[T] Twoje idealnie dopasowanie: Lawirowanie czasem
Witajcie :) późnym wieczorem zapraszam na nowy rozdział tłumaczenia. Wracamy do teraźniejszości i pierwszego, wspólnego dnia Draco i Hermiony.
Kolejne rozdziały
planuję dodać w drugim tygodniu urlopu, gdy wrócę od rodziny. Ale nie martwcie
się, będę miała czas na tłumaczenie, bo jednak nici z wakacji nad morzem. Poza
tym w tę sobotę może wpadną dwa rozdziały nowego tłumaczenia. Możecie obstawiać
jakiego.
Tyle ode mnie. Miłego końca tygodnia! Enjoy!
____________
Rozdział 5: Lawirowanie czasem
Hermiona
—
Chodźmy.
Uśmiechnęła
się promiennie, ściągając go z krzesła.
Dotarła
do drzwi, zdejmując zaklęcia, zanim sięgnęła po klamkę. Szybkie spojrzenie
przez ramię ujawniło, że wciąż stał w miejscu.
—
Jesteś pewna? — zapytał, po raz pierwszy wyglądając na lekko zdenerwowanego —
palce drgały lekko po bokach, jakby szukały jakiegoś zajęcia.
—
Zdecydowanie — odpowiedziała, ponownie chwytając go za rękę i pociągając do
przodu, jednocześnie przywołując bukiet, który przyniósł, wolną ręką. —
Wychodzę za ciebie za mąż, Draco Malfoyu — dzisiaj lub za pięćdziesiąt dziewięć
dni.
Jego
twarz rozjaśnił kolejny, powalający uśmiech.
—
I nie ma lepszego momentu niż teraz.
Wziął
głęboki oddech — miarowy, ale płytki — i podszedł do niej. Cichy odgłos obcasów
jego butów ze smoczej skóry na dywanie Ministerstwa niemal zginął w cichym
szumie magii, która wirowała wokół nich. Czuła jego obecność obok siebie —
silną, pewną — gdy przyciągnął ją do kolejnego, głębokiego pocałunku.
—
Ostatnia szansa, żeby uciec — powiedziała drwiącym, ale lekko zdyszanym głosem.
Mruknął
w zamyśleniu.
—
Absolutnie nie. Dzisiaj zrobię coś, co powinienem był zrobić dziesięć lat temu.
Splotła
palce z jego palcami i w końcu otworzyła drzwi.
—
Więc nie traćmy ani chwili.
Panowała
błoga cisza, gdy wyszli na korytarz, by skierować się do windy. To przypadek,
że akurat w czasie, gdy wszyscy poszli na lunch. Szli pustym korytarzem,
trzymając się za ręce, a złota winda na końcu korytarza cicho zadzwoniła,
otwierając się.
Weszli
do środka i drzwi zamknęły się za nimi.
W
windzie panowała cisza — słychać było tylko szum magii i ciche skrzypienie
starego mosiądzu. Hermiona oparła się o ścianę, serce waliło jej jak młotem —
nie z nerwów, ale przez czystą realność tego, co robili. Co oznaczała ta
chwila.
Draco
wpatrywał się w nią swoimi szarymi jak burza, spokojnymi oczami. Z trudem
łapała oddech i uśmiechała się do niego. Uniósł ich złączone dłonie do ust i
pocałował kostki jej palców, gdy winda ruszyła, zjeżdżając do biura, w którym
odbywała się ceremonia złączenia — i do reszty ich życia.
Kiedy
drzwi w końcu się otworzyły, w holu panowała cisza. Tylko dwie pary oczekiwały
w kolejce na rytuał; kolejka do apelacji była taka sama. Urzędnik mówił coś do
jednej z par, pergamin trzepotał, gdy teczka przechodziła z rąk do rąk.
Hermiona
powoli wypuściła powietrze, gdy dołączyli do kolejki. Czuła kciuk Draco
muskający grzbiet jej dłoni — delikatnym, uziemiającym gestem.
To się działo. Nie za pięćdziesiąt
dziewięć dni. Nie kiedyś — teraz.
Wślizgnęli
się do kolejki za młodymi ludźmi, którzy wyglądali tak, jakby dopiero co
skończyli szkołę — dziewczyna nerwowo skręcała szatę w palcach, chłopak szeptał
coś uspokajającego. Przed nimi mężczyzna opiekuńczo położył dłoń na ramieniu
swojej partnerki. Wszyscy czekali na to samo, ale powietrze było gęste od
bardzo różnych emocji: nerwów, nadziei, cichej rezygnacji.
Hermiona
ścisnęła dłoń Draco, nie zdając sobie z tego sprawy. Kiedy na niego zerknęła,
już ją obserwował.
—
Wszystko w porządku? — zapytał cicho, jego głos był cichy, zarezerwowany tylko
dla niej.
—
Jak najbardziej — zapewniła go z kolejnym, delikatnym uśmiechem. — Po prostu
nie mogę uwierzyć, że tu jesteśmy.
Początkowo
nic nie mówił, ale przyciągnął ją bliżej i musnął ustami jej skroń.
Coś
w jego twarzy złagodniało — jakby napięcie, z którego nie zdawał sobie sprawy,
zaczęło ustępować.
—
Tak — rzekł. — Ja też.
Ponownie
zapadła cisza, ale była przyjemna. Jedna z par została wywołana. Urzędnik z
notesem uśmiechnął się do nich z wymuszonym uśmiechem, po czym zaprowadził ich
za zasłonę.
Hermiona
spojrzała na swoje kwiaty, po raz pierwszy naprawdę je podziwiając.
—
Nie mogę uwierzyć, że pamiętałeś.
Zaśmiała
się.
—
Jak mógłbym zapomnieć.
Policzyła
kwiaty, gdy czekali.
—
Dziesięć? Dlaczego mam wrażenie, że kryje się za tym jakiś sens?
—
Bo tak jest — odparł Draco, przeciągając słowa, a kącik jego ust uniósł się w
uśmiechu.
—
Powiesz mi?
Założył
niesforny loczek za jej ucho, a następnie uniósł jej podbródek. Oczy wędrowały
po jej twarzy, jakby ją podziwiał, zanim w końcu ich oczy się spotkały.
Pochylił się, ustami muskając jej skórę, gdy wyszeptał jej do ucha:
—
Jesteś idealna.
Dreszcz
przebiegł Hermionie po kręgosłupie przez ten komplement, a na jej policzkach
pojawił się rumieniec.
Żołądek
Hermiony skręcił się — nie z nerwów, ale z powodu nagłego, absurdalnego
olśnienia. Ścisnęła dłoń Draco i pochyliła się ku niemu.
—
Nie mamy obrączek — wyszeptała. — Powinniśmy je mieć?
Posłał
jej delikatny, krzywy uśmiech.
—
Oczywiście, że powinniśmy.
Mrugnęła.
—
Chcesz… chcesz, żebym coś przemieniła?
Zaśmiał
się, kręcąc czule głową, po czym sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i
wyciągnął małe, aksamitne pudełeczko.
—
Naprawdę myślałaś, że przyjdę bez nich, kochanie?
Zaparło
jej dech w piersiach, gdy otworzyła wieko. Dwie proste, eleganckie obrączki — platynowe, pomyślała, bez wątpienia idealnie dopasowane i
zaczarowane — błyszczały delikatnie. Ciche i idealne. Ale prawdziwą gwiazdą
był pierścionek zaręczynowy. Olśniewający pierścionek „Toi et Moi” zdobił duży
diament w kształcie łezki, osadzony obok nieco mniejszego, kwadratowego.
—
Jest piękny — wyszeptała.
Draco
wzruszył ramionami, ale coś ścisnęło go w gardle, gdy powiedział:
—
Podaruję ci tylko to, co najlepsze.
—
„Toi et Moi” znaczy „ty i ja”, prawda?
—
Dokładnie — potwierdził.
—
Ale jak ty… — zaczęła, zmieszanym głosem. — Dostaliśmy listy dopiero wczoraj o
piątej.
Obrączki
były przepiękne — prawie na pewno wykonane przez gobliny. Takiego rzemiosła nie
da się zdobyć szybko ani tanio.
—
Z odpowiednią ilością złota wszystko jest możliwe.
Zanim
zdążyła odpowiedzieć, uwagę Hermiony przykuł szmer dochodzący z kolejki
apelacyjnej. Czarownica w granatowych szatach — po trzydziestce, z listem
dotyczącym dopasowania i formularzem apelacyjnym przyciśniętym do piersi —
przerwała w pół zdania, wpatrując się w nich z jawnym zaskoczeniem. Jej wzrok
błądził między pierścionkami, które trzymał Draco, a bukietem w ramionach
Hermiony. Pochyliła się w stronę asystującego jej urzędnika i szepnęła coś. Ten
odwrócił się, by spojrzeć, unosząc brwi, zanim parsknął śmiechem.
—
Niemożliwe — mruknął, nie ściszając głosu. — Hermiona Granger i Draco Malfoy? —
Zmierzył ich wzrokiem od góry do dołu, po czym kontynuował: — Czy nie stoi pani
w złej kolejce, pani Granger?
—
Prawdę mówiąc, nie — odpowiedziała ochrypłym głosem, odwracając się do
urzędnika, a dzikie loki jej kucyka zaczynały iskrzyć magią.
Potem
spojrzała na Draco, ale ten uśmiechał się do niej ironicznie.
—
Co?
—
Nic. — Zaśmiał się. — Cieszę się, że znów mogę oglądać twoje napady dzikiej
furii.
Szepty
za nimi nasilały się. Hermiona zesztywniała, ale Draco nawet nie zaszczycił ich
spojrzeniem. Uniósł ich złączone dłonie i złożył kolejny pocałunek na jej
kostkach, spokojnie i niewzruszenie.
—
Niech gadają — mruknął. — Zrobią to tak czy inaczej.
Powoli
wypuściła powietrze przez nos i kiwnęła głową. Tym razem nie odwróciła wzroku
od Draco.
—
Niech gadają.
Chwilę
później kurtyna się rozsunęła i pojawił się urzędnik Ministerstwa, rozglądając
się po kolejce.
—
Następni kandydaci na ceremonię złączenia, proszę.
Serce
Hermiony waliło w piesi, gdy ona i Draco zrobili krok naprzód. Najwyraźniej
druga para została zaproszona do środka, gdy nie reagowali. Po raz ostatni
dostrzegła szeroko otwarte oczy kobiety w granatowych szatach, gdy przechodzili
obok — jakby widziała ducha lub skandal, a może jedno i drugie.
Ale
Hermionie nie zależało na tym, co o niej myślała porządna, czarodziejska
społeczność. Już nie. Właściwie ledwo powstrzymywała się przed chęcią, by
zastosować wcześniejszy ruch Draco i kłapnąć zębami na kobietę.
Dłoń
Draco zacisnęła się na jej dłoni.
—
Gotowa?
Uniosła
brodę.
—
Zróbmy to.
Urzędnik
zaprowadził ich za zasłonę do zaskakująco ciepłej i delikatnie oświetlonej
komnaty. Przy wejściu stało długie, wypolerowane biurko, na którym już rozłożył
się pergamin i delikatnie lśnił czarem podtrzymującym. Po drugiej stronie
pomieszczenia, gdzie miała nastąpić ceremonia złączenia, wolno i miarowo
pulsowało światło z run wyrytych w starożytnym kamieniu.
Palce
Hermiony zacisnęły się lekko w dłoni Draco.
Urzędnik
— starszy czarodziej, o bystrym spojrzeniu i poważnym wyrazie twarzy — machnął
różdżką, przywołując drugie pióro.
—
Najpierw standardowe formularze — powiedział energicznie, choć nie złośliwie. —
Tu proszę wpisać pełne imiona i nazwiska. Magiczne pochodzenie. Zamiar
zacieśnienia więzi. Rodzaj żądanej więzi.
Draco
uniósł brew.
—
Czy powinienem wpisać „były Śmierciożerca” w magicznym pochodzeniu, czy to
sugestia?
Urzędnik
nie zareagował — tylko drapał coś piórem w rogu zwoju. Hermiona lekko kopnęła
Draco pod stołem.
—
Czy potrzebne są nasze listy z dopasowaniem? — zapytała Hermiona, podając
koperty.
Starszy
mężczyzna gwałtownie uniósł głowę.
—
Po to tu przyszliście? Jesteście pierwsi!
Draco
patrzył na niego ze zdziwieniem.
—
A co z parami przed nami?
—
Wzięli śluby, by wyprzedzić drugą turę listów — odpowiedział czarodziej, nie
odrywając wzroku od dokumentów. — Więc tak, jesteście pierwsi.
Hermiona
zerknęła na Draco i uśmiechnęła się, gdy do niej mrugnął.
—
Czas najwyższy, żebyśmy zrobili coś dobrze za pierwszym razem — mruknął cicho,
by tylko ona mogła usłyszeć.
Zaparło
jej dech w piersiach i przez chwilę obserwowała go, zanim podniosła pergamin,
który mieli wypełnić. Wpisała wszystko, co było wymagane — Draco był więcej niż
zdolny do wypełnienia swojej części — i zatrzymała się na sekcji zatytułowanej Rodzaj żądanej Więzi.
Były
dwie opcje: Cywilny Związek Małżeński
lub Więź Dusz.
Podniosła
wzrok i dostrzegła jego migoczące oczy. Uniosła pytająco brew i westchnęła, gdy
Draco się pochylił i zdecydowanym ruchem zaznaczył pole obok Więzi Dusz.
—
Jesteś pewny? — wyszeptała.
Więź
Dusz to nie byle jaka sprawa — po zakończeniu ceremonii nie było już odwrotu.
Jego
wzrok nie drgnął ani na moment, gdy odpowiedział:
—
Nigdy niczego nie byłem bardziej pewien.
Jego
słowa cofnęły ją w czasie o dziesięć lat, do wszystkich chwil, w których
wypowiadali te same słowa. To zdanie pojawiało się nie raz w ciągu ich ulotnego
ósmego roku — zwłaszcza wtedy, gdy powiedział jej, że jest pewien odnośnie jej
prezentów świątecznych, co sprawiło, że zrozumiała, iż naprawdę ją dostrzega, i
ponownie, gdy powiedziała to samo, dając mu do zrozumienia, że chce, by był jej
pierwszym.
Gdy
ich dokumenty były wypełnione, urzędnik wziął je i sprawdził — raz, a potem
drugi. Zadowolony, kiwnął głową i wstał.
—
Bardzo dobrze — powiedział. — Więź dusz wymaga głębszego, magicznego
zakotwiczenia. Ceremonia jest inna — starsza. Nieco wolniejsza, bardziej
formalna. Ale myślę, że przekonacie się, iż było warto.
Machnął
różdżką i pergamin na chwilę rozbłysnął, po czym z cichym pyknięciem zniknął w
pudełku na dokumenty. Następnie wskazał ręką na drugą stronę pomieszczenia,
gdzie wyryte w kamieniu runy pulsowały teraz w rytm bicia serca Hermiony.
—
Tędy.
Dłoń
Hermiony zacisnęła się w dłoni Draco, gdy oboje zrobili krok naprzód. W
komnacie panowała cisza, przerywana jedynie szumem magii. Runy zaczęły świecić
jaśniej — złoto dla niej, srebrno dla niego — reagując na ich obecność.
Urzędnik
podszedł do tyłu kamiennego łuku, wskazując miejsce przed sobą.
—
Stańcie tutaj — polecił. — Twarzą do siebie i złapcie się za ręce.
Wykonali
jego polecenie i Hermiona ponownie westchnęła. Delikatny blask run wokół nich
narastał. Pradawna magia w powietrzu otulała ich, unosząc jej loki i muskając
skórę aż po opuszki palców.
—
Zaczynajmy — rzekł urzędnik. — Mówcie, kiedy zostaniecie o to poproszeni.
Czarodziej
uniósł różdżkę i dwa strumienie światła — srebrny i złoty — wiły się i tańczyły
wokół ich dłoni.
Draco
ścisnął jej dłonie. Hermiona odwzajemniła gest.
Urzędnik
zaczął niskim i rytmicznym głosem, w dialekcie, który brzmiał staro — tak staro
jak sama magia, sylaby zaśpiewywały się powoli i melodyjnie. Runy jaśniały z
każdym wypowiedzianym słowem, aż krąg rozbłysnął jak światło gwiazd.
Potem
zapadła cisza.
—
Hermiono Jean Granger — powiedział urzędnik. — Czy wchodzisz w tę więź z
własnej woli?
—
Tak.
Magia
narastała.
—
Draco Lucjuszu Malfoyu, czy wchodzisz w tę więź z własnej woli?
—
Tak.
Złączone
dłonie zaczęły słabo świecić — złote i srebrne wstęgi magii wirowały wokół
nich, splatając się w spiralę światła, która delikatnie oplatała ich ramiona.
—
Powtórzcie za mną — razem.
Mówili
jednym głosem, a ich głosy nakładały się na siebie z zaskakującą stanowczością.
—
Jesteś moim sercem, moim domem i mi równy. Oddaję ci swoje ciało, abyśmy mogli
stać się jednością. Oddaję ci moją magię, splecioną z twoją. Oddaję ci moją
duszę, związaną z twoją na całe moje życie.
Światło
robiło się coraz jaśniejsze, świecąc jak południowe słońce.
Powietrze
w pomieszczeniu zapulsowało raz, dwa, a potem zaświeciło równomiernie i mocno.
Otaczająca ich magia osiadła głębiej niż skóra i kości, głębiej niż ciche
przestrzenie między oddechami — osiadła głęboko w duszy.
To
nie był błysk mocy, tylko poczucie przynależności.
Jak dom.
Dobiegał
do nich cichy szum runów.
—
Więź się dopełniła — rzekł cicho urzędnik.
Draco
nie czekał. Objął dłońmi twarz Hermiony i pocałował ją powoli, z szacunkiem,
jakby wkładał w nią całą swoją duszę.
Kiedy
w końcu się rozdzielili, powiedziała coś, czego rozpaczliwie pragnęła dziesięć
lat temu — coś, czego trzymała się jak ostatniej tarczy wokół serca.
—
Kocham cię.
Uśmiech
jej męża dorównywał blaskowi słońca, gdy zrozumiał jej słowa.
—
Ja ciebie też kocham.
Urzędnik
cicho odchrząknął.
—
Macie obrączki?
Draco
bez wahania wyciągnął aksamitne pudełeczko z marynarki i otworzył je jedną
ręką. Zapierający dech w piersiach pierścionek „Toi et Moi” i platynowe
obrączki ślubne leżały razem niczym obietnica.
Hermiona
cicho wypuściła powietrze. Prawie o tym zapomniała w natłoku magii, ale
zobaczenie ich teraz — ledwo widocznych pod zaklęciami — wydawało się
ostatecznym przypieczętowaniem więzi.
Wyjął
jej obrączkę, jego palce pozostały nieruchome pomimo emocji w oczach.
—
Mogę?
—
Proszę — wyszeptała, wyciągając dłoń.
Najpierw
włożył obrączkę na jej palec, a potem pierścionek zaręczynowy.
—
Ty i ja — powiedział po prostu.
Gardło
jej się zacisnęło, oczy zaszły mgłą, gdy myślała o wszystkim, przez co
przeszli, by dotrzeć do tego momentu — o wszystkich latach spędzonych osobno,
tylko po to, by los znów ich połączył. Następnie wzięła do ręki jego obrączkę;
chłodną i ciężką.
—
Ty i ja — powtórzyła, wsuwając ją na jego palec.
Magia
zapulsowała, gdy obrączki osiadły na miejscu, a każda z nich połączyła się ze
swoim właścicielem iskrą światła.
—
Nie możemy tego odwrócić, nawet gdybyśmy chcieli — powiedział cicho, ale
spokojnie.
—
Dobrze — wyszeptała. — Bo nie chcę.
Resztka
magii osłabła, choć Hermiona wciąż czuła jej brzęczenie pod skórą. Stali tak
dłuższą chwilę, wciąż trzymając się za ręce, wciąż zatopieni w cichym zachwycie
nad tym, co właśnie zrobili.
W
końcu urzędnik delikatnie odchrząknął.
—
Możecie tu zostać przez kilka minut — rzekł zaskakująco miłym tonem. — Będę tuż
za drzwiami.
Draco
zerknął na nią.
—
Potrzebujesz chwili?
Kiwnęła
głową, jej głos ugrzązł gdzieś w piersi.
—
Chwileczkę.
Czekali,
aż zasłona cicho opadnie za starszym mężczyzną, po czym odwrócili się do
siebie.
Wspomnienia
ich ósmego roku przelatywały przez jej umysł — tego ulotnego czasu, kiedy ich
związek tak bardzo się pogłębił i zmienił.
—
Udało nam się — wyszeptała.
Draco
musnął kciukiem jej policzek.
—
Tak. Udało się — mruknął, pochylając się, by złożyć kolejny pocałunek na jej
ustach, językiem muskając spojenie jej warg, by go pogłębić.
Trzymali
się jeszcze chwilę w milczeniu, pozwalając blaskowi chwili ich ogarnąć. W końcu
Hermiona wypuściła powietrze i cofnęła się lekko, wciąż trzymając palce Draco.
—
Chociaż chciałabym zostać w tej bańce jeszcze trochę — wymamrotała — to chyba
powinniśmy już iść.
Chwyciła
go za rękę i wyprowadziła z komnaty, zatrzymując się przy zasłonie
oddzielającej ich od sąsiedniego pokoju. Hermiona odwróciła się, by po raz
ostatni spojrzeć na łuk — miejsce, w którym połączyli swoje dusze.
Przeszli
pod zasłoną, a urzędnik uśmiechnął się, podnosząc wzrok znad papierów.
—
Pani Granger — zaczął, po czym się poprawił. — Przepraszam… pani Malfoy, jeśli
jeszcze pani tego nie zrobiła, musi pani napisać pismo dotyczące urlopu na czas
miesiąca miodowego i wysłać do kierownika swojego departamentu. Proszę
pamiętać, że to obowiązkowy, trzydziestodniowy miesiąc miodowy, ale może go
pani przedłużyć do opcjonalnych sześćdziesięciu dni.
—
Dziękuję — powiedziała Hermiona, kiwając głową z szacunkiem.
Kiedy
wrócili do holu, obie kolejki były o wiele dłuższe niż wcześniej. Hermiona
ledwo zerknęła w tamtą stronę, po czym podeszła do kontuaru stojącego z boku.
Chwyciła pióro oraz pergamin i zaczęła pisać.
Przygryzła
wargę, gdy dłonie Draco oparły się po obu jej stronach na blacie, a jego klatka
piersiowa ogrzewała plecy. Czuła niski, dudniący ton głosu, gdy się odezwał,
jego oddech muskał jej kark.
—
Cieszę się, że nie protestowałaś w sprawie wzięcia wolnego — mruknął z wyczuwalnym
uśmieszkiem w głosie. — Bo jeśli myślisz, że pozwoliłbym ci jutro wrócić do
pracy, to się mylisz.
Kiedy
Hermiona odzyskała swój głos, był bardziej zdyszany niż słyszała od dawna.
—
Nigdy bym o tym nie pomyślała.
Czuła
na sobie spojrzenia wszystkich zgromadzonych — wraz z cichymi drwinami i
pomrukami. Nie wiedziała, czy to dlatego, że Draco od dekady nie pojawił się w
głównym nurcie czarodziejskiego świata, czy dlatego, że byli razem.
Hałas
tylko narastał, gdy duża, wytatuowana dłoń przesunęła się po jej udzie i Draco
złożył pocałunek za jej uchem.
—
Zignoruj ich, kotku — mruknął.
Zaśmiała
się, chwyciła różdżkę i przemieniła pergamin w jeden z charakterystycznych,
papierowych samolocików Ministerstwa.
—
Bez obaw. Nawet gdybym próbowała, nie dałabym rady teraz nie zwracać uwagi.
Konieczne
machnięcie różdżką i wyszeptane zaklęcie posłały mały samolocik do DKNMS i
gabinetu kierowniczki Bottlebrush.
Patrzyła,
jak zniknął w windzie, po czym obróciła się w ramionach Draco.
—
To wszystko. Oficjalnie mam wolne przez najbliższe dwa miesiące.
Draco
uniósł brew, wyraźnie zadowolony, że wybrała dłuższą opcję.
—
Dwa miesiące tylko dla nas. Co zrobimy?
Rzuciła
mu spojrzenie pełne żaru i nikczemnej obietnicy.
—
Na pewno coś wymyślimy.
Ręka
w rękę szli do windy. Biuro zniknęło za nimi, gdy złote drzwi się otworzyły,
odsłaniając znajomą, mosiężną klatkę, która miała zabrać ich z powrotem do
Atrium Ministerstwa. W chwili, gdy winda ruszyła w górę, Hermiona na chwilę
oparła głowę na ramieniu Draco, a jej ciało wciąż wibrowało magią i
oczekiwaniem.
Kiedy
drzwi ponownie się rozsunęły, wpuszczając strumień łagodnego, popołudniowego
światła z zaczarowanego sufitu Atrium, mieli wrażenie, że świat nieodwracalnie
obrócił się wokół własnej osi. Ich zaczarowana bańka pękła szybciej niż się
spodziewano, roztrzaskana na widok grupy reporterów zgromadzonych w holu.
—
Ech — jęknęła Hermiona. — Powinnam się domyślić, że tak się stanie.
Za
każdym razem, gdy Ministerstwo uchwalało coś, co przyciągało uwagę opinii
publicznej, dziennikarze gromadzili się w Atrium — ponieważ nie mieli wstępu na
żadne inne piętro — i czekali, by zaatakować ludzi, żeby zdobyć cytaty do
artykułów i zdjęcia.
Hermiona
i Draco ledwo zdążyli zareagować, zanim ich otoczono.
—
Pani Granger, co pani sądzi o prawie małżeńskim?
—
Hermiono, tutaj!
—
Dlaczego jesteś ze Śmierciożercą, Hermiono? Był twoim dopasowaniem?
—
Hermiono, czy wyszłaś dzisiaj za mąż?
Głośne,
nakładające się głosy i nieustanny trzask fleszy były przytłaczające. Hermiona
czuła falę ulgi, gdy ramię Draco objęło ją i przyciągnęło do siebie. To ją
uziemiło — ale okazało się, że to zły ruch z punktu widzenia prasy. Gest tylko
podsycił szaleństwo, przyciągając reporterów bliżej, krzyczących głośniej i
pstrykających jeszcze więcej zdjęć.
Zbliżali
się do wyznaczonego przez Ministerstwo punktu teleportacyjnego, gdy jeden z
reporterów podszedł za blisko — wpadając na Hermionę, popychając ją i
nadeptując na jej stopę. W mgnieniu oka Draco przyciągnął ją do siebie,
osłaniając swoim ciałem.
Kiedy
się odezwał, jego głos przypominał zabójczy warkot, przebijający się przez
hałas i sprawiający, że dziennikarz cofnął się, zataczając się.
—
Łapy precz od mojej żony.
Słowo
żona zawisło ciężko w oszołomionej
ciszy, na tyle długo, by rozpalić ogień.
A
potem chaos eksplodował.
Flesze
zabłysły. Wybuchła kakofonia pytań. Hałas narastał, gdy reporterzy zdali sobie
sprawę, czego właśnie byli świadkami.
Hermiona
nie poświęciła im ani chwili. Rzuciła szybkie Zaklęcie Tarczy, odcinając
najgroźniejszych z tłumu i chwytając Draco za rękę. Bez słowa się aportowali,
znikając z głośnym, zdecydowanym trzaskiem.
Pojawili
się kilka sekund później w jej salonie, a trzask aportacji sprawił, że
Krzywołap zeskoczył z drapaka i popędził korytarzem do sypialni. Jak zawsze,
Hermiona lekko się zachwiała po lądowaniu — ale tym razem Draco tu był,
obejmując ją ramionami, by podtrzymać ją, dopóki nie odzyskała równowagi.
—
Hermiono — powiedział po chwili, obserwując znikający za rogiem rudy pas futra
— mam halucynacje, czy ten pomarańczowy potwór, którego nazywasz kotem, jeszcze
żyje?
—
Oczywiście, że tak — prychnęła, klepiąc go po piersi bez użycia siły. — Nie
miał nawet roku, kiedy go kupiłam, a czternaście lat to nie tak dużo jak na
kota — zwłaszcza na pół-kuguara.
Draco
uśmiechnął się krzywo, rozglądając się po mieszkaniu.
—
Cóż, to chyba ma sens.
Przewróciła
oczami, choć jej usta drżały.
—
W końcu się oswoi.
Mruknął
w zamyśleniu, po czym wsunął ręce do kieszeni i powoli się odwrócił, by
rozejrzeć się po przestrzeni wokół siebie.
—
Więc… to jest dom?
Jej
wyraz twarzy złagodniał, gdy na niego patrzyła. Oglądał wygodną, zabytkową
kanapę, na której czytała, ścianę zastawioną przepełnionymi książkami regałami,
stolik nocny zagracony piórami, filiżankami i porozrzucanymi kawałkami
pergaminu.
—
Tak — powiedziała cicho. — Zgadza się.
Podszedł
do jednej z półek i wstrzymała oddech. Wiedziała dokładnie, gdzie zatrzyma się
jego wzrok — na często czytanym egzemplarzu Historii
Hogwartu i dwukierunkowym dzienniku, które podarował jej na Boże Narodzenie
dziesięć lat temu.
Widziała
jego reakcję, gdy je znalazł: zatrzymał się gwałtownie, lekko prostując
kręgosłup.
Draco
wpatrywał się w dziennik i książkę przez długą chwilę z nieprzeniknionym
wyrazem twarzy. Potem parsknął cichym śmiechem, ledwie głośniejszym od oddechu,
ale Hermiona go wychwyciła. Wyciągnął rękę i zdjął dziennik z półki, obracając
go w dłoniach.
—
Też go zachowałaś.
To
było stwierdzenie, nie pytanie — jakby zawsze wiedział, że to zrobi.
—
A ty zachowałeś swój.
—
Owszem — powiedział cicho. W końcu odwrócił się, by na nią spojrzeć, a jego
szare oczy błyszczały emocją. — I szalik, który mi zrobiłaś na drutach.
Hermiona
uśmiechnęła się, po czym podeszła do niego i oparła głowę na jego ramieniu.
—
Otwórz.
Draco
podążył za jej wskazówkami, gwałtownie unosząc głowę, gdy zobaczył, co było w
środku: każdy kwiat, który jej podarował na ósmym roku, starannie zachowany
między kartkami. W milczeniu wpatrywał się w sprasowane róże, palce muskały
jeden z delikatnych płatków, teraz cienkich jak papier i wyblakłych na brzegach
niczym wspomnienie.
—
Też je zachowałaś? — zapytał w końcu, a w jego głosie słychać było coś
niewypowiedzianego.
—
Uwielbiałam je — odparła po prostu.
Wypuścił
drżący oddech, wciąż wpatrując się w dziennik.
—
Tak wiele nie mogłem wtedy powiedzieć — nie mogłem zrobić. Choć to było głupie,
jedynie to mogłem ci dać.
—
To nie było głupie — rzekła, unosząc głowę, by na niego spojrzeć. — Starałeś
się. I wiedziałam o tym.
Draco
w końcu z namaszczeniem odłożył dziennik na półkę. Potem odwrócił się do
Hermiony, obejmując jej twarz obiema dłońmi i całując ją delikatnie.
—
Dałbym ci wszystko, gdybym wiedział jak.
—
Dałeś mi wystarczająco dużo — wyszeptała.
Pocałował
ją ponownie — powoli i głęboko, nie jako znak interpunkcyjny, a raczej
kontynuację, jakby ostatnie dziesięć lat odpłynęło i zaczęli od nowa tam, gdzie
skończyli.
Gdy
się rozdzielili, nie odsunął się daleko — po prostu oparł czoło o jej czoło,
biorąc oddech.
—
Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę mógł cię tak dotknąć — mruknął.
Uśmiechnęła
się, a łzy napłynęły jej do oczu, nie ze smutku, lecz z ulgi i wdzięczności, że
może to mieć.
—
Możesz — powiedziała. — Oczywiście, że możesz.
Draco
uniósł ją delikatnie jak pannę młodą, a ona mu na to pozwoliła. Nie było w tym
pośpiechu. Tylko cichy szum na nowo odkrytej miłości, gdy niósł ją przez pokój
jak coś świętego.
Gdy
skierował się do sypialni, Hermionę ogarnął spokój — poczucie słuszności.
To właśnie tu, pomyślała. To
tu zawsze powinnam być.
—
To mugolski zwyczaj? — zapytał Draco, przenosząc ją przez próg sypialni. — Mam
wrażenie, że robię to tylko w połowie dobrze.
—
Cóż, zwyczaj mówi, że powinieneś przenieść mnie przez próg drzwi wejściowych,
ale tak też jest dobrze.
Rozrzedzone
popołudniowe światło sączyło się przez zwiewne zasłony, delikatnie oświetlając
przestrzeń. Położył ją na łóżku, przesuwając dłońmi po jej łydkach, aż w końcu
zdjął jej buty jeden po drugim, po czym postawił je równo na podłodze. Zdjął
też swoje buty ze smoczej skóry i pochylił się nad nią.
Bursztynowe
oczy wpatrywały się w burzliwą szarość i pozostały tak przez jedno i drugie
uderzenie serca. Hermiona wsunęła dłonie pod marynarkę Draco, ściągając go do
swojego poziomu i chwytając usta w desperackim pocałunku, zsuwając ubranie z
jego ramion.
Nie
przerywając pocałunku, przytulił ją i rozpiął zamek sukienki, podczas gdy ona
rozluźniła jego krawat, rozpięła koszulę i odpięła pasek. W końcu się od siebie
odsunęli, każde z nich wciągnęło gwałtownie powietrze, gdy zsunęła sukienkę i
pasującą do niej bieliznę. Patrzyła, jak zrzucał z siebie resztę ubrań, nie
spuszczając z niej wzroku.
—
Nie mogę uwierzyć, że znów tu jesteśmy — wyszeptała. — Że możemy to przeżyć.
Słychać
było tylko cichy szelest materiału opadającego na podłogę i ciszę między
uderzeniami serc. Jej skóra mrowiła, gdy omiótł ją wzrokiem, jakby jej ciało
wiedziało, jak ważna była ta chwila. Była naga, ale nie bezbronna. Nie, będąc z
nim.
Draco
przesunął ją, by mogła się oprzeć o poduszki, kładąc dłonie po obu stronach jej
głowy i podpierając się swoim ciężarem.
—
Uwierz w to, skarbie.
Zatrzymał
się, opierając czoło o jej czoło, a ona miała wrażenie, jakby wstrzymywała
oddech od dziesięciu lat. Jego ciepło, jego zapach — ta sama ostra, cytrusowa
woda kolońska i subtelna nuta ciepłej wanilii i tytoniu — podziw w jego
spojrzeniu — wszystko to łączyło się, by przenieść ją do tamtej nocy w Pokoju
Życzeń.
—
Tym razem się nie hamuj — wyszeptała, a jej głos drżał z emocji.
—
Nigdy więcej.
Poruszył
się, ustawiając się przy jej cipce, wpatrując się w nią, aż mruknęła:
—
Proszę, Draco.
Z
kolejnym, płynnym ruchem bioder wsunął się w nią. Wtulił twarz w jej szyję,
jęcząc jej imię jak modlitwę.
—
Bogowie, Hermiono, tęskniłem za tobą.
Wstrzymała
oddech, słysząc jego wyznanie, gdy po policzku spłynęła łza, którą otarł
kciukiem.
—
Wciąż nie mogę uwierzyć, że tu jesteś… że możemy to przeżyć.
Draco
znów się poruszył, narzucając powolne, pełne szacunku tempo. Nie spuszczał z
niej wzroku, obejmując dłonią jej kark i całując czoło, policzki, nos oraz
usta. Nie przestawał też mówić, nieustannie ją chwaląc.
—
Taka piękna.
—
Jesteś taka idealna.
—
Jesteś wszystkim, czego potrzebuję, Hermiono.
Nie
wiedziała, ile czasu minęło, ale surowa zaborczość w jego głosie, gdy
wychrypiał Moja żona — moja, w
połączeniu z niekończącym się ruchem jego bioder i uściskiem dłoni na jej
talii, wystarczyła, by doprowadzić ją do szaleństwa. Orgazm zalał ją niczym
delikatna ulewa, a Draco doszedł wraz z nią.
Opadł
na łóżko obok niej, przyciągając ją w swoje ramiona i unosząc jej podbródek, by
znów ją pocałować.
—
Kocham cię.
Hermiona
nie mogła już dłużej utrzymać otwartych oczu, ale i tak udało jej się wyszeptać
Ja ciebie też kocham, zanim ukołysał
ją do snu dźwięk bicia serca męża.
Draco
Kiedy
Draco obudził się godzinę później, miał wyraźne przeczucie, że zaraz się udusi.
Kucyk Hermiony nie przetrwał ich działań, a teraz, gdy leżał na plecach z nią
rozciągniętą na jego piersi, napuszone loki robiły, co mogły, żeby utrudnić mu
oddychanie.
Potężny
pół-kuguar siedzący na jego brzuchu też nie ułatwiał sprawy.
—
Mogę ci w czymś pomóc? — mruknął, wciąż mrugając, by pozbyć się senności.
Krzywołap
wpatrywał się w niego zmrużonymi, żółtymi oczami, a jego ogon, niczym szczotka,
machał władczo z pogardą. Kot zerknął na śpiącą twarz Hermiony, po czym znów
wpatrywał się w Draco. Ku zdumieniu wszystkich, pomarańczowy potwór uniósł
jedną łapę i celowo wysunął pazury — leniwie machając nimi w powietrzu w
kierunku Draco, po czym schował je i z dumą oraz obojętnością zaczął oblizywać
łapę.
—
W porządku. — Westchnął Draco. — Jestem pewien, że musiałeś posprzątać po mnie,
kiedy zniknąłem.
Krzywołap
kichnął, jakby potwierdzając fakt.
—
To się już nie powtórzy — zapewnił go Draco. — Ale dziękuję, że byłeś przy
niej.
Wyraźnie
zadowolony, kot zeskoczył z łóżka i wyszedł z pokoju z wysoko uniesionym
ogonem.
—
Cóż — powiedziała Hermiona, ziewając — gdybym nie wiedziała, że chcę cię
poślubić… ta rozmowa z Krzywołapem przypieczętowałaby sprawę.
Draco
prychnął głośno, zakładając kosmyk włosów za jej ucho.
—
Dobrze wiedzieć. Czuję, że dostałem niechętne błogosławieństwo kota.
Hermiona
zanuciła i przesunęła się, podpierając się na łokciu, pozwalając, by jej oczy
błądziły po niej. Palce podążyły za nimi, delikatnie sunąc po jego ramieniu,
zanim musnęły tatuaż oplatający biceps.
—
Nie zdążyłam się im wszystkim dobrze przyjrzeć — mruknęła, śledząc wzrokiem
ciemnie linie i krzywizny. — Ile ich masz?
Przesunął
wolną rękę, obracając nadgarstek, zerkając na tatuaże po tej stronie.
—
Na tym etapie nie potrafię nawet powiedzieć.
Palce
wędrowały po jego brzuchu, zatrzymując się, by poprowadzić wzrokiem po dwóch
wężach zwiniętych wzdłuż boków jego brzucha — tam, gdzie spotykały się na dolnej
linii mięśni brzucha, z otwartymi paszczami gotowymi do ataku.
—
Bardzo mi się podobają — rozmyślała, muskając opuszkami palców jeden z kłów. —
Jak to się stało, że zacząłeś?
—
Pierwszy był wyjątkowy — przyznał Draco. — Potem… jak wielu ludzi, uzależniłem
się. Poza tym, za każdym razem, gdy matka na nie narzekała, dodawałem kolejne
dwa. — Machnął leniwym gestem dłoni, wskazując na obfitość tuszu pokrywającego
jego ciało. — I tak oto doszliśmy do tego.
Hermiona
usiadła, jej oczy błyszczały, a loki podskakiwały od nagłego zainteresowania.
—
Chwila… więc który jest pierwszy?
—
Spróbuj znaleźć.
Uśmiechnął
się ironicznie, szeroko rozkładając ramiona.
Z
zapałem wyplątała się z kołdry i usiadła okrakiem na jego biodrach. Lawendowa
pościel opadła niżej, a Draco zaśmiał się z niedowierzaniem, przesuwając dłonią
po jej prawym udzie.
—
Chwileczkę — wcześniej tego nie było.
Jego
palce podążyły po lśniących, czarnych łuskach żmii, która wiła się od jej
biodra do kolana.
Hermiona
zachichotała i położyła swoją dłoń na jego dłoni, dokładnie tam, gdzie głowa
węża spoczywała na jej biodrze.
—
Urok zazwyczaj słabnie, kiedy śpię.
—
Jak… kiedy… dlaczego? — jąkał się, wpatrując się w tatuaż.
—
Jak? Poszłam do mugolskiego studia — nie chciałam, żeby to trafiło do Proroka. Kiedy? Kilka lat po tym, jak
skończyliśmy szkołę — powiedziała, wyliczając na palcach. — Dlaczego? — Jej
uśmieszek stał się łobuzerski, gdy przesunęła palcami po jego brzuchu. — Chyba
tęskniłam za wężem między nogami.
Oniemiały
Draco wpatrywał się w nią. Potem jęknął, przeciągając dłonią po twarzy, zanim
chwycił ją za biodra.
—
Bogowie, kobieto. Nie możesz mówić takich rzeczy, siedząc na mnie okrakiem.
Hermiona
uśmiechnęła się do niego bez cienia skruchy.
—
Dlaczego nie? Podoba ci się to.
Jego
uścisk się zacisnął.
—
Oczywiście. — Oparł się na jednym łokciu, drugą rękę wciąż trzymał na jej
udzie, a wzrok wędrował po niej z czymś nabożnym pod maską gorąca. — Zawsze
wiedziałaś, jak mnie doprowadzić do szału.
Zanuciła,
przeczesując jego potargane blond włosy.
—
To dar.
Uśmiechnął
się, ale teraz kryło się za tym coś łagodniejszego.
—
Jesteś niemożliwa.
Przechyliła
głowę, a loki opadły jej na ramię.
—
I uwielbiasz to.
Draco
wciągał jej zapach, jakby potrzebował jej bardziej niż powietrza.
—
Tak — powiedział cicho, ale stanowczo. — Naprawdę, naprawdę potrzebuję.
Pochyliła
się i zasłona loków ich otuliła, gdy go pocałowała. Ciepły, korzenny zapach jej
perfum — mieszanka kwiatów, przypraw i bergamotki, której nie czuł od dekady —
otoczył go i mocno się nim zaciągnął. Ostatnie dwadzieścia cztery godziny były
istnym huraganem, ale nic by z nich nie zmienił.
Po
minucie Hermiona usiadła i chwyciła jego wędrujące dłonie. Umieściła je nad
jego głową, lekko dociskając do poduszki, próbując spojrzeć na niego surowo.
—
Nie ruszaj się — powiedziała głosem, który na pewno miał być warknięciem, choć
brzmiał bardziej jak mruczenie. — Mam bardzo ważną misję, muszę znaleźć twój
pierwszy tatuaż.
—
Tak, proszę pani.
—
Dobrze. — Kiwnęła głową. — To bardzo ważna misja.
Draco
z rozbawieniem obserwował, jak badała górną część jego ciała niczym niuchaczka
szukająca złota. Mamrotała pod nosem, ignorując różne tatuaże i miejsca — małe
V formujące się między jej brwiami było bardzo
urocze.
—
Cóż — rzekła — na pewno nie zacząłbyś od rąk, więc one odpadają. Zdecydowanie
nie te na szyi ani na głowie.
—
Słusznie.
Uniosła
wzrok, jakby zapomniała o jego obecności, po czym kontynuowała poszukiwania.
Przesunęła palcem po każdym z bliźniaczych węży na jego brzuchu.
—
Choć bardzo mi się podobają, zdecydowanie nie były pierwsze.
—
Nic z tych rzeczy.
Przesunęła
dłońmi po jego brzuchu i ramionach, aż zatrzymała się na tych na jego piersi.
Zaparło mu dech w piersiach, gdy wyciągnęła rękę ku temu, który znajdował się
najbliżej serca, a jej oczy błysnęły podejrzanie.
—
Draco — szepnęła. — Czy ten… serio… to
twój pierwszy?
Nie
patrząc w dół, wiedział, że go znalazła: mały bukiet róż Hermiony po lewej
stronie jego klatki piersiowej, idealna kopia tych, które trzymała w swoim
dzienniku.
—
Zrobiłem go latem po skończeniu szkoły — potwierdził. W końcu odsunął ręce od
miejsca, w którym je schowała, delikatnie owijając jedną dłonią jej nadgarstek.
— Patrz.
Jeśli to nie zadziała, po tym
wszystkim, pomyślał, to dorwę tego tatuażystę.
Pozwoliła
mu poprowadzić swoją dłoń do jego klatki piersiowej, delikatnie opierając ją na
skórze. Po kilku sekundach magia osadzona w tatuażu zareagowała na jej magiczny
podpis i róże zamknęły się — co ponownie wywołało u niej westchnienie.
Uśmiechnął
się, doskonale wiedząc, co widziała: maleńką książeczkę, miniaturowy kłębek
włóczki z drutami, maleńką filiżankę herbaty i zarys małej lwicy.
—
Jak… — jej łzawy i pełen zachwytu głos ucichł.
—
W dzienniku zostało wystarczająco dużo twojego magicznego podpisu, by tatuażysta
mógł zaczarować ten, aby reagował na twój dotyk. Widzisz? — Ponownie przycisnął
jej dłoń do piersi i róże znów rozkwitły. Kiedy przyłożył do tatuażu swoją
dłoń, nic się nie stało. — Reaguje tylko na ciebie. Nie widziałem tych ukrytych
tatuaży od czasu, gdy zostały wykonane.
Dłoń
Hermiony pozostała przyciśnięta do jego piersi, palce rozłożyły się na różach,
jakby bała się poruszyć i przerwać tę chwilę.
Jej
usta otworzyły się, a potem zamknęły.
—
Ty… — Głos drżał, gdy spróbowała ponownie, szybko mrugając. — Nie mogę
uwierzyć, że to zrobiłeś.
Draco
uśmiechnął się lekko i smutno.
—
Przynajmniej to mogłem zrobić.
Pochyliła
się i pocałowała go — powoli i z szacunkiem — wciąż trzymając dłoń na jego
sercu. Kiedy się odsunęła, oparła czoło o jego czoło i mruknęła:
—
Nie mogę uwierzyć, że miałeś to przez cały czas, kiedy byliśmy osobno. To tak,
jakbyś mnie nosił ze sobą przez dekadę.
—
Ty zrobiłaś to pierwsza — rzekł. — Nie wiem, czy przetrwałbym ten ostatni rok w
szkole bez ciebie.
Znów
zapiekły ją oczy, ale udało jej się łzawo zachichotać.
—
Niech cię diabli wezmą za te wyszukane słówka. Wykończysz mnie.
—
Szczerze na to liczę — powiedział z diabelskim uśmiechem na twarzy.
Zaśmiała
się, tym razem weselej, i otarła oczy nasadą dłoni.
—
Dobra. Skończę jako kałuża.
Zanim
zdążyła się ruszyć lub cokolwiek powiedzieć, jej brzuch zaburczał głośno i
niegodnie. Zasłoniła go dłońmi, rumieniąc się gwałtownie.
Draco
uniósł brew, absolutnie zachwycony.
—
To ty, czy Krzywołap dostał udaru?
Hermiona
jęknęła i oparła czoło o jego ramię.
—
To był mój brzuch. Najwyraźniej miłość i tatuaże nie wystarczają, żebym nie
umarła z głodu.
Uśmiechnął
się szeroko, muskając dłonią jej kręgosłup.
—
Tragiczne. Wzięliśmy ślub niecałe sześć godzin temu, a już jesteś na skraju
wyniszczenia.
Klepnęła
go w bok.
—
Tak, cóż.. spędziłam przerwę obiadową na bzykanku, a przez resztę popołudnia brałam
ślub.
—
Ach tak, wygląda na to, że miałem w tym swój udział — odpowiedział zamyślony, z
figlarnym spojrzeniem w oczach.
Hermiona
prychnęła, po czym uniosła głowę.
—
Powinniśmy coś zjeść.
—
Powinniśmy — zgodził się, siadając. — Chyba musimy też ustalić, kto się gdzie
przeprowadza.
Prychnęła
z politowaniem, schodząc z niego i kierując się do łazienki.
—
Jestem pewna, że tam, gdzie mieszkasz, jest o wiele lepiej niż w moim
mieszkaniu.
Uśmiechnął
się, gdy wysunęła głowę zza framugi drzwi.
—
Czekaj, gdzie mieszkasz? We Dworze?
—
Bogowie, nie. — Wzdrygnął się. — Nie wytrzymałem nawet całego lata po
zakończeniu ósmego roku.
Draco
z fascynacją obserwował, jak zwijała loki w kok i przeczesywała je różdżką —
coś, co uwielbiał oglądać podczas ostatniego roku nauki. Tym razem jednak jej
różdżka przykuła jego uwagę, przypominając mu o czymś, czego nie zrobili.
—
O cholera! — krzyknął, zmuszając ją do zrobienia kroku w stronę drzwi — teraz
miała na sobie miękką, letnią sukienkę, którą przywołała z szafy. — Nie
rzuciliśmy zaklęcia antykoncepcyjnego.
—
Dobrze, że biorę eliksir, geniuszu. — Zaśmiała się Hermiona. — Bo wcześniej też
o tym zapomniałeś. A propos — krzyknęła nagle, a jej magia iskrzyła w lokach —
wiesz, że krąży plotka, że Ministerstwo może zdelegalizować eliksiry
antykoncepcyjne?! Mimo że pary mają nawet dwa lata na zgłoszenie ciąży,
najwyraźniej liczą na to, że uda im się ją przyspieszyć.
Blaise powinien się dowiedzieć, jak
możemy zwiększyć zapas tego konkretnego eliksiru, pomyślał Draco.
—
To niedorzeczne — kontynuowała. — Mam zapas na kilka miesięcy, ale potem… co
potem? Szczerze mówiąc, myślę, że mieliśmy szczęście podczas pierwszego razu,
bo wiem na pewno, że te zaklęcia nie są takie świetne — dlatego jest tylu
cholernych Weasleyów.
Draco
oparł się o wezgłowie łóżka, obserwując, jak Hermiona krąży po swoim pokoju,
przywołując przedmioty i upychając je do niemożliwie małej torebki,
jednocześnie wygłaszając swoją tyradę.
—
Nie zrozum mnie źle. — Westchnęła. — Zdecydowanie jestem otwarta na dzieci,
skoro jestem z tobą, ale naprawdę chciałabym, żebyśmy przez te dwa lata mogli
nacieszyć się sobą.
Jego
serce waliło w piersi, ale udało mu się brzmieć spokojnie i opanowanie, kiedy
odpowiedział:
—
Więc będziemy mieć te dwa lata.
—
Tak, ale skąd mam wziąć eliksir, kiedy skończą się moje zapasy? Mugolska
antykoncepcja nie działa dobrze na czarodziejów, wiesz?
—
Och, kotku. — Zaśmiał się. — Naprawdę nie masz pojęcia, z kim masz do
czynienia, prawda? — W końcu wstał z łóżka, przeszedł przez pokój i pocałował
ją w skroń. — Jeśli potrzebujesz eliksiru i całych dwóch lat — bez problemu to
dostaniesz.
—
Ale…
—
Zaufaj mi, Hermiono. Mogę załatwić wszystko, czego potrzebujesz lub chcesz —
bez zbędnych pytań.
Otworzyła
usta, żeby znów się sprzeciwić, ale najwyraźniej się rozmyśliła. Zamiast tego,
zmrużyła oczy podejrzliwie.
—
Mówisz serio, prawda?
Draco
tylko uśmiechnął się ironicznie, zaczynając się ubierać.
—
Zawsze mówię poważnie, jeśli chodzi o ciebie.
Przewróciła
oczami, ale zdradził ją uśmiech.
—
Dobrze, Panie Zaradny, może sprawdzisz, czy ty i Krzywołap zawarliście
wystarczająco mocną umowę, żebyśmy mogli wsadzić go do transportera? Wezmę
tylko kilka rzeczy na parę dni. Później wrócimy po resztę.
Jęknął
teatralnie, więc rzuciła w niego parą skarpetek.
Gdy
się ubrał, znalazł transporter i smakołyki dla kota, po czym wrócił do
sypialni, gdzie, jak wiedział, ukrywał się Krzywołap.
—
Co chcesz na kolację? — zawołał, wyciągając telefon. — Zamówię, żeby dowieźli
nam zaraz po przybyciu. I tak — kontynuował drwiąco — przeraża mnie fakt, że
chcę zamówić jedzenie na wynos w noc poślubną, ale musimy cię przeprowadzić,
zająć się Krzywołapem i… — urwał, wpatrując się w zegarek na ekranie. —
Cholera. Będę musiał zrobić kolację dla Petry!
Hermiona
zamknęła drzwiczki transportera, gdy Krzywołap, zwabiony smakołykami, z ochotą
wszedł do środka. Wyprostowała się i uniosła obie brwi.
—
Kim jest Petra?
—
Zobaczysz — odpowiedział tajemniczo Draco.
Kilka
minut później wyszli z kominka i trafili do pokoju powitalnego — eleganckiego,
minimalistycznego, z zaczarowaną miotełką, która natychmiast zaczęła strzepywać
sadzę z ich butów.
—
Oczywiście, że masz do tego zaczarowane narzędzie — zażartowała Hermiona,
przewracając oczami i stawiając transporter.
Draco
uniósł ich złączone dłonie i pocałował w kostki.
—
Witaj w domu, Hermiono.
Zanim
zdążyła odpowiedzieć, z korytarza dobiegło ciche warknięcie — wystarczające, by
przestała oddychać. Potem, powoli, z ciemności wyłoniły się dwa żółte,
nieruchome oczy — w towarzystwie błysku białych zębów.
Hermiona
krzyknęła ze strachu i instynktownie przybliżyła się do Draco, niemal się na
niego wdrapując.
—
Cholera jasna — co to jest?
Draco
nawet nie drgnął.
—
Zobaczysz.
Wyłoniła
się jakaś postać — potężna i zamyślona. Petra, jego doberman, skradała się
niczym królowa obserwująca swoje królestwo. Jej diamentowo-kolczasta obroża
lśniła w świetle.
—
Petra — powiedział przeciągle. — Przestań dramatyzować i się przywitaj.
Pies
nadal podążał w stronę Hermiony, jakby polował na zwierzynę. Hermiona zerknęła na
Draco, gdy olbrzymi doberman zatrzymał się, węsząc w powietrzu, zanim w końcu
zaczął merdać kikutem ogona.
Wyciągnęła
rękę do Perty, by powąchała, a kiedy została polizana, uśmiechnęła się.
—
Cześć, kochanie — mruknęła, drapiąc psa po głowie i ponownie patrząc na Draco.
— Już wiem, kto tu rządzi.
Parsknął
suchym śmiechem.
—
Och, oczywiście.
Zadowolony
pies podszedł do transportera, w którym znajdował się kot. Zatrzymała się tuż
przed nim i wpatrywała się w niego. Draco mógł przysiąc, że czuł osąd bijący od
obu zwierząt.
Krzywołap
syknął jak czajnik, nastroszając futro z urazą. Petra zareagowała na to
siadając. Powoli. Z godnością. Szczeknęła cicho, co brzmiało całkowicie
protekcjonalnie.
—
Och, świetnie — mruknęła Hermiona, krzyżując ramiona. — Pozabijają się.
—
Ustanawiają hierarchię — rzekł spokojnie Draco. — Daj im chwilę.
Krzywołap
w końcu wyłonił się z transportera, poruszając się z urażoną godnością kogoś
zmuszonego do siedzenia wśród pospólstwa. Okrążył Petrę raz. Powąchał, drgając
ogonem.
Hermiona
wstrzymała oddech.
Petra
prychnęła, odwróciła się i pobiegła do salonu — najwyraźniej zadowolona.
Krzywołap podążył za nią z uniesionym ogonem.
Draco
patrzył, jak odchodzą, uśmiechając się złośliwie.
—
Mówiłem ci. Ona ceni pewność siebie.
Hermiona
gapiła się z otwartymi ustami.
—
Twój pies właśnie uznał, że mój kot zdał jakiś test?
—
Jest bardzo wymagająca — powiedział, po czym dodał, mrugając do niej: — Tak jak
jej właściciel.
Hermiona
jęknęła.
—
Jesteście szaleni.
—
Witaj w rodzinie — odparł, uśmiechając się szeroko, przyciągając ją do siebie.
Rzuciła
mu spojrzenie, nie potrafiąc stłumić uśmiechu.
Draco
pochylił się i pocałował ją w skroń.
—
Chodź, żono. Rozpakujemy cię. Kolacja zaraz przyjedzie, a ta dwójka się dogada.
Z uśmieszkiem na ustach patrzył, jak podeszła i znów wyciągnęła do niego rękę. Była tutaj — naprawdę tu była. W jego domu. W jego życiu. W świecie, o którym nigdy nie myślał, że będzie posiadał. I jakimś cudem, niemożliwie, była jego.
Brak komentarzy