W
czwartki mieli razem tylko jedne zajęcia: starożytne runy. I, ku zaskoczeniu
absolutnie nikogo, Malfoy opuścił lekcję. Była zirytowana, jeśli naprawdę
myślał, że to zniechęci ją do rozwiązania zagadki, cóż, w ogóle jej nie znał. I
chyba słusznie. Dziwnie było uświadomić sobie, że znała tego mężczyznę od
jedenastego roku życia. Znała jego śmiech, uśmiech, głos. Wiedziała, że jest
mistrzem eliksirów i numerologii. Wiedziała to wszystko, ale nie znała go. Nie wiedziała, jak to jest dorastać
w jego domu, z Lucjuszem jako ojcem i Narcyzą jako matką. Nie znała jego celów
ani marzeń i nie wiedziała, co nim kieruje. I nagle naprawdę tego chciała. Nie
szanowała go i z pewnością go nie lubiła, ale był zagadką; jego działania nie
miały sensu. A jej umysł niczego nie lubił bardziej niż dopasowywania elementów
układanki.
Kiedy
zajęcia dobiegły końca, Hermiona szybko poszła do dormitorium, żeby się
przebrać do pracy ze szkolnego mundurka w coś wygodniejszego. Włożyła sweter i
mugolskie dżinsy. Wypatrywała Malfoya, idąc do Hogsmeade, ale go nie zauważyła.
Otworzyła drzwi sklepu i zobaczyła Malfoya i Stokesa rozmawiających przy kasie.
—
Ona chce być uczona, więc ją ucz. Nie potrzebuję jej na zapleczu, bo spowalnia
moją pracę, a i tak będzie mogła ciebie tu chronić. Nawet bardziej. Bo będzie
bliżej — mówił Draco.
Stokes
cofał się małymi krokami, próbując zwiększyć dystans między nimi. Kiwał głową,
jakby się z nim zgadzał, ale wyraz jego twarzy sugerował, że nie rozumie słów
Malfoya.
Zadzwonił
dzwonek nad drzwiami i obaj mężczyźni się odwrócili.
—
Ach, Hermiono, jesteś! — wykrzyknął Stokes. — Może powinniście przychodzić
razem? Niebezpiecznie jest chodzić samemu, prawda?
To
było śmieszne. Malfoy był wyszkolonym Śmierciożercą, a Hermiona… cóż… Hermioną.
Żadne z nich nie bało się tego, co mogło dziać się wieczorami.
—
I dzięki temu nie będziesz miał okazji być z Malfoyem sam na sam? — zapytała,
wiedząc, że to prawdziwy powód.
Stokes
skinął głową.
—
Tak, cóż, wy naprawdę lepiej do siebie pasujecie.
Malfoy
uniósł brew.
—
Ja i Granger, jako para? Pierwszy raz ktokolwiek tak mówi.
Jego
rozbawienie ją zirytowało. Wiedziała, o czym myśli. Że nie była wystarczająco
dobra, żeby jej imię wypowiadać jednym tchem, że była od niego gorsza ze
względu na okoliczności urodzenia. To wszystko bzdura, oczywiście, ale nie
znosiła myśli, że to o niej sądzi.
—
Dobrze, bawcie się dobrze! — rzucił Stokes, przytrzymując im drzwi na zaplecze.
—
A co z tą rozmową, którą właśnie odbyliśmy? — zapytał Draco z irytacją
wymalowaną na twarzy.
—
Hmm? Och. Tak. Może innym razem — odpowiedział Stokes.
Draco
westchnął, ale dał sobie spokój. Przeszedł przez drzwi, a Hermiona podążyła za
nim.
Wskoczyła
na ten sam stół, na którym siedziała poprzedniego dnia i patrzyła, jak Malfoy
zabiera się do pracy.
Po
około pięciu minutach lodowatej ciszy Malfoy przemówił:
—
Czuję się jak zwierzę w zoo. Przestań się tak na mnie gapić.
—
Opowiedz mi o życiu z Voldemortem — odpowiedziała, zamiast zrobić to, o co
prosił.
Widziała,
jak zadrżał na dźwięk imienia swojego zmarłego pana.
—
Nie.
Zacisnęła
usta, zastanawiając się.
—
To opowiedz mi o ceremonii. Tej, podczas której otrzymałeś swój Znak.
Rzucił
książkę na stół, a dźwięk rozniósł się echem po dużym pomieszczeniu.
—
Spierdalaj, Granger.
Wyciągnęła
z torby notes i zapisała kilka jego odpowiedzi na pytania.
—
Co to jest? — zapytał, wyciągając szyję, żeby spojrzeć.
Podniosła
wzrok znad notatek, unosząc brwi.
—
Jedynie zapisuję swoje obserwacje.
Jego
twarz powoli zmieniła się z ciekawości w ledwo skrywaną wściekłość. Zacisnął
szczękę, a oczy zwęziły się, w ich jasnoszarej głębi kipiała furia. Zacisnął
zęby i uniósł wysoko ramiona. Przesunął się przed nią dwoma, szybkimi krokami.
Był o wiele wyższy od niej, musiała się odchylić, żeby zobaczyć jego twarz, gdy
jego ciało znajdowało się tak blisko jej. Pachniał ciepłem i korzennymi nutami.
Z tej perspektywy widziała, jak mocno wyrzeźbiona jest jego szczęka, jak silne
są jego ramiona. Poczuła, jak jej ciało sztywnieje. Nie wiedziała, co chciał
zrobić.
—
Nie jestem jakimś cholernym, szkolnym projektem, Granger. Nie będziesz
próbowała zadawać mi pytań, nie będziesz robić notatek na mój temat, nie
będziesz patrzeć na mnie jak na kawałek mięsa, który próbujesz pociąć. Na Boga,
jestem cholernym człowiekiem, rozumiemy się?
Jego
głos był ledwie szeptem, ale dało się dostrzec furię. Ręka ją świerzbiła, żeby
zapisać kolejną obserwację.
W
jakiś sposób odczytał tę myśl tak, jakby wypowiedziała ją na głos. Wyciągnął
rękę, wyrywając pióro z jej palców, zanim złamał je na pół.
—
Nie.
—
Nie rozumiem cię — powiedziała szczerze — ale chciałabym.
—
Bardzo mi, kurwa, przykro.
Odwrócił
się i wrócił na swoje miejsce, kontynuując swoją pracę.
Przyglądała
mu się, tym razem bez zeszytu w dłoniach. Pracował szybko, analizując tyle
książek, ile tylko zdołał. Ale stosy zdawały się nie maleć.
Niczego
nie uczyła się z obserwacji, więc postanowiła wyciągnąć wypracowanie z
numerologii i zacząć je pisać. Nie było sensu marnować czasu. W pewnym momencie
Stokes wychylił głowę przez drzwi. Hermiona próbowała schować pracę domową, ale
wydawał się zupełnie niewzruszony. Co szczerze mówiąc, wkurzyło ją, ponieważ
był to kolejny dowód na to, że jej jedynym powodem zatrudnienia tutaj było
opiekowanie się młodocianym Śmierciożercą.
Stokes
popatrzył na nich, a potem jego wzrok spoczął na Hermionie.
—
Muszę wyjść trochę wcześniej, właśnie dzwoniła moja żona i powiedziała, że źle
się czuje. Hermiono, czy mogłabyś stanąć na kasie?
—
Nie byłam szko…
—
Jesteś mądra. Na pewno umiesz przyjmować pieniądze i wydawać resztę —
powiedział protekcjonalnym tonem.
—
Dobrze — zgodziła się.
Przynajmniej
w końcu miała chwilę, żeby poczuć, jak powinna wyglądać jej praca po szkole.
Zajęła miejsce przy kasie i patrzyła, jak Stokes wkłada kurtkę i czapkę. Był w
połowie drogi do drzwi, kiedy się odwrócił.
—
Prawie zapomniałem! Ustawiłem wymagane zaklęcia ochronne Ministerstwa na
dwudziestą drugą jeden, więc upewnijcie się, że do tego czasu oboje będziecie
przed sklepem, dobrze?
Hermiona
skinęła głową, ustawiając różdżkę tak, by ostrzegła ją dziesięć minut przed
wyjściem.
—
Zanotowane. Mam nadzieję, że twoja żona poczuje się lepiej!
Gdy
tylko została sama, zaczęła uczyć się obsługi kasy i rejestru sprzedaży.
Opanowanie systemu zajęło jej zaledwie dziesięć minut. Przypuszczała, że
komentarz Stokesa sprzed kilku minut nie był daleki od prawdy.
W
sklepie panowała cisza, niewiele osób potrzebowało książek czy piór o
dwudziestej. Ale czasem trafiał się jakiś klient. Sprzedała książkę kucharską
miłej, starszej czarownicy o siwych włosach, która Hermionie przypominały jej
babcię, i zestaw piór dość przystojnemu mężczyźnie. Wyglądał na zaledwie dwa,
może trzy lata starszego od niej, ale nie rozpoznała go z Hogwartu. Uśmiechnęła
się i spróbowała trochę poflirtować, ale nie mówił zbyt dobrze po angielsku i
szybko wyszedł z zakupem.
Hermiona
nie była pewna, czy w ogóle rozumie mężczyzn. Co takiego było w Lavender i
Ronie, że do siebie pasowali, podczas gdy Hermiona i Ron nigdy? Przypuszczała,
że głośny i ciągły śmiech z jego żartów dobrze na niego działał. Może w tym
tkwił problem. Musiała bardziej podbudować męskie ego. Zmarszczyła brwi. Jeśli
to był trik, to nie warto.
Ulica
przed księgarnią świeciła pustkami, więc Hermiona postanowiła przejść się po
sklepie. Jak zawsze znalazła się w dziale beletrystyki. Jej palce ślizgały się
po grzbietach książek, szukając nowych tytułów lub ulubionych autorów. Znalazła
powieść Vivianne Minner, którą chwyciła z półki, i podeszła z nią do
pobliskiego fotela. Przeczytała właśnie kilka pierwszych stron. Sprawdzała, czy
powinna ją kupić.
Alarm
na jej różdżce zadzwonił dokładnie o dwudziestej pierwszej pięćdziesiąt,
zgodnie z planem. Przeczytała trzy pierwsze rozdziały książki Minner i
wiedziała, że musi ją zabrać do domu. Była blisko zaplecza sklepu i przeszła do
przodu, chcąc uregulować należność za książkę i zarejestrować zakup. Cieszyła
się, że może wydawać pieniądze na rzeczy, które chciała mieć, tak jak
planowała, podejmując pracę. Fakt, że to wciąż pieniądze jej rodziców, bo nie
dostała jeszcze pierwszej wypłaty, nie miał znaczenia.
Hermiona
otworzyła drzwi na zaplecze i weszła do środka.
—
Malfoy, jest…
Rozejrzała
się po pomieszczeniu, ale nigdzie go nie dostrzegła. Przynajmniej nie przy
stole. Mówiła do nikogo.
—
Malfoy! — krzyknęła. — Gdzie jesteś? Musimy iść!
Przeszukała
regały i wysokie stosy książek, ale nie mogła go znaleźć.
—
Cholera, Malfoy, poszedłeś, czy sobie ze mnie żartujesz?
Zaczęła
biec, podążając ścieżką, którą pokonała podczas oglądania ogromnego
pomieszczenia pierwszego dnia. Rzuciła Lumos
tak jasne, jak tylko mogła, światło ukazywało jedynie prawdziwy stan
zakurzonych książek, ale nie dostrzegła ludzkiej obecności. Nie wiedziała, co
robić. Jeśli już wyszedł, ona też musiała się stąd wydostać, ale jeśli nadal tu
był, musiała go znaleźć. Utknięcie tu na całą nos byłoby przerażające, nie
wspominając o kłopotach, jakie by ich czekały za złamanie ciszy nocnej. Wzięła
głęboki oddech, zbierając myśli. Była czarownicą. Mogła to naprawić.
—
Homenum Revelio — krzyknęła.
Świecący
kontur uformował się w pobliżu przedniej części pomieszczenia. Pobiegła z
powrotem w tamtym kierunku, próbując znaleźć miejsce, gdzieś z tyłu za stołami,
półkami i innymi przedmiotami.
—
Wiem, że tu jesteś, ty głupi gnojku. Wyłaź, musimy iść!
Wyszedł
spod stołu i ziewnął.
—
Przepraszam, co się dzieje, Granger?
Wyciągnął
ręce nad głowę, a spod koszuli wyłonił się blady pas skóry jego brzucha.
Potrząsnęła głową, potrzebując skupienia.
—
Kiedy spałeś, o mało nie utknęliśmy tu na noc. No dalej, zaklęcia zaraz…
Zanim
zdążyła dokończyć zdanie, całe pomieszczenie wypełniło fioletowe światło.
Oznaczono ich jako bezpiecznych i zezwolono im na przebywanie w środku, magia
ich opuściła, a wszystkie okna, drzwi i kominek zostały natychmiast zamknięte
na klucz rządowym zaklęciem ochronnym.
—
Kurwa.
—
Co ty zrobiłaś, Granger? — zapytał Malfoy, podchodząc do niej.
—
Ja? To twoja wina, ty głupi, arogancki karaluchu. Nie mogę uwierzyć, że spałeś.
Przewrócił
oczami.
—
Niektórzy z nas nie śpią jak dzieci w wysokich wieżach, śniąc o radosnych
wspomnieniach i idealnym, cholernym życiu, księżniczko. Ale wyjaśnij mi, co się
dzieje? Mamy kłopoty? Czy przez to mój okres próbny może iść się jebać?
Hermiona
zmarszczyła brwi.
—
Cóż, jesteśmy tu uwięzieni na noc. Stokes powiedział mi, że ustawił zaklęcia
tak, żeby zadziałały zaraz po zamknięciu, ale kiedy przyszłam ci powiedzieć, że
czas iść, nie mogłam cię znaleźć. Więc zostały aktywowane, gdy wciąż byliśmy w
środku. Nie ma ucieczki. Co samo w sobie nie powinno stanowić wielkiego
problemu. Ale…
Zrobił
kolejny krok w jej stronę, wdzierając się w jej przestrzeń, jego woda po
goleniu wypełniła jej płuca.
—
Ale co, Granger? Wyrzuć to z siebie!
Wzięła
głęboki oddech, ale to tylko jeszcze bardziej wytrąciło ją z równowagi, gdy
uświadomiła sobie, jak bardzo podoba jej się jego zapach.
—
Spóźnimy się na godzinę policyjną.
—
Kurwa. — Cofnął się, a Hermiona poczuła jednocześnie ulgę i rozczarowanie. —
Możemy wysłać Patronusa do McGonagall?
Wzruszyła
ramionami.
—
Nie wiem. Spróbuj.
Jego
policzki poczerwieniały.
—
Eee. Nigdy nie rzucałem tego zaklęcia. Ty to zrób.
Wiedziała,
że lepiej go nie drażnić tą drobnostką, ale zanotowała w myślach, żeby to
zapisać w notesie. Wyciągnęła różdżkę i pomyślała o dniu, w którym znalazła
swoich rodziców całych i zdrowych w małym, nadmorskim miasteczku w Australii.
Rzuciła zaklęcie odwracające, a oni wzięli ją w ramiona i płakali z radości.
—
Expecto Patronum! — zawołała. Mała
wydra wypłynęła z czubka jej różdżki i zaczęła się wić i podskakiwać wokół
niej, czekając na instrukcje. — Zanieś tę wiadomość profesor McGonagall: Pani
dyrektor, doszło do incydentu w Esach i Floresach. Malfoy i ja jesteśmy
bezpieczni, ale utknęliśmy w sklepie na noc. Proszę przysłać kogoś, żeby nas
uwolnić.
Wydra
odpłynęła, kierując się ku najbliższej ścianie, ale kiedy do niej dotarła,
zamiast przepłynąć przez nią, po prostu pływała tam i z powrotem wzdłuż niej,
uderzając w nią i szukając wyjścia.
—
Wygląda na to, że Ministerstwo pomyślało o wszystkim — powiedziała Hermiona z
westchnieniem. — Utknęliśmy tu na noc. Ale nie martw się, Malfoy, wyjaśnię dyrektorce
i ludziom z Ministerstwa, że to był wypadek.
Prychnął
z politowaniem i odszedł, ale Hermiony nie dało się tak łatwo zniechęcić.
Poszła tuż za nim, gdy on bez celu przedzierał się przez labirynt książek i
półek.
—
Co? Myślisz, że tego nie zrobię? Przysięgam, że nie pozwolę, żebyś wpakował się
w kłopoty przez coś tak błahego.
Odwrócił
się, przyciskając ją do regału. Jego wzrost i gniew w oczach tworzyły dość
onieśmielający obraz.
—
Nie, Granger, wiem, że zrobisz dokładnie to, co mówisz. Bo w twoim świecie
wszystko jest czarne i białe, jasne i proste, a mówienie prawdy to właściwe
zachowanie. A kiedy im powiesz, że utknęliśmy, bo spałem, to i tak będą mnie za
to winić, że jestem cholernie niekompetentny i wrócę do pieprzonego Azkabanu
przed jutrzejszą nocą.
Uderzył
dłonią w książki tuż obok jej głowy. Skrzywiła się ze strachu, serce waliło jej
w piersi. Odepchnął książki, cofnął się i odwrócił.
—
Więc powiem, że to była moja wina.
Hermiona
nie była pewna, skąd wziął jej się ten pomysł. Nie obchodziło jej czy on wróci
do Azkabanu, prawda?
Odwrócił
się, unosząc idealnie jasną brew.
—
Dlaczego?
Wzruszyła
ramionami.
—
Bo nie chciałeś nas w to wpakować. Konsekwencje nie będą tak dotkliwe, jeśli to
ja wezmę winę na siebie.
Znów
stanął z nią twarzą w twarz.
—
Nie, dlaczego miałabyś mi pomagać? Jak zniknę, będziesz mogła odzyskać swoją
idealną pracę. Zawsze byłem dla ciebie okrutny. Więc dlaczego?
Wpatrywali
się w siebie, a prawda wypłynęła z jej ust, zanim się zorientowała, co się
dzieje.
—
Ciekawisz mnie. Intrygujesz mnie w dość… zaskakujący sposób.
Uśmiechnął
się ironicznie.
—
Podobam ci się?
Poczuła
żołądek podchodzący do gardła na jego słowa. Nie. Prawdopodobnie nie. Nie była
pewna.
—
Nie — wymamrotała drżącym głosem.
Zaśmiał
się.
—
Masz słabość do niegrzecznych chłopców? Myślisz, że spędzenie ze mną kilku
tygodni, może wkurzyć twoich rodziców, a jeszcze bardziej Łasica, co?
Przełknęła
ślinę. Wcale o tym nie myślała.
—
N-nie.
Delikatnie
położył dłoń na jej szyi, nie ściskając jej, po prostu tam spoczywając, a
Hermiona była przerażona. I to jak. Ale jej ciało płonęło. Sutki stwardniały,
uda zacisnęły się, a ona rozpaczliwie chciała się dowiedzieć, co planuje
zrobić. Kciuk spoczywający na jej szyi raz ją pogłaskał.
—
Nie jestem pieprzoną zabawką, którą możesz się bawić, dopóki ci się nie znudzi,
Granger. Rozumiesz?
Skinęła
głową, czując, jak dłoń zaciska się wraz z jej ruchem.
—
Dobrze. A teraz trzymaj się, kurwa, z daleka ode mnie.
Opuścił
rękę i odwrócił się, odchodząc, tym razem nie patrząc za siebie. Pozwoliła mu
na to.
_____________
Witajcie :) w sobotnie popołudnie zapraszam na nowe rozdziały tłumaczenia. Tym razem opublikowałam trzy z uwagi na ciągłość wydarzeń. Miłej lektury! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)