[T] Twoje idealne dopasowanie: Ciężar nazwiska
Witajcie :) w
niedzielny wieczór zapraszam na długo wyczekiwany, trzeci rozdział tej
historii. Przenosimy się do przeszłości, a konkretnie do ósmego roku, w którym
Hermiona, Draco i ich znajomi wracają do Hogwartu po wojnie. Ten rozdział
dotyczy Draco. Kolejny będzie dotyczył Hermiony. Dajcie znać, jak wrażenia.
Na czwarty
rozdział zapraszam w przyszły weekend. To chyba jeden z najdłuższych rozdziałów
w mojej tłumaczeniowej karierze, ale będziecie zadowoleni, obiecuję. Powoli
wracam z tym opowiadaniem, w sierpniu postaram się trochę przyspieszyć.
Tyle ode mnie.
Miłej lektury!
Rozdział 3: Ciężar nazwiska
Draco
1 września 1998 roku
Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie
Draco
patrzył, jak McGonagall wchodziła po schodach na peron, a jej tartanowe szaty
szeleściły z charakterystyczną dla niej rzeczową, władczą manierą. Pozostali
uczniowie wyprostowali się, jakby ich postawa mogła usunąć z pamięci miniony
rok. Ich była profesor — a obecna dyrektorka — czekała, aż zapadnie cisza i
ustanie szuranie.
Czekała
jeszcze chwilę, rozglądając się po małej grupie powracających do szkoły
uczniów.
—
Witamy ponownie w Hogwarcie na waszym bezprecedensowym ósmym roku nauki. Mam
nadzieję, że każde z was znajdzie w tych murach to, czego szuka. — Ponownie
zamilkła, a jej oczy błyszczały podejrzliwie. — Niektórzy z was są tu, żeby
dokończyć edukację. Niektórzy, by spędzić jeszcze jeden rok z przyjaciółmi.
Niektórzy, by zamknąć ten rozdział…
W
powietrzu zapadła ciężka cisza.
—
Niektórzy z nas są tu, by uniknąć więzienia — mruknął Draco pod nosem.
To
ironicznie stwierdzenie wywołało stłumiony chichot Theo z prawej strony i przy
okazji Draco oberwał łokciem w żebra od Blaise’a z lewej strony.
—
To prawda — wyszeptał do swojego najlepszego przyjaciela.
Jednak
Blaise się nie śmiał — po prostu obserwował Draco chwilę dłużej niż zwykle, z
nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Draco znał to spojrzenie. Widział je całe
lato. Oznaczało, że Blaise — jak zwykle — obserwował wszystko: ton głosu Draco,
jego postawę, sposób, w jaki udawał, że nie zauważał spojrzeń rzucanych w jego
stronę.
Tuż
po Bitwie o Hogwart Ministerstwo w błyskawicznym tempie rozpoczęło procesy.
Draco był zdumiony, że instytucja, która zaledwie kilka tygodni wcześniej była
przynajmniej biernie współwinna rządów Voldemorta (z pewnością nie włożyła
wiele wysiłku w jego powstrzymanie), teraz pozycjonowała się jako wzór cnoty i
sprawiedliwości.
Ale
co on w ogóle wiedział? Jego życie zawsze toczyło się w odcieniach szarości.
Kiedy
nadszedł czas procesów Malfoyów — wszystkie trzy odbywały się jeden po drugim —
sprawa stała się medialną sensacją. Jego ojciec został skazany na osiem lat w
Azkabanie. Draco wciąż nie był pewien, jak to możliwe, że nie na dłużej. Po
przeanalizowaniu wspomnień wspomnianego mężczyzny — a także wielu innych —
Wizengamot stwierdził, że Lucjusz Malfoy był tak słabą wersją samego siebie,
jak Draco na początku szóstego roku, i nie był dla Voldemorta zbyt cennym
nabytkiem.
Co
oczywiście było prawdą. Zanim Potter pokonał Czarnego Pana, jego ojciec ledwo
był w stanie sklecić sensowne zdanie.
Ku
zaskoczeniu Draco, Potter i Granger pojawili się na sali sądowej przed rozprawą
jego i jego matki. Weasley najwyraźniej nie miał ochoty się tam pojawić — i dobrze, zdaniem Draco. Zawsze uważał
ten odcień czerwieni za bolesny dla oka.
Potter
i Granger zeznali przed Wizengamotem, że wojna mogłaby potoczyć się inaczej,
gdy nie pomoc zaoferowana przez Draco i jego matkę.
Nie jestem pewien, na ile to prawda, pomyślał Draco. Ale z pewnością nie jestem tym, kto zagląda w zęby obdarowanemu
hipogryfowi.
Dwie
trzecie Złotego Trio opowiedziało historię z Dworu Malfoyów, szczegółowo
opisując, jak Draco nie rozpoznał żadnego z nich — choć musiał wiedzieć, kim
byli.
Co
było prawdą. Rozpoznał ich od razu — choć byli brudni i zagłodzeni.
Potter
upierał się, że Draco dobrowolnie oddał różdżkę, że mógł ją z łatwością
przejąć.
Co
było poniekąd prawdą. Chociaż Draco nie podał jej na srebrnej tacy — to
sprawiłoby, że rzucono by na niego więcej Cruciatusów tej nocy — nie walczył
też o jej zatrzymanie.
Ostatecznie
ich zeznania doprowadziły do rocznego aresztu domowego dla Narcyzy. Nie było
mocnych dowodów na to, że wyrządziła wiele krzywdy, ale Ministerstwo nie miało
zamiaru puścić tego płazem Malfoyom, którzy przez lata gościli w swoim Dworze
Voldemorta.
Draco
został skazany na ściśle monitorowany dozór kuratorski na obowiązkowym, ósmym
roku w Hogwarcie. Zamek nigdy bardziej nie przypominał klatki.
Otrząsnął
się z zamyślenia, wsłuchując się w przemówienie McGonagall. Przypomniała im, że
pozostaną w swoich domach, ale zamieszkają razem w oddzielnym dormitorium dla
ósmoklasistów. Nadal mogli brać udział w kwalifikacjach i grać w swoich
drużynach Quidditcha, nie obowiązywała ich godzina policyjna i mogli odwiedzać
Hogsmeade, kiedy tylko chcieli.
Spojrzenie
profesor McGonagall na chwilę przeniosło się na Draco, ale chyba że jesteś Draco Malfoyem nie padło z jej ust.
Przydział
do domu nie miał dla niego, Blaise’a ani Theo większego znaczenia, ponieważ
byli jedynymi Ślizgonami z ich rocznika. Większość chłopaków postanowiło nie
kończyć szkoły lub przeniosło się do Durmstrangu. Wiele dziewcząt miało zdawać
owutemy hybrydowo, a niektóre — Pansy Parkinson, Tracy Davis i siostry
Greengrass — kończyły naukę w Beauxbatons.
Nawet
gdyby wróciło więcej Ślizgonów, Draco nie zawracałby sobie głowy drużyną Quidditcha
w tym roku. Jego kurator prawdopodobnie uznałby to za „zbyt fajną zabawę”, a on
sam był teraz kimś w rodzaju wyrzutka społeczeństwa, nawet we własnym domu.
Brak
godziny policyjnej i nieograniczone wizyty w Hogsmeade nie miały dla niego
znaczenia — mógł poruszać się tylko po szkole i błoniach.
To będzie długi, nudny rok, westchnął w duchu.
Gdy
mogli się rozejść, cała trójka udała się do swojego dormitorium, rezygnując z
kolacji w Wielkiej Sali na rzecz dostarczenia jej przez skrzaty domowe do
pokoju. To kolejny przywilej dla uczniów ósmego roku, pod warunkiem, że nikt
nie będzie go nadużywał.
Gdy
tylko Draco otworzył drzwi, Blaise i Theo minęli go, szybko wybierając swoje
łóżka.
Draco
położył się na swoim, a Blaise i Theo natychmiast zaczęli przestawiać meble —
przenosząc szafkę nocną z nieużywanego, trzeciego łóżka na drugą stronę ich
łóżka, które najwyraźniej zamierzali dzielić.
—
Przynajmniej jesteśmy tu sami.
Draco
westchnął, opadając z powrotem na łóżko — nie tak wygodne jak w domu, ale na
pewno lepsze niż w Azkabanie.
—
I nie zapomnijcie o zaklęciu wyciszającym — dodał, rzucając żartobliwe
spojrzenie przyjaciołom, którzy przytulali się na łóżku. — Mam już dość
przypominania wam o tym jak podczas lata.
Ponieważ
nikt inny nie dzielił z nimi pokoju, Theo i Blaise nie musieli się ukrywać, jak
to robili w zeszłym roku.
—
Tak, tak — mruknął Blaise, udając, że wstaje i rzuca zaklęcie wyciszające na
baldachim, po czym wskoczył za Theo i zaciągnął zasłony.
Draco
pozwolił, by jego wzrok powędrował ku baldachimowi nad nim. Cicho, prywatnie i
względnie spokojnie — całkiem niezły początek, biorąc wszystko pod uwagę.
Mimo
to nie mógł się oprzeć myśli, że pomimo wszystkich tych gadek o „nowym
początku”, to o wiele bardziej przypominało odsiadywanie kary w lepszej pościeli.
~*~*~*~*~*~*~*~
Październik 1998
Profesor
Babbling stała z przodu sali, posyłając kartki w kierunku swoich uczniów ze
stosu pergaminów. Draco z łatwością złapał swój i nie ukrywał uśmieszku, gdy
Theo uderzył go w ramię.
—
Zamknij się, głupku — syknął jego najlepszy przyjaciel, odkładając arkusz na
biurko.
—
To — zaczęła profesor — są parametry i wymagania projektu tłumaczeniowego, nad
którym będziecie pracować do końca roku.
Draco
uniósł brwi w kierunku linii włosów, czytając listę.
Profesor
Babbling uniosła rękę, uciszając pytających uczniów.
—
Przed końcem zajęć omówimy wszystko szczegółowo, ale podsumowując — będziecie
pracować w parach i wspólnie przetłumaczycie różne teksty, od starożytnych
runów, na współczesny język potoczny.
Rozejrzała
się po klasie kamiennym, niewzruszonym wzrokiem, gdy rozległ się chór jęków i
pomruków. Kiedy wszyscy ucichli, wskazała różdżką na tablicę za sobą. Kawałek
kredy uniósł się w powietrze, zawisając w oczekiwaniu.
—
Wasze pary zostaną tu zapisane — powiedziała. — Gdy wasza para zostanie
ujawniona, proszę usiąść obok partnera. Będziecie musieli siedzieć razem przez
resztę roku, pracując nad projektem.
Draco
obserwował, jak uczniowie dobierają się w pary. Blaise, który miał pracować z
Ronem Weasleyem, wyglądał tak, jakby miał skoczyć z najwyższej trybuny boiska
Quidditcha. Theo był w parze z Luną Lovegood — co, delikatnie mówiąc, powinno
być interesujące.
—
Życz mi powodzenia — powiedział Theo, wstając, by usiąść obok Lovegood.
Draco
pomachał do niego, nie podnosząc wzroku, nie chcąc widzieć przerażenia na
twarzy swojej nowej partnerki. Wciąż patrzył w dół, gdy na biurko obok niego
wylądował plecak, a jego właścicielka westchnęła z rozbawieniem.
—
Dwa razy w ciągu jednego dnia, Malfoy? To musi być jakiś rekord. — Granger
uśmiechnęła się ironicznie. — Co, wszechświat wyczerpał wszystkie możliwości?
Draco
spojrzał w górę ze zdziwieniem, gdy siadała obok niego.
Mrugnął,
rozdarty między niedowierzaniem a czymś, co podejrzanie przypominało
oczekiwanie. Poczuł ucisk w żołądku, jednocześnie nieprzyjemny i ekscytujący —
jak stanie zbyt blisko ognia w zimną noc.
To
uczucie było mu tak obce, że prawie go nie rozpoznał, ale mocno tkwiło w jego
piersi, nie dając się zignorować.
Granger
nie zwracała uwagi na jego milczenie, gdy zaczynała rozpakowywać torbę.
—
Wspólny projekt z eliksirów, a teraz to?
Odchrząknął,
w końcu odzyskując głos.
—
To jakiś niebywały pech, Granger. Trzeba się zastanowić, gdzie popełniłaś błąd.
W
cichej klasie rozbrzmiał jej śmiech — szczery i radosny. Trafił Draco we
wrażliwe miejsce, o którym nie wiedział, że wciąż tam jest, i nagle poczuł się
bardzo wdzięczny za projekty.
~*~*~*~*~*~*~*~
Listopad 1998
Draco
przeciskał się między regałami i stołami biblioteki Hogwartu, z zamiarem
dotarcia do swojego zwykłego miejsca z tyłu. Schowane za regałem ze
starożytnymi runami, było tak ciche — i tak niepopularne — że ludzie rzadko się
tam zapuszczali.
Tuż
przed minięciem ostatniego regału usłyszał głosy dochodzące z biblioteki —
szorstkie szepty i syczące tony głosu.
Rozdrażnionego,
skomlącego tonu głosu Łasica nie dało się pomylić.
—
Ale Miona, to Śmierciożerca!
—
Były Śmierciożerca, Ron — poprawiła
go Granger cierpliwym tonem. — Już o tym rozmawialiśmy.
—
Ale…
Tym
razem głos Pottera dotarł do uszu Draco, który starał się być głosem rozsądku.
—
Ron, daj spokój. Hermiona sobie poradzi… poza tym, przecież nie wybrała sobie
partnera do tych projektów.
—
A propos — kontynuowała Granger, najwyraźniej próbując nakłonić Łasica do
zmiany tematu. — Mam robotę do zrobienia. Obiecuję, że później do was dołączę.
Draco
czekał, aż chłopaki znikną w sąsiednim przejściu — na szczęście byli
nieświadomi, że ich obserwował.
Podszedł
do stolika, przy którym Hermiona pisała na dwóch różnych kawałkach pergaminu.
Zazwyczaj pisała na jednym przez chwilę, zanim coś jej przyszło do głowy i
przerzucała się na drugi, podczas gdy on rozkładał swoje rzeczy na boku.
—
Wiesz — zaczął, sprawiając, że podniosła wzrok znad swojego pergaminu — biorąc
pod uwagę to, jak nieświadomi są ci dwaj, to cud, że przeżyli wojnę.
Granger
parsknęła śmiechem, choć próbowała ukryć to kaszlem.
Draco
uśmiechnął się złośliwie, nie mogąc się powstrzymać od kontynuowania:
—
Ale mieli ciebie, więc chyba nic dziwnego, że im się udało.
Rumieniec,
który rozlał się po policzkach Granger, był bardziej satysfakcjonujący niż
jakakolwiek odpowiedź, jakiej mogłaby mu udzielić.
Chwycił
podręcznik do starożytnych run, słownik runiczny i egzemplarz starożytnego
pisma, które mieli przetłumaczyć, otwierając go w miejscu, w którym skończył
podczas ich ostatniego spotkania.
Granger
kontynuowała pisanie, jej pióro miarowo drapało dwa kawałki pergaminu przez
prawie dziesięć minut, zanim Draco znów się odezwał.
—
Nie zdawałem sobie sprawy, że jesteś już w trakcie przepisywania swojej części
tłumaczenia — zauważył cicho.
—
Nie jestem.
Jej
głos był rozkojarzony i nie podniosła wzroku, mówiąc.
Zanucił
zamyślony i wrócił do wyszukiwania run, podczas gdy ona kontynuowała pisanie.
Po
kilku minutach Draco odchrząknął i znów się odezwał.
—
Wiesz, że esej z naszego projektu z eliksirów jest do oddania dopiero tuż przed
przerwą świąteczną, prawda?
—
Nie pracuję nad naszym esejem z eliksirów. — Nadal nie podniosła wzroku. —
Jeśli masz jakieś pytanie, Malfoy… po prostu zapytaj.
Draco
westchnął, udając zdziwienie i ściskając się za pierś.
—
Dziękuję! Taka myśl z pewnością nigdy nie przyszłaby mi do głowy.
To
w końcu sprawiło, że podniosła wzrok — choćby po to, by przewrócić oczami — po
czym wróciła do pracy.
—
Dobra. — Westchnął. — Co piszesz?
—
To — odpowiedziała, wskazując na listę, nad którą pracowała — jest lista
potencjalnych stanowisk w Ministerstwie, o które chciałabym się ubiegać, i
stopni mistrzowskich, które rozważam.
Draco
zamruczał w zamyśleniu, po czym wrócił do przeglądania słownika. Czuł na sobie
wzrok Granger, ale skupił się na tłumaczonych przez siebie runach.
—
A ty? — zapytała Granger.
—
Co ja?
Granger
westchnęła, jakby był najgłupszą osobą, z jaką miała nieprzyjemność dzielić
stół.
—
Jakie masz plany po ukończeniu szkoły?
Parsknął
śmiechem.
—
Serio, Granger?
Przyszpiliła
go ostrym spojrzeniem.
—
To bardzo poważne pytanie, Malfoy.
—
Moje życie było zaplanowane na długo przed moimi narodzinami — powiedział
przeciągle. — Nie ma sensu czegokolwiek planować.
—
Przykro mi, Malfoy — mruknęła cicho, nerwowo przerzucając pergaminy przed sobą.
— To smutne.
—
Tak po prostu jest.
Wzruszył
ramionami, wracając do swojej pracy.
Ponownie
zapadła między nimi przyjacielska cisza, jedynym dźwiękiem przy stole był
odgłos przewracanych kartek i drapanie piór.
W
końcu ciekawość wzięła górę, gdy Draco obserwował, jak Granger przechodzi od
listy do listu, który pisała.
—
Co jest na drugim pergaminie?
Tym
razem, gdy Granger podniosła wzrok, jej oczy płonęły, a w lokach błyskały iskry
magii.
—
Piszę do DKNMS, DPPC i Kingsleya, by poskarżyć się na brak wsparcia
Ministerstwa dla Rumuńskiego Sanktuarium Smoków — a konkretnie na brak
humanitarnego traktowania smoków.
Draco
mrugnął, analizując tę informację.
—
Dlaczego?
—
Dlaczego nie? — Granger prychnęła głośno. — Masz pojęcie, ile smoków
wykorzystuje się do warzenia eliksirów i wyrobu różdżek? Smocza krew, łuski i
włókno sercowe — wszystko to zbiera się do tworzenia magicznych rzeczy.
—
Jasne…
—
Zbieranie tych „składników” — zrobiła pauzę, by nakreślić cudzysłów w powietrzu
— to jedno. Ale smoki są często maltretowane lub wręcz krzywdzone podczas
zbiorów. Niektóre są zabijane przedwcześnie — i w brutalny sposób — by zdobyć
te składniki. — Ostatkiem sił złapała oddech, zanim kontynuowała: — Łuski
ciągle odpadają, więc nie rozumiem, dlaczego smoki są dla nich krzywdzone.
Smoki powinny być monitorowane przez Ministerstwo — nie żeby ktokolwiek robił
to dobrze — więc dlaczego nie poczekać, aż umrą śmiercią naturalną, żeby zebrać
resztę? — Jej loki zdawały się żyć własnym życiem, gdy tak wygłaszała swoje
tyrady. — Gdyby smocze sanktuarium otrzymało więcej wsparcia i funduszy,
mogłoby dostarczać tyle krwi i łusek — dzięki badaniom lekarskim i naturalnemu
zrzucaniu — ile tylko przemysł eliksirów mógłby potrzebować. Ale ponieważ żadne
Ministerstwo nie wydaje się tym specjalnie przejmować, nie mają wyboru i muszą
ledwo wiązać koniec z końcem — podczas gdy mogliby robić o wiele więcej.
Draco
odchylił się na krześle, patrząc na nią wzrokiem bliskim rozbawienia.
—
Merlinie, Granger — rzekł przeciągle — zachowaj trochę słusznej furii dla nas
wszystkich.
~*~*~*~*~*~*~*~
Dwa tygodnie później
Kolejny dzień, kolejna sesja nauki, pomyślał Draco, przemierzając bibliotekę.
Dotarł
do ich stolika i zastał Granger gorączkowo bazgrającą na kolejnym kawałku
pergaminu. Uśmiechnął się złośliwie, siadając wygodnie i tym razem wyciągając
materiały z eliksirów.
—
Kogo dziś dotknęło twoje oburzenie, Granger?
Lekki
uśmiech uniósł kącik jej ust, gdy spojrzała na niego, po czym wróciła do
pisania.
—
DKNMS.
—
Znowu? — zapytał, a w jego głosie słychać było udawane oburzenie. — Co ci
biedacy zrobili?
—
Raczej czego nie zrobili — mruknęła, gdy magia — co nie dziwiło — zaczęła iskrzyć
w jej lokach.
Draco
uśmiechnął się złośliwie i gestem poprosił, by mówiła.
—
Mów dalej.
—
Powinni byli od początku utworzyć dwa oddzielne departamenty — wyjaśniła
Granger. — Jeden — jak DKNMS — do pracy z magicznymi stworzeniami, takimi jak
smoki, jednorożce i tym podobne.
—
Czyli to, co robią teraz?
—
Jeszcze nie skończyłam — ostrzegła, unosząc brew.
Draco
uniósł obie ręce w geście poddania, starannie tłumiąc śmiech.
—
Powinni zostać podzieleni na dwa wydziały — kontynuowała. — Drugi powinien być
czymś w rodzaju Biura Łączności z Magicznymi Stworzeniami. Obecna sytuacja jest
zgoła obraźliwa! — Jej włosy zdawały się rosnąć i puszyć z każdym słowem,
stając się niemal świadome, gdy wygłaszała swoje tyrady. — Skrzaty domowe,
gobliny, trytony, centaury — to inteligentne istoty z własnymi kulturami i
językami. Naprawdę, skrzaty domowe, centaury i gobliny potrafią mówić wieloma
językami!
Uniósł
brwi ze zdziwienia — nigdy tak o tym nie myślał.
Granger
kontynuowała, niezrażona jego milczeniem, wskazując piórem w dłoni dla
podkreślenia. Niechlujny kok na czubku jej głowy poruszał się razem z nią,
ledwo utrzymywany w miejscu przez różdżkę.
—
Skrzaty domowe potrafią posługiwać się magią, którą ledwo rozumiemy, gobliny
zarządzają całym naszym systemem finansowym — oprócz tworzenia pięknej
biżuterii i metaloplastyki — a centaury to niezwykle inteligentne istoty.
Firenzo tu uczył! — wykrzyknęła, a
jej głos unosił się, gdy magia przemykała przez jej włosy. — Ale ludzie myślą,
że wiedzą lepiej, więc wrzucili ich do tej samej kategorii co niuchacze i
nieśmiałki.
Draco
patrzył z lekko otwartymi ustami, jak w pojedynkę obalała przekonania dotyczące
magicznych stworzeń, które głosił przez całe życie.
Ona
nie była tylko inteligentna — była oślepiająca.
Pełna pasji, uparta, błyskotliwa. Była siłą natury owiniętą w dzikie loki i
ostre łokcie.
I
nawet tego nie dostrzegała.
Potem
zastygła w bezruchu, a jej głos złagodniał.
—
A potem zastanawiamy się, skąd się biorą wojny. Zastanawiamy się, skąd się
biorą zachowania wobec ludzi takich jak ja.
To
uderzyło mocno. Zbyt mocno.
Draco
poczuł coś, co bardzo przypominało wstyd. I coś jeszcze, czego nie chciał
nazwać.
Zanim
zdążył się powstrzymać, wyciągnął do niej rękę — jedną dłonią chwycił jej wolną
dłoń spoczywającą na stole.
—
Granger, przepraszam…
—
Przestań, Malfoy — przerwała mu, powoli kręcąc głową. — Nie mówiłam o tobie.
Wiem, że przepracowałeś swoje dotychczasowe przekonania na temat mugolaków.
Poza tym, już przeprosiłeś.
Tym
razem to Draco głośno parsknął.
—
Wyjąkane „przepraszam”, gdy wyprowadzano mnie z sali sądowej, się nie liczy. Masz jednak rację —
kontynuował. — Od lat w to nie wierzyłem. Ale przez długi czas używałem tego
słowa i udawałem, że wierzę — co również jest złe.
Granger
ścisnęła jego dłoń, jej oczy błyszczały, gdy posłała mu dodający otuchy
uśmiech.
—
Naprawdę przepraszam za wszystko, co ci powiedziałem. Przepraszam, że używałem
tego słowa. Przepraszam, że sprawiłem, że poczułaś się wykluczona i niemile
widziana. Ja…
—
Draco, przestań — powiedziała stanowczo. Przełknęła ślinę, patrząc na ich
złączone dłonie. — Wybaczam ci.
Brzmiało
to jak prawda, w którą postanowiła uwierzyć, nawet jeśli bolały ją stare rany.
Jej
dłoń była ciepła w jego dłoni, uziemiając go w sposób, którego się nie
spodziewał.
Chciał
zapytać, co ona w nim widzi — czym to wszystko było według niej. Ale nie
zapytał. Bo cokolwiek to było, nie mogło trwać wiecznie.
Nie
z jego nazwiskiem. Nie z jej przyszłością.
Wiedział,
że lepiej nie trzymać się zbyt blisko niej. Ten rok się kończy. Ich relacja też
się skończy.
~*~*~*~*~*~*~*~
Kiedy
Draco wrócił tego wieczora do dormitorium, Blaise i Theo spali — splątani ze sobą
na środku łóżka. Nawet we śnie Blaise utrzymywał pozycję obronną wokół swojego
chłopaka, z ciałem zwróconym w stronę drzwi, wtulając się w Theo.
Po
prysznicu Draco leżał w łóżku, długo wpatrując się w baldachim. Kiedy sen nie
nadchodził — co nie było niczym niezwykłym w tym momencie jego życia — sięgnął
po listy, które przyszły wcześniej: jeden od eleganckiej płomykówki matki, a
drugi od słabo wyglądającej sowy z Azkabanu.
Początkowo
nawet nie sprawdzał, który list był czyj, uświadamiając sobie, że pierwszy
należał do jego ojca, dopiero gdy zauważył elegancki charakter pisma płynący po
tanim pergaminie z Azkabanu.
Draco,
Twoja matka mówiła, że masz się
dobrze, że przestrzegasz warunków zawieszenia w prawach i że dobrze to wróży
Twojej przyszłości. Nie potrafię wyrazić, jak wielką ulgę mi to przynosi. Nawet
jeśli nie zawsze to czujesz, zaufaj mi, kiedy mówię, że chcę Cię wspierać,
mówiąc o Twoich przyszłych przedsięwzięciach.
Wiem, że Cię zawiodłem, mój synu.
Nigdy nie byłem ojcem, którym powinienem być, i wymagałem od Ciebie rzeczy,
których żadne dziecko nie powinno doświadczyć. Spędziłem większość Twojego
życia, żądając ślepego posłuszeństwa zamiast służyć radą. Konsekwencje moich
wyborów będą ciążyć na naszej rodzinie do końca życia. Niektóre z tych decyzji były
podyktowane strachem — inne nie.
Nie piszę tego, by się
usprawiedliwiać. Tylko, aby przeprosić.
Zasługiwałeś na lepsze traktowanie
niż to, jakie Cię spotkało. Choć być może jest już za późno, teraz to widzę.
Siła, którą okazywałeś przez ostatnie dwa lata, nie pochodziła ode mnie. Należy
całkowicie do Ciebie.
Choć w żaden sposób nie
rekompensuje to tego, o co Cię prosiłem, chcę, żebyś wiedział, że rozwiązałem
kontrakt małżeński z Parkinsonami. Przynajmniej mogę cofnąć jedną decyzję,
którą podjąłem za Ciebie.
Proszę, wiedz, że choć teraz
niczego od Ciebie nie żądam, to proszę, żebyś — gdy nadejdzie czas — rządził z
większą siłą niż ja. Jesteśmy tym, kim jesteśmy, Draco. Malfoyami. Zastanów
się, co to nazwisko nadal znaczy… i co może znaczyć.
To wszystko, co chciałem napisać.
Twój ojciec,
Lucjusz
Draco
wpatrywał się w pergamin przez kilka długich minut, czytając go jeszcze raz, by
upewnić się, że go źle nie zinterpretował.
Data
wskazywała, że list został napisany kilka tygodni temu, co nie stanowiło zaskoczenia
— poczta z Azkabanu jest wysyłana mniej więcej raz w miesiącu.
To nie do końca prawdziwe
przeprosiny, pomyślał. Ale to więcej, niż kiedykolwiek myślałem, że
dostanę. I przynajmniej nie muszę się żenić z Pansy — dzięki Merlinowi. To
byłoby jak ślub z własną siostrą.
Złożył
list i odłożył go z powrotem na szafkę nocną, biorąc głęboki oddech, zanim
otworzył drugi.
Draco,
mam nadzieję, że masz się dobrze.
Bogowie wiedzą, że w tym roku nie miałam od Ciebie wystarczająco dużo
wiadomości, żeby samej się o tym przekonać. Ufam, że w szkole wszystko dobrze i
że trzymasz głowę nisko, i unikasz kłopotów.
Chociaż decyzja Wizengamotu o
odesłaniu Cię z powrotem do Hogwartu nie jest idealna, jest lepsza niż alternatywa.
Musimy wykorzystać te nieliczne możliwości, które nam pozostały. Jesteś
obserwowany ze wszystkich stron i nie muszę Ci przypominać, co jest na szali.
Nie wiem, czy dostałeś już list od
ojca — poczta z Azkabanu jest niedopuszczalnie opóźniona. Ale wiedz jedno: mógł
zerwać kontrakt z Parkinsonami, ale będę szukała innej opcji. Stać nas na
więcej niż córka Priscilli.
Wczoraj dostałam list od pana
Rosiera. On, jak wielu innych, jest ciekaw Twojej przyszłości — jaką drogą
pójdziesz, jakie sojusze odbudujesz, jakie przekonania będziesz głosił. Nie
jesteś już dzieckiem, Draco, bez względu na to, jak długo będziesz zmuszony
siedzieć w klasie.
Przypomnę Ci, tak jak kiedyś Twojemu
ojcu: nie ma miejsca na sentymenty. Rozproszenia mają swoją cenę i dobrze by
było, gdybyś o tym pamiętał.
Twój ojciec wciąż dopytuje o Ciebie
w listach i dałam mu znać, że masz się dobrze.
Jesteś ostatnią nadzieją dla
nazwiska Malfoy, Draco. Nie zapominaj o tym.
Matka
Draco
złożył list i odłożył go z powrotem na szafkę nocną obok drugiego. Sztywność i
natarczywość matki już go nie zaskakiwała. Nie miał jej tego za złe, już nie.
Przeżyła zbyt wiele, zbyt długo, samą siłą woli. Ciepło nie było już luksusem,
na który mogła sobie pozwolić, nawet jeśli się go obawiała.
Umiem czytać między wierszami, pomyślał z goryczą. Bądź lepszy. Bądź użyteczny. Bądź wystarczający, by zrekompensować
wszystkie czyny twojego ojca.
Wstał
i cicho poszedł do łazienki, gdzie ochlapał twarz zimną wodą i wziął głęboki
oddech, wpatrując się w swoje odbicie.
Kiedy
wyszedł z łazienki, Blaise siedział na łóżku, obserwując go z cienia.
—
Wszystko w porządku? — zapytał Blaise głosem szorstkim od snu, ale mimo
wszystko miał bystry wzrok.
Draco
tylko kiwnął głową, wślizgując się pod kołdrę bez odpowiedzi. Blaise nie
naciskał — nigdy tego nie robił. Milczał, jakby wiedział, kto wysłał listy i
dokładnie, co zawierają.
Kiedy
Draco wrócił do łóżka, pozwolił myślom skupić się na Granger. Na jej jasnej,
intensywnej energii, jej otwartości tak bardzo kontrastującej z czymkolwiek
innym, co widział w życiu — zwłaszcza od wojny.
Przycisnął
nasadę dłoni do oczu i powoli wypuścił powietrze, jakby to mogło pomóc zrzucić
ciężar z jego piersi.
Za
późno. Już dawno zapomniał, jak nie czuć.
~*~*~*~*~*~*~*~
Grudzień 1998
Draco
siedział na szczycie pustych trybun Quidditcha, obserwując uczniów biegających
tam i z powrotem po błoniach, przygotowujących się do powrotu do domów na
święta Bożego Narodzenia.
Zanim
wyszedł, minął Blaise’a w Pokoju Wspólnym ósmego roku. Nawet nie pytał, dokąd
Draco się wybiera — nigdy tego nie robił.
Blaise
po prostu patrzył, jak wkładał płaszcz, a między jego brwiami tworzyła się
znajoma zmarszczka. Zawsze miał ten wyraz twarzy, gdy zastanawiał się, czy się
odezwać. Cokolwiek przyszło mu do głowy, musiał uznać, że Draco nie jest
gotowy, by to usłyszeć.
—
Nie zamarznij na śmierć — powiedział tylko, pozostawiając Draco po raz kolejny
wdzięcznym, że Blaise zawsze zdawał się wiedzieć, kiedy nie naciskać.
Draco
nie zabrał w tym roku miotły do szkoły — i tak nie wolno mu było grać — ale to
wciąż było jedno z jego ulubionych miejsc do spędzania czasu w samotności. O
dziwo, całkiem nieźle sobie radził z ograniczeniem do terenu zamku, ale dziś to
było dla niego dość ciężkie.
Wojna
zmieniła jego rodzinę — nie było co do tego wątpliwości. Relacje z matką nie
były tak bliskie jak kiedyś. Po ostatnich, piekielnych latach zdał sobie
sprawę, że choć robił wszystko, co możliwe, by zapewnić jej bezpieczeństwo, aby
utrzymać rodzinę razem, podczas gdy jego ojciec niemal tracił rozum, to w dużej
mierze czuł się osamotniony.
Nadal
ją kochał — nawet jeśli nie zawsze ją lubił — i nienawidził myśli o tym, że
spędzi święta samotnie we Dworze. Miała areszt domowy, a ponieważ jej ruchu
były tak ograniczone jak jego, nie było szans, żeby przyjechała z wizytą.
Miał
spędzić święta tutaj z Theo i Blaise’em — i właśnie dlatego znalazł się sam na
boisku do Quidditcha. Jego dwaj najlepsi przyjaciele poszli na lunch do
Hogsmeade, więc pomyślał, że spędzi czas w samotności, póki może.
Draco
tak się zamyślił, że podskoczył, gdy cichy głos dobiegł z końca boiska.
—
Draco!
Odwrócił
się i zobaczył machającą Hermionę, gdy zaczynała wchodzić po schodach. Ich
relacja zmieniła się w ciągu ostatniego miesiąca, od wieczoru, kiedy oficjalnie
przeprosił.
Przeszli
od partnerów do nauki do przyjaciół — choć ten fakt utrzymywali w tajemnicy.
Jej hałaśliwi znajomi z Gryffindoru ledwo tolerowali fakt, że zostali
przydzieleni do wspólnych projektów, nie mówiąc już o zaakceptowaniu myśli, że
teraz się przyjaźnią.
W
końcu dotarła do najwyższego rzędu, gdzie on siedział, z szerokim uśmiechem na twarzy,
gdy jej loki powiewały na wietrze.
—
Wreszcie — powiedziała niemal bez tchu, śmiejąc się i siadając obok niego. —
Wszędzie cię szukałam. Zaczynałam myśleć, że się ukrywasz.
Na
jej słowa w jego umyśle pojawiło się kilka wspomnień.
Październik
— Mam esej, profesor Sprout —
powiedział Draco, kładąc pergamin na jej biurku. — Mam jednak pytanie o
Jadowitą Tentakulę, jeśli ma pani chwilę.
Profesor nic nie odpowiedziała —
nawet nie podniosła wzroku znad rośliny, którą przesadzała. Draco po kilku
sekundach zdał sobie sprawę, że nie zamierzała udzielić odpowiedzi.
Listopad
Próbował wyprzedzić tłum, wchodząc wcześniej
do Wielkiej Sali, mając nadzieję, że będzie pierwszy na śniadaniu. Blaise
rzucił mu wyzwanie, żeby spróbował — ale nawet wtedy Draco wiedział, że lepiej
się nie pojawiać, gdy sala jest pełna.
Niestety, kilku uczniów już tam
było — garstka Puchonów i Krukonów, których nie znał dobrze — wraz z profesorem
Flitwickiem.
Zignorował spojrzenia. Zignorował
mamrotane „Śmierciożerca”, mijając ich stoły.
Przy stole Slytherinu napełnił
talerz jajkami, bekonem i tostami, a następnie sięgnął po kubek. Był w połowie
nalewania kawy, gdy pierwszy przedmiot uderzył w jego talerz — jakiś gadżet ze
sklepu z dowcipami, prawdopodobnie od Zonka. Drugi pojawił się chwilę później,
rzucony przez Krukona: trafił prosto w jego jajka, rozpryskując żółtko po koszuli.
Draco wstał cicho i wyszedł, nie
zdziwiony, że Flitwick nawet nie podniósł wzroku znad talerza.
Posłał
jej krzywy uśmiech i wzruszył ramionami, gdy wspomnienia się rozpłynęły.
—
Przepraszam. Po prostu staram się nie przeszkadzać.
Hermiona
skrzywiła się, niewątpliwie przypominając sobie, jak niektórzy z ich kolegów
reagują za każdym razem, gdy go widzą.
—
Gdzie są Blaise i Theo? — zapytała, odświeżając Zaklęcie Ogrzewające, które
wcześniej rzucił na siedzenia. — Myślałam, że będziesz z nimi.
Draco
prychnął.
—
Na pewno publicznie obmacują się gdzieś w Hogsmeade.
Zanuciła
w odpowiedzi, po czym wyciągnęła małą torebkę prezentową ze swojej torebki z
koralikami, którą zawsze nosiła — tą, która jak się niedawno dowiedział,
zawierała nielegalne Zaklęcie Zmniejszająco-Zwiększające.
Hermiona
podała mu torebkę z kolejnym, ciepłym uśmiechem.
—
W każdym razie cieszę się, ze zastałam cię samego. Chciałam ci to dać, zanim
wyjadę.
To
go kompletnie zaskoczyło.
—
Hermiono, nie musiałaś… Ja nie… Nie mam…
—
Odetchnij, Draco — przerwała mu ze śmiechem. — W porządku. Nie oczekiwałam
niczego w zamian. Po prostu chciałam ci to dać. No dalej — ponagliła go. —
Otwórz.
Wyciągnął
papier z torebki i sięgnął do środka; jego dłoń musnęła coś ciepłego i miękkiego.
Wyciągnął to i rozłożył kaszmirowy szalik, utkany z pięknej włóczki w kolorze
leśnej zieleni.
Pozwolił
miękkiemu materiałowi prześlizgnąć się przez palce, podziwiając równe ściegi.
Hermiona
mylnie wzięła jego milczenie za niesmak, bo kiedy na nią spojrzał, marszczyła
brwi i nerwowo załamała ręce.
—
Wiem, że to niewiele — wyszeptała, przygryzając pełną, dolną wargę. — Ale…
—
Nie — przerwał jej, kręcąc głową, by powstrzymać tę myśl. — To cudowne.
Podniosła
wzrok, a na jej twarzy pojawiła się ulga, gdy wybuchła pozbawionym tchu
śmiechem.
—
Podoba ci się?
—
Oczywiście — potwierdził. Uśmiech, którym ją obdarzył był ciepły i szczery —
zupełnie inny niż sarkastyczny grymas, z którego był znany. — Dziękuję. Nikt
nigdy nie podarował mi czegoś takiego.
Hermiona
uśmiechnęła się szeroko, po czym lekko wzruszyła ramionami.
—
Cóż, pomyślałam, że jeśli dyplomacja i aktywizm nie wystarczą, zawsze mogę
otworzyć tragicznie niedofinansowany sklep z włóczkami i dziergać, żeby
wywalczyć sprawiedliwość.
Draco
zaśmiał się głośno i szczerze.
—
Nie próbowałaś już tego ze skrzatami, które tu pracują? Jak ci poszło?
—
No cóż — mruknęła, przewracając oczami. — Chciałabym wierzyć, że moje
umiejętności się poprawiły, więc może tym razem uda mi się osiągnąć lepsze rezultaty.
Znów
spojrzał na szalik, przesuwając kciukiem po delikatnych ściegach.
—
Dziękuję — powtórzył, tym razem ciszej. — Nikt nigdy nie dał mi czegoś
zrobionego specjalnie dla mnie. Ale tobie jakimś cudem udało się stworzyć coś ciepłego,
użytecznego i zupełnie nieoczekiwanego. Zawsze tak robisz.
Nie
miał zamiaru mówić tego ostatniego — ale i tak mu się wymknęło.
Co
gorsza, to była prawda.
Posłała
mu zapierający dech w piersiach uśmiech, a na jej policzkach rozkwitł delikatny
rumieniec.
—
Proszę bardzo, cieszę się, że ci się podoba.
Siedzieli
w błogiej ciszy przez kilka minut, obserwując ptaki przelatujące nad boiskiem.
—
O której wyjeżdżasz? — zapytał Draco, przerywając ciszę.
Hermiona
spojrzała na zegarek i westchnęła.
—
Właściwie już muszę iść do Hogsmeade, żeby złapać pociąg.
Draco
przełknął ślinę, jego wzrok ślizgał się po niej, gdy zaczynała zbierać swoje
rzeczy.
—
Racja.
Wstał
pierwszy, podając jej rękę. Zeszli po schodach i przeszli przez boisko w
milczeniu. Po drodze Draco owinął swój nowy szalik wokół szyi.
Zatrzymali
się kilka kroków od wejścia — tu mieli się rozstać.
—
Jeszcze raz dziękuję — mruknął Draco, wskazując na szalik. — Wesołych Świąt.
Hermiona
wyciągnęła rękę, ścisnęła jego dłoń, a następnie stanęła na palcach, by
pocałować go w policzek.
—
Wesołych Świąt, Draco.
Zanim
zdążył cokolwiek powiedzieć, odwróciła się i odeszła — tuż przed tym, jak wokół
nich zaczęły wirować płatki śniegu.
Patrzył
za nią, aż zniknęła mu z oczu. Szalik był miękki w dotyku, ocierając się o jego
szyję. Ale to zdecydowanie za mało.
Nie, kiedy wszystko inne, co mu ofiarowała, zaraz miało wyjechać.
Brak komentarzy