sobota, 13 września 2025

[T] Rzeczy, których nie nauczysz się z książek: Rozdział 3

W czwartki mieli razem tylko jedne zajęcia: starożytne runy. I, ku zaskoczeniu absolutnie nikogo, Malfoy opuścił lekcję. Była zirytowana, jeśli naprawdę myślał, że to zniechęci ją do rozwiązania zagadki, cóż, w ogóle jej nie znał. I chyba słusznie. Dziwnie było uświadomić sobie, że znała tego mężczyznę od jedenastego roku życia. Znała jego śmiech, uśmiech, głos. Wiedziała, że jest mistrzem eliksirów i numerologii. Wiedziała to wszystko, ale nie znała go. Nie wiedziała, jak to jest dorastać w jego domu, z Lucjuszem jako ojcem i Narcyzą jako matką. Nie znała jego celów ani marzeń i nie wiedziała, co nim kieruje. I nagle naprawdę tego chciała. Nie szanowała go i z pewnością go nie lubiła, ale był zagadką; jego działania nie miały sensu. A jej umysł niczego nie lubił bardziej niż dopasowywania elementów układanki.

Kiedy zajęcia dobiegły końca, Hermiona szybko poszła do dormitorium, żeby się przebrać do pracy ze szkolnego mundurka w coś wygodniejszego. Włożyła sweter i mugolskie dżinsy. Wypatrywała Malfoya, idąc do Hogsmeade, ale go nie zauważyła. Otworzyła drzwi sklepu i zobaczyła Malfoya i Stokesa rozmawiających przy kasie.

— Ona chce być uczona, więc ją ucz. Nie potrzebuję jej na zapleczu, bo spowalnia moją pracę, a i tak będzie mogła ciebie tu chronić. Nawet bardziej. Bo będzie bliżej — mówił Draco.

Stokes cofał się małymi krokami, próbując zwiększyć dystans między nimi. Kiwał głową, jakby się z nim zgadzał, ale wyraz jego twarzy sugerował, że nie rozumie słów Malfoya.

Zadzwonił dzwonek nad drzwiami i obaj mężczyźni się odwrócili.

— Ach, Hermiono, jesteś! — wykrzyknął Stokes. — Może powinniście przychodzić razem? Niebezpiecznie jest chodzić samemu, prawda?

To było śmieszne. Malfoy był wyszkolonym Śmierciożercą, a Hermiona… cóż… Hermioną. Żadne z nich nie bało się tego, co mogło dziać się wieczorami.

— I dzięki temu nie będziesz miał okazji być z Malfoyem sam na sam? — zapytała, wiedząc, że to prawdziwy powód.

Stokes skinął głową.

— Tak, cóż, wy naprawdę lepiej do siebie pasujecie.

Malfoy uniósł brew.

— Ja i Granger, jako para? Pierwszy raz ktokolwiek tak mówi.

Jego rozbawienie ją zirytowało. Wiedziała, o czym myśli. Że nie była wystarczająco dobra, żeby jej imię wypowiadać jednym tchem, że była od niego gorsza ze względu na okoliczności urodzenia. To wszystko bzdura, oczywiście, ale nie znosiła myśli, że to o niej sądzi.

— Dobrze, bawcie się dobrze! — rzucił Stokes, przytrzymując im drzwi na zaplecze.

— A co z tą rozmową, którą właśnie odbyliśmy? — zapytał Draco z irytacją wymalowaną na twarzy.

— Hmm? Och. Tak. Może innym razem — odpowiedział Stokes.

Draco westchnął, ale dał sobie spokój. Przeszedł przez drzwi, a Hermiona podążyła za nim.

Wskoczyła na ten sam stół, na którym siedziała poprzedniego dnia i patrzyła, jak Malfoy zabiera się do pracy.

Po około pięciu minutach lodowatej ciszy Malfoy przemówił:

— Czuję się jak zwierzę w zoo. Przestań się tak na mnie gapić.

— Opowiedz mi o życiu z Voldemortem — odpowiedziała, zamiast zrobić to, o co prosił.

Widziała, jak zadrżał na dźwięk imienia swojego zmarłego pana.

— Nie.

Zacisnęła usta, zastanawiając się.

— To opowiedz mi o ceremonii. Tej, podczas której otrzymałeś swój Znak.

Rzucił książkę na stół, a dźwięk rozniósł się echem po dużym pomieszczeniu.

— Spierdalaj, Granger.

Wyciągnęła z torby notes i zapisała kilka jego odpowiedzi na pytania.

— Co to jest? — zapytał, wyciągając szyję, żeby spojrzeć.

Podniosła wzrok znad notatek, unosząc brwi.

— Jedynie zapisuję swoje obserwacje.

Jego twarz powoli zmieniła się z ciekawości w ledwo skrywaną wściekłość. Zacisnął szczękę, a oczy zwęziły się, w ich jasnoszarej głębi kipiała furia. Zacisnął zęby i uniósł wysoko ramiona. Przesunął się przed nią dwoma, szybkimi krokami. Był o wiele wyższy od niej, musiała się odchylić, żeby zobaczyć jego twarz, gdy jego ciało znajdowało się tak blisko jej. Pachniał ciepłem i korzennymi nutami. Z tej perspektywy widziała, jak mocno wyrzeźbiona jest jego szczęka, jak silne są jego ramiona. Poczuła, jak jej ciało sztywnieje. Nie wiedziała, co chciał zrobić.

— Nie jestem jakimś cholernym, szkolnym projektem, Granger. Nie będziesz próbowała zadawać mi pytań, nie będziesz robić notatek na mój temat, nie będziesz patrzeć na mnie jak na kawałek mięsa, który próbujesz pociąć. Na Boga, jestem cholernym człowiekiem, rozumiemy się?

Jego głos był ledwie szeptem, ale dało się dostrzec furię. Ręka ją świerzbiła, żeby zapisać kolejną obserwację.

W jakiś sposób odczytał tę myśl tak, jakby wypowiedziała ją na głos. Wyciągnął rękę, wyrywając pióro z jej palców, zanim złamał je na pół.

— Nie.

— Nie rozumiem cię — powiedziała szczerze — ale chciałabym.

— Bardzo mi, kurwa, przykro.

Odwrócił się i wrócił na swoje miejsce, kontynuując swoją pracę.

Przyglądała mu się, tym razem bez zeszytu w dłoniach. Pracował szybko, analizując tyle książek, ile tylko zdołał. Ale stosy zdawały się nie maleć.

Niczego nie uczyła się z obserwacji, więc postanowiła wyciągnąć wypracowanie z numerologii i zacząć je pisać. Nie było sensu marnować czasu. W pewnym momencie Stokes wychylił głowę przez drzwi. Hermiona próbowała schować pracę domową, ale wydawał się zupełnie niewzruszony. Co szczerze mówiąc, wkurzyło ją, ponieważ był to kolejny dowód na to, że jej jedynym powodem zatrudnienia tutaj było opiekowanie się młodocianym Śmierciożercą.

Stokes popatrzył na nich, a potem jego wzrok spoczął na Hermionie.

— Muszę wyjść trochę wcześniej, właśnie dzwoniła moja żona i powiedziała, że źle się czuje. Hermiono, czy mogłabyś stanąć na kasie?

— Nie byłam szko…

— Jesteś mądra. Na pewno umiesz przyjmować pieniądze i wydawać resztę — powiedział protekcjonalnym tonem.

— Dobrze — zgodziła się.

Przynajmniej w końcu miała chwilę, żeby poczuć, jak powinna wyglądać jej praca po szkole. Zajęła miejsce przy kasie i patrzyła, jak Stokes wkłada kurtkę i czapkę. Był w połowie drogi do drzwi, kiedy się odwrócił.

— Prawie zapomniałem! Ustawiłem wymagane zaklęcia ochronne Ministerstwa na dwudziestą drugą jeden, więc upewnijcie się, że do tego czasu oboje będziecie przed sklepem, dobrze?

Hermiona skinęła głową, ustawiając różdżkę tak, by ostrzegła ją dziesięć minut przed wyjściem.

— Zanotowane. Mam nadzieję, że twoja żona poczuje się lepiej!

Gdy tylko została sama, zaczęła uczyć się obsługi kasy i rejestru sprzedaży. Opanowanie systemu zajęło jej zaledwie dziesięć minut. Przypuszczała, że komentarz Stokesa sprzed kilku minut nie był daleki od prawdy.

W sklepie panowała cisza, niewiele osób potrzebowało książek czy piór o dwudziestej. Ale czasem trafiał się jakiś klient. Sprzedała książkę kucharską miłej, starszej czarownicy o siwych włosach, która Hermionie przypominały jej babcię, i zestaw piór dość przystojnemu mężczyźnie. Wyglądał na zaledwie dwa, może trzy lata starszego od niej, ale nie rozpoznała go z Hogwartu. Uśmiechnęła się i spróbowała trochę poflirtować, ale nie mówił zbyt dobrze po angielsku i szybko wyszedł z zakupem.

Hermiona nie była pewna, czy w ogóle rozumie mężczyzn. Co takiego było w Lavender i Ronie, że do siebie pasowali, podczas gdy Hermiona i Ron nigdy? Przypuszczała, że głośny i ciągły śmiech z jego żartów dobrze na niego działał. Może w tym tkwił problem. Musiała bardziej podbudować męskie ego. Zmarszczyła brwi. Jeśli to był trik, to nie warto.

Ulica przed księgarnią świeciła pustkami, więc Hermiona postanowiła przejść się po sklepie. Jak zawsze znalazła się w dziale beletrystyki. Jej palce ślizgały się po grzbietach książek, szukając nowych tytułów lub ulubionych autorów. Znalazła powieść Vivianne Minner, którą chwyciła z półki, i podeszła z nią do pobliskiego fotela. Przeczytała właśnie kilka pierwszych stron. Sprawdzała, czy powinna ją kupić.

Alarm na jej różdżce zadzwonił dokładnie o dwudziestej pierwszej pięćdziesiąt, zgodnie z planem. Przeczytała trzy pierwsze rozdziały książki Minner i wiedziała, że musi ją zabrać do domu. Była blisko zaplecza sklepu i przeszła do przodu, chcąc uregulować należność za książkę i zarejestrować zakup. Cieszyła się, że może wydawać pieniądze na rzeczy, które chciała mieć, tak jak planowała, podejmując pracę. Fakt, że to wciąż pieniądze jej rodziców, bo nie dostała jeszcze pierwszej wypłaty, nie miał znaczenia.

Hermiona otworzyła drzwi na zaplecze i weszła do środka.

— Malfoy, jest…

Rozejrzała się po pomieszczeniu, ale nigdzie go nie dostrzegła. Przynajmniej nie przy stole. Mówiła do nikogo.

— Malfoy! — krzyknęła. — Gdzie jesteś? Musimy iść!

Przeszukała regały i wysokie stosy książek, ale nie mogła go znaleźć.

— Cholera, Malfoy, poszedłeś, czy sobie ze mnie żartujesz?

Zaczęła biec, podążając ścieżką, którą pokonała podczas oglądania ogromnego pomieszczenia pierwszego dnia. Rzuciła Lumos tak jasne, jak tylko mogła, światło ukazywało jedynie prawdziwy stan zakurzonych książek, ale nie dostrzegła ludzkiej obecności. Nie wiedziała, co robić. Jeśli już wyszedł, ona też musiała się stąd wydostać, ale jeśli nadal tu był, musiała go znaleźć. Utknięcie tu na całą nos byłoby przerażające, nie wspominając o kłopotach, jakie by ich czekały za złamanie ciszy nocnej. Wzięła głęboki oddech, zbierając myśli. Była czarownicą. Mogła to naprawić.

Homenum Revelio — krzyknęła.

Świecący kontur uformował się w pobliżu przedniej części pomieszczenia. Pobiegła z powrotem w tamtym kierunku, próbując znaleźć miejsce, gdzieś z tyłu za stołami, półkami i innymi przedmiotami.

— Wiem, że tu jesteś, ty głupi gnojku. Wyłaź, musimy iść!

Wyszedł spod stołu i ziewnął.

— Przepraszam, co się dzieje, Granger?

Wyciągnął ręce nad głowę, a spod koszuli wyłonił się blady pas skóry jego brzucha. Potrząsnęła głową, potrzebując skupienia.

— Kiedy spałeś, o mało nie utknęliśmy tu na noc. No dalej, zaklęcia zaraz…

Zanim zdążyła dokończyć zdanie, całe pomieszczenie wypełniło fioletowe światło. Oznaczono ich jako bezpiecznych i zezwolono im na przebywanie w środku, magia ich opuściła, a wszystkie okna, drzwi i kominek zostały natychmiast zamknięte na klucz rządowym zaklęciem ochronnym.

— Kurwa.

— Co ty zrobiłaś, Granger? — zapytał Malfoy, podchodząc do niej.

— Ja? To twoja wina, ty głupi, arogancki karaluchu. Nie mogę uwierzyć, że spałeś.

Przewrócił oczami.

— Niektórzy z nas nie śpią jak dzieci w wysokich wieżach, śniąc o radosnych wspomnieniach i idealnym, cholernym życiu, księżniczko. Ale wyjaśnij mi, co się dzieje? Mamy kłopoty? Czy przez to mój okres próbny może iść się jebać?

Hermiona zmarszczyła brwi.

— Cóż, jesteśmy tu uwięzieni na noc. Stokes powiedział mi, że ustawił zaklęcia tak, żeby zadziałały zaraz po zamknięciu, ale kiedy przyszłam ci powiedzieć, że czas iść, nie mogłam cię znaleźć. Więc zostały aktywowane, gdy wciąż byliśmy w środku. Nie ma ucieczki. Co samo w sobie nie powinno stanowić wielkiego problemu. Ale…

Zrobił kolejny krok w jej stronę, wdzierając się w jej przestrzeń, jego woda po goleniu wypełniła jej płuca.

— Ale co, Granger? Wyrzuć to z siebie!

Wzięła głęboki oddech, ale to tylko jeszcze bardziej wytrąciło ją z równowagi, gdy uświadomiła sobie, jak bardzo podoba jej się jego zapach.

— Spóźnimy się na godzinę policyjną.

— Kurwa. — Cofnął się, a Hermiona poczuła jednocześnie ulgę i rozczarowanie. — Możemy wysłać Patronusa do McGonagall?

Wzruszyła ramionami.

— Nie wiem. Spróbuj.

Jego policzki poczerwieniały.

— Eee. Nigdy nie rzucałem tego zaklęcia. Ty to zrób.

Wiedziała, że lepiej go nie drażnić tą drobnostką, ale zanotowała w myślach, żeby to zapisać w notesie. Wyciągnęła różdżkę i pomyślała o dniu, w którym znalazła swoich rodziców całych i zdrowych w małym, nadmorskim miasteczku w Australii. Rzuciła zaklęcie odwracające, a oni wzięli ją w ramiona i płakali z radości.

Expecto Patronum! — zawołała. Mała wydra wypłynęła z czubka jej różdżki i zaczęła się wić i podskakiwać wokół niej, czekając na instrukcje. — Zanieś tę wiadomość profesor McGonagall: Pani dyrektor, doszło do incydentu w Esach i Floresach. Malfoy i ja jesteśmy bezpieczni, ale utknęliśmy w sklepie na noc. Proszę przysłać kogoś, żeby nas uwolnić.

Wydra odpłynęła, kierując się ku najbliższej ścianie, ale kiedy do niej dotarła, zamiast przepłynąć przez nią, po prostu pływała tam i z powrotem wzdłuż niej, uderzając w nią i szukając wyjścia.

— Wygląda na to, że Ministerstwo pomyślało o wszystkim — powiedziała Hermiona z westchnieniem. — Utknęliśmy tu na noc. Ale nie martw się, Malfoy, wyjaśnię dyrektorce i ludziom z Ministerstwa, że to był wypadek.

Prychnął z politowaniem i odszedł, ale Hermiony nie dało się tak łatwo zniechęcić. Poszła tuż za nim, gdy on bez celu przedzierał się przez labirynt książek i półek.

— Co? Myślisz, że tego nie zrobię? Przysięgam, że nie pozwolę, żebyś wpakował się w kłopoty przez coś tak błahego.

Odwrócił się, przyciskając ją do regału. Jego wzrost i gniew w oczach tworzyły dość onieśmielający obraz.

— Nie, Granger, wiem, że zrobisz dokładnie to, co mówisz. Bo w twoim świecie wszystko jest czarne i białe, jasne i proste, a mówienie prawdy to właściwe zachowanie. A kiedy im powiesz, że utknęliśmy, bo spałem, to i tak będą mnie za to winić, że jestem cholernie niekompetentny i wrócę do pieprzonego Azkabanu przed jutrzejszą nocą.

Uderzył dłonią w książki tuż obok jej głowy. Skrzywiła się ze strachu, serce waliło jej w piersi. Odepchnął książki, cofnął się i odwrócił.

— Więc powiem, że to była moja wina.

Hermiona nie była pewna, skąd wziął jej się ten pomysł. Nie obchodziło jej czy on wróci do Azkabanu, prawda?

Odwrócił się, unosząc idealnie jasną brew.

— Dlaczego?

Wzruszyła ramionami.

— Bo nie chciałeś nas w to wpakować. Konsekwencje nie będą tak dotkliwe, jeśli to ja wezmę winę na siebie.

Znów stanął z nią twarzą w twarz.

— Nie, dlaczego miałabyś mi pomagać? Jak zniknę, będziesz mogła odzyskać swoją idealną pracę. Zawsze byłem dla ciebie okrutny. Więc dlaczego?

Wpatrywali się w siebie, a prawda wypłynęła z jej ust, zanim się zorientowała, co się dzieje.

— Ciekawisz mnie. Intrygujesz mnie w dość… zaskakujący sposób.

Uśmiechnął się ironicznie.

— Podobam ci się?

Poczuła żołądek podchodzący do gardła na jego słowa. Nie. Prawdopodobnie nie. Nie była pewna.

— Nie — wymamrotała drżącym głosem.

Zaśmiał się.

— Masz słabość do niegrzecznych chłopców? Myślisz, że spędzenie ze mną kilku tygodni, może wkurzyć twoich rodziców, a jeszcze bardziej Łasica, co?

Przełknęła ślinę. Wcale o tym nie myślała.

— N-nie.

Delikatnie położył dłoń na jej szyi, nie ściskając jej, po prostu tam spoczywając, a Hermiona była przerażona. I to jak. Ale jej ciało płonęło. Sutki stwardniały, uda zacisnęły się, a ona rozpaczliwie chciała się dowiedzieć, co planuje zrobić. Kciuk spoczywający na jej szyi raz ją pogłaskał.

— Nie jestem pieprzoną zabawką, którą możesz się bawić, dopóki ci się nie znudzi, Granger. Rozumiesz?

Skinęła głową, czując, jak dłoń zaciska się wraz z jej ruchem.

— Dobrze. A teraz trzymaj się, kurwa, z daleka ode mnie.

Opuścił rękę i odwrócił się, odchodząc, tym razem nie patrząc za siebie. Pozwoliła mu na to.

_____________

Witajcie :) w sobotnie popołudnie zapraszam na nowe rozdziały tłumaczenia. Tym razem opublikowałam trzy z uwagi na ciągłość wydarzeń. Miłej lektury! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

✪ Dziękuję, że tu jesteś ;)
✪ Jeśli możesz, zostaw po sobie ślad. Komentarze są dla mnie napędem do dalszej pracy ;)
✪ Nie spamuj od tego jest odpowiednia zakładka (SPAM)

Obserwatorzy