[T] Cena przebaczenia: Rozdział 7

środa, 7 października 2026

 

Witajcie :) w środowy wieczór zapraszam na nowy rozdział tłumaczenia. Dziś publikuję tylko jeden, bo niestety praca mnie dojechała i nie miałam siły na więcej. Być może kolejny opublikuję w weekend, ale dopiero w niedzielę, bo nie wiem czy będę mieć czas na więcej.

Także czekajcie. Wiem, że historia się wolno rozkręca, ale będzie fajnie, obiecuję. Miłej lektury!

 

________________

 

Rozdział 7

 

Pierwszą rzeczą, jaką Hermiona zauważyła po przekroczeniu progu Dworu Malfoyów, było to, że żałobie nadano piękny wymiar.

Powinno ją to razić bardziej, niż w rzeczywistości raziło. Być może tak by się stało w innym dniu, gdyby sam akt przekroczenia progu nie obudził w niej czegoś dawnego i nieprzyjemnego, co kryło się tuż pod skórą. Bo ten dom nie był tylko domem Draco Malfoya. Był tym domem. Domem, do którego niegdyś wleczono ją jako więźniarkę — pozbawioną różdżki i wycieńczoną, pod ostrzałem wrogich spojrzeń i w blasku wiekowych żyrandoli — podczas gdy przerażenie sprawiało, że każdy oddech stawał się wynikiem chłodnej kalkulacji. Domem, w którym głos Bellatrix Lestrange wyryła się w jej pamięci z precyzją, której żadne zaklęcie uzdrawiające nigdy w pełni nie złagodziło. Domem, w którym marmur, bogactwo i duma z rodowodu były niegdyś świadkami jej krzyku.

Minęły lata. Wojny dobiegły końca. Odbyły się procesy. Jedne nazwiska oczyszczono z zarzutów, inne napiętnowano, a Lucjusz Malfoy — którego tej nocy wyraźnie tu brakowało — pozostał dokładnie tam, gdzie zdaniem Wizengamotu było miejsce dla ludzi jego pokroju. Jednak ciało Hermiony nie zważało na upływ lat, wyroki i polityczne konsekwencje. Pamiętało kamień pod kolanami, sznury wrzynające się w nadgarstki, różdżkę wymierzoną w skórę i świadomość, że żaden spryt nie zdoła jej ocalić, jeśli okrucieństwo postanowi nie spieszyć się z zadawaniem cierpienia.

Mimowolnie zwolniła kroku.

Karl natychmiast to wyczuł.

— Hermiono?

Przełknęła ślinę, zmuszając się, by iść dalej.

— Nic mi nie jest.

Nie uwierzył jej, ale był na tyle rozsądny, by nie podważać tego kłamstwa, gdy pół sali obserwowało ich wejście.

Hol wejściowy przekształcono w miejsce surowe, a zarazem zapierające dech w piersiach. Z wysokich łuków zwisały płaty czarnego jedwabiu. Ze srebrnych waz wylewały się białe róże, a pod sklepieniem, zataczając miarowe kręgi, unosiły się świece. Gdzieś za schodami kwartet smyczkowy grał tak cicho, że muzyka wydawała się bardziej zjawą niż rzeczywistością. Wszystko było eleganckie, uporządkowane, nieskazitelne. Jakby żałoba została starannie wyreżyserowana. Jakby sam smutek został odpowiednio wystrojony, zanim pozwolono mu stanąć pośród rodów o wielowiekowej tradycji.

Hermiona nienawidziła tego, że to zadziałało.

Jej dłoń zacisnęła się na ramieniu Karla, gdy otaczający ich cichy gwar rozmów nieco zmienił swój charakter. Nikt nie umilkł całkowicie. Byłoby to zbyt oczywiste, zbyt prostackie; ludzie zgromadzeni tego wieczoru we Dworze Malfoyów zostali wychowani tak, by nigdy nie okazywać ciekawości wprost, jeśli można ją było jedynie zasugerować. Zamiast tego głosy przycichły, spojrzenia powędrowały w ich stronę, a głowy lekko się przechyliły. Czuła, jak otoczenie rozkłada ją na czynniki pierwsze i ocenia. Uzdrowicielka. Gryfonka. Kobieta objęta dochodzeniem. Ta, którą Draco Malfoy omal nie udusił. Ostatnia osoba, która — jak odnotowano — podała Astorii eliksir, zanim wszystko zmieniło się w krew, ciszę i oficjalną żałobę.

Karl pochylił się w jej stronę; mówił tak cicho, że tylko ona mogła go usłyszeć.

— Oddychaj.

— Przecież oddycham.

— Liczysz oddechy.

Mimowolnie zerknęła na niego.

— To też się liczy.

— Ledwo.

Jego głos był spokojny, ale znała go na tyle dobrze, by dostrzec napięcie w szczęce. Wyglądał na opanowanego i eleganckiego w czarnej, uroczystej szacie — uosobienie szanowanego, doświadczonego Uzdrowiciela wypełniającego trudny obowiązek. Jednak uścisk jego dłoni na jej dłoni zacieśnił się, odkąd minęli bramę. Nie chciał jej tutaj. Nie chciał jej tu od chwili, gdy nadeszło zawiadomienie z czarną obwódką. Gdyby był innym człowiekiem, a ona inną kobietą, być może powiedziałby to wprost, oszczędzając im obojgu tej cichej walki ukrytej pod pozorami uczestnictwa w uroczystości.

W pobliżu odległego, łukowego przejścia zebrała się grupka pracowników Szpitala Świętej Roweny; był wśród nich dyrektor Hawks — jego sylwetka w oficjalnej szacie żałobnej zdawała się sztywna i surowa, gdy rozmawiał z urzędnikiem Ministerstwa, którego twarzy wydawała się Hermionie znajoma, choć nie potrafiła go dokładnie zidentyfikować. Przybyli również starsi rangą Uzdrowiciele, zachowując powagę stosowną do okoliczności.

Po drugiej stronie sali dostrzegła Theodore’a Notta i Pansy Parkinson. Widziała ich przelotnie w szpitalu, ale to było co innego. Tutaj, w domu Draco, ubrani na czarno i stojący z tą cichą solidarnością ludzi znających się od dziesięcioleci, wyglądali dokładnie tak, jak ich postrzegano: jak jego ludzie. Jego najbliższe otoczenie. Wzrok Theodore’a odnalazł ją w tłumie; w jego spojrzeniu — badawczym i nieodgadnionym — tkwił ten sam niepokojący spokój, który zapamiętała ze szpitala. Pansy w ogóle na nią nie spojrzała, co było w pewnym sensie gorsze.

W całej sali obecni byli przedstawiciele rodów o wielkich nazwiskach i ogromnych majątkach — czarownice w woalkach, czarodzieje z rodowymi herbami na mankietach, noszący żałobę niczym drugie dziedzictwo. Dawni wychowankowie Slytherinu stali w niewielkich, nienagannie prezentujących się grupkach. Urzędnicy Ministerstwa szeptali przy kominku. Starsze czarownice miały na sobie diamenty zestawione z czarnymi koronkami. Nie był to pogrzeb w takim znaczeniu, jakie nadawała temu słowu Hermiona. Sama ceremonia odbyła się wcześniej tego dnia, w gronie najbliższej rodziny. To było coś innego: publiczna żałoba, arystokratyczny gest uznania, zgromadzenie rodów i wpływowych osobistości pod bezpiecznym hasłem upamiętniania zmarłych.

Stolik pamięci stał w głębi pomieszczenia.

Zdjęcia.

Dziesiątki zdjęć.

Srebrne ramki ustawione pośród białych róż i czarnych świec.

Szesnastoletnia Astoria u boku Daphne. Astoria w dniu ślubu, obok Draco, z wyrazem twarzy zdradzającym nieznośne zadowolenie z samej siebie. Astoria śmiejąca się z Narcyzą; ciepło łagodziło rysy starszej kobiety. Astoria w ciąży — raz po raz; ślady niedoszłego życia Scorpiusa rozrzucone po holu niczym dowody na to, że przyszłość wydawała się kiedyś pewna.

Hermiona nie zamierzała podchodzić do stolika, lecz jej ciało ruszyło, zanim umysł zdążył zaprotestować. Karl szedł tuż obok niej; czuła lekkie napięcie w jego ramieniu i wyczuwała nieme pytanie, czy to rozsądne. Nie było. Wiedziała o tym. Nic z tego wieczoru nie było rozsądne.

Największa fotografia przedstawiała Astorię siedzącą przy oknie skąpanym w słońcu; jej ciemne włosy opadały luźno na jedno ramię, a dłoń spoczywała na brzuchu w ochronnym geście. Draco stał za nią, trzymając rękę na jej talii; nie patrzył w obiektyw, lecz w dół, na nią, z tak nieukrywanym oddaniem, że Hermiona musiała spuścić wzrok. Obserwowanie tego w tej chwili wydawało się niestosowne — jakby zdjęcie utrwaliło coś, co było przeznaczone wyłącznie dla żywych.

Obok, w mniejszej ramce, znajdował się ruchomy, magiczny portret. W ciemności unosiła się maleńka, srebrzysta postać, powoli obracając się, jakby zawieszona w wodzie. Jedna, drobna dłoń się otworzyła. Maleńkie stopy wykonały jeden ruch. Życie, które nigdy się nie narodziło, a jednak zostało uwiecznione w ruchu, ponieważ to prawdziwe nigdy nie zaczerpnęło tchu.

Hermiona gapiła się zbyt długo. Zanim zdążyła temu zapobiec, powróciło wspomnienie.

 

Tamtego dnia dwór wyglądał inaczej. Jakby jaśniej, Był początek roku; na zewnątrz panował chłód, a szron osiadał na żywopłotach. Jednak światło słoneczne wpadało przez wysokie okna tak hojnie, że dom wydawał się niemal magiczny — w tym niewinnym znaczeniu tego słowa. Hermiona szła za panem Williamsem jednym z korytarzy na piętrze, starając się nie irytować jego niemożliwym do dotrzymania kroku tempem.

— Proszę się pospieszyć, panno Granger. Malfoyowie mogą mieć dość złota, by wykupić małe państwo, ale nie są właścicielami mojego popołudnia.

— Idę tak szybko, jak potrafię.

— Byłoby miło, gdyby poszło szybciej.

— Wspaniałe podejście do pacjenta.

— To dotyczy pacjentów. Pani jest personelem.

Williams zatrzymał się przed jasnymi drzwiami i z teatralną powagą poprawił trzymaną pod pachą teczkę z dokumentacją.

— Jedno ostrzeżenie.

Hermiona westchnęła.

— Co znowu?

— Proszę nie nawiązywać bezpośredniego kontaktu wzrokowego z ich wężem.

Wpatrywała się w niego.

— Ich czym?

Przez dwie sekundy zachowywał kamienną twarzy, po czym prychnął.

— Dobrze. Słuchasz.

— To było niedorzeczne.

— Choć nieco zabawne.

Skrzat domowy wpuścił ich, kłaniając się tak nisko, że Hermiona przez chwilę obawiała się o jego kark. Astoria siedziała wyprostowana na łóżku, otoczona przesadną ilością poduszek; miała na sobie białą koszulę nocną, która sprawiała, że jej skóra wydawała się jeszcze bledsza, a ciemny warkocz — na tle pościeli — jeszcze ciemniejszy. Wyglądała na zirytowaną — co było oczywiste. Jednak pod tą irytacją kryło się coś jeszcze; coś, co Hermiona nauczyła się rozpoznawać, na oddziałach położniczych, bez względu na to, jak starannie próbowano to ukryć.

Strach.

— Wreszcie — powiedziała Astoria.

Williams podszedł z typową dla siebie, beztroską obojętnością wobec arystokratycznej niecierpliwości.

— Jak milutko. Jak się miewamy?

— Za mało się ruszał.

Jej dłoń powędrowała do brzucha — szybko, w odruchu ochronnym.

Hermiona natychmiast to zauważyła.

— Dzieci śpią — stwierdziła.

Wzrok Astorii błyskawicznie spoczął na niej.

— Zawsze masz zimne dłonie.

Hermiona mrugnęła zaskoczona.

— Słucham?

— Ostatnim razem też.

Hermiona spojrzała na swoje dłonie.

— Fascynująca obserwacja.

— Zauważam szczegóły.

— Najwyraźniej.

Williams westchnął teatralnie i podał Hermionie kartę pacjentki.

— Zbadaj ją, a ja zajmę się papierkową robotą wymyśloną przez ludzi, który mylą leczenie z biurokratyczną karą.

Hermiona podeszła do łóżka, ogrzewając palce delikatnym zaklęciem, zanim Astoria zdążyła ponownie wykorzystać tę skargę jako oręż. Astoria śledziła każdy jej ruch z podejrzliwą godnością kobiety, która nie znosiła być od kogokolwiek zależna — a od Hermiony w szczególności.

— Dziwię się, że wciąż tu jesteś.

— W szpitalu?

— W tym zawodzie.

Hermiona lekko dotknęła różdżką okolic brzucha Astorii, zachowując oschły ton.

— Dobrze wiedzieć, że tak we mnie wierzysz.

Kąciki ust Astorii uniosły się w lekkim uśmiechu.

— Draco wygrał zakład.

Hermiona mimowolnie przystanęła.

— Słucham?

— Obstawiałam, że wytrzymasz miesiąc na Oddziale Ginekologii Magicznej. Za dużo krwi, za mało chwały, za dużo wrzeszczących kobiet. Draco dał ci pięć.

To wyznanie zaskoczyło Hermionę bardziej, niż powinno.

— Jakie to miłe.

— Nie ekscytuj się. Uważał po prostu, że jesteś zbyt uparta, by zrezygnować.

Hermiona nie mogła się powstrzymać. Uśmiechnęła się.

— To chyba najmilsza rzecz, jaką Draco Malfoy kiedykolwiek o mnie powiedział.

— Nie popadałabym w sentymenty. Wyglądał na głęboko niezadowolonego z tego faktu.

Srebrzyste światło zaklęcia diagnostycznego rozlało się po brzuchu Astorii i w tej właśnie chwili dziecko się poruszyło — pod jej skórą uwidoczniło się wyraźne wybrzuszenie. Astoria zastygła w bezruchu. Wyraz jej twarzy całkowicie się zmienił. Arogancja, okrucieństwo i maska znudzenia zniknęły, dzięki czemu przez krótką chwilę wyglądała na boleśnie młodą.

— O, proszę — szepnęła Hermiona. — Rusza się.

Astoria wpatrywała się w swój brzuch, zaciskając palce na prześcieradle.

— Tak.

Nie padła żadna zniewaga. Żadna uszczypliwa uwaga. Tylko to jedno słowo, wypowiedziane tak cicho, że Hermiona udawała, iż nie słyszy kryjącego się w nim lęku.

 

Wspomnienie się rozwiało.

Hermiona mrugnęła, wracając do rzeczywistości; wokół niej znów pojawiła się oświetlona świecami sala, przesycona wygładzonym, ceremonialnym smutkiem i szeptami gości. Czuła ucisk w gardle pod wysokim kołnierzem sukni.

Karl dotknął jej dłoni.

— Odpłynęłaś myślami.

— Wspomniałam ją.

— To było dobre wspomnienie?

Hermiona znów spojrzała na zdjęcie Astorii. Kobieta w ramce uśmiechała się z pewnego rodzaju ostrym zachwytem; emanowała życiem w sposób, który wydawał się niemal oskarżycielski.

— Nie wiem.

Jej uwagę przykuł ruch w pobliżu schodów.

Narcyza Malfoy stała pod niższym łukiem, ubrana w czarną szatę, która sprawiała, że jej siwe włosy zdawały się niemal promieniować blaskiem. Rozmawiała ze starszą czarownicą, której Hermiona nie znała, przyjmując kondolencje z wyrazem twarzy tak opanowanym, iż zdawał się on raczej wykuty w kamieniu niż naturalny. A jednak, gdy tamta kobieta dotknęła dłoni Narcyzy, po jej twarzy przebiegł dreszcz. Ledwo dostrzegalny. Zniknął niemal natychmiast. Wtedy jej wzrok powędrował w górę i odnalazł Hermionę.

Ta zatrzymała się w miejscu.

Karl również.

Przez kilka sekund Narcyza po prostu na nią patrzyła. W jej wyrazie twarzy nie było nienawiści — i to w pewnym sensie czyniło sytuację trudniejszą. Nienawiść byłaby czymś prostym. Spojrzenie Narcyzy kryło w sobie coś zupełnie innego. Żal. Wyczerpanie. Oraz przerażający, odwieczny rodzaj oceny — wzrok kobiety, która przez dziesięciolecia decydowała, kto zasługuje na to, by przebywać w takich pomieszczeniach jak to.

W końcu skinęła głową.

Nie było w tym ani ciepła, ani wybaczenia. A jednak gest był jednoznaczny.

Hermionie zaparło dech w piersiach.

Karl szepnął obok niej:

— To było bardziej wielkoduszne, niż się spodziewałem.

— Nie wiem, co to właściwie było.

— Ja też nie.

Zanim zdążyła się nad tym głębiej zastanowić, pojawiła się Daphne Greengrass — jakby wyczarowana przez samo poczucie dyskomfortu.

Była wysoką blondynką, a jej włosy układały się w idealne fale, sprawiając wrażenie, jakby nie wymagało to żadnego wysiłku. Jej czarna sukienka była zbyt elegancka jak na uroczystość żałobną, a jednak ją założyła — bo Daphne Greengrass była kobietą, która narzucała zasady w każdym pomieszczeniu, do którego wchodziła. Podeszła powoli, trzymając w jednej dłoni kieliszek czerwonego wina, a jej wzrok spoczął na Hermionie z chłodną cierpliwością kogoś, kto wyczekiwał właśnie tej chwili.

— Granger.

Nie wypowiedziała tego nazwiska głośno, a jednak niosło się ono wyraźnie.

Karl natychmiast zrobił krok do przodu.

— Panno Greengrass.

Daphne obrzuciła go spojrzeniem, w którym malowało się nikłe rozpoznanie, po czym znów zwróciła się do Hermiony.

— Masz niezwykły tupet.

Hermiona wytrzymała jej wzrok.

— Przyszłam złożyć kondolencje.

Daphne uśmiechnęła się bez krzty życzliwości.

— Jakie to wzruszające.

— Nie miała na celu okazania braku szacunku — wtrącił Karl.

— Jakie to uspokajające. Obawiałam się, że kobieta objęta dochodzeniem w sprawie śmierci mojej siostry przyszła jedynie dla przekąsek.

Rozmowy toczone w pobliżu nieco ucichły.

Hermiona poczuła, jak oblewa ją fala gorąca, choć nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, czy z powodu wstydu, czy gniewu.

Głos Karla stał się chłodny.

— Hermiona jest niewinna, dopóki nie udowodni się jej winy.

Daphne obrzuciła go spojrzeniem pełnym lekkiego rozbawienia.

— Jakie to szlachetne z twojej strony, że użyczasz jej własnej odwagi.

Hermiona obeszła go, zanim zdążył odpowiedzieć.

— Bardzo mi przykro z powodu twojej straty.

Po raz pierwszy opanowanie Daphne na ułamek sekundy pękło. Nie był to smutek. Z pewnością nie była to też łagodność.

To był tylko przelotny błysk czegoś, czego nie zamierzała ujawniać.

— Naprawdę?

— Tak.

Wzrok Daphne na moment opadł na szyję Hermiony, której kołnierzyk sukni nie zdołał wszystkiego zakryć.

— W takim razie może rozważ przeżywanie żałoby z dystansu. — Odwróciła się, jakby rozmowa ją znudziła, po czym przystanęła. — I nie wchodź mi w drogę.

Odeszła, zanim Hermiona zdążyła zareagować.

Karl powoli wypuścił powietrze.

— Urocza.

— Właśnie pochowała siostrę.

— To nie czyni jej mniej odrażającą.

Hermiona obserwowała, jak Daphne wraca do tłumy z cichą pewnością siebie osoby, która czuje się tam całkowicie u siebie.

— Nie — odparła. — Po prostu trudniej ją znienawidzić.

Karl nie odpowiedział.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Ruszyli w głąb dworu. Pewna czarownica — jedna z tych, które po wojnie publicznie potępiły Malfoyów — ściskała teraz dłoń Narcyzy z poważnym wyrazem twarzy, wyraźnie zachwycając się kwiatowymi kompozycjami.

Gdziekolwiek Hermiona spojrzała, widziała cząstki życia Astorii. Astoria w sukni ślubnej. Astoria w letnim ogrodzie, osłaniająca dłonią twarz przed słońcem. Astoria w ciąży na tarasie, z Draco stojącym za nią i patrzącym na nią z tym samym, pełnym intymnego oddania wyrazem twarzy. Astoria trzymająca maleńkie, szare buciki i przewracająca oczami w stronę fotografa, jakby okazanie wzruszenia było czymś bardziej upokarzającym niż śmierć.

Hermiona wpatrywała się w te buciki, gdy zza pleców dobiegł ją znajomy głos.

— Jesteś odważniejsza, niż się spodziewałem, Granger.

Odwróciła się.

Blaise stał kilka kroków dalej, ubrany w czerń o tak eleganckim kroju, że wydawała się niemal nieprzyzwoicie piękna jak na strój żałobny. Jednak jego twarz psuła ten efekt. Wyglądał na zmęczonego. Prawdziwie zmęczonego. Swobodna pewność siebie, którą Hermiona zawsze z nim kojarzyła, wciąż była obecna, lecz przygaszona — jakby żal przesunął po niej dłonią, zostawiając ślady palców.

— Zabini — przywitał się Karl.

— Rosewood.

Powitanie było uprzejme, podszyte niezręczną zażyłością ludzi, którzy jadali przy jednym stole wystarczająco często, by znać swoje nawyki, lecz nie dość często, by ufać swoim intencjom. Blaise zauważył dłoń Karla spoczywającą na dłoni Hermiony, po czym przeniósł wzrok na jej twarz.

Karl zesztywniał.

— Przyszła złożyć kondolencje.

— Słyszałem. Daphne zadbała o to, by dowiedziała się o tym połowa sali. — Zamilkł na chwilę. — Ginny chciała przyjść, ale nie mogła zostawić Ariany.

— Wiem — szepnęła Hermiona. — Mówiła mi.

Wyraz twarzy Blaise’a złagodniał na moment. Wspomnienie o Ginny i Arianie zawsze wywoływało w nim ten sam efekt: rozluźniało coś, co publicznie trzymał pod ścisłą kontrolą.

— Przesyła pozdrowienia — dodał. — O ile w takim miejscu ma to jakiekolwiek znaczenie.

— Ma ogromne znaczenie.

Skinął raz głową, po czym odzyskał swój starannie wypracowany spokój.

— Czy on tu jest? — zapytała.

Uścisk dłoni Karla na jej ramieniu zacieśnił się.

Wyraz twarzy Blaise’a uległ zmianie.

— Niestety.

— Hermiono — ostrzegł cicho Karl.

Nie spojrzała na niego.

— Muszę z nim porozmawiać.

— Nie.

Odmowa była natychmiastowa.

— Muszę go przeprosić.

Karl zacisnął szczękę.

— On wie.

— Nie, nie wie.

Blaise przenosił wzrok z jednego na drugą z ostrożnym zainteresowaniem kogoś, kto wie, że znalazł się zbyt blisko cudzej prywatności, i wcale nie zamierza udawać, że jest inaczej.

— Muszę cię ostrzec — powiedział — że nie przyjmie tego dobrze.

— To brzmi jak ostrzeżenie, a nie argument.

Karl odwrócił się w stronę Blaise’a.

— Nie zabierzesz jej do niego.

— Nawet tego nie proponowałem.

— Miałeś zamiar.

— Być może.

— Absolutnie nie.

Hermiona delikatnie uwolniła dłoń z uścisku Karla.

— Muszę to zrobić.

— Nie, nie musisz. Chcesz to zrobić, bo poczucie winy wmówiło ci, że ból jest formą odkupienia.

Jego słowa brzmiały zbyt ostro jak na to pomieszczenie. Jakaś czarownica w pobliżu zerknęła w ich stronę.

Hermiona ściszyła głos.

— Proszę, nie rób tego tutaj.

Karl na chwilę zamknął oczy, po czym otworzył je z wyraźnym wysiłkiem.

— Prawie cię zabił.

— Wiem.

— Najwyraźniej nie dość skutecznie.

Blaise westchnął.

— Jeśli to cię w czymkolwiek uspokoi: raczej nie spróbuje ponownie w domu pełnym świadków.

Karl wpatrywał się w niego.

— To ma mnie uspokoić?

— Nie. To miało być szczere.

Hermiona spojrzała na Karla.

— Nie zajmie mi to dużo czasu.

— Tego nie wiesz.

— Blaise będzie w pobliżu.

— To nie brzmi tak pocieszająco, jak myślisz.

Blaise położył dłoń na sercu.

— Co za zniewaga.

Karl zignorował go.

— Hermiono…

Było coś w jego głosie, co sprawiło, że się zawahała. Nie gniew. Strach. Prawdziwy strach — starannie tłumiony, choć widać było, że wymyka się spod kontroli. Mimowolnie złagodniała.

— Nie chcę cię skrzywdzić.

— Wiem.

— Po prostu nie mogę wyjść z tego domu, nie próbując.

Przez chwilę wyglądał tak, jakby miał zamiar znów się sprzeciwić. Potem jego twarz zastygła w ponurym wyrazie.

— Jeśli coś się stanie…

— Sprowadzę ją z powrotem — obiecał Blaise.

Karl spojrzał na niego.

— Mówię poważnie.

Tym razem Blaise nie zażartował.

— Ja też.

Hermiona ruszyła za Blaise’em, zanim zdążyła stworzyć.

Gwar panujący w sali pamięci ucichł, gdy wyszli na zewnątrz i skierowali się do jednego z bocznych korytarzy. Z dala od tłumów Dwór Malfoyów wydawał się mniej gościnny. Ściany zdawały się wyższe, cienie głębsze, a portrety wyrażały jawniejszą pogardę. Hermiona bywała już w wielkich rezydencjach, ale ta posiadłość sprawiała, że bogactwo wydawało się czymś zakorzenionym w rodowodzie, a nie tylko elementem wystroju — jakby każdy kamień nauczono pamiętać, kto tu należy, a kto nie. Wspomnienia wojny znów napierały ze wszystkich stron, lecz tym razem splatały się z późniejszym obrazem Astorii w tamtym skąpanym w słońcu pokoju: ciężarnej, sarkastycznej i pełnej lęku. Przez ten dysonans dom wydawał się jeszcze bardziej obcy. Miejsce tortur. Miejsce zaślubin. Tego ranka starannie dobrała strój. Czarna, dopasowana sukienka — przylegająca do ciała, lecz o niezbyt surowym kroju — oraz buty na obcasie, których wyboru zaczęła żałować z każdym krokiem po nierównej posadzce dworu. Przed wyjściem długo stała przed lustrem; nie z próżności, lecz dlatego, że nie było oczywistego sposobu, by ubrać się na taki pogrzeb. Tak, by wyrazić szacunek, nie sprawiając wrażenia zarozumiałej. By być obecną, nie rzucając się przy tym w oczy. Poniosła porażkę w tym względzie, gdy Daphne Greengrass wypowiedziała jej nazwisko na tyle głośno, że usłyszała ją połowa zebranych w posiadłości ludzi.

Skręcili w węższy korytarz, wzdłuż którego wisiały stare portrety. Czarodziej o blond włosach w szatach z siedemnastego wieku spojrzał z góry na Hermionę i prychnął lekceważąco.

— Urocza rodzinka — mruknął.

— Można się do nich przyzwyczaić — stwierdził Blaise.

— Jak do pleśni?

— Drogiej pleśni.

Kącik ust Hermiony drgnął, wbrew jej woli.

Blaise to zauważył, ale nie skomentował.

Zatrzymali się przed zamkniętymi drzwiami. Serce Hermiony zaczęło mocno bić. Blaise położył dłoń na klamce, ale nie otworzył ich od razu.

— Zanim wejdziesz, Granger… Powiem to tylko raz, bo nie mam ochoty po raz drugi zbierać cię z podłogi. Nie mów mu, że rozumiesz.

Hermiona spojrzała na niego.

— Nie zamierzałam.

— Dobrze.

Z jego twarzy zniknął cień ironii.

— I jeśli każe ci wyjść — wyjdź.

— Zrobi to?

Spojrzenie Blaise’a pociemniało.

— Raczej nie.

Otworzył drzwi.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Pomieszczenie, do którego weszli, nie było sypialnią, choć panował w nim ten specyficzny, męski nieład, typowy dla miejsca, w którym ktoś zbyt długo się zaszył. Może gabinet albo salon przekształcony w tymczasowe schronienie. Ciężkie zasłony były na wpół zasunięte. Biuro przy oknie zawalone było pergaminem, kopiami dokumentacji medycznej, korespondencją prawniczą i skrawkami notatek sporządzonych pismem zbyt nerwowym, by świadczyło o spokoju. Na stoliku obok stała nietknięta szklanka. Ogień w kominku niemal wygasł.

Draco Malfoy stał przy oknie, boso na ciemnej, drewnianej podłodze; jego ubiór zupełnie nie przypominał stroju żałobników zgromadzonych na dole. Żadnych uroczystych szat. Żadnego szytego na miarę, czarnego garnituru. Żadnego wytwornego dziedzica odgrywającego rolę pogrążonego w smutku arystokraty. Miał na sobie czarne dżinsy i zwykłą, białą koszulę — ich prostota tak mocno kontrastowała z tym wielkim, surowym domem, że Hermiona niemal zatrzymała się w progu. Włosy miał nieuczesane, opadające nieładnie na czoło, szczękę pokrytą kilkudniowym zarostem, a dłonie owinięte białymi bandażami, na których widok ścisnęło ją w gardle.

Wyglądał młodziej.

Bardziej dziko.

Niebezpiecznie w sposób, który nie miał nic wspólnego z elegancją.

Nie odwrócił się od razu.

— Mówiłem, że nie chcę gości.

Blaise oparł się o framugę drzwi.

— Ona jest raczej intruzem.

Draco się odwrócił.

Jego wzrok spoczął na Hermionie.

Wydawało się, że temperatura w pomieszczeniu spadła.

Blaise wyprostował się, a wyraz jego twarzy był — dla odmiany — całkowicie poważny.

— Chcesz, żebym został?

Hermiona potrzebowała ułamka sekundy, by zrozumieć, że pyta ją, a nie Draco.

Ta życzliwość niemal ją złamała.

Wzrok Draco nie odrywał się od jej twarzy.

W ustach poczuła suchość.

— Nie.

Blaise się zawahał.

— Będę na zewnątrz.

Drzwi się zamknęły. Przez kilka sekund Draco i Hermiona po prostu na siebie patrzyli. Wydawało jej się, że jest przygotowana na ten widok — po wydarzeniach na korytarzu, po ostrzeżeniach Blaise’a i po długiej wędrówce przez dom, który zdawał się już tylko wspomnieniem i karą. Okazało się, że nie była. W szpitalu jego rozpacz była wulkaniczna, oczywista, niemal zwierzęca. Tutaj ostygła, zmieniając się w coś gorszego. Wyglądał na wyczerpanego, nieogolonego, zdruzgotanego w sposób tak zwyczajnie ludzki, że powinien się wydawać mniej przerażający — a jednak tak nie było. Biała koszula sprawiała, że wyglądał zbyt nowocześnie jak na to wnętrze, zbyt pozbawiony arystokratycznego pancerza, do którego widoku przywykła. Bandaże na dłoniach zmieniały każdy jego drobny ruch w oskarżenie.

Jego wzrok przykuły sińce na jej szyi, sprawiając, że wyraz twarzy zmienił się na ułamek sekundy. Zniknął, zanim zdążyła go nazwać.

— Jesteś albo bardzo odważna, Granger, albo bardzo głupia.

W ustach Hermiony zaschło.

— Chciałam z tobą porozmawiać.

— Zakładałem, że przyszłaś dla muzyki.

Przez chwilę Hermiona nie potrafiła znaleźć ani jednego argumentu na swoją obronę.

— Przepraszam.

Jego wyraz twarzy się nie zmienił.

— Za co?

To pytanie uderzyło ją mocniej, niż się spodziewała.

— Za Astorię. Za twojego syna. Za…

— Nie wymawiaj jego imienia.

Zamilkła.

Nie podniósł głosu.

To czyniło sytuację jeszcze gorszą.

— Przepraszam — powtórzyła, tym razem cichszym, bardziej stłumionym głosem.

Draco odsunął się od okna z powolnym, niepokojącym spokojem.

— Naprawdę?

— Tak.

— To musi być pocieszające.

— Malfoy…

— Nie. Nie wypowiadaj mojego nazwiska.

Hermiona zmusiła się, by nie cofnąć się ani o krok, choć całe jej ciało pamiętało, co się działo, gdy ostatnim razem pokonał dzielący ich dystans.

— To nie tak, jak myślisz — upierała się.

Zapadła cisza, ostra niczym brzytwa.

Jego usta wygięły się w grymas, któremu daleko było do uśmiechu.

— Czyżby?

— Mówię poważnie.

— Twoja prawda wydaje się wyjątkowo wygodna.

— Podałam jej eliksir wzmacniający. To właśnie jej zaaplikowałam. To odnotowałam w dokumentacji.

— Tak twierdzisz.

— Bo to prawda.

— A jednak zmarła wskutek podania środka, którego absolutnie nie powinna była otrzymać.

Dłonie Hermiony zacisnęły się w pięści po bokach jej ciała.

— Nie wiem, jak do tego doszło.

— Oczywiście, że nie.

— Ale ja wiem, co zrobiłam.

Draco powoli podszedł bliżej; ta powolność była gorsza niż nagły ruch, bo dawała jej zbyt wiele czasu, by wszystko dostrzec. Podkrążone oczy. Napięte ramiona. Delikatne zaczerwienienie w miejscu, gdzie poluzował się opatrunek na jednej z dłoni.

— Czy wiesz to, co ja? — Milczała. — Wiem, że przydzielono ciebie do opieki nad nią. Wiem, że jej dotykałaś. Wiem, że byłaś ostatnią Uzdrowicielką, która — jak wynika z dokumentacji — podała jej cokolwiek bezpośrednio. Wiem, że przedtem moja żona żyła, a potem już nie.

— To żaden dowód.

— Dla mnie wystarczający.

Słowa te przeniknęły ją niczym lodowata woda.

— Znasz mnie.

Parsknął krótko, bez cienia wesołości.

— Znam.

— W takim razie wiesz, że bym tego nie zrobiła.

— Wiem, że zawsze świetnie potrafiłaś wmówić sobie, że masz czyste ręce.

Hermiona drgnęła.

Draco to zauważył.

Uśmiechnął się blado. Okrutnie. Zmęczony.

— Zabolało?

— Tak.

— Dobrze.

Coś w niej wtedy stwardniało. Nie był to dokładnie gniew. Raczej ta drobna cząstka jej samej, która wciąż trwała i odmawiała kajania się.

— Przyszłam tu złożyć kondolencje, a nie po to, by być karaną.

— Przyszłaś, bo poczucie winy uczyniło cię sentymentalną.

— Może. — To go zaskoczyło. Dostrzegła to. — Może tak było. Może musiałam spojrzeć na ludzi, których zostawiła, bo wciąż widzę jej twarz. — Zamilkła na chwilę. — Zawsze miała coś do powiedzenia. I jakoś każde pomieszczenie wydawało się pełniejsze, gdy w nim przebywała. — Jej głos przycichł. — Przykro mi, że odeszła. Naprawdę mi przykro.

Ból przebił się na powierzchnię, zanim zdążył go powstrzymać.

A potem znów przykrył go gniew.

— Nie rób tego.

Pokonał dzielący ich dystans tak szybko, że tym razem ona odruchowo się cofnęła, ale on jej nie dotknął. Zamiast tego uderzył zabandażowaną dłonią w ścianę tuż obok jej głowy — z taką siłą, że na jego twarzy na moment odmalował się ból, który jednak całkowicie zignorował.

— Wiesz, co pamiętam? — zapytał cicho. Hermiona ledwo mogła złapać oddech. — Pamiętam, jak siedziałem tam jak idiota, czekając, aż ktoś mi powie, dlaczego nikt nie chce spojrzeć mi w oczy.

Poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła.

— Malfoy…

— Pamiętam, jak Blaise kiepsko kłamał. Pamiętam, jak kubek w mojej dłoni robił się ciepły. Pamiętam, jak myślałem, że Astoria będzie ze mnie szydzić, bo zajęło mi to zbyt wiele czasu. — Jego twarzy zbliżyła się do jej twarzy. — I pamiętam ciebie. — Hermiona wstrzymała oddech, ale kontynuował, a jego słowa były ciche i dewastujące. — Widziałaś mnie. Nie kłam. Widziałem cię przez szybę przez pół sekundy, zanim odwróciłaś wzrok.

Piekły ją oczy. Łzy zaczęły spływać jej po twarzy, zanim zdołała je powstrzymać — ciche i bezradne — a ona nienawidziła siebie za to.

— Nie mogłam…

Draco zauważył łzy spływające po jej policzkach. Zacisnął szczękę.

— Nie rób tego.

Mrugnęła.

— Czego?

— Nie płacz — nakazał cicho i chłodno. — Nie masz do tego prawa.

— Nie…

— Płaczesz. Przestań.

— Nie mogę tak po prostu…

— Nie masz prawa. — Jego głos załamał się na ostatnim słowie — ledwie zauważalnie, ale wystarczająco. — Nie masz prawa stać w moim domu i płakać po niej. To należy do mnie. Rozumiesz? To należy do mnie.

Hermiona mocno zacisnęła usta, próbując się opanować. Łzy jednak płynęły nieprzerwalnie i nie potrafiła ich powstrzymać. Draco obserwował ją z wyrazem twarzy, w którym gniew mieszał się z całkowitym zdruzgotaniem.

— Powiedziałem: przestań.

— Staram się.

— Postaraj się bardziej.

— Malfoy…

— PRZESTAŃ.

Wzdrygnęła się.

Odwrócił wzrok.

Jego dłoń wciąż opierała się o ścianę tuż przy jej głowie. Oddychał nierówno. Kiedy znów na nią spojrzał, gniew ustąpił miejsca czemuś cichszemu, a zarazem bardziej przerażającemu.

— Odeszłaś — ciągnął. — Miałaś prawdę na końcu języka, a jednak odeszłaś. A teraz stoisz tu i płaczesz, jakbyś za to zapłaciła.

Hermiona otarła twarz grzbietem dłoni.

— Zapłaciłam.

— Za mało.

Jej głowa gwałtownie się odchyliła.

— Jak śmiesz? — Jej głos drżał z gniewu i łez. — Nie masz pojęcia, co przeżywam od czasu jej śmierci.

Jego oczy się zwęziły.

— Co przeżywasz?

— Tak.

— Ty też cierpiałaś, Granger?

Okrutna nuta w jego głosie była tak wyraźna, że powinna była ją uciszyć.

Tak się jednak nie stało.

— Tak.

Zaśmiał się krótko, bardzo cicho.

— W takim razie koniecznie wytłumacz mi, czym jest żałoba.

— Nie porównuję…

— Naprawdę?

— Rozumiem…

W chwili, gdy to wypowiedziała, zrozumiała swój błąd.

Dostrzegła to na jego twarzy, zanim jeszcze wybrzmiało ostatnie słowo. Coś się w nim zamknęło. Coś, co — nieświadomie dla niej — czekało właśnie na ten moment.

Blaise ją ostrzegał.

Nie mów mu, że rozumiesz.

Patrzył na nią przez dłuższą chwilę.

— Rozumiesz — powtórzył.

Bardzo cicho. Jakby smakował to słowo. Jakby zastanawiał się, co z nim zrobić.

— Nie o to mi…

— Nie. — Jego głos się zmienił — nie stał się głośniejszy ani chłodniejszy, po prostu inny. Pojawiło się w nim coś, czego wcześniej tam nie było. — Myślę, że właśnie to miałaś na myśli.

— Malfoy…

— Chodź ze mną.

Gwałtownie uniosła głowę.

— Co?

— Chciałaś porozmawiać. Chodź.

— Nie.

— Nie pytałem.

Ruszył w stronę drzwi.

Hermiona nie poszła za nim.

Draco się odwrócił, a jego spojrzenie jasno dawało do zrozumienia, że jeśli będzie musiał, to zaciągnie ją tam siłą. Pomyślała o jego dłoniach na swoim gardle, o Blaisie za drzwiami, o Karlu na dole i o każdym instynkcie nakazującym jej ucieczkę, póki jeszcze mogła.

Potem przypomniała sobie, jak Astoria powiedziała Tak, gdy Scorpius poruszył się pod jej dłonią.

Poszła za nim.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Blaise czekał na korytarzu, tak jak obiecał. Wyprostował się natychmiast, gdy drzwi się otworzyły, a jego wzrok powędrował z twarzy Draco na twarz Hermiony. To, co dostrzegł, sprawiło, że wyraz jego twarzy stał się bardziej surowy.

— Draco…

— Zostań tu, gdzie stoisz.

Blaise zignorował to polecenie i zamiast tego spojrzał na Hermionę.

— Chcesz, żebym poszedł z wami?

Draco zacisnął szczękę.

Hermiona się zawahała.

Łatwo byłoby się zgodzić. To byłoby rozsądne. Bezpieczniejsze. Ale Draco patrzył na nią z pogardą zarezerwowaną dla ludzi, którzy po uzyskaniu prywatnego rozgrzeszenia kryli się za świadkami, a jakaś zraniona, nierozsądna cząstka jej samej nie chciała dać mu tej satysfakcji.

— Nie — powiedziała cicho.

Blaise wyglądał na głęboko niezasolonego z tej odpowiedzi.

— Granger.

— Nic mi nie jest.

— Jesteś fatalną kłamczuchą.

— Zawołam, jeśli będę ciebie potrzebować.

— Lepiej, żebyś to zrobiła.

Draco wydał z siebie krótki, pełen pogardy dźwięk i ruszył dalej korytarzem.

Hermiona szła za nim; tętno dudniło jej w uszach.

Wystrój dworu zmieniał się, w miarę jak zagłębiali się w skrzydło rodowe. Marmur ustąpił miejsca ciemnym dywanom, a przepych polerowanemu drewnu. Ze ścian spoglądały portrety, oświetlone blaskiem nisko zawieszonych, złotych lamp.

Hermiona podążała za Draco. Bosy i bezszelestny zdawał się być częścią cieni. Jej obcasy stukały o kamienną posadzkę, brzmiąc zdecydowanie zbyt głośno w panującej ciszy.

— Dokąd idziemy?

Nie odpowiedział.

— Malfoy.

Wciąż milczał.

Korytarz skręcał. Ukazały się bladozielone drzwi.

Hermiona się zatrzymała.

Jeszcze nie wiedziała — nie do końca. Ale jakiś głębszy instynkt rozumiał znaczenie tego koloru, ciszy i tej nieznośnej czułości, jaką emanowała mała, srebrna zawieszka w kształcie gwiazdki, wisząca na klamce.

Jej ciało zareagowało, zanim myśl zdołała ubrać się w słowa.

— Nie.

Draco obejrzał się.

— Tak.

Cofnęła się.

— Nie wejdę tam.

Otworzył drzwi.

Hermiona dostrzegła tylko ułamek widoku. Łagodne światło — zieleń i złoto — oraz coś srebrzystego poruszającego się pod sufitem.

Wtedy zrozumiała.

I ogarnęła ją panika.

Odwróciła się, by uciec.

Draco złapał ją, zanim zdążyła zrobić trzy kroki.

Jego dłoń zacisnęła się na jej nadgarstku. Nie dość mocno, by sprawić ból, ale wystarczająco stanowczo, by powstrzymać ją przed kolejnym krokiem.

— Puść mnie!

— Spójrz!

— Nie!

Szarpnęła się gwałtownie, próbując uwolnić rękę.

— Powiedziałam puść mnie!

— A ja powiedziałem spójrz.

— Nie zrobię tego!

Znów szarpnęła, a potem pchnęła go wolną ręką w pierś, lecz on ledwie drgnął.

Pod wpływem paniki stała się niezdarna i wściekła; ogarnęła ją nagła rozpacz, która nie miała nic wspólnego z dumą. Nie mogła wejść do tego pokoju. Nie mogła zobaczyć tego, co tam na nią czekało; nie mogła pozwolić, by zmienił Scorpiusa w narzędzie kary; nie mogła znieść kolejnej odsłony żałoby po dziecku, które nigdy nie zaczerpnęło tchu.

— BLAISE! — krzyknęła.

Wyraz twarzy Draco się zmienił.

Nie strach.

Nie wahanie.

Wściekłość.

— Nie rób tego.

— BLAISE!

Znów próbowała się wyrwać, a Draco zareagował z przerażającą skutecznością. Chwycił ją w pasie, jednym ruchem uniósł nad podłogę i zarzucił sobie na ramię, jakby nic nie ważyła.

Z płuc Hermiony uciekło powietrze, wydobywając się w szoku jako krzyk.

— POSTAW MNIE! — Przeniósł ją przez próg. — POSTAW MNIE, TY TOTALNY ŚWIRZE!

Uderzyła go w plecy obiema pięściami, kopiąc tak mocno, że jeden pantofel spadł jej ze stopy i uderzył o ścianę korytarza. Drugi zsunął się chwilę później, pozostawiając jej bose stopy — odziane jedynie w pończochy — bezużytecznie w powietrzu. Draco nie zareagował. Ani na ciosy, ani na wyzwiska, ani na to, jak się wyrywała i walczyła z nim z całą godnością wściekłego kota.

— Przysięgam na Merlina, Malfoy…

— Przysięgaj ciszej.

— NIENAWIDZĘ CIĘ!

— Dobrze.

Przeszedł przez pokój i postawił ją na ziemi tak gwałtownie, że aż się zachwiała. Zanim zdążyła uciec, znalazł się za nią i chwycił ją w chwili, gdy próbowała się wyrwać. Jego uścisk był mocny i nieustępliwy; kierowała nim wyłącznie wściekłość i desperacja, a nie troska o jej wygodę.

— Puść mnie!

— Otwórz oczy.

Nie zdawała sobie sprawy, że je zamknęła.

— NIE!

— Otwórz je.

— NIE!

Jego ramię zacisnęło się na tyle mocno, by powstrzymać jej szarpanie.

— Mówiłaś, że rozumiesz.

Łzy cisnęły się spod powiek, zanim jeszcze zdążyła je otworzyć.

— Nie chciałam…

— OTWÓRZ OCZY, GRANGER! — Jego wzrok zabrzmiał tuż przy jej uchu. — Spójrz, co straciłem.

Pokręciła głową, szlochając; czuła upokorzenie z powodu tego dźwięku, a jednak nie potrafiła go powstrzymać. Przeniósł dłoń z jej nadgarstków na jej szczękę i odwrócił jej twarz przed siebie z taką delikatnością, że wydawała się ona okrutniejsza niż przemoc.

Pokój rozmył się w nieostrą plamę.

A potem obraz się wyostrzył.

Ściany pomalowano na odcienie delikatnej zieleni i złota.

Srebrna karuzela z gwiazdami obracała się leniwie nad pustą kołyską.

Na półkach leżały złożone ubranka niemowlęce, wypolerowane, drewniane zabawki, maleńkie książeczki poukładane według wielkości oraz pluszowy smok z haftowanymi skrzydłami. Na jednej ze ścian połyskiwał napis.

 

Witaj w domu, Scorpiusie

 

Jej ciało zwiotczało. Draco wciąż obejmował ją ramieniem, podtrzymując w pionie, gdy nogi odmawiały jej posłuszeństwa.

Kołyska była pusta.

Oczywiście, że tak.

Właśnie na tym polegał koszmar.

Cała ta miłość, przygotowana dla kogoś, kto nigdy nie wrócił do domu.

Na poręczy leżał złożony, maleńki, zielony kocyk. Na krześle spoczywała para szarych bucików. Na stoliku przy oknie stały zdjęcia w ramkach. Astoria śmiejąca się, z dłonią na brzuchu. Draco za nią — niepatrzący w obiektyw, lecz na nią. Narcyza trzymająca buciki z wyrazem twarzy tak łagodnym, że Hermiona ledwie ją poznawała. Ruchome zdjęcie USG przedstawiające Scorpiusa obracającego się w migoczącym świetle. Były tam maleńkie szatki w barwach Slytherinu — zabawne i piękne. Drewniany wąż owijał się wokół nogi kołyski; był zaczarowany tak, by unosić głowę i sennie mrugać. A ponad tym wszystkim krążyły srebrne gwiazdy.

Hermiona zasłoniła usta dłonią.

Draco nie wypuszczał jej z objęć.

Jego oddech musnął jej ucho.

— Nigdy nie mów mi, że rozumiesz.

Pokręciła głową, płacząc bezgłośnie.

— Nie rozumiesz. I nigdy nie zrozumiesz.

Hermiona zamknęła oczy.

Przez chwilę żadne z nich się nie poruszyło.

Potem jego uścisk zelżał.

Puścił ją.

Hermiona stała w miejscu, wpatrując się w kołyskę, aż obraz przed jej oczami zaczął się rozmywać. Widziała już wcześniej puste łóżeczka. Widziała pokoje przygotowane dla dzieci, które nie przeżyły porodu; małe, dziergane kocyki, składane przez dłonie, które nie miały już kogo nimi otulić. Zawsze wiedziała, że takie straty są nie do zniesienia. Wypowiadała właściwe słowa. Ściszała głos. Poruszała się cicho.

Ale tym razem było inaczej, bo Astoria nabrała konkretnych kształtów. Draco stał się kimś konkretnym. Scorpius przestał być wynikiem leczenia, wpisem w raporcie czy małym, przykrytym kształtem, na który nie mogła patrzeć bez bólu. Stał się tym pokojem. Tymi gwiazdami. Tym kocykiem. Tym niedorzecznym, małym smokiem czekającym na półce.

Tą przyszłością, budowaną tak starannie, że aż nieprzyzwoitym wydawał się fakt, iż świat odmówił skorzystania z niej.

— Przepraszam — szepnęła.

Tym razem Draco nie odpowiedział.

Gdy w końcu się odwróciła, zobaczyła, że podszedł do okna; stał do niej tyłem, opierając jedną, zabandażowaną dłoń o framugę. Otoczenie wydawało się zbyt łagodne w zestawieniu z nim. Zbyt pełne nadziei. Zbyt przesycone przyszłością, która umarła, zanim ktokolwiek zdążył jej dotknąć.

— Wyjdź — rozkazał.

Hermiona otarła twarz drżącymi palcami.

— Malfoy…

— Wyjdź.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Blaise był w połowie korytarza, gdy ona się wyłoniła — wyglądał tak, jakby ruszył w stronę pokoju, ale w ostatniej chwili powstrzymał się siłą woli. Jej buty leżały porzucone przy ścianie. Jeden obcas przewrócił się na bok; wyglądał na absurdalnie mały i niegroźny po gwałtownych emocjach ostatnich kilku minut.

Rzucił jedno spojrzenie na jej twarz.

— Pokazał ci.

Skinęła raz głową.

Blaise powoli wypuścił powietrze.

— Drań.

W tym słowie kryła się czułość.

I żal.

Draco pozostał w pokoju. Hermiona nie obejrzała się za siebie.

Schyliła się po buty drżącymi dłońmi, lecz Blaise ją ubiegł i podał jej obuwie bez słowa komentarza.

— Dasz radę iść?

— Tak.

— To akurat wątpliwe.

— Dam radę iść.

— W takim razie będę w to wątpić w duchu.

Jego delikatność niemal sprawiła, że się załamała. Za zakrętem korytarza pojawiła się Daphne Greengrass.

Hermiona przystanęła.

Blondynka spojrzała ponad nią w stronę bladozielonych drzwi, a potem przeniosła wzrok na zapłakaną twarz Hermiony. Na jej obliczu malowało się zrozumienie, choć nie złagodziło ono jej wyrazu.

— Zabrał cię tam.

Hermiona milczała.

Usta Daphne się zacisnęły.

— Oczywiście, że tak.

Blaise westchnął.

— Daphne.

— Co? Nie mylę się.

Jej wzrok opadł na buty, które Hermiona przyciskała do piersi, a następnie na je stopy w samych pończochach, spoczywające na zimnej posadzce.

— Powinnaś już iść — powiedziała do niej Daphne.

— Wiem.

— Nie, nie wiesz. Gdybyś wiedziała, nie przyszłabyś.

Odwróciła się i odeszła.

Blaise patrzył, jak odchodzi.

— Ma rację — dodał cicho.

— To też wiem.

Spojrzał na nią ukradkiem.

— Cieszysz się, że przyszłaś?

Hermiona pomyślała o stole pamiątkowym. O zdjęciu Astorii — jednocześnie żywej i nieobecnej. O gwiazdach krążących nad pustą kołyską.

— Jeszcze nie wiem — przyznała.

Blaise skinął głową, jakby uznał to za rozsądną odpowiedź.

Wracali w milczeniu. Karl znalazł ją u podnóża schodów, gdy wciąż jeszcze zakładała buty.

— Chcę wracać do domu — rzekła, zanim zdążył się odezwać.

Spojrzał na jej twarz i nie zadawał pytań.

— Dobrze — zgodził się.

Wyszli.

Zatrzymała się w drzwiach.

Raz obejrzała się za siebie.

Na oświetlone okna na piętrze.

Na dom za swoimi plecami.

Potem odwróciła się i wyszła w chłodną, lutową noc.

Brak komentarzy