[T] Twoje idealne dopasowanie: Niespodziewani sojusznicy
Witajcie :) w niedzielne popołudnie zapraszam na kolejny rozdział tłumaczenia. Hermiona dowie się coraz więcej o działalności Draco, ale to nie on będzie głównym bohaterem tego rozdziału. Dajcie znać jak wrażenia!
Jeśli chodzi o
kolejne rozdziały, to prawdopodobnie zostaną opublikowane w okolicach weekendu.
Muszę trochę nadrobić tłumaczenie, a niezbyt mam na to czas, publikując tak
często jak ostatnio. Także proszę o cierpliwość i z góry dziękuję za
zrozumienie.
______________
Rozdział 10: Niespodziewani sojusznicy
Świat
przestał wirować, a Hermiona wciąż kurczowo trzymała się męża; stali pośrodku
wielkiej drogi. Ptaki wzbiły się w powietrze na odgłos ich przybycia — była
zaskoczona tym, jak głośno się aportowali, gdy usłyszała to po raz pierwszy.
Gdy
aportowała się z nim po raz pierwszy, myślała, że to jakiś rodzaj efektownego
wejścia. Później dowiedziała się, że była to taktyka przetrwania, którą
wymyślił jako nastolatek, zmuszony do wcześniejszej nauki teleportacji. W końcu
nie można było brać udziału w tajnych misjach Śmierciożerców, jeśli anonsowało
się swoje przybycie w tak ostentacyjny sposób.
Odrzucając
te myśli na bok, Hermiona obróciła się w miejscu, podziwiając sielski
krajobraz.
—
Gdzie jesteśmy?
—
W Yorkshire — odpowiedział Draco, ujmując jej dłoń, gdy ruszyli przed siebie.
Na
końcu ścieżki Hermiona wstrzymała oddech na widok porośniętego bluszczem domku.
Zbudowany z białej cegły, skąpany w słońcu i skryty strzechą, tonął w feerii
barw dzięki bujnej, niemal dzikiej roślinności.
—
Jest przepiękny! — zawołała, śmiejąc się, gdy na ramieniu jej męża usiadł
motyl.
Draco
mruknął coś w zamyśleniu, prowadząc ją obok domku w stronę ogromnej szklarni
znajdującej się na tyłach posesji.
—
To prawda, ale poczekaj, aż zobaczysz szklarnię.
Budynek
był olbrzymi, nawet jak na mugolskie standardy.
Wyobrażam sobie zaklęcia
rozszerzające przestrzeń wewnątrz,
pomyślała.
Draco
i Hermiona weszli do środka; gdy przekroczyli próg, zamigotały wokół nich
magiczne bariery odchodne. Złożone zaklęcia utrzymywały temperaturę idealną dla
roślin, nie czyniąc jej jednak nieznośną dla odwiedzających.
Zrobili
zaledwie kilka kroków, gdy z głębi pomieszczenia dobiegł ich głos.
—
To ty, Malfoy? Udało ci się znaleźć tę
roślinę, o którą pytałem?
Odgłos
kroków niósł się echem po ceglanej ścieżce, aż w końcu zza zakrętu wyłonił się
dostawca, trzymając w dłoni niewielką roślinę doniczkową.
Hermiona
wydała z siebie zduszony okrzyk, a jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki.
—
NEVILLE?!
Ku
swojemu ogromnemu zdziwieniu widziała przed sobą jednego ze swoich przyjaciół;
wyglądał jak rasowy zielarz — z ziemią za paznokciami i nieśmiałym uśmiechem
błąkającym się po ustach.
—
Och… eee, cześć, Hermiono — powiedział Neville, niezręcznie przerzucając w
dłoniach doniczkę. — Nie wiedziałem, że tu dzisiaj będziesz.
Hermiona
jąkała się z oburzeniem, przenosząc wzrok z Neville’a na Draco.
—
Jak… dlaczego… ty…
Draco
uśmiechnął się do niej, podczas gdy wciąż próbowała poukładać sobie wszystko w
głowie.
—
Zwróciłem się do niego lata temu. Zależało mi na najlepszych składnikach do
eliksirów, które rozprowadzamy, a Longbottom jest w tym najlepszy.
—
Twardo negocjuje — rzekł Neville, wzruszając ramionami, gdy patrzyła na niego z
uniesioną brwią. Podniósł dłoń, jakby wskazywał na tysiące otaczających ich
roślin. — Dobrze mi płacą za robienie tego, co kocham, a dzięki znajomościom
Malfoya jestem na dobrej drodze, by zgromadzić każdą roślinę, o jakiej tylko
mogę zamarzyć. A skoro o tym mowa… nigdy nie powiedziałeś, czy udało ci się
znaleźć Morsmordia Plantis
—
Co to takiego? — zapytała Hermiona, nie potrafiąc ukryć ciekawości w głosie.
Twarz
Neville’a się rozpromieniła na wieść o możliwości podzielenia się wiedzą
ogrodniczą z przyjaciółką.
—
To magiczna kuzynka muchołówki, powszechnie znana jako paproć mięsożerna.
Wydaje z siebie dźwięk przypominający syreni śpiew, by zwabić ofiarę.
—
Krum już nad tym pracuje — zapewnił go Draco.
Hermiona
patrzyła na Neville’a, jakby widziała go po raz pierwszy.
—
Wciąż nie mogę uwierzyć, że trafiłeś do tego świata wcześniej niż ja.
—
Trzeba przyznać — wtrącił jej mąż — że Longbottom działa wyłącznie w granicach
prawa. Wszelkie naprawdę nielegalne składniki zdobywam ja, Blaise albo Krum.
Neville
nie spuszczał z niej wzroku.
—
Hermiono, wiesz lepiej niż ktokolwiek inny, jak uciążliwe są ograniczenia
Ministerstwa wprowadzone po wojnie. Malfoy dał mi wolną rękę. Mogę krzyżować,
hodować i eksperymentować — a wszystko to bez zaglądania mi przez ramię i
domagania się pozwoleń czy zgody komisji. Myślisz, że miałbym na to szansę,
pracując dla profesor Sprout?
Draco
uśmiechnął się lekko.
—
Co więcej, ludzie i tak zawsze znajdą sposób, by zdobyć eliksiry, na których im
zależy. Według mnie, skoro ja kontroluję dystrybucję, a Longbottom składniki,
to przynajmniej każdy otrzymuje bezpieczny i pewny produkt końcowy.
Otworzyła
usta, po czym znów je zamknęła. Nie mogła się z tym nie zgodzić.
Neville
zachichotał, przesuwając palcami po liściach pobliskiej rośliny. Wskazał na
bujną zieleń wylewającą się z zaklętych klatek, a jego głos ucichł.
—
To miejsce jest moje w sposób, jakiego nigdy nie zaznałbym w Hogwarcie czy
Ministerstwie. Oprócz hodowania składników dla Malfoya mogę tu wykonywać
prawdziwą pracę — ważną pracę — bo on dostrzegł w tym wartość.
Przez
chwilę słyszała jedynie cichu szum zaklęć utrzymujących odpowiednią jakość
powietrza i delikatny szelest liści. Czuła dłoń Draco na swoich plecach — pewną
i dającą poczucie oparcia.
—
Wciąż nie mogę uwierzyć, że jesteś w to zaangażowany.
—
Cóż mogę powiedzieć? — Neville wzruszył ramionami. — Dla dobra moich roślin
jestem w stanie przymknąć oko na wiele nielegalnych wybryków.
Hermiona
pokręciła głową — po części z irytacją, a po części z podziwem.
—
Teraz jestem zaintrygowana i chcę zobaczyć, co hodujesz.
Neville
szeroko się uśmiechnął i wskazał drogę wzdłuż najbliższej grządki.
—
Chodźcie, pokażę wam. Niektóre z tych hybryd w ogóle nie powinny istnieć, ale udało
mi się je ustabilizować.
Draco
cicho parsknął śmiechem.
—
Zawsze bawi mnie to, że ludzie się mnie boją, a to Longbottom hoduje ogród
pełen trucizn.
Neville
rzucił mu wymowne spojrzenie, ale prowadził ich dalej w głąb szklarni. Mijali
kwiaty delikatnie połyskujące własnym światłem, pnącza wyginające się w stronę
ich kroków oraz grządkę czarnych róż, które zdawały się szeptać, gdy poruszało
się powietrze. Hermiona zwalniała przy każdym nowym odkryciu, szeroko
otwierając oczy i zasypując Neville’a pytaniami, podczas gdy Draco obserwował
to z rozbawieniem.
Zgodnie
z zapewnieniami męża, Neville rzeczywiście posiadał ogród pełen trujących
roślin. Hermiona ostrożnie pozostała za dodatkowymi zaklęciami ochronnymi
otaczającymi grządkę, podczas gdy przyjaciel wskazał jej wilczą jagodę,
oleandra, lulka czarnego, tojad oraz wiele innych okazów.
—
Ich zła sława jest niesprawiedliwa — prychnął Neville, odwracając się od
niebezpiecznych roślin. — To nie ich wina, że ludzie wykorzystują je w
niewłaściwych celach, zamiast po prostu podziwiać ich piękno.
—
Bardzo filozoficzne podejście, Nev — mruknęła Hermiona. — Jestem pewna, że
kryje się w tym jakaś życiowa lekcja.
Uśmiechnął
się do niej, prowadząc w stronę dużego stołu ustawionego w głębi ogrodu.
—
To jest coś, z czego jestem najbardziej dumny.
Hermiona
z zaciekawieniem przechyliła głowę, spoglądając w dół. Okazał się podwyższoną
grządką; gdy Neville machnął różdżką nad jedną z sekcji, ziemia delikatnie się
uniosła, odsłaniając najmniejsze warzywa, jakie kiedykolwiek widziała. Maleńkie
marchewki, cebule, cukinie i brokuły ustępowały miejsca równie drobnym
ziemniakom, rzepom, pasternakom i dyniom.
—
Neville — szepnęła. — To jest…
—
Niesamowity sposób, by wyżywić mnóstwo ludzi na niewielkiej przestrzeni? —
wtrącił Draco, przenosząc wzrok na Neville’a. — Dlaczego wcześniej mi tego nie
pokazałeś?
Neville
położył dłoń na karku i zarumienił się.
—
Chciałem mieć pewność, że wszystko zrobiłem jak należy i że to naprawdę
zadziałało, zanim pokażę to komukolwiek poza Luną. W końcu nie słynę z tego, że
magia przychodzi mi z łatwością.
Hermiona
pokręciła głową, podchodząc bliżej miniaturowego ogrodu.
—
Neville, jesteś absolutnie genialny. Jak wielu z nas, potrzebowałeś tylko
czasu, wiary w siebie i odpowiednich ludzi, którzy by cię wspierali.
—
To prawda — przyznał. — No i zdobycie własnej różdżki też pomogło.
Zanim
zdążyła dodać coś jeszcze, bariery ochronne znów zamigotały, sygnalizując
czyjeś przybycie.
Z
głębi alejki dobiegł głośny głos — brzmiący znajomo dla Hermiony, choć nie
potrafiła przypisać go do konkretnej osoby.
—
Ej, Nev? Jesteś tu? Muszę wziąć trochę
bylicy; mam kilka młodych smoków, które się wzajemnie podrapały.
Odgłos
kroków się przybliżał, a Hermiona doznała kolejnego tego dnia szoku, gdy zza
rogu wyłonił się Charlie Weasley. Wydawał się zupełnie niezdziwiony obecnością
Draco; posłał mu swobodny gest powitania, opierając się o pobliski blat do
przesadzania roślin.
—
Cześć, szefie — powiedział wesoło. — Nie wiedziałem, że tu dziś będziesz… a tym
bardziej, że przyprowadzisz małżonkę.
—
Musiałem się skonsultować z Longbottomem — przeciągnął Draco. — A to wydawało
się dobrym momentem, by zacząć wtajemniczać w to wszystko Hermionę.
Kobieta
zerknęła na szkarłatną, markową torbę zwisającą mu z ramienia, po czym
przeniosła wzrok na męża.
—
Nie żartowałeś, mówiąc, że dzisiaj wszędzie będę widzieć ten kolor.
Charlie
prychnął, odbierając od Neville’a pęk ziół.
—
Dzięki, stary. — Zwrócił się do Hermiony, puszczając do niej wesoło oko, zanim
ruszył z powrotem wzdłuż grządki. — Chętnie bym tu został i z wami pogadał, ale
jak mówiłem… podrapane smoczęta. Poza tym nie chcę zostawiać Luny samej na zbyt
długo. Obawiam się, że mogłaby nauczyć je tańczyć i śpiewać.
Zanim
Hermiona zdążyła przetrawić jego mimochodem rzuconą wzmiankę o Lunie, Charlie
zatrzymał się i spojrzał na nią przez ramię.
—
A, i jeszcze jedno, Hermiono? Jeśli chodzi o moją rodzinę — nigdy mnie nie
widziałaś.
Gdy
odszedł, ona powoli się odwróciła i wbiła w Draco niedowierzające spojrzenie.
—
Czyli chcesz mi powiedzieć, że Neville, Charlie i Luna pracują dla ciebie?
Kiwnął
głową.
—
Powtarzam: wyłącznie legalnie, ale tak.
—
Chciałabym poznać szczegóły. — Westchnęła, masując nasadę nosa. — Ale szczerze
mówiąc, dziś nie jestem w stanie przyjąć już więcej informacji.
Draco
ścisnął jej dłoń i złożył pocałunek na jej lokach.
—
W takim razie później.
Zanim
zdążyli wyjść, Neville odkasłał i wcisnął Hermionie w dłonie płócienny woreczek.
Był zaskakująco ciężki jak na swój rozmiar, a z jego wnętrza unosił się
delikatny zapach świeżej ziemi.
—
Weź to — powiedział niemal nieśmiało. — To tylko drobne zbiory z miniaturowego
ogródka. Wytrzymują wiele tygodni, zanim się zepsują.
Hermiona
zerknęła na woreczek, a potem na Neville’a.
—
Dajesz mi… miniaturowe ziemniaki?
—
I cukinie — dodał pomocnie. — Świetnie smakują pieczone.
Otworzyła
usta, po czym zaśmiała się z niedowierzaniem.
—
Jasne. Oczywiście. Neville ma miniaturową farmę i szklarnię pełną trujących
roślin, dla Draco pracują ludzie, których — jak myślałam — znałam, a ja trzymam
teraz worek magicznych, miniaturowych warzyw. Całkowicie normalne.
Draco
uśmiechnął się półgębkiem i odebrał od niej worek, zanim ta zdążyła go upuścić.
—
Zrobimy z nich dobry użytek, Longbottom. Dziękujemy.
Hermionie
udało się otrząsnąć z oszołomienia na tyle, by pomachać przyjacielowi.
—
Tak, dziękuję, Neville.
Draco
objął ją ramieniem talii; gdy wyprowadził ją ze szklarni, bariery ochronne
zamigotały, a miniaturowe warzywa lekko uderzały go w bok, podczas gdy oboje
zniknęli.
~*~*~*~*~*~*~*~
Później
tego samego wieczoru Hermiona siedziała przy kuchennym blacie, popijając wino i
obserwując, jak Draco przygotowuje kolację. Przeglądał warzywa, które wcześniej
dał im Neville, i wybrał kilka, by przywrócić im normalny rozmiar, podczas gdy
reszta pozostała pomniejszona i objęta zaklęciem statyzującym.
Pomijając
inne wydarzenia dnia, wciąż wydawało się nierealne, że patrzyła na gotującego
Draco Malfoya — wytatuowanego niczym szef mafii. A jednak był tu, świeżo po
prysznicu, i siekał warzywa, ubrany w nisko opuszczone spodnie dresowe, na
których widok aż ciekła jej ślinka.
Podniósł
wzrok i posłał jej leniwy półuśmiech, gdy zauważył, że mu się przygląda.
—
Czy to już to „później”, kotku?
—
Co? — zapytała, lekko zdezorientowana, dopóki nie przypomniała sobie swoich
wcześniejszych słów. — Och! Tak, proszę.
Wstała,
by uzupełnić kieliszek wina, po czym podeszła do niego.
—
Jestem bardzo ciekawa, jak to wszystko działa.
Zanim
zdążył odpowiedzieć, korytarz wypełnił dźwięk aktywowania się Sieci Fiuu.
—
Hermiono? Jesteś w domu?
Głos
Harry’ego brzmiał na zmęczony i nieco napięty.
—
W kuchni!
Draco
uniósł brwi w niemym pytaniu, a ona odpowiedziała wzruszeniem ramion. Przywołał
jeszcze kilka składników, podczas gdy czekali, aż Harry przejdzie korytarzem.
Wszedł
do kuchni; wyglądał, jakby właśnie stoczył wojnę z papierkową robotą — włosy
miał bardziej rozczochrane niż zwykle, okulary zabrudzone, a szczękę
zaciśniętą. Wypuścił gwałtownie powietrze, gdy ich dostrzegł, i poluzował
kołnierzyk, jakby Ministerstwo go dusiło.
—
Ładnie tu pachnie — mruknął, opadając na jeden ze stołków barowych.
Krzywołap
wkroczył do pomieszczenia i wskoczył Harry’emu na kolana, a Petra podążyła za
nim i ułożyła się u jego stóp, jakby wyczuwała, że mężczyzna potrzebuje
pocieszenia.
—
Już przygotowuję dodatkową porcję — rzekł Draco. — Śmiało, dołącz do nas.
—
Dzięki, stary. — Westchnął Harry. — Choć to cholernie dziwne, że dla mnie
gotujesz… bez koszulki. Na Merlina, ty nigdy się nie ograniczasz. Wiesz w
ogóle, ile masz tatuaży?
Draco
parsknął śmiechem.
—
W tej chwili? Nie.
Hermiona
zmarszczyła brwi, widząc napięcie malujące się na twarzy przyjaciela.
—
Ciężki dzień?
Harry
przetarł twarz dłonią.
—
Raczej ciężka dekada. Mam wrażenie, że choćbyśmy nie wiem ile naprawili,
Ministerstwo wciąż znajduje nowe sposoby, by gnić od środka. A po tym, jak
ciebie potraktowali… już wcześniej myślałem o odejściu. — Przeniósł wzrok na
Draco, a potem z powrotem na Hermionę. — Ale po dzisiejszym dniu naprawdę nie
sądzę, bym mógł to dalej ciągnąć.
Hermiona
położyła dłoń na jego ramieniu i lekko je ścisnęła, próbując dodać mu otuchy.
—
Co się stało?
Zdjął
okulary i westchnął, przecierając oczy.
—
Zajmuję się sprawą dotyczącą mrocznych przedmiotów trafiających do mugolskich
antykwariatów i szkodliwych eliksirów wprowadzonych do obiegu, przez które
ludzie chorują… i tak dalej.
Hermiona
podniosła wzrok i wymieniła spojrzenia z Draco. Nie wiedziała jeszcze zbyt
wiele o tym, jak funkcjonowała ta część jego świata, ale rozumiała, że
najwyraźniej był ktoś, z kim musiał się zmierzyć.
Z
powrotem zwróciła się do swojego najlepszego przyjaciela.
—
Co się dzisiaj stało?
W
oczach Harry’ego płonął gniew, gdy odwrócił się w jej stronę.
—
Robards odsunął mnie od sprawy — takiej, w której jestem naprawdę potrzebny —
bo chcą, żebym wykorzystał naszą przyjaźń i dowiedział się, co knuje Malfoy.
Draco
prychnął, wrzucając składniki na rozgrzaną patelnię.
—
Życzę powodzenia.
—
Nie martwisz się? — zapytała Hermiona, wstając, by podać przyjacielowi szklankę
Ognistej Whisky.
—
Nie — odpowiedział, przywołując zaklęciem łopatkę. — Nigdy wcześniej nie udało
im się do mnie zbliżyć.
Harry
wziął od Hermiony alkohol i jednym haustem wypił połowę, po czym z głośnym stukotem
odstawił szklankę na blat.
—
Oni tego nie rozumieją — mruknął, kręcąc głowę. — Myślą, że mogą mną pomiatać i
wykorzystywać mnie, by zmusić do robienia tego, czego oni chcą. — Zacisnął
pięść na blacie tak mocno, że kostki mu zbielały. — Mam dość bycia ich bronią.
Hermiona
z trudem przełknęła ślinę.
—
Harry, nawet nie wiesz, co…
Przerwał
jej jednak, pochylając się ku niej; jego głos był cichy, lecz pełen gniewu.
—
Wiem, że Malfoy działa na granicy prawa, wiem, że nie wszystko, co robi, jest
całkowicie legalne… ale to samo dotyczy Ministerstwa. Wiem, że w każdej
działalności jest szara strefa. Ale przede wszystkim znam ciebie, Hermiono.
Wiem, że on nie jest bez winy, ale kto jest? Wiem, że gdyby krzywdził ludzi — a
przynajmniej takich, którzy na to nie zasłużyli — nie byłabyś tu. A prawda jest
taka, że nie obchodzi mnie, czy Malfoy, do cholery, rządzi przestępczym
półświatkiem. Przynajmniej coś robi.
Draco
rzucił mu ostre i wymowne spojrzenie, choć nie przestawał mieszać zawartości
patelni.
Harry
wypuścił powietrze, teraz już spokojniej; wyglądało na to, że wypowiedzenie
tego na głos pozwoliło mu sformułować myśl, wokół której krążył od dłuższego
czasu.
—
Widzę to tak… Mogę rzucić pracę i pomóc ci w tym, co zaczynasz, Hermiono. Albo
mogę złożyć propozycję tobie, Malfoy. Jeśli potrzebujesz wtyki, zrobię to. Będę
nadal pojawiał się w Ministerstwie, trzymał rękę na pulsie i przekazywał ci
informacje.
Łopatka
w dłoni Draco zamarła na ułamek sekundy, po czym mężczyzna wrócił do mieszania.
Na jego twarzy błąkał się lekki uśmieszek, ale w oczach widać było błysk
zainteresowania.
—
Cóż, nigdy bym nie pomyślał, że usłyszę taką propozycję z ust Wybrańca.
—
Harry — szepnęła Hermiona. — Jesteś pewien? Zdajesz sobie sprawę z tego, co
proponujesz?
—
Tak — odpowiedział szczerze, nie spuszczając z niej wzroku. — Mogę nawet złożyć
Wieczystą Przysięgę, jeśli chcecie. Mam dość Ministerstwa, które marnuje czas
na ściganie ludzi bez żadnych dowodów, podczas, gdy inne przestępstwa pozostają
niewyjaśnione.
—
To nie będzie konieczne — powiedział Draco, wyłączając kuchenkę i przywołując
talerze z pobliskiej szafki.
—
Dlaczego nie?
—
Bo… — Wzruszył nonszalancko ramionami. — Jeśli obrócisz się przeciwko mnie,
jestem pewien, że będziesz mieć gorsze powody do strachu niż śmierć… a
mianowicie moją żonę.
Hermiona
czuła, jak jej policzki się zaczerwieniły, choć nie potrafiła stwierdzić, czy
to przez wino, czy przez swobodną pewność, jaką jej mąż w niej pokładał. Harry
zaśmiał się krótko, przeczesując dłonią włosy.
—
Słuszna uwaga. To mogłoby zadziałać… w końcu ona była jedyną osobą, której
kiedykolwiek się bałem.
Draco
lekko się uśmiechnął, odstawiając patelnię na bok, jakby sprawa była już
przesądzona.
—
Wygląda więc na to, że mamy umowę.
Harry
kiwnął głową — raz, zdecydowanie i pewnie — po czym w końcu pozwolił sobie na
rozluźnienie i oparł się o blat. Krzywołap mruczał mu na kolanach, Petra
przeciągnęła się u jego stóp, a napięcie w pomieszczeniu po raz pierwszy tego
wieczoru ustąpiło miejsca atmosferze, która wydawał się niemal normalna.
Draco
przesunął talerz w stronę Hermiony, puszczając do niej oko.
—
Kto by pomyślał, że skończę z większą liczną Gryfonów niż Ślizgonów pracujących
dla mnie?
Hermiona
się zaśmiała, sięgając po widelec i wskazując na niego.
—
Nie zapominaj o Krukonce.
—
Okej — powiedział Harry, wyraźnie zdezorientowany, odbierając swój talerz. Hermiona
nie była pewna, czy to przez wątek rozmowy, czy dlatego, że właśnie podał mu
kolację jego dawny wróg. — O czym wy dwoje rozmawiacie?
Wzięła
kęs jedzenia, unosząc palec w geście proszącym o chwilę cierpliwości, póki nie
przeżuła.
—
Dowiedziałam się dzisiaj, że nie tylko Neville jest zielarzem pracującym dla
Draco… — Przerwała w pół słowa i pokręciła głową, przypominając sobie wszystko,
czego się dowiedziała. — Charlie i Luna też dla niego pracują.
Harry
niemal zakrztusił się kawałkiem pieczonych warzyw.
—
Przepraszam, co?!
—
Dokładnie tak zareagowała Hermiona — prychnął Draco. — Owszem, oni dla mnie
pracują, ale wyłącznie legalnie.
—
Czym się zajmują? — zapytali jednocześnie Harry i Hermiona.
—
Wiem już, co robi Neville — ciągnęła Hermiona. — Ale nie zdążyłeś mi
opowiedzieć o Charliem i Lunie, zanim Harry tu dotarł.
—
Dawno temu postanowiłem, że zamiast kupować potrzebne mi rzeczy, zajmę się
wszystkim we własnym zakresie. Tak naprawdę chodzi o kontrolę jakości.
Potrzebuję najlepszych składników do eliksirów i rdzeni różdżek…
—
Zajmujesz się też różdżkami? — zapytała.
Kiwnął
głową, dolewając sobie alkoholu.
—
Nie każdy chce, żeby Ministerstwo śledziło jego magię — z różnych powodów,
zarówno tych słusznych, jak i wątpliwych — i tu wkraczam ja.
Harry
pokręcił głową, najwyraźniej wciąć próbując to wszystko sobie poukładać.
Hermiona
obserwowała jedzącego męża; milczała, czekając, aż będzie kontynuował.
—
Więc, tak jak mówiłem — dodał po chwili. — Kontrola jakości. Mógłbym zdobywać
te składniki na czarnym rynku — bo nawet tych legalnych nikt by mi nie sprzedał
— albo mogę sam nadzorować ich pozyskiwanie.
—
Rozumiem, jaką rolę odgrywa w tym Neville — rzekł Harry. — Zakładam, że chodzi o
składniki do eliksirów i drewno na różdżki. Ale co z Charliem i Luną?
—
Magiczne stworzenia — powiedział krótko Draco. — Ja znajduję pary smoków,
których potrzebuję dla jaj i innych składników, a Charlie prowadzi własny
rezerwat, gdzie się nimi opiekuje i w humanitarny sposób pozyskuje to, czego mi
trzeba. Luna robi to samo, tyle że z innymi magicznymi stworzeniami: dodo,
świergotnikami, pufkami… mamy nawet małe stado jednorożców.
Hermiona
z westchnieniem odłożyła widelec i pomasowała się po skroni.
—
Zdajesz sobie sprawę, że to.. sporo informacji do przyswojenia, prawda?
Draco
lekko się uśmiechnął.
—
Wiem, kotku.
—
Czuję się, jakbym trafiła do zupełnie nowego, magicznego świata, a mimo to
oczekuje się ode mnie, że nie dostanę palpitacji serca.
Mruknęła
coś o tym, że przydałby jej się schemat postępowania, co sprawiło, że Harry
prychnął do swojej szklanki.
—
Cieszę się, że cię to bawi — wycedziła, mrużąc na niego oczy.
Harry
uniósł obie dłonie w geście poddania, choć kąciki jego ust lekko drgnęły.
—
Przepraszam, przepraszam. Po prostu… mieliśmy dzisiaj szalony dzień, Hermiono.
Najpierw Neville, potem Charlie i Luna, a teraz smoki i jednorożce — zaraz
powiesz, że McGonagall potajemnie pracuje dla Malfoya.
Draco
uniósł brew.
—
Jeszcze nie, ale założę się, że świetnie by sobie poradziła.
Hermiona
jęknęła, chowając twarz w dłoniach.
—
Na słodką Kirke.
Wyprostowała
się, gdy przyszła jej do głowy kolejna myśl.
—
Harry, nie masz nic przeciwko ukrywaniu tego wszystkiego przed Ronem?
—
Oczywiście, że nie — prychnął. — To mój przyjaciel, ale niewiele wie o moim
życiu. Dawno temu wziąłem z ciebie przykład i nauczyłem się, że najlepiej nie
mówić mu wszystkiego.
—
Masz całkowitą rację.
Harry
zaśmiał się, ale zaraz potem jego wyraz twarzy złagodniał i przez chwilę
panowała cisza, przerywana jedynie brzękiem sztućców. Atmosfera wydawała się
niemal normalna. Niemal.
Zerknęła
na przyjaciela znad kieliszka wina.
—
Skoro mowa o niespodziankach zmieniających życie… kiedy dostaniesz list z
dopasowaniem, Harry?
Westchnął
głęboko, po czym rzucił jej wymowne spojrzenie.
—
Jutro. Spodziewaj się więc, że pojawię się tu za jakieś dwadzieścia cztery
godziny.
Kolacja
mijała na spokojnej rozmowie, podczas której Harry i Hermiona oswajali się ze
swoją nową codziennością. Później, gdy zwierzęta zostały nakarmione, kuchnia
posprzątana, a Harry wrócił do domu, Hermiona zwinęła się w kłębek na kanapie w
salonie na piętrze, opierając głowę na ramieniu męża.
—
Draco?
Mężczyzna
mruknął coś w zamyśleniu, ale nie odpowiedział; jego palce wciąż bawiło się jej
lokami.
—
Co sprawiło, że postanowiłeś to tak rozwiązać? — zapytała. — Chodzi mi o
kwestię składników i ich pozyskania.
Odsunęła
się nieco i w samą porę dostrzegła delikatny uśmiech błąkający się po jego
wargach.
—
Cóż, widzisz — zamruczał, splatając ich palce i unosząc jej dłoń, by pocałować
ją w wierzch. — Na ósmym roku zostałem sparowany do projektów z pewną kujonką o
kręconych włosach i to ona mocno zmieniła moje spojrzenie na wiele spraw.
Hermiona
się zaśmiała, a w jej piersi rozlało się ciepło.
—
Powinnam była wiedzieć, że zawsze będziesz mi to wypominał.
—
Zawsze — powiedział z udawaną powagą, choć kącik jego ust drgał w uśmiechu.
Pochylił
się i musnął jej wargi pocałunkiem, który trwał nieco dłużej, niż można by się
spodziewać.
Gdy
się odsunął, w jego oczach błyszczały figlarne iskierki.
—
Poza tym wciąż kipisz słuszną furią. Nauczyłem się, że lepiej po prostu
przyznać ci rację.
Uderzyła
go lekko w ramię, znów się śmiejąc, po czym mocniej się w niego wtuliła.
—
Dobry wybór, mężu.
~*~*~*~*~*~*~*~
Następnego
wieczoru Hermiona była sama w domu; Draco nie wrócił jeszcze z Dworu ani ze
spotkań, w których tego dnia uczestniczył. Wciąż oszołomiona wydarzeniami z
poprzedniego dnia, nie próbowała nawet sprawdzać, czym się zajmował.
Człowiek jest w stanie przyswoić
tylko określoną ilość informacji naraz,
pomyślała z lekką ironią.
Właśnie
kończyła wieloetapowe przygotowywanie kolacji dla Petry i Krzywołapa, gdy nagle
w kominku aktywowała się Sieć Fiuu.
—
Hermiono?
Głos
Harry’ego niosła się echem po korytarzu.
Sprawdziła
godzinę, rzucając bezróżdżkowo Tempus,
i zobaczyła, że — zgodnie z obietnicą — Harry pojawił się niemal dokładnie
dwadzieścia cztery godziny po ostatnim kontakcie. Weszła do przedpokoju, by
zobaczyć jak wychodził z saloniku z kominkiem; jego włosy niemal stały dęba, a
okulary były krzywo osadzone na nosie.
—
Wstawię wodę na herbatę. — Westchnęła. — Wyglądasz na kogoś, kto potrzebuje
czegoś ciepłego.
—
Herbata, Ognista… nie będę wybrzydzał.
Zajął
miejsce przy blacie śniadaniowym, podczas gdy ona nastawiła czajnik; milczała,
wyczarowując filiżanki i ciastka. Czekała, aż herbata się zaparzy i wszystko
będzie gotowe, zanim znów się odezwała:
—
Z kim cię dopasowano?
Poprawił
okulary na nosie i spojrzał na nią; na jego twarzy malowało się zaniepokojenie.
—
Z Pansy Parkinson.
Hermiona
zamrugała, gdy do jej świadomości dotarło to nazwisko. Jakie były szanse, że
ona i Harry zwiążą się akurat z dwojgiem Ślizgonów? Była niezwykle wdzięczna za
to, jak ułożyło się jej życie, ale Harry i Pansy nie mieli ze sobą takiej
historii jak ona i Draco.
—
Jestem pewna, że wszystko się ułoży — powiedziała z większym przekonaniem, niż
faktycznie czuła.
Sama
nie wiedziała, co o tym myśleć. Mimo że wiedziała o bliskiej przyjaźni łączącej
Draco, Theo, Blaise’a i Pansy, dotąd nie miała okazji spotkać się z tą
dziewczyną.
—
Może zróbmy tak — zaoferowała. — Chodźmy do Dworu, żebyś mógł porozmawiać z
Draco, Blaise’em i Theo. Oni z pewnością wiedzą o niej więcej niż my.
Obserwowała,
jak jej najlepszy przyjaciel dopija resztę herbaty i zjada ostatnie ciastka, po
czym odsuwa się od blatu. Wstał i kiwnął do niej głową, prostując ramiona, by
stawić czoła kolejnej niewiadomej.
—
No to chodźmy.
~*~*~*~*~*~*~*~
Kilka
minut później wyszli z kominka do saloniku przyjęć we Dworze Malfoyów; Petra
kroczyła między nimi. Żadne zapewnienia kierowane do psa, że jedynie idą
zobaczyć się z Draco, nie zdołały jej przekonać, by została w domu. Krzywołap
oczywiście pożegnał ich władczym machnięciem ogona, po czym odszedł, by ułożyć się
na kanapie, którą teraz dzielił z Petrą.
—
Czujesz się tu komfortowo? — zapytał Harry.
Hermiona
parsknęła śmiechem.
—
Daj spokój, mierzyłam się z gorszymi rzeczami niż to miejsce. Zresztą, to nie
tak, że ten dwór zrobił mi coś złego.
Szli
korytarzem, mijając portrety, które w jej obecności zamilkły i znieruchomiały.
—
To dziwne — mruknął. — Nigdy nie widziałem, żeby magiczne obrazy tak nagle
milkły.
Wskazała
wypalone miejsce pozostawione tam jako przestroga dla innych.
—
Jeden z nich zaczął nazywać mnie szlamą, kiedy przyszłam tu po raz pierwszy z
Draco… jak widzisz, zdmuchnął go ze ściany. Od tamtej pory są w mojej obecności
wyjątkowo cicho.
—
Słuszna decyzja.
Zaśmiał
się.
Gdy
dotarli do zamkniętych drzwi gabinetu Draco, Petra znów stanęła na straży za
plecami Hermiony, obserwując korytarz.
Hermiona
uniosła dłoń, by zapukać, ale zawahała się; ciężar ostatnich dwóch dni osiadł w
jej piersi. Biorąc pod uwagę wszystko, czego się dowiedziała wczoraj, wieści od
Harry’ego oraz to, ile jeszcze musi poznać ze świata swojego męża, nie mogła oprzeć
się myśli, jak bardzo zmieni się ich życie.
Wzięła
głęboki oddech i zapukała w wypolerowane drewno. Cokolwiek czekało ich po
drugiej stronie, zmierzą się z tym wspólnie.
~*~*~*~*~*~*~*~
Draco
Draco
siedział za biurkiem; jego pióro miarowo drapało po pergaminie, podczas gdy
Blaise i Theo zajęli kanapę po drugiej stronie gabinetu. Oczywiście w niczym
nie pomagali — byli zbyt zajęci sobą, siedząc ramię w ramię i szepcząc coś, co
wywołało cichy śmiech Theo oraz pewny siebie uśmiech Blaise’a.
To
powinno go irytować, ale tak nie było. Draco nigdy nie miał nic przeciwko tej
kojącej atmosferze ich bliskości — Merlin wie, że zasługiwali na szczęście tak
samo jak każdy — a zwłaszcza nie przeszkadzało mu to od czasu jego własnego
małżeństwa.
Odłożył
pióro i rozprostował palce, jakby strzepywał z nich zarówno atrament, jak i
niepokój. Zastanawiał się, czy zapytać ich, czy zamierzają dziś pracować, gdy
nagle rozległo się pukanie do drzwi.
Wiedział
dokładnie, kto przyszedł, nawet ich nie otwierając. Im więcej czasu spędzał z
żoną, tym silniejsza i szczęśliwsza stała się łącząca ich więź dusz. Stała się
też bardziej wyczulona, potrafiąc wykryć obecność drugiej połowy, zanim Draco w
ogóle ją widział.
Drzwi
się otworzyły i w progu ukazała się głowa jego żony.
—
Nie masz nic przeciwko, że wejdę?
Draco
natychmiast wstał; na myśl, że mogło się coś stać, w jego oczach pojawiła się
troska.
—
Oczywiście, kotku. Wszystko w porządku?
Otworzyła
szerzej drzwi, ukazując stojących za nią Pottera i Petrę.
—
Nic mi nie jest — zapewniła go, gdy weszli do pomieszczenia — ale Harry musi z
wami porozmawiać.
Theo
i Blaise wyprostowali się, wymieniając spojrzenia z Draco. Wspomniał im już o
propozycji Pottera i jego nowej roli; bez wątpienia zastanawiali się, czy zmienił
zdanie.
Hermiona
obeszła biurko, a Draco przyciągnął ją do siebie i złożył pocałunek na jej
skroni, po czym wskazał jej, by zajęła jego fotel. Dopiero gdy usiadła,
spojrzał na najlepszego przyjaciela swojej żony.
—
Co się stało, Potter? — zapytał. — Masz już jakieś wieści z Ministerstwa?
—
Nie — powiedział Harry, kręcąc głową. — Dostałem dzisiaj list z informacją o
dopasowaniu… Mam poślubić Pansy Parkinson.
Przez
chwilę w pokoju panowała cisza. Nawet Blaise i Theo — zazwyczaj skorzy do
komentarzy — milczeli; obaj mrugali ze zdziwieniem, aż w końcu Theo cicho
zagwizdał.
—
Pansy? — Blaise pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach. — Cóż. To…
niespodziewane.
—
Prawie tak niespodziewane, jak Draco i Hermiona — mruknął Theo.
W
jego głosie nie było złośliwości, jedynie ostrożna ciekawość.
Draco
stał za swoim fotelem, opierając ramiona o oparcie i czekając. Gdy Harry nic
więcej nie powiedział, Hermiona spojrzała na męża.
—
Powiedziałam Harry’emu, że jestem pewna, że wy trzej znacie ją lepiej niż
ktokolwiek inny i prawdopodobnie moglibyście go uspokoić.
Draco
kiwnął głową, po czym przeniósł wzrok na mężczyznę.
—
W jakiej kwestii uspokoić?
—
Cóż — zaczął Harry, odchrząkując — podejrzewam, że ona mnie nienawidzi… albo
myśli, że ja będę ją nienawidził. Wiecie, przez to całe próbowanie wydania mnie
Voldemortowi. Swoją drogą, wcale jej nienawidzę. Szczerze mówiąc powinienem był
przystać na jej propozycję… wszystko skończyłoby się szybciej.
Zanim
zdążył powiedzieć cokolwiek więcej, Draco rzucił spojrzenie w stronę Blaise’a —
wydając niemy rozkaz przekazany przez dzielącą ich przestrzeń.
Blaise
wstał, doskonale rozumiejąc przekaz.
—
Pójdę sprawdzić, jak ona się miewa.
Pochylił
się, by pocałować Theo, po czym cicho wymknął się z gabinetu.
Theo
przysiadł na krawędzi biurka Draco, dokładnie naprzeciwko Harry’ego.
—
Zakładam, że pierwsze pytanie brzmi: zamierzasz wnieść apelację?
—
Nie — odpowiedział. — Ale nie będę niczego utrudniał, jeśli ona zechce to
zrobić.
Biedak wygląda na cholernie
przerażonego, pomyślał Draco,
obserwując, jak mężczyzna nerwowo wierci się na krześle. Harry nieco się uspokoił,
gdy Hermiona usiadła obok niego i położyła dłoń na jego ramieniu w
uspokajającym geście.
Draco
zajął swój fotel, skoro Hermiona się przesiadła; wyciągnął papierosa z
papierośnicy leżącej na biurku i odpalił go pstryknięciem palców. Zaciągnął
się, przetrzymując dym w płucach na krótką chwilę, po czym odchylił głowę do
tyłu i wypuścił go w stronę sufitu.
—
Więc po co tu przyszedłeś, Potter?
Harry
zaśmiał się nerwowo, poprawiając okulary.
—
Szczerze mówiąc, sam nie jestem pewien. Nie wiem o niej nic poza tym, co
pamiętam ze szkoły… a to pewnie nie oddaje wiernie tego, jaka jest naprawdę.
—
Masz rację — wtrącił Theo, przyglądając się swoim paznokciom. — Nie oddaje.
Hermiona
uśmiechnęła się do Draco, po czym ponownie ścisnęła ramię Harry’ego.
—
Wiem już, że wy, Ślizgoni, potraficie świetnie pokazywać światu jedną twarz,
zachowując jednocześnie swoje prawdziwe myśli i uczucia dla siebie. Nie w
fałszywy bądź dwulicowy sposób! — wyjaśniła szybko, widząc zdziwienie na twarzy
Harry’ego. — Ale jako mechanizm obronny… albo formę instynktu
samozachowawczego.
—
Bardzo bystre spostrzeżenie, żono — powiedział przeciągle Draco, gasząc
papierosa.
—
Jeśli chodzi o Pansy, trzeba wiedzieć jedno — odezwał się Theo. — Jest
mistrzynią w stosowaniu mechanizmów obronnych.
—
To prawda — zgodził się Draco. — Trochę przypomina grzechotnika.
Hermiona
z zaciekawieniem przechyliła głowę.
—
Co masz na myśli?
Draco
wziął do ręki pióro, którego używał wcześniej, i obrócił je w palcach, by zająć
czymś dłonie.
—
Chce, żeby zostawić ją w spokoju, i zrobi wszystko, by tak właśnie było. A
jeśli ktoś podejdzie zbyt blisko… — Zrobił pauzę, dobierając słowa. — Zaczyna
grzechotać — jeśli można to tak nazwać. Jeśli to ostrzeżenie zostanie
zignorowane, atakuje.
Theo
kiwnął głową.
—
Tak naprawdę jest znacznie cichsza i bardziej urocza, niż ludzie sądzą. Trzeba by
tego doświadczyć, żeby zrozumieć, ale jeśli myślicie, że na dziedzicach
Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki ciąży ogromna presja, spróbujcie postawić się
na miejscu jedynej dziewczyny w rodzinie takiej jak Parkinsonowie. Pansy od
najmłodszych lat musiała się mierzyć z atakami i złośliwościami.
—
Theo ma rację — mruknął Draco. — Obaj — Blaise w nieco mniejszym stopniu —
musieliśmy sprostać mnóstwu oczekiwań, ale nie potrafię sobie nawet wyobrazić
ciężaru, jaki ona dźwigała.
Hermiona
wydała z siebie dźwięk pełen współczucia; w jej oczach rozpaliła się dobrze
znana słuszna furia.
—
Miała czelność urodzić się dziewczyną, podczas gdy oni chcieli męskiego
dziedzica.
Draco
przez chwilę milczał, kończąc pisać SMS-a.
—
Dokładnie. Od małego wiedziała, że jej rolą jest korzystne małżeństwo… a do
tego miała zawsze wyglądać i zachowywać się w określony sposób.
Przejrzał
wzrokiem odpowiedź, która właśnie przyszła na jego telefon, podczas gdy Theo
podjął wątek.
—
Kiedy Lucjusz zerwał kontrakt małżeński między dwoma rodzinami, sytuacja w domu
stała się dla niej koszmarem — mimo że nie była temu winna. Do tego, skoro ja i
Blaise nie wchodziliśmy w grę, a Draco też odpadał… — Urwał, biorąc głęboki
oddech. — Powiedzmy, że nie miała zbyt wielu bezpiecznych opcji — a już na pewno żadnej, którą zaakceptowaliby
jej rodzice. W końcu wymyśliliśmy z Blaise’em plan, że ożenię się z nią
platonicznie; w końcu miałem ten atut, że byłem dziedzicem z rodu z listy
Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki. Ale nie zgodziła się — powiedziała, że nigdy
nie mogłaby nas o coś takiego poprosić.
Harry
pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach.
—
Co masz na myśli, mówiąc o bezpiecznych
opcjach?
Hermiona
zesztywniała na krześle, jakby już wiedziała, co zaraz usłyszy. Draco stukał
klawiszami telefonu; ten drobny ruch przyciągnął wzrok Harry’ego.
—
Musicie wiedzieć, że mam zgodę na wyjawienie tego, co zaraz powiem. — Wypuścił
powoli powietrze, na chwilę odwracając wzrok, po czym znów spojrzał na Harry’ego.
— Kiedy mój ojciec zerwał zawarty między nami kontrakt małżeński, rodzice Pansy
wyładowali na niej swoją złość — tak jakby zrobiła coś, co skłoniło go do
zmiany zdania. Choć próbowała im tłumaczyć, że ona nie miała z tym nic
wspólnego, nie chcieli słuchać. W końcu sparowali ją z Adrianem Puceyem.
Początkowo odczuła pewną ulgę. Nie ufała mu tak jak nam, ale wszyscy
uważaliśmy, że to lepszy wybór niż Marcus Flint czy starszy brat Grega Goyle’a.
Theo
odchrząknął, włączając się do opowieści.
—
Przez pewien czas o tym nie wiedzieliśmy, ale okazało się, że Pucey jest
chorobliwie zaborczy i lubi kontrolować każdy aspekt jej życia. To, co nosiła,
co i jak często jadła, z kim mogła rozmawiać… tego typu rzeczy. Z tego, co
mówiła Pansy, wynikało, że początkowo nie zdawała sobie sprawy, jak poważna
staje się sytuacja, bo była przyzwyczajona do takich zachowań w swojej
rodzinie.
Draco
kiwnął głową na znak zgody.
—
Przestała się często odzywać, mimo że ciągle próbowaliśmy nawiązać kontakt. Aż
pewnego dnia, mniej więcej trzy miesiące przed ich ślubem, pojawiła się tutaj,
cała w skaleczeniach i siniakach. Bełkotała nieskładnie, ale w końcu udało nam
się dowiedzieć, że się pokłócili, bo chciała wyjść i nas odwiedzić — i sytuacja
wymknęła się spod kontroli. Pobił ją do krwi, a potem… — zawiesił głos,
zamykając oczy i biorąc głęboki oddech — zgwałcił ją.
Hermiona
głośno wciągnęła powietrze, przykładając dłoń do ust, podczas gdy Harry wstał,
przewracając przy tym krzesło.
—
Musimy go znaleźć! Nikt nie widział Puceya od lat i nie może mu to ujść na
sucho!
—
Już się tym zajęliśmy — powiedział Draco mrocznym tonem.
Obserwował,
jak na twarzy jego żony malowało się zrozumienie, po czym krótko i stanowczo
pokiwała głową.
Theo
milczał; nawiązał kontakt wzrokowy z Harrym, a następnie wymownie skierował
wzrok na tablicę nad swoim biurkiem, która dumnie głosiła, że Minęło siedem dni, odkąd Theo musiał
zajmować się zwłokami.
Tamtego
dnia Theo zrobił jednak znacznie więcej niż tylko posprzątał bałagan. Ludzie
często sądzili, że zachowuje się tak, a nie inaczej, ponieważ był niemal zbyt
łagodny jak na ten świat. Wręcz przeciwnie — potrafił być najbardziej
bezwzględny z nich wszystkich, gdy zagrożeni byli jego bliscy.
—
Och. — Westchnął Harry, siadając na krześle, które Hermiona ustawiła we
właściwej pozycji jednym ruchem ręki. — Rozumiem.
Draco
czekał chwilę, zanim znów się odezwał.
—
Czy to będzie stanowiło problem, Aurorze Potter? Mam na myśli to, czego się
dziś dowiedziałeś.
—
Nie mam pojęcia, co masz na myśli, Malfoy — powiedział gładko Harry. — Po
prostu rozmawiam z moją najlepszą przyjaciółką, jej mężem i jego najlepszym
przyjacielem.
Theo
kiwnął głową, wstał i podszedł do swojego biurka.
—
Myślę, że świetnie się dogadamy, Potter.
~*~*~*~*~*~*~*~
Późnym
wieczorem w mieszkaniu w Mayfair panowała cisza; Draco i Hermiona w końcu
wrócili po długim dniu. Hermiona zwinęła się w kłębek na kanapie z książką na
kolanach, choć od dłuższego czasu nie przewróciła strony. Draco siedział po
drugiej stronie pokoju ze szklanką Ognistej Whisky, wpatrując się w bursztynowy
płyn, jakby kryły się w nim wszystkie odpowiedzi, których szukał.
Jego
żona zamknęła książkę, odłożyła ją na bok i podeszła do niego. Bez słowa
odebrała mu szklankę, odstawiła ją i wdrapała się na jego kolana. Jego ramiona
opadły, jakby sama jej obecność zdjęła z niego część ciężaru, który dźwigał.
Pozwolił jej wtulić się w niego i oparł głowę na jej ramieniu.
Przez
dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu; palcami bezwiednie gładziła jego włosy, a
on dostosował rytm swojego oddechu do jej oddechu. Cisza między nimi była
ciężka, ale nie niespokojna.
—
Zrobiliście, co musieliście — wyszeptała w końcu Hermiona. — Nikt nie uznałby waszego
czynu za niewłaściwy… zwłaszcza że prawdopodobnie uratowaliście Pansy życie.
Draco
przywarł mocniej do Hermiony; gdy się odezwał, jego głos był cichy:
—
Wiem. Chciałbym tylko, żeby nigdy nie musiała przez to przechodzić.
—
Wiem, kochanie — wyszeptała. — Ale już jest bezpieczna. Wszystko dzięki tobie,
Theo i Blaise’owi. Nigdy nie wątp w to, że zrobiłeś wszystko, co w twojej mocy,
dobrze?
—
Tak, proszę pani — mruknął, składając pocałunek na jej ustach.
Trwali
tak, dopóki ogień w kominku nie przygasł, a w pokoju zrobiło się ciepło i
cicho. Kiedy Draco w końcu wstał, wziął w ramiona śpiącą już Hermionę i ruszył
na piętro. Jego serce nie było już przepełnione mrocznym ciężarem; wypełniała
je teraz spokojna pewność.
Z jakimkolwiek mrokiem pozostawiła go przeszłość, teraz miał kogoś, kto pomoże mu go nieść.
Brak komentarzy