[T] Apartament 9 i 3/4: Rozdział 25
Luna
siedziała w swoim pokoju, malując się przed lustrem, podczas gdy Hermiona i
Ginny spoczywały za nią na łóżku, przeglądając czasopisma.
—
Więc dokąd idziecie? — zapytała Hermiona.
—
Nie mam pojęcia — odparła Luna, zaplatając włosy w warkocz.
—
Och, romantyczny wieczór.
Ginny
się uśmiechnęła.
—
Tak, mam nadzieję. Znając Theo, nie zdziwiłabym się, gdyby zabrał mnie na
dojenie krów — mruknęła Luna z przekąsem.
—
Tęsknię za tym uczuciem pierwszej randki. — Ginny się rozmarzyła. — Kocham
Harry’ego, nie zrozumcie mnie źle, ale tęsknię za tym uczuciem.
—
Tak, ale można doświadczyć mnóstwa innych niesamowitych rzeczy — mieć dziecko,
razem się zestarzeć i być rodziną — powiedziała Hermiona.
—
Tak. — Ginny uśmiechnęła się do siebie. — Wyobrażasz sobie to z Theo?
Luna
zastanowiła się przez chwilę, nakładając szminkę. Kochała Theo i byli razem od
około dwóch lat. Wyobrażała sobie, że spędzi z nim całe życie, ale problem
polegał na tym, że on prawdopodobnie nie widział swojej przyszłości z nią.
—
Nie wiem — mruknęła.
—
Och, co się stało? — zapytała Hermiona, odkładając czasopismo.
—
Nic się nie stało — odpowiedziała, odwracając się do nich plecami.
—
Nie, zdecydowanie coś jest na rzeczy — rzekła Ginny. — O co chodzi?
—
Po prostu… czasami nie wydaje mi się, że Theo chciałby być ze mną na zawsze.
Kocham go, on też zapewnia mnie, że mnie kocha, ale… po prostu się zastanawiam
— wyszeptała.
—
Och, Luna, jestem pewna, że tego chce. Jest w tobie po uszy zakochany, nie masz
się czym martwić — pocieszyła ją Hermiona.
—
Tak… pewnie tak.
Luna
wstała i przejrzała się w lustrze. Miała na sobie granatowe, obcisłe dżinsy i
koszulkę z mugolskim zespołem Queen, którą Hermiona jej dała, kiedy zaczęły słuchać
ich muzyki. Na nią założyła skórzaną kurtkę z różowymi cekinami spływającymi po
szwach i wsunęła okulary we włosy.
—
Świetnie wyglądasz — pochwaliła go Ginny.
—
Dzięki.
Luna
się uśmiechnęła. Dziewczyny poszły do salonu i usiadły na kanapie, rozmawiając
przez chwilę, zanim pojawił się Theo.
—
Hej Lunuś — przywitał się i pocałował ją w policzek. — Świetnie wyglądasz.
—
Ty też nie wyglądasz źle. — Rozpromieniła się. — Dokąd idziemy?
—
Do mugolskiego klubu — odpowiedział.
—
Och! Brzmi fajnie! Co tam się robi? — zapytała Luna. — Tam stuka się patykami i
powstają szaliki?
—
Masz na myśli robienie na drutach?
Hermiona
spojrzała na nią jak na wariatkę.
—
Nie, nie robi się tam na drutach. To nie ten rodzaj klubu — dostaniemy tam
eleganckie drinki i potańczymy.
Theo
się roześmiał. Pożegnali się z dziewczynami i ruszyli ulicą, trzymając się za
ręce.
—
Może powinnaś je zdjąć — zasugerował Theo, wskazując na okulary na jej głowie.
— Mugole i tak dalej.
—
Nie, patrz! — wykrzyknęła Luna, wskazując na dziewczynę w różowych okularach w
kształcie serduszek.
Theo
się roześmiał i objął ją w talii, prowadząc do środka. Para siedziała przy
barze i próbowała wymówić nazwy drinków. Luna chciała gin z tonikiem, a Theo
cydr, choć ostatecznie zamówili „gin z tonkikiem” oraz „ceeder”. Barman myślał,
że są obcokrajowcami, ale nie przejmowali się tym. Po wypiciu drinków i
rozmowie puszczono ich piosenkę I Don’t
Wanna Miss A Thing od Aerosmith.
—
Chodź! — krzyknęła, chwytając go za rękę i prowadząc na parkiet.
Theo
uśmiechnął się do swojej dziewczyny i objął ją, a Luna oparła głowę na jego
piersi. Kołysali się w przód i w tył, a ona mamrotała słowa piosenki w jego
klakę piersiową. Spojrzała na niego z rozmarzonym uśmiechem na twarzy, bawiąc
się końcówkami jego włosów.
—
Kocham cię, Doro — powiedziała.
—
Też cię kocham, Lu — odpowiedział i zakręcił nią.
Kontynuowali
taniec, ale Lunie zaczęła chodzić po głowie jedna myśl. To, o czym rozmawiała z
dziewczynami. Im dłużej o tym myślała, tym bardziej się upewniała, że chce
wyjść za mąż, kiedy będzie starsza, i że chce mieć dzieci. Chciała tego
wszystkiego z Theo, ale nie była pewna, co on o tym myśli. Wzięła głęboki
oddech i postanowiła go zapytać.
—
Chcesz mieć dzieci? — zapytała Luna. — W przyszłości?
Theo
spojrzał na swoje stopy i odchrząknął.
—
Eee, nie wiem, a ty? — mruknął.
—
Pytam ciebie.
—
Cóż, tak naprawdę nie jestem pewien. Kiedy wyobrażam sobie swoją przyszłość,
widzę tam ciebie i… cóż, nigdy tak naprawdę nie wyobrażałem sobie siebie z
dziećmi — mruknął. — A ty?
—
Podoba mi się pomysł posiadania dzieci — wyrzuciła z siebie, przeklinając się
potem. — Ale nie czuję, żebym musiała je mieć.
To
było kłamstwo. Nie wiedziała, czy to widok Ginny w ciąży, czy po prostu fakt,
że wszyscy się starzeją, sprawił, że chciała mieć dzieci. Teraz ich nie
potrzebowała, ale Theo ich nie chciał. To bolało. Piosenka dobiegła końca i
znowu usiedli przy barze. Zamówili jeszcze dwa drinki i rozmawiali dalej, choć
ciągle wracali myślami do rozmowy o dzieciach.
~*~*~*~*~*~*~*~
Dwie
godziny później wrócili do mieszkania Luny. Ginny poszła do domu, a Hermiona
była u Draco, co oznaczało, że mieli całe mieszkanie dla siebie. Luna zdjęła
obcasy i włączyła radio. Rozbrzmiało Tiny
Dancer od Eltona Johna i blondynka uśmiechnęła się do siebie. Jej ojciec
nauczył ją tańczyć do tej piosenki, gdy miała sześć lat. Pamiętała, że wtedy
weszła jej mama, śmiejąc się z nich, zanim pokazała im, jak tańczyć
„poprawnie”. Wtedy nadepnęła mamie na palce i śmiała się, gdy tata niezręcznie
się chwiał. Tata zmienił się po śmierci matki, ale nadal był najwspanialszym
mężczyzną na świecie, którego zawsze będzie podziwiać. Theo objął ją w talii od
tyłu, opierając brodę na jej ramieniu i powoli się kołysząc.
—
O czym myślisz, Moon? — wyszeptał jej do ucha.
Kolejne
pieszczotliwe słówko, które jej się podobało i którym Theo mógł ją nazywać.
—
O mojej mamie. Tańczyliśmy do tej piosenki — rzekła.
Theo
obrócił ją i położył jedną rękę na jej talii, drugą wyciągając i zatańczyli
walca po salonie. To była magiczna chwila, ale Luna nie mogła się powstrzymać.
—
Więc nie chcesz dzieci? W ogóle nie jesteś na to otwarty? — wyrzuciła z siebie.
Theo wzruszył ramionami i unikał kontaktu wzrokowego. Luna przestała tańczyć i
uniósł brodę, by na nią spojrzeć. — Proszę, powiedz mi.
—
Ja… Nie. Nie, nie do końca — odpowiedział cicho.
Luna
wzięła głęboki oddech i spojrzała na swoje stopy. Przetworzyła w głowie to, co
właśnie powiedział i coś sobie uświadomiła. Poczuła, jak łzy pieką ją w oczach,
gdy znów na niego spojrzała.
—
Theo, ja… kocham cię i ja…
—
Nie, Lu, nie rób tego. Proszę, nie rób tego — błagał, obejmując twarz dłońmi. —
Błagam cię.
Przygryzła
wargę i na chwilę zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła, po jej twarzy spłynęła
łza. Wzięła go za ręce i mocno ścisnęła.
—
Kocham cię, Theo, i zawsze będę. Zawsze wyobrażałam sobie, że się z tobą
zestarzeję i… i… i to było idealne w mojej głowie. Jesteś najwspanialszym
mężczyzną, z jakim kiedykolwiek byłam, ale… czuję, że powinnam być z kimś, kto
pragnie tego samego, co ja. Myślę, że ty też powinieneś.
Łzy
spływały jej po twarzy, gdy wymamrotała ostatnie słowa. Theo odetchnął głęboko,
gdy łzy zapiekły go w oczach, i zamrugał szybko, żeby je powstrzymać przed
wypłynięciem. Powoli puścił jej dłonie i sięgnął do kieszeni. Wyciągnął czarne
pudełeczko i otworzył je, ukazując srebrną obrączkę.
—
To obrączka obietnicy — powiedział drżącym głosem. — Miałem ci ją dać dziś
wieczorem, ale… Jeśli uważasz, że to się nie uda, to… — Schował pudełeczko z
powrotem do kieszeni. — Kocham cię, Luno Lovegood. Zawsze kochałem i zawsze
będę kochał.
Po czym delikatnie pocałował ją w czoło, zanim wyszedł z mieszkania. Luna osunęła się na kolana, szlochając i zakrywając twarz dłońmi. Siedziała tak, nie mogąc się ruszyć przez jakieś dziesięć minut, aż w końcu się otrząsnęła. Potknęła się i wyłączyła radio, po czym poszła do kuchni i wzięła butelkę wina oraz przypadkowy kubek. Poszła do swojego pokoju i usiadła na podłodze koło łóżka, a łzy wciąż spływały jej po twarzy, gdy patrzyła na swoje zdjęcia z Theo wiszące na ścianie.
Brak komentarzy