[T] Apartament 9 i 3/4: Rozdział 25

sobota, 1 sierpnia 2026

 

Luna siedziała w swoim pokoju, malując się przed lustrem, podczas gdy Hermiona i Ginny spoczywały za nią na łóżku, przeglądając czasopisma.

— Więc dokąd idziecie? — zapytała Hermiona.

— Nie mam pojęcia — odparła Luna, zaplatając włosy w warkocz.

— Och, romantyczny wieczór.

Ginny się uśmiechnęła.

— Tak, mam nadzieję. Znając Theo, nie zdziwiłabym się, gdyby zabrał mnie na dojenie krów — mruknęła Luna z przekąsem.

— Tęsknię za tym uczuciem pierwszej randki. — Ginny się rozmarzyła. — Kocham Harry’ego, nie zrozumcie mnie źle, ale tęsknię za tym uczuciem.

— Tak, ale można doświadczyć mnóstwa innych niesamowitych rzeczy — mieć dziecko, razem się zestarzeć i być rodziną — powiedziała Hermiona.

— Tak. — Ginny uśmiechnęła się do siebie. — Wyobrażasz sobie to z Theo?

Luna zastanowiła się przez chwilę, nakładając szminkę. Kochała Theo i byli razem od około dwóch lat. Wyobrażała sobie, że spędzi z nim całe życie, ale problem polegał na tym, że on prawdopodobnie nie widział swojej przyszłości z nią.

— Nie wiem — mruknęła.

— Och, co się stało? — zapytała Hermiona, odkładając czasopismo.

— Nic się nie stało — odpowiedziała, odwracając się do nich plecami.

— Nie, zdecydowanie coś jest na rzeczy — rzekła Ginny. — O co chodzi?

— Po prostu… czasami nie wydaje mi się, że Theo chciałby być ze mną na zawsze. Kocham go, on też zapewnia mnie, że mnie kocha, ale… po prostu się zastanawiam — wyszeptała.

— Och, Luna, jestem pewna, że tego chce. Jest w tobie po uszy zakochany, nie masz się czym martwić — pocieszyła ją Hermiona.

— Tak… pewnie tak.

Luna wstała i przejrzała się w lustrze. Miała na sobie granatowe, obcisłe dżinsy i koszulkę z mugolskim zespołem Queen, którą Hermiona jej dała, kiedy zaczęły słuchać ich muzyki. Na nią założyła skórzaną kurtkę z różowymi cekinami spływającymi po szwach i wsunęła okulary we włosy.

— Świetnie wyglądasz — pochwaliła go Ginny.

— Dzięki.

Luna się uśmiechnęła. Dziewczyny poszły do salonu i usiadły na kanapie, rozmawiając przez chwilę, zanim pojawił się Theo.

— Hej Lunuś — przywitał się i pocałował ją w policzek. — Świetnie wyglądasz.

— Ty też nie wyglądasz źle. — Rozpromieniła się. — Dokąd idziemy?

— Do mugolskiego klubu — odpowiedział.

— Och! Brzmi fajnie! Co tam się robi? — zapytała Luna. — Tam stuka się patykami i powstają szaliki?

— Masz na myśli robienie na drutach?

Hermiona spojrzała na nią jak na wariatkę.

— Nie, nie robi się tam na drutach. To nie ten rodzaj klubu — dostaniemy tam eleganckie drinki i potańczymy.

Theo się roześmiał. Pożegnali się z dziewczynami i ruszyli ulicą, trzymając się za ręce.

— Może powinnaś je zdjąć — zasugerował Theo, wskazując na okulary na jej głowie. — Mugole i tak dalej.

— Nie, patrz! — wykrzyknęła Luna, wskazując na dziewczynę w różowych okularach w kształcie serduszek.

Theo się roześmiał i objął ją w talii, prowadząc do środka. Para siedziała przy barze i próbowała wymówić nazwy drinków. Luna chciała gin z tonikiem, a Theo cydr, choć ostatecznie zamówili „gin z tonkikiem” oraz „ceeder”. Barman myślał, że są obcokrajowcami, ale nie przejmowali się tym. Po wypiciu drinków i rozmowie puszczono ich piosenkę I Don’t Wanna Miss A Thing od Aerosmith.

— Chodź! — krzyknęła, chwytając go za rękę i prowadząc na parkiet.

Theo uśmiechnął się do swojej dziewczyny i objął ją, a Luna oparła głowę na jego piersi. Kołysali się w przód i w tył, a ona mamrotała słowa piosenki w jego klakę piersiową. Spojrzała na niego z rozmarzonym uśmiechem na twarzy, bawiąc się końcówkami jego włosów.

— Kocham cię, Doro — powiedziała.

— Też cię kocham, Lu — odpowiedział i zakręcił nią.

Kontynuowali taniec, ale Lunie zaczęła chodzić po głowie jedna myśl. To, o czym rozmawiała z dziewczynami. Im dłużej o tym myślała, tym bardziej się upewniała, że chce wyjść za mąż, kiedy będzie starsza, i że chce mieć dzieci. Chciała tego wszystkiego z Theo, ale nie była pewna, co on o tym myśli. Wzięła głęboki oddech i postanowiła go zapytać.

— Chcesz mieć dzieci? — zapytała Luna. — W przyszłości?

Theo spojrzał na swoje stopy i odchrząknął.

— Eee, nie wiem, a ty? — mruknął.

— Pytam ciebie.

— Cóż, tak naprawdę nie jestem pewien. Kiedy wyobrażam sobie swoją przyszłość, widzę tam ciebie i… cóż, nigdy tak naprawdę nie wyobrażałem sobie siebie z dziećmi — mruknął. — A ty?

— Podoba mi się pomysł posiadania dzieci — wyrzuciła z siebie, przeklinając się potem. — Ale nie czuję, żebym musiała je mieć.

To było kłamstwo. Nie wiedziała, czy to widok Ginny w ciąży, czy po prostu fakt, że wszyscy się starzeją, sprawił, że chciała mieć dzieci. Teraz ich nie potrzebowała, ale Theo ich nie chciał. To bolało. Piosenka dobiegła końca i znowu usiedli przy barze. Zamówili jeszcze dwa drinki i rozmawiali dalej, choć ciągle wracali myślami do rozmowy o dzieciach.

 

~*~*~*~*~*~*~*~

 

Dwie godziny później wrócili do mieszkania Luny. Ginny poszła do domu, a Hermiona była u Draco, co oznaczało, że mieli całe mieszkanie dla siebie. Luna zdjęła obcasy i włączyła radio. Rozbrzmiało Tiny Dancer od Eltona Johna i blondynka uśmiechnęła się do siebie. Jej ojciec nauczył ją tańczyć do tej piosenki, gdy miała sześć lat. Pamiętała, że wtedy weszła jej mama, śmiejąc się z nich, zanim pokazała im, jak tańczyć „poprawnie”. Wtedy nadepnęła mamie na palce i śmiała się, gdy tata niezręcznie się chwiał. Tata zmienił się po śmierci matki, ale nadal był najwspanialszym mężczyzną na świecie, którego zawsze będzie podziwiać. Theo objął ją w talii od tyłu, opierając brodę na jej ramieniu i powoli się kołysząc.

— O czym myślisz, Moon? — wyszeptał jej do ucha.

Kolejne pieszczotliwe słówko, które jej się podobało i którym Theo mógł ją nazywać.

— O mojej mamie. Tańczyliśmy do tej piosenki — rzekła.

Theo obrócił ją i położył jedną rękę na jej talii, drugą wyciągając i zatańczyli walca po salonie. To była magiczna chwila, ale Luna nie mogła się powstrzymać.

— Więc nie chcesz dzieci? W ogóle nie jesteś na to otwarty? — wyrzuciła z siebie. Theo wzruszył ramionami i unikał kontaktu wzrokowego. Luna przestała tańczyć i uniósł brodę, by na nią spojrzeć. — Proszę, powiedz mi.

— Ja… Nie. Nie, nie do końca — odpowiedział cicho.

Luna wzięła głęboki oddech i spojrzała na swoje stopy. Przetworzyła w głowie to, co właśnie powiedział i coś sobie uświadomiła. Poczuła, jak łzy pieką ją w oczach, gdy znów na niego spojrzała.

— Theo, ja… kocham cię i ja…

— Nie, Lu, nie rób tego. Proszę, nie rób tego — błagał, obejmując twarz dłońmi. — Błagam cię.

Przygryzła wargę i na chwilę zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła, po jej twarzy spłynęła łza. Wzięła go za ręce i mocno ścisnęła.

— Kocham cię, Theo, i zawsze będę. Zawsze wyobrażałam sobie, że się z tobą zestarzeję i… i… i to było idealne w mojej głowie. Jesteś najwspanialszym mężczyzną, z jakim kiedykolwiek byłam, ale… czuję, że powinnam być z kimś, kto pragnie tego samego, co ja. Myślę, że ty też powinieneś.

Łzy spływały jej po twarzy, gdy wymamrotała ostatnie słowa. Theo odetchnął głęboko, gdy łzy zapiekły go w oczach, i zamrugał szybko, żeby je powstrzymać przed wypłynięciem. Powoli puścił jej dłonie i sięgnął do kieszeni. Wyciągnął czarne pudełeczko i otworzył je, ukazując srebrną obrączkę.

— To obrączka obietnicy — powiedział drżącym głosem. — Miałem ci ją dać dziś wieczorem, ale… Jeśli uważasz, że to się nie uda, to… — Schował pudełeczko z powrotem do kieszeni. — Kocham cię, Luno Lovegood. Zawsze kochałem i zawsze będę kochał.

Po czym delikatnie pocałował ją w czoło, zanim wyszedł z mieszkania. Luna osunęła się na kolana, szlochając i zakrywając twarz dłońmi. Siedziała tak, nie mogąc się ruszyć przez jakieś dziesięć minut, aż w końcu się otrząsnęła. Potknęła się i wyłączyła radio, po czym poszła do kuchni i wzięła butelkę wina oraz przypadkowy kubek. Poszła do swojego pokoju i usiadła na podłodze koło łóżka, a łzy wciąż spływały jej po twarzy, gdy patrzyła na swoje zdjęcia z Theo wiszące na ścianie.

Brak komentarzy