[T] Twoje idealnie dopasowanie: Lawirowanie czasem

czwartek, 16 lipca 2026

 

Witajcie :) późnym wieczorem zapraszam na nowy rozdział tłumaczenia. Wracamy do teraźniejszości i pierwszego, wspólnego dnia Draco i Hermiony.

Kolejne rozdziały planuję dodać w drugim tygodniu urlopu, gdy wrócę od rodziny. Ale nie martwcie się, będę miała czas na tłumaczenie, bo jednak nici z wakacji nad morzem. Poza tym w tę sobotę może wpadną dwa rozdziały nowego tłumaczenia. Możecie obstawiać jakiego.

Tyle ode mnie. Miłego końca tygodnia! Enjoy!


____________


Rozdział 5: Lawirowanie czasem

 

Hermiona

 

— Chodźmy.

Uśmiechnęła się promiennie, ściągając go z krzesła.

Dotarła do drzwi, zdejmując zaklęcia, zanim sięgnęła po klamkę. Szybkie spojrzenie przez ramię ujawniło, że wciąż stał w miejscu.

— Jesteś pewna? — zapytał, po raz pierwszy wyglądając na lekko zdenerwowanego — palce drgały lekko po bokach, jakby szukały jakiegoś zajęcia.

— Zdecydowanie — odpowiedziała, ponownie chwytając go za rękę i pociągając do przodu, jednocześnie przywołując bukiet, który przyniósł, wolną ręką. — Wychodzę za ciebie za mąż, Draco Malfoyu — dzisiaj lub za pięćdziesiąt dziewięć dni.

Jego twarz rozjaśnił kolejny, powalający uśmiech.

— I nie ma lepszego momentu niż teraz.

Wziął głęboki oddech — miarowy, ale płytki — i podszedł do niej. Cichy odgłos obcasów jego butów ze smoczej skóry na dywanie Ministerstwa niemal zginął w cichym szumie magii, która wirowała wokół nich. Czuła jego obecność obok siebie — silną, pewną — gdy przyciągnął ją do kolejnego, głębokiego pocałunku.

— Ostatnia szansa, żeby uciec — powiedziała drwiącym, ale lekko zdyszanym głosem.

Mruknął w zamyśleniu.

— Absolutnie nie. Dzisiaj zrobię coś, co powinienem był zrobić dziesięć lat temu.

Splotła palce z jego palcami i w końcu otworzyła drzwi.

— Więc nie traćmy ani chwili.

Panowała błoga cisza, gdy wyszli na korytarz, by skierować się do windy. To przypadek, że akurat w czasie, gdy wszyscy poszli na lunch. Szli pustym korytarzem, trzymając się za ręce, a złota winda na końcu korytarza cicho zadzwoniła, otwierając się.

Weszli do środka i drzwi zamknęły się za nimi.

W windzie panowała cisza — słychać było tylko szum magii i ciche skrzypienie starego mosiądzu. Hermiona oparła się o ścianę, serce waliło jej jak młotem — nie z nerwów, ale przez czystą realność tego, co robili. Co oznaczała ta chwila.

Draco wpatrywał się w nią swoimi szarymi jak burza, spokojnymi oczami. Z trudem łapała oddech i uśmiechała się do niego. Uniósł ich złączone dłonie do ust i pocałował kostki jej palców, gdy winda ruszyła, zjeżdżając do biura, w którym odbywała się ceremonia złączenia — i do reszty ich życia.

Kiedy drzwi w końcu się otworzyły, w holu panowała cisza. Tylko dwie pary oczekiwały w kolejce na rytuał; kolejka do apelacji była taka sama. Urzędnik mówił coś do jednej z par, pergamin trzepotał, gdy teczka przechodziła z rąk do rąk.

Hermiona powoli wypuściła powietrze, gdy dołączyli do kolejki. Czuła kciuk Draco muskający grzbiet jej dłoni — delikatnym, uziemiającym gestem.

To się działo. Nie za pięćdziesiąt dziewięć dni. Nie kiedyś — teraz.

Wślizgnęli się do kolejki za młodymi ludźmi, którzy wyglądali tak, jakby dopiero co skończyli szkołę — dziewczyna nerwowo skręcała szatę w palcach, chłopak szeptał coś uspokajającego. Przed nimi mężczyzna opiekuńczo położył dłoń na ramieniu swojej partnerki. Wszyscy czekali na to samo, ale powietrze było gęste od bardzo różnych emocji: nerwów, nadziei, cichej rezygnacji.

Hermiona ścisnęła dłoń Draco, nie zdając sobie z tego sprawy. Kiedy na niego zerknęła, już ją obserwował.

— Wszystko w porządku? — zapytał cicho, jego głos był cichy, zarezerwowany tylko dla niej.

— Jak najbardziej — zapewniła go z kolejnym, delikatnym uśmiechem. — Po prostu nie mogę uwierzyć, że tu jesteśmy.

Początkowo nic nie mówił, ale przyciągnął ją bliżej i musnął ustami jej skroń.

Coś w jego twarzy złagodniało — jakby napięcie, z którego nie zdawał sobie sprawy, zaczęło ustępować.

— Tak — rzekł. — Ja też.

Ponownie zapadła cisza, ale była przyjemna. Jedna z par została wywołana. Urzędnik z notesem uśmiechnął się do nich z wymuszonym uśmiechem, po czym zaprowadził ich za zasłonę.

Hermiona spojrzała na swoje kwiaty, po raz pierwszy naprawdę je podziwiając.

— Nie mogę uwierzyć, że pamiętałeś.

Zaśmiała się.

— Jak mógłbym zapomnieć.

Policzyła kwiaty, gdy czekali.

— Dziesięć? Dlaczego mam wrażenie, że kryje się za tym jakiś sens?

— Bo tak jest — odparł Draco, przeciągając słowa, a kącik jego ust uniósł się w uśmiechu.

— Powiesz mi?

Założył niesforny loczek za jej ucho, a następnie uniósł jej podbródek. Oczy wędrowały po jej twarzy, jakby ją podziwiał, zanim w końcu ich oczy się spotkały. Pochylił się, ustami muskając jej skórę, gdy wyszeptał jej do ucha:

— Jesteś idealna.

Dreszcz przebiegł Hermionie po kręgosłupie przez ten komplement, a na jej policzkach pojawił się rumieniec.

Żołądek Hermiony skręcił się — nie z nerwów, ale z powodu nagłego, absurdalnego olśnienia. Ścisnęła dłoń Draco i pochyliła się ku niemu.

— Nie mamy obrączek — wyszeptała. — Powinniśmy je mieć?

Posłał jej delikatny, krzywy uśmiech.

— Oczywiście, że powinniśmy.

Mrugnęła.

— Chcesz… chcesz, żebym coś przemieniła?

Zaśmiał się, kręcąc czule głową, po czym sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął małe, aksamitne pudełeczko.

— Naprawdę myślałaś, że przyjdę bez nich, kochanie?

Zaparło jej dech w piersiach, gdy otworzyła wieko. Dwie proste, eleganckie obrączki — platynowe, pomyślała, bez wątpienia idealnie dopasowane i zaczarowane — błyszczały delikatnie. Ciche i idealne. Ale prawdziwą gwiazdą był pierścionek zaręczynowy. Olśniewający pierścionek „Toi et Moi” zdobił duży diament w kształcie łezki, osadzony obok nieco mniejszego, kwadratowego.

— Jest piękny — wyszeptała.

Draco wzruszył ramionami, ale coś ścisnęło go w gardle, gdy powiedział:

— Podaruję ci tylko to, co najlepsze.

— „Toi et Moi” znaczy „ty i ja”, prawda?

— Dokładnie — potwierdził.

— Ale jak ty… — zaczęła, zmieszanym głosem. — Dostaliśmy listy dopiero wczoraj o piątej.

Obrączki były przepiękne — prawie na pewno wykonane przez gobliny. Takiego rzemiosła nie da się zdobyć szybko ani tanio.

— Z odpowiednią ilością złota wszystko jest możliwe.

Zanim zdążyła odpowiedzieć, uwagę Hermiony przykuł szmer dochodzący z kolejki apelacyjnej. Czarownica w granatowych szatach — po trzydziestce, z listem dotyczącym dopasowania i formularzem apelacyjnym przyciśniętym do piersi — przerwała w pół zdania, wpatrując się w nich z jawnym zaskoczeniem. Jej wzrok błądził między pierścionkami, które trzymał Draco, a bukietem w ramionach Hermiony. Pochyliła się w stronę asystującego jej urzędnika i szepnęła coś. Ten odwrócił się, by spojrzeć, unosząc brwi, zanim parsknął śmiechem.

— Niemożliwe — mruknął, nie ściszając głosu. — Hermiona Granger i Draco Malfoy? — Zmierzył ich wzrokiem od góry do dołu, po czym kontynuował: — Czy nie stoi pani w złej kolejce, pani Granger?

— Prawdę mówiąc, nie — odpowiedziała ochrypłym głosem, odwracając się do urzędnika, a dzikie loki jej kucyka zaczynały iskrzyć magią.

Potem spojrzała na Draco, ale ten uśmiechał się do niej ironicznie.

— Co?

— Nic. — Zaśmiał się. — Cieszę się, że znów mogę oglądać twoje napady dzikiej furii.

Szepty za nimi nasilały się. Hermiona zesztywniała, ale Draco nawet nie zaszczycił ich spojrzeniem. Uniósł ich złączone dłonie i złożył kolejny pocałunek na jej kostkach, spokojnie i niewzruszenie.

— Niech gadają — mruknął. — Zrobią to tak czy inaczej.

Powoli wypuściła powietrze przez nos i kiwnęła głową. Tym razem nie odwróciła wzroku od Draco.

— Niech gadają.

Chwilę później kurtyna się rozsunęła i pojawił się urzędnik Ministerstwa, rozglądając się po kolejce.

— Następni kandydaci na ceremonię złączenia, proszę.

Serce Hermiony waliło w piesi, gdy ona i Draco zrobili krok naprzód. Najwyraźniej druga para została zaproszona do środka, gdy nie reagowali. Po raz ostatni dostrzegła szeroko otwarte oczy kobiety w granatowych szatach, gdy przechodzili obok — jakby widziała ducha lub skandal, a może jedno i drugie.

Ale Hermionie nie zależało na tym, co o niej myślała porządna, czarodziejska społeczność. Już nie. Właściwie ledwo powstrzymywała się przed chęcią, by zastosować wcześniejszy ruch Draco i kłapnąć zębami na kobietę.

Dłoń Draco zacisnęła się na jej dłoni.

— Gotowa?

Uniosła brodę.

— Zróbmy to.

Urzędnik zaprowadził ich za zasłonę do zaskakująco ciepłej i delikatnie oświetlonej komnaty. Przy wejściu stało długie, wypolerowane biurko, na którym już rozłożył się pergamin i delikatnie lśnił czarem podtrzymującym. Po drugiej stronie pomieszczenia, gdzie miała nastąpić ceremonia złączenia, wolno i miarowo pulsowało światło z run wyrytych w starożytnym kamieniu.

Palce Hermiony zacisnęły się lekko w dłoni Draco.

Urzędnik — starszy czarodziej, o bystrym spojrzeniu i poważnym wyrazie twarzy — machnął różdżką, przywołując drugie pióro.

— Najpierw standardowe formularze — powiedział energicznie, choć nie złośliwie. — Tu proszę wpisać pełne imiona i nazwiska. Magiczne pochodzenie. Zamiar zacieśnienia więzi. Rodzaj żądanej więzi.

Draco uniósł brew.

— Czy powinienem wpisać „były Śmierciożerca” w magicznym pochodzeniu, czy to sugestia?

Urzędnik nie zareagował — tylko drapał coś piórem w rogu zwoju. Hermiona lekko kopnęła Draco pod stołem.

— Czy potrzebne są nasze listy z dopasowaniem? — zapytała Hermiona, podając koperty.

Starszy mężczyzna gwałtownie uniósł głowę.

— Po to tu przyszliście? Jesteście pierwsi!

Draco patrzył na niego ze zdziwieniem.

— A co z parami przed nami?

— Wzięli śluby, by wyprzedzić drugą turę listów — odpowiedział czarodziej, nie odrywając wzroku od dokumentów. — Więc tak, jesteście pierwsi.

Hermiona zerknęła na Draco i uśmiechnęła się, gdy do niej mrugnął.

— Czas najwyższy, żebyśmy zrobili coś dobrze za pierwszym razem — mruknął cicho, by tylko ona mogła usłyszeć.

Zaparło jej dech w piersiach i przez chwilę obserwowała go, zanim podniosła pergamin, który mieli wypełnić. Wpisała wszystko, co było wymagane — Draco był więcej niż zdolny do wypełnienia swojej części — i zatrzymała się na sekcji zatytułowanej Rodzaj żądanej Więzi.

Były dwie opcje: Cywilny Związek Małżeński lub Więź Dusz.

Podniosła wzrok i dostrzegła jego migoczące oczy. Uniosła pytająco brew i westchnęła, gdy Draco się pochylił i zdecydowanym ruchem zaznaczył pole obok Więzi Dusz.

— Jesteś pewny? — wyszeptała.

Więź Dusz to nie byle jaka sprawa — po zakończeniu ceremonii nie było już odwrotu.

Jego wzrok nie drgnął ani na moment, gdy odpowiedział:

— Nigdy niczego nie byłem bardziej pewien.

Jego słowa cofnęły ją w czasie o dziesięć lat, do wszystkich chwil, w których wypowiadali te same słowa. To zdanie pojawiało się nie raz w ciągu ich ulotnego ósmego roku — zwłaszcza wtedy, gdy powiedział jej, że jest pewien odnośnie jej prezentów świątecznych, co sprawiło, że zrozumiała, iż naprawdę ją dostrzega, i ponownie, gdy powiedziała to samo, dając mu do zrozumienia, że chce, by był jej pierwszym.

Gdy ich dokumenty były wypełnione, urzędnik wziął je i sprawdził — raz, a potem drugi. Zadowolony, kiwnął głową i wstał.

— Bardzo dobrze — powiedział. — Więź dusz wymaga głębszego, magicznego zakotwiczenia. Ceremonia jest inna — starsza. Nieco wolniejsza, bardziej formalna. Ale myślę, że przekonacie się, iż było warto.

Machnął różdżką i pergamin na chwilę rozbłysnął, po czym z cichym pyknięciem zniknął w pudełku na dokumenty. Następnie wskazał ręką na drugą stronę pomieszczenia, gdzie wyryte w kamieniu runy pulsowały teraz w rytm bicia serca Hermiony.

— Tędy.

Dłoń Hermiony zacisnęła się w dłoni Draco, gdy oboje zrobili krok naprzód. W komnacie panowała cisza, przerywana jedynie szumem magii. Runy zaczęły świecić jaśniej — złoto dla niej, srebrno dla niego — reagując na ich obecność.

Urzędnik podszedł do tyłu kamiennego łuku, wskazując miejsce przed sobą.

— Stańcie tutaj — polecił. — Twarzą do siebie i złapcie się za ręce.

Wykonali jego polecenie i Hermiona ponownie westchnęła. Delikatny blask run wokół nich narastał. Pradawna magia w powietrzu otulała ich, unosząc jej loki i muskając skórę aż po opuszki palców.

— Zaczynajmy — rzekł urzędnik. — Mówcie, kiedy zostaniecie o to poproszeni.

Czarodziej uniósł różdżkę i dwa strumienie światła — srebrny i złoty — wiły się i tańczyły wokół ich dłoni.

Draco ścisnął jej dłonie. Hermiona odwzajemniła gest.

Urzędnik zaczął niskim i rytmicznym głosem, w dialekcie, który brzmiał staro — tak staro jak sama magia, sylaby zaśpiewywały się powoli i melodyjnie. Runy jaśniały z każdym wypowiedzianym słowem, aż krąg rozbłysnął jak światło gwiazd.

Potem zapadła cisza.

— Hermiono Jean Granger — powiedział urzędnik. — Czy wchodzisz w tę więź z własnej woli?

— Tak.

Magia narastała.

— Draco Lucjuszu Malfoyu, czy wchodzisz w tę więź z własnej woli?

— Tak.

Złączone dłonie zaczęły słabo świecić — złote i srebrne wstęgi magii wirowały wokół nich, splatając się w spiralę światła, która delikatnie oplatała ich ramiona.

— Powtórzcie za mną — razem.

Mówili jednym głosem, a ich głosy nakładały się na siebie z zaskakującą stanowczością.

— Jesteś moim sercem, moim domem i mi równy. Oddaję ci swoje ciało, abyśmy mogli stać się jednością. Oddaję ci moją magię, splecioną z twoją. Oddaję ci moją duszę, związaną z twoją na całe moje życie.

Światło robiło się coraz jaśniejsze, świecąc jak południowe słońce.

Powietrze w pomieszczeniu zapulsowało raz, dwa, a potem zaświeciło równomiernie i mocno. Otaczająca ich magia osiadła głębiej niż skóra i kości, głębiej niż ciche przestrzenie między oddechami — osiadła głęboko w duszy.

To nie był błysk mocy, tylko poczucie przynależności. Jak dom.

Dobiegał do nich cichy szum runów.

— Więź się dopełniła — rzekł cicho urzędnik.

Draco nie czekał. Objął dłońmi twarz Hermiony i pocałował ją powoli, z szacunkiem, jakby wkładał w nią całą swoją duszę.

Kiedy w końcu się rozdzielili, powiedziała coś, czego rozpaczliwie pragnęła dziesięć lat temu — coś, czego trzymała się jak ostatniej tarczy wokół serca.

— Kocham cię.

Uśmiech jej męża dorównywał blaskowi słońca, gdy zrozumiał jej słowa.

— Ja ciebie też kocham.

Urzędnik cicho odchrząknął.

— Macie obrączki?

Draco bez wahania wyciągnął aksamitne pudełeczko z marynarki i otworzył je jedną ręką. Zapierający dech w piersiach pierścionek „Toi et Moi” i platynowe obrączki ślubne leżały razem niczym obietnica.

Hermiona cicho wypuściła powietrze. Prawie o tym zapomniała w natłoku magii, ale zobaczenie ich teraz — ledwo widocznych pod zaklęciami — wydawało się ostatecznym przypieczętowaniem więzi.

Wyjął jej obrączkę, jego palce pozostały nieruchome pomimo emocji w oczach.

— Mogę?

— Proszę — wyszeptała, wyciągając dłoń.

Najpierw włożył obrączkę na jej palec, a potem pierścionek zaręczynowy.

— Ty i ja — powiedział po prostu.

Gardło jej się zacisnęło, oczy zaszły mgłą, gdy myślała o wszystkim, przez co przeszli, by dotrzeć do tego momentu — o wszystkich latach spędzonych osobno, tylko po to, by los znów ich połączył. Następnie wzięła do ręki jego obrączkę; chłodną i ciężką.

— Ty i ja — powtórzyła, wsuwając ją na jego palec.

Magia zapulsowała, gdy obrączki osiadły na miejscu, a każda z nich połączyła się ze swoim właścicielem iskrą światła.

— Nie możemy tego odwrócić, nawet gdybyśmy chcieli — powiedział cicho, ale spokojnie.

— Dobrze — wyszeptała. — Bo nie chcę.

Resztka magii osłabła, choć Hermiona wciąż czuła jej brzęczenie pod skórą. Stali tak dłuższą chwilę, wciąż trzymając się za ręce, wciąż zatopieni w cichym zachwycie nad tym, co właśnie zrobili.

W końcu urzędnik delikatnie odchrząknął.

— Możecie tu zostać przez kilka minut — rzekł zaskakująco miłym tonem. — Będę tuż za drzwiami.

Draco zerknął na nią.

— Potrzebujesz chwili?

Kiwnęła głową, jej głos ugrzązł gdzieś w piersi.

— Chwileczkę.

Czekali, aż zasłona cicho opadnie za starszym mężczyzną, po czym odwrócili się do siebie.

Wspomnienia ich ósmego roku przelatywały przez jej umysł — tego ulotnego czasu, kiedy ich związek tak bardzo się pogłębił i zmienił.

— Udało nam się — wyszeptała.

Draco musnął kciukiem jej policzek.

— Tak. Udało się — mruknął, pochylając się, by złożyć kolejny pocałunek na jej ustach, językiem muskając spojenie jej warg, by go pogłębić.

Trzymali się jeszcze chwilę w milczeniu, pozwalając blaskowi chwili ich ogarnąć. W końcu Hermiona wypuściła powietrze i cofnęła się lekko, wciąż trzymając palce Draco.

— Chociaż chciałabym zostać w tej bańce jeszcze trochę — wymamrotała — to chyba powinniśmy już iść.

Chwyciła go za rękę i wyprowadziła z komnaty, zatrzymując się przy zasłonie oddzielającej ich od sąsiedniego pokoju. Hermiona odwróciła się, by po raz ostatni spojrzeć na łuk — miejsce, w którym połączyli swoje dusze.

Przeszli pod zasłoną, a urzędnik uśmiechnął się, podnosząc wzrok znad papierów.

— Pani Granger — zaczął, po czym się poprawił. — Przepraszam… pani Malfoy, jeśli jeszcze pani tego nie zrobiła, musi pani napisać pismo dotyczące urlopu na czas miesiąca miodowego i wysłać do kierownika swojego departamentu. Proszę pamiętać, że to obowiązkowy, trzydziestodniowy miesiąc miodowy, ale może go pani przedłużyć do opcjonalnych sześćdziesięciu dni.

— Dziękuję — powiedziała Hermiona, kiwając głową z szacunkiem.

Kiedy wrócili do holu, obie kolejki były o wiele dłuższe niż wcześniej. Hermiona ledwo zerknęła w tamtą stronę, po czym podeszła do kontuaru stojącego z boku. Chwyciła pióro oraz pergamin i zaczęła pisać.

Przygryzła wargę, gdy dłonie Draco oparły się po obu jej stronach na blacie, a jego klatka piersiowa ogrzewała plecy. Czuła niski, dudniący ton głosu, gdy się odezwał, jego oddech muskał jej kark.

— Cieszę się, że nie protestowałaś w sprawie wzięcia wolnego — mruknął z wyczuwalnym uśmieszkiem w głosie. — Bo jeśli myślisz, że pozwoliłbym ci jutro wrócić do pracy, to się mylisz.

Kiedy Hermiona odzyskała swój głos, był bardziej zdyszany niż słyszała od dawna.

— Nigdy bym o tym nie pomyślała.

Czuła na sobie spojrzenia wszystkich zgromadzonych — wraz z cichymi drwinami i pomrukami. Nie wiedziała, czy to dlatego, że Draco od dekady nie pojawił się w głównym nurcie czarodziejskiego świata, czy dlatego, że byli razem.

Hałas tylko narastał, gdy duża, wytatuowana dłoń przesunęła się po jej udzie i Draco złożył pocałunek za jej uchem.

— Zignoruj ich, kotku — mruknął.

Zaśmiała się, chwyciła różdżkę i przemieniła pergamin w jeden z charakterystycznych, papierowych samolocików Ministerstwa.

— Bez obaw. Nawet gdybym próbowała, nie dałabym rady teraz nie zwracać uwagi.

Konieczne machnięcie różdżką i wyszeptane zaklęcie posłały mały samolocik do DKNMS i gabinetu kierowniczki Bottlebrush.

Patrzyła, jak zniknął w windzie, po czym obróciła się w ramionach Draco.

— To wszystko. Oficjalnie mam wolne przez najbliższe dwa miesiące.

Draco uniósł brew, wyraźnie zadowolony, że wybrała dłuższą opcję.

— Dwa miesiące tylko dla nas. Co zrobimy?

Rzuciła mu spojrzenie pełne żaru i nikczemnej obietnicy.

— Na pewno coś wymyślimy.

Ręka w rękę szli do windy. Biuro zniknęło za nimi, gdy złote drzwi się otworzyły, odsłaniając znajomą, mosiężną klatkę, która miała zabrać ich z powrotem do Atrium Ministerstwa. W chwili, gdy winda ruszyła w górę, Hermiona na chwilę oparła głowę na ramieniu Draco, a jej ciało wciąż wibrowało magią i oczekiwaniem.

Kiedy drzwi ponownie się rozsunęły, wpuszczając strumień łagodnego, popołudniowego światła z zaczarowanego sufitu Atrium, mieli wrażenie, że świat nieodwracalnie obrócił się wokół własnej osi. Ich zaczarowana bańka pękła szybciej niż się spodziewano, roztrzaskana na widok grupy reporterów zgromadzonych w holu.

— Ech — jęknęła Hermiona. — Powinnam się domyślić, że tak się stanie.

Za każdym razem, gdy Ministerstwo uchwalało coś, co przyciągało uwagę opinii publicznej, dziennikarze gromadzili się w Atrium — ponieważ nie mieli wstępu na żadne inne piętro — i czekali, by zaatakować ludzi, żeby zdobyć cytaty do artykułów i zdjęcia.

Hermiona i Draco ledwo zdążyli zareagować, zanim ich otoczono.

— Pani Granger, co pani sądzi o prawie małżeńskim?

— Hermiono, tutaj!

— Dlaczego jesteś ze Śmierciożercą, Hermiono? Był twoim dopasowaniem?

— Hermiono, czy wyszłaś dzisiaj za mąż?

Głośne, nakładające się głosy i nieustanny trzask fleszy były przytłaczające. Hermiona czuła falę ulgi, gdy ramię Draco objęło ją i przyciągnęło do siebie. To ją uziemiło — ale okazało się, że to zły ruch z punktu widzenia prasy. Gest tylko podsycił szaleństwo, przyciągając reporterów bliżej, krzyczących głośniej i pstrykających jeszcze więcej zdjęć.

Zbliżali się do wyznaczonego przez Ministerstwo punktu teleportacyjnego, gdy jeden z reporterów podszedł za blisko — wpadając na Hermionę, popychając ją i nadeptując na jej stopę. W mgnieniu oka Draco przyciągnął ją do siebie, osłaniając swoim ciałem.

Kiedy się odezwał, jego głos przypominał zabójczy warkot, przebijający się przez hałas i sprawiający, że dziennikarz cofnął się, zataczając się.

— Łapy precz od mojej żony.

Słowo żona zawisło ciężko w oszołomionej ciszy, na tyle długo, by rozpalić ogień.

A potem chaos eksplodował.

Flesze zabłysły. Wybuchła kakofonia pytań. Hałas narastał, gdy reporterzy zdali sobie sprawę, czego właśnie byli świadkami.

Hermiona nie poświęciła im ani chwili. Rzuciła szybkie Zaklęcie Tarczy, odcinając najgroźniejszych z tłumu i chwytając Draco za rękę. Bez słowa się aportowali, znikając z głośnym, zdecydowanym trzaskiem.

Pojawili się kilka sekund później w jej salonie, a trzask aportacji sprawił, że Krzywołap zeskoczył z drapaka i popędził korytarzem do sypialni. Jak zawsze, Hermiona lekko się zachwiała po lądowaniu — ale tym razem Draco tu był, obejmując ją ramionami, by podtrzymać ją, dopóki nie odzyskała równowagi.

— Hermiono — powiedział po chwili, obserwując znikający za rogiem rudy pas futra — mam halucynacje, czy ten pomarańczowy potwór, którego nazywasz kotem, jeszcze żyje?

— Oczywiście, że tak — prychnęła, klepiąc go po piersi bez użycia siły. — Nie miał nawet roku, kiedy go kupiłam, a czternaście lat to nie tak dużo jak na kota — zwłaszcza na pół-kuguara.

Draco uśmiechnął się krzywo, rozglądając się po mieszkaniu.

— Cóż, to chyba ma sens.

Przewróciła oczami, choć jej usta drżały.

— W końcu się oswoi.

Mruknął w zamyśleniu, po czym wsunął ręce do kieszeni i powoli się odwrócił, by rozejrzeć się po przestrzeni wokół siebie.

— Więc… to jest dom?

Jej wyraz twarzy złagodniał, gdy na niego patrzyła. Oglądał wygodną, zabytkową kanapę, na której czytała, ścianę zastawioną przepełnionymi książkami regałami, stolik nocny zagracony piórami, filiżankami i porozrzucanymi kawałkami pergaminu.

— Tak — powiedziała cicho. — Zgadza się.

Podszedł do jednej z półek i wstrzymała oddech. Wiedziała dokładnie, gdzie zatrzyma się jego wzrok — na często czytanym egzemplarzu Historii Hogwartu i dwukierunkowym dzienniku, które podarował jej na Boże Narodzenie dziesięć lat temu.

Widziała jego reakcję, gdy je znalazł: zatrzymał się gwałtownie, lekko prostując kręgosłup.

Draco wpatrywał się w dziennik i książkę przez długą chwilę z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Potem parsknął cichym śmiechem, ledwie głośniejszym od oddechu, ale Hermiona go wychwyciła. Wyciągnął rękę i zdjął dziennik z półki, obracając go w dłoniach.

— Też go zachowałaś.

To było stwierdzenie, nie pytanie — jakby zawsze wiedział, że to zrobi.

— A ty zachowałeś swój.

— Owszem — powiedział cicho. W końcu odwrócił się, by na nią spojrzeć, a jego szare oczy błyszczały emocją. — I szalik, który mi zrobiłaś na drutach.

Hermiona uśmiechnęła się, po czym podeszła do niego i oparła głowę na jego ramieniu.

— Otwórz.

Draco podążył za jej wskazówkami, gwałtownie unosząc głowę, gdy zobaczył, co było w środku: każdy kwiat, który jej podarował na ósmym roku, starannie zachowany między kartkami. W milczeniu wpatrywał się w sprasowane róże, palce muskały jeden z delikatnych płatków, teraz cienkich jak papier i wyblakłych na brzegach niczym wspomnienie.

— Też je zachowałaś? — zapytał w końcu, a w jego głosie słychać było coś niewypowiedzianego.

— Uwielbiałam je — odparła po prostu.

Wypuścił drżący oddech, wciąż wpatrując się w dziennik.

— Tak wiele nie mogłem wtedy powiedzieć — nie mogłem zrobić. Choć to było głupie, jedynie to mogłem ci dać.

— To nie było głupie — rzekła, unosząc głowę, by na niego spojrzeć. — Starałeś się. I wiedziałam o tym.

Draco w końcu z namaszczeniem odłożył dziennik na półkę. Potem odwrócił się do Hermiony, obejmując jej twarz obiema dłońmi i całując ją delikatnie.

— Dałbym ci wszystko, gdybym wiedział jak.

— Dałeś mi wystarczająco dużo — wyszeptała.

Pocałował ją ponownie — powoli i głęboko, nie jako znak interpunkcyjny, a raczej kontynuację, jakby ostatnie dziesięć lat odpłynęło i zaczęli od nowa tam, gdzie skończyli.

Gdy się rozdzielili, nie odsunął się daleko — po prostu oparł czoło o jej czoło, biorąc oddech.

— Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę mógł cię tak dotknąć — mruknął.

Uśmiechnęła się, a łzy napłynęły jej do oczu, nie ze smutku, lecz z ulgi i wdzięczności, że może to mieć.

— Możesz — powiedziała. — Oczywiście, że możesz.

Draco uniósł ją delikatnie jak pannę młodą, a ona mu na to pozwoliła. Nie było w tym pośpiechu. Tylko cichy szum na nowo odkrytej miłości, gdy niósł ją przez pokój jak coś świętego.

Gdy skierował się do sypialni, Hermionę ogarnął spokój — poczucie słuszności.

To właśnie tu, pomyślała. To tu zawsze powinnam być.

— To mugolski zwyczaj? — zapytał Draco, przenosząc ją przez próg sypialni. — Mam wrażenie, że robię to tylko w połowie dobrze.

— Cóż, zwyczaj mówi, że powinieneś przenieść mnie przez próg drzwi wejściowych, ale tak też jest dobrze.

Rozrzedzone popołudniowe światło sączyło się przez zwiewne zasłony, delikatnie oświetlając przestrzeń. Położył ją na łóżku, przesuwając dłońmi po jej łydkach, aż w końcu zdjął jej buty jeden po drugim, po czym postawił je równo na podłodze. Zdjął też swoje buty ze smoczej skóry i pochylił się nad nią.

Bursztynowe oczy wpatrywały się w burzliwą szarość i pozostały tak przez jedno i drugie uderzenie serca. Hermiona wsunęła dłonie pod marynarkę Draco, ściągając go do swojego poziomu i chwytając usta w desperackim pocałunku, zsuwając ubranie z jego ramion.

Nie przerywając pocałunku, przytulił ją i rozpiął zamek sukienki, podczas gdy ona rozluźniła jego krawat, rozpięła koszulę i odpięła pasek. W końcu się od siebie odsunęli, każde z nich wciągnęło gwałtownie powietrze, gdy zsunęła sukienkę i pasującą do niej bieliznę. Patrzyła, jak zrzucał z siebie resztę ubrań, nie spuszczając z niej wzroku.

— Nie mogę uwierzyć, że znów tu jesteśmy — wyszeptała. — Że możemy to przeżyć.

Słychać było tylko cichy szelest materiału opadającego na podłogę i ciszę między uderzeniami serc. Jej skóra mrowiła, gdy omiótł ją wzrokiem, jakby jej ciało wiedziało, jak ważna była ta chwila. Była naga, ale nie bezbronna. Nie, będąc z nim.

Draco przesunął ją, by mogła się oprzeć o poduszki, kładąc dłonie po obu stronach jej głowy i podpierając się swoim ciężarem.

— Uwierz w to, skarbie.

Zatrzymał się, opierając czoło o jej czoło, a ona miała wrażenie, jakby wstrzymywała oddech od dziesięciu lat. Jego ciepło, jego zapach — ta sama ostra, cytrusowa woda kolońska i subtelna nuta ciepłej wanilii i tytoniu — podziw w jego spojrzeniu — wszystko to łączyło się, by przenieść ją do tamtej nocy w Pokoju Życzeń.

— Tym razem się nie hamuj — wyszeptała, a jej głos drżał z emocji.

— Nigdy więcej.

Poruszył się, ustawiając się przy jej cipce, wpatrując się w nią, aż mruknęła:

— Proszę, Draco.

Z kolejnym, płynnym ruchem bioder wsunął się w nią. Wtulił twarz w jej szyję, jęcząc jej imię jak modlitwę.

— Bogowie, Hermiono, tęskniłem za tobą.

Wstrzymała oddech, słysząc jego wyznanie, gdy po policzku spłynęła łza, którą otarł kciukiem.

— Wciąż nie mogę uwierzyć, że tu jesteś… że możemy to przeżyć.

Draco znów się poruszył, narzucając powolne, pełne szacunku tempo. Nie spuszczał z niej wzroku, obejmując dłonią jej kark i całując czoło, policzki, nos oraz usta. Nie przestawał też mówić, nieustannie ją chwaląc.

— Taka piękna.

— Jesteś taka idealna.

— Jesteś wszystkim, czego potrzebuję, Hermiono.

Nie wiedziała, ile czasu minęło, ale surowa zaborczość w jego głosie, gdy wychrypiał Moja żona — moja, w połączeniu z niekończącym się ruchem jego bioder i uściskiem dłoni na jej talii, wystarczyła, by doprowadzić ją do szaleństwa. Orgazm zalał ją niczym delikatna ulewa, a Draco doszedł wraz z nią.

Opadł na łóżko obok niej, przyciągając ją w swoje ramiona i unosząc jej podbródek, by znów ją pocałować.

— Kocham cię.

Hermiona nie mogła już dłużej utrzymać otwartych oczu, ale i tak udało jej się wyszeptać Ja ciebie też kocham, zanim ukołysał ją do snu dźwięk bicia serca męża.

 

Draco

 

Kiedy Draco obudził się godzinę później, miał wyraźne przeczucie, że zaraz się udusi. Kucyk Hermiony nie przetrwał ich działań, a teraz, gdy leżał na plecach z nią rozciągniętą na jego piersi, napuszone loki robiły, co mogły, żeby utrudnić mu oddychanie.

Potężny pół-kuguar siedzący na jego brzuchu też nie ułatwiał sprawy.

— Mogę ci w czymś pomóc? — mruknął, wciąż mrugając, by pozbyć się senności.

Krzywołap wpatrywał się w niego zmrużonymi, żółtymi oczami, a jego ogon, niczym szczotka, machał władczo z pogardą. Kot zerknął na śpiącą twarz Hermiony, po czym znów wpatrywał się w Draco. Ku zdumieniu wszystkich, pomarańczowy potwór uniósł jedną łapę i celowo wysunął pazury — leniwie machając nimi w powietrzu w kierunku Draco, po czym schował je i z dumą oraz obojętnością zaczął oblizywać łapę.

— W porządku. — Westchnął Draco. — Jestem pewien, że musiałeś posprzątać po mnie, kiedy zniknąłem.

Krzywołap kichnął, jakby potwierdzając fakt.

— To się już nie powtórzy — zapewnił go Draco. — Ale dziękuję, że byłeś przy niej.

Wyraźnie zadowolony, kot zeskoczył z łóżka i wyszedł z pokoju z wysoko uniesionym ogonem.

— Cóż — powiedziała Hermiona, ziewając — gdybym nie wiedziała, że chcę cię poślubić… ta rozmowa z Krzywołapem przypieczętowałaby sprawę.

Draco prychnął głośno, zakładając kosmyk włosów za jej ucho.

— Dobrze wiedzieć. Czuję, że dostałem niechętne błogosławieństwo kota.

Hermiona zanuciła i przesunęła się, podpierając się na łokciu, pozwalając, by jej oczy błądziły po niej. Palce podążyły za nimi, delikatnie sunąc po jego ramieniu, zanim musnęły tatuaż oplatający biceps.

— Nie zdążyłam się im wszystkim dobrze przyjrzeć — mruknęła, śledząc wzrokiem ciemnie linie i krzywizny. — Ile ich masz?

Przesunął wolną rękę, obracając nadgarstek, zerkając na tatuaże po tej stronie.

— Na tym etapie nie potrafię nawet powiedzieć.

Palce wędrowały po jego brzuchu, zatrzymując się, by poprowadzić wzrokiem po dwóch wężach zwiniętych wzdłuż boków jego brzucha — tam, gdzie spotykały się na dolnej linii mięśni brzucha, z otwartymi paszczami gotowymi do ataku.

— Bardzo mi się podobają — rozmyślała, muskając opuszkami palców jeden z kłów. — Jak to się stało, że zacząłeś?

— Pierwszy był wyjątkowy — przyznał Draco. — Potem… jak wielu ludzi, uzależniłem się. Poza tym, za każdym razem, gdy matka na nie narzekała, dodawałem kolejne dwa. — Machnął leniwym gestem dłoni, wskazując na obfitość tuszu pokrywającego jego ciało. — I tak oto doszliśmy do tego.

Hermiona usiadła, jej oczy błyszczały, a loki podskakiwały od nagłego zainteresowania.

— Chwila… więc który jest pierwszy?

— Spróbuj znaleźć.

Uśmiechnął się ironicznie, szeroko rozkładając ramiona.

Z zapałem wyplątała się z kołdry i usiadła okrakiem na jego biodrach. Lawendowa pościel opadła niżej, a Draco zaśmiał się z niedowierzaniem, przesuwając dłonią po jej prawym udzie.

— Chwileczkę — wcześniej tego nie było.

Jego palce podążyły po lśniących, czarnych łuskach żmii, która wiła się od jej biodra do kolana.

Hermiona zachichotała i położyła swoją dłoń na jego dłoni, dokładnie tam, gdzie głowa węża spoczywała na jej biodrze.

— Urok zazwyczaj słabnie, kiedy śpię.

— Jak… kiedy… dlaczego? — jąkał się, wpatrując się w tatuaż.

— Jak? Poszłam do mugolskiego studia — nie chciałam, żeby to trafiło do Proroka. Kiedy? Kilka lat po tym, jak skończyliśmy szkołę — powiedziała, wyliczając na palcach. — Dlaczego? — Jej uśmieszek stał się łobuzerski, gdy przesunęła palcami po jego brzuchu. — Chyba tęskniłam za wężem między nogami.

Oniemiały Draco wpatrywał się w nią. Potem jęknął, przeciągając dłonią po twarzy, zanim chwycił ją za biodra.

— Bogowie, kobieto. Nie możesz mówić takich rzeczy, siedząc na mnie okrakiem.

Hermiona uśmiechnęła się do niego bez cienia skruchy.

— Dlaczego nie? Podoba ci się to.

Jego uścisk się zacisnął.

— Oczywiście. — Oparł się na jednym łokciu, drugą rękę wciąż trzymał na jej udzie, a wzrok wędrował po niej z czymś nabożnym pod maską gorąca. — Zawsze wiedziałaś, jak mnie doprowadzić do szału.

Zanuciła, przeczesując jego potargane blond włosy.

— To dar.

Uśmiechnął się, ale teraz kryło się za tym coś łagodniejszego.

— Jesteś niemożliwa.

Przechyliła głowę, a loki opadły jej na ramię.

— I uwielbiasz to.

Draco wciągał jej zapach, jakby potrzebował jej bardziej niż powietrza.

— Tak — powiedział cicho, ale stanowczo. — Naprawdę, naprawdę potrzebuję.

Pochyliła się i zasłona loków ich otuliła, gdy go pocałowała. Ciepły, korzenny zapach jej perfum — mieszanka kwiatów, przypraw i bergamotki, której nie czuł od dekady — otoczył go i mocno się nim zaciągnął. Ostatnie dwadzieścia cztery godziny były istnym huraganem, ale nic by z nich nie zmienił.

Po minucie Hermiona usiadła i chwyciła jego wędrujące dłonie. Umieściła je nad jego głową, lekko dociskając do poduszki, próbując spojrzeć na niego surowo.

— Nie ruszaj się — powiedziała głosem, który na pewno miał być warknięciem, choć brzmiał bardziej jak mruczenie. — Mam bardzo ważną misję, muszę znaleźć twój pierwszy tatuaż.

— Tak, proszę pani.

— Dobrze. — Kiwnęła głową. — To bardzo ważna misja.

Draco z rozbawieniem obserwował, jak badała górną część jego ciała niczym niuchaczka szukająca złota. Mamrotała pod nosem, ignorując różne tatuaże i miejsca — małe V formujące się między jej brwiami było bardzo urocze.

— Cóż — rzekła — na pewno nie zacząłbyś od rąk, więc one odpadają. Zdecydowanie nie te na szyi ani na głowie.

— Słusznie.

Uniosła wzrok, jakby zapomniała o jego obecności, po czym kontynuowała poszukiwania. Przesunęła palcem po każdym z bliźniaczych węży na jego brzuchu.

— Choć bardzo mi się podobają, zdecydowanie nie były pierwsze.

— Nic z tych rzeczy.

Przesunęła dłońmi po jego brzuchu i ramionach, aż zatrzymała się na tych na jego piersi. Zaparło mu dech w piersiach, gdy wyciągnęła rękę ku temu, który znajdował się najbliżej serca, a jej oczy błysnęły podejrzanie.

— Draco — szepnęła. — Czy ten… serio… to twój pierwszy?

Nie patrząc w dół, wiedział, że go znalazła: mały bukiet róż Hermiony po lewej stronie jego klatki piersiowej, idealna kopia tych, które trzymała w swoim dzienniku.

— Zrobiłem go latem po skończeniu szkoły — potwierdził. W końcu odsunął ręce od miejsca, w którym je schowała, delikatnie owijając jedną dłonią jej nadgarstek. — Patrz.

Jeśli to nie zadziała, po tym wszystkim, pomyślał, to dorwę tego tatuażystę.

Pozwoliła mu poprowadzić swoją dłoń do jego klatki piersiowej, delikatnie opierając ją na skórze. Po kilku sekundach magia osadzona w tatuażu zareagowała na jej magiczny podpis i róże zamknęły się — co ponownie wywołało u niej westchnienie.

Uśmiechnął się, doskonale wiedząc, co widziała: maleńką książeczkę, miniaturowy kłębek włóczki z drutami, maleńką filiżankę herbaty i zarys małej lwicy.

— Jak… — jej łzawy i pełen zachwytu głos ucichł.

— W dzienniku zostało wystarczająco dużo twojego magicznego podpisu, by tatuażysta mógł zaczarować ten, aby reagował na twój dotyk. Widzisz? — Ponownie przycisnął jej dłoń do piersi i róże znów rozkwitły. Kiedy przyłożył do tatuażu swoją dłoń, nic się nie stało. — Reaguje tylko na ciebie. Nie widziałem tych ukrytych tatuaży od czasu, gdy zostały wykonane.

Dłoń Hermiony pozostała przyciśnięta do jego piersi, palce rozłożyły się na różach, jakby bała się poruszyć i przerwać tę chwilę.

Jej usta otworzyły się, a potem zamknęły.

— Ty… — Głos drżał, gdy spróbowała ponownie, szybko mrugając. — Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś.

Draco uśmiechnął się lekko i smutno.

— Przynajmniej to mogłem zrobić.

Pochyliła się i pocałowała go — powoli i z szacunkiem — wciąż trzymając dłoń na jego sercu. Kiedy się odsunęła, oparła czoło o jego czoło i mruknęła:

— Nie mogę uwierzyć, że miałeś to przez cały czas, kiedy byliśmy osobno. To tak, jakbyś mnie nosił ze sobą przez dekadę.

— Ty zrobiłaś to pierwsza — rzekł. — Nie wiem, czy przetrwałbym ten ostatni rok w szkole bez ciebie.

Znów zapiekły ją oczy, ale udało jej się łzawo zachichotać.

— Niech cię diabli wezmą za te wyszukane słówka. Wykończysz mnie.

— Szczerze na to liczę — powiedział z diabelskim uśmiechem na twarzy.

Zaśmiała się, tym razem weselej, i otarła oczy nasadą dłoni.

— Dobra. Skończę jako kałuża.

Zanim zdążyła się ruszyć lub cokolwiek powiedzieć, jej brzuch zaburczał głośno i niegodnie. Zasłoniła go dłońmi, rumieniąc się gwałtownie.

Draco uniósł brew, absolutnie zachwycony.

— To ty, czy Krzywołap dostał udaru?

Hermiona jęknęła i oparła czoło o jego ramię.

— To był mój brzuch. Najwyraźniej miłość i tatuaże nie wystarczają, żebym nie umarła z głodu.

Uśmiechnął się szeroko, muskając dłonią jej kręgosłup.

— Tragiczne. Wzięliśmy ślub niecałe sześć godzin temu, a już jesteś na skraju wyniszczenia.

Klepnęła go w bok.

— Tak, cóż.. spędziłam przerwę obiadową na bzykanku, a przez resztę popołudnia brałam ślub.

— Ach tak, wygląda na to, że miałem w tym swój udział — odpowiedział zamyślony, z figlarnym spojrzeniem w oczach.

Hermiona prychnęła, po czym uniosła głowę.

— Powinniśmy coś zjeść.

— Powinniśmy — zgodził się, siadając. — Chyba musimy też ustalić, kto się gdzie przeprowadza.

Prychnęła z politowaniem, schodząc z niego i kierując się do łazienki.

— Jestem pewna, że tam, gdzie mieszkasz, jest o wiele lepiej niż w moim mieszkaniu.

Uśmiechnął się, gdy wysunęła głowę zza framugi drzwi.

— Czekaj, gdzie mieszkasz? We Dworze?

— Bogowie, nie. — Wzdrygnął się. — Nie wytrzymałem nawet całego lata po zakończeniu ósmego roku.

Draco z fascynacją obserwował, jak zwijała loki w kok i przeczesywała je różdżką — coś, co uwielbiał oglądać podczas ostatniego roku nauki. Tym razem jednak jej różdżka przykuła jego uwagę, przypominając mu o czymś, czego nie zrobili.

— O cholera! — krzyknął, zmuszając ją do zrobienia kroku w stronę drzwi — teraz miała na sobie miękką, letnią sukienkę, którą przywołała z szafy. — Nie rzuciliśmy zaklęcia antykoncepcyjnego.

— Dobrze, że biorę eliksir, geniuszu. — Zaśmiała się Hermiona. — Bo wcześniej też o tym zapomniałeś. A propos — krzyknęła nagle, a jej magia iskrzyła w lokach — wiesz, że krąży plotka, że Ministerstwo może zdelegalizować eliksiry antykoncepcyjne?! Mimo że pary mają nawet dwa lata na zgłoszenie ciąży, najwyraźniej liczą na to, że uda im się ją przyspieszyć.

Blaise powinien się dowiedzieć, jak możemy zwiększyć zapas tego konkretnego eliksiru, pomyślał Draco.

— To niedorzeczne — kontynuowała. — Mam zapas na kilka miesięcy, ale potem… co potem? Szczerze mówiąc, myślę, że mieliśmy szczęście podczas pierwszego razu, bo wiem na pewno, że te zaklęcia nie są takie świetne — dlatego jest tylu cholernych Weasleyów.

Draco oparł się o wezgłowie łóżka, obserwując, jak Hermiona krąży po swoim pokoju, przywołując przedmioty i upychając je do niemożliwie małej torebki, jednocześnie wygłaszając swoją tyradę.

— Nie zrozum mnie źle. — Westchnęła. — Zdecydowanie jestem otwarta na dzieci, skoro jestem z tobą, ale naprawdę chciałabym, żebyśmy przez te dwa lata mogli nacieszyć się sobą.

Jego serce waliło w piersi, ale udało mu się brzmieć spokojnie i opanowanie, kiedy odpowiedział:

— Więc będziemy mieć te dwa lata.

— Tak, ale skąd mam wziąć eliksir, kiedy skończą się moje zapasy? Mugolska antykoncepcja nie działa dobrze na czarodziejów, wiesz?

— Och, kotku. — Zaśmiał się. — Naprawdę nie masz pojęcia, z kim masz do czynienia, prawda? — W końcu wstał z łóżka, przeszedł przez pokój i pocałował ją w skroń. — Jeśli potrzebujesz eliksiru i całych dwóch lat — bez problemu to dostaniesz.

— Ale…

— Zaufaj mi, Hermiono. Mogę załatwić wszystko, czego potrzebujesz lub chcesz — bez zbędnych pytań.

Otworzyła usta, żeby znów się sprzeciwić, ale najwyraźniej się rozmyśliła. Zamiast tego, zmrużyła oczy podejrzliwie.

— Mówisz serio, prawda?

Draco tylko uśmiechnął się ironicznie, zaczynając się ubierać.

— Zawsze mówię poważnie, jeśli chodzi o ciebie.

Przewróciła oczami, ale zdradził ją uśmiech.

— Dobrze, Panie Zaradny, może sprawdzisz, czy ty i Krzywołap zawarliście wystarczająco mocną umowę, żebyśmy mogli wsadzić go do transportera? Wezmę tylko kilka rzeczy na parę dni. Później wrócimy po resztę.

Jęknął teatralnie, więc rzuciła w niego parą skarpetek.

Gdy się ubrał, znalazł transporter i smakołyki dla kota, po czym wrócił do sypialni, gdzie, jak wiedział, ukrywał się Krzywołap.

— Co chcesz na kolację? — zawołał, wyciągając telefon. — Zamówię, żeby dowieźli nam zaraz po przybyciu. I tak — kontynuował drwiąco — przeraża mnie fakt, że chcę zamówić jedzenie na wynos w noc poślubną, ale musimy cię przeprowadzić, zająć się Krzywołapem i… — urwał, wpatrując się w zegarek na ekranie. — Cholera. Będę musiał zrobić kolację dla Petry!

Hermiona zamknęła drzwiczki transportera, gdy Krzywołap, zwabiony smakołykami, z ochotą wszedł do środka. Wyprostowała się i uniosła obie brwi.

— Kim jest Petra?

— Zobaczysz — odpowiedział tajemniczo Draco.

Kilka minut później wyszli z kominka i trafili do pokoju powitalnego — eleganckiego, minimalistycznego, z zaczarowaną miotełką, która natychmiast zaczęła strzepywać sadzę z ich butów.

— Oczywiście, że masz do tego zaczarowane narzędzie — zażartowała Hermiona, przewracając oczami i stawiając transporter.

Draco uniósł ich złączone dłonie i pocałował w kostki.

— Witaj w domu, Hermiono.

Zanim zdążyła odpowiedzieć, z korytarza dobiegło ciche warknięcie — wystarczające, by przestała oddychać. Potem, powoli, z ciemności wyłoniły się dwa żółte, nieruchome oczy — w towarzystwie błysku białych zębów.

Hermiona krzyknęła ze strachu i instynktownie przybliżyła się do Draco, niemal się na niego wdrapując.

— Cholera jasna — co to jest?

Draco nawet nie drgnął.

— Zobaczysz.

Wyłoniła się jakaś postać — potężna i zamyślona. Petra, jego doberman, skradała się niczym królowa obserwująca swoje królestwo. Jej diamentowo-kolczasta obroża lśniła w świetle.

— Petra — powiedział przeciągle. — Przestań dramatyzować i się przywitaj.

Pies nadal podążał w stronę Hermiony, jakby polował na zwierzynę. Hermiona zerknęła na Draco, gdy olbrzymi doberman zatrzymał się, węsząc w powietrzu, zanim w końcu zaczął merdać kikutem ogona.

Wyciągnęła rękę do Perty, by powąchała, a kiedy została polizana, uśmiechnęła się.

— Cześć, kochanie — mruknęła, drapiąc psa po głowie i ponownie patrząc na Draco. — Już wiem, kto tu rządzi.

Parsknął suchym śmiechem.

— Och, oczywiście.

Zadowolony pies podszedł do transportera, w którym znajdował się kot. Zatrzymała się tuż przed nim i wpatrywała się w niego. Draco mógł przysiąc, że czuł osąd bijący od obu zwierząt.

Krzywołap syknął jak czajnik, nastroszając futro z urazą. Petra zareagowała na to siadając. Powoli. Z godnością. Szczeknęła cicho, co brzmiało całkowicie protekcjonalnie.

— Och, świetnie — mruknęła Hermiona, krzyżując ramiona. — Pozabijają się.

— Ustanawiają hierarchię — rzekł spokojnie Draco. — Daj im chwilę.

Krzywołap w końcu wyłonił się z transportera, poruszając się z urażoną godnością kogoś zmuszonego do siedzenia wśród pospólstwa. Okrążył Petrę raz. Powąchał, drgając ogonem.

Hermiona wstrzymała oddech.

Petra prychnęła, odwróciła się i pobiegła do salonu — najwyraźniej zadowolona. Krzywołap podążył za nią z uniesionym ogonem.

Draco patrzył, jak odchodzą, uśmiechając się złośliwie.

— Mówiłem ci. Ona ceni pewność siebie.

Hermiona gapiła się z otwartymi ustami.

— Twój pies właśnie uznał, że mój kot zdał jakiś test?

— Jest bardzo wymagająca — powiedział, po czym dodał, mrugając do niej: — Tak jak jej właściciel.

Hermiona jęknęła.

— Jesteście szaleni.

— Witaj w rodzinie — odparł, uśmiechając się szeroko, przyciągając ją do siebie.

Rzuciła mu spojrzenie, nie potrafiąc stłumić uśmiechu.

Draco pochylił się i pocałował ją w skroń.

— Chodź, żono. Rozpakujemy cię. Kolacja zaraz przyjedzie, a ta dwójka się dogada.

Z uśmieszkiem na ustach patrzył, jak podeszła i znów wyciągnęła do niego rękę. Była tutaj — naprawdę tu była. W jego domu. W jego życiu. W świecie, o którym nigdy nie myślał, że będzie posiadał. I jakimś cudem, niemożliwie, była jego.

Brak komentarzy