[T] Twoje idealne dopasowanie: Ciężar nazwiska

niedziela, 5 lipca 2026


Witajcie :) w niedzielny wieczór zapraszam na długo wyczekiwany, trzeci rozdział tej historii. Przenosimy się do przeszłości, a konkretnie do ósmego roku, w którym Hermiona, Draco i ich znajomi wracają do Hogwartu po wojnie. Ten rozdział dotyczy Draco. Kolejny będzie dotyczył Hermiony. Dajcie znać, jak wrażenia.

Na czwarty rozdział zapraszam w przyszły weekend. To chyba jeden z najdłuższych rozdziałów w mojej tłumaczeniowej karierze, ale będziecie zadowoleni, obiecuję. Powoli wracam z tym opowiadaniem, w sierpniu postaram się trochę przyspieszyć.

Tyle ode mnie. Miłej lektury!


 _____________


Rozdział 3: Ciężar nazwiska

 

Draco


1 września 1998 roku

Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie

 

Draco patrzył, jak McGonagall wchodziła po schodach na peron, a jej tartanowe szaty szeleściły z charakterystyczną dla niej rzeczową, władczą manierą. Pozostali uczniowie wyprostowali się, jakby ich postawa mogła usunąć z pamięci miniony rok. Ich była profesor — a obecna dyrektorka — czekała, aż zapadnie cisza i ustanie szuranie.

Czekała jeszcze chwilę, rozglądając się po małej grupie powracających do szkoły uczniów.

— Witamy ponownie w Hogwarcie na waszym bezprecedensowym ósmym roku nauki. Mam nadzieję, że każde z was znajdzie w tych murach to, czego szuka. — Ponownie zamilkła, a jej oczy błyszczały podejrzliwie. — Niektórzy z was są tu, żeby dokończyć edukację. Niektórzy, by spędzić jeszcze jeden rok z przyjaciółmi. Niektórzy, by zamknąć ten rozdział…

W powietrzu zapadła ciężka cisza.

— Niektórzy z nas są tu, by uniknąć więzienia — mruknął Draco pod nosem.

To ironicznie stwierdzenie wywołało stłumiony chichot Theo z prawej strony i przy okazji Draco oberwał łokciem w żebra od Blaise’a z lewej strony.

— To prawda — wyszeptał do swojego najlepszego przyjaciela.

Jednak Blaise się nie śmiał — po prostu obserwował Draco chwilę dłużej niż zwykle, z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Draco znał to spojrzenie. Widział je całe lato. Oznaczało, że Blaise — jak zwykle — obserwował wszystko: ton głosu Draco, jego postawę, sposób, w jaki udawał, że nie zauważał spojrzeń rzucanych w jego stronę.

Tuż po Bitwie o Hogwart Ministerstwo w błyskawicznym tempie rozpoczęło procesy. Draco był zdumiony, że instytucja, która zaledwie kilka tygodni wcześniej była przynajmniej biernie współwinna rządów Voldemorta (z pewnością nie włożyła wiele wysiłku w jego powstrzymanie), teraz pozycjonowała się jako wzór cnoty i sprawiedliwości.

Ale co on w ogóle wiedział? Jego życie zawsze toczyło się w odcieniach szarości.

Kiedy nadszedł czas procesów Malfoyów — wszystkie trzy odbywały się jeden po drugim — sprawa stała się medialną sensacją. Jego ojciec został skazany na osiem lat w Azkabanie. Draco wciąż nie był pewien, jak to możliwe, że nie na dłużej. Po przeanalizowaniu wspomnień wspomnianego mężczyzny — a także wielu innych — Wizengamot stwierdził, że Lucjusz Malfoy był tak słabą wersją samego siebie, jak Draco na początku szóstego roku, i nie był dla Voldemorta zbyt cennym nabytkiem.

Co oczywiście było prawdą. Zanim Potter pokonał Czarnego Pana, jego ojciec ledwo był w stanie sklecić sensowne zdanie.

Ku zaskoczeniu Draco, Potter i Granger pojawili się na sali sądowej przed rozprawą jego i jego matki. Weasley najwyraźniej nie miał ochoty się tam pojawić — i dobrze, zdaniem Draco. Zawsze uważał ten odcień czerwieni za bolesny dla oka.

Potter i Granger zeznali przed Wizengamotem, że wojna mogłaby potoczyć się inaczej, gdy nie pomoc zaoferowana przez Draco i jego matkę.

Nie jestem pewien, na ile to prawda, pomyślał Draco. Ale z pewnością nie jestem tym, kto zagląda w zęby obdarowanemu hipogryfowi.

Dwie trzecie Złotego Trio opowiedziało historię z Dworu Malfoyów, szczegółowo opisując, jak Draco nie rozpoznał żadnego z nich — choć musiał wiedzieć, kim byli.

Co było prawdą. Rozpoznał ich od razu — choć byli brudni i zagłodzeni.

Potter upierał się, że Draco dobrowolnie oddał różdżkę, że mógł ją z łatwością przejąć.

Co było poniekąd prawdą. Chociaż Draco nie podał jej na srebrnej tacy — to sprawiłoby, że rzucono by na niego więcej Cruciatusów tej nocy — nie walczył też o jej zatrzymanie.

Ostatecznie ich zeznania doprowadziły do rocznego aresztu domowego dla Narcyzy. Nie było mocnych dowodów na to, że wyrządziła wiele krzywdy, ale Ministerstwo nie miało zamiaru puścić tego płazem Malfoyom, którzy przez lata gościli w swoim Dworze Voldemorta.

Draco został skazany na ściśle monitorowany dozór kuratorski na obowiązkowym, ósmym roku w Hogwarcie. Zamek nigdy bardziej nie przypominał klatki.

Otrząsnął się z zamyślenia, wsłuchując się w przemówienie McGonagall. Przypomniała im, że pozostaną w swoich domach, ale zamieszkają razem w oddzielnym dormitorium dla ósmoklasistów. Nadal mogli brać udział w kwalifikacjach i grać w swoich drużynach Quidditcha, nie obowiązywała ich godzina policyjna i mogli odwiedzać Hogsmeade, kiedy tylko chcieli.

Spojrzenie profesor McGonagall na chwilę przeniosło się na Draco, ale chyba że jesteś Draco Malfoyem nie padło z jej ust.

Przydział do domu nie miał dla niego, Blaise’a ani Theo większego znaczenia, ponieważ byli jedynymi Ślizgonami z ich rocznika. Większość chłopaków postanowiło nie kończyć szkoły lub przeniosło się do Durmstrangu. Wiele dziewcząt miało zdawać owutemy hybrydowo, a niektóre — Pansy Parkinson, Tracy Davis i siostry Greengrass — kończyły naukę w Beauxbatons.

Nawet gdyby wróciło więcej Ślizgonów, Draco nie zawracałby sobie głowy drużyną Quidditcha w tym roku. Jego kurator prawdopodobnie uznałby to za „zbyt fajną zabawę”, a on sam był teraz kimś w rodzaju wyrzutka społeczeństwa, nawet we własnym domu.

Brak godziny policyjnej i nieograniczone wizyty w Hogsmeade nie miały dla niego znaczenia — mógł poruszać się tylko po szkole i błoniach.

To będzie długi, nudny rok, westchnął w duchu.

Gdy mogli się rozejść, cała trójka udała się do swojego dormitorium, rezygnując z kolacji w Wielkiej Sali na rzecz dostarczenia jej przez skrzaty domowe do pokoju. To kolejny przywilej dla uczniów ósmego roku, pod warunkiem, że nikt nie będzie go nadużywał.

Gdy tylko Draco otworzył drzwi, Blaise i Theo minęli go, szybko wybierając swoje łóżka.

Draco położył się na swoim, a Blaise i Theo natychmiast zaczęli przestawiać meble — przenosząc szafkę nocną z nieużywanego, trzeciego łóżka na drugą stronę ich łóżka, które najwyraźniej zamierzali dzielić.

— Przynajmniej jesteśmy tu sami.

Draco westchnął, opadając z powrotem na łóżko — nie tak wygodne jak w domu, ale na pewno lepsze niż w Azkabanie.

— I nie zapomnijcie o zaklęciu wyciszającym — dodał, rzucając żartobliwe spojrzenie przyjaciołom, którzy przytulali się na łóżku. — Mam już dość przypominania wam o tym jak podczas lata.

Ponieważ nikt inny nie dzielił z nimi pokoju, Theo i Blaise nie musieli się ukrywać, jak to robili w zeszłym roku.

— Tak, tak — mruknął Blaise, udając, że wstaje i rzuca zaklęcie wyciszające na baldachim, po czym wskoczył za Theo i zaciągnął zasłony.

Draco pozwolił, by jego wzrok powędrował ku baldachimowi nad nim. Cicho, prywatnie i względnie spokojnie — całkiem niezły początek, biorąc wszystko pod uwagę.

Mimo to nie mógł się oprzeć myśli, że pomimo wszystkich tych gadek o „nowym początku”, to o wiele bardziej przypominało odsiadywanie kary w lepszej pościeli.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Październik 1998

 

Profesor Babbling stała z przodu sali, posyłając kartki w kierunku swoich uczniów ze stosu pergaminów. Draco z łatwością złapał swój i nie ukrywał uśmieszku, gdy Theo uderzył go w ramię.

— Zamknij się, głupku — syknął jego najlepszy przyjaciel, odkładając arkusz na biurko.

— To — zaczęła profesor — są parametry i wymagania projektu tłumaczeniowego, nad którym będziecie pracować do końca roku.

Draco uniósł brwi w kierunku linii włosów, czytając listę.

Profesor Babbling uniosła rękę, uciszając pytających uczniów.

— Przed końcem zajęć omówimy wszystko szczegółowo, ale podsumowując — będziecie pracować w parach i wspólnie przetłumaczycie różne teksty, od starożytnych runów, na współczesny język potoczny.

Rozejrzała się po klasie kamiennym, niewzruszonym wzrokiem, gdy rozległ się chór jęków i pomruków. Kiedy wszyscy ucichli, wskazała różdżką na tablicę za sobą. Kawałek kredy uniósł się w powietrze, zawisając w oczekiwaniu.

— Wasze pary zostaną tu zapisane — powiedziała. — Gdy wasza para zostanie ujawniona, proszę usiąść obok partnera. Będziecie musieli siedzieć razem przez resztę roku, pracując nad projektem.

Draco obserwował, jak uczniowie dobierają się w pary. Blaise, który miał pracować z Ronem Weasleyem, wyglądał tak, jakby miał skoczyć z najwyższej trybuny boiska Quidditcha. Theo był w parze z Luną Lovegood — co, delikatnie mówiąc, powinno być interesujące.

— Życz mi powodzenia — powiedział Theo, wstając, by usiąść obok Lovegood.

Draco pomachał do niego, nie podnosząc wzroku, nie chcąc widzieć przerażenia na twarzy swojej nowej partnerki. Wciąż patrzył w dół, gdy na biurko obok niego wylądował plecak, a jego właścicielka westchnęła z rozbawieniem.

— Dwa razy w ciągu jednego dnia, Malfoy? To musi być jakiś rekord. — Granger uśmiechnęła się ironicznie. — Co, wszechświat wyczerpał wszystkie możliwości?

Draco spojrzał w górę ze zdziwieniem, gdy siadała obok niego.

Mrugnął, rozdarty między niedowierzaniem a czymś, co podejrzanie przypominało oczekiwanie. Poczuł ucisk w żołądku, jednocześnie nieprzyjemny i ekscytujący — jak stanie zbyt blisko ognia w zimną noc.

To uczucie było mu tak obce, że prawie go nie rozpoznał, ale mocno tkwiło w jego piersi, nie dając się zignorować.

Granger nie zwracała uwagi na jego milczenie, gdy zaczynała rozpakowywać torbę.

— Wspólny projekt z eliksirów, a teraz to?

Odchrząknął, w końcu odzyskując głos.

— To jakiś niebywały pech, Granger. Trzeba się zastanowić, gdzie popełniłaś błąd.

W cichej klasie rozbrzmiał jej śmiech — szczery i radosny. Trafił Draco we wrażliwe miejsce, o którym nie wiedział, że wciąż tam jest, i nagle poczuł się bardzo wdzięczny za projekty.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Listopad 1998

 

Draco przeciskał się między regałami i stołami biblioteki Hogwartu, z zamiarem dotarcia do swojego zwykłego miejsca z tyłu. Schowane za regałem ze starożytnymi runami, było tak ciche — i tak niepopularne — że ludzie rzadko się tam zapuszczali.

Tuż przed minięciem ostatniego regału usłyszał głosy dochodzące z biblioteki — szorstkie szepty i syczące tony głosu.

Rozdrażnionego, skomlącego tonu głosu Łasica nie dało się pomylić.

— Ale Miona, to Śmierciożerca!

Były Śmierciożerca, Ron — poprawiła go Granger cierpliwym tonem. — Już o tym rozmawialiśmy.

— Ale…

Tym razem głos Pottera dotarł do uszu Draco, który starał się być głosem rozsądku.

— Ron, daj spokój. Hermiona sobie poradzi… poza tym, przecież nie wybrała sobie partnera do tych projektów.

— A propos — kontynuowała Granger, najwyraźniej próbując nakłonić Łasica do zmiany tematu. — Mam robotę do zrobienia. Obiecuję, że później do was dołączę.

Draco czekał, aż chłopaki znikną w sąsiednim przejściu — na szczęście byli nieświadomi, że ich obserwował.

Podszedł do stolika, przy którym Hermiona pisała na dwóch różnych kawałkach pergaminu. Zazwyczaj pisała na jednym przez chwilę, zanim coś jej przyszło do głowy i przerzucała się na drugi, podczas gdy on rozkładał swoje rzeczy na boku.

— Wiesz — zaczął, sprawiając, że podniosła wzrok znad swojego pergaminu — biorąc pod uwagę to, jak nieświadomi są ci dwaj, to cud, że przeżyli wojnę.

Granger parsknęła śmiechem, choć próbowała ukryć to kaszlem.

Draco uśmiechnął się złośliwie, nie mogąc się powstrzymać od kontynuowania:

— Ale mieli ciebie, więc chyba nic dziwnego, że im się udało.

Rumieniec, który rozlał się po policzkach Granger, był bardziej satysfakcjonujący niż jakakolwiek odpowiedź, jakiej mogłaby mu udzielić.

Chwycił podręcznik do starożytnych run, słownik runiczny i egzemplarz starożytnego pisma, które mieli przetłumaczyć, otwierając go w miejscu, w którym skończył podczas ich ostatniego spotkania.

Granger kontynuowała pisanie, jej pióro miarowo drapało dwa kawałki pergaminu przez prawie dziesięć minut, zanim Draco znów się odezwał.

— Nie zdawałem sobie sprawy, że jesteś już w trakcie przepisywania swojej części tłumaczenia — zauważył cicho.

— Nie jestem.

Jej głos był rozkojarzony i nie podniosła wzroku, mówiąc.

Zanucił zamyślony i wrócił do wyszukiwania run, podczas gdy ona kontynuowała pisanie.

Po kilku minutach Draco odchrząknął i znów się odezwał.

— Wiesz, że esej z naszego projektu z eliksirów jest do oddania dopiero tuż przed przerwą świąteczną, prawda?

— Nie pracuję nad naszym esejem z eliksirów. — Nadal nie podniosła wzroku. — Jeśli masz jakieś pytanie, Malfoy… po prostu zapytaj.

Draco westchnął, udając zdziwienie i ściskając się za pierś.

— Dziękuję! Taka myśl z pewnością nigdy nie przyszłaby mi do głowy.

To w końcu sprawiło, że podniosła wzrok — choćby po to, by przewrócić oczami — po czym wróciła do pracy.

— Dobra. — Westchnął. — Co piszesz?

— To — odpowiedziała, wskazując na listę, nad którą pracowała — jest lista potencjalnych stanowisk w Ministerstwie, o które chciałabym się ubiegać, i stopni mistrzowskich, które rozważam.

Draco zamruczał w zamyśleniu, po czym wrócił do przeglądania słownika. Czuł na sobie wzrok Granger, ale skupił się na tłumaczonych przez siebie runach.

— A ty? — zapytała Granger.

— Co ja?

Granger westchnęła, jakby był najgłupszą osobą, z jaką miała nieprzyjemność dzielić stół.

— Jakie masz plany po ukończeniu szkoły?

Parsknął śmiechem.

— Serio, Granger?

Przyszpiliła go ostrym spojrzeniem.

— To bardzo poważne pytanie, Malfoy.

— Moje życie było zaplanowane na długo przed moimi narodzinami — powiedział przeciągle. — Nie ma sensu czegokolwiek planować.

— Przykro mi, Malfoy — mruknęła cicho, nerwowo przerzucając pergaminy przed sobą. — To smutne.

— Tak po prostu jest.

Wzruszył ramionami, wracając do swojej pracy.

Ponownie zapadła między nimi przyjacielska cisza, jedynym dźwiękiem przy stole był odgłos przewracanych kartek i drapanie piór.

W końcu ciekawość wzięła górę, gdy Draco obserwował, jak Granger przechodzi od listy do listu, który pisała.

— Co jest na drugim pergaminie?

Tym razem, gdy Granger podniosła wzrok, jej oczy płonęły, a w lokach błyskały iskry magii.

— Piszę do DKNMS, DPPC i Kingsleya, by poskarżyć się na brak wsparcia Ministerstwa dla Rumuńskiego Sanktuarium Smoków — a konkretnie na brak humanitarnego traktowania smoków.

Draco mrugnął, analizując tę informację.

— Dlaczego?

— Dlaczego nie? — Granger prychnęła głośno. — Masz pojęcie, ile smoków wykorzystuje się do warzenia eliksirów i wyrobu różdżek? Smocza krew, łuski i włókno sercowe — wszystko to zbiera się do tworzenia magicznych rzeczy.

— Jasne…

— Zbieranie tych „składników” — zrobiła pauzę, by nakreślić cudzysłów w powietrzu — to jedno. Ale smoki są często maltretowane lub wręcz krzywdzone podczas zbiorów. Niektóre są zabijane przedwcześnie — i w brutalny sposób — by zdobyć te składniki. — Ostatkiem sił złapała oddech, zanim kontynuowała: — Łuski ciągle odpadają, więc nie rozumiem, dlaczego smoki są dla nich krzywdzone. Smoki powinny być monitorowane przez Ministerstwo — nie żeby ktokolwiek robił to dobrze — więc dlaczego nie poczekać, aż umrą śmiercią naturalną, żeby zebrać resztę? — Jej loki zdawały się żyć własnym życiem, gdy tak wygłaszała swoje tyrady. — Gdyby smocze sanktuarium otrzymało więcej wsparcia i funduszy, mogłoby dostarczać tyle krwi i łusek — dzięki badaniom lekarskim i naturalnemu zrzucaniu — ile tylko przemysł eliksirów mógłby potrzebować. Ale ponieważ żadne Ministerstwo nie wydaje się tym specjalnie przejmować, nie mają wyboru i muszą ledwo wiązać koniec z końcem — podczas gdy mogliby robić o wiele więcej.

Draco odchylił się na krześle, patrząc na nią wzrokiem bliskim rozbawienia.

— Merlinie, Granger — rzekł przeciągle — zachowaj trochę słusznej furii dla nas wszystkich.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Dwa tygodnie później

 

Kolejny dzień, kolejna sesja nauki, pomyślał Draco, przemierzając bibliotekę.

Dotarł do ich stolika i zastał Granger gorączkowo bazgrającą na kolejnym kawałku pergaminu. Uśmiechnął się złośliwie, siadając wygodnie i tym razem wyciągając materiały z eliksirów.

— Kogo dziś dotknęło twoje oburzenie, Granger?

Lekki uśmiech uniósł kącik jej ust, gdy spojrzała na niego, po czym wróciła do pisania.

— DKNMS.

— Znowu? — zapytał, a w jego głosie słychać było udawane oburzenie. — Co ci biedacy zrobili?

— Raczej czego nie zrobili — mruknęła, gdy magia — co nie dziwiło — zaczęła iskrzyć w jej lokach.

Draco uśmiechnął się złośliwie i gestem poprosił, by mówiła.

— Mów dalej.

— Powinni byli od początku utworzyć dwa oddzielne departamenty — wyjaśniła Granger. — Jeden — jak DKNMS — do pracy z magicznymi stworzeniami, takimi jak smoki, jednorożce i tym podobne.

— Czyli to, co robią teraz?

— Jeszcze nie skończyłam — ostrzegła, unosząc brew.

Draco uniósł obie ręce w geście poddania, starannie tłumiąc śmiech.

— Powinni zostać podzieleni na dwa wydziały — kontynuowała. — Drugi powinien być czymś w rodzaju Biura Łączności z Magicznymi Stworzeniami. Obecna sytuacja jest zgoła obraźliwa! — Jej włosy zdawały się rosnąć i puszyć z każdym słowem, stając się niemal świadome, gdy wygłaszała swoje tyrady. — Skrzaty domowe, gobliny, trytony, centaury — to inteligentne istoty z własnymi kulturami i językami. Naprawdę, skrzaty domowe, centaury i gobliny potrafią mówić wieloma językami!

Uniósł brwi ze zdziwienia — nigdy tak o tym nie myślał.

Granger kontynuowała, niezrażona jego milczeniem, wskazując piórem w dłoni dla podkreślenia. Niechlujny kok na czubku jej głowy poruszał się razem z nią, ledwo utrzymywany w miejscu przez różdżkę.

— Skrzaty domowe potrafią posługiwać się magią, którą ledwo rozumiemy, gobliny zarządzają całym naszym systemem finansowym — oprócz tworzenia pięknej biżuterii i metaloplastyki — a centaury to niezwykle inteligentne istoty. Firenzo tu uczył! — wykrzyknęła, a jej głos unosił się, gdy magia przemykała przez jej włosy. — Ale ludzie myślą, że wiedzą lepiej, więc wrzucili ich do tej samej kategorii co niuchacze i nieśmiałki.

Draco patrzył z lekko otwartymi ustami, jak w pojedynkę obalała przekonania dotyczące magicznych stworzeń, które głosił przez całe życie.

Ona nie była tylko inteligentna — była oślepiająca. Pełna pasji, uparta, błyskotliwa. Była siłą natury owiniętą w dzikie loki i ostre łokcie.

I nawet tego nie dostrzegała.

Potem zastygła w bezruchu, a jej głos złagodniał.

— A potem zastanawiamy się, skąd się biorą wojny. Zastanawiamy się, skąd się biorą zachowania wobec ludzi takich jak ja.

To uderzyło mocno. Zbyt mocno.

Draco poczuł coś, co bardzo przypominało wstyd. I coś jeszcze, czego nie chciał nazwać.

Zanim zdążył się powstrzymać, wyciągnął do niej rękę — jedną dłonią chwycił jej wolną dłoń spoczywającą na stole.

— Granger, przepraszam…

— Przestań, Malfoy — przerwała mu, powoli kręcąc głową. — Nie mówiłam o tobie. Wiem, że przepracowałeś swoje dotychczasowe przekonania na temat mugolaków. Poza tym, już przeprosiłeś.

Tym razem to Draco głośno parsknął.

— Wyjąkane „przepraszam”, gdy wyprowadzano mnie z sali sądowej, się nie liczy. Masz jednak rację — kontynuował. — Od lat w to nie wierzyłem. Ale przez długi czas używałem tego słowa i udawałem, że wierzę — co również jest złe.

Granger ścisnęła jego dłoń, jej oczy błyszczały, gdy posłała mu dodający otuchy uśmiech.

— Naprawdę przepraszam za wszystko, co ci powiedziałem. Przepraszam, że używałem tego słowa. Przepraszam, że sprawiłem, że poczułaś się wykluczona i niemile widziana. Ja…

— Draco, przestań — powiedziała stanowczo. Przełknęła ślinę, patrząc na ich złączone dłonie. — Wybaczam ci.

Brzmiało to jak prawda, w którą postanowiła uwierzyć, nawet jeśli bolały ją stare rany.

Jej dłoń była ciepła w jego dłoni, uziemiając go w sposób, którego się nie spodziewał.

Chciał zapytać, co ona w nim widzi — czym to wszystko było według niej. Ale nie zapytał. Bo cokolwiek to było, nie mogło trwać wiecznie.

Nie z jego nazwiskiem. Nie z jej przyszłością.

Wiedział, że lepiej nie trzymać się zbyt blisko niej. Ten rok się kończy. Ich relacja też się skończy.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Kiedy Draco wrócił tego wieczora do dormitorium, Blaise i Theo spali — splątani ze sobą na środku łóżka. Nawet we śnie Blaise utrzymywał pozycję obronną wokół swojego chłopaka, z ciałem zwróconym w stronę drzwi, wtulając się w Theo.

Po prysznicu Draco leżał w łóżku, długo wpatrując się w baldachim. Kiedy sen nie nadchodził — co nie było niczym niezwykłym w tym momencie jego życia — sięgnął po listy, które przyszły wcześniej: jeden od eleganckiej płomykówki matki, a drugi od słabo wyglądającej sowy z Azkabanu.

Początkowo nawet nie sprawdzał, który list był czyj, uświadamiając sobie, że pierwszy należał do jego ojca, dopiero gdy zauważył elegancki charakter pisma płynący po tanim pergaminie z Azkabanu.

 

Draco,

Twoja matka mówiła, że masz się dobrze, że przestrzegasz warunków zawieszenia w prawach i że dobrze to wróży Twojej przyszłości. Nie potrafię wyrazić, jak wielką ulgę mi to przynosi. Nawet jeśli nie zawsze to czujesz, zaufaj mi, kiedy mówię, że chcę Cię wspierać, mówiąc o Twoich przyszłych przedsięwzięciach.

Wiem, że Cię zawiodłem, mój synu. Nigdy nie byłem ojcem, którym powinienem być, i wymagałem od Ciebie rzeczy, których żadne dziecko nie powinno doświadczyć. Spędziłem większość Twojego życia, żądając ślepego posłuszeństwa zamiast służyć radą. Konsekwencje moich wyborów będą ciążyć na naszej rodzinie do końca życia. Niektóre z tych decyzji były podyktowane strachem — inne nie.

Nie piszę tego, by się usprawiedliwiać. Tylko, aby przeprosić.

Zasługiwałeś na lepsze traktowanie niż to, jakie Cię spotkało. Choć być może jest już za późno, teraz to widzę. Siła, którą okazywałeś przez ostatnie dwa lata, nie pochodziła ode mnie. Należy całkowicie do Ciebie.

Choć w żaden sposób nie rekompensuje to tego, o co Cię prosiłem, chcę, żebyś wiedział, że rozwiązałem kontrakt małżeński z Parkinsonami. Przynajmniej mogę cofnąć jedną decyzję, którą podjąłem za Ciebie.

Proszę, wiedz, że choć teraz niczego od Ciebie nie żądam, to proszę, żebyś — gdy nadejdzie czas — rządził z większą siłą niż ja. Jesteśmy tym, kim jesteśmy, Draco. Malfoyami. Zastanów się, co to nazwisko nadal znaczy… i co może znaczyć.

To wszystko, co chciałem napisać.

Twój ojciec,

Lucjusz

 

Draco wpatrywał się w pergamin przez kilka długich minut, czytając go jeszcze raz, by upewnić się, że go źle nie zinterpretował.

Data wskazywała, że list został napisany kilka tygodni temu, co nie stanowiło zaskoczenia — poczta z Azkabanu jest wysyłana mniej więcej raz w miesiącu.

To nie do końca prawdziwe przeprosiny, pomyślał. Ale to więcej, niż kiedykolwiek myślałem, że dostanę. I przynajmniej nie muszę się żenić z Pansy — dzięki Merlinowi. To byłoby jak ślub z własną siostrą.

Złożył list i odłożył go z powrotem na szafkę nocną, biorąc głęboki oddech, zanim otworzył drugi.

 

Draco,

mam nadzieję, że masz się dobrze. Bogowie wiedzą, że w tym roku nie miałam od Ciebie wystarczająco dużo wiadomości, żeby samej się o tym przekonać. Ufam, że w szkole wszystko dobrze i że trzymasz głowę nisko, i unikasz kłopotów.

Chociaż decyzja Wizengamotu o odesłaniu Cię z powrotem do Hogwartu nie jest idealna, jest lepsza niż alternatywa. Musimy wykorzystać te nieliczne możliwości, które nam pozostały. Jesteś obserwowany ze wszystkich stron i nie muszę Ci przypominać, co jest na szali.

Nie wiem, czy dostałeś już list od ojca — poczta z Azkabanu jest niedopuszczalnie opóźniona. Ale wiedz jedno: mógł zerwać kontrakt z Parkinsonami, ale będę szukała innej opcji. Stać nas na więcej niż córka Priscilli.

Wczoraj dostałam list od pana Rosiera. On, jak wielu innych, jest ciekaw Twojej przyszłości — jaką drogą pójdziesz, jakie sojusze odbudujesz, jakie przekonania będziesz głosił. Nie jesteś już dzieckiem, Draco, bez względu na to, jak długo będziesz zmuszony siedzieć w klasie.

Przypomnę Ci, tak jak kiedyś Twojemu ojcu: nie ma miejsca na sentymenty. Rozproszenia mają swoją cenę i dobrze by było, gdybyś o tym pamiętał.

Twój ojciec wciąż dopytuje o Ciebie w listach i dałam mu znać, że masz się dobrze.

Jesteś ostatnią nadzieją dla nazwiska Malfoy, Draco. Nie zapominaj o tym.

Matka

 

Draco złożył list i odłożył go z powrotem na szafkę nocną obok drugiego. Sztywność i natarczywość matki już go nie zaskakiwała. Nie miał jej tego za złe, już nie. Przeżyła zbyt wiele, zbyt długo, samą siłą woli. Ciepło nie było już luksusem, na który mogła sobie pozwolić, nawet jeśli się go obawiała.

Umiem czytać między wierszami, pomyślał z goryczą. Bądź lepszy. Bądź użyteczny. Bądź wystarczający, by zrekompensować wszystkie czyny twojego ojca.

Wstał i cicho poszedł do łazienki, gdzie ochlapał twarz zimną wodą i wziął głęboki oddech, wpatrując się w swoje odbicie.

Kiedy wyszedł z łazienki, Blaise siedział na łóżku, obserwując go z cienia.

— Wszystko w porządku? — zapytał Blaise głosem szorstkim od snu, ale mimo wszystko miał bystry wzrok.

Draco tylko kiwnął głową, wślizgując się pod kołdrę bez odpowiedzi. Blaise nie naciskał — nigdy tego nie robił. Milczał, jakby wiedział, kto wysłał listy i dokładnie, co zawierają.

Kiedy Draco wrócił do łóżka, pozwolił myślom skupić się na Granger. Na jej jasnej, intensywnej energii, jej otwartości tak bardzo kontrastującej z czymkolwiek innym, co widział w życiu — zwłaszcza od wojny.

Przycisnął nasadę dłoni do oczu i powoli wypuścił powietrze, jakby to mogło pomóc zrzucić ciężar z jego piersi.

Za późno. Już dawno zapomniał, jak nie czuć.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Grudzień 1998

 

Draco siedział na szczycie pustych trybun Quidditcha, obserwując uczniów biegających tam i z powrotem po błoniach, przygotowujących się do powrotu do domów na święta Bożego Narodzenia.

Zanim wyszedł, minął Blaise’a w Pokoju Wspólnym ósmego roku. Nawet nie pytał, dokąd Draco się wybiera — nigdy tego nie robił.

Blaise po prostu patrzył, jak wkładał płaszcz, a między jego brwiami tworzyła się znajoma zmarszczka. Zawsze miał ten wyraz twarzy, gdy zastanawiał się, czy się odezwać. Cokolwiek przyszło mu do głowy, musiał uznać, że Draco nie jest gotowy, by to usłyszeć.

— Nie zamarznij na śmierć — powiedział tylko, pozostawiając Draco po raz kolejny wdzięcznym, że Blaise zawsze zdawał się wiedzieć, kiedy nie naciskać.

Draco nie zabrał w tym roku miotły do szkoły — i tak nie wolno mu było grać — ale to wciąż było jedno z jego ulubionych miejsc do spędzania czasu w samotności. O dziwo, całkiem nieźle sobie radził z ograniczeniem do terenu zamku, ale dziś to było dla niego dość ciężkie.

Wojna zmieniła jego rodzinę — nie było co do tego wątpliwości. Relacje z matką nie były tak bliskie jak kiedyś. Po ostatnich, piekielnych latach zdał sobie sprawę, że choć robił wszystko, co możliwe, by zapewnić jej bezpieczeństwo, aby utrzymać rodzinę razem, podczas gdy jego ojciec niemal tracił rozum, to w dużej mierze czuł się osamotniony.

Nadal ją kochał — nawet jeśli nie zawsze ją lubił — i nienawidził myśli o tym, że spędzi święta samotnie we Dworze. Miała areszt domowy, a ponieważ jej ruchu były tak ograniczone jak jego, nie było szans, żeby przyjechała z wizytą.

Miał spędzić święta tutaj z Theo i Blaise’em — i właśnie dlatego znalazł się sam na boisku do Quidditcha. Jego dwaj najlepsi przyjaciele poszli na lunch do Hogsmeade, więc pomyślał, że spędzi czas w samotności, póki może.

Draco tak się zamyślił, że podskoczył, gdy cichy głos dobiegł z końca boiska.

— Draco!

Odwrócił się i zobaczył machającą Hermionę, gdy zaczynała wchodzić po schodach. Ich relacja zmieniła się w ciągu ostatniego miesiąca, od wieczoru, kiedy oficjalnie przeprosił.

Przeszli od partnerów do nauki do przyjaciół — choć ten fakt utrzymywali w tajemnicy. Jej hałaśliwi znajomi z Gryffindoru ledwo tolerowali fakt, że zostali przydzieleni do wspólnych projektów, nie mówiąc już o zaakceptowaniu myśli, że teraz się przyjaźnią.

W końcu dotarła do najwyższego rzędu, gdzie on siedział, z szerokim uśmiechem na twarzy, gdy jej loki powiewały na wietrze.

— Wreszcie — powiedziała niemal bez tchu, śmiejąc się i siadając obok niego. — Wszędzie cię szukałam. Zaczynałam myśleć, że się ukrywasz.

Na jej słowa w jego umyśle pojawiło się kilka wspomnień.

 

Październik

— Mam esej, profesor Sprout — powiedział Draco, kładąc pergamin na jej biurku. — Mam jednak pytanie o Jadowitą Tentakulę, jeśli ma pani chwilę.

Profesor nic nie odpowiedziała — nawet nie podniosła wzroku znad rośliny, którą przesadzała. Draco po kilku sekundach zdał sobie sprawę, że nie zamierzała udzielić odpowiedzi.

 

Listopad

Próbował wyprzedzić tłum, wchodząc wcześniej do Wielkiej Sali, mając nadzieję, że będzie pierwszy na śniadaniu. Blaise rzucił mu wyzwanie, żeby spróbował — ale nawet wtedy Draco wiedział, że lepiej się nie pojawiać, gdy sala jest pełna.

Niestety, kilku uczniów już tam było — garstka Puchonów i Krukonów, których nie znał dobrze — wraz z profesorem Flitwickiem.

Zignorował spojrzenia. Zignorował mamrotane „Śmierciożerca”, mijając ich stoły.

Przy stole Slytherinu napełnił talerz jajkami, bekonem i tostami, a następnie sięgnął po kubek. Był w połowie nalewania kawy, gdy pierwszy przedmiot uderzył w jego talerz — jakiś gadżet ze sklepu z dowcipami, prawdopodobnie od Zonka. Drugi pojawił się chwilę później, rzucony przez Krukona: trafił prosto w jego jajka, rozpryskując żółtko po koszuli.

Draco wstał cicho i wyszedł, nie zdziwiony, że Flitwick nawet nie podniósł wzroku znad talerza.

 

Posłał jej krzywy uśmiech i wzruszył ramionami, gdy wspomnienia się rozpłynęły.

— Przepraszam. Po prostu staram się nie przeszkadzać.

Hermiona skrzywiła się, niewątpliwie przypominając sobie, jak niektórzy z ich kolegów reagują za każdym razem, gdy go widzą.

— Gdzie są Blaise i Theo? — zapytała, odświeżając Zaklęcie Ogrzewające, które wcześniej rzucił na siedzenia. — Myślałam, że będziesz z nimi.

Draco prychnął.

— Na pewno publicznie obmacują się gdzieś w Hogsmeade.

Zanuciła w odpowiedzi, po czym wyciągnęła małą torebkę prezentową ze swojej torebki z koralikami, którą zawsze nosiła — tą, która jak się niedawno dowiedział, zawierała nielegalne Zaklęcie Zmniejszająco-Zwiększające.

Hermiona podała mu torebkę z kolejnym, ciepłym uśmiechem.

— W każdym razie cieszę się, ze zastałam cię samego. Chciałam ci to dać, zanim wyjadę.

To go kompletnie zaskoczyło.

— Hermiono, nie musiałaś… Ja nie… Nie mam…

— Odetchnij, Draco — przerwała mu ze śmiechem. — W porządku. Nie oczekiwałam niczego w zamian. Po prostu chciałam ci to dać. No dalej — ponagliła go. — Otwórz.

Wyciągnął papier z torebki i sięgnął do środka; jego dłoń musnęła coś ciepłego i miękkiego. Wyciągnął to i rozłożył kaszmirowy szalik, utkany z pięknej włóczki w kolorze leśnej zieleni.

Pozwolił miękkiemu materiałowi prześlizgnąć się przez palce, podziwiając równe ściegi.

Hermiona mylnie wzięła jego milczenie za niesmak, bo kiedy na nią spojrzał, marszczyła brwi i nerwowo załamała ręce.

— Wiem, że to niewiele — wyszeptała, przygryzając pełną, dolną wargę. — Ale…

— Nie — przerwał jej, kręcąc głową, by powstrzymać tę myśl. — To cudowne.

Podniosła wzrok, a na jej twarzy pojawiła się ulga, gdy wybuchła pozbawionym tchu śmiechem.

— Podoba ci się?

— Oczywiście — potwierdził. Uśmiech, którym ją obdarzył był ciepły i szczery — zupełnie inny niż sarkastyczny grymas, z którego był znany. — Dziękuję. Nikt nigdy nie podarował mi czegoś takiego.

Hermiona uśmiechnęła się szeroko, po czym lekko wzruszyła ramionami.

— Cóż, pomyślałam, że jeśli dyplomacja i aktywizm nie wystarczą, zawsze mogę otworzyć tragicznie niedofinansowany sklep z włóczkami i dziergać, żeby wywalczyć sprawiedliwość.

Draco zaśmiał się głośno i szczerze.

— Nie próbowałaś już tego ze skrzatami, które tu pracują? Jak ci poszło?

— No cóż — mruknęła, przewracając oczami. — Chciałabym wierzyć, że moje umiejętności się poprawiły, więc może tym razem uda mi się osiągnąć lepsze rezultaty.

Znów spojrzał na szalik, przesuwając kciukiem po delikatnych ściegach.

— Dziękuję — powtórzył, tym razem ciszej. — Nikt nigdy nie dał mi czegoś zrobionego specjalnie dla mnie. Ale tobie jakimś cudem udało się stworzyć coś ciepłego, użytecznego i zupełnie nieoczekiwanego. Zawsze tak robisz.

Nie miał zamiaru mówić tego ostatniego — ale i tak mu się wymknęło.

Co gorsza, to była prawda.

Posłała mu zapierający dech w piersiach uśmiech, a na jej policzkach rozkwitł delikatny rumieniec.

— Proszę bardzo, cieszę się, że ci się podoba.

Siedzieli w błogiej ciszy przez kilka minut, obserwując ptaki przelatujące nad boiskiem.

— O której wyjeżdżasz? — zapytał Draco, przerywając ciszę.

Hermiona spojrzała na zegarek i westchnęła.

— Właściwie już muszę iść do Hogsmeade, żeby złapać pociąg.

Draco przełknął ślinę, jego wzrok ślizgał się po niej, gdy zaczynała zbierać swoje rzeczy.

— Racja.

Wstał pierwszy, podając jej rękę. Zeszli po schodach i przeszli przez boisko w milczeniu. Po drodze Draco owinął swój nowy szalik wokół szyi.

Zatrzymali się kilka kroków od wejścia — tu mieli się rozstać.

— Jeszcze raz dziękuję — mruknął Draco, wskazując na szalik. — Wesołych Świąt.

Hermiona wyciągnęła rękę, ścisnęła jego dłoń, a następnie stanęła na palcach, by pocałować go w policzek.

— Wesołych Świąt, Draco.

Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, odwróciła się i odeszła — tuż przed tym, jak wokół nich zaczęły wirować płatki śniegu.

Patrzył za nią, aż zniknęła mu z oczu. Szalik był miękki w dotyku, ocierając się o jego szyję. Ale to zdecydowanie za mało.

Nie, kiedy wszystko inne, co mu ofiarowała, zaraz miało wyjechać.

Brak komentarzy