramiona.
Delikatne zaczerwienienie w miejscu, gdzie poluzował się opatrunek na jednej z
dłoni.
—
Czy wiesz to, co ja? — Milczała. — Wiem, że przydzielono ciebie do opieki nad
nią. Wiem, że jej dotykałaś. Wiem, że byłaś ostatnią Uzdrowicielką, która — jak
wynika z dokumentacji — podała jej cokolwiek bezpośrednio. Wiem, że przedtem
moja żona żyła, a potem już nie.
—
To żaden dowód.
—
Dla mnie wystarczający.
Słowa
te przeniknęły ją niczym lodowata woda.
—
Znasz mnie.
Parsknął
krótko, bez cienia wesołości.
—
Znam.
—
W takim razie wiesz, że bym tego nie zrobiła.
—
Wiem, że zawsze świetnie potrafiłaś wmówić sobie, że masz czyste ręce.
Hermiona
drgnęła.
Draco
to zauważył.
Uśmiechnął
się blado. Okrutnie. Zmęczony.
—
Zabolało?
—
Tak.
—
Dobrze.
Coś
w niej wtedy stwardniało. Nie był to dokładnie gniew. Raczej ta drobna cząstka
jej samej, która wciąż trwała i odmawiała kajania się.
—
Przyszłam tu złożyć kondolencje, a nie po to, by być karaną.
—
Przyszłaś, bo poczucie winy uczyniło cię sentymentalną.
—
Może. — To go zaskoczyło. Dostrzegła to. — Może tak było. Może musiałam
spojrzeć na ludzi, których zostawiła, bo wciąż widzę jej twarz. — Zamilkła na
chwilę. — Zawsze miała coś do powiedzenia. I jakoś każde pomieszczenie wydawało
się pełniejsze, gdy w nim przebywała. — Jej głos przycichł. — Przykro mi, że odeszła.
Naprawdę mi przykro.
Ból
przebił się na powierzchnię, zanim zdążył go powstrzymać.
A
potem znów przykrył go gniew.
—
Nie rób tego.
Pokonał
dzielący ich dystans tak szybko, że tym razem ona odruchowo się cofnęła, ale on
jej nie dotknął. Zamiast tego uderzył zabandażowaną dłonią w ścianę tuż obok
jej głowy — z taką siłą, że na jego twarzy na moment odmalował się ból, który
jednak całkowicie zignorował.
—
Wiesz, co pamiętam? — zapytał cicho. Hermiona ledwo mogła złapać oddech. —
Pamiętam, jak siedziałem tam jak idiota, czekając, aż ktoś mi powie, dlaczego
nikt nie chce spojrzeć mi w oczy.
Poczuła,
jak żołądek podchodzi jej do gardła.
—
Malfoy…
—
Pamiętam, jak Blaise kiepsko kłamał. Pamiętam, jak kubek w mojej dłoni robił
się ciepły. Pamiętam, jak myślałem, że Astoria będzie ze mnie szydzić, bo
zajęło mi to zbyt wiele czasu. — Jego twarzy zbliżyła się do jej twarzy. — I
pamiętam ciebie. — Hermiona wstrzymała oddech, ale kontynuował, a jego słowa
były ciche i dewastujące. — Widziałaś mnie. Nie kłam. Widziałem cię przez szybę
przez pół sekundy, zanim odwróciłaś wzrok.
Piekły
ją oczy. Łzy zaczęły spływać jej po twarzy, zanim zdołała je powstrzymać —
ciche i bezradne — a ona nienawidziła siebie za to.
—
Nie mogłam…
Draco
zauważył łzy spływające po jej policzkach. Zacisnął szczękę.
—
Nie rób tego.
Mrugnęła.
—
Czego?
—
Nie płacz — nakazał cicho i chłodno. — Nie masz do tego prawa.
—
Nie…
—
Płaczesz. Przestań.
—
Nie mogę tak po prostu…
—
Nie masz prawa. — Jego głos załamał się na ostatnim słowie — ledwie zauważalnie,
ale wystarczająco. — Nie masz prawa stać w moim domu i płakać po niej. To
należy do mnie. Rozumiesz? To należy do mnie.
Hermiona
mocno zacisnęła usta, próbując się opanować. Łzy jednak płynęły nieprzerwalnie
i nie potrafiła ich powstrzymać. Draco obserwował ją z wyrazem twarzy, w którym
gniew mieszał się z całkowitym zdruzgotaniem.
—
Powiedziałem: przestań.
—
Staram się.
—
Postaraj się bardziej.
—
Malfoy…
—
PRZESTAŃ.
Wzdrygnęła
się.
Odwrócił
wzrok.
Jego
dłoń wciąż opierała się o ścianę tuż przy jej głowie. Oddychał nierówno. Kiedy
znów na nią spojrzał, gniew ustąpił miejsca czemuś cichszemu, a zarazem
bardziej przerażającemu.
—
Odeszłaś — ciągnął. — Miałaś prawdę na końcu języka, a jednak odeszłaś. A teraz
stoisz tu i płaczesz, jakbyś za to zapłaciła.
Hermiona
otarła twarz grzbietem dłoni.
—
Zapłaciłam.
—
Za mało.
Jej
głowa gwałtownie się odchyliła.
—
Jak śmiesz? — Jej głos drżał z gniewu i łez. — Nie masz pojęcia, co przeżywam
od czasu jej śmierci.
Jego
oczy się zwęziły.
—
Co przeżywasz?
—
Tak.
—
Ty też cierpiałaś, Granger?
Okrutna
nuta w jego głosie była tak wyraźna, że powinna była ją uciszyć.
Tak
się jednak nie stało.
—
Tak.
Zaśmiał
się krótko, bardzo cicho.
—
W takim razie koniecznie wytłumacz mi, czym jest żałoba.
—
Nie porównuję…
—
Naprawdę?
—
Rozumiem…
W
chwili, gdy to wypowiedziała, zrozumiała swój błąd.
Dostrzegła
to na jego twarzy, zanim jeszcze wybrzmiało ostatnie słowo. Coś się w nim
zamknęło. Coś, co — nieświadomie dla niej — czekało właśnie na ten moment.
Blaise
ją ostrzegał.
Nie mów mu, że rozumiesz.
Patrzył
na nią przez dłuższą chwilę.
—
Rozumiesz — powtórzył.
Bardzo
cicho. Jakby smakował to słowo. Jakby zastanawiał się, co z nim zrobić.
—
Nie o to mi…
—
Nie. — Jego głos się zmienił — nie stał się głośniejszy ani chłodniejszy, po
prostu inny. Pojawiło się w nim coś, czego wcześniej tam nie było. — Myślę, że
właśnie to miałaś na myśli.
—
Malfoy…
—
Chodź ze mną.
Gwałtownie
uniosła głowę.
—
Co?
—
Chciałaś porozmawiać. Chodź.
—
Nie.
—
Nie pytałem.
Ruszył
w stronę drzwi.
Hermiona
nie poszła za nim.
Draco
się odwrócił, a jego spojrzenie jasno dawało do zrozumienia, że jeśli będzie
musiał, to zaciągnie ją tam siłą. Pomyślała o jego dłoniach na swoim gardle, o
Blaisie za drzwiami, o Karlu na dole i o każdym instynkcie nakazującym jej
ucieczkę, póki jeszcze mogła.
Potem
przypomniała sobie, jak Astoria powiedziała Tak,
gdy Scorpius poruszył się pod jej dłonią.
Poszła
za nim.
~*~*~*~*~*~*~*~
Blaise
czekał na korytarzu, tak jak obiecał. Wyprostował się natychmiast, gdy drzwi
się otworzyły, a jego wzrok powędrował z twarzy Draco na twarz Hermiony. To, co
dostrzegł, sprawiło, że wyraz jego twarzy stał się bardziej surowy.
—
Draco…
—
Zostań tu, gdzie stoisz.
Blaise
zignorował to polecenie i zamiast tego spojrzał na Hermionę.
—
Chcesz, żebym poszedł z wami?
Draco
zacisnął szczękę.
Hermiona
się zawahała.
Łatwo
byłoby się zgodzić. To byłoby rozsądne. Bezpieczniejsze. Ale Draco patrzył na
nią z pogardą zarezerwowaną dla ludzi, którzy po uzyskaniu prywatnego
rozgrzeszenia kryli się za świadkami, a jakaś zraniona, nierozsądna cząstka jej
samej nie chciała dać mu tej satysfakcji.
—
Nie — powiedziała cicho.
Blaise
wyglądał na głęboko niezasolonego z tej odpowiedzi.
—
Granger.
—
Nic mi nie jest.
—
Jesteś fatalną kłamczuchą.
—
Zawołam, jeśli będę ciebie potrzebować.
—
Lepiej, żebyś to zrobiła.
Draco
wydał z siebie krótki, pełen pogardy dźwięk i ruszył dalej korytarzem.
Hermiona
szła za nim; tętno dudniło jej w uszach.
Wystrój
dworu zmieniał się, w miarę jak zagłębiali się w skrzydło rodowe. Marmur
ustąpił miejsca ciemnym dywanom, a przepych polerowanemu drewnu. Ze ścian
spoglądały portrety, oświetlone blaskiem nisko zawieszonych, złotych lamp.
Hermiona
podążała za Draco. Bosy i bezszelestny zdawał się być częścią cieni. Jej obcasy
stukały o kamienną posadzkę, brzmiąc zdecydowanie zbyt głośno w panującej
ciszy.
—
Dokąd idziemy?
Nie
odpowiedział.
—
Malfoy.
Wciąż
milczał.
Korytarz
skręcał. Ukazały się bladozielone drzwi.
Hermiona
się zatrzymała.
Jeszcze
nie wiedziała — nie do końca. Ale jakiś głębszy instynkt rozumiał znaczenie
tego koloru, ciszy i tej nieznośnej czułości, jaką emanowała mała, srebrna
zawieszka w kształcie gwiazdki, wisząca na klamce.
Jej
ciało zareagowało, zanim myśl zdołała ubrać się w słowa.
—
Nie.
Draco
obejrzał się.
—
Tak.
Cofnęła
się.
—
Nie wejdę tam.
Otworzył
drzwi.
Hermiona
dostrzegła tylko ułamek widoku. Łagodne światło — zieleń i złoto — oraz coś
srebrzystego poruszającego się pod sufitem.
Wtedy
zrozumiała.
I
ogarnęła ją panika.
Odwróciła
się, by uciec.
Draco
złapał ją, zanim zdążyła zrobić trzy kroki.
Jego
dłoń zacisnęła się na jej nadgarstku. Nie dość mocno, by sprawić ból, ale
wystarczająco stanowczo, by powstrzymać ją przed kolejnym krokiem.
—
Puść mnie!
—
Spójrz!
—
Nie!
Szarpnęła
się gwałtownie, próbując uwolnić rękę.
—
Powiedziałam puść mnie!
—
A ja powiedziałem spójrz.
—
Nie zrobię tego!
Znów
szarpnęła, a potem pchnęła go wolną ręką w pierś, lecz on ledwie drgnął.
Pod
wpływem paniki stała się niezdarna i wściekła; ogarnęła ją nagła rozpacz, która
nie miała nic wspólnego z dumą. Nie mogła wejść do tego pokoju. Nie mogła
zobaczyć tego, co tam na nią czekało; nie mogła pozwolić, by zmienił Scorpiusa
w narzędzie kary; nie mogła znieść kolejnej odsłony żałoby po dziecku, które
nigdy nie zaczerpnęło tchu.
—
BLAISE! — krzyknęła.
Wyraz
twarzy Draco się zmienił.
Nie
strach.
Nie
wahanie.
Wściekłość.
—
Nie rób tego.
—
BLAISE!
Znów
próbowała się wyrwać, a Draco zareagował z przerażającą skutecznością. Chwycił
ją w pasie, jednym ruchem uniósł nad podłogę i zarzucił sobie na ramię, jakby
nic nie ważyła.
Z
płuc Hermiony uciekło powietrze, wydobywając się w szoku jako krzyk.
—
POSTAW MNIE! — Przeniósł ją przez próg. — POSTAW MNIE, TY TOTALNY ŚWIRZE!
Uderzyła
go w plecy obiema pięściami, kopiąc tak mocno, że jeden pantofel spadł jej ze
stopy i uderzył o ścianę korytarza. Drugi zsunął się chwilę później,
pozostawiając jej bose stopy — odziane jedynie w pończochy — bezużytecznie w
powietrzu. Draco nie zareagował. Ani na ciosy, ani na wyzwiska, ani na to, jak
się wyrywała i walczyła z nim z całą godnością wściekłego kota.
—
Przysięgam na Merlina, Malfoy…
—
Przysięgaj ciszej.
—
NIENAWIDZĘ CIĘ!
—
Dobrze.
Przeszedł
przez pokój i postawił ją na ziemi tak gwałtownie, że aż się zachwiała. Zanim
zdążyła uciec, znalazł się za nią i chwycił ją w chwili, gdy próbowała się
wyrwać. Jego uścisk był mocny i nieustępliwy; kierowała nim wyłącznie
wściekłość i desperacja, a nie troska o jej wygodę.
—
Puść mnie!
—
Otwórz oczy.
Nie
zdawała sobie sprawy, że je zamknęła.
—
NIE!
—
Otwórz je.
—
NIE!
Jego
ramię zacisnęło się na tyle mocno, by powstrzymać jej szarpanie.
—
Mówiłaś, że rozumiesz.
Łzy
cisnęły się spod powiek, zanim jeszcze zdążyła je otworzyć.
—
Nie chciałam…
—
OTWÓRZ OCZY, GRANGER! — Jego wzrok zabrzmiał tuż przy jej uchu. — Spójrz, co
straciłem.
Pokręciła
głową, szlochając; czuła upokorzenie z powodu tego dźwięku, a jednak nie
potrafiła go powstrzymać. Przeniósł dłoń z jej nadgarstków na jej szczękę i
odwrócił jej twarz przed siebie z taką delikatnością, że wydawała się ona
okrutniejsza niż przemoc.
Pokój
rozmył się w nieostrą plamę.
A
potem obraz się wyostrzył.
Ściany
pomalowano na odcienie delikatnej zieleni i złota.
Srebrna
karuzela z gwiazdami obracała się leniwie nad pustą kołyską.
Na
półkach leżały złożone ubranka niemowlęce, wypolerowane, drewniane zabawki,
maleńkie książeczki poukładane według wielkości oraz pluszowy smok z
haftowanymi skrzydłami. Na jednej ze ścian połyskiwał napis.
Witaj w domu, Scorpiusie
Jej
ciało zwiotczało. Draco wciąż obejmował ją ramieniem, podtrzymując w pionie,
gdy nogi odmawiały jej posłuszeństwa.
Kołyska
była pusta.
Oczywiście,
że tak.
Właśnie
na tym polegał koszmar.
Cała
ta miłość, przygotowana dla kogoś, kto nigdy nie wrócił do domu.
Na
poręczy leżał złożony, maleńki, zielony kocyk. Na krześle spoczywała para
szarych bucików. Na stoliku przy oknie stały zdjęcia w ramkach. Astoria
śmiejąca się, z dłonią na brzuchu. Draco za nią — niepatrzący w obiektyw, lecz
na nią. Narcyza trzymająca buciki z wyrazem twarzy tak łagodnym, że Hermiona
ledwie ją poznawała. Ruchome zdjęcie USG przedstawiające Scorpiusa obracającego
się w migoczącym świetle. Były tam maleńkie szatki w barwach Slytherinu —
zabawne i piękne. Drewniany wąż owijał się wokół nogi kołyski; był zaczarowany
tak, by unosić głowę i sennie mrugać. A ponad tym wszystkim krążyły srebrne
gwiazdy.
Hermiona
zasłoniła usta dłonią.
Draco
nie wypuszczał jej z objęć.
Jego
oddech musnął jej ucho.
—
Nigdy nie mów mi, że rozumiesz.
Pokręciła
głową, płacząc bezgłośnie.
—
Nie rozumiesz. I nigdy nie zrozumiesz.
Hermiona
zamknęła oczy.
Przez
chwilę żadne z nich się nie poruszyło.
Potem
jego uścisk zelżał.
Puścił
ją.
Hermiona
stała w miejscu, wpatrując się w kołyskę, aż obraz przed jej oczami zaczął się
rozmywać. Widziała już wcześniej puste łóżeczka. Widziała pokoje przygotowane
dla dzieci, które nie przeżyły porodu; małe, dziergane kocyki, składane przez
dłonie, które nie miały już kogo nimi otulić. Zawsze wiedziała, że takie straty
są nie do zniesienia. Wypowiadała właściwe słowa. Ściszała głos. Poruszała się
cicho.
Ale
tym razem było inaczej, bo Astoria nabrała konkretnych kształtów. Draco stał
się kimś konkretnym. Scorpius przestał być wynikiem leczenia, wpisem w raporcie
czy małym, przykrytym kształtem, na który nie mogła patrzeć bez bólu. Stał się
tym pokojem. Tymi gwiazdami. Tym kocykiem. Tym niedorzecznym, małym smokiem
czekającym na półce.
Tą
przyszłością, budowaną tak starannie, że aż nieprzyzwoitym wydawał się fakt, iż
świat odmówił skorzystania z niej.
—
Przepraszam — szepnęła.
Tym
razem Draco nie odpowiedział.
Gdy
w końcu się odwróciła, zobaczyła, że podszedł do okna; stał do niej tyłem,
opierając jedną, zabandażowaną dłoń o framugę. Otoczenie wydawało się zbyt
łagodne w zestawieniu z nim. Zbyt pełne nadziei. Zbyt przesycone przyszłością,
która umarła, zanim ktokolwiek zdążył jej dotknąć.
—
Wyjdź — rozkazał.
Hermiona
otarła twarz drżącymi palcami.
—
Malfoy…
—
Wyjdź.
~*~*~*~*~*~*~*~
Blaise
był w połowie korytarza, gdy ona się wyłoniła — wyglądał tak, jakby ruszył w
stronę pokoju, ale w ostatniej chwili powstrzymał się siłą woli. Jej buty
leżały porzucone przy ścianie. Jeden obcas przewrócił się na bok; wyglądał na
absurdalnie mały i niegroźny po gwałtownych emocjach ostatnich kilku minut.
Rzucił
jedno spojrzenie na jej twarz.
—
Pokazał ci.
Skinęła
raz głową.
Blaise
powoli wypuścił powietrze.
—
Drań.
W
tym słowie kryła się czułość.
I
żal.
Draco
pozostał w pokoju. Hermiona nie obejrzała się za siebie.
Schyliła
się po buty drżącymi dłońmi, lecz Blaise ją ubiegł i podał jej obuwie bez słowa
komentarza.
—
Dasz radę iść?
—
Tak.
—
To akurat wątpliwe.
—
Dam radę iść.
—
W takim razie będę w to wątpić w duchu.
Jego
delikatność niemal sprawiła, że się załamała. Za zakrętem korytarza pojawiła
się Daphne Greengrass.
Hermiona
przystanęła.
Blondynka
spojrzała ponad nią w stronę bladozielonych drzwi, a potem przeniosła wzrok na
zapłakaną twarz Hermiony. Na jej obliczu malowało się zrozumienie, choć nie
złagodziło ono jej wyrazu.
—
Zabrał cię tam.
Hermiona
milczała.
Usta
Daphne się zacisnęły.
—
Oczywiście, że tak.
Blaise
westchnął.
—
Daphne.
—
Co? Nie mylę się.
Jej
wzrok opadł na buty, które Hermiona przyciskała do piersi, a następnie na je
stopy w samych pończochach, spoczywające na zimnej posadzce.
—
Powinnaś już iść — powiedziała do niej Daphne.
—
Wiem.
—
Nie, nie wiesz. Gdybyś wiedziała, nie przyszłabyś.
Odwróciła
się i odeszła.
Blaise
patrzył, jak odchodzi.
—
Ma rację — dodał cicho.
—
To też wiem.
Spojrzał
na nią ukradkiem.
—
Cieszysz się, że przyszłaś?
Hermiona
pomyślała o stole pamiątkowym. O zdjęciu Astorii — jednocześnie żywej i
nieobecnej. O gwiazdach krążących nad pustą kołyską.
—
Jeszcze nie wiem — przyznała.
Blaise
skinął głową, jakby uznał to za rozsądną odpowiedź.
Wracali
w milczeniu. Karl znalazł ją u podnóża schodów, gdy wciąż jeszcze zakładała
buty.
—
Chcę wracać do domu — rzekła, zanim zdążył się odezwać.
Spojrzał
na jej twarz i nie zadawał pytań.
—
Dobrze — zgodził się.
Wyszli.
Zatrzymała
się w drzwiach.
Raz
obejrzała się za siebie.
Na
oświetlone okna na piętrze.
Na
dom za swoimi plecami.
Potem odwróciła się i wyszła w chłodną, lutową noc.
Brak komentarzy