[T] To, co jest między nami: Czterdzieści siedem razy

niedziela, 23 sierpnia 2026

 

Witajcie :) w niedzielny wieczór zapraszam na nowy rozdział tłumaczenia. Nie jest tak ekscytujący, jak poprzedni, ale mimo wszystko powinien się Wam spodobać.

Jeśli chodzi o moje tłumaczenia to aktualnie kończę drugą część tej historii i od września chcę ruszyć z tłumaczeniem „Związku na pokaz” i „Twojego idealnego dopasowania”. Oczywiście na jesieni skończę też „Apartament 9 i ¾”. Planuję także nowe tłumaczenia, ale najpierw muszę skończyć przynajmniej jedną, dłuższą historię.

Na następny rozdział tego tłumaczenia zapraszam za dwa tygodnie! Miłej lektury!

 

____________

 

Rozdział 34: Czterdzieści siedem razy

 

Kwiecień 1997

 

Nie była to wyraźna obietnica, ale obietnica obietnicy.

 

— Zrób to, Draco, a odzyskamy łaskę Czarnego Pana, a ty zostaniesz szczególnie nagrodzony. Jestem pewna, że Czarny Pan będzie hojny.

— Mogę prosić o wszystko?

— O cokolwiek… albo o kogokolwiek.

 

Draco pamiętał świadome spojrzenie matki. Nigdy nie chciała, żeby przyjął Mroczny Znak. Nigdy nie chciała, żeby został wciągnięty w kłopoty ojca, ale teraz było za późno, żeby go powstrzymać. Jedyne, co Narcyza mogła zrobić, żeby chronić syna, to mu pomóc, a wiedziała, co da mu największą motywację.

Uratowanie rodziny było oczywiście wystarczającą motywacją, ale możliwość zdobycia kogokolwiek chciał w nagrodę była kusząca i odurzająca — i była jedna osoba, której pragnął bardziej niż czegokolwiek innego, taka, której nie zdobyłby w żaden inny sposób.

Granger jak zwykle była kujonką na wszystkich zajęciach, ale od pewnego czasu było w niej coś innego. Zaczął zauważać, że na niego zerka. Czasami wręcz wpatrywała się w niego, jakby był zagadką, którą próbuje rozwiązać.

Czasami martwił się, że coś jest na rzeczy. Była najmądrzejszą dziewczyną, jaką znał, może zrozumiała, że coś jest nie tak. Jeśli kiedykolwiek znajdzie Szafę Zniknięć, będzie po nim. Poszła za nim kiedyś po lekcji eliksirów, kiedy prawie stracił panowanie nad sobą. Prawie.

Myślał, że być może ją spłoszył, kiedy zapytał, czy chce mu obciągnąć. To byłoby po prostu cholernie typowe — ale ona wciąż go obserwowała, a zwłaszcza wtedy, gdy myślała, że on jej nie obserwuje. Nie wiedziała, że on ciągle to robi, zastanawiając się, jak wyglądałoby życie, gdyby go nie nienawidziła.

Wykorzystał jej wzrok, zwłaszcza pewnego wieczoru w bibliotece. Wiedział dokładnie, gdzie jest, bez patrzenia, ponieważ starannie wybrał miejsce. Było idealnie widoczne z krzesła, które zawsze zajmowała, i lubił, gdy na niego patrzyła. W takich chwilach było to lekarstwem dla jego duszy.

I to działało jak czar, bo wpatrywała się w niego z taką intensywnością, że włosy stanęły mu dęba na karku. To było elektryzujące, pełne energii. Och, jak bardzo chciał odwzajemnić jej spojrzenie i uwieść ją swoimi oczami. Ale gdyby to zrobił przestraszyłby ją; Granger była płochliwa, mimo że była dzielną Gryfonką. A może była płochliwa tylko w jego pobliżu, co oczywiście bardzo go bawiło — i również podniecało.

Uwielbiał ją zaskakiwać, straszyć; za każdym razem, gdy widział, jak te ogromne, cynamonowe oczy rozszerzają się ze strachu na jego widok, zataczał się. Uwielbiał patrzeć, jak cofa się z przestrachem za każdym razem, gdy podchodził bliżej, i uwielbiał patrzeć, jak przechyla głowę, by na niego spojrzeć. W jej oczach zawsze tlił się bunt, ogień, który ubóstwiał, ale była niepewna w jego obecności, a rzadko widywała się z innymi, i to sprawiało, że czuł się wyjątkowy.

Gdyby tylko mógł ją mieć — wystarczyłby jeden raz — mógłby jej pokazać, co traci. Przycisnąłby ją do regału w bibliotece, podciągnął jej spódnicę i zerżnął między książkami, które kochała. Albo wciągnąłby ją do schowka na miotły i przeleciał w ciemności, pozwalając jej jęczeć i skomleć, nie wiedząc nawet, że to on, dopóki nie rozjaśniłby pomieszczenia za pomocą zaklęcia. Może poszedłby za nią podczas partoli prefektów, zaciągnąłby ją do pustej klasy i pochylił nad biurkiem — może udawałby niegrzecznego ucznia albo rozpustnego profesora. Oceniłby jej pracę i dał jej szansę na poprawienie błędów. Był pewien, że by jej się to spodobało.

Ale to i tak nie miałoby znaczenia. Gdy tylko jego zadanie dobiegnie końca, gdy udowodni swoją siłę, Czarny Pan odda mu ją i będzie jego. W nowym, lepszym świecie Voldemorta nie będzie miała nic do powiedzenia w tej sprawie. Była szlamą i będzie musiała nauczyć się szacunku do lepszych od siebie. To Draco będzie ją uczył, a myśl o nauczeniu Granger czegokolwiek wystarczała, żeby go podniecić.

Kurwa, robił się twardy. Wykręcając szczękę, szybko poprawił szaty. Nie chciał być zboczeńcem, który da się złapać na stojącym kutasie w spodniach w bibliotece. Zwłaszcza przez Granger. Jak idealne by to było?

Co jest z tobą nie tak, Malfoy? Zwariowałeś?

Boże, oszalałeś? Wstrętny karaluchu!

Odwal się ode mnie, zboczeńcu!

Czy wciąż patrzyła?

Może to była czysta głupota, a może siła przyzwyczajenia, ale pozwolił, by jego wzrok powędrował ku brązowowłosej czarownicy po drugiej stronie przejścia. Szarość spotkała się z cynamonem i Draco zesztywniał; wciąż patrzyła mu w oczy, z niespodziewaną wrażliwością. Z tej odległości nie mógł dostrzec złotych drobinek, które wiedział, że tak są, ale wyobraził sobie, jak tańczą w jej spojrzeniu niczym ogień, i coś go olśniło, z siłą grzmotu: pragnął nie tylko jej ciała, ale także duszy, umysłu i serca.

Kurwa, pragnął jej.

Subtelne piękno ukryte w jej zdecydowanych oczach zawsze go intrygowało, podobnie jak mądrość kryjąca się za ostrym dowcipem, równie mocno jak urok jej miękkich krągłości i kształtu ust. Chciał dotknąć jej piersi równie mocno, jak serca. Chciał być tym, którego ona by pożądała. Gdy skończy swoją robotę, jego rodzina znów będzie w łaskach Czarnego Pana, a Granger będzie jego własnością, pokaże jej, jak dobry potrafi być i jakie ma szczęście, że została obdarowana jego darem. Obsypie ją prezentami, biżuterią i bogactwem; pozwoli jej czytać do woli i jeść najlepsze potrawy, jakie tylko można kupić za pieniądze i jakie potrafią ugotować skrzaty domowe, a jej cholerna idea o pensji dla skrzatów niech pójdzie w zapomnienie.

Jak długo na siebie patrzyli? Wystarczająco długo, by przynajmniej jej policzki pokryły się cudownym rumieńcem, a kutas Draco pulsował. Nie mógł zostać. Nie, gdy ona wciąż tam była. Gdyby to zrobił, doszedłby w spodnie, a nie robił tego odkąd skończył trzynaście lat. Zgrzytając zębami, zarzucił torbę na ramię i wyszedł z biblioteki, mając nadzieję, że nie pójdzie za nim. To się nie skończy dobrze. Nie z fantazją o Granger, która głośno jęczała między książkami w jego umyśle.

Musiał dotrzymać obietnicy; Czarny Pan mu tego nie powiedział, nie wypowiedział tych słów, ale wyraził zadowolenie z postępów Draco i jego osiągnięć. Ciotka Bella też go pochwaliła. Byli z niego dumni, z tego, co potrafił, i wierzyli w niego bardziej niż w jego ojca. Miał potencjał, powiedział Czarny Pan. Jeśli uda mu się sprowadzić Śmierciożerców na teren szkoły i jeśli uda mu się zabić tego starego głupca, Granger będzie równie dobra jak on.

Czuł to w kościach.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Październik 2004

 

W cienkim paśmie porannego światła wpadającego przez okno, jej loki wydawały się niemal złote. Draco mógł patrzeć na nią godzinami, jak leży tam, pogrążona w błogim śnie; jej powieki drgały od czasu do czasu i domyślał się, że powoli się budzi. Może śni.

Wciąż czuł w żyłach to poczucie wyższości — moja, moja, moja — ale próbował je odepchnąć. Było uparte, silne, a gdy lekko odgarnął kilka pasemek z jej twarzy, te uczucia się wzmogły.

Wczorajsza noc była pomyłką.

Moc, którą czuł, przyjemność zatracenia się w jej strachu, krzykach, ciele — to był narkotyk potężniejszy niż Czarna Magia. Czuł jej drżące ciało przy sobie, czuł jej mrowiącą skórę pod palcami, jak zaciska się wokół niego, gdy dochodziła pomimo przerażenia… była tak odważna i lekkomyślna, a Draco pozwalał sobie udawać, choćby w ulotnych momentach, że to wszystko działo się naprawdę.

To była pod wieloma względami najlepsza noc w jego życiu i to go przerażało. Wiedział, że to tylko scena, ale wydawała się aż nazbyt realistyczna. Zbyt dobra. Moc, którą czuł… ledwo chciał o tym myśleć, bo gdyby to zrobił, powróciłyby te same uczucia żalu i straty, uczucia, których, jak sądził, pozbył się w Azkabanie. Pragnął obiecanej mu mocy, autorytetu, choćby po to, by mieć to.

Nie miał tego. Nie do końca. Kiedy ponura rzeczywistość powróciła, kiedy scena się skończyła i zostali nadzy na mrozie, Draco musiał zaakceptować fakt, że to nie było prawdziwe. Nie spotykali się, jak to dosadnie wyjaśniła Potterowi, i nie wiedział, jakie będą konsekwencje tej sceny. Czy będzie żałować, że to się stało? Czy może zacznie żywić do niego urazę?

Gdyby sprawy potoczyły się inaczej, gdyby Potter nie przeżył po raz drugi, Draco nie przejmowałby się jej uczuciami w tej sprawie; uznałby ją za swoją własność i miałby ostatnie słowo. Ta śliczna istota przed nim byłaby jego niewolnicą, zobowiązaną robić wszystko, czego zapragnie.

Ta myśl sprawiła, że skręcił się ze wstydu; cholernie tego nie chciał, ale zbyt łatwo było mu się poddać dawnym pragnieniem, bo były prostsze niż to, czego naprawdę pragnął. Draco nie był lekkomyślnym Gryfonem, który żył wyzwaniami i pokonywaniem przeszkód — nie, był Ślizgonem, który zawsze wolałby opcję wymagającą najwyższej nagrody za najmniejszy wysiłek. Hermiona Granger była największą nagrodą, jaka istniała, i chociaż Draco był gotów włożyć wszelki wysiłek, by przekonać ją, że to on jest dla niej tym jedynym, łatwo było mu życzyć czegoś prostszego.

Wczorajsza noc otworzyła drzwi, których nie mógł już zamknąć, przyniosła możliwości, które sprawiły, że każda cząstka jego istoty szybowała — ale wybór należał do niej, zawsze do niej, a jeśli ona go nie wybierze, ból serca i odsunięcie mogłyby go złamać, wiedząc dokładnie, co stracił.

Nie mógł na to pozwolić.

Zaciskając szczękę, pochylił się i głęboko powąchał jej włosy. Pachniały głównie jaśminem z kąpieli, ale czuć było też zapach jabłek, choć słaby. Był bezpieczny, kojący. Objął ją w talii i przyciągnął bliżej.

Westchnęła słodko i poruszyła się. Miękkie ciało dopasowało się do jego i Draco ścisnął jej bok mocniej. Czuł się jak smok pełzający wokół swojego skarbca, gotowy zniszczyć każdego, kto zakłóciłby tę rozkosz. Przyciskając usta do skóry jej szyi, delektował się jej smakiem, słonością zmieszaną z jej esencją. Była tak pyszna, że można ją było zjeść. Taka pyszna przekąska.

Przypomniał sobie jej spojrzenie w obroży, jej rumieńce na policzkach i zamglone oczy, gdy kawałek skóry był zapięty wokół jej szyi; kurwa, co to był za widok! Czysta, pieprzona ekstaza! Szarpało coś głęboko w nim, coś, co kusiło w przeszłości.

Nie mógł powstrzymać rąk. Powoli pieszcząc jej nagie ciało, objął pierś, poczuł, jak sutek twardnieje pod jego dotykiem, i przesunął dłoń do jej gardła. Merlinie, uwielbiał dotykać jej ciało, tak miękkie i zmysłowe.

— Jesteś moja — wyszeptał, ale nie było odpowiedzi.

Głębokie oddechy ujawniły, że wciąż śpi.

Draco musnął ustami jej ramię.

— Zawsze będę cię chronił.

Żałował, że nie ma dość odwagi, by powiedzieć jej to, gdy nie śpi. Żałował, że nie może jej powiedzieć, że spaliłby dla niej świat, gdyby zaszła taka potrzeba. Nie bał się tego zrobić, nie miałby żadnych skrupułów, dopóki ją miał.

Opuszczając dłoń z powrotem na jej miękki brzuch, wymamrotał:

— Mój skarb.

Była największym skarbem, jaki istniał, tak delikatna, słodka i miła, a jednocześnie tak ostra, zacięta i nieustraszona.. 

Gdyby to naprawdę była sprawa życia i śmierci, pokazałaby wielką moc. Miała w sobie tyle potencjału, wiedzy i umiejętności; cały świat powinien paść jej do stóp, a jednak nawet jej przełożony w biurze nie docenił jej talentu. Draco to zrobił i wielbił ją za to.

Smakowanie ustami nie wystarczyło, więc przesunął językiem po jej szyi.

— Moja ulubienica.

Stawał się twardy, a pokusa jej zmysłowego ciała, tak dogodnie do niego przyciśnięta, była zbyt wielka, by się jej oprzeć. Miał spędzić z nią cały dzień — obiecała mu to — i zamierzał to wykorzystać. Przyciskając swoją erekcję do jej krągłego tyłka, wsunął dłoń między jej uda.

— Moje wszystko.

Jej ciało zareagowało, zanim się poruszyła. Ciche jęki wyrywały się z jej ust, zanim zdążyła się zorientować, co się dzieje. W chwili, gdy odwróciła głowę w sennym pytaniu, rozchylając nogi jak na rozkaz, Draco pochłonął jej usta swoimi. Ocknęła się, wsunęła palce w jego włosy i westchnęła z zadowoleniem w jego usta. To był jego sygnał i nie zamierzał dłużej czekać. Całując ją wzdłuż linii szyi, po piersi, drażniąc językiem jej sutki i brzuch, usadowił się między jej nogami. Jej zapach napełnił go energią i pożądaniem, a na widok jej pięknej cipki poczuł ślinę w ustach. Stęknął z głodu i niecierpliwości, nurkując, by się nią najeść.

Moja. Moja. Moja.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Listopad 2004

 

Hermiona bezmyślnie pogłaskała bok szyi, dokładnie tam, gdzie wciąż widoczne siniaki były pokryte czarem. Draco chciał ją uzdrowić, błagał, ale ona spokojnie odmówiła i pocałowała go uspokajająco. Pragnęła siniaków i śladów; były one nie tylko znakiem oszałamiającej przyjemności, ale także jej zwycięstwa.

Od tamtej pory nie miała ani jednego koszmaru. W istocie, minął zaledwie tydzień, ale przez te kilka dni panował w niej spokój, którego nie czuła od czasów sprzed Wojny. Jedyne, co zakłócało ten stan, to narastający strach przed utratą Draco.

— Hermiono — powiedziała Uzdrowicielka Ericson — dlaczego z nim o tym nie porozmawiałaś?

Wzruszyła ramionami i przycisnęła palec do jednego z siniaków. Nie bolało, ale gdyby zamknęła oczy, mogłaby udawać, że to obroża albo ręka Draco.

— Bo wiem, co się stanie i nie ma sensu zrzucać na niego tego wszystkiego, skoro oboje wiemy, że to nie może być nic innego.

— A dlaczego?

Hermiona spojrzała wymownie na kobietę.

— Jest czarodziejem czystej krwi, należy do Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki i jest spadkobiercą jednego z najstarszych rodów czarodziejskich w Europie. Jest praktycznie członkiem rodziny królewskiej, a ja jestem… sama nie wiem, wieśniaczką.

Skrzywiła się na własne słowa. Naprawdę? Wieśniaczka? Ale tak właśnie się czuła, niczym nic nie warta, cholerna wieśniaczka w porównaniu z nim.

Uzdrowicielka Ericson westchnęła z niedowierzaniem.

— Hermiono, nie jesteś wieśniaczką. I chociaż myślisz, że wiesz, co przyniesie przyszłość, czy naprawdę zapytałaś go, czego chce dla siebie? — Poruszyła się i pochyliła do przodu. — Wiesz, czy on pragnie tradycyjnego życia?

Hermiona wykrzywiła usta i prychnęła.

— Był najmłodszym Śmierciożercą Voldemorta, jedynym spadkobiercą rodu Malfoya i najbardziej pożądanym kawalerem czystej krwi w całej czarodziejskiej Wielkiej Brytanii. Nie sądzę, żeby miał duży wybór i nie sądzę, żeby uczciwe było wywierać na niego jakąkolwiek presję emocjonalną, skoro wiem, jak musi być.

Uzdrowicielka Ericson spojrzała na nią ze zmartwieniem, zaciskając usta w wąską linię.

— Dokonujesz tego wyboru dla siebie, czy dla niego?

Hermiona przełknęła ślinę i spuściła wzrok. Na bluzce miała nitkę, którą postanowiła się bawić.

— Czy to ma znaczenie?

— Cóż, powinnaś pozwolić mu samemu podjąć tę decyzję — powiedziała Uzdrowicielka. — Nie sądzisz, że założenie, że nie wybierze czegoś innego niż to, czego się od niego oczekuje, pozbawia go części możliwości wyboru?

Hermiona przewróciła oczami.

— W latach szkolnych nazywał mnie szlamą. Tak, teraz jest inny, ale nadal tak do mnie mówi. — Poczuła swoje płonące policzki od tego wyznania i szybko się poprawiła: — N-nie w ten sposób!

Ericson zmarszczyła brwi jeszcze bardziej, ale nie powiedziała ani słowa — a mimo to Hermiona czuła potrzebę wytłumaczenia się. Nie, wytłumaczenia Draco.

Próbując się pozbierać, westchnęła głęboko.

— To… cóż, to część naszej gry fabularnej. Chodzi o to, żeby, cóż, nadać temu słowu nowe znaczenie.

— Ta gra fabularna… nie musisz mi o tym mówić, jeśli sprawia ci to dyskomfort — rzekła wtedy Uzdrowicielka. — Czy to za obopólną zgodą, czy też czujesz się do tego zmuszana?

— O nie! — odparła szybko. — Nie, to całkowicie dobrowolne. — Cofnęła dłoń do szyi, pogłaskała siniaki i poczuła, że zasycha jej w ustach. Z jakiegoś powodu nie chciała mówić terapeutce o głębi ich gry fabularnej, choć prawdopodobnie powinna. Przełknęła ślinę. — Jak sama powiedziałaś, bardzo pociąga mnie jego niebezpieczna strona — niebezpieczna, ale bezpieczna. I my, no cóż… zaczęliśmy to trochę bardziej zgłębiać.

— Nazywając cię szlamą?

Hermiona miała ochotę się roześmiać z tej absurdalności, ale powstrzymywała się.

— Nie. To się powtarza. Ale robiliśmy też inne rzeczy, o których nie czuję się komfortowo rozmawiać. To bardzo intymne.

Uzdrowicielka skinęła głową.

— W porządku, Hermiono. Dopóki nie czujesz się zmuszana do takich sytuacji.

— Nie, nic z tych rzeczy. Niektóre z nich to moje sugestie.

— Czy słusznie zakładam, że mają podłoże seksualne?

Skinęła głową, a jej policzki zapłonęły.

— Tak.

— I możesz to przerwać, kiedy tylko zechcesz?

— Tak.

Uzdrowicielka Ericson zerknęła na swoje samopiszące pióro i zastanowiła się przez chwilę, zanim powiedziała:

— Chcę wrócić do tego, jak nazywa cię tą obelgą. Pamiętam, że mówiłaś mi, że to właśnie zapoczątkowało całą tę relację, prawda? To, że nazwał cię szlamą, a ty w odwecie nazwałaś go Śmierciożercą.

Kiwając głową, Hermiona poruszyła się na krześle.

— Używanie tego słowa przez niego to powracający motyw, prawda? Mówisz, że nie używa go w ten sam sposób co wcześniej, a mimo to zdajesz się wiązać je z tym, jak cię postrzega, i że byłoby dla niego przeszkodą, gdyby czuł do ciebie to samo, co ty do niego.

Hermiona przygryzła wewnętrzną stronę policzka.

— Problemem nie jest samo słowo szlama. To tylko słowo — mruknęła. — Jednak jego znaczeniefaktyczne znaczenie, a nie to, które wspólnie stworzyliśmy… Pomijając oczywiście obraźliwy charakter tego określenia, oznacza ono po prostu, że jestem gorsza od niego, co jest prawdą w tradycyjnym ujęciu. Wynika to z głębokiego klasizmu, puryzmu i po prostu obraźliwych poglądów dotyczących mugolaków.

— Myślisz, że on ciągle cię tak nazywa, bo w głębi duszy nadal w to wszystko wierzy i uważa, że jesteś gorsza od niego?

Hermiona westchnęła głęboko.

— Nie wiem. — I to była okropna prawda. Nie wiedziała — jakby mogła? Myślała, że zna go całkiem dobrze, owszem, ale to nie mogło wymazać ponad dwudziestu lat, w których był wychowywany w przekonaniu, że jest gorsza. — Po wszystkim, przez co przeszliśmy, myślę, że to bardziej skomplikowane — on jest bardziej skomplikowany — ale nie mogę tego całkowicie zignorować. Sama wiem, jak trudno jest całkowicie zrezygnować z rzeczy, które dorastając, myślało się, że powinno się mieć i chcieć. — Pokręciła głową i odwróciła wzrok. — Kiedy pojawi się czarownica czystej krwi, która przypomni mu o obowiązkach wobec rodziny, myślę, że będzie to ważniejsze niż wszystko, co mamy..

— Ale to tylko twoje założenie, tak? — zapytała cierpliwie Ericson. — Czy on coś o tym powiedział?

Hermiona skrzywiła się.

— Cóż, nie, ale on też nic nie powiedział o dalszym ciągnięciu sprawy.

— Ty też nie.

Zjeżyła się i skrzyżowała ramiona na piersi.

— To nie to samo! To nie ja oczekuję tysiąca lat czystości krwi! To nie ja siedzę na stertach galeonów jak smok ze swoim skarbem! Nie chcę być „szlamą, która splamiła nazwisko Malfoyów”!

Uzdrowicielka zmarszczyła brwi jeszcze bardziej.

— A co, jeśli to zmienisz? Jesteś Hermioną Granger, jedną z najsłynniejszych i najbardziej uwielbianych mugolaczek w Europie, chwaloną za odwagę i inteligencję w tak młodym wieku. Walczyłaś z najmroczniejszym czarodziejem naszych czasów i pokonałaś go. Jesteś jednym z powodów, dla których nasze społeczeństwo się zmienia i modernizuje. Jesteś pionierką, Hermiono. Pionierką. Nie splamiłabyś niczyjego nazwiska.

Hermiona prychnęła i odwróciła wzrok.

— Nie sądzę, żeby jego rodzina tak to postrzegała. Byłam jego ofiarą przez lata. Przez cały czas spędzony w Hogwarcie sprawiał, że czułam się poniżona i bezwartościowa, a potem stanął po drugiej stronie wojny, walcząc o świat, który zredukuje mnie do zera. Nie powinnam nawet chcieć z nim związku, bo, szczerze mówiąc, to destrukcyjne z mojej strony szukać tyle uznania u mężczyzny, który dręczył mnie latami, a teraz próbuję budować rusztowania wokół serca, które, wiem, wkrótce się zawali, jednocześnie wciąż pragnąć cieszyć się tym, co nam jeszcze zostało. Czy to aż tak złe?

— Oczywiście, że nie — powiedziała cicho Uzdrowicielka — ale strach cię hamuje, Hermiono. Skoro już zrezygnowałaś, jesteś pewna, że jesteś otwarta na inne opcje?

Nie ma innych opcji! — krzyknęła Hermiona i gniewnie otarła łzę, która ją zdradziła. — Powinnam to zakończyć, oszczędzić nam obojgu niezręczności, ale ja po prostu… nie mogę!

— Myślę, że to ma mniej wspólnego z Draco, a więcej z twoją samooceną — rzekła Uzdrowicielka Ericson. Jej samopiszące pióro skrobało coś w notesie obok jej głowy. — Myślę, że nie wierzysz, że jesteś godna kogoś o jego statusie, i nie mogę nie zauważyć, jak to wszystko doszło do momentu, że Ronald się żeni.

Hermiona zmarszczyła brwi i opadła na oparcie fotela, ale nic nie powiedziała. Tak, myśl o przyszłości wysunęła się na pierwszy plan, gdy dowiedziała się o Ronnim i Nessie, a zwłaszcza o swojej przyszłości w pojedynkę. Przełknęła ślinę.

— To nie zmienia faktu, że Draco nie jest mi pisany.

— Myślałam, że nie wierzysz we wróżbiarstwo. — Uzdrowicielka uniosła brew, a Hermiona przewróciła oczami. — Żarty na bok, myślę, że powinnaś dokładnie rozważyć swoje opcje, zanim zrezygnujesz. Jeśli nie jesteś gotowa powiedzieć mu, co czujesz, zawsze możesz zapytać, co on czuje. Czy chce przestrzegać tradycji? Czy jest gotowy ją złamać? Daj ludziom szansę, żeby cię zaskoczyli — a przede wszystkim, nie podejmuj za niego decyzji.

Hermiona nieświadomie drapała skórkę przy swoim kciuku.

— A co, jeśli powie mi, że jego rodzice właśnie aranżują kontrakt małżeński z jakąś czarownicą czystej krwi i że pobiorą się do przyszłego lata?

— Wtedy będziesz musiała podjąć bardzo ważną decyzję — powiedziała Uzdrowicielka, wzdychając. — Hermiono, zawsze stawiałaś potrzeby innych ponad własne. Zawsze ciężko pracowałaś, aby rozwiązywać problemy innych, ale to nie należy do twoich obowiązków. To twoje serce musisz chronić i możesz się nim dzielić. Musisz się zastanowić, dla kogo to robisz. Czy powstrzymujesz się dla własnego dobra, czy dla jego? Bo dla mnie to brzmi tak, jakbyś próbowała chronić go przed krytyką.

Hermiona wbiła paznokieć w odstającą skórkę i skrzywiła się.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

— Słuchaj, nie powiem „a nie mówiłam” — zawołała Ginny z kuchni przy Grimmauld Place 12.

— Proszę, nie — jęknęła Hermiona z sofy.

Kiedy Ginny się pojawiła, niosła butelkę białego wina i dwa kieliszki.

Hermiona wyprostowała się i uniosła brew.

— Jest środa.

— Wiem. — Rudowłosa westchnęła i usiadła obok Hermiony. — Ale James jest u mamy, a Harry gra w Quidditcha z Ronem. Poza tym pomyślałam, że potrzebujesz tego po… no cóż.

Spojrzała na nią sugestywnie.

Hermiona przewróciła oczami i opadła na kanapę.

— Dobra. Miałaś rację. Zawsze będzie łamał mi serce. Cholera, od kiedy moje sesje terapeutyczne kręcą się wokół pieprzonego Draco Malfoya? To niedorzeczne! Zawsze będzie łamał mi serce, tak jak mówiłaś. Po co ja w ogóle w to weszłam? Może chcę być nieszczęśliwa! Boże, jestem masochistką, prawda?

— Szczerze mówiąc, Hermiono — powiedziała Ginny, otwierając butelkę — poddajesz się zbyt łatwo. Przecież on jeszcze nie złamał ci serca.

— Ale to jest słowo klucz — mruknęła.

— Dobra — Ginny westchnęła i nalała im po kieliszku — więc jesteś w nim zakochana. Jaki jest plan?

— Nie mam planu. — Hermiona sięgnęła po kieliszek i wzięła głęboki łyk. — Zamierzam przygotować się na moment, kiedy zerwie ze mną, bo się zaręczył albo znalazł kogoś innego. Kogoś szczuplejszego, wyższego, piękniejszego…

Ginny jęknęła i przewróciła oczami.

— Och, daj spokój. Będziesz cierpieć, łapię. A co potem?

— Potem… po prostu pójdę dalej ze swoim smutnym życiem.

— Jak zamierzasz zapomnieć o Draco Malfoyu? — prychnęła. — Mam wrażenie, że skoro włożyłaś tyle wysiłku w spędzenie z nim całego tego czasu, że aż się w nim zakochałaś, to nie sądzę, żeby łatwo było ci się odkochać.

— Prawdopodobnie nie. — Hermiona zacisnęła zęby, zanim opróżniła resztę drinka i poprosiła o kolejny. — Ale walczyłam na wojnie. Uciekałam przed szmalcownikami, pojedynkowałam się z najmroczniejszymi czarnoksiężnikami naszych czasów, byłam torturowana i wyleciałam z Banku Gringotta na grzbiecie smoka — chyba uda mi się odkochać w Draco Malfoyu.

— Tak?

Ginny wzięła łyk, jej brązowe oczy wpatrywały się w Hermionę.

Ta zacisnęła szczękę i spiorunowała przyjaciółkę wzrokiem, po czym westchnęła głęboko.

— Prawdę mówiąc, wolę smoka.

Ginny skinęła głową.

— Tak właśnie myślałam.

— Więc co mam zrobić?! — krzyknęła Hermiona. — Mam na myśli to, że to byłoby dla nas obojga krępujące, gdybym wyznała mu swoje uczucia, bo oboje wiemy, że to niemożliwe! To Malfoy, na Merlina, a ja w ogóle nie powinnam nic do niego czuć!

— Czego się tak boisz? — spytała Ginny, wpatrując się w nią gniewnie. — Serio, czego się obawiasz? Tego, że cię wyśmieje? Cóż, nawet jeśli to zrobi, to nie ma znaczenia, jak dużego ma kutasa — to drań i powinnaś go całkowicie wykreślić ze swojego życia.

— Nie śmiałby się — mruknęła Hermiona.

— I co potem? — naciskała Ginny. — Boisz się, że się wycofa? Że odstraszysz go swoimi uczuciami? Cóż, to tchórz. Nic zaskakującego.

Hermiona wzięła łyk wina i pomyślała o obroży na szyi, o tym, jak irracjonalnie przyjemnie się z nią czuła i jak bardzo pragnęła, cóż, należeć do niego. Ta myśl była tak absurdalna, że miała ochotę się z niej śmiać. Hermiona Granger — własność Draco Malfoya. Genialne. Fantastyczne. Wcale nie uwłaczające i niefeministyczne.

Ale właśnie o to chodziło, nie czuła się uwłaczająco. Miała wrażenie, że to było konieczne. Chciała należeć do niego całkowicie i ta myśl ją przerażała. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek czuła się tak bezpiecznie i kochana jak z nim, a kiedy zobaczyła siebie z tą obrożą na sobie, nie mogła nie dostrzec, jak dobrze symbolizuje ona wszystko, co do niego czuła — i wszystko, czego nie powinna czuć — i coś nagle zaskoczyło.

— Boję się, że nie pozwoli mi być ze sobą — powiedziała cicho do szklanki. — Boję się, że potraktuje to jako ogromną niedogodność w swoim życiu. W jakim świecie porzuciłby rdzenne, rodzinne tradycje dla dziewczyny, którą przez sześć lat nazywał szlamą? Lepiej więc, żebym mu o tym nie mówiła i pozwoliła mu myśleć, że to niezobowiązująca relacja, tak jak chciał. — Przewróciła oczami. — Tak, wiem, to słabe i żałosne, i tak niepodobne do mnie, wręcz absurdalne, ale…

— Nie uważam, żeby to było śmieszne — mruknęła Ginny, wzruszając ramionami. — Ani żałosne, ani słabe. W przeciwieństwie do ciebie, może, ale szczerze mówiąc, nie rozumiem, jak bycie z Malfoyem jest do ciebie podobne, więc to już za nami. — Westchnęła i nachyliła się bliżej. — Hermiono, to twoje życie, tak? Rób, co uważasz za słuszne. Wiesz, że będziesz miała wsparcie moje i Harry’ego, niezależnie od tego, co zadecydujesz. Kto wie? — Szturchnęła ją ramieniem. — Jeśli będziesz na tyle odważna, żeby mu wyznać prawdę, za rok lub dwa może będzie huczny, wystawny ślub, co?

Hermiona chciała się skrzywić, ale nie mogła powstrzymać uśmiechu. Skończyło się to na bolesnym grymasie, wyrażającym zarówno jej pragnienia, jak i obawy.

— Hej, Miona — zagadnęła. — Kiedy rozstaliście się z Ronem, trudno było ci się z nim pogodzić?

Hermiona wzruszyła ramionami.

— Nie, nie do końca. Tak naprawdę nie byłam w nim zakochana. Znaczy, kochałam go — nadal kocham — ale nie byłam w nim zakochana.

— Więc kiedy byłaś z Ronem, zastanawiałaś się kiedyś, jak to by było być z innym mężczyzną?

Hermiona skrzywiła się.

— Cały czas.

— Naprawdę? — Ginny uniosła brwi. — I to on zerwał?

— Wiesz, że nie dałabym rady — mruknęła. — Byłabym tą suką, która zrujnowała mu życie, która zostawiła go, gdy był bezbronny. Znasz swojego brata; wiecznie nazywanoby mnie suką.

— Więc byłaś gotowa trwać w związku bez miłości, bo nie chciałaś sprawiać kłopotów Ronowi? — dopytywała Ginny. — A teraz boisz się wejść w związek, bo myślisz, że to może zaszkodzić wizerunkowi Malfoya?

Hermiona przygryzła wargę i wzięła duży łyk wina.

— Kiedy tak to ujmujesz, nie brzmi to zbyt dobrze.

— Nie brzmi to zbyt dobrze? — Ginny rzuciła jej sugestywne spojrzenie. — Hermiono, to brzmi jak cholerny wzór.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Draco bębnił palcami po biurku Shacklebolta, zaciskając mocno zęby, gdy ten przeglądał listy, które Aurorowi udało się zdobyć podczas ostatniej misji.

Z głębokim westchnieniem Minister powiedział:

— Matthews miał rację, Yaxley i Avery to ewidentni spiskowcy. Szkoda, że operacja w Sheffield nie przyniosła niczego więcej. Te listy to najlepsze, co mamy.

— Ale te listy nie zbliżają nas do nich bardziej niż byliśmy wcześniej — mruknął Draco.

— Nie powiedziałbym tego — odparł Shacklebolt i zmarszczył brwi. — To niezbity dowód, a biorąc pod uwagę ich treść, eliminacja Amycusa Carrowa z pewnością mocno ich uderzy.

Draco prychnął i zaczął bębnić palcami szybciej.

— Był żałosny. Płakał jak mała dziewczynka.

Kingsley uniósł brwi.

— Wiem. Oglądałem twoje wspomnienia.

Draco wykręcił szczękę i poprawił się na krześle. Być może był nieco nadgorliwy, ale miał osobiste problemy z Amycusem Carrowem.

 

— Śmiało, Malfoy. Wiesz, jaka jest kara za przebywanie poza swoim domem po godzinie policyjnej.

— To uczeń drugiego roku, proszę pana.

— Im szybciej się nauczą, tym lepiej. No dalej, czy mam cię ukarać za niesubordynację? Może zgłosić się do samego Czarnego Pana?

— Nie, proszę pana.

— No to śmiało. Znasz zaklęcie. Pamiętaj, że musisz tego chcieć.

— Tak, proszę pana.

 

Czterdziestu siedmiu. Tylu uczniów Draco musiał torturować zaklęciem Cruciatus. Pierwsze kilka tygodni jako pies bojowy Carrowów było trudne. Bardzo trudne. Nie do zniesienia, gdyby nie Oklumencja. Kiedy zdarzało się to niemal codziennie, Draco zamknął się w sobie, aż tortury stały się bardziej obowiązkiem niż ciężarem. Wciąż jednak pamiętał krzyki każdego z nich.

Dlatego zadbał o to, by Amycus Carrow krzyczał, gdy Draco torturował go tą samą, bezbożną klątwą.

Czterdzieści siedem razy.

Nie wiedział nawet, kiedy serce mężczyzny się poddało — czy to przed, czy po tym, jak pękł mu kręgosłup od gwałtownych szarpnięć — i nie obchodziło go to. Mógł rzucić klątwę na zwłoki raz, dwa, a może dziesięć razy, ale nie przejmował się tym. Mężczyzna zginął straszliwą śmiercią, a Draco udowodnił, że dobrze wytresował swojego psa, ale przed tym włamał się do jego umysłu i rozdarł na strzępy tyle wspomnień, ile tylko zdołał, jednocześnie zabierając te, których potrzebował.

Amycus Carrow cierpiał do ostatniego tchnienia. Draco tego dopilnował.

— Kwestionujesz moje metody? — wycedził.

Kingsley rozważał jego pytanie, obserwując go zmrużonymi oczami. Po chwili wziął głęboki oddech i powiedział:

— Myślę, że masz w sobie mnóstwo gniewu, Malfoy. Dopóki będziesz go wykorzystywał w sposób, który służy dobru ogółu, nie mam nic przeciwko. Ale zapamiętaj moje słowa, w chwili gdy przejdziesz na stronę niegodnego, moja ochrona staje się nieaktualna.

Draco zacisnął szczękę i zmrużył oczy.

— Cóż, złożyliśmy Wieczystą Przysięgę, prawda?

Shacklebolt przyglądał mu się jeszcze przez chwilę, zanim skinął głową.

— Złożyliśmy.

— Czy do tej pory miałeś jakiś powód, żeby we mnie wątpić, pomimo moich metod?

— Nie.

— To, kurwa, we mnie nie wątp — syknął Draco. Kiedy wzrok czarodzieja stwardniał, dodał: — Ministrze.

Kiwnął przy tym lekko głową.

Shacklebolt najwyraźniej nie był pod wrażeniem.

— Dobrze ci idzie, Malfoy, ale pamiętaj, że to nie twoja zemsta, tylko pokuta.

Unosząc brew, Draco nie próbował ukryć pogardy. Po chwili westchnął i wystukał rytm w biurko, pytając:

— A co z tą bronią mgłową, o której mówił Matthews? Mieszanką Woli Umysłu?

— Wysyłam to do weryfikacji przez osobę trzecią — powiedział Minister. — Musimy zrozumieć składniki eliksiru, żeby wiedzieć, czy i jak mogłyby one zmienić postać płynu i czym różni się on od czystej Woli Umysłu.

— Do kogo to wysyłasz?

— Do Laboratorium Rosier.

Draco zmarszczył brwi.

— Do cholernego Cormaca McLaggena?

Minister uniósł brew.

— Jego personel jest najlepszy w branży.

— Ale to cholerny palant — warknął Draco. — Jak zamierzasz to ukryć?

— McLaggen przyjedzie w przyszłym tygodniu, żeby podpisać umowę o zachowaniu poufności.

— Ufasz mu?

— Skup się na znalezieniu Yaxleya i Avery’ego, a resztę zostaw mnie.

— Nie zdziwiłbym się, gdyby próbował skopiować recepturę.

— Jeśli tak, moglibyśmy w końcu to zdelegalizować.

Draco tylko prychnął i uderzył pierścieniem w drewno.

— Kiedy dasz mi Greybacka?

— Już o tym rozmawialiśmy, Malfoy — westchnął Shacklebolt.

— Śledzi Granger. — To przykuło uwagę Ministra, a Draco uniósł brodę. — Zakładam, że nie wiedziałeś.

— Nie — mruknął, a jego oczy pociemniały. — Nie wiedziałem.

— Jej mieszkanie zostało dokładnie zabezpieczone — oznajmił Draco, przyglądając się swoim paznokciom. — Ale Greyback wyczuł jej zapach.

— I jak Biuro Aurorów radzi sobie z tym zagrożeniem?

Draco zerknął na Ministra.

— Mamy dla niej przygotowany plan awaryjny, ale Greyback nie odpuści. Jeśli weźmie ją za cel, nie spocznie, dopóki jej nie zabije… albo ktoś nie zabije jego. Daj mi jego nazwisko.

— Jeśli panna Granger jest bezpieczna, nie ma sensu zmieniać naszych planów.

Draco zacisnął zęby.

— Pozwól mi go wyeliminować, a nie będzie potrzebowała ochrony. Już podszedł za blisko i nie chce jej tylko zabić — bo Greyback nie tylko zabija. On gwałci, poniża, okalecza, a potem zabija. Pozwól mi go powstrzymać, zanim wbije w nią swoje pazury.

— Dlaczego bezpieczeństwo panny Granger jest dla ciebie tak ważne?

Kingsley zmrużył oczy.

Draco wykręcił szczękę i pozwolił, by czarna pustka rozlała się po jego umyśle. Hermiona, ubrana jedynie w skórzaną obrożę, którą zapiął na jej szyi, a długi łańcuch zwisał z obręczy, spojrzała na niego wielkimi, brązowymi, kuszącymi oczami, zasmucona, że została odesłana z powrotem za stalowe drzwi. Ale nie miał wyboru. Gdy drzwi zostały zaryglowane, powiedział:

— Może powinieneś bardziej martwić się o jej bezpieczeństwo.

W oczach mężczyzny nastąpiła zmiana — być może to był wstyd — zanim odchylił się na krześle i mruknął:

— Mówisz, że jej mieszkanie jest objęte ochroną? Jaką?

— Moją własną — wycedził. — Nie martw się, nikt, kto nie powinien tam być, nie wejdzie do jej mieszkania. Uczyniłem z niego fortecę. Ale to nie powstrzyma Greybacka przed śledzeniem jej na zewnątrz. Potrzebuje tylko chwili, kiedy się odwrócimy.

Shacklebolt skinął głową.

— Rozumiem. Namówię Montague’a i Robardsa, żeby podwoili wysiłki w celu schwytania Greybacka. Zmniejszą obciążenie spraw Selwyna i Crawleya.

Draco prychnął i przewrócił oczami.

— Podaj mi nazwisko! Pozwól mi go, kurwa, zabić!

— Nie. — Głos Ministra był stanowczy. — Musimy go złapać i pokazać naszą siłę.

— Mogę sprawić, żeby to wyglądało na robotę kogoś z wewnątrz. Zaufaj mi, świat będzie lepszy bez niego.

— Odpowiedź brzmi nie, Malfoy.

Draco rzucił mu mroczne spojrzenie, po czym powoli wstał i poprawił marynarkę. Potem obrócił się na pięcie i wyszedł z gabinetu Ministra.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Draco żałował, że nie pali. To byłby doskonały sposób na odreagowanie stresu i miałby coś do roboty, ale jakoś nigdy go do tego nie ciągnęło. Prawie wszyscy na szkoleniu Aurorów we Francji palili, ale on po prostu nie mógł znieść smaku papierosów. Teraz żałował, że tego nie zrobił.

Długimi krokami przemknął przez korytarze w stronę windy, zaciskając i rozluźniając dłonie. Kilka czarownic z działu administracyjnego spojrzało na niego z promiennymi uśmiechami i powitało go słowami Dzień dobry, panie Malfoy, ale je zignorował.

Kilka miesięcy temu obdarzyłby ich czarującym uśmiechem, może mrugnąłby do nich i dałby im powód do rozmyślań przy ich nudnych biurkach, ale to było przed nią. Jedynym, na czym mógł się skupić, by odwrócić uwagę od płonącej furii, była Hermiona.

Jej krzyki, gdy dotykał ją palcami, aż doszła; pnącza oplatające jej nagie ciało; strach w jej oczach, gdy ją złapał; żar na jej twarzy, gdy po raz pierwszy zobaczyła jego maskę Śmierciożercy. O nie, nie powinien był tego robić, ale wspomnienia były zbyt słodkie, by żałować.

Moc, którą czuł, słysząc jej błagania, widząc jej strach, czując zapach jej podniecenia, przeszyła go niczym prąd elektryczny i sprawiła, że jego krew zawrzała, a mrok zadrżał. Nawet jego Mroczny Znak został zaspokojony i nigdy nie był bardziej wyciszony.

Ale jego lęki nie zniknęły, bo podobało mu się to aż za bardzo. Z kimkolwiek innym byłoby to okropne, traumatyczne, ale z nią? Cholernie euforyczne.

Ludzie wariowali przez o wiele słabsze rzeczy.

Po dniach refleksji zdał sobie sprawę, że pocieszeniem było to, że jego nadmierne skupienie na niej pozwoliło mu odczuwać jej potrzeby jak własne, dawało mu znać, kiedy potrzebowała wytchnienia; nie stracił kontroli, nie zatracił się w tym odgrywaniu — i rzadko czuł wielką ulgę niż wtedy, gdy pozwoliła mu się sobą zaopiekować, wiedząc, że czuje się z nim bezpiecznie, pomimo tego, co zrobił. Że mu ufa.

Niedziela była jak sen, przeczucie, jak mogłaby wyglądać reszta ich wspólnego życia; zaczął dzień od wylizania jej, gdy tylko się obudziła, a ona jęczała tak pięknie, gdy dochodziła w jego ustach. Nigdy mu się nie znudzi jej smak. Nigdy.

Potem delikatnie ją pieprzył pod prysznicem, aż płakała w delirium, po czym zjedli razem pyszne śniadanie, gdzie rozmawiali o wszystkim i o niczym. Rozmowa z nią była taka łatwa — jakby nadawali na tych samych falach, na tym samym poziomie intelektualnym. Mówili tym samym językiem i nie pamiętał, żeby kiedykolwiek wcześniej prowadził z kimś tak swobodne rozmowy — nawet z przyjaciółmi. Śmiali się, żartowali, flirtowali i w ciągu kilku chwil potrafili zagłębić się w poważne tematy, które skłaniały ich oboje do zmarszczenia brwi i refleksji, by bez trudu powrócić do czegoś wesołego i bezczelnego. Czas zdawał się uciekać, gdy rozmawiali, i zanim się zorientowali, było już po obiedzie.

Było cudownie.

Resztę dnia spędzili w jej mieszkaniu, gdzie dokończyli Dumę i uprzedzenie i oddali się namiętnym pocałunkom, zanim zamówili jedzenie z pobliskiej indyjskiej knajpy i omówili plan treningu pojedynków (bo tak, Hermiona nalegała, i tak, Draco się zgodził).

Dała mu ten dzień, bo o to prosił, bo tego potrzebował. Zejście z euforycznej dominacji nad nią w ten sposób było trudne i wywoływało u niego straszny niepokój, większy niż kiedykolwiek zabicie Śmierciożerców, a troska o nią była jedynym lekarstwem. Całowanie jej, trzymanie w ramionach, mówienie jej, jaka jest piękna i błyskotliwa — to wszystko sprawiało, że poczucie winy za jej duszenie rozpływało się w nicość, gdy czuł, jak jej ciepło rozpływa się w nim.

Ale pragnienie wciąż tam było, pulsując w głębi jego umysłu jak nigdy dotąd. Nie zniknęło od soboty, ale wryło się w jego umysł w sposób, jakiego nie było wcześniej. Należała do niego, całkowicie i bez reszty. Kiedy zamknął oczy, zobaczył ją z obrożą na szyi, jej pudrowo różowe sutki sterczały, a pełne uda ocierały się o siebie. Nigdy nie czuł tak silnej i palącej potrzeby posiadania jej. Chciał, żeby należała do tylko do niego, ale kto, do cholery, dał mu prawo tak myśleć?

Greyback kiedyś tak myślał. Draco pamiętał fascynację wilkołaka Hermioną podczas wojny. Pyszna szlama Pottera, jak mawiał. Jego komentarze bywały tak ordynarne i niesmaczne, że nawet ojciec Draco czasami syczał na wilka, żeby milczał. Nigdy nie był powściągliwy w tym, co chciał jej zrobić; jak, w jakiej kolejności, na jak długo i tak dalej.

Dziewczyna nauczy się, jak porządnie przyjmować kutasa, zanim umrze.

Draco mógł tylko dziękować Oklumencji, że wciąż żyje. W przeciwnym razie rzuciłby wyzwanie bestii, ale wtedy nie był mu równy. Dziś byłoby inaczej, ale dziś Shacklebolt nie pozwalał mu podążać za wolą, która pulsowała w jego żyłach. Chciał patrzeć, jak Greyback cierpi, chciał być źródłem tego cierpienia — i chciał spojrzeć Greybackowi w jego brzydkie, żółte oczy, kiedy będzie domagał się swojej racji.

Wysiadając z windy na drugim piętrze, pomyślał, żeby wejść do jej gabinetu i wziąć ją nad biurkiem. Może sprawić, by osiągnęła orgazm, może po prostu zmusić ją do poddania się. Utwierdzić się w swoim postanowieniu. Może nawet założyć rękawice. Miał parę w biurku. Pewnie by jej się to spodobało.

— Malfoy!

Głos Pottera przerwał kłębiące się myśli, gdy mijał swój boks i Draco odwrócił się do niego.

— Co?

Wyglądał na skupionego, napiętego, gdy skinął głową w stronę Sali konferencyjnej.

— Mogę z tobą zamienić słówko?

Draco uniósł brew.

— Na jaki temat?

Oczywiście wiedział, że to nadchodzi — minęły już prawie dwa tygodnie, odkąd przyłapał jego i Hermionę w jej mieszkaniu — ale niech go diabli wezmą, jeśli pozwoli Potterowi zdobyć choćby najmniejszy kawałek ziemi, jaki uważał za możliwy do zdobycia. Czy chciał wykrzyczeć to w twarz Świętemu Potterowi, że poznaje Hermionę Granger w sposób, w jaki nawet on tego nie robił? Tak, bardzo, ale wspomnienie przerażenia na twarzy Hermiony, gdy ten czterooki świętoszek ich przyłapał, kazało mu to przemyśleć. Oczywiście, wciąż się wahała. Oczywiście, szybko powiedziała, że nie randkują. W końcu to prawda. Lepiej być szczerym niż sprawić, by Potter myślał o najgorszym.

Ale o to właśnie chodziło — Draco chciał, żeby Potter myślał o najgorszym. Chciał, żeby Potter uważał Draco za kogoś ważnego w życiu Hermiony. Może nawet za jej drugą połówkę. Ale prawda była prawdą, ze względu na to, jak bardzo Draco chciał, żeby było inaczej.

Czarnowłosy czarodziej skinął głową w stronę pustego pomieszczenia i ruszył przed siebie. Draco poszedł za nim, a gdy tylko drzwi się zatrzasnęły, Potter odwrócił się i zaczął:

— Chciałem cię złapać w zeszłym tygodniu, ale cię nie było.

— Byłem. — Draco skinął głową. — Byłem zajęty.

Potter skrzyżował ramiona na piersi i wyprostował się. Oczywiście nigdy nie dorówna Draco, ale mógł przynajmniej spróbować, czy cokolwiek to było.

— Co zrobimy z tym zagrożeniem bezpieczeństwa?

Draco uniósł brew i wsunął ręce do kieszeni. Nie spodziewał się tego, ale szybko się otrząsnął.

— Mieszkanie Granger jest zabezpieczone. Greyback nie wejdzie do środka, ale to nie chroni jej przed nim na zewnątrz. Na szczęście od tamtej pory go nie widziano.

— Słyszałem, że zamknąłeś jej Sieć Fiuu dla wszystkich oprócz mojego mieszkania i Ministerstwa…

— I mojego mieszkania — dodał Draco, starając się ukryć samozadowolenie w głosie.

Potter zmarszczył brwi.

— Tak. I twoje mieszkanie. — Jego gardło podskoczyło, gdy przełknął ślinę. — Cóż, to dobry środek ochrony, ale co z resztą? Nie powinniśmy wysłać Aurora, by był przy niej przez cały czas?

— Zamierzam ją szkolić w pojedynkach — rzekł Draco i oparł się o ścianę. — I nie, nie sądzę, żeby to wystarczyło, ale ona nie chce ochroniarza…

— Oczywiście, że nie chce ochroniarza! — prychnął Potter. — Poznałeś ją? Nie powinieneś był nawet pytać.

Draco poczuł, jak pustka w jego głowie wypełnia się nagłą złością.

— Cóż, może i możesz zrobić coś tak lekceważącego, skoro jesteś jej najlepszym przyjacielem i tak dalej, ale ja cenię jej zaufanie bardziej niż to.

— Cenię jej życie — syknął Potter i podszedł bliżej.

Draco nawet nie drgnął.

— Rzuciłem na nią zaklęcie śledzące — za jej zgodą, oczywiście, zanim cokolwiek powiesz. Gdy tylko zniknie, będę mógł się tam aportować i nie będę się wahał, kiedy dotrę do tego, kto ją porwał.

Potter przez chwilę spojrzał na niego gniewnie, wyzywająco, po czym zacisnął szczękę i skinął głową.

— Dobrze. Hermiona i Cross robią postępy, ale wysłałem z nimi Aurorów na wszystkie ich śledztwa.

Draco zmarszczył brwi i skinął głową.

— Dobrze.

Potter zdawał się przez chwilę zastanawiać, zanim otworzył usta, ale je zamknął. Kolejna próba, ale znów nic z nich nie wyszło.

Draco przewrócił oczami.

— Dalej, Potter. Wiem, że umierasz z pragnienia, by na mnie nakrzyczeć, że nie trzymam rąk przy sobie. No dalej, wyrzuć to z siebie.

Ale Potter tylko uniósł dłoń.

— Hermiona jest dorosłą kobietą. Sama podejmuje decyzje i nawet jeśli ich nie rozumiem, akceptuję je. — Spojrzał na niego gniewnie. — Nieważne, jak dziwne są.

Draco uniósł brwi.

— Cóż, to nietypowo dojrzałe z twojej strony.

Potter zaśmiał się ponuro.

— Tak, cóż, poczekaj, aż Ron się dowie. Nie będzie tak wyrozumiały. Będzie chciał cię zabić za samo dotknięcie jej, nie mówiąc już o seksie.

— Myślałem, że się żeni, z inną kobietą.

— Chodzi o zasadę — odparł. Marszcząc brwi, wsunął ręce do kieszeni spodni. — A tak zupełnie serio. Może w tej chwili to najlepiej, żebyś był z nią. — Jego zielone oczy się zwęziły. — Ochroniłbyś ją, prawda?

Draco poczuł się urażony oskarżeniem w jego głosie. Chciał prychnąć z czystej bezczelności kwestionowania jego oddania, ale wolał tylko unieść brodę. Spoglądając na Pottera z góry, wycedził:

— Moim życiem.

Potter obserwował go, zmierzył wzrokiem, zanim skinął głową.

— Dobrze. W takim razie się zgadzamy. — Drapiąc się po głowie, odwracając się, by odejść, ale powstrzymując się, skrzywił się i powiedział: — Naprawdę? Łańcuchy? — Zanim jednak Draco zdążył otworzyć usta, choćby po to, by zapytać, skąd o tym wie, uniósł ręce. — Wiesz co, nie odpowiadaj. Naprawdę nie chcę wiedzieć. — Odwrócił się i podszedł do drzwi. Gdy miał je otworzyć, zwrócił się jednak do Draco. — Nie rozumiem. Dlaczego ona? Zawsze ją nienawidziłeś.

— Czyżby? — wycedził Draco i uniósł brew. — Nie wiedziałem.

Potter spojrzał na niego gniewnie.

— Nie udawaj głupiego.

Draco zacisnął szczękę i zmarszczył brwi.

— Naprawdę pytasz, dlaczego miałbym interesować się kobietą tak piękną, inteligentną i zadziorną jak Hermiona Granger? Zaczynam podejrzewać, że coś jest z tobą nie tak, Bliznowaty.

Coś się zmieniło w oczach Pottera. Stały się cieplejsze i być może odrobinę zaciekawione.

— Uważaj, Fretko — zadrwił.

— Wiem, wiem — powiedział Draco i uniósł dłonie w geście poddania. — Jeśli ją skrzywdzę, zabijesz mnie.

— Nie doceniasz jej — mruknął. — Zaufaj mi, jeśli ją skrzywdzisz, ona cię zabije.

Po czym nacisnął klamkę i wyszedł z sali.

Draco nie mógł powstrzymać się od lekkiego uśmiechu.

Brak komentarzy